Dzienniki Majskiego - Gabriel Gorodetsky

-
Proszę czekać

Podzię­ko­wa­nia

Podzię­ko­wa­nia

Niniej­szy dzien­nik został opu­bli­ko­wany za zgodą rodziny Schef­fe­rów-Woskrie­sien­skich, spad­ko­bier­ców Iwana Maj­skiego, któ­rym jestem głę­boko wdzięczny za współ­pracę i wspar­cie w przy­go­to­wa­niu tej pozy­cji. Chcę też podzię­ko­wać rosyj­skiemu Mini­ster­stwu Spraw Zagra­nicz­nych, prze­cho­wu­ją­cemu dzien­niki Maj­skiego, za umoż­li­wie­nie mi dostępu do ory­gi­na­łów i za pomoc w dotar­ciu do archi­wal­nych źró­deł i foto­gra­fii. Wyrazy szcze­gól­nej wdzięcz­no­ści należą się pro­fe­so­rowi Ita­ma­rowi Rabi­no­wi­czowi, byłemu pre­zy­den­towi Tel Aviv Uni­ver­sity, za zaan­ga­żo­wa­nie w zdo­by­cie spo­rego grantu, który pozwo­lił sfi­nan­so­wać prze­kład dzien­ników na język angiel­ski.

Nie­wielu wydaw­ców z otwar­tymi ramio­nami przyj­muje dziś pro­po­zy­cję opu­bli­ko­wa­nia trzech gru­bych tomów dzien­nika opa­trzo­nego mnó­stwem przy­pi­sów. Jestem wdzięczny Joh­nowi Dona­ti­chowi, dyrek­to­rowi wydaw­nic­twa Yale Uni­ver­sity Press i jego zespo­łowi, za nie­prze­rwane, trwałe wspar­cie. Szcze­gólne podzię­ko­wa­nia winien jestem Rober­towi Bal­doc­kowi, dyrek­to­rowi lon­dyń­skiego oddziału Yale Uni­ver­sity Press (na któ­rego zamó­wie­nie pisa­łem swoją poprzed­nią książkę, Grand Delu­sion: Sta­lin and the Ger­man Inva­sion of Rus­sia), za nie­za­chwiane zaufa­nie, jakim mnie darzy. Trudno byłoby zna­leźć rów­nie wni­kli­wego, kom­pe­tent­nego i pomoc­nego wydawcę. To on namó­wił mnie, by nie­za­leż­nie od kom­plet­nej, trzy­to­mo­wej edy­cji opra­co­wać też jed­no­to­mowy wybór frag­men­tów dzien­ni­ków Maj­skiego, dostępny szer­szemu gronu czy­tel­ni­ków. Nie­zwy­kła, pięk­nie wydana książka, która dzięki temu powstała, sta­nowi dowód jego nie­zrów­na­nych talen­tów.

Jest też efek­tem ponad dzie­się­ciu lat zakro­jo­nych na dużą skalę badań. Tak się wspa­niale zło­żyło, że mogłem sko­rzy­stać z kilku hoj­nych sty­pen­diów fun­do­wa­nych przez Insti­tute for Advan­ced Study w Prin­ce­ton, Insti­tute for Advan­ced Stu­dies we Fry­burgu i Bel­la­gio Cen­ter Fun­da­cji Roc­ke­fel­lera, które zapew­niły mi wyjąt­kowo sprzy­ja­jące warunki pracy i dały szansę skon­fron­to­wa­nia moich prze­my­śleń z opi­niami naj­zna­ko­mit­szych histo­ry­ków. Lwią część zada­nia wyko­na­łem jed­nak pod patro­na­tem oks­fordz­kiego All Souls Col­lege. To Isa­iah Ber­lin, legen­darny wykła­dowca All Souls Col­lege, wpro­wa­dził mnie w 1969 roku do Oks­fordu i namó­wił do pisa­nia tam pracy dok­tor­skiej; koło zamknęło się w magiczny spo­sób w 2006 roku, gdy po raz pierw­szy zapro­po­no­wano mi w All Souls visi­ting fel­low­ship, a potem wybrano na wykła­dowcę col­lege'u. Trudno o słowa, które pozwo­li­łyby opi­sać przy­jaź­nie, jakie zadzierz­gną­łem w All Souls, i wyma­ga­jące, ale sym­pa­tyczne śro­do­wi­sko, jakie tam spo­tka­łem - bez wąt­pie­nia straż­nicę nauki w naj­czyst­szej postaci. John Vic­kers, dyrek­tor col­lege'u, i John Davis, jego poprzed­nik, nie szczę­dzili trudu, by zapew­nić mi jak naj­da­lej idącą pomoc i wspar­cie.

Mia­łem ogromne szczę­ście, że tłu­ma­cze­niem dzien­nika zajęli się Tatiana Soro­kina i Oli­ver Ready. Dzięki ich połą­czo­nym wysił­kom powstał sta­ranny, a przy tym zgrabny prze­kład, idio­ma­tyczny, a jed­no­cze­śnie wierny jedy­nej w swoim rodzaju lite­rac­kiej pro­zie Maj­skiego. Rów­nie zna­ko­mity oka­zał się mój redak­tor Clive Lid­diard. Jego wni­kliwe, zwię­złe i mądre uwagi, jak też dosko­nała zna­jo­mość języka rosyj­skiego oraz kul­tur sło­wiań­skich i wschod­nio­eu­ro­pej­skich zde­cy­do­wa­nie wpły­nęły na jakość tek­stu.

Wyrazy szcze­gól­nego uzna­nia należą się Hil­le­lowi Adle­rowi, który na samym początku pomógł mi w zbu­do­wa­niu nie­zwy­kle zło­żo­nej bazy danych, co pozwo­liło nam opa­no­wać i wyko­rzy­stać obszerne zasoby źró­deł archi­wal­nych. Ogrom­nie pomocna była też Ruth Brown, autorka not o ponad tysiącu osób wymie­nio­nych w dzien­niku. Dok­tor James Womack doko­nał świet­nych prze­kła­dów napi­sa­nych po rosyj­sku listów znaj­du­ją­cych się w pry­wat­nym archi­wum Maj­skiego.

I wresz­cie Ruth Herz, moja żona, przy­ja­ciółka i brat­nia dusza; ona pierw­sza przy­znała, że lata spę­dzone z Maj­skim nie były w naszym życiu cię­ża­rem, ale fascy­nu­jącą wspólną podróżą.

prof. Gabriel Goro­det­sky

Iwan Maj­ski (1884-1975)

Wstęp

WSTĘP

Uni­ka­towy, fascy­nu­jący dzien­nik Iwana Michaj­ło­wi­cza Maj­skiego, amba­sa­dora sowiec­kiego w Lon­dy­nie w latach 1932-1943, to jeden z nie­licz­nych przy­kła­dów tego rodzaju pisar­stwa wśród sowiec­kich dygni­ta­rzy lat trzy­dzie­stych XX wieku i cza­sów II wojny świa­to­wej1. Sta­lin nie zachę­cał swego oto­cze­nia do się­ga­nia po pióro i nie pozwa­lał robić nota­tek pod­czas kon­fe­ren­cji na Kremlu. Należy pamię­tać, że w cza­sach, gdy śmier­tel­nie prze­ra­żeni ludzie palili doku­menty i archiwa, pro­wa­dze­nie dzien­nika sta­wało się przed­się­wzię­ciem ryzy­kow­nym. To głów­nie dzien­ni­ków szu­kała poli­cja, prze­trzą­sa­jąc miesz­ka­nia podej­rza­nych "wro­gów ludu". Zapi­ski Maj­skiego i jego ogromne archi­wum oso­bi­ste prze­jęło osta­tecz­nie Mini­ster­stwo Bez­pie­czeń­stwa Publicz­nego, gdy aresz­to­wano go w lutym 1953 roku (dwa tygo­dnie przed śmier­cią Sta­lina) pod zarzu­tem szpie­go­stwa na rzecz Wiel­kiej Bry­ta­nii2. Po uwol­nie­niu w 1955 roku Maj­ski pro­wa­dził długą i daremną walkę o ich odzy­ska­nie. Mini­ster­stwo Spraw Zagra­nicz­nych odrzu­cało jego prośby, twier­dząc, że dzien­nik "zawiera różne mate­riały ofi­cjalne". Autor uzy­skał dostęp do niego tylko na rok, w cza­sie gdy spi­sy­wał swoje wspo­mnie­nia, ale odmó­wiono mu korzy­sta­nia z jakich­kol­wiek innych źró­deł archi­wal­nych. Dla naukow­ców dzien­nik był nie­osią­galny przez kil­ka­dzie­siąt lat.

U źró­deł wielu odkryć nauko­wych czę­sto leży przy­pa­dek. W 1993 roku w poro­zu­mie­niu z Mini­ster­stwami Spraw Zagra­nicz­nych Izra­ela i Związku Sowiec­kiego roz­po­czą­łem bada­nia, któ­rych zwień­cze­niem miała być publi­ka­cja doku­men­tów doty­czą­cych sto­sun­ków izra­el­sko-sowiec­kich. Trudno opi­sać, jakie emo­cje ogar­nęły mnie, gdy szu­ka­jąc w rosyj­skim MSZ infor­ma­cji o udziale Maj­skiego w podej­mo­wa­niu decy­zji o popar­ciu przez Sowie­tów planu podziału Pale­styny3, zoba­czy­łem tam­tej­szego archi­wi­stę wycho­dzą­cego z maga­zynu z gru­bym dzien­ni­kiem Maj­skiego z pamięt­nego 1941 roku. Nie wydo­byto wcze­śniej z archi­wów sowiec­kich żad­nego innego pry­wat­nego doku­mentu o porów­ny­wal­nym zakre­sie, war­to­ści i obję­to­ści, który by rzu­cił tak wiele nowego świa­tła na II wojnę świa­tową i jej źró­dła. Ude­rzył mnie w tym mate­riale bez­po­średni i szczery ton, jasność i prze­ni­kli­wość spo­strze­żeń, a także zna­ko­mita proza. Dzien­nik, zawie­ra­jący ponad pół miliona słów, otwar­cie i szcze­gó­łowo rela­cjo­nuje obser­wa­cje, roz­mowy i dzia­ła­nia wszę­do­byl­skiego amba­sa­dora sowiec­kiego w Lon­dy­nie. Maj­ski spi­sy­wał swoje wra­że­nia na maszy­nie, wie­czo­rami, choć zda­rzają się też frag­menty odręczne (co zna­mienne, nie zamiesz­czono ich w wyda­niu rosyj­skim), czę­sto czy­nione z dala od czuj­nego oka i ucha Moskwy w samej amba­sa­dzie.

Wydaw­nic­two Yale Uni­ver­sity Press, świa­dome wyjąt­ko­wej war­to­ści dzien­nika, wspa­nia­ło­myśl­nie zgo­dziło się wydać go w cało­ści, w trzech tomach, z moim obszer­nym komen­ta­rzem. Zapro­po­no­wano mi jed­nak także opra­co­wa­nie niniej­szej, skró­co­nej wer­sji, która byłaby dostępna szer­szemu gronu czy­tel­ni­ków. Doko­ny­wa­nie wyboru dla tej pozy­cji (25 pro­cent ory­gi­nal­nego dzien­nika i mojego komen­ta­rza) było pro­ce­sem wyjąt­kowo bole­snym, ponie­waż tekst odrzu­cony oka­zy­wał się rów­nie fascy­nu­jący i ważny, jak to, co zostało włą­czone do wyda­nia. Przy­świe­cała mi zasada zacho­wa­nia cha­rak­teru i płyn­no­ści nar­ra­cji. Książka nie zawiera więc obszer­nego apa­ratu nauko­wego; zain­te­re­so­wany czy­tel­nik znaj­dzie go nie­ba­wem w peł­nej, trzy­to­mo­wej wer­sji dzien­nika4. Skróty zazna­czone są wie­lo­krop­kiem uję­tym w dwa nawiasy kwa­dra­towe. Jeśli Maj­ski sam używa wie­lo­kropka, nie poprze­dza go spa­cją. Wyrazy lub wyra­że­nia angiel­skie poda­wane są kur­sywą; tam, gdzie autor pod­kre­śla jakieś sfor­mu­ło­wa­nie, by zwró­cić na nie uwagę, zasto­so­wano pogru­bie­nie.

Pro­ces odtaj­nie­nia i opu­bli­ko­wa­nia dzien­ni­ków Maj­skiego w Rosji (co jest warun­kiem wyda­nia tego rodzaju doku­men­tów na Zacho­dzie) był długi i żmudny. Opra­co­wa­niem wer­sji rosyj­skiej zajął się Insty­tut Histo­rii Powszech­nej Rosyj­skiej Aka­de­mii Nauk pod kie­run­kiem jego dyrek­tora, Alek­san­dra Oga­no­wi­cza Czu­ba­riana, oraz Wita­lij Jurie­wicz Afiani, dyrek­tor Archi­wum Rosyj­skiej Aka­de­mii Nauk, gdzie prze­cho­wy­wane jest bogate archi­wum pry­watne Maj­skiego. Obu panom jestem winien głę­boką wdzięcz­ność za współ­pracę. Pro­fe­sjo­nal­nie przy­go­to­wana przez nich edy­cja ma jed­nak wyraźne cechy dzieła zgod­nego z ofi­cjalną wykład­nią i tra­dy­cyjną rosyj­ską histo­rio­gra­fią wyda­rzeń pro­wa­dzą­cych do II wojny świa­to­wej. Komen­ta­rze i dopi­ski w pre­zen­to­wa­nym tu tomie są zupeł­nie inne niż w wyda­niu rosyj­skim. Począt­kowo mia­łem ochotę ogra­ni­czyć wszel­kie inter­wen­cje redak­tor­skie do mini­mum i pozwo­lić Maj­skiemu, by snuł wła­sną opo­wieść. Jed­nak zwa­żyw­szy na burzę bijącą wtedy w bram amba­sady; na opre­syjny cha­rak­ter oko­licz­no­ści, w któ­rych autor pisał swój dzien­nik, z koniecz­no­ści pozo­sta­wia­jąc w skąd­inąd boga­tej w infor­ma­cje i poucza­ją­cej rela­cji liczne luki; nie­odzowny wydał mi się pre­cy­zyjny komen­tarz przed­sta­wia­jący tło wyda­rzeń. W oba­wie, że dzien­nik może ulec kon­fi­ska­cie i będzie stra­cony dla przy­szłych poko­leń, Maj­ski pisał go co naj­mniej w trzech egzem­pla­rzach. Dla­tego komen­tarz ni­gdy nie ogra­ni­cza się do zwy­cza­jo­wego dostar­cze­nia czy­tel­ni­kowi pod­sta­wo­wych narzę­dzi pomoc­ni­czych. Zesta­wia wpisy w dzien­niku z obszerną kore­spon­den­cją Maj­skiego znaj­du­jącą się w jego pry­wat­nym archi­wum (odna­le­zio­nym przeze mnie w Moskwie), a także z depe­szami, które wysy­łał do rosyj­skiego Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych; z apo­lo­ge­tycz­nymi wspo­mnie­niami pisa­nymi już po aresz­to­wa­niu i wie­loma innymi źró­dłami archi­wal­nymi. Szcze­gó­łowe odwo­ła­nia do źró­deł, z któ­rych korzy­sta­łem, znajdą się w obszer­nej, trzy­to­mo­wej edy­cji dzien­nika. Uzy­ska­łem też - co trak­tuję jako zaszczyt - dostęp do oso­bi­stych albu­mów foto­gra­ficz­nych Maj­skiego; wiele zdjęć w nich zawar­tych wiąże się lub ilu­struje wyda­rze­nia przed­sta­wiane w dzien­niku; część z nich została zamiesz­czona w książce. Zda­rza się, że oddają to, czego nie są w sta­nie prze­ka­zać tysiące słów. Jestem ogrom­nie wdzięczny dr. Alek­sie­jowi D. Woskrie­sien­skiemu, krew­nemu i spad­ko­biercy Maj­skiego, że pozwo­lił mi podzie­lić się z czy­tel­ni­kami tym nie­sły­cha­nie oso­bi­stym, cza­sem wręcz intym­nym świa­dec­twem.

Strona z dzien­nika Iwana Maj­skiego doty­cząca spo­tka­nia z mini­strem Antho­nym Ede­nem z 12 czerwca 1941 r., który prze­strze­gał amba­sa­dora przed nie­spo­dzie­wa­nym ata­kiem nie­miec­kim na ZSRS

Dzien­nik Maj­skiego nie jest typo­wym dla tego gatunku w Sowie­tach narzę­dziem samo­do­sko­na­le­nia, dobrze widzia­nym przez wła­dze jako śro­dek słu­żący poli­tycz­nej edu­ka­cji i prze­mia­nom. Ma cha­rak­ter zde­cy­do­wa­nie oso­bi­sty; wła­dze sowiec­kie oce­ni­łyby go jako "z natury bur­żu­azyjny", gdyż nie jest samo­kry­tycz­nym zapi­sem sta­rań, by stać się dobrym komu­ni­stą, ale obraca się głów­nie wokół wła­snego "ja". Świad­czy o decy­du­ją­cej roli oso­bi­stych przy­jaźni, kon­flik­tów i rywa­li­za­cji z wcze­snego okresu poli­tyki sowiec­kiej, wykra­cza­ją­cych poza kon­tro­wer­sje na temat poli­tyki i ide­olo­gii. Potwier­dza też, że spo­łe­czeń­stwa sowiec­kiego i poli­tyki nie da się sen­sow­nie opi­sać, nie odwo­łu­jąc się do czyn­nika ludz­kiego, ujaw­nia­ją­cego nie­znane więzi oso­bi­ste. Maj­ski, który mani­fe­sta­cyj­nie głosi swoje zaan­ga­żo­wa­nie w komu­nizm, jest głę­boko zanu­rzony w tra­dy­cji pro­wa­dze­nia dzien­ni­ków, wła­ści­wej zachod­niej "bur­żu­azyj­nej" inte­li­gen­cji. Abs­tra­hu­jąc od oczy­wi­stych róż­nic kul­tu­ro­wych, jego zapi­ski cel­no­ścią obser­wa­cji bry­tyj­skiej sceny poli­tycz­nej i spo­łecz­nej z dodat­kiem plo­tek i aneg­do­tek przy­po­mi­nają dzien­nik Samu­ela Pepysa. Podob­nie jak Chur­chill, Maj­ski - nie­spo­dzie­wa­nie - wychwala rolę, jaką w histo­rii odgrywa "wielki czło­wiek". Wbrew mark­si­stow­skiej inter­pre­ta­cji, która pod­po­rząd­ko­wuje jed­nostkę więk­szym mode­lom spo­łecz­nym, uznaje też wyjąt­ko­wość wyda­rzeń. Nie odrzuca "oso­bi­stego wkładu w wielką sprawę powszechną" i w liście do Gie­or­gija Czi­cze­rina, komi­sa­rza spraw zagra­nicz­nych, otwar­cie stwier­dza: "Nie da się zaprze­czyć, że "oso­bo­wość" odgrywa lub może odgry­wać w histo­rii pewną rolę. Cza­sem nawet nie­małą". Przy­po­mina Czi­cze­ri­nowi: "Wystar­czy pamię­tać, co dla naszej rewo­lu­cji zna­czył Iljicz"5.

Maj­ski oczy­wi­ście zda­wał sobie sprawę, że jest jedną z naj­waż­niej­szych postaci two­rzą­cych histo­rię. We wrze­śniu 1941 roku, gdy ważył się los Moskwy, tak pisał o nie­zwy­kle donio­słym spo­tka­niu z Chur­chil­lem:

"Wysze­dłem z domu kwa­drans przed umó­wioną godziną. Księ­życ świe­cił jasno. Chmury o fan­ta­stycz­nych kształ­tach pędziły z zachodu na wschód. Gdy prze­sła­niały księ­życ, a ich brzegi czer­wie­niały i ciem­niały, wszystko wokół sta­wało się przy­gnę­bia­jące i zło­wro­gie. Jakby świat zna­lazł się w przeded­niu zagłady. Jecha­łem zna­jo­mymi uli­cami i myśla­łem: "Jesz­cze kilka minut i nadej­dzie ważna, być może decy­du­jąca dla histo­rii chwila, nio­sąca ogromne kon­se­kwen­cje. Czy stanę na wyso­ko­ści zada­nia? Czy mam dosta­tecz­nie dużo sił, ener­gii i przy­tom­no­ści umy­słu? Czy okażę się wystar­cza­jąco bystry i zręczny, by ode­grać swoją rolę z jak naj­więk­szym suk­ce­sem dla ZSRS i całej ludz­ko­ści?"".

Dzien­nik powsta­wał w dra­ma­tycz­nej, nie­zwy­kle waż­nej epoce i objął cały zestaw tema­tów. Pisany był naj­wy­raź­niej z myślą o przy­szło­ści6. Maj­ski zna­lazł się na pierw­szej linii wyda­rzeń, które w jego opi­nii - a wyra­ził ją znacz­nie wcze­śniej niż inni - gro­ziły wcią­gnię­ciem Europy w wojnę świa­tową. Dużo miej­sca poświęca zmia­nie w sowiec­kiej poli­tyce zagra­nicz­nej wcze­snych lat trzy­dzie­stych i argu­men­tom za przy­stą­pie­niem do Ligi Naro­dów oraz za respek­to­wa­niem zasady bez­pie­czeń­stwa zbio­ro­wego. To wła­śnie Maj­ski pierw­szy ostrze­gał Moskwę przed zagro­że­niami, jakie nio­sła poli­tyka ustępstw. Mocno sta­rał się godzić inte­resy sowiec­kie i bry­tyj­skie. Zada­nie to stało się jed­nak znacz­nie trud­niej­sze, gdy w 1937 roku, w cza­sie gdy w Moskwie roz­sza­lały się bru­talne czystki, pre­mie­rem Wiel­kiej Bry­ta­nii został Cham­ber­lain. Obszerne wpisy z roku 1938 dają wgląd w wyda­rze­nia pro­wa­dzące do kon­fe­ren­cji mona­chij­skiej i w ich kata­stro­falne skutki dla zbio­ro­wego bez­pie­czeń­stwa, a także dla oso­bi­stego i poli­tycz­nego losu zarówno Maj­skiego, jak i Mak­sima Litwi­nowa, sowiec­kiego komi­sa­rza spraw zagra­nicz­nych. Dzien­nik z 1939 roku poka­zuje, pod jak wielką psy­cho­lo­giczną pre­sją dzia­łał Maj­ski, gdy despe­racko pró­bo­wał przy­spie­szyć pod­pi­sa­nie trój­stron­nego poro­zu­mie­nia mię­dzy Związ­kiem Sowiec­kim, Wielką Bry­ta­nią i Fran­cją, by zapo­biec dry­fo­wa­niu Rosji ku izo­la­cji. I jak czę­sto popa­dał w spór ze swym rzą­dem, co w końcu dopro­wa­dziło do burz­li­wej narady na Kremlu 21 kwiet­nia, kiedy to Maj­skiego i Litwi­nowa pod­dano suro­wej kry­tyce. Dwa tygo­dnie póź­niej Litwi­now został usu­nięty ze sta­no­wi­ska. Dzien­nik Maj­skiego ujaw­nia też, jak ogromna dez­orien­ta­cja pano­wała wśród dyplo­ma­tów sowiec­kich w następ­stwie paktu Rib­ben­trop-Moło­tow, i obser­wuje pro­ces prze­cho­dze­nia Wiel­kiej Bry­ta­nii od pokoju do wojny.

Wyku­wa­nie soju­szu bry­tyj­sko-sowiec­kiego - pre­mier Win­ston Chur­chill i amba­sa­dor Maj­ski stu­kają się kie­lisz­kami z wódką

W rów­nie pasjo­nu­jący spo­sób Maj­ski, czło­wiek z zewnątrz, ale dobrze poin­for­mo­wany, opi­suje Lon­dyn w cza­sie cięż­kich bom­bar­do­wań, a także swoje czę­ste, oso­bi­ste spo­tka­nia z Chur­chil­lem i Ede­nem. Nie da się prze­ce­nić zna­cze­nia tych wojen­nych wspo­mnień. Mini­ster spraw zagra­nicz­nych miał wpraw­dzie zwy­czaj gro­ma­dzić raporty ze spo­tkań z amba­sa­do­rami, nie doty­czyło to jed­nak pre­mie­rów. W rezul­ta­cie nie ma w bry­tyj­skich archi­wach rela­cji z licz­nych, waż­nych roz­mów, jakie Maj­ski i Chur­chill pro­wa­dzili przed i w cza­sie II wojny świa­to­wej. Jedyne zacho­wane spra­woz­da­nia to wła­śnie szcze­gó­łowe i spo­rzą­dzane na gorąco wpisy Maj­skiego w dzien­niku i już bar­dziej lako­niczne depe­sze wysy­łane do Mini­sterstwa Spraw Zagra­nicz­nych. Tym samym histo­rycy, któ­rzy do tej pory dys­po­no­wali stron­ni­czymi i nie­peł­nymi prze­ka­zami pisa­nymi z per­spek­tywy czasu, zyskują nowe, nie­za­stą­pione źró­dło.

Nie ma prze­sady w stwier­dze­niu, że dzien­nik miej­scami pisze na nowo histo­rię, która już wyda­wała się nam znana. Bez­pre­ce­den­sowe, wyjąt­kowe sto­sunki z przy­wód­cami bry­tyj­skimi, jakie wyro­bił sobie Maj­ski, zna­la­zły odbi­cie w jego poże­gnal­nym, wysła­nym po odwo­ła­niu liście do Chur­chilla:

"Patrząc dziś wstecz na te jede­na­ście lat, mogę bez waha­nia powie­dzieć, że z mojego oso­bi­stego i poli­tycz­nego punktu widze­nia kon­takty z Panem, utrzy­my­wane przez tak długi czas, były naj­ja­śniej­szym punk­tem peł­nio­nej przeze mnie funk­cji amba­sa­dora [...] Czer­pa­łem ogromną przy­jem­ność ze wszyst­kich naszych spo­tkań i z roz­mów, nie­za­leż­nie od tego, czy pro­wa­dzi­li­śmy je w Pana biu­rze, czy poza nim, ponie­waż zawsze czu­łem, że obcuję z jed­nym z naj­zna­ko­mit­szych Angli­ków naszych cza­sów".

W zasad­ni­czą nar­ra­cję histo­ryczną Maj­ski wplata wątek walki oso­bi­stej o prze­ży­cie w okre­sie wiel­kiego ter­roru, który prze­trwali na sta­no­wi­skach w Euro­pie tylko wła­śnie on i jego przy­ja­ciółka, femi­nistka Alek­san­dra Koł­łon­taj, amba­sa­dor sowiecka w Sztok­hol­mie. Przez cały okres spra­wo­wa­nia urzędu Maj­ski musiał nie­ustan­nie lawi­ro­wać: zacho­wy­wać szcze­rość w roz­mo­wach z Bry­tyj­czy­kami i dbać, by nie nara­zić się Krem­lowi. To wewnętrzne napię­cie jest wyczu­walne w dzien­niku. Maj­ski oba­wia się, iż sto­sunki mię­dzy oboma pań­stwami zatruwa wza­jemna podejrz­li­wość, zdaje też sobie sprawę, że jego wła­sna pozy­cja jest ryzy­kowna i nie­pewna, dla­tego czę­sto rezy­gnuje z wysła­nia Krem­lowi waż­nych infor­ma­cji, jak w 1943 roku, gdy wstrzy­mał wia­do­mość doty­czącą wypo­wie­dzi Chur­chilla, który stwier­dził, że nie może w 1944 roku pod­jąć ataku przez kanał La Man­che.

Główny, histo­ryczny tekst oży­wiają i ubar­wiają wni­kliwe, cza­sem zabawne obser­wa­cje i aneg­doty doty­czące spo­łe­czeń­stwa bry­tyj­skiego, poli­ty­ków, rodziny kró­lew­skiej, pisa­rzy i arty­stów. Zami­ło­wa­nie Maj­skiego do upra­wia­nia poezji i prozy zdra­dza nie­od­partą potrzebę auto­ek­spre­sji. W efek­cie otrzy­mu­jemy połą­cze­nie lite­ra­tury i histo­rii. "Od dzie­ciń­stwa mia­łem skłon­no­ści pisar­skie - wspo­mina autor - jako chło­piec z zachwy­tem pro­wa­dzi­łem dzien­nik i kore­spon­do­wa­łem z krew­nymi i przy­ja­ciółmi [...] jak daleko się­gam pamię­cią, zawsze coś ukła­da­łem albo opi­sy­wa­łem - las po desz­czu, sta­cję pogo­to­wia, podróż do Czer­no­łu­czja, las sosnowy pod Omskiem i podobne. Kiedy tro­chę pod­ro­słem, pró­bo­wa­łem sił w dzien­nikach, szkol­nych wypra­co­wa­niach i arty­ku­łach na bie­żące tematy".

W póź­niej­szych latach Maj­ski zwie­rzył się Beatrice Webb, współ­za­ło­ży­cielce Towa­rzy­stwa Fabiań­skiego, która też prze­ja­wiała aspi­ra­cje lite­rac­kie, że "nie lubi zawodu dyplo­maty; oboje z żoną byliby znacz­nie szczę­śliwsi w śro­do­wi­sku aka­de­mic­kim czy w wol­nych zawo­dach, w czy­telni, biblio­tece lub labo­ra­to­rium". Rze­czy­wi­ście, gdy w wieku lat 70 został aresz­to­wany, napi­sał inte­re­su­jącą powieść Bli­sko i daleko.

Maj­ski obda­rzony był też wyjąt­kową pamię­cią, która w połą­cze­niu z psy­cho­lo­giczną wraż­li­wo­ścią, wni­kli­wo­ścią i intu­icją, zna­ko­mi­tym zmy­słem obser­wa­cji i nie­za­spo­ko­joną cie­ka­wo­ścią uczy­niła go jed­nym z naj­by­strzej­szych świad­ków dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń i oso­bo­wo­ści lat trzy­dzie­stych XX wieku. "Długa dyplo­ma­tyczna prak­tyka - tłu­ma­czył - spra­wiła, że moja pamięć upodob­niła się do kli­szy foto­gra­ficz­nej, która bez trudu może zare­je­stro­wać wszyst­kie cechy ludzi, jakich spo­ty­kam. Ich wygląd, słowa, gesty, into­na­cja zapi­sy­wały się na niej bły­ska­wicz­nie, two­rząc wyraźne, szcze­gó­łowe obrazy. Czę­sto wnio­ski na czyjś temat - pozy­tywne lub nega­tywne, z zastrze­że­niami lub bez - for­mu­ło­wa­łem w myślach od razu na miej­scu, tuż po zawar­ciu zna­jo­mo­ści".

"Zwy­kle patrzył Pan na nas z góry, z gale­rii w Par­la­men­cie - wspo­mi­nał w liście do Maj­skiego Harold Nicol­son, pisarz, dyplo­mata, autor dzien­nika - z dobro­tli­wym zain­te­re­so­wa­niem, tro­chę jak bio­log obser­wu­jący traszki w akwa­rium".

Maj­ski spę­dził na emi­gra­cji w Lon­dy­nie dwa lata pod­czas I wojny świa­to­wej, póź­niej dwa lata jako chargé d'affa­ires amba­sady w latach dwu­dzie­stych, wresz­cie przez jede­na­ście lat peł­nił funk­cję amba­sa­dora; krąg jego zna­jo­mych był więc nie­zwy­kle sze­roki. Utrzy­my­wał bli­skie sto­sunki z eli­tami poli­tycz­nymi i rzą­do­wymi Wiel­kiej Bry­ta­nii, a także z inte­lek­tu­ali­stami i arty­stami, miał więc dosko­nałe warunki do obser­wa­cji. Spo­rzą­dził notatki z roz­mów - mię­dzy innymi - z pię­cioma bry­tyj­skimi pre­mie­rami: Davi­dem Lloy­dem Geo­rge'em, Ram­sayem McDo­nal­dem, Stan­leyem Bal­dwi­nem, Neville'em Cham­ber­la­inem i Win­sto­nem Chur­chil­lem, a także z kró­lem Jerzym V i Edwar­dem VIII oraz z całą ple­jadą naj­zna­ko­mit­szych postaci, takich jak Anthony Eden, lord Hali­fax, lord Beaver­brook, lord Simon, Nancy Astor, Samuel John Hoare, Her­bert Mor­ri­son, Cle­ment Attlee, Sid­ney i Beatrice Web­bo­wie, Hugh Dal­ton, Staf­ford Cripps, John May­nard Key­nes, John Stra­chey, Robert Van­sit­tart, Joe Ken­nedy, Harry Hop­kins, Jan Chri­stian Smuts, Jan Masa­ryk, Ber­nard Shaw i H.G. Wells, by wymie­nić tylko nie­któ­rych.

Laikom, pozba­wio­nym dostępu do opu­bli­ko­wa­nych przez Rosjan boga­tych i fascy­nu­ją­cych doku­men­tów doty­czą­cych wyda­rzeń, które dopro­wa­dziły do wybu­chu wojny, dzien­nik daje rzadką oka­zję, by od wewnątrz spoj­rzeć na men­tal­ność sowiecką: zapi­ski Maj­skiego pod­wa­żają wiele domi­nu­ją­cych, czę­sto stron­ni­czych inter­pre­ta­cji histo­rio­gra­fii tak rosyj­skiej, jak i zachod­niej. Co ważne dla spe­cja­li­stów, uzu­peł­niają mate­riały opu­bli­ko­wane w Doku­mien­tach wniesz­niej poli­tyki malow­ni­czymi i szcze­rymi opi­sami roz­mów­ców autora, ujaw­niają też jego wła­sne emo­cje, poglądy poli­tyczne i ide­olo­giczne, któ­rych nie ma w ofi­cjal­nych doku­men­tach. Zdu­miewa ponadto szcze­rość i otwar­tość bry­tyj­skich poli­ty­ków i dostoj­ni­ków, takich jak: Beaver­brook, Lloyd Geo­rge, Eden i Van­sit­tart, oka­zy­wane w roz­mo­wach z amba­sa­do­rem sowiec­kim, cza­sem wyra­ża­jące więk­szą sym­pa­tię dla Sowie­tów, niż dotych­czas sądzono. Czym innym było usły­szeć od Beatrice Webb, "że jej zda­niem sys­tem kapi­ta­li­styczny nie prze­trwa dłu­żej niż 20-30 lat", a czym innym dowie­dzieć się od Bren­dana Brac­kena, zaufa­nego Chur­chilla, że "nie jest pewien przy­szło­ści kapi­ta­li­zmu [...] że świat zmie­rza ku zwy­cię­stwu socja­li­zmu, choćby nie był to socja­lizm taki, jaki mamy w Związku Sowiec­kim". Pod­czas któ­rejś z poga­wę­dek na rzu­coną mimo­cho­dem uwagę Maj­skiego, że kapi­ta­lizm "wypa­lił się", Eden stwier­dził: - Tak, ma pan rację. Sys­tem kapi­ta­li­styczny w obec­nym kształ­cie już się prze­żył. Co go zastąpi? Nie mogę powie­dzieć dokład­nie, ale z pew­no­ścią będzie to sys­tem inny. Socja­lizm pań­stwowy? Półsocja­lizm? Socja­lizm w trzech czwar­tych? Pełny, stu­pro­cen­towy socja­lizm? Nie wiem. Być może będzie to szcze­gólna, czy­sto bry­tyj­ska forma "socja­li­zmu kon­ser­wa­tyw­nego".

W porów­na­niu z mnó­stwem pamięt­ni­ków i dzien­ni­ków pisa­nych przez poli­ty­ków zachod­nich, doty­czą­cych II wojny świa­to­wej, pustka po stro­nie sowiec­kiej jest ude­rza­jąca. Jedyne liczące się pamięt­niki, autor­stwa woj­sko­wych, poja­wiły się w Rosji w latach sześć­dzie­sią­tych XX wieku. Wobec braku oso­bi­stych rela­cji wspo­mnie­nia7 Maj­skiego (z wybiór­czymi cyta­tami z jego dzien­ni­ków) są dla histo­ry­ków nie­za­stą­pio­nym źró­dłem wie­dzy o pro­ce­sie rekon­stru­owa­nia poli­tyki sowiec­kiej. Jed­nak wspo­mnie­nia, jak­kol­wiek fascy­nu­jące, były pisane po upły­wie pew­nego czasu, na doda­tek w szczy­to­wym okre­sie zim­nej wojny, są więc bar­dzo kon­tro­wer­syjne i bała­mutne. Dla­tego powsta­jący na bie­żąco, pisany na żywo dzien­nik Maj­skiego ma tak ogromne zna­cze­nie histo­ryczne. We wspo­mnie­niach sowiecka poli­tyka zagra­niczna jest słuszna z moral­nego i poli­tycz­nego punktu widze­nia, a sprawy sporne ule­gają zatu­szo­wa­niu, pod­czas gdy dzien­nik prze­ka­zuje wra­że­nia na gorąco i w spo­sób znacz­nie mniej ten­den­cyjny.

Roz­bież­no­ści mię­dzy wspo­mnie­niami i dzien­ni­kiem nie są niczym zaska­ku­ją­cym. Pod koniec lat czter­dzie­stych gwiazda Maj­skiego przy­ga­sała. W gorączce anty­ży­dow­skiej nagonki po spi­sku leka­rzy z 1952 roku Maj­skiego aresz­to­wano i oskar­żono o szpie­go­stwo, zdradę oraz udział w spi­sku syjo­ni­stycz­nym8. Życie ura­to­wała mu śmierć Sta­lina, która nastą­piła dwa tygo­dnie póź­niej, w marcu 1953 roku; Maj­ski prze­sie­dział jed­nak w wię­zie­niu jesz­cze dwa lata z powodu domnie­ma­nych związ­ków z byłym zaufa­nym czło­wie­kiem Gene­ra­lis­si­musa, Ław­rien­ti­jem Paw­ło­wi­czem Berią. Beria, który chciał w 1953 roku mia­no­wa­nia Maj­skiego na sta­no­wi­sko mini­stra spraw zagra­nicz­nych, powie­rzył mu koor­dy­no­wa­nie w Mini­ster­stwie Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­wego dzia­łań wywia­dow­czych w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Jed­nak w lipcu 1953 roku Beria sam został aresz­to­wany i rychło stra­cony. Uwię­zie­nie Maj­skiego i rze­kome powią­za­nia z Berią z pew­no­ścią odświe­żyły pamięć o jego daw­nych kon­tak­tach z mien­sze­wi­kami, czego mu zresztą ni­gdy nie zapo­mniano.

Natych­miast po śmierci Sta­lina Maj­ski pospiesz­nie, z celi wię­zien­nej skon­tak­to­wał się z Gie­or­gi­jem Malen­ko­wem, nowo wybra­nym prze­wod­ni­czą­cym Rady Mini­strów. "Gdyby uznano, że moż­liwe jest ura­to­wa­nie" mu życia - pisał - gotów był odpo­ku­to­wać swe dawne błędy, poma­ga­jąc stwo­rzyć grupę mło­dych, zdol­nych histo­ry­ków sowiec­kich, któ­rzy "spe­cja­li­zo­wa­liby się w zwal­cza­niu bur­żu­azyj­nych fał­szerstw doty­czą­cych współ­cze­snej histo­rii". W 1955 roku, chory i osła­biony, mając lat 72, z czego dwa i pół roku upo­ko­rzeń i wię­zie­nia, pod­jął długą i roz­pacz­liwą walkę o odzy­ska­nie człon­ko­stwa par­tii, miej­sca w Aka­de­mii Nauk, a przede wszyst­kim o cał­ko­witą reha­bi­li­ta­cję. Tuż po wyj­ściu z wię­zie­nia poskar­żył się Niki­cie Chrusz­czo­wowi, że padł ofiarą ostra­cy­zmu i przy­rzekł "w imię dobra par­tii doło­żyć wszel­kich sta­rań [...], słu­żąc sku­tecz­nie pań­stwu sowiec­kiemu jako aka­de­mik- histo­ryk". Zapro­po­no­wał, że podej­mie bada­nia nad histo­rio­gra­fią II wojny świa­to­wej, które "kry­tycz­nie oce­ni­łyby lite­ra­turę wyda­waną na Zacho­dzie". W roz­mo­wie z Woro­szy­ło­wem, prze­wod­ni­czą­cym Pre­zy­dium Rady Naj­wyż­szej, wyra­ził "naj­go­ręt­sze pra­gnie­nie [...] by jak naj­le­piej słu­żyć sowiec­kiemu pań­stwu" w pozo­sta­łych mu jesz­cze latach życia jako "histo­ryk - na uży­tek wewnętrzny - poli­tyki zagra­nicz­nej ZSRS [...] i dema­sko­wać naj­po­waż­niej­sze bur­żu­azyjne fał­szer­stwa doty­czące histo­rii współ­cze­snej, zwłasz­cza okresu II wojny świa­to­wej" (pod­kre­śle­nie Maj­skiego). Histo­ryczna war­tość jego wspo­mnień zma­lała póź­niej, gdy naj­pierw pod­dano je ostrej cen­zu­rze, a potem zmu­szono autora, by z osta­tecz­nej rosyj­skiej wer­sji z 1971 roku usu­nął kry­tykę Sta­lina.

Histo­ria dłu­giego amba­sa­do­ro­wa­nia Maj­skiego w Lon­dy­nie, szcze­rze poka­zana w dzien­ni­kach, rze­czy­wi­ście zapiera dech w pier­siach. Na początku XIX wieku dyplo­mata bry­tyj­ski Strat­ford Can­ning prze­wi­dział, że opi­nia publiczna może oka­zać się "siłą potęż­niej­szą niż wszystko, czego dotych­czas użyła ludz­kość". Zda­niem jego fran­cu­skiego kolegi Jules'a Cam­bona, też doświad­czo­nego dyplo­maty, aby w pełni poznać kraj, amba­sa­dor nie powi­nien ogra­ni­czać się do kon­tak­tów rzą­do­wych; cza­sem za nie­zwy­kle war­to­ściową może uznać "nawet przy­jaźń z kobietą z wyż­szej sfery". Ale to wła­śnie Maj­ski zapo­cząt­ko­wał rewo­lu­cyjny styl dyplo­ma­cji, który wów­czas iry­to­wał wielu jego roz­mów­ców, ale od tam­tej pory zyskał powszechną popu­lar­ność. Był pierw­szym amba­sa­dorem, który sys­te­ma­tycz­nie ura­biał opi­nię publiczną i mani­pu­lo­wał nią, wyko­rzy­stu­jąc do tego przede wszyst­kim prasę. Jeden z gości amba­sady wspo­mi­nał, jak na kory­ta­rzu pierw­szy sekre­tarz Maj­skiego tłu­ma­czył Cum­ming­sowi, redak­to­rowi poli­tycz­nemu "News Chro­nicle", że jego tek­sty o woj­nie fiń­skiej są "mocno prze­sa­dzone". Maj­ski, świetny pia­ro­wiec w cza­sach, gdy to poję­cie nawet nie ist­niało, bez pro­ble­mów znaj­do­wał wspólny język z ugru­po­wa­niami opo­zy­cyj­nymi, ze zwy­kłymi, sze­re­go­wymi posłami do Par­la­mentu, z redak­to­rami gazet, ze związ­kow­cami, z pisa­rzami, arty­stami i inte­lek­tu­ali­stami. "Nie spo­tka­łem przed­sta­wi­ciela obcego pań­stwa - wspo­mi­nał John Rothen­stein, dyrek­tor Tate Gal­lery - który by mówił tak ujmu­jąco, jakby darzył swego słu­cha­cza cał­ko­wi­tym zaufa­niem albo który by pod­jął tyle trudu, by obja­śniać poli­tykę, czy też rze­komą poli­tykę swego rządu ludziom pozba­wio­nym poli­tycz­nego zna­cze­nia. Ina­czej też niż więk­szość jego sowiec­kich kole­gów bar­dzo chęt­nie zawie­rał oso­bi­ste przy­jaź­nie9. Ive­rach McDo­nald, młody kore­spon­dent zagra­niczny "The Timesa", pozo­sta­wił cie­kawy opis modus ope­randi Maj­skiego:

"Więk­szość bry­tyj­skich dygni­ta­rzy była zgor­szona meto­dami, jakich uży­wał Maj­ski. Kiedy mu to paso­wało, nie krę­po­wał się zwy­cza­jo­wymi dyplo­ma­tycz­nymi kon­we­nan­sami [...]. Nie miał opo­rów, by zręcz­nie, w sto­sow­nej chwili użyć prze­cieku, który jego słu­cha­cze mogli wyko­rzy­stać prze­ciw Cham­ber­la­inowi, Joh­nowi Simo­nowi i innym. Obiady wyda­wane przez Maj­skiego bywały sztywne i ofi­cjalne, ale cza­sem wyglą­dały jak spo­tka­nia opo­zy­cyj­nych kote­rii [...]. Ile­kroć odwie­dza­łem go w amba­sa­dzie na Mil­lio­na­ires' Row, stwa­rzał wra­że­nie, jakby roz­mowa z mło­dym czło­wie­kiem była dla niego naj­waż­niej­szą rze­czą na świe­cie. Uprzej­mie wyłą­czał tele­fon na znak, że nikomu nie wolno nam prze­szka­dzać. Albo zabie­rał mnie na spa­cer na koniec ogrodu, oddzie­lo­nego tylko żywo­pło­tem od Ken­sing­ton Gar­dens, gdzie w roz­kosz­nym cie­ple słońca roz­ma­wia­li­śmy w cztery oczy".

Maj­ski nie­sły­cha­nie umie­jęt­nie pod­trzy­my­wał kon­takty z dużą czę­ścią prasy bry­tyj­skiej. Czy­tał wszystko bez wyjątku - dzien­niki i tygo­dniki. Chwa­lił się, że może zamie­ścić list w "The Time­sie", kiedy tylko zechce. "Chwy­tał w lot nastę­pu­jące z dnia na dzień zmiany w poglą­dach i odczu­ciach i genial­nie, z nie­wzru­szo­nym spo­ko­jem ana­li­zo­wał całą wojnę ze wszyst­kimi szcze­gó­łami" - stwier­dził dzien­ni­karz ame­ry­kań­ski. Był dzięki temu "jed­nym z naj­bar­dziej wni­kli­wych i kom­pe­tent­nych obser­wa­to­rów" w Lon­dy­nie. Jak sam Maj­ski powie­dział swo­jej przy­ja­ciółce, Beatrice Webb, amba­sa­dor powi­nien posta­wić sobie za cel "ści­słe rela­cje ze wszyst­kimi rzut­kimi, ener­gicz­nymi oso­bami w kraju pobytu - ze wszyst­kich par­tii i śro­do­wisk opi­nio­twór­czych. Nie wolno mu zamy­kać się w kręgu dyplo­ma­tów i przed­sta­wi­cieli wła­dzy - czy to kró­lew­skiej, czy innej". Był oczy­wi­ście przede wszyst­kim przed­sta­wi­cie­lem swo­jego rządu, ale kiedy zabie­rał głos, spo­koj­nie, czę­sto w żar­to­bli­wym tonie, zawsze odno­siło się wra­że­nie, że "są to jego wła­sne słowa, a nie odgórna instruk­cja".

Bar­dzo opła­calne oka­zały się zabiegi Maj­skiego mające na celu pozy­ska­nie magnata pra­so­wego, lorda Beaver­bro­oka. Jego "Daily Express" przed­sta­wiał umac­nia­ją­cego swą pozy­cję Sta­lina jako obrońcę sowiec­kich inte­re­sów naro­do­wych, a nie idei rewo­lu­cji świa­to­wej. Jesie­nią 1936 roku Beaver­brook wspo­mniał Maj­skiemu o "przy­ja­znym nasta­wie­niu" jego prasy do Gene­ra­lis­si­musa. "Żadna z kon­tro­lo­wa­nych przeze mnie gazet nie zrobi ani nie napi­sze niczego, co mogłoby zakłó­cić pana kaden­cję na urzę­dzie" - obie­cał. W 1939 roku dzięki pośred­nic­twu Maj­skiego Beaver­brook wysłał do Rosji jed­nego ze swych mło­dych dzien­ni­ka­rzy. Mło­dzie­niec ten, jak pisał do amba­sa­dora, "we wszyst­kich swych poli­tycz­nych opi­niach idzie w ślady swo­jego Mistrza. Powszech­nie uważa się oczy­wi­ście, że Mistrz naśla­duje Maj­skiego". W 1942 roku Beaver­brook stał się też żar­li­wym orę­dow­ni­kiem utwo­rze­nia dru­giego frontu.

Grzecz­ność za grzecz­ność. "Ośmie­lam się speł­nić daną Panu obiet­nicę - pisał Maj­ski do Beaver­bro­oka - i mam nadzieję, że przy­pad­nie panu do gustu rosyj­ska wódka, którą panu posy­łam. Żona moja zapewne opo­wia­dała Panu coś nie­coś o rosyj­skim likie­rze "Zapien­kanka"; dołą­cza bowiem próbkę i spo­dziewa się, że Panu zasma­kuje". Wil­liam Cam­rose, redak­tor naczelny kon­ser­wa­tyw­nego "Daily Tele­graph", wyraź­nie chwa­lił sobie coroczne dostawy rosyj­skiego kawioru przy­sy­łane przez amba­sa­dora przed Bożym Naro­dze­niem:

"Drogi Panie Amba­sa­do­rze!

Żaden dar nie byłby bar­dziej sto­sowny i milej widziany niż puszki prze­pysz­nego kawioru, które otrzy­ma­łem wczo­raj wie­czo­rem.

Gdyby nawet Rosja nie dała światu żad­nych innych dóbr, sam tylko kawior byłby jej wiel­kim darem dla cywi­li­za­cji! Sto­krotne dzięki za pamięć".

Fore­ign Office zde­cy­do­wa­nie krzywo patrzyło na to, że Maj­ski, "bez żad­nych ogra­ni­czeń robi sobie, co mu się podoba", i ma "swo­bodny dostęp mię­dzy innymi do wszyst­kich mini­strów, z czego gor­li­wie korzy­sta". Przy tym, jak z nie­chę­cią twier­dził Ale­xan­der Cado­gan, stały pod­se­kre­tarz stanu, "nie da się wykryć żad­nej oso­bi­stej sła­bostki pana Maj­skiego, która pomo­głaby sekre­ta­rzowi stanu albo pre­mie­rowi zna­leźć dla niego sto­sowny pre­zent". Ofi­cjalne upo­mnie­nia oka­zały się rów­nie mało sku­teczne.

Z racji swych upodo­bań ide­olo­gicz­nych Maj­ski szu­kał bli­skich kon­tak­tów z City, która jego zda­niem kon­tro­lo­wała poli­tykę bry­tyj­ską. Zaraz po przy­by­ciu do Lon­dynu popro­sił swego sta­rego przy­ja­ciela H.G. Wel­lsa, by zor­ga­ni­zo­wał mu "nie­ofi­cjalne spo­tka­nie z "kil­koma inte­li­gent­nymi ban­kow­cami" [...], z któ­rymi można by sen­sow­nie poroz­ma­wiać". Wells zro­bił, o co go popro­szono. "Nie zro­bi­li­śmy nic - pona­glał Bren­dana Brac­kena - by zaspo­koić cho­ro­bliwą potrzebę Maj­skiego pokle­pa­nia ban­kie­rów po ple­cach i przej­ścia z nimi na ty". Fran­cis Wil­liams, naczelny "Daily Herald", wspo­mina, jak pod­czas pysz­nego lun­chu en deux w amba­sa­dzie zasko­czyła go nie­sły­cha­nie miła i kul­tu­ralna roz­mowa o lon­dyń­skim teatrze i lite­ra­tu­rze. Jed­nak gdy tylko "wyglą­da­jący z angiel­ska" kamer­dy­ner zosta­wił ich samych przy kawie i brandy, Maj­ski oznaj­mił swo­jemu gościowi, że bar­dzo ceni sobie jego rubrykę o City. Wil­liams poczuł się "odro­binę nie­kom­for­towo", gdy po wypo­wie­dzi o skali nie­miec­kich inte­re­sów w City Maj­ski zaczął wypy­ty­wać go o ogólne nasta­wie­nie w City i jej wpływ na rząd Wiel­kiej Bry­ta­nii. Zorien­to­wał się, jak póź­niej przy­znał, "że jest to naj­de­li­kat­niej­sza forma son­do­wa­nia, na ile z rosyj­skiego punktu widze­nia jestem "godny zaufa­nia"". Żegna­jąc się, Maj­ski wyra­ził nadzieję na jakiś wspólny lunch w przy­szło­ści i bez mru­gnię­cia okiem wysu­nął nastę­pu­jącą pro­po­zy­cję:

- Czy nie roz­wa­żyłby pan napi­sa­nia dla mnie od czasu do czasu infor­ma­cji o insty­tu­cjach i wyda­rze­niach w City? Bar­dzo by mnie to inte­re­so­wało. Jest z pew­no­ścią wiele spraw, któ­rych nie może pan opu­bli­ko­wać dru­kiem. Byłaby to rzecz bez­cenna, a my ("my" zostało leciutko zaak­cen­to­wane), byli­by­śmy nie­zwy­kle wdzięczni.

Załącz­ni­kami do powyż­szego były przy­sy­łane co roku przed Bożym Naro­dze­niem słoik kawioru i butelka wódki z oso­bi­stymi życze­niami od amba­sa­dora. Jak wyraź­nie wynika z dzien­ni­ków, gra­nicę sza­rej strefy mię­dzy zwer­bo­wa­niem a zacho­wa­niem etyki zawo­do­wej prze­kra­czało wielu czo­ło­wych publi­cy­stów i dzien­ni­ka­rzy, a nawet poli­ty­ków.

Spu­ści­zna przyj­mo­wa­nych z góry (podob­nie jak dziś) poglą­dów na temat Rosji i jej miesz­kań­ców - naj­bar­dziej zgubna cecha sto­sun­ków bry­tyj­sko-rosyj­skich, począw­szy od XVIII wieku - spra­wiła, że pozy­cja Maj­skiego w Lon­dy­nie była wyjąt­kowo nie­pewna. Nie poma­gał mu też tra­dy­cyjny dla Rosji kse­no­fo­biczny punkt widze­nia, na który nało­żyła się jesz­cze rewo­lu­cyjna skłon­ność Sowie­tów do demo­ni­zo­wa­nia bur­żu­azji Zachodu. Maj­ski, mimo że powszech­nie uzna­wany za bodaj naj­wy­bit­niej­szego i naj­le­piej poin­for­mo­wa­nego amba­sa­dora przy Dwo­rze Świę­tego Jakuba, spo­ty­kał się z bra­kiem zaufa­nia gra­ni­czą­cym z wro­go­ścią. Na prze­szko­dzie jego misji stało dzie­dzic­two wie­lo­let­niej nie­uf­no­ści i wza­jem­nych podej­rzeń, a popu­lar­ność, jaką sobie zdo­był, budziła "iry­ta­cję i pogardę" wyż­szych sfer, dla któ­rych czę­sto był tylko "tatar­skim Żyd­kiem". Nawet przy­ja­ciele nie potra­fili powstrzy­mać się od alu­zji do jego postury Fal­staffa. "Sie­dzi w tym swoim brzyd­kim wik­to­riań­skim gabi­ne­cie - pisał zja­dli­wie w dzien­niku Harold Nicol­son - jak mały gnom w fotelu, kręci młynka, bły­ska okiem i jakby sto­pami nie się­gał pod­łogi". Mie­szane odczu­cia naj­le­piej bodaj ujął gene­rał Edward Spe­ars: "Mocno zbu­do­wany, naj­wy­raź­niej bar­dzo silny i bystry, typowy Tatar, bez wąt­pie­nia okrutny tak jak ludzie jego rasy" - pisał nie­po­mny, że Maj­ski miał, przy­naj­mniej ze strony ojca, korze­nie pol­skie i pocho­dził ze strefy osie­dle­nia (zachod­nia część impe­rium rosyj­skiego - przyp. tłum.), gdzie wolno było miesz­kać Żydom. Beatrice Webb, bli­ska zna­joma Maj­skiego, zasta­na­wiała się: "Co też ary­sto­krata Eden, faszy­stow­ski cza­ruś Grandi czy też nazi­stow­ska kana­lia von Rib­ben­trop czują w sto­sunku do tego przy­sa­dzi­stego i brzyd­kiego sowiec­kiego wysłan­nika, pół-Żyda, pół-Tatara, który wygląda raczej na chy­trego biz­nes­mena robią­cego inte­resy na świa­to­wym rynku niż na zawo­do­wego dyplo­matę poru­sza­ją­cego się wśród rzą­dzą­cych tego świata. Połowa rządu i połowa Fore­ign Office uważa go za wroga numer jeden, pod­czas gdy inni zer­kają ner­wowo ku niemu jako ewen­tu­al­nemu sojusz­ni­kowi w rato­wa­niu Impe­rium Bry­tyj­skiego przed agre­sywną zazdro­ścią Nie­miec i Włoch.

Malow­ni­czy opis takiego stanu rze­czy poja­wia się we wra­że­niach Harolda Nichol­sona z lun­chu wyda­nego przez Maj­skiego w amba­sa­dzie sowiec­kiej:

"Drzwi otwo­rzył dżen­tel­men w mięk­kim koł­nie­rzyku i z żół­tym, szcze­ci­nia­stym wąsem. Wpro­wa­dzono mnie do wyjąt­kowo okrop­nego pomiesz­cze­nia, gdzie wylew­nie powi­tał mnie pan Maj­ski [...]. W tym ponu­rym holu podano nam sma­ku­jącą kor­kiem sherry, tym­cza­sem czło­wiek ze szcze­ci­nia­stym wąsem i nie­zbyt pocią­ga­jąca młoda chłopka nosili zastawę i banany do sąsied­niego pokoju.

Prze­szli­śmy na lunch podany w ogro­dzie zimo­wym, bar­dziej zimo­wym niż ogro­dzie. Zaczę­li­śmy od kawioru, dobrego zresztą. Potem był nieco wil­gotny mar­twy pstrąg. Po nim dosta­li­śmy coś, co w domach opieki nazywa się gala­retką owo­cową... Przez cały czas czu­łem, że jest w tym wszyst­kim coś dobrze mi zna­nego. Na pewno nie była to Rosja, jaką pamię­tam. I nagle zda­łem sobie sprawę, że to Wschód. Oni bawili się w Euro­pej­czy­ków [...]. To Azja"10.

Innym jed­nak, na przy­kład labo­urzy­ście Her­ber­towi Mor­ri­so­nowi, Maj­ski jawił się jako "prze­ko­nu­jący roz­mówca", który potra­fił "argu­men­to­wać barw­nie i roz­sąd­nie, z nie­mal zachod­nim obiek­ty­wi­zmem, co spra­wiało, że dys­ku­sja z nim - ina­czej niż w przy­padku więk­szo­ści komu­ni­stów - była inspi­ru­jąca i poży­teczna". Rab Butler, ówcze­sny pod­se­kre­tarz stanu w Mini­ster­stwie Spraw Zagra­nicz­nych, uwa­żał, że ze wszyst­kich zagra­nicz­nych przed­sta­wi­cieli w Lon­dy­nie Maj­ski jest "nie­wąt­pli­wie naj­bar­dziej kon­se­kwentny". Ber­nard Pares, nestor bry­tyj­skich histo­ry­ków zaj­mu­ją­cych się Rosją, zachwy­cał się, że ni­gdy nie usły­szał od Maj­skiego "pro­gnozy, która by się nie spraw­dziła". I wresz­cie Bruce Loc­khart11 przy­zna­wał, że Maj­ski "dokład­nie zna Anglię; zda­niem nie­któ­rych nawet zbyt dokład­nie. Kiedy się poże­gna­łem, pomy­śla­łem jed­nak, że długo teraz będziemy cze­kać na rów­nie dobrego amba­sa­dora Rosji".

W prze­ci­wień­stwie do suro­wego i szorst­kiego obej­ścia wła­ści­wego póź­niej­szej "sta­li­now­skiej szkole dyplo­ma­cji" Maj­ski i jego żona Agnija robili co mogli, by zjed­ny­wać sobie bry­tyj­ską opi­nię publiczną auten­tyczną życz­li­wo­ścią. Na obia­dach u Maj­skich kon­ser­wa­ty­ści byli rów­nie mile widziani, jak i labo­urzy­ści. Po przy­by­ciu do Lon­dynu Maj­ski popro­sił Bruce'a Loc­kharta, by wpro­wa­dził go do lon­dyń­skiego towa­rzy­stwa. Loc­khart, nieco zasko­czony, odparł, że Maj­ski zapewne zna bry­tyj­skich socja­li­stów lepiej niż on sam. - Ow­szem - odpo­wie­dział amba­sa­dor - ale chcę poznać wię­cej ludzi rzą­dzą­cych tym kra­jem. - Jak dało się zauwa­żyć, począt­kowo na przy­ję­ciach u Maj­skiego "pełno było lewi­cow­ców w oso­bli­wych ubra­niach [...] stop­niowo goście zmie­niali czer­wone kra­waty na koszule ze sztyw­nym koł­nie­rzy­kiem i stroje wie­czo­rowe, aż pew­nego dnia H.G. Wells, który przy­szedł na uro­czy­ste przy­ję­cie w zwy­kłym gar­ni­tu­rze, stwier­dził, że jest jedy­nym tak ubra­nym gościem".

Nawet w naj­trud­niej­szym okre­sie, gdy pod­pi­sano pakt sowiecko-nie­miecki i gdy Sowieci toczyli wojnę z Fin­lan­dią, Maj­ski stra­cił nie­wielu przy­ja­ciół. Louis Fischer, dobrze poin­for­mo­wany dzien­ni­karz zaj­mu­jący się spra­wami mię­dzy­na­ro­do­wymi, opi­sy­wał, jak amba­sa­dor sowiecki "z nie­sły­cha­nym zaan­ga­żo­wa­niem i odda­niem [...] pie­lę­gnuje zna­jo­mo­ści z wie­loma waż­nymi posta­ciami bry­tyj­skiego życia poli­tycz­nego", pod­czas gdy "jego atrak­cyjna żona zyskuje mu popu­lar­ność w wyż­szych sfe­rach". Byli z Agniją nie­roz­łączni; w rzad­kich przy­pad­kach, gdy po dro­dze z kon­fe­ren­cji Ligi Naro­dów w Gene­wie pozwa­lała sobie na dłuż­sze zakupy w Paryżu, czuł się zagu­biony. "Naj­droż­szy Tur­czyku - pisał do niej wtedy - nudzę się śmier­tel­nie. Nie tylko jestem samotny, kom­plet­nie sam w czte­rech ścia­nach, ale nawet do wczo­raj nie wyściu­bi­łem nosa na ulicę [...] dużo czy­tam, słu­cham radia i płyt. Maru­sia karmi mnie cał­kiem dobrze i w domu w ogóle wszystko w porządku [...]. Nie mogę się Cie­bie docze­kać. Mocno całuję mojego Tur­czyka i cze­kam z nie­cier­pli­wo­ścią. Michaj­łycz".

Dru­żyna: amba­sa­dor Maj­ski z żoną Agniją w oran­że­rii Amba­sady ZSRS w Lon­dy­nie

Two­rzyli parę "sil­nie skon­tra­sto­wa­nych tem­pe­ra­men­tów: ona wesoła, pewna sie­bie, bez­kom­pro­mi­sowa rewo­lu­cjo­nistka; on spo­kojny, cza­sem lekko zanie­po­ko­jony; lojalny i oddany amba­sa­dor swego kraju, ale dość libe­ralny w poglą­dach"12. Oboje zachły­snęli się kom­for­tem i splen­do­rem życia w Lon­dy­nie. Her­bert Mor­ri­son pisał, że Agnija "była zachwy­cona poby­tem w Lon­dy­nie, bo podzi­wiała lon­dyń­czy­ków i lubiła ich styl. Pamię­tam, jak na przy­ję­ciu w amba­sa­dzie sowiec­kiej sta­ra­łem się sta­nąć na wyso­ko­ści zada­nia, gdy bła­gała mnie, bym nauczył ją lam­beth walka13. Zawsze o tym pamię­tała. Kobieta o "sta­ro­świec­kim wdzięku i dobrych manie­rach, ładna", przy tym "dobrze ubrana"; była jed­nak kry­ty­ko­wana w Par­la­men­cie za "wyda­nie 1500 gwi­nei na futro z norek", w cza­sie gdy "Niemcy bili na głowę" rosyj­skie woj­ska, a ona sama zbie­rała w fabry­kach pie­nią­dze na Czer­wony Krzyż. W póź­nych latach dwu­dzie­stych Nar­ko­min­dieł (sowiec­kie Mini­ster­stwo Spraw Zagra­nicz­nych) zało­żył przed­się­bior­stwo kra­wiec­kie szy­jące ubra­nia dla dyplo­ma­tów i ich żon. Zda­niem Beatrice Webb, zorien­to­wa­nej w haute couture, były to stroje "zapro­jek­to­wane sta­ran­nie, zgod­nie z modą panu­jącą na dwo­rach i w sto­li­cach państw, do któ­rych się uda­wali. Tłu­ma­czy to ele­gan­cję pani Maj­skiej i pani Litwi­now, sze­roko komen­to­waną w pismach poświę­co­nych modzie". Nie doty­czyło to amba­sa­dora, któ­rego "przy­sa­dzi­sta figura odziana była czę­sto w swo­bodny strój, nosił luźne, jasne ubra­nia o zupeł­nie nie­sza­blo­no­wym kroju i kolo­rze". Agnija, ide­olo­gicz­nie zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wojow­ni­czo nasta­wiona niż jej mąż, potra­fiła być zadziorna i dać upust emo­cjom. Na przy­ję­ciu w Pałacu Buc­kin­gham jedna z dam dworu caro­wej Rosji miała na szyi meda­lion z podo­bi­zną wład­czyni. Cho­dziły plotki, że pani Maj­ska "napluła na ten wize­ru­nek".

Dru­żyna: Iwan i Agnija piją angiel­ską her­batę w oran­że­rii Amba­sady ZSRS w Lon­dy­nie

Z dzien­ni­ków Maj­skiego wyła­nia się zdu­mie­wa­jący zakres swo­body dzia­ła­nia pozo­sta­wia­nej amba­sa­do­rom nawet za naj­bar­dziej auto­ry­tar­nych rzą­dów Sta­lina. Wiele ini­cja­tyw autora zaak­cep­to­wano i przy­jęto jako ele­ment poli­tyki, cza­sem nawet wbrew poglą­dom panu­ją­cym na Kremlu; naj­bar­dziej zna­mien­nym tego przy­kła­dem było kon­se­kwentne popar­cie dla nego­cja­cji w spra­wie soju­szu trój­stron­nego z Zacho­dem pro­wa­dzo­nych na początku 1939 roku i kam­pa­nia na rzecz utwo­rze­nia dru­giego frontu w latach 1941-1943. By osią­gnąć cel, Maj­ski czę­sto musiał przy­pi­sy­wać wła­sne pomy­sły swoim bry­tyj­skim roz­mów­com, choć z archi­wów wynika, że ini­cja­tywa wycho­dziła z jego strony. W komen­ta­rzu zwra­cam uwagę czy­tel­nika na kilka takich przy­pad­ków; mię­dzy innymi na próby, jakie podej­mo­wał Maj­ski, by po przy­krych doświad­cze­niach zwią­za­nych z ukła­dem mona­chij­skim odwieść Sta­lina od myśli o izo­la­cjo­ni­zmie i zbli­że­niu z nazi­stow­skimi Niem­cami.

Nie udało mu się nato­miast prze­ko­nać Sta­lina i Litwi­nowa, by nie wyco­fy­wać się z Hisz­pa­nii. 1 paź­dzier­nika 1938 roku Maj­ski zapi­sał, że radził rzą­dowi, by trzy­mać się zasady zbio­ro­wego bez­pie­czeń­stwa; zacy­to­wał wtedy roz­mowę z Lloy­dem Geo­rge'em, który - przez niego zma­ni­pu­lo­wany - miał wykrzyk­nąć: - Bez względu na wszystko, nie wychodź­cie z Hisz­pa­nii! - a póź­niej twier­dził z upo­rem, że "izo­la­cjo­nizm będzie dla ZSSR złą poli­tyką". To Maj­ski też wcze­śnie ostrze­gał o wra­że­niu, jakie wśród bry­tyj­skiej opi­nii publicz­nej wywo­łują infor­ma­cje o czyst­kach i suge­ro­wał, by wymie­rza­nie spra­wie­dli­wo­ści odby­wało się drogą pro­ce­sów sądo­wych. Póź­niej sygna­li­zo­wał Moskwie, że czystki w woj­sku będą miały fatalne skutki dla szans zawar­cia soju­szu trój­stron­nego. Dopro­wa­dził też do prze­ło­mo­wej wizyty Edena (a nie ówcze­snego mini­stra spraw zagra­nicz­nych, lorda Simona) w Moskwie w 1935 roku i jego spo­tka­nia ze Sta­li­nem. Już pod koniec 1937 roku suge­ro­wał Sta­li­nowi, jak trak­to­wać zwo­len­ni­ków ustępstw: - Niech "zachod­nie demo­kra­cje" odkryją karty w spra­wie agre­so­rów. Z jakiej racji mamy dla nich wycią­gać kasz­tany z ognia? Wal­czyć razem - oczy­wi­ście, jak naj­bar­dziej; słu­żyć jako mięso armat­nie - ni­gdy! - Słowa i poglądy amba­sa­dora Sta­lin rze­czy­wi­ście powtó­rzył nie­mal dosłow­nie w słyn­nym prze­mó­wie­niu z marca 1939 roku. W szczy­to­wym okre­sie pobytu Maj­skiego w Lon­dy­nie, gdy po ataku Nie­miec na Rosję Kreml ogar­nął para­liż, to wła­śnie Maj­ski inten­syw­nie pra­co­wał nad soju­szem, suge­ro­wał Chur­chil­lowi wygło­sze­nie słyn­nej póź­niej mowy i umoż­li­wił wizytę w Moskwie w lipcu 1941 roku Harry'ego Hop­kinsa, naj­bliż­szego doradcy Roose­velta, potem przy­jazd Edena w grud­niu tego samego roku i wresz­cie pierw­szą podróż do Moskwy Chur­chilla w sierp­niu roku 1942.

***

Maj­ski pisał swoje dzien­niki w szcze­gól­nych warun­kach, dla­tego konieczne są w nich pewne uzu­peł­nie­nia i wypeł­nie­nie luk. Poza tym dzien­nik ma sens tylko wtedy, gdy znany jest kon­tekst, w któ­rym powsta­wał, a to wyma­gało wni­kli­wych badań w archi­wach rosyj­skich i zachod­nich. Nale­żało też porów­nać zapisy Maj­skiego z pry­wat­nymi i ofi­cjal­nymi notat­kami z tych samych spo­tkań, spo­rzą­dza­nymi przez jego roz­mów­ców. Prze­ana­li­zo­wane też zostały pod tym kątem ofi­cjalne raporty amba­sa­dora. W peł­nym, trzy­to­mo­wym, opa­trzo­nym komen­ta­rzem wyda­niu dzien­ników znajdą się szcze­gó­łowe obja­śnie­nia i pełny wykaz źró­deł archi­wal­nych. Korzy­sta­łem głów­nie z mate­ria­łów Fore­ign Office, biura pre­miera, sze­fów szta­bów i pla­ni­stów połą­czo­nych sił mili­tar­nych, wywiadu woj­sko­wego, a także z licz­nych zbio­rów pry­wat­nych znaj­du­ją­cych się w doku­men­tach Fore­ign Office i bry­tyj­skich Natio­nal Archi­ves. Doku­menty nale­żące do Depar­ta­mentu Stanu, Depar­ta­mentu Wojny oraz innych insty­tu­cji pań­stwo­wych ana­li­zo­wa­łem w Natio­nal Archi­ves w Waszyng­to­nie. Dzięki mozol­nym sta­ra­niom uzy­ska­łem dostęp do ogrom­nej liczby źró­deł rosyj­skich, głów­nie w archi­wum Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych Rosji oraz w Archi­wum Woj­sko­wym i Archi­wum Pre­zy­denc­kim, jak rów­nież do doku­men­tów Sta­lina, zło­żo­nych nie­dawno w Archi­wum Pań­stwo­wym. Dotar­łem też do około 80 zbio­rów pry­wat­nych, przede wszyst­kim: Maj­skiego, Chur­chilla, lorda Beaver­bro­oka, Raba Butlera, Ale­xan­dra Cado­gana, Staf­forda Crip­psa, Davida Lloyda Geo­rge'a, lorda Hali­faksa, Harry'ego Hop­kinsa, Johna May­narda Key­nesa, Roberta Bruce'a Loc­kharta, gene­rała Geo­rge'a Mar­shalla, pre­zy­denta Roose­velta, Henry'ego Stim­sona, Alberta J. Sylve­stra, Roberta Van­sit­tarta i Beatrice Webb. Wszystko to uzu­peł­ni­łem wyczer­pu­ją­cymi bada­niami nad bar­dzo róż­no­rod­nymi dru­kami, opu­bli­ko­wa­nymi dzien­nikami i źró­dłami dru­go­rzęd­nymi, które zostaną w cało­ści przed­sta­wione w wyda­niu trzy­to­mo­wym.

Do ory­gi­nal­nego tek­stu dzien­ni­ków dołą­czone były liczne wycinki pra­sowe, kore­spon­den­cja, kopie depesz wymie­nia­nych pod­czas wojny przez Chur­chilla i Sta­lina. Więk­szość tych mate­ria­łów, opu­bli­ko­wana i obec­nie łatwo dostępna, została pomi­nięta w niniej­szym wyda­niu. W kilku przy­pad­kach dłu­gie rela­cje z roz­mów zapi­sane w dzien­niku posłu­żyły Maj­skiemu jako mate­riał do ofi­cjal­nych rapor­tów, z któ­rych część opu­bli­ko­wano, ale tylko w opra­co­wa­niach rosyj­skich.

Notki bio­gra­ficzne poja­wiają się przy wymie­nie­niu nazwi­ska po raz pierw­szy. W więk­szo­ści przy­pad­ków doty­czą pozy­cji zaj­mo­wa­nej przez wymie­nioną osobę w okre­sie obję­tym zapi­sami w dzien­niku. By uła­twić czy­tel­ni­kowi orien­ta­cję w skut­kach czy­stek prze­pro­wa­dzo­nych w kor­pu­sie dyplo­ma­tycz­nym, sta­ra­łem się prze­śle­dzić dal­sze losy ludzi zatrud­nio­nych w amba­sa­dzie w Lon­dy­nie i człon­ków sta­rej kadry Nar­ko­min­dieła usu­nię­tych w ramach repre­sji.

Do roku 1946 sowiecki mini­ster spraw zagra­nicz­nych nosił tytuł "ludo­wego komi­sa­rza spraw zagra­nicz­nych"; w roku 1941 "połpre­dów" (skrót od "полномочный представитель" - przed­sta­wi­ciel peł­no­mocny - przyp. tłum.) ofi­cjal­nie prze­mia­no­wano na amba­sa­do­rów, a w 1946 roku Nar­ko­min­dieł stał się Mini­ster­stwem Spraw Zagra­nicz­nych. W tek­ście sto­so­wa­łem naj­czę­ściej zachod­nie okre­śle­nia, uży­wane wtedy powszech­nie, także przez samych amba­sa­do­rów.

Dru­gim wyjąt­kiem była Alek­san­dra Koł­łon­taj, amba­sa­dor sowiecka w Sztok­hol­mie; zain­spi­ro­wana przez Maj­skiego, pro­wa­dziła dzien­nik, choć nie­re­gu­lar­nie. [wróć]

Patrz roz­dział "Cena sławy". [wróć]

Patrz s. 394-396. [wróć]

Ta edy­cja uka­zała się w 2018 roku nakła­dem Yale Uni­ver­sity Press pt. The Com­plete Maisky Dia­ries, vol. I-III. [wróć]

Lenin. [wróć]

Patrz wpis z 19 stycz­nia 1943 roku. [wróć]

Before the Storm, Lon­don 1943; Jour­ney into the Past, Lon­don 1962; Who Hel­ped Hitler?, Lon­don 1964; Spa­nish Note­bo­oks, Lon­don 1966; Memo­irs of a Soviet Ambas­sa­dor: The War, 1939-1943, Lon­don 1967. [wróć]

O aresz­to­wa­niu i pro­ce­sie patrz roz­dział "Cena sławy. Repre­sje". [wróć]

Maj­ski w fascy­nu­jący spo­sób opi­sał Moło­to­wowi swój modus ope­randi; patrz s. 406-407. [wróć]

Czy­ta­jąc te wspo­mnie­nia, wiele lat póź­niej Maj­ski stwier­dził: "Uwagi na temat mój i amba­sady sowiec­kiej nie są zbyt głę­bo­kie, ale bywają zabawne. Nie wie­dzia­łem, będąc w Lon­dy­nie, że taki z niego sma­kosz - zawsze opi­suje, co dostał do jedze­nia". [wróć]

Sir Robert Hamil­ton Bruce Loc­khart, peł­niący obo­wiązki kon­sula gene­ral­nego w Moskwie w latach 1914-1917; stał na czele spe­cjal­nej misji wysła­nej do Moskwy w roku 1918, uwię­ziony tamże i wymie­niony na Litwi­nowa; w latach 1941-1945 był sze­fem Poli­ti­cal War­fare Exe­cu­tive (PWE, Kie­row­nic­two Wojny Poli­tycz­nej, powstałe z zaj­mu­ją­cego się pro­pa­gandą pionu SOE, czyli Spe­cial Ope­ra­tions Exe­cu­tive - Kie­row­nic­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych - przyp. tłum.). [wróć]

Bez­czel­ność Agniji mie­wała dla Maj­skiego fatalne skutki; patrz. s. 508. [wróć]

Modny taniec ubo­gich warstw miesz­kań­ców Lon­dynu nawią­zu­jący do ich życia; wziął nazwę od pio­senki pocho­dzą­cej z wysta­wio­nego w 1937 roku musi­calu Me and My Girl. [wróć]

For­mo­wa­nie dyplo­maty sowiec­kiego

FOR­MO­WA­NIE DYPLO­MATY SOWIEC­KIEGO

Iwan Michaj­ło­wicz Lacho­wiecki uro­dził się 7 stycz­nia 1884 roku w sta­rym rosyj­skim mie­ście Kirył­łow w pobliżu Niż­nego Nowo­grodu, w kom­for­to­wym oto­cze­niu szla­chec­kiej sie­dziby, gdzie jego ojciec był nauczy­cie­lem syna wła­ści­cieli. Lite­racki pseu­do­nim "Maj­ski" przy­jął w 1909 roku, na emi­gra­cji w Niem­czech. Dzie­ciń­stwo spę­dził w Omsku na Sybe­rii, ponie­waż tam, po ukoń­cze­niu stu­diów medycz­nych w Peters­burgu, ojciec pra­co­wał jako lekarz. Michał Lacho­wiecki pocho­dził z pol­skich Żydów, co syn skrzęt­nie ukry­wał. W peł­nych uroku wspo­mnie­niach z dzie­ciń­stwa Maj­ski robił wszystko, by pod­kre­ślić ate­istyczną atmos­ferę domu, choć "ofi­cjal­nie oczy­wi­ście uwa­żani byli­śmy za pra­wo­sław­nych [...], w szkole musia­łem uczyć się kate­chi­zmu, cho­dzić na nie­szpory w sobotę, na mszę w nie­dzielę i obo­wiąz­kowo do spo­wie­dzi przed Wiel­ka­nocą". Trud­niej było pozbyć się "żydow­skiego wyglądu". Maj­skiego brano za Żyda tak w Związku Sowiec­kim, jak i w Anglii. Sio­strze­niec zna­nego rosyj­skiego histo­ryka Jew­gie­nija Tar­lego opi­suje swoją ciotkę Manieczkę, która "miała nosa do Żydów wypro­mo­wa­nych pod­czas "rewo­lu­cji pro­le­ta­riac­kiej"". Zwie­rzyła mu się ona, że jej zda­niem "Maj­ski wcale nie nazywa się Maj­ski, a tym bar­dziej "Iwan Michaj­ło­wicz": raczej "Izaak Moj­sie­je­wicz"". Jak wspo­mi­nał jeden z jego naj­bliż­szych bry­tyj­skich przy­ja­ciół, lewi­cowy żydow­ski wydawca Vic­tor Gol­lancz, Maj­ski opo­wia­dał "cudowne żydow­skie histo­ryjki. Mówił, że to ormiań­skie i z zachwy­tem słu­chał moich opo­wie­ści, które też nazy­wał ormiań­skimi".

"Sekretną miło­ścią" i "moto­rem życia" ojca Maj­skiego było "uwiel­bie­nie nauki". Wielki inte­lekt, nie­na­sy­cona cie­ka­wość, ofiarna praca i nie­po­ha­mo­wana ambi­cja - wszyst­kie te cechy spra­wiły, że dla syna stał się wspa­nia­łym wzo­rem do naśla­do­wa­nia i źró­dłem inspi­ra­cji. Pewną suro­wość i nieco skrytą naturę ojca łago­dziła matka, Nad­ieżda Iwa­nowna (z domu Dawi­dowa), wiej­ska nauczy­cielka o sze­ro­kich zain­te­re­so­wa­niach lite­rac­kich i arty­stycz­nych. Maj­ski wspo­mi­nał ją z czu­ło­ścią jako osobę o "wybu­cho­wym tem­pe­ra­men­cie - żywą, nie­kon­se­kwentną, poryw­czą i gada­tliwą [...]. Miała w sobie coś nie­po­wta­rzal­nego, jakiś urok; przy­cią­gała do sie­bie ludzi i natych­miast sta­wała się ośrod­kiem zain­te­re­so­wa­nia".

Maj­ski od wcze­snych lat miał kon­takt z lite­ra­turą. Na gęsto zasta­wio­nych domo­wych pół­kach stały pięk­nie opra­wione dzieła zebrane Szek­spira, Byrona i Schil­lera, ale też prace przed­sta­wi­cieli bar­dziej rady­kal­nej inte­li­gen­cji, takich jak: Nie­kra­sow, Dobro­liu­bow, Her­cen i Pisa­riew. Młody Iwan Michaj­ło­wicz dobrze orien­to­wał się w toczą­cej się wów­czas dys­ku­sji o celach lite­ra­tury i sztuki, o reali­zmie i este­ty­cy­zmie. W póź­niej­szych latach wpraw­dzie, z powo­dów oczy­wi­stych, twier­dził, że popiera "uty­li­ta­ry­stów", w mło­do­ści jed­nak bez­kry­tycz­nie pochła­niał "stosy ksią­żek i cza­so­pism". Zachły­snął się Heinem, który stał się na całe życie jego busolą i towa­rzy­szem. Por­tret poety powie­sił nad biur­kiem. Miał zale­d­wie 16 lat, gdy swój podziw wyra­ził w liście do Eli­za­wiety, kuzynki i powier­niczki:

"To naj­pięk­niej­sza twarz, jaką widzia­łem. Każ­dego dnia na nowo odkry­wam jego dosko­na­łość i jestem pewien, że ten wiecz­nie kpiący, wiecz­nie scep­tyczny Ary­sto­fa­nes XIX wieku to jeden z naj­więk­szych geniu­szy i sędziów duszy ludz­kiej w ogóle, a nam współ­cze­snych w szcze­gól­no­ści. Heine to ludz­kość. Uosa­bia ją w spo­sób abso­lut­nie dosko­nały jak nikt inny. Odbija się w nim wszystko, co w niej dobre i złe; roz­le­gła i barwna pano­rama ludz­kiego tar­go­wi­ska, wszyst­kie jego cier­pie­nia i cały smu­tek, wszy­stek gniew i obu­rze­nie".

Lite­racka atmos­fera domu wyostrzyła w Maj­skim dar wni­kli­wej obser­wa­cji, wzmoc­nio­nej dodat­kowo bogatą wyobraź­nią i docie­kli­wo­ścią. Ufor­mo­wała jego zło­żoną oso­bo­wość, roman­tyczną i arty­styczną, ale także kie­ru­jącą się wiarą w "rozum, naukę, wie­dzę i prawo czło­wieka do pano­wa­nia nad życiem na ziemi". Powie­ści otwarły mu okno na Europę i obu­dziły w mło­dym czło­wieku tęsk­notę za podró­żami oraz zain­te­re­so­wa­nie geo­gra­fią, co w efek­cie pod­czas pobytu na emi­gra­cji stop­niowo ukształ­to­wało jego kosmo­po­li­tyczne poglądy. Cie­ka­wość z kolei pod­sy­cał gwarny, tęt­niący życiem port w Omsku, gdzie Maj­ski spę­dzał każdą wolną chwilę, wędru­jąc po nabrze­żach obok parow­ców; "przy­glą­da­jąc się wszyst­kiemu, słu­cha­jąc i mysz­ku­jąc [...], słu­cha­łem, jak piloci i mary­na­rze opo­wia­dali o swo­jej pracy, o przy­go­dach, o dale­kich mia­stach i miej­scach, jakie widzieli".

Przy­kładny uczeń gim­na­zjum: młody Jan sie­dzi w pierw­szym rzę­dzie czwarty od lewej

Póź­niej, odtwa­rza­jąc swą rewo­lu­cyjną prze­szłość, zna­lazł w rodzi­nie wątek wywro­towy - duchow­nego, który w poło­wie XIX wieku porzu­cił Kościół i zwią­zał się z krę­gami rewo­lu­cjo­ni­stów. Twier­dził też, że jego rodzice sym­pa­ty­zo­wali z ruchem narod­ni­ków, że matka nawet cho­diła w narod, a ojciec popadł w kon­flikt z wła­dzami szpi­tala, gdzie pra­co­wał, ponie­waż w roku 1905 nie powstrzy­mał mło­dych pod­cho­rą­żych sani­tar­nych przed gło­sze­niem rewo­lu­cyj­nych idei. Maj­ski przy­wią­zy­wał wielką wagę do szcze­gól­nych sto­sun­ków ze swym arty­stycz­nie uta­len­to­wa­nym wujem M.M. Cze­mo­da­no­wem, leka­rzem ziem­stwa, żyją­cym w odle­głej wio­sce i luźno zwią­za­nym z dzia­łal­no­ścią rewo­lu­cyjną. Zasad­ni­czo jed­nak śro­do­wi­sko i wykształ­ce­nie Maj­skiego było w typowy dla pra­cu­ją­cej klasy śred­niej spo­sób pozba­wione jakiej­kol­wiek świa­do­mo­ści poli­tycz­nej.

Mając lat 17 ukoń­czył ze zło­tym meda­lem gim­na­zjum w Omsku, po czym wstą­pił na uni­wer­sy­tet w St. Peters­burgu. Stu­dio­wał histo­rię i filo­lo­gię. W tym samym cza­sie zauwa­żono jego talent lite­racki - pismo "Cибирская Жизнь" ("Życie Sybe­rii") zamie­ściło jego pierw­szy wiersz Chciał­bym być wielką burzą, pod­pi­sany pseu­do­ni­mem "Nowy czło­wiek". Uni­wer­sy­tecką edu­ka­cję gwał­tow­nie i przed­wcze­śnie prze­rwało aresz­to­wa­nie i oskar­że­nie o agi­ta­cję rewo­lu­cyjną. Maj­skiego objęto poli­cyj­nym nad­zo­rem w Omsku, gdzie zwią­zał się z mien­sze­wic­kim skrzy­dłem socjal­de­mo­kra­cji rosyj­skiej. W 1906 roku zatrzy­mano go ponow­nie za czynny udział w rewo­lu­cji 1905 roku i ska­zano na wygna­nie do Tobol­ska. Tam powstał jego ręko­pis inspi­ro­wany pracą History of Trade Unio­nism (Histo­ria ruchu związ­ko­wego) Beatrice i Sid­neya Web­bów. Maj­ski tra­fił na tę książkę przy­pad­kowo za stu­denc­kich cza­sów w Peters­burgu. Póź­niej zwie­rzał się Beatrice i Sid­ney­owi, że "miała ona ogromny wpływ" na jego poli­tyczną edu­ka­cję. - W pew­nej mie­rze pomo­gła mi odna­leźć drogę, którą kro­czy­łem w póź­niej­szym życiu - twier­dził. "Żad­nej powie­ści - pisał w 1901 roku do swo­jej kuzynki - nie czy­ta­łem z takim zachwy­tem jak książkę Web­bów! Jakże marny, nędzny i non­sen­sowny wydaje mi się cały mój wcze­śniej­szy lite­racki entu­zjazm!". Ewo­lu­cyjny fabia­nizm, z moc­nym wąt­kiem spo­łeczno-huma­ni­stycz­nym, odpo­wia­dał tem­pe­ra­men­towi Maj­skiego i słu­żył mu za poli­tyczny dro­go­wskaz; jego ślady zawsze tliły się gdzieś pod powierzch­nią, nawet gdy Maj­ski musiał zerwać z mien­sze­wicką prze­szło­ścią i demon­stro­wać wier­ność bol­sze­wi­zmowi. Bli­skie kon­takty z Web­bami, jakie nawią­zał po przy­jeź­dzie do Anglii, utrzy­my­wał do końca życia, o czym świad­czą dzien­niki nie tylko jego wła­sne, ale i Beatrice Webb.

Osta­tecz­nie Maj­skiemu zła­go­dzono wyrok i ska­zano go na emi­gra­cję. We wspo­mnie­niach, pisa­nych gdy na fali czy­stek będą­cych następ­stwem paktu Rib­ben­trop-Moło­tow jego noto­wa­nia w Moskwie spa­dły, twier­dzi, że do wyjazdu cią­gnęła go chęć bada­nia "socja­li­zmu i euro­pej­skich ruchów robot­ni­czych". Wydaje się jed­nak, że urok emi­gra­cji tkwił głę­biej i wią­zał się z nutką kosmo­po­li­ty­zmu i ogrom­nej cie­ka­wo­ści, się­ga­ją­cej lat dzie­ciń­stwa, gdy towa­rzy­szył w dale­kich roz­jaz­dach po Sybe­rii ojcu, który uwa­żał, że "nic tak nie roz­wija dziecka jak podróże i pozna­wa­nie nowych miejsc, nowych ludzi, nowych ras i oby­cza­jów". Gdy rodzina prze­pro­wa­dziła się na rok do Peters­burga, dzie­wię­cio­letni Iwan z zachwy­tem "wysta­wał na gra­ni­to­wych nabrze­żach Newy, obser­wu­jąc skom­pli­ko­wane manewry łodzi fiń­skich, zała­du­nek obcych stat­ków i małe fiń­skie parowce sunące żwawo w różne strony jak ciem­no­nie­bie­skie żuki". Emi­gra­cja wzmo­gła w nim jesz­cze stały podziw dla kul­tury euro­pej­skiej, zwłasz­cza nie­miec­kiej, co otwar­cie przy­zna­wał w liście do matki: "Wciąż jestem nie­sły­cha­nie szczę­śliwy z pobytu za gra­nicą. Czuję, że roz­wijam się tu szybko i inten­syw­nie, duchowo i umy­słowo. Szcze­rze mówiąc, jestem nie­mal wdzięczny oko­licz­no­ściom, które kazały mi porzu­cić rosyj­ską zie­mię." "Lubię podró­żo­wać - zwie­rzał się po latach Ber­nar­dowi Sha­wowi - i sporo jeź­dzi­łem po Euro­pie i Azji [...]. Na widok ludzi wsia­da­ją­cych do pociągu, na sta­tek lub do samo­lotu ogar­nia mnie roman­tyczny nastrój".

Po krót­kim poby­cie w Szwaj­ca­rii Maj­ski osiadł w Mona­chium, ówcze­snym cen­trum rosyj­skich emi­gran­tów i arty­stów, zwłasz­cza śro­do­wi­ska Kan­din­sky'ego. Zwią­zany był wpraw­dzie z rosyj­skim ruchem rewo­lu­cyj­nym, ale rów­nie mocno zaan­ga­żo­wał się w dzia­ła­nia Socjal­de­mo­kra­tycz­nej Par­tii Nie­miec oraz związ­ków zawo­do­wych. Sto­pień magi­stra eko­no­mii uzy­skał na Uni­wer­sy­te­cie Mona­chij­skim i dalece posu­nął już pracę nad roz­prawą dok­tor­ską, gdy nastą­piła nie­prze­wi­dziana -i pro­ro­cza - zmiana pla­nów. Zano­siło się na wojnę. Maj­ski wyemi­gro­wał do Lon­dynu. Koczow­ni­czy tryb życia odpo­wia­dał jego natu­rze:

"Po Niem­czech bar­dzo dobrze będzie poznać życie i ludzi w Wiel­kiej Bry­ta­nii; zresztą i tak jest mi obo­jętne, gdzie miesz­kam: w Mona­chium czy w Lon­dy­nie. W dro­dze do Anglii zatrzy­mam się na tydzień w Paryżu, żeby rzu­cić okiem na mia­sto [...]. A potem ruszę do bry­tyj­skiej sto­licy. Nowe kraje budzą we mnie wiel­kie zain­te­re­so­wa­nie i ocze­ki­wa­nia; zoba­czymy, czy te ostat­nie się zisz­czą. Osta­tecz­nie uwa­żam, że naj­więk­szym uro­kiem życia są cią­gle nowe wra­że­nia, a nic temu nie sprzyja lepiej niż podróż, szyb­kie prze­no­sze­nie się z jed­nego miej­sca na dru­gie".

Pierw­sze spo­tka­nie Maj­skiego z Lon­dy­nem w listo­pa­dzie 1912 roku raczej nie zapo­wia­dało jego póź­niej­szej fascy­na­cji Anglią. Rosyj­skie wycho­wa­nie i śro­do­wi­sko nie­miec­kich socja­li­stów nie pre­de­sty­no­wało go do śle­pych zachwy­tów nad bry­tyj­skim libe­ra­li­zmem, wła­ści­wych wielu XIX-wiecz­nym roman­tycz­nym wygnań­com. "Lon­dyn - jak pisał - połknął go i zadu­sił". Maj­ski nie znał języka i poczuł się zagu­biony w tym "ogrom­nym kamien­nym oce­anie" . Z listu do matki prze­bi­jały pierw­sze, posępne wra­że­nia:

"Lon­dyn jest oczy­wi­ście bar­dzo cie­kawy z poli­tycz­nego i spo­łeczno-eko­no­micz­nego punktu widze­nia, i wcale mi nie żal, że spę­dzam tu tego­roczną zimę. Nie chciał­bym jed­nak zostać w tych stro­nach zbyt długo. Na samą myśl, że utknął­bym tu na zawsze, czuję prze­raź­liwą nudę. Nie, Lon­dyn zde­cy­do­wa­nie mi się nie podoba! Wielki, ciemny i brudny, nie­wy­godny, z mono­ton­nymi rzę­dami iden­tycz­nych dom­ków, wiecz­nie spo­wity mgłą [...] słońca nie widzi się tu tygo­dniami i jest to strasz­li­wie przy­gnę­bia­jące. Rozu­miem teraz, dla­czego spleen nazywa się cho­robą angiel­ską i rozu­miem, czemu Heine tak nie lubił kraju dum­nych Bry­tyj­czy­ków. "Ocean pochło­nąłby Anglię już dawno" - stwier­dził kie­dyś - "gdyby nie bał się, że mu to zaszko­dzi na żołą­dek". Nie­wiele się mylił: połknąć taki "orzech" jak Anglia nie byłoby łatwo".

Jed­nak lata spę­dzone w Lon­dy­nie, a także przy­jaźń z Gie­or­gi­jem Wasil­je­wi­czem Czi­cze­ri­nem i Mak­si­mem Mak­si­mo­wi­czem Litwi­no­wem (któ­rzy przez dwa­dzie­ścia lat jako komi­sa­rze spraw zagra­nicz­nych kie­ro­wali sowiecką poli­tyką zagra­niczną), oka­zały się nie­zwy­kle ważne dla póź­niej­szej kariery Maj­skiego. Połą­czyła całą trójkę przy­szła żona Litwi­nowa, Ivy, uro­dzona w Lon­dy­nie jako owoc trud­nego do wyobra­że­nia związku żydow­skiego inte­lek­tu­ali­sty i córki puł­kow­nika wojsk indyj­skich. Ivy, non­kon­for­mistka, pisarka i bun­tow­niczka, zatrud­niona w fir­mie ubez­pie­cze­nio­wej, wytchnie­nie od pogar­dza­nej pracy znaj­do­wała w domu wujo­stwa Ede­rów, lewi­co­wych inte­lek­tu­ali­stów, w Gol­ders Green. Odby­wały się tam inte­re­su­jące spo­tka­nia z udzia­łem rewo­lu­cjo­ni­stów, zwo­len­ni­ków Freuda, fabia­nów, a także przed­sta­wi­cieli świata lite­ra­tury, takich jak Ber­nard Shaw i H.G. Wells. Maj­ski bywał tam czę­stym gościem i wła­śnie w domu Ede­rów zacie­śnił przy­jaźń z Litwi­no­wem i Czi­cze­ri­nem.

Cała trójka miesz­kała bli­sko sie­bie, naj­pierw w Gol­ders Green, a póź­niej w Hamp­stead Heath, w roj­nej kolo­nii uchodź­ców poli­tycz­nych, któ­rzy nawią­zy­wali więzi ponad podzia­łami ist­nie­ją­cymi w rosyj­skim ruchu socja­li­stycz­nym.

Czi­cze­rin, rodem z ary­sto­kra­tycz­nej rodziny się­ga­ją­cej korze­niami cza­sów cara Iwana III, kiedy to w Rosji osiadł jej zało­ży­ciel, dwo­rza­nin przy­były z Ita­lii, wcze­śniej pra­co­wał w archi­wum car­skiego Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych. Wszech­stron­nie wykształ­cony, na doda­tek obda­rzony ency­klo­pe­dyczną pamię­cią, był czło­wie­kiem rene­sansu, dobrze obe­zna­nym ze spra­wami lite­ra­tury i kul­tury, przy tym zna­ko­mi­tym pia­ni­stą i auto­rem wysoko cenio­nej książki o ope­rach Mozarta. W Lon­dy­nie sty­li­zo­wał się na eks­cen­tryka i ascetę i obra­cał się w krę­gach bohemy. Gnę­biony wyrzu­tami sumie­nia, naj­pierw stał się uczniem Toł­stoja, a potem dołą­czył do rosyj­skiego ruchu rewo­lu­cyj­nego na emi­gra­cji, skła­nia­jąc się ku mien­sze­wi­kom. To krót­ko­trwałe odchy­le­nie nie prze­szko­dziło póź­niej Leni­nowi mia­no­wać go ludo­wym komi­sa­rzem spraw zagra­nicz­nych. Pod­pis Czi­cze­rina wid­nieje pod ukła­dami z Brze­ścia Litew­skiego i Rapallo, czyli dwoma fila­rami sowiec­kiej dyplo­ma­cji.

Litwi­now, czło­wiek ze skrom­nego śro­do­wi­ska żydow­skiego, pozba­wiony pre­ten­sji inte­lek­tu­al­nych, wyka­zy­wał póź­niej, pra­cu­jąc w Nar­ko­min­diele, skru­pu­lat­ność dopro­wa­dzaną do prze­sady; pedan­tycz­nie prze­strze­gał zasad i ety­kiety dyplo­ma­tycz­nej i nie zawsze liczył się z narzu­ca­nymi mu ogra­ni­cze­niami natury ide­olo­gicz­nej. Co dziwne, mimo jaw­nej oso­bi­stej pogardy, jaką żywił dla Czi­cze­rina, potra­fił współ­pra­co­wać z nim zgod­nie przez bli­sko dekadę.

Zanim spo­tkał w Lon­dy­nie Maj­skiego, młod­szego od niego o osiem lat, zdą­żył już doro­bić się opi­nii zapra­wio­nego w boju rewo­lu­cjo­ni­sty. W spo­sób zupeł­nie natu­ralny stał się więc men­to­rem Iwana Michaj­ło­wi­cza, wpro­wa­dza­jąc go w sprawy Anglii, jej insty­tu­cje poli­tyczne, kul­turę i sze­roki krąg ludzi. Zjed­nał sobie Maj­skiego: sil­nym cha­rak­te­rem, umie­jęt­no­ścią uchwy­ce­nia istoty pro­blemu bez zagłę­bia­nia się w detale oraz skłon­no­ścią do iro­nii.

Wybuch I wojny świa­to­wej spo­wo­do­wał jed­nak pewne ozię­bie­nie sto­sun­ków mię­dzy oboma panami, co póź­niej popsuło też ich rela­cje zawo­dowe. Litwi­now opo­wie­dział się za gło­szo­nym przez Lenina rewo­lu­cyj­nym defe­ty­zmem, nato­miast Maj­ski poparł inter­na­cjo­na­li­styczne, pacy­fi­styczne sta­no­wi­sko mien­sze­wi­ków, dążą­cych do zakoń­cze­nia wojny. Przez jakiś czas nawet mocno inte­re­so­wał się popu­lar­nymi wów­czas ide­ami lan­so­wa­nego przez Frie­dri­cha Naumanna ruchu Mit­te­leu­ropy, który pró­bo­wał połą­czyć dwa naj­po­tęż­niej­sze nurty nie­miec­kiej histo­rii - naro­dowo-bur­żu­azyjny i pro­le­ta­riacki, ukie­run­ko­wany na kwe­stie spo­łeczne, a póź­niej dążył do syn­tezy zasad chrze­ści­jań­stwa z nie­miec­kim ide­ali­zmem, huma­ni­zmu z soli­dar­no­ścią kla­sową i demo­kra­cją. Z bie­giem wojny na czoło wysu­nęły się wro­dzony Maj­skiemu prag­ma­tyzm i poglądy huma­ni­styczne, wzmoc­nione póź­niej doświad­cze­niami wynie­sio­nymi z Anglii. Prze­śla­do­wała go myśl o losie zachod­niej cywi­li­za­cji i euro­pej­skiej inte­li­gen­cji, mor­do­wa­nej masowo na fron­cie; marzył, by huma­nizm wziął pierw­szeń­stwo nad wzglę­dami par­tyj­nymi. "Widzisz - odpo­wia­dał upo­mi­na­ją­cemu go Mar­to­wowi, przy­wódcy mien­sze­wi­ków - im dłu­żej cią­gnie się wojna, tym więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo zagraża wal­czą­cym naro­dom: ogromna liczba inte­lek­tu­ali­stów - pisa­rzy, arty­stów, naukow­ców, inży­nie­rów itp. - zgi­nie na bitew­nych polach. Pań­stwa tracą swoją ary­sto­kra­cję ducha, bez któ­rej, cokol­wiek mówić, żaden postęp umy­słowy, spo­łeczny czy poli­tyczny nie jest moż­liwy [...]. Oczy­wi­ście, każdą stratę trudno znieść: stratę chło­pów, robot­ni­ków itp., myślę jed­nak, że straty w śro­do­wi­sku inte­li­gen­cji są sto­sun­kowo naj­gor­sze, bo naj­trud­niej je wyrów­nać. Inte­li­gen­cja to owoc, który doj­rzewa powoli i może się oka­zać, że trzeba będzie całego poko­le­nia, by ubytki w jej sze­re­gach, spo­wo­do­wane wojną, zostały choć czę­ściowo uzu­peł­nione.

Spo­tka­nie sta­rych zna­jo­mych: ludowy komi­sarz spraw zagra­nicz­nych ZSRS Mak­sym Litwi­now (drugi od lewej) wraz z mał­żonką podej­mo­wani przez Maj­skich w Amba­sa­dzie ZSRS w Lon­dy­nie, 1935 rok

Dla­tego uwa­żam, że przy­szedł czas, kiedy instynkt samo­za­cho­waw­czy naro­dów każe im chro­nić inte­lek­tu­ali­stów, tak jak chro­nią na przy­kład zdol­nych mecha­ni­ków, che­mi­ków, wykwa­li­fi­ko­wa­nych robot­ni­ków fabryk zbro­je­nio­wych itp.".

Maj­ski bar­dzo sta­rał się poka­zać w dzien­niku (a jesz­cze bar­dziej w auto­bio­gra­fii) więzi i ser­deczne sto­sunki łączące go z Litwi­no­wem - co skła­nia histo­ry­ków do koja­rze­nia ich ze sobą - w cza­sach, gdy ich rela­cje były burz­liwe. Tem­pe­ra­menty mieli bar­dzo różne; Litwi­now ocho­czo ganił Maj­skiego, kry­ty­ko­wał jego opra­co­wa­nia doty­czące spraw zagra­nicz­nych; kilka razy nawet poskar­żył się na niego Sta­li­nowi; w ogóle zresztą trzy­mał ludzi na dystans, choć wyni­kało to w znacz­nym stop­niu z głę­boko zako­rze­nio­nej pogardy, jaką żywił dla kosmo­po­li­tycz­nie nasta­wio­nych inte­lek­tu­ali­stów.

"Litwi­now nie miał przy­ja­ciół - wspo­mi­nał Gustaw Hil­ger, doświad­czony i dobrze poin­for­mo­wany radca amba­sady nie­miec­kiej w Moskwie. - Zna­łem pew­nego członka "kol­le­gium" Komi­sa­riatu Spraw Zagra­nicz­nych, z któ­rym darzy­li­śmy się wza­jem­nym zaufa­niem. Kie­dyś na moje pyta­nie, jak się doga­duje z Litwi­nowem, udzie­lił mi zna­mien­nej odpo­wie­dzi: "Z Litwi­nowem się nie doga­duje; z nim się tylko pra­cuje, jeśli się nie ma innego wyj­ścia"".

Litwi­now nie zno­sił też dyplo­ma­tów (a Maj­ski nie­wąt­pli­wie do takich nale­żał), któ­rzy chcieli być w cen­trum uwagi. "God­ność, mówiło się o nim, jest dla niego rze­czą natu­ralną [...] pochleb­stwa i lizu­so­stwo - cał­ko­wi­cie obcą. Nie cier­piał też tych cech u innych". A jed­nak ci dwaj ludzie tak samo oce­niali mię­dzy­na­ro­dową scenę w latach trzy­dzie­stych XX wieku; Litwi­now nie zawa­hał się wspie­rać Maj­skiego, a nawet chro­nić go przed repre­sjami, które dotknęły mini­ster­stwo w roku 1938. Maj­ski na­dal utrzy­my­wał spe­cjalne sto­sunki wypra­co­wane na emi­gra­cji. Gra­tu­lu­jąc Litwi­nowowi prze­biegu nego­cja­cji w Waszyng­to­nie, które dopro­wa­dziły do uzna­nia w 1934 roku Związku Sowiec­kiego przez Ame­rykę, pisał: "Być może z racji naszej dwu­dzie­sto­let­niej zna­jo­mo­ści i wspól­nych lat na emi­gra­cji w Lon­dy­nie zawsze ze szcze­gól­nym zain­te­re­so­wa­niem i z nie­mal oso­bi­stym zaan­ga­żo­wa­niem obser­wuję waszą pracę i wystą­pie­nia w kraju i na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej [...]. Dłu­go­let­nia zna­jo­mość upo­waż­nia mnie, by mówić wam szcze­rze to, co w innych oko­licz­no­ściach byłoby nie na miej­scu".

Zupeł­nie inne były rela­cje Maj­skiego z Alek­san­drą M. Koł­łon­taj, eks­tra­wa­gancką, woju­jącą femi­nistką, która póź­niej została amba­sa­do­rem sowiec­kim w Nor­we­gii, a potem w Szwe­cji. To w jej domu Maj­ski poznał Litwi­nowa. Do końca życia łączyła go z nią ser­deczna przy­jaźń. "Prze­by­wa­nie z Maj­skim jest cie­kawe - pisała Koł­łon­taj w swoim dzien­niku - bo roz­ma­wiamy nie tylko o spra­wach służ­bo­wych. To czło­wiek ener­giczny, o oczach, umy­śle i wraż­li­wo­ści goto­wych na pozna­wa­nie życia we wszyst­kich jego prze­ja­wach i dzie­dzi­nach. Nie żaden ogra­ni­czony nudziarz, trzy­ma­jący się tylko bie­żą­cych zagad­nień".

Gdy nie­długo po rewo­lu­cji luto­wej, która oba­liła carat, Maj­ski wró­cił do Rosji, Alek­san­der Kie­ren­ski zapro­po­no­wał mu funk­cję wice­mi­ni­stra pracy w Rzą­dzie Tym­cza­so­wym. Jego poglądy poli­tyczne szybko skrę­cały w stronę pra­wego skrzy­dła par­tii mien­sze­wi­ków. W stycz­niu 1918 roku bol­sze­wicy roz­wią­zali Zgro­ma­dze­nie Usta­wo­daw­cze, wybu­chła wojna domowa. Maj­skiemu nie udało się prze­ko­nać mien­sze­wi­ków, by poparli zało­żony w Sama­rze, anty­bol­sze­wicki komi­tet (Komucz), któ­rego celem było ponowne zwo­ła­nie Zgro­ma­dze­nia. Ape­lo­wał o to w zgo­dzie z prze­ko­na­niem - wyro­słym z doświad­czeń euro­pej­skiej socjal­de­mo­kra­cji - że zacho­wa­nie neu­tral­no­ści w woj­nie domo­wej jest "sprzeczne z ludzką naturą i z logiką" i że rząd Komu­cza, zło­żony z byłych człon­ków Zgro­ma­dze­nia, sta­nowi "demo­kra­tyczną kontr­re­wo­lu­cję". Wierny wła­snym poglą­dom, prze­ciw­sta­wił się par­tii i w lipcu 1918 roku został mini­strem pracy w ska­za­nym osta­tecz­nie na porażkę rzą­dzie Komu­cza. Obja­wił się w ten spo­sób jako orę­dow­nik jedy­nej zbroj­nej socja­li­stycz­nej rebe­lii prze­ciw bol­sze­wi­zmowi. Poku­to­wał za ten krok do końca życia, a jego upo­ka­rza­jącą skru­chę mien­sze­wicy uznali za "wspo­mnie­nia zdrajcy" i wyrzu­cili "prze­chrztę" ze swo­ich sze­re­gów. Przy­jęło go nowe śro­do­wi­sko, ale pięt­nem Kaina został nazna­czony już na zawsze.

Gdy w 1919 roku "biały" admi­rał Koł­czak prze­jął kon­trolę nad rzą­dem powstań­czym, nastą­piły prze­śla­do­wa­nia socja­li­stów i Maj­ski musiał ucie­kać ponow­nie, tym razem do Mon­go­lii. Rok, który tam spę­dził "prze­mie­rza­jąc dawną ojczy­znę Dżyn­gis-chana konno albo na wiel­błą­dzie, przez bez­ludne góry i stepy, z dala od poli­tycz­nych walk, pod­grze­wa­nia nastro­jów spo­łecz­nych, wpły­wów tra­dy­cji i uprze­dzeń par­tyj­nych", dał mu czas na roz­my­śla­nia nad naturą rewo­lu­cji - i nad wła­sną przy­szło­ścią.

Już wcze­śniej, latem 1919 roku, nie­śmiało i z ocią­ga­niem pró­bo­wał zerwać z prze­szło­ścią i pogo­dzić się z bol­sze­wi­kami w cza­sie, gdy ich losy jesz­cze się ważyły; żal za grze­chy oka­zał się jed­nak nie­wy­star­cza­jący. Rok póź­niej napi­sał do ludo­wego komi­sa­rza oświaty Ana­to­lija Wasi­lie­wi­cza Łuna­czar­skiego, z któ­rym przy­jaź­nił się w latach emi­gra­cji:

"Widzę teraz, że mien­sze­wicy byli dziel­nymi, ale pozba­wio­nymi talentu dziećmi prze­szło­ści, wystra­szo­nymi naśla­dow­cami dawno prze­brzmia­łych wzo­rów; trzy­mali się sta­rych, książ­ko­wych ste­reo­ty­pów i for­mu­łek, bez wyczu­cia życia, epoki [...]. Bol­sze­wicy za to wyróż­niali się śmia­ło­ścią i ory­gi­nal­no­ścią; naka­zów prze­szło­ści ani dogma­tycz­nych zaklęć nie trak­to­wali zbyt naboż­nie. Byli ela­styczni, prak­tyczni i zde­cy­do­wani [...] w sfe­rze rewo­lu­cyj­nej kre­atyw­no­ści mówili nowym języ­kiem, stwo­rzyli nowe formy pań­stwa, życia gospo­dar­czego i sto­sun­ków spo­łecz­nych [...] któ­rych inni nie zre­ali­zo­wali z braku odwagi".

Przez całe życie, zwłasz­cza w mrocz­nych dniach "wiel­kiego ter­roru", dawne związki Maj­skiego z mien­sze­wi­kami, przede wszyst­kim rola, jaką ode­grał pod­czas wojny domo­wej (sta­ran­nie tuszo­wana przez niego w pismach i wspo­mnie­niach), rzu­cały głę­boki cień na jego karierę i wia­ry­god­ność w Moskwie. Opo­wieść o nawró­ce­niu na bol­sze­wizm, skon­stru­owana na uży­tek Łuna­czar­skiego - pokuta za to, że nie uznał prze­wrotu bol­sze­wic­kiego za praw­dziwą rewo­lu­cję socja­li­styczną - kryła udręki dłu­gich roz­wa­żań zwią­za­nych z prze­mianą ide­ową, ni­gdy zresztą do końca nie­roz­strzy­gnię­tych.

Ten wewnętrzny kon­flikt zna­lazł swój wyraz w czte­ro­ak­to­wym wier­szo­wa­nym dra­ma­cie Wier­sziny (Szczyty), w któ­rym ujaw­nił się roman­tyczny cha­rak­ter prze­my­śleń Maj­skiego, głę­boko zanu­rzo­nych wtedy w XIX-wiecz­nej uni­wer­sal­nej huma­ni­stycz­nej tra­dy­cji rosyj­skiej inte­li­gen­cji i zabar­wio­nych uto­pij­nymi wizjami. Kodeks inte­li­gencki kształ­to­wał rosyj­skiego inte­lek­tu­ali­stę nie­za­leż­nie od tego, z jakiej klasy się wywo­dził. Na tytu­ło­wej stro­nie Wier­szyn wid­niały słowa Heinego, ulu­bio­nego poety Maj­skiego, po nie­miecku i w prze­kła­dzie rosyj­skim: "Pra­gniemy stwo­rzyć kró­le­stwo nie­bie­skie tu, na ziemi!". Dra­mat mówił o "nie­usta­ją­cym ruchu ludz­ko­ści ku lśnią­cym szczy­tom wie­dzy i wol­no­ści, widocz­nym i pięk­nym, ale nie­osią­gal­nym, ponie­waż ruch ten nie ma końca". Trudno oce­nić, na ile szczere były wyrazy żalu Maj­skiego i w jakim stop­niu rze­czy­wi­ście iden­ty­fi­ko­wał się on z bol­sze­wi­kami (do czego mani­fe­sta­cyj­nie się przy­zna­wał w pierw­szym tomie wspo­mnień, pisa­nym w dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach w latach 1939-1940). W reflek­syj­nym nastroju ze zro­zu­mie­niem odnosi się do opo­wie­ści Czi­cze­rina o nawró­ce­niu na bol­sze­wizm, sta­no­wią­cej wierne odbi­cie jego wła­snych doświad­czeń: "Wpraw­dzie byłem kie­dyś mien­sze­wi­kiem, ale nasze drogi się roze­szły. Wojna nauczyła mnie wiele i teraz cał­ko­wi­cie popie­ram rosyj­skich jako­bi­nów". Zawa­hał się przez chwilę, a potem dodał: "To zna­czy bol­sze­wi­ków". Nie mam pew­no­ści, czy w chwili tej roz­mowy Gie­or­gij Wasi­lie­wicz był cał­ko­wi­cie prze­ko­nany do bol­sze­wizmu.

Beatrice Webb, jedna z naj­bar­dziej zaufa­nych i bli­skich Maj­skiemu osób, zwięźle i pre­cy­zyj­nie przed­sta­wiła póź­niej w swoim dzien­niku jego inte­lek­tu­alny i poli­tyczny wize­ru­nek:

"Maj­ski należy z pew­no­ścią do naj­bar­dziej otwar­tych umy­słów mark­si­stow­skich i jest w pełni świa­dom ułom­no­ści mark­si­stow­skiej ter­mi­no­lo­gii, scho­la­stycz­nej i dogma­tycz­nej. Żyje jed­nak za gra­nicą, wśród pogan i fili­sty­nów, moż­liwe więc, że jego umysł nieco ska­ziły obce, sofi­styczne i agno­styczne poglądy na zamknięty świat moskiew­skich mark­si­stów".

Maj­ski oba­wiał się, że w Moskwie czeka go "ziem­ska kara" za "poli­tyczne grze­chy" i miał nadzieję zała­twić sobie przez Łuna­czar­skiego amne­stię oraz list żela­zny chro­niący go "przed aresz­to­wa­niem po dro­dze, rewi­zją, pobo­rem itp.". Łuna­czar­ski prze­ka­zał poemat i list Leni­nowi, zapro­po­no­wał reha­bi­li­ta­cję, a nawet przy­ję­cie do par­tii bol­sze­wic­kiej. Polit­biuro wyra­ziło zgodę (choć w ostroż­nych sło­wach) i zasu­ge­ro­wało wyko­rzy­sta­nie dorobku Maj­skiego w gospo­darce "naj­pierw na pro­win­cji". Naka­zano mu więc wyjazd do Omska, gdzie opra­co­wał pierw­szy sybe­ryj­ski Gospłan. Tym­cza­sem jego wyrazy skru­chy uka­zały się w "Praw­dzie".

Maj­ski miał ambi­cje raczej inte­lek­tu­alne niż poli­tyczne. Zawio­dły go one przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji do Moskwy, gdzie natych­miast nawią­zał kon­takty z Czi­cze­ri­nem i Litwi­no­wem - "jak za daw­nych cza­sów", jak póź­niej wspo­mi­nał, ale naj­wy­raź­niej z zamia­rem popra­wie­nia swo­jej wia­ry­god­no­ści, znisz­czo­nej przez związki z mien­sze­wi­kami. Bez entu­zja­zmu przy­jął pro­po­zy­cję pokie­ro­wa­nia wydzia­łem prasy Ludo­wego Komi­sa­riatu Spraw Zagra­nicz­nych (Nar­ko­min­dieła) i potrak­to­wał ją jako odskocz­nię do rze­czy więk­szych. W mini­ster­stwie poznał swoją póź­niejszą, trze­cią żonę, dzia­łaczkę socja­li­styczną Agniję Alek­san­drowną Ski­pinę, kobietę silną i zde­cy­do­waną (z wcze­śniej­szego, krót­kiego mał­żeń­stwa uro­dziła mu się córka, która miesz­kała z matką w St. Peters­burgu; utrzy­my­wał z nią spo­ra­dyczny kon­takt, pozo­stała jego jedy­nym dziec­kiem). Miał też za sobą fik­cyjne, papie­rowe mał­żeń­stwo zawarte w Lon­dy­nie, by pomóc osa­mot­nio­nej i zda­nej na wła­sne siły Rosjance.

Rychło po obję­ciu nowego sta­no­wi­ska Maj­ski pokłó­cił się z Lwem Kara­cha­nem, pro­te­go­wa­nym Czi­cze­rina, i zaczął zabie­gać o jego dymi­sję. Gdy nie osią­gnął celu, zała­twił sobie u Moło­towa, ówcze­snego sekre­ta­rza orga­ni­za­cyj­nego Komi­tetu Cen­tral­nego par­tii, wyjazd do St. Peters­burga, gdzie - nie­zbyt długo - był zastępcą redak­tora naczel­nego "Pie­tro­grad­skiej Prawdy". Skoń­czyło się to ostrym kon­flik­tem z naczel­nym. Jak skar­żył się Maj­ski Moło­to­wowi, "doło­żył sta­rań, by unie­moż­li­wić mi pracę w gaze­cie". Podob­nie wyglą­dał finał krót­kiego kie­ro­wa­nia w 1925 roku spo­łeczno-lite­rac­kim cza­so­pi­smem "Zwiezda" ("Gwiazda"), zakoń­czo­nego sprzeczką w łonie redak­cji. Życie w Lenin­gra­dzie zresztą nie odpo­wia­dało Maj­skiemu (choć może raczej jego mło­dej żonie). Czuł się, jak tłu­ma­czył Moło­to­wowi, jak "out­si­der [...] oby­wa­tel dru­giej klasy". W sto­sun­kowo spo­koj­nym cza­sie Nowej Poli­tyki Eko­no­micz­nej (NEP, Nowaja Eko­no­mi­cze­skaja Poli­tika) mógł swo­bod­nie kie­ro­wać swoją karierą, oznaj­mił też Moło­to­wowi, że "poważ­nie roz­waża powrót" do pracy w Nar­ko­min­diele.

Pierw­sze kroki Maj­skiego na dro­dze kariery bol­sze­wic­kiej ujaw­niły jego zawy­żoną samo­ocenę, poczu­cie inte­lek­tu­al­nej wyż­szo­ści i zacię­tość; nie zjed­ny­wało mu to sym­pa­tii kole­gów ani prze­ło­żo­nych, a czę­sto pro­wa­dziło do koli­zji. W cięż­kich latach trzy­dzie­stych XX wieku cechy te nieco przy­tłu­mił instynkt prze­trwa­nia; dały jed­nak o sobie znać na nowo w okre­sie amba­sa­do­ro­wa­nia Maj­skiego w Lon­dy­nie, zwłasz­cza przy oka­zji spo­tkań z bry­tyj­skimi dygni­ta­rzami.

Po powro­cie do Moskwy brat­nie rela­cje z Litwi­no­wem, który jako silny czło­wiek w Nar­ko­min­diele stop­niowo przej­mo­wał obo­wiązki Czi­cze­rina, zaczęły przy­no­sić owoce. W 1925 roku Maj­skiego mia­no­wano radcą w amba­sa­dzie sowiec­kiej w Lon­dy­nie. Bar­dzo sobie cenił to sta­no­wi­sko. "Wyna­ję­li­śmy - pisał do matki - mały domek, w któ­rym miesz­kamy sami, mamy poko­jówkę i zaj­mu­jemy się swoim gospo­dar­stwem [...]. Agnija uczy się śpiewu i angiel­skiego; zaczyna tro­chę paplać po angiel­sku. Nasz dom stoi w jed­nej z naj­lep­szych pod­miej­skich dziel­nic Lon­dynu, w pobliżu ogrodu bota­nicz­nego; powie­trze jest wspa­niałe, okropne tylko, że nie mamy za wiele oka­zji, by się nim nacie­szyć".

I znów kiep­skie sto­sunki z prze­ło­żo­nymi w amba­sa­dzie zepsuły pobyt w Lon­dy­nie. Maj­ski posta­no­wił wró­cić do Moskwy, ale nie minął rok, jak uległ argu­men­tom Litwi­nowa i ponow­nie objął sta­no­wi­sko. W rela­cjach angiel­sko-sowiec­kich, po "liście Zino­wiewa" z 1924 roku i spra­wie "rosyj­skiego złota" dla gór­ni­ków pod­czas strajku powszech­nego w roku 1926, były to lata dość burz­liwe. W Moskwie oba­wiano się zerwa­nia sto­sun­ków, a być może nawet nowej inter­wen­cji woj­sko­wej. Sytu­ację dodat­kowo pogor­szyła przed­wcze­sna śmierć amba­sa­dora sowiec­kiego w Lon­dy­nie, Leonida Kra­sina. Maj­ski, jeden z nie­licz­nych rewo­lu­cjo­ni­stów zna­ją­cych bie­gle angiel­ski i dobrze zorien­to­wa­nych w spra­wach bry­tyj­skich, oka­zał się bar­dzo uży­teczny. Rzadko mówi się o tym, że gdy w Lon­dy­nie zabra­kło amba­sa­dora, Maj­ski, który był radcą, de facto funk­cjo­no­wał jako połpred. "W daw­nych cza­sach - cheł­pił się w liście do ojca - radca figu­ro­wałby bar­dzo wysoko w "tabeli rang". Dziś tabela stra­ciła dla nas jakie­kol­wiek zna­cze­nie, choć zapew­niam Cię, że praca radcy w takim miej­scu jak Lon­dyn jest nie­zwy­kle inte­re­su­jąca i ważna [...]. Lon­dyn jest dziś wiel­kim cen­trum świa­to­wej poli­tyki, porów­ny­wal­nym jedy­nie z Moskwą".

Przy­mu­sowy wyjazd z Anglii w wyniku zerwa­nia sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych w maju 1927 roku wzbu­dził w Maj­skim "uczu­cie bar­dzo podobne do oso­bi­stego żalu", jak zwie­rzał się S.P. Scot­towi, pro­ro­syj­sko nasta­wio­nemu redak­to­rowi naczel­nemu "Man­che­ster Guar­dian". Życie na emi­gra­cji w Lon­dy­nie, a potem lata spę­dzone w amba­sa­dzie spra­wiły, że "rozu­mie i sza­nuje bry­tyj­ską kul­turę, która - choć tak inna od rosyj­skiej - ma w sobie wiele rze­czy cen­nych i wiel­kich".

Po sze­ściu tygo­dniach odpo­czynku i kura­cji "z pole­ce­nia leka­rzy" w sana­to­rium w Kisło­wod­sku na Kau­ka­zie Maj­ski otrzy­mał nomi­na­cję na radcę amba­sady sowiec­kiej w Tokio, gdzie spę­dził kolejne dwa lata. Przez jakiś czas wszystko ukła­dało się dobrze. "Przy­je­cha­łem do Tokio pod koniec paź­dzier­nika - pisał do H.G. Wel­lsa - i na razie roz­glą­dam się z naj­więk­szym zacie­ka­wie­niem, poznaję ten zupeł­nie nie­zwy­kły kraj, który mniej wię­cej dwa­dzie­ścia lat temu zain­spi­ro­wał Pana do napi­sa­nia Współ­cze­snej uto­pii". W liście do lewi­co­wego publi­cy­sty Henry'ego Bra­ils­forda Maj­ski wychwa­lał Japo­nię jako "kraj jedyny w swoim rodzaju [...] łączący w jakiś nad­zwy­czajny spo­sób śre­dnio­wieczny Wschód z naj­no­wo­cze­śniej­szym ame­ry­ka­ni­zmem [...]. Dodajmy do tego piękno przy­rody, "Eigen­tum­lich­keit" (szcze­gólne cechy, oso­bli­wość - przyp. tłum.) ludzi, zwy­cza­jów i oby­cza­jów [...] nic dziw­nego, że nie mam na razie powo­dów do narze­kań na nasze Mini­ster­stwo Spraw Zagra­nicz­nych, które mnie tutaj wysłało".

Maj­ski zawsze czuł się ura­żony, gdy miał nad sobą jakie­goś zwierzch­nika; z zado­wo­le­niem przy­jął więc prze­nie­sie­nie amba­sa­dora sowiec­kiego do Paryża, bo dzięki temu prze­jął, przy­naj­mniej na jakiś czas, kie­ro­wa­nie amba­sadą. Doświad­cze­nia japoń­skie ukształ­to­wały jego poglądy na dyplo­ma­cję, zwłasz­cza prze­ko­na­nie, że dyplo­mata powi­nien świet­nie znać język i kul­turę kraju, do któ­rego wyjeż­dża. Posta­no­wił też zapo­znać Rosjan z kul­turą japoń­ską i spro­wa­dził do Rosji na wiel­kie tournée jeden z naj­lep­szych teatrów kabuki. Sprze­ci­wiły się temu kon­ser­wa­tywne śro­do­wi­ska w Japo­nii. Na pierw­szym przed­sta­wie­niu teatru po powro­cie z trium­fal­nego objazdu Rosji wyna­jęte opry­chy wypu­ściły "żywe węże pod krze­sła w całej sali, tuż przed roz­po­czę­ciem spek­ta­klu. Gady syczały i roz­peł­zły się po widowni. Wybu­chła panika. Męż­czyźni naro­bili zamie­sza­nia, kobiety pisz­czały, dzieci pła­kały, trzeba było opu­ścić kur­tynę i występ został prze­rwany".

Kilka mie­sięcy póź­niej Maj­ski, znów jako pod­władny gdzieś na obrze­żach dyplo­ma­cji, daleko od Moskwy i Europy, po raz kolejny wpadł w przy­gnę­bie­nie. Ponadto dawało się zauwa­żyć, że łatwo ulega kapry­som żony, która, jak zwie­rzał się jed­nemu z przy­ja­ciół, "czuje się nie­ważna, a przede wszyst­kim bez­ro­botna". Amba­sada zamie­niła się w miej­sce intryg i pomó­wień. Agnija darła koty z żoną przed­sta­wi­ciela han­dlo­wego, bo każda z pań chciała pod­czas ofi­cjal­nych spo­tkań być "pierw­szą damą". Spór wywo­łał oży­wioną kore­spon­den­cję mię­dzy amba­sadą i Nar­ko­min­die­łem i został roz­strzy­gnięty nie po myśli Agniji, co z kolei podzie­liło rosyj­ską kolo­nię na frak­cje. Nie­spełna rok po obję­ciu sta­no­wi­ska Maj­ski skar­żył się Czi­cze­ri­nowi, że życie w Japo­nii oka­zało się "ogól­nie nudne i męczące: poli­tycz­nych zadań jest nie­wiele (za mało dla dwóch osób), a o wszyst­kich, nawet naj­mniej waż­nych spra­wach, decy­duje Moskwa". W tym cza­sie jed­nak Czi­cze­rin zma­gał się z ciężką cukrzycą i tra­cił kon­trolę nad Nar­ko­min­die­łem.

Maj­ski zwró­cił się więc do Litwi­nowa i dość zde­cy­do­wa­nie zażą­dał szyb­kiego prze­nie­sie­nia. Uza­sad­nił to cho­robą Méniere'a, która tra­piła jego żonę od czasu pobytu w Lon­dy­nie i, jak twier­dził, nasi­liła się w Tokio, powo­du­jąc głu­chotę w jed­nym uchu. Skar­żył się też, że i w jego zdro­wiu tokij­ska pogoda doko­nuje spu­sto­sze­nia. I choć decy­zja o kolej­nej nomi­na­cji zale­żała od kole­gium Nar­ko­min­dieła, nie zawa­hał się zazna­czyć, że chęt­nie spę­dziłby rok czy dwa w Moskwie, ale też - skwa­pli­wie dodał - "nie zapro­te­sto­wałby prze­ciw powro­towi na Zachód". Litwi­now zare­ago­wał przy­chyl­nie, zapro­po­no­wał mu sta­no­wi­sko amba­sa­dora w Kow­nie jako czwarte co do waż­no­ści po Ber­li­nie, Paryżu i War­sza­wie. Gotów był jed­nak do nego­cja­cji, gdyby Maj­ski nie zachwy­cił się tą ofertą. Jak widać, na prze­ło­mie dzie­się­cio­leci dyplo­mata sowiecki wciąż jesz­cze mógł dyk­to­wać wła­sne warunki zatrud­nie­nia.

Z wielką ulgą przy­jął Maj­ski w stycz­niu 1929 roku wia­do­mość o decy­zji Polit­biura odwo­łu­ją­cej go z Tokio. "Jak było do prze­wi­dze­nia - pisał do Litwi­nowa, tym razem nieco pro­tek­cjo­nal­nie, ale zręcz­nie - wasze nasta­wie­nie oży­wia mój "resor­towy patrio­tyzm" i wolę dzia­ła­nia w tym śro­do­wi­sku". 4 kwiet­nia dostał przy­dział do wydziału prasy Nar­ko­min­dieła, ale w nie­spełna tydzień póź­niej posta­no­wiono mia­no­wać go mini­strem peł­no­moc­nym w Hel­sin­kach, gdzie spę­dził kolejne trzy lata. Zwień­cze­niem jego pobytu w Fin­lan­dii stało się pod­pi­sa­nie w 1932 roku fiń­sko-radziec­kiego paktu o nie­agre­sji.

Pla­cówka hel­siń­ska była wpraw­dzie ważna, ale nie prze­sad­nie atrak­cyjna dla Maj­skiego, który naj­wy­raź­niej aspi­ro­wał do znacz­nie bar­dziej pre­sti­żo­wego i ambit­nego sta­no­wi­ska w środ­ko­wej lub zachod­niej Euro­pie. "Tutej­sza ruso­fo­bia i sowie­to­fo­bia - uża­lał się w liście do H.G. Wel­lsa - jest ogromna. To jakiś atak zbio­ro­wego deli­rium". Na razie jed­nak usi­ło­wał zacho­wać "dobrego i rado­snego ducha bojo­wego".

Lon­dyn wciąż go pocią­gał. Nawet po wyda­le­niu z Anglii w 1927 roku Maj­ski żył wyda­rze­niami na bry­tyj­skiej sce­nie poli­tycz­nej. Bra­ils­ford, H.G. Wells i inni dokład­nie infor­mo­wali go o pro­gno­zach przed wybo­rami par­la­men­tar­nymi 1929 roku, które mogły zapo­wia­dać wzno­wie­nie sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych, a może nawet jego powrót do Lon­dynu. Nadzieje te roz­wiały się jed­nak po wybo­rach, gdy Arthur Hen­der­son, mini­ster spraw zagra­nicz­nych w rzą­dzie Ram­saya Mac­Do­nalda, uza­leż­nił ponowne nawią­za­nie sto­sun­ków ze Związ­kiem Sowiec­kim od spła­ce­nia dłu­gów car­skich. Jak się dowie­dział Maj­ski ze swych lon­dyń­skich źró­deł, Mac­Do­nald "czy to przy­pad­kiem, czy świa­do­mie, wpadł pro­sto w pułapkę tory­sów i powtó­rzył stare twier­dze­nia utoż­sa­mia­jące rząd sowiecki z Komin­ter­nem [sic!]". Trzy mie­siące spę­dzone w Moskwie przed obję­ciem pla­cówki w Hel­sin­kach prze­ko­nały go, że mimo kry­tycz­nej sytu­acji wewnętrz­nej rząd sowiecki "by­naj­mniej nie ma ochoty pła­cić tak nie­bo­tycz­nych sum". Celem Maj­skiego stała się więc Europa Środ­kowa.

Szanse awansu wzro­sły, gdy w lipcu 1930 roku cho­rego Czi­cze­rina zastą­pił na sta­no­wi­sku komi­sa­rza spraw zagra­nicz­nych Mak­sym Litwi­now. Maj­ski pospie­szył z gra­tu­la­cjami, choć w nieco pro­tek­cjo­nal­nym tonie, przy­po­mi­na­jąc wspólne nadzieje i marze­nia snute na emi­gra­cji w Lon­dy­nie i nie­koń­czące się nocne dys­ku­sje o spra­wach mię­dzy­na­ro­do­wych w "mrocz­nym, zakop­co­nym miesz­ka­niu na Oakley Squ­are 72". Był to dopiero wstęp do pona­wia­nych próśb o prze­nie­sie­nie z Hel­si­nek, "małego poli­tycz­nego graj­dołka [...] na doda­tek strasz­nie nud­nego", gdzie żaden "aktywny i ener­giczny połpred długo nie wytrzyma". Maj­ski znów usi­ło­wał narzu­cić warunki - tym razem jako osta­teczny ter­min swo­jego prze­nie­sie­nia wyzna­czył począ­tek roku - naj­wy­raź­niej był gotów nawet opu­ścić swoje sta­no­wi­sko w Nar­ko­min­diele. "Zamiar poważ­nego poświę­ce­nia się pracy dyplo­ma­tycz­nej na dłu­żej, o któ­rym pisa­łem Wam kilka lat temu z Lon­dynu, nie tylko nie osłabł w ciągu minio­nego okresu, ale nawet się umoc­nił - zawia­da­miał Litwi­nowa - tak że z nie­chę­cią opusz­czał­bym Nar­ko­min­dieł. Jeśli oczy­wi­ście poja­wią się jakie­kol­wiek kon­kretne szanse na prze­no­siny, pro­szę, byście naj­pierw skon­sul­to­wali je ze mną".

Na razie jed­nak Sta­lin trzy­mał komi­sa­riat żela­zną ręką i Litwi­now nie miał swo­body dzia­ła­nia. Ani oso­bi­sta prośba Maj­skiego, gdy na początku 1931 roku był na urlo­pie w Moskwie, ani póź­niej­sze apele z powta­rza­nymi w kółko argu­men­tami o pogar­sza­ją­cym się zdro­wiu Agniji (czemu mogła zda­niem Maj­skiego zara­dzić jedy­nie kura­cja w Wied­niu) nie zdo­łały wzru­szyć coraz bar­dziej zde­gu­sto­wa­nego Litwi­nowa. "Powin­ni­ście wie­dzieć - przy­po­mi­nał Maj­skiemu - że o tym decy­duję nie ja sam, ale inne wła­dze, które nie są w naj­mniej­szym stop­niu skłonne brać pod uwagę wzglę­dów oso­bi­stych". Maj­ski, nie­zbyt znie­chę­cony, for­so­wał swój plan na­dal, jed­nak na próżno: "Naprawdę sądzi­cie, że praca w Wied­niu skaże mnie na dyplo­ma­tyczną bier­ność? Czy z Wied­nia rze­czy­wi­ście nie da się pra­co­wać nad spra­wami Węgier i Bał­ka­nów? Czy nie można go wyko­rzy­stać do bez­po­śred­nich kon­tak­tów z Ligą Naro­dów itp.?".

Nie otrzy­maw­szy odpo­wie­dzi, Maj­ski poprze­stał na zasy­py­wa­niu Litwi­nowa pochwa­łami, jed­no­cze­śnie czuj­nie wypa­tru­jąc nowych oka­zji: "Nie mam dziś do Was żad­nych spraw, chcę tylko pogra­tu­lo­wać, choćby z daleka, ostat­nich suk­ce­sów w Gene­wie [...]. Tutejsi dyplo­maci wyka­zują naj­wyż­sze zain­te­re­so­wa­nie Waszą osobą i czę­sto mówią o genew­skim suk­ce­sie".

Maj­ski pogo­dził się z prze­dłu­żo­nym poby­tem w Hel­sin­kach, w osłu­pie­nie wpra­wiła go więc 3 wrze­śnia 1932 roku nie­spo­dzie­wana tele­fo­niczna wia­do­mość, że otrzy­mał nomi­na­cję na przed­sta­wi­ciela peł­no­moc­nego w Lon­dy­nie. Kiedy mniej wię­cej mie­siąc wcze­śniej pań­stwo Maj­scy odwie­dzili w Sztok­hol­mie Alek­san­drę Koł­łon­taj i roz­ma­wiali z nią w zaufa­niu, o pla­cówce w Zjed­no­czo­nym Kró­le­stwie na pewno jesz­cze nie było mowy. "Z nie­zbyt zna­czą­cego sta­no­wi­ska w Fin­lan­dii - ze zdu­mie­niem pisała Koł­łon­taj w swoim dzien­niku - nagle Lon­dyn, i to w tak nie­spo­koj­nym okre­sie". Dla wielu kole­gów Maj­skiego, pamię­ta­ją­cych jego budzącą wąt­pli­wo­ści prze­szłość w rzą­dzie w Sama­rze pod­czas wojny domo­wej, ta nomi­na­cja była szo­ku­jąca. Decy­zja, pod­jęta naj­wy­raź­niej w wiel­kim pośpie­chu, świad­czyła o reorien­ta­cji sowiec­kiej poli­tyki zagra­nicz­nej. Litwi­no­wowi udało się prze­ko­nać Sta­lina, że Maj­ski ma dwie naj­waż­niej­sze cechy - dobrze zna Anglię, a przede wszyst­kim potrafi kon­tak­to­wać się i roz­ma­wiać z ludźmi. Sta­lin uznał to za "swego rodzaju eks­pe­ry­ment". Zdo­by­cie agrément dla Maj­skiego zajęło Litwi­no­wowi dwa dni. Nagle odwo­łany amba­sa­dor Sokol­ni­kow pra­gnął - jak słabo uza­sad­niał mini­ster - "pod­jąć pracę w Związku Sowiec­kim", a poza tym "nie służy mu lon­dyń­ski kli­mat". Nazwi­sko Maj­skiego nie wid­niało w Home Office na czar­nej liście dyplo­ma­tów sowiec­kich uwi­kła­nych w wywro­towe dzia­ła­nia pod­czas kry­zysu z 1927 roku, Fore­ign Office uznało więc, że "nie ma w prze­szło­ści M. Maj­skiego nic, co czy­ni­łoby go dla H.M.G (rządu Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa) per­sona non grata". Tym bar­dziej że i w Fin­lan­dii noto­wa­nia miał "nie­złe".

Nomi­na­cję, ide­al­nie dopa­so­waną do jego tem­pe­ra­mentu i ambi­cji, Maj­ski przy­jął jako dowód uzna­nia dla swych talen­tów i sta­tusu, sta­wia­jący go w roli aktora pierw­szego planu. "Lon­dyn sta­nowi cen­trum świata - pisał do ojca. - Dru­gim cen­trum jest Moskwa. Pra­cuję na prze­cię­ciu tych dwóch sys­te­mów, nic więc dziw­nego, że cały czas i ener­gię poświę­cam na roz­wią­zy­wa­nie wielu pro­ble­mów, jakie rodzą się z racji jed­no­cze­snego ist­nie­nia świata sowiec­kiego i kapi­ta­li­stycz­nego". Dla Whi­te­hall mia­no­wa­nie Maj­skiego ozna­czało, że Zwią­zek Sowiecki chce w Wiel­kiej Bry­ta­nii pozbyć się rewo­lu­cyj­nego wize­runku i w kwe­stii socja­li­zmu przyj­muje prag­ma­tyczny kurs stop­nio­wych, powol­nych zmian. Sokol­ni­kow naj­wy­raź­niej nie paso­wał do tej wer­sji. Podob­nie jak Maj­ski, był synem pro­win­cjo­nal­nego żydow­skiego leka­rza. Pod­pi­sał trak­tat poko­jowy z Niem­cami zawarty w 1918 roku w Brze­ściu Litew­skim i wyróż­nił się jako mini­ster finan­sów w latach NEP-u. Jed­nakże związki z "nową opo­zy­cją" Kamie­niewa i Zino­wiewa, któ­rzy w 1924 roku wzy­wali do usu­nię­cia Sta­lina z funk­cji sekre­ta­rza gene­ral­nego par­tii, zapro­wa­dziły go na wygna­nie, czyli na sta­nowisko amba­sa­dora w Lon­dynie w latach 1929-1932. Dopóki w sto­sun­kach z Wielką Bry­ta­nią nic spe­cjal­nego się nie działo, Sokol­ni­kowa można było spo­koj­nie trzy­mać w Anglii. Odda­le­nie naj­wy­raź­niej jed­nak nie wyszło mu na dobre, bo stra­cił umie­jęt­ność dzia­ła­nia w szybko zmie­nia­ją­cych się oko­licz­no­ściach, w któ­rych rela­cje z Wielką Bry­ta­nią oka­zały się szcze­gól­nie ważne dla rosyj­skich inte­re­sów naro­do­wych. Po angiel­sku mówił słabo i nawet pełna dobrej woli Beatrice Webb pisała, że jest "sumienny i asce­tyczny - praw­dziwy pury­ta­nin - nie pali, nie pije wina [...] i naiw­nie wie­rzy w komu­nizm jako ostat­nie słowo nauki". Wolny czas spę­dzał naj­czę­ściej w czy­telni Bri­tish Museum. "W krę­gach dyplo­ma­tycz­nych" był jej zda­niem "oso­bliwą posta­cią [...] czło­wie­kiem bez zna­cze­nia". Maj­skiego nato­miast Litwi­now wybrał wła­śnie z powodu jego ujmu­ją­cej oso­bo­wo­ści. Esmond Ovey, amba­sa­dor bry­tyj­ski w Moskwie, po pierw­szym spo­tka­niu z Maj­skim stwier­dził, że jest "przy­jaź­nie nasta­wiony i roz­mowny [...] zna­jo­mo­ści nawią­zuje dużo łatwiej niż jego poprzed­nik".

- Dla­tego go mia­no­wa­łem! - z miej­sca zare­ago­wał na tę opi­nię Litwi­now. Rezy­du­jąca w Sztok­hol­mie Alek­san­dra Koł­łon­taj przy­pi­sy­wała nomi­na­cję Maj­skiego coraz sil­niej­szym oba­wom Moskwy, że pogor­sze­nie sto­sun­ków może ponow­nie, tak jak w 1927 roku, dopro­wa­dzić do ich zerwa­nia. Litwi­now słał do niej depe­szę za depe­szą, żąda­jąc wszel­kich moż­li­wych infor­ma­cji o poli­tyce bry­tyj­skiej; nale­żało stąd wno­sić, że amba­sa­dor w Lon­dy­nie nie cie­szył się już zaufa­niem cen­trali.

Moment nomi­na­cji był dobry, ponie­waż Sta­lin chciał usu­nąć Sokol­ni­kowa z pla­cówki, a Litwi­now w tym samym cza­sie zamie­rzał prze­su­nąć punkt cięż­ko­ści dyplo­ma­tycz­nych dzia­łań z Ber­lina do Lon­dynu i prze­ła­mać mur wro­go­ści kon­ser­wa­ty­stów. Maj­ski miał oczy­wi­ście na swoim kon­cie ważny suk­ces, jakim był pakt o nie­agre­sji z Fin­lan­dią; na doda­tek nie­ustan­nie przy­po­mi­nał o sobie Litwi­nowowi, który z kolei wie­dział o jego sze­ro­kich kon­tak­tach w Anglii, o bie­gło­ści w języku i zna­jo­mo­ści kraju. Jaw­nie wojow­ni­czego Sokol­ni­kowa zastą­pił "lep­szy dyplo­mata i mniej zażarty komu­ni­sta" - takie były pierw­sze wra­że­nia Beatrice Webb. Mien­sze­wicka prze­szłość Maj­skiego natu­ral­nie nie uszła uwagi Fore­ign Office, podob­nie jak oko­licz­no­ści, w któ­rych - dopiero po zło­że­niu "ofi­cjal­nej samo­kry­tyki" - przy­stał do "bol­sze­wic­kiej owczarni". Stwier­dził w roz­mo­wie z Beatrice Webb, że sowiecki komu­nizm jest "w fazie two­rze­nia". "Fana­tyczną meta­fi­zykę" (okre­śle­nie zastęp­cze dla "ide­olo­gii") i repre­sje uwa­żał za nie­unik­niony etap przej­ściowy. Wie­rzył, bez "fana­ty­zmu", w "nową cywi­li­za­cję" utwo­rzoną w Związku Sowiec­kim jako "kolejny", ale nie "ostatni, krok w postę­pie ludz­ko­ści". Rasa ludzka, jak mówił, będzie "zmie­rzać ku coraz więk­szej wie­dzy, miło­ści i pięknu". Odda­wał się uto­pij­nym marze­niom o cza­sach, gdy jed­nostkę "pochło­nie dzia­ła­nie w inte­re­sie całej spo­łecz­no­ści. Dzięki postę­powi wie­dzy czło­wiek pod­bije naszą pla­netę, a potem wyru­szy na pod­bój Wenus!". Bawiąc się z Beatrice i Sid­neyem w "nie­bez­pieczną grę": co może się zda­rzyć "po znik­nię­ciu Sta­lina", Maj­ski odrzu­cał myśl, że zastąpi go inny "ubó­stwiany" przy­wódca. Bożysz­cze będzie "zbędne, usta­no­wiona zosta­nie cał­ko­wi­cie wolna demo­kra­cja komu­ni­styczna".

5 wrze­śnia 1932 roku Litwi­now poin­for­mo­wał Maj­skiego, że "decy­zja o [jego] nomi­na­cji, już zatwier­dzona przez instan­cję [Sta­lina], musi tylko przejść jesz­cze przez Cen­tralny Komi­tet Wyko­naw­czy, co nastąpi z chwilą otrzy­ma­nia agrément". Maj­ski, który już i tak zre­zy­gno­wał z let­niego urlopu, teraz poje­chał na tydzień do Moskwy po instruk­cje. Nie wyra­żały one, jak zapew­niał go Litwi­now, "jego oso­bi­stych poglą­dów, ale wytyczne naj­wyż­szych władz". Maj­skiego poin­for­mo­wano o oba­wach Kremla, że weimar­skie Niemcy są "na ostat­nich nogach" i że spo­dzie­wane, rychłe obję­cie wła­dzy przez Hitlera wpro­wa­dzi chaos na sce­nie mię­dzy­na­ro­do­wej, a także zagrozi poko­jowi, nie­odzow­nemu dla wewnętrz­nych, gospo­dar­czych i poli­tycz­nych prze­mian doko­ny­wa­nych w Związku Sowiec­kim. Litwi­now już wcze­śniej stwier­dził iro­nicz­nie, że w poli­tyce mię­dzy­na­ro­do­wej trudno wpro­wa­dzać plany pię­cio­let­nie. Postępy nazi­zmu wyma­gały więc gwał­tow­nej, cał­ko­wi­tej zmiany frontu w sto­sun­kach z Wielką Bry­ta­nią, do tej pory uwa­ża­nej za awan­gardę kru­cjaty prze­ciw rewo­lu­cji rosyj­skiej. W prze­ciwieństwie do poli­tyki wewnętrz­nej poli­tyka zagra­niczna, od pew­nego czasu bar­dziej ela­styczna, zaczęła reago­wać na zmie­nia­jące się wyzwa­nia.

Twarda rze­czy­wi­stość kazała przejść od prób budo­wa­nia socja­li­stycz­nej soli­dar­no­ści i popar­cia dla rewo­lu­cji rosyj­skiej w krę­gach labo­urzy­stów do kokie­to­wa­nia kon­ser­wa­ty­stów, któ­rzy - jak nie­zmor­do­wa­nie pod­kre­ślał Litwi­now - "tak naprawdę rzą­dzą Wielką Bry­ta­nią!". W ciągu kilku dni Maj­ski przy­go­to­wał dla Litwi­nowa robo­czy plan, cha­rak­te­ry­styczny dla jego nie­kon­wen­cjo­nal­nego stylu upra­wia­nia dyplo­ma­cji, zwłasz­cza wyko­rzy­sta­nia prasy i kon­tak­tów oso­bi­stych; zakła­da­jący "moż­li­wie naj­szer­szy pro­gram wizyt, jakie zgod­nie z dyplo­ma­tyczną ety­kietą musi zło­żyć nowo mia­no­wany amba­sa­dor, czyli nie tylko oso­bom z wąskiego kręgu zwią­za­nego z Fore­ign Office, ale także nie­któ­rym człon­kom rządu, pro­mi­nent­nym poli­ty­kom, przed­sta­wi­cie­lom City i świata kul­tury".

Współ­praca z kon­ser­wa­ty­stami sta­no­wiła dla dyplo­ma­tów sowiec­kich szcze­gólne wyzwa­nie, wyma­gała wzmo­żo­nego napię­cia, i tak typo­wego dla ich dzia­łań. Maj­ski już w Hel­sin­kach zgłę­biał naturę dyplo­ma­cji rewo­lu­cyj­nej. Wska­zó­wek szu­kał u socja­li­stycz­nego inte­lek­tu­ali­sty Bra­ils­forda: "Czy zna Pan jakieś prace opi­su­jące dzia­ła­nia dyplo­ma­tyczne/sto­sunki dyplo­ma­tyczne, pozy­cję dyplo­ma­tów repre­zen­tu­ją­cych rewo­lu­cyjne rządy Anglii, Ame­ryki (1776) i Fran­cji (1789) przy zagra­nicz­nych dwo­rach, rzą­dach itp.? Czy są może jakieś cie­kawe pamięt­niki takich osób?". Zaj­mo­wała go ta sprawa jesz­cze w 1933 roku, gdy usi­ło­wał - jak mówił Beatrice Webb - dociec, "jak byli trak­to­wani dyplo­maci z takich państw i jak się zacho­wy­wali".

Uwo­dzi­ciel­ski bur­żu­azyjny wystrój amba­sady

Bol­sze­wicki dyplo­mata, czę­sto boj­ko­to­wany, a jed­no­cze­śnie ocza­ro­wany bur­żu­azją, sta­wał przed dyle­ma­tem: jak przy­swoić sobie sto­sowny spo­sób bycia i styl życia, zaprzy­jaź­niać się czy wręcz utoż­sa­miać z "wro­giem", zacho­wu­jąc jed­no­cze­śnie rewo­lu­cyjną żar­li­wość i etos. Szcze­gól­nie trudne stało się to po kło­po­tach dyplo­ma­tycz­nych, jakie spo­tkały Rosjan w 1927 roku w wyniku ich zaan­ga­żo­wa­nia w strajk powszechny w roku 1926. Tak­tyka "jed­no­li­tego frontu" ponio­sła klę­skę, amba­sa­do­ro­wie sowieccy stra­cili popar­cie labo­urzy­stów i wpa­dli w łapy kon­ser­wa­tyw­nego lwa.

Z dyle­ma­tem tym Maj­ski pró­bo­wał sobie radzić przez wszyst­kie lata dyplo­ma­tycz­nej kariery, ale z mier­nym skut­kiem. Zde­cy­do­wa­nie odrzu­cał oskar­że­nia o zdradę, z jakimi spo­ty­kał się z racji swej mien­sze­wic­kiej i "kontr­re­wo­lu­cyj­nej" prze­szło­ści. Na opu­bli­ko­wany w "Praw­dzie" arty­kuł na ten temat szybko odpo­wie­dział dłu­gim listem, dając do zro­zu­mie­nia, że jest w pełni świa­dom pro­blemu:

"Śro­do­wi­sko ludzi pra­cu­ją­cych za gra­nicą trawi nie­usta­jąca, wewnętrzna walka mię­dzy zdro­wym, rewo­lu­cyj­nym i pro­le­ta­riac­kim ele­men­tem, który potrafi wła­ści­wie oce­nić wymogi "pro­to­kołu" i dru­gim, słab­szym i opor­tu­ni­stycz­nym, sto­sun­kowo łatwo ule­ga­ją­cym wpły­wom bur­żu­azyj­nego oto­cze­nia [...]. Raz górę bie­rze jeden z nich, raz drugi. Ist­nieje zwłasz­cza nie­bez­pie­czeń­stwo, że zwo­len­nicy "pro­to­kołu" mogą zdo­być pewną prze­wagę [...]. Ważne, byście ni­gdy nie zapo­mi­nali o nas "za gra­nicą" i od czasu do czasu mówili o pro­ble­mach życia sowiec­kich dyplo­ma­tów poza gra­ni­cami ZSSR. Sta­no­wi­łoby to mocne wspar­cie dla tych spo­śród naszych zagra­nicz­nych pra­cow­ni­ków, któ­rzy trak­tują "pro­to­kół" tylko jako zło konieczne i sta­rają się ogra­ni­czyć wszel­kie bur­żu­azyjne kon­we­nanse do abso­lut­nie nie­zbęd­nego mini­mum. Sam oso­bi­ście nie­je­den raz sły­sza­łem, jak w budzą­cych wąt­pli­wo­ści przy­pad­kach, gdy trudno było orzec, gdzie koń­czy się to obo­wiąz­kowe mini­mum, sowieccy dyplo­maci mówili: "Dobrego ni­gdy za wiele", "Masło kaszy nie zaszko­dzi" itp.".

Podobne wyrzuty sumie­nia zna­la­zły się w oso­bi­stym liście wysto­so­wa­nym do Czi­cze­rina z gra­tu­la­cjami z oka­zji dzie­się­ciu lat kie­ro­wa­nia Nar­ko­min­die­łem:

"Sta­nę­li­ście przed bar­dzo trud­nym zada­niem stwo­rze­nia mini­stra spraw zagra­nicz­nych zupeł­nie nowego typu [...]. To znacz­nie trud­niej­sze niż nowy typ mini­stra finan­sów czy rol­nic­twa, bo z racji takiego a nie innego cha­rak­teru pracy stą­pa­cie nie­ustan­nie po cien­kiej linii dzie­lą­cej nas od świata bur­żu­azyj­nego. Jest to dia­bel­nie męczące".

Zna­mienne, że w Wiel­kiej Bry­ta­nii Maj­ski nie uży­wał swego imie­nia w ory­gi­nal­nym rosyj­skim brzmie­niu. Zamiast Iwan pod­pi­sy­wał się fran­cu­skim Jean albo pol­skim Jan, tak jak mówił do niego w mło­do­ści ojciec.

Pro­log

PRO­LOG

27 paź­dzier­nika 19371

Pierw­sza pię­cio­latka mojego amba­sa­do­ro­wa­nia w Anglii dobie­gła końca! Dzień 27 paź­dzier­nika 1932 roku pamię­tam jak dziś. Nomi­na­cja na amba­sa­dora w Lon­dy­nie kom­plet­nie mnie zasko­czyła. Ow­szem, w Hel­sin­kach czy­ta­łem w "Man­che­ster Guar­dian", że Sokol­ni­kow2 wkrótce wyje­dzie i czę­sto zasta­na­wia­łem się, kto go zastąpi. Z jakie­goś powodu ni­gdy jed­nak, robiąc w gło­wie prze­gląd ewen­tu­al­nych kan­dy­da­tów, nie pomy­śla­łem o sobie. Sądzi­łem, że jestem jesz­cze "nie­godny" tak pre­sti­żo­wej i odpo­wie­dzial­nej pla­cówki. Docie­rały do mnie plotki, że NKID3 uważa mnie za jed­nego z naj­bar­dziej uda­nych amba­sa­do­rów i że zapewne rychło zostanę prze­nie­siony z Fin­lan­dii w inne miej­sce [...], ale moja wyobraź­nia nie się­gała dalej niż Praga lub War­szawa.

I nagle 3 wrze­śnia otrzy­ma­łem od M.M. [Litwi­nowa4] infor­ma­cję, że mia­no­wano mnie amba­sa­do­rem w Lon­dy­nie. Nie mogłem uwie­rzyć wła­snym oczom. Depe­sza nade­szła wcze­snym ran­kiem. Posze­dłem do sypialni. Agnija5 jesz­cze spała. Obu­dzi­łem ją i powie­dzia­łem: "Mam ważną wia­do­mość".

- Co się stało? - prze­ra­ziła się. - Cho­dzi o N., tak?

Mie­li­śmy wtedy poważne kło­poty z jed­nym z pra­cow­ni­ków i w każ­dej chwili ocze­ki­wa­łem decy­zji z Moskwy.

- Skąd! Sprawa jest dużo poważ­niej­sza.

Powie­dzia­łem o nomi­na­cji. Agnija zdu­miała się tak samo jak ja. Tam, w sypialni, zaczę­li­śmy ana­li­zo­wać nową sytu­ację ze wszyst­kich moż­li­wych punk­tów widze­nia i już kre­śli­li­śmy plany na naj­bliż­szą przy­szłość.

Bar­dzo poru­szyło mnie zaufa­nie, jakie oka­zali mi M.M. i "naj­wyż­sza instan­cja" [Sta­lin6]; wyra­zi­łem swoje uczu­cia w depe­szy z odpo­wie­dzią. Wia­do­mość o moim wyjeź­dzie do Lon­dynu wpra­wiła w osłu­pie­nie naszą kolo­nię w Hel­sin­kach... Gra­tu­lo­wano mi, ści­skano dłoń, życzono szczę­ścia i suk­ce­sów. Zro­bi­li­śmy kilka zdjęć całego grona i róż­nych gru­pek. Poże­gna­nie było ser­deczne.

Kilka dni póź­niej zaj­rza­łem do Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych i powie­dzia­łem ówcze­snemu mini­strowi, Yrjo-Koski­ne­nowi7, że wyjeż­dżam z Fin­lan­dii na stałe.

[...] Zaczęło się cze­ka­nie na bry­tyj­skie agrément. Lon­dyn nie spie­szył się z odpo­wie­dzią; nade­szła po bli­sko trzech tygo­dniach.

M.M. napi­sał mi, że muszę poja­wić się w Lon­dy­nie naj­póź­niej w dru­giej poło­wie paź­dzier­nika i radził, bym od razu wziął mie­sięczny urlop. Koń­czy­łem jed­nak pracę nad dru­gim wyda­niem Współ­cze­snej Mon­go­lii i zda­wa­łem sobie sprawę, że w Anglii, zwłasz­cza przez pierw­sze pół roku, nie będę miał czasu na dzia­łal­ność lite­racką; zre­zy­gno­wa­łem więc z urlopu i zosta­łem w Fin­lan­dii z zamia­rem ukoń­cze­nia książki [...].

Wyje­cha­łem z Hel­si­nek 2 paź­dzier­nika i po krót­kim postoju w Lenin­gra­dzie dotar­łem do Moskwy. Mam z tego pobytu nie­ja­sne wspo­mnie­nia. Spę­dzi­li­śmy w sto­licy dwa tygo­dnie, w cią­głym pośpie­chu. Odby­łem kilka spo­tkań z M.M. i zapo­zna­wa­łem się z mate­ria­łami. Przed wyjaz­dem odwie­dzi­łem W.M.8. Dał mi nastę­pu­jącą instruk­cję: "Nawią­zuj moż­li­wie naj­wię­cej kon­tak­tów we wszyst­kich war­stwach i śro­do­wi­skach! Miej oczy sze­roko otwarte na wszystko, co dzieje się w Anglii i infor­muj nas na bie­żąco".

Trzy­ma­łem się tej rady pod­czas pobytu w Lon­dy­nie. I muszę przy­znać, że z powo­dze­niem.

Na pla­cówkę w Lon­dy­nie wyje­cha­li­śmy około 20 paź­dzier­nika [...]. Spę­dzi­li­śmy bodaj dwa dni w Ber­li­nie. Zatrzy­ma­li­śmy się też na kilka dni w Paryżu, gdzie Agnija zaopa­trzyła się w naj­waż­niej­sze rze­czy - kiedy kobieta posta­na­wia uzu­peł­nić gar­de­robę, zabiera jej to zwy­kle dużo czasu. Trzeba jed­nak przy­znać, że Agnija jest pod tym wzglę­dem osobą dość powścią­gliwą.

Trium­falny powrót Maj­skiego do Lon­dynu w roli posła nad­zwy­czaj­nego i peł­no­moc­nego ZSRS przy dwo­rze Jego Kró­lew­skiej Mości, 1932 rok

Z Paryża do Anglii wyje­cha­li­śmy rano 27 paź­dzier­nika. Wcze­śniej zadzwo­ni­łem do Lon­dynu, do Kagana9, i popro­si­łem, by spo­tkał się ze mną w Dover. Podróż z jed­nej wiel­kiej zachod­niej sto­licy do dru­giej prze­bie­gła bez spe­cjal­nych wyda­rzeń10. Morze było dość spo­kojne. W dro­dze z Dover do Lon­dynu Kagan poin­for­mo­wał mnie o bie­żą­cych spra­wach. Na dworcu w Lon­dy­nie cze­kała na nas pra­wie cała kolo­nia - około trzy­stu osób. Zja­wił się też Monck jako przed­sta­wi­ciel Fore­ign Office. Tumult na pero­nie był okropny. Towa­rzy­sze witali nas gło­śno i rado­śnie, ścisk pano­wał straszny. A foto­re­por­te­rzy pra­sowi pod­jęli osobny atak [...].

W asy­ście kilku dziel­nych poli­cjan­tów prze­su­wa­li­śmy się wolno pero­nem ku wyj­ściu, oto­czeni hała­śli­wym tłum­kiem. Chwilę póź­niej sie­dzie­li­śmy w ele­ganc­kim samo­cho­dzie amba­sady, który pędził zna­jo­mymi uli­cami Lon­dynu do naszego "domu" na Ken­sing­ton Palace Gar­dens 13, W8...

Mak­sym Litwi­now (po lewej) wyjed­nał u Sta­lina wysła­nie Maj­skiego do Lon­dynu

Powoli wcho­dzimy po kamien­nych scho­dach do holu [...] potem na pierw­sze pię­tro [...] otwie­ramy drzwi naszego apar­ta­mentu z napi­sem: "Pri­vate" [...]. Obcho­dzimy pokoje [...]. Spo­glą­damy przez okna [...].

Nowy dom, nowy kraj, nowa praca. Myśli jak bły­ska­wice prze­bie­gają mi przez głowę: Ile czasu tu spę­dzę? Co zoba­czę? Co prze­żyję? I co mi przy­nie­sie przy­szłość?

Roz­wa­ża­nia w piątą rocz­nicę przy­jazdu do Anglii poja­wiły się w dzien­niku pod datą 27 paź­dzier­nika 1937 roku. [wróć]

Gri­go­rij Jakow­le­wicz Sokol­ni­kow (wł. Hirsz Jan­kie­le­wicz Bril­liant) był, podob­nie jak Maj­ski, synem żydow­skiego leka­rza z pro­win­cji. Pod­pi­sał poko­jowy układ brze­ski z Niem­cami w 1918 roku i wyka­zał się suk­ce­sami jako mini­ster finan­sów w latach Nowej Poli­tyki Eko­no­micz­nej (NEP). Stra­cił sta­no­wi­sko po tym, jak zażą­dał usu­nię­cia Sta­lina z funk­cji sekre­ta­rza gene­ral­nego i skry­ty­ko­wał kolek­ty­wi­za­cję. W latach 1929-1932 był amba­sa­do­rem w Lon­dy­nie, a w latach 1933 i 1934 zastępcą ludo­wego komi­sa­rza spraw zagra­nicz­nych. Aresz­to­wany w roku 1936, został ska­zany na dzie­sięć lat wię­zie­nia za dzia­łal­ność troc­ki­stow­ską; z roz­kazu Berii w 1939 roku zamor­do­wany przez współ­więź­niów. [wróć]

Nar­ko­min­dieł - Ludowy Komi­sa­riat Spraw Zagra­nicz­nych, spo­ra­dycz­nie nazy­wany sowiec­kim Mini­ster­stwem Spraw Zagra­nicz­nych. Tak też był trak­to­wany - nie­ofi­cjal­nie - na początku lat trzy­dzie­stych XX wieku; do połpre­dów bar­dzo czę­sto zwra­cano się jak do amba­sa­do­rów. [wróć]

Mak­sim Mak­simowicz Litwi­now (wł. Meir Moj­sie­je­wicz Wal­lach); od 1898 roku czło­nek Rosyj­skiej Par­tii Socjal­de­mo­kra­tycz­nej; sowiecki przed­sta­wi­ciel dyplo­ma­tyczny w Lon­dy­nie (1917-1918) i w USA (1918); zastępca ludo­wego komi­sa­rza spraw zagra­nicz­nych (1921-1930); ludowy komi­sarz spraw zagra­nicz­nych (1930-1939); amba­sa­dor w USA (1941-1943), zastępca ludo­wego komi­sa­rza spraw zagra­nicz­nych (1943-1946); w dzien­ni­kach czę­sto wystę­puje jako M.M. [wróć]

Agnija Alek­san­drowna Maj­ska (z d. Ski­pina), żona Iwana Maj­skiego (w dzien­ni­kach czę­sto poja­wia się jako A. albo A.A.). Miała za sobą jedno mał­żeń­stwo; uro­dzona w nim córka zmarła w dzie­ciń­stwie. Gdy Maj­scy prze­by­wali w Lon­dy­nie, w roku 1926 zamiesz­kała z nimi córka Iwana Maj­skiego, ale Agnija żaliła się, że takie roz­wią­za­nie szko­dzi ich mał­żeń­stwu, dziew­czynka została więc ode­słana do matki, do St. Peters­burga. Agnija do końca życia męża decy­do­wała o tym, kto może mieć do niego dostęp. [wróć]

Josif Wis­sa­rio­no­wicz Sta­lin (Dżu­gasz­wili), sekre­tarz gene­ralny Komi­tetu Cen­tral­nego Komu­ni­stycz­nej Par­tii Związku Sowiec­kiego (KPZS) od kwiet­nia 1922 roku, czło­nek Biura Poli­tycz­nego (1919-1953), jed­no­cze­śnie od maja 1941 roku prze­wod­ni­czący Rady Komi­sa­rzy Ludo­wych ZSRS. Pod­czas Wiel­kiej Wojny Ojczyź­nia­nej był ludo­wym komi­sa­rzem obrony, wodzem naczel­nym; w 1943 roku został mar­szał­kiem Związku Sowiec­kiego, a w 1945 roku otrzy­mał tytuł gene­ra­lis­si­musa. [wróć]

Aarno Armas Sakari Yrjo-Koski­nen, mini­ster spraw zagra­nicz­nych Fin­lan­dii (1931--1932), amba­sa­dor w ZSRS (1932-1939). [wróć]

Zapewne Wia­cze­sław Michaj­ło­wicz Moło­tow (Skria­bin), czło­nek Biura Poli­tycz­nego (1926-1952), prze­wod­ni­czący Rady Komi­sa­rzy Ludo­wych ZSRS (1930-1941), ludowy komi­sarz/mini­ster spraw zagra­nicz­nych (1939-1949 i 1953-1956). [wróć]

Sier­giej Bory­so­wicz (Samuel Ben­sio­no­wicz) Kagan, pierw­szy sekre­tarz amba­sady sowiec­kiej w Lon­dy­nie (1932-1935), z reko­men­da­cji Maj­skiego awan­so­wany na sta­no­wi­sko radcy (1935-1936); był jego prawą ręką. Usu­nięty w 1939 roku z Nar­ko­min­dieła, pra­co­wał w komi­te­cie miej­skim par­tii w Moskwie w dziale finan­so­wym. [wróć]

20 lat wcze­śniej Maj­skiemu omal nie odmó­wiono wjazdu do Fol­ke­stone, przy­był bowiem pro­mem z Fran­cji z bile­tem trze­ciej klasy; nie miał też wyma­ga­nego "imi­granc­kiego mini­mum", czyli sumy 5 fun­tów. Dopiero gdy wycią­gnął z kie­szeni pomięty list od Czi­cze­rina, potwier­dza­jący jego sta­tus "uchodźcy poli­tycz­nego spod wła­dzy cara", nie­chęt­nie pusz­czono go w dal­szą drogę do Lon­dynu. [wróć]

1934

1934

[Pisa­nie dzien­nika Maj­ski roz­po­czął na dobre dopiero w roku 1934, kiedy sto­sunki mię­dzy ZSSR i Wielką Bry­ta­nią dra­stycz­nie się ochło­dziły. W lipcu 1933 roku w Moskwie aresz­to­wano i oskar­żono o sabo­taż oraz szpie­go­stwo sze­ściu bry­tyj­skich inży­nie­rów z firmy Metro-Vic­kers. Ich pro­ces przy­padł na apo­geum gospo­dar­czej i dyplo­ma­tycz­nej walki wywo­ła­nej pod­pi­sa­niem przez rząd labo­urzy­stow­ski w 1930 roku angiel­sko-sowiec­kiego poro­zu­mie­nia han­dlo­wego, dość szko­dli­wego dla strony bry­tyj­skiej. Nowy, tory­sow­ski rząd, który objął wła­dzę w 1931 roku, wymu­sił na Rosja­nach nego­cja­cje zakoń­czone kolej­nym, bar­dziej wywa­żo­nym ukła­dem, ale po ska­za­niu bry­tyj­skich inży­nie­rów roz­mowy utknęły w mar­twym punk­cie. Lord Simon1, mini­ster spraw zagra­nicz­nych, potę­pił jed­nak układ, co ponie­kąd osła­biło entu­zjazm, z jakim Maj­ski roz­po­czy­nał swoją misję.

W Niem­czech Hitler mocno dzier­żył wła­dzę i nie zamie­rzał oży­wiać ducha Rapallo, wyda­wało się więc, że warunki sprzy­jają popra­wie rela­cji ZSSR z Wielką Bry­ta­nią. Litwi­now, który w czerwcu 1933 roku przy­je­chał do Lon­dynu na Świa­tową Kon­fe­ren­cję Gospo­dar­czą, spo­tkał się z Simo­nem, w wyniku czego znie­siono wszyst­kie sank­cje eko­no­miczne nało­żone na Rosję, a bry­tyj­scy inży­nie­ro­wie odzy­skali wol­ność. Rychło też wzno­wione zostały nego­cja­cje han­dlowe i 16 lutego 1934 roku pod­pi­sano nowe poro­zu­mie­nie. Rosja zyskała szansę wstą­pie­nia do Ligi Naro­dów, co uczy­niła jesz­cze w tym samym roku.

Przy­stę­pu­jąc do swych amba­sa­dor­skich obo­wiąz­ków w Lon­dy­nie, Maj­ski świa­do­mie szedł śla­dem Litwi­nowa, który już w 1931 roku zda­wał sobie sprawę z zagro­że­nia nazi­zmem. Jed­nak bli­sko rok zajęło mu prze­ko­na­nie Sta­lina, że obję­cie wła­dzy przez Hitlera ozna­cza osta­tecz­nie "nie­unik­nioną wojnę w Euro­pie".

Po kon­sul­ta­cjach w Nar­ko­min­diele w lipcu 1933 roku Alek­san­dra Koł­łon­taj2 narze­kała: "Póki co, sta­ramy się utrzy­mać pozory nor­mal­nych sto­sun­ków z Niem­cami. Zbyt mało ata­ków z naszej strony". Przy­zna­wała jed­nak, że zbli­że­nie mię­dzy Niem­cami i Pol­ską jest nie­zwy­kle nie­po­ko­jące i pro­wa­dzi Zwią­zek Sowiecki do zawar­cia ukła­dów o przy­jaźni z Małą Ententą i oczy­wi­ście z Fran­cją. Ofi­cjalny zwrot sowiec­kiej poli­tyki zagra­nicz­nej od wojow­ni­czej i izo­la­cjo­ni­stycz­nej "walki klas" do sys­temu zbio­ro­wego bez­pie­czeń­stwa Euro­pie i na Dale­kim Wscho­dzie nastą­pił w grud­niu 1933 roku. Była to reak­cja na ini­cja­tywę fran­cu­skiego mini­stra spraw zagra­nicz­nych Paula-Bon­co­ura3, który usi­ło­wał wzmoc­nić pod­pi­sany w Moskwie w 1932 roku układ o nie­agre­sji dwu­stron­nym pak­tem o wza­jem­nej pomocy. To Paul-Bon­cour nakła­niał ZSRS do przy­stą­pie­nia do Ligi Naro­dów. Litwi­now wyra­żał zgodę, ale nale­gał na zawar­cie regio­nal­nego trak­tatu o wza­jem­nej obro­nie w ramach Ligi Naro­dów. Zale­żało mu na tym, by: Zwią­zek Sowiecki, Bel­gia, Fran­cja, Cze­cho­sło­wa­cja, Fin­lan­dia i pań­stwa bał­tyc­kie weszły w skład cze­goś, co Rosja­nie nazwali "wschod­nim Locarno". Celem paktu wschod­niego było roz­sze­rze­nie pod­pi­sa­nego w 1926 roku trak­tatu lokar­neń­skiego, który obej­mo­wał gwa­ran­cjami kraje Europy Zachod­niej, ale pozo­sta­wiał bez ochrony gra­nice na wscho­dzie.

W Wiel­kiej Bry­ta­nii zwo­len­ni­kiem takiej kon­cep­cji był stały pod­se­kre­tarz stanu Van­sit­tart4, kry­tyczny wobec Simona, Anthony'ego Edena5 i Neville'a Cham­ber­la­ina6, upa­tru­ją­cych naj­lep­szego spo­sobu utrzy­ma­nia pokoju i sta­bi­li­za­cji w dwu­stron­nych poro­zu­mie­niach z rywa­lami, które osta­tecz­nie dopro­wa­dziły do poli­tyki ustępstw. Jego wła­sna wizja stra­te­giczna opie­rała się na zało­że­niu, że zawie­ra­jąc sojusz ze Związ­kiem Sowiec­kim, Wielka Bry­ta­nia zdoła zacho­wać lokalną rów­no­wagę sił zarówno w Euro­pie, jak i na Dale­kim Wscho­dzie, co w efek­cie powstrzyma eks­pan­sję japoń­ską i nie­miecką. Kry­tycz­nie oce­niał poli­tykę upra­wianą pod wpły­wem emo­cji; nie pozwa­lał, by wstręt do komu­ni­zmu prze­szko­dził mu w roz­gry­wa­niu w walce o wła­dzę bar­dzo waż­nej karty rosyj­skiej. Skła­niał się więc ku euro­pej­skiemu bez­pie­czeń­stwu opar­temu na powsta­łym przed 1914 rokiem soju­szu Wiel­kiej Bry­ta­nii, Fran­cji i Rosji.

W rezul­ta­cie Van­sit­tart i Maj­ski jak dwie Kasan­dry nie­zmor­do­wa­nie prze­strze­gali przed zamia­rami Hitlera. Van­sit­tart i Maj­ski poznali się na przy­ję­ciu w pałacu Buc­kin­gham w 1933 roku. Odtąd spo­ty­kali się dość czę­sto, jako że obu panów łączyły nie tylko poglądy poli­tyczne, ale - jak się oka­zało - także upodo­ba­nia lite­rac­kie i kul­tu­ralne wypły­wa­jące z podob­nego zachwytu nad Heinem, Ler­mon­to­wem i Kan­tem. Roz­mowy scho­dziły więc na występy zespołu Bal­lets Rus­ses Wasyla de Basila w Covent Gar­den albo nowe wysta­wie­nie Świę­tej Joanny Ber­narda Shawa w amba­sa­dzie rosyj­skiej7. Tak naprawdę zbli­żyło ich jed­nak pro­ro­cze prze­ko­na­nie, że nazi­stow­skie Niemcy sta­no­wią ogromne zagro­że­nie dla Wiel­kiej Bry­ta­nii i Związku Sowiec­kiego. Obaj też doce­niali wagę oso­bi­stych kon­tak­tów w dyplo­ma­cji. Van­sit­tart sto­so­wał więc metodę prze­cie­ków infor­ma­cji, by w ten spo­sób poru­szyć opi­nię publiczną i zmo­bi­li­zo­wać ją do dzia­ła­nia, co Maj­ski wie­lo­krot­nie opi­suje w dzien­niku i co sam wkrótce opa­no­wał do per­fek­cji. "Dziwne - pisał Dal­ton8 - jak ci dwaj tak różni od sie­bie świad­ko­wie w wielu punk­tach potwier­dzają wza­jem­nie swoje stwier­dze­nia". Na początku 1938 roku, gdy pre­mie­rem był już Cham­ber­lain, Vani­st­tart "awan­so­wał" jed­nak na nowe, spe­cjal­nie utwo­rzone sta­no­wi­sko "głów­nego doradcy poli­tycz­nego", co sku­tecz­nie wyeli­mi­no­wało go z pro­ce­sów podej­mo­wa­nia decy­zji poli­tycz­nych i w naj­istot­niej­szym momen­cie pozba­wiło Maj­skiego liczą­cego się sojusz­nika w Fore­ign Office.

Pierw­sze ważne spo­tka­nie obu panów nastą­piło pod­czas lun­chu wyda­nego przez Van­sit­tarta na cześć Maj­skiego 21 czerwca 1934 roku. Zapro­szony został także John All­se­brook Simon. Lady Van­sit­tart szep­nęła wtedy na ucho Maj­skiemu o sekre­ta­rzu stanu: - Przy­pusz­czam, że to mój sąsiad z lewej spra­wia kło­poty? [...] niech pan poroz­ma­wia o tym otwar­cie z Vanem. - Dość bez­ce­re­mo­nialna inter­wen­cja pani Van­sit­tart dopro­wa­dziła do kolej­nych, opi­sa­nych w dzien­niku spo­tkań 3, 12 i 18 lipca i zapo­cząt­ko­wała dłu­go­trwałe rela­cje, które zaowo­co­wały odwilżą w sto­sun­kach angiel­sko-sowiec­kich, a jed­no­cze­śnie w Moskwie uła­twiły Litwi­no­wowi prze­for­so­wa­nie zasady zbio­ro­wego bez­pie­czeń­stwa].

12 lipca

Zapro­sił mnie Van­sit­tart i opo­wie­dział o rezul­ta­tach wizyty Bar­thou9. Bry­tyj­czycy są z niej bar­dzo zado­wo­leni. Rząd bry­tyj­ski obie­cał poprzeć plan Paktu Wschod­niego, a także pro­jekt dodat­ko­wego fran­cu­sko-sowiec­kiego układu gwa­ran­cyj­nego, ale wyłącz­nie pod warun­kiem, że Niemcy zostaną dopusz­czone do paktu na takich samych zasa­dach jak Fran­cja i ZSRS. W tej spra­wie Simon będzie prze­ma­wiał jutro w Izbie. Bry­tyj­scy amba­sa­do­ro­wie w Ber­li­nie i War­sza­wie otrzy­mali instruk­cje, by dora­dzać ("w przy­ja­ciel­ski spo­sób") uczest­nic­two w Pak­cie Wschod­nim, a amba­sa­dor w Rzy­mie ma popro­sić rząd wło­ski o popar­cie dla posu­nięć Wiel­kiej Bry­ta­nii.

Wyra­zi­łem Van­sit­tar­towi zado­wo­le­nie z jego rela­cji i obie­ca­łem powia­do­mić rząd sowiecki, że Bry­tyj­czycy chcą włą­czyć Niemcy do układu gwa­ran­cyj­nego [...].

18 lipca

Poin­for­mo­wa­łem dziś Van­sit­tarta, że rząd sowiecki gotów jest uznać Niemcy za rów­no­rzęd­nego uczest­nika fran­cu­sko-sowiec­kiego układu gwa­ran­cyj­nego. Był bar­dzo zado­wo­lony i obie­cał, że podej­mie środki, by nadać temu duży roz­głos w pra­sie. Dobrze by było, by rząd sowiecki także podał swą decy­zję do publicz­nej wia­do­mo­ści. Tym samym znika jedyny powód sprze­ciwu Nie­miec wobec Paktu Wschod­niego. Jeśli jed­nak mimo to Niemcy jesz­cze raz odrzucą tę pro­po­zy­cję, będą mogły winić tylko sie­bie, gdy inne kraje nabiorą podej­rzeń co do ich inten­cji.

Pyta­łem o reak­cję Ber­lina i War­szawy na bry­tyj­skie démarche, o któ­rym Van­sit­tart mówił 12 lipca.

Odpo­wie­dział, że sta­no­wi­sko Neu­ra­tha10 było wro­gie, a Becka11 - chłodne. Obaj jed­nak obie­cali "prze­ana­li­zo­wać sprawę". Na razie nie ma od nich żad­nej odpo­wie­dzi.

V. ponow­nie uświa­do­mił mi, że rząd bry­tyj­ski pra­gnie poprawy sto­sun­ków angiel­sko-sowiec­kich. - Pewien postęp już jest widoczny - stwier­dził - ale nie widzę powodu, dla­czego pro­ces ten nie miałby się znacz­nie posu­nąć naprzód. - ZSRS jest zanie­po­ko­jony postawą Wiel­kiej Bry­ta­nii wobec Nie­miec i Japo­nii, lecz sto­su­nek rządu bry­tyj­skiego do pierw­szego z tych kra­jów okre­ślił Simon w Izbie 13 lipca (kiw­ną­łem głową i powie­dzia­łem, że jego wystą­pie­nie zostało w naszym kraju dobrze przy­jęte). [...].

V. ma jed­nak oso­bi­ście pewną pre­ten­sję w związku z postę­po­wa­niem prasy sowiec­kiej, która nie­rzadko zarzuca Wiel­kiej Bry­ta­nii nasta­wia­nie Japo­nii i Nie­miec prze­ciw ZSRS [...]. Wska­zane byłoby uni­ka­nie bez­po­śred­nich oskar­żeń, że Wielka Bry­ta­nia przy­go­to­wuje się do wojny z ZSRS, bo służy to jedy­nie tym ele­men­tom w pra­sie i w Par­la­men­cie, które są prze­ciwne angiel­sko-sowiec­kiemu zbli­że­niu ("tym bar­dziej że tego rodzaju podej­rze­nia są cał­ko­wi­cie bez­pod­stawne").

Odpar­łem, że wpraw­dzie w pełni podzie­lam odczu­cia i inten­cje V., XIX wiek jed­nak pozo­sta­wił po sobie pewne obcią­że­nia, a okres sowiecki cechuje nie­ustanna walka Wiel­kiej Bry­ta­nii z mło­dym pań­stwem robot­ni­ków i chło­pów. Czy można się więc dzi­wić, że sowiec­kie masy nauczyły się trak­to­wać Wielką Bry­ta­nię jak wroga? [...].

9 sierp­nia

Zasze­dłem do Van­sit­tarta poże­gnać się przed wyjaz­dem na urlop. Wyko­rzy­stał oka­zję do poważ­nej roz­mowy poli­tycz­nej.

Po pierw­sze, oświad­czył, że w odpo­wie­dzi na nasze démarche z 3 sierp­nia (wysto­so­wane przez Kagana pod­czas mojej wizyty w Szko­cji) rząd bry­tyj­ski chęt­nie poprze przy­stą­pie­nie ZSRS do Ligi Naro­dów i zaak­cep­tuje skie­ro­wane przez nią zapro­sze­nie. V. nie prze­wi­duje żad­nych kom­pli­ka­cji, jako że Wielka Bry­ta­nia, Fran­cja i Wło­chy są w tej spra­wie jed­no­myślne. Kto może zgła­szać zastrze­że­nia? Wspo­mnia­łem o Szwaj­ca­rii. V. pogar­dli­wie mach­nął ręką. Wymie­ni­łem Pol­skę. V. zauwa­żył, że Pol­ska nie zary­zy­kuje otwar­tego sprze­ciwu wobec przy­ję­cia ZSRS, ale może prze­han­dlo­wać swoją zgodę za stałe miej­sce w Radzie. Fran­cja musi wcze­śniej Pol­skę przy­ci­snąć. Wielka Bry­ta­nia też w razie czego może pomóc.

- Tak więc - kon­ty­nu­ował - będziemy wkrótce człon­kami tego samego "klubu" (miał na myśli Ligę Naro­dów). Bar­dzo się cie­szę. W tej chwili nie widzę żad­nego więk­szego mię­dzy­na­ro­do­wego pro­blemu, który mógłby poważ­nie róż­nić Wielką Bry­ta­nię i ZSRS. Sam bieg wypad­ków i logika spraw kie­rują nasze pań­stwa ku sobie, tak w Euro­pie, jak i na Dale­kim Wscho­dzie. Mamy jed­na­kowe zda­nie co do tego, skąd pły­nie zagro­że­nie dla świata, więc i nasze poglądy na temat prze­ciw­dzia­ła­nia nie­bez­pie­czeń­stwu powinny być pod wie­loma wzglę­dami zbieżne. Szczere i poważne dys­ku­sje, jakie pro­wa­dzi­li­śmy (zwłasz­cza pierw­sza, z 3 lipca), ogrom­nie przy­czy­niły się do wyja­śnie­nia sta­no­wisk i więk­szego wza­jem­nego zro­zu­mie­nia. To jed­nak dopiero począ­tek. To, że bry­tyj­ski rząd popiera Pakt Wschodni i gotów jest poprzeć wej­ście ZSRS do Ligi Naro­dów, sta­nowi naj­lep­szy dowód poważ­nego zwrotu w sto­sun­kach angiel­sko-sowiec­kich".

- Pod­czas urlopu - oznaj­mił V. - będzie pan oczy­wi­ście widział się z panem Litwi­no­wem. Pro­szę mu prze­ka­zać, że dla poprawy naszych rela­cji wska­zane byłoby uni­ka­nie wszel­kich nie­przy­jem­nych incy­den­tów. Powiedzmy na przy­kład sprawy Metro-Vic­kers czy dys­ku­sji na temat przed­się­bior­stwa Lena Gold­fields12. Same w sobie mogą one nie mieć klu­czo­wego zna­cze­nia, ale nie­bez­pie­czeń­stwo tkwi w roz­bu­dza­niu namięt­no­ści, któ­rych lepiej w angiel­skich masach nie roz­pa­lać. Ważne też, by prasa obu państw dzia­łała z roz­wagą. Teraz, gdy Wielka Bry­ta­nia i ZSRS stają się człon­kami tego samego "klubu", dziwne byłoby rzu­ca­nie wza­jem­nych oskar­żeń o oszu­stwa albo o celo­wa­nie do sie­bie pod sto­łem13.

Na koniec spy­ta­łem V., co wie o Pak­cie Wschod­nim. Powie­dział, że Niemcy i Pol­ska zacho­wują mil­cze­nie. To nie może trwać długo. Oba rządy miały wystar­cza­jąco dużo czasu na "prze­stu­dio­wa­nie" istoty paktu. Teraz trzeba zażą­dać od nich bez­po­śred­niej odpo­wie­dzi. Jeśli jej nie będzie, Fran­cja i ZSRS muszą przy­stą­pić do dzia­ła­nia. Odwle­ka­nie pod­pi­sa­nia układu może być nie­bez­pieczne. W ogóle sta­no­wi­sko Hitlera jest ostat­nio coraz bar­dziej enig­ma­tyczne. Po śmierci Hin­den­burga14 to Hitler stał się praw­dzi­wym władcą Nie­miec. Czego chce? Wojny czy pokoju? Spraw­dzia­nem powinna być Austria. Czas pokaże. Na razie Hitler trzyma się zasady "może w maju, może w grud­niu, może jutro po połu­dniu, w każ­dym razie dzi­siaj nie". Tak trak­tuje sprawę pokoju. Zawsze obie­cuje go jutro, ale nie dziś.

Poże­gna­li­śmy się cie­pło i umó­wi­li­śmy się na spo­tka­nie za dwa mie­siące, jak wrócę do Lon­dynu.

[Maj­ski, zami­ło­wany podróż­nik, wybrał się naj­pierw w pasjo­nu­jącą trzy­mie­sięczną podróż do tak podzi­wia­nej kolebki zachod­niej cywi­li­za­cji - do Włoch, Gre­cji i Kon­stan­ty­no­pola. Póź­niej w Związku Sowiec­kim tuż przed wyjaz­dem do Lon­dynu odbył dwu­dniowe, inten­sywne roz­mowy ze Sta­li­nem i z Litwi­no­wem na temat przy­szłego kursu sowiec­kiej poli­tyki zagra­nicz­nej. Wyniósł z nich silne wra­że­nie, że Sta­lin "osią­gnął teraz nie­mal taką samą umy­słową wyż­szość nad swymi kole­gami jak kie­dyś Lenin"15.

W Lon­dy­nie Maj­ski usil­nie sta­rał się dać do zro­zu­mie­nia, że Zwią­zek Sowiecki odszedł od dyna­micz­nego, rewo­lu­cyj­nego kursu; jed­nak w Fore­ign Office jego zapew­nie­nia nie budziły zain­te­re­so­wa­nia. Poka­zy­wały, "jak daleko [rząd sowiecki] gotów się posu­nąć, by zapew­nić sobie tu życz­li­wość [...] podyk­to­wane były raczej wzglę­dami doraź­nymi niż prze­ko­na­niem". Jed­nak obawa, że Rosja­nie mogą zacie­śnić więzy z Niem­cami, skło­niła Fore­ign Office do przy­chyl­nej odpo­wie­dzi na sowiec­kie gesty].

1 listo­pada

Nabie­ram coraz moc­niej­szego prze­ko­na­nia, że Bal­dwin16 wciąż jest mimo wszystko rze­czy­wi­stym lide­rem par­tii kon­ser­wa­tyw­nej, a tym samym lide­rem Anglii i Impe­rium Bry­tyj­skiego. Nie jest to jed­nak zwy­czajny przy­wódca. H. Mac­mil­lan17 (kon­ser­wa­ty­sta) powie­dział mi kie­dyś: "Bal­dwin to nasz Kutu­zow" (miał na myśli Kutu­zowa z Wojny i pokoju Lwa Toł­stoja).

4 listo­pada

W dzi­siej­szym "Obse­rve­rze" Garvin18 ostro ata­kuje japoń­skie żąda­nia pary­tetu mor­skiego z Wielką Bry­ta­nią i USA. Z punktu widze­nia bry­tyj­skiego impe­ria­li­zmu jest w jego argu­men­tach sporo prawdy. Garvin docho­dzi do nastę­pu­ją­cego wnio­sku: jeśli poro­zu­mie­nie mię­dzy Japo­nią, USA i Wielką Bry­ta­nią okaże się nie­moż­liwe, należy dążyć do poro­zu­mie­nia USA i Wiel­kiej Bry­ta­nii (prze­ciw Japo­nii) [...]. Ten sam numer "Obse­rvera" przy­nosi infor­ma­cję z Kal­kuty, że Gan­dhi19, zmę­czony i roz­cza­ro­wany, wyco­fuje się, a Kon­gres Indyj­ski, teraz skła­da­jący się nie­mal wyłącz­nie z wysoce prag­ma­tycz­nych poli­tycz­nych han­dla­rzy, gotów jest pogo­dzić się z przy­go­to­waną przez Bry­tyj­czy­ków reformą indyj­skiej kon­sty­tu­cji i w pełni wyko­rzy­stać sta­no­wi­ska i syne­kury, które dzięki niej powstaną. "Nie­prak­tyczny ide­alizm" Gan­dhiego ich po pro­stu blo­kuje. Dla­tego jego wyco­fa­nie się przyj­mują z zado­wo­le­niem [...].

Gan­dhi! Mam książkę Fulop-Mil­lera Lenin i Gan­dhi, wydaną w 1927 roku w Wied­niu. Autor z dużym talen­tem pre­zen­tuje obu przy­wód­ców, zesta­wia ich syl­wetki jako dwóch rów­no­rzęd­nych, naj­więk­szych indy­wi­du­al­no­ści naszych cza­sów. Sie­dem lat temu to porów­na­nie wyda­wało się absur­dalne tylko komu­ni­stom i może jesz­cze kilku co bar­dziej prze­ni­kli­wym przed­sta­wi­cie­lom euro­pej­skiej bur­żu­azji. Ale teraz? Kto, nawet w krę­gach bur­żu­azyj­nych inte­lek­tu­ali­stów, powa­żyłby się zrów­ny­wać Lenina z Gan­dhim? Dziś dla każ­dego, nawet wroga, jest jasne, że Lenin to w histo­rii Mont Blanc, który na zawsze pozo­sta­nie jaśnie­ją­cym szczy­tem wska­zu­ją­cym drogę w tysiąc­let­nim roz­woju ludz­ko­ści, pod­czas gdy Gan­dhi jest zale­d­wie tek­tu­rową makietką, która poły­skuje nikłym świa­tłem przez dzie­sięć lat, po czym szybko roz­pada się i po latach ląduje zapo­mniana na śmiet­niku histo­rii. Oto jak czas i wyda­rze­nia pozwa­lają odróż­nić praw­dziwy szla­chetny kru­szec od taniej imi­ta­cji.

[W spo­sób, który dziś byłby zwy­cza­jową prak­tyką, ale w latach trzy­dzie­stych XX wieku nale­żał do rzad­ko­ści, Maj­ski sta­ran­nie dba o dobre sto­sunki z wła­ści­cie­lami i redak­to­rami naczel­nymi naj­waż­niej­szych gazet, zwłasz­cza kon­ser­wa­tyw­nych. Zna­ko­mi­tym tego przy­kła­dem jest jego obfita kore­spon­den­cja z Garvi­nem, współ­pra­cow­ni­kiem lorda i lady Astor20 i naczel­nym redak­to­rem "Obse­rvera". Maj­ski infor­mo­wał Garvina, cza­sem w spo­sób dość sub­telny, a cza­sem cał­kiem otwar­cie, o spra­wach, które jako ważne zasłu­gi­wały jego zda­niem na omó­wie­nie w gaze­cie].

10 listo­pada

Wczo­raj wie­czo­rem byłem na dorocz­nej kola­cji u lorda majora21. 9 listo­pada to ważny dzień w życiu mia­sta. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów w tym dniu roz­po­czyna urzę­do­wa­nie kolejny lord major (odpo­wied­nik bur­mi­strza w City of Lon­don, wybie­rany na rok; nie jest bur­mi­strzem Lon­dynu - przyp. tłum.). [...] Lord Mayor's Show, śre­dnio­wieczna parada, prze­cho­dzi uli­cami mia­sta, a wie­czo­rem w Guil­dhall odbywa się wystawny ban­kiet dla lon­dyń­skich nota­bli, z udzia­łem 500-600 gości. Na liście zapro­szo­nych są też sze­fo­wie misji, ale [...] po pierw­sze, zapro­sze­nie nie obej­muje żon (Anglicy przy­by­wają ze swo­imi paniami), a po dru­gie - nie wszyst­kich spo­tyka ten zaszczyt; tylko amba­sa­do­rów i dwóch naj­star­szych sze­fów misji.

Naj­bar­dziej oso­bliwa jest uro­czy­stość wie­czorna. Nowo wybrany lord major razem z żoną - obecny lord major22 jest wdow­cem, towa­rzy­szyła mu więc córka - stają na nie­wiel­kim podium na końcu dłu­giego holu biblio­teki. Od wej­ścia do podium cią­gnie się piękny, czarno-czer­wony dywan, po któ­rym idą kolejni goście. Herold w stroju z epoki Tudo­rów gło­śno wypo­wiada nazwi­sko każ­dego przy­by­łego. Należy dostoj­nym kro­kiem poko­nać całą dłu­gość dywanu, wejść na podium i uści­snąć dłoń lorda majora oraz jego żony. Następ­nie goście usta­wiają się po lewej lub pra­wej stro­nie gospo­da­rza, sto­sow­nie do ich sta­no­wi­ska i rangi. Stop­niowo po obu stro­nach gro­ma­dzą się spore tłumy sta­ran­nie obser­wu­jące następ­nych wcho­dzą­cych. Zgod­nie ze zwy­cza­jem naj­bar­dziej pro­mi­nentne osoby wita się okla­skami, mniej lub bar­dziej gło­śnymi, w zależ­no­ści od ich sta­tusu i popu­lar­no­ści. Gdy już wszy­scy się poja­wią, for­muje się uro­czy­sty pochód. Na początku idą trę­ba­cze w śre­dnio­wiecz­nych stro­jach, za nimi mar­sza­łek City i spo­wied­nik lorda majora, po nich, po lewej stro­nie, straż­nik laski mar­szał­kow­skiej, za nim lord major w kape­lu­szu i dłu­giej sza­cie z tre­nem, wresz­cie pre­mier (Mac­Do­nald)23 z miecz­ni­kiem po pra­wej stro­nie, a za nimi żona pre­miera (tym razem córka, Ish­bel24, i żona lorda majora [...]. Cała pro­ce­sja prze­mie­rza wolno gale­rię obra­zów i obcho­dzi salę ban­kie­tową, aż wszy­scy uczest­nicy zajmą swoje miej­sca przy stole. Uczta roz­po­czyna się od obo­wiąz­ko­wej zupy żół­wio­wej, moim zda­niem kom­plet­nie nie­ja­dal­nej...

W sumie jest to wido­wi­sko olśnie­wa­jące, nie­zwy­kle barwne i na śre­dnio­wieczny spo­sób pod­nio­słe. Nic dziw­nego: na okładce pro­gramu i menu ban­kietu wid­nieje rycina przed­sta­wia­jąca Kartę nadaną przez króla Jana 9 maja 1215 roku, potwier­dza­jącą swo­body City of Lon­don i przy­zna­jącą baro­nom prawo corocz­nego wybie­ra­nia bur­mi­strza, który powi­nien być wierny kró­lowi, skromny i zdolny do rzą­dze­nia mia­stem; ma też zaraz po elek­cji zostać przed­sta­wiony kró­lowi lub - pod jego nie­obec­ność - naj­wyż­szemu sędziemu.

***

Pod­czas wczo­raj­szego ban­kietu było kilka cie­ka­wych momen­tów.

[...] Kiedy szu­ka­łem swo­jego miej­sca i dzie­liły mnie od niego tylko dwa krze­sła, usły­sza­łem nagle, że ktoś mówi po rosyj­sku. Pod­nio­słem wzrok i zoba­czy­łem naprze­ciwko, po dru­giej stro­nie stołu, gwał­tow­nie gesty­ku­lu­jącą, wysoką, siwo­włosą damę w sukni z sza­ro­błę­kit­nego jedwa­biu i żół­ta­wej bro­ka­to­wej narzutce. Była bar­dzo zde­ner­wo­wana. Twarz, dość miłą, pokry­wały czer­wone plamy. Towa­rzy­szyło jej dwoje mło­dych ludzi, nieco zdez­o­rien­to­wa­nych: młoda dziew­czyna w zie­lo­nej sukni i nobli­wie wyglą­da­jący siwo­włosy dżen­tel­men w aksa­mit­nym stroju z gwiazdą na piersi. - Nie mogę tu sie­dzieć! Po pro­stu nie mogę! - wołała histe­rycz­nie po rosyj­sku.

Nobliwy dżen­tel­men szep­tał jej coś uspo­ka­ja­jąco do ucha, ale bez rezul­tatu. - Nie będę tu sie­dzieć! Wycho­dzę! - krzy­czała.

Dziew­czyna w zie­lo­nej sukni prze­su­nęła nakry­cia na stole i usa­do­wiła damę dwa krze­sła dalej ode mnie. Pani odro­binę się uspo­ko­iła, ale gdy zoba­czyła, że zaj­muję swoje miej­sce, policzki jej zapło­nęły i wybu­chła znowu: - Ma pan krew na rękach!

Popa­trzy­łem na nią iro­nicz­nie i spo­koj­nie nawią­za­łem roz­mowę z sąsiadką przy stole. Pod­nie­cona dama z naprze­ciwka opa­dła na krze­sło i ze zło­ścią prze­sta­wiła wazon z kwia­tami, żeby się przede mną zasło­nić.

Spy­ta­łem póź­niej w roz­mo­wie moją sąsiadkę, jak się oka­zało, żonę wice­bur­mi­strza Twy­folda, jak się nazywa kobieta, któ­rej zawdzię­cza­li­śmy tę scenę.

- Ach - powie­działa - to lady Kyna­ston Studd. Jej mąż, sir Kyna­ston Studd25 (dżen­tel­men w aksa­mit­nym stroju), był rad­nym. Przez rok peł­nił funk­cję lorda majora, a potem prze­szedł na eme­ry­turę. Ma pie­nią­dze, żona jest rosyj­ską księż­niczką. Pobrali się w cza­sie wojny.

Po czym dodała zna­czą­cym tonem: - Lady Studd to cza­ru­jąca kobieta, ale bar­dzo emo­cjo­nal­nie napięta.

Cóż za deli­kat­ność w sfor­mu­ło­wa­niu! Jak bar­dzo angiel­ska! Mąż rosyj­skiej księż­niczki, naj­wy­raź­niej zaszo­ko­wany zacho­wa­niem żony, sta­rał się być dla mnie szcze­gól­nie uprzejmy (znów na spo­sób angiel­ski) i nawet wzniósł toast za moje zdro­wie. Jego zawzięta żona tym­cza­sem, nieco zaru­mie­niona po winie, jakby "pozwo­liła miło­sier­dziu zapa­no­wać nad spra­wie­dli­wo­ścią". Odsu­nęła wazon, który nas prze­dzie­lał i zaczęła przy­glą­dać mi się z osten­ta­cyjną aro­gan­cją...

15 listo­pada

Byłem dziś na kola­cji wyda­nej przez starą, liczącą 600 lat gil­dię księ­ga­rzy i dru­ka­rzy Wor­ship­ful Com­pany of Sta­tio­ners and New­spa­per Makers. Spo­dzie­wa­łem się jakichś daw­nych oby­cza­jów przy stole, ale się zawio­dłem. Kola­cja jak wszyst­kie inne, łącz­nie z nie­od­łączną zupą żół­wiową, i tylko skle­pione łukowo okna sali jadal­nej nawią­zy­wały do prze­szło­ści. Nie­prawda: był też puchar prze­ka­zy­wany z rąk do rąk, ale widy­wa­łem to już na ban­kie­tach u lorda majora. Za to goście rze­czy­wi­ście wno­sili powiew śre­dnio­wie­cza. Po pra­wej stro­nie mia­łem lorda Mar­shalla26 (słynny wydawca, były bur­mistrz Lon­dynu), który z dumą oświad­czył, że jest człon­kiem gil­dii od 55 lat!

- Czy człon­ko­stwo jest dzie­dziczne? - spy­ta­łem, nieco skon­ster­no­wany.

- Nie - odparł - nie jest. Wstą­pi­łem do gil­dii w chwili, gdy roz­po­czą­łem prak­tykę w zawo­dzie.

Oka­zało się, że mój sąsiad ma już lat 70. Z lewej strony sie­dział lord Wake­field27, wielki przed­się­biorca naf­towy, słynny filan­trop i radny Lon­dynu. Ma też koło sie­dem­dzie­siątki (jest szkol­nym kolegą Mar­shalla!). Ten sza­cowny dostoj­nik Impe­rium Bry­tyj­skiego powie­dział mi, że mniej wię­cej 30 lat temu (angiel­ska miara czasu!) zamie­rzał odwie­dzić St. Peters­burg i nawet zamó­wił bilety, gdy nagle, w ostat­niej chwili, dostał depe­szę z wia­do­mo­ścią: "W Rosji zaraza". Oczy­wi­ście, zre­zy­gno­wał z podróży. Może teraz warto się wybrać? [...]. Popar­łem ten pomysł.

- Pro­szę mi powie­dzieć - cią­gnął, pocie­ra­jąc czoło, jakby sobie coś przy­po­mi­nał. - Macie tam kogoś takiego... nazywa się Lenin... rze­czy­wi­ście jest tak nie­sa­mo­wi­cie bystry?

- Zapew­niam, że był - uśmiech­ną­łem się - nie­stety, umarł w 1924 roku.

- Umarł? - w gło­sie Wake­fielda brzmiał zawód. - Naprawdę?... Nie wie­dzia­łem.

Pro­szę, jak dobrze śmie­tanka angiel­skiej bur­żu­azji jest zorien­to­wana w spra­wach sowiec­kich!

Istot­nie, zapach­niało śre­dnio­wie­czem!...

***

Od ubie­głego roku prze­wod­ni­czą­cym (czy mistrzem) gil­dii jest książę Walii28. Nasz "przy­ja­ciel", arcy­bi­skup Can­ter­bury29 wygło­sił żar­to­bliwy toast na cześć księ­cia (trzeba przy­znać, że arcy­bi­skup jest w takich sytu­acjach wybit­nym ora­to­rem), a książę odpo­wie­dział w zwy­cza­jowy spo­sób. Potem wszy­scy prze­szli do palarni. Tam książę, który uwa­żał, że obo­wiąz­kiem gospo­da­rza jest wymie­nić kilka grzecz­no­ści z każ­dym z obec­nych dyplo­ma­tów, zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie wcią­gnął mnie w długą roz­mowę, zbyt poważną jak na oko­licz­no­ści. Naj­pierw zapy­tał, czy czę­sto muszę wypo­wia­dać się publicz­nie. Kiedy kom­ple­men­to­wa­łem jego wystą­pie­nie, nieco zakło­po­tany zaczął wspo­mi­nać naj­lep­szych angiel­skich mów­ców, daw­nych i obec­nych. Wymie­nił nie­ży­ją­cego lorda Bir­ken­he­ada30, gene­rała Smutsa31 i Lloyda Geo­rge'a32, ale pomi­nął Mac­Do­nalda. - Wie pan, on nie jest tak cał­kiem... - skrzy­wił się lekko. Prze­szedł potem do poli­tyki zagra­nicz­nej, roz­wo­dził się o groź­bie wojny i skom­pli­ko­wa­nej sytu­acji mię­dzy­na­ro­do­wej, na koniec stwier­dził, że wojny nie chce nikt - ani Anglia, ani Fran­cja ("może na niej tylko stra­cić"), ani nawet Niemcy. Wyra­zi­łem wąt­pli­wo­ści co do poko­jo­wych inten­cji tych ostat­nich, jak rów­nież Japo­nii. Książę nie zapro­te­sto­wał, ale mocno pod­kre­ślał, że Anglia dąży tylko do pokoju, a idee mili­ta­ry­zmu są obce duchowi narodu bry­tyj­skiego [...]. Sowiecka poli­tyka zagra­niczna jest poli­tyką pokoju, oświad­czy­łem na to, z zado­wo­le­niem przyj­muję więc słowa księ­cia Walii, że Wielka Bry­ta­nia zmie­rza do tego samego celu. To ucie­szyło księ­cia; jak powtó­rzył: wojny tak naprawdę nie chce nikt, a siły pokoju są dużo licz­niej­sze i potęż­niej­sze od sił wojny. Zwró­ci­łem jed­nak uwagę, że siły wojny są znacz­nie lepiej zor­ga­ni­zo­wane, a doty­czy to zwłasz­cza pro­du­cen­tów broni, nie­bez­pie­czeń­stwo jest więc rze­czy­wi­ście bar­dzo poważne... Pod koniec pytał o moją prze­szłość, opo­wie­dzia­łem mu więc, jak wyglą­dała moja kariera w dyplo­ma­cji. - Gdzie uczył się pan angiel­skiego? - spy­tał. Odpar­łem, że przez pięć lat, od 1912 do 1917 roku, miesz­ka­łem w Anglii jako emi­grant poli­tyczny. Książę roze­śmiał się i zawo­łał: - A teraz jest pan amba­sa­do­rem! Oto znak czasu. Żyjemy w zadzi­wia­ją­cej epoce!33.

Gawę­dzi­li­śmy tak 10-15 minut. Sta­li­śmy pośrodku palarni, a dookoła wymie­niał spoj­rze­nia i szepty tłum zdu­mio­nych dyplo­ma­tów i około 200 bry­tyj­skich nota­bli, z arcy­bi­sku­pem Can­ter­bury na czele.

16 listo­pada

Po powro­cie z urlopu odwie­dzi­łem Edena. Nie zamie­rza­łem dys­ku­to­wać o poważ­nych spra­wach, ale nasza roz­mowa sama zeszła na bie­żące sprawy poli­tyczne. Oto naj­waż­niej­sze z nich:

1. Eden powie­dział, dosłow­nie: - W obec­nej chwili nie ma ni­gdzie na świe­cie żad­nego kon­fliktu mię­dzy Wielką Bry­ta­nią i ZSRS. Prze­ciw­nie, oba kraje mają jeden wspólny i bar­dzo ważny inte­res - zacho­wa­nie pokoju. Wy potrze­bu­je­cie pokoju, by dokoń­czyć swój wielki eks­pe­ry­ment, a także dla budowy i roz­kwitu han­dlu. To stwa­rza warunki sprzy­ja­jące popra­wie sto­sun­ków angiel­sko-sowiec­kich. 2. Eden z zado­wo­le­niem przy­jął infor­ma­cję, że nie zre­zy­gno­wa­li­śmy z wysił­ków na rzecz pod­pi­sa­nia Paktu Wschod­niego. Stwier­dził, że omówi tę sprawę z Bec­kiem w Gene­wie (wyjeż­dża do Genewy jutro na sesję Rady Ligi Naro­dów). 3. Roz­mowy Edena z Rib­ben­tro­pem34 stały się zupeł­nie nie­po­ważne. Eden bar­dzo scep­tycz­nie zapa­truje się na praw­do­po­do­bień­stwo rychłego powrotu Nie­miec do Ligi Naro­dów. Moż­liwe, że oso­bi­ście Hitler nie chce wojny, ale wszystko, co dzieje się teraz w Niem­czech, wyraź­nie na nią wska­zuje. Dla­tego Niemcy są teraz głów­nym poten­cjal­nym ogni­skiem wojny. [...] Eden zapro­po­no­wał, bym wpadł do niego, kiedy wróci z Genewy.

[Opis spo­tka­nia z Ede­nem to typowy przy­kład prze­wrot­nej metody, jaką sto­so­wał Maj­ski przez cały czas amba­sa­do­ro­wa­nia: prze­ka­zy­wał Moskwie wła­sne poglądy, przy­pi­su­jąc je swym roz­mów­com. Pod koniec lat trzy­dzie­stych XX wieku, w cza­sach sza­le­ją­cego ter­roru, był to jedyny sku­teczny spo­sób dzia­ła­nia. Choć w tym kon­kret­nym przy­padku Maj­ski zacy­to­wał jakoby Edena, to on sam był auto­rem pomy­słu, by Litwi­now udał się na sesję Ligi Naro­dów. Liczył na to, że w ten spo­sób dopro­wa­dzi do spo­tka­nia Edena z Litwi­nowem i umocni zbli­że­nie, głę­biej wbi­ja­jąc klin mię­dzy Edena i Simona].

23 listo­pada

Roz­po­czy­nają się uro­czy­sto­ści zwią­zane ze ślu­bem w rodzi­nie kró­lew­skiej. Dziś nasz dzie­kan, Bra­zy­lij­czyk de Oli­ve­ira35 wydał dla kor­pusu dyplo­ma­tycz­nego przy­ję­cie na cześć księ­cia Kentu36 i księż­niczki Mariny37. Koło szó­stej po połu­dniu wszy­scy sze­fo­wie przed­sta­wi­cielstw dyplo­ma­tycz­nych razem z mał­żon­kami zebrali się w nie­zbyt dużej rezy­den­cji dzie­kana [...]. Mło­dzi przy­byli o wpół do siód­mej w towa­rzy­stwie rodzi­ców narze­czo­nej. W sali nara­stało pod­nie­ce­nie. Cisza, ury­wane szepty, panie rzu­cają zacie­ka­wione spoj­rze­nia... W końcu, poprze­dzani przez dzie­kana i jego żonę, poja­wili się goście. Marina wyglą­dała moim zda­niem cza­ru­jąco, znacz­nie lepiej niż w gaze­tach: blon­dynka o wspa­nia­łych wło­sach, zaró­żo­wio­nej cerze i lśnią­cych oczach. Smu­kła i dys­tyn­go­wana. Jeden z dyplo­ma­tów powie­dział mi póź­niej, że foto­gra­fów powinno się roz­strze­lać za znisz­cze­nie jej wize­runku. Miał rację! Książę Kentu też wygląda nie­źle: wysoki, szczu­pły, ma sym­pa­tyczną twarz. Odro­binę się garbi i wydaje się bar­dzo nie­śmiały. Jest w każ­dym razie naj­przy­stoj­niej­szym z synów króla. W sumie pod wzglę­dem fizycz­nym i psy­cho­lo­gicz­nym sta­no­wią ładną parę. Rodzice narze­czo­nej - grecki książę Miko­łaj38 i jego żona (zdaje się, że rosyj­ska księż­niczka39) - wyglą­dają jak pro­win­cjo­nalni zie­mia­nie o śred­nich docho­dach... Dzie­kan wygło­sił po angiel­sku krótką mowę powi­talną i w imie­niu kor­pusu dyplo­ma­tycz­nego wrę­czył mło­dej parze wielką srebrną wazę i dwie srebrne sala­terki. (Dziś dosta­łem od niego list z infor­ma­cją, że pre­zent kosz­to­wał 300 fun­tów, z czego na mnie przy­pada sześć). Na wewnętrz­nej stro­nie wazy wygra­we­ro­wano fac­si­mile pod­pi­sów wszyst­kich sze­fów misji, któ­rzy zło­żyli się na ten dar; moje nazwi­sko zna­la­zło się w czo­łówce. Rzuca się w oczy od razu, gdy tylko spoj­rzeć do środka. Mariny to nie ucie­szy! Oba­wiam się, że zepsuje jej ape­tyt [...].

27 listo­pada

Druga uro­czy­stość w związku z kró­lew­skim ślu­bem!

Wiel­kie wie­czorne przy­ję­cie na cześć Mariny w pałacu Buc­kin­gham. Ponad 800 gości, w tym wszy­scy sze­fo­wie przed­sta­wi­cielstw dyplo­ma­tycz­nych. A przede wszyst­kim - koro­no­wane głowy - cała rodzina kró­lew­ska (król40 i kró­lowa41, książę Walii, książę Yorku42 z żoną, książę Kentu, naj­młod­szy syn John, prin­cess royal, czyli córka króla z mężem; bra­ko­wało jedy­nie księ­cia Glo­uce­ster43, który jest teraz w Austra­lii), a także król Danii44 z mał­żonką, król Nor­we­gii45 i jego żona, Paweł, książę regent Jugo­sła­wii46, holen­der­ska księż­niczka Julianna47 (następ­czyni tronu) itp. Do tego tłum wiel­kich ksią­żąt róż­nych naro­do­wo­ści, łącz­nie z Kiry­łem Wła­di­mi­ro­wi­czem Roma­no­wem48 ("cesa­rzem Wszech­ro­sji"!) w towa­rzy­stwie żony i córki Kiry49, która była jedną z ośmiu dru­hen. No i nie­zli­czona liczba księż­ni­czek (grec­kich, jugo­sło­wiań­skich i innych)...

Pro­ce­dura: wszy­scy amba­sa­do­rzy i posło­wie państw, któ­rych przy­wódcy są obecni na weselu, ufor­mo­wali w okrą­głym holu pałacu pół­kole według zasady star­szeń­stwa; pozo­sta­łych posłów i chargé d'affa­ires umiesz­czono w przy­le­głej dłu­giej sali. Przed­sta­wi­ciele angiel­skiej ary­sto­kra­cji i naj­bo­gat­szej bur­żu­azji zebrali się grup­kami w innych pomiesz­cze­niach. Z naroż­nego pokoju sąsia­du­ją­cego z okrą­głym holem wyło­nił się długi, olśnie­wa­jący pochód koro­no­wa­nych głów. Naj­pierw przed sze­re­giem amba­sa­do­rów i ich żon prze­szła bry­tyj­ska para kró­lew­ska. Ści­skali wszyst­kim dło­nie, a z wybra­nymi gośćmi wymie­niali drobne uprzej­mo­ści. Wśród tych ostat­nich był nasz dzie­kan (z racji swo­jej funk­cji) i Mat­su­da­ira50 (Anglicy panicz­nie się boją Japoń­czy­ków!). Król i kró­lowa udali się z okrą­głego holu do pokoju obok, gdzie cze­kali posło­wie, ale nie zatrzy­my­wali się tam przy poszcze­gól­nych dyplo­ma­tach; poprze­stali na ogól­nych ukło­nach na prawo i lewo. Inne pary kró­lew­skie (duń­ska, nor­we­ska itd.) poszły za ich przy­kła­dem, podob­nie jak pozo­stali człon­ko­wie bry­tyj­skiej rodziny kró­lew­skiej. Wszy­scy ści­skali nam ręce i uprzej­mie się uśmie­chali. Matka Mariny demon­stra­cyj­nie prze­szła obok Agniji i mnie bez powi­ta­nia. Cóż, jakoś to prze­ży­jemy! Dwie czy trzy stare, pomarsz­czone wiedźmy, brzyd­kie jak grzech, wyszły z naroż­nej sali i zawa­hały się, coś tam do sie­bie po cichu szep­tały i spo­glą­dały w naszą stronę, po czym posta­no­wiły pójść pro­sto do pokoju posłów, mija­jąc sto­ją­cych w sze­regu dyplo­ma­tów. Prze­stra­szyły się amba­sa­dora sowiec­kiego! Jakieś damy w dia­de­mach i ozdo­bieni orde­rami dżen­tel­meni na mój widok zawró­cili i na oślep rzu­cili się z powro­tem. Był to zapewne Kirył ze swoją świtą. W sumie moja obec­ność na kró­lew­skim ban­kie­cie spra­wiła pew­nej gru­pie gości nie­miły zawód....

29 listo­pada

Dziś wresz­cie odbył się kró­lew­ski ślub. Od samego świtu, a nawet od wczo­raj­szego wie­czora Lon­dyn pękał w szwach. Pół miliona ludzi przy­je­chało do sto­licy z całego kraju. Przy­było wielu cudzo­ziem­ców z kon­ty­nentu. Ulice na tra­sie orszaku wesel­nego wypeł­niał po brzegi ogromny tłum, który zgro­ma­dził się wczo­raj wie­czo­rem, by zająć jak naj­lep­sze miej­sca. Skła­dał się jak zwy­kle nie­mal wyłącz­nie z kobiet. Ja przy­naj­mniej, jadąc z amba­sady do Opac­twa West­min­ster­skiego, pra­wie nie widzia­łem męż­czyzn. Odno­to­wały to także nie­które gazety (na przy­kład "Man­che­ster Guar­dian"). Miej­sca na wiel­kich plat­for­mach zbu­do­wa­nych w róż­nych punk­tach kosz­to­wały od jed­nej do dzie­się­ciu gwi­nei. Mia­sto, zwłasz­cza śród­mie­ście, ude­ko­ro­wane było jaskra­wymi fla­gami, gir­lan­dami i por­tre­tami mło­dej pary, a wie­czo­rem rzę­si­ście oświe­tlone. Jed­nym sło­wem, poszli na całość. Ślub stał się wiel­kim wyda­rze­niem pań­stwo­wym.

[...]. Z tej oka­zji musia­łem oso­bi­ście być obecny pod­czas cere­mo­nii ślub­nej w Opac­twie West­min­ster­skim. Tak posta­no­wiono w Moskwie. Po raz pierw­szy od skoń­cze­nia szkoły, czyli od 33 lat, uczest­ni­czy­łem w mszy w kościele! Kawał czasu.

Kor­pus dyplo­ma­tyczny sie­dział po pra­wej stro­nie od wej­ścia, a człon­ko­wie rządu po lewej. Naprze­ciwko sie­bie mia­łem Simona. Pod­czas mszy Mac­Do­nald gor­li­wie śpie­wał psalmy, Bal­dwin znu­żony zie­wał, a Elliot51 po pro­stu się zdrzem­nął. Chur­chill52 wyglą­dał na głę­boko poru­szo­nego, w pew­nej chwili nawet wytarł oczy chu­s­teczką. Hen­der­son53 z nad­zwy­czajną ener­gią śpie­wał God Save the King. Wszyst­kie koro­no­wane głowy zebrały się po obu stro­nach kazal­nicy, a resztę miejsc wypeł­nił tłum ary­sto­kra­tów i przed­sta­wi­cieli wiel­kiego biz­nesu. Chór, ubrany na biało, zajął spe­cjalne miej­sca wyżej, gdzie huczały organy, wypeł­nia­jąc wyso­kie skle­pie­nia kate­dry dźwię­kami Bacha, Haen­dla i Elgara.

Moje poja­wie­nie się w kościele spo­wo­do­wało wymianę spoj­rzeń i szepty wśród dyplo­ma­tów i człon­ków rządu [...]. Zde­cy­do­wa­nie rzu­cał się w oczy mój sąsiad, przed­sta­wi­ciel Nepalu54: na gło­wie miał złoty kape­lusz usiany dużymi bry­lan­tami i rubi­nami i ozdo­biony na górze wiel­kimi kogu­cimi pió­rami. W sumie wyglą­dało to dość zabaw­nie, skąd­inąd jed­nak nepal­ski poseł miał na gło­wie kil­ka­dzie­siąt tysięcy fun­tów.

1 grud­nia

Straszne! Towa­rzysz Kirow55 został zabity w Lenin­gra­dzie w Insty­tu­cie Smol­nym. Kto go zabił? Z jakich pobu­dek? Przez kogo posłany? [...]. Na razie nic nie wiem. Fleet Street huczy od plo­tek i sprzecz­nych wer­sji. Jedni mówią, że zabójca jest inży­nie­rem, który miał jakąś urazę do Kirowa, inni ("Daily Express") suge­rują, że maczał w tym palce Alfred Rosen­berg56, adiu­tant Hitlera. Na pewno wiem tylko jedno: w nekro­logu pod­pi­sa­nym przez Sta­lina, Moło­towa, Woro­szy­łowa57 i innych (usły­sza­łem to w radio) stwier­dzono, że "zabójca został nasłany przez wro­gów kla­so­wych"58.

Wia­do­mość o zama­chu otrzy­ma­li­śmy koło godziny dzie­wią­tej wie­czo­rem. O wpół do dwu­na­stej Ozier­scy59, Alpe­ro­wicz i Kagan zebrali się u mnie w gabi­ne­cie. Chcie­li­śmy wszy­scy być razem, zna­leźć w gru­pie wspar­cie i dać wyraz zanie­po­ko­je­niu. Roz­ma­wia­li­śmy, wymie­nia­li­śmy myśli, przy­pusz­cze­nia i hipo­tezy [...].

To wprost okropne! Tak nie­spo­dzie­wany cios na dro­dze roz­woju, którą nasz kraj kro­czył w minio­nym roku. Im wcze­śniej poznam wszyst­kie szcze­góły, tym łatwiej będzie oce­nić zna­cze­nie tego tra­gicz­nego wyda­rze­nia w Smol­nym.

6 grud­nia

Dziś na placu Czer­wo­nym wmu­ro­wano w ścianę Kremla urnę z pro­chami towa­rzy­sza Kirowa. Zgro­ma­dziły się tam: setki tysięcy ludzi, woj­sko, człon­ko­wie Komi­tetu Cen­tral­nego i rządu [...].

Tu, w Lon­dy­nie, też uczci­li­śmy naszego przy­wódcę. Flaga na amba­sa­dzie została opusz­czona do połowy masztu. W budynku amba­sady zebrała się cała sowiecka spo­łecz­ność. Hol ude­ko­ro­wano zie­le­nią i kwia­tami. Sta­nęło popier­sie Lenina, na ścia­nie zawi­sły por­trety Sta­lina i Kirowa. Wygło­si­łem krót­kie prze­mó­wie­nie na cześć zmar­łego. Lazjan60 (z misji han­dlo­wej) podzie­lił się z nami wspo­mnie­niami o Kiro­wie. Przy akom­pa­nia­men­cie for­te­pianu odśpie­wa­li­śmy marsz żałobny i roze­szli­śmy się w ciszy i zadu­mie [...].

Wciąż nie mogę pogo­dzić się z tą straszną tra­ge­dią. Zale­d­wie pół­tora mie­siąca temu sie­dzia­łem w gabi­ne­cie Kirowa, pogrą­żony w dys­ku­sji o sytu­acji mię­dzy­na­ro­do­wej, a przede wszyst­kim o sto­sun­kach angiel­sko-sowiec­kich. Kirow dosko­nale orien­to­wał się w spra­wach mię­dzy­na­ro­do­wych. Jego opi­nie bywały zwy­kle pro­ste w for­mie, ale głę­bo­kie i prze­ni­kliwe. Bry­tyj­skich kon­ser­wa­ty­stów uwa­żał za nad­zwy­czaj poważ­nego wroga. Pamię­tam, jak odwie­dzi­łem go w dro­dze do Hel­si­nek jesie­nią 1931 roku, po tym jak kon­ser­wa­ty­ści przy­tła­cza­jącą więk­szo­ścią gło­sów wygrali wybory w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Kiedy roz­mowa zeszła na wyniki wybo­rów, Kirow wykrzyk­nął: - Odnieść takie zwy­cię­stwo i zacho­wać pełną samo­kon­trolę to naj­wyż­sze szczyty sztuki rzą­dze­nia. Zale­d­wie wczo­raj doszło do buntu we flo­cie (miał na myśli Inver­gor­don)61. Co zro­biłby Mus­so­lini po takim trium­fie? Roz­niósłby bun­tow­ni­ków w pył; roz­strze­lałby setki mary­na­rzy... A co zro­bili kon­ser­wa­ty­ści? Zacho­wali zimną krew, nie prze­wró­ciło im się w gło­wach od suk­cesu. Odnie­śli gigan­tyczne zwy­cię­stwo i powie­dzieli bun­tow­ni­kom: "Zapo­mnijmy o prze­szło­ści!". Tak, ci ludzie potra­fią rzą­dzić. Trzeba ich trak­to­wać poważ­nie. - Głos Kirowa wyra­żał głę­boką odrazę połą­czoną z wiel­kim sza­cun­kiem.

[...]. Z poli­tycz­nego punktu widze­nia zabój­stwo Kirowa nastą­piło w bar­dzo dla nas złym cza­sie. Idzie w poprzek gene­ral­nego kursu naszego wewnętrz­nego i zewnętrz­nego roz­woju. Nie­moż­liwe, by wyni­kało z jakichś poważ­nych pro­ce­sów zacho­dzą­cych wewnątrz sys­temu sowiec­kiego. Trąci raczej jaki­miś szu­mo­wi­nami z prze­szło­ści, wciąż nie do końca zli­kwi­do­wa­nymi. Tylko któ­rymi?

Tak czy ina­czej, w Euro­pie ponie­siemy pewne kon­se­kwen­cje. Nie będą to być może wiel­kie kom­pli­ka­cje, ale będą. Czas pokaże.

13 grud­nia

Zgod­nie z instruk­cją M.M. [Litwi­nowa] zapo­zna­łem Van­sit­tarta z fran­cu­sko-sowiec­kim pro­to­ko­łem z 5 grud­nia62. V., któ­remu naj­wy­raź­niej pochle­bił ten gest, ponow­nie potwier­dził, że rząd bry­tyj­ski, podob­nie jak latem, przy­chyl­nie odnosi się do Paktu Wschod­niego.

[...]. Roz­ma­wia­li­śmy o aktu­al­nym sta­nie sto­sun­ków mię­dzy Wielką Bry­ta­nią i ZSRS [...]. V. zauwa­żył, że jego zda­niem "roz­mowy, które pro­wa­dzi­li­śmy latem, stały się punk­tem zwrot­nym w rela­cjach angiel­sko-sowiec­kich" [...]. Teraz możemy myśleć o kolej­nych dzia­ła­niach na rzecz polep­sze­nia naszych sto­sun­ków.

17 grud­nia

Zapro­si­łem na dziś Cole'ów63 i prze­pro­wa­dzi­łem z nimi poważną roz­mowę na temat Dekla­ra­cji 464 [...]. Oboje byli bar­dzo poru­szeni, ble­dli i czer­wie­nieli na zmianę. Pani Cole wręcz ner­wowo trzę­sły się ręce.

Dałem moim gościom ostrą repry­mendę. Powie­dzia­łem im, że w ciągu ostat­nich trzech czy czte­rech mie­sięcy wła­dze sowiec­kie wyka­zały ist­nie­nie wiel­kiego spi­sku ter­ro­ry­stycz­nego skie­ro­wa­nego prze­ciw przy­wód­com naszej par­tii, poczy­na­jąc od towa­rzy­sza Sta­lina. Tę kon­spi­ra­cję orga­ni­zują i finan­sują nie­mieccy "nazi­ści". Jej agen­tami są rosyj­scy bia­ło­gwar­dzi­ści i różne małe, ist­nie­jące w ZSRS grupki nie­za­do­wo­lo­nych. Bia­ło­gwar­dzi­ści pota­jem­nie prze­kra­czają gra­nicę w Pol­sce, na Łotwie i w Fin­lan­dii - poma­gają im w tym wła­dze tych państw - a w ZSRS nawią­zują kon­takt ze spi­skow­cami w sowiec­kim spo­łe­czeń­stwie. W ostat­nich mie­sią­cach doszło do całej serii prób zama­chów na życie towa­rzy­szy: Sta­lina, Woro­szy­łowa, Moło­towa, Posty­szewa65, Bałyc­kiego66 i innych. Na szczę­ście dzięki czuj­no­ści NKWD67 dotych­czas próby te oka­zały się nie­udane. Spi­skow­com powio­dło się jed­nak w przy­padku Kirowa. Śmierć Kirowa w nama­calny spo­sób poka­zała, jak poważne jest zagro­że­nie ter­ro­ry­styczne. W tej sytu­acji rząd sowiecki nie miał innego wyj­ścia, jak zasto­so­wać surowe środki wobec kon­spi­ra­to­rów - nie tylko tych win­nych śmierci Kirowa, ale wszyst­kich aresz­to­wa­nych w związku z ter­ro­ry­zmem w ostat­nich mie­sią­cach - w róż­nym cza­sie i w róż­nych miej­scach.

Nie mogli­śmy sądzić ter­ro­ry­stów publicz­nie ze względu na ryzyko poważ­nych kom­pli­ka­cji w sto­sun­kach z Niem­cami i innymi pań­stwami, które nie­wąt­pli­wie byłyby uwi­kłane w tę sprawę [...]. Roz­strze­la­nie 80 do 100 osób jest rze­czą trudną i nie­przy­jemną, ale lep­sze to niż ryzy­ko­wa­nie życia milio­nów robot­ni­ków i chło­pów na woj­nie. Ponadto nie wolno zapo­mnieć słów Mira­beau68, który 140 lat temu powie­dział, że rewo­lu­cji nie doko­nuje się za pomocą olejku lawen­do­wego.

Cole'owie nie pro­te­sto­wali [...]. Szcze­gól­nie drę­czyło ich pyta­nie: co to były za egze­ku­cje? Powrót do "czer­wo­nego ter­roru" z prze­szło­ści czy wyjąt­kowy, poje­dyn­czy akt o prze­mi­ja­ją­cym zna­cze­niu? Uspo­ka­ja­łem ich, mówiąc, że "nowy kurs" przy­jęty tej wio­sny nie ulega zmia­nie. "Nowy kurs" na­dal obo­wią­zuje. Środki pod­jęte prze­ciw ter­ro­ry­stom to rzecz wyjąt­kowa spo­wo­do­wana przez wyjąt­kowe oko­licz­no­ści [...].

20 grud­nia

[Wpis poprze­dza wyci­nek z "Man­che­ster Guar­dian" z 20 grud­nia 1934 roku: "Mał­żeń­stwo Żyda z nie-Żydówką musi być karane śmier­cią" - powie­dział Julius Stre­icher69, guber­na­tor Ślą­ska, prze­ma­wia­jąc do 3000 adwo­ka­tów i sędziów z pół­noc­nej Bawa­rii na kon­fe­ren­cji Sto­wa­rzy­sze­nia Nazi­stow­skich Praw­ni­ków w Mona­chium. Słowa te wywo­łały owa­cję.

Ciałka krwi Żyda - dodał - są zupeł­nie inne niż nor­dyka. Dziew­czyna, która nie jest Żydówką i poślubi Żyda, jest od tej chwili na zawsze stra­cona dla swo­jego narodu (?)"].

Kom­pletni idioci! Na doda­tek krwio­żer­cze potwory. Nadej­dzie dzień wyrów­na­nia rachun­ków i Hitler zapłaci za cier­pie­nia milio­nów70.

Nie ustaje szum wokół roz­strze­li­wań. Led­wie uci­szy­łem pro­te­sty labo­urzy­stow­skiej "lewicy", na hory­zon­cie poja­wiła się pra­wica. To robota głów­nie Citrine'a71. Wstęp­niak w dzi­siej­szym "Daily Herald" jest obu­rza­jący72.

27 grud­nia

Nie­spo­dzie­wa­nie, w środku Bożego Naro­dze­nia, zapro­sił mnie do sie­bie Van­sit­tart. Czu­łem się tro­chę nie­swojo, jadąc do FO [Fore­ign Office]. Na dobrą sprawę jed­nak nie było powodu do nie­po­koju [...].

V. poin­for­mo­wał mnie, że dużo myślał o naszych nie­daw­nych roz­mo­wach. Jego zda­niem wizyty mini­strów w ZSRS to jeden z naj­lep­szych spo­so­bów polep­sze­nia sto­sun­ków mię­dzy naszymi pań­stwami [...]. Skie­ro­wa­łem roz­mowę na pakt czte­rech zapro­po­no­wany przez Neu­ra­tha dla zrów­no­wa­że­nia Paktu Wschod­niego i jasno oświad­czy­łem, że jest on dla nas abso­lut­nie nie do przy­ję­cia w żad­nej for­mie (na przy­kład jako układ pię­ciu czy sze­ściu państw), ponie­waż wyłącz­nie pod­waży auto­ry­tet Ligi Naro­dów. V. obie­cał powia­do­mić rząd o naszym sta­no­wi­sku w tej spra­wie73.

John All­se­brook Simon (1. wiceh­ra­bia Simon), mini­ster spraw zagra­nicz­nych (1931--1935), mini­ster spraw wewnętrz­nych (1935-1937), Kanc­lerz Skarbu (1937-1940), Lord Kanc­lerz (1940-1945). [wróć]

Alek­san­dra Michaj­łowna Koł­łon­taj (z domu Domon­to­wicz) pocho­dziła z zamoż­nej rodziny. Córka gene­rała car­skiego sztabu gene­ral­nego, oka­zała się wybitną pio­nierką ruchu rów­no­upraw­nie­nia kobiet. Woju­jąca rewo­lu­cjo­nistka, począt­kowo czło­nek mien­sze­wi­ków; po wybu­chu I wojny świa­to­wej zwią­zała się z Leni­nem i bol­sze­wi­kami. W 1917 roku została ludo­wym komi­sa­rzem do spraw spo­łecz­nych, ale jej poli­tyczną karierę znisz­czyły w zarodku związki z Opo­zy­cją Robot­ni­czą. Odsu­nięta na boczny tor, została amba­sa­do­rem w Nor­we­gii (1923-1926 i 1927-1930), Mek­syku (1926-1927) i Szwe­cji (1930-1945). Po odwo­ła­niu otrzy­mała pozba­wioną zna­cze­nia poli­tycz­nego nic nie­zna­czącą funk­cję doradcy w sowiec­kim Mini­ster­stwie Spraw Zagra­nicz­nych (1945-1952). [wróć]

Augu­stin Alfred Joseph Paul-Bon­cour, pre­mier Fran­cji (1932-1933), mini­ster spraw zagra­nicz­nych (1932-1934, 1936 i 1938), stały przed­sta­wi­ciel Fran­cji w Lidze Naro­dów (1932-1936). [wróć]

Robert Gil­bert Van­sit­tart (1. baron Van­sit­tart), pry­watny sekre­tarz lorda Cur­zona (1920--1924) i kolej­nych pre­mie­rów (1928-1930), stały podsekre­tarz w Mini­ster­stwie Spraw Zagra­nicz­nych (1930-1938), główny doradca dyplo­ma­tyczny mini­stra (1938-1941); w dzien­ni­kach czę­sto figu­ruje jako V. [wróć]

Robert Anthony Eden (1. hra­bia Avon), kon­ser­wa­tywny poseł do Par­la­mentu z okręgu War­wick i Leaming­ton (1923-1927), pod­se­kre­tarz stanu w Fore­ign Office (1931-1934), Lord Taj­nej Pie­częci (1934-1935), mini­ster spraw zagra­nicz­nych (1935-1938; 1940-1945 i 1951-1955), mini­ster do spraw domi­niów (1939-1940), mini­ster wojny (1940). [wróć]

Arthur Neville Cham­ber­lain, Kanc­lerz Skarbu (1923-1924 i 1931-1937), mini­ster zdro­wia (1923, 1924-1929 oraz od sierp­nia do listo­pada 1931 roku), pre­mier i pierw­szy lord skarbu (1937-1940). [wróć]

Geo­rge Ber­nard Shaw, słynny irlandzki dra­ma­turg, kry­tyk i socja­li­sta, czło­nek Komi­tetu Wyko­naw­czego Sto­wa­rzy­sze­nia Fabiań­skiego (1885-1911). [wróć]

Hugh Dal­ton, prze­wod­ni­czący Komi­tetu Wyko­naw­czego Par­tii Pracy (1936-1937), mini­ster wojny eko­no­micz­nej (1940-1942), prze­wod­ni­czący Zarządu Han­dlu (1942-1945). [wróć]

Jean Louis Bar­thou, fran­cu­ski mini­ster spraw zagra­nicz­nych (1934). Wizytę w Lon­dy­nie zło­żył w dniach 9-10 lipca. [wróć]

Kon­stan­tin von Neu­rath, amba­sa­dor Nie­miec w Lon­dy­nie (1930-1932), mini­ster spraw zagra­nicz­nych (1932-1938), pro­tek­tor Czech i Moraw (1939-1941). [wróć]

Józef Beck, pol­ski mini­ster spraw zagra­nicz­nych (1932-1939). [wróć]

Dys­ku­sja o kon­ce­sji na eks­plo­ata­cję złóż złota udzie­lo­nej bry­tyj­skiej fir­mie i cof­nię­tej po rewo­lu­cji przez bol­sze­wi­ków. [wróć]

Według doku­men­tów bry­tyj­skich Van­sit­tart był bar­dziej obce­sowy: "Co by było, gdyby przy sto­liku do kart w klu­bie gra­cze bez prze­rwy oskar­żali się nawza­jem, że mają asa w ręka­wie i pisto­let maszy­nowy pod sto­łem? [...]. Muszę to powie­dzieć panu Maj­skiemu przy naj­bliż­szej oka­zji". [wróć]

Paul Ludwig von Hin­den­burg, nie­miecki feld­mar­sza­łek, pre­zy­dent Repu­bliki Weimar­skiej (1925-1934). [wróć]

Wło­dzi­mierz Iljicz Lenin (Ulja­now), zało­ży­ciel Rosyj­skiej Par­tii Komu­ni­stycz­nej (bol­sze­wi­ków), przy­wódca rewo­lu­cji bol­sze­wic­kiej z 1917 roku, prze­wod­ni­czący Rady Komi­sa­rzy Ludo­wych RSFRS/ZSRS (1917-1924). [wróć]

Stan­ley Bal­dwin (1. hra­bia Bal­dwin of Bew­dley), bry­tyj­ski pre­mier (1923-1924, 1924-1929 i 1935-1937). [wróć]

Harold Mac­mil­lan (1. hra­bia Stock­ton), kon­ser­wa­ty­sta, czło­nek par­la­mentu (1924--1929 i 1931-1964), sekre­tarz par­la­men­tarny w Mini­ster­stwie Zaopa­trze­nia (1940-1942), podsekre­tarz stanu w Mini­ster­stwie do spraw Kolo­nii (1942-1945). [wróć]

James Louis Garvin, redak­tor naczelny "Obse­rvera" (1908-1942). [wróć]

Mohan­das Karam­chand Gan­dhi, przy­wódca nacjo­na­li­stycz­nego ruchu sprze­ci­wia­ją­cego się pano­wa­niu Bry­tyj­czy­ków w Indiach. Pogląd Maj­skiego odzwier­cie­dla ofi­cjalną, kry­tyczną opi­nię sowiecką, która pro­pa­go­waną przez Gan­dhiego ide­olo­gię bier­nego oporu utoż­sa­miała z inte­re­sami naro­do­wej bur­żu­azji. [wróć]

Nancy Astor, wiceh­ra­bina Astor, posłanka do Par­la­mentu z okręgu Ply­mo­uth (1919--1945), pierw­sza kobieta zasia­da­jąca w Izbie Gmin. Jako poli­tyk znana z non­kon­for­mi­zmu, towa­rzy­szyła Ber­nar­dowi Sha­wowi w podróży po Rosji, poznała Sta­lina, ale skie­ro­wała swoje sym­pa­tie w stronę Hitlera, gdy utwo­rzyła "Cli­ve­den set", śro­do­wi­sko opo­wia­da­jące się za ustęp­stwami wobec nazi­zmu. [wróć]

Ste­phen Henry Moly­neux Kil­lik. [wróć]

Percy Vin­cent. [wróć]

James Ram­say Mac­Do­nald, pre­mier pierw­szego i dru­giego rządu labo­urzy­stow­skiego (1924 i 1929-1931), pre­mier rządu naro­do­wego (1931-1935), Lord Prze­wod­ni­czący Rady (1935-1937). [wróć]

Ish­bel Mac­Do­nald, córka byłego pre­miera Ram­saya Mac­Do­nalda i wła­ści­cielka pubu. [wróć]

John Edward Kyna­ston Studd, radny City of Lon­don (1923-1942); lord major Lon­dynu (1928-1929). [wróć]

Horace Bro­oks Mar­shall (1. baron Mar­shall of Chip­stead), lord major Lon­dynu (1918-1919). [wróć]

Char­les Che­ers Wake­field (1. wiceh­ra­bia Wale­field), bry­tyj­ski biz­nes­men, lord major Lon­dynu (1915-1916). [wróć]

Edward, syn króla Jerzego V, książę Walii (1911-1936), król Wiel­kiej Bry­ta­nii Edward VIII od stycz­nia 1936 roku; po abdy­ka­cji w grud­niu 1936 roku został księ­ciem Wind­soru. [wróć]

Wil­liam Cosmo Gor­don Lang, arcy­bi­skup Can­ter­bury (1928-1942). [wróć]

Fre­de­rick Edwin Smith (1. hra­bia Bir­ken­head), mini­ster do spraw Indii (1924-1928). [wróć]

Mar­sza­łek polny Ian Chri­stian Smuts, pre­mier, mini­ster spraw zagra­nicz­nych, mini­ster obrony Związku Afryki Połu­dnio­wej (1939-1948). [wróć]

David Lloyd Geo­rge, czło­nek Par­la­mentu z okręgu Caer­nar­von z ramie­nia Par­tii Libe­ral­nej (1890-1945), pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii (1916-1922), prze­wod­ni­czący Par­tii Libe­ral­nej (1926-1931). [wróć]

Maj­ski mówił Beatrice Webb (ale nie pisał o tym do kraju), że książę Walii istot­nie wyra­ził chęć zło­że­nia wizyty w Związku Sowiec­kim. [wróć]

Joachim von Rib­ben­trop, amba­sa­dor nie­miecki w Wiel­kiej Bry­ta­nii (1936-1938), mini­ster spraw zagra­nicz­nych (1938-1945). [wróć]

Raul Regis de Oli­ve­ira, amba­sa­dor Bra­zy­lii w Lon­dy­nie (1925-1940), dzie­kan kor­pusu dyplo­ma­tycz­nego (1933-1940); po nim tę funk­cję objął Iwan Maj­ski. [wróć]

Jerzy Edward, książę Kentu, czwarty syn Jerzego V. [wróć]

Marina, księżna Kentu, żona Jerzego, księ­cia Kentu. [wróć]

Miko­łaj, książę Gre­cji, ojciec księż­niczki Mariny, która w 1934 roku poślu­biła księ­cia Kentu. [wróć]

Wielka księżna Rosji Helena Wła­di­mi­rowna Roma­nowa. [wróć]

Jerzy V, król Wiel­kiej Bry­ta­nii (1910-1936). [wróć]

Wik­to­ria Maria, żona króla Jerzego V (1910-1936). [wróć]

Póź­niej­szy król Jerzy VI. [wróć]

Hen­ryk Wil­liam, książę Glo­uce­ster, trzeci syn Jerzego V. [wróć]

Chry­stian X, król Danii (1912-1947). [wróć]

Haakon VII, król Nor­we­gii (wł. Chry­stian Fry­de­ryk) (1905-1957). [wróć]

Paweł, książę regent Jugo­sła­wii (1934-1941), usu­nięty z tronu w wyniku zama­chu stanu po tym, jak w marcu 1941 roku pod­pi­sał poro­zu­mie­nie o przy­stą­pie­niu Jugo­sła­wii do Osi (Paktu Trzech). [wróć]

Księż­niczka Julianna Oranje-Nassau, kró­lowa Holan­dii (1948-1980). [wróć]

Kirył Wła­di­mi­ro­wicz Roma­now, wielki książę rosyj­ski; po śmierci rodziny car­skiej jako pierw­szy pre­ten­dent do tronu przy­jął tytuł impe­ra­tora Wszech­ro­sji (1924-1938). [wróć]

Wielka księżna Kira Kirył­łowna, druga córka wiel­kiego księ­cia Rosji Kiryła Wła­di­mi­ro­wi­cza. [wróć]

Tsu­neo Mat­su­da­ira, amba­sa­dor Japo­nii w Lon­dy­nie (1929-1936). [wróć]

Wal­ter Elliot, poseł z ramie­nia kon­ser­wa­ty­stów (1924-1945), mini­ster rol­nic­twa (1932-1936), mini­ster do spraw Szko­cji (1936-1938), mini­ster zdro­wia (1938-1940), dyrek­tor do spraw PR w Mini­ster­stwie Wojny (1941-1942). [wróć]

Win­ston Leonard Spen­cer Chur­chill, poseł kon­ser­wa­tywny z okręgu Epping (1924--1931 i 1939-1945), kanc­lerz Skarbu (1924-1929), "chude lata" (1929-1939), pierw­szy lord Admi­ra­li­cji (1939-1940), pre­mier (1940-1945 i 1951-1955). [wróć]

Arthur Hen­der­son, prze­wod­ni­czący Par­tii Pracy (1908-1910 i 1914-1917), sekre­tarz gene­ralny par­tii (1911-1914), mini­ster spraw zagra­nicz­nych (1929-1931), lau­reat Poko­jo­wej Nagrody Nobla (1934). [wróć]

Gene­rał Baha­dur S.J.B. Rana, pierw­szy amba­sa­dor Nepalu w Lon­dy­nie (1934--1936). W 1947 roku prze­wod­ni­czący Komi­tetu Reform Kon­sty­tu­cyj­nych (zaj­mo­wał tym samym w hie­rar­chii pań­stwa miej­sce dwa szcze­ble poni­żej maha­ra­dży), pre­mier i fak­tyczny władca kraju. Po upadku rzą­dów rodu Rana znik­nął z życia publicz­nego. Infor­ma­cje te zawdzię­czam prof. Davi­dowi Gel­l­ne­rowi z All Souls Col­lege w Oks­for­dzie. Patrz wpis o amba­sa­dorze pod datą 5 czerwca 1935 roku. [wróć]

Sier­giej Miro­no­wicz Kirow, pierw­szy sekre­tarz lenin­gradz­kiego komi­tetu WKP(b) (1926-1934), czło­nek Biura Poli­tycz­nego par­tii od roku 1930. [wróć]

Alfred Rosen­berg, redak­tor organu NSDAP "Völkischer Beobach­ter", szef wydziału zagra­nicz­nego NSDAP (1933-1945), mini­ster do spraw oku­po­wa­nych tery­to­riów wschod­nich (1941-1944). [wróć]

Kli­ment Jefre­mo­wicz Woro­szy­łow, ludowy komi­sarz obrony (1934-1940), mar­sza­łek Związku Sowiec­kiego (od 1935), głów­no­do­wo­dzący siłami sowiec­kimi w woj­nie z Fin­lan­dią (1939-1940), zastępca prze­wod­ni­czą­cego Rady Komi­sa­rzy Ludo­wych ZSRS (1940-1945), głów­no­do­wo­dzący woj­skami na pół­noc­nym zacho­dzie i fron­tem lenin­gradz­kim (1941). [wróć]

Czę­sto poja­wiały się suge­stie, które ni­gdy nie zostały poparte dowo­dami, że zabój­stwo miało zwią­zek z poli­tycz­nym zagro­że­niem, jakie w 1934 roku Kirow sta­no­wił dla Sta­lina. Na XVII Zjeź­dzie WKP(b), tzw. Zjeź­dzie Zwy­cię­stwa, Kirow wygło­sił pło­mienne prze­mó­wie­nie nagro­dzone gromką owa­cją, nato­miast wystą­pie­nie Sta­lina oka­zało się dość nudne. Nie ma jed­nak wąt­pli­wo­ści, że Sta­lin wyko­rzy­stał to wyda­rze­nie do roz­pę­ta­nia Wiel­kiego Ter­roru - w dniu zabój­stwa wydał dyrek­tywę naka­zu­jącą surowe, do kary śmierci włącz­nie, trak­to­wa­nie "podej­rza­nych o ter­ro­ryzm". Maj­ski w cha­rak­te­ry­styczny dla sie­bie spo­sób naj­pierw bie­rze słowa Sta­lina za dobrą monetę i je apro­buje, ale póź­niej, widząc skutki, raczej zacho­wuje dys­kre­cję. [wróć]

Alek­san­der Wła­di­mi­ro­wicz Ozier­ski, szef sowiec­kiej misji han­dlo­wej w Wiel­kiej Bry­ta­nii (1931-1937). Odwo­łany do Moskwy, aresz­to­wany i stra­cony. Pośmiert­nie zre­ha­bi­li­to­wany. [wróć]

I. Lazjan, pro­te­go­wany Miko­jana w lon­dyń­skim przed­sta­wi­ciel­stwie han­dlo­wym. [wróć]

Mary­na­rze z bry­tyj­skiej Floty Atlan­tyc­kiej pod­jęli pro­test zbio­rowy w odpo­wie­dzi na 10-pro­cen­towe cię­cia płac. Inver­gor­don - port w Szko­cji. [wróć]

Po tym jak Niemcy i Pol­ska odmó­wiły uczest­nic­twa w Pak­cie Wschod­nim, Rosja­nie wró­cili do kon­cep­cji wspól­nego pro­to­kołu z Fran­cu­zami; pod­pi­sano go 5 grud­nia 1934 roku w Gene­wie. Fran­cja i ZSRS zobo­wią­zy­wały się nie podej­mo­wać nego­cja­cji z poten­cjal­nymi uczest­ni­kami paktu, które mogłyby pro­wa­dzić do wie­lo­stron­nych lub dwu­stron­nych poro­zu­mień pod­wa­ża­ją­cych Regio­nalny Pakt Wschodni. Dwa dni póź­niej do pro­to­kołu przy­stą­piła Cze­cho­sło­wa­cja. Litwi­now pole­cił Maj­skiemu poin­for­mo­wać Van­sit­tarta, że inspi­ra­cją do pod­pi­sa­nia pro­to­kołu były poczy­na­nia Hitlera, który usi­ło­wał "zasiać nie­uf­ność" mię­dzy Związ­kiem Sowiec­kim i Fran­cją przez roz­pusz­cza­nie pogło­sek o oddziel­nych nego­cja­cjach, "osobno z ZSRS, osobno z Fran­cją". Podob­nie jak Maj­ski, Litwi­now oba­wiał się, że Bry­tyj­czycy mogą pró­bo­wać zbli­że­nia z Niem­cami, co zwią­za­łoby ręce Fran­cji. [wróć]

G.D.H. Cole, Chi­chele pro­fes­sor nauk spo­łeczno-poli­tycz­nych, wykła­dowca w All Souls w Oks­for­dzie (1944-1957), prze­wod­ni­czący Towa­rzy­stwa Fabiań­skiego (1939-1946 i 1948-1950) i jego pre­zes (1952-1957). [wróć]

Pro­test przy­wód­ców i Kon­gresu Związ­ków Zawo­do­wych prze­ciw sta­li­now­skim taj­nym pro­ce­som i wyro­kom śmierci po zabój­stwie Kirowa. [wróć]

Paweł Pie­tro­wicz Posty­szew, czło­nek Komi­tetu Cen­tral­nego Komu­ni­stycz­nej Par­tii Ukra­iny (1925-1927). [wróć]

Wsie­wo­łod Apoł­ło­no­wicz Bałycki, ludowy komi­sarz spraw wewnętrz­nych Ukra­iny (1924-1930 i 1934-1937). [wróć]

Narod­nyj Komis­sa­riat Wnu­trien­nych Dieł (NKWD) - Ludowy Komi­sa­riat Spraw Wewnętrz­nych. [wróć]

Hra­bia Mira­beau, wpły­wowa postać cza­sów rewo­lu­cji fran­cu­skiej, zwo­len­nik monar­chii kon­sty­tu­cyj­nej. [wróć]

Julius Stre­icher, zało­ży­ciel i redak­tor naczelny anty­se­mic­kiego tygo­dnika "Der Stürmer". [wróć]

Uwaga odno­sząca się bez­po­śred­nio do sytu­acji samego Maj­skiego, gdyby zna­lazł się w Niem­czech. [wróć]

Wal­ter McLen­nan Citrine, sekre­tarz Rady Gene­ral­nej TUC (1926-1946; Tra­des Union Con­gress - Kon­gres Związ­ków Zawo­do­wych), szef "Daily Herald" (1929-1946). W latach 1925-1927 sprze­ci­wiał się soju­szowi sowiec­kich i bry­tyj­skich związ­ków zawo­do­wych. [wróć]

Arty­kuł zaty­tu­ło­wany Ter­ror w Rosji koń­czył się sło­wami: "Rosyj­skie egze­ku­cje to bar­ba­rzyń­stwo nie­godne reżimu, który uważa się za naj­bar­dziej postę­powy na świe­cie". [wróć]

W myśl instruk­cji prze­ka­za­nej Maj­skiemu przez Litwi­nowa jakie­kol­wiek ewen­tu­alne poro­zu­mie­nie z Niem­cami, Fran­cją lub Wielką Bry­ta­nią mia­łoby być uza­leż­nione od przy­stą­pie­nia do Paktu Wschod­niego i wyklu­czać wskrze­sza­nie paktu czte­rech, który 15 lipca 1933 roku został pod­pi­sany przez: Wielką Bry­ta­nię, Fran­cję, Wło­chy i Niemcy, ale ni­gdy nie wszedł w życie z powodu poważ­nych roz­dź­wię­ków mię­dzy sygna­ta­riu­szami. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki