WIKTOR WOROSZYLSKI. POLITYKA I LITERATURA
Wiktor Woroszylski wyrastał w inteligenckim domu. Ojciec był lekarzem ginekologiem, założył i prowadził mały szpitalik położniczy w Grodnie. Matkę Wiktor utracił krótko po narodzinach, ale ojciec ożenił się powtórnie i macocha, córka nauczycieli, zajmowała się przybranym synem z czułością. Rozbudzała w nim też zainteresowania kulturalne, zakorzenienie w polskiej kulturze i nawyk czytania. W domu było wiele książek, w tym dzieła trzech wieszczów. Wiktor miał 12 lat, gdy wybuchła wojna i do Grodna weszła Armia Czerwona. Szpitalik został upaństwowiony, ale ojciec zachował posadę dyrektora szpitala ginekologiczno-położniczego. Woroszylscy musieli się jednak przenieść do innego mieszkania. Wiktor miał 14 lat, gdy do Grodna weszli Niemcy.
Żydowskie pochodzenie stało się przyczyną dramatów. W listopadzie 1941 rodzina została zesłana do getta, a Wiktor jako 14-latek musiał pracować, najpierw w laboratorium, potem w stolarni. W tym czasie dużo czytał, głównie literaturę rosyjską. Jesienią 1942 wobec pogłosek o nadchodzącej likwidacji getta rodzice postanowili ratować syna, któremu udało się uciec z getta i zatrudnić u szewca Antoniego Siwka jako terminator. "Zaaranżowane było to wszystko dzięki pomocy różnych ludzi, ale głównie dzięki Nadzi, niani ojca, której zresztą później cała rodzina zawdzięcza ratunek z piekła holocaustu. Ona jedyna pomagała bezinteresownie" - wspomina syn Wiktora Feliks. Po mniej więcej dwóch miesiącach rodzice ściągnęli go do getta, gdy dowiedzieli się o powieszeniu przez Niemców ukrywających się Żydów. Całą rodziną uciekli z getta zimą 1943, początkowo ukrywali się każde oddzielnie, Wiktor znów u szewca Siwka. Wiosną spotkali się ponownie i ukryli w stodole we wsi Nowosiółki. Gdy Wiktor się rozchorował, został umieszczony w Łosośnie, w domu przedwojennego zawodowego oficera i AK-owca. Wiosną 1944 powrócił do stodoły i tam wszyscy troje doczekali wkroczenia w czerwcu Armii Czerwonej1.
Wiktor dojrzewał więc w ekstremalnych warunkach, w bezpośrednim zagrożeniu życia. W przygotowanym w 1963 roku życiorysie pisał lakonicznie: "W tym okresie poznał bezdomność, rozłąkę z rodziną, pracę fizyczną (jako sanitariusz w szpitalu, terminator u szewca, robotnik w stolarni, robotnik rolny)"2. Nigdy tych wiadomości nie rozwinął, choć pokazał wybrane sceny w zbiorze Okrutna gwiazda, a także w opublikowanej wiele lat potem Literaturze. Pisał też: "Okres, który jeszcze mógł być dzieciństwem, ale już nim nie był - lub inaczej: był dzieciństwem złym, wykrzywionym, okaleczonym - widzieliśmy gwałt i śmierć - baliśmy się śmierci jak dorośli - jak dorośli musieliśmy walczyć o egzystencję - nie chodziliśmy do szkół, ale za to poznawaliśmy życie od strony, od której bodajbyśmy go nie poznali..."3. W jednym z tekstów o własnej twórczości zauważył, że w wierszach szukał sensu życia i najczęściej znajdował go w pięknym umieraniu, "pięknym jako gest wierności wobec Sprawy i jako czyn przybliżający jej triumf. Być może był w tym także moment reakcji na liczne śmierci nieopromienione heroiczną racją, z jakimi zetknąłem się podczas wojny"4. Przy innej okazji gorzko wspominał swoich szkolnych nauczycieli, którzy byli "szarzy i nieciekawi - zahukani, zabiegani, drżący o posadę, pechowi. Wielu z nich pochodziło z większych miast - i do naszego miasteczka dotarło w pogoni za chlebem, za punktem zaczepienia, za ostatnią szansą". A jednak gdy przyszła wojna, większość zginęła, zostali zamordowani przez okupanta. Żaden z nich nie wrócił z wojny5. Wiktor potrafił też jednak wspominać czas dorastania w Grodnie pozytywnie: "Tam nauczyłem się kilku prostych prawd życiowych, na przykład tej, że człowiek nie musi człowiekowi być wilkiem, że różne narody mogą ze sobą współżyć i wzajemnie wzbogacać swoją kulturę, że istnieją pewne wartości elementarnego losu ludzkiego, którym trzeba dochować wierności, wbrew wszelkim dalszym skomplikowaniom itp. Z perspektywy "szerokiego świata" wydaje mi się, że w skromnym krajobrazie mojego dzieciństwa świadomość tych prawd tkwiła bardzo głęboko"6.
Wspominał, że już w młodych latach czytał wiele książek przynoszonych z biblioteki przez matkę, w tym Sergiusza Piaseckiego, Ireny Krzywickiej, Marii Ukniewskiej, Brunona Schulza, pacyfistyczne powieści Amerykanów i Niemców, poznał dość dobrze skamandrytów, zwłaszcza Juliana Tuwima, miał w rękach parę roczników "Wiadomości Literackich"7. Ten zestaw zapamiętanych lektur pokazuje, że w domu interesowano się ambitną literaturą współczesną, która też niosła myśli postępowe, demokratyczne - zarówno pod względem ideowym, jak i artystycznym. W czasie wojny przeczytał powieść Brunona Jasieńskiego Palę Paryż, antymieszczański manifest polskiego komunisty. "Wcieliła się w nią moja nienawiść i moja wiara. "Paryż" musiał spłonąć, a na jego zgliszczach my, wyzwoleni więźniowie, mieliśmy zbudować nowe życie: komunizm"8. Uciekający w 1941 roku z Grodna Rosjanie "zostawili koło nas na podwórku stos książek. Ja je sobie oczywiście przywłaszczyłem - wspominał Woroszylski. - To była klasyka rosyjska, jeszcze przedrewolucyjne wydania. Przez całą prawie okupację niemiecką czytałem te książki i zaintrygowała mnie niesłychanie tak zwana - przepraszam za określenie - dusza rosyjska. Coś w niej też odpychało, ale pociągał jakiś idealizm, utopizm, jakiś wzlot w uniwersum duchowe, za którym nieświadomie tęskniłem". Wcześniej jeszcze zetknął się z Majakowskim, Jesieninem, Błokiem, poetami, których twórczość związana była z okresem rewolucji9.
Jako nastolatek uległ fascynacji ideą komunizmu i rewolucji, a doszedł do niej głównie poprzez literaturę. Głównie, gdyż z pewnością duże znaczenie miały też doświadczenia osobiste, śmiertelne zagrożenie ze strony niemieckiego faszyzmu, ale zapewne także rodzimego nacjonalizmu i antysemityzmu, poczucie wrogości wobec "starego" świata, który - przynajmniej w tym regionie - rozpadł się i ustąpił skrajnym ideologiom i porządkom, komunizmu lub faszyzmu.
Komunizm
Wraz z rodzicami repatriował się do Polski w marcu 1945 już jako komunista. W Łodzi, do której dotarli, zaraz zgłosił się do komitetu dzielnicowego Polskiej Partii Robotniczej z pytaniem, "czy PPR to partia komunistyczna". I choć odpowiedź nie była jednoznaczna, a o Marksie i Leninie niewiele wiedział, otrzymał legitymację. Do partii wstąpił więc, zanim jeszcze dostał maturę, co nastąpiło w czerwcu 1945. Wcześniej też podjął współpracę z "Głosem Ludu", dziennikiem PPR, w którym zamieścił autorski debiut - wiersz Przed Berlinem, a także próbował sił jako reporter wysyłany do fabryk. W redakcji "Głosu Ludu" poznał czołowych wówczas dziennikarzy PPR - Edwarda Uzdańskiego i Wilhelminę Skulską, a także poetę Seweryna Pollaka. Kilkumiesięczna współpraca z organem PPR zakończy się w okresie matury i wobec decyzji zapisania się na studia medyczne. Być może droga życiowa Wiktora potoczyłaby się inaczej, gdyby zdał pierwszy ważny egzamin. Został jednak oblany po pierwszym pytaniu i po latach zadawał sobie pytanie, czy nie dlatego, że miał znaczek ZWM w klapie marynarki10.
Związek Walki Młodych był młodzieżową przybudówką PPR, organizacją na uczelniach nieliczną, skupiającą tych, którzy deklarowali się jako komuniści. W październiku 1945 Woroszylski poznał Leszka Kołakowskiego, który rozpoczynał studia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Łódzkiego. Łączyły ich poglądy i chęć działania, szybko nawiązała się przyjaźń, a w lutym 1946 Woroszylski wprowadzi go na członka PPR. Wspólnie z Jakubem Litwinem i Kołakowskim stworzył jesienią 1945 pismo "Życie". "Redagowanie polegało na tym, żeśmy sami prawie wszystko pisali, żmudnie odbijali na powielaczu, spinali - nakładu nie pamiętam, ale było tego kilkaset egzemplarzy - następnie zaś, już przy pomocy innych życiowców, usiłowaliśmy kolportować na uczelniach" - wspominał Woroszylski11. Pismo szybko upadło, ale środowisko Akademickiego Związku Walki Młodych "Życie" na Wydziale Humanistycznym, choć nie było liczne, skupiło nieprzeciętne indywidualności. Byli w nim, prócz już wymienionych, Andrzej Braun, Tadeusz Drewnowski, Maria Janion, Maria Żmigrodzka, Samuel Sandler, Antoni Rajkiewicz i inni. Woroszylski znajdzie się w tym środowisku, gdy po porzuceniu medycyny zacznie studiować literaturę.
Deklaracja na rzecz PPR i komunizmu była nie tylko deklaracją za faktycznie rządzącą Polską partią, ale też deklaracją przeciw większości studentów i profesorów, którzy byli przywiązani do tradycyjnych wartości, religii, patriotyzmu - część przeszła przez Armię Krajową, większość szanowała tę atakowaną przez PPR tradycję. ZWM-owcy jawnie to odrzucali. Do próby sił ogromnej większości i małej stuosobowej grupy ZWM, wspieranej jednak przez władze, doszło w grudniu 1945 w związku z pogrzebem studentki Marii Tyrankiewicz, zamordowanej przez sowieckich żołnierzy. Do starcia na szczęście nie doszło dzięki postawie rektora Tadeusza Kotarbińskiego i duszpasterza akademickiego o. Tomasza Rostworowskiego12. Młodzi komuniści, bo za takich się uważali, nie brali pod uwagę, że winni mogą być żołnierze sowieccy, wietrzyli natomiast prowokację "reakcji", gotowi się jej przeciwstawić w każdej sprawie. "Nie ma więc rozmów obojętnych - każda jest obroną i atakiem - manifestacją i walką - kły na kły - argument na argument - szyderstwo i patos na szyderstwo i patos. [...] Wszędzie - na ulicy, w bratniaku, w stołówce - jest się na froncie - wszędzie trzeba nacierać, wszczynać dyskusje, burzyć pozorny spokój, zmuszać do wyboru"13.
