Dzienniki. Zeszyty podróżne 2 - Edward Stachura

Reflow text when sidebars are open.
12 V 1973
? W kajucie na statku "Duszniki-Zdrój". Z Gorzowa PKS 630 stanowisko 4 do Szczecina. O 9 na miejscu. Do PŻM na ul. Wielkiej 32, między dworcem a hotelem "Arkona". "Nysa" rozwozi pasażerów na poszczególne statki. Cło. Nic nie sprawdzają. Alkoholu wolno zabrać tylko jeden litr. Papierosów 250 sztuk. O w pół do 11 wchodzę po trapie na statek. Ochmistrza nie ma. Steward wprowadza mnie do kabiny. Pogawędka z nim.
Odpływamy jutro rano o 8. Rejs do Oslo trwa 30 godz. Mogą być godzinne różnice w zależności od tego, jakie jest morze. Jeśli wiatr i fala biją w dziób, to opóźnia to trochę kurs. Mamy zawinąć do jakiegoś portu w Szwecji, do którego wieziemy 500 ton jakiegoś ładunku. Tak więc rejs potrwa dłużej oczywiście niż 30 godz. docelowo do Oslo, bez zawijania do innego portu.
Do burty naszego statku przybił holownik "Turnia" - Szczecin. Jest godz. 11.
Ten zapach. Te zapachy w kajucie i w korytarzach i w messie. Tak jakoś boleśnie bardzo są mi znane. Nie wiem, czy uda mi się je polubić. Będę się starał nie myśleć o przeszłości pachnącej tymi zapachami.
? Przez ostatnie trzy noce spałem w sumie około 10 godzin. Ale jest dobrze. Nieźle całkiem. Co to było trzy dni temu w stolicy, ten ból po prawej stronie piersi? Taki ostry, że musiałem stanąć. Trwał minutę. Może skurcz jakiegoś mięśnia.
? Co kupić w mieście po południu?
1. Pastę do zębów.
2. Sernik lub makowiec albo jedno i drugie dla Skreibergów1. Kraby rosyjskie.
3. Parę mydeł dziecinnych.
4. Wysłać kartki pocztowe.
? Tuż przy bulaju mojej kajuty - mostek holownika. Kajuty pasażerskie na "Dusznikach-Zdroju" są dwie dwuosobowe. Obok, w drugiej pasażerskiej kajucie, słyszę głos starszej pani - drugiej pasażerki, poza mną.
12. obiad. Rozmowa z pasażerką. Rosół i sztuka mięsa w sosie chrzanowym. Herbata o 15-ej.
- Oni nie lubią warszawiaków. Bo oni wszyscy są zza Buga albo z Koziej Wólki. Najlepiej się nie przyznawać, skąd się jest. Ja w zeszłym roku jechałem, to powiedziałem, że jestem z Arki Noego.
Z Norwegami nie można handlować. U pana będzie kosztowało 10 koron, a w sklepie to samo kosztuje 1000 koron, to Norweg kupi w sklepie. Oni mają taką mentalność.
- Rewidowali pana?
- Nic.
- A mnie wszystko. Każdy obrąbek, każdej spódnicy mi sprawdzali. Jeszcze chciałam tę bluzkę zdjąć, co mam na sobie. Nie, bo ja jestem mężczyzna, powiedział celnik. Ja mówię na to: pan jest mężczyzna, ale ja już nie jestem kobietą. Jestem już tylko człowiekiem i matką.
Przy drugim obok małżeństwo chyba. On z załogi chyba. Oficer albo i sam kapitan. Ten sposób mówienia, o, wykrztuśna chwalbo, jak mówi Bruno2. Grubasy są oboje.
? Mam towarzysza w kajucie. Młody. Sympatyczny dość. Inżynier elektryk.
Szwedzka korona 5 na dolar. Za paczkę "Carmenów" 2 korony. Wódka, im większy procent - tym lepsza. 40-procentowej często nie chcą kupować.
? O 1730 zaraz po kolacji wyszedłem do miasta. Padał deszcz, więc ubrałem biały, wywiadowczy płaszcz od Narciso - pięknie pocerowany i wyprany, w dotyku bardzo miły.
Chodziłem po deszczu i ładnie zmokłem, potem w "Delikatesach" kupiłem 2 długie makowce, w kiosku "Ruchu" mydła, pastę do zębów, do skrzynki wrzuciłem kartki.
W MPiK-u wypiłem kawę, u czapnika kupiłem czapkę. 90 zł.
Przed 20 wróciłem na statek. Czytałem i przeczytałem Zaklęty krąg Siguarda Hoela3 - Norwega. Bardzo niezła książka. Z przerażającym finałem.
Atak Demona Absurdu odparty oglądaniem w TV głupiej komedii amerykańskiej pt. Gdy nadejdzie wrzesień z Lolobrygidą4 i Rocky Hudsonem5.
Na zielonej wyspie drzew na Odrze (o 30 m od prawej burty) śpiewał słowik, jak półptak, półanioł. Po wodzie to się niosło jak najzgrabniejsza łódź.
Zasnąłem o 2.
13 V 73. Niedziela. Nowy Dzień
? Jest 9. Mieliśmy wyjść o 8. Steward mówi, że jeśli wyjdziemy o 10, to będzie dobrze.
Starsza Pani mówi, że nic a nic nie spała. Ciągle żyje nerwami po drobiazgowej rewizji celników.
- Wie pan, mam jeden kryształ i jest cena na nim 680 zł, a przecież wolno do 1200 zł. Celnik wziął ten kryształ i mówi: no tak, 680, wolno do 1200, ale on coś taki ciężki jest ten kryształ. Nie chciałam się więcej jeszcze zdenerwować, ale chciałam mu powiedzieć: to pan odkroi kawałek, to będzie lżejszy.
Drobny test na stewardzie. Były parówki na śniadanie. Na stole była musztarda. Spytałem, czy jest chrzan. Nie ma - powiedział. A widziałem w lodówce, że jest. Ale może zabrali z messy załogowej.
Starsza pani opowiada, że w Norwegii jest dużo wariatów, debili, imbecyli, bo żenili się między sobą, nie wiedząc, że to rodzina, bo mało ich jest. I nie było dopływu obcej krwi i dlatego. O pijaku Norweg powie, że to chory człowiek. Samochody go na ulicy omijają, tramwaj, żeby mógł, to by wyskoczył z szyn i go ominął.
Wracałem z Oslo w zeszłym roku.
Po 10 odbiliśmy. Holownik wykręcił nas, potem już sunęliśmy sami. Jeden długi sygnał syreny. Jedno zabuczenie. Przy "Dworcu Morskim" stoją stateczki wycieczkowe. Wśród nich "Anna", "Elle-nai", "Olga". Dalej wielkie statki pełnomorskie: "Wasylij Szełgu-now", czerwony "Schauenburg", piękna czarno-zielona "Cedynia". Przy nabrzeżu Shiprepair Yard długa kolejka obdrapanych jednostek. Przy "Cedyni" pływające, wysokie, piętrowe rusztowania do malowania burt. Wielka, rozległa delta Odry.
Po lewej burcie zielone, lesiste wzgórza, potem "Huta Szczecin". Kupy żółtej siarki, papiernia i Police z wysokimi, najwyższymi kominami. Potem Zalew. Ogromny. Polska la Plata.
Obiad. Pomidorowa, kurczak, zielona sałata ze śmietaną. Do picia - nic. Trzeba czekać do podwieczorku o 15. Grałem trochę na gitarze. Potem sjesta. I udało się! Spałem do za kwadrans 15.
Płyniemy po Bałtyku. Bardzo elegancko. Lekko kołysze. Na Jeziorze Nidzkim na "Hetce" czy na "Omedze" bardziej kiwało. Niebo osiodłane przez chmury całkowicie. Wiatr lekki, nie pada - spokojnie.
Wyszedłem na pelengowy pokład. Tam przeważnie chodzę. Wkoło morze. Na zachodzie, z lewej strony, na bliskim horyzoncie ląd. Rugia albo już przylądek Arkona.
? O 18 zaczęło kiwać. Pogoda się pogorszyła. Silny zachodni wiatr i zacina deszcz. Na falach pojawiają się białe grzebienie.
Przed 22 z prawej strony burty widać łunę nad Malmö na szwedzkim brzegu. Trochę w dali, po lewej burcie, wielka łuna świateł nad Kopenhagą na wyspie Zelandia.
Przed wejściem do cieśniny Sund statek stanął. Na łupince motorowej ze światłami czerwono-niebiesko-żółto-zielonymi przybił do lewej burty pilot i po wantowej drabince wszedł na pokład. Poprowadzi statek przez 2 godz., a więc chyba przez całą cieśninę.
Raniutko zawiniemy do portu Halmstad w Szwecji. Wyładuje się 600 ton żelaza i do Oslo. Pół dnia mniej więcej będziemy tam stali. Albo trochę mniej.
Towarzysz podróży wymiętoszony kiwaniem leży na swojej górnej koi. Ja czuję się fantastycznie. Co raz zaglądam do lodówki w pentrze i coś wyżeram.
Kopenhaga z lewej burty. Ogromne nadmorskie lotnisko. Widać startujący z ogłuszającym hukiem samolot, to znaczy widać w ciemności jego mrugające czerwone światełko. Nie mają końca równe rzędy świateł pozycyjnych wzdłuż pasów startowych lotniska. Płyniemy na północ w stronę najwęższego miejsca cieśniny Sund - między Helsihg0r na duńskim brzegu, gdzie zamek Hamleta, a Hälsingborg na szwedzkim brzegu.
W mesie załogowej oglądałem chwilę szwedzki, a potem duński program. Skończyło się wiadomościami sportowymi za 10 min. 23.
Wszyscy spili się piwem "Okocim". Był jeden z gitarą i trochę śpiewali Szła dzieweczka do laseczka między innymi, ale marnie to szło. Młodzi, ale jakby już dawno nie młodzi. B. smutne to wszystko. Za 25 min. północ. Znowu wyszedłem na pokład. Niekończące się światła Kopenhagi. I światła latarni na obydwu brzegach. Płoną i gasną, płoną i gasną. W niedalekiej dali na szwedzkim brzegu łuna świateł nad miasteczkiem Landskrona. Sprawdzić nasze słowo Lanckorona.
Przed Kopenhagą albo kiedy mijaliśmy jakąś peryferyjną dzielnicę tego miasta przed lotniskiem nadmorskim, duński brzeg był o jakieś dwa setmetrowe skoki, takie, jakie mi się ostatnio śnią.
Latarnie morskie. Pan Telega ze Szczecina nie otrzymał moich
2 listów. Ta robota w latarni na wyspie nawigacyjnej, gdzieś pod Szczecinem6 - może się uda ją załatwić. To by mi świeciło, taka robota. Napisałbym w latarni Fabula rasa.
Po południu kupiłem u ochmistrza butelkę Johny Walkera % litra za 3 dolary i karton (10 paczek) Pal Malli, tych droższych, nie po 1,94, ale po 2,10. Zapłaciłem koronami norweskimi. 30 koron. 1 $ = 5,97 koron.
Ten, o którym myślałem, że jest kapitanem - zgadza się. Oni mają wszyscy coś typowego. Chyba to ta wykrztuśna chwalba. Wzdycham lekko, już nie ciężko, i śmieję się po tej okolicy duńsko-szwedzkiej. Niech się panowie i damy - smucą i radują dalej sami. Beze mnie. Beze mnie już.
Jedna z największych to rzeczy, jak napisało się w ostatnim wierszu Przystępuję do ciebie: móc i mieć prawo do siebie uśmiechnąć się7. Na pewno jest tak, że przegrywa ten, kto przestaje kochać.
Na Odrze i potem na Zalewie Szczecińskim niebo było chmurne i woda od niego biła bura, i od czasu do czasu słoneczko przebijało się przez chmury, i gęsto pomarszczona tafla wody wtedy migotała. Dokładnie jak w tym wierszu Czechowicza:
Bura burza od boru i jak bór dudni piorun rzucili na wodę złocisty kij8.
10 min. po północy. Z prawej burty widać na szwedzkim brzegu chyba światła Hälsingbergu.
Wkrótce wyjdziemy z Sundu na Kattegat.
Od chwili gdy weszliśmy do Sundu, przestało kiwać. A kiwało dość. Wzdłużnie i bocznie, ale zwłaszcza wzdłużnie. Pewnie zacznie znowu kiwać, gdy wyjdziemy z Sundu na Kattegat.
Spił się nawet steward o twarzy dobrze odżywionego dzieciaka. Szkoda, że nie ma ze mną Witka9. Jakby się cieszył.
Siedzę w mesie oficerskiej, bo mój towarzysz z kajuty - śpi. Albo męczy się. Ale teraz nie kiwa, więc może zasnął. To jego trzeci rejs. I tak go męczy.
Wpół do pierwszej. Przyszedł młody marynarz - tak spity, że ledwo stał na nogach. Bluźniąc straszliwie, szukał kawy w pentrze. Bełkotał, że musi zrobić kawy dla pilota. Znalazłem mu kawę i dałem. Wybełkotał coś do mnie, ale nie zrozumiałem. Zaklął i "poszedł". Poszedł - wielkie słowo.
Byłem znów na pokładzie. To, co brałem już za Hälsingberg - było chyba Landskroną. Hälsingberg chyba dalej. Mówię o szwedzkim brzegu. Na duńskim ciągle Kopenhaga.
? 15 min. po 1 nad ranem. Wyszedłem na pokład, bo maszyny zwolniły. Do prawej burty podpłynęła motorówka, na którą przesiadł siępilot. Dużo świateł na obydwu brzegach: Helsinger, Hälsingberg. Dziesięć minut przedtem zjawiskowy widok.
(Dwa niezwykle zjawiskowo oświetlone statki, tuż przed nami się mijały i teraz my przez tę wąską, ale rozszerzającą się przestrzeń przepłynęliśmy)10.
14 V [19]73. Halmstad w Szwecji.
? Do portu zawinęliśmy gdzieś o piątej rano. Ja jeszcze o trzeciej nad ranem oglądałem światłość przedświtu na chmurach czarnych i niskich tuż nad morskim horyzontem. Huśtało zdrowo. Bocznie i wzdłużnie. Trochę się bałem. Potem zmęczony zasnąłem. Wstałem o siódmej. Ogoliłem się, umyłem, włożyłem świeżą koszulę pod golf. Czułem się wyspany. Teraz jest 17 i nie chce mi się spać.
Po śniadaniu wyszedłem gdzieś o 830 do miasta czystego i schludnego. Pełno tulipanów: białe, żółte i czerwone. Żaglowiec trójmasztowy "Najada"11 przy moście w tym samym kanale, w którym my stoimy, ale bliżej miasta, w mieście właściwie. Inne statki przy nabrzeżu: czarny "Smorkowski" 4 z Leningradu, czarno-biała "Bonngia" ze Stage, czarny "Vilm" z Rostocka, niebieski jak oczy Szeruckiego12 "MASTRAVIK" z Bergen, jasny "SKUDE" ze Skudeskavn. Magia nieznanych nazw: Kvarn Ab. Tre Kroner; Carl Engström, TRÄ AB. GUNNAR PERSSON.
W Halmstad Sparbank wymieniłem 50 kr. norw. na 37,25 kr. szwedzkich.
Fontanna "Porwanie Europy przez byka" na środku placu.
1 kg pomarańcz - 2 kr. 3 kg za 5 kr.
? W jednym kinie grają: Petting & Porno Grafi.
W antykwariacie oglądam książki. Po chwili szef otwiera szufladę i pokazuje mi dziesiątki pism pornograficznych. Przeglądam dwa, trzy i wychodzę.
Dżinsy 50 kr. (dokładnie 49,90). Przechodnie na ulicach mają wszystkie prawa. Kierowcy grzecznie ich przepuszczają. Na skrzyżowaniach ulic, gdzie światła czerwone i zielone, to, gdy zmienia się światło z czerw. na zielone, włącza się jeszcze dodatkowo sygnał dźwiękowy, taka dzwoniąca terkotka, na wypadek gdyby się przechodzień zamyślił o czymś, a o czym, to ja już nie wiem.
Fontanna "Porwanie Europy przez byka" na placu. Bardzo niezła artystycznie.
Kawiarni nie ma raczej, a te które są, są w remoncie przed sezonem turystycznym. Kupuję dwa kubki do herbaty. Drink Ceylon Tea. Za 4 kr. W porcie, wracając na statek, proponuję temu i owemu "Carmeny". Wyjmuję pudełeczka okrągłe, w których tabaka w kuleczkach, którą zażywają do nosowo. Jeden chłopak kupuje dwie paczki "Carmenów". Chciałem 4 kr. za dwie paczki. Dał 5 i nie chciał reszty, choć dwukrotnie sięgałem po monetę do kieszeni spodni.
? Po powrocie do Polski:
1) Dzwonić w sprawie spotkań - Teresa Jankowska, PDK, Wołomin 76, tel. 76-23-91.
2) Kwiaty dla tej pani, co znalazła chlebak, tel. 33-43-91. W-wa.
3) Do dentysty.
4) Myśleć o słuchowisku dla młodzieży do 16 lat.
5)
? Towarzysz z kabiny inż. elektryk sprzedał dwie półlitrówki po 20 kr. każda. Kupiec przyszedł wprost do kabiny. Kierowca jednego z motorowych, portowych wózków. Chciał podobno kupić mój karton "Pall Malli", który leżał na stole.
Przed odbiciem przyjechał jakiś rosyjski Żyd, oferując kremplinę (trzy kolory) po 18 kr. szw. (1 $ = 4,40 kr. szw.) i buty zamszowe za kolana po 13 kr.
Trzeci oficer łowi ryby na spinning w porcie w pobliżu statku, ale nic nie złowił. Czekamy na pilota. Odbijemy o 1810. Wiatr jest wspaniały. Bardzo prawdziwy. Jestem na pelengowym. Kpt. patrzy na prawą burtę, tę od nabrzeża, kiedy holownik nas wykręca dziobem do morza. Na statku jest pilot z małym radyjkiem nadawczo-odbiorczym. Czerwone dachy miasteczka Halmstad wśród zielonych drzew miesiąca majowego. Lśniące bielą aluminiowe cysterny na ropę. BP. Bipi, czyli British Petroleum. Na końcu mola latarnia. Chłopcy łowią ryby. Ale wiatr. Kiedy pilot wyprowadził statek na głębsze wody przez oznakowaną tykami płyciznę (z góry widać dokładnie jasny kolor płycizny i ciemny kolor głębiny) - podjechała do burty motorówka i przesiadł się. Zrobił taki gest pożegnalny i dobrze życzący, rękę przy głowie. Kpt. z mostku odmachnął, ale nawet tego nie zrobił pięknie, tylko brzydko, niezgrabnie.
Mieliśmy gdzieś się zakotwiczyć i czekać, aż się uspokoi wiatr. Ale płyniemy jednak. 17 maja Święto Narodowe Norwegii, więc jeśli nie przypłyniemy 15, to 16 może nie zdążyć się wyładować ładunek i trzeba będzie czekać do 18. Płyniemy więc. Na płd. zachód, potem na zachód. Stoję na rufie i patrzę na morze. Jest na co popatrzeć. Cudowne zjawisko. O zachodzie słońce oświetliło cały, długi warkocz białych chmur i stały się różowe, i w morzu odbijała się światłość różowa, taka droga świetlna szła przez morze, równo. I jeszcze pojawiła się tęcza. Pobiegłem do towarzysza z kabiny, żeby zobaczył, ale jego już rozwaliła niemoc i cierpienie. Kiedy wróciłem, tęcza była znikła.
Cztery mewy towarzyszyły nam wiernie, szybując za rufą, prawie że nie poruszając skrzydłami, choć leciały pod wiatr, a wiatr był z tych prawdziwych.
Huśtało zdrowo. Stałem na rufie oparty o messę. Na szczytach fal powstawały pieniste grzebienie, które natychmiast rozwiewał wiatr na tysiące drobin, tak jakby się rzucało wielkie lustra z wysokich galerii zamkowych na kamienny dziedziniec i one rozpryskiwały się z trzaskiem na tysiące kawałków. Za rufą morze pokryte białą pianą było najspokojniejsze. Góry i doliny, ale takie szerokie, rozlewne, nie kanciaste jak całe rozhulane wokół morze.
Naliczyłem teraz sześć mew. A przedtem były cztery i jak tylko okiem mogłem sięgnąć, innych nie widziałem. Musiały siedzieć na wodzie, na pełnym morzu i zerwały się do lotu, kiedy zobaczyły sunący statek. Jeszcze potem było osiem mew. A potem dziewięć.
Poszedłem do pentry, nabrałem do kieszeni cienkich kromek chleba i wróciłem na rufę. I zacząłem rzucać je w górę po jednej, przedtem całując każdą kromkę. W ten sposób usta moje pocałowały w dzioby wszystkie mewy, które pikowały w dół i bystrym, sokolim wzrokiem odnajdywały na fali, w białej pianie, rzucane przeze mnie kawałki chleba.
Zachód słońca był o 2017. Płynęliśmy wtedy dokładnie na zachód, więc musiałem wychylić się, żeby zobaczyć słońce. Wiatr był taki, jakby chciał urwać mi głowę. Nie usłyszałem tego plusku, który podobno słychać, gdy słońce o zachodzie wpada do morza.
Potem skręciliśmy na północ. Huśtało fantastycznie. Lepiej wtedy stać, niż leżeć. Lepiej stać i patrzeć na morze. Noc była niezwykle jasna i można było widzieć morze rozhuśtane. Stan morza był 5 (to dla żeglarzy jest najważniejsze. Stan morza). Dziwna rzecz. Jeden oficer mówił tak, drugi inaczej. Marynarz nie widział nic. Powiedział tylko, że w nocy trzy razy się obudził, tak huśtało. Raz, bo mu spadła szklanka. Więc stan morza 5, a wiatr 8. Stan morza podawany jest w skali Beauforta, a siła wiatru w metrach na sekundę. Ale nikt nie powiedział mi tego w sposób przekonywujący. Do trzeciej rano patrzyłem na morze. Towarzysz podróży jęczał w kabinie. Rano o 8 śniadanie. O wpół do dziewiątej stanęliśmy przy wejściu do Oslofiordu, czekając na pilota. O 9 ruszyliśmy po gładkiej, spokojnej tafli. Leżałem na leżaku na pelengowym pokładzie, wysoko w słońcu. Wiatr był zimny i owinąłem się kocem. Sunęliśmy gładkim szpalerem między dwoma skalisto-lesistymi brzegami fiordu, najpierw bliżej lewego brzegu, potem bliżej prawego. Miasteczka w Oslofiordzie. Znane widoki wielkich, białych, lśniących w słońcu zbiorników na ropę. O 13 do nabrzeża. Sörengkaia.
17 V [1973]
? Święto Narodowe Norwegii. Rocznica (kolejna) Konstytucji zr. 1[814].
? Musikk Korps - "Pike Korps" - orkiestra dziewczęca (Pike - dziewczyna).
? O 14 sygnały studenterii.
24 V [19]73
? Malarz Ryszard Warsiński13, Eckerberggate 4.
Mniej jest więcej niż za dużo.
do przypowieści o nakarmieniu tłumów przez Jezusa w Kanie Galilejskiej.
? Boga się nie widzi, tylko odgaduje. Tak jak siebie. Ja siebie nie widzę. Zgaduję, że jestem.
- Więc - mówię - obraz musi przedstawiać nie to, co się widzi, tylko to, co się odgaduje, że jest.
? Pytania jednej Polki zamieszkałej w Oslo do poety świeżo przybyłego z Kraju:
- Z kim się Łazuka14 ożenił?
- Nie wiem.
- A Osiecka15?
- Też nie wiem.
- To z kim ma dziecko? Bo teraz urodziła podobno dziecko.
- Nie wiem.
26 V [1973]
? Podróż do Normarka. Jezioro Goslungen. Rzeka -? 4 godziny marsz po wertepach. Pstrągi. Złapałem 4 małe w płytkim potoku na wędkę bez spławika. Po indiańsku tak się łowi - mówi Polak-Norweg. Wyrzuciłem pstrągi z powrotem do wody. Wspaniałe kolory ryb. Brązowe plamy na grzbiecie. Po bokach rude plamy w srebrnej aureoli.
Polak od 30 lat w Norwegii opowiada, jak dwa lata temu był w Polsce i chciał kupić pomidory. Sprzedawczyni sprzedała mu zgniłe. Zrobił skandal. On rozumie, mówi, że oni (sprzedawcy) mają taki rozkaz od władz sprzedawać zgniłe pomidory. A nim sprzeda się te zgniłe, to te zdrowe zgniją i znowu sprzedaje się zgniłe. W kółko.
- To ciekawy obrót rzeczy - mówię. - Tak długo jestem w Polsce i o tym nie wiedziałem.
Kawa-doktor: cukier + czarna kawa + spirytus (samogon). Nils Skreiberg mówi, że właściwe proporcje kawy-doktor uzyskuje się, wrzucając do filiżanki srebrną monetę, po czym zalewa się czarną kawą, aż do zniknięcia blasku srebrnej monety spoczywającej na dnie, po czym leje się spirytus, aż do momentu ponownego pojawienia się srebrnego blasku monety.
28 V [19]73. Oslo.
? Z biednymi i ze zwanymi bogaczami to jest tak, że zwani bogacze pomogą biednemu, ale biednemu nie wolno okazać się od nich piękniejszym człowiekiem, szlachetniejszym, więcej uzdolnionym. Zwani bogacze lubią biednych, gdy ci są pokorni i przynajmniej trochę mniej zdolni.
Najgorsi są ci bogacze, którzy nie są prawdziwymi bogaczami z urodzenia, lecz którzy, jak to się mówi, dorobili się (nie wchodzę w to, w jaki sposób, ale nie wyłączam tu również uczciwego sposobu dorobienia się). Ci więc bogacze, którzy byli kiedyś biedni i wydawałoby się, że powinni wczuć się w sytuację biednego, zrozumieć obłędną często dumę biednego - boją się biednych, nie umieją się zachować, popełniają niewybaczalne w stosunku do nich nietakty, często proponują jakąś pomoc odczepno-pieniężną, co jest czymś wprost przerażająco bezczelnym i brutalnym.
? Ludzi można podzielić na dwa rodzaje: tych, którzy są wytworem świata, w którym żyją, i tych, którzy są wytworem samych siebie, którzy, choć świata nie zmienili, nie dali się zmienić światu. Oni chodzą po świecie, a nie świat po nich. Nie mówię o deptaniu; mówię o lekkim, powłóczystym chodzeniu w butach o zdartych, cieniuteńkich zelówkach.
Buty nasze, milordzie, piękne dawniej buty, do muzeum nie wątpię, ale jakie to gniazda; to są wanny, milordzie, bardzo stare wanny16.
? Co za parszywość jest w pieniądzu, że tak deprawuje tych, którzy dużo pieniędzy mają? Ilu ja sam znam (nie zliczę już) kiedyś wspaniałych, pięknych i pełnych delikatności, a potem zmarnieli, tak zgłupieli, tak się zgarbili pod workami pieniędzy czy pod zaledwie szczupłymi sakiewkami.
Wszystko jest poezją, ale pieniądz nie jest poezją. Ale też pieniądz jest niczym, choć w tym świecie do tego doszło, że pieniądz jest wszystkim, wszystko można kupić, najgenialsze dzieła sztuki, ludzi nawet można kupić, oczywiście tych sprzedajnych, ale poezji się nie kupi.
Oslo. 29 V 1973
? Nowa Epoka. Przeniosłem się dzisiaj do pracowni Ryszarda Warsińskiego przy Domkirke17 - Katedra Miasta Oslo. Umowa z Ryszardem: mam wychodzić przed ich przyjściem (Ryszard z żoną18) - 830 rano, a przychodzić po ich wyjściu - 1630. Sprawa jasna.
Rano byłem w redakcji "Arbeiderbladet". Odebrałem 20 koron za wydrukowaną jedną piosenkę Nowy Dekalog19 z okropnym rysunkiem ilustrującym tekst. W sklepie kupiłem dżinsy niebieskie za 40 koron (b. tanio) i koszulę "made in India" za 50 koron (pono ostatni krzyk mody).
O 13 spotkanie ze Selbergiem20. Chodziliśmy trochę. Zwiedziliśmy Ratusz miasta Oslo. W Związku Pisarzy Norweskich naplacu Nansena 6 złożyłem zaproszenie dla p. Hasslund, Ingstada21 i Selberga. Potem poszliśmy z Selbergiem do redakcji kwartalnika literackiego "VINDUET". W małym pokoiku 3x2 - mieści się cała redakcja: 6 osób. Poznałem pracujących w redakcji Ellinor Kolstad - jej męża poetę i ex-dentystę: Johan Fredrik Gr?gaard22 oraz poetę: Jan Erik Vold23 - również tłumacza z angielskiego m. innymi Roberta Bly24 - poety amerykańskiego (podobno b. dobry) przebywającego obecnie w Norwegii (jego dziadek był Norwegiem). Robert Bly stroni od ludzi. Ja mówię, że to jest zbyt łatwe.
? W czwórkę bez Volda idziemy do "STORTORVETS GJESTGI-VERI" - karczmy wielkorynkowej na piwo. Pijemy po 2 duże kufle. Rozmawiamy. Ellinor mówi do mnie po rosyjsku, odpowiadam po francusku. Od czasu do czasu wtrąca w mój francuski rosyjskie zdania. Całkiem nieźle. Trzeba będzie się podciągnąć w rosyjskim. Co za wspaniały język.
Obiad u Selberga. Wieczorem w mieście. Na placyku przy kawiarni, na wolnym powietrzu na Karl Johans Gate mikrofon. Przemawia starszy człowiek - powtarzają się dwa słowa Jezus Kristus. Za nim półkolem kilku mężczyzn, dwie dość młode, może trochę średniowieczne, kobiety z gitarami. Jeden z mężczyzn ma mały akordeon, identyczny z argentyńskim bandoneonem. Pozostali mężczyźni trzymają książki złocone, czarno oprawione, chyba Biblia. Śpiewają chórem, kiedy przemawiający przerywa mowę i intonuje pieśń. Młodzi ludzie stoją i słuchają. Siedzący przy stolikach ulicznej kawiarni piją piwo (wyłącznie). To słuchają, to rozmawiają. Nie słuchać nie mogą. Naśmiewania się jakiegokolwiek ze strony słuchaczy nie zauważyłem. Słuchacze jedni odchodzą, drudzy dochodzą.
Idę do "Klubu Siedem", gdzie za parę dni w piątek mam śpiewać piosenki o 21. Piwo 7 koron, papierosy z automatu 8 koron. Cygara "King Edward" od Ryszarda W25.
30 V [19]73
? Wieczorem do Nurmarku - do rancha Ellinory i Fredrika. Bardzo było wspaniale. Krajobraz lasów górskich czy gór lesistych. Na kolacji siedziałem przy stole przy oknie. Od czasu do czasu patrzyłem w okno, kiedy rozmowa toczyła się międzynorweska. Długim, widnym wieczorem po zachodzie słońca - najpierw pojawiła się mgła, a potem gromadziła się, gęstniejąc od dołu w górę (powoli zalewając doliny).
Deszcz leje. Deszczowy, wspaniały, bezbłędny dzień.
Lało całą noc. Obudziłem się o piątej rano. Śniła mi się okrutna afera rodzinna. Wszyscy w rodzinie i cała wieś (zwłaszcza Rysiek26 i Marych Potężak27) - na mnie. Osoba Z.28 tylko jedynie wiernie stała przy mnie. Wiernie i bez lęku o nic. Miałem się bić z bratem - Ryśkiem (wyrwałem go do walki publicznej) i wiedziałem, że pobiję go, że nie da mi rady i że wtedy rodzina i cała wieś zlinczuje mnie. Potem śnił mi się ojciec29. Przeciwstawiłem mu się w jakiejś bardzo poważnej sprawie. Jak zwykle. Nie zgadzałem się z nim. Stał przede mną, ale wiedziałem, że zaraz ma umrzeć i w obliczu tego - prosiłem go o przebaczenie. Żeby mi przed śmiercią przebaczył to, że nie mogę się z nim zgodzić. Że jest źle - nie ulega żadnej wątpliwości. Że człowiek w tej fazie swojego rozwoju, w jakiej się znajdujemy, jest tragiczną istotą - nie ulega żadnej wątpliwości. Żaden pojedynczy człowiek nie jest w stanie przeciwstawić się dziejącemu się w świecie złu. A powinien móc!
? Trzeba najpierw zrozumieć, że to, co jest, nie jest bez sensu. Cały egzystencjalizm ze swoimi Demonami Absurdu, to pokątny gabinet chirurgiczny, gdzie uprawia się nielegalne zabiegi.
? Kręcąc papierosa, to znaczy nabierając szczyptę tytoniu z paczki i kładąc go na bibułkę, i kręcąc papierosa, jest tak, że zarabia się na tego papierosa, pracując przy nim, a zapłatą jest jego wypalenie. Nie ma tego przy gotowych papierosach. Nie lubię rzeczy niezarobionych. Niesmaczne są.
? A.M.30
Jak cywilizacja kształtuje umysł i uwalnia od problemów?
Nie potrzebowałem wiedzieć o atomach, ale to, że w mieszkaniu, w którym byłem dzieckiem, paliło się światło elektryczne uwalniało od rozproszenia niewiedzą.
Efekt cywilizacyjny, jak się zastanowić. Starożytni dowiedzieli się masy rzeczy bez konfrontacji z doświadczeniem w tematach, o których mówili. Demokryt wydedukował koncepcję, że świat jest zbudowany i to, że z atomów. Został osądzony za swoje poglądy i przez długi, długi czas demonstrował swoje pojęcia. Szczęśliwie udało mu się.
Zastanawianie się nad przyrodą zawiera taki element, który się nazywa "wyjaśnioność".
Demokryt, Heraklit, Euklides, Platon - ogromne typy psychologiczne.
Świat jest poznawalny już w kategoriach pryncypiów. Nie trzeba dokonać żadnego doświadczenia fizycznego, żeby znać fizykę. I tak się daje przedstawić algebra treści.
? Słońcem byliśmy!
Cieniem jesteśmy!
Słońcem będziemy!
Dziećmi swych dzieci!
Wtorek. Nowy Dzień. 5 VI [19]73
? W nocy znowu marzłem, choć spałem w skarpetkach, spodniach i swetrze. Pracowałem do 3 nad ranem.
Teraz jest 11. Śniadanie: chleb, kawa, papieros.
Dokonałem bardzo nieprzyjemnego odkrycia. W poprzedniej siedzibie grzebano w moim plecaku. Chorobą mentalną gospodyni można to tylko zrozumieć. Wielkie moje w pierwszej chwili oburzenie.
Wczoraj byłem na zebraniu zarządu Polonii norweskiej. Mówili o zorganizowaniu zabaw.
- To jedną we wrześniu zrobimy zabawę, a drugą?
- Trzeba w listopadzie zrobić, bo to ciemny miesiąc i ludzie się nudzą.
- Może trzy zabawy zrobić?
- A nie za dużo to?
- Nie wcielam się w bagatele, ale to są jedyne dochody do kasy.
Środa. 6 VI [19]73
? Z Ryszardem W.31 w Hovikkodem. Autobus 36 spod uniwersytetu. Piwo na tarasie przy basenie jachtowym.
Patrzenie z przymkniętym lewym okiem, a prawe przymrużone. Ten kąt nosa z przymrużoną powieką.
Nie malować obrazami, ale mówić obrazami.
Byłem na Torggata 7 u agenta PLO Wilsena. "Ciechocinek" zawija w czwartek wieczorem, odpływa we wtorek, nie ma miejsc. Trzeba spytać kpt., czy zgodzi się zabrać.
Przeważnie ci, co mówią, np. "jakie to piękne", to są impotenci.
? Las Palmas, Wyspy Kanaryjskie - przy nabrzeżu pod nazwą "Generał Franco" stał przycumowany statek pod nazwą "Generał Walter".
? Chagall - opluty, ośliniony, zasmarkany fajnością, słodyczą.
? Chłopaki z PWSSP - Szarejko32, Mietek33, Rajkowski34. Oni mieli coś z pijanych bogów. Odrealniali życie.
Czwartek. 7 VI [19]73. Nowy Dzień.
? Pracowałem tylko do i w nocy. W południe poznałem Czecha
- Ladislaw Rzeźniczek. Pojechaliśmy do TV i Radia. Rozmawiałem z p. Birkelanden z radia i Midelton z telewizji. W przyszłym tygodniu, kiedy przyjadę, zrobimy program dla TV i coś nagram w radio. Od 17 na basenie Frogner z Andrzejem M.35.
Woda jest mokra - zapamiętaj to zdanie.
? O, wodne tartaki Francji? - rzeknę.
? STED - znaczy po norwesku - miejsce, miasto.
Piątek. 8 VI [19]73
? Raniutko o ósmej musiałem zniknąć z pracowni. A myślałem do czwartej, czyli do bardzo białego tutaj.
O 1600 z Andrzejem M. na obiedzie w Tivoli. Jadłem karbonader - 10 koron.
Potem wróciłem na pięterko do pracowni i pisałem Wszystko jest poezją do sierpniowego numeru36. Mam dwie strony.
O 22 na kolację do Andrzeja. O 1 powrót do siedziby. Agent PLO Nielsen podobno załatwił mi miejsce na statku. Jutro z rana, to jest dzisiaj z rana, muszę tam na statek się wybrać i upewnić się, czy mam miejsce i kiedy wypływamy.
Sobota. 9 VI[19]73
? SMESTAD, LIJORDET, 6091B - TR?GSTAD - LAUVRAK, Rezmak37.
? Rano wyszedłem o ósmej, bo dzwonił właściciel pracowni, że przyjdzie popracować. Zasnąłem o 3 nad ranem. Gorąco było, bo trzy piece były włączone, żeby wysechł wielki gobelin rozpięty na ścianie.
Poszedłem do portu w poszukiwaniu "Ciechocinka". Znalazłem. Rozmawiałem z kapitanem, sympatyczne pierwsze wrażenie. Ale pierwsze wrażenie, to u wielu jest zwodnicze, jak się przekonałem.
Powiedział, że jeśli nie będzie miejsca w kajucie pasażerskiej, to dadzą mnie do małej "zakamuflowanej" kajuty, którą na statku jeszcze mają. Spytałem, jak to jest z tymi skalami: siła wiatru i stan morza. Skala stanu morza jest do ośmiu. Skala siły wiatru, czyli Beauforta, jest do 14. 14 i powyżej to huragan. Przy stanie morza 5 płynie się, chyba że ładunek jest swoisty.
O 14 byłem o jakieś 100 km od Oslo. Jezioro ?yen - co znaczy po norwesku "Oko". Ogromne, 30-kilometrowe. Za górami po drugiej stronie jeziora jest Oslofiord. Czytałem, pisałem. Pod wieczór narąbałem drzewa. Robota paliła mi się w rękach. Pięknie władałem siekierą, zadziwiając Norwegów i Czechów, którzy nie bardzo spodziewali się tego po poecie. Potem poszedłem nad jezioro. Krwawniki białe, wysokie, konwalie, których dawno nie rwałem. Narwałem bukiet duży dla matki Asbjorg i teściowej Ladislawa. Wzgórza, trawa, drzewa, sosny i brzozy, jezioro - co za dziwny pejzaż. Z polskiego krajobrazu na jakąś ultrapolskość. Ale przede wszystkim jest norweski. Norweski par excellance. Co jest najbardziej norewskie-go w tym krajobrazie. Jakaś północność. Tak bym to nazwał. Jakaś podługowatość - sprecyzował 38 Tego dnia narwałem bukiet konwalii i grałem na organkach. Co za uczucie.
Krwawniki białe, wysokie. Nasłonecznione zbocza w kwiatach rozmaitych. Kwitnie koniczyna.
Niedziela. 10 VI [19]73
? Cały dzień nad jeziorem. I cały w jeziorze. Kąpałem się w zimnej wodzie jeziora ?yen. ?yen znaczy po norwesku - oko.
Łapałem ryby na spinning. Urwała mi się ogromna sztuka. Co najmniej dwukilowa. Szczupak albo okoń. Jeśli ryba była lepsza ode mnie w tej walce - słusznie wygrała.
Po kolacji likier "Benedyktyn". Kompot z białego wina i owoców rozmaitych. Na ciepło. Wspaniały.
Czytałem, pisałem. Wszystko jest poezją.
Poniedziałek. 11 VI [19]73
? Nad jeziorem pół dnia. Na skałach przybrzeżnych leżąc, myślałem o tym i owym. Sny dzisiejszej nocy. Śniła mi się w takim skrócie miniona, straszliwa historia moja. Ta cała moja wtedy kruchość niewymowna.
? A. Moszczyński
Technologia ludzkiego poznania Na przykładzie wentylacji.
Wyjaśnieniem wentylacji jest określenie, że w każdym przewodzie wentylacyjnym siedzi troll i dmucha. Potem znajduje się cechy tego trolla; potem opisuje się te cechy systematyzacyjnie i to negując jakiekolwiek związki z trollem (mówi się, że to zabobon). I taki opis jest już nazywany wiedzą. Jest charakterystycznym, że w takiej wiedzy jest bardzo wiele z byłego trolla. Co znaczy, że jest to w dalszym ciągu bardzo zmistycyzowana wiedza. W zasadzie, żeby nie powiedzieć - żadna, większość wiedzy nie wygrzebała się z trollizmu.
Teraz pytanie?
Czym różny będzie stan naszej wiedzy [przeformowany?] w sposób nietrollistyczny od jedynie nam dotychczas znanych trollizmów?
? Człowiek powstał wtedy, kiedy zauważył treść. Wtedy się przestraszył i stał się psychiczny. Wiele zwierząt zdaje się zauważać treść: boją się, ale jeszcze sobie z tego nie zdają sprawy.
Jest wtorek. Nowy Dzień. 12 VI [19]73
? 1) Zaokrętować się, przenieść bagaż na statek.
2) O 12 z Andrzejem39 przy Holmenkolen.
3) Kupić kurtkę dżinsową, jeśli do 100 koron.
4) Podarować Andrzejowi sweter niebieski szetlandzki.
5) Kupić 2 paczki tabaki "Buccaneer" na skręty.
6) Do Munchmuseet i do Galerii Narodowej.
? A.M.Andrzej Moszczyński.
Za mało się zdarzyło i przestałem trzymać tempo.
? - Co Pan ma?
- Ja mam czas!
Wtorek 12 VI [19]73. Nowy Dzień.
? Z Andrzejem spotkaliśmy się w południe przy kolejce do Holmenkolen. Przedtem rano przyszedł Warsiński. Spałem od 5 do 9, bo obudził mnie Ladia, który miał mnie odwieźć na statek. Ale zwolniłem go z prośby i pożegnaliśmy się. Z Warsińskim do Nationalcafee na herbatę i duński omlet. Gadanie przy tym. Z Andrzejem (zwolnił się z biura znowu) chodziliśmy kilka godzin. Potem kupiliśmy coś na obiad, spagetti i piwo i przyrządziliśmy to w pracowni. Na basen iść było za zimno. Podarowałem Andrzejowi szwedzki sweter. Długo nie chciał wziąć. Wziął dopiero wtedy, kiedy zmęczony namawianiem go powiedziałem: dobra, zapamiętam to (że nie chciał wziąć). O 21 pożegnaliśmy się. Wziąłem taksówkę i pojechałem na statek. Byliśmy już na statku z A. w południe. Pogoda mroczna i bardzo wietrzna. Pasażerowie na "Dusznikach", który przypłynął i stoi przy nas, podobno doszczętnie zmarnowani sztormem. Kiedy schodziłem w dół Carl Johanus Gate, na zegarze Dworca Ostbanhuen była piękna godz. 2121. Pisałem i czytałem do 2 rannej.
13 VI [19]73
? Wstałem na śniadanie, potem spałem do południa. Na miasto oddać klucze do pracowni R.W.40. Tuzin butelek piwa i gadanie Warsińskiego.
Pozdrowić Szarejkę, Rajkowskiego Kazika (Koszalin), Stanisława Masiaka41 (W-wa, rzeźbiarz).
O 16 z powrotem na statku. Przyszedł Andrzej mnie pożegnać. Odbiliśmy o 17. Duje niesamowicie. Na morzu sztorm, ale podobno ma się wkrótce uspokoić.
Płyniemy Oslofiordem. Wyszło słoneczko. Przejaśnia się. Tak jakby też zmalała siła wiatru.
? Przez całe życie przeciwstawiałem się (i będę) światu mężczyzn w sprawie traktowania przez nich kobiety jako mniej więcej przedmiotu. Nie spotkałem nikogo tak upartego, tak uparcie zakochanego w tej walce, w której miałem za przeciwników nie tylko mężczyzn, ale same kobiety, które dawały wszystkie powody do takiego traktowania. Ale są wyjątki i one nie potwierdzają reguły, jak to głosi porzekadło.
14 VI [19]73
? 2 w nocy. Huśta niemożebnie. Marnie jest. Oddałem morzu wszystkie 6 piw z tego tuzina, który opróżniliśmy wspólnie z Warsińskim po południu w Oslo. Wszystko się przewraca. W pentrze przed chwilą kupa szkła poleciała skądś tam i rozbiła się z hukiem. Boli mnie głowa. Przechyły boczne bardzo duże, zlatuję z koi. Ubieram się, wkładam kamizelkę ratunkową i siadam na kanapę. Ładunek musiał się przesunąć w ładowni na lewą stronę, bo bardzo duże przechyły. Można obliczyć kąt odchylenia po zasłonkach na koi. 40 stopni liczę na oko. Fatalnie się czuję i boję się, i myśli katastroficznych nie mogę odpędzić.
Przed siódmą rano wpłynęliśmy do Sarpsborgu42. Rzeka Bom-ma. Wtedy rzuciłem się na koję w ubraniu i spałem do 10. Chyba strułem się nikotyną. Wczoraj wieczorem wyciągnęli mnie na brydża: Chif, Radio i Stewardessa. Zapaliłem wtedy cygaro i zaczęła mnie boleć głowa. Mogłem też struć się bigosem. Kto wie. A może normalna choroba morska. Przechyły boczne były przecież bardzo mocne. W nocy zauważyłem chodzącego w korytarzu trzeciego mechanika z założoną na piersiach kamizelką ratunkową. Ja wtedy też założyłem i usiadłem przy drzwiach, obserwując - straszliwie zmęczony - przechyły.
Dzisiaj spotkałem trzeciego mech. w mieście. Spytałem go o tę kamizelkę. Mówi, że żartował. Może. Nie wiem. Wiem, że był ciężko przestraszony.
? O 18 zapaliłem na pelengowym pierwszego papierosa. Leżałem na leżaku, owinięty kocem i wracałem do siebie. Trzeba się dzisiaj wyspać. Płynęliśmy 14 godzin z Oslo do Sarpsborgu. Jest awaria maszyny i płynąć maksymalnie możemy tylko pół-naprzód. W nocy były manewry. Nie wiem, co to znaczy.
Teraz jest 2130. Wykąpałem się i zrobiłem pranie. Siedzę w messie. Nie doszedłem całkiem do siebie. Zapaliłem drugiego dzisiaj papierosa, ale mi nie smakuje.
Przed chwilą dowiedziałem się, że przechyły dochodziły do 50 stopni, jak to możliwe
Oficjalnie mówią o 40 stopniach. Podobno pół załogi założyło kamizelki ratunkowe.
Na Kattegacie mówią, że sztorm. Siła wiatru 9 w skali Beauforta. Mówi się wprost, że gdyby nie wiatr bijący w lewą burtę, byłoby gorzej, może całkiem źle.
Rano messa przedstawiała obraz taki, że wszystkie fotele zwalone na lewą ścianę, a pentra pokryta warstwą rozbitego szkła.
Nie przesadzałem więc ze strachem, jeżeli w strachu była cała załoga.
? 22. [godz.] Byłem na pelengowym. Z góry widziałem, jak młoda pasażerka przechadza się po najniższym pokładzie. Przy burcie stoi chłopak, gdy dziewczyna przy nim, wręcza jej bukiet bzów. Rozmawiają. Odchodzę na drugą stronę, żeby nie widzieć. Wczoraj żegnała męża, długo stojąc na pokładzie, a on długo, długo stał nieruchomo na nabrzeżu. Gdy zniknęli sobie z oczu, dziewczyna przyszła do messy, była akurat kolacja, mówi, wchodząc: nie ma głupszego uczucia, niż żegnać najbliższą osobę.
- A długo jeszcze szczęście zostaje w Norwegii? - pyta Stewardessa, która jest oczywiście sympatyczna bardzo dla mężczyzn, a nic dla kobiet (dwie starsze pasażerki, teraz trzecia - młoda). Dla mnie zwłaszcza jest sympatyczna (zauważyłem to, bo byłem na statku od poprzedniego dnia).
- Jeszcze półtora miesiąca - odpowiada dziewczyna. - Ach, to co to jest - mówi. Zje pani kolację i od razu się pani lepiej poczuje - mówi Stewardessa.
Jest coś wulgarnego w jej głosie i postaci.
- To nie takie łatwe teraz jeść - mówi dziewczyna.
Ale zjadła wszystko.
A dzisiaj przyjmuje kwiaty od marynarza lub oficera, który widział, czy nie widział, jak miłośnie żegnała się z mężem?
Gdyby widział, to nie powinien się ośmielić. Ale to ja tak myślę. Widział i co z tego, że widział.
Tak więc szykuje się nowy morski romans. Może nie zdąży się rozwinąć. Można go zresztą ciągnąć na lądzie. Jak wiadomo.
Tak to jest. Któż oprze się marynarzom? Ja! Aha, ale ja nie jestem kobietą. Gdybym był, to mógłbym powiedzieć to samo, co Hamlet Laforgue'a43:
"Gdybym był kobietą, pozwoliłbym jedynie bohaterowi dotknąć moich ust".
Ale dobra. Skończmy z tym.
15 VI [19]73
? Spałem dobrze. Po śniadaniu siedziałem w messie z kpt. Twierdzi, że maksymalne przechyły dochodziły "tylko" do 33 stopni. Marynarz, któremu to potem mówiłem, machnął ręką i powiedział: "- Ja panu mówię, że gdybyśmy się nie schowali do fiordu, to byśmy się wykąpali".
Kpt. mówi, że był sztorm. Dziewiątka, a nie gjel (czyli siedem), ani seven gjel - czyli ósemka.
Marynarz mówi, że było 12 stopni.
Przyszła młoda pasażerka, ta, która chce podbić serca wszystkich swym wdziękiem. Skąd ja to znam? Ten chichot, ten śmiech. Głos ma erotyczny i nawet na drutach robi erotycznie:
- Po południu pójdę się poopalać.
- Co pani będzie opalała? - pyta kpt.
- Chciałby pan wiedzieć? - odpowiada zalotnie.
Zostawiłem ich tiutiu-tiu i poszedłem do miasta. Znalazłem sklep z rzeczami wojskowymi. Zakupiłem towaru za 115 koron. Kupiłem bluzę zieloną za 25 kr. I za 90 koron śpiwór wojskowy, chlebak i kurtkę nieprzemakalną. Jestem dumny z siebie, że w innych sklepach powstrzymałem się od kupna rzeczy żeńskich. Kupiłem sobie też slipy za 30 kr.
? Rozmowa ze stewardessą po obiedzie. - Będę z panem szczera - rzekła. Pływa 9 lat. Co 10 dni odkłada na książeczkę 8-10 tys. zł.
- Na lądzie nigdy bym tyle nie zarobiła.
Jest po szkole hotelarskiej. Pensji przeciętnie ma 3,5 tys. (z godz. nadliczbowymi). Przeciętnie 2 rejsy miesięcznie. 20 tys. odkłada miesięcznie na książeczkę. Nieraz więcej, jak dobrze pójdzie, 13 tys. mies. To można powiedzieć, że bardzo marnie szedł handel.
Podanie się składa do dyr. PLO w Gdyni. Ale trzeba mieć plecy.
Gdybym nawet odkładał 100 tys. miesięcznie na książeczkę - nie chciałbym być stewardem.
- No i zwiedza się dużo świata - mówię.
- Tak, ale wie pan, jak się chce zarobić, to nie ma się co oglądać na widoki.
Stara się być bardzo miła i jest (dla mnie - nie zapominajmy o tym, że jestem młodym mężczyzną, któremu nic nie brakuje, jakby powiedział Fiedia).
Co to jest to, co jest na jej twarzy?
Na twarzy ma jakby napisane to, że słyszała wszystkie sprośne kawały świata, prócz tych jeszcze niewymyślonych.
? O 13. byłem na pelengowym. Dmuchał wiatr i owinąłem się kocem. Odbiliśmy od nabrzeża na rzece Bomma o 1430. Holownik wykręcił nas i pociągnął kawałek w dół rzeki do fiordu i kawałek fiordem. Na rzece po prawej burcie, przy brzegu dzikim, stoi zakotwiczony statek "Bruno" z Oslo. Pusty. Jeden człowiek na nim. Patrzy, jak obok przepływamy. Pozdrawiam go ręką, człowieka na statku "Bruno". Odpowiada mi pozdrowieniem.
Przed wejściem na szerokie wody podpływa holownik do lewej burty i ze statku schodzi pilot.
Wiatr duje, ale jakby się uspokaja. Płyniemy na zachód. O 1720 skręt w lewo na południe.
Kpt. mówił rano, że krytyczne przechyły są przy 67 stopniach. Chyba przesadza. Te statki, które chodzą do Oslo: "Duszniki-Zdrój" i "Ciechocinek" (płynąłem w jedną stronę jednym, w drugą stronę płynę teraz drugim) zbudowały stocznie rumuńskie. Są do kitu. Niestateczne, nie trzymają się wody, tak jak się mówi o samochodach niektórych, że nie trzymają się szosy.
Po południu morze spokojniutkie. Siedzę, a raczej leżę na pelengowym i schodzę tylko na posiłki.
Po kolacji o 1730 (w porcie o 17.), gdzieś o 20 nakarmiłem mewy. Rozsiadły się potem na statku, na szczycie dźwigów. Dźwigi te statki mają za duże, nieproporcjonalne do wielkości statku. Tak samo za wysoka jest nadbudówka na rufie. Zanurzenie też za płytkie.
Słońce zaszło o 2125. Żółtoczerwono. Oglądałem cały czas z pelengowego. Znowu nie "zobaczyłem" tego pluśnięcia słońca w wodę.
A niebo bezchmurne.
13 VI. dwa dni temu słońce zaszło czerwono. Chif, który akurat był w messie (graliśmy w brydża), powiedział, że to na pogodę. A w nocy był sztorm. 10-12 w skali Beauforta. I te przechyły straszliwe.
2245 - zaczyna lekko huśtać. Płyniemy przeszło 8 godzin. Z bardzo małą szybkością. Może 13 km na godz. Jedna turbina nie pracuje.
Młoda pasażerka lata po wszystkich pokładach. Niedawno wpadła do messy, gdzie siedzę.
- Co pan się tak zamyka? (bo zamknąłem drzwi), źle się pan czuje?
- Czuję się doskonale - mówię.
Jakie to śmieszne widzieć jej twarz, która jest niesłychanie zdziwiona tym, że zachowuję się wobec niej normalnie, bez zamysłów romansoidalnych.
Kąpałem się. Z jej kajuty, obok łazienki, rozlegają się męskie śmiechy.
Biedny ty mężu jej. Tak długo, długo stałeś na nabrzeżu, prawie tak długo, jak jeden taki wychudzony straszliwie o płonących oczach (nie spał całą noc w autobusie i przedtem wiele nocy) i jeszcze jedna nieprzespana czekała go noc, ach, Boże, Boże, całą noc pił w portowym mieście we wszystkich kantynach z Tomasem Castellano, który mówił "a la mujer, ni todo el dinero, ni todo el amur"44, a on szaleniec, szaleniec, bez grosza, wszystko oddał jej, na autobus powrotny nie miał, ale dość o tym!).
? 23 [godz.] Na zachodzie czerwona łuna. Dokładnie po przeciwnej, pełnia księżyca nisko nad wodą. Płyniemy na księżyc po księżycowej srebrnej smudze, która wyraźnie rysuje się na wodzie.
? Ochmistrz otworzył bund i statek pije. Stewardessa przeszła do pentry i zabrała wszystkie szklanki i jakąś zakąskę z lodówki.
W nocy z 13 na 14 w czasie tego sztormu, ten księżyc naprzeciw mojego bulaju. O 230 nad ranem, niziutko nad wodą. Pełnia. Co za niesamowity widok tego księżyca złotego, jak słońce niziutko nad rozhukanym morzem. Jakby go fale chciały dosięgnąć i maznąć go, chłosnąć go, tak na odlew. Jak dzikie zwierzęta. Skakały fale do niego. Niesamowicie. A on jakby nic sobie z tego nie robił. Straszliwie obojętny.
16 V [19]73
? Lajf yz brutal
Wczoraj przed północą zapijaczony facet, który okazał się tym i tym.
17 VI [19]73. Bałtyk. Świnoujście.
? O drugiej nad ranem byliśmy na redzie przed Świnoujściem. Jeszcze noc. Pełnia, która zaczęła się 14 dramatycznego. Jak skakał wtedy rozhulany żywioł do tej świetlistej kuli nisko na horyzoncie obojętnie wiszącej. Te kolory [marmurne?] nadranne. Na mostku. Przyjechał pilot. Podaje sternikowi, jak płynąć.
? Szczecin.
Kucharz ze statku prosi mnie, żebym wpisał do swojej deklaracji celnej jego kupon krempliny i parę bluzek. Pomaga mi wynieść bagaże ze statku. Łapiemy taksówkę. W taksówce wręcza mi "górala"45 za przysługę. Biorę.
Trochę czekania w Poznaniu, ale nigdzie nie idę, nigdzie nie dzwonię. Na bocznym peronie siedzę na wózku. Gram na gitarze.
23 VI [19]73. Sobota.
? Do Łodzi. E12 do Sochaczewa.
Pod Sochaczewem chciałem wykąpać się w Bzurze. Ale okazało się to bzdurą, bo woda bardzo brudna.
Ci dziwni ludzie, z którymi spędziłem noc, pijąc ostro. Straszne małżeństwo. Zdegradowane doszczętnie. Jak można tak?
27 VI [19]73
? Nad rzeką Liwiec pod miejscowością Urle. Jest niesamowicie łagodnie. Łagodność taka tęskna, że nie ma słów. Nieopisana. Spróbuję ją opisać. Innym razem.
Kąpałem się. Czysta, ciepła woda. Płytko bardzo. Tam, gdzie nurt do bioder. Kiedy szedłem brzegiem i mijałem małżeństwa dzietne i bezdzietne, z samochodami lub bez, kiedy szedłem tak niesamowicie samotny - dumny byłem, że nie jestem do nich podobny. Do takich ludzi. Lecz do innych. NIE Z TEJ ZIEMI JAKBY.
Ten słynny zapach sosnowych zagajników, igliwia leśnego nagrzanego słońcem.
Wieczorem wyskoczyła mi alergia na twarz, wczoraj w Wołominie też. Wziąłem wapno i szybko przeszło. Teraz w szkole jestem w Urli. Tu nocuję. Ciepła, duszna trochę noc. W Łodzi też się zaczęła pojawiać alergia, kiedy patrzyłem, jak tych dwóch milicjantów bije pijanego.
Dochodzi pierwsza nadranna. Jest lepiej już.
? Odszukać tajemnice lotniska na Płaskowyżu Andyjskim, założyć yugo majowski wokół głowy i WRÓCIĆ TAM SKAD.
? 00) Co w stolicy przy najbliższej bytności:
01) Oddać paszport i odebrać dowód i zamienić dowód.
02) Korekta sierpniowego odcinka46.
03) Do "Czytelnika" w sprawie LSW
04) Umówić się na rozmowę z PIW em.
05) Do Zaiksu.
06) Dzwonić do Kubiaka47.
07) Nagrać nowe piosenki na UKF-ie.
08) Do telewizji Janiszewski 43 31 80.
09) Odebrać długi od Wójcika48 (500); Sawki49 (500).
10) Załatwić wizy: szwajcarska, francuska, włoska, hiszpańska i któregoś kraju afrykańskiego.
11) Chodzić za sprawami Andrzeja Moszczyńskiego, Babińskiego50, B. Kosteckiej51, Witka52.
12) Do Annopola i do Leżachowa się pokazać.
13) Do administracji w sprawie wanny.
14) Do krawca, do szewca (skleić sandały).
16) Wyprać koszule i skarpetki.
17) Zaszyć futerał do gitary.
18) Wysłać Siekierezadę do Bergen. Universitets biblioteket, 5000 Bergen.
? KIMŻE ONŻE JEST
? Było to coś tak pięknego, jak starożytny egipski gołębnik albo róże na gitarze, albo schnąca na sznurze bielizna, łopocząca na wietrze.
28 VI [19]73. Czwartek. Nowy Dzień.
? Od rana nad rzeką Liwiec. W południe rodziny zaczęły opuszczać obydwa brzegi rzeki, udając się na obiad. Cień przesuwa się wolno wkołokrąg drzew. Z drzew lecą liście.
? 1500. W restauracji miejscowej, o nazwie oczywiście "Urlanka", pijani faceci kładą brudne swoje łapy na pośladkach kobiecych, strojnych w minimalia.
W p-pożarowej, żelaznej, czerwonej beczce woda była, choć koloru żółtozielonego. Więc woda była, jaka by nie była, ale baraki już były spróchniałe doszczętnie i kiedy, nie daj Boże, zapieje czerwony kur, ten, który pierwszy chwyci bosak, zobaczy, jak tenże rozsypuje mu się w dłoniach.
Noc nad Liwcem. Nieopisana. Nocny plusk wody i inne nowe odgłosy. I cicho. Pusto.
? Prawda jest czystą poezją
Prawda jest jedną z tych treści, o których mówiłem, że są niezależne od formy (To widać u Norwida). Może być naga. Kłamstwo nie jest niezależne od formy. Jest zależne. Musi być ubrane.
Kłamstwo jest brudną poezją.
Ezra Pound53, przypominam sobie, mówił, że to, co mógłby zalecić młodym poetom, to to, by doskonalili nieustannie swoją ciekawość świata i by NIE KŁAMALI.
? Nikt mi nie powiedział tego, co ja wiem. Ja to wiem OD NIKOGO, czyli OD SIEBIE.
? Fragment Całej jaskrawości54. To zawsze życie muska śmierć, a nie odwrotnie. Życie jest jednokierunkowe, mówi nauka.
? SZTAFETA. Ty, który przyjdziesz po mnie, musisz podjąć mój trud i iść dalej. To jest SZTAFETA. MORALNOŚĆ, TO JEST BYĆ W SZTAFECIE. Nie uchylać się od wzięcia udziału w sztafecie. Te pozytywne wartości, one się gdzieś gromadzą.
? Ten, kto przecierpiał jedną trzynastą tego, co ja, ten już będzie w niebie. Ja będę w trzynastym niebie, najwyższym u Indian - Majów, przeznaczonym dla kobiet zmarłych w połogu, wojowników poległych w bitwach, samobójców przez powieszenie - i dla mnie.
Jutro. Nowy Dzień. 29 [VI 1973 r.]
? 1) Po stypendium do Jurka.
2) Do Min. z "Dagbalet"
3) Do Ambasady szwajcarskiej.
[Czerwiec 1973]
? Pytanie do "Biura Odpowiedzi" w Fabula rasa.
- Czy trywialna przyczyna może spowodować wielkie cierpienie?
- A czy osoba wielkocierpiąca wie, że przyczyna jest trywialna?
- Raczej nie wie. Raczej nie.
- To może.
- A jeśli wie?
- To znaczy, jeśli się potem dowiaduje?
- Tak.
- To wtedy cierpi ze wstydu, że tak bardzo cierpiała z trywialnej przyczyny. Ale potem to przechodzi.