Mieszkanie
Znalezienie w Tokio taniego i wygodnego mieszkania w środku lata nie
należy do prostych zadań. W ogóle znalezienie tu mieszkania na krócej
niż rok graniczy z cudem. Nie było mnie stać nawet na najtańszy hostel,
ale to nie pieniądze, których faktycznie nie miałem zbyt wiele, były
największym problemem, ale zaufanie. Bez referencji, polecenia przez
kogoś o właściwej reputacji i pozycji społecznej, skończyłbym zapewne
bez dachu nad głową.
Wtedy pojawił się Ry?. To jego adres miałem w swoim notatniku na
pierwszym miejscu. Poznałem go rok wcześniej w Monachium, w niecodziennych okolicznościach, bo na siłowni w hotelu, w którym wówczas
mieszkałem podczas studenckiej praktyki. Pedałowałem właśnie na
stacjonarnym rowerze, w jednej ręce trzymając kierownicę, a w drugiej
rozmówki japońskie, gdy podszedł do mnie młody mężczyzna o bujnych
włosach i błysku w oczach.
- Widzę, że uczysz się języka japońskiego. Planujesz podróż do Japonii?
- zapytał.
- Na razie nie. Ale kiedyś bardzo chciałbym tam pojechać -
odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Wtedy jeszcze wyjazd na wyspy wydawał
się odległym marzeniem.
Okazało się, że mężczyzna był pracownikiem japońskiego oddziału dużej
niemieckiej firmy i przebywał w Niemczech w ramach szkolenia. Był
postawny, przystojny, ciekawy świata, a przy tym nieco zasadniczy w poglądach. Ta zasadniczość zapewne wynikała z faktu, że zaliczał się do
Edokko - tokijczyków w trzecim pokoleniu. Ludzi zdecydowanych, w pierwszym kontakcie nawet nieco chłodnych i szorstkich, ale w gruncie
rzeczy o dobrym sercu. Widywaliśmy się przez najbliższe trzy tygodnie
niemal codziennie i co nieco się o nim dowiedziałem. Ukończył jedną z tokijskich politechnik, lecz już na początku kariery postanowił, że
zatrudni się w zagranicznym przedsiębiorstwie. To jak na miejscowe
zwyczaje dość niecodzienne postanowienie miało swe źródło w jego
krytycznym stosunku do japońskiego korporacjonizmu, długich godzin pracy
oraz tradycji zespołowego podejmowania decyzji, za którą kryły się
wielogodzinne narady bez konkluzji i rozmyta odpowiedzialność. Ry?
równie co pracę cenił sobie czas wolny i przyjemności. Uczył się języków
obcych: niemieckiego, angielskiego i hiszpańskiego, lubił smacznie zjeść
i bawić się w międzynarodowym towarzystwie. Wystarczyły trzy tygodnie,
byśmy się zaprzyjaźnili. A gdy widzieliśmy się po raz ostatni, pożegnał
mnie następującymi słowami:
- Jeślibyś wybierał się do Japonii, koniecznie daj mi znać. Myślę, że
mogę ci pomóc.
Gdy niemal rok później napisałem do niego list, w którym wspomniałem o swoich planach przyjazdu do Japonii, błyskawicznie nadeszła odpowiedź.
"O nic się nie martw. Przyjeżdżaj!", pisał, a ja ucieszyłem się bardzo,
że gdzieś tam na obcym lądzie czeka na mnie przyjaciel.
To właśnie dzięki rekomendacji Ry? zamieszkałem w domku wynajmowanym
przez wdowę Nakajima - krzepką dziewięćdziesięciolatkę o gładkich,
lśniących policzkach i wesołych oczach, która mimo sędziwego wieku
poruszała się szybkimi krokami i codziennie znajdowała czas i siły, by w białym fartuszku pielić chwasty w malutkim przydomowym ogródku. Dopiero
później dowiedziałem się, że była babcią sympatii Ry?.
Stancja mieściła się w starej kamienicy o dwóch kondygnacjach i płaskim
dachu. Nad frontową ścianą dobudowano prosty mur wysokości jednego
piętra, przez co dom od ulicy wyglądał na wyższy, bardziej okazały i solidniejszy, niż był w rzeczywistości. Pewnie dzięki temu właściciele
mogli dawniej żądać wyższego czynszu. Budynek podzielony był na dwie
części. W lewej połowie domu mieściła się moja stancja, w prawej - sklep
patronacki ze sprzętem firmy Mitsubishi Electric. Dawno temu
zaopatrywały się w nim rodziny z prowincji przybywające do stolicy z kilkoma walizkami ubrań i wałówki, głodne sprzętu i lepszego życia. Za
szybą kusiły je te wszystkie urządzenia elektryczne, które w latach
powojennych miały nie tylko ułatwiać życie, ale wręcz zapewniać
szczęście utożsamiane wówczas z dobrobytem: wentylatory, pralki,
ryżownice, klimatyzatory, telewizory kolorowe, telefony, faksy i radiomagnetofony. Jednak dziś wystawione towary były już tak stare, że
gdy pierwszy raz zajrzałem do wnętrza sklepu, pomyślałem, iż trafiłem do
muzeum staroci. Sędziwy właściciel, związany kontraktem z producentem,
bezskutecznie próbował odsprzedawać skupione od klientów zużyte graty.
Sklep czasy świetności miał już za sobą. Nie widziałem ani jednej osoby,
która wyszłaby stąd z zakupami. Jedynie garstka staruszków zaglądała od
czasu do czasu do środka, by zamienić kilka zdań ze sprzedawcą.
Na bocznej ścianie budynku, obok martwego neonu z napisem "Telewizory
kolorowe Mitsubishi", zwisały kable, młotki, obcęgi, lutownice i wiertarki. Nieopodal, ze szczytu chudej pionowej tyczki, zwisał porwany
niebieski proporzec Panasonic, o którym zapomnieć musiał nawet sam
właściciel. Jakby na przekór beznadziei, co wieczór nad wejściem do
sklepu wesoło rozbłyskiwały dwie neonówki.
Na przedniej ścianie mojej połowy domu znajdowały się duże drzwi używane
niegdyś do wynoszenia mebli podczas przeprowadzek. Były one zaryglowane
i zasłonięte metalową płytą. Do środka wchodziło się od tyłu, wąskim
przejściem pomiędzy budynkiem stancji a domem wdowy Nakajima. Przesmyk
miał szerokość pozwalającą na ustawienie w nim roweru, ale nie mieścił
się już w nim barczysty mężczyzna. Na tylnej ścianie domu, dwadzieścia
centymetrów nad ziemią, znajdowały się nieduże drzwiczki. Po
przekroczeniu progu wchodziło się do przedsionka wielkości metra
kwadratowego, gdzie zostawiało się buty. Następnie trzeba było wspiąć
się kilkanaście centymetrów, by wejść na drewnianą podłogę pokrytą
wykładziną, gdzie mieścił się pokój dzienny z aneksem kuchennym: zlewem
i kuchenką na jeden palnik.
- Jest tylko zimna woda - głębokimi ukłonami przepraszała mnie wdowa
Nakajima, gdy po raz pierwszy wprowadziła mnie do środka. - Gaz jest
odcięty - dodała po chwili. A gdy zobaczyła, że jej słowa nie zrobiły na
mnie zbyt dużego wrażenia, wyszeptała jeszcze: - Klimatyzacja też nie
działa.
Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Po japońsku powiedzenie to
brzmi mniej więcej tak: "Jeśli coś dostałeś, to w lecie zawsze będzie
miało krótki rękaw" i znacznie lepiej pasuje do mojej ówczesnej
sytuacji. W tym upale ciepła woda do niczego nie będzie mi potrzebna, a klimatyzacja sprzyja przeziębieniom i bólom głowy. Wiedziałem, że
doskonale poradzę sobie bez nich. Najważniejsze, że miałem dach nad
głową. A poza tym nie musiałem płacić czynszu!
Na środku pokoju dziennego stał stolik i cztery fotele o politurze
zdartej do surowej deski i śladach po kornikach. Tapeta, niegdyś biała,
miała teraz kremowy odcień. Wilgoć odkleiła jej rogi, które zrolowały
się niczym dachy chińskich świątyń. Na ścianach wisiały dwa kalendarze
sprzed kilku lat: wyblakłe pejzaże japońskiej prowincji. Przyglądałem
się im, gdy czułem, że mam dość ścisku, pędu i tumultu metropolii.
Kwitnące śliwy na marcowych kartkach, wiśnie na kwietniowych, w maju -
powiewające na wietrze kolorowe karpie z materiału. Na stronie
czerwcowej poletka ryżowe opadały kaskadowo na górskich zboczach. W lipcu wzrok cieszyło błękitne morze, a w sierpniu - strzeliste granie
Alp Japońskich. Obrazy uspokajały i koiły, a ich wyblakłe barwy dodawały
im piękna i tajemniczości. Kusiły, by wyruszyć w podróż.
W prawym rogu pokoju, za drzwiami z cienkiej sklejki, mieściła się
toaleta. Była to mała, podłużna muszla klozetowa wetknięta w podłogę.
Kucając nad nią, dotykałem kolanami ściany. Nie było to miejsce, w którym można było zatrzymać się na dłużej, ciesząc się samotnością i chwilą wytchnienia, przejrzeć gazetę i zamyślić nad wydarzeniami dnia.
Trzeba było skorzystać i jak najszybciej wyjść, nie zapominając o zdjęciu przypisanych do toalety gumowych kapci.
Skrzypiące przy każdym kroku wąskie schody za toaletą prowadziły do
sypialni na piętrze. Wchodziło się do niej przez przesuwne drzwi.
Podłogę wyścielały tu maty ze słomy ryżowej. Ściany do połowy wysokości
pokrywała pomalowana w roślinne wzory niebieska tapeta, a powyżej -
biała. W sypialni panował trudny do zniesienia upał. Dach, który
nagrzewał się za dnia, nocami oddawał ciepło. Dlatego mimo zmęczenia
całodzienną włóczęgą z trudem udawało mi się zasypiać, a o poranku
budziłem się zlany potem. Ale odkąd pewnego dnia w jednej z szafek
odkryłem stary wiatraczek, zacząłem spędzać tu więcej czasu. Uchylałem
okno w sypialni i przyglądałem się dzielnicy, czując, jak słaby podmuch
osadza wilgoć na moim ciele.
Miałem do dyspozycji całe sześć mat powierzchni. Dziewięć metrów
kwadratowych. Jak na Tokio był to prawdziwy luksus.
Ebara-machi
Dom, w którym mieszkałem, znajdował się w południowej części stolicy,
ćwierć kilometra od przystanku Ebara-machi na linii ?imachi spółki
kolejowej Toky?. W japońskiej stolicy równie ważne co adres jest
położenie domu wobec stacji kolejowej. Są kwartały i całe dzielnice o lepszej i gorszej renomie, ale tak naprawdę liczy się odległość, która
dzieli drzwi twojego domu od dworca.
Ebara-machi przetłumaczyć można jako "miasto na równinie perilli".
Perilla frutescens - kwiat znany u nas jako pachnotka - ma dwie
odmiany: czerwoną i zieloną, obydwie jadalne, w japońskiej kuchni
określane mianem shiso. Jednak wywodzenie źródłosłowu tej nazwy od
rosnących tu dawno temu pachnotek jest wysoce niepewne. Konkurencyjne i chyba bardziej przekonujące tłumaczenie etymologii odwołuje się do
nazwiska klanowego feudała panującego na tym terenie siedemset lat
wcześniej.
Pierwotnie znajdowała się tu wioska Hiratsuka-mura. Nazwa Ebara-machi
pojawiła się dopiero w 1927 roku. Nadano ją miasteczku, które powstało w miejsce wioski. W owym czasie leżało ono poza granicami Tokio. Jednak
już pięć lat później, w wyniku reformy administracyjnej, Ebara-machi
wchłonięte zostało przez stolicę i przekształcone w dzielnicę Ebara
(Ebara-ku), a następnie Shinagawa. Odtąd próżno szukać na mapie
Ebara-machi. Określenie to przetrwało tylko w nazwie stacji. Oficjalny
adres, pod którym zamieszkałem, przedstawiał się następująco: miasto
metropolitalne Tokio, dzielnica Shinagawa, rejon Nakanobu, okręg numer
dwa, kwartał numer dziewięć, dom numer dwanaście, a po japońsku - krócej
i łatwiej: T?ky?-to, Shinagawa-ku, Nakanobu 2-9-12.
W Ebara-machi dominowały niskie kamienice. Nie zmieściły się tu żadne
wieżowce, a budynków wyższych niż cztery piętra doliczyłem się może
tuzin. Było tu jednak wszystko, co potrzeba na co dzień do życia: sklep,
poczta, salon kosmetyczny, przychodnie, piekarnia, restauracje,
wypożyczalnia płyt kompaktowych, kilka warzywniaków i sklepów z pamiątkami, sklepy z AGD, szewc oraz krawiec. Dałoby się więc spędzić tu
całe życie, nigdy stąd nie wyjeżdżając.
Zwarta zabudowa całkowicie zasłaniała widok. Chcąc ujrzeć, co znajduje
się dalej, trzeba było przejść kilkanaście przecznic i wdrapać się na
któryś z wysokich bloków. Z góry czarne dachy domów w Ebara-machi
wyglądały jak stłoczone w płytkiej wodzie żółwie albo... konstrukcja z klocków, które ktoś kiedyś bezładnie porozrzucał, a potem przeciągając
wśród nich palcem, stworzył ulice i alejki. Jednym słowem, wydawać by
się mogło, że znaleźliśmy się na obrzeżach miasta, na których życie
zamiera wraz ze zmrokiem. Nic bardziej mylnego. Dojazd do Shinjuku -
jednego z centrów Tokio - zajmował mniej niż trzy kwadranse. Można też
było, z jedną przesiadką, dostać się do dzielnicy Shibuya. Tudzież z przesiadką na stacji Nakanobu w dwadzieścia minut podziemnym pociągiem
dojechać do Asakusy albo Nihonbashi.
Być może było jednak coś na rzeczy w tym odczuciu oddalenia od centrum,
brakowało tu bowiem typowego dla metropolii ulicznego tłoku, choć - jak
wszędzie w tym mieście - dokuczał niedostatek otwartej przestrzeni.
Sąsiedzi się znali. Kłótnie rozwiązywano po cichu, a i tak wszyscy o nich wiedzieli. Win się nie zapominało, ale najczęściej wybaczało, bo
trudno przy takim ścisku żyć w niezgodzie. A gdy komuś stało się coś
złego, mógł liczyć na pomoc sąsiada.
Tory przecinały dzielnicę na dwie części. Na północy, zaraz za
przejazdem kolejowym, było ciszej i spokojniej. Mieściły się tu
buddyjska świątynia H?ren-ji odłamu założonego przez mnicha Nichirena i szintoistyczny chram Hataoka poświęcony Hachimanowi - bogowi wojny i opiekunowi archipelagu japońskiego, inkarnacji cesarza ?jina. To
dzielnicowa oaza zieleni w kształcie trójkąta o stumetrowych bokach.
Innej zieleni praktycznie nie było, bo pozostałe miejsca mające w nazwie
słowa "park" lub "skwer" miały niewiele wspólnego z przyrodą - zwykle
oznaczały kilka krzewów wokół betonowego chodnika z dwoma albo trzema
ławkami. Budynki świątyni i chramu otoczone były przez wiecznie zielone
drzewa i to właśnie ta zieleń - naturalna i soczysta o każdej porze roku
- najbardziej wyróżniała tę okolicę spośród reszty kwartału. To przez
nią wyrażał się respekt wobec sacrum, którego nie odważono się
sprofanować. Pokusa zapewne musiała być duża - w końcu wszyscy wokół
ścisnęli się do granic wytrzymałości, a każdy centymetr kwadratowy
powierzchni cenniejszy był od złota. Nie odważono się jednak wykarczować
drzew zapewniających cień świętym miejscom.
Gdy w weekendy świątynię odwiedzali wyznawcy Nichirena - zwykle całe
rodziny - robiło się gwarno i głośno, a z sali modlitewnej rozlegał się
odgłos uderzeń w bębny. W tygodniu zaś najczęstszym obowiązkiem
buddyjskich duchownych było odprawianie pogrzebów.
Wolałem jednak szintoistyczny chram, który oferował więcej spokoju i przestrzeni. Można tu było odpocząć od tłumu i ścisku albo uciąć sobie
popołudniową drzemkę.
Za świątynią i chramem ciągnęły się już tylko rzędy niewysokich bloków
poprzedzielanych wąskimi asfaltowymi uliczkami i mieścił się całodobowy
sklep spożywczy - jedyny kolorowy akcent po tej stronie torów.
Na południe od torów - tam, gdzie mieszkałem - było głośniej, weselej i ludniej. Tę część dzielnicy otwierał nieduży placyk przed głównym
wejściem na stację. Spotkać można było tutaj sąsiada, porozmawiać ze
znajomym albo obnośnym sprzedawcą pieczonych patatów. Przy torach stała
budka policyjna, w której trzy razy na dobę zmieniali się stróże
porządku. Dość często bywali nieobecni, bo wyruszali na obchód
dzielnicy. Byli to zwykle dwaj młodzi mężczyźni pochodzący z sąsiadujących z Tokio prefektur, serdeczni i uśmiechnięci, ale
jednocześnie nieco nieśmiali i podejrzliwi. Nie mieli zbyt wiele do
roboty, chyba że jakiś mąż po zakrapianej imprezie zbyt głośno próbował
- zwykle bezskutecznie - udowodnić swojej żonie, że to on jest głową
rodziny. W Ebara-machi, jakkolwiek zza pleców i w cieniu mężczyzn, to
jednak rządziły kobiety. To one decydowały o najważniejszych zakupach,
trzymały rękę na pieniądzach i wydzielały mężom kieszonkowe z ich
własnej pensji. To one znały wszystkie międzysąsiedzkie tajemnice,
wiedziały, co się u kogo dzieje, kto wpadł w tarapaty, a komu powodzi
się lepiej niż innym.
Niedaleko komisariatu stały dwie budki telefoniczne z szarymi aparatami
do rozmów międzynarodowych, zwykle puste. Nieco dalej trzecia - z zielonym telefonem - do rozmów krajowych, oblegana przez licealistów,
których od czasu do czasu przeganiali policjanci. Naprzeciwko mieścił
się mały bar Dosanko, specjalizujący się w rosole z pszennym makaronem,
kiosk z gazetami, minisalon kosmetyczny Shiseido oraz salon z automatami
do gry pachinko o mało wyszukanej nazwie Ekimae, czyli "Przydworcowy".
Pachinko to gra, w której gracz obserwuje spadające za szybą metalowe
kuleczki wielkości ziarna grochu, w automacie przypominającym flipper,
ustawiony w pozycji pionowej. Kulki odbijają się od przeszkód i wpadają
do otworów, z których tylko jeden jest właściwy, za co gracz otrzymuje
dodatkowe kulki. Pachinko według prawa jest rozrywką, a nie grą
hazardową. Oznacza to, że wygrani oficjalnie otrzymują jedynie drobne
nagrody rzeczowe (środki czystości, batoniki, pluszowe zabawki). W rzeczywistości mogą udać się do malutkiego okienka w budynku za rogiem,
które oficjalnie nie ma nic wspólnego z salonem gier, i wymienić wygrane
na gotówkę. W tym kraju nic nie jest oczywiste. Czarne nie zawsze jest
czarne, a białe - białe. Istnieje cała gama szarości i świat, którego na
pierwszy rzut oka nie widać. Jak się okazało, by się o tym przekonać,
nie musiałem zgłębiać mądrych ksiąg albo zamykać się w klasztorach.
Wystarczyło, że porozglądałem się dookoła.
Do południa przybytek zapełniał się mniej więcej w połowie, za to
wieczorem prawie wszystkie miejsca były zajęte i gdy o tej porze przed
wchodzącym lub wychodzącym klientem rozsuwały się szklane drzwi, ze
środka wydobywały się obłok sinego dymu oraz straszliwy zgiełk -
pomieszanie stukotu tysięcy uderzających o siebie metalowych kuleczek i łoskotu elektronicznej muzyki. Tylko raz odważyłem się przestąpić próg
salonu, po części by zaspokoić swoją ciekawość, a trochę by podreperować
budżet. Jednak jak tylko znalazłem się we wnętrzu, pomyślałem, że przez
pomyłkę trafiłem do piekła. Smród palonego tytoniu i ogłuszający jazgot
spowodowały, że po kilku sekundach czmychnąłem czym prędzej na zewnątrz.
Przebywanie w tym hałasie to gwarantowany ból głowy, choć podobno przy
takim poziomie decybeli mózg szybko przestaje zwracać na nie uwagę. Nic
nie udało mi się wygrać, ale też nie zdążyłem wydać ani jena. Odtąd
żadna siła nie ciągnęła mnie już do zadymionych pieczar, które po wojnie
rozpleniły się w japońskich miastach i na prowincji. Zdarzało mi się
niekiedy jeszcze zajrzeć do środka przez szybę, ale widok graczy, którzy
pustym i beznamiętnym wzrokiem wpatrywali się w spadające srebrne kulki,
równie skutecznie co hałas i zapach zniechęcał mnie do przekroczenia
progu tych lokali.
Między salonem gier a drogerią stała metalowa brama zwieńczona trójkątem
z żółtym neonem Ebara-machi sh?tengai (Ulica handlowa Ebara-machi). Za
nią rozpoczynała się aleja Główna (Hon-d?ri) składająca się na dzielnicę
handlową wraz z prostopadłą do niej aleją Centralną (Ch??-d?ri). Obie
uliczki miały długość około dwustu metrów, na których mieściło się ponad
dwieście sklepów i warsztatów. Obie były równie wąskie: mijające się na
nich dwa samochody prawie stykały się lusterkami. Jak wszystkie
okoliczne ulice, tak i te nie miały chodnika, tylko wymalowane wzdłuż
krawędzi linie, które wskazywały miejsca dla pieszych. Budynki po ich
obu stronach liczyły co najwyżej trzy piętra. A mimo to stały tak blisko
siebie, że bez względu na porę dnia i położenie słońca skryte były
zwykle w cieniu. W pochmurny dzień jasno robiło się tu dopiero po
zmroku, gdy rozbłyskiwały szyldy i neony. Były to wesołe alejki i dużo
się na nich działo, ale - ze względu na brak naturalnego światła -
nikomu nie życzyłbym, by tutaj zamieszkał.
Aleja Centralna biegła równolegle do torów w stronę stacji Hatanodai.
Aleja Główna prowadziła w głąb dzielnicy - do mojej stancji. Mieściły
się na niej sklep z herbatą i akcesoriami do jej parzenia, spożywczak,
bank, wypożyczalnia wideo, salon fryzjerski, kawiarnia, smażalnia i hurtownia napojów. Sto pięćdziesiąt metrów od dworca krzyżowała się z deptakiem o dumnie brzmiącej nazwie Shining Road, który był niegdyś
rzeką. Trzydzieści metrów dalej, w pobliżu kapliczki z posągiem Śakry,
buddyjskiego wcielenia boga Indry i władcy jednego z niebiańskich
królestw, odbijała w prawo bezimienna alejka. Pięćdziesiąt kroków dalej
znajdowała się moja stancja.
Wkrótce odkryłem, że Ebara-machi ma swój rytm. Odtąd nie potrzebowałem
już zegarka, by z dużą dokładnością określić, która jest godzina.
O szóstej rano skrzypiały koła rowerów roznosicieli gazet - głównie
uczniów lokalnych szkół. Pół godziny później rozlegał się szczęk
podnoszonych żelaznych żaluzji, który wywoływał gęsią skórkę na plecach.
Tak rozpoczynał się długi dzień pracy w magazynie hurtowni napojów,
naprzeciwko mojego okna. Chwilę później można było usłyszeć brzęczenie
pustych butelek i stukot rozbijanego szkła, a zaraz potem kilka małych
ciężarówek na wstecznym biegu wytaczało się ze składu na uliczkę.
- ?rai! ?rai! ?rai! - pomocnicy wykrzykiwali zjapońszczone angielskie
all right, pomagając kierowcom wykonać trudny ze względu na brak
miejsca manewr.
Około siódmej uliczki Ebara-machi zaczynały wypełniać się pracownikami
korporacji i uczniami w drodze do stacji, skąd pociągi wiozły ich w stronę centralnych dzielnic. Trzydzieści minut później przed salonem
pachinko ustawiała się kolejka: gospodynie domowe, emeryci i znudzona
młodzież. Niekiedy zdarzał się wśród nich również mężczyzna w garniturze, który wyglądał, jakby spóźnił się na pociąg, choć pewnie
zamiast oddawać się pracy, szukał sprzymierzeńca w fortunie. Od czasu do
czasu kolejkowicze pojawiali się jeszcze wcześniej, by zająć miejsca
przed automatami, które z jakichś powodów uznawano za szczególnie
szczęśliwe danego dnia. Przy takiej gęstości zaludnienia informacja o spodziewanej przychylności losu rozchodzi się z prędkością światła, a któż nie chciałby uszczknąć choćby trochę z łaskawości losu? Salon
otwierał swoje podwoje o dziewiątej. W tym samym czasie wysychał
strumień ludzi wokół stacji. Widać było głównie spacerujących staruszków
i miejscowych sprzedawców ustawiających świeże towary na półkach.
Kręcili się też przestawiacze rowerów. Byli to wydelegowani przez urząd
dzielnicy emeryci wolontariusze, którzy pilnowali, by żaden jednoślad
nie tarasował wąskich uliczek. Mieszkańcom Ebara-machi, śpieszącym się
rankiem na pociąg, zdarzało się parkować rowery w niedozwolonych
miejscach. Przestawiacze unosili je (miały zablokowane tylko tylne
koła), ustawiali w równe rzędy na wyznaczonym parkingu, a na
kierownicach zawieszali kolorowe karteczki z wezwaniem do przestrzegania
przepisów i terminem, po którym rower mógł zostać zabrany przez służby
miejskie. W Ebara-machi właściciele po powrocie z pracy bez trudu
odnajdowali swoje przeparkowane jednoślady, a kradzieże zdarzały się
sporadycznie. Przy większych stacjach bywało jednak, że musieli naszukać
się swoich rowerów, a nierzadko ginęły one bez śladu.
Dzielnica na krótko ożywała około południa. Malutkie jadalnie i bary
szybkiej obsługi wypełniały się pracownikami biurowymi z okolicznych
firm, korzystającymi z godzinnej przerwy na lunch. Potem uliczki znowu
pustoszały, aż do szesnastej, gdy pojawiali się uczniowie po lekcjach, a gospodynie domowe w fartuszkach opuszczały klimatyzowane mieszkania, by
zaopatrzyć się w miejscowych sklepikach w składniki na kolację.
O piątej po południu otwierała się szkoła języka angielskiego Cosmo
Club. Pierwszy człon jej nazwy pochodził od angielskiego słowa
cosmopolitan. Szkoła mieściła się w dwupiętrowym budynku tuż obok
mojej stancji. W salce na parterze przy kilku drewnianych stolikach
ćwiczono rozmówki i gramatykę w wersji północnoamerykańskiej. Motto
szkoły brzmiało: "Angielski nie jest trudny. To, co czyni go trudnym, to
stosowane metody nauki".
- KO-MU-NI-KA-CJA! - podkreślał właściciel, pan Tsujiuchi. -
Najważniejsza jest KO-MU-NI-KA-CJA!
Uczniowie pojawiali się falami. Najpierw kilkuletnie szkraby - głośne i rozbawione, które na mój widok milkły i umykały spłoszone, po nich
nastolatki - odważniejsze i ciekawe świata, a w końcu studenci i pracownicy korporacji - zmęczeni po dniu pracy, rozplątujący węzły
krawatów i odpinający górne guziki przepoconych koszul, którzy naukę
języka traktowali z wielką powagą.
Wpadałem do szkoły pana Tsujiuchiego wieczorami, by ochłonąć, napić się
herbaty i schrupać kilka krakersów, które zwykle zaraz po wejściu
podtykano mi pod nos. Pomiędzy zajęciami gromadziła się tam młodzież z całej dzielnicy, bo szkoła językowa pełniła również funkcję domu
kultury. Uczniowie zwykle niewiele wiedzieli o Polsce i Europie,
fascynowała ich raczej Ameryka.
- Ach... - zamyślali się na głos. - Jak bardzo chcielibyśmy tam pojechać.
Nowy Jork, Boston, Los Angeles. Przestrzeń. Wolność...
- Przestrzeń i wolność - powtarzałem.
- Tak! - pokrzykiwali. - Przestrzeń! Wolność!
- Ale w parze z nimi idą odpowiedzialność za siebie samego,
współzawodnictwo i indywidualizm - próbowałem wyjaśnić im to, co przed
kilku laty czułem, podróżując między wschodnim a zachodnim wybrzeżem.
Miałem jednak wrażenie, że nie w pełni rozumieją, co mam na myśli.
Trudno konkurować z mitami i wyobrażeniami, szczególnie gdy ich odbiorcy
mają naście lat, a ich wizję świata kształtują media. Zmienić je może
dopiero własne doświadczenie.
- Wiemy, wiemy. W Ameryce każdy ma broń - reflektowali się i z ich
twarzy znikał uśmiech. - Europa jest bezpieczniejsza.
Być może ich słowa wynikały z kurtuazji. Po prostu nie chcieli sprawić
mi przykrości. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, a nawet cieszyłem się,
że sieję delikatny zamęt w ich głowach. Wkrótce przyniósł on nawet
niespodziewane owoce. Pewnego dnia na powitanie wykrzyknęli: "Kopernik!
Szopen! Madame Curie! Wałęsa! Wajda! Papież!", a potem zaproponowali,
bym zrobił im mały kwiz wiedzy o Europie i Polsce. Okazało się, że po
cichu - by zrobić mi przyjemność - przekartkowali w lokalnej bibliotece
wszystkie książki poświęcone tej części globu. Już w wieku kilkunastu
lat wiedzieli, że takie drobiazgi wpływają na nasze życie. Rozumieli
też, że wiedza, którą ktoś się z nimi dzieli, jest bezcennym darem, a radość, którą sprawiamy innym, na pewno do nas powróci. Opowiadałem im
czasem po zajęciach o odległym i egzotycznym świecie. Słuchali w ciszy,
przejęci, a potem ci odważniejsi zadawali pytania: "Co się je w Polsce?
Czy są cztery pory roku? To bardzo zimny kraj, prawda?". Odpowiadałem
cierpliwie, co rusz rozszerzając swoją opowieść o inne części
kontynentu. A oni w podziękowaniu zapraszali mnie na domowe kolacje i wieczorne spotkania.
Tak poznałem Maki Kaneko, dziewiętnastolatkę o bujnych, farbowanych na
kasztan włosach i serdecznym uśmiechu. Ze względu na ciemną karnację
nosiła przydomek Filipino, z którego - wbrew powszechnie panującej
modzie na śnieżnobiałą cerę - była dumna. Jej rodzice prowadzili
niewielki bar na kilka stolików w pobliżu stacji Hatanodai. Któregoś
wieczora poszliśmy tam we dwoje. Ojciec, dziękując za uwagę, którą
poświęcam jego córce, wręczył mi kartę dań i kazał wybrać to, na co mam
ochotę. Wskazałem makrelę z rusztu (w tym klimacie naprawdę najlepiej
smakują ryby). Gdy parująca potrawa wylądowała na stoliku przede mną,
zauważyłem, że rodzice Maki dyskretnie zerkają zza kontuaru, jakby
chcieli upewnić się co do moich umiejętności posługiwania się
pałeczkami. Musiałem zdać ten test, bo na ich twarzach zagościł uśmiech.
To była najlepsza makrela, jaką kiedykolwiek jadłem. W jej smaku czuć
było nie tylko kunszt kucharza, ale również jego serce.
Maki marzyła o wielkim świecie, śniła o podróżach i przygodzie.
Powtarzała, że ziemia jest wielka, a Japonia to zaledwie jej malutka
część; że - by zrozumieć siebie i swój kraj - trzeba najpierw z niego
wyjechać, poznać obce kultury i ludzi, którzy myślą inaczej.
- Japonia jest wyspą - mówiła. - Wszystko jest tu dopięte na ostatni
guzik i trudno pójść inną drogą niż większość.
Jej jednak nie brakowało ani energii, ani odwagi.
- Mam już konkretny plan - powtarzała pewnym głosem. - Zostanę
przewodnikiem. Najpierw po Ameryce, potem Europie, a na końcu Azji.
Już teraz czyniła przygotowania, by wyrwać się z domu: z całych sił
szlifowała angielski. A ja starałem się jej w tym pomóc.
Mimo młodego wieku Maki była silną, niezależną kobietą. Zarażała
entuzjazmem i energią. Nigdy nie widziałem jej smutnej ani nawet
przygnębionej.
- Mojego chłopaka niepokoją nasze częste spotkania. Poprosił mnie o ich
ograniczenie - oznajmiła mi pewnego dnia. - Wytłumaczyłam mu jednak, że
niepotrzebnie się tym przejmuje, bo nic nas nie łączy poza wspólną nauką
języków.
- Uwierzył ci?
- Oczywiście. Nie miał wyboru.
Spotykaliśmy się niemal codziennie. Zwykle w szkole pana Tsujiuchiego,
gdzie pomagałem jej odrabiać prace domowe, a potem, po zajęciach,
włóczyliśmy się razem po okolicy.
Spędzane razem chwile mijały nam bardzo szybko. Ja również korzystałem z tej znajomości. To dzięki niej dowiedziałem się, że codziennie wieczorem
supermarket Ozeki na alei Centralnej sprzedaje gotowe potrawy po
obniżonych cenach. Maki zaprowadziła mnie do najtańszej pralni w okolicy
i bez skrępowania pomogła za pierwszym razem wrzucić brudną bieliznę do
pralki i uruchomić maszynę. Pokazała mi ciekawe zaułki i tanią
restaurację z zupami z makaronem. Ona też tłumaczyła mi nagłówki w japońskich gazetach i przynosiła wieści ze świata, od którego przez
pierwsze tygodnie byłem niemal całkowicie odcięty ze względu na słabą
znajomość języka i brak telewizora oraz radia. Maki była łącznikiem z lokalnym światem i jednocześnie moim dobrym duchem, na którego zawsze
mogłem liczyć.
Około dziewiętnastej trzydzieści z pociągów zaczynali wysiadać mężowie
wracający z pracy w centralnych dzielnicach. Część z nich maszerowała
prosto do domów. Pozostali w kilkuosobowych grupkach rozpoczynali
wieczorną zabawę w jednym z okolicznych barów. Spotykali się co tydzień
o tej samej porze i w tym samym gronie. Szybko zacząłem rozpoznawać ich
twarze.
O tej porze zapadał zmrok i ktoś - nigdy nie udało mi się wypatrzyć kto
- zapalał świeczki przy posążku w kapliczce obok mojego domu. Przez
następne dwie godziny dzielnica tętniła życiem. Rozbłyskiwały żółte
latarnie i czerwone lampiony kołyszące się przed wejściami do barów.
Nawet reklamy, wszędobylskie i agresywne, dodawały dzielnicy uroku.
Zwykle nie panował już wtedy skwar. Zdarzało się nawet, że wiała chłodna
bryza. Lubiłem tę porę dnia i nigdy nie czułem się wtedy samotny.
Wystarczyło, że wyszedłem na krótki spacer, a niemal na pewno spotykałem
kogoś znajomego.
Spotkania! Na początku bywają trudne. Rozmówca musi cię poznać i zaklasyfikować. Dopiero wtedy będzie wiedział, jak powinien z tobą
rozmawiać, by ani cię nie obrazić, jeśli używać będzie zbyt potocznych
zwrotów, a ty okażesz się osobą stojącą wyżej od niego w społecznej
hierarchii, ani zbytnio się nie spoufalić, jeśliby to on zajmował wyższy
szczebel tej drabiny niż ty. Większość obowiązujących zasad nigdzie nie
została spisana, a ich znajomość jest kwestią doświadczenia, którego
gromadzenie wymaga czasu. "Z obcokrajowcami zawsze jest nieco więcej
kłopotu", słyszałem wielokrotnie. "Choć z drugiej strony nie trzeba się
nimi przejmować. Są tu tylko przejazdem, nie znają miejscowych reguł,
więc i my nie musimy ich wobec nich stosować". Zwykle na początku
największą przeszkodą jest nieśmiałość. Nieznajomi bardzo chcieliby cię
poznać, lecz skrępowanie bierze górę nad ciekawością. Krążą bez słowa
wokół ciebie, a gdy w końcu odezwiesz się do nich, ich twarze rozjaśnia
szczera radość. U innych wyraża się ona inaczej. Już od pierwszego
zdania klepią cię po plecach, niekiedy tak mocno, że aż podskakuje ci
głowa, ale ta nadzwyczajna manifestacja uczuć tak naprawdę maskuje
niepewność. Zaprzyjaźniają się z tobą tak szybko, że jeszcze nie
poznałeś ich imienia, a już masz wrażenie, że oddaliby ci swoje córki za
żony. Po chwili odwracają się na pięcie i nigdy więcej ich nie
zobaczysz. Nie są zbyt groźni, o ile tylko uda się przetrzymać pierwszy
atak ich czułości. Zwykle ośmiela ich alkohol, który w Japonii jest
najlepszym usprawiedliwieniem dla niekonwencjonalnych zachowań. Znacznie
gorsi są ci, którzy maskując brak manier lub nieznajomość języków
obcych, traktują cię z góry, podnoszą na ciebie głos i używają
grubiańskiego języka, ponieważ myślą, że i tak ich nie rozumiesz.
Protekcjonalny ton, którym się posługują, a który ma dodać im animuszu,
jest irytujący. Jeśli spotkasz ich ponownie, szczególnie w towarzystwie
kobiet, poczują się nieswojo i będą udawać, że cię w ogóle nie znają.
Ich pozorną pewność siebie zastąpi głupkowaty uśmiech. Jedyną na nich
metodą jest wyrozumiałość.
Zazwyczaj około dziewiątej wieczorem przez okno dobiegał stukot
drewnianych sandałów albo skrzypienie rowerowych kół. Wychodziłem wtedy
z domu lub ze szkoły pana Tsujiuchiego i podążałem ich śladem. Dźwięki
urywały się przy łaźni. Nosiła nazwę Żółwi Wrzątek. Jej budynek
znajdował się nie więcej niż trzy minuty spacerem od mojego mieszkania.
Wyróżniał go ciężki, spadzisty dach przykryty lśniącą, czarną dachówką,
przypominający dachy wiejskich posiadłości dawnych możnowładców, oraz
widoczny z daleka ceglany komin. Wprawdzie łaźnia otwierała swoje
podwoje już o piętnastej, ale większość klientów pojawiała się w niej
dopiero po zapadnięciu zmroku.
Do środka zapraszała czerwona litera yu - oznaczająca "wrzątek" -
wymalowana na granatowym płótnie zasłony wiszącej nad wejściem. W holu
znajdowały się schowki na buty. Stąd przez przesuwne drzwi wchodziło się
do przebieralni. Pomieszczenie przedzielone zostało nieco wyższym od
człowieka przepierzeniem na dwie połowy: lewą - dla kobiet, i prawą -
dla mężczyzn. Tuż obok drzwi, w nieogrodzonym kantorku, na podwyższeniu
siedziała właścicielka łaźni lub jej córka. Przyjmowały pieniądze od
klientów (trzysta osiemdziesiąt pięć jenów, czyli niecałe trzynaście
złotych), wydawały resztę, podawały ręczniki i mydło dla zapominalskich.
Miały baczenie na obie przebieralnie, ale już od dawna widok nagich ciał
nie robił na nich żadnego wrażenia.
Na ścianie szatni dla mężczyzn wisiał plakat z japońską pięknością
siedzącą na brzegu wanny i zasłaniającą swoje nagie ciało ręcznikiem. Za
jej plecami jaśniał ośnieżony stożek wulkaniczny. Napis na plakacie
brzmiał: "Dlaczego tak dobrze czujemy się w łaźni? To efekt ujemnej
jonizacji!". Jonizacja była tegorocznym hitem. W reklamach
telewizyjnych, jakie oglądałem w witrynach sklepów z elektroniką,
wyświetlano animacje, w których przenośne jonizatory pochłaniały
dodatnie jony o wampirzych zębach i wypluwały uśmiechnięte cząsteczki ze
znakiem minusa. Społeczne trendy ulegały zmianie. Ciężka praca i bogacenie się za wszelką cenę ustępowały miejsca dbałości o zdrowie, co
oczywiście skwapliwie wykorzystywali producenci leków, żywności i wszelakiej elektroniki. A że mieszkańcy wysp podatni są na mody,
jonizatory sprzedawały się jak ciepłe bułeczki.
Nieopodal plakatu z atrakcyjną młodą damą wisiała duża reklama piwa.
Naprzeciwko niej stała lodówka z napojami. Z głośników, w zależności od
pory dnia, leciały japońskie pieśni enka lub radiowe transmisje z meczów baseballu. W tym roku sukcesy odnosiła drużyna Fukuoka Daiei
Hawks z dalekiego Kiusiu pod wodzą charyzmatycznego trenera o tajwańskich korzeniach, niegdyś świetnego leworęcznego pałkarza Sadaharu
Oh.
Za zaparowaną szybą znajdowała się sala kąpielowa ozdobiona malowidłem
przedstawiającym unoszącą się na wodzie wyspę porośniętą dorodnymi
sosnami. Ze ścian wystawały niewielkie krany z lodowatą i gorącą wodą,
którą nalewało się do drewnianych cebrzyków i spłukiwało namydlone
ciała. Naraz kąpać mogło się tu trzydzieści osób, ale czasy, gdy łaźnia
odgrywała rolę miejsca, w którym załatwia się ważne towarzyskie,
biznesowe, a niekiedy nawet polityczne interesy, dawno już minęły. Odkąd
w większości mieszkań w Ebara-machi zainstalowano łazienki, interes nie
szedł dobrze. Właścicielka w kantorku nie dawała jednak tego po sobie
poznać: siedziała wyprostowana z wysoko uniesioną głową i żartowała z klientami. Zwykle kąpieli zażywało tu pięciu, sześciu mężczyzn i ja,
jedyny Europejczyk.
Wiek na wyspach jest najlepszym usprawiedliwieniem dla łamania
konwenansów, w myśl zasady, że im owoc starszy, tym lepszy. Emeryci
zwolnieni są z przestrzegania krępujących ograniczeń i reguł. Zwyczajnie
wolno im więcej. Głośne pierdnięcie w towarzystwie, beknięcie czy
wysmarkanie nosa przez dziadka spotyka się tu co najwyżej z pobłażliwym
uśmiechem i stanowi powód do kolejnego żartu albo serii wspomnień.
Staruszkowie nie czuli skrępowania. Nieraz spoglądali w stronę mojego
krocza, a gdy przyłapywałem ich na gorącym uczynku, nie odwracali
wzroku.
- Masz białą skórę - mówili, uśmiechając się, i dawali mi kuksańca. -
Skąd jesteś?
- Z Polski (P?rando) - odpowiadałem.
- Z Holandii! (Oranda!) - wykrzykiwali. - Kraju tulipanów!
- P?-ran-do - wymawiałem każdą głoskę z osobna.
- Oranda! Oranda! - powtarzali, kiwając głowami.
- Wa-ru-sha-wa - chwytałem się ostatniej deski ratunku, wymawiając
japońską nazwę stolicy Polski, a jeżeli to nie działało, dawałem za
wygraną. Dla tych półgłuchych psotników o twarzach buddów nie miało to
przecież żadnego znaczenia. Polska czy Holandia. Obie leżały daleko
stąd.
W sali kąpielowej panował wesoły gwar. Podczas gdy mężczyźni wymieniali
się uwagami o ulubionych graczach baseballu, zza przepierzenia
dochodziły śmiechy staruszek i komentarze na temat najnowszego odcinka
porannej telenoweli w państwowej telewizji NHK. Od czasu do czasu
członkowie rodzin podawali sobie ponad przepierzeniem mydło i szampon.
Środek pomieszczenia zajmowała duża wanna w kształcie elipsy, podzielona
na dwie części: głębszą i płytszą. Fluorescencyjne światło świetlówek
barwiło wodę w wannie na zielono. Termometr wskazywał czterdzieści sześć
stopni. Zanurzając się, miałem wrażenie, że nakłuwają mnie tysiące
igiełek. Wyskakiwałem z wanny już po kilku sekundach, na plecach czując
wzrok pozostałych klientów. Wybuchali śmiechem na widok mojego ciała,
które przybierało buraczkową barwę. Spotykaliśmy się chwilę później w przebieralni. Stały tam dwa fotele i kanapa, a za oknem zielenił się
niewielki ogródek, w którym można było ochłodzić się po kąpieli.
Popijając zimną wodę albo napój mleczny, opowiadałem towarzyszom kąpieli
o swoich wrażeniach, a oni - od czasu do czasu - zdradzali mi tajemnice
dzielnicy, które w większości były już mocno przeterminowane.
Godzinę przed północą, gdy odświeżony wracałem do domu, gasły latarnie.
Odtąd ulice rozjaśniały jedynie światła szyldów, automatów z napojami i witryn sklepów całodobowych. Mniej więcej o tej porze bary opuszczali
klienci o przekrwionych oczach i zarumienionych policzkach.
Ich pożegnania za każdym razem przebiegały identycznie: tworzyli krąg,
intonowali bełkotliwym głosem Otsukare-sama desu! (Dziękujemy za
trud!), powtarzali tę frazę niczym mantrę, kłaniali się przełożonym, a potem ruszali biegiem w stronę stacji. Ci, którzy nie zdążyli na ostatni
pociąg, musieli skorzystać z usług taksówek, których liczba o tej porze
gwałtownie wzrastała, albo przenocować w jednym z tanich hotelików,
których pełno tu w pobliżu większych stacji. Gdy milkło echo ich kroków,
na uliczkach Ebara-machi zapadała cisza. Dzielnica pogrążała się we
śnie.
Mój świat rozrastał się z każdym dniem. Poznawałem kolejne zaułki, bary,
sklepy i warsztaty. Okolice stacji Hatanodai i Nakanobu. Obie na
pierwszy rzut oka niewiele różniły się od Ebara-machi - wypełniały je
ściśnięte domki i pokrzykiwania dzieci. Szybko zauważyłem jednak, że
ponieważ były to stacje przesiadkowe, przewijało się przez nie więcej
osób. Zapewniały większą anonimowość, a życie wokół nich toczyło się w szybszym tempie. Z upływem czasu zapuszczałem się dalej na południe.
Zwykle przyłapywałem się na myśli, że sceneria niewiele się zmienia, że
kolejne dzielnice są niczym klony sąsiednich. Dopiero gdy się im lepiej
przyjrzałem, zacząłem zauważać różnice: wśród pozornie identycznych
budynków co w Ebara-machi odnajdowałem więcej reprezentacyjnych budowli
i solidnych domów z ogrodami otoczonymi ceglanymi murami. Miały murowane
i pokryte równym tynkiem ściany. Przed ich bramami stały zagraniczne
samochody - znak, że mieszkają tu zamożne osoby. Nie było tam tanich
barów, sklepików z warzywami i z tysiącem drobiazgów, nie kręciły się
dzieci, a z głośników radiowęzła nie płynęła muzyka ani komunikaty
dzielnicowej rozgłośni. Atmosfera była sztywna i oziębła.
Wolałem Ebara-machi, pełną sklepów i głośno nawołujących sprzedawców,
gdzie między rowerami biegały grupki roześmianych urwisów, których
ojcowie - w większości urzędnicy średniego szczebla lub pracownicy ze
środka firmowej drabiny - nie mieli wielkich szans na szybki awans i oszałamiającą karierę. Zarabiali wystarczająco dużo, by utrzymać
rodziny, ale nie na tyle, by wyrwać się z Ebara-machi i przenieść bliżej
centrum lub do domku na peryferiach stolicy.
Powoli oswajałem się z dzielnicą, a ona ze mną. Przyjaciele ze szkoły
językowej, rozmowy w łaźni, pozdrowienia na uliczkach i uśmiech
ekspedientek w smażalni oraz warzywniaku. Nieśpiesznie przełamywaliśmy
pierwsze lody. Ja zapamiętywałem ich imiona, powoli odszyfrowywałem
nieznane mi miny, grymasy i gesty, uczyłem się lokalnej etykiety. Oni
podpytywali mnie o życie w Polsce, rodziców, studia, pasje, wrażenia z Japonii, podpatrywali mnie w drodze na stację i do pralni, skrzętnie
zestawiając ze sobą fragmenty informacji, aż uzyskali obraz, który ich
satysfakcjonował. Wkrótce znaliśmy się już lepiej, niż nam się wydawało.
Wzajemność należy tutaj do najważniejszych reguł, jest gwarantem
stabilności i wspólnoty losu. Żyłem podobnie do nich, po cichu i skromnie, nie zajmowałem zbyt wiele miejsca i nie rościłem sobie do
niczego pretensji. Przyciągałem wzrok swoją bladą cerą, ale nie
zasobnością portfela. Tym akurat nie odróżniałem się od większości
mieszkańców Ebara-machi. Nie byłem swój, ale nie burzyłem porządku i harmonii. Zostałem po cichu i bez słów zaakceptowany.
Wtedy poczułem, że najwyższy czas wyściubić nos jeszcze dalej. Byłem
gotowy, by wyruszyć w stronę lśniących wieżowców i gwarnych ulic
centralnego Tokio.
Wschodnia stolica
Dwa chińskie znaki, które składają się na nazwę japońskiej stolicy,
oznaczają "wschód" i "miasto stołeczne". Nazwę Tokio przetłumaczyć można
więc jako "wschodnia stolica". Słowo to bezpośrednio nawiązuje do
chińskiego wzorca, według którego tworzono nazwy miast, gdzie urzędowali
panujący: Pekin oznacza północną stolicę, a Nankin - południową. Tokio
to jednak stosunkowo nowa nazwa. Aż do upadku szogunatu w 1868 roku
miasto nazywało się Edo i już wtedy było jednym z największych na
świecie. Dziś stolica Japonii to prawie trzynastomilionowa metropolia, w której skład wchodzą dwadzieścia trzy rejony miejskie i dwadzieścia
sześć miast. W promieniu pięćdziesięciu kilometrów wokół niej żyje
dalsze dwadzieścia milionów ludzi.
W europejskich miastach, które swoje korzenie mają w średniowieczu i skonstruowane są według podobnego schematu (od centralnie położonego
rynku, na którym znajduje się ratusz, rozchodzą się promieniście uliczki
wypełnione zwartą zabudową), wystarczy dostać się na główny plac, by z dużym prawdopodobieństwem, nawet bez pomocy przewodnika, odnaleźć to, co
najciekawsze. Najstarsze budowle i najcenniejsze zabytki znajdują się
bowiem zwykle nieopodal siebie i mając oczy szeroko otwarte, na pewno na
nie trafimy. Co innego Tokio. Tutaj trudno o jedno historyczne centrum
otoczone kolejnymi pierścieniami zabudowań. Wschodnia stolica przypomina
raczej archipelag wysp o rozmytych granicach, których centra wyznaczają
stacje kolejowe. Jest jak skomplikowany mechanizm o wielu trybach
poruszających się w różnym tempie i na pozór od siebie niezależnych,
lecz w rzeczywistości ze sobą powiązanych.
Niewiele jest na całym świecie miejsc, które doświadczyłyby tylu
kataklizmów pustoszących tkankę miejską co Tokio. W samym tylko XX wieku
stolica Japonii zrównana została z ziemią dwukrotnie: w czasie wielkiego
trzęsienia ziemi i towarzyszących mu pożarów w 1923 roku oraz podczas
nalotów dywanowych bombowców armii amerykańskiej pomiędzy listopadem
1944 a sierpniem następnego roku. Za każdym razem miasto odradzało się
niczym Feniks z popiołów, za każdym razem odmienione i tylko częściowo
podobne do swojego poprzednika.
Jak więc odkrywać to miasto? Czy poruszać się jakimś określonym
szlakiem, czy też zdać się na przypadek i intuicję? Nie zastanawiałem
się długo, dysponowałem bowiem tym, czego brakuje większości
przyjezdnych - czasem. Przez pierwsze dni wychodziłem więc po prostu
rankiem z domu i maszerowałem przed siebie.
Warto jest poruszać się bez planu. Nic nas wtedy nie ogranicza. Nic nie
uwiera i nie kusi. Ci, którzy tworzą plany, mają też oczekiwania, a potem często czują żal: czegoś nie zobaczyli, dokądś nie dotarli, ktoś
zatrzasnął im drzwi przed nosem. Niekiedy też to, co zastali, wygląda
zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażali.
Gubiłem się, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Przecież nawet
rodowici tokijczycy, gdy opuszczą miejsce zamieszkania, zaczynają się
gubić i dlatego niemal na każdym rogu ulicy znajduje się schemat
dzielnicy. W razie czego zawsze można też o drogę zapytać listonosza, bo
to on - jak zapewne wszędzie na świecie - najlepiej zna najbliższą
okolicę.
W dzisiejszej topografii Tokio najważniejsza jest kolej. To ona wyznacza
arterie, którymi płynie potok mieszkańców do, z i wewnątrz stolicy,
niczym krew w ciele olbrzyma. Pociągi... Bez nich to miasto zamieniłoby
się w chaotyczne kłębowisko ludzi, asfaltu, betonu, stali i szkła.
Myślałem tak za każdym razem, gdy w wyniku awarii albo samobójczej
śmierci, eufemistycznie określanej tutaj mianem "wypadku z udziałem
ludzkiego ciała", przestawały kursować pociągi na głównych liniach.
Zdarzało się to niemal codziennie i gdy perony wypełniały się tysiącami
wybitych z rytmu pasażerów nerwowo wydzwaniających z przeprosinami do
przełożonych, kontrahentów albo przyjaciół, właśnie wtedy najmocniej
dawało się odczuć niemalże organiczny związek miasta z żelaznymi
drogami. A przecież były to jedynie namiastki potencjalnego kataklizmu,
jaki wywołałoby wstrzymanie ruchu na wszystkich liniach i skazanie
mieszkańców na piesze wędrówki. Nawet trudno byłoby to sobie wyobrazić.
Mapa kolejowa Tokio przypomina sieć pajęczą rozpiętą na centralnym
pierścieniu. Ten pierścień to okrężna linia Yamanote, której trasa
wiedzie przez najważniejsze stacje w mieście: Tokio - z którego
wyjeżdżają superekspresy, Ueno - niegdyś punkt startowy wszystkich
pociągów ruszających na północ kraju, Shinagawę, Shibuyę - dzielnicę
młodzieży, Shinjuku - królową tokijskich stacji i najbardziej
uczęszczany dworzec kolejowy świata, oraz Ikebukuro. Od tych stacji we
wszystkich kierunkach biegną linie kolejowe, rozwożąc pasażerów ku
dalszym rejonom miasta.
Zamieszkanie wewnątrz wytyczonego przez tory linii Yamanote kręgu wiąże
się z prestiżem, co nie zawsze oznacza wyższy standard mieszkania, a niemal bez wyjątku - wyższy czynsz. Korzyścią jest oczywiście krótszy
czas dojazdu do pracy, a to czas (a nie pieniądz) jest dla tokijczyków
na wagę złota. Zresztą do Tokio przyjeżdża się zwykle po to, by ciężko
pracować i dorobić się, a nie po to, by wygodnie żyć.
Nie miałem więc wyboru: odrzuciwszy bedekery, zdany byłem na towarzystwo
kolei. Nie musiałem nawet korzystać z jej usług, ale traktowałem ją jako
latarnię na morzu gmachów i ludzi. Gdziekolwiek bym się zgubił, stracił
orientację czy humor, szukałem stacji. Wystarczyło tylko, bym usłyszał
turkot pociągu albo melodię zapowiadającą jego wjazd na peron, i od razu
czułem się pewniej. Wiedziałem, że odnajdę drogę i trafię tam, dokąd się
wybieram, albo co najmniej dowiem, gdzie się znalazłem.
Na początku to właśnie kolejne stacje na linii Yamanote, niczym
nieruchomi przewodnicy, służyły mi za punkty orientacyjne. Z nich ruchem
wahadłowym zapuszczałem się w głąb obcego terytorium wydzielonego torami
biegnącymi na wysokości pierwszego piętra. W Tokio budynki, drzewa, a nawet znaki drogowe potrafią przepoczwarzyć się z dnia na dzień, ukryć
za potężną reklamą lub neonem, a nawet zniknąć pod łopatą buldożera. A tory... One tkwią nieruchome, zawsze w tym samym miejscu, i zdają się
jedynym elementem tokijskiej przestrzeni, który ma wystarczająco dużo
sił, by oprzeć się naturze i człowiekowi.
Codzienne marsze. Poruszałem się po mieście na piechotę, pokonując po
kilkanaście kilometrów dziennie, gubiąc się i odnajdując, moknąc bez
przerwy (dopóki nie sprawiłem sobie parasola). Dobrze mi to robiło. Mózg
był dotleniony, umysł czysty, a dusza głodna nowych wrażeń. Powoli
zaczynałem też pojmować, jak skonstruowana jest japońska stolica. G? ni
itte ha, g? ni shitagae - "jeśli dotrzesz do wioski, podporządkuj się
panującym w niej regułom". Tak brzmi japońska wersja przysłowia: kiedy
wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one.
Przysłowia. Choć ciążą na nich grzechy uproszczenia i generalizacji,
studiując je, możemy się wiele nauczyć. Tym bardziej w kraju, w którym
stosuje się je często, gdyż stanowią niekiedy doskonały sposób wyrażenia
opinii pozwalający obejść uważane za niegrzeczne dosłowność i bezpośredniość oraz nadmierne eksponowanie własnego ja.
Szybko zrozumiałem, że Japończycy rzadko zdają się na niewiadomą, a nad
spontaniczność i przypadek przedkładają organizację i plan. Odkryłem
też, że to z pozoru chaotyczne miasto w gruncie rzeczy zorganizowane
jest w wyspecjalizowane dzielnice. I zamiast przemierzać je z południa
na północ albo ze wschodu na zachód, lepiej jest krążyć po
poszczególnych kwartałach, także bez planu, ale już na ograniczonym
obszarze.
W ten sposób nogami kreśliłem swoją własną mapę miasta. W jej centrum
znajdował się dworzec tokijski: od wschodu - kilkupiętrowy
modernistyczny prostopadłościan domu handlowego Daimaru, symbol wzrostu
majętności lat powojennych, a od zachodu - rekonstrukcja dworca z początku XX wieku, z czerwonej cegły, która od razu przypadła mi do
gustu. Ten amalgamat epok i stylów doskonale odzwierciedlał charakter
miasta - jego zmienność, skłonność do łączenia tradycji, której nie ma
zbyt wiele, z nowoczesnością.
Z T?ky?-eki wyruszają ekspresy pyszniące się punktualnością nieznaną w innych częściach świata. Często wysupływałem z kieszeni sto dwadzieścia
jenów (cztery złote) na bilet peronowy i przez dwie godziny (tyle wynosi
jego ważność) syciłem wzrok widokiem smukłych sylwetek pociągów
wypełzających niemal bezgłośnie z peronów niczym długie wije.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki