Nim to jednak nastąpi, przytoczę kilka faktów na mój temat, z tej
najodleglejszej przeszłości. Po pierwsze, pochodziłem z zamożnej
rodziny, co już zdążyliśmy ustalić. Natomiast warto dodać, że nasza
rodzina była głęboko wierząca. Byliśmy przykładnymi katolikami i śmiało
mogę zaryzykować, że duchowni mogliby stawiać nas za wzór. To chyba
tyle... Czy jeszcze coś powinienem dodać? Może godny odnotowania jest
jeszcze fakt, iż ta cała firma mego ojca miała być w przyszłości mą
spuścizną. To ja miałem być szykowany na następcę ojca. Jednak ani przez
chwilę nie było mi w głowie, by zajmować się jakimiś odlewami czy
maszynami rolniczymi. Owszem, ojciec wespół z matką zbili na tym ogromne
pieniądze. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie czułem pociągu do tego,
by objąć funkcję szefa fabryki. Po pierwsze, byłbym porównywany do ojca:
że jestem gorszy, albo że jestem lepszy. Po drugie, zupełnie mnie to nie
interesowało. A skoro tak, to dlaczego miałbym w to brnąć?!
Ojciec zapewne to przeczuwał. Od młodzieńczych lat byłem skupiony na
odniesieniu sukcesu i zapisaniu na kartach historii. Nie wiedziałem
tylko jeszcze jak to osiągnąć. Na razie wyznaczyłem sobie cel. Teraz
musiałem znaleźć środki, za pomocą których go osiągnę. Czy coś mi się
podobało w działaniach ojca? Tak. To była sława! Niemniej jednak to była
jedynie lokalna popularność. Mieszkańcy Günzburga postrzegali go jak
tego znanego właściciela fabryki. Ja zaś chciałem być niesiony sławą o zdecydowanie większym zasięgu. Przeczuwałem -?i nadal to przeczuwam -?że
jeszcze będą o mnie pisać. Już ja się o to postaram...
NOWY PORZĄDEK NA WSCHODZIE
14.02.1942, SOBOTA
Zima na Ukrainie nie wykazuje oznak słabnięcia. Krajobraz jest
monotonny, biały, niemal hipnotyzujący w swojej surowości. Moja służba w Dywizji SS "Wiking" nabiera coraz bardziej rutynowego charakteru, choć
warunki sanitarne wśród żołnierzy wymagają nieustannej czujności.
Fascynuje mnie odporność germańskiego organizmu na te nieludzkie
warunki. To tutaj, w tym błocie i śniegu, wykuwa się nadczłowiek, o którym pisali nasi teoretycy.
Wieczorami, gdy mróz trzaska o ściany kwatery, moje myśli uciekają ku
biologii. Widzę tu, na froncie, masową skalę zjawisk, które w Instytucie
Otmara von Verschuera analizowaliśmy jedynie w teorii. Dziedziczność,
odporność rasowa, selekcja naturalna w najbardziej brutalnym wydaniu.
Rozmawiałem dziś z jednym z oficerów o "oczyszczaniu" tych terenów. To
nie tylko kwestia militarna, to wielka higiena biologiczna. Europa musi
zostać zredefiniowana u samych podstaw. Czuję, że moja rola jako lekarza
wykracza poza opatrywanie ran postrzałowych. Jestem tu, by chronić krew.
Profesor Otmar von Verschuer z berlińskiego Instytutu Cesarza Wilhelma
bada bliźniaczki. Był on naukowym mentorem Mengelego
BIOLOGIA WALKI I GENETYKA
28.04.1942, WTOREK
Wiosenne roztopy zamieniły drogi w rzeki mazi. Transport rannych jest
niemal niemożliwy, co zmusza nas do podejmowania szybkich, bezlitosnych
decyzji. Moja praca w punkcie opatrunkowym daje mi unikalny wgląd w materię ludzką. Dziś operowałem młodego grenadiera, którego cechy
antropologiczne były niemal podręcznikowym przykładem typu nordyckiego.
Patrząc na jego otwartą ranę, nie widziałem tylko bólu, widziałem
zagrożenie dla puli genetycznej naszej nacji. Każdy taki osobnik jest
bezcenny.
Zastanawiam się, jak wiele potencjału badawczego marnuje się w tym
chaosie. Wojna to laboratorium o nieograniczonych możliwościach. Śmierć
jest zjawiskiem masowym, statystycznym, pozbawionym sentymentalizmu. To
pozwala na chłodną obserwację, na którą w cywilnym świecie naukowiec
nigdy nie mógłby sobie pozwolić. Marzę o powrocie do pracy naukowej, ale
na zupełnie nowych zasadach. Nie w sterylnych ścianach uniwersytetu,
lecz tam, gdzie materiał badawczy jest dostępny w ilościach hurtowych.
Musimy zrozumieć mechanizmy powstawania anomalii, by móc je eliminować u źródła. Coś bym jeszcze napisał, ale nie mam już sił. Kładę się, już
późno.
LABORATORIUM NA KRAŃCU ŚWIATA
18.05.1942, PONIEDZIAŁEK
Front przesunął się na wschód, a wraz z nim nasz punkt opatrunkowy.
Dzisiejszy poranek przyniósł ulewny deszcz, który zamienił ukraiński
czarnoziem w lepką, cuchnącą masę. Siedząc w zaimprowizowanym gabinecie
w dawnym budynku kołchozu, patrzę na przesuwające się kolumny jeńców. To
fascynujący materiał ludzki -?chaotyczna mieszanina cech
antropologicznych, od wyraźnych wpływów mongolskich po zdegenerowane
typy słowiańskie. Jako antropolog nie mogę wyjść z podziwu, jak natura
potrafi dopuścić do takiego przemieszania krwi. Każda z tych twarzy to
zagadka, którą należałoby skatalogować, zmierzyć i poddać analizie
statystycznej.
Moi koledzy oficerowie widzą w nich tylko zagrożenie lub siłę roboczą.
Ja widzę w nich przede wszystkim biomasę, która w swojej masowości traci
cechy jednostkowe. To klucz do nowoczesnej medycyny: przestać widzieć
pacjenta, a zacząć widzieć proces. Podczas dzisiejszej selekcji rannych
do transportu, moją uwagę przykuł młody Rosjanin z rzadką anomalią
tęczówki -?heterochromią. Gdybyśmy byli w Berlinie, w Instytucie Cesarza
Wilhelma, poświęciłbym mu tygodnie badań. Tutaj w huku artylerii jego
istnienie kończy się krótką adnotacją i odesłaniem na tyły, co jest
marnotrawstwem naukowym, które mnie drażni.
Wieczorem czytałem korespondencję od Otmara. Pisze o postępach w badaniach nad surowicą krwi i dziedzicznością cech patologicznych.
Zgadzamy się w jednym: wojna to jedyny czas, kiedy etyka chrześcijańska,
ta sentymentalna narośl na ciele cywilizacji, wreszcie przestaje
krępować ręce badaczowi. Prawdziwy lekarz jutra musi być jak chirurg
usuwający nowotwór -?nie może współczuć wycinanej tkance, musi kochać
organizm, który ratuje. A tym organizmem jest Rzesza. Moja obecność
tutaj, choć naznaczona brudem i niebezpieczeństwem, utwierdza mnie w przekonaniu, że biologia jest jedyną prawdziwą religią naszych czasów.
Muszę tylko znaleźć sposób, by przenieść te obserwacje w miejsce, gdzie
panują porządek i systematyczność, a nie frontowy chaos.
DYSONANS KRWI I POTRZEBA SELEKCJI
04.07.1942, ŚRODA
Rana nogi goi się powoli, co daje mi aż nadto czasu na rozmyślania.
Pobyt w lazarecie, tym razem w roli pacjenta, jest dla mnie
doświadczeniem niemal upokarzającym, ale i pouczającym. Obserwuję pracę
moich kolegów -?są tacy drobiazgowi, tacy skupieni na ratowaniu każdego
życia, jakby każda jednostka miała tę samą wartość. To błąd logiczny,
który hamuje nasz postęp. Czy życie żołnierza o marnych cechach
dziedzicznych jest warte tyle samo, co życie oficera z czystym
rodowodem? Matematyka biologiczna mówi wyraźnie: nie.
W ostatnich dniach docierają do nas raporty z głębi okupowanych terenów.
System obozowy ewoluuje. To, co dzieje się w miejscu zwanym Auschwitz, o którym słyszałem podczas ostatniej narady w Berlinie, wydaje się być
odpowiedzią na moje naukowe modlitwy. Tam nie ma frontowego chaosu. Tam
panuje sterylna, zorganizowana machina, w której człowiek zostaje
sprowadzony do swojego biologicznego komponentu. Fascynuje mnie
koncepcja "selekcji na rampie". To moment absolutnej władzy rozumu nad
przypadkiem. Decydowanie o tym, kto jest zdolny do reprodukcji, kto do
pracy, a kto stanowi jedynie balast biologiczny, to najwyższa forma
medycznej odpowiedzialności.
Zastanawiam się często nad naturą bliźniąt jednojajowych. Są jak
lustrzane odbicia, idealna grupa kontrolna, o której marzy każdy
genetyk. Gdybym mógł mieć do dyspozycji setki takich par w kontrolowanym
środowisku, gdzie żadne normy prawne nie ograniczają zakresu
ingerencji..., moglibyśmy złamać kod dziedziczności w ciągu kilku lat.
Moglibyśmy programować cechy narodu. Moja noga może i wyklucza mnie z dalszej walki na pierwszej linii, ale moje umysłowe zacięcie pcha mnie
ku innej walce -?o czystość i doskonałość rasy. Czuję, że rok 1943
będzie przełomowy. Moje nazwisko nie zostanie zapamiętane dzięki
medalom, ale dzięki odkryciom, które uczynią nas nieśmiertelnymi jako
gatunek. Muszę tylko wyrwać się z tego błota i trafić tam, gdzie krew
płynie szerokim strumieniem, ale pod pełną kontrolą nauki. Nie czuję
nienawiści do tych ludzi, których badam -?czuję jedynie chłodną
ciekawość, taką samą, jaką entomolog czuje wobec owada pod mikroskopem.
To jest właśnie prawdziwy obiektywizm.
CIENIE NAD DONEM
22.09.1942, ŚRODA
Co robić. Jesień przynosi chłód i melancholię. Walki o Kaukaz są
wyczerpujące. Moje obowiązki jako lekarza dywizyjnego stają się coraz
bardziej administracyjne, co mnie nuży. Chcę wrócić do sedna medycyny,
do jej biologicznego rdzenia, prowadzić badania nad tym, co istotne.
Widzę wokół siebie tyle "materiału", który przepada bezużytecznie w ziemi. Każdy poległy to utracona informacja.
Otrzymałem list od profesora Verschuera. Pisze o nowych możliwościach,
jakie otwierają się w Rzeszy w związku z przesiedleniami na Wschodzie.
Wspomina o obozach, które stają się centrami nie tylko izolacji, ale i specyficznej selekcji. To budzi mój entuzjazm. Wyobrażam sobie miejsce,
gdzie lekarz ma pełną władzę nad ciałem i życiem, nieograniczany przez
przestarzałą etykę, która chroni jednostki bezwartościowe kosztem
postępu nauki. Selekcja to najszlachetniejsza forma opieki nad
ludzkością. Pozwala oddzielić ziarno od plew, zdrowe tkanki od
nowotworu. Jeśli będę miał okazję, skieruję swoje kroki tam, gdzie nauka
spotyka się z ostatecznym rozwiązaniem kwestii biologicznej.
KONIEC ROKU I NOWE PERSPEKTYWY
30.12.1942, ŚRODA
Rok kończy się w atmosferze niepewności na froncie, ale w mojej duszy
panuje jasność. Moja służba w Dywizji Waffen-SS "Wiking" dobiega końca.
Moje zdrowie nie pozwala na dalsze przebywanie w tych warunkach, ale to,
co widziałem i czego doświadczyłem, ukształtowało mnie na nowo. Nie
jestem już tylko lekarzem z Günzburga. Jestem funkcjonariuszem wyższej
konieczności. Jestem kimś, kto odegrał na tyle znaczącą rolę w historii,
że pewnie będą o mnie wspominać w podręcznikach historii!
Plotki o tym, co dzieje się w Generalnym Gubernatorstwie, są obiecujące.
Mówi się o wielkich ośrodkach, w których koncentruje się cała
"biologiczna zagadka" Europy. Tam, w miejscach takich jak Auschwitz,
można prowadzić badania na skalę, o której marzyli wielcy biolodzy
przeszłości. Moim celem na rok 1943 jest znalezienie się w centrum tych
wydarzeń. Chcę mieć dostęp do nieograniczonej liczby obiektów
badawczych. Chcę badać oczy, pigmentację, dziedziczność wad i anomalii u tych, którzy i tak nie mają przyszłości w naszym świecie. Ich śmierć
musi służyć naszej wiedzy. To jedyny sposób, by nadać ich egzystencji
jakikolwiek sens. Przeszłość zostawiam za sobą, przyszłość należy do
biologii czystej krwi.
1943
Rok 1943 był momentem, w którym Josef Mengele rozpoczął swoją zbrodniczą
działalność w obozie koncentracyjnym i obozie zagłady
Auschwitz-Birkenau. Po rekonwalescencji i krótkiej służbie w Berlinie, w maju 1943 roku został tam przeniesiony i objął funkcję naczelnego
lekarza obozu kobiecego w Birkenau. Szybko zyskał miano "Anioła
Śmierci", wyróżniając się szczególną bezwzględnością i gorliwością
podczas selekcji na rampie kolejowej. To właśnie w tym roku zainicjował
swoje nieludzkie eksperymenty pseudomedyczne, koncentrując się głównie
na bliźniętach oraz osobach z anomaliami genetycznymi. Dzięki wsparciu
finansowemu z Berlina stworzył w obozie zaplecze laboratoryjne, które
miało służyć realizacji jego ambicji naukowych i ideologii rasowej. Pod
koniec roku Mengele był już w pełni zintegrowany z obozową machiną
zagłady, łącząc funkcję lekarza SS z rolą bezlitosnego oprawcy.
EPIDIEMIA TYFUSU
02.06.1943, ŚRODA
Pod koniec maja, będąc w stopniu SS-Hauptsturmführera, otrzymałem
przeniesienie do obozu w Auschwitz. Przydzielono mnie do obozu
kobiecego. I właściwie od razu przystąpiłem do pracy. Pierwsze, z czym
przyszło mi się zmierzyć, była epidemia tyfusu. Okazało się, że cały
barak romski nie może sobie z nią poradzić. Dokładnie mowa o 1042
Romach. Błyskawicznie uporałem się z tym problemem. Uznałem, że żadne
leczenie nie wchodzi w grę. Jeśli chcemy zatrzymać dalszy rozwój
epidemii, trzeba ją zniszczyć w zarodku. Gdy po latach ktoś będzie
czytał te słowa, zapewne będzie mocno oburzony. Niemniej teraz, gdy to
piszę, grono oburzonych rodaków byłoby znacznie mniejsze. Trwa wojna,
każdy patrzy tylko na siebie.
Człowieczeństwo zostało wyparte przez walkę. Nie tylko walkę ras, ale w ogóle walkę. O racje żywnościowe, o akcesoria dla niemowląt, o dobrze
płatną pracę, o bezpieczniejsze miejsce na froncie. Każdy o coś walczy.
Ja również. Przy czym ja walczę w tym momencie z epidemią. I jedynie
stanowcze kroki pozwalają się z nią rozprawić. Po tym krótkim wstępie
nietrudno przewidzieć, co postanowiłem. Brutalnie rzecz ujmując,
doszedłem do wniosku, że w przypadku tych 1042 Romów należy zastosować
komory gazowe. Już widzę twarze zaskoczonych czytelników. Wiem...
Świat być może jeszcze nie wie albo nie chce wiedzieć o istnieniu komór
gazowych. My, Niemcy, z ministrem propagandy Goebbelsem na czele robimy
wiele, by świat się o nich nie dowiedział. Każdy naród skrywa jakiś
mroczny sekret. Jeśli chodzi o nas, to jest to właśnie jeden z nich. W myśl tego, co zawsze powtarzała moja prababka. Z uśmiechem na ustach i z ostatnimi dwoma zębami na przodzie, żartowała: -?Wnuczku pamiętaj, że co
chatka, to zagadka!
Wieżyczka strażnicza, ogrodzenie z drutu kolczastego pod napięciem oraz
baraki obozu Auschwitz II -?Birkenau
TYLKO NA TRZEŹWO
10.06.1943, CZWARTEK
W Auschwitz pracuję w pocie czoła. Roboty jest tutaj co niemiara.
Codziennie przyjeżdżają nowe transporty więźniów. "Witam" ich, stojąc na
rampie. Jak zawsze jestem perfekcyjnie ubrany. Czuję się panem życia i śmierci. Władza to przecież ja.
Macham na lewo i prawo. Kciuk na lewo oznacza śmierć. W prawo -
skierowanie do obozu pracy. W trakcie selekcji często pogwizduję. To
daje mi ulgę i jest czymś na wzór odskoczni. W ogóle jestem wyjątkiem w tej kwestii. Jest jeszcze lekarz obozowy Fritz Klein. Obaj robimy
selekcję na trzeźwo. Pozostali lekarze w dużej większości czynią to pod
wpływem. Wiem, że nie są w stanie wejść na rampę bez kilku solidnych
łyków alkoholowego znieczulacza. Do tego robią wszystko, by unikać
wypełniania swoich obowiązków.
Mnie za to można stawiać za wzór. Jako jedyny sam zgłaszam się do tego,
by prowadzić kolejne selekcje. Ktoś to w końcu musi robić. Skoro inni
zachowują się tchórzliwie, to ja muszę wyjść im naprzeciw i sam wziąć
sprawy w swoje miejsce.
Przyznam, że faktycznie selekcje są dość drastyczne. Nawet się nie
dziwię innym medykom, że tak przed nimi dezerterują. Opowiem o tym, ale
innym razem. Właśnie czeka mnie kolejna selekcja. Zatem brak czasu na
kontynuowanie tego wpisu.
SŁÓW KILKA
12.06.1943, SOBOTA
Jest późny wieczór. Za mną kolejny pracowity dzień. Przybyły nowe
transporty więźniów. Musiałem zrobić selekcję. Kto do komory, kto do
pracy. Dla mnie zupełnie dzień jak co dzień. Nietrudno się domyślić,
jaki był wynik tych wyborów. Większość posłałem do komór. Zdecydowanie
nie byli oni zdatni do jakiejkolwiek pracy. A jaki pożytek z takich?
Żaden. Ostatnio jeden ze świeżo upieczonych strażników obozowych zagaił,
pytając mnie o to, ile trwa śmierć w komorze gazowej. Zgodnie z prawdą
przyznałem, że to dość czasochłonny proces. Cyklon B potrzebuje nawet
pół godziny, by dokonać "likwidacji" wybranych osób. Wcześniej jeszcze
tych ludzi trzeba rozebrać. Później zostaje już tylko wprowadzenie ich
do komór, łudząco przypominających prysznice. Zresztą strażnicy często
im wmawiają, że przecież nie idą na śmierć, tylko na zwykłą kąpiel, a oni przyjmują to za dobrą monetę. To dość wiarygodna wymówka.
Gdy przybywają kolejnymi transportami stłoczeni w wagonach niczym bydło
i następuje otwarcie tych wagonów, odór bucha mi w twarz i jest trudny
do zniesienia. Przywiezieniu do obozu często wymiotują i trzeba się do
tego przyzwyczaić, by jakoś sobie z tym radzić. Brud bije z każdego
kąta, ciężko to wytrzymać. Chciałoby się powiedzieć, że im współczuję.
Jednak bym skłamał, gdyby tak powiedział. Niemcy są rasą panów. Ci,
którzy przyjeżdżają to Żydzi, Polacy, Romowie. Kończę. Nie mam sił.
SUPERRASA TUŻ, TUŻ?
06.07.1943, WTOREK
Ostatnio doszedłem do wniosku, że jeśli tak dalej pójdzie, to prędzej
czy później dzięki moim badaniom uda się stworzyć superrasę. Działania
empiryczne w mym wykonaniu weszły na wyższy poziom. Jako antropolog
specjalizujący się w problemach eugeniki, mam w obozie Auschwitz
niezliczone masy jednostek do badań. Moja fascynacja zdaje się nie mieć
końca. Ostatnio jeden z lekarzy stawiał opór, gdy nakazałem mu pozyskać
czaszki świeżo przywiezionych osobników. Na szczęście większość medyków
chętnie angażuje się w prace. Doskonale zdają sobie sprawę, że wszyscy
działamy w słusznym celu, mającym prowadzić tylko do jednego -
zwycięstwa Trzeciej Rzeszy nad Europą, a ostatecznie nad światem.
Jeśli uda nam się stworzyć superrasę, przejęcie dominacji nad światem
przez naród germański będzie niemal formalnością. A zdaje się, że jestem
bliżej tego dokonania niż dalej. W swoim kręgu zainteresowań mam dwa
typy. Mowa o karłach i bliźniakach. Ostatnio zszyłem dwa karły. Chciałem
zobaczyć, jak zareagują na to oba organizmy. Karły nie przeżyły. Z bliźniakami jest równie ciekawie. Uwielbiam romskie dzieci. Często
częstuje je cukierkami, by zdobyć ich sympatię. Słyszałem, że zyskałem
już przydomek "wujek", co jest dla mnie dużym komplementem. Łowię takich
bliźniaków dość często. Również ich zszywam.
Niedawno przyszło mi zszyć bliźniaków, z których jeden był garbaty, a drugi już nie. To było fascynujące badanie. Po zszyciu okazało się, że
nie są mi do niczego przydatni. W tej sytuacji wstrzyknąłem im
substancję, która sprawiła, że dość szybko zamarli. Dzięki temu mogę
badać organy. Porównywać, czy skoro są bliźniakami, to tak samo
wyglądają ich wątroby, nerki, jelita. Przyszło mi prowadzić badania na
ogromną, niespotykaną dotychczas skalę. Czynię coś, co dotychczas
prawdopodobnie nie zdarzyło się na świecie. I strasznie mnie to
ekscytuje. Owszem, trzeba mieć hardy charakter, by decydować się na
takie czyny. Jednak ja patrzę na to, jak na szansę, którą otrzymałem od
losu, by zapisać się w historii antropologii złotymi zgłoskami. Mam tak
wiele danych z moich badań, że czeka mnie świetlana kariera naukowa.
Poza tym mogę uczynić wielki krok dla germańskiej rasy. Jestem
zdeterminowany, by to uczynić. I nie wiem, co musiałoby się wydarzyć,
bym zrobiłbym krok do tyłu. Nie chcę zawieść Hitlera, mojej partii,
Germanów!
Wiem, że po latach zawistni będą minimalizować wartość mych badań. Będą
je podważać i skupiać swą uwagę na stronie moralnej zamiast na mym
podejściu naukowym. W tej sytuacji chcę zapytać: co w takim razie ze
zwierzętami? Dlaczego świat daje przyzwolenie na to, by prowadzić na
nich eksperymenty medyczne? Dlaczego szczury są tak często mordowane w imię badań naukowych? Dlaczego psom wszczepiane są środki usypiające?
Przecież to również istoty żywe i rozumne, podobnie jak ludzie.
Zaraz ktoś mi zarzuci, że nie można porównywać badań i eksperymentów
medycznych z wykorzystaniem zwierząt do tych samych działań z ludźmi.
Nie wiem. Dla mnie wszystkie istoty, które odczuwają, winne są być
traktowane na równi. Zresztą każdy, kto wsłucha się w głos partii
nazistowskiej, doskonale zrozumie, że są ludzie i podludzie. My nie
prowadzimy badań na prawdziwych Germanach. Do tych czynów wykorzystujemy
jednostki pochodzenia romskiego, żydowskiego czy polskiego. To na nich
wykonuję moje badania.
Nieprzypadkowo jestem lekarzem. Jestem lekarzem, bo badam. Owszem, można
się do tego przyczepić, jak zresztą do wszystkiego. Moi przeciwnicy po
latach zapewne stwierdzą, że jako lekarz powinienem zapobiegać ludzkiemu
cierpieniu i prowadzić pacjentów tak, by wychodzili na prostą ze
zdrowiem. Ja jednak czynię to, czego ode mnie oczekuje mój zwierzchnik,
mój wódz Adolf Hitler. On i całe państwo oczekują stworzenia superrasy i do tego ma się sprowadzać moja rola. Czy mam wyrzuty sumienia? Odwrócę
pytanie. Czy weterynarz, gdy usypia konia, ma także wyrzuty sumienia?
Naturalnie znowu ktoś powie -?to zwierzę, nie człowiek. Ja zaś odpowiem
-?zwierzę to także istota rozumna. Ona odczuwa tak samo jak ludzie,
zarówno ból, jak i złowrogie zamiary.
Ja nie robię tych badań dla siebie. Robię to dla Niemców. Przyszłe
pokolenia będą mi wdzięczne. W Trzeciej Rzeszy w przyszłości będą mi
stawiać pomniki, sławić na uczelniach medycznych, stawiać mnie za wzór,
nazywać ulice moim nazwiskiem. Nie jestem nawet w stanie sobie
wyobrazić, by mogło być inaczej. I co najważniejsze, świat się nigdy nie
dowie o naszych eksperymentach, o tym, jak doszliśmy do naszych
przełomowych wniosków. Czynimy je z zapewnieniem pełnej dyskrecji. Jeśli
doszłoby do tego, że do Auschwitz zbliżaliby się Sowieci, spakuję do
teczki najważniejsze wyniki badań, inne spalę i ucieknę, by zatrzeć za
sobą ślady. Świat nie musi wiedzieć o wszystkim. Ja już o to zadbam!
DOKĄD TRAFI TEN PAMIĘTNIK?
07.07.1943, ŚRODA
Kalendarz wskazuje dzisiaj imieniny miesiąca -?mamy 7 lipca. To
doskonała okazja, bym napisał nieco więcej o swojej działalności.
Jeszcze nie zdecydowałem, dokąd trafi ten pamiętnik. Być może przekażę
go swej rodzinie, być może postanowię go upublicznić, gdy będzie już
jasne, że "rasa panów" wygrała wojnę i jest nam dane roztaczać na
światem swą dominację. Nie wiem... Myślę, że mam jeszcze wiele czasu, by
podjąć decyzję, co z tym pocznę. Tymczasem pochylam się nad tą
niezapisaną kartką. Uwielbiam wygwizdywać arie operowe, co też czynię i w tym momencie. Dźwięk mego pogwizdywania niesie się po baraku, w którym
przyszło mi przebywać.
Prowadząc ten pamiętnik, nauczyłem się, jak na Niemca przystało, że
ważny jest porządek i każdy drobiazg. W związku z niniejszym dzisiaj
postanowię pokrótce opisać kulisy mych działań na polu, które można
nazwać "eksperymentami medycznymi". Jest to o tyle istotne, że zapewne w przyszłości trudno będzie znaleźć wiarygodne relacje na ten temat.
Uczestnicy mych eksperymentów raczej głosu nie zabiorą, ja kiedyś jak
wszyscy odejdę z tego świata, czyniąc się co najwyżej nieboszczykiem,
którego prędzej czy później pożrą szczury i różnej maści robale. A to
nie będzie sprzyjało utrwaleniu wiedzy na temat tego, jak funkcjonuje
obóz w Auschwitz. Zresztą, jak ma to sprzyjać utrwaleniu, skoro
Goebbels, znaczy się minister propagandy Trzeciej Rzeszy, skrzętnie
skrywa wszelkie wzmianki o obozie w nazistowskiej prasie, zaś, gdy ukaże
się coś w zagranicznej, to nawet w Trzeciej Rzeszy o tym się nie
wspomina.
Co więcej, nawet jak się coś ukazuje, to nikt nie wierzy, dajmy na to
Polakom. Owszem, jakieś pojedyncze jednostki są w stanie stąd zbiec i przedstawić swe relacje wspominkowe. Jednak Zachód nie jest jakoś
szczególnie tym zainteresowany. Każdy kraj ma swoje problemy. Trwa
wojna, a jeśli kto zna choć nieco historię Europy, to nie powinien być
zdziwiony, że Polaków się ignoruje. A żeby to im pierwszy raz
Brytyjczycy z Francuzami wiele naobiecywali, a później nic z tego i tak
nie było? To stary numer, chętnie przez nich powtarzany. Naturalnie,
Polaków trzeba zrozumieć. Jak mawia przysłowie, "Die Hoffnung stirbt
zuletzt", czyli "nadzieja umiera ostatnia".
Niemniej jednak naziści dbają o to, by informacja o Auschwitz nie
przebiła się do powszechnej świadomości. Ktoś powie, Niemcy się wstydzą!
To nieprawda. My się niczego nie wstydzimy. Co najwyżej skąpo zarządzamy
prawdą. Tylko tyle i aż tyle. Ba, panuje nawet powszechna opinia, że
Hitler nie wie o istnieniu nazistowskich obozów. Gdy o tym słyszę po raz
setny, rechoczę jak dziecko. Ostatnio tak się uśmiałem, gdy jakaś
złośliwa, choć jak widać piekielnie inteligentna, menda stwierdziła, że
prawdziwy Niemiec powinien być:
-?Niemcem z pochodzenia jak Adolf Hitler (to Austriak, żaden tam
Niemiec!);
-?wysoki jak Joseph Goebbels (był niziutki, ledwie 1,65 metra);
-?szczupły i wysportowany jak Hermann Göring (spasiona świnia, to wie
każdy -?jakieś 140 kilo żywej tuszy, która ledwo się rusza, do tego
stopnia, że nie jest w stanie wysiąść z samochodu bez pomocy);
-?cnotliwy i dziewiczy jak Ernst Röhm (kiedyś ważna postać w partii
nazistowskiej, bywały dni, że nie wychodził z łóżka z młodymi chłopcami,
zadeklarowany homoseksualista, choć naturalnie Hitler twierdził, że nic
o tym nie wie).
Zresztą przy okazji Röhma winny jeszcze jestem przypomnieć jeden żart na
jego temat. A brzmi on: "Trzymaj dupę przy ścianie, bo cię Röhm
dostanie". Nie muszę chyba go wyjaśniać...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
KILKA SŁÓW ZAMIAST WSTĘPU
06.01.1942, WTOREK, ŚWIĘTO TRZECH KRÓLI
Od pewnego czasu nosiłem się z zamiarem pisania zapisków. W końcu
zdecydowałem się przekuć zamiary w czyny. To mój pierwszy wpis. Czuję
tremę niczym aktor debiutujący na scenie. Stawiając każde kolejne słowo,
wzrasta we mnie fala podniecenia. Przed wojną zdawałem się być osobą
pogodną. Nie ukrywam, że byłem duszą towarzystwa. Teraz bywa z tym
różnie. Ale o tym innym razem. Zacznijmy po kolei. Czyli od moich
początków. Niech ten krótki wpis będzie czymś na wzór zapoznania,
przedstawienia sylwetki kogoś, kto w przyszłości być może będzie na
ustach wszystkich.
Ja, Josef Mengele, przyszedłem na świat 16 marca 1911 roku w Bawarii, a dokładniej -?w Günzburgu. Byłem najstarszy spośród trzech synów, których
wydali na świat moi rodzice. Ojca widywałem częściej na zdjęciach niż w domu. Ciągle gonił za interesami. Skłamałbym, gdybym przyznał, że w naszym domu piszczała bieda. Jeszcze nim przyszedłem na świat, rodzice
stali się naprawdę majętnymi obywatelami. Dopytywałem kiedyś matkę, jak
doszli do tak pokaźnego majątku. Stwierdziła ewidentnie na odczepnego,
że był to efekt pracowitości i szczęśliwego splotu zdarzeń. Dopytałem. I rzeczywiście, nim przyszedłem na świat, ojciec miał na własność firmę
odlewającą sprzęt rolniczy. To była istna żyła złota! Do tego stopnia,
że zaraz po moich narodzinach miał sobie sprawić swój pierwszy w życiu,
przepiękny, błyszczący samochód ze znaczkiem firmy Benz, poprzednika
sławnego Mercedesa. Matka, widząc to, podobno wściekła się
niemiłosiernie. Jednak na ojcu nie zrobiło to większego wrażenia.
Naturalnie tak zasłyszałem, bowiem jako niemowlak nie byłem w stanie
tego zapamiętać.
W każdym razie ojca w domu nie było jeszcze częściej, gdy już miał ten
samochód. Mówiąc bez ogródek, mając do wyboru pracę i rodzinę, wybierał
to pierwsze. Ktoś powie -?chciał zarobić na rodzinę. I dobrze, można
uważać i tak. Ja jednak jestem zdania, że żadne pieniądze nie cofną
czasu i chwil, które mógł spędzić ze mną, zamiast przesiadywać w tej
cholernej fabryce jak typowy pracoholik do późna, tyrając razem ze
swoimi pracownikami. Siedział w tej swojej pracowni w nocy, a za dnia
jeździł z maszynami rolniczymi od drzwi do drzwi, by znajdywać
potencjalnych kupców. Tak nie wygląda wymarzone dzieciństwo żadnego
malca! Tym bardziej że gdy w 1914 roku wybuchła Wielka Wojna, to nie
było zmiłuj i ojciec dostał powołanie na front. Odbyła się wówczas
rodzinna narada, w trakcie której matka została namaszczona na jego
następcę. Tatka wzięli w kamasze, ona zaś zaczęła twardą ręką rządzić
imperium, które dotychczas budował ojciec.
PS Króli nie jest trzech a jeden. To Mesjasz (co sam wielokrotnie
powtarzał), który zrodził się, by wprowadzić na świecie nowy porządek. A jego inicjały to "A.H.". Nic więcej dodać nie muszę, wszystko jest na
tyle klarowne, że z dużą dozą śmiałości mogę jedynie postawić w tym
miejscu kropkę.
O MOJEJ RODZINIE. ALE KRÓTKO!
07.01.1942, ŚRODA
Moja matka była cholernie religijna. Do tego stopnia, że nie wyobrażam
sobie zażyłości z kobietą bez ślubu kościelnego. To musi być. Nawet
jeśli zdaje się to być okupione wieloma obwarowaniami w postaci
formalności. I nie wynika to z tego, że ja, podobnie jak matka, zdaje
się być jakoś szczególnie wierzący. Po prostu, matka zaszczepiła to we
mnie, ten pogląd wpłynął do mego krwioobiegu, by wreszcie oddziaływać na
umysł. I tak już jest i pewnie jeszcze długo zostanie. Aż boję się
pomyśleć, jak wielką awanturę sprawiłaby mi matula, gdyby się
dowiedziała, że chcę uniknąć kościelnego obrządku. Pewnie jeszcze tej
samej nocy pojawiłaby się w koszmarach i straszyłaby mnie tak solidnie,
że nad ranem prześcieradło byłoby zlane moczem!
Zresztą czy mnie to dziwi? Nie. Nawet po latach czuję obawy w stosunku
do matki. Jednak nie czuję się odosobniony. Pamiętam, że już w czasach
młodzieńczych, gdy biznes ojca funkcjonował na bardzo dobrym poziomie,
to nie on wzbudzał mój strach. Niepokój pojawiał się na samą myśl, że
naszą fabrykę odwiedzi matka. Była osobą konkretną, stanowczą i bezdyskusyjną. Nie szukała dyskutantów, ale jedynie ślepo posłusznie
wykonujących polecenia. Ojciec był inny. Niczym pelikan łykał każde
kłamstewko, zachowywał się naprawdę poczciwie i nawet teraz, po latach,
nie zdaje się być szczególnie groźny. Po prostu matki się bano, jego zaś
lubiano. Taka karma, nic nie poradzisz. Tylko tyle i aż tyle...
LATA SZKOLNE
06.01.1942, WTOREK
Mam dzisiaj nieco luźniejszy wieczór. Do tego stopnia, że gdy siedziałem
pośród czterech ścian, naszło mnie na wspomnienia z tej naprawdę
odległej przeszłości -?z ław szkolnych. Jak to wyglądało? W szkole
wiodło mi się dość przeciętnie. Dawałem sobie radę z greką, łaciną,
historią czy fizyką. Nawet z religii, z tego co pamiętam, miałem niezłe
stopnie. Jednak nie na tyle satysfakcjonujące, by uznać je za
spektakularne. Teraz, po latach, dość dobrze to rozumiem. Moje
przeciętne oceny na świadectwach szkolnych wynikały z tego, że
chorowałem. Jako nastolatek przeszedłem więcej chorób niż każdy pies ma
pcheł. Osłabienie wynikające z zapalenia nerek i tuzina innych
dolegliwości sprawiało, że więcej czasu byłem chory niż zdrowy i z tego
powodu w ogóle nie w głowie była mi nauka.
Dopiero po zdaniu matury coraz mocniej zaczęła kiełkować we mnie myśl o dogłębnym poznaniu świata medycyny. Właściwie to miotałem się z tą
myślą, bowiem moi rodzice mieli nieźle prosperującą firmę i zdawało mi
się oczywiste, że gdy dorosnę, ojciec postawi mnie na jej czele. Ba, z czasem pojawiły się takie głosy. Z tego, co pamiętam, ojciec kilka razy
mówił o tym dość otwarcie. Z kolei moja matka była temu gruntownie
przeciwna. Jak mantrę powtarzała, że prędzej dopadnie mnie jakaś kolejna
choroba, niż odniosę sukces jako zarządzający naszą rodzinną firmą.
Mówiąc dosadnie, regularnie wybijała ojcu z głowy myśl o tym, że
powinien mnie szykować na swego następcę.
Po latach mogę się przyznać do tego, że podsłuchałem kilka rozmów ojca z matki na ten temat. I były to niezbyt przyjemne słowa z perspektywy
młodego chłopaka. Pamiętam jak dzisiaj, gdy matka powiedziała do ojca,
że skoro ledwo jestem w stanie kończyć kolejne klasy ze względu na swą
chorowitość, to gdzie do zarządzania sporym przedsiębiorstwem. A matka
wiedziała, co mówi, bo przecież przez większość dnia ojca nie było w domu. Zamiast tego siedział w fabryce, spotykał się, by walczyć o kolejne kontrakty i był jedynie duchem w domu, lecz nie ciałem. Matka
ciągle powtarzała, że do kierowania taką firmą trzeba mieć solidną
krzepę. Ja jej nie miałem. Wtedy jednak tego nie rozumiałem. Jakie było
moje rozczarowanie, gdy dowiedziałem się, że w przyszłości będzie nią
zarządzał Alois, najmłodszy z braci.
Na horyzoncie pojawiło się zainteresowanie biologią i medycyną. Stał za
tym mój nauczyciel biologii. Gdyby nie on, nie byłbym tam, gdzie się
znalazłem w przyszłości. Dzięki niemu zrozumiałem, jak atrakcyjne
intelektualnie może być poznawanie ludzkiej natury. Ciało człowieka jest
czymś na wzór cudu. Niezmiennie mnie fascynuje z racji aury
tajemniczości, która się nad nim roztacza. Tak było w trakcie lekcji
biologii w gimnazjum. A później ta pasja dalej się rozwijała. W pewnym
momencie czułem, że medycyna jest tą dziedziną wiedzy, z którą chciałbym
się związać. Jednak kolega z gimnazjum, rok starszy ode mnie, gdy tylko
dowiedział się, że chcę zostać dentystą, by zarabiać wielkie pieniądze,
próbował wybić mi to z głowy. Tłumaczyłem mu tak klarownie, jak tylko
się da, że w mojej rodzinnej miejscowości nie ma ani jednego
stomatologa, a przecież kiedy ludzi bolą zęby, to bez takiego lekarza
się nie obejdzie. Byłem też zdania, że prędzej czy później wzrośnie
zainteresowanie zębami z racji tego, że bycie szczerbatym nie będzie w modzie. Czas pokazał, że miałem rację.
Poszedłem na studia z medycyny, choć nie zostałem dentystą.
Zafascynowany antropologią, zagadnieniami rasowymi przyswajałem wiedzę z ogromną łatwością. Śmiem wręcz twierdzić, że to miłość z wzajemnością -
do tego stopnia, że od kilku dobrych lat słyszę głos z wewnątrz mówiący
klarownie, że zrobię wybitną karierę jako lekarz. Wierzę w to głębiej,
niż moim wrogom i konkurentom mogłoby się zdawać.
PRZECZYTACIE KIEDYŚ O MNIE W ENCYKLOPEDII
08.01.1942, CZWARTEK
Jestem winien jeszcze nieco słów o sobie. Muszę to spisać, bowiem wiem,
że prędzej czy później spełnią się słowa, które wypowiedziałem w obecności mego kolegi z ławki szkolnej, Juliusa Diesbacha. Pamiętam jak
dzisiaj, co wówczas stwierdziłem. Spojrzałem na niego i mówię:
-?Julius, zapewniam cię, że w przyszłości będą się o mnie rozpisywać w encyklopediach. Moja ambicja jest tak duża, że prędzej to osiągnę, nim
spocznę!
Julius spojrzał wówczas na mnie i ironicznie zaśmiał się pod nosem.
-?Yhy, na pewno... -?stwierdził na odczepnego.
To był czas, gdy już byłem, pisząc dość nieskromnie, cholernie ambitnym,
młodym człowiekiem. Ja naprawdę wierzyłem w to, że osiągnę sukces i w przyszłości będą o mnie pisać w podręcznikach do historii. Co więcej,
ciągle w to wierzę i zdaje mi się, że osiągnę to prędzej niż później!