1983
Sobota, 1 stycznia, Warszawa
Diariusz w nowym roku zaczynam w nowej "księdze" - podarunku gwiazdkowym od Felka1. [...]
W ciągu dnia mnóstwo telefonów z życzeniami, między innymi Dziędziora2, Rzeżuchowski3, Mandalian4, [Hanna] Lebecka, Halina Mikołajska5 [...], Janka Zakrzewska6, [...] Ugniewski7, Zbyszek Herbert8. Ja dzwoniłem do Geremków9 sprawdzić, czy to oni zostawili w nocy okulary - tak, to Hania - a przy okazji usłyszałem wiele zachwytów, jak było miło, jakie dobre żarcie, jacy ciekawi goście - Marek10 fascynujący, co za skala emocjonalna etc., a ta młoda para (to znaczy Sawiccy11) urocza... [...] Wieczorem zadzwoniłem do Jerzego Andrzejewskiego12, był trzeźwy, spokojny, umówiliśmy się na środę, rano mam zadzwonić i potem przyjść. [...]
Niedziela, 2 stycznia
Przez cały dzień, z przerwami, praca nad kolejnym felietonem do "Więzi". [...]
Przed południem wpadł Zygmunt Rzeżuchowski, pożyczył mi świąteczny "Tygodnik Powszechny", zachwycony Moim wiekiem [Aleksandra] Wata (pożyczyłem mu ostatnim razem), teraz na miesiąc wyjeżdża odpocząć, podleczyć się i pomyśleć, co dalej ze sobą robić - do Kołobrzegu. (Przez wszystkie jego ostatnie wizyty przewija się motyw, że nie wiadomo, co ze sobą robić). [...]
Geremkowie - po zostawione u nas okulary i z książką Bronka, napisaną i wydaną po francusku - Truands et misérables dans l'Europe moderne (1350-1600). Miał w teczce korektę tej książki, kiedy 21 sierpnia 1980 jechał do Stoczni Gdańskiej - i już tej korekty nie zrobił...
Z Sawickimi na Powązkach, szukanie grobu Gajki13 (dziś jej urodziny), błądzenie, wreszcie znalezienie. Pagórek zbutwiałych wieńców i gałęzi, jeszcze z pogrzebu, wstęgi, znicze wypalone i palące się. Dołożyliśmy nasze kupione koło cmentarza wianuszki, postaliśmy chwilę, byli tam jeszcze jacyś ludzie - młodzież i starsza pani. Kiedy wracaliśmy, Paula powiedziała: "Zwykle na urodzinach Gai było weselej". [...]
Poniedziałek, 3 stycznia
[...] Oddałem felieton w "Więzi", widziałem wiele osób i między innymi po raz pierwszy od wojny [13 grudnia 1981] Stefana Bakinowskiego, który stwierdził, obejrzawszy mnie, że nie dałem sobie nic zrobić "przez nich". Rozmowy między innymi o sławetnej audycji radiowej, trzykrotnie powtarzanej (ja słuchałem wczoraj), złożonej z rzekomo podsłuchanych przez SB wypowiedzi Bujaka14, rozmowy TKK i kierownictwa podziemia gdańskiego. Jeżeli tam przeniknęli - dlaczego ich nie zgarnęli? Oczywiście nic nie podsłuchali, tylko zdobyli nagrane taśmy. Wypowiedź Bujaka to po prostu wywiad, prawdopodobnie dla prasy podziemnej. Reszta to jedna nagrana dla własnych potrzeb rozmowa gdańszczan (głosy te same), pocięta na dwie części, z których pierwsza to ma być "TKK". Co propaganda ma z takiego falsyfikatu? [...]
Jutro minister Żygulski15 przyjmuje grono zaproszonych literatów - Zarząd Główny, zarząd warszawski, pewnie "aktyw" partyjno-PRON-owski16, ale jak się okazuje, nie tylko. Z sekretariatu ministra zadzwoniono do Konwy17, że oficjalne zaproszenie w drodze, ale pocztą może nie dojść na czas, więc zawiadamiają w ten sposób. Naturalnie, że Konwa się nie wybiera. Ciekawe, co pan minister chowa w zanadrzu dla panów pisarzy. Odwieszenie Związku? [...]
Usiłowałem dzisiaj kupić wino na kartki alkoholowe lub papierosowe, ale z wszystkich sklepów wymiotło przyzwoite wino, jest tylko Aligator.
Wtorek, 4 stycznia
[...] Chciałem podjąć forsę w PKO, ale taki tłok (rewaloryzacja, dopisywanie procentów), że zrezygnowałem. [...] Znowu płonne próby zakupienia wina, a także - mleka (na Mickiewicza i w "Małgosi" nie było, w "Delikatesach" zobaczyłem, że jest, i stanąłem w kolejce, a jak doszedłem do lady, usłyszałem, że "tego mleka nie uda się zagotować"); kupiłem chleb, w "Merkurym" wafle wałbrzyskie (bo wszyscy brali), sery i na Mickiewicza - na kartki - cztery "złote" masła.
[...]
Na kolacji [Katarzyna18 i Zbigniew] Herbertowie i Maciek Cisło19 (bez żony). Kolacja dobra, ale my oboje z Janką20 zaziębieni, więc bez werwy. Zbysio w dobrym humorze, podlewał sobie, gadał; również Maciek gadał, z popisami erudycyjnymi i w tonie z lekka agresywnym (żeby pokonać nieśmiałość?), ale do konfliktu nie doszło. Jeden z wysuniętych przez niego tematów: dlaczego rewolucja "Solidarności" i to, co po niej, nie znalazło adekwatnego odbicia w sztuce, nie stało się "natchnieniem artystów"? Teza dla mnie wątpliwa (na przykład w przypadku poezji, zapisu faktograficznego), jałowa i niepotrzebnie rozważająca pewne oczywistości (na przykład jeśli chodzi o epikę) - ale Zbyszek podjął dyskusję.
[...]
Czwartek, 6 stycznia
[...] Po obiedzie - do kościoła św. Marcina na mszę za internowanych o 17.30. Pojechałem wcześniej, żeby siedzieć, ale i tak przyjechałem za późno (koło 17.00) i stałem, tyle że mogłem się od czasu do czasu oprzeć o kolumnę. Straszny tłum. Wśród dewotek zgubili się internowani, z początku myślałem, że ich nie ma wcale, potem zobaczyłem Tadka Kaima i Stasia Czarnika21, Lilkę Wosiek22, Wielkiego Wo23, a w prezbiterium - Krzysia Śliwińskiego24, Bronka i Tadeusza25.
Już po nabożeństwie, kiedy zrobiło się luźniej i chodziliśmy, łamiąc się opłatkiem, spotkałem też wielu innych, a także znajomych tylko z widzenia i takich, w których domyślałem się internowanych, i zorientowałem się, że nie było nas wcale tak mało. Marzena26, Tragedia27, Czuma28, Ludka Wujec29, Darek Kupiecki30, Genio Kloc31, Janiszewski32, Kociszewski33, [Andrzej] Zarzycki, Piotr Hałaczkiewicz, chyba Wojtek Malicki, bo ja wiem, kto jeszcze. Krzysztof Łypacewicz, Janusz Onyszkiewicz34, Wojtek Brojer35, Jurek Kęcik36.
Msza trwała długo, celebrowała ją cała grupa księży z Bronisławem Dembowskim37 na czele. Oczywiście - "akcenty". Dużo śpiewów (teksty wyświetlane na ścianie). Czytania z Pisma - Maja Komorowska38 i Maciek Rayzacher39. Na końcu, przy Boże, coś Polskę, frunęły w górę palce na kształt "V". Przed kościołem podobno śpiewano "antypaństwowe" piosenki. Sam tego tutaj nie słyszałem, ale nieco dalej - przy św. Annie i krzyżu kwiatowym - owszem (coś o Jaruzelskim40). Kiedy szedłem do kościoła, wylot Piwnej przy placu Zamkowym był obstawiony przez sześciu milicjantów, to wszystko nie licząc naturalnie tajniaków. Po kościele - już nie. [...]
Piątek, 7 stycznia
[...] W przeglądzie prasy krajowej fragmenty wywiadu Śmiecia41 w "Dzienniku Łódzkim". Notuje on "duży postęp w sferze zachowań społecznych", ponieważ "zostały przyduszone do ziemi elementy ekstremalne". Mówiąc o opozycji, która nie złożyła broni, Śmiecio dorzuca: "Myślę tutaj także o ludziach z kręgu doradców "Solidarności", którzy w związku z likwidacją ośrodków dla internowanych zechcą, w moim odczuciu, na podstawie już pierwszych wypowiedzi, dalej prowadzić walkę. Jeżeli będą to czynić, to oczywiście zderzą się z obowiązującym w Polsce prawem"42. Jak widać, wicepremier nie spocznie, póki nie posadzi znienawidzonych doradców. [...]
W kraju fala redukcji (w Warszawie była wcześniej, ale też chyba nie ostatnia). W Gdańsku rewizje i aresztowania. [...]
Przejrzałem "Zeszyty Literackie" numer 1 (zima 1983). Poemat Staszka43 Przywracanie porządku podoba mi się. Nowe Miesiące Kazika44 - mniej więcej jak stare - jeżeli czytającego nie odpycha "w ogóle" osobowość Kazika, to dają się czytać.
Sobota, 8 stycznia
W sklepie na Mickiewicza postałem rano w kolejce i udało mi się kupić nieomalże ostatnie dwie butelki mleka. Ponadto buteleczkę śmietanki, chleb, rogaliki, cukier kartkowy, biały ser, 10 jajek. Zapłaciłem 352 złote. [...]
Drugie wyjście - do sklepu warzywnego - kupiłem kartofle, cebulę, cykorię, natkę - zapłaciłem 154 złote. [...]
Nadeszła wreszcie zaprenumerowana "Polityka" i "Tygodnik Powszechny" (numery 1 i 2). W "Tygodniku" numer 2 - moje dwie historie - Odmowa i Bakunin, ta o Sartrze [Lotnisko]45 zleciała z dekretu. W ogóle dekretowe szaleństwo - mimo zawieszenia stanu wojennego46!
Mój mały bilans: przez niespełna trzy miesiące od wyjścia [z ośrodka internowania] cenzura zdjęła mi cztery wiersze, jeden felieton, jedno opowiadanie. Puściła cztery wiersze, dwa opowiadania, jeden felieton. Aha, jeszcze zdjęła nekrolog Gai.
[...]
Poniedziałek, 10 stycznia
Cały dzień przy biurku: poprawki i uzupełnienia do ostatniego rozdziału Życia Majakowskiego47 w związku ze wspomnieniami [Weroniki] Połońskiej, ogłoszonymi w "Kontinencie". Wyszło siedem stronic nowego tekstu. Po dniu pracy - miłe poczucie, że coś zrobiłem. [...]
Środa, 12 stycznia
[...] W południe Marek Beylin, z nim na spacerze nad kanałem, rozmowa z cyklu "jak żyć". Mamine sugestie wyjazdowe odrzuca. Pyta, czy teraz jest taki sam nastrój jak w roku 1968, kiedy wyjeżdżali znajomi i przyjaciele (moim zdaniem nie, wtedy poczucie osamotnienia było dużo większe). [...]
Czwartek, 13 stycznia
[...] Przyszedł Ákos48, przyniósł książkę od Gracji49 (pięknie wydany wybór przekładów poetyckich; w tym 11 moich wierszy), dałem mu dla niej tomik i oddałem pożyczony od niego za czasów berlińskich przekład. Przypomniał naszą dyskusję w 1980 roku, kiedy był takim pesymistą - uważał, że "to" nie może się utrzymać, po prostu "oni" nie pozwolą. Ja: "Miał pan oczywiście rację, ale my, skoro to się zaczęło, musieliśmy przyjąć, że ma jakąś szansę". On: "Teraz jestem optymistą, uważam, że ich przeżyjemy. Nie wyobrażałem też sobie formy tego, co się stanie - wolałbym klasyczną, byłaby bardziej krwawa, ale czysta". Ja: "Mimo wszystko wolę tę brudną, wolę siedzieć w obozie w Darłówku niż na Syberii, no i wrócić". [...]
Piątek, 14 stycznia
Obudził mnie dzwonek do drzwi, niezbyt natarczywy, normalny. Spojrzałem na zegarek: 6.00 rano. Janka też się obudziła, wyszła do drzwi i zapytała, kto tam. Odpowiedź brzmiała: "Milicja".
Wstałem, włożyłem szlafrok, poszedłem otwierać, chociaż Janka mnie hamowała. Weszło czterech cywilów, na przedzie wysoki, młody, który przedstawił mi nakaz (nie prokuratorski, z Komendy Stołecznej) przeszukania pomieszczenia w poszukiwaniu powielaczy (określone trochę innymi słowami - "środków do wykonywania" czegoś tam) i nielegalnej literatury, a także swoją legitymację - podporucznik Wierzba. Trzej pozostali byli niżsi, w tym jeden rumiany, łysawy, z wąsikiem, drugi o nieproporcjonalnie rozrośniętej klatce piersiowej, a trzeciego, skromnie drepcącego na szarym końcu, zaraz poznałem: to był mój "opiekun", kapitan Kowalewski50.
Oficjalnie jako szef operacji występował Wierzba, wydawał rozkazy, podejmował decyzje, a także, ulokowawszy się przy moim biurku, prowadził protokół; ale prawdziwym autorytetem był oczywiście Kowalewski - do niego zwracano się o ocenę kolejnych wygrzebanych eksponatów (książek, papierów): czy odłożyć je z powrotem na półkę, czy na tapczan, gdzie gromadzono rzeczy do "zakwestionowania".
Rozpoczęto od mojego pokoju - barczysty zajął się pierwszą podwójną półką na prawo od drzwi, a także kupą nieuporządkowanych książek pomiędzy tą półką a ścianą; Kowalewski - szafą, Wierzba - ogólnym kierownictwem, niepozbawionym elementów agresji, w szczególności w stosunku do Janki, co po części było reakcją na jej ostrość, ale także wobec Natalii51 i momentami mnie także; czwarty był na początku zajęty - wypełniając rozkazy Wierzby - zganianiem wszystkich domowników do jednego pokoju, a wobec ich niesforności [...] chodzeniem za nimi po mieszkaniu i pilnowaniem ich tam, gdzie akurat byli.
Na wstępie, jeszcze w korytarzu, Wierzba oznajmił, że mamy mieć przy sobie pieniądze i kosztowności, aby potem ich nie oskarżać, że coś zginęło - więc wróciłem do pokoju i zabrałem do kieszeni szlafroka pieniądze z szuflady, a także trzy numery "Tygodnika Mazowsze" leżące na biurku, potem zaś, już w ich obecności, ale niepostrzeżenie, z półki za plecami (usiadłem w fotelu przy kafelkowym stoliku) trzy "Kultury" małego formatu w jednej okładce, pożyczone od *52. Zapomniałem jednak o takich samych "Kulturach" własnych, leżących na stołku przy tapczanie - i te padły ofiarą rewizji.
Pierwsze scysje, już w moim pokoju, z podporucznikiem Wierzbą [...] - kiedy zaczął przeglądać mój Dziennik internowania53 (zabrali siedem egzemplarzy z szafy) i robić uwagi: "O kajdankach, miał pan kiedy kajdanki na rękach... To co, że wiersze, chodzi o to, co jest w tych wierszach" itd., a ja odmówiłem dyskutowania z nim na temat wierszy - nadął się obrażony i przy najbliższej okazji "zemścił": kiedy chodziło o puszczenie Natalii do pracy, o czym była już przedtem mowa, po pewnej chwili, nagabnięty o to ponownie, warknął: "Pan nie chciał ze mną rozmawiać, to teraz ja nie chcę rozmawiać".
[...]
Natalię w końcu podporucznik Wierzba puścił do pracy (dzwonił gdzieś w tej sprawie), ale uprzednio przeprowadził z nią idiotyczną i chamską "rozmowę" [...]. Niedługo potem zjawiła się pani Władzia [Idzikowska] - do piątkowego sprzątania - którą wylegitymowano, spisano i puszczono.
Trudno mi opisywać rewizję chwila po chwili, więc odnotuję ogólnie, że najdokładniejsza była na początku, a w miarę upływu czasu gorliwość opadła, może się zmęczyli, może zorientowali, że nic istotnego nie znajdą [...], a może naprawdę niczego takiego nie szukali i - po odłożeniu pewnej liczby eksponatów usprawiedliwiających wkroczenie - uznali, że nie warto dalej wyłazić ze skóry. W każdym razie w moim pokoju najdokładniej zbadali fragment początkowy, o wiele pobieżniej duże półki zajmujące całą ścianę, a o wnętrzu biurka, przy którym urzędował podporucznik Wierzba, i o stoliku, przy którym ja siedziałem, jakby zapomnieli. Następnie posuwali się dalej w głąb mieszkania: pokój Janki, pokój Natalii, ubikacja, łazienka, mały pokój, korytarz, kuchnia - już o wiele szybciej niż w moim pokoju, w różne miejsca jeszcze zaglądając, ale inne przegapiając. [...]
Kapitan Kowalewski rozkazał też dwu podrzędniakom zejść ze mną do piwnicy; tam jeden zapytał, czy można wejść na połamany fotel, ale nie radziłem ryzykować, więc zrezygnował i nie obejrzał najwyższej półki, gdzie za książkami leżały maszynopisowe i powielane "Zapisy"; drugi zajrzał do jakiegoś mebla, który okazał się pusty, a inny próbował otworzyć, miał z tym trudność i machnął ręką, więc wróciliśmy na górę.
Spośród książek przejrzanych przez wszystkie godziny rewizji kapitan Kowalewski zdyskwalifikował i pozostawił między innymi wszystkie "Zapisy" londyńskie54, "Aneksy", wydawnictwa "Kultury", "Kulturę" jako taką w normalnym formacie, wszystkie (poza jedną: Trietja siła [Aleksandra] Kazancewa) książki rosyjskie i wiele innych. W zasadzie nie tknął moich rękopisów, dokumentów, listów. Wzięto, oprócz siedmiu egzemplarzy mojego Dziennika internowania (Wydawnictwo "Tygodnika Wojennego" 1982) i tyluż Dzienników węgierskich (NOWa 1981) oraz "Kultur" w małym formacie, poszczególne egzemplarze książek wydanych poza cenzurą i na emigracji, w tym z dedykacjami. [...]
W pewnej chwili odłożono na tapczan torbę z moimi dziennikami z paru ostatnich lat, ale Janka złapała i oznajmiła, że po jej trupie, potem oddała mi i usiadłem na tym - i więcej do tego nie wracano. Roznamiętniła ich natomiast koperta z napisem "Falsyfikaty i prowokacje" (anonimy ubeckie itp., które otrzymywałem głównie w 1977 roku) - i tego nie udało się ocalić (na czym zresztą zależało mi dużo mniej, niż udawałem) - na razie stanęło na tym, że została zaklejona i "zabezpieczona" moim podpisem, i miałem ją zabrać ze sobą do Pałacu Mostowskich, gdzie "prokurator zadecyduje" [...]. Wreszcie - złapali mapę sztabową okolic Darłowa z napisem "tajne", podarowaną mi nie tak dawno przez *** na pamiątkę - chcieliśmy ją oprawić i powiesić na ścianie, ale nie zdążyliśmy - i to też usiłowano komentować jako strasznie ważne i groźne.
Podczas rewizji kapitan Kowalewski unikał podkreślania, że "znamy się bliżej", natomiast parę razy robił aluzje do swojego poinformowania w ogóle, na przykład zdziwił się, że nie ma na półce 19. "Zapisu" (leżał odłożony przez innego funkcjonariusza), i zapytał, co z 20., bo - o ile mu wiadomo - robi się.
[...]
Kiedy Kowalewski i pozostali ruszyli już w głąb mieszkania (towarzyszyła im Janka), a Wierzba walczył jeszcze z protokołem (przedtem przez jakiś czas zaniedbywał go, zatopiony w "Spieglu"), więc zostałem z nim sam na sam, zmienił raptem ton, zrobił się słodki: "Czego właściwie od pana chcą", "Ja nie jestem od nich, wykonuję funkcje techniczne", "Chyba w ogóle odejdę, mało się zarabia" itd., co mnie oczywiście specjalnie nie wzruszyło.
Cała zabawa w mieszkaniu trwała prawie cztery godziny. Na zakończenie kazali mi się ubierać i iść z nimi, a Jance - dać mi ręcznik i mydło. Nie było jasne, czy to rezultat mojego oporu w sprawie "prowokacji i falsyfikatów", czy od początku tak miało być (później okazało się, że od początku). Janka spakowała mi całą kraciastą torbę. Na Kniaźnina czekało auto z szoferem. Podporucznik Wierzba zapytał, co to za dzielnica. "Żoliborz" - wyjaśniłem, dodając: "Pan nie z Warszawy". - "No właśnie". I pojechaliśmy do Mostowa55.
Kowalewski się gdzieś ulotnił, tamci dwaj nieważni też, a podporucznik Wierzba po krótkim załatwieniu czegoś wprowadził mnie, wyjaśniając wartownikowi: "Zatrzymany po przeszukaniu". Piętro bodaj trzecie, nie wiem dokładnie, ale zasapałem się, korytarze - prosto, w bok - i pokój przesłuchań, jeden z wielu, kazionny56, bezosobowy. Odwiesiłem kurtkę, odstawiłem torbę i usiadłem naprzeciw Wierzby przy jednym z dwóch zestawionych biurek. Mój opiekun położył przed sobą kolejny druczek - protokół przeszukania osobistego - i kazał wyłożyć wszystko z kieszeni. To była ta pułapka - rewizja osobista, podczas której miałem przy sobie zabraną z domu kopertę z "falsyfikatami i prowokacjami". Nadal odmawiałem jej wydania, podporucznik Wierzba zagroził mi użyciem siły i w końcu wydałem, wpisując do protokołu, że protestuję i uległem jedynie groźbie użycia siły. Podporucznik Wierzba oznajmił, że teraz będziemy czekali na decyzję, więc żebym poszedł na korytarz, tam koło schodów, i usiadł na stojącej tam ławce.
Poszedłem i zobaczyłem siedzącego już Kazika Orłosia57 w towarzystwie młodego wąsatego ubeka, z którym przyjaźnie toczył rozmowę na tematy ogólne. Usiadłem. Rozmówca Kazika był nader liberalny, potwierdził, że zawsze i wszędzie pisarze musieli pisać przeciwko władzy, to ich natura itp. Wszystkie książki nam oczywiście zwrócą, mamy przecież prawo mieć książki, jakie chcemy, no, chyba że Mein Kampf [Adolfa Hitlera] - tu wtrąciłem, że akurat Mein Kampf mi nie zabrano, chociaż mam i to w swojej bibliotece, tylko całkiem coś innego. Jednocześnie uważał, że z wolnością wypowiedzi nigdzie nie jest dobrze, na Zachodzie są pozory, pewne rzeczy mogą się ukazywać, jeżeli są opłacane, no a wiadomo, kto ma pieniądze itd.
Ja poza tym jednym wtrętem milczałem, zresztą nie był to mój "znajomy", tylko Kazika. Kazik w pewnej chwili: "Skoro tak rozmawiamy, może pan powie - naturalnie jeśli pan chce na to odpowiedzieć - czy czuje się w waszej pracy bezpośredni wpływ Rosjan?". On: "No nie, Rosjanie są za mądrzy na to, żeby bezpośrednio wywierać jakiś wpływ...". Niebawem poszedł sobie i siedzieliśmy we dwóch, niewiele rozmawiając. Nie mamy zwyczaju dużo gadać, wymieniliśmy tylko wiadomości, kiedy do nas przyszli i ilu - a więc do niego też o 6.00 i cztery osoby, a kierowała tym pani porucznik, która z niewiadomych powodów bardzo wyrzekała na Wałęsę58. Wzięli coś z 17 pozycji (mnie dwa razy tyle), w tym głównie podziemną prasę "solidarnościową", a także maszynopisy paru opowiadań (nowych), wreszcie - maszynę do pisania, o którą on teraz wojuje. Po niedługiej rozmowie w zasadzie zamilkliśmy.
Po pewnym czasie zza węgła wyjrzał dyskretnie podporucznik Wierzba, a jeszcze trochę później zjawił się ktoś w kombinezonie i poprosił, żebyśmy na chwilę wstali. Otworzył drzwiczki w ścianie za naszymi plecami, tam we wnęce umieszczony był licznik czy pseudolicznik z wieloma korkami, przy których ten facet coś majstrował, po czym pozwolił nam z powrotem usiąść. Zrozumieliśmy, w czym rzecz - tam była aparatura podsłuchowa, nasi opiekunowie liczyli, że "ciekawie" porozmawiamy, a tu nic, więc zwątpili, czy się aby nie zepsuła...
Siedzieliśmy tak ze trzy godziny, znudzeni i głodni [...]. W którejś chwili, bliżej początku, przyprowadzono Marka Nowakowskiego59, przywitał się wesoło, ale nie usiadł z nami, tylko zniknął w głębi korytarza. Potem, gdzieś o 13.30, przyszła pani porucznik i zaproponowała Kazikowi herbatę, po czym do mnie: "Może pan też głodny?". "Oczywiście" - potwierdziłem. W rezultacie, jeszcze po pewnym czasie, zaprowadzono nas do pokoju, gdzie ze swoim opiekunem (siwym) siedział i brylował Marek, a na stole stała nalana do szklanek herbata i chleb z pasztetem. Nic do tej pory nie jadłem, więc chętnie przyjąłem poczęstunek, moi koledzy też, a kiedy Kazik sięgnął do portmonetki, pani żywo zaprzeczyła: "Nie, nie, to my nie ze swoich pieniędzy". Siwy dotrzymywał nam towarzystwa, a pani wyszła do pokoju obok, tam po pewnym czasie stoczyła rozmowę telefoniczną, z której dotarło do mnie: "Wszystkich trzech?", i wróciła z wiadomością, że teraz zostaniemy z osobna przesłuchani, po czym "prawdopodobnie" zwolnieni.
Poszła szukać podporucznika Wierzby, sprowadziła go i poszedłem z nim najpierw do tego pokoiku, co przedtem, a potem po drugiej stronie korytarza, gdzie był jeszcze jeden człowiek, nieco starszy, łysawy, z brzuszkiem - podporucznik Okoń. To on miał mnie przesłuchać, Wierzbie zaś przypadła podrzędniejsza rola protokolanta, której także nie całkiem sprostał, bo kiedy Okoń dyktował mu gładkie sformułowania, nie umiał ich zapamiętać ani powtórzyć, przepytywał się wielokrotnie i w końcu, jak się okazało, protokół wypadł bardzo toporny. Przesłuchiwano mnie jako "świadka w sprawie nielegalnej organizacji KSS KOR", ale nie padło ani jedno pytanie na temat KOR-u, tylko po kolei skąd mam każdą z zakwestionowanych pozycji. W tym celu przyniesiono mój "depozyt" [...].
Zaczęło się wyciąganie z worka plastikowego moich rzeczy i długie, nudne "wyjaśnianie", skąd je mam. Przeważne odpowiadałem, że nie jestem tego w stanie odtworzyć, w paru wypadkach stwierdziłem, że nabyłem książki w jawnym punkcie sprzedaży w okresie przedgrudniowym, a wtedy, kiedy chodziło o książki dedykowane przez autorów - zeznałem, że mam je od autorów. O mapie zeznałem, zgodnie z prawdą, że podarowano mi na pamiątkę po powrocie z Darłówka - ale że nie pamiętam kto. Odchodząc od tej monotonii, podporucznik Okoń zadał mi tylko następujące pytania: czy znam Marka Nowakowskiego (znam); czy znam punkty kolportażu prasy nielegalnej (nie znam); czy mówią mi coś nazwiska Barbary Chęcińskiej i Adama Karwowskiego (nie mówią [...]).
Na marginesie przesłuchania parę dygresji kulturalnych. Podporucznik Okoń, przeglądając spis tytułów NOWej: "Jakoś nie czytałem Zniewolonego umysłu Miłosza60, nie wpadł mi w ręce". Ja: "Bo może książek Miłosza nie odbieracie". On: "Nie, dlaczego, odbieramy. A w ogóle to ja Miłosza tak bardzo nie cenię, są lepsi". Ja: "Kto?". On: "Nie będę rzucał nazwiskami. Ale wczesny Miłosz mi się podoba, a późniejszy nie". Ja: "Panu chodzi o wiersze czy eseje?". On: "Jedno i drugie". Podporucznik Okoń, przeglądając tomik Zagajewskiego61 i natrafiając na wiersz o [Osipie] Mandelsztamie: "Za co oni tak tego Mandelsztama?". Ja: "No wie pan, lata trzydzieste, wtedy w ogóle w Związku Radzieckim dużo ludzi zsyłano i zabijano, w tym dużo pisarzy, więc i na Mandelsztama padło". On: "Nie, ja wiem, on napisał wiersz o Stalinie, że to gruziński książę i mieszka w pałacu"62. Podporucznik Wierzba, podnosząc głowę znad protokołu: "To Stalin zrobił?". Podporucznik Okoń: "Nie, Stalin nawet o wielu rzeczach nie wiedział, to na niższych szczeblach byli nadgorliwi...".
Wreszcie przesłuchanie dobiegło końca, dano mi do sprawdzenia protokół. Był żałosny, w każdym zdaniu powtarzało się, niekiedy po dwa razy, słowo "opracowanie", a w ogóle wszystko było uproszczone w stosunku do tego, co dyktował podporucznik Okoń. Parę drobiazgów poprawiłem i zgodziłem się podpisać, że w zasadzie czy też w ogólnych zarysach odpowiada to moim zeznaniom. Zapytali, dlaczego tylko w zasadzie. "Bo styl nie mój" - powiedziałem i wpisałem to także. Nie rozumieli, o co mi chodzi, więc podałem przykład: "Na przykład ja nie używam słowa "opracowanie"". "A jak?" - zdziwił się podporucznik Wierzba. "No, mówię: "książka", "broszura", "artykuł", "esej", "wiersz", zależy, co to jest". Podporucznik Wierzba nadal nie rozumiał, a podporucznik Okoń powiedział: "My już mamy taki żargon zawodowy". Ja: "No właśnie". Na tym się skończyło. Podporucznik Wierzba przyniósł mi kurtkę i torbę i kazał iść do drugiego wyjścia - tam "kolega" przyniesie przepustkę i dowód - tak się też stało.
W domu byłem koło 17.00. Już się mnie spodziewano po telefonie do Kazika. Dużo telefonów pod moją nieobecność i później, między innymi serdeczny Geremek. [...]
Janka dość rozbita, po emocjach i po lekarstwie uspokajającym. Pretensja do mnie, że "na nią potrafię otworzyć gębę, a dla nich jestem taki uprzejmy". Brak zrozumienia (jak zawsze), że na "nich" nie mogę się denerwować, tylko muszę na zimno do czegoś zmierzać - konkretnie, nie do triumfu werbalnego w pyskówce, tylko do niewzmagania ich agresywności i chęci zemsty, do tego, żeby czym prędzej się wynieśli. Ja ze swej strony wcale nie byłem zachwycony jej zadzieraniem z nimi - na przykład kiedy podporucznik Wierzba uznał broszurkę o [Bolesławie] Mołojcu63 za pouczający materiał historyczny, uwagą, że historii trzeba się uczyć w szkole itp. No, ale za jeden wybuch byłem wdzięczny - ten w obronie moich dzienników... [...]
Kiedy wieczorem wszedłem do swojego pokoju, ogarnęło mnie raptem obrzydzenie. Ten mój pokój, który tak lubię, wydał mi się obcy, splugawiony, niemiły. Wyzwolę się od tego naturalnie, ale...
Sobota, 15 stycznia
W ciągu dnia różne wizyty i spotkania: najpierw spacer z Kazikiem Orłosiem, który opowiedział swoje przesłuchanie. [...]
Przed obiadem Piórek64 (Janka wczoraj dzwoniła do niego, kiedy byłem na Mostowie) wypytujący o przebieg wszystkiego i deklarujący bardzo serdecznie pomoc w razie czego. Ale: "Nie rozumiem, dlaczego ciebie dołączono do Nowakowskiego, Orłosia i Wierzbickiego65, ty jesteś kim innym, jesteś poważny, oni są ekstremalni". Jednakże przyjął interpretację moją i Orłosia, że nie tyle liczono na znalezienie naprawdę czegoś u każdego z nas, ile chciano w ogóle postraszyć środowisko. [...]
Niedziela, 16 stycznia
[...] Po obiedzie taksówką z Janką i Natalią do kina "Stolica" na Agonię Elema Klimowa (o Rasputinie). Po raz pierwszy od lat - film sowiecki z wypełnioną widownią. Sensacyjny temat, swoista Schadenfreude66 z obrazu rozwalania się wewnętrznego Rosji (takiej czy innej). Na końcu, kiedy Caryca, wsiadając do karety, komunikuje Carowi: "Ja nienawiżu etu stranu"67, na sali westchnienie aprobaty. W fabule wiele pokrywa się z tym, co znam z materiałów źródłowych, ale ogólnie sprymitywizowane. Gra dobra. Z powrotem do domu znowu taksówką. [...]
Poniedziałek, 17 stycznia
[...] W bibliotece ZLP przejrzałem grudniową "Kulturę" i trafiłem na wiersze Anonima z Darłówka: Mowa kłódki i Brzuch Barbary N. (w październikowej były Kobiety internowane)68. [...]
W sobotę ksiądz Niewęgłowski69 zaprosił mnie telefonicznie na dzisiaj na godzinę 18.00 na herbatkę do Prymasa70. [...] Było nas trzydzieści kilka osób. Prymasowi towarzyszył nieznany mi dość młody ksiądz (sekretarz?), a wodzirejem był ksiądz Niewęgłowski. Z gości zapamiętałem Łapickiego71, [Mieczysława] Voita z [Barbarą] Horawianką, [Aleksandrę] Śląską, [Aleksandrę] Dmochowską, [Annę] Nehrebecką, Maję Komorowską, Szczepkowskiego72 (aktorów było bodaj najwięcej), profesora Szaniawskiego73 (który witał Prymasa w naszym imieniu), Stefanię Woytowicz (która wręczała kwiaty), [Barbarę] Zbrożynę, [Józefa] Patkowskiego (prezesa Związku Muzyków), [Jerzego] Puciatę, [Edwarda] Żebrowskiego, [Dariusza] Fikusa, [Jacka] Moskwę (SDP), Proroka74, [Annę] Kamieńską, Florę Bieńkowską, jej syna Andrzeja (plastyka), oboje Zagórskich75, Hertza76, [Mariana] Bizana, pana [Marka] Komorowskiego (ze św. Marcina)...
Najpierw zgromadzono nas w sali, w której odbyła się prezentacja (ksiądz Wiesław przedstawiał nas Prymasowi) i powitania (w odpowiedzi na krótką mowę Szaniawskiego, której sens był taki, że skończył się jeden trudny okres i zaczyna drugi, "trudny inaczej", więc twórczy, i w tym nowym okresie chcielibyśmy liczyć na opiekę i pomoc Kościoła - pierwszy dłuższy dyskurs Prymasa), potem w refektarzu - nie herbata, lecz kawa z pączkami i owocami (Prymas zgromadził wokół siebie aktorki, między innymi na prawicy wskazał miejsce ładniutkiej Nehrebeckiej, i wesoło z nimi gawędził), wreszcie przeszliśmy do sali Konferencji Episkopatu na "rozmowę" czy raczej dyskusję, w której zabierało głos sporo osób, a Prymas - kilkakrotnie.
Spróbuję zrekapitulować wszystkie te wypowiedzi Prymasa: istotę ich stanowiła teza, że Kościół ma swoją sprawę kościelną, na której winien się skupiać, z czym kolidowałoby nadmierne angażowanie się w sprawę społeczną czy narodową. W XIX wieku w Poznaniu arcybiskup [Leon] Przyłuski nadmiernie zajął się sprawą narodową i zaniedbał kościelną - papież byłby go już za to wycofał z Poznania, ale Przyłuski zmarł - natomiast jego następca arcybiskup [Mieczysław] Ledóchowski zajął się porządkowaniem spraw kościelnych, nie angażując się w narodowe, za co wielu patriotów go potępiało, ale to właśnie była słuszna droga i to dało Kościołowi i społeczeństwu siłę do późniejszego wytrzymania naporu Hakaty. Teraz też oczekuje się, a nawet żąda od Kościoła zaangażowania społecznego czy politycznego, nadchodzi wiele listów, zdarzają się sformułowania, że Kościół "musi", otóż Kościół nic nie musi i nie ulegnie żadnym takim naciskom. Prymas czuje po swoich uprzednich wypowiedziach, że między nim a nami (społeczeństwem? częścią społeczeństwa? środowiskami twórczymi?) legł cień nieporozumienia, może to za mocno powiedziane, ale coś takiego jest - niestety nie może i nie chce odwołać nic z tego, co był powiedział. Różnica polega zapewne na tym, że "wy się boicie komunizmu", a on się nie boi, więc nie uważa, że odpieranie ataków komunizmu jest tak pilne i w każdej chwili niezbędne. Sprawy Kościoła naprawdę pilne: katechizacja, nienarodzone dzieci (rocznie 800 tysięcy), otępienie moralne społeczeństwa (?), zwłaszcza młodzieży, szerząca się wśród młodzieży narkomania (w samej Warszawie jest 200 tysięcy młodocianych narkomanów - no, może ta liczba nie dotyczy samej Warszawy). Rok Święty, czekająca nas wizyta Papieża77. Twórcy mogą Kościołowi bardzo pomóc, na przykład w związku z Rokiem Świętym zostaną rozpisane konkursy dla młodzieży i twórców ludowych na utwory artystyczne i kompetentni ludzie mogliby pomóc w ich ocenie... W XIX wieku mieliśmy powstania, wszystkie poniosły klęskę, ale historiozofia twierdzi, że były potrzebne do utrzymania ducha narodowego. Jeżeli nawet tak było, to obecnie powstania są anachronizmem, obecnie mamy inną broń - właśnie wizyta Papieża jest czymś o wiele potężniejszym niż jakiekolwiek powstania... itd. Na uwagę Dziewanowskiego78, że wizyta Papieża może być wykorzystana politycznie w odwrotną stronę, więc co Episkopat zamierza zrobić, żeby tak się nie stało - Prymas, nie rozumiejąc albo udając, że nie rozumie, zapewnił, że postarają się o odpolitycznienie wizyty, Papież pojedzie na Jasną Górę, będzie wyłącznie treść religijna itd.
W dyskusji, nie licząc normalnego nudziarstwa i popisów elokwencji, ujawniły się dwa "stronnictwa": "społeczne" i "kościelne". To pierwsze (Zbrożyna, Woytowicz) kładło wbrew Prymasowi nacisk na konieczność walki ze złowrogim niszczycielem kultury, konieczność solidarnego oporu. Szczepkowski zawiadomił o negatywnej odpowiedzi na odwołanie ZASP-u od decyzji rozwiązującej Związek: "Wyrażam wdzięczność księdzu Prymasowi, którego wypowiedź przyczyniła się do zlikwidowania ZASP-u, w ten sposób dopełnił się nasz wielki los, aktorzy - dawniej pogardzani, którym Kościół odmawiał nawet grzebania na poświęconej ziemi - zostali tak wyniesieni w społeczeństwie jak nigdy...". Nic nie może trwać wiecznie, oprócz dojrzałych, spełnionych i sławnych istnieje tak zwana średniówka i istnieje młodzież, która musi się wygrać, więc pewnie bojkot generalny trzeba będzie zakończyć - natomiast otwiera się sprawa poszczególnych decyzji, które trzeba będzie podejmować, grać - tak, ale w czym, kiedy, z kim itd.
Drugie "stronnictwo" reprezentowała między innymi Maja Komorowska, która - nawiązując jakoby do Szczepkowskiego i "zgadzając się" z nim - główny akcent położyła na to, że trzeba kończyć bojkot. Siedzący przede mną Voit bardzo temu przyklaskiwał. Z kolei Bizan nieomalże gwałtownie zaatakował tych, którzy "sprawy związkowe" usiłują wprowadzić do Kościoła, należy je bowiem zostawić za progiem etc. Przy jego wypowiedzi z aprobatą kiwał głową Paweł Hertz. Jeszcze z wystąpienia Szczepkowskiego: "Władze nękają aktorów, przesłuchują, szantażują, grożą procesami, koleżanka [Halina] Kowalska złożyła w tej sprawie notatkę, nie wiem, czy dotarła do Waszej Eminencji (Prymas, ociągając się, skinął głową) - prosimy Kościół o obronę...". Do tego nawiązał Zagórski, mówiąc (mętnie) o rewizjach u literatów (przedtem namawiał mnie, ale nie zabrałem głosu)...
"Herbatka" przeciągnęła się, wreszcie dobiegła końca dobrze po 21.00, wybiegłem trochę speszony tym, że wiedziałem o czekających w domu gościach. [...]
Wpadłem do domu zdyszany, jeszcze zastałem gości, jedli i popijali - byli Basia-Prokurator79, Marek [Edelman] i Mirkowie [Sawiccy] - opowiedziałem o herbatce u Prymasa, a Basia o ostatnim widzeniu z Adamem80, który między innymi wypytuje o mnie i moją książkę o Puszkinie81; opowiadał również o sylwestrowej audycji radiowej [Radia "Solidarność"].
Nie siedziała już długo, Mirek odwiózł ją na dworzec i wrócił, wyciągnąłem jeszcze stocka (ostatni zapas) i piliśmy dalej. Potem i Mirkowie poszli, Janka udała się do kuchni, Natalia do siebie, a ja z Markiem, coraz bardziej pijani, siedzieliśmy jeszcze dość długo, chociaż byłem zmęczony i chciałem spać, ale nie mogłem Markowi psuć wieczoru. Jego nagły przyjazd do Warszawy związany jest chyba z nowym pomysłem w sprawie Jacka Kuronia82, którego los bardzo leży mu na sercu. Dużo o nim mówił, uważa go za wielkiego człowieka ("w innym kraju, w innych warunkach byłby wielką figurą polityczną" - wątpię w to, sądzę, że jego wymiar, któremu nie zaprzeczam, związany jest właśnie z Polską), używa nawet określenia "geniusz"; ponadto czuje się jakoś winny, a w każdym razie zobowiązany wobec niego, uważa go za swojego "pacjenta" szczególnego rodzaju. Wie, że ja go właściwie nie lubię, i rozumie to, ale trochę ma za złe. Czy sam go "lubi", czy też poczucie związku z Jackiem nosi inny, może masochistyczny charakter? Ponadto była mowa o Markowej odmowie uczestniczenia w 40-leciu powstania w getcie. Prosił, żebym mu pomógł wystylizować oświadczenie w tej sprawie - obiecałem, że jutro, na trzeźwo.
Wtorek, 18 stycznia
Kiepski sen, nad ranem "fałszywy dzwonek", przebudzenie i dygot mimo świadomości, że to omam, stopniowe uspokojenie się, jeszcze chwila snu.
Wstałem, poszedłem po zakupy, przyniosłem między innymi świeże bułeczki. Janka zrobiła wspaniałą jajecznicę, wydzwoniłem Paulę, która przyszła na śniadanie, i Marek też jadł - wbrew swojemu zwyczajowi. Wytrąbiliśmy do końca butelkę stocka, było bardzo miło.
Potem panie się rozeszły i zostałem sam z Markiem. Napisałem mu tekst oświadczenia, którego sobie życzył (i zaakceptował):
"Zaproponowano mi udział w Honorowym Komitecie Obchodu 40-lecia Powstania w Getcie Warszawskim. Chciałbym krótko wyjaśnić, dlaczego odmówiłem. 40 lat temu walczyliśmy nie tylko o życie - walczyliśmy o życie w godności i wolności. Obchodzenie naszej rocznicy tutaj, gdzie nad całym życiem społecznym ciąży dziś poniżenie i zniewolenie, gdzie doszczętnie zafałszowano słowa i gesty, jest sprzeniewierzaniem się naszej walce, jest udziałem w czymś całkowicie jej przeciwnym, jest aktem cynizmu i pogardy. Nie będę w tym uczestniczył - i nie zaakceptuję uczestnictwa innych, skądkolwiek by przyjechali i czymkolwiek by się chcieli legitymować. Z dala od manipulowanych uroczystości, w ciszy grobów i serc przetrwa prawdziwa pamięć o ofiarach i bohaterach, o odwiecznym ludzkim porywie ku wolności i prawdzie".
Opowiedziałem o fałszywym dzwonku [...]. Okazało się, że i Markowi to się przytrafia. Potem mówił o nieufności i obmowie otaczającej go po śmierci Gajki. Piotr Krasucki, ten pożal się Boże lekarz, rozpowszechnia opinię o błędnej diagnozie i leczeniu. Inni mają pretensje, że ukrywał przed Gają, co ją czeka - gdyby wiedziała, może podjęłaby inną decyzję, może Jacek podjąłby inną. Joasia83 mówi: "Już ci nie uwierzę, jak będziesz coś mówił na mój temat, że jestem zdrowa lub chora na to, a nie na tamto". Ja: "Daj sobie z tym spokój, co ciebie obchodzi całe to gadanie". On: "Już nie mogę być lekarzem. Wezwano mnie do dziecka koleżanki, stan beznadziejny. Zrobiłem wszystko, ale jak wyszedłem, rozbolał mnie żołądek. Nie mogę być lekarzem, jeżeli w ten sposób reaguję, że ktoś ma umrzeć".
[...]
Czwartek, 20 stycznia
[...] Kasia Herbertowa (wypytać o rewizję). Wiadomości rozchodzą się powoli. Dopiero we wtorek zadzwonili do mnie z Agencji Reutera sprawdzić, czy rzeczywiście coś takiego było. Odpowiedziałem na kilka elementarnych pytań. Nie wiem, jak te wiadomości agencyjne wykorzystała prasa zagraniczna - ale wczoraj słyszałem komentarz Wolnej Europy, pełen patetycznego wielosłowia i stawiający niepotrzebnie kropki nad i na temat "opozycyjności" niepokojonych pisarzy. Podali, zgodnie z tym, co ja i pewnie inni powiedzieliśmy Reuterowi, cztery nazwiska. Tymczasem okazuje się, że w ten sam piątek rano były rewizje u Ficowskiego84 - zresztą pod jego nieobecność w domu - i Bocheńskiego85. Taka nadmierna dyskrecja przestraszonych kolegów wprowadza w błąd opinię publiczną. A może byli jeszcze u kogoś?
[...]
Niedziela, 23 stycznia
[...] Dalszy ciąg lektur. Wzrusza polonofilstwo, a nawet polonocentryzm "Russkoj Mysli"86. W którymś z numerów letnich znalazłem i fragmencik o sobie... [...] W "Mondach" ["Le Monde"] też niemało Polski i - zwłaszcza kiedy to robi [Bernard] Guetta - całkiem przyzwoite interpretacje. Po tej lekturze widzę nas jakby lepiej. [...]
Środa, 26 stycznia
[...] O 16.00 - msza u św. Marcina w intencji środowiska "Więzi", z okazji 25-lecia pisma. Celebrowało czterech księży pod przewodem księdza Dembowskiego, kazanie - ładne - wygłosił ksiądz Michał Czajkowski, biblista z Wrocławia, potem (po konflikcie z władzami kościelnymi) ze Zgorzelca, obecnie na ATK. Mówił między innymi o tym, jak ruch, któremu początkowo chodziło o wewnątrzkościelną odnowę posoborową, uzyskał szerszą perspektywę społeczną, nie uniknął udziału w "polityce", co niejeden z mężnych "więziowców" przypłacił uwięzieniem, internowaniem etc. Był obecny Prymas, miałem wrażenie, że nie jest zachwycony tym, co słyszy, a na końcu powiedział kilka zdań, miłych, pod adresem "Więzi", ale w treści dość nijakich. [...]
W autobusie Krzyś Jedliński [...], zapoznał mnie z żoną [...]. Opowiadali, że Janusza Krupskiego (byłego redaktora "Spotkań"), który na początku ukrywał się, a potem był internowany i zwolniony, ostatnio (mniej więcej w okresie naszych rewizji) wywieziono do lasu i oblano jakimś kwasem - teraz leży w szpitalu87. A więc akcja rozmaitego rodzaju zastraszania nabiera kolorów. [...]
W gazecie - od 31 [stycznia] wielkie podwyżki cen alkoholu i niejasna zapowiedź innych podwyżek.
Czwartek, 27 stycznia
[...] Spotkanie z Hanką Krall88 w Victorii. Pierwszy raz byłem w tym najbardziej "europejskim" i luksusowym hotelu Warszawy. Ku mojemu zdziwieniu w kawiarni i innych lokalach byli ludzie. Zamówiliśmy to, co najtańsze: herbatę (a 25 złotych szklanka). Zwróciłem Kapitana Jana Józefa Szczepańskiego89 - ona, że ciekawe, mocne, ale literacko słabe; ja, że wcale nie; ogląd świata - nacechowany zdumiewającą szczerością, prawdziwością, wyzbyty "literackiej" pokrętności czy ostrożności, jakby oczyma niewinnego dziecka - daje zdumiewający efekt, nie do imitowania za pomocą najwymyślniejszego chwytu. Podziwiam Jana Józefa - człowieka i pisarza. Potem Hanka o Urbanie90: słyszała od Bijaka91, że Urban zafascynował Jaruzelskiego swoją umysłowością i zdobył sobie ogromny wpływ, niezależny już od protekcji Miecia, nad głową Miecia. I tak będzie potem żydowskim gnojkiem, na którym skupi się cała nienawiść społeczna. Ale tymczasem jest epoka Urbana... [...]
Sobota, 29 stycznia
[...] Po południu podjechała Halina [Mikołajska] z Markuszem92 [...]. Znów o aktorach i przerwaniu bojkotu. W "Polityce" [numer 5] rozmowa z [Piotrem] Fronczewskim, [Janem] Englertem, [Zbigniewem] Zapasiewiczem, [Zygmuntem] Hübnerem. To, co mówią - w porządku, ale nie w porządku, że tam, że z obrzydliwym wstępem redakcyjnym, że odpowiadają na bezczelne pytania "Redakcji" ([Adama] Krzemińskiego i [Tomasza] Raczka). [...]
Niedziela, 30 stycznia
[...] Na kolacji Celina93, [Irena i Ryszard] Kaliccy, Marysia i Andrzej Zielińscy94, Ryszard Rubinsztein95. Wódka, zimny stół, między innymi szynka parmeńska, którą sami z Janką kupowaliśmy w Paryżu w październiku 1981. Ryszard przyszedł spóźniony i wyszedł wcześniej. Za jakieś dwa tygodnie wyjeżdża do Szwecji. Powiedział mi na osobności, że nie wyklucza pozostania tam, wiele się na to składa (żona Szwedka, dziecko, perspektywy pracy), a tutaj w zasadzie wszystko likwiduje, ale robi to z ciężkim sercem, uwiera go myśl, że nie będzie dzielił losów przyjaciół. Ja: "Rozumiem to, ale w gruncie rzeczy możliwość dzielenia losu innych jest i tak ograniczona; jestem tu, ale czyż dzielę los Adasia i Jacka, i Rysia Herczyńskiego96? Co więcej, żyję, nie w każdej chwili pamiętając o nich, tylko co jakiś czas odzywa się raptownie ten ból... Przykro mi, że między mną i tobą stanie granica i nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle się zobaczymy, ale uważam, że młodzi, jeśli mają szanse wydobycia się z tej beznadziei, nie powinni w niej tkwić przez samą solidarność z tymi, którzy zostaną".
Poniedziałek, 31 stycznia
[...] Kijek97 najpierw u mnie, potem na spacerze. Jego refleksje o zmianie kondycji pisarza. Kiedy w zimny dzień w okresie rewizji, łapanek zwarty tłum we wrocławskim kościele z zapartym tchem czeka na jego słowo, to po pierwsze, nie może to być słowo zwykłe, a po drugie, w ogóle nieważny staje się dotychczasowy rytuał funkcjonowania literackiego - drukowanie w pismach, wydawanie książek, hierarchie, krytyki, życie związkowe - istnieje się w zupełnie innej realności społecznej i historycznej i trzeba sprostać jej, a nie czemu innemu. Jeszcze o tym, co on robi, co trzeba robić. O przyjęciu go z powrotem do redakcji "Twórczości" (rozmowa z dyrektorem wydawnictwa i pełnomocnikiem wojskowym), o świniowatym Lisowskim98, który wstąpił do Rady Kultury, i jedynie przyzwoitym Piórku. Wrażenia Piórka ze spotkania redaktorów z ministrem kultury: kurs na konfrontację, biurokratyczna pycha i arogancja.
W planie ogólniejszym Kijek spodziewa się rozgrywki (u sąsiadów) między policją a establishmentem partyjno-korupcyjnym; ten ostatni nie może tak łatwo oddać władzy tamtemu; moim zdaniem przejęcie władzy przez policję dawno już nastąpiło, a zresztą jedno jest zrośnięte z drugim. Dopytując się, "jak żyć", usiłowałem zarazem wytłumaczyć własne trudności aklimatyzacji - owo towarzyszące mi przez dłuższy czas po wyjściu z obozu poczucie nierealności świata (przechodzę przez podwórko i nagle mnie dopada wrażenie, że to, co mnie otacza, jest nieprawdziwe, że to dekoracje z tektury, imitacja życia, a coś prawdziwego, nierozpraszającego się przy dotknięciu, jest gdzie indziej i moje miejsce gdzie indziej) - i raptowne pierzchnięcie go, powrót realności i siebie w niej w dniu 14 stycznia...
[...]
Środa, 2 lutego
[...] Na obiedzie w ZLP, potem w kawiarni i bibliotece. [...] Tomek Jastrun99 ze szpakowatą brodą: ojciec100 w szpitalu, stan raczej beznadziejny [...]. On był w piątek na przesłuchaniu w MSW, Rakowiecka 2, wezwanie na blankiecie, ale nieformalne. Przesłuchiwał - któż by, jak nie zacny kapitan Kowalewski z młodym asystentem. Tomek, opowiadając o tym, dosyć się spieszył, powtórzył mi strzępy, a więc chodziło o stwierdzenie, czy "Te Jot" to on (zaprzeczał) i jak wiersze "Te Jot" dotarły do "Wezwania". Grożono wojskiem. Kapitan Kowalewski z zaciekawieniem pytał, czy słyszał o rewizjach u literatów 14 stycznia i co w środowisku o tym mówią. "Czy jest pan przygotowany, że i do pana możemy przyjść?" - "Serdecznie zapraszam". Była też mowa o ZLP, młody asystent mówił: "Rozwiążemy wasz związek", a Tomek: "To Służba Bezpieczeństwa rozwiązuje związki twórcze?". Tamten się trochę stropił, ale dorzucił: "Jest już 200 chętnych do założenia nowego związku". Tomek: "To tacy funkcjonariusze jak panowie, a kapitan pewnie będzie prezesem". Na zakończenie zapowiedziano, że trzeba się będzie jeszcze spotkać. [...]
Filmowi Austeria101 robią trudności z wpuszczeniem na ekran, podobno wskutek nacisków sowieckich (chodzi o sceny z kozakami). Julek102 nalega, żeby Kawalerowicz nie ustępował, a jak nie puszczą filmu - żeby wystąpił z PRON-cia, co ten przyrzeka (hm). Na razie miała być retrospektywa Kawalerowicza w Sztokholmie, z której wycofano Austerię, więc Kawalerowicz nie pojechał. W ostatnim "Tu i Teraz" Urban zaatakował film, pisarza i reżysera103.
Wieczorem w telewizji - wywiad Grzegorza Woźniaka z Peterem Rainą104 w berlińskim mieszkaniu tegoż. Zdumiewające wrażenie z oglądania znajomego człowieka w całkiem nowej roli i sytuacji. Z posępną, niekiedy dziwnie poruszającą się twarzą Peter Raina posłusznie odpowiadał na wszystkie pytania Grzegorza Woźniaka, "kompromitując" emigracyjną "Solidarność", w szczególności Wojciecha Gruszeckiego, a także księdza [Franciszka] Blachnickiego, RWE, "Kulturę" paryską, redakcję "Kontaktu" (nacisk na to, że nie kupuje tego pisma, tylko otrzymuje bezpłatnie - więc któż to finansuje?), krajowe podziemie. Wszystko razem wyglądało jak wyuczona lekcja, niezbyt ciekawa, miejscami dukana, a miejscami recytowana ze specjalną gorliwością. W sumie litość i trwoga, ale trudno było, pamiętając jego dotychczasową działalność, a także nagłe, po latach, dwa pobyty w kraju w okresie stanu wojennego (w tym jeden ze zwłokami nagle zmarłej żony), nie zadawać sobie pytania, czy to człowiek ostatnio zwerbowany, zaszantażowany (czym?) czy agent od lat. [...]
Czwartek, 3 lutego
[...] Po obiedzie Teresa105 i we troje do kina. Danton106 dobry, ale nie porywający, widoczne jego teatralne pochodzenie. [Gérard] Depardieu wspaniały. Jance i zwłaszcza Teresie podobało się mniej ode mnie. Ale nie wyrzucam tego filmu z głowy.
Kolacja też we troje z butelką chianti. Teresa nadal bardzo niechętna Wałęsie. Zabawne, że zaczęło się od rozmowy o filmie i mojej uwagi, że w każdej rewolucji musi dojść do rozłamu pomiędzy radykałami i umiarkowanymi i coraz bardziej zaostrzającego się konfliktu. Gdyby "Solidarność" zwyciężyła, być może zaczęłyby się rzeczy straszne; właśnie w tym kierunku.
[...]
Niedziela, 6 lutego
[...] Wizyta trójki Niemców - dwóch mężczyzn i dziewczyny; co jakiś czas przywożą zrzuty (wozem jednego z nich) do kościoła czy przedszkola; przy okazji Felek dał im dla mnie "Partisan Review" [numer 4/1982] z moimi wierszami (tłumaczenie [Richarda] Louriego, nie najlepsze). Sympatyczni, rozmowa bez większego dystansu. [...]
W "Polityce" numer 6, datowanej 5 lutego 1983, w rubryce "Z kraju":
"Jerzy Urban na konferencji w Centrum Prasowym "Interpress" odpowiedział na pytania dziennikarzy zagranicznych w sprawie literatów: W. Woroszylskiego, M. Nowakowskiego, K. Orłosia i P. Wierzbickiego. Rzecznik rządu stwierdził m.in.: "Te osoby nie były zatrzymane. Przeprowadzono jedynie przeszukania w ich mieszkaniach oraz rozmowy w związku z toczącym się postępowaniem w sprawie nielegalnych wydawnictw. Postępowanie to obejmuje nie tylko te osoby. Jaki był ich udział, jakie będą dalsze kroki, wyniknie to dopiero z toczącego się postępowania"". [...]
Poniedziałek, 7 lutego
[...] Skończyłem dziś historię pod tytułem Archiwum107 (trzy dni pracy). Jance się podoba, mnie chyba też. Przepisałem na maszynie dwie starsze historie. [...]
Skończyłem czytać Odpowiedź Stryjkowskiego108 - czyta się w pewnym napięciu i z uczuciem sprzeciwu wobec okrutnego, kapryśnego starotestamentowego Boga, którego przedstawia (jakby z aprobatą i z "plemienną" solidarnością) autor.
Wieczorem Jacek Salij109 na kolacji. Rozmowa o Odpowiedzi, o zarzutach z różnych stron wobec tej książki. Jacek napisał jej obronę do "W drodze", pożyczy mi. O jego pracy duszpasterskiej i między innymi chrztach dorosłych (ostatnio - 76-letnia Żydówka, od czasu wojny wierząca i praktykująca chrześcijanka, ale dopiero teraz czyniąca zadość sakramentowi) oraz rozterkach duchowych przychodzących do niego potajemnie ubeków i milicjantów. No i - jak zawsze - o księdzu Prymasie.
Wtorek, 8 lutego
Spałem dobrze.
Telefon od Ali Kozłowskiej, zaniepokojonej tym, co im ktoś powiedział (sami nie czytują "Polityki", bo nie prenumerują) - że "Urban mnie straszy". Uspokoiłem ją (choć sam nie byłem po tej lekturze całkiem spokojny), że pana Urbana niepodobna traktować poważnie.
Zacząłem kolejną historię na wątku [Anatolija] Tarasienkowa, który umieściłem w okresie prześladowań sufitów w Persji (przełom XVII i XVIII wieku)110. Po obiedzie oderwałem się od pisania i wróciłem do porządkowania książek. [...]
Środa, 9 lutego
W wieku osiemdziesięciu kilku lat umarła w Warszawie Zofia Marchlewska111. Co ja z tym babusem miałem przed laty! (Moje starania u Bermana112 - na jej prośbę - o wpuszczenie jej do kraju; ich niechęć do tego, bo swego czasu sypała na rodaków u Starszych Braci, co zresztą nie zostało mi powiedziane). [...]
Rozmowa z Andrzejem Mandalianem o jego sytuacji - pisze powieść, nie do wydania legalnie, radio prosi o współpracę, odmawia, ale z czego będzie żył - a także o plugawcu Urbanie. Okazuje się, że w artykule o Austerii napluł też na św. Maksymiliana Kolbego113 - i wczoraj grupa posłów "katolickich" zgłosiła protest. Mandalian nazywa Urbana "Żydem Süssem" Polski Ludowej i twierdzi, że takie wywindowanie go na świecznik to był szatański pomysł Moskwy - w kraju praktycznie bez Żydów znaleźć Żyda do skupienia na nim całej odrazy i nienawiści społecznej. Coś takiego odnotowałem od razu po jego nominacji, ale rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania. "Może lud go powiesi - mówi Mandalian - a może oni sami go zabiją jak Gerharda114". [...]
Paweł Hertz pierwszy raz w życiu był przesłuchiwany na UB (MSW na Rakowieckiej) - pytano o PPN i Najdera115.
Odwiedziny w klasztorze u Jacka Salija - pożyczył mi swoje eseje o Mojżeszu (na marginesie Odpowiedzi Stryjkowskiego), groźnym Bogu starotestamentowym (Czy Bóg kazał wymordować Kanaanitów?) i poezji religijnej Zbigniewa Jankowskiego. Za poprzednim razem (u nas) była mowa między innymi o prelekcji Kisiela116, w której ten poniekąd zachęca do kolaboracji i uważa, że Prymas, albo i Papież, powinien pojechać do Moskwy dogadać się z Rosjanami i wytargować jakieś ulgi dla Polski... Dziś z kolei - o endecko-kolaboracyjnym programie "[Jana] Demboroga" ([Bronisława] Łagowskiego), zresztą - dla mnie - konsekwentnej kontynuacji jego (i jego przyjaciół) linii od lat, dawniej na łamach "Tygodnika Powszechnego". Łagowski jest członkiem PZPR, a to, co teraz mówi, Jacek Salij streszcza, jak następuje: śmiecie marksistowskie na złom, ale poprzeć ideologię państwową, reprezentowaną przez wojsko, które ma szansę zrobić porządek.
[...]
Piątek, 11 lutego
[...] Nadeszły nowe numery "Tygodnika Powszechnego" i "Polityki". W "Tygodniku Powszechnym" - ostra replika Turowicza na obrzydliwości Urbana o św. Maksymilianie Kolbem oraz antysemityzmie i filosemityzmie117.
[...]
Niedziela, 13 lutego
[...] W kościele św. Józefa (tak zwanym seminaryjnym), koło pomnika Mickiewicza, na mszy internowanych. Wielki tłum. Nastrój podniosły. Celebrował proboszcz tego kościoła (nie znam nazwiska, dość młody, jasny blondyn, widziałem go już w św. Marcinie) wraz z księdzem Bronisławem Dembowskim ze św. Marcina. Uczestniczyła w tym również grupa eksinternowanych (czytania z Pisma, intencje etc.), między innymi Krzyś Śliwiński, Maciek Rayzacher, Krzyś Korczak118. Ze znajomych zapamiętałem z kościoła ponadto Bronka Geremka, Adama Brodziaka, Piotra Mroczyka119, Stasia Czarnika (właśnie urodziła mu się córeczka, więc uszczęśliwiony), Alka Janiszewskiego, Rysia Rubinszteina, Tomka Rosę (uściskaliśmy się, przyjdzie, pracuje teraz na Żoliborzu), Drawicza120, Janusza Onyszkiewicza, Joasię Jaraczewską (mizerna, blada), Lawinę121, Krzysia Wolickiego122 - i nie wiem już, kogo jeszcze. Dużo więcej znajomych z widzenia, których nazwisk nie znam. [...]
Bronek Geremek mówił mi, że widział Przewodniczącego, który jest w dobrej formie, a więcej powie mi po wyjściu z kościoła, ale do tego "więcej" już nie doszło. Po mszy podczas Boże, coś Polskę poszły w górę palce "V"; następnie ktoś zaintonował hymn - oczywiście w wersji "prowadź nas Wałęsa" etc. - i znowu wszyscy się zatrzymali w tej samej pozycji; ten hymn śpiewano bardzo długo, raz po raz ponownie intonując te same zwrotki, był w tym jakby element szantażu ideowo-emocjonalnego wobec tych, którzy chcieli już wychodzić, a musieli się jeszcze zatrzymać. W paru punktach kościoła podczas tych śpiewów wzniesiono niewielkie transparenty i proporczyki "Solidarności" zakładów pracy (między innymi PKS). Po wyjściu trochę stania przed kościołem i większość chyba się rozeszła (w tej liczbie ja z Janką), ale jakaś grupa młodych ludzi, nabuzowana, uformowała coś na kształt pochodu. "Władzy" nie zauważyłem w tym miejscu. Trochę dalej (koło Miodowej), kiedy mijaliśmy idące chodnikami większe grupy ludzi (z przeciwnego kierunku, więc chyba z innych kościołów), dostrzegłem też wrośnięte w śnieg postacie - chyba na służbie. Wsiedliśmy do autobusu przy św. Annie i bez przeszkód wróciliśmy do domu.
Później dotarły wieści - zresztą niejasne, trudne do sprawdzenia i w różnych wariantach - że coś (gazowanie, pałowanie) było koło kościoła św. Krzyża, dokąd spłynął tłum z różnych kościołów (w tej liczbie - naszego). Nie rozmawiałem z nikim, kto by tam był.
Po kolacji wpadła Agnieszka Osiecka123 z Januszem Andermanem124. [...] Przynieśli butelkę francuskiego wina, ale nie chcieli pić, więc posiedzieliśmy przy herbacie. Chodziło chyba o to, że Janusz Anderman ma wezwanie na wtorek na Rakowiecką "w sprawie publikacji" (takie miał Tomasz Jastrun), więc jest trochę podniecony i chciał popytać, jak wyglądało moje przeszukanie i przesłuchanie. Głowę dam, że będzie miał do czynienia z zacnym kapitanem Kowalewskim. [...]
Wtorek, 15 lutego, Warszawa-Kraków
Rano skończyłem przepisywać Historie, potem je ułożyłem (w innym porządku niż poprzednio, teraz zaczyna się agresywniej - od Czarownic z Zielonej Góry i Biednego Charpentiera - nie zaś od najdawniej napisanych krótkich igraszek, jak Twarz pięknej kobiety czy choćby Tajemnica pocałunku) i sczytywałem, numerując stronice (wyszło 78), niemal do samego odjazdu125.
Nie będę sam przed sobą ukrywał, że w sumie książeczka spodobała mi się; no a ponadto miłe uczucie ukończenia czegoś. Finiszowanie nowej książki, przy całym napięciu, jakie ze sobą niesie, przynosi za każdym razem ogromną satysfakcję moralną, zadowolenie z siebie, ulgę wyzwolenia się z czegoś, co mnie więziło... Losy Historii są przy tym szczególne - pierwsze opowiadania powstały w latach sześćdziesiątych, po raz pierwszy złożyłem maszynopis (naturalnie niepodobny do obecnego) chyba w maju 1968 i miałem wtedy tę paskudną historię z Wydawnictwem Poznańskim, potem książka zmieniała kształt i narastała przez 15 lat; to strasznie długo... Z 21 historii, jakie składają się na nią obecnie, 13 wchodziło do wariantu, jaki przedłożyłem wydawnictwu 15 lat temu (wraz z 13 wierszami, które weszły następnie do Zagłady gatunków), parę lat później (1971? 1972?) napisałem jeszcze dwie (Brat Diego i brat Sebastian, Juan Gonzalo), po długiej przerwie - trzy w Berlinie w 1981 roku, a teraz powstały trzy ostatnie i przerobiłem jednocześnie niektóre dawniejsze. Mimo wszystko nie rzuca się w oczy wewnętrzna niejednolitość tej książki; nieoczekiwanie natomiast wychodzi na jaw pewna obsesyjność tematyczna, między innymi dostrzegam - w różnych wariantach - natarczywy wątek poetów i policjantów; to nie będzie sprzyjało "wydawalności" tej książki. [...]
O 17.18 wyjechałem z Dworca Centralnego do Krakowa - miałem być na miejscu przed 22.00, ale po drodze staliśmy ponad godzinę w polu między Radomiem a Kielcami (a przed nami kilka innych pociągów), wreszcie ruszyliśmy do tyłu, potem znów do przodu i byliśmy w Krakowie parę minut przed 23.00. Okazało się, że ostatni autobus "105" sprzed dworca odszedł 10 minut temu. Stanąłem w kolejce do taksówek - ciągle trzymał mróz, a kolejka nie posuwała się, wyglądało to beznadziejnie - puste taksówki przejeżdżały, nie zatrzymując się, albo zatrzymywały się, żeby podyktować kierunek jazdy, na przykład Nowa Huta - i gdzieś dopiero po trzech kwadransach udało mi się załadować, a na miejscu byłem o północy.
Otworzyła mi Mila126 - usiedliśmy z nią i [jej mężem] Stefanem do herbaty, ale podali też wódkę, miało być po kieliszku, a wypiliśmy, rozmawiając, całą butelkę i poszliśmy spać chyba koło 2.00. [...]
Kłopoty brata Stefana - Stanisława (chcą mu robić czy też już robią sprawę dyscyplinarną w adwokaturze w związku ze sposobem obrony Frasyniuka127 w procesie). Przed snem przeczytałem jego dwie mowy obrończe: w procesie byłego prorektora Politechniki Wrocławskiej i w procesie Frasyniuka.
Środa, 16 lutego
[...] Wizyta w Wydawnictwie Literackim - najpierw u pani [Katarzyny] Krzemuskiej, której złożyłem Historie. Uprzejma, jak zwykle, ale dużo powściągliwsza w przygarnianiu mnie do wydawniczego serca. Ani śladu po zapraszaniu sprzed dwóch miesięcy do podpisania umowy. Owszem, Sny pod śniegiem128 spodobały się odnośnej redakcji, sądzi, że będzie można to wydać, ale na kolegium to jeszcze nie stanęło, a kierownik redakcji w tej chwili na urlopie, więc właściwie sprawa się nie ruszyła ani o krok. Historie, które zawiozłem w dwóch egzemplarzach, przyjęła do rozpatrzenia, ale zaznaczyła, że nie może nic konkretnego obiecać, w każdym razie nie mogę liczyć na wskoczenie aż dwóch moich książek do planu na 1984 rok, najwyżej jednej, a zrozumiałem, że i to niepewne. Zła sytuacja w drukarniach, sprzęt się rozpada, trzeba go nieomalże wiązać sznurkami, dla uratowania konieczny wkład dewizowy, ale go nie ma. W zeszłym roku dużo wydali na bezpośredni apel premiera (!), ale to nie do powtórzenia, w tym roku znów będzie spadek, i to znaczny. Drukarze dyktują, co wydawać, zrzucają zamówienia, które uznają za nieopłacalne dla siebie - to za grube, to za cienkie etc. Przyjąłem to wszystko do wiadomości i powiedziałem, że oczywiście nie będę już jej zawracał głowy, tylko będę cierpliwie czekał na umowy lub inne wiadomości z wydawnictwa. [...]
Czwartek, 17 lutego, Kraków-Warszawa
[...] Wpadłem do redakcji "Tygodnika Powszechnego".
Turowicz (mierzenie Orderu św. Grzegorza), Krzysztof Kozłowski129 (wczoraj był w Warszawie na przesłuchaniu w sprawie PPN i Najdera, nie miał nic do powiedzenia, trwało to krótko, dłużej - namawianie, żeby przyjął diety i zwrot kosztów podróży, oficer nie mógł zrozumieć, dlaczego odmawia), ksiądz [Józef] Tischner, ksiądz Bardecki130, Pszon131, Skwarnicki132 i inni. W numerze recenzja Jana Neuberga z Jesteś133, pozytywna (stawia to w czołówce obok Pana Cogito, Wielkiej liczby [Wisławy Szymborskiej] i Nowej Fali), ale średnio inteligentna134. Cenzura skonfiskowała spory fragment, otrzymałem odbitkę i... nie żałowałem, że to wypadło.
Wiadomości z Warszawy (trzeba po nie przyjechać do Krakowa!) - w ZLP powstały grupy inicjatywne Lenarta135 i [Aleksandra] Minkowskiego; Minkowski został ponoć przyjęty przez Jaruzelskiego, który oznajmił, że nie należy upokarzać literatów, likwidując Związek, niech Związek zostanie, trzeba tylko... zmienić zarząd i status.
Dużo gadania o wyskoku Urbana. W numerze "Tygodnika Powszechnego" oświadczenie Episkopatu. Istnieje też list 18 czy iluś posłów żądający odwołania go ze stanowiska. Ci z PAX-u i ChSS nie podpisali; podpisał Neo-Znak, a ponadto posłanki wyrzucone po poprzednich gestach z SD, Osmańczyk136, [Edmund] Męclewski, [Ryszard] Reiff, Auderska137, Żukrowski138... Urbana nie odwołano, ale zmuszono do rezygnacji (tymczasowej) z uprawiania publicystyki, co obwieścił w "Tu i Teraz" numer 7 (38), datowanym 16 lutego. [...]
Wyjazd z Krakowa 18.22, przyjazd koło 23.00, po stosunkowo niedługim czekaniu trafił się taksiarz, któremu po drodze było na Żoliborz i Bielany, wsiadło nas troje, ja wysiadłem pierwszy i o 23.30 byłem w domu. [...]
Piątek, 18 lutego
[...] Taksówką do Teatru Popularnego na Szwedzkiej - próba generalna (dla zaproszonych gości) Niezapomnianego roku 1961 Jareckiego139 w reżyserii Markusza. Tłum, dostawki, aktorzy, dawni STS-owcy, "opozycja", literaci i inni. Przyjechaliśmy wcześnie, ale już trudno o miejsce, coś się jednak znalazło w rzędzie, w którym siedzieli Andrzejostwo Miłoszowie140 z panią Łapicką. [Anna i Klemens] Szaniawscy, [Honorata i Kazimierz] Dziewanowscy, Abramowowie [Wanda i Jarosław Abramow-Newerly141], [Wiera i Andrzej] Drawiczowie, Wojtek Mazowiecki142 (za tatę), Janek Herczyński, Joasia Szczęsna z mamą, [Aldona i Jerzy Stanisław143] Sitowie, [Krystyna] Janda z mężem Kłosińskim144, Halina Mikołajska, Matuchy145, Drewnowski146 itd. W rzędzie przed nami - * (po wszystkim krótkie powitanie i wymiana paru słów w szatni). [...] Maciuś Markuszewski pełnił honory domu, rozsadzał gości itd. Atmosfera podniecenia, jak niegdyś na premierze w prawdziwym STS-ie, który tu ewokowała na scenie sztuka nie sztuka, składanka numerów STS-owskich połączonych wątkiem balu sylwestrowego 1961/62.
A to przedstawienie, cóż? Z trzeciorzędnego zespołu, świrusów, nieudaczników, źle zbudowanych dziewczyn Markusz wykrzesał coś, co dało się oglądać z wesołością i wzruszeniem. Dużo oklasków przy otwartej kurtynie. Ostre odzywki (jak na dzisiejsze czasy - zdumiewające niekiedy). Niedwuznaczność ideowa. Optymizm na wyraźnie nakreślonym pesymistycznym tle ("ale my się nie damy, my się nie damy" - bisowana piosenka finałowa). Stylowy numer starej damy - Wandy Lothe-Stanisławskiej (z głośnym suflowaniem, bo nie jest już w stanie zapamiętać tekstu). Kiepsko niestety wykonana Piosenka o Kolchidzie [Witolda Dąbrowskiego]147. I na koniec wyprowadzony przez aktorów do kłaniania się, lecący im przez ręce, kompletnie pijaniuteńki Markusz... [...]
Rozmowa z Januszem Andermanem. Było to wtorkowe przesłuchanie, robili mu gorzkie wyrzuty zwłaszcza o druk w "Kulturze" i wyjaśnili, że paszportu nie dostanie, najwyżej mogą go wysłać na leczenie do ZSRR lub Bułgarii. [...]
Sobota, 19 lutego
[...] O 11.00 na kawce Krystyna Janda z Edwardem Kłosińskim. Bardzo sympatyczni, rozgadani. Janda leci jutro na jeden dzień do Berlina; wzięła dla Felka książkę Stryjkowskiego, ostatni "Tygodnik Powszechny", album (dwie płyty) Ewy Demarczyk, grafikę [Andrzeja] Mleczki. Zapraszaliśmy na kolację, ale nie udało się ustalić terminu, bo od wtorku (kiedy wraca z Berlina) Janda co wieczór gra w Ateneum w Stillerowskiej składance Brechta148 (na której szkoda, że nie byłem, kiedy mnie [Robert] Stiller zapraszał, bo od tego czasu cenzura to i owo poobcinała, między innymi finał). [...]
Zarządzenie numer 3 ministra kultury w sprawie kinematografii głosi ponoć, że w filmach polskich mają pod żadnym pozorem nie występować żołnierze rosyjscy - ani dobrzy, ani źli, żadni (nie przypominać, że kiedykolwiek byli w Polsce). To tłumaczy również intryżkę wokół epizodu z kozakami w Austerii. [...]
Przyszedł Andrzej Braun149, rozmawialiśmy o ZLP. ZG prosił o zezwolenie na odbycie zebrania - w odpowiedzi głuche milczenie. Krzątają się "pośrednicy" typu Minkowskiego, ale z nimi nie ma powodu rozmawiać. Andrzej pytał o moją sytuację materialną; istnieją możliwości (ograniczone) finansowania pewnych prac literackich, niezależnie od ich późniejszego losu - to nie jest stypendium, lecz honorarium za dzieło, według obowiązujących stawek; podziękowałem, bo na razie nie jestem w tej sytuacji, ale obiecałem, że w razie gdyby zaszła potrzeba... [...]
Niedziela, 20 lutego
[...] Z Janką w Teatrze Dramatycznym (Sala Prób) na Dwóch głowach ptaka [Władysława] Terleckiego w reżyserii Łapickiego. Również Łapicki w roli pułkownika Griszyna (którą w innej obsadzie gra [Gustaw] Holoubek). Najświetniejszy Fronczewski jako młody oficer z III oddziału w Petersburgu. W głównej roli Aleksandra Waszkowskiego, ostatniego (1864) powstańczego naczelnika Warszawy - sztuka jest o jego załamaniu w więzieniu - Andrzej Blumenfeld. Cała rzecz tchnie beznadziejnością po przegranym powstaniu, jest sugestywna, a graniczy niemal z dwuznacznością, to znaczy jakby z autorskim zaakceptowaniem daleko idącej kapitulacji Waszkowskiego (umożliwił władzom carskim odzyskanie skarbu Królestwa zdeponowanego w londyńskim banku - żeby zapobiec dalszej "bezsensownej" walce i ofiarom) - odczucie to rozprasza jedynie pod koniec scena z siostrą skazańca ([Halina] Łabonarska), formułującą osąd moralny jego czynu. [...]
Poniedziałek, 21 lutego
[...] Wpadłem do Bronka [Geremka] i wyciągnąłem go na spacer z psem. [...] O panu Lechu: kiedy bawił incognito na wypoczynku w Górach Świętokrzyskich (w Suchedniowie?), ludzie się zwiedzieli i tłumnie do niego zjechali - komisja regionalna Kielecczyzny, przewodniczący komisji zakładowych. Prosili o rozstrzyganie istotnych codziennych spraw, na przykład: majstrowi każą wstąpić do nowych związków, inaczej wywalą go z majstra - pyta przewodniczącego, co ma robić - więc rzeczywiście co, pozwolić mu czy zabronić?
Omawiano też okoliczności zwolnienia Lecha; tłumaczył się, że był kompletnie sam, nie dopuszczano wtedy do niego żony ani brata, ani księdza, czuł, że musi zrobić jakiś ruch, i napisał ten list - teraz uważa, że się pospieszył. Ale przyjechał generał Kiszczak150 i proponował mu, żeby został wiceprzewodniczącym PRON-u, faktycznie pierwszym: "Ten Dobraczyński151 to stare truchło, nie liczy się i pan będzie najważniejszy". Odmówił, rozmowa była ostra i zdziwił się, kiedy po paru dniach został zwolniony. Goście kiwali głowami, słuchając, i nie ukrywali dezaprobaty: "Siedzieliśmy wtedy w internie i nie wiedzieliśmy, co mamy o tobie myśleć", ale wyjaśnienia przyjmowali i traktowali rzecz już historycznie.
[...]
Środa, 23 lutego
Jeszcze o panu Lechu: jest podobno optymistą, uważa, że prędzej czy później "to musi pęknąć" i raczej prędzej niż później... [...]
Wiadomość, że wczoraj wieczorem umarł Mieczysław Jastrun. "Poetycki wróg" mojej wczesnej młodości...
Wpadłem do Nowakowskiego oddać "Partisan Review". Marka nie było, ale tym razem zastałem Jolę152 i chwilę posiedziałem. Jej zdaniem nasze styczniowe rewizje nie były tylko tak sobie, na postrach środowiska - jakaś sprawa jest prowadzona i groźba wisi nad nami (w każdym razie nad Markiem) jak miecz Damoklesa. Toczy się obecnie proces jednej z grup NOWej (ludzi z Instytutu Hydrometeorologii) i w akcie oskarżenia jest między innymi mowa, że drukowali Markowy Raport o stanie wojennym wraz z charakterystyką tej pozycji (złowrogą) na całą stronicę. Jeżeli to tak obciąża drukarzy, to cóż dopiero autora... W tej interpretacji znana odpowiedź Urbana dziennikarzom zagranicznym na temat naszych rewizji nie byłaby zwykłym blefem.
[...]
Zadzwonił Konwa - myślałem, że wrócił z Jugosławii (Dolinę Issy prezentowano na festiwalu filmowym), ale okazało się, że w ogóle nie pojechał, bo dopiero półtorej godziny przed odlotem otrzymał wiadomość, że ma odebrać w Pagarcie paszport i gdzieś tam bilet. Spróbował nawet wyjść na postój taksówek, ale po 20 minutach czekania machnął ręką i wrócił do domu.
[...]
W telewizji z cyklu "Panorama kultury" - Literatura I - wywiady z pisarzami, których obecność ma zastąpić nieobecność innych. Między innymi [Henryk] Panas, [Andrzej] Górny, [Zbigniew] Safjan, [Eugeniusz] Kabatc, [Jan] Koprowski, [Andrzej] Przypkowski, [Andrzej] Bartyński, [Krzysztof] Coriolan, [Bernard] Antochewicz, [Jan Maria] Gisges, więcej nie pamiętam. Przeważnie przeżuwali frazes, który podawali jako swoją osobistą dewizę, że "pisarstwo uważają za służbę społeczną". [...]
Czwartek, 24 lutego
[...] Na kolacji u Herbertów. [...] Z rozmowy pamiętam tylko moje wypytywanie o przygotowywany przez Zbyszka tomik wierszy, który jak rozumiem, chce wydać tam, gdzie ja (ale ciągle uważa za niegotowy). [...]
Piątek, 25 lutego
[...] Wieczorem zadzwonił Leszek153. Pełen niepokoju o nas wszystkich, zwłaszcza o Rysia [Herczyńskiego]. Wyjeżdżają teraz na trzy miesiące do Chicago.
Sobota, 26 lutego
[...] W prasie i telewizji - ogólnokrajowa konferencja (wczoraj w KC) pisarzy partyjnych, tak dawno zapowiadana. Podobno ponad 270 osób, a ponadto Barcikowski154, Świrgoń155 i bezpartyjny minister Żygulski. Prowadził kierownik wydziału kultury KC Witold Nawrocki (stąd się dowiedziałem o tej nominacji). [...]
Wieczorem w telewizji pokazano bodajże wszystkich dyskutantów ze strzępami wypowiedzi, z których nie zawsze można się było domyślić ich sensu. Spośród wyraźnie chamskich i agresywniejszych zapamiętałem [Jerzego] Grzymkowskiego (skarżył się, że partia nie dość wspiera materialnie wiernych sobie pisarzy, że nie ma gdzie drukować poza pismem policji etc.), [Stanisława] Stanucha, Przymanowskiego156, Koźniewskiego157 i... bezpartyjnego ministra kultury atakującego uczestników konferencji, rzekomo przedstawiających sytuację w Związku jako "idyllę", co oczywiście odbiega od rzeczywistości. [...] Z wypowiedzi drugiej strony - wyraźne było tylko oświadczenie Drewnowskiego, że ZG jest umiarkowany, że on sam wszedł do ZG i został wiceprezesem z myślą o konstruktywnej opozycji, tymczasem nie okazało się to wcale potrzebne. [...]
Niedziela, 27 lutego
[...] Chciałem o 11.00 być na mszy w kościele Nawiedzenia NMP. [...] Zamiast kazania ksiądz Niewęgłowski odczytał komunikat konferencji biskupów, dobry, między innymi z żądaniem amnestii. Wychodziłem z kościoła z Jerzym Zagórskim, na dziedzińcu spotkaliśmy Sitów, którzy opowiedzieli przedziwną historię o sfałszowanym liście Jana Józefa Szczepańskiego, potem przemknął Darek Fikus, więcej znajomych nie widziałem. [...]
Z ostatnich lektur pozacenzuralnych: okropnie powielona "Informacja ["Solidarności"]", gdzie między innymi znany mi skądinąd tekst oświadczenia Marka, dlaczego nie będzie uczestniczył w 40-leciu powstania w getcie; pisemko plastyków "Sztuka", prawie w całości wypełnione przez artykuł o treściach zasadniczych i instrukcyjnych; wreszcie od dawna oczekiwany "Nowy Zapis" numer 1, datowany na grudzień 1982. Wszystkie teksty anonimowe, ale wydaje mi się, że rozpoznałem autorów nie tylko wiersza Raport z oblężonego miasta [Zbigniewa Herberta], lecz również bardzo dobrych Medytacji o wojnie [Andrzeja Kijowskiego], prozy dokumentalnej Noc generałów [Andrzeja Brauna], nieco fantazyjnego Notatnika, felietonu Po co kłamca kłamie i recenzji z Wyzwolenia Dejmka158. W sumie wrażenie dosyć dobre - mimo że ja osobiście nie chciałbym tego pisma współredagować (zresztą nikt mi nie proponuje).
Wieczorem - przez deszcz, błocko, ciemną ohydę - taksówką na kolację do Sitów. Po tylu latach pierwszy raz w ich domu - rozeszliśmy się chyba w 1971 roku, pokłóceni między innymi o stosunek do Kuronia i w ogóle czynnej opozycji - potem to się zacierało, a w roku 1982 oni się po prostu przyzwoicie zachowali, odwiedzili Jankę, więc - choć nadal mnóstwo mnie u Jurka śmieszy i drażni, a już popadnięcie Jurka (jak i innych członków ZG) pomiędzy "ekstremistów" i "agentów wroga" to szczyt humoru i satyry - nie mam nic przeciwko wznowieniu stosunków. Oprócz nas [Zofia i Jerzy] Markuszewscy i Ignacy Wald ze szczebiotliwą Inką [Aliną Brodzką-Wald] oraz jakąś panią profesor z Wrocławia. [...]
Ta trójka wyszła wcześniej (pani profesor na dworzec), po czym zaczęła się dość ostra dysputa pomiędzy Markuszem a Sitą na temat kolegów konformistów (Terleckiego, [Janusza] Krasińskiego), którymi Markusz bardzo gardzi, a Sito broni, że owszem, słabość, rzecz ludzka, ale... Ja zresztą między tymi dwoma robię pewną dystynkcję, Terlecki nie wydaje mi się - mimo drążącego go strachu - takim płazem jak Krasiński. Zaczęło się od rozmowy o Dwu głowach ptaka - okazuje się, że to Sito jako kierownik literacki Teatru Dramatycznego skłonił Terleckiego do dopisania sceny z siostrą, bez której rzecz byłaby istotnie dwuznaczna. Markusz uważa Terleckiego za gotowego do kapitulacji i przejścia na stronę tamtych. Ja milczałem, Sito go bronił, wtedy Markusz wzmacniał atak i przeszedł na Krasińskiego, którego Sito również bronił, po pierwsze, powołując się na jego więzienną młodość (która go moim zdaniem złamała i rozbudziła w nim chęć osobistych zadośćuczynień życiowych za rozmaitą cenę), po drugie - że nie wszedł do PRON-u i Rady Kultury. (Ja: "Nie mógł, skoro chce wejść do nowego ZG ZLP").
W podtekście dyskusji o Krasińskim i Terleckim tkwiła też sprawa samego Sity, należącego wraz z Abramowem i innymi do tego samego co tamci "lobby dramaturgów", czyli dość konformistycznego centrum, w dziwaczny sposób obecnie zepchniętego na pozycje niezłomnej "ekstremy", na których wcale się dobrze nie czuje. W trakcie tej rozmowy Jurek też pytał, z pewną nadzieją, czy koledzy z ZLP nie oczekują, że prezydium się poda do dymisji, czy dla ułatwienia kompromisu nie powinni tego zrobić itd. Dość stanowczo oświadczyłem, że w żadnym razie. Ani jednej osoby nie wolno poświęcić - nawet nie ze względu na tę osobę, ktokolwiek by to był - ale ze względu na pozostałych, których takie poświęcenie jednego natychmiast uczyni szmatami (i o to właśnie chodzi stronie przeciwnej bardziej niż o pozbycie się tego czy tamtego). To sytuacja poniekąd jak w Wizycie starszej pani [Friedricha Dürrenmatta].
Markuszowie odwieźli nas do domu.
Historia z listem według zebranych do wieczora informacji wygląda tak. Na tej naradzie w KC większość opowiadająca się za ostrą linią ZLP-owską nie była przytłaczająca (mówi się nawet o pół na pół, ale to pewnie przesada). W pewnej chwili sekretarz Świrgoń wyciągnął asa z rękawa: list Jana Józefa Szczepańskiego do Jabłońskiego159 (najpierw odczytał fragment, a na żądanie sali - całość), bardzo brutalny, odżegnujący się od współpracy z władzą, bardzo brzydko oceniający próby pośrednictwa ze strony dwóch "funkcjonariuszy" (Safjana i Minkowskiego) etc. List był długi, na blankiecie firmowym Związku. Na sali zawrzało. Wzmógł się oczywiście atak na "frakcję" Drewnowskiego: oto, kogo broniliście itd. Andrzej Wasilewski160 wysunął wniosek, żeby list Szczepańskiego - w celach demaskatorskich - opublikować w "Trybunie Ludu" z odpowiednim komentarzem. Uchwalono. "Gołębie" partyjne nie miały już na tej sali szans. Na tym zamknięto konferencję. Zdruzgotany Drewnol po powrocie do domu zadzwonił do Proroka i zapytał, czy wie o tym liście. Nie wiedział, a po usłyszeniu szczegółu, że na blankiecie firmowym, oświadczył, że to musi być falsyfikat: od 13 grudnia 1981 prezes nie napisał ani jednego listu na takim blankiecie. Zadzwonili do Krakowa. Oczywiście Jan Józef Szczepański nie napisał takiego ani żadnego listu do Jabłońskiego. Dowód? "Mogę dać słowo honoru". Drewnol zadzwonił do Rakowskiego. Już w nocy wstrzymano publikację w "Trybunie Ludu"...
[...]
Wtorek, 1 marca
[...] Na 12.00 pojechałem do kościoła Karola Boromeusza, z którego mieli wyprowadzić zwłoki Jastruna, Janka osobno przyjechała z kwiatami. Mszę celebrował biskup Miziołek161 w asyście między innymi księdza Niewęgłowskiego, który następnie odbył ceremonię nad otwartym grobem. Zła akustyka, nie bardzo słyszałem, co mówił biskup. W kościele średnio dużo ludzi, na cmentarzu więcej. [...]
Rzucił mi się na szyję Jurek Pachlowski162, bezładnie, jak to on, opowiadał o swoim pisaniu, o pogrudniowych przykrościach itd.; wyraził chęć przyjścia do mnie za następnym pobytem w Warszawie na dłuższe pogaduszki. Zdążył mi powiedzieć, że nie zweryfikowano go jako dziennikarza, nie jest w redakcji, ponadto miał przesłuchania, chyba na początku stanu wojennego, pytano go między innymi, co go łączy z Wiktorem Woroszylskim, odparł: "Przyjaźń, której ani on, ani ja nigdy się nie wyrzekliśmy". Janka zapytała, czy przyjechał specjalnie na pogrzeb, on - że nie - złożyć książkę w wydawnictwie, a ja uświadomiłem sobie, że chyba na naradę pisarzy partyjnych, i wprost zapytałem go o to. Wtedy zaczął opowiadać o naradzie, o rozbiciu sali pół na pół, o świetnych wystąpieniach Drewnowskiego, Grześczaka163 i [Henryka] Markiewicza, o przygotowanym swoim, którego nie zdołał wygłosić, bo naradę zamknięto wcześniej, niż przewidywano. O paskudniku Lenarcie, o "liście Jana Józefa Szczepańskiego", w który prawie wszyscy uwierzyli, jeden Grześczak natychmiast powiedział, że to falsyfikat.
Z Matuchami do ZLP na obiad. [...] Siedzieliśmy z nimi w stołówce, podszedł Marian Grześczak i przywitał się bardzo serdecznie, potem ponownie w kawiarni - że chciałby do nas przyjść z nową żoną - więc udzieliliśmy mu błyskawicznej amnestii za pewną dwuznaczność zachowania przez rok stanu wojennego i został zaproszony na kolację w piątek wieczór.
Wrażenie pewnej polaryzacji wśród partyjnych, chęci wyraźniejszego odcięcia się "dobrych" od gangsterów. Nie będziemy oczywiście Grześczaka, Pachlowskiego czy Piórkowskiego odpychać!
Szczypior164 zbierał na penklubowy nekrolog po 200 złotych (komisarz nie zatwierdził wydatku z funduszu publicznego), zapłaciłem. [...]
Środa, 2 marca
[...] Wieczorem wykwintna kolacyjka: Janda z mężem, Misia165, Jacek Bocheński. Na drinka whisky z oliwkami, przy stole sałatka z krewetek, zimne nóżki, pieczeń barania z dodatkami, deser, wino. Janda nie pije i mało je, ale z temperamentem opowiada, między innymi o kręceniu nowego filmu166 w Gdańsku z udziałem ZOMO-wców. Margines, tatuowani, wychowankowie domu dziecka, psychopaci. Ogromna podejrzliwość - co o nich myślą, jak na nich patrzą, jak zdejmują (dlaczego na przykład przez płomień palnika), czy nie chcą zrobić balonów - agresywność, pogróżki. Autentyczna struktura wewnętrzna nieidentyczna z oficjalną służbową, raczej na zasadzie bandy czy mafii: ubóstwiany "Tato", którego wszyscy słuchają, ważniejszy i skuteczniejszy w działaniu od wyższych szarż, stojących formalnie nad nim, ale bezsilnych. [...]
Było przyjemnie. Janda obiecała załatwić nam wszystkim wstęp na program brechtowski w Ateneum, w którym występuje. W ogóle chciałbym się widywać z nią i jej arcysympatycznym mężem.
Czwartek, 3 marca
[...] O 9.00 u księdza Niewęgłowskiego. [...] Była mowa o obronie duszpasterstwa twórców przed niechętnymi z otoczenia Prymasa, którzy donoszą mu, że tu się zbierają "niedawni partyjni" - ostatnio udało się te rafy wyminąć. Zostałem zaangażowany na spotkanie autorskie 26 kwietnia. [...] Rozmawialiśmy też o Prymasie i jego wypowiedziach - i nie oceniał tego inaczej niż nasze środowisko - podkreślił jedynie (i prosił o powtarzanie), że dokumentami Kościoła są listy i komunikaty Konferencji Episkopatu, nie zaś takie czy inne przygodne wypowiedzi Prymasa.
[...]
Sobota, 5 marca
[...] Po obiedzie - nieoczekiwane odwiedziny Kostka167. Wesoły, miły, bez zbędnego napięcia. Dostał obiad, wypiliśmy łyk whisky. Robił obchód kolegów, był już u Bronka, szedł dalej do [Janusza] Przewłockiego. Podarował mi kartkę z "Solidarności Ziemi Łódzkiej" z opowiadaniem Andrzej168 - jednym z tych, które ostatnio skonfiskowano w "Tygodniku Powszechnym" (z dawnych przeżyć więziennych). Dobre.
[...]
Wtorek, 8 marca
Telefony: [...] do pani [Krystyny] Małachowskiej, która potwierdziła, że mąż169 siedzi (wczoraj słyszałem od Dużej Basi170, że go puszczono po 48 godzinach) - wzięto go gdzieś poza domem i przywieziono do domu, a po krótkim czasie wrócono po niego (zmiana decyzji na wyższym szczeblu?). Zarzut: przynależność do organizacji, której istnienie miało pozostawać zatajone przed władzą państwową. Moja hipoteza (nie całkiem serio): postanowiono przypierdolić któremuś z literatów, mszcząc się za niewypał z "listem" Jana Józefa Szczepańskiego. [...]
Święto Kobiet, w okolicach uniwersytetu budy pełne policji (15. rocznica Marca!), wszędzie pełno kwiatów, głównie jednakowych, równiutkich, plantacyjnych tulipanów, które w takiej masie od razu zbrzydły, ludzie kupują, ale nie wykupują. [...]
Po kolacji wpadł na krótką kawę Kłosiński. Ma paszport, pojutrze jadą do RFN, odezwą się po powrocie (i po naszym powrocie z Sopotu). Dałem dla Felka ostatnią "Więź" (październikową - z pierwszym po przerwie moim felietonem) i amerykańską książkę Kijowskiego171.
Środa, 9 marca
W gazecie - "próba zakłócenia porządku publicznego we Wrocławiu" (wczoraj), wywiad Urbana dla PAP pod tytułem Wolność przekręcania słów - o tym, co mówił i czego nie mówił na konferencjach prasowych, a jak to ujmowała, krzywdząc go straszliwie, prasa zachodnia - i enigmatyczna notatka o aresztowaniu Małachowskiego (w której nie wspomina się, że to literat)172. [...]
W "Czytelniku", wsiadając do windy, żeby wjechać na piąte piętro do [Zofii] Gadzinianki, znienacka natknąłem się na Sandauera173, który wyciągnął do mnie rękę. Z zaskoczenia podałem mu, a on uradowany zaczął coś gadać; dotarło do mnie pytanie, czy to prawda, że po zwolnieniu "sam zgłosiłem się" z powrotem do obozu. Sucho zaprzeczyłem, ale zabrakło mi języka w gębie, żeby odwdzięczyć się jakimś "czy to prawda". [...]
Czwartek, 10 marca
[...] Spotkanie z panią Krz. w ZLP.
W trakcie - nadszedł Andrzej Braun, zaraz obsiedli go koledzy i słyszałem kątem ucha jego opowieści o wizycie w KC, a kiedy pani Krz. poszła, dosiadłem się również. Ze strony ZLP byli Jan Józef Szczepański, Braun, Drewnol i Grześczak, z tamtej - Nawrocki, Wasilewski, Koźniewski, [Jerzy] Jesionowski, czyli niewysoko. Na wstępie prezes złożył oświadczenie w sprawie sfałszowanego listu, na co nie nastąpiło: "Przepraszamy", tylko bagatelizujące: "Gdybyśmy uważali go za autentyczny, nie byłoby tego spotkania", i jeszcze: "No widzicie, jak konflikty wewnątrz (?) środowiska literackiego są wykorzystywane przez kogoś trzeciego (?)". Atmosfera kurtuazyjna. O rozwiązaniu ZLP nie było mowy i "Nigdy nie było takich zamiarów". Koźniewski milczał. Nawrocki zreferował "program pisarzy partyjnych" - druga strona milczała. Stanęło na tym, że starania ZG o plenarne zebranie uzyskają "poparcie" partii, odbędzie się ono zaraz po Wielkiejnocy. Niedługo po tym zebraniu (w podtekście odczytano, że nie bez zależności od jego grzecznego przebiegu, to znaczy od tego, czy nie będzie "antypaństwowych" przemówień) nastąpi prawdopodobnie odwieszenie Związku. Wtedy ZG zacznie przygotowywać walny zjazd. W tym nagłym zmiękczeniu wietrzę jakieś ukryte świństwo, tamci coś mają w zanadrzu.
Wróciłem do domu, Paula zadzwoniła, że ma coś do mnie, a że wybierała się po ziemniaki, a ja też powinienem był - wybraliśmy się razem. (Natalia szydziła, że to bardzo nieromantycznie). Pauli chodziło o opracowanie apelu w sprawie "prywatnego" czy "społecznego" (w przeciwieństwie do oficjalnego, zdezawuowanego przez Marka) uczczenia rocznicy powstania w getcie. Nie podjąłem się. [...]
W radiu - o Wałęsie, który zjawił się kolejno na procesie kwidzyniaków w Elblągu174 i pani Ani175 w Grudziądzu, zamanifestował solidarność, przywitał się (bałem się, że pani Ania nie poda mu ręki, ale chyba podała), złożył zachodnim dziennikarzom oświadczenia ostre i zapowiadające dalsze akcje protestu. A więc porzucił swój wyczekujący bezruch i przeszedł do ataku - to bardzo dobrze. [...]
Piątek, 11 marca
[...] Nadeszły "Tygodnik Powszechny" i "Polityka" (numer 11, datowana 12 marca 1983). W obu pismach jednobrzmiące oświadczenie Jana Józefa Szczepańskiego:
"Oświadczam, że rzekomy mój list do Przewodniczącego Rady Państwa, prof. Henryka Jabłońskiego, odczytany na Konferencji Pisarzy Partyjnych w Warszawie w dniu 25 lutego br., jest fałszerstwem.
Dla wykrycia i ukarania sprawców tego fałszerstwa oddaję sprawę w ręce prokuratora.
Prezes zawieszonego
Związku Literatów Polskich
Jan Józef Szczepański".
Koło 17.00 wpadł, jak było umówione, Szaruga176, przyprowadzając nieznanego mi dotąd Włodzimierza Boleckiego z IBL-u. Robi dobre wrażenie. Leszek opowiadał o swoich dwóch przesłuchaniach: w sprawie PPN i Najdera z sakramentalnymi pytaniami z kartki oraz w sprawie publikacji pod ziemią i za granicą - ze straszeniem i mądrzeniem się.
[...]
Niedziela, 13 marca
Rano skończyłem felieton Mównica i szafot177.
Byliśmy z Janką na mszy w kościele Nawiedzenia NMP. Aktorzy czytali. Piękna homilia księdza Niewęgłowskiego - na kanwie przypowieści o synu marnotrawnym i drugim synu, "sprawiedliwym", który poczuł się pokrzywdzony - polemika z tymi, którzy protestują przeciw przygarnianiu przez Kościół ludzi, którzy przedtem byli daleko (w podtekście: ekspartyjnych etc.). Po mszy pogratulowałem mu homilii. [...]
Lilek Lasota178, Hertz, Sitowie. Hertz i Sito zbulwersowani oświadczeniem członków ZLP za granicą (podobno wczoraj przez radio), z Najderem włącznie, popierającym ZG. Że to zaszkodzi. Moim zdaniem - zbędne, ale nie przesadzajmy. [...]
Jeszcze parę kroków z Hertzem, który cieszył się, że Związek zostanie być może odwieszony bez wstępnych warunków, bo to uchroni wielu kolegów, zwłaszcza młodszych, przed koniecznością wykonywania gestów pokory. Ja: "Albo niepokory". [...]
Poniedziałek, 14 marca, Warszawa-Sopot
[...] Obiad w ZLP. Przy okazji przeczytałem w bibliotece kawałek 1.-2. "Kultury" z esejem Tymoteusza Klempskiego179 (ktoś z kraju, ale nie umiem rozszyfrować), którego fragment z krytyką Prymasa tak skandalizuje część opinii (co jest podsycane z wiadomej strony). Mnie się artykuł podoba w całości i w tym fragmencie. [...]
Jakieś próby zakupów, wcześniejszy powrót Janki, która też po drodze zjadła obiad w Związku, pakowanie, karteczka do wracającej później z pracy Natalii - i taksówką na dworzec. [...]
Przyjechaliśmy do Sopotu przed 22.00. Pieszo do ZAiKS-u (na szczęście bagaż niezbyt kłopotliwy). Mijając ciemną bryłę Grand Hotelu, nie mogłem sobie nie przypomnieć opowieści Tadeusza o internowaniu (otoczenie ze wszystkich stron, także od morza, więc wrażenie wynurzania się zbrojnych ludzi z morza). A my byliśmy tu po raz ostatni w sierpniu 1980. [...]
Wtorek, 15 marca
Ładna pogoda. Spacer na molo, potem do Jelitkowa. Po drodze kupiłem "Głos Wybrzeża". [...] Podwyżka cen paliw, papierosów, kawy. Od 21 [marca] zawiesza się reglamentację alkoholu, kawy, papierosów. Kartki marcowe na te produkty (i zamienniki - wino, którego nie można dostać) ważne do 20. Ponadto: "13 bm. w Warszawie, Wrocławiu i Kaliszu podjęto próby zorganizowania kilkusetosobowych nielegalnych zgromadzeń i manifestacji. Do akcji tych usiłowano wykorzystać osoby wychodzące z nabożeństw kościelnych". [...]
Środa, 16 marca
[...] Skończyłem czytać Trifonowa Wriemia i miesto180 - książka nierówna, ale ciekawa i nade wszystko przygnębiająco realistyczna: obraz wielu lat nie ekstremalnej udręki, ale powszedniości, a nawet swoistego "rozkwitu" społeczeństwa chorego, przeżartego draństwem, żyjącego według niepisanych i nigdzie niepotwierdzonych, ale "oczywistych" praw wzajemnego wymuszenia (fizycznego, materialnego, seksualnego itd.). Intrygi, pułapki, szantaże, bezwzględność w postępowaniu z bliskimi i niebliskimi, amoralizm, sprzedajność, pustka uczuciowa. W głowę zachodziłem, jak oni to publikują.
Wieczór autorski w Duszpasterstwie Akademickim Pallotynów we Wrzeszczu, koło Akademii Medycznej. Księży nie było, prowadził Piotr Czauderna, ten miły student trzeciego roku (syn i wnuk lekarzy), który odwiedził mnie był w Warszawie. Pełno. Dorośli - przeważnie z akademii, lekarze itd., również jacyś inżynierowie. [...] Czytałem fragmenty Jesteś181 i Dziennika internowania; potem była rozmowa. Pierwsze pytanie (Czauderny), na które odpowiadałem najdłużej - zawsze wypływające, w różnej formie: "Jak pańskie pokolenie we wczesnych latach pięćdziesiątych (w podtekście i pan) mogło w to uwierzyć?". Moje odpowiedzi przyjmowano życzliwie. Na końcu jakiś pan zapytał, czemu wszystko takie smutne, czy nie mam weselszych wierszy, więc przeczytałem Inteligentów182.
[...]
Niedziela, 20 marca
O 11.00 spotkanie z młodym Czauderną i kilkuosobową (dwaj chłopcy, dwie dziewczyny) grupką jego przyjaciół (przeważnie - też studentów medycyny). Przyszedł po mnie na stację Przymorze i zaprowadził do willi, ładnie urządzonej, pełnej książek z różnych zakresów zainteresowań, między innymi historii najnowszej. [...] Rozmowa z tą piątką - dalszy ciąg wątków ze spotkania u Pallotynów (jak można było być komunistą itd.), jak żyć dalej, także pytania o konkretne postacie (Dobraczyński itd.). Z Czauderną, na początku, o swoistej polityce władz "chronienia Gdańska przed regermanizacją": zakaz utworzenia germanistyki na tutejszym uniwersytecie, hamowanie publikacji Grassa183.
Podczas mojej nieobecności Janka zajęła się pakowaniem. Po obiedzie: formalności, pożegnania, napiwki.
Wpadli Antkowie [Antoni184 i Maja Facowie], posiedzieliśmy trochę u nas, potem w kawiarni Grand Hotelu, nie było kawy ani piwa, piliśmy pepsi lub sok porzeczkowy, potem odwieźli nas na dworzec. [...]
Poniedziałek, 21 marca, Warszawa
[...] W "Polityce" numer 12, datowanej 19 marca, wypowiedzi na naradzie pisarzy partyjnych: Drewnowskiego, [Tadeusza] Hołuja, Koźniewskiego i Barcikowskiego (podobno Markiewicza skonfiskowano, a Koźniewskiego łagodnie okrojono). Drewnowski ma dobrą prasę (między innymi Fac mówił z entuzjazmem), ale po uważnym przeczytaniu jego tekstu, zatytułowanego (przez redakcję?) Środkami kulturalnymi, nie podzielam zachwytów. Oczywiście na tle gangsterów wymachujących maczugą, a nawet w polemice z nimi Drewnowski wypada dodatnio, ale w ogóle prezentuje on dość szczególną wizję. A więc "w zarządzie, a zwłaszcza w prezydium ZLP" - "to elementy ekstremistyczne, KOR-owskie, w ciągu tego roku działalności zaczynały być izolowane, a nie elementy partyjne", co stało się - według Drewnowskiego - "przede wszystkim dzięki realizmowi i lojalności Jana Józefa Szczepańskiego jako prezesa ZLP". "Dlaczego nie mówicie, że Jan Józef Szczepański w listopadzie 1981 oświadczył na konferencji prasowej, że ZLP - niezależnie od stanowiska "Solidarności" - opowiada się za porozumieniem narodowym, co wywołało publiczny protest ekstremistów, również z zarządu Związku?" (Chodzi o nasz list185, opublikowany w ostatnim numerze "Tygodnika Solidarność" - mój, Zbyszka Herberta, Bartoszewskiego186, Krynickiego187, no i "z zarządu Związku" Orłosia i Mariana Brandysa188). [...]
Trzymając się tezy o istnieniu we władzach ZLP odrębnych nurtów - ekstremistycznego i umiarkowanego - Drewnowski sądzi, że "można porozumieć się z większością [...] legalnie wybranych przez społeczność literacką a unieruchomionych władz". Celem jest "doprowadzenie do zjazdu, który zgodnie z wolą jego członków i nowymi warunkami zmieniłby swoje władze", co pozwoliłoby "zachować ciągłość Związku i jego przynajmniej względną samorządność". Drewnowski proklamuje "godny kompromis: określenie modus vivendi189 po odwieszeniu i sposobu przygotowania zjazdu". [...]
Spotkanie z Lotharem190 i Jarkiem Brodą, zabrałem ich do siebie [...]. Lothar we Wrocławiu wciąż ma kłopoty. Przez jakiś czas często go przesłuchiwali i przeszukiwali, traktując dość brutalnie ("ty szwabski chuju" etc.) i usiłując pogróżkami skłonić do emigracji. Po interwencji Jana Józefa Szczepańskiego u Kiszczaka to ustało, ale ostatnio znowu wezwali pod pretekstem zwrotu maszyny do pisania, a kiedy chciał wziąć ją pod pachę i wyjść: "Chwileczkę, jeszcze drobne pytanie: kiedy przestanie pan być prezesem oddziału ZLP i kiedy w ogóle wyrzucą pana ze Związku?". [...]
Na rekolekcjach dla twórców w kościele Nawiedzenia NMP. Odprawia ksiądz profesor [Józef] Król, trochę za elokwentny jak na mój gust; ale podczas mszy zaczęły mi chodzić po głowie jakieś wiersze. [...]
Wtorek, 22 marca
W gazecie: zaproszenie Jabłońskiego dla Jana Pawła II do odwiedzenia Polski w terminie 16-22 czerwca. [...]
List z Grodna - kiedy zobaczyłem na kopercie, że nadawcą nie jest Nadzia191, tylko Lubow Nikołajewna Woraniecka, od razu pojąłem, co się stało - i rzeczywiście: Nadzia zmarła 20 lutego na zawał serca w szpitalu, pogrzeb był 22 lutego... Znowu zawalił się kawałek świata, zmalała moja wyspa. Myślę o zmarłej z czułością, wdzięcznością, żalem... [...]
List od Felka, raczej dziarski, z zaproszeniem dla Janki, Natalii i dla mnie (na jednym blankiecie), poświadczonym w Misji Wojskowej. [...]
Dziś z różnych stron wiadomości o wzmożonym exodusie naszych kolegów i koleżanek z internowania. Już wyjechał Piotr Mroczyk i podobno Duża Małgorzata [Niesobska-Urbaniak] ze Szczecina, lada moment wyjadą Marek Tabin i Janek Nowak ze Śląska.
Telefoniczne rozpętywanie świątecznego śniadanka. Lista gości rośnie.
Środa, 23 marca
W gazecie - skrót wczorajszego przemówienia sejmowego generała Kiszczaka. Ciągle nie ma mowy o amnestii, tylko "każdy, kto nie zamierza naruszać porządku prawnego, kto dokonał skrupulatnej oceny własnych błędnych poczynań, ma prawo oczekiwać, że stworzona mu zostanie możliwość powrotu do normalnego życia"; jednakże "na niektórych spośród odbywających karę pozbawienia wolności za przestępstwa popełnione w okresie stanu wojennego wywierana jest presja, by nie ubiegali się o ułaskawienie"; "ich kosztem różni manipulatorzy chcą podgrzewać atmosferę, wywoływać ducha bezsensownego oporu" itd. Apel o powrót do kraju ludzi, którzy zostali za granicą, i dobrowolne zgłoszenie się do SB tych spośród nich, którzy "weszli na drogę współpracy z obcymi wywiadami". Potępienie "stosowania terroru psychicznego i moralnej presji" w stosunku do kolaborantów; "nazywanie ich kolaborantami jest jaskrawym zaprzeczeniem idei humanitaryzmu i demokratyzmu". Wreszcie: "Większość byłych internowanych cechuje poczucie obywatelskiej odpowiedzialności. Ale są wyjątki. Nie potrafili oni przemyśleć swojej sytuacji, nic lub niewiele zrozumieli"192.
Napisałem wiersz Epitafium193 (o Nadzi), może nieostateczny wariant; jeszcze dwa wiersze chodzą mi po głowie. [...]
O 21.30 z Janką i Natalią w Ateneum, przybyli też Jackowie [Lida i Jacek] Bocheńscy i Misia; dla całej szóstki odebrałem w sekretariacie zarezerwowane przez Jandę bilety (płatne) na program brechtowski Niebo zawiedzionych w małej sali. Reżyserowała Lena Szurmiej (synowa Szymona), grało z wielką werwą (w stylu ekspresjonistycznym, bo tak jest ujęte przedstawienie, zresztą ciekawe) kilkoro młodych aktorów, w tej liczbie Agnieszka Fatyga, Janda i Jan Szurmiej (najsłabszy). Największe zastrzeżenia mam do doboru i układu tekstów (przeważnie w nowych przekładach Stillera), z którego wyłania się Brecht najbardziej płaski i prymitywny, ze światem podzielonym grubą kreską na bogatych (kupujących innych) i biednych (sprzedających się, nienawidzących), z przeświadczeniem, że jedyną sprężyną wszystkiego jest interesowność, chęć posiadania etc., nie istnieją miłość, uczucia rodzinne, tylko "materializm". Ale dało się oglądać i słuchać. Janda - w przeciwieństwie do pozostałych aktorów ustrojonych i umalowanych na punków czy inne maszkary, i miotających się, w sposób podkreślony ordynarnych - została ustawiona z pewną rezerwą wobec reszty, jako dama, też ekspresyjna, ale na inny sposób, zresztą świetna. [...]
Czwartek, 24 marca
W gazecie oficjalne komunikaty - rządowy i Episkopatu - o programie wizyty Papieża w Polsce 16-22 czerwca: Warszawa, Teresin (Niepokalanów), Częstochowa, Poznań, Piekary Śląskie, Wrocław, Góra św. Anny i Kraków. [...]
Podjechałem do milicji na Żeromskiego po kwestionariusze paszportowe. Nie przedstawiałem się ani nic nie pokazywałem pani w okienku, tylko wspomniałem o zaproszeniu od syna, a ona: "Pewnie wyjechał w 1981 roku", potwierdziłem, ona: "I został samowolnie", ja: "Ma paszport ważny na trzy lata, zgłosił się do Polskiej Misji Wojskowej", ona: "To się nie liczy, wyjechał na krótki pobyt turystyczny i został dłużej, a więc samowolnie, i państwo otrzymacie odmowę", po czym jednak wręczyła kwestionariusze.
W tej sytuacji zatelefonowałem z domu do dyrektora Celedy194, ale go nie zastałem i odłożyłem sprawę do jutra. [...]
Po południu Piotr Sommer po antologię Staszka [Barańczaka]. Przyniósł mi swój nowy tomik (całkiem ciekawy). Amerykanie przyznali mu niezbyt długie stypendium uniwersyteckie - stara się o paszport i umówił się w kawiarni z panią z ambasady USA, żeby wybadać, czy jest szansa na przyspieszenie wizy. Spotkał się z nią bez przeszkód, ale kiedy się już rozstali, na ulicy z dwóch stron chwycili go pod ręce panowie w cywilu, wpakowali do auta i zawieźli do MSW. Tam pogróżki, chamstwa, wypytywanie o treść rozmowy, insynuacje. Rozmawiał uprzejmie, pamiętając, że ma przy sobie bibułę. Do przeszukania nie doszło jednak. Oczywiście wiedzieli, że się stara o wyjazd: "Możemy go ułatwić, a możemy też utrudnić". Odpowiedział, że aż tak mu nie zależy - 10 lat nie ruszał się z kraju i może tak zostać dalej. Na zakończenie kazali mu spisać na kartce treść rozmowy - odmówił pisania czegokolwiek. Pokrzyczeli i puścili. [...]
Piątek, 25 marca
[...] W ZLP najpierw w kawiarni [Marian] Ruth-Buczkowski pełen optymizmu, że "to" (w szerokim znaczeniu słowa) muszą diabli wziąć; Szaruga - między innymi że wpadki, wzięli szefa Woli195 i innych. [...]
Jan Józef Szczepański i Marian Grześczak - prosto z kolejnych "negocjacji" w KC. Z tamtej strony - do negocjatorów sprzed dwóch tygodni dobili Lenart i [Janusz] Roszko. Postawa usztywniona. Nie zgadzają się na rozszerzone plenum ZG (z prezesami), tylko wąskie - "stanowisko terenu jest znane, były zebrania, chodzi o stanowisko ZG", więc bez prezesów; w którymś momencie wylazło i takie szydło z worka: "wśród prezesów byłby i Lothar Herbst...". Ale jeszcze istotniejsze - i jeszcze bardziej absurdalne - żądanie, żeby negocjatorzy strony związkowej na ewentualnym zebraniu zarządu reprezentowali "stanowisko partii" - to znaczy wiadome punkty lutowej uchwały pisarzy partyjnych, włącznie z postulatem usunięcia z ZLP autorów publikujących poza cenzurą i za granicą etc. Szczepański powtarzał to przy stoliku ni to z ironicznym, ni to zawstydzonym uśmiechem. Józek196 do Mariana: "Ty właściwie (w domyśle - jako członek partii) mógłbyś zaprezentować to stanowisko". Marian: "Nie mógłbym, bo głosowałem przeciwko".
Późnym popołudniem poszedłem odebrać zdjęcia i na pocztę, a po drodze zajrzałem do "Merkurego". W dziale alkoholowym na półce kilka butelek târnave. Stanąłem w kolejce. Na szczęście przede mną wszyscy brali tylko wódę i czekoladki. Poprosiłem o sześć butelek. "Ma pan szczęście - powiedziała, podając, ekspedientka - właśnie tyle jest". Brodaty młodzieniec za mną jęknął błagalnie: "Czy nie ustąpiłby mi pan chociaż jednej...?". Ustąpiłem. A więc mój łup: pięć butelek po 240 złotych: 1200 złotych. Triumfalnie dźwigałem go do domu. [...]
Sobota, 26 marca
[...] Rano wyszedłem na zakupy i spotkałem Tadeusza Diema, który przez chwilę mi towarzyszył. Z jego kręgosłupem niedobrze, konieczna operacja, ciągle nie wiadomo, czy puszczą go za granicę, jeżeli do jakiegoś terminu nie puszczą, zaryzykuje w kraju. Zaprzecza wiadomościom o dużych wpadkach. Jak na to ogromne przeczesywanie, 2400 ludzi operujących jednocześnie (wszystko to przed mową generała Kiszczaka, żeby dostarczyć mu sukcesów) - osiągnięcia raczej mizerne. Zaprzecza wiadomości, jakoby Bujak znalazł się przez chwilę w ich rękach; epizod z człowiekiem, który uciekł, zostawiając kożuszek, wbrew plotkom nie dotyczył Bujaka. Z Bujakiem wszystko w porządku, tylko niestety kiepska forma psychiczna (rozdrażnienie, nieufność wobec współpracowników, złość, że kiepsko wykonują jego zarządzenia etc.). Tymczasem w zakładach pracy narastanie radykalizmu, parcie do wystąpień - zupełnie inny nastrój niż jesienią - i problemem zdaje się raczej powściąganie niż podsycanie bojowych nastrojów. Obecnie toczą się debaty nad sposobem świętowania 1 i 3 Maja, będą oświadczenia w tej sprawie. [...]
Niedziela, 27 marca
[...] Krótka wizyta [Andrzeja] Piaska z Andrzejem Wróblewskim197 - pytają, czy Marek przyjmie zaproszenie Prymasa na mszę ku czci getta warszawskiego, bo Prymas nie może wystosować takiego zaproszenia, nie wiedząc z góry, że zostanie przyjęte. Dałem im telefon Marka.
[...]
Wtorek, 29 marca
[...] Wstałem na budzik i o 8.15 byłem u dyrektora Celedy w MKiS. Przyjął mnie uprzejmie, dał kwestionariusze do wypełnienia i obiecał, że spróbuje załatwić, a jak będzie odmowa - poradzi, jak postępować dalej. [...]
Po południu spacer z Dużym Wo. Zdenerwowany sytuacją na UW, a konkretnie oklapnięciem, zastraszeniem ludzi, którzy wczoraj jeszcze zachowywali się inaczej. Na kilku wydziałach (to znaczy radach wydziału) uchwalono listy do senatu protestujące przeciwko aresztowaniu i sądzeniu siedmiu działaczy "Solidarności". Z projektem takiego listu wystąpił na swojej radzie wydziału i nieoczekiwanie wywiązała się dyskusja, w której za pomocą rozmaitych pretekstów usiłowano utopić projekt. List podpisało w końcu kilkanaście osób - w tym nikt z profesorów i docentów... Wo sądzi, że on i tacy jak on niedługo będą popasali na uczelni. Było zebranie rektorów, na którym ktoś z ministerstwa (nazwiska nie pamiętam) przedstawił program pacyfikacji szkolnictwa wyższego tyleż brutalny, ile cyniczny - Wo określa go jako stalinowski.
Wieczorem Bogusławski198 - nasze pierwsze spotkanie od jego wyjścia z obozu w lipcu ubiegłego roku. Siedział długo, piliśmy whisky, Janka podała kanapki. [...]
W trakcie wizyty Bogusławskiego zjawił się Sławek Kretkowski199. Chodzi o podpis pod petycją w sprawie odrębnego statusu więźniów politycznych (byli już podpisani on, Bogusławski i Grzegorz Białkowski200). Podpisałem, ale prosiłem o usunięcie pierwszego punktu, postulującego "odseparowanie więźniów politycznych od kryminalnych" - to dla mnie żenujący zgrzyt. Bogusławski mnie poparł i Sławek przyrzekł to załatwić. [...]
Środa, 30 marca
[...] Półtorej godziny w kolejce do sklepu rybnego na Krakowskim [Przedmieściu]. Obserwacja walki klasowej zwykłych kolejkowiczów z usiłującymi korzystać z przywilejów: kobietami z małymi dziećmi, młodymi kobietami twierdzącymi, że są w ciąży, inwalidami i staruszkami... "Dawano" po 1,5 kilograma świeżych śledzi i tyleż dorszy, śledzi było podobno 120 kilogramów, więc obliczono, że starczy dla 80 osób i mieszczącym się w tej liczbie warto było stać, a uprzywilejowani biorący bez kolejki oczywiście zmieniali sytuację... Byłem wśród ostatnich kilku osób, dla których jeszcze starczyło, i wróciłem do domu bardzo dumny ze swojego wyczynu. Janka posoli śledzie, a z dorsza zrobi pulpety. Pierwsze realia na stół wielkanocny.
Po południu u mnie Ugniewski [...], Andrzej Zarzycki z Tomkiem Brojerem, a jednocześnie - w trakcie wizyty wszystkich tamtych - Konwa [...]. Zatrzymałem go, aktywnie włączył się w rozmowę na temat sensu (lub nie) utrzymywania podziemia, również na temat KOR-u. W głosach obu młodych ludzi echa rozpowszechnianych przed 13 grudnia opinii, że Bujak znalazł się był pod nadmiernym wpływem KOR-owskich polityków (przy uznaniu dla ich wcześniejszej roli) - próba wyjaśnienia przez Konwę, że niezależnie od tego, czy Kuroń bardziej lub mniej sympatyczny, oni reprezentowali to najlepsze, co było w kraju. Wreszcie - na temat ogólniejszych perspektyw Konwa przedstawiał tu rodzaj optymizmu - "czuje, że coś się stanie w tym roku" (w skali Imperium) - Andrzej tego sobie nie wyobraża. [...]
Czwartek, 31 marca
[...] Ze Szczypiorem w "Nowym Świecie". Mała kawa 100 złotych. Wezwał mnie w związku z projektem listu do biskupa Tokarczuka201, postulującego odprawienie przez Papieża - w trakcie pobytu w Polsce - nabożeństwa dla skazanych i internowanych lub poruszenie w inny sposób tego problemu. Tokarczuk już o tym wie i jest za, ale potrzebna mu podkładka. Szczypior wśród kilku podpisów pod tym listem chce mieć i mój - złożyłem.
O jego książce (notatkach z internowania), której maszynopis obiecał pożyczyć mi po świętach. O czekającym go wyjeździe za granicę. Otrzymał zaproszenie od Związku Pisarzy Szwajcarskich celem wygłoszenia odczytów O sytuacji pisarza polskiego w roku 1983. Ubiegał się o paszport za pośrednictwem dyrektora Celedy i dostał odmowę. Napisał zażalenie do generała Kiszczaka i wrzucił je do słynnej skrzynki w MSW. Nazajutrz generał zadzwonił do niego. "Słyszę, że chce pan jechać za granicę. Ależ niech pan jedzie, odpocznie sobie, bardzo dobrze. Zakopaliśmy przecież topór wojenny - no, może trzonek jeszcze wystaje. Ale trzeba wypalić fajkę pokoju". Kazał mu się zgłosić nazajutrz w biurze paszportowym na Koszykowej u dyrektora [Rudolfa] Rusina. "Jutro sobota". - "Nie szkodzi, dyrektor Rusin będzie na pewno czekał o 9.00 rano". I tak Szczypior dostał paszport. Chce jechać za miesiąc. [...]O 21.00 złapaliśmy na UKF (zapowiadaną poprzednio ulotkami) audycję Radia "Solidarność". Żadnych rewelacyjnych komunikatów, po prostu przypomnienie, że są, żyją, nie składają broni, a ostatnio nadali coś wręcz na terenie MSW, co przyprawiło generała Stachurę202 o nieprzyjemności...
Wielki Piątek, 1 kwietnia
[...] Rano wpadł Marek Edelman [...]. Powiedział mi, że odmówił udziału w mszy na rocznicę getta z Prymasem. Zgodził się natomiast wygłosić mowę na uroczystości nieoficjalnej 17 [kwietnia]. Powiedział mi, co chciałby powiedzieć, i prosił, żebym to "ładnie sformułował". Zgodziłem się.
Odwiedziny u Kija. [...] Rozmowa między innymi o sytuacji w ZLP. Czytał list, który otrzymali negocjatorzy od towarzysza Molka203. Uważa go za bezprecedensowy pod względem tępej brutalności i bezczelności. Między innymi żądanie usunięcia ze Związku Kołakowskiego, Pomiana204, Odojewskiego205, Najdera "i innych". Ten list zwiastuje rychły finał rozmów i rozejście się "stron" bez jakiegokolwiek porozumienia, a więc praktycznie koniec istnienia ZLP (jak prawdopodobnie i innych związków twórczych). Kij mówi, że przyjmuje to raczej z ulgą - bał się powolnego wciągnięcia w pułapkę upokarzającej dwuznaczności. Na pożegnanie uściskałem się z obojgiem przedświątecznie. [...]
Paula przestała dziś wiele godzin na Rakowieckiej z paczką jarzynową dla Jacka Kuronia (Ewa206 chora). Wielka kolejka, opryskliwy klawisz - pan i władca - robi przerwy w przyjmowaniu, a jak się już dochodzi do niego, wszystko wywraca i odmawia przyjęcia to "owoców zagranicznych", to nadwagi, to całej paczki. W końcu szczęśliwie nadała, tylko cytryny musiała zabrać do domu. Jakiś facet z prowincji po wystaniu kilku godzin dowiedział się, że brata, któremu przywiózł paczkę, wczoraj przeniesiono do innego miasta. Ta kolejka przypomina Requiem [Anny] Achmatowej. [...]
Wielka Sobota, 2 kwietnia
Rano Janka poszła święcić święcone do kościoła św. Stanisława Kostki, a ja po ostatnie zakupy przedświąteczne, między innymi dostałem musztardę, cztery herbaty chińskie bez kolejki i mleko... które zwarzyło się w trakcie gotowania, więc zostaliśmy na święta bez mleka (ale mamy w proszku). [...]
Znowu zaczęła mi bardziej dokuczać prawa łopatka i ręka. Mimo to pracowałem dość wydajnie: uściśliłem chyba już ostateczną wersję wiersza Epitafium, który naszkicowałem po śmierci Nadzi, napisałem wiersz Doktór i Bóg207 (też go obracałem w głowie od jakiegoś czasu), no i napisałem dla Marka mowę na 17 kwietnia.
Oto ona:
"Spotykamy się w miejscu, z którego wywożono na śmierć spędzonych tu ludzi - kobiety, mężczyzn, dzieci, starców.
Spotykamy się w 40-lecie podjętej przez niektórych z nich próby, żeby zginąć inaczej, niż chciał ludobójca - nie z pochyloną głową i zamkniętymi oczyma, ale z głową podniesioną, z oczyma otwartymi, z wolą życia i umierania w wolności i godności.
Spotykamy się, żeby uczcić pamięć ich wszystkich - tych, którzy nie mogli się bronić i po prostu zginęli jako ofiary tej zbrodni, zapamiętanej przez ludzi i przez otaczające nas kamienie, przez drzewa, przez wiszące nad nami niebo, oraz tych, którzy walczyli i przeważnie także zginęli.
Nie o to chodzi, że to byli Żydzi - polscy Żydzi - Polacy żydowskiej krwi i wiary - od pokoleń, od wieków mieszkańcy tego miasta, tak często deptanego i krwawiącego, a zawsze wyciągającego ramiona ku życiu, ku wolności i godności.
To byli ludzie. Ich los był losem człowieka. Znamy go nie tylko w tym miejscu i w czasie, który wspominamy. Znamy go wcześniej i niestety później, znamy wczoraj i dziś, znamy na różnych kontynentach, wszędzie, gdzie ekspansja i nienawiść, doktryna i chciwość, eksperyment społeczny i nacjonalistyczne zacietrzewienie z jednych czyni morderców, organizatorów mordów, a drugimi wypełnia groby masowe, użyźnia pola pod rzekomą szczęśliwość innych nacji lub innych pokoleń.
Czcząc pamięć naszych braci, którzy ginęli tutaj, czcimy pamięć naszych braci, którzy ginęli i giną wszędzie.
Przypominając tych, którzy o życie, wolność i godność walczyli tutaj, łączymy się ze wszystkimi, którzy o to samo walczyli i walczą wszędzie.
Pragniemy wierzyć w możliwość istnienia takiego świata, w którym nie będzie ludobójstwa, nie będzie zniewolenia i upodlenia człowieka, nie będzie podziału ludzi na mających prawo do życia i pozbawionych tego prawa.
Wierzę w młodych, życzę młodym, żeby zaznali takiego świata, żeby zdobyli taki świat dla siebie i innych".
Cały bieg myśli jest tu Marka, a moja - realizacja stylistyczna. [...]
Niedziela, 3 kwietnia, Wielkanoc
Bardzo niedobra noc (łopatka, ręka), niewiele lepszy ranek.
Mimo wszystko - wiersz (Kościół)208, który w głowie i na karteluszkach szkicowałem już od parunastu dni razem z dwoma poprzednimi. Ale nie mam pewności, czy to ostateczna wersja.
Wpadł Marek, przeczytał moją mowę, bardzo zadowolony, pocałował mnie. [...]
Poniedziałek, 4 kwietnia
Drugi dzień Wielkiejnocy. Śniadanie proszone od 11.00 rano do wieczora (dla najwytrwalszych).
Rano telefon od Dziędziory, że dręczą go korzonki, więc nie przyjdą. Byłem w o tyle gorszej sytuacji, że nie mogłem "nie przyjść", chociaż plecy i ręka cholernie mnie bolały. Wziąłem pigułki przeciwbólowe i jakoś wytrzymałem, a nawet udało mi się ukryć mój stan przed gośćmi. [...]
A oto spis gości: Drawiczowie, Bocheńscy, [Róża i Jerzy] Wocialowie, [Maria i Rafał209] Marszałkowie, Sawiccy, [Krystyna i Andrzej] Braunowie, Nowakowscy, [Danuta i Tadeusz] Konwiccy, Kłosińscy (to znaczy Edward Kłosiński z Krystyną Jandą), [Joanna210 i Andrzej] Mandalianowie, Krzyś Śliwiński, Misia, Teresa, Lilka, Joasia Szczęsna, Stryjkoś [Stryjkowski], Geremek, Marek Edelman, Jola Sotowska-Brochocka, Basia Leźnicka. Razem z nami 33 osoby, a od 14.00 doszły do tego, z inicjatywy Krzysia i Marka, dwie osoby duchowne: ksiądz Bronisław Dembowski od św. Marcina i ojciec Jacek Salij OP.
Atmosfera była, jak się zdaje, odprężona, wesoła, pogodna - chociaż upił się chyba tylko Wielki Wo i w końcowym etapie bodaj Marek i chociaż nie zabrakło filipik Marka przeciw Kościołowi, co partia kościelno-katolicka przyjmowała z wyrozumiałością. [...]
Starałem się przechodzić od grupy do grupy i nikogo nie zaniedbać (co mi się nie całkiem udało). Raz trafiłem na egzegezę [Daniela] Passenta - całej postaci i tekstu z ostatniej "Polityki", w którym zajął się między innymi Konwą i jego ostatnią książką [Wschody i zachody księżyca], wymieniając w jednym ze zdań i mnie: "Nie to jest ważne, co inni piszą o przeszłości Konwickiego, tylko czy on w swej obecnej ekspiacji nie usiłuje przeskoczyć Woroszylskiego, dogonić Miłosza i nie stracić z pola widzenia Orwella"211... Kiedy indziej wziął mnie na bok Stryjkoś i z błyskiem determinacji w oku zażądał, żebym się przyznał, co myślę o Odpowiedzi, bo czuje, że źle myślę - uspokoiłem go, że tak nie jest, że cenię myślowy nurt tej książki itd., jeżeli coś jest tam dla mnie trudne do przyjęcia, to obraz mściwego, kapryśnego Boga Starego Testamentu - i rozmawiałem już o tym z ojcem Salijem - ale to przecież nie waży na ocenie książki, tylko daje do myślenia.
Istotnym tematem dnia była zbliżająca się rocznica 40-lecia getta. Okazało się, że Marek powtórzył księdzu Dembowskiemu swoją odmowę udziału w mszy prymasowskiej, nie tylko ze względu na datę (10 kwietnia, tydzień przed "społecznymi" uroczystościami), ale i na udział przedstawicieli żydowskiej kongregacji wyznaniowej, z którą nie chce mieć nic wspólnego. Ksiądz zrozumiał. Natomiast organizacja uroczystości 17 kwietnia zatacza coraz szersze kręgi - i księża obiecują w tym uczestniczyć. Podobno obiecał również Wałęsa. Ale pytanie, co zrobią władze, żeby temu przeszkodzić... [...]
Wtorek, 5 kwietnia
[...] Przeczytałem drugi tom Miesięcy Kazika (kwiecień 1980 - 13 grudnia 1981). Jak na szczególny okres, który obejmuje, zdumiewające ubóstwo informacji o sprawach publicznych i rażący egocentryzm. Odbiór rzeczywistości często dziwaczny.
Środa, 6 kwietnia
[...] Siedzę w domu, przeczytałem Świętego w Nowym Jorku [Lesliego Charterisa] i maszynopis wierszy Maćka Cisły - Stan powojenny - lepszy od jego dwóch wydanych tomików; jak i one, programowo antypoetycki, trudny w lekturze, ale bardziej sprawdzalny myślowo, konsekwentniej skupiony wokół istotnych wątków rzeczywistości. [...]
Czwartek, 7 kwietnia
[...] W ZLP - obiad. [...] Przy obiedzie Jan Józef Szczepański - rokowania jeszcze się toczą, ale rozmowa dziada z obrazem, ze strony przeciwnej nie widać dobrej woli, ustalenia z jednego spotkania anulowane na następnym itd. Jan Józef trwa oczywiście na posterunku, ale nie ma nadziei na załatwienie sprawy i jest bardzo zmęczony. Już na górze powiedziałem mu kilka ciepłych słów o Kapitanie, obecny przy tym Leszek Prorok wyraził opinię, że niestety nie może to zostać teraz wydane, na co Szczepański z uśmiechem: "W każdym razie dopóki jestem prezesem".
Andrzej Braun przyniósł mi Rzeczpospolitą chwilową z dedykacją: "Kochanemu Witkowi z wieloletnią przyjaźnią, z pamięcią wszystkich wspólnych klęsk i nielicznych zwycięstw te moje myśli o Polsce i naszym wspólnym losie w 16. miesiącu półwojny". Prosiłem go o tę książkę po tym, jak przeczytałem bardzo pochlebne zdanie o niej w liście Adasia do Basi. [...]
Piątek, 8 kwietnia
[...] Wieczorem Basia Sadowska212 z pieskiem Gasiem. Umalowana, żeby nie było widać, jak źle wygląda. Chora [...], ale nie chce się leczyć (później, później, teraz nie ma czasu). Głodna (z zapałem pochłonęła zaproponowany talerz zupy szczawiowej). Jeździ z procesu na proces, bardzo zmęczona, ale zadowolona, odczuwa to życie jako pełne sensu, nie martwi się nawet o leżące odłogiem wiersze (ostatnio napisała kilkanaście wierszy w zeszłym roku, kiedy siedziała w kryminale). Ceni sobie poznawanie, "obłaskawianie", "uczłowieczanie" różnych ludzi, na przykład tych z konwojów w sądach. Różne wrażenia z poszczególnych procesów (na przykład potwornego elbląsko-kwidzyńskiego) i toczących się postępowań. Fatalna rola niektórych ładnych dziewczyn, wobec których chłopcy nie potrafią mieć tajemnic, a które następnie załamują się w śledztwie i sypią. Prowokatorki w więzieniu na Mokotowie, dawno zdemaskowane w prasie podziemnej, a mimo to wciąż na nowo wciągające w pułapkę kolejne współwięźniarki za pomocą wypróbowanych trików. Na przykład - że są już po wyroku "urządzone" i mają przez adwokata świetny kanał do grypsów, który oddają do dyspozycji koleżanki. Po jakimś czasie frajerka widzi swój gryps (co schować, kogo ostrzec) na biurku śledczego, więc załamuje się i zaczyna gadać... [...]
Sobota, 9 kwietnia
[...] Po obiedzie - ksiądz Modzelewski213 z Paryża na herbatce i resztkach świątecznego ciasta. Pozdrowienia od znajomych, ploteczki, relacja z działań ośrodka na rue Surcouf i wydawnictwa. Nie wszystkie książki są wpuszczane do kolportażu w kraju (dotyczy to nawet ściśle teologicznych), niektóre są wpuszczane z ograniczeniami ilościowymi (jak dziennik więzienny Prymasa214 tylko w 10 tysiącach egzemplarzy), za każdym razem toczy się pertraktacje dyplomatyczne. Z wieczorów autorskich na rue Surcouf była mowa między innymi o wieczorze Artura215 i Julii216 (są już w Europie, teraz bodaj we Włoszech czy Szwajcarii, przed powrotem do kraju będą jeszcze w Paryżu), bardzo tłumnie nawiedzonym przez publiczność, w tym takie figury jak Jan Nowak217, Najder, Gustaw Herling-Grudziński218, ksiądz [Adam] Boniecki. [...]
Niedziela, 10 kwietnia
[...] Nie poszliśmy do kościoła św. Augustyna na prymasowską mszę poświęconą wymordowanym 40 lat temu Żydom polskim. Potem informacje o mszy od różnych osób, które na niej były: tłum, podniosły nastrój, piękne słowo wstępne księdza Bronisława Dembowskiego, homilia Prymasa słabsza, banalniejsza, a niektórych wręcz rażąca (na przykład Zygmunt Rzeżuchowski uważa za nieprzyzwoitość, że taki akcent położył na ofiarność ratujących - księży etc., na poniesione z tego powodu straty). Żydów reprezentowali dwaj faceci ze związku wyznaniowego i Szymon Szurmiej, który przemawiał na końcu, niektórzy wyszli wtedy z kościoła. [...]
Poniedziałek, 11 kwietnia
[...] Skończyłem Rzeczpospolitą chwilową Andrzeja Brauna. To uczciwa, rzetelna, o określonych walorach poznawczych książka, "niecenzuralna" według znanych kryteriów (widać, wśliznęła się w jakąś lukę pomiędzy okresem "Solidarności" a stanem wojennym; szansa naszej kultury od lat polega na wślizgiwaniu się w chwilowe luki), niepodporządkowana też milszym tradycji narodowej stereotypom; ale przy tych niewątpliwych walorach - jak by tu rzec - bez szwungu, pisana ciężką ręką mojego przyjaciela...
[...]
Środa, 13 kwietnia
[...] Paula zadzwoniła i wpadła - z sensacją na temat Marka Edelmana. Otóż zjawili się u niego (podczas obecności Teresy w Łodzi) bardzo grzeczni oficerowie z Warszawy i zabrali na komendę łódzką, gdzie usłyszał, że bratnie służby udzieliły im informacji o planowanym na niego przez Arabów zamachu ("Czy bratnie służby bułgarskie?" - zapytał Marek), w związku z czym generał Kiszczak postanowił udzielić mu ochrony. Od tej chwili aż do 24 kwietnia będzie pilnowany przez specjalną grupę BOR. (I rzeczywiście, młodzi, odpowiednio wyekwipowani panowie zajęli pozycje wokół jego domu i na prowadzącej do niego ulicy, podobno nawet z kuchnią polową). Po krótkiej pauzie rozmówca Marka dorzucił, że można by to również załatwić inaczej: tu w szufladzie ma paszport Marka, niech Marek natychmiast wyjedzie do Francji i resztą niech się martwi policja francuska. "Dobrze - przystał Marek - mogę jechać 20 [kwietnia]". - "A nie, 20. to już będzie inna rozmowa".
Na pytanie Marka, czy nie może wyjeżdżać z Łodzi, odpowiedziano, że żadnych takich zarządzeń nie ma. Wobec tego w piątek - po konsultacji w Rawie Mazowieckiej - ma zamiar ruszyć do Warszawy i może tu być koło południa. Pyta, czy tym razem może zatrzymać się u nas. Powiedziałem, że oczywiście.
Zakupy. W "Małgosi" zobaczyłem "złote" masło i chciałem zrealizować kartki, ale sprzedawczyni ostrzegła mnie, że to masło... z sierpnia, teraz wyjęte z magazynów i rzucone na rynek. Zrezygnowałem. W sklepie na Mickiewicza było masło zwyczajne, też nie wziąłem. [...]
Wieczorem na kolacji Sitowie (po ilu latach!) i Duża Basia. [...] Jurek pod wrażeniem zniszczenia Teatru Dramatycznego. W związku z nową dyrekcją odchodzą z teatru on sam, Holoubek, Łapicki, Zapasiewicz, Fronczewski, [Marek] Kondrat, [Jadwiga] Jankowska-Cieślak, [Barbara] Krafftówna, [Magda] Zawadzka i inni. Próbuję go pocieszać: jedne wspaniałe mechanizmy zostają unicestwione, po jakimś czasie rodzą się i rozwijają inne (ale bez przekonania - mnie samemu żal Teatru Dramatycznego). W sprawach ZLP też jest pesymistyczny, a nawet katastroficzny - i to jest gatunek pesymizmu niepozbawiony podszewki lękowo-ugodowej... [...]
Czwartek, 14 kwietnia
[...] Zadzwoniła, a następnie zjawiła się Paula z wiadomością od Marka. "Opiekunowie" nie pozwalają mu wydalać się z Łodzi (nie puścili do Rawy Mazowieckiej). Marek prosi o zawiadomienie korespondentów.
Telefon, miodowy głos kapitana Kowalewskiego, który zaprasza mnie na sobotę do MSW - mam o 11.00 być w biurze przepustek. Zgodziłem się, prosząc, żeby do tego czasu wyjaśnił przy okazji sprawę mojego depozytu. [...]
Stanąłem w niedużej stosunkowo kolejce w sklepie rybnym na Krakowskim i kupiłem prawie 2 kilogramy dorszy. Za mną stali dwaj niemłodzi faceci i komentowali: "Żydki przyjechały na ten swój Oświęcim, to są ryby w sklepie". Obecność paruset Żydów z Izraela i jeszcze skądś przybyłych na 40-lecie powstania w getcie zdaje się dosyć podniecać ludek warszawski. Mnóstwo wokół tego gadania, nie tylko na poziomie ryb w sklepie. Mówi się na przykład o usunięciu Arabów z Forum i innych hoteli, o zmianie ekip kurewek w tych hotelach (?) i inne różności. Wolno sądzić, że kurewki raczej pociągnęły za swoimi klientami, jeżeli przeniesiono ich, powiedzmy, z Forum do Europejskiego. Widoczna też jest manifestacyjna ochrona hoteli, w których kwaterują żydowscy przybysze. Rozmowy na te tematy chętnie wszczynają kierowcy taksówek, żwawo przechodząc od Żydów przybyszów do "Żydów" rządzących Polską (Jabłoński, Rakowski alias Icek Rak, wreszcie Jaruzelski - "nieprawdziwy", "podmieniony"). Janka miała parę takich rozmów. [...]
Mój wieczór autorski w kaplicy Ojców Dominikanów - duszpasterstwie akademickim Jacka Salija. Najpierw msza, już na niej ciasno, ale Gosia Wołyńska użyczyła mi krzesła, które trzymała pewnie dla córki. Potem przychodzili jeszcze, tłum bardzo gęsty. Ze znajomych zauważyłem Zosię Krajewską z mężem, Monikę [Krajewską] ze Stasiem, [Danutę i Stefana219] Staszewskich, Kociubińską [Halinę Oberländer], panią Walicką, Włodka Przybyła (uściskaliśmy się, spotkałem go pierwszy raz po Białołęce), Jana Józefa Lipskiego220, Krzysztofa Śliwińskiego (Jacek Salij powierzył mu prowadzenie wieczoru), Piaska.
Najpierw były różne komunikaty, między innymi starszy pan ogłosił, że w poniedziałek o 17.00 AK-owcy robią uroczystość rocznicową na Cmentarzu Żydowskim, na grobie [Michała] Klepfisza. (Potem dowiedziałem się, że tych AK-owców ubecja już przesłuchuje, między innymi odwiedzili Rybickiego221 i usiłowali skłonić do zrezygnowania z uroczystości; jeszcze potem - że kazali zamykać bramę cmentarza o 15.00...) Tymczasem ludzie jeszcze wchodzili, wreszcie zacząłem. Czytałem historie, a mianowicie Czarownice z Zielonej Góry, Archiwum, Człowieka z Isfahanu, Twórcę, Piotra i Jana, Apokryf o Ukrzyżowanym222. Słuchano dobrze, z pytaniami i dyskusją było gorzej - zatkało ich. Zapamiętałem głos dziewczyny, która się przedstawiła jako uczennica Gugula223, jedna z tego grona, które pisywało do niego grypsy i któremu on w grypsach wysyłał między innymi moje wiersze z Dziennika internowania, które robiły na nich wielkie wrażenie. Wszyscy pozostali, jeżeli dyskutowali, to głównie o dwóch apokryfach, między innymi Jan Józef Lipski pytał, czy nie bałem się ich napisać, zwrócił też uwagę na odwrócenie charakterologiczne: wyrafinowany inteligent (Jan) okazuje się żarliwy i prostolinijny w stosunku do idei moralnej; prostszy, ludowy (Piotr) pozwala sobie na większą pokrętność moralną.
W ostatnich dniach było sporo przesłuchań, przeszukań, zatrzymań (na 48 albo krócej), między innymi [Jan] Garewicz, Gugulski, [Marek] Kęsy... Staszewski proszony jest do MSW na sobotę na godzinę 12.00.
Piątek, 15 kwietnia
Paula: Markowi wyłączyli telefon, na razie można się porozumieć z jego sąsiadką, panią [Zofią] Rossetową, ale to pewnie też utną.
Po obiedzie Lothar Herbst. 1 numer "Obecności" (słaby). We Wrocławiu szereg procesów, między innymi Basi Labudy, z której chcą zrobić spiritus movens224 działań Frasyniuka etc. Ani w śledztwie, ani w sądzie Basia Labuda nie odpowiada na pytania (poza imieniem i nazwiskiem). [...]
O 19.30 Radio "Solidarność" na UKF. Natalia złapała, ale usłyszeliśmy kilka zdań, a potem zagłuszył je donośny koncert. Nieważne - wystarczy, że jest! [...]
Sobota, 16 kwietnia
[...] Po 10.00 pojechałem tramwajem na Rakowiecką. Z drogi (z placu) jeszcze wróciłem na chwilę do domu, żeby schować diariusz i zniszczyć - - -. Mimo to przyjechałem kwadrans za wcześnie. [...]
O 10.55 powiedziałem pani w okienku o sobie, ale nie miała mnie na żadnej liście, a o kapitana Kowalewskiego zapytała, gdzie on pracuje. "Tutaj" - odpowiedziałem. "Ale czy w Biurze Śledczym, czy gdzie?" Zadzwoniła gdzieś, nie wiem, co jej odpowiedziano na temat kapitana Kowalewskiego, ale poradziła mi czekać. Zjawił się o 11.05 i bez przepustki, okazując po drodze własną legitymację, zaprowadził przez bramę i dziedziniec do bocznego wejścia do gmachu.
Znaleźliśmy się w hallu, który pamiętałem z 13 grudnia, weszliśmy do windy, tu zapytał: "Czy żona bardzo się zdenerwowała?", zaprzeczyłem, parę kroków korytarzem i znaleźliśmy się w pokoju - innym niż wtedy. Poprosił, żebym usiadł, i zapytał, co porabia mój syn, jaki ma paszport, następnie - czy córka pracuje w tej szkole, a co ja sam robię, czy piszę coś oprócz felietonów do "Więzi", czy może zamierzam coś większego. "Jeśli chodzi o pański depozyt - przypomniał sobie - to dzwoniłem do Komendy Stołecznej i powiedziano mi, że jest w prokuraturze". Zapytałem, czy istnieją jakieś zasady co do terminu, w którym rzecz ma się rozstrzygnąć, bo przecież minęły już ponad trzy miesiące od zatrzymania tych rzeczy. "Jeżeli toczy się sprawa, to prokuratura może przedłużyć" - wyjaśnił. Wyraziłem wątpliwość, czy toczy się sprawa, bo nikt mnie o tym nie zawiadomił, a chyba należałoby, gdyby tak było. Zresztą już wtedy, w styczniu, nie miałem wrażenia, że w przeszukaniu u mnie chodzi o jakąś konkretną sprawę. Uśmiechnął się i rozłożył ręce...
Nie pamiętam, czy akurat w tym miejscu rozmowy zapytałem, dlaczego pytał mnie o syna, na co odpowiedział wymijająco. Ale mniej więcej w tym czasie uznał, że dosyć wstępów, i przeszedł do tego, o co najwidoczniej chodziło. "Doszły do nas wiadomości, że pewne kręgi - nie wiemy dokładnie, co to za kręgi - przeznaczyły panu istotną aktywną rolę w szykującej się kontrmanifestacji..." - "Jakiej kontrmanifestacji?" - "Tej związanej z rocznicą powstania w getcie". - "Nie słyszałem takiego określenia. Słyszałem o manifestacji społecznej". - "U nas się mówi kontrmanifestacja. Ale niech będzie manifestacja społeczna. Z tego co wiemy, organizatorzy zgłosili się albo zgłoszą się do pana z propozycją..." - "Nic o tym nie wiem". - "Tant mieux pour vous225. Ale gdyby - to nie radziłbym panu..." Nic nie odpowiedziałem. Odczekał chwilę i zapytał, czy to prawda, co słyszał przez radio, że doktora Edelmana nie wypuszczają z Łodzi. "Pan go zna, to pana lekarz, pan jeździł do niego" - więc potwierdziłem. Potem pytał jeszcze, jak pisze się Umschlagplatz, bo on nie zna niemieckiego, i już wstając, powtórzył, że nie radziłby, a ja powiedziałem, że radziłbym władzom nie reagować na manifestację społeczną, bo naprawdę nic jej to nie przyniesie, a on, że tego rodzaju decyzje zapadają nie w tym gabinecie...
I ostatnia zmiana tematu - na stojąco, zanim odprowadził mnie do wyjścia - czy wybieram się za granicę? Zapytałem, czy to znaczy, że moja sprawa wyjazdowa trafiła już do niego; zaprzeczył, więc wyjaśniłem, jakie podjąłem kroki. On: "Decyzja będzie zależała od tego, jaki jest status pańskiego syna, w jakim stopniu zalegalizowany jest jego pobyt za granicą". Zjechaliśmy windą, a przy wyjściu, żegnając się, powtórzył: "Proszę pamiętać, co panu mówiłem".
Idąc przez podwórze, myślałem, że skomplikował trochę moją sytuację wewnętrzną. Na jutrzejszą manifestację - zwłaszcza pod nieobecność Marka - nie wybierałem się, ale teraz, kiedy on mi to oficjalnie odradzał (czy rzeczywiście mieli takie informacje, czy wydedukowali sobie, że mam w niej odegrać "aktywną rolę"?), właściwie powstawał impuls, żeby pójść, ale z kolei czy takiemu impulsowi, żeby działać na zasadzie "wbrew nim", należy ulegać? [...]
Niedziela, 17 kwietnia
[...] Natalia po obiedzie poszła na Stawki, ja ani Janka w końcu nie. [...]
Wieczorem Natalia opowiedziała - swoim zwyczajem powściągliwie - że ludzi było dużo (radio zagraniczne podało potem liczbę tysiąca osób, ale uwzględniając przypływ i odpływ, mogło być więcej), a od milicji aż niebiesko. Na Stawkach nie dopuszczano do tablicy upamiętniającej Umschlagplatz, legitymowano, odpędzano, uformowało się więc coś w rodzaju pochodu (późniejsza informacja od Lilki [Wosiek]: z księdzem Dembowskim na czele), który przeszedł do pomnika. Dalej trwało legitymowanie i odpędzanie, ale doszło w końcu do krótkiej uroczystości i obyło się bez bicia, gazów etc., chociaż widziano przygotowaną armatkę wodną. Dużo korespondentów i fotoreporterów zagranicznych. Księdza Dembowskiego też wylegitymowano, po czym donośnym głosem odmówił modlitwę za umarłych i powiedział kilka słów o tych, za których się modli. Mowę (list) Edelmana odczytał Roman Zimand226. Główne przemówienie - bardzo ładne - wygłosił Janusz Onyszkiewicz, który następnie został zwinięty. Podobno upatrzonym osobom, w tym Janowi Józefowi Lipskiemu, Markuszowi i Ewie Dobrowolskiej (to też późniejsza informacja), zabrano dowody osobiste i mają się po nie zgłosić na komendy.
Przez cały czas rozlegały się policyjne apele o rozejście się, a jacyś dowódcy poganiali swoich nie dość gorliwych podkomendnych, każąc im energiczniej legitymować i spisywać. Odśpiewano Boże, coś Polskę, po czym ksiądz Dembowski zaproponował, żeby się już rozejść, i zaprosił na nabożeństwo do św. Marcina. Natalia ocenia je też jako podniosłe, kościół pełny, kazanie piękne. [...] Ewa Berberyusz227, która na Stawki się spóźniła, była świadkiem, już po przejściu głównej grupy do pomnika, dalszego odpędzania ludzi od tablicy. Jakiś człowiek tłumaczył, że tu zginęła cała jego rodzina. "To dobrze" - powiedział milicjant. "Jak to dobrze?" - "Dobrze - zreflektował się - że pan chce uczcić umarłych, ale nie dzisiaj, tylko pojutrze..." Inna kobieta, w stanie histerii, wołała, że brak tylko podstawionych wagonów... [...]
Poniedziałek, 18 kwietnia
[...] W gazecie ani słowa o wczorajszej manifestacji. [...]
W wieczornym radiu - w Olsztynie zatrzymano Wałęsę, który w towarzystwie księdza Jankowskiego228 i Józefa Duriasza229 udawał się do Warszawy, żeby złożyć kwiaty pod pomnikiem getta... Po paru godzinach wypuszczono księdza i aktora, zatrzymując jeszcze Lecha i jego kierowcę. Ksiądz powiedział: "To kolejny akt pojednania".
Wtorek, 19 kwietnia
[...] W gazecie: wywiad generała Kiszczaka w "Figaro", uroczyste przekazanie wiernym synagogi w Warszawie (gdzież ci wierni?), od jutra rozpoczynają działalność wojskowe grupy operacyjne, wysadzenie w powietrze Ambasady USA w Bejrucie, no i wreszcie odezwano się - w sposób nader szczególny - na temat niedzielnych (społecznych) obchodów rocznicy getta. Redaktor naczelny "Życia Warszawy" pan Zdzisław Morawski pisze:
"W ub. niedzielę grupa osób znanych raczej z działalności opozycyjnej niż z aktywności mającej na celu kształtowanie pamięci narodowej zorganizowała w Warszawie "kontrobchody" 40. rocznicy powstania w Warszawskim Getcie. Uroczystość polegała na złożeniu wieńców pod pomnikiem Bohaterów Getta i wygłoszeniu przemówień.
W jednym z nich - jak dowiedzieliśmy się z niektórych radiostacji - stwierdzono, że "powstańcy żydowscy walczyli o te same ideały co 'Solidarność'". Myśl z pewnością oryginalna, choć nie wydaje się, aby służyła uwypukleniu przed światem rozmiarów zbrodni popełnionej w getcie przez hitlerowskie Niemcy ani godnemu uczczeniu pamięci bohaterów Żydowskiej Organizacji Bojowej. Wręcz przeciwnie. Wykorzystywanie tragedii warszawskich Żydów dla doraźnych manipulacji politycznych nie ma nic wspólnego ani z godnością człowieka i godnością bohaterskiej śmierci, ani z szacunkiem dla poległych i wymordowanych.
Byliśmy w ub. niedzielę świadkami postawy i zachowań świadczących o rozmiarach fanatyzmu i nietolerancji. I to ze strony ludzi, którzy gotowi są eksploatować najtragiczniejsze epizody historii Warszawy i Polski dla własnych celów. Nie cofają się oni w swym zacietrzewieniu przed niczym. Przynoszą wstyd Polsce i Warszawie w oczach światowej opinii publicznej"230.
Telefony: [...] od Danki Sadkowskiej, że jest wreszcie egzemplarz sygnalny Don Kichota231! Wsiadłem w "185" i pomknąłem do "Naszej Księgarni". Książka sprawiła mi jakby mniejszą radość, niż się byłem spodziewałem. Przeczekana? (Skończyłem prace nad nią jakieś osiem lat temu). Ponadto - Zosia Góralczyk wypieściła projekt plastyczny, jej pracą jestem zachwycony, jednakże w wykonaniu technicznym zostało to w znacznej mierze zmarnowane, wypadło topornie (okładka, kolory). [...] Ale zacząłem czytać (jeszcze na przystanku autobusowym) i po powrocie do domu czytałem dalej - i owszem, z przyjemnością.
Modły za ofiary getta odbywały się - jak się okazuje - w innych jeszcze kościołach oprócz tych, o których wiedziałem. Danka była na nabożeństwie w moim sąsiedztwie, u św. Stanisława Kostki, z recytacjami aktorskimi [...]. Natomiast wczorajsza próba złożenia kwiatów przez AK-owców na grobie Klepfisza rozbiła się o... zamknięte wrota cmentarza. Zebrało się trochę ludzi, był ojciec Jacek Salij, podreptali w miejscu i rozeszli się. (Nie wiem, czy ktoś przemawiał). Milicji mundurowej nie było, tylko tajniacy. [...]
Taksówką do teatru. [...] Wyzwolenie Wyspiańskiego w reżyserii Dejmka [w Teatrze Polskim] odebrałem jako taką samą młodopolską grafomanię, jaką jest cała twórczość Wyspiańskiego (poza Weselem) w każdej innej reżyserii, plus wspaniałe cytaty ("Sam już na wielkiej pustej scenie", "Poezjo, precz!!! Jesteś tyranem!!" etc.). Publiczność reagowała na te frazy, które mogła odczytać jako aluzję do współczesności: "potrzebny nam prawdziwy polski rząd", "krążycie jak ćmy wokół lampy"232, i na ukazanie się Haliny w roli Hestii - ta mogłaby w ogóle słowa nie wypowiedzieć i nie grać wcale, sama jej postać jest odbierana jako symbol walki, sprzeciwu, prawdy... Te wzloty uczucia zostały też na końcu podsumowane długotrwałą owacją dla wszystkich aktorów. Grali zresztą dobrze - Englert jako Konrad, [Jan] Matyjaszkiewicz jako Reżyser i inni. Doskonała scenografia Andrzeja Majewskiego.
Po przedstawieniu wpadliśmy za kulisy, ucałowaliśmy Halinę [...] i umówiliśmy się z Dejmkiem u nas w poniedziałek wieczór.
Onyszkiewicz nie wyszedł po 48 godzinach. W telewizji podano, że został tymczasowo aresztowany.
Środa, 20 kwietnia
O 9.45 zatelefonowała zapłakana Irena Szymańska, że dziś w nocy nagle umarł Jerzy Andrzejewski. Kiedy to notuję, jest to dla mnie jeszcze niewyobrażalne. [...]
Telefony: [...] Mandzioch [Mandalian] (o Jerzym - koniec pokolenia, teraz to już my - i pomysł, żeby namówić Konwę do przemówienia nad grobem). [...]
Czwartek, 21 kwietnia
[...] Poprzedniej nocy (bezsennej) myślałem o tym, ilu bliskich mi ludzi albo tylko znajomych siedzi w więzieniu. Z najdroższych - Rysiek, Adaś, a ponadto Lit233, Wujec234, oboje Romaszewscy235, Jacek Kuroń, Karol236, z ludzi, z którymi zetknąłem się tak czy inaczej - Mariusz Wilk, Seweryn Jaworski237, Barbara Labuda, [Wiktor] Krzysztoporski, teraz Onyszkiewicz - a jeszcze Małachowski! - to są ci, którzy natychmiast przychodzą mi na myśl... Takiej sytuacji nigdy dawniej nie przeżywałem. [...]
Duża Basia. Jeszcze o minionej niedzieli. Na Stawki spóźniła się, więc nie znalazła się już w grupie, która z księdzem Dembowskim na czele przeszła do pomnika. Była w mniejszej, której już w tamtą stronę ulicą nie przepuszczono, podwórkami doszła do miejsca, kiedy już było po wszystkim, ale chodziła jeszcze po dzielnicy, rozmawiała z ludźmi i podniosło ją to na duchu; było nie tylko samo "towarzystwo" [...], ale też "normalni", nieznajomi, którzy mówili fajnie i rozsądnie. Ilość osób kręcących się po dzielnicy (wskutek niedopuszczenia do normalnej, skupionej manifestacji) ocenia na parę tysięcy. Wielu miało kwiaty ukryte aż do momentu położenia ich tu czy tam. Podobno ułożono też "V" z kwiatów. [...]
Wieczorem u Lilki Wosiek na maryjnym monodramie Haliny - tekst jeszcze nieopanowany do końca, ale bardzo przemawia do słuchacza, jest dramatyczny, liryczny, wielkiej urody, słuchałem bez chwili znudzenia. Oprócz nas dwojga i gospodyni byli ksiądz Dembowski, siostra Rut [Barbara Wosiek], siostra Rafaela, Kaczanowscy, Mańkowscy, [Irena i Tadeusz] Byrscy z Hinduską, Teresa, [Zbigniew] Raszewski, Marta Fik238. Kanapki, sałata, herbata.
Wzmożone gadanie (słyszę je już od paru dni) o projektowanym ponoć przez władze odwieszeniu stanu wojennego, a w każdym razie - masowych aresztowaniach czy też internowaniach jeszcze przed 1 maja, możliwe, że nawet dziś-jutro. Mówi się o 11 tysiącach osób (nie wiem, skąd właśnie ta liczba). Traktuje się to do tego stopnia serio, że wiele osób zamierza się ukryć, a w każdym razie nie nocować w domu. Oczywiście wszystko możliwe - ale nie wykluczam też, że pogłoskę puściły "wiadome sfery" w celu zastraszenia i zdezorganizowania społeczeństwa. On verra239. [...]
Wiadomość o nagrodach kulturalnych przyznanych przez TKK na wniosek Zespołu do spraw Kultury. Ogromna przypadkowość, prywatność gustów etc. Między innymi nagrodzono Teatr Ósmego Dnia za spektakl Mandelsztam [Wzlot]. Filmy - wierzę, że dobre - ale których TKK ani Zespół do spraw Kultury z pewnością nie oglądały: Przesłuchanie [Ryszarda Bugajskiego], Przypadek [Krzysztofa Kieślowskiego], Matka Królów [Janusza Zaorskiego]... W ogóle charakter zestawu szalenie przypomina nagrody państwowe lub Ministra Kultury. Znowu kapryśny i zadufany mecenat...
[...]
Sobota, 23 kwietnia
[...] O 12.00 z Janką i Natalią na pokazie Matki Królów Janusza Zaorskiego (zdjęcia Edwarda Kłosińskiego, muzyka Przemysława Gintrowskiego) na Chełmskiej. Film jest zatrzymany, nie wolno go pokazywać, zostaliśmy wprowadzeni pod pretekstem jakiegoś bardziej niewinnego pokazu (Samotność we dwoje240 czy coś takiego). Ogromne wrażenie. Niezwykły ładunek - i doskonały artystycznie. Skończono kręcić już w stanie wojennym (styczeń 1982). Ale trudno się dziwić, że nie puszczono na ekrany - poziom oskarżenia systemu znacznie wyższy niż w książce Kazimierza Brandysa sprzed ćwierć wieku - po prostu ci młodzi ludzie (reżyser ma 35 lat) są mądrzejsi, niż myśmy wtedy byli (temu też trudno się dziwić). No więc władza odłożyła rozpowszechnianie filmu do czasu, kiedy partia się wzmocni, czyli na święte nigdy. W roli głównej bardzo dobra Magda Teresa Wójcik, jako synowie Krzysztof Zaleski, Adam Ferency, Bogusław Linda, Michał Juszczakiewicz. Jako Wiktor Lewen - wspaniały Zapasiewicz, jako towarzysz "Grzegorz" - [Henryk] Bista, ponadto [Franciszek] Pieczka, [Joanna] Szczepkowska i wielu innych znanych, wszyscy dobrzy.
[...]
Poniedziałek, 25 kwietnia
[...] Czekanie na przyjazd Marka Edelmana i Pauli z Łodzi, niepewność. Przyjechali po 13.00. Obiad z Markiem, Paulą, Mirkiem i Teresą, wystawny (śledzik, chłodnik, kotlety cielęce, sałata, kompot), obficie podlewany alkoholem. Podniecone opowieści o tych dwóch tygodniach (obstawę zdjęto dziś rano, koło 9.15), Paula - która podobno przez cały czas była spokojna - teraz mówi, że opanował ją (po wszystkim!) jakiś dygot, którego nie potrafi pokonać. Marek: "Najgorsze było poczucie, że mogą z tobą zrobić wszystko, co chcą" (ja w myślach: jak w internowaniu). Różne epizody: chodzenie za nimi ("leżenie na plecach") - tu pewnego razu Paula się zdenerwowała i zapytała, co tak śmierdzi, chyba jakieś gówno; niewpuszczanie do Marka kolejno Pauli, Mirka, Hanki, a także przybywających korespondentów i gości zagranicznych (wśród nich jego przyjaciela z ŻOB, mieszkającego w Kanadzie, który w prośbie o wizę miał Marka podanego jako cel podróży - wielogodzinne pertraktacje, telefonowanie do Warszawy i w końcu niewpuszczenie, mimo że energicznie się o to ubiegał). [...] Wersję o grożącym Markowi zamachu podtrzymywano do końca, ale nie robiono już aluzji do Arabów, tylko... do Żydów, którym zalazł za skórę. [...]
Wtorek, 26 kwietnia
[...] Z Markiem taksówką na pogrzeb Jerzego. Koło cmentarza kupiłem wiązankę za 500 złotych. Ucałowałem się z Agnieszką [Andrzejewską] i Ulą241. Dużo znajomych, podchodzili i witali się, a z Markiem również nieznajomi, jak Jan Józef Szczepański, który ściskając mu rękę, powiedział, że poznał go po fotografii w "Newsweeku".
Mszę celebrował [ksiądz] Niewęgłowski, czytał [Jan] Twardowski, był też Zieja242. Jakiś facet zirytowanym tonem zwrócił Markowi uwagę, że nie klęczy podczas podniesienia, Marek zmilczał. Pogrzeb dość tłumny, dużo wieńców, kwiatów. Przemawiali Żuławski243 od PEN Clubu, Szczepański od ZLP, Jacek Bocheński od przyjaciół; ta ostatnia mowa najdłuższa i najistotniejsza. Wyliczając rozmaitych przyjaciół zmarłego, w których imieniu musi przemówić, bo nie żyją, są na obczyźnie lub w więzieniu, wymienił między innymi z nazwiska Leszka Kołakowskiego i Adama Michnika. Przytoczył długą listę czynów obywatelskich Jerzego, między innymi List 34, samotny protest przeciw okupowaniu Czechosłowacji, walkę z antysemityzmem, list do prześladowanych robotników w roku 1976, KOR (szkoda tylko, że pominął "Zapis")244. Spojrzałem w pewnej chwili na Jacka i zobaczyłem, że wygłasza te swoje herezje antypaństwowe, stojąc na tle dwóch WRON-io-ubeckich komisarzy ZLP (Kolińskiego i Czajki)245 dźwigających ogromny wieniec. To była scena z Miazgi... Złożono kwiaty i wieńce (między innymi Jan Józef Lipski i Kęcik246 od eks-KOR-u), odśpiewano Jeszcze Polska... [...]
Na wieczór autorski zabrałem ze sobą Natalię, natomiast reszcie towarzystwa zakazałem przychodzenia. W autobusie - uczennica Natalii z ojcem, potem jeszcze dwie. Msza księdza Niewęgłowskiego - dla mnie druga tego dnia. Wieczór autorski w świetlicy wypełnionej krzesłami przeniesionymi z kościoła. Ksiądz otworzył, pochwalił mnie, wspominał o naszej przyjaźni, potem na jakiś czas wyszedł, pewnie "załatwiać", bo po wieczorze usiłował mi wcisnąć kopertę, której nie przyjąłem. Czytałem wiersze - z Zagłady gatunków, Po zagładzie, Dziennika internowania II i najnowsze. Długa pauza, potem się rozgadali, pytając między innymi o obóz, o ocenę tego doświadczenia, o to, w czym ludzie znajdowali dla siebie oparcie psychiczne. Jeden chłopak zwrócił się z pytaniem, jako do osoby "publicznej" i stale "działającej", czy nie uważam, że można być porządnym człowiekiem, nie walcząc, nie działając; jego zdaniem istnieje możliwość "życia normalnie", bez zaangażowań polityczno-społecznych i nieprzekroczenia granicy porządności - co ja na to? Ja, że teoretycznie tak i że sam zawsze miałem ochotę tak żyć, natomiast okoliczności pchają do sytuacji, w których trzeba dokonywać takich czy innych wyborów, i granic, krawędzi, na których się raptem znajdujemy, trafia się w życiu wiele, niepodobna ich wszystkich przewidzieć. [...] Padło oczywiście również sakramentalne pytanie o moją komunistyczną przeszłość i przemianę.
[...]
Czwartek, 28 kwietnia
[...] Niespodziewane wkroczenie Agaty [Haliny Grzybowskiej]. W Częstochowie, jak wiadomo, wielkie aresztowania, rewizje etc. (naszych dziewcząt247 na szczęście nie dotknęło to bezpośrednio); Agata przyjechała szukać adwokata dla chłopaka, który wydaje się mocno obciążony. Ze św. Marcina skierowano ją do mecenasa Macieja Bednarkiewicza na ulicę Kozietulskiego, po drodze wpadła do nas zapytać o niego, ale my go nie znamy.
W tym momencie dziwnym trafem nadejście Basi Sadowskiej z psem, wracającej... od mecenasa Bednarkiewicza. Całe życie Basi od pewnego czasu to adwokaci, sądy etc. Stanęło na tym, że dziewczyny umówiły się na jutro rano - Basia pomoże Agacie dopaść mecenasa i dogadać się z nim (dziś on jest już nieosiągalny, jutro rano broni w sądzie wojskowym). Agata: "Wiedziałam, że w waszym domu otrzymam jakąś pomoc". A przecież zderzenie obu pań było całkiem przypadkowe, Basi zdarza się miesiącami tu nie przychodzić.
[...]
Niedziela, 1 maja
Piękna pogoda.
Wyszliśmy z Markiem Edelmanem na miasto zobaczyć, co słychać. Żoliborz pusty. Przy Dworcu Gdańskim zeszliśmy na dół, tu zobaczyliśmy pierwszego milicjanta kierującego ruchem tak, żeby żaden samochód nie pojechał w stronę centrum, a także pierwszego tajniaka. Ciągle pustawo i raptem, gdzieś na skrzyżowaniu Zakroczymskiej i Bonifraterskiej - ze wszystkich stron ludzie. Część wysypała się chyba z tramwajów i autobusów jadących Marszałkowską (w stronę Żoliborza lub odwrotnie) i Stawkami, część z pobliskich kościołów, część musiała - jak my - przywędrować pieszo. Kiedy przybliżaliśmy się do placu Krasińskich, tłum - w różnym wieku i różnej płci z niezbyt znaczną przewagą młodzieży - zrobił się już bardzo gęsty. Wszyscy szli w kierunku Krakowskiego i Starego Miasta. Po twarzach, po zachowaniu nietrudno było poznać: to nasi, ci, którzy na apel TKK i Wałęsy wyszli zamanifestować. Odczułem ulgę i radość; popatrzyliśmy po sobie z Markiem. "Wiedziałem, że tak będzie - powiedział - a ty nie wierzyłeś, co?" To prawda, zawsze mam skłonność do niewiary, że ludzie zdobędą się na gest, który może mieć dla nich niemiłe skutki.
Na Bonifraterskiej i w okolicy, na ogół w kierunku przeciwnym do tego, w którym poruszali się ludzie, przesuwały się również kilkuosobowe patrole milicji i żołnierzy WSW. Mieli broń palną i pałki. Na placyku przed Biblioteką Narodową stały wozy pancerne, polewaczki i inne pojazdy. W otworach i na maskach żołnierze z bronią, dokoła też pełno milicjantów czy ZOMO-wców.
Doszliśmy do Długiej, wdrapaliśmy się po schodach do Nowakowskich, otworzyła nam Jola - okazało się, że Marek niedawno wyszedł. [...] Z balkonu obserwowaliśmy krążący nad Starym Miastem (i chyba placem Zamkowym) helikopter oraz tłum zbierający się na Miodowej, części Długiej (prowadzącej do Freta) i placu Krasińskich. Wyglądało na to, że dalej trudno się przedrzeć. Jola opowiadała tymczasem o niedawnym widzeniu z Adasiem, który jest w dobrej formie, czyta, pisze, ale niedoinformowany, na przykład nie rozumiał, dlaczego Marek Edelman nie uczestniczył w społecznej manifestacji gettowej. (Z Onyszem [Onyszkiewiczem] już się byli przestukiwali, ale to nie wystarczyło do dokładniejszej informacji). Dopiero od Joli dowiedział się o areszcie domowym Marka w Łodzi. Do procesu mu niespieszno, uważa, że warunki w areszcie śledczym są w każdym razie lepsze. [...]
Wyszliśmy na Miodową (Jola została w domu) i próbowaliśmy się posuwać w stronę Krakowskiego. Ale droga była zablokowana: samochody, kordon mundurowych, łańcuch cywilów. Fala ludzka podpływała pod tę tamę i odpływała. Słychać było głos z megafonu przekonywający ludzi (nie wiem, gdzie skupionych), żeby się posuwali tam, gdzie otwarto im drogę, nie zbaczając i nie obawiając się niczego, bo nie będą legitymowani: "Jesteście bezpieczni". Zauważyłem też jakiegoś młodego człowieka, chyba cudzoziemca, jak chował kamerę do torby i oddalał się z tego miejsca.
Odeszliśmy i my i poszliśmy Długą w stronę Freta. Tak samo zablokowana. Przeszliśmy na ukos (wraz z innymi) do Świętojerskiej. Znowu to samo. Zawróciliśmy i ledwie to uczyniliśmy, jeszcze na Świętojerskiej usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk "Ratunku!". Część ludzi pobiegła, my też przyspieszyliśmy kroku, ale nie dogoniliśmy już nikogo, tylko od wzburzonych ludzi dowiedzieliśmy się, że tajniacy złapali jakiegoś chłopca z pompką do lania wody, rzucili go na ziemię i powlekli ze sobą w boczną uliczkę, a on, wyrywając się, wołał o pomoc. Kobiety wyrzekały, że stało się to na oczach ludzi, a nikt się nie ruszył, również jakiś mężczyzna gniewnie oskarżał innych, ale nie wiem, czy jemu samemu starczyło refleksu we właściwej chwili; co do mnie, to mimo że nie byłem przy samym incydencie i nie miałem możności interweniowania, zrobiło mi się niewyraźnie - jakiś wstyd, jakiś żal i wściekłość...
Wracaliśmy Bonifraterską i Zakroczymską, na którymś rogu postaliśmy chwilkę z "wrogami klasowymi" - [Anną] Radziwiłłówną i Czartoryskim248, na Nowotki chcieliśmy wsiąść do tramwaju, ale wsiedliśmy w końcu na Dworcu Gdańskim do pospiesznego autobusu, przejechaliśmy przystanek, na placu Komuny kupiliśmy kwiaty dla Janki i Natalii i wkroczyliśmy syci chwały, z wieściami, że - cokolwiek się działo w centrum manifestacji (o tym mieliśmy się dowiedzieć później) - święto b y ł o, społeczeństwo zareagowało na apel. [...]
Koło 17.00 przyszedł Kallas249, opowiadał, dość podniecony, o manifestacji, w której uczestniczył. Był na mszy w katedrze i po mszy w pochodzie, "bitwie" (woda, gaz, petardy, pały) i wycofywaniu się. Spotkał trochę znajomych (Ugna [Ugniewskiego], Zimę [Zimanda]), ale większości rzecz jasna nie znał; ten tłum, bardzo różnorodny, wcale nie "młodzieżowy", zaimponował mu spokojem, zdecydowaniem, wesołością. Sztandary, transparenty. Niektóre - zakładów pracy, na przykład Żerania. Ilość ocenia na 10-15 tysięcy. [...]
Obraz dzisiejszego dnia w "Dzienniku Telewizyjnym": sześć i pół miliona radośnie maszerujących w całym kraju na znak poparcia dla WRON-y (pokazywano ich - dziesiątki nudnych i jednostajnych pochodów, najczęściej... harcerzyków, zdjęcia często niewzbudzające zaufania) i "żałosny margines" w 22 miastach (?), w tym w Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu i Nowej Hucie, łącznie nie więcej niż 40 tysięcy osób. Tu i ówdzie milicja zmuszona była użyć siły.
W radiu [zachodnim]: nędza spędzonych oficjalnych pochodów i triumf manifestacji nieoficjalnych w wielu miastach Polski, w samym Gdańsku co najmniej 40 tysięcy osób, msze, pochody, śpiewy, walki, w Gdańsku pochód aż pod dom Wałęsy na Zaspie, sztandar wywieszony w jego oknie... We Wrocławiu i Krakowie wmieszanie się "nieoficjalnych" ze swoimi hasłami i znakami w pochód "oficjalny".
Jeżeli uwzględnić sytuację warszawską (która mogła się powtarzać i gdzie indziej), to z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że 10-15 tysiącom, którym udało się zamanifestować w obranym miejscu, odpowiadało bodaj dwa razy tyle, którym nie udało się dostać na miejsce, bo natknęli się na kordony, stanowili więc falujące obrzeże wydarzeń, ich drugą linię, ale też należeli do aktywniejszej reprezentacji społeczeństwa, tej, która zdecydowała się stanąć na apel.
Już z tego, co wiem w tej chwili, uważam święto robotnicze za udane. Niechybnie napłyną dalsze wiadomości. [...]
Marek Edelman na Świętojerskiej, Franciszkańskiej - zamyślony, chwilami jakby oddalający się gdzieś, bo przecież to było tutaj - jego dzieciństwo ("O tu, na tych kamieniach była moja brama"), getto, powstanie... [...]
Nasza rozmowa, kiedy szliśmy rano, że tyle osób nie powinno było się ukryć w tych dniach, raczej należało zaryzykować małą odsiadkę. Dla "zwyczajnych", jeżeli o tym się dowiedzieli, nie musiało być najprzyjemniejsze, że "elita" ich opuściła: "Nas wzywają, a sami...". Mogło to nawet wpłynąć na zmniejszenie liczby obecnych. Trochę później Marek: "Chyba jednak nie wpłynęło".
To chyba wszystkie strzępy tego pięknego dnia, jakie mi wypływają z pamięci.
Po południu pogoda się zepsuła.
Wieczorem Prymas odprawił mszę w Ursusie, nie wiem, co mówił, ale przyjął wręczony mu sztandar "Solidarności".
Poniedziałek, 2 maja
[...] W gazecie: Kraj uroczyście obchodził święto 1 Maja (na zdjęciu obok Jaruzela - stary ONR-owiec Dobraczyński), uwagi o manifestacjach nieoficjalnych wplecione w sprawozdanie z oficjalnych. [...]
ZAiKS [...]. Józek Hen250 opowiedział o dzisiejszym spotkaniu z Bartelskim251. Tu muszę się cofnąć do wczorajszego "Dziennika Telewizyjnego". Podczas sprawozdania z oficjalnego pochodu pierwszomajowego wyliczano (nie pokazując) maszerujących ludzi sztuki i nauki: Gieysztora252 z PAN-em, wśród aktorów [Janusza] Kłosińskiego, [Stanisława] Mikulskiego etc., plastyków - [Juliusza] Burszego, pisarzy - Przymanowskiego, Bystrzycką253, Bartelskiego, Lenarta... Dziś rano spotkany przez Józia Bartelski miał mu powiedzieć: "Siedzę wczoraj przed telewizorem i dowiaduję się, że maszeruję w pochodzie. Od 1949 roku ani razu nie uczestniczyłem w pochodzie pierwszomajowym!". (Właściwie mniejsza o to, czy rzeczywiście nie maszerował, czy maszerował i uznał za właściwe skłamać, że nie). [...]
Wtorek, 3 maja
[...] Na kolacji Kazek Dejmek (obecny Marek Edelman). Rąbnięty w korzonki, nie pije. Też o obstawieniu miasta przez ZOMO, między innymi okolic teatru, co rano nieomalże uniemożliwiło aktorom uczestnictwo w próbie. O Radzie Kultury, w której uczestniczył wczoraj czy dzisiaj - z referatem Żygulskiego i informacją Nawrockiego o płonnych pertraktacjach ze związkami twórczymi. Nawrocki miał powiedzieć coś w tym rodzaju, że kompromis jest nieosiągalny, bo Moskwa nie zaakceptuje obecnego składu osobowego Zarządu Głównego literatów czy filmowców. Na to Kazik wygłosił ostrą mowę, że w takim razie po co w ogóle to zawracanie głowy z pertraktacjami etc. Poparł go [Wiesław] Myśliwski. [...]
W którymś momencie uzyskałem możliwość zapytania: "A po co ty w Radzie Kultury?". Kazik zjeżył się: "Może dla kariery?!". Ja: "Karierę dawno zrobiłeś". Nastąpiła długa i zagmatwana eksplikacja-dyskusja-rozmowa, z której wynikało, że zdaniem Kazika stoimy w obliczu kataklizmu, kompletnej katastrofy historyczno-biologicznej, przed którą ratuje nas jeszcze rząd Jaruzelskiego, a jak się przewróci - przyjdzie mityczny "Grabski"254, a za nim Sowieci, Kambodża255, Bóg wie co. Kazek podejmuje niepopularne decyzje, żeby ratować ostatnią szansę. [...]
Środa, 4 maja
[...] W południe spacer z Hanką Lebecką. [...] Przyznałem się, że dopiero od czasów "Solidarności" polubiłem trochę Warszawę, ale nie stałem się "tutejszy". Hanka, rodowita warszawianka: "Wiesz, po wielu latach przerwy odnajduję w Warszawie ten nastrój zbratania ludzi, porozumienia, wspólnej sprawy co podczas wojny...". Ja: "Musiało wyrosnąć zupełnie nowe pokolenie, żeby coś się tu odrodziło po tym wypaleniu".
[...]
Sobota, 7 maja
[...] Telefony od Maćka Kuronia - że aresztowani Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, mecenas [Władysław] Siła-Nowicki i Jan Olszewski256. W ciągu dnia i wieczorem przez radio dalsze wiadomości na ten temat, nie całkiem jasne. Było jakieś spotkanie różnych związków zawodowych: wspólny apel, w rezultacie zatrzymano między innymi Wałęsę (chyba wnet puszczono) i ludzi z jego otoczenia, a także doradców257. [...]
Niedziela, 8 maja
Dodzwoniłem się do Janki Zakrzewskiej. Bronek i Tadeusz siedzą, telefony wyłączone. 48 godzin upłynie jutro rano. Na rewizję domową przywieźli Tadeusza w piątek wieczór, w trakcie źle się poczuł (sensacje sercowe, nitrogliceryna), humanitarnie pozwolili mu spać w domu i ponownie zabrali w sobotę rano.
Z Janką i Kubusiem258 do Muzeum Narodowego na wystawę Kultura ocalona (to znaczy żydowska w Polsce), tam spotkanie z Misią (umówione). Dość dużo ludzi, sporo z dziećmi, życzliwe zainteresowanie tematyką. Trochę przedmiotów kultu (ubogo, ale niektóre świeczniki i kapy piękne), sporo obrazów i rysunków zgromadzonych według niejasnego kryterium, bo jeżeli [Maurycy] Gottlieb czy [Roman] Kramsztyk to twórcy nie tylko pochodzenia żydowskiego, ale również odzwierciedlający miniony świat żydowski, to [Eugeniusz] Zak czy [Mojżesz] Kisling z École de Paris zostali włączeni wyłącznie na zasadzie pochodzeniowej. Osobno - nie-Żydzi, którzy malowali i rysowali fragmenty świata żydowskiego ([Cyprian] Godebski, Święto trąbek [Aleksandra] Gierymskiego). [...]
Poniedziałek, 9 maja
[...] Telefony: Janka Zakrzewska (dziś rano wypuścili Tadeusza i Bronka), [...] Basia Sadowska (przed 1 maja wzięto i ją, i Grzesia na 48, a 3 maja należała do pobitych u św. Marcina259, ma ciągle krwiaki na ramieniu etc.). [...]
Wtorek, 10 maja
Dodzwoniłem się wreszcie do dyrektora Celedy i usłyszałem sumitowanie się, że "jeszcze nic nie udało mu się załatwić", a z dalszej rozmowy wynikało, że mam to rozumieć jako odmowę. Mam wpaść do niego jutro rano - odda mi dokumenty i powie, co mam dalej robić (domyślam się). [...]
Na obiedzie w ZLP usiadłem przy Marcelinie Grabowskiej, która bardzo podkreślała swój szacunek i sympatię do mnie i próbowała mi radzić, jak mam postępować z wydawnictwami. Potem zjawili się przy moim stole Krysia Burkowa, Walc260, Irka Lewandowska261, Kloc, Iza Jarosińska. Gwiazdą obiadu był Walc, który opowiadał, jak go zgarnięto wraz z Duriaszem 1 maja. Kiedy weszli do celi na Wilczej, do Duriasza ze wszystkich stron wyciągnęły się kartki i długopisy - po autograf. W tejże celi, licznie zaludnionej, był Tomek Rosa, jacyś studenci wokalistyki, którzy pięknie śpiewali, oraz... fotoreporter "Rudégo Práva"262. Tego wszyscy straszyli, że straci pracę; mówił, że nie, bo ma szwagra w milicji, "Twój szwagier też wyleci". [...]
Środa, 11 maja
Wstałem wcześnie i udałem się do dyrektora Celedy. [...] Przyjął mnie w pokoju na lewo od sekretariatu - w tym na prawo czekali inni interesanci. [...] Trochę ogólnej gadaniny: szkoda, że nie odwieszono ZLP w pierwszym okresie stanu wojennego, przegapiono odpowiedni moment, ale czy nie można by pójść na to drobne ustępstwo i przywrócić zasadę pełnoprawnego uczestnictwa terenowych prezesów w ZG? Tyle lat tak było i dobrze. Ja: "To wprowadzono na zjeździe bydgoskim w 1968 roku. Więc o wiele dłużej było bez tego". "No tak, no tak..." Zwracając mi moje papiery, poradził to, czego się spodziewałem: żebym się zwrócił do generała Kiszczaka - Szczypiorski tak uczynił i udało się. (Jestem w rozterce: bardzo nie mam na to ochoty, a z drugiej strony - mam ochotę wyjechać do Felka).
Wpadłem do Bronka Geremka [...]. Gratulowałem mu posunięcia z jednolitym frontem związków zawodowych. Powiedział, że władza, zatrzymując ich, bardzo się przyczyniła do nadania wagi całemu przedsięwzięciu, do jego rozgłosu. [...] W drodze do aresztu doszło do incydentu między esbecją a milicją drogową. Jechali na pełnym gazie, milicja ich goniła, wreszcie zajechała im drogę, zatrzymała, wyciągnęła kierowcę i w mordę. Wyskoczyli dwaj pozostali, tłumaczą: "My na służbie", a tamci: "Ale my w mundurach!". Z trudem się ugadali.
[...]
O 12.00 w ambasadzie szwedzkiej. Najpierw rozmowa z Folke Isakssonem - poetą i reporterem, od lat przyjeżdżającym do Polski i kiedyś przed laty (jak twierdzi) usiłującym już się ze mną spotkać. Wywiad o internowaniu etc. Rozmawialiśmy po francusku. Następnie lunch we czworo: ambasador [Knut Thyberg] z żoną i my dwaj. Rozmowa po niemiecku. Ambasadorowa mówi też po polsku. [...] Rozmowa bardzo swobodna, ambasador nie wahał się nazwać członków Biura Politycznego z prowincji ([Stanisław] Bejger, [Tadeusz] Czechowicz, [Tadeusz] Porębski) zerami, a Jaruzela - buchalterem. Za inteligentniejszych uważa Olsza263 i Kiszczaka. Ciekaw Rosji; Bartoszewski powiedział mu kiedyś, że jestem jednym z trzech ludzi w Polsce, którzy mają o niej pojęcie (sądzę, że w środowisku literackim). Dostrzega całkowitą różnicę mentalności, stopnia zniewolenia duchowego ludzi.
Określiłem jako istotny cel "Solidarności" i jej dalszego ciągu niedopuszczenie do zatarcia tej różnicy, do zsowietyzowania narodu polskiego. Rozumie to. W ogóle zdaje się nas nieźle rozumieć. Z ironią mówi o ludziach na Zachodzie (bodaj i o swoich przełożonych) uważających, że musimy się trochę uspokoić, że władza musi utrzymywać dyscyplinę etc. Przytacza zdanie dziennikarza Richarda Schwartza, że gdyby Polakom puszczono więcej krwi, opór zostałby złamany. On się z tym nie zgadza. Ale w pewnym momencie pyta, czy w czasach "Solidarności" uważałem, że będzie sowiecka interwencja. Ja: "Tak". On: "A więc można uznać, że Jaruzelski, który jej zapobiegł własnym zamachem stanu, odegrał pozytywną rolę?". Ja: "Zamach stanu Jaruzelskiego to była właśnie sowiecka interwencja".
Umówiłem się z Folke Isakssonem, że wpadnie do mnie jutro po wiersze. Ambasador odprowadził mnie aż na ulicę.
[...]
Sobota, 14 maja
[...] Koło południa zadzwonił Ficowski z wiadomością, że rano zmarł w szpitalu syn Basi Sadowskiej, Grześ, 12 maja wieczorem zatrzymany i pobity przez milicję! Nie mogłem powstrzymać łez, powtarzając tę wiadomość Jance i Natalii.
Po obiedzie pojechaliśmy z Janką do Basi. Tam różni ludzie, między innymi Lilka Grabowska z córką, zapłakana Marzena [Urban] - dziewczyna Grzesia, drobna, smukła, bardzo delikatna, jacyś chłopcy, jeden z nich w stanie szoku, powtarzający, że pójdzie i ich pozabija, zemści się albo sam się zabije - to Czarek [Filozof], ten, który był z Grzesiem, kiedy wszystko się stało. Basia "spokojna" i nieskończenie zdziwiona: "Dlaczego on? Dlaczego mnie to spotkało?". Mówi, że nie popełni samobójstwa, ale będzie błagała Boga, żeby zabrał ją jak najszybciej. Dłoń ze złamanym palcem ma wciąż obandażowaną, na drugiej ręce jeszcze bolesny krwiak po incydencie w kościele św. Marcina. Pokazuje wiersze Grzesia, własnoręcznie przez niego "wydane" w zeszyciku. (Wrażliwość poetycka niewątpliwa; może talent). Obejmując Marzenę: "Grześ był w niej bardzo zakochany".
Z różnych prób opowiedzenia tego, co zaszło (Basi, Lilki i jej córki, Czarka), częściowo niekoherentnych, wyłania się taki mniej więcej obraz. Chłopcy wypili lampkę wina na Starym Mieście, świętując zdanie pisemnej matury przez Grzegorza i może jeszcze któregoś. Nasycenie dzielnicy milicją w mundurach i bez, być może w związku z nabożeństwami w katedrze - po południu - Rolników Indywidualnych, wieczorem za Piłsudskiego (w rocznicę śmierci). Chłopcy bez widocznego powodu byli kilkakrotnie legitymowani. Bodaj koło 19.00 zatrzymano ich na placu Zamkowym i przewieziono radiowozem (kilka kroków!) na komendę przy Jezuickiej. Jak rozumiem - Grzesia i Czarka, trzeci - Kuba [Kotański] szedł za nimi264. Na Jezuickiej zaczęto ich bić, Czarka od niechcenia, Grzesia od razu gruntownie. Czarek podobno chciał rzucić się na obronę Grzesia, ale wtedy do pomieszczenia weszła większa grupa milicjantów (może ośmiu), rozdzieliła ich i dosłownie zakryła Grzesia, a Czarka szturchańcami wyrzucono z komendy. Kuba, który stał pod komendą, słyszał zwierzęce wycie Grzesia. Usiłował wejść, nie wpuszczono go. To, co się działo na komendzie, trwało nie więcej niż 45 minut. Milicja wezwała karetkę pogotowia, która wnet nadjechała i zabrała Grzesia na Hożą. Tam zajął się nim psychiatra (!) doktor Paweł Willman, który dał sobie podyktować milicyjną wersję - wynikało z niej, że chodzi ni to o pijanego, ni to wariata. Stwierdził jego niekontaktowość, agresywność i powierzchowne zadrapania naskórka. Nie wezwał na konsultację internisty ani chirurga i usiłował skierować chłopaka do szpitala psychiatrycznego. Basia, która tymczasem tam się znalazła - zaalarmowana przez kolegów Grzesia - nie zgodziła się na to i zabrała go do domu. (Była też mowa o płukaniu żołądka czy czymś takim - również się nie zgodziła).
W domu - to było już w piątek o 13.00 - odwiedził go lekarz rejonowy, który również nic nie stwierdził. Dopiero następny lekarz (lekarka?) zrobił alarm w związku z wymiotowaniem krwią etc. (Bóle w tym czasie były przytłumione wskutek ogólnego szoku). Grzesia przewieziono do szpitala na Solcu. Tam otworzono mu brzuch - i zobaczono jedną krwawą miazgę - wątroba, śledziona, kiszki, wszystko w strzępach, ani centymetra jelit nadającego się do "załatania". Lekarze nie mieli tu już nic do roboty. Podobno wychodząc z sali operacyjnej, płakali... Jak można było tak zmasakrować wnętrzności, nie pozostawiając śladów zewnętrznych (poza otarciem na poziomie kości biodrowych)? Hipoteza lekarska jest taka, że bito przez coś, na przykład przez deskę, w sposób wysoce wykwalifikowany...
A czy Grześ stał się przypadkową ofiarą tylko dlatego, że należy do gatunku znienawidzonego przez uzbrojonych podludzi - młody chłopak, wysoki i smukły, o inteligentnej twarzy, patrzący prosto w oczy? Czy też ma to coś wspólnego z pogróżką, jaką usłyszała Basia, kiedy rok temu wypuszczano ją z Rakowieckiej: "Dobierzemy się do twojego syna"? I z ciągiem wydarzeń: rewizja, wzięcie Basi i Grzesia przed 1 maja na 48 godzin, pobicie Basi w św. Marcinie? Lub z innym jeszcze, zaledwie zapoczątkowanym ciągiem aktów terrorystycznych mających doprowadzić do większych zaburzeń społecznych, a na ich fali - do jakichś przetasowań w ekipie rządzącej?... [...]
Niedziela, 15 maja
[...] U Basi znowu pełno ludzi, ale innych. Czarek i Kuba ukrywają się, żeby jako niepożądani świadkowie nie mieć "nieszczęśliwego wypadku". Basia drugi czy trzeci dzień nic nie je. Odwiedził ją był ksiądz Dembowski, zapowiadając, że sprawy pogrzebowe św. Marcin bierze na siebie. Poznałem Jacka i Hanię Fedorowiczów265 - bardzo miłych - którzy odwieźli mnie następnie do domu, po drodze informując, że Basia zgadza się rozmawiać z dziennikarzami zagranicznymi ("żeby obronić inne dzieci"), i prosząc, żebym któregoś przysłał, jeśli potrafię.
Na dole pod domem Basi (wysokościowiec Hibnera 13) na ławeczce siedzi od wczoraj "zakochana para", bardziej niż sobą zajęta wejściem do gmachu. Być może fotografują. [...]
Napisałem do Mietka Rakowskiego list z mottem z Dziadów, część III (Pani Rollisonowa i Senator), o biciu i zabiciu Grzesia; pytałem, co zamierza robić on i jego współrządzący.
Wieczorem - na imieninourodzinach Andrzeja Drawicza. Oprócz nas i Helgi266 - Jacek Bocheński, Krzyś Śliwiński, Geremek, Markusz z Zosią, Janka Zakrzewska ze spóźnionym Tadziem Mazowieckim. Wspaniałe bimbry różnych rodzajów, kawior, wątróbka, lobio itp. Smakołyki, nastrój mimo wszystko dobry (tak to jest w życiu, wszystko ze sobą sąsiaduje...), opowieści jeszcze o apelu związkowców, 48-godzinnym areszcie naszych przyjaciół i inne. Potem nadszedł Bernard Guetta267, z którym Krzyś się tutaj umówił, na boku opowiedzieliśmy mu o wszystkim i daliśmy adres Basi, pójdzie jutro rano. [...]
Poniedziałek, 16 maja
[...] Taksówką do Urzędu Rady Ministrów. Elegancki oficerek wstał od stolika. Powiedziałem, że mam list do premiera Rakowskiego, wskazał mi okienko, w którym siedziała panienka, a przed nią, mimo wczesnej pory, już piętrzyły się listy. Zapytałem, czy otrzymam pokwitowanie. "Prywatny? Nie". Więc zostawiłem tak. [...]
Podjechałem tramwajem do Basi Sadowskiej. Trochę różnych ludzi [...]. Basia w trakcie udzielania wywiadu korespondentowi BBC (przez tłumacza - młodego [Karola W.] Małcużyńskiego). Mówi, że zdecydowała się na mówienie ze względu na inne dzieci, które chciałaby obronić przed losem Grzesia. Tamci chłopcy nadal się ukrywają. Dziś ma być sekcja zwłok. [...]
Wtorek, 17 maja
[...] Do Basi. Zastałem ją przy pastowaniu podłogi w pokoju Grzesia. Dziś jego urodziny - kończy 19 lat. [...] Wczoraj byli różni korespondenci, między innymi Bernard Guetta i telewizja amerykańska. Dostałem przepisane wiersze Grzesia.
ZLP. Panie w Oddziale Warszawskim zbierają na Basię. Dałem 10 tysięcy. [...] Świeża wiadomość z prokuratury: chcą wrobić sanitariuszy pogotowia. Grześ miał mieć według tej wersji atak epilepsji w karetce, nakładali mu kaftan bezpieczeństwa i nieszczęśliwie przygnietli brzuch kolanem...
Znowu u Basi. Hiszpańska dziennikarka z tłumaczką. Przychodzę w momencie, kiedy pyta, czy Basia jest członkiem ZLP, a następnie - czy jej kiedy grożono. Tak, rok temu, kiedy wskutek interwencji lekarskich (głowa) wypuszczano ją z Rakowieckiej, usłyszała, że rozprawią się z synem, ale nie zrozumiała tego, myślała, że nie przyjmą na studia, wezmą do wojska, coś w tym rodzaju. Jest już termin pogrzebu: czwartek, godzina 15.00, na Powązkach, przedtem msza u św. Stanisława Kostki o 13.30. Sekcja w Zakładzie Medycyny Sądowej AM potwierdziła wszystko, co stwierdzili lekarze na Solcu. Protokół sekcji stwierdza niedwuznacznie, że obrażenia wewnętrzne są skutkiem pobicia. [...]
Środa, 18 maja
[...] Pojechałem do Basi, nie zastałem jej, był J.B., nie doczekał się i poszedł, Róża i Małgorzata Hillar opowiedziały mi, co jeszcze działo się wczoraj. Szukano Czarka, który się ukrywa, albo też działano pod tym pretekstem: pod domem i w pobliżu pełno milicji i tajniaków, radiowóz (ukryty), legitymowanie etc. Wieczorem zajęli stanowiska na piętrze Basi. Dwaj próbowali wejść do mieszkania, ale ich nie wpuściła. Dość późnym wieczorem (23.00?) przyszła Małgorzata Hillar z [synem] Dawidem, który miał przy sobie klepsydry. Zobaczywszy obstawiony korytarz, zaczął uciekać po schodach, matka za nim, cywile za nimi, w końcu gdzieś ich dopadli, doprowadzili do radiowozu i spisali, ale nie robili rewizji osobistej (zresztą Dawid bodajże zdążył ukryć klepsydry). Tymczasem Basia zatelefonowała do Biety268, że się boi. Koło 1.00 w nocy przybyli korespondenci BBC, ci, którzy już byli. Tuż przed ich przybyciem obstawa z piętra zniknęła... [...]
Czwartek, 19 maja
[...] Pojechałem do Basi, nie zastałem jej - od rana jest przy zwłokach.
Tramwajem wróciłem na Żoliborz, chciałem jeszcze wejść do domu, ale spotkane w tramwaju Halina Skrobiszewska z Antoniną Jelicz jechały już do kościoła, więc pomyślałem, że chyba mają rację - później trudniej będzie się dostać, i od przystanku poszedłem razem z nimi, zresztą w gęstniejącym już tłumie ludzi z kwiatami i bez zmierzających w tym samym kierunku.
Jeszcze w tramwaju dowiedziałem się od Haliny Skrobiszewskiej o aresztowaniu Bronka Geremka. Zniknął we wtorek i nie wiadomo było, co się z nim dzieje, obecnie już wiadomo, że jest na Rakowieckiej i ma sankcję prokuratorską. W jakiś sposób spodziewałem się, że to nastąpi, może raczej przeczuwałem - od aresztowania Onyszkiewicza nurtuje mnie coraz pewniejsze przeświadczenie, że władze działają wedle gruntownie opracowanego planu, realizując punkt po punkcie listę osób przeznaczonych do wyeliminowania. A więc teraz - w ślad za Onyszem i Sobierajem269 - Geremek. To nie będzie ostatni. Ale właśnie zabranie jego zabolało mnie specjalnie.
W obliczu tego, co się stało - przede wszystkim zamordowania Grzesia, ale teraz również aresztowania Bronka - definitywnie zrezygnowałem (i napisałem o tym w ostatnim liście do Felka) z dalszych starań o nasz wyjazd za granicę. Jak mógłbym prosić o załatwienie mi czegokolwiek ludzi, którzy... Kiedy ostatecznie postanowiłem, że nie zrobię tego, i - drąc wypichcony w pierwszej chwili brulion listu do generała Kiszczaka - przekreśliłem pokusę układania się nie tyle z nimi, ile z sobą samym, poczułem prawdziwą ulgę...
W kościele znalazłem się koło 12.30, a więc jakąś godzinę przed wyznaczonym terminem mszy. Ławy pośrodku były puste, ale po bokach stali już ludzie i robiło się ich coraz więcej. [...] Jak się później dowiedziałem, koło 13.00 dorosłych przestano w ogóle wpuszczać do kościoła. Kiedy przybyli licealiści (z różnych szkół, z żałobnymi wstążeczkami na bluzeczkach albo z tarczami przepasanymi żałobą), zajęli wszystkie ławy i przejście pomiędzy nimi. Zrobiło się niemożliwie ciasno i duszno. [...]
Nabożeństwo bardzo podniosłe, z pięknymi śpiewami diakonów, celebrował biskup Miziołek, ale homilię wygłosił ksiądz Dembowski i parokrotnie zabierał głos ksiądz Popiełuszko270 - to on przed mszą i po niej apelował o przejście na cmentarz w milczeniu, bez śpiewów i okrzyków, i ostrzegał, że kto się z tej umowy wyłamie - to prowokator. Homilia księdza Dembowskiego bardzo piękna, tchnąca miejscami starotestamentowym patosem: "biada temu, kto bił, biada temu, kto dał przyzwolenie!", ale i nowotestamentowym pocieszeniem, w nawiązaniu do Jezusowego "oto syn twój, oto matka twoja" - tak teraz do Basi i obecnej w kościele młodzieży: "oto synowie twoi, oto matka wasza". Również ksiądz Dembowski - później - odczytał telefonogram Lecha Wałęsy do Basi z wyrazami współczucia i solidarności... Już w kościele mnóstwo kwiatów i wieńców składanych przez delegacje szkolne, w jednej z nich (od Rejtana) zobaczyłem Martę Umińską.
Zaczęło się wychodzenie z kościoła, niełatwe w takim tłumie, jaki go wypełniał, ale kiedy wyszedłem - nie mogłem uwierzyć oczom, bo naokoło stał tłum ogromniejszy, niż kiedykolwiek widziałem w życiu. Wypełniał nie tylko, jak na wieczornych nabożeństwach w ostatnią niedzielę miesiąca, obszar wewnątrz ogrodzenia i plac przed kościołem, ale też ulicę Felińskiego, Krasińskiego i w ogóle wszędzie, jak okiem sięgnąć, stali ludzie, a potem, kiedy kondukt ruszył wśród majestatycznego bicia dzwonów, tłum wypełnił całą ulicę Krasińskiego, daleko z przodu i daleko z tyłu, na całą szerokość, i zrozumiałem, że to nie po prostu tysiące, lecz dziesiątki tysięcy ludzi...
Janka odnalazła mnie zaraz po wyjściu z kościoła, w pobliżu niej byli Teresa i Piotr Müldner-Nieckowski [...]. Teresa nam się wnet zgubiła, za to "znalazła się" Basia Leźnicka, a później, w różnych miejscach trasy, Dziunia Paszkowska, Jola Słobodzian, Wanda Woj., Wielki Wo z mamą, Andrzej Celiński271, Irka Lewandowska, Jan Tomasz Lipski, Krysia Rodowska i różne inne osoby; z daleka widziałem między innymi Janusza Krasińskiego, Remka Napiórkowskiego. Ale najwięcej było oczywiście nieznajomych - młodych, starych, kobiet, inteligentów, ludzi prostych (między innymi nasz kwiaciarz z placu Komuny), z dziećmi itd. Trafiali się i księża, oprócz tych, którzy prowadzili kondukt, po prostu w tłumie. Bokiem usiłowały przejechać autokary z uczniami, co budziło niechęć wielu osób, nawołujących pasażerów, żeby wysiedli i szli ze wszystkimi, co w końcu robili, a nawet ponieśli, zmieniając się, trumnę. Cała ta ogromna procesja budziła mój podziw nie tylko przez samo swoje istnienie - jaki instynkt społeczny, jaki obieg informacji zgromadził tę największą od lat manifestację Warszawy, większą też od ostatniego 1 i 3 Maja? - ale też przez swoje opanowanie, zdyscyplinowanie; zgodnie z apelem księdza na trasie nie padł ani jeden okrzyk, nie zaintonowano żadnej pieśni, posuwano się w spokoju, w milczeniu, wymowniejszym niż jakakolwiek manifestacja słowna. Tylko od czasu do czasu, na przykład na skrzyżowaniach, gdy mijano rzadkich milicjantów kierujących ruchem (jakby ich wymiotło z miasta), jakieś gmachy i miejsca, gdzie zgromadzili się ludzie, albo kiedy bliżej nadlatywało krążące w niebie oko władzy - helikopter - wzlatywały w górę palce na kształt "V". [...]
Na Powązkowskiej też zobaczyliśmy raptem stojący naprzeciwko, w pewnej odległości, drugi tłum, bodaj nie mniejszy od naszego - to byli ci, którzy przyszli od razu na cmentarz i czekali teraz na nasze nadejście. Kiedy zaś obie gromady połączyły się i czoło konduktu z trumną, krzyżem, sztandarami wkroczyło przez IV bramę na cmentarz, okazało się, że tylko część procesji może wejść za nimi - reszta po prostu nie mieści się w bramie i alejach cmentarnych. Staliśmy więc w wielkim tłumie pod murami cmentarza (to wtedy podszedł do nas Jan Prokop272), tylko co zręczniejsi chłopcy gramolili się przez mury i wtedy ludzie zaczęli sobie podawać z rąk do rąk kwiaty, a chłopcy na murze przerzucali je na drugą stronę. My z naszymi kwiatami zrobiliśmy to samo. Postój pod IV bramą trwał jakiś czas, stopniowo przejście zaczynało się rozluźniać, bo ludzie rozpraszali się po całym cmentarzu, a niekiedy pewnie odchodzili, w pewnej chwili i my weszliśmy do środka i poszliśmy jedną z alej. Niedaleko bramy siedzieli na ławeczce zmęczeni Staszewscy. Nie udało nam się dojść bliżej grobu, musieliśmy się zatrzymać w dość znacznej odległości, ale chyba działały jakieś wzmacniacze głosu, bo to i owo do nas docierało - modlitwy, fragmenty przemówień, w szczególności przemówienia zapłakanej wychowawczyni klasowej, z którego utkwiło mi w pamięci zdanie: "Szkoda, że jednego, Grzesiu, nie zdążyłam ciebie nauczyć - żebyś był przygotowany na spotkanie z brutalnością życia...". Były jeszcze śpiewy Jeszcze Polska i Boże, coś Polskę, po czym niektórzy zaczęli się rozchodzić i my wśród nich.
Chwilę staliśmy z Janką i Müldnerem na postoju taksówek przed cmentarzem, ale daremnie, bo milicja, która się tymczasem pojawiła, tak kierowała ruchem, żeby żadna taksówka nie mogła zajechać na postój. Przeszliśmy do tramwaju, którym dojechaliśmy do rogu Stołecznej i Krasińskiego, stamtąd wozem Piotra do domu, gdzie znaleźliśmy się koło 18.00. Helga już była, wróciła z pogrzebu pół godziny przed nami. Natalia przyszła później, bardzo zmordowana - po szkole poszła prosto na cmentarz i czekała na nadejście konduktu, a teraz dotrwała do momentu, kiedy ludzie zaczęli się przesuwać długim, jakby rozplątującym się z kłębka sznurem obok obsypanego kwiatami grobu. Od niej dowiedzieliśmy się, że to się jeszcze nie skończyło, a od kogoś później, że trwało do późnej nocy, bo z miasta przyjeżdżało jeszcze wiele osób, które ze względu na pracę nie mogły wcześniej uczestniczyć w pogrzebie. Natalia widziała ze znajomych Celinę, Grześczaka z Szymonem, nauczycieli od ojca Jacka, ludzi z Lelewela. Zadzwonił Mandzioch - on też był z synami. Przyszła Duża Basia - też stamtąd. [...] Wszyscy byli jakoś podniesieni na duchu rozmiarami, powagą, swoistą siłą tego pogrzebu. Rozmiarów jego nikt nie umiał określić; Radio Paryż wieczorem mówiło o 60 tysiącach osób i wydaje mi się to prawdopodobne. [...]
Telefony w sprawie Bronisława Geremka: do Jerzego Jedlickiego273, który potwierdził, że jest sankcja, i podał mi paragrafy, a potem do Janki Zakrzewskiej, która wyjaśniła mi treść paragrafów. Przynależność do tajnej organizacji, rozpowszechnianie wiadomości mogących spowodować niepokój publiczny etc. Jest już zgoda na paczkę ubraniową, którą jutro doręczą. Hani [Geremkowej] Jedlicki jak dotąd nie zawiadomił, uważa, że nie powinna teraz przyjeżdżać, lecz powinna skończyć swój pobyt stypendialny w USA (do lipca) i zdać egzamin. Ja tak nie uważam. [...]
Jednocześnie z pogrzebem odbywał się dzisiaj ślub w więzieniu na Rakowieckiej: Janusza Onyszkiewicza z Joanną Jaraczewską [...]. Jednym ze świadków był Krzyś Śliwiński. Bodajże w tym samym czasie przewieziono na Rakowiecką Bronka, co przedłużyło czekanie na ceremoniał ślubny.
Piątek, 20 maja
Rano napisałem wiersz zaczynający się:
"Za trumną martwego Grzesia / idzie żywy Grześ / podtrzymuje matkę ramieniem"274. [...]
Sobota, 21 maja
[...] W "Trybunie Ludu" (a jak się potem okazało z telefonu Pauli, również w radiu) - nie tylko kolejny komunikat o śledztwie w sprawie śmierci Grzesia, ale i publicystyka: felieton pod tytułem Każdy pretekst jest... dobry, podpisany BIS. Spotkał mnie wielki zaszczyt: zostałem wymieniony w towarzystwie Wałęsy, Bujaka i kolporterów "rzekomego listu kolegów Grzegorza z liceum" jako współrealizator "scenariusza propagandowego wykorzystania tragicznego wypadku"275. [...]
Poniedziałek, 23 maja
[...] Pojechaliśmy do Haliny. Zadowolona ze swoich występów w Częstochowie. Propozycję występu u nas przyjęła natychmiast. Marian w niezłej formie, zapowiedział swoją obecność, ale prosi, żeby wcześnie zacząć - o 18.00. W sobotę, 4 czerwca, jest wolna, jednakże za parę dni potwierdzi i wtedy zacznę zapraszać.
Wieczorem w RWE odczytali mój list do Mieczysława F. Rakowskiego (z drobnymi błędami).
Jeszcze jeden z wczorajszych telefonów: Tomek Umiński276 z wyrazami uznania z powodu listu.
Wtorek, 24 maja
[...] W autobusie spotkałem Antka Pawlaka277, który powiedział, że się do mnie wybiera. Przed 1 maja miał rewizję, zabrali mu między innymi jedyny maszynopis książki i siedział na dołku na którejś z komend. Na koniec miał przesłuchanie przez oficera z MSW, który obiecywał, że wszystko odzyska, jeżeli nawiąże z nimi współpracę - ekspertyzy, oceny sytuacji w ZLP, Kole Młodych etc. [...]
U księdza Bronisława Dembowskiego w kościele św. Marcina. [...] Kiedy na dole prosiłem siostrę furtiankę o zameldowanie mnie księdzu, na dźwięk mojego nazwiska zbliżyła się inna siostra i zaczęła mówić o moim liście do Miecia, prosiła o tekst, ale nie powiedziałem jej, że właśnie zanoszę księdzu. Wypadła też z głębi Violetta Komorowska i mnie obcałowała.
Kwadrans później w ZLP, gdzie spotkałem się z Józiem Waczkowem, tak samo i w tej samej intencji (dzięki za list) obcałowała mnie Grażyna Strumiłło-Miłosz. Zaczynam mieć powodzenie... [...]
Środa, 25 maja
[...] W gazecie: [...] konferencja prasowa Urbana dla dziennikarzy zagranicznych [...]. Na pytanie: "Pod jakimi zarzutami aresztowany został profesor Geremek?", Urban odpowiedział: "Docentowi Geremkowi przedstawiono zarzut, że brał udział w nielegalnych, podziemnych strukturach opozycyjnych". [...]
Odebrałem w "Iskrach" egzemplarz sygnalny Kto zabił Puszkina. Duża radość. [...]
Czwartek, 26 maja
[...] Pojechałem do Haliny, zaklepaliśmy ostatecznie termin jej występu - mogę zacząć zapraszać, co będzie nieco żmudne technicznie, bo nie chciałbym korzystać z telefonu. [...]
Janka zabrała się po południu do robienia kolacji dla Szwedów, trochę pomagałem, w międzyczasie wpadli Paula z dzieckiem na ramieniu i Bogdan Ledworowski. Potem, już w trakcie szwedzkiej wizyty, Duża Basia, ale nie chciała wejść, tylko na korytarzu opowiedziała mi, że wraca od Basi Sadowskiej, był tam ksiądz Popiełuszko, który chodzi z wiernym gorylem i hałaśliwym pieskiem - jeden i drugi na wypadek napadu, bo ktoś z tamtej strony miał się publicznie wyrazić po pogrzebie Grzesia, że "to był pogrzeb księdza Popiełuszki".
Ambasadorostwo przybyli o 20.00, przywieźli butelkę wina, whisky i kawę. Bardzo mili i prości. Knut Thyberg i Gizela. Ona - jak przypuszczałem - Niemka. Mieszkają na wsi. Jedli z apetytem, pili z umiarkowaniem, ale nie manifestacyjnym. Na drinka dałem whisky z orzeszkami, do kolacji wódkę i wino. Była sałatka (koktajl) z krewetek, schab pieczony ze śliwkami i ryżem, kompot, ciasto do herbaty lub kawy. Gadało się nieźle, po niemiecku, o sytuacji polskiej, szwedzkiej, europejskiej. Są po naszej stronie itd., ale podzielają częste europejskie złudzenie, że Związek Radziecki nie żywi zamiarów zaborowych w stosunku do Europy - dotąd nie udało mu się przetrawić tego, co połknął po II wojnie światowej, więc po co mu jeszcze? Gizela wspomina o Konwie jako o swoim przyjacielu. Obiecaliśmy sobie, że będziemy utrzymywali stosunki. [...]
Piątek, 27 maja
[...] Wróciła z Gdańska Helga, na spacerze opowiadała mi o swoich wrażeniach i w szczególności o spotkaniu z **, którego zna z poprzednich pobytów i lubi. W złym stanie nerwowym; kiedy na szosie zaczęło ich doganiać jakieś auto, omiatając światłami, drgnął: "Już mnie mają"; bardzo zradykalizowany, lekceważąco mówi o inteligenckich pomysłach "porozumienia", negocjacji etc. - trzeba przeć do strajku generalnego, uważa to za realne. Helga wiąże tę radykalizację z poczuciem osamotnienia i zaszczucia konspiratora. [...]
Sobota, 28 maja
[...] W "Życiu Warszawy" felieton Znaki zapytania - kolejna porcja bzdur, kłamstw, plugastw wokół zamordowania Grzesia. "Co do jednego wszyscy są zgodni: Grzegorz Przemyk - przed zatrzymaniem przez patrol MO na placu Zamkowym - był bez skarpet i butów"278. Więc bose nogi zasługują w PRL na karę śmierci? [...]
Niedziela, 29 maja
[...] Janka i Halina pojechały na cmentarz, były na grobach pana Ozjasza279 i Grzesia, do którego Warszawa wciąż pielgrzymuje, obsypuje kwiatami, wierszami etc. Był tam także mój list do Miecia. [...]
Kupiłem styczniową (!) "Więź" - właśnie pokazała się w kioskach i była w trakcie znikania. Mój felieton Powróciłem, odczytany po kilku miesiącach, spodobał mi się. [...]
Poniedziałek, 30 maja
[...] Autobusem do ZLP, zapraszanie na sobotę Drawicza (a za jego pośrednictwem Bogusławskiego i Bocheńskiego) i Konwy. Oprócz nich wymieniłem kilka zdań z Teresą, Marianem Grześczakiem (zbulwersowany historią z Grzesiem i jej propagandową otoczką), Kajetanem [Sosnowskim]. Miałem już wychodzić, kiedy do kawiarni weszła Basia Sadowska w otoczeniu Biety, Alicji Sternowej itd. Ucałowałem ją, ale miałem wrażenie, że ona nikogo nie poznaje, jest martwa bardziej niż przez te wszystkie dni w domu. [...]
Wtorek, 31 maja
[...] Z Martą Umińską - maturzystką - należne lody w "Horteksie" na Rynku Staromiejskim, potem przy krzyżu kwietnym koło św. Anny i na skwerku pod pomnikiem Mickiewicza. Krzyż kwietny tchnie gniewem i bólem z powodu Grzesia. Wiersze Do katów itp. Mój list do Mieczysława F. Rakowskiego przepisany odręcznie (skupiają się, czytają). Osobno kwestie z Dziadów - te, które ja wziąłem za motto. [...]
Czwartek, 2 czerwca
Boże Ciało.
Wiadomość o wypuszczeniu Małachowskiego! Próbowałem zadzwonić, nie udało mi się.
Dalej nad zbiorem felietonów. [...]
Wpadł Marek Edelman - ubiega się o audiencję u Papieża, żeby prosić o interwencję na temat Jacka (według niego o wszystkich są interwencje - poza Jackiem właśnie, a akt oskarżenia dotyczy w 90 procentach Jacka); zredagowałem na jego prośbę dwa listy do Papieża - pierwszy z prośbą o audiencję i drugi na wypadek nieuzyskania jej, z wyłuszczeniem sprawy; potem, już pod moją nieobecność, Marek z Paulą wrócili przepisać przeredagowany przez siebie list; sprawę audiencji próbuje Marek załatwić przez księdza Dembowskiego. [...]
Piątek, 3 czerwca
[...] Mnóstwo zakupów na jutro.
Objazd "Peweksów" z Helgą celem zakupienia alkoholu. Na Żeromskiego przerażająca kolejka, "Intraco" zamknięte, w Alejach Jerozolimskich kolejka, wreszcie wylądowaliśmy w hotelu Forum i tam kolejka była znośna, więc nasze zakupy doszły do skutku. [...]
Wieczorem, w trakcie pracy, wpadli Marek ze Szpotem280, trochę posiedzieli przy herbacie, dostali po ptysiu (z jutrzejszych) i poszli - Szpot trochę rozczarowany, bo liczył na alkohol. [...]
Sobota, 4 czerwca
[...] Od 18.00 schodzenie się gości, od 18.30 wieczór Haliny (recytacja monodramu maryjnego), później - moje przyjęcie urodzinowe. Oprócz nas trojga z Helgą czwartą i Aktrisy281 z Małżonkiem - Drawiczowie, Konwiccy, Nowakowski, Braun, Mazowiecki z Janką, Basia Biolożka, Sawiccy, Konował [Edelman], [Maryla i Andrzej] Bogusławscy, ojciec Salij, Krzyś Śliwiński, Marszałkowie, Zagórscy, Maryna Tyszkiewicz (Janek ciągle złożony niemocą), Ewa Dobrowolska, Basia Majewska, spóźnione Teresa i Joasia. W sumie 31 osób. A na dole - policyjna obstawa, nyska zapewne z aparaturą, "młoda para" fotografująca wchodzących...
Halina była świetna, zebrała wiele komplementów i przyjęła propozycję Jacka Salija, żeby powtórzyć występ w jego duszpasterstwie.
Kolacja na zimno: cielęcina, jajka z anchois, pasta czosnkowo-koperkowo-serowa, groszek w majonezie, kalafior z koprem, pasztet z wątróbki, sałatka z pieczarek, rzodkiewka, pomidory, ogórki, żółty ser. Wódka (sporo), czerwone wino (mało), napoje chłodzące, potem herbata z ptysiami. Goście jedli, aż się uszy trzęsły, pili, gadali, atmosfera była przyjemna [...]. Ostatni zostali - mniej więcej do 2.00 - Bogusławski, Andrzej Braun, Mirek Sawicki i Marek Edelman, który u nas nocował. [...] Kiedy wyszedłem ze śmieciami i przy okazji obszedłem teren, obstawę już zdjęto, było cicho, ciemno i pusto. Mam swoją drogą wyrzuty sumienia, że nasza władza tyle na mnie wydaje.
[...]
Poniedziałek, 6 czerwca
[...] Oddałem maszynę do naprawy, odwiedziłem księgarnię na placu [Komuny] (pani Danusia pierwszy dzień po urlopie), Magda Tulli przyniosła mi do lektury maszynopis opowiadania. Zapłaciłem rachunki na poczcie.
Fotoreporterka z "Dagens Nyheter" (wczoraj dzwoniła z Poznania). Polka, miła, energiczna dziewczyna, pochodzi z Rudy Śląskiej. Jako studentka podczas inwazji na Czechosłowację w 1968 roku wraz z koleżankami sporządziła i rozlepiła protestujące plakaty. Siedziała. Po zwolnieniu wyszła fikcyjnie za Szweda, żeby wyjechać z Polski [...]. Pokazała mi wydany przez siebie album fotograficzno-tekstowy o kobietach polskich. Robi też coś do telewizji (był z nią młody Szwed dramaturg, z którym współpracuje). Mnie fotografowała na prośbę Folke Isakssona do jego reportażu z Polski. Zrobiła ponad 100 zdjęć, żeby wykorzystać jedno. Nie wiem, jak ona - ja się w końcu zmęczyłem i zapytałem, kiedy wypuści mnie z tego fotela dentystycznego...
W trakcie tego seansu nadszedł Ryszard Krynicki, później Szaruga. Na moją prośbę Joanna Helander (chyba tak się nazywa) zrobiła mi parę zdjęć z Ryszardem i Helgą. Potem wszyscy sobie poszli, ale z Rysiem umówiłem się na kolację. [...]
Powiedział mi, że jest pod wrażeniem Zapisków z kwartalnym opóźnieniem w styczniowej "Więzi" (Powróciłem) - publikacja tego tekstu zachwiała jego przekonaniem, że oficjalnie w ogóle nie należy publikować. (W sobotę coś pozytywnego o tym felietonie naszeptał mi Bogusławski. Sięgnął po niego zawiadomiony przez zachwyconego Tadeusza Kołakowskiego). Ale istotniejsza jest inna relacja Krynia: o tym, co przytrafiło mu się 3 maja.
Był pod pomnikiem, kiedy nic gwałtowniejszego się tam nie działo, wycofał się z placu i wracał do domu, zanim uderzyły "siły porządku" - jednakże w znacznej odległości od placu został zatrzymany przez cywilów idących z przeciwnej strony i jakby koncentrycznie biorących cały teren w kleszcze. Doprowadzono go z powrotem na plac, jak sporo innych osób. Tam legitymowali go mundurowi, ale usłyszał z tyłu głos: "Ja się nim zajmę". Był to znowu cywil, który kazał mu wejść do stojącej obok budy. W "przedziale", do którego wszedł, siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach przerażona dziewczyna. Chciał wejść w głąb, przypuszczając, że za nim załadują następnych, ale usłyszał za sobą: "Dokumenty", więc odwrócił się, sięgając do kieszeni po dowód - i w tej samej chwili został kopnięty przez swojego cywila w splot słoneczny - zamroczyło go, upadł, zdążył tylko pomyśleć: "A więc to jest tak" i "Jednak wytrzymałem". Cywil był fachowcem, gdyby się o kilka centymetrów pomylił, mógłby zmiażdżyć wątrobę, ale to, widać, nie leżało w jego zamiarach... Ryszarda przywieziono do gmachu, gdzie zatrzymanych przepuszczano przez maszynkę kolegiów, przesłuchań itd. Jemu też przesłuchujący usiłował wmówić, że został zatrzymany na placu podczas manifestacji, on ze swej strony opowiedział, co było naprawdę, na co tamten: "Ma pan świadków?", Ryszard: "Tylko milicjantów", i ten machnął ręką. Sprowadził go następnie na salę, gdzie w tłumie delikwentów miał czekać na rozprawę w kolegium, ale po pewnym czasie znów przyszedł i wyprowadził na ulicę: "Pójdziemy do domciu"... Ryszard przeleżał dwa dni w łóżku, jeszcze dziś go boli, ale nie poszedł się przebadać do lekarza.
[...]
Helga dość późno wróciła z "teatru", to znaczy z występu w prywatnym mieszkaniu znanego nam zespołu z [Ewą] Dałkowską i [Andrzejem] Piszczatowskim (ale ktoś z dawnej obsady wypadł, bo wszedł Emilian Kamiński)282. Program był też ten, który znamy (może z jakimiś modyfikacjami), ale na końcu... czytano mój list do Mieczysława F. Rakowskiego. [...]
Wtorek, 7 czerwca
[...] O 8.30 spotkanie z Alikiem [Janiszewskim] (który przyprowadził kolegę, też eksinternowanego) na dziedzińcu UW. Weszliśmy gdzieś i pokazali mi list internowanych do Papieża, który w ślad za innymi podpisałem w czterech egzemplarzach. Chodzi o interwencję w sprawie naszych kolegów skazanych lub aresztowanych.
Sesja na UW poświęcona poezji dla dzieci. [...] W przerwie rozmowy z Hanką [Lebecką] i jej koleżankami. Hanka ma poczucie, że od sprawy Grzesia świat się odmienił, sprawiła to świadomość, że w "naszym" urzędzie, pod Białym Orłem, mogą bić i zabijać nasze dzieci, nas. To faszyzm. Barbara Tylicka czytała wypowiedź generała Kiszczaka na plenum283. Wszystko tam było - i zapalenie opon mózgowych Grzesia w dzieciństwie, co miała zeznać "siostra Basi Sadowskiej", lekarka, i to, że był w slipkach (striptiz trwa, najpierw zdjęli mu skarpetki), tylko nie było przyznania, że "zdarza się" bicie w komisariacie. Pani [Joanna] Papuzińska (żona [Janusza] Beksiaka) była przewodniczącą "Solidarności" na wydziale pedagogiki i musiała odejść z wydziału, pracuje w bibliotece. Ostatnio proponowano ją do nagrody premiera za twórczość dla dzieci - odmówiła przyjęcia. Na sześć osób proponowanych przez "Naszą Księgarnię" - pięć odmówiło, między innymi Katarzyna Witwicka, motywując to wprost zamordowaniem Grzesia...
[...]