Dzienniki. Zeszyty podróżne 2 - Edward Stachura

-
Proszę czekać

12 V 1973

? W ka­ju­cie na stat­ku "Dusz­ni­ki-Zdrój". Z Go­rzo­wa PKS 630 sta­no­wi­sko 4 do Szcze­ci­na. O 9 na miej­scu. Do PŻM na ul. Wiel­kiej 32, mię­dzy dwor­cem a ho­te­lem "Ar­ko­na". "Nysa" roz­wo­zi pa­sa­że­rów na po­szcze­gól­ne stat­ki. Cło. Nic nie spraw­dza­ją. Al­ko­ho­lu wol­no za­brać tyl­ko je­den litr. Pa­pie­ro­sów 250 sztuk. O w pół do 11 wcho­dzę po tra­pie na sta­tek. Och­mi­strza nie ma. Ste­ward wpro­wa­dza mnie do ka­bi­ny. Po­ga­węd­ka z nim.

Od­pły­wa­my ju­tro rano o 8. Rejs do Oslo trwa 30 godz. Mogą być go­dzin­ne róż­ni­ce w za­leż­no­ści od tego, ja­kie jest mo­rze. Je­śli wiatr i fala biją w dziób, to opóź­nia to tro­chę kurs. Mamy za­wi­nąć do ja­kie­goś por­tu w Szwe­cji, do któ­re­go wie­zie­my 500 ton ja­kie­goś ła­dun­ku. Tak więc rejs po­trwa dłu­żej oczy­wi­ście niż 30 godz. do­ce­lo­wo do Oslo, bez za­wi­ja­nia do in­ne­go por­tu.

Do bur­ty na­sze­go stat­ku przy­bił ho­low­nik "Tur­nia" - Szcze­cin. Jest godz. 11.

Ten za­pach. Te za­pa­chy w ka­ju­cie i w ko­ry­ta­rzach i w mes­sie. Tak ja­koś bo­le­śnie bar­dzo są mi zna­ne. Nie wiem, czy uda mi się je po­lu­bić. Będę się sta­rał nie my­śleć o prze­szło­ści pach­ną­cej tymi za­pa­cha­mi.

? Przez ostat­nie trzy noce spa­łem w su­mie oko­ło 10 go­dzin. Ale jest do­brze. Nie­źle cał­kiem. Co to było trzy dni temu w sto­li­cy, ten ból po pra­wej stro­nie pier­si? Taki ostry, że mu­sia­łem sta­nąć. Trwał mi­nu­tę. Może skurcz ja­kie­goś mię­śnia.

? Co ku­pić w mie­ście po po­łu­dniu?

1. Pa­stę do zę­bów.

2. Ser­nik lub ma­ko­wiec albo jed­no i dru­gie dla Skre­iber­gów1. Kra­by ro­syj­skie.

3. Parę my­deł dzie­cin­nych.

4. Wy­słać kart­ki pocz­to­we.

? Tuż przy bu­la­ju mo­jej ka­ju­ty - mo­stek ho­low­ni­ka. Ka­ju­ty pa­sa­żer­skie na "Dusz­ni­kach-Zdro­ju" są dwie dwu­oso­bo­we. Obok, w dru­giej pa­sa­żer­skiej ka­ju­cie, sły­szę głos star­szej pani - dru­giej pa­sa­żer­ki, poza mną.

12. obiad. Roz­mo­wa z pa­sa­żer­ką. Ro­sół i sztu­ka mię­sa w so­sie chrza­no­wym. Her­ba­ta o 15-ej.

- Oni nie lu­bią war­sza­wia­ków. Bo oni wszy­scy są zza Buga albo z Ko­ziej Wól­ki. Naj­le­piej się nie przy­zna­wać, skąd się jest. Ja w ze­szłym roku je­cha­łem, to po­wie­dzia­łem, że je­stem z Arki No­ego.

Z Nor­we­ga­mi nie moż­na han­dlo­wać. U pana bę­dzie kosz­to­wa­ło 10 ko­ron, a w skle­pie to samo kosz­tu­je 1000 ko­ron, to Nor­weg kupi w skle­pie. Oni mają taką men­tal­ność.

- Re­wi­do­wa­li pana?

- Nic.

- A mnie wszyst­ko. Każ­dy ob­rą­bek, każ­dej spód­ni­cy mi spraw­dza­li. Jesz­cze chcia­łam tę bluz­kę zdjąć, co mam na so­bie. Nie, bo ja je­stem męż­czy­zna, po­wie­dział cel­nik. Ja mó­wię na to: pan jest męż­czy­zna, ale ja już nie je­stem ko­bie­tą. Je­stem już tyl­ko czło­wie­kiem i mat­ką.

Przy dru­gim obok mał­żeń­stwo chy­ba. On z za­ło­gi chy­ba. Ofi­cer albo i sam ka­pi­tan. Ten spo­sób mó­wie­nia, o, wy­krztu­śna chwal­bo, jak mówi Bru­no2. Gru­ba­sy są obo­je.

? Mam to­wa­rzy­sza w ka­ju­cie. Mło­dy. Sym­pa­tycz­ny dość. In­ży­nier elek­tryk.

Szwedz­ka ko­ro­na 5 na do­lar. Za pacz­kę "Car­me­nów" 2 ko­ro­ny. Wód­ka, im więk­szy pro­cent - tym lep­sza. 40-pro­cen­to­wej czę­sto nie chcą ku­po­wać.

? O 1730 za­raz po ko­la­cji wy­sze­dłem do mia­sta. Pa­dał deszcz, więc ubra­łem bia­ły, wy­wia­dow­czy płaszcz od Nar­ci­so - pięk­nie po­ce­ro­wa­ny i wy­pra­ny, w do­ty­ku bar­dzo miły.

Cho­dzi­łem po desz­czu i ład­nie zmo­kłem, po­tem w "De­li­ka­te­sach" ku­pi­łem 2 dłu­gie ma­kow­ce, w kio­sku "Ru­chu" my­dła, pa­stę do zę­bów, do skrzyn­ki wrzu­ci­łem kart­ki.

W MPiK-u wy­pi­łem kawę, u czap­ni­ka ku­pi­łem czap­kę. 90 zł.

Przed 20 wró­ci­łem na sta­tek. Czy­ta­łem i prze­czy­ta­łem Za­klę­ty krąg Si­gu­ar­da Ho­ela3 - Nor­we­ga. Bar­dzo nie­zła książ­ka. Z prze­ra­ża­ją­cym fi­na­łem.

Atak De­mo­na Ab­sur­du od­par­ty oglą­da­niem w TV głu­piej ko­me­dii ame­ry­kań­skiej pt. Gdy na­dej­dzie wrze­sień z Lo­lo­bry­gi­dą4 i Roc­ky Hud­so­nem5.

Na zie­lo­nej wy­spie drzew na Od­rze (o 30 m od pra­wej bur­ty) śpie­wał sło­wik, jak pół­p­tak, pół­a­nioł. Po wo­dzie to się nio­sło jak naj­zgrab­niej­sza łódź.

Za­sną­łem o 2.

13 V 73. Nie­dzie­la. Nowy Dzień

? Jest 9. Mie­li­śmy wyjść o 8. Ste­ward mówi, że je­śli wyj­dzie­my o 10, to bę­dzie do­brze.

Star­sza Pani mówi, że nic a nic nie spa­ła. Cią­gle żyje ner­wa­mi po dro­bia­zgo­wej re­wi­zji cel­ni­ków.

- Wie pan, mam je­den krysz­tał i jest cena na nim 680 zł, a prze­cież wol­no do 1200 zł. Cel­nik wziął ten krysz­tał i mówi: no tak, 680, wol­no do 1200, ale on coś taki cięż­ki jest ten krysz­tał. Nie chcia­łam się wię­cej jesz­cze zde­ner­wo­wać, ale chcia­łam mu po­wie­dzieć: to pan od­kroi ka­wa­łek, to bę­dzie lżej­szy.

Drob­ny test na ste­war­dzie. Były pa­rów­ki na śnia­da­nie. Na sto­le była musz­tar­da. Spy­ta­łem, czy jest chrzan. Nie ma - po­wie­dział. A wi­dzia­łem w lo­dów­ce, że jest. Ale może za­bra­li z mes­sy za­ło­go­wej.

Star­sza pani opo­wia­da, że w Nor­we­gii jest dużo wa­ria­tów, de­bi­li, im­be­cy­li, bo że­ni­li się mię­dzy sobą, nie wie­dząc, że to ro­dzi­na, bo mało ich jest. I nie było do­pły­wu ob­cej krwi i dla­te­go. O pi­ja­ku Nor­weg po­wie, że to cho­ry czło­wiek. Sa­mo­cho­dy go na uli­cy omi­ja­ją, tram­waj, żeby mógł, to by wy­sko­czył z szyn i go omi­nął.

Wra­ca­łem z Oslo w ze­szłym roku.

Po 10 od­bi­li­śmy. Ho­low­nik wy­krę­cił nas, po­tem już su­nę­li­śmy sami. Je­den dłu­gi sy­gnał sy­re­ny. Jed­no za­bu­cze­nie. Przy "Dwor­cu Mor­skim" sto­ją sta­tecz­ki wy­ciecz­ko­we. Wśród nich "Anna", "Elle-nai", "Olga". Da­lej wiel­kie stat­ki peł­no­mor­skie: "Wa­sy­lij Szeł­gu-now", czer­wo­ny "Schau­en­burg", pięk­na czar­no-zie­lo­na "Ce­dy­nia". Przy na­brze­żu Shi­pre­pa­ir Yard dłu­ga ko­lej­ka ob­dra­pa­nych jed­no­stek. Przy "Ce­dy­ni" pły­wa­ją­ce, wy­so­kie, pię­tro­we rusz­to­wa­nia do ma­lo­wa­nia burt. Wiel­ka, roz­le­gła del­ta Odry.

Po le­wej bur­cie zie­lo­ne, le­si­ste wzgó­rza, po­tem "Huta Szcze­cin". Kupy żół­tej siar­ki, pa­pier­nia i Po­li­ce z wy­so­ki­mi, naj­wyż­szy­mi ko­mi­na­mi. Po­tem Za­lew. Ogrom­ny. Pol­ska la Pla­ta.

Obiad. Po­mi­do­ro­wa, kur­czak, zie­lo­na sa­ła­ta ze śmie­ta­ną. Do pi­cia - nic. Trze­ba cze­kać do pod­wie­czor­ku o 15. Gra­łem tro­chę na gi­ta­rze. Po­tem sje­sta. I uda­ło się! Spa­łem do za kwa­drans 15.

Pły­nie­my po Bał­ty­ku. Bar­dzo ele­ganc­ko. Lek­ko ko­ły­sze. Na Je­zio­rze Nidz­kim na "Het­ce" czy na "Ome­dze" bar­dziej ki­wa­ło. Nie­bo osio­dła­ne przez chmu­ry cał­ko­wi­cie. Wiatr lek­ki, nie pada - spo­koj­nie.

Wy­sze­dłem na pe­len­go­wy po­kład. Tam prze­waż­nie cho­dzę. Wko­ło mo­rze. Na za­cho­dzie, z le­wej stro­ny, na bli­skim ho­ry­zon­cie ląd. Ru­gia albo już przy­lą­dek Ar­ko­na.

? O 18 za­czę­ło ki­wać. Po­go­da się po­gor­szy­ła. Sil­ny za­chod­ni wiatr i za­ci­na deszcz. Na fa­lach po­ja­wia­ją się bia­łe grze­bie­nie.

Przed 22 z pra­wej stro­ny bur­ty wi­dać łunę nad Mal­mö na szwedz­kim brze­gu. Tro­chę w dali, po le­wej bur­cie, wiel­ka łuna świa­teł nad Ko­pen­ha­gą na wy­spie Ze­lan­dia.

Przed wej­ściem do cie­śni­ny Sund sta­tek sta­nął. Na łu­pin­ce mo­to­ro­wej ze świa­tła­mi czer­wo­no-nie­bie­sko-żół­to-zie­lo­ny­mi przy­bił do le­wej bur­ty pi­lot i po wan­to­wej dra­bin­ce wszedł na po­kład. Po­pro­wa­dzi sta­tek przez 2 godz., a więc chy­ba przez całą cie­śni­nę.

Ra­niut­ko za­wi­nie­my do por­tu Halm­stad w Szwe­cji. Wy­ła­du­je się 600 ton że­la­za i do Oslo. Pół dnia mniej wię­cej bę­dzie­my tam sta­li. Albo tro­chę mniej.

To­wa­rzysz po­dró­ży wy­mię­to­szo­ny ki­wa­niem leży na swo­jej gór­nej koi. Ja czu­ję się fan­ta­stycz­nie. Co raz za­glą­dam do lo­dów­ki w pen­trze i coś wy­że­ram.

Ko­pen­ha­ga z le­wej bur­ty. Ogrom­ne nad­mor­skie lot­ni­sko. Wi­dać star­tu­ją­cy z ogłu­sza­ją­cym hu­kiem sa­mo­lot, to zna­czy wi­dać w ciem­no­ści jego mru­ga­ją­ce czer­wo­ne świa­teł­ko. Nie mają koń­ca rów­ne rzę­dy świa­teł po­zy­cyj­nych wzdłuż pa­sów star­to­wych lot­ni­ska. Pły­nie­my na pół­noc w stro­nę naj­węż­sze­go miej­sca cie­śni­ny Sund - mię­dzy Hel­sih­g0r na duń­skim brze­gu, gdzie za­mek Ham­le­ta, a Häl­sing­borg na szwedz­kim brze­gu.

W me­sie za­ło­go­wej oglą­da­łem chwi­lę szwedz­ki, a po­tem duń­ski pro­gram. Skoń­czy­ło się wia­do­mo­ścia­mi spor­to­wy­mi za 10 min. 23.

Wszy­scy spi­li się pi­wem "Oko­cim". Był je­den z gi­ta­rą i tro­chę śpie­wa­li Szła dzie­wecz­ka do la­secz­ka mię­dzy in­ny­mi, ale mar­nie to szło. Mło­dzi, ale jak­by już daw­no nie mło­dzi. B. smut­ne to wszyst­ko. Za 25 min. pół­noc. Zno­wu wy­sze­dłem na po­kład. Nie­koń­czą­ce się świa­tła Ko­pen­ha­gi. I świa­tła la­tar­ni na oby­dwu brze­gach. Pło­ną i ga­sną, pło­ną i ga­sną. W nie­da­le­kiej dali na szwedz­kim brze­gu łuna świa­teł nad mia­stecz­kiem Land­skro­na. Spraw­dzić na­sze sło­wo Lanc­ko­ro­na.

Przed Ko­pen­ha­gą albo kie­dy mi­ja­li­śmy ja­kąś pe­ry­fe­ryj­ną dziel­ni­cę tego mia­sta przed lot­ni­skiem nad­mor­skim, duń­ski brzeg był o ja­kieś dwa set­me­tro­we sko­ki, ta­kie, ja­kie mi się ostat­nio śnią.

La­tar­nie mor­skie. Pan Te­le­ga ze Szcze­ci­na nie otrzy­mał mo­ich

2 li­stów. Ta ro­bo­ta w la­tar­ni na wy­spie na­wi­ga­cyj­nej, gdzieś pod Szcze­ci­nem6 - może się uda ją za­ła­twić. To by mi świe­ci­ło, taka ro­bo­ta. Na­pi­sał­bym w la­tar­ni Fa­bu­la rasa.

Po po­łu­dniu ku­pi­łem u och­mi­strza bu­tel­kę Joh­ny Wal­ke­ra % li­tra za 3 do­la­ry i kar­ton (10 pa­czek) Pal Mal­li, tych droż­szych, nie po 1,94, ale po 2,10. Za­pła­ci­łem ko­ro­na­mi nor­we­ski­mi. 30 ko­ron. 1 $ = 5,97 ko­ron.

Ten, o któ­rym my­śla­łem, że jest ka­pi­ta­nem - zga­dza się. Oni mają wszy­scy coś ty­po­we­go. Chy­ba to ta wy­krztu­śna chwal­ba. Wzdy­cham lek­ko, już nie cięż­ko, i śmie­ję się po tej oko­li­cy duń­sko-szwedz­kiej. Niech się pa­no­wie i damy - smu­cą i ra­du­ją da­lej sami. Beze mnie. Beze mnie już.

Jed­na z naj­więk­szych to rze­czy, jak na­pi­sa­ło się w ostat­nim wier­szu Przy­stę­pu­ję do cie­bie: móc i mieć pra­wo do sie­bie uśmiech­nąć się7. Na pew­no jest tak, że prze­gry­wa ten, kto prze­sta­je ko­chać.

Na Od­rze i po­tem na Za­le­wie Szcze­ciń­skim nie­bo było chmur­ne i woda od nie­go biła bura, i od cza­su do cza­su sło­necz­ko prze­bi­ja­ło się przez chmu­ry, i gę­sto po­marsz­czo­na ta­fla wody wte­dy mi­go­ta­ła. Do­kład­nie jak w tym wier­szu Cze­cho­wi­cza:

Bura bu­rza od boru i jak bór dud­ni pio­run rzu­ci­li na wodę zło­ci­sty kij8.

10 min. po pół­no­cy. Z pra­wej bur­ty wi­dać na szwedz­kim brze­gu chy­ba świa­tła Häl­sing­ber­gu.

Wkrót­ce wyj­dzie­my z Sun­du na Kat­te­gat.

Od chwi­li gdy we­szli­śmy do Sun­du, prze­sta­ło ki­wać. A ki­wa­ło dość. Wzdłuż­nie i bocz­nie, ale zwłasz­cza wzdłuż­nie. Pew­nie za­cznie zno­wu ki­wać, gdy wyj­dzie­my z Sun­du na Kat­te­gat.

Spił się na­wet ste­ward o twa­rzy do­brze od­ży­wio­ne­go dzie­cia­ka. Szko­da, że nie ma ze mną Wit­ka9. Jak­by się cie­szył.

Sie­dzę w me­sie ofi­cer­skiej, bo mój to­wa­rzysz z ka­ju­ty - śpi. Albo mę­czy się. Ale te­raz nie kiwa, więc może za­snął. To jego trze­ci rejs. I tak go mę­czy.

Wpół do pierw­szej. Przy­szedł mło­dy ma­ry­narz - tak spi­ty, że le­d­wo stał na no­gach. Bluź­niąc strasz­li­wie, szu­kał kawy w pen­trze. Beł­ko­tał, że musi zro­bić kawy dla pi­lo­ta. Zna­la­złem mu kawę i da­łem. Wy­beł­ko­tał coś do mnie, ale nie zro­zu­mia­łem. Za­klął i "po­szedł". Po­szedł - wiel­kie sło­wo.

By­łem znów na po­kła­dzie. To, co bra­łem już za Häl­sing­berg - było chy­ba Land­skro­ną. Häl­sing­berg chy­ba da­lej. Mó­wię o szwedz­kim brze­gu. Na duń­skim cią­gle Ko­pen­ha­ga.

? 15 min. po 1 nad ra­nem. Wy­sze­dłem na po­kład, bo ma­szy­ny zwol­ni­ły. Do pra­wej bur­ty pod­pły­nę­ła mo­to­rów­ka, na któ­rą prze­siadł się­pi­lot. Dużo świa­teł na oby­dwu brze­gach: Hel­sin­ger, Häl­sing­berg. Dzie­sięć mi­nut przed­tem zja­wi­sko­wy wi­dok.

(Dwa nie­zwy­kle zja­wi­sko­wo oświe­tlo­ne stat­ki, tuż przed nami się mi­ja­ły i te­raz my przez tę wą­ską, ale roz­sze­rza­ją­cą się prze­strzeń prze­pły­nę­li­śmy)10.

14 V [19]73. Halm­stad w Szwe­cji.

? Do por­tu za­wi­nę­li­śmy gdzieś o pią­tej rano. Ja jesz­cze o trze­ciej nad ra­nem oglą­da­łem świa­tłość przed­świ­tu na chmu­rach czar­nych i ni­skich tuż nad mor­skim ho­ry­zon­tem. Huś­ta­ło zdro­wo. Bocz­nie i wzdłuż­nie. Tro­chę się ba­łem. Po­tem zmę­czo­ny za­sną­łem. Wsta­łem o siód­mej. Ogo­li­łem się, umy­łem, wło­ży­łem świe­żą ko­szu­lę pod golf. Czu­łem się wy­spa­ny. Te­raz jest 17 i nie chce mi się spać.

Po śnia­da­niu wy­sze­dłem gdzieś o 830 do mia­sta czy­ste­go i schlud­ne­go. Peł­no tu­li­pa­nów: bia­łe, żół­te i czer­wo­ne. Ża­glo­wiec trój­masz­to­wy "Naja­da"11 przy mo­ście w tym sa­mym ka­na­le, w któ­rym my sto­imy, ale bli­żej mia­sta, w mie­ście wła­ści­wie. Inne stat­ki przy na­brze­żu: czar­ny "Smor­kow­ski" 4 z Le­nin­gra­du, czar­no-bia­ła "Bon­n­gia" ze Sta­ge, czar­ny "Vilm" z Ros­to­cka, nie­bie­ski jak oczy Sze­ruc­kie­go12 "MA­STRA­VIK" z Ber­gen, ja­sny "SKU­DE" ze Sku­de­skavn. Ma­gia nie­zna­nych nazw: Kvarn Ab. Tre Kro­ner; Carl Eng­ström, TRÄ AB. GUN­NAR PER­S­SON.

W Halm­stad Spar­bank wy­mie­ni­łem 50 kr. norw. na 37,25 kr. szwedz­kich.

Fon­tan­na "Po­rwa­nie Eu­ro­py przez byka" na środ­ku pla­cu.

1 kg po­ma­rańcz - 2 kr. 3 kg za 5 kr.

? W jed­nym ki­nie gra­ją: Pet­ting & Por­no Gra­fi.

W an­ty­kwa­ria­cie oglą­dam książ­ki. Po chwi­li szef otwie­ra szu­fla­dę i po­ka­zu­je mi dzie­siąt­ki pism por­no­gra­ficz­nych. Prze­glą­dam dwa, trzy i wy­cho­dzę.

Dżin­sy 50 kr. (do­kład­nie 49,90). Prze­chod­nie na uli­cach mają wszyst­kie pra­wa. Kie­row­cy grzecz­nie ich prze­pusz­cza­ją. Na skrzy­żo­wa­niach ulic, gdzie świa­tła czer­wo­ne i zie­lo­ne, to, gdy zmie­nia się świa­tło z czerw. na zie­lo­ne, włą­cza się jesz­cze do­dat­ko­wo sy­gnał dźwię­ko­wy, taka dzwo­nią­ca ter­kot­ka, na wy­pa­dek gdy­by się prze­cho­dzień za­my­ślił o czymś, a o czym, to ja już nie wiem.

Fon­tan­na "Po­rwa­nie Eu­ro­py przez byka" na pla­cu. Bar­dzo nie­zła ar­ty­stycz­nie.

Ka­wiar­ni nie ma ra­czej, a te któ­re są, są w re­mon­cie przed se­zo­nem tu­ry­stycz­nym. Ku­pu­ję dwa kub­ki do her­ba­ty. Drink Cey­lon Tea. Za 4 kr. W por­cie, wra­ca­jąc na sta­tek, pro­po­nu­ję temu i owe­mu "Car­me­ny". Wyj­mu­ję pu­de­łecz­ka okrą­głe, w któ­rych ta­ba­ka w ku­lecz­kach, któ­rą za­ży­wa­ją do no­so­wo. Je­den chło­pak ku­pu­je dwie pacz­ki "Car­me­nów". Chcia­łem 4 kr. za dwie pacz­ki. Dał 5 i nie chciał resz­ty, choć dwu­krot­nie się­ga­łem po mo­ne­tę do kie­sze­ni spodni.

? Po po­wro­cie do Pol­ski:

1) Dzwo­nić w spra­wie spo­tkań - Te­re­sa Jan­kow­ska, PDK, Wo­ło­min 76, tel. 76-23-91.

2) Kwia­ty dla tej pani, co zna­la­zła chle­bak, tel. 33-43-91. W-wa.

3) Do den­ty­sty.

4) My­śleć o słu­cho­wi­sku dla mło­dzie­ży do 16 lat.

5)

? To­wa­rzysz z ka­bi­ny inż. elek­tryk sprze­dał dwie pół­li­trów­ki po 20 kr. każ­da. Ku­piec przy­szedł wprost do ka­bi­ny. Kie­row­ca jed­ne­go z mo­to­ro­wych, por­to­wych wóz­ków. Chciał po­dob­no ku­pić mój kar­ton "Pall Mal­li", któ­ry le­żał na sto­le.

Przed od­bi­ciem przy­je­chał ja­kiś ro­syj­ski Żyd, ofe­ru­jąc krem­pli­nę (trzy ko­lo­ry) po 18 kr. szw. (1 $ = 4,40 kr. szw.) i buty za­mszo­we za ko­la­na po 13 kr.

Trze­ci ofi­cer łowi ryby na spin­ning w por­cie w po­bli­żu stat­ku, ale nic nie zło­wił. Cze­ka­my na pi­lo­ta. Od­bi­je­my o 1810. Wiatr jest wspa­nia­ły. Bar­dzo praw­dzi­wy. Je­stem na pe­len­go­wym. Kpt. pa­trzy na pra­wą bur­tę, tę od na­brze­ża, kie­dy ho­low­nik nas wy­krę­ca dzio­bem do mo­rza. Na stat­ku jest pi­lot z ma­łym ra­dyj­kiem nadaw­czo-od­bior­czym. Czer­wo­ne da­chy mia­stecz­ka Halm­stad wśród zie­lo­nych drzew mie­sią­ca ma­jo­we­go. Lśnią­ce bie­lą alu­mi­nio­we cy­ster­ny na ropę. BP. Bipi, czy­li Bri­tish Pe­tro­leum. Na koń­cu mola la­tar­nia. Chłop­cy ło­wią ryby. Ale wiatr. Kie­dy pi­lot wy­pro­wa­dził sta­tek na głęb­sze wody przez ozna­ko­wa­ną ty­ka­mi pły­ci­znę (z góry wi­dać do­kład­nie ja­sny ko­lor pły­ci­zny i ciem­ny ko­lor głę­bi­ny) - pod­je­cha­ła do bur­ty mo­to­rów­ka i prze­siadł się. Zro­bił taki gest po­że­gnal­ny i do­brze ży­czą­cy, rękę przy gło­wie. Kpt. z most­ku od­mach­nął, ale na­wet tego nie zro­bił pięk­nie, tyl­ko brzyd­ko, nie­zgrab­nie.

Mie­li­śmy gdzieś się za­ko­twi­czyć i cze­kać, aż się uspo­koi wiatr. Ale pły­nie­my jed­nak. 17 maja Świę­to Na­ro­do­we Nor­we­gii, więc je­śli nie przy­pły­nie­my 15, to 16 może nie zdą­żyć się wy­ła­do­wać ła­du­nek i trze­ba bę­dzie cze­kać do 18. Pły­nie­my więc. Na płd. za­chód, po­tem na za­chód. Sto­ję na ru­fie i pa­trzę na mo­rze. Jest na co po­pa­trzeć. Cu­dow­ne zja­wi­sko. O za­cho­dzie słoń­ce oświe­tli­ło cały, dłu­gi war­kocz bia­łych chmur i sta­ły się ró­żo­we, i w mo­rzu od­bi­ja­ła się świa­tłość ró­żo­wa, taka dro­ga świetl­na szła przez mo­rze, rów­no. I jesz­cze po­ja­wi­ła się tę­cza. Po­bie­głem do to­wa­rzy­sza z ka­bi­ny, żeby zo­ba­czył, ale jego już roz­wa­li­ła nie­moc i cier­pie­nie. Kie­dy wró­ci­łem, tę­cza była zni­kła.

Czte­ry mewy to­wa­rzy­szy­ły nam wier­nie, szy­bu­jąc za rufą, pra­wie że nie po­ru­sza­jąc skrzy­dła­mi, choć le­cia­ły pod wiatr, a wiatr był z tych praw­dzi­wych.

Huś­ta­ło zdro­wo. Sta­łem na ru­fie opar­ty o mes­sę. Na szczy­tach fal po­wsta­wa­ły pie­ni­ste grze­bie­nie, któ­re na­tych­miast roz­wie­wał wiatr na ty­sią­ce dro­bin, tak jak­by się rzu­ca­ło wiel­kie lu­stra z wy­so­kich ga­le­rii zam­ko­wych na ka­mien­ny dzie­dzi­niec i one roz­pry­ski­wa­ły się z trza­skiem na ty­sią­ce ka­wał­ków. Za rufą mo­rze po­kry­te bia­łą pia­ną było naj­spo­koj­niej­sze. Góry i do­li­ny, ale ta­kie sze­ro­kie, roz­lew­ne, nie kan­cia­ste jak całe roz­hu­la­ne wo­kół mo­rze.

Na­li­czy­łem te­raz sześć mew. A przed­tem były czte­ry i jak tyl­ko okiem mo­głem się­gnąć, in­nych nie wi­dzia­łem. Mu­sia­ły sie­dzieć na wo­dzie, na peł­nym mo­rzu i ze­rwa­ły się do lotu, kie­dy zo­ba­czy­ły su­ną­cy sta­tek. Jesz­cze po­tem było osiem mew. A po­tem dzie­więć.

Po­sze­dłem do pen­try, na­bra­łem do kie­sze­ni cien­kich kro­mek chle­ba i wró­ci­łem na rufę. I za­czą­łem rzu­cać je w górę po jed­nej, przed­tem ca­łu­jąc każ­dą krom­kę. W ten spo­sób usta moje po­ca­ło­wa­ły w dzio­by wszyst­kie mewy, któ­re pi­ko­wa­ły w dół i by­strym, so­ko­lim wzro­kiem od­naj­dy­wa­ły na fali, w bia­łej pia­nie, rzu­ca­ne prze­ze mnie ka­wał­ki chle­ba.

Za­chód słoń­ca był o 2017. Pły­nę­li­śmy wte­dy do­kład­nie na za­chód, więc mu­sia­łem wy­chy­lić się, żeby zo­ba­czyć słoń­ce. Wiatr był taki, jak­by chciał urwać mi gło­wę. Nie usły­sza­łem tego plu­sku, któ­ry po­dob­no sły­chać, gdy słoń­ce o za­cho­dzie wpa­da do mo­rza.

Po­tem skrę­ci­li­śmy na pół­noc. Huś­ta­ło fan­ta­stycz­nie. Le­piej wte­dy stać, niż le­żeć. Le­piej stać i pa­trzeć na mo­rze. Noc była nie­zwy­kle ja­sna i moż­na było wi­dzieć mo­rze roz­huś­ta­ne. Stan mo­rza był 5 (to dla że­gla­rzy jest naj­waż­niej­sze. Stan mo­rza). Dziw­na rzecz. Je­den ofi­cer mó­wił tak, dru­gi in­a­czej. Ma­ry­narz nie wi­dział nic. Po­wie­dział tyl­ko, że w nocy trzy razy się obu­dził, tak huś­ta­ło. Raz, bo mu spa­dła szklan­ka. Więc stan mo­rza 5, a wiatr 8. Stan mo­rza po­da­wa­ny jest w ska­li Be­au­for­ta, a siła wia­tru w me­trach na se­kun­dę. Ale nikt nie po­wie­dział mi tego w spo­sób prze­ko­ny­wu­ją­cy. Do trze­ciej rano pa­trzy­łem na mo­rze. To­wa­rzysz po­dró­ży ję­czał w ka­bi­nie. Rano o 8 śnia­da­nie. O wpół do dzie­wią­tej sta­nę­li­śmy przy wej­ściu do Oslo­fior­du, cze­ka­jąc na pi­lo­ta. O 9 ru­szy­li­śmy po gład­kiej, spo­koj­nej ta­fli. Le­ża­łem na le­ża­ku na pe­len­go­wym po­kła­dzie, wy­so­ko w słoń­cu. Wiatr był zim­ny i owi­ną­łem się ko­cem. Su­nę­li­śmy gład­kim szpa­le­rem mię­dzy dwo­ma ska­li­sto-le­si­sty­mi brze­ga­mi fior­du, naj­pierw bli­żej le­we­go brze­gu, po­tem bli­żej pra­we­go. Mia­stecz­ka w Oslo­fior­dzie. Zna­ne wi­do­ki wiel­kich, bia­łych, lśnią­cych w słoń­cu zbior­ni­ków na ropę. O 13 do na­brze­ża. Söreng­ka­ia.

17 V [1973]

? Świę­to Na­ro­do­we Nor­we­gii. Rocz­ni­ca (ko­lej­na) Kon­sty­tu­cji zr. 1[814].

? Mu­sikk Korps - "Pike Korps" - or­kie­stra dziew­czę­ca (Pike - dziew­czy­na).

? O 14 sy­gna­ły stu­den­te­rii.

24 V [19]73

? Ma­larz Ry­szard War­siń­ski13, Ec­ker­berg­ga­te 4.

Mniej jest wię­cej niż za dużo.

do przy­po­wie­ści o na­kar­mie­niu tłu­mów przez Je­zu­sa w Ka­nie Ga­li­lej­skiej.

? Boga się nie wi­dzi, tyl­ko od­ga­du­je. Tak jak sie­bie. Ja sie­bie nie wi­dzę. Zga­du­ję, że je­stem.

- Więc - mó­wię - ob­raz musi przed­sta­wiać nie to, co się wi­dzi, tyl­ko to, co się od­ga­du­je, że jest.

? Py­ta­nia jed­nej Po­lki za­miesz­ka­łej w Oslo do po­ety świe­żo przy­by­łe­go z Kra­ju:

- Z kim się Ła­zu­ka14 oże­nił?

- Nie wiem.

- A Osiec­ka15?

- Też nie wiem.

- To z kim ma dziec­ko? Bo te­raz uro­dzi­ła po­dob­no dziec­ko.

- Nie wiem.

26 V [1973]

? Po­dróż do Nor­mar­ka. Je­zio­ro Go­slun­gen. Rze­ka -? 4 go­dzi­ny marsz po wer­te­pach. Pstrą­gi. Zła­pa­łem 4 małe w płyt­kim po­to­ku na węd­kę bez spła­wi­ka. Po in­diań­sku tak się łowi - mówi Po­lak-Nor­weg. Wy­rzu­ci­łem pstrą­gi z po­wro­tem do wody. Wspa­nia­łe ko­lo­ry ryb. Brą­zo­we pla­my na grzbie­cie. Po bo­kach rude pla­my w srebr­nej au­re­oli.

Po­lak od 30 lat w Nor­we­gii opo­wia­da, jak dwa lata temu był w Pol­sce i chciał ku­pić po­mi­do­ry. Sprze­daw­czy­ni sprze­da­ła mu zgni­łe. Zro­bił skan­dal. On ro­zu­mie, mówi, że oni (sprze­daw­cy) mają taki roz­kaz od władz sprze­da­wać zgni­łe po­mi­do­ry. A nim sprze­da się te zgni­łe, to te zdro­we zgni­ją i zno­wu sprze­da­je się zgni­łe. W kół­ko.

- To cie­ka­wy ob­rót rze­czy - mó­wię. - Tak dłu­go je­stem w Pol­sce i o tym nie wie­dzia­łem.

Kawa-dok­tor: cu­kier + czar­na kawa + spi­ry­tus (sa­mo­gon). Nils Skre­iberg mówi, że wła­ści­we pro­por­cje kawy-dok­tor uzy­sku­je się, wrzu­ca­jąc do fi­li­żan­ki srebr­ną mo­ne­tę, po czym za­le­wa się czar­ną kawą, aż do znik­nię­cia bla­sku srebr­nej mo­ne­ty spo­czy­wa­ją­cej na dnie, po czym leje się spi­ry­tus, aż do mo­men­tu po­now­ne­go po­ja­wie­nia się srebr­ne­go bla­sku mo­ne­ty.

28 V [19]73. Oslo.

? Z bied­ny­mi i ze zwa­ny­mi bo­ga­cza­mi to jest tak, że zwa­ni bo­ga­cze po­mo­gą bied­ne­mu, ale bied­ne­mu nie wol­no oka­zać się od nich pięk­niej­szym czło­wie­kiem, szla­chet­niej­szym, wię­cej uzdol­nio­nym. Zwa­ni bo­ga­cze lu­bią bied­nych, gdy ci są po­kor­ni i przy­najm­niej tro­chę mniej zdol­ni.

Naj­gor­si są ci bo­ga­cze, któ­rzy nie są praw­dzi­wy­mi bo­ga­cza­mi z uro­dze­nia, lecz któ­rzy, jak to się mówi, do­ro­bi­li się (nie wcho­dzę w to, w jaki spo­sób, ale nie wy­łą­czam tu rów­nież uczci­we­go spo­so­bu do­ro­bie­nia się). Ci więc bo­ga­cze, któ­rzy byli kie­dyś bied­ni i wy­da­wa­ło­by się, że po­win­ni wczuć się w sy­tu­ację bied­ne­go, zro­zu­mieć obłęd­ną czę­sto dumę bied­ne­go - boją się bied­nych, nie umie­ją się za­cho­wać, po­peł­nia­ją nie­wy­ba­czal­ne w sto­sun­ku do nich nie­tak­ty, czę­sto pro­po­nu­ją ja­kąś po­moc od­czep­no-pie­nięż­ną, co jest czymś wprost prze­ra­ża­ją­co bez­czel­nym i bru­tal­nym.

? Lu­dzi moż­na po­dzie­lić na dwa ro­dza­je: tych, któ­rzy są wy­two­rem świa­ta, w któ­rym żyją, i tych, któ­rzy są wy­two­rem sa­mych sie­bie, któ­rzy, choć świa­ta nie zmie­ni­li, nie dali się zmie­nić świa­tu. Oni cho­dzą po świe­cie, a nie świat po nich. Nie mó­wię o dep­ta­niu; mó­wię o lek­kim, po­włó­czy­stym cho­dze­niu w bu­tach o zdar­tych, cie­niu­teń­kich ze­lów­kach.

Buty na­sze, mi­lor­dzie, pięk­ne daw­niej buty, do mu­zeum nie wąt­pię, ale ja­kie to gniaz­da; to są wan­ny, mi­lor­dzie, bar­dzo sta­re wan­ny16.

? Co za par­szy­wość jest w pie­nią­dzu, że tak de­pra­wu­je tych, któ­rzy dużo pie­nię­dzy mają? Ilu ja sam znam (nie zli­czę już) kie­dyś wspa­nia­łych, pięk­nych i peł­nych de­li­kat­no­ści, a po­tem zmar­nie­li, tak zgłu­pie­li, tak się zgar­bi­li pod wor­ka­mi pie­nię­dzy czy pod za­le­d­wie szczu­pły­mi sa­kiew­ka­mi.

Wszyst­ko jest po­ezją, ale pie­niądz nie jest po­ezją. Ale też pie­niądz jest ni­czym, choć w tym świe­cie do tego do­szło, że pie­niądz jest wszyst­kim, wszyst­ko moż­na ku­pić, naj­ge­nial­sze dzie­ła sztu­ki, lu­dzi na­wet moż­na ku­pić, oczy­wi­ście tych sprze­daj­nych, ale po­ezji się nie kupi.

Oslo. 29 V 1973

? Nowa Epo­ka. Prze­nio­słem się dzi­siaj do pra­cow­ni Ry­szar­da War­siń­skie­go przy Dom­kir­ke17 - Ka­te­dra Mia­sta Oslo. Umo­wa z Ry­szar­dem: mam wy­cho­dzić przed ich przyj­ściem (Ry­szard z żoną18) - 830 rano, a przy­cho­dzić po ich wyj­ściu - 1630. Spra­wa ja­sna.

Rano by­łem w re­dak­cji "Ar­be­ider­bla­det". Ode­bra­łem 20 ko­ron za wy­dru­ko­wa­ną jed­ną pio­sen­kę Nowy De­ka­log19 z okrop­nym ry­sun­kiem ilu­stru­ją­cym tekst. W skle­pie ku­pi­łem dżin­sy nie­bie­skie za 40 ko­ron (b. ta­nio) i ko­szu­lę "made in In­dia" za 50 ko­ron (pono ostat­ni krzyk mody).

O 13 spo­tka­nie ze Sel­ber­giem20. Cho­dzi­li­śmy tro­chę. Zwie­dzi­li­śmy Ra­tusz mia­sta Oslo. W Związ­ku Pi­sa­rzy Nor­we­skich na­pla­cu Nan­se­na 6 zło­ży­łem za­pro­sze­nie dla p. Has­slund, In­g­sta­da21 i Sel­ber­ga. Po­tem po­szli­śmy z Sel­ber­giem do re­dak­cji kwar­tal­ni­ka li­te­rac­kie­go "VIN­DU­ET". W ma­łym po­ko­iku 3x2 - mie­ści się cała re­dak­cja: 6 osób. Po­zna­łem pra­cu­ją­cych w re­dak­cji El­li­nor Kol­stad - jej męża po­etę i ex-den­ty­stę: Jo­han Fre­drik Gr?ga­ard22 oraz po­etę: Jan Erik Vold23 - rów­nież tłu­ma­cza z an­giel­skie­go m. in­ny­mi Ro­ber­ta Bly24 - po­ety ame­ry­kań­skie­go (po­dob­no b. do­bry) prze­by­wa­ją­ce­go obec­nie w Nor­we­gii (jego dzia­dek był Nor­we­giem). Ro­bert Bly stro­ni od lu­dzi. Ja mó­wię, że to jest zbyt ła­twe.

? W czwór­kę bez Vol­da idzie­my do "STOR­TO­RVETS GJE­ST­GI-VERI" - karcz­my wiel­ko­ryn­ko­wej na piwo. Pi­je­my po 2 duże ku­fle. Roz­ma­wia­my. El­li­nor mówi do mnie po ro­syj­sku, od­po­wia­dam po fran­cu­sku. Od cza­su do cza­su wtrą­ca w mój fran­cu­ski ro­syj­skie zda­nia. Cał­kiem nie­źle. Trze­ba bę­dzie się pod­cią­gnąć w ro­syj­skim. Co za wspa­nia­ły ję­zyk.

Obiad u Sel­ber­ga. Wie­czo­rem w mie­ście. Na pla­cy­ku przy ka­wiar­ni, na wol­nym po­wie­trzu na Karl Jo­hans Gate mi­kro­fon. Prze­ma­wia star­szy czło­wiek - po­wta­rza­ją się dwa sło­wa Je­zus Kri­stus. Za nim pół­ko­lem kil­ku męż­czyzn, dwie dość mło­de, może tro­chę śre­dnio­wiecz­ne, ko­bie­ty z gi­ta­ra­mi. Je­den z męż­czyzn ma mały akor­de­on, iden­tycz­ny z ar­gen­tyń­skim ban­do­ne­onem. Po­zo­sta­li męż­czyź­ni trzy­ma­ją książ­ki zło­co­ne, czar­no opra­wio­ne, chy­ba Bi­blia. Śpie­wa­ją chó­rem, kie­dy prze­ma­wia­ją­cy prze­ry­wa mowę i in­to­nu­je pieśń. Mło­dzi lu­dzie sto­ją i słu­cha­ją. Sie­dzą­cy przy sto­li­kach ulicz­nej ka­wiar­ni piją piwo (wy­łącz­nie). To słu­cha­ją, to roz­ma­wia­ją. Nie słu­chać nie mogą. Na­śmie­wa­nia się ja­kie­go­kol­wiek ze stro­ny słu­cha­czy nie za­uwa­ży­łem. Słu­cha­cze jed­ni od­cho­dzą, dru­dzy do­cho­dzą.

Idę do "Klu­bu Sie­dem", gdzie za parę dni w pią­tek mam śpie­wać pio­sen­ki o 21. Piwo 7 ko­ron, pa­pie­ro­sy z au­to­ma­tu 8 ko­ron. Cy­ga­ra "King Edward" od Ry­szar­da W25.

30 V [19]73

? Wie­czo­rem do Nur­mar­ku - do ran­cha El­li­no­ry i Fre­dri­ka. Bar­dzo było wspa­nia­le. Kra­jo­braz la­sów gór­skich czy gór le­si­stych. Na ko­la­cji sie­dzia­łem przy sto­le przy oknie. Od cza­su do cza­su pa­trzy­łem w okno, kie­dy roz­mo­wa to­czy­ła się mię­dzy­nor­we­ska. Dłu­gim, wid­nym wie­czo­rem po za­cho­dzie słoń­ca - naj­pierw po­ja­wi­ła się mgła, a po­tem gro­ma­dzi­ła się, gęst­nie­jąc od dołu w górę (po­wo­li za­le­wa­jąc do­li­ny).

Deszcz leje. Desz­czo­wy, wspa­nia­ły, bez­błęd­ny dzień.

Lało całą noc. Obu­dzi­łem się o pią­tej rano. Śni­ła mi się okrut­na afe­ra ro­dzin­na. Wszy­scy w ro­dzi­nie i cała wieś (zwłasz­cza Ry­siek26 i Ma­rych Po­tę­żak27) - na mnie. Oso­ba Z.28 tyl­ko je­dy­nie wier­nie sta­ła przy mnie. Wier­nie i bez lęku o nic. Mia­łem się bić z bra­tem - Ryś­kiem (wy­rwa­łem go do wal­ki pu­blicz­nej) i wie­dzia­łem, że po­bi­ję go, że nie da mi rady i że wte­dy ro­dzi­na i cała wieś zlin­czu­je mnie. Po­tem śnił mi się oj­ciec29. Prze­ciw­sta­wi­łem mu się w ja­kiejś bar­dzo po­waż­nej spra­wie. Jak zwy­kle. Nie zga­dza­łem się z nim. Stał przede mną, ale wie­dzia­łem, że za­raz ma umrzeć i w ob­li­czu tego - pro­si­łem go o prze­ba­cze­nie. Żeby mi przed śmier­cią prze­ba­czył to, że nie mogę się z nim zgo­dzić. Że jest źle - nie ule­ga żad­nej wąt­pli­wo­ści. Że czło­wiek w tej fa­zie swo­je­go roz­wo­ju, w ja­kiej się znaj­du­je­my, jest tra­gicz­ną isto­tą - nie ule­ga żad­nej wąt­pli­wo­ści. Ża­den po­je­dyn­czy czło­wiek nie jest w sta­nie prze­ciw­sta­wić się dzie­ją­ce­mu się w świe­cie złu. A po­wi­nien móc!

? Trze­ba naj­pierw zro­zu­mieć, że to, co jest, nie jest bez sen­su. Cały eg­zy­sten­cja­lizm ze swo­imi De­mo­na­mi Ab­sur­du, to po­kąt­ny ga­bi­net chi­rur­gicz­ny, gdzie upra­wia się nie­le­gal­ne za­bie­gi.

? Krę­cąc pa­pie­ro­sa, to zna­czy na­bie­ra­jąc szczyp­tę ty­to­niu z pacz­ki i kła­dąc go na bi­buł­kę, i krę­cąc pa­pie­ro­sa, jest tak, że za­ra­bia się na tego pa­pie­ro­sa, pra­cu­jąc przy nim, a za­pła­tą jest jego wy­pa­le­nie. Nie ma tego przy go­to­wych pa­pie­ro­sach. Nie lu­bię rze­czy nie­za­ro­bio­nych. Nie­smacz­ne są.

? A.M.30

Jak cy­wi­li­za­cja kształ­tu­je umysł i uwal­nia od pro­ble­mów?

Nie po­trze­bo­wa­łem wie­dzieć o ato­mach, ale to, że w miesz­ka­niu, w któ­rym by­łem dziec­kiem, pa­li­ło się świa­tło elek­trycz­ne uwal­nia­ło od roz­pro­sze­nia nie­wie­dzą.

Efekt cy­wi­li­za­cyj­ny, jak się za­sta­no­wić. Sta­ro­żyt­ni do­wie­dzie­li się masy rze­czy bez kon­fron­ta­cji z do­świad­cze­niem w te­ma­tach, o któ­rych mó­wi­li. De­mo­kryt wy­de­du­ko­wał kon­cep­cję, że świat jest zbu­do­wa­ny i to, że z ato­mów. Zo­stał osą­dzo­ny za swo­je po­glą­dy i przez dłu­gi, dłu­gi czas de­mon­stro­wał swo­je po­ję­cia. Szczę­śli­wie uda­ło mu się.

Za­sta­na­wia­nie się nad przy­ro­dą za­wie­ra taki ele­ment, któ­ry się na­zy­wa "wy­ja­śnio­ność".

De­mo­kryt, He­ra­klit, Eu­kli­des, Pla­ton - ogrom­ne typy psy­cho­lo­gicz­ne.

Świat jest po­zna­wal­ny już w ka­te­go­riach pryn­cy­piów. Nie trze­ba do­ko­nać żad­ne­go do­świad­cze­nia fi­zycz­ne­go, żeby znać fi­zy­kę. I tak się daje przed­sta­wić al­ge­bra tre­ści.

? Słoń­cem by­li­śmy!

Cie­niem je­ste­śmy!

Słoń­cem bę­dzie­my!

Dzieć­mi swych dzie­ci!

Wto­rek. Nowy Dzień. 5 VI [19]73

? W nocy zno­wu mar­z­łem, choć spa­łem w skar­pet­kach, spodniach i swe­trze. Pra­co­wa­łem do 3 nad ra­nem.

Te­raz jest 11. Śnia­da­nie: chleb, kawa, pa­pie­ros.

Do­ko­na­łem bar­dzo nie­przy­jem­ne­go od­kry­cia. W po­przed­niej sie­dzi­bie grze­ba­no w moim ple­ca­ku. Cho­ro­bą men­tal­ną go­spo­dy­ni moż­na to tyl­ko zro­zu­mieć. Wiel­kie moje w pierw­szej chwi­li obu­rze­nie.

Wczo­raj by­łem na ze­bra­niu za­rzą­du Po­lo­nii nor­we­skiej. Mó­wi­li o zor­ga­ni­zo­wa­niu za­baw.

- To jed­ną we wrze­śniu zro­bi­my za­ba­wę, a dru­gą?

- Trze­ba w li­sto­pa­dzie zro­bić, bo to ciem­ny mie­siąc i lu­dzie się nu­dzą.

- Może trzy za­ba­wy zro­bić?

- A nie za dużo to?

- Nie wcie­lam się w ba­ga­te­le, ale to są je­dy­ne do­cho­dy do kasy.

Śro­da. 6 VI [19]73

? Z Ry­szar­dem W.31 w Ho­vik­ko­dem. Au­to­bus 36 spod uni­wer­sy­te­tu. Piwo na ta­ra­sie przy ba­se­nie jach­to­wym.

Pa­trze­nie z przy­mknię­tym le­wym okiem, a pra­we przy­mru­żo­ne. Ten kąt nosa z przy­mru­żo­ną po­wie­ką.

Nie ma­lo­wać ob­ra­za­mi, ale mó­wić ob­ra­za­mi.

By­łem na Torg­ga­ta 7 u agen­ta PLO Wil­se­na. "Cie­cho­ci­nek" za­wi­ja w czwar­tek wie­czo­rem, od­pły­wa we wto­rek, nie ma miejsc. Trze­ba spy­tać kpt., czy zgo­dzi się za­brać.

Prze­waż­nie ci, co mó­wią, np. "ja­kie to pięk­ne", to są im­po­ten­ci.

? Las Pal­mas, Wy­spy Ka­na­ryj­skie - przy na­brze­żu pod na­zwą "Ge­ne­rał Fran­co" stał przy­cu­mo­wa­ny sta­tek pod na­zwą "Ge­ne­rał Wal­ter".

? Cha­gall - oplu­ty, ośli­nio­ny, za­smar­ka­ny faj­no­ścią, sło­dy­czą.

? Chło­pa­ki z PWSSP - Sza­rej­ko32, Mie­tek33, Raj­kow­ski34. Oni mie­li coś z pi­ja­nych bo­gów. Od­re­al­nia­li ży­cie.

Czwar­tek. 7 VI [19]73. Nowy Dzień.

? Pra­co­wa­łem tyl­ko do i w nocy. W po­łu­dnie po­zna­łem Cze­cha

- La­di­slaw Rzeź­ni­czek. Po­je­cha­li­śmy do TV i Ra­dia. Roz­ma­wia­łem z p. Bir­ke­lan­den z ra­dia i Mi­del­ton z te­le­wi­zji. W przy­szłym ty­go­dniu, kie­dy przy­ja­dę, zro­bi­my pro­gram dla TV i coś na­gram w ra­dio. Od 17 na ba­se­nie Fro­gner z An­drze­jem M.35.

Woda jest mo­kra - za­pa­mię­taj to zda­nie.

? O, wod­ne tar­ta­ki Fran­cji? - rzek­nę.

? STED - zna­czy po nor­we­sku - miej­sce, mia­sto.

Pią­tek. 8 VI [19]73

? Ra­niut­ko o ósmej mu­sia­łem znik­nąć z pra­cow­ni. A my­śla­łem do czwar­tej, czy­li do bar­dzo bia­łe­go tu­taj.

O 1600 z An­drze­jem M. na obie­dzie w Ti­vo­li. Ja­dłem kar­bo­na­der - 10 ko­ron.

Po­tem wró­ci­łem na pię­ter­ko do pra­cow­ni i pi­sa­łem Wszyst­ko jest po­ezją do sierp­nio­we­go nu­me­ru36. Mam dwie stro­ny.

O 22 na ko­la­cję do An­drze­ja. O 1 po­wrót do sie­dzi­by. Agent PLO Nie­lsen po­dob­no za­ła­twił mi miej­sce na stat­ku. Ju­tro z rana, to jest dzi­siaj z rana, mu­szę tam na sta­tek się wy­brać i upew­nić się, czy mam miej­sce i kie­dy wy­pły­wa­my.

So­bo­ta. 9 VI[19]73

? SME­STAD, LI­JOR­DET, 6091B - TR?G­STAD - LAU­VRAK, Re­zmak37.

? Rano wy­sze­dłem o ósmej, bo dzwo­nił wła­ści­ciel pra­cow­ni, że przyj­dzie po­pra­co­wać. Za­sną­łem o 3 nad ra­nem. Go­rą­co było, bo trzy pie­ce były włą­czo­ne, żeby wy­sechł wiel­ki go­be­lin roz­pię­ty na ścia­nie.

Po­sze­dłem do por­tu w po­szu­ki­wa­niu "Cie­cho­cin­ka". Zna­la­złem. Roz­ma­wia­łem z ka­pi­ta­nem, sym­pa­tycz­ne pierw­sze wra­że­nie. Ale pierw­sze wra­że­nie, to u wie­lu jest zwod­ni­cze, jak się prze­ko­na­łem.

Po­wie­dział, że je­śli nie bę­dzie miej­sca w ka­ju­cie pa­sa­żer­skiej, to da­dzą mnie do ma­łej "za­ka­mu­flo­wa­nej" ka­ju­ty, któ­rą na stat­ku jesz­cze mają. Spy­ta­łem, jak to jest z tymi ska­la­mi: siła wia­tru i stan mo­rza. Ska­la sta­nu mo­rza jest do ośmiu. Ska­la siły wia­tru, czy­li Be­au­for­ta, jest do 14. 14 i po­wy­żej to hu­ra­gan. Przy sta­nie mo­rza 5 pły­nie się, chy­ba że ła­du­nek jest swo­isty.

O 14 by­łem o ja­kieś 100 km od Oslo. Je­zio­ro ?yen - co zna­czy po nor­we­sku "Oko". Ogrom­ne, 30-ki­lo­me­tro­we. Za gó­ra­mi po dru­giej stro­nie je­zio­ra jest Oslo­fiord. Czy­ta­łem, pi­sa­łem. Pod wie­czór na­rą­ba­łem drze­wa. Ro­bo­ta pa­li­ła mi się w rę­kach. Pięk­nie wła­da­łem sie­kie­rą, za­dzi­wia­jąc Nor­we­gów i Cze­chów, któ­rzy nie bar­dzo spo­dzie­wa­li się tego po po­ecie. Po­tem po­sze­dłem nad je­zio­ro. Krwaw­ni­ki bia­łe, wy­so­kie, kon­wa­lie, któ­rych daw­no nie rwa­łem. Na­rwa­łem bu­kiet duży dla mat­ki As­bjorg i te­ścio­wej La­di­sla­wa. Wzgó­rza, tra­wa, drze­wa, so­sny i brzo­zy, je­zio­ro - co za dziw­ny pej­zaż. Z pol­skie­go kra­jo­bra­zu na ja­kąś ul­tra­pol­skość. Ale przede wszyst­kim jest nor­we­ski. Nor­we­ski par excel­lan­ce. Co jest naj­bar­dziej no­rew­skie-go w tym kra­jo­bra­zie. Ja­kaś pół­noc­ność. Tak bym to na­zwał. Ja­kaś po­dłu­go­wa­tość - spre­cy­zo­wał 38 Tego dnia na­rwa­łem bu­kiet kon­wa­lii i gra­łem na or­gan­kach. Co za uczu­cie.

Krwaw­ni­ki bia­łe, wy­so­kie. Na­sło­necz­nio­ne zbo­cza w kwia­tach roz­ma­itych. Kwit­nie ko­ni­czy­na.

Nie­dzie­la. 10 VI [19]73

? Cały dzień nad je­zio­rem. I cały w je­zio­rze. Ką­pa­łem się w zim­nej wo­dzie je­zio­ra ?yen. ?yen zna­czy po nor­we­sku - oko.

Ła­pa­łem ryby na spin­ning. Urwa­ła mi się ogrom­na sztu­ka. Co naj­mniej dwu­ki­lo­wa. Szczu­pak albo okoń. Je­śli ryba była lep­sza ode mnie w tej wal­ce - słusz­nie wy­gra­ła.

Po ko­la­cji li­kier "Be­ne­dyk­tyn". Kom­pot z bia­łe­go wina i owo­ców roz­ma­itych. Na cie­pło. Wspa­nia­ły.

Czy­ta­łem, pi­sa­łem. Wszyst­ko jest po­ezją.

Po­nie­dzia­łek. 11 VI [19]73

? Nad je­zio­rem pół dnia. Na ska­łach przy­brzeż­nych le­żąc, my­śla­łem o tym i owym. Sny dzi­siej­szej nocy. Śni­ła mi się w ta­kim skró­cie mi­nio­na, strasz­li­wa hi­sto­ria moja. Ta cała moja wte­dy kru­chość nie­wy­mow­na.

? A. Mosz­czyń­ski

Tech­no­lo­gia ludz­kie­go po­zna­nia Na przy­kła­dzie wen­ty­la­cji.

Wy­ja­śnie­niem wen­ty­la­cji jest okre­śle­nie, że w każ­dym prze­wo­dzie wen­ty­la­cyj­nym sie­dzi troll i dmu­cha. Po­tem znaj­du­je się ce­chy tego trol­la; po­tem opi­su­je się te ce­chy sys­te­ma­ty­za­cyj­nie i to ne­gu­jąc ja­kie­kol­wiek związ­ki z trol­lem (mówi się, że to za­bo­bon). I taki opis jest już na­zy­wa­ny wie­dzą. Jest cha­rak­te­ry­stycz­nym, że w ta­kiej wie­dzy jest bar­dzo wie­le z by­łe­go trol­la. Co zna­czy, że jest to w dal­szym cią­gu bar­dzo zmi­sty­cy­zo­wa­na wie­dza. W za­sa­dzie, żeby nie po­wie­dzieć - żad­na, więk­szość wie­dzy nie wy­grze­ba­ła się z trol­li­zmu.

Te­raz py­ta­nie?

Czym róż­ny bę­dzie stan na­szej wie­dzy [prze­for­mo­wa­ny?] w spo­sób nie­trol­li­stycz­ny od je­dy­nie nam do­tych­czas zna­nych trol­li­zmów?

? Czło­wiek po­wstał wte­dy, kie­dy za­uwa­żył treść. Wte­dy się prze­stra­szył i stał się psy­chicz­ny. Wie­le zwie­rząt zda­je się za­uwa­żać treść: boją się, ale jesz­cze so­bie z tego nie zda­ją spra­wy.

Jest wto­rek. Nowy Dzień. 12 VI [19]73

? 1) Za­okrę­to­wać się, prze­nieść ba­gaż na sta­tek.

2) O 12 z An­drze­jem39 przy Hol­men­ko­len.

3) Ku­pić kurt­kę dżin­so­wą, je­śli do 100 ko­ron.

4) Po­da­ro­wać An­drze­jo­wi swe­ter nie­bie­ski sze­tlandz­ki.

5) Ku­pić 2 pacz­ki ta­ba­ki "Buc­ca­ne­er" na skrę­ty.

6) Do Munch­mu­se­et i do Ga­le­rii Na­ro­do­wej.

? A.M.An­drzej Mosz­czyń­ski.

Za mało się zda­rzy­ło i prze­sta­łem trzy­mać tem­po.

? - Co Pan ma?

- Ja mam czas!

Wto­rek 12 VI [19]73. Nowy Dzień.

? Z An­drze­jem spo­tka­li­śmy się w po­łu­dnie przy ko­lej­ce do Hol­men­ko­len. Przed­tem rano przy­szedł War­siń­ski. Spa­łem od 5 do 9, bo obu­dził mnie La­dia, któ­ry miał mnie od­wieźć na sta­tek. Ale zwol­ni­łem go z proś­by i po­że­gna­li­śmy się. Z War­siń­skim do Na­tio­nal­ca­fee na her­ba­tę i duń­ski omlet. Ga­da­nie przy tym. Z An­drze­jem (zwol­nił się z biu­ra zno­wu) cho­dzi­li­śmy kil­ka go­dzin. Po­tem ku­pi­li­śmy coś na obiad, spa­get­ti i piwo i przy­rzą­dzi­li­śmy to w pra­cow­ni. Na ba­sen iść było za zim­no. Po­da­ro­wa­łem An­drze­jo­wi szwedz­ki swe­ter. Dłu­go nie chciał wziąć. Wziął do­pie­ro wte­dy, kie­dy zmę­czo­ny na­ma­wia­niem go po­wie­dzia­łem: do­bra, za­pa­mię­tam to (że nie chciał wziąć). O 21 po­że­gna­li­śmy się. Wzią­łem tak­sów­kę i po­je­cha­łem na sta­tek. By­li­śmy już na stat­ku z A. w po­łu­dnie. Po­go­da mrocz­na i bar­dzo wietrz­na. Pa­sa­że­ro­wie na "Dusz­ni­kach", któ­ry przy­pły­nął i stoi przy nas, po­dob­no do­szczęt­nie zmar­no­wa­ni sztor­mem. Kie­dy scho­dzi­łem w dół Carl Jo­ha­nus Gate, na ze­ga­rze Dwor­ca Ost­ban­hu­en była pięk­na godz. 2121. Pi­sa­łem i czy­ta­łem do 2 ran­nej.

13 VI [19]73

? Wsta­łem na śnia­da­nie, po­tem spa­łem do po­łu­dnia. Na mia­sto od­dać klu­cze do pra­cow­ni R.W.40. Tu­zin bu­te­lek piwa i ga­da­nie War­siń­skie­go.

Po­zdro­wić Sza­rej­kę, Raj­kow­skie­go Ka­zi­ka (Ko­sza­lin), Sta­ni­sła­wa Ma­sia­ka41 (W-wa, rzeź­biarz).

O 16 z po­wro­tem na stat­ku. Przy­szedł An­drzej mnie po­że­gnać. Od­bi­li­śmy o 17. Duje nie­sa­mo­wi­cie. Na mo­rzu sztorm, ale po­dob­no ma się wkrót­ce uspo­ko­ić.

Pły­nie­my Oslo­fior­dem. Wy­szło sło­necz­ko. Prze­ja­śnia się. Tak jak­by też zma­la­ła siła wia­tru.

? Przez całe ży­cie prze­ciw­sta­wia­łem się (i będę) świa­tu męż­czyzn w spra­wie trak­to­wa­nia przez nich ko­bie­ty jako mniej wię­cej przed­mio­tu. Nie spo­tka­łem ni­ko­go tak upar­te­go, tak upar­cie za­ko­cha­ne­go w tej wal­ce, w któ­rej mia­łem za prze­ciw­ni­ków nie tyl­ko męż­czyzn, ale same ko­bie­ty, któ­re da­wa­ły wszyst­kie po­wo­dy do ta­kie­go trak­to­wa­nia. Ale są wy­jąt­ki i one nie po­twier­dza­ją re­gu­ły, jak to gło­si po­rze­ka­dło.

14 VI [19]73

? 2 w nocy. Huś­ta nie­mo­żeb­nie. Mar­nie jest. Od­da­łem mo­rzu wszyst­kie 6 piw z tego tu­zi­na, któ­ry opróż­ni­li­śmy wspól­nie z War­siń­skim po po­łu­dniu w Oslo. Wszyst­ko się prze­wra­ca. W pen­trze przed chwi­lą kupa szkła po­le­cia­ła skądś tam i roz­bi­ła się z hu­kiem. Boli mnie gło­wa. Prze­chy­ły bocz­ne bar­dzo duże, zla­tu­ję z koi. Ubie­ram się, wkła­dam ka­mi­zel­kę ra­tun­ko­wą i sia­dam na ka­na­pę. Ła­du­nek mu­siał się prze­su­nąć w ła­dow­ni na lewą stro­nę, bo bar­dzo duże prze­chy­ły. Moż­na ob­li­czyć kąt od­chy­le­nia po za­słon­kach na koi. 40 stop­ni li­czę na oko. Fa­tal­nie się czu­ję i boję się, i my­śli ka­ta­stro­ficz­nych nie mogę od­pę­dzić.

Przed siód­mą rano wpły­nę­li­śmy do Sarps­bor­gu42. Rze­ka Bom-ma. Wte­dy rzu­ci­łem się na koję w ubra­niu i spa­łem do 10. Chy­ba stru­łem się ni­ko­ty­ną. Wczo­raj wie­czo­rem wy­cią­gnę­li mnie na bry­dża: Chif, Ra­dio i Ste­war­des­sa. Za­pa­li­łem wte­dy cy­ga­ro i za­czę­ła mnie bo­leć gło­wa. Mo­głem też struć się bi­go­sem. Kto wie. A może nor­mal­na cho­ro­ba mor­ska. Prze­chy­ły bocz­ne były prze­cież bar­dzo moc­ne. W nocy za­uwa­ży­łem cho­dzą­ce­go w ko­ry­ta­rzu trze­cie­go me­cha­ni­ka z za­ło­żo­ną na pier­siach ka­mi­zel­ką ra­tun­ko­wą. Ja wte­dy też za­ło­ży­łem i usia­dłem przy drzwiach, ob­ser­wu­jąc - strasz­li­wie zmę­czo­ny - prze­chy­ły.

Dzi­siaj spo­tka­łem trze­cie­go mech. w mie­ście. Spy­ta­łem go o tę ka­mi­zel­kę. Mówi, że żar­to­wał. Może. Nie wiem. Wiem, że był cięż­ko prze­stra­szo­ny.

? O 18 za­pa­li­łem na pe­len­go­wym pierw­sze­go pa­pie­ro­sa. Le­ża­łem na le­ża­ku, owi­nię­ty ko­cem i wra­ca­łem do sie­bie. Trze­ba się dzi­siaj wy­spać. Pły­nę­li­śmy 14 go­dzin z Oslo do Sarps­bor­gu. Jest awa­ria ma­szy­ny i pły­nąć mak­sy­mal­nie mo­że­my tyl­ko pół-na­przód. W nocy były ma­new­ry. Nie wiem, co to zna­czy.

Te­raz jest 2130. Wy­ką­pa­łem się i zro­bi­łem pra­nie. Sie­dzę w mes­sie. Nie do­sze­dłem cał­kiem do sie­bie. Za­pa­li­łem dru­gie­go dzi­siaj pa­pie­ro­sa, ale mi nie sma­ku­je.

Przed chwi­lą do­wie­dzia­łem się, że prze­chy­ły do­cho­dzi­ły do 50 stop­ni, jak to moż­li­we

Ofi­cjal­nie mó­wią o 40 stop­niach. Po­dob­no pół za­ło­gi za­ło­ży­ło ka­mi­zel­ki ra­tun­ko­we.

Na Kat­te­ga­cie mó­wią, że sztorm. Siła wia­tru 9 w ska­li Be­au­for­ta. Mówi się wprost, że gdy­by nie wiatr bi­ją­cy w lewą bur­tę, by­ło­by go­rzej, może cał­kiem źle.

Rano mes­sa przed­sta­wia­ła ob­raz taki, że wszyst­kie fo­te­le zwa­lo­ne na lewą ścia­nę, a pen­tra po­kry­ta war­stwą roz­bi­te­go szkła.

Nie prze­sa­dza­łem więc ze stra­chem, je­że­li w stra­chu była cała za­ło­ga.

? 22. [godz.] By­łem na pe­len­go­wym. Z góry wi­dzia­łem, jak mło­da pa­sa­żer­ka prze­cha­dza się po naj­niż­szym po­kła­dzie. Przy bur­cie stoi chło­pak, gdy dziew­czy­na przy nim, wrę­cza jej bu­kiet bzów. Roz­ma­wia­ją. Od­cho­dzę na dru­gą stro­nę, żeby nie wi­dzieć. Wczo­raj że­gna­ła męża, dłu­go sto­jąc na po­kła­dzie, a on dłu­go, dłu­go stał nie­ru­cho­mo na na­brze­żu. Gdy znik­nę­li so­bie z oczu, dziew­czy­na przy­szła do mes­sy, była aku­rat ko­la­cja, mówi, wcho­dząc: nie ma głup­sze­go uczu­cia, niż że­gnać naj­bliż­szą oso­bę.

- A dłu­go jesz­cze szczę­ście zo­sta­je w Nor­we­gii? - pyta Ste­war­des­sa, któ­ra jest oczy­wi­ście sym­pa­tycz­na bar­dzo dla męż­czyzn, a nic dla ko­biet (dwie star­sze pa­sa­żer­ki, te­raz trze­cia - mło­da). Dla mnie zwłasz­cza jest sym­pa­tycz­na (za­uwa­ży­łem to, bo by­łem na stat­ku od po­przed­nie­go dnia).

- Jesz­cze pół­to­ra mie­sią­ca - od­po­wia­da dziew­czy­na. - Ach, to co to jest - mówi. Zje pani ko­la­cję i od razu się pani le­piej po­czu­je - mówi Ste­war­des­sa.

Jest coś wul­gar­ne­go w jej gło­sie i po­sta­ci.

- To nie ta­kie ła­twe te­raz jeść - mówi dziew­czy­na.

Ale zja­dła wszyst­ko.

A dzi­siaj przyj­mu­je kwia­ty od ma­ry­na­rza lub ofi­ce­ra, któ­ry wi­dział, czy nie wi­dział, jak mi­ło­śnie że­gna­ła się z mę­żem?

Gdy­by wi­dział, to nie po­wi­nien się ośmie­lić. Ale to ja tak my­ślę. Wi­dział i co z tego, że wi­dział.

Tak więc szy­ku­je się nowy mor­ski ro­mans. Może nie zdą­ży się roz­wi­nąć. Moż­na go zresz­tą cią­gnąć na lą­dzie. Jak wia­do­mo.

Tak to jest. Któż oprze się ma­ry­na­rzom? Ja! Aha, ale ja nie je­stem ko­bie­tą. Gdy­bym był, to mógł­bym po­wie­dzieć to samo, co Ham­let La­for­gue'a43:

"Gdy­bym był ko­bie­tą, po­zwo­lił­bym je­dy­nie bo­ha­te­ro­wi do­tknąć mo­ich ust".

Ale do­bra. Skończ­my z tym.

15 VI [19]73

? Spa­łem do­brze. Po śnia­da­niu sie­dzia­łem w mes­sie z kpt. Twier­dzi, że mak­sy­mal­ne prze­chy­ły do­cho­dzi­ły "tyl­ko" do 33 stop­ni. Ma­ry­narz, któ­re­mu to po­tem mó­wi­łem, mach­nął ręką i po­wie­dział: "- Ja panu mó­wię, że gdy­by­śmy się nie scho­wa­li do fior­du, to by­śmy się wy­ką­pa­li".

Kpt. mówi, że był sztorm. Dzie­wiąt­ka, a nie gjel (czy­li sie­dem), ani se­ven gjel - czy­li ósem­ka.

Ma­ry­narz mówi, że było 12 stop­ni.

Przy­szła mło­da pa­sa­żer­ka, ta, któ­ra chce pod­bić ser­ca wszyst­kich swym wdzię­kiem. Skąd ja to znam? Ten chi­chot, ten śmiech. Głos ma ero­tycz­ny i na­wet na dru­tach robi ero­tycz­nie:

- Po po­łu­dniu pój­dę się po­opa­lać.

- Co pani bę­dzie opa­la­ła? - pyta kpt.

- Chciał­by pan wie­dzieć? - od­po­wia­da za­lot­nie.

Zo­sta­wi­łem ich tiu­tiu-tiu i po­sze­dłem do mia­sta. Zna­la­złem sklep z rze­cza­mi woj­sko­wy­mi. Za­ku­pi­łem to­wa­ru za 115 ko­ron. Ku­pi­łem blu­zę zie­lo­ną za 25 kr. I za 90 ko­ron śpi­wór woj­sko­wy, chle­bak i kurt­kę nie­prze­ma­kal­ną. Je­stem dum­ny z sie­bie, że w in­nych skle­pach po­wstrzy­ma­łem się od kup­na rze­czy żeń­skich. Ku­pi­łem so­bie też sli­py za 30 kr.

? Roz­mo­wa ze ste­war­des­są po obie­dzie. - Będę z pa­nem szcze­ra - rze­kła. Pły­wa 9 lat. Co 10 dni od­kła­da na ksią­żecz­kę 8-10 tys. zł.

- Na lą­dzie nig­dy bym tyle nie za­ro­bi­ła.

Jest po szko­le ho­te­lar­skiej. Pen­sji prze­cięt­nie ma 3,5 tys. (z godz. nad­licz­bo­wy­mi). Prze­cięt­nie 2 rej­sy mie­sięcz­nie. 20 tys. od­kła­da mie­sięcz­nie na ksią­żecz­kę. Nie­raz wię­cej, jak do­brze pój­dzie, 13 tys. mies. To moż­na po­wie­dzieć, że bar­dzo mar­nie szedł han­del.

Po­da­nie się skła­da do dyr. PLO w Gdy­ni. Ale trze­ba mieć ple­cy.

Gdy­bym na­wet od­kła­dał 100 tys. mie­sięcz­nie na ksią­żecz­kę - nie chciał­bym być ste­war­dem.

- No i zwie­dza się dużo świa­ta - mó­wię.

- Tak, ale wie pan, jak się chce za­ro­bić, to nie ma się co oglą­dać na wi­do­ki.

Sta­ra się być bar­dzo miła i jest (dla mnie - nie za­po­mi­naj­my o tym, że je­stem mło­dym męż­czy­zną, któ­re­mu nic nie bra­ku­je, jak­by po­wie­dział Fie­dia).

Co to jest to, co jest na jej twa­rzy?

Na twa­rzy ma jak­by na­pi­sa­ne to, że sły­sza­ła wszyst­kie spro­śne ka­wa­ły świa­ta, prócz tych jesz­cze nie­wy­my­ślo­nych.

? O 13. by­łem na pe­len­go­wym. Dmu­chał wiatr i owi­ną­łem się ko­cem. Od­bi­li­śmy od na­brze­ża na rze­ce Bom­ma o 1430. Ho­low­nik wy­krę­cił nas i po­cią­gnął ka­wa­łek w dół rze­ki do fior­du i ka­wa­łek fior­dem. Na rze­ce po pra­wej bur­cie, przy brze­gu dzi­kim, stoi za­ko­twi­czo­ny sta­tek "Bru­no" z Oslo. Pu­sty. Je­den czło­wiek na nim. Pa­trzy, jak obok prze­pły­wa­my. Po­zdra­wiam go ręką, czło­wie­ka na stat­ku "Bru­no". Od­po­wia­da mi po­zdro­wie­niem.

Przed wej­ściem na sze­ro­kie wody pod­pły­wa ho­low­nik do le­wej bur­ty i ze stat­ku scho­dzi pi­lot.

Wiatr duje, ale jak­by się uspo­ka­ja. Pły­nie­my na za­chód. O 1720 skręt w lewo na po­łu­dnie.

Kpt. mó­wił rano, że kry­tycz­ne prze­chy­ły są przy 67 stop­niach. Chy­ba prze­sa­dza. Te stat­ki, któ­re cho­dzą do Oslo: "Dusz­ni­ki-Zdrój" i "Cie­cho­ci­nek" (pły­ną­łem w jed­ną stro­nę jed­nym, w dru­gą stro­nę pły­nę te­raz dru­gim) zbu­do­wa­ły stocz­nie ru­muń­skie. Są do kitu. Nie­sta­tecz­ne, nie trzy­ma­ją się wody, tak jak się mówi o sa­mo­cho­dach nie­któ­rych, że nie trzy­ma­ją się szo­sy.

Po po­łu­dniu mo­rze spo­koj­niut­kie. Sie­dzę, a ra­czej leżę na pe­len­go­wym i scho­dzę tyl­ko na po­sił­ki.

Po ko­la­cji o 1730 (w por­cie o 17.), gdzieś o 20 na­kar­mi­łem mewy. Roz­sia­dły się po­tem na stat­ku, na szczy­cie dźwi­gów. Dźwi­gi te stat­ki mają za duże, nie­pro­por­cjo­nal­ne do wiel­ko­ści stat­ku. Tak samo za wy­so­ka jest nad­bu­dów­ka na ru­fie. Za­nu­rze­nie też za płyt­kie.

Słoń­ce za­szło o 2125. Żół­to­czer­wo­no. Oglą­da­łem cały czas z pe­len­go­we­go. Zno­wu nie "zo­ba­czy­łem" tego plu­śnię­cia słoń­ca w wodę.

A nie­bo bez­chmur­ne.

13 VI. dwa dni temu słoń­ce za­szło czer­wo­no. Chif, któ­ry aku­rat był w mes­sie (gra­li­śmy w bry­dża), po­wie­dział, że to na po­go­dę. A w nocy był sztorm. 10-12 w ska­li Be­au­for­ta. I te prze­chy­ły strasz­li­we.

2245 - za­czy­na lek­ko huś­tać. Pły­nie­my prze­szło 8 go­dzin. Z bar­dzo małą szyb­ko­ścią. Może 13 km na godz. Jed­na tur­bi­na nie pra­cu­je.

Mło­da pa­sa­żer­ka lata po wszyst­kich po­kła­dach. Nie­daw­no wpa­dła do mes­sy, gdzie sie­dzę.

- Co pan się tak za­my­ka? (bo za­mkną­łem drzwi), źle się pan czu­je?

- Czu­ję się do­sko­na­le - mó­wię.

Ja­kie to śmiesz­ne wi­dzieć jej twarz, któ­ra jest nie­sły­cha­nie zdzi­wio­na tym, że za­cho­wu­ję się wo­bec niej nor­mal­nie, bez za­my­słów ro­man­so­idal­nych.

Ką­pa­łem się. Z jej ka­ju­ty, obok ła­zien­ki, roz­le­ga­ją się mę­skie śmie­chy.

Bied­ny ty mężu jej. Tak dłu­go, dłu­go sta­łeś na na­brze­żu, pra­wie tak dłu­go, jak je­den taki wy­chu­dzo­ny strasz­li­wie o pło­ną­cych oczach (nie spał całą noc w au­to­bu­sie i przed­tem wie­le nocy) i jesz­cze jed­na nie­prze­spa­na cze­ka­ła go noc, ach, Boże, Boże, całą noc pił w por­to­wym mie­ście we wszyst­kich kan­ty­nach z To­ma­sem Ca­stel­la­no, któ­ry mó­wił "a la mu­jer, ni todo el di­ne­ro, ni todo el amur"44, a on sza­le­niec, sza­le­niec, bez gro­sza, wszyst­ko od­dał jej, na au­to­bus po­wrot­ny nie miał, ale dość o tym!).

? 23 [godz.] Na za­cho­dzie czer­wo­na łuna. Do­kład­nie po prze­ciw­nej, peł­nia księ­ży­ca ni­sko nad wodą. Pły­nie­my na księ­życ po księ­ży­co­wej srebr­nej smu­dze, któ­ra wy­raź­nie ry­su­je się na wo­dzie.

? Och­mistrz otwo­rzył bund i sta­tek pije. Ste­war­des­sa prze­szła do pen­try i za­bra­ła wszyst­kie szklan­ki i ja­kąś za­ką­skę z lo­dów­ki.

W nocy z 13 na 14 w cza­sie tego sztor­mu, ten księ­życ na­prze­ciw mo­je­go bu­la­ju. O 230 nad ra­nem, ni­ziut­ko nad wodą. Peł­nia. Co za nie­sa­mo­wi­ty wi­dok tego księ­ży­ca zło­te­go, jak słoń­ce ni­ziut­ko nad roz­hu­ka­nym mo­rzem. Jak­by go fale chcia­ły do­się­gnąć i ma­znąć go, chło­snąć go, tak na od­lew. Jak dzi­kie zwie­rzę­ta. Ska­ka­ły fale do nie­go. Nie­sa­mo­wi­cie. A on jak­by nic so­bie z tego nie ro­bił. Strasz­li­wie obo­jęt­ny.

16 V [19]73

? Lajf yz bru­tal

Wczo­raj przed pół­no­cą za­pi­ja­czo­ny fa­cet, któ­ry oka­zał się tym i tym.

17 VI [19]73. Bał­tyk. Świ­no­uj­ście.

? O dru­giej nad ra­nem by­li­śmy na re­dzie przed Świ­no­uj­ściem. Jesz­cze noc. Peł­nia, któ­ra za­czę­ła się 14 dra­ma­tycz­ne­go. Jak ska­kał wte­dy roz­hu­la­ny ży­wioł do tej świe­tli­stej kuli ni­sko na ho­ry­zon­cie obo­jęt­nie wi­szą­cej. Te ko­lo­ry [mar­mur­ne?] nad­ran­ne. Na most­ku. Przy­je­chał pi­lot. Po­da­je ster­ni­ko­wi, jak pły­nąć.

? Szcze­cin.

Ku­charz ze stat­ku pro­si mnie, że­bym wpi­sał do swo­jej de­kla­ra­cji cel­nej jego ku­pon krem­pli­ny i parę blu­zek. Po­ma­ga mi wy­nieść ba­ga­że ze stat­ku. Ła­pie­my tak­sów­kę. W tak­sów­ce wrę­cza mi "gó­ra­la"45 za przy­słu­gę. Bio­rę.

Tro­chę cze­ka­nia w Po­zna­niu, ale nig­dzie nie idę, nig­dzie nie dzwo­nię. Na bocz­nym pe­ro­nie sie­dzę na wóz­ku. Gram na gi­ta­rze.

23 VI [19]73. So­bo­ta.

? Do Ło­dzi. E12 do So­cha­cze­wa.

Pod So­cha­cze­wem chcia­łem wy­ką­pać się w Bzu­rze. Ale oka­za­ło się to bzdu­rą, bo woda bar­dzo brud­na.

Ci dziw­ni lu­dzie, z któ­ry­mi spę­dzi­łem noc, pi­jąc ostro. Strasz­ne mał­żeń­stwo. Zde­gra­do­wa­ne do­szczęt­nie. Jak moż­na tak?

27 VI [19]73

? Nad rze­ką Li­wiec pod miej­sco­wo­ścią Urle. Jest nie­sa­mo­wi­cie ła­god­nie. Ła­god­ność taka tę­sk­na, że nie ma słów. Nie­opi­sa­na. Spró­bu­ję ją opi­sać. In­nym ra­zem.

Ką­pa­łem się. Czy­sta, cie­pła woda. Płyt­ko bar­dzo. Tam, gdzie nurt do bio­der. Kie­dy sze­dłem brze­giem i mi­ja­łem mał­żeń­stwa dziet­ne i bez­dziet­ne, z sa­mo­cho­da­mi lub bez, kie­dy sze­dłem tak nie­sa­mo­wi­cie sa­mot­ny - dum­ny by­łem, że nie je­stem do nich po­dob­ny. Do ta­kich lu­dzi. Lecz do in­nych. NIE Z TEJ ZIE­MI JAK­BY.

Ten słyn­ny za­pach so­sno­wych za­gaj­ni­ków, igli­wia le­śne­go na­grza­ne­go słoń­cem.

Wie­czo­rem wy­sko­czy­ła mi aler­gia na twarz, wczo­raj w Wo­ło­mi­nie też. Wzią­łem wap­no i szyb­ko prze­szło. Te­raz w szko­le je­stem w Urli. Tu no­cu­ję. Cie­pła, dusz­na tro­chę noc. W Ło­dzi też się za­czę­ła po­ja­wiać aler­gia, kie­dy pa­trzy­łem, jak tych dwóch mi­li­cjan­tów bije pi­ja­ne­go.

Do­cho­dzi pierw­sza nad­ran­na. Jest le­piej już.

? Od­szu­kać ta­jem­ni­ce lot­ni­ska na Pła­sko­wy­żu An­dyj­skim, za­ło­żyć yugo ma­jow­ski wo­kół gło­wy i WRÓ­CIĆ TAM SKAD.

? 00) Co w sto­li­cy przy naj­bliż­szej byt­no­ści:

01) Od­dać pasz­port i ode­brać do­wód i za­mie­nić do­wód.

02) Ko­rek­ta sierp­nio­we­go od­cin­ka46.

03) Do "Czy­tel­ni­ka" w spra­wie LSW

04) Umó­wić się na roz­mo­wę z PIW em.

05) Do Za­ik­su.

06) Dzwo­nić do Ku­bia­ka47.

07) Na­grać nowe pio­sen­ki na UKF-ie.

08) Do te­le­wi­zji Ja­ni­szew­ski 43 31 80.

09) Ode­brać dłu­gi od Wój­ci­ka48 (500); Saw­ki49 (500).

10) Za­ła­twić wizy: szwaj­car­ska, fran­cu­ska, wło­ska, hisz­pań­ska i któ­re­goś kra­ju afry­kań­skie­go.

11) Cho­dzić za spra­wa­mi An­drze­ja Mosz­czyń­skie­go, Ba­biń­skie­go50, B. Ko­stec­kiej51, Wit­ka52.

12) Do An­no­po­la i do Le­ża­cho­wa się po­ka­zać.

13) Do ad­mi­ni­stra­cji w spra­wie wan­ny.

14) Do kraw­ca, do szew­ca (skle­ić san­da­ły).

16) Wy­prać ko­szu­le i skar­pet­ki.

17) Za­szyć fu­te­rał do gi­ta­ry.

18) Wy­słać Sie­kie­re­za­dę do Ber­gen. Uni­ver­si­tets bi­blio­te­ket, 5000 Ber­gen.

? KIM­ŻE ONŻE JEST

? Było to coś tak pięk­ne­go, jak sta­ro­żyt­ny egip­ski go­łęb­nik albo róże na gi­ta­rze, albo schną­ca na sznu­rze bie­li­zna, ło­po­czą­ca na wie­trze.

28 VI [19]73. Czwar­tek. Nowy Dzień.

? Od rana nad rze­ką Li­wiec. W po­łu­dnie ro­dzi­ny za­czę­ły opusz­czać oby­dwa brze­gi rze­ki, uda­jąc się na obiad. Cień prze­su­wa się wol­no wko­ło­krąg drzew. Z drzew lecą li­ście.

? 1500. W re­stau­ra­cji miej­sco­wej, o na­zwie oczy­wi­ście "Urlan­ka", pi­ja­ni fa­ce­ci kła­dą brud­ne swo­je łapy na po­ślad­kach ko­bie­cych, stroj­nych w mi­ni­ma­lia.

W p-po­ża­ro­wej, że­la­znej, czer­wo­nej becz­ce woda była, choć ko­lo­ru żół­to­zie­lo­ne­go. Więc woda była, jaka by nie była, ale ba­ra­ki już były spróch­nia­łe do­szczęt­nie i kie­dy, nie daj Boże, za­pie­je czer­wo­ny kur, ten, któ­ry pierw­szy chwy­ci bo­sak, zo­ba­czy, jak ten­że roz­sy­pu­je mu się w dło­niach.

Noc nad Liw­cem. Nie­opi­sa­na. Noc­ny plusk wody i inne nowe od­gło­sy. I ci­cho. Pu­sto.

? Praw­da jest czy­stą po­ezją

Praw­da jest jed­ną z tych tre­ści, o któ­rych mó­wi­łem, że są nie­za­leż­ne od for­my (To wi­dać u Nor­wi­da). Może być naga. Kłam­stwo nie jest nie­za­leż­ne od for­my. Jest za­leż­ne. Musi być ubra­ne.

Kłam­stwo jest brud­ną po­ezją.

Ezra Po­und53, przy­po­mi­nam so­bie, mó­wił, że to, co mógł­by za­le­cić mło­dym po­etom, to to, by do­sko­na­li­li nie­ustan­nie swo­ją cie­ka­wość świa­ta i by NIE KŁA­MA­LI.

? Nikt mi nie po­wie­dział tego, co ja wiem. Ja to wiem OD NI­KO­GO, czy­li OD SIE­BIE.

? Frag­ment Ca­łej ja­skra­wo­ści54. To za­wsze ży­cie mu­ska śmierć, a nie od­wrot­nie. Ży­cie jest jed­no­kie­run­ko­we, mówi na­uka.

? SZTA­FE­TA. Ty, któ­ry przyj­dziesz po mnie, mu­sisz pod­jąć mój trud i iść da­lej. To jest SZTA­FE­TA. MO­RAL­NOŚĆ, TO JEST BYĆ W SZTA­FE­CIE. Nie uchy­lać się od wzię­cia udzia­łu w szta­fe­cie. Te po­zy­tyw­ne war­to­ści, one się gdzieś gro­ma­dzą.

? Ten, kto prze­cier­piał jed­ną trzy­na­stą tego, co ja, ten już bę­dzie w nie­bie. Ja będę w trzy­na­stym nie­bie, naj­wyż­szym u In­dian - Ma­jów, prze­zna­czo­nym dla ko­biet zmar­łych w po­ło­gu, wo­jow­ni­ków po­le­głych w bi­twach, sa­mo­bój­ców przez po­wie­sze­nie - i dla mnie.

Ju­tro. Nowy Dzień. 29 [VI 1973 r.]

? 1) Po sty­pen­dium do Jur­ka.

2) Do Min. z "Dag­ba­let"

3) Do Am­ba­sa­dy szwaj­car­skiej.

[Czer­wiec 1973]

? Py­ta­nie do "Biu­ra Od­po­wie­dzi" w Fa­bu­la rasa.

- Czy try­wial­na przy­czy­na może spo­wo­do­wać wiel­kie cier­pie­nie?

- A czy oso­ba wiel­ko­cier­pią­ca wie, że przy­czy­na jest try­wial­na?

- Ra­czej nie wie. Ra­czej nie.

- To może.

- A je­śli wie?

- To zna­czy, je­śli się po­tem do­wia­du­je?

- Tak.

- To wte­dy cier­pi ze wsty­du, że tak bar­dzo cier­pia­ła z try­wial­nej przy­czy­ny. Ale po­tem to prze­cho­dzi.