W Polsce toczyła się walka o uratowanie resztek wolności przed zniewalającą Polskę komunistyczną dyktaturą i jej narzędziem - UB. Postawy Woroszylskiego, Kołakowskiego i innych trudno bronić, trudno ją też zrozumieć. Stali po niewłaściwej stronie, fascynowali się ideami, które niosły wielkie zagrożenie dla Polski i polskiej kultury. Nie byli jednak konformistami, bo choć wspierali władze, występowali przeciw większości i musieli się liczyć z zagrożeniem, także osobistym. W czerwcu pochowali studenta Uniwersytetu Łódzkiego i członka Bundu, który został zastrzelony we własnym mieszkaniu14. O poczuciu zagrożenia związanego z agitacją na rzecz PPR w okresie przed czerwcowym referendum i przed wyborami wspomina także Woroszylski15. Być może wtedy dostał pistolet, co było nie lada wyróżnieniem i dowodem zaufania. Innym dowodem zaufania był paszport i możliwość wyjazdu latem 1946 do Danii.
Czego chcieli, przeciwko czemu się buntowali? Nienawidzili zaściankowości, parafiańszczyzny, klerykalizmu, zadowolonej z siebie wsobności, prowincjonalizmu, ksenofobii, nacjonalizmu, antysemityzmu. Poprzez te cechy patrzyli na polską prawicę, endecko-kościelny typ patriotyzmu. Chcieli wielkiej modernizacji, oświecenia, laicyzacji, upowszechnienia myślenia kategoriami uniwersalnymi i takiego też otwarcia na kulturę. Chcieli zniesienia dystansów klasowych i społecznych, wprowadzenia jednostek z ludu do establishmentu, czyli wielkiej i rewolucyjnej demokratyzacji społeczeństwa. Te cechy w mniej lub bardziej radykalny sposób prezentowała cała lewica. Komunistów wyróżniał jednak bezkrytyczny stosunek do Związku Radzieckiego, gotowość zaakceptowania, że stamtąd przychodzą impulsy do wielkich zmian politycznych i kulturalnych, nawet fascynacja płynącym stamtąd poczuciem siły, która reprezentuje przyszłość świata. Byli gotowi porzucać tradycyjne pojęcia, także dotyczące kultury, język, estetykę.
Ton w dyskusjach o kulturze nadawały dwa pisma - "Odrodzenie" redagowane przez Jerzego Borejszę oraz "Kuźnica" prowadzona przez Stefana Żółkiewskiego. "Odrodzenie", zgodnie z koncepcjami Borejszy, było szeroko otwarte dla piór przedwojennych, unikało politycznej wyrazistości, służyło przyciąganiu ludzi odległych od komunizmu, a nawet lewicy, i poszerzaniu bazy społecznej reżimu. "Kuźnica" natomiast deklarowała się po stronie PPR i marksizmu, ale w gustach literackich była otwarta na żywe na Zachodzie prądy kulturalne. Jej czołowe pióra - Żółkiewski, Jan Kott, Mieczysław Jastrun, Adam Ważyk, Paweł Hertz, Kazimierz Brandys - to ludzie, którzy debiutowali przed wojną, ukształtowali się w swobodnych dyskusjach i polemikach. "Reakcję" utożsamiali z cechami wyżej wymienionymi, ale żyli przede wszystkim kulturą, literaturą, nie polityką. Część z nich lubiła smakować życie pod różnymi względami, nie byli ascetyczni, żyli powieścią, poezją, malarstwem, teatrem, muzyką, ale też dobrym towarzystwem i romansami. Polityka i ideologia były dodatkiem, a nie sensem. To ich odróżniało od młodych, dojrzewających już po wojnie, którzy czuli się przede wszystkim rewolucjonistami. Dzielił więc nie tylko dystans wieku i doświadczeń, ale też lektur, fascynacji artystycznych, a przede wszystkim postaw. "Łączyła nas - wspominał Woroszylski - niechęć do wegetacji, życia z dnia na dzień, bez celu i ruchu, życia ahistorycznego - żądaliśmy, żeby codziennie coś się działo, żeby życie miało kierunek, żeby historia, przez nas popychana, odwdzięczała się uczestnikom swoim widomym triumfem s p r a w y"16. Stąd bliski im był Broniewski czy Majakowski. Tych młodych, wśród których Woroszylski się wyróżniał, nazwano "pryszczatymi", by podkreślić ich niedojrzałość, młodzieńczość.
Próbująca ich sportretować Alicja Lisiecka pisała: "Emocjonalne "buntarstwo" "pryszczatych" nie mieściło się w eleganckich ramach neoklasycystycznego wiersza [co lubiano w "Kuźnicy" - przyp. A.F.], a chłopcy w czerwonych krawatach zadebiutowali przede wszystkim jako poeci. Swoje pierwsze, niezbyt wydarzone liryki i poematy o wojnie drukowali w łódzkich i warszawskich gazetach codziennych: w "Głosie Ludu", nieco później w "Sztandarze Młodych". Przeważał w owych wierszach już wtedy, na samym początku, ekspresjonistyczny krzyk i dość nieudolne naśladownictwo Majakowskiego. [...] Komunizm był dla dwudziestolatków w czerwonych krawatach nie tylko przygodą intelektualną. Traktowali go jak nową objawioną religię; podobnie teoria marksizmu wydawała się "pryszczatym" jednocześnie dekalogiem i współczesną powieścią"17.
Lisiecka opisała pierwsze spotkanie dwudziestoletnich literatów z Łodzi i Warszawy, które odbyło się jesienią 1946 na Zjeździe Młodych Artystów i Naukowców. Było to zetknięcie dwóch światów, ZWM-owców z Łodzi i przeważnie dawnych AK-owców z Warszawy. "Stali wtedy pod ścianami, na galerii, w różnych kątach dużej sali, zgrupowani według odcieni światopoglądowych, młodzi, gniewni, z zaciśniętymi pięściami, gotowi w razie potrzeby wyzwać cały świat albo stworzyć cały świat na nowo". Tam Woroszylski, Drewnowski, Braun spotkali się z warszawiakami - Romanem Bratnym, Jerzym Piórkowskim, Witoldem Zalewskim i Tadeuszem Borowskim18. Grupa warszawskiej młodzieży dostała od rządzących prawo wydawania pisma "Pokolenie", by przyciągało poakowską młodzież, a naczelnym został Bratny. Woroszylski wszedł na trybunę i zaatakował, że nie można im ufać, "bo jeszcze wczoraj składali hołd ideom najbardziej nienawistnym", i zacytował słowa Andrzeja Trzebińskiego: "Imperium, gdy powstanie, to tylko z naszej krwi". ""Jakie imperium?" - krzyknął i wychylił się do przodu. W tym momencie odpadł mu guzik od marynarki, rozsunęły się poły i zgromadzeni mogli zobaczyć tkwiący za paskiem jego spodni potężny bębenkowiec"19. Ten incydent - zapamiętany i powtarzany - pokazywał Woroszylskiego jako więcej niż człowieka partii. Budził respekt i obawę. "Przyjaciele zapamiętali Woroszylskiego jako człowieka, który chciał własnym życiem zaświadczać o komunistycznych ideałach. Ascetyczny, atakujący drobnomieszczańskie nawyki, gdy się ożenił, nie pozwolił żonie - jak głosi legenda - zawiesić żyrandola i firanek w oknach"20. Opisany incydent nie oznaczał jednak osobistej wrogości i w następnych miesiącach Woroszylski będzie tym, który napisze rekomendację Borowskiemu i Bratnemu, kiedy będą wstępować do partii21.
W tym okresie Woroszylski nie był właściwie jeszcze poetą. W "Szpilkach" drukował złośliwe - jak sam przyznawał - satyry, zwykle skierowane przeciw PSL, do "Kuźnicy" nosił notatki na ostatnią stronę, a raz wydrukował wiersz i recenzję niemieckiej książki22. Wspominał swoje zaangażowanie w akcji przedwyborczej jako przewodniczącego jednej z trójek partyjnych oraz rozmowę, w której "mądra siwa kobieta" zdecydowała, by zamiast piąć się po szczeblach władzy kontynuował studia23.
Latem 1947 przeniósł się do Warszawy, gdzie miał organizować studenckie pismo ZWM - "Po Prostu". W pierwszym numerze pisma, mającego stać się "trybuną młodej, postępowej inteligencji", wydrukował artykuł, wykładający racje obozu, z którym się utożsamiał: "U podłoża programu stawiającego wówczas [w 1944 roku - przyp. AF] swe pierwsze kroki na skrawku Polski wyzwolonej demokratycznego czwórprzymierza leżała koncepcja trzech zasadniczych reform. Miały to być: a) zmiana kierunku ekspansji politycznej, b) reforma modelu gospodarczo-społecznego, c) reforma modelu kulturowego. Punkt pierwszy został konsekwentnie zrealizowany przez przesunięcie kraju ze wschodu na zachód, przez wprowadzenie w życie sojuszu ze Związkiem Radzieckim i innymi państwami słowiańskimi. W ramach drugiego punktu rozegrano dwie batalie: jedno skrzydło armii ogarnęło wieś, drugie miasto, aby po uwłaszczeniu fornali i małorolnych chłopów i unarodowieniu fabryk połączyć się w szerokim froncie odbudowy kraju. Reformy modelu kulturowego - dotąd nie dokonano". A chodzi o upowszechnienie kultury, rozbudowę szkół wiejskich, które powinny autentycznie kształcić, o sieć gimnazjów i szkoły wyższe, które będą edukowały młodzież robotniczą i chłopską, aby następnie wróciła do fabryk i na wieś. Uniwersytet Łódzki miał być pierwszą wyższą uczelnią o zmienionym składzie społecznym. Przyjmowano studentów po kursie przygotowawczym i na okres próbny. Niewielu z nich naprawdę nadawało się na studia, kadra nauczająca szybko się wykruszyła. Po roku kursu przygotowawczego pozostało 369 osób, 40 procent przyjętych. Niemniej jak pisał Woroszylski, dla owych 369 w Łodzi i nie mniejszej liczby w innych miastach "warto było!"24. Starania, aby wykształcić nową inteligencję, robotniczego i chłopskiego pochodzenia, która utożsami się z ustrojem i ideologią, były jednym z ważnych celów komunistów, realizowanych zwłaszcza od 1948 roku. W tej grupie Woroszylski też widział może najważniejszych odbiorców swoich wierszy.
Mocnym wejściem w świat literacki był udział w zorganizowanym przez Ministerstwo Kultury i Sztuki na początku 1948 roku seminarium dla młodych literatów w Nieborowie. Wykłady mieli między innymi Jarosław Iwaszkiewicz, Jastrun, Kott, Żółkiewski, Aleksander Wat. Już w czasie trwania seminarium w gazetce ściennej "pryszczaci" bez pardonu kpili z Jastruna i Kotta. A następnie w "Odrodzeniu" Woroszylski napisał: "Mnie osobiście ogromna większość prelekcji nie dała nic". Jeszcze ostrzej luminarzy zaatakował Tadeusz Borowski25. W ewolucji ideowej autora Pożegnania z Marią można było dostrzec zagubienie, histeryczną agresję, ale miał on już swoje miejsce w literaturze. Woroszylski w tym czasie publikował wiersze w centralnych pismach, jednak były one rozpisanymi w rym i rytm agitkami ilustrującymi kampanie propagandowe partii - przeciw Mikołajczykowi, przeciw Jugosławii, przeciw spekulantom, przeciw odchyleniu gomułkowskiemu. Jesienią 1948 wierszem Słowo młodych zapoczątkował nurt utworów wielbiących Stalina. Pisał: "jest takie jedno słowo, / synonim wielu pięknych słów: / słowa wolność, słowa pokój, słowa socjalizm, / [...] Stalin"26.
W grudniu 1948 odbył się kongres zjednoczeniowy - PPR wchłaniała PPS i powstawała monopolistyczna partia, teraz już bez ogródek odwołująca się do leninizmu i ustroju wzorowanego na sowieckim. Woroszylski witał kongres wypowiedzią w "Odrodzeniu", obok Krzysztofa Gruszczyńskiego, Ewy Fiszer, Jacka Bocheńskiego i Bohdana Czeszki27. Na kongres zaproszono pisarzy, by podkreślić ich poparcie dla partii. Na zdjęciach widać Tuwima, Iwaszkiewicza, Wata, z młodych byli zaproszeni Borowski i Woroszylski. Wśród gości była też Maria Dąbrowska, która w dzienniku zapisała taką myśl: "Piłsudski był dla reakcji polskiej za lewicowy, nazywali go bandytą i pomawiali o konszachty z bolszewikami, a więc mają agenta bolszewickiego Bieruta na czele rzekomego państwa. Ciągnęli Polskę tak daleko w prawo, aż sznur się urwał i runęła w przepaść lewego ekstremu"28. Oczywiście nie od reakcji polskiej zależał komunistyczny zwrot, Dąbrowska była zresztą świadoma niesuwerenności państwa. Jej opinia jest jednak znacząca dla sposobu myślenia starszego pokolenia przedwojennej demokratycznej lewicy, które przyczyn popularności komunizmu w wielu środowiskach szukało w tępym reakcjonizmie prawicy.
W styczniu 1949 odbył się zjazd literatów w Szczecinie, na którym po referacie ministra kultury Włodzimierza Sokorskiego zadeklarowano poparcie dla zmian politycznych i jako przykładny wyraz nowej metody literackiej przyjęto realizm socjalistyczny. Woroszylski, który był na zjeździe, wydelegowany przez redakcję tygodnika "Pokolenie", wyraził na jego łamach opinię, że pisarze "mocniej niż dotąd zwiążą się z chłopem i robotnikiem" i będą lepiej "spełniali swoją rolę inżynierów dusz ludzkich"29. Kilka miesięcy później wyznał publicznie: "Partia jest moją przewodniczką, nauczycielką i podporą"30.
W 1949 roku Woroszylski zamieszkał w Szczecinie, gdzie PPR-owski wojewoda Leonard Borkowicz stworzył dla pisarzy szczególne warunki, próbując kulturalnie ożywić miasto. Z zaproszenia skorzystał także Jerzy Andrzejewski, z którym Woroszylski się w Szczecinie spotykał i którego przekonywał do komunizmu, by ostatecznie wprowadzić go do partii. Po latach wspominał: "Mieszkaliśmy na zielonym przedmieściu, w willach wśród kwiatów i drzew. [...] Codziennie odwiedzaliśmy się wzajemnie, rozmawialiśmy o fikcji, toczyliśmy dyskusje o złudzeniu"31. Spotkał się tam również i nawiązał życzliwe kontakty z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim, tam też zrodziła się przyjaźń z Witoldem Wirpszą. Po latach jednak zauważał, że pisarze nie byli w Szczecinie potrzebni, inne były tam problemy, związane z odbudową miasta i polskiego życia, a ich materialne uprzywilejowanie drażniło32.
W maju 1949 Woroszylski wraz z grupą literatów odbył podróż do Związku Radzieckiego, a następnie na Węgry. W 1950 i 1951 roku podróżował też do powstałego właśnie NRD w ramach delegacji na zjazdy i festiwale. W 1949 roku opublikował pierwszy tomik swojej poezji zatytułowany Śmierci nie ma. Jedna czwarta zamieszczonych tu wierszy ukazała się poprzednio w "Trybunie Ludu", organie PZPR33. W tym samym 1949 roku ukazał się jego poemat Noc komunarda oraz satyry zebrane w książeczce Weekend mister Smitha, a w roku 1950 zbiór reportaży Szkoła dwustu milionów. Napisał poemat o gen. Karolu Świerczewskim, a także przygotował wybór wierszy o Feliksie Dzierżyńskim. W 1950 roku za poemat o Świerczewskim otrzymał jedną z nagród państwowych III stopnia, co było wielkim wyróżnieniem.
W styczniu 1950 na łamach tygodnika "Odrodzenie" Woroszylski opublikował obszerny artykuł, w którym streścił dyskusję z moskiewskiej "Litieraturnoj Gaziety", gdzie postulowano powrót do poetyki Majakowskiego. Zauważał od siebie, że Majakowski jest zjawiskiem, obok którego nie mogli przejść obojętnie Neruda, Broniewski, Aragon, Brecht.
"Rzekło się, że w antagonistycznym społeczeństwie klasowym dyskusje literackie również mają sens klasowy. Kiedy u nas po wojnie, w warunkach rozwijającej się i umacniającej swe pozycje rewolucji ludowej, w warunkach ostrej walki klasowej, kilku młodych poetów świadomie przyjęło jako ideologiczny punkt wyjścia swej twórczości tradycję Włodzimierza Majakowskiego, spotkali się oni z niechęcią lub wręcz wrogością niektórych innych poetów i redaktorów pism literackich. Dzisiaj, bogatsi o ważkie doświadczenia polityczne ostatnich lat, potrafimy wysnuć diagnozę: teoryjka o "niepowtarzalności" Majakowskiego była zwykłym przeniesieniem na grunt literacki gomułkowskiej "polskiej drogi do socjalizmu", rzekomo zasadniczo odmiennej od drogi radzieckiej. Majakowski był "nie-polski" i "niepowtarzalny", ale bardzo swojscy i godni naśladowania byli trzeciorzędni poeci francuscy okresu rozkładu sztuki mieszczańskiej. Jak zwykle, antyradziecki nacjonalizm i burżuazyjny kosmopolityzm stanowią dwa oblicza jednej reakcyjnej ideologii. [...]
Czego tylko nie bronili przeciwnicy "majakowszczyzny"! Bronili "dobrego rzemiosła" i "tradycji kulturalnej" przed nieukami i barbarzyńcami. Bronili "doskonałej formy klasycznej" przed brutalami rozbijającymi zwrotkę"34.
Nazwiska wprawdzie nie padły, ale wyraźnie chodziło autorowi o krąg "Kuźnicy". Zdania te brzmiały groźnie jako napiętnowanie burżuazyjnych i reakcyjnych postaw wśród literatów, będących odpowiednikiem "odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego" Gomułki, za które został potępiony, wyleciał z partii, choć w tym czasie nie był jeszcze aresztowany. Woroszylski żądał od pisarzy spójności treści i formy, poglądów i warsztatu literackiego. Pochwalił zatem i podał jako przykłady właściwe utwory Andrzeja Brauna i Romana Bratnego, ale też krytykował inny wiersz Brauna i samego siebie, pisząc, że zdarzało mu się "ulegać pociągowi do formalistycznych eksperymentów". Tylko z braku miejsca nie rozwinął odrębnego tematu, "jakim jest działalność jawnych przeciwników Majakowskiego (Jastrun, Hertz, Jerzy Miller)". Skrytykował natomiast zdecydowanie lirykę Stanisława Wygodzkiego, pisarza przed wojną związanego z KPP i nadal uważanego za przedstawiciela radykalnej lewicy.
Pod koniec pouczał: "Wybór tradycji ma sens ideologiczny. Z wyboru światopoglądu wynika wybór tradycji. I podobnie jak wszyscy Polacy wybierający światopogląd marksistowsko-leninowski stają się tym samym jedynymi prawymi spadkobiercami polskiej myśli postępowej minionych wieków, tak poeci polscy, świadomie wybierający w swej twórczości tradycję Włodzimierza Majakowskiego, wybierają jednocześnie całą rewolucyjną tradycję polskiej myśli narodowej, poezji Mickiewicza i Broniewskiego"35.
Artykuł z atakiem na wielu partyjnych pisarzy o mocnej pozycji, połączony z radykalnym wezwaniem do naśladowania Majakowskiego, rezygnacji z estetyzmu, sentymentalizmu, liryki oderwanej od problemów ideologii oraz usytuowania tej ideologii ponad innymi wartościami kultury, mógł szokować. Alicja Lisiecka oceniła, że był to najbardziej charakterystyczny w dziejach literatury powojennej pamflet, w którym autor zmieścił "fanatyzm polityczny, gorycz i "nieprzystosowanie" wschodzących gwiazdek w konstelacji ciał niebieskich o dawno uznanych nazwach, nieprzebierające w środkach ataki personalne, zafascynowanie publicystyką i pisarstwem radzieckich kolegów, bunt "romantyka" przeciw "klasykom", "nowoczesnych" przeciw "konserwatystom", "młodych" przeciwko "starym""36.
Artykuł wywołał dyskusję i polemiki na łamach "Odrodzenia", "Kuźnicy", a nawet "Trybuny Ludu", gdzie zarzucono Woroszylskiemu "formalizm", wspominając też o "sekciarskich przegięciach". Jak pisze Lisiecka, manifest Woroszylskiego "rozpętał spór niebezpieczny w skutkach, ale częściowo jeszcze kontrolowany przez istniejące zespoły redakcyjne. Tak czy inaczej, ściągnął on gromy nie tylko na głowę Woroszylskiego i stał się zamachem nie tylko na etaty redaktorów "Kuźnicy""37. Na zebraniu Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR przy Związku Literatów Polskich 17 lutego atakowani i atakujący ścierali się w dyskusji, ale reprezentujący KC PZPR Jerzy Albrecht potępił Woroszylskiego za zarozumialstwo i brak konsultowania tak ostrego wystąpienia z władzami partii38. Woroszylski kilka lat później ocenił, że w artykule "nie ustrzegłem się fanatycznej jednostronności, zdań niesprawiedliwych i takich, w których można było odczytać insynuacje". Na partyjnym zebraniu literatów nie mógł zrozumieć, że atakowano go także za to, iż nie potępił Gałczyńskiego, który miał przed wojną związki z ONR, ale po wojnie cieszył się opieką Borejszy. "W artykułach Borowskiego i moim na łamach "Odrodzenia" dopatrzono się elementów reżyserowanej przez Borejszę kampanii"39. Ideolog i druga osoba w PZPR Jakub Berman od dawna pragnął pomniejszyć wpływy Jerzego Borejszy w kulturze; w 1948 roku pozbawiono go funkcji prezesa Spółdzielni "Czytelnik". Teraz nadarzyła się kolejna okazja. 2 marca 1950 Sekretariat KC PZPR zaakceptował propozycję Bermana reorganizacji pism "Kuźnica" i "Odrodzenie", w miejsce których miał powstać tygodnik "Nowa Kultura"40. Przyjmuje się, że opublikowanie przez Borejszę artykułu Woroszylskiego było przyczyną likwidacji "Odrodzenia". W rzeczywistości decyzję przygotowywano wcześniej, publikacja artykułu była jedynie pretekstem umożliwiającym jej przeprowadzenie41.
Woroszylski wszedł do redakcji "Nowej Kultury", w której dominowali "kuźniczanie", a "pryszczatych" reprezentowali też Borowski, Braun i Tadeusz Konwicki. Po powrocie ze Szczecina przez rok był zatrudniony w "Sztandarze Młodych", adresowanym do młodzieży. Nowe instrukcje dla literatów o realizmie socjalistycznym przyjmował ze zrozumieniem i akceptacją, jak o tym świadczy cytowany jego tekst z 1947 roku o potrzebie kształcenia i rozwijania nowej inteligencji robotniczego i chłopskiego pochodzenia. Teraz chodziło o dokumentowanie i uwznioślenie pracy fizycznej w fabrykach, budownictwie i na roli. Woroszylski postulował wysyłanie młodych literatów na wieś, do fabryk, na prowincję. "Niech ich pobyt tam trwa miesiąc-dwa. Wyniosą oni stamtąd niezbędne doświadczenie obcowania z żywymi chłopami i robotnikami, o których życiu wielu chce pisać, nie mając o nich zielonego pojęcia". Wyraził też nadzieję, że określony odbiorca robotniczo-chłopski wpłynie dodatkowo na twórczość42. Sam próbował dać przykład. W 1950 roku pojechał na tydzień do Nowej Huty, by przyglądać się pracy i życiu junaków. Wynikiem obserwacji był poemat Świt nad Nową Hutą43. Na 1 maja w "Sztandarze Młodych" na pierwszej stronie wydrukowano jego wiersz My, zaczynający się od zwrotki: "Jeżeli wydobywamy węgiel - / to tyle, by słońce zazdrościło: gorąco! / Jeżeli cegły dokładamy do cegieł - / to tak, by niby jaskółki śmigały nam z rąk, / w mury fabryk i mieszkań rosnąc"44. W 1951 roku wraz z Andrzejem Braunem i Andrzejem Mandalianem opublikował zbiór wierszy Wiosna sześciolatki.
Wśród publikacji Woroszylskiego z okresu 1949-52 sporo jest takich, które wyrażały główny nurt stalinowskiej propagandy. Pisał na przykład: "Twórczość literacka - to nieustanna walka ideologiczna i walka o jakość, walka z wrogiem klasowym i walka ze zrutynizowanym pisarzem z naszego obozu, walka na zewnątrz i wewnątrz umysłu pisarza"45. W innym artykule rozwodził się nad "komsomolskim bohaterem" Pawłem Korczaginem46. Kiedy indziej chwalił spółdzielnię produkcyjną47. Czołobitnie zwracał się do prezydenta Bieruta48 i chwalił projekt nowej konstytucji, twierdząc: "Budujemy zupełnie nowy świat, bez porównania piękniejszy i lepszy od starego"49. Wielbił trwającą "rewolucję": "Mamy zdrowe nerwy. Nie słuchamy wieczorami Głosu Ameryki. Wolimy słuchać reportaży z wielkiej budowy, audycji popularnonaukowych o pracach Olgi Lepieszyńskiej, koncertów symfonicznych. Czasami zaś dobiega nas z Moskwy spokojny głos człowieka, który zawsze mówi prawdę". Obok na wielkiej fotografii ukazano twarze Lenina i Stalina50. Dramatyczne wydarzenia tych lat w środowisku literatów, także udział w nich Woroszylskiego, omawiają Anna Bikont i Joanna Szczęsna w książce Lawina i kamienie.
Twórczość poetycka Woroszylskiego była przedmiotem zainteresowania krytyków, którzy nie szczędzili jej uwag. Wnikliwej recenzji doczekał się już w 1951 roku w tygodniku "Dziś i Jutro", piśmie "postępowych katolików" tworzących PAX. Zygmunt Lichniak, przyznając Woroszylskiemu talent, zarzucał mu prozaizmy, które stają się manierą, "anemię obrazu", brak rytmu i muzyczności, które były tak ważną cechą wierszy Majakowskiego51. Liczne uwagi miał też Andrzej Drawicz, młody krytyk, ideowo bliski Woroszylskiemu52. Kilka lat później Witold Wirpsza ocenił: "Ileż dowodów niewydolności rzemiosła! To wszystko są niewątpliwe wady tej poezji. Rzecz jednak w tym, że tymi tylko kryteriami mierzyć tych wierszy się nie da. Z każdego nieomal, najbardziej nawet niewydarzonego utworu wyłania się postać autora, jego namiętna osobowość, jego życie wewnętrzne, jego tendencja polityczna. Żelazo - jeśli wolno użyć takiego porównania - ma czasem kształt niedokładny, ale rozżarzone jest do czerwoności. [...] Tendencyjność jest właściwie miarą potrzeby wewnętrznej pisarza, daje świadectwo prawdzie i samodzielności"53. Włodzimierz Maciąg oceniał, że utwory Woroszylskiego są "manifestacją rewolucjonizmu". "Gorący czas, gorąca sprawa przysłaniają niedowład warsztatu. Sztuka okresu jest przeciwieństwem akademickości. Poezja staje się sztuką apostrofu i wykrzyknika. Kameralność staje się wtedy izolacją i indyferentyzmem". Zarazem zauważył, że poezja Woroszylskiego w pewnej chwili znalazła się w próżni. Nie stworzył własnej konwencji, własnego świata poetyckiego, wiersze "oddychały powietrzem historii, wydarzeniami dnia w najdosłowniejszym rozumieniu, pozbawiono je samodzielności przemyśleń, samodzielności sądu. Kiedy minął okres, którym one żyły, pojawia się niemoc"54.
Kilka lat później Woroszylski sam dokonał podsumowania swoich osiągnięć poetyckich. "Każdy romantyzm ma swoich klasyków, przeciwko którym powstaje; również ja i moi współdebiutanci (nie byłem bowiem osamotniony) bez trudu znaleźliśmy swoich; w refleksyjności i harmonii wewnętrznej poezji uprawianej przez starszych od nas autorów dopatrywaliśmy się konformistycznego ugrzecznienia i mdłego tradycjonalizmu. Nasz bunt realizował się w języku i formie - w zgrzycie rytmicznym i fonicznym, frazie sprozaizowanej, niedokładnym rytmie, w słownictwie brutalnym, potocznym, często wiecowym i gazetowym [...]. Znajdował w tym również upust dający o sobie znać - wbrew zawartości wierszy - pociąg do realizmu, do prawdziwego życia. Dziś myślę, że jeżeli było w moich próbach coś godnego uwagi, to bodaj właśnie te elementy formy. Ówczesna krytyka - nie dostrzegając ubóstwa powtarzających się treści - zajęła się starannym kompromitowaniem poetyki. [...] Nie cenię swoich kolejnych zbiorków - może wyjąwszy pewne fragmenty Wiosny sześciolatki [...], tu żywa obserwacja stawiała opór niwelacyjnym pokusom. Trzeba było jednak czasu, żeby ponownie przemówić własnym głosem. Sądzę, że nastąpiło to w tomiku Z rozmów 1955"55.
Krytyczne recenzje i poczucie kryzysu być może ułatwiły Woroszylskiemu decyzję, by oderwać się i wyjechać do Moskwy, gdzie żona Janina, z zawodu biolog, została wytypowana na studia doktoranckie. Wiktor podjął studia w Instytucie Literackim im. Maksyma Gorkiego jako stypendysta, który miał zgłębiać poezję rosyjską lat dwudziestych XX wieku. Do Moskwy wyjechał wraz z żoną w październiku 1952. Poprzednio był w ZSRR w 1949 roku, a po powrocie dzielił się z czytelnikami "Kuriera Szczecińskiego" bardzo pozytywnymi obserwacjami. Zauważał opiekę nad młodzieżą, domy kultury, przyzwoite mieszkania kołchoźników56. Nie pisał i nie mógł pisać o obserwacjach negatywnych, a czy je poczynił? Tego nie wiemy. Wyjazd na stypendium do "ojczyzny światowego proletariatu" był z pewnością dowodem uznania jego dotychczasowej postawy ideowej. Był okazją do zapoznania się z rosyjską kulturą, także porewolucyjną literaturą, potem obłożoną rozmaitymi zakazami czy ograniczeniami rozpowszechniania. Woroszylski mógł dogłębnie studiować twórczość i losy swego nadal ulubionego Włodzimierza Majakowskiego. Dla dalszych perspektyw jego rozwoju jako pisarza była to inwestycja cenna i otwierająca - jak się okazało - duże perspektywy.
W Związku Radzieckim pojawił się pod koniec 1952 roku, zaraz też wybuchła "sprawa lekarzy", rzekomych trucicieli sowieckich przywódców. Atmosfera była gęsta, obawiano się represji. Samuel Sandler, kolega z ZWM w Łodzi, wówczas już pracownik Instytutu Badań Literackich, który przyjechał do Moskwy z delegacją naukową PAN, wspominał spotkanie z Woroszylskim - przyszedł on do hotelu, gdzie zatrzymał się Sandler. "W hotelu od razu odciągnął mnie na bok i ściszonym głosem powiedział: "Słuchaj, tu jest piekło. Tu nie ma ani komunizmu, ani socjalizmu, tu jest bandytyzm"". Wyszli z hotelu, w kawiarni Woroszylski opowiadał straszne rzeczy. Nazajutrz spotkali się w prywatnym mieszkaniu, Woroszylski przyprowadził znajomego, Aloszę, filozofa piszącego doktorat. "Usiedliśmy i Alosza z Wiktorem zaczęli opowiadać, co się tu dzieje. W ZSRR trwała właśnie kolejna odsłona walki z kosmopolityzmem. [...] Jeden mówił, że NKWD morduje, a drugi, że miliony wysyła do łagrów. Jeden, że politbiuro na ulicach porywa kobiety, a drugi przebijał go i natychmiast dodawał, że dla Berii, bo Beria je gwałci. I że w ogóle wszyscy kradną, oszukują i boją się, bo każdy donosi na każdego"57. Sandler datuje tę rozmowę na rok 1954, ale wspominanie Berii jako zagrożenia sugeruje, że odbyła się zimą 1952/53.
W marcu 1953 umarł Stalin. W relacji z jego pogrzebu Woroszylski pisał: "Czułem, że kiedy tak stali na warcie, cała Polska z nimi stała, cała ojczyzna nasza, której Stalin dał wolność i szczęście"58. Parę miesięcy później aresztowano i zabito Berię, szefa bezpieki. Zaczęła się ostrożna liberalizacja, z łagrów zwalniano ludzi, poluzowano gorset, który ściskał kulturę, Woroszylski spotkał uwolnionych z łagrów, na przykład Nauma Korżawina, wdowę po Jasieńskim i innych, którzy opowiadali przerażające historie59. Wtedy zaczął pisać dziennik, a obserwacje i oceny z tego czasu otwierają niniejszy tom.
"Odwilż" Woroszylski próbował przenosić do Polski. Na Zjeździe Związku Literatów Polskich, który odbył się 10 czerwca 1954 z udziałem członków najwyższych władz PZPR, wystąpił z przemówieniem, w którym opowiedział o klimacie dyskusji literackich toczących się w ZSRR, i w tym kontekście krytykował dotychczasowe praktyki w Polsce. Mówił, że dotąd uważano, iż trwają zmagania "nowego" ze "starym". Ale prócz tej trwającej walki jest "niepożądany rezultat obrony, obawa przed samodzielnym formułowaniem [myśli], dogmatyzm, talmudyzm. Nie jest to "stare", nie jest to przeżytek kapitalizmu; nie, to coś nowego, związanego z naszym ustrojem, ale niedobrego, szkodliwego". Odniósł się do dyskusji, jaka odbyła się na przełomie 1953/54 roku po opublikowaniu przez "Nową Kulturę" pamiętnika uczennicy. W tym kontekście mówił, że nie należy dziwić się, iż uczennice przestały pisać pamiętniki, "skoro po [jego] przypadkowym ujawnieniu można zarobić na miano "wroga"". Dowodził, że w Związku Radzieckim sztuka powstaje w dyskusji, ścieraniu się nurtów, a zatem błędne jest kopiowanie, akceptowanie każdej wypowiedzi radzieckiej, każdego radzieckiego krytyka. Nie ma już bowiem jednego radzieckiego głosu60. Przemawiał w dużym napięciu, w trakcie wystąpienia zasłabł, co odnotowano w protokole, dokończył po ogłoszonej wówczas przerwie. Wystąpienie po cięciach cenzury zostało opublikowane w "Nowej Kulturze"61.
Maria Hirszowicz w swej ważnej książce o związkach między komunizmem a intelektualistami podkreśla, że należący do wspólnej rodziny z totalitaryzmami prawicowymi komunizm, "powołując się na szczytne ideały i odwołujące się do szczęścia ludzkości hasła", budował system będący ich zaprzeczeniem. "Była to ideologia odwołująca się do ogólnoludzkich wartości, wskazująca na potrzebę walki o sprawiedliwość społeczną, potępiająca ucisk, dyskryminację narodów i ukazująca perspektywę świata wolnego od wyzysku i nierówności społecznych". Istota komunizmu polega nie tylko na strukturach totalitarnej władzy, ale też na "odurzającym oddziaływaniu ideologii, ułatwiającej maskowanie rzeczywistej istoty owych działań". Była to sytuacja, gdy "poddając się indoktrynacji, uznajemy fałsz za prawdę" lub "zaczynają działać w naszej podświadomości mechanizmy obronne, uodporniające na informacje sprzeczne z naszymi przekonaniami"62. Te mechanizmy wsysały do systemu wielu, w tym Woroszylskiego. "Odwilż" i ujawnienie zbrodni Stalina pozwoliło przejrzeć na oczy.
Rewizjonizm
W drugiej połowie lutego 1956 w Moskwie obradował XX Zjazd Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, na którym Nikita Chruszczow wygłosił tajny referat o zbrodniach Stalina. Był to punkt zwrotny destalinizacji, początek szukania odpowiedzi na pytania o przyczyny zła, które umożliwiły głębokie - jak mówiono - wypaczenia. Na Zjeździe ogłoszono także komunikat o uznaniu za nieuzasadnione oskarżeń wysuniętych wobec Komunistycznej Partii Polski i jej rozwiązania przez Komintern w 1938 roku. Na podstawie tych oskarżeń represjonowano i zabito ponad 4 tysiące działaczy tej partii, w tym jej przywódców. Dla polskich komunistów stwierdzenie bezpodstawności wymordowania kadry partii było dramatycznym komunikatem. Przed powrotem z Moskwy do Warszawy 12 marca zmarł Bolesław Bierut. Na nowego I sekretarza Komitet Centralny wybrał 20 marca Edwarda Ochaba.
Ogłoszony w "Nowej Kulturze" 25 marca artykuł Woroszylskiego Materiały do życiorysu zbiegał się więc z początkiem nowego etapu politycznego oraz początkiem wielkiej dyskusji w partii po ujawnieniu treści referatu Chruszczowa, co nastąpiło w kwietniu. Woroszylski przedstawiał swoje powojenne zaangażowanie, uzasadniał i bronił swoich wyborów na rzecz rewolucji, zarówno politycznych, jak i w twórczości. Przyznawał: "Chcieliśmy z literatury uczynić broń rewolucji, a jedyną zasadą, jaka nam przyświecała, była zasada partyjności sztuki". Pierwsze załamanie przeżył w 1950 roku, kiedy zablokowano mu druk artykułu w "Trybunie Ludu", w którym chciał odpowiedzieć na zarzuty, jakie wysunięto w związku z publikacją w "Odrodzeniu" Batalii o Majakowskiego. Spotkał się wówczas z dwulicowością dygnitarzy. Dalej było gorzej. "Pozwoliliśmy wmówić sobie, że poczucie pokoleniowej wspólnoty jest rzeczą zdrożną. Pozwoliliśmy wmówić sobie, że najgroźniejsze w naszych utworach są rozmaite "rozwichrzenia", "antyestetyzmy", "brutalizmy", ideał zaś socjalistycznej poezji stanowi układne, spokojne zdanie, unikające zbyt emocjonalnej inwersji i pokorne tradycyjnym, dziewiętnastowiecznym rytmom. [...] Pozwoliliśmy wmówić sobie, że są nazwiska, których nie wolno wymieniać, i że to wcale nie jest fałszowanie historii, tylko jej rewolucyjna perspektywa, że są inne nazwiska, które stale należy wymieniać, i że to wcale nie jest dworactwo, tylko ideowość. Pozwoliliśmy wmówić sobie, że nasze natchnienie może podlegać, w związku z rocznicą bądź jubileuszem, mobilizacji w trybie administracyjnym". Pisał dalej o początku lat pięćdziesiątych: "Jeździliśmy na kongresy pokoju i festiwale młodzieży, zasiadaliśmy w prezydiach, wybierano nas do władz ZMP, ZLP, POP, PKOP itd., przemawialiśmy, ogłaszaliśmy "wypowiedzi na temat", udzielaliśmy porad literackich, a im dalej, tym bardziej jałowa i formalna stawała się cała ta krzątanina, tym mniej mieliśmy czasu i zapału do pisania, tym większe zadośćuczynienie wybujałej miłości własnej dawał wielki świat pozorów, w którym ugrzęźliśmy".
Woroszylski nie odcinał się od swojej twórczości z tych lat, widział jej walor w ideowości, ale też zaznaczał: "Wiosna sześciolatki stanowi charakterystyczny dokument owej poezji kontrolowanego widzenia. Oczywiste braki artystyczne tej książeczki mało mnie dziś obchodzą. Nie przestaje dokuczać pamięć o problemach i konfliktach, do których odwróciliśmy się plecami w przeświadczeniu, że jedynie godna partyjnej poezji, odzwierciedlającej budownictwo socjalistyczne, jest nuta patetycznej afirmacji". W rezultacie w 1952 roku byliśmy tylko "urzędowymi piewcami partii i władzy ludowej. Partia - to było kierownictwo, władza ludowa - zupełna abstrakcja. Wszelka odpowiedzialność za kształtowanie rzeczywistości wymknęła nam się z rąk".
Kiedy w październiku 1952 wyjechał do Moskwy, zetknął się z kulminacją beriowszczyzny i jej produktem - sprawą lekarzy. "Nie potrafiłem i nie śmiałem domyślać się, że cała sprawa jest fałszerstwem. Przeraziła mnie jednak towarzysząca jej faszyzacja nastrojów, dzikie wykoślawienie świadomości ludzkiej, demoralizacja młodzieży". Pierwszej zimy w Moskwie "trudno mi było oddychać", "czułem się [...] jak podejrzany intruz w tajemniczej twierdzy". W życiu literackim zobaczył biurokrację, asekuranctwo, nacisk administracyjny, dogmatyzm i schematyzm oraz bezlitośnie stosowaną zasadę autorytetu. Pomieszanie kryteriów osiągało szczyty, pod niebiosa wynoszono grafomanię, ambitniejsze utwory obrzucano błotem. "Zadawałem sobie pytania: kim jestem? czemu służę? jaki świat buduję i opiewam? [...] Przeświadczenie o słuszności komunizmu nie zostało we mnie zachwiane. Tylko w praktyce był jakiś tragiczny błąd, ale jaki, gdzie? Tego nie wiedziałem. Nieomal beznadziejnie borykałem się z goryczą, chaosem, zwątpieniem".
W lipcu 1953 znalazł się w kraju. Dzielił się zwątpieniem, mówił o obserwacjach. Rozmawiał ze starymi przyjaciółmi. "Niektórzy odwrócili się ode mnie: "załamał się, scyniczał, zwichnął kręgosłup". Z większością znalazłem wspólny język". Wielu podzielało te nastroje, nimi uwarunkowana była "odwilż". Ale umożliwiły ją wydarzenia w ZSRR.
Woroszylski wskazywał perspektywę - ujawnienie trudnych spraw, co jest konieczne i nieuniknione. "Być może czekają nas jeszcze liczne zwątpienia i gorycze, zanim doprowadzimy do końca rewizję poglądów na wydarzenia w międzynarodowym ruchu komunistycznym po śmierci Lenina. Trudno, wytrzymamy. Niech trwa okres wielkiego zwątpienia, albowiem jest on zdrowszy i owocniejszy od marazmu maskowanego hurraoptymizmem i rewolucyjnymi hasłami. [...] Ze swoją goryczą i sceptycyzmem, z nieobliczalnymi stratami moralnymi - jesteśmy bogaczami. Z powrotem stajemy się komunistami, stajemy się partią. [...] Przestaliśmy nią być, kiedy straciliśmy zaufanie do własnego sumienia, kiedy ulegliśmy naciskowi pseudopartyjnej scholastyki, kiedy najwyższą cnotą rewolucyjną wydała się nam karność i operatywność wykonawców. [...] Nie jesteśmy posłuszni - jesteśmy czujni. Działamy z własnej inicjatywy, z własnej potrzeby działania. Podejmujemy wielkie ryzyko i wielką szansę"63.
Woroszylski wspominał, że rewelacje XX Zjazdu nie były już dla niego odkryciem. "Wstrząsnęło nie to, co powiedziano, ale to, że powiedziano. [...] Nigdy przed tym nie słyszałem w Moskwie rozmów tak szczerych jak tej wiosny. [...] Ludzie, którym pozwolono myśleć i tworzyć, odzyskiwali swą godność, odkrywali sens życia. Poznałem też powracających z dna piekieł, wyzwolonych z żelaznej obręczy koła podbiegunowego. Nie wszystkich złamało wieloletnie cierpienie"64.
W połowie 1956 roku Woroszylski obronił dysertację Niektóre problemy rozwoju realizmu socjalistycznego w poezji radzieckiej w latach 20-tych i otrzymał stopień kandydata nauk65. Odpowiadało to stopniowi doktora. Korzystając z "odwilży", która oznaczała też swobodę podróżowania po ZSRR, w maju i na początku czerwca odbył podróż na daleką sowiecką prowincję - do Kazachstanu i Uzbekistanu. Obserwacje z tej podróży zapisywał i znajdzie je czytelnik na początku niniejszego tomu.
Do kraju powrócił w lipcu 1956, już po poznańskich wystąpieniach robotniczych, stłumionych przemocą. Bunt klasy robotniczej przeciw robotniczej - w języku ideologii - władzy był problemem dla wierzących komunistów, wymagał wytłumaczenia, ale i rodził pytania o potrzebę głębokiej korekty ustrojowej. W centralnym aparacie władzy rozwinęły się dwa projekty reagowania na kryzys. Natolińczycy - tak ich nazywano - głosili potrzebę konsolidacji aparatu władzy, zduszenia dyskusji o reformach, a zatem zrzucenia odpowiedzialności za "błędy" poprzedniego okresu na towarzyszy żydowskiego pochodzenia. Popularność zamierzali zyskiwać przez odwołanie się do antysemityzmu oraz demagogii socjalnej, przez akcentowanie robotniczego charakteru reżimu, awansu robotników w ramach partii, podwyżki płac. Tę orientację popierała Moskwa i jej ambasada w Warszawie. Woroszylski w dzienniku nazywał ich także "witaszewszczyzną" od nazwiska gen. Kazimierza Witaszewskiego, szefa Głównego Zarządu Politycznego wojska. Orientację przeciwną reprezentowali puławianie, czyli działacze popierający "odwilż", widzący potrzebę szukania korekt ustrojowych dających możliwość wyrażania się przynajmniej jakiejś części opinii publicznej, przeciwni dławieniu dyskusji, szukający poparcia inteligencji, także tej, która pozostawała dotąd na wewnętrznej emigracji. Celem puławian było uzyskanie dla ustroju poparcia czy choćby przyzwolenia istotnej części społeczeństwa, a więc zwiększenie jego legitymizacji. Puławianie dążyli też do zwiększenia autonomii Polski wobec Moskwy, sprzeciwiali się drobiazgowym ingerencjom w sprawy polskie. Obie frakcje starły się na VII Plenum Komitetu Centralnego 18-28 lipca, ale wielodniowa debata nie dała wyniku. Kryzys trwał.
W kierownictwie PZPR, czyli Biurze Politycznym i Sekretariacie, panowała względna równowaga sił. I sekretarz Edward Ochab był ortodoksyjny i przeciwny głębszym zmianom, ale w praktyce ulegał raczej puławianom skupionym wokół Romana Zambrowskiego oraz młodych sekretarzy KC - Jerzego Morawskiego, Władysława Matwina, Jerzego Albrechta. Ci ostatni więzami pokoleniowymi i towarzyskimi byli połączeni z partyjną inteligencją związaną z centralnymi pismami i partyjnym środowiskiem dziennikarzy i literatów, także z "Nową Kulturą". (Na przykład redaktorem naczelnym dziennika "Sztandar Młodych" była żona Morawskiego - Irena Tarłowska). Tę bliskość zaświadczają zapiski w dzienniku Woroszylskiego z października 1956. Istotne znaczenie dla układu sił miało poparcie dla puławian Komitetu Warszawskiego PZPR, kierowanego przez Stefana Staszewskiego, którego prawą ręką i łącznikiem z młodymi był Stanisław Kuziński. Po przeciwnej stronie - Natolina - asem był marszałek Konstanty Rokossowski, przysłany do Polski w 1949 roku z Moskwy dla zsowietyzowania polskiej armii i wymuszenia podporządkowania polskiej gospodarki interesom militarnym ZSRR. W 1956 roku stał nadal na czele armii i przez Moskwę był traktowany jako gwarant utrzymania lojalności PRL. Natolińczykom zapewniał poczucie siły66.
Powracający do Warszawy Woroszylski z pewnością w ciągu kilku dni uzyskał od znajomych głęboką wiedzę o tych podziałach i związanych z nimi personaliach. W naturalny sposób był związany ze środowiskiem literatów, dziennikarzy, młodych naukowców oczekujących radykalnych zmian i złamania natolińskiej konserwy, a także nadania postawie komunistycznej nowego znaczenia w sensie intelektualnym. Do najważniejszych i najpopularniejszych przewodników tej postawy należał Leszek Kołakowski, długoletni przyjaciel Woroszylskiego. Kołakowski, w 1956 roku już profesor Uniwersytetu Warszawskiego, opublikuje w "Po Prostu" esej Sens ideowy pojęcia lewicy oraz na łamach "Przeglądu Kulturalnego" cykl esejów Światopogląd a życie codzienne, które były fundamentem myślenia nazwanego potem rewizjonizmem. Chodziło o taką rewizję marksizmu, by odrzucić jego urzędową, sowiecką wersję, odwołać się do intelektualnych źródeł, samego Marksa, pism młodego Marksa, a zatem przywrócić idei jej funkcje mobilizowania do realizacji wolności człowieka, wolności myśli, etosu radykalnej lewicy, zarazem otwartość na inne systemy lewicowego myślenia. Rewizjonizm odrzucał koncepcję partii-aparatu kontrolującego państwo i życie społeczne, pragnął ożywić społeczeństwo, wyzwolić autentyczny ruch oddolny robotników i inteligencji, który rozbije biurokrację, mechanizmy panowania i nadzoru, odda robotnikom kontrolę nad fabrykami, będzie stopniowo tworzył nowy ustrój ludowładztwa. Cel był słabo określony, ale drogą do niego miało być wielkie poruszenie społeczne, aktywizacja mas, wolność dyskusji i krytyki, przywrócenie autentyczności wyborów.
Na III Plenum Zarządu Głównego ZMP, które obradowało 18-23 sierpnia, Woroszylski 20 sierpnia wygłosił zasadnicze przemówienie. Istniejącą sytuację określił bez niedomówień jako klęskę. "Polega owa klęska na tym, że w rezultacie 12 prawie lat rządów naszej partii w Polsce Ludowej ludzie odwrócili się od partii, przestali jej ufać, przestali traktować poważnie wysuwane przez partię perspektywy gospodarcze i społeczne, zobojętnieli w stosunku do wizji socjalizmu wymalowanej na sztandarze partii. [...] Z grubsza znamy źródła klęski - leżą one w tym kompleksie zwyrodnień ruchu rewolucyjnego, który zapewne przejdzie do historii pod nazwą stalinizmu". Zarazem pytał, czy można przeciwstawić się stalinizmowi, rezygnując ze zbadania jego korzeni, poprzestając na twierdzeniu, że wraz z likwidacją kultu jednostki zlikwidowany został stalinizm. Czy "owa niechęć do głębszej analizy stalinizmu to przypadkiem nie symptomy jego utajonego życia?". W ZMP, który określił jako odnogę aparatu partyjnego, klęska przybrała postać katastrofy: "Nie skłoniliśmy przeważającej części młodzieży do serdecznego zaangażowania się po stronie socjalizmu, nie daliśmy młodzieży idei, którą by pokochała, nie daliśmy jej oparcia moralnego, nie daliśmy jej wiary, nie ocaliliśmy młodzieży przed bezideowością, cynizmem, deprawacją". ZMP nie istniał 28 czerwca w Poznaniu. "Jesteśmy abstrakcją, niezmaterializowaną ideą, pozycją w biurokratycznym sprawozdaniu, bóg wie czym, tylko nie żywą rewolucyjną organizacją młodzieży".
Radykalizmowi krytyki towarzyszył radykalizm propozycji na przyszłość. Woroszylski mówił: "Wyobrażam sobie Związek, który nie byłby jednym z kilku równolegle działających pionów aparatu państwowego, pilnującym dyscypliny pracy i nauki oraz mobilizującym masy do walki ze stonką ziemniaczaną, lecz bojową, ideową organizacją przodującej młodzieży, walczącą o socjalizm, to znaczy o gospodarkę wiodącą do dobrobytu, lub o rzeczywiste ludowładztwo na wszystkich szczeblach, o praworządność, o postęp techniczny, o kulturę, o stosunki między ludźmi prawdziwie godne człowieka.
Wyobrażam sobie Związek, którego ogniwa w tej walce o socjalizm nie cofałyby się przed drastycznym konfliktem nie tylko z poszczególnym kacykiem i biurokratą, ale i z wyższą instancją i z władzą partyjną lub państwową, i z wszelkiego rodzaju najbardziej niewątpliwym autorytetem, bijąc się o słuszną sprawę do upadłego.
Wyobrażam sobie Związek, którego stosunki z partią nie układałyby się wyłącznie na zasadzie ślepego podporządkowania, lecz na zasadzie szczerej, serdecznej współpracy i pomocy, niewykluczającej samodzielnego formułowania wniosków politycznych i przedsiębrania nieuzgodnionych kroków organizacyjnych".
Taki związek młodzieży nie powinien rościć sobie prawa do reprezentowania całej młodzieży, ale skupiać "rzeczywiście najlepsze rewolucyjne siły", by swoją postawą, dynamiką wpływać "na całą młodzież i nie tylko na młodzież, na kraj, na losy polskiej rewolucji socjalistycznej". Ale czy może istnieć taki związek "obok partii, która nie otrząsnęłaby się ostatecznie z przeżytku w stalinizm [pow. być: przeżytków stalinizmu], która nie byłaby partią odrodzoną, odnowioną w sensie politycznym, moralnym i organizacyjnym?". Czy wysiłek kształtowania takiego związku nie natrafi na "opór kierownictwa partyjnego, na ingerencję paraliżującą inicjatywę młodzieży, hamującą, onieśmielającą? Czy na samo kierownictwo partii nie będzie wywierany nacisk z zewnątrz, zmierzający do utrudzenia [pow. być: utrudnienia] samodzielności organizacji młodzieży polskiej, do stłumienia jej pasji krytycznej i odnowicielskiej?".
Na koniec Woroszylski postawił pytanie, czy nie jest słuszna propozycja wysunięta przez "Po Prostu", "aby ZMP rozwiązać i "zacząć życie od nowa" - od dobrowolnie łączących się dróg rewolucyjnych u młodzieży, z których wyrosłaby nowa organizacja, nieobarczona ZMP-owskim grzechem pierworodnym?"67.
Znaczenie tego przemówienia wynikało nie tylko z radykalizmu zawartych w nim ocen i propozycji, które zmierzały do faktycznych zmian ustrojowych - zniesienia funkcji ZMP jako pasa transmisyjnego partii do młodzieży, stworzenia organizacji zupełnie autonomicznej, z którą kierownictwo PZPR musiałoby się układać. Wystąpienie Woroszylskiego cieszyło się popularnością w aktywie ZMP również ze względu na znaczenie mówcy, znanego jako autor wierszy i licznych wypowiedzi. Dzięki temu jego głos był donośny i trudny do zlekceważenia. Woroszylskiego wybrano do Prezydium Zarządu Głównego ZMP. Entuzjazm podobnie myślących ludzi oddaje odręcznie skreślony liścik Wandy Wiłkomirskiej: "Witku! To było pierwsze przemówienie tak udręczone, jak udręczone są dziś nasze myśli. Chociaż nie umiem już być wobec Ciebie zupełnie obiektywna, czułam, że moje "ściśnięcie w gardle" odmienia całą salę". I dodawała: "Jeśli Cię zamkną, będę Ci nosiła paczki"68.
Władze zareagowały zablokowaniem przez cenzurę publikacji w "Sztandarze Młodych" 21 sierpnia, ale to tylko podgrzało atmosferę. W sejmie podjęto próbę interpelacji, na zebraniu warszawskiego aktywu ZMP 4-6 września podnoszono sprawę zablokowania publikacji przemówienia Woroszylskiego jako dowodu na siłę tendencji neostalinowskich, zamordystycznych. Bardziej wnikliwa analiza stenogramu obrad pokazuje, że przedstawiciele robotniczych organizacji zakładowych, którzy liczebnie dominowali w dyskusji, skupiali się na sprawach związanych z warunkami pracy i mieszkania. Sprawy polityczne podnosili inteligenci, a zakwestionowanie materiału z plenum ZMP wywołał Henryk Gawlik. Mówił, że Urząd Kontroli Prasy stawia się ponad społeczeństwem, "uzurpując sobie prawo łamania podstawowych praw, które przysługują obywatelowi w socjalistycznym społeczeństwie - prawa krytyki wszystkich organów administracji państwowej w tym państwie". Gawlik zaproponował podjęcie akcji protestów przeciw uzurpacji cenzury i kierowania listów do premiera jako zwierzchnika urzędu. Przeciwstawić się wnioskowi próbował Jan Szydlak: "Jakim prawem cenzor ingerował w przemówienie Witka Woroszylskiego? Moim zdaniem - prawem odpowiedzialności". Głos Szydlaka został jednak zakrzyczany, przeszedł wniosek o wysłanie delegacji do cenzury i ściągnięcie jej szefa na salę obrad. Cenzor jednak odmówił stawienia się przed gremium ZMP i składania wyjaśnień. Ostatecznie w rezolucji Warszawskiej Narady Aktywu ZMP znalazły się zdania: "Protestujemy przeciwko zatrzymaniu przez cenzurę niektórych fragmentów przemówienia tow. Woroszylskiego wygłoszonego na III Plenum ZG ZMP i uważamy to za niedopuszczalną ingerencję w wewnętrzne sprawy Związku. Uważamy za niezgodny z prawem fakt, że Główny Urząd Kontroli Prasy staje poza krytyką społeczną"69.
Przebieg tego zebrania zelektryzował kierownictwo PZPR. Na posiedzeniu Biura Politycznego 7 września nad sprawą debatowali członkowie najwyższych władz - Ochab, Franciszek Mazur, Józef Cyrankiewicz, Albrecht, Edward Gierek i Matwin. Byli oni oburzeni brakiem reakcji władz ZMP na wystąpienie Woroszylskiego oraz nieprzeciwstawianiem się projektowi interpelacji do sejmu w sprawie zablokowania tej wypowiedzi przez cenzurę. Biuro postanowiło powierzyć Edwardowi Gierkowi odbycie rozmowy z Prezydium Zarządu Głównego ZMP i 10 września zorganizować spotkanie prezydiów Zarządu Głównego i Zarządu Stołecznego ZMP z członkami kierownictwa70. Przyjęło ono formę spotkania Sekretariatu KC PZPR z aktywistami ZMP, wśród których byli aktualni liderzy, jak Helena Jaworska i Janina Balcerzakowa, oraz wówczas młodzi - Stanisław Kania i Jan Szydlak, przyszli dygnitarze PZPR. Podkreślano, że młodzież nurtują sprawy związane z okresem kultu jednostki, a minione plenum ZMP oceniano pozytywnie. Wyrażono jednak - tu chyba w protokole mowa o stanowisku członków Sekretariatu - niepokój z powodu negowania dorobku dziesięciolecia. "Niepokojące było wystąpienie Woroszylskiego, a zwłaszcza fakt, że nie spotkał się z odpowiedzią ze strony kierownictwa ZMP. Interpelacja w sejmie w sprawie nieopublikowania przemówienia Woroszylskiego również była niesłuszna. Towarzysze ZMP-owcy, nie wnikając w niesłuszne przemówienie Woroszylskiego, główną uwagę skierowali przeciwko cenzorowi. Wystąpienia niektórych towarzyszy miały charakter demagogiczny. Kierownictwo ZMP w swej codziennej pracy winno dążyć do jak najściślejszego powiązania z Partią". Edwarda Gierka upoważniono do przeprowadzenia rozmowy z Woroszylskim71.
Nie wiadomo, czy do takiej rozmowy doszło i jaki miała przebieg. Gierek, który w owym czasie przyznawał się do problemów z formułowaniem myśli, miał słabe wykształcenie i orientację w problemach ideologicznych i kulturalnych, nie mógł być dla Woroszylskiego partnerem do dyskusji. Wyznaczenie go do tej roli dowodziło, że w Sekretariacie nie było nadziei na przekonanie Woroszylskiego, względnie nikt z biegłych w sprawach zasadniczych towarzyszy nie chciał się podjąć roli przywołującego do porządku. Jeszcze 12 października Biuro Polityczne zaleciło Gierkowi i Witoldowi Jarosińskiemu przeprowadzenie rozmowy z Woroszylskim72.
Tymczasem już 22 września Informację o sytuacji zaistniałej po III Plenum Zarządu Głównego ZMP Edward Gierek przesłał członkom Biura Politycznego, ich zastępcom oraz sekretarzom KC PZPR. Była ona w zasadzie powtórzeniem omówionych wyżej ocen Sekretariatu KC73.
Opisana sprawa pokazuje też szerszy kontekst tego, co się działo. Młodzieżowi aktywiści z ZMP nie poddawali się już naciskowi z KC, nie ulegali nawet autorytetowi towarzyszy z Biura Politycznego i Sekretariatu, byli gotowi odwołać się do sejmu (dotąd bezwolnego i całkowicie uległego), rzucili wyzwanie cenzurze, projektowali demonstracje uliczne. Przemówienie Woroszylskiego i zablokowanie jego publikacji stało się więc jednym z powodów wyostrzenia postawy młodzieżowych radykałów z ZMP, nazywanych niekiedy "wściekłymi".
Kierownictwo PZPR, jeszcze parę miesięcy wcześniej w pełni kontrolujące aktyw partii, teraz było bezradne. Dał temu wyraz premier Józef Cyrankiewicz na posiedzeniu Biura Politycznego 15 października, gdy dyskutowano nad zbliżającym się VIII Plenum KC: "Zbyt wiele uwagi poświęcamy naszym pismom. Nie o Woroszylskiego teraz chodzi. Jeżeli tak będziemy stawiać teraz sprawę, to należy kilkanaście pism zamknąć, dziennikarzy posadzić, ale co wtedy powiedzą nam robotnicy na zakładach pracy? Sami sobie wtedy nie damy rady, musimy się zwrócić do wojska, by nas poparło"74. Te słowa oddawały istotę rzeczy - przywrócenie kontroli nad aktywem, ale i nad społeczeństwem mogło się odbyć przez pucz wojskowy i represje, czego obawiano się ze strony Natolina i wojsk Rokossowskiego, albo potrzebna była mobilizacja wokół nowego przywódcy, który da nową nadzieję. Przywódcą tym miał być Władysław Gomułka, którego na czele partii widzieli Cyrankiewicz, Zambrowski, ale też liczący na wielkie zmiany radykalni krytycy stalinizmu skupieni wokół "Po Prostu" czy kierownictwa ZMP.
Tymczasem Woroszylski nie przestawał atakować. W "Nowej Kulturze" ukazał się 14 października jego obszerny artykuł Wokół olsztyńskiej katastrofy. Katastrofą było masowe zgłaszanie się na wyjazd do Niemiec Warmiaków i Mazurów po 11 latach "władzy ludowej". Winą za to obciążał poczynania władz na tym terenie, które były przykładem stalinizmu. "Stalinizm to przede wszystkim gwałt zadany ekonomice (w szczególności rolnej), ignorowanie rzeczywistej sytuacji gospodarczej, tuszowanie jej nieschematycznych przeciwieństw i polityczne rozdmuchiwanie fikcji ekonomicznej, to ruina i nędza za dumną fasadą "zwycięskiej" koncepcji. [...]
Stalinizm - to nie tylko gwałt zadany ekonomice, to również stały gwałt zadawany ludziom - jednostkom i grupom, to system terroru, szpiclostwa, prowokacji, brutalnego nacisku dla osiągnięcia pozorów "jedności moralno-politycznej" narodu. [...] "Walka o polskość", która po 11 latach doprowadziła do masowego zgłaszania się Mazurów i Warmiaków na wyjazd do NRF, to cała epopeja obłędu i zbrodni"75.
VIII Plenum KC PZPR miało się rozpocząć 19 października i dokonać wyboru Władysława Gomułki na I sekretarza partii. W dzienniku Woroszylski opowiada o najważniejszych faktach i oddaje atmosferę panującą w aktywie PZPR i ZMP, zdecydowanie popierającym zwrot ku zasadniczej zmianie. Ukazuje emocje, gorączkę, notuje wiele spotkań, pogłosek, ocen. Widzimy bliskość między wspierającymi zmianę członkami kierownictwa PZPR a młodym aktywem partii.
Wyniki VIII Plenum - wybór Władysława Gomułki na przywódcę partii, niewybranie do kierownictwa Rokossowskiego ani natolińczyków, przyjęcie odważnych uchwał - Woroszylski witał artykułem Cztery dni, które wstrząsnęły Polską. "Te same ośrodki wstecznictwa wewnątrz partii i poza nią, które zawsze przeciwstawiały się naszej walce o demokrację, tym razem, w poczuciu swego ostatecznego zagrożenia, gotowe były uciec się do środków najhaniebniejszych, najbardziej zbrodniczych - pisał, mając na myśli konszachty natolińczyków z szykującymi inwazję na Warszawę Rosjanami. - Możemy być dumni z najlepszej części partii, z klasy robotniczej, z młodzieży, z nas wszystkich, że nie dając się sprowokować do czynów nieopatrznych - nie ugięliśmy się pod naciskiem spiskującej kamaryli i jej sprzymierzeńców. Po raz pierwszy od długiego czasu możemy być dumni z przywódców partii, którzy w wyjątkowo skomplikowanej sytuacji stawili czoła szantażowi i groźbom przeciwników naszej drogi do socjalizmu".
18-21 października "staliśmy w wielotysięcznym tłumie wiecujących robotników i studentów Warszawy, czuliśmy wręcz namacalnie, jak wyzwala się szlachetna energia społeczna, jak rośnie i dojrzewa siła zdolna do rzeczy ogromnych. Widzieliśmy na własne oczy, jak ujawnia się głęboka treść polityczna ruchu samorządów robotniczych, jeszcze wczoraj tu i ówdzie lekceważonego jako "naiwna dłubanina"; treść buntu młodzieży, w którym jeszcze wczoraj dopatrywano się amoralnej bezideowości". Dalej podsumowywał: "Były to dni decydujące o podstawach naszego istnienia: o niepodległości i suwerenności kraju, o odrodzeniu partii, o wzajemnym zrozumieniu klasy i przywódców, o nieuwłaczającym naszej godności charakterze stosunków ze Związkiem Radzieckim.
Były to ważkie dni - dni spadania masek, polaryzacji postaw, rozpraszania obłudnej mgły, jasnego jak nigdy podziału na zwolenników i wrogów socjalistycznego ludowładztwa"76.
Warto zwrócić uwagę na akcenty w tym artykule. Autor widział zasadniczy podział w KC, witał nowe kierownictwo, ale o natolińczykach pisał jak najgorzej, jako o bezwzględnych wrogach Polski. Zwycięstwo zapewniła mobilizacja społeczna robotników, studentów, inteligencji, a ten ruch jest podmiotem nowej sytuacji politycznej, zmieniającej się partii, prawdziwego ludowładztwa. Mocno zaznaczył wartość niepodległości, która ma być podstawą stosunków ze Związkiem Radzieckim.
W tych dniach na zebraniu Podstawowej Organizacji Partyjnej Związku Literatów Polskich Woroszylski wygłosił zasadnicze przemówienie, w którym mówił, że dzięki VIII Plenum "socjalizm w Polsce zyskał szansę autentyczności". I pytał: "Czy w ogóle może istnieć socjalizm nieautentyczny, narzucony, obcy? Czy władza ludowa, której lud nie uznaje za swoją, jest rzeczywiście władzą ludową? Czy dyktatura proletariatu, w której sprawowaniu proletariat nie bierze udziału i przeciwko której się wychodzi na ulice, jest dyktaturą proletariatu nie tylko z nazwy?". I próbował odpowiedzieć: "Proces stalinizacji Polski, jak i innych krajów demokracji ludowej polegał na tym, że autentyczne pierwiastki naszej rewolucji były nieubłaganie wypierane przez treści i formy obce. Następowało coraz silniejsze związanie z ośrodkiem dyspozycyjnym, usuwanie rzeczywistych przywódców ludowych na rzecz posłusznych wykonawców, likwidowanie tradycyjnych form uspołecznienia, podporządkowanie całej struktury gospodarczej i administracyjnej postulatom centrum". Również "przełom w literaturze" był "powtórzeniem obcego schematu". Klasa robotnicza, która w 1945 roku przejęła fabryki, została odsunięta od możliwości decydowania, a robotnikom odebrano przywileje wywalczone jeszcze w czasach kapitalizmu. Woroszylski powołał się na słowa przyjaciela, który widział wystąpienie robotników Poznania i tłumienie protestu, "miał wrażenie, że znajduje się w kraju okupowanym. W krajach okupowanych trudno dostrzec perspektywę socjalizmu...". VIII Plenum "było aktem rewolucyjnym dlatego, że wyzwalając energię społeczną narodu, dało socjalizmowi w Polsce szansę autentyczności, a więc w ogóle jedyną szansę istnienia". Mówił, że odszedł w Polsce strach, "Polska się nie rozsypała bez UB i nie nastąpiła w niej restauracja kapitalizmu. Natomiast ludzie zaczęli swobodniej oddychać". Nastąpiło rozpoczęcie systematycznej akcji rehabilitacyjnej ofiar prowokacji, "zdjęcie żółtej łaty z uczestników antyfaszystowskiego ruchu oporu". Z niektórych instytucji wyeliminowano "przedstawicieli obcych interesów". Ustalono równoprawne stosunki gospodarcze "z krajami naszego obozu, zniesienie wyzysku gospodarczego ze strony tych krajów"77. Z takimi myślami Woroszylski wyjeżdżał na Węgry.
Wiadomości napływające z Polski o sukcesie VIII Plenum ożywiły ruch studentów i inteligencji węgierskiej na rzecz demokratyzacji. Wychwytywano z gazet słowa Gomułki o "polskiej drodze do socjalizmu" i potrzebie oparcia stosunków polsko-radzieckich na zasadach równoprawności. Zbierające się od rana 23 października tłumy pod polską ambasadą i pomnikiem Petőfiego zderzyły się z twardym transmitowanym przemówieniem przywódcy partii Ernő Gerő. Próba zajęcia przez tłum radia, by nadać program ruchu odnowy, doprowadziła do wymiany ognia z awoszami, jak nazywano doborową formację węgierskich ubeków. Na placu Bohaterów stutysięczny tłum zwalił gigantycznej wielkości pomnik Stalina. Nad ranem 24 października do Budapesztu wkroczyły wojska sowieckie. Węgrzy zaatakowali je butelkami z benzyną. Zaczęły się starcia, po stronie Rosjan byli awosze, na stronę powstańców, czyli węgierskiej młodzieży studenckiej i robotniczej, przeszło wojsko, milicja, ogromna większość partii komunistycznej, która praktycznie się rozpadła. Próbujący zapanować nad chaosem premier Imre Nagy starał się stworzyć mający autorytet ośrodek władzy, ogłoszono więc prawo do działania dla niekomunistycznych partii politycznych, do rządu weszli ich przedstawiciele, zlikwidowano znienawidzoną ÁVH (awosze), zarazem podjęto pertraktacje z Rosjanami w sprawie wycofania ich wojsk, co 30 października zakończyło się sukcesem. Był to jednak sukces pozorny, gdyż Chruszczow przygotowywał rozprawę z Węgrami. Rano 4 listopada 17 sowieckich dywizji uderzyło na Węgry. Wkraczający Rosjanie wieźli w taborach nowy komunistyczny rząd z Jánosem Kádárem na czele.
Woroszylski był tego wszystkiego świadkiem, począwszy od 30 października, kiedy po rozmaitych perypetiach znalazł się na pokładzie samolotu wiozącego do Budapesztu transport krwi i lekarstw. "Lądujemy na prawie pustym lotnisku - zapisał. - Otacza nas grupa zbrojnych cywilów i żołnierzy z trójkolorowymi opaskami i naszywkami. Niektórzy mają swoje naszywki na krepowej, żałobnej podkładce. Wolimy nie pytać, co to znaczy". Dalej pisał: "ÁVH - to mundurowe formacje policji politycznej. Bardzo elitarne, sowicie opłacane [...], związane na śmierć i życie z krwawym reżymem Rákosiego, janczarskie oddziały ÁVH do końca trzymały kraj w żelaznych kleszczach takiego terroru, o jakim u nas nie mieliśmy pojęcia. [...] Kiedy 23 października ÁVH otworzyło ogień do bezbronnej manifestacji ludności, przebrała się miarka. Wybuchło powstanie, do którego natychmiast przyłączyło się wojsko i milicja"78.
Dziennik węgierski jest wstrząsającym reportażem, opisem sytuacji, rozmów, plastycznych obrazów. Woroszylski rozmawiał ze zwykłymi Węgrami, uczestnikami rewolucji oraz z przywódcami, także partii, teraz związanymi z ruchem wolnościowym. Odnosił się do pamięci o miejscach, które poznał, gdy był na oficjalnym festiwalu młodzieży w 1949 roku, a które teraz były miejscami walki. Dziennik to reportaż, w którym autor portretował różnych ludzi, dawał im głos, uwieczniał ich uczucia i myśli; pokazywał komunistów, którzy mówili o klęsce komunizmu, ale też utrwalał słowa tych, którzy po prostu chcieli wolności. Woroszylski rzadko komentował, ale cały dziennik jest wyrazem solidarności z powstańcami. Pod datą 3 listopada zapisał: "Myślę o perspektywach rewolucji węgierskiej - tak jak wyłaniają się one w tych dniach stabilizacji. Nie wiem naturalnie, w jaki kształt ustrojowy okrzepnie ostatecznie Republika Węgierska. Wydaje się jednak, że będziemy tu obserwowali ciekawą syntezę podstawowych osiągnięć demokracji ludowej (cała ziemia w rękach chłopów, uspołecznione fabryki i banki) z wielopartyjnością, wolnością prasy i tym podobnymi atrybutami demokracji liberalnej. Czy taki ustrój nie stanowi jednej - być może bardzo długiej - spośród dróg do socjalizmu? Nie śmiałbym tak utrzymywać. O drodze zaś, którą prowadzili swój kraj ludzie typu Rákosiego, wiem już na pewno, że u jej końca mógł stać tylko upadek i niewola...".
Z tymi myślami zasypiał, a rano obudził go hałas: "Poprzez huk artylerii, warkot broni pancernej, szyderczy gwizd odrzutowców przedzierały się jeszcze ostatnie radiowe protesty i apele rządu Nagya.
Odczytano również w kilku językach krótkie, przejmujące orędzie pisarzy i intelektualistów węgierskich do narodów świata, zakończone trzykrotnym: "Pomóżcie! Pomóżcie! Pomóżcie!".
Potem radio zamilkło, by odezwać się dopiero pod wieczór - głosem Jánosa Kádára"79.
Swój dziennik Woroszylski prowadził do 11 listopada, a więc prawie tydzień po sowieckim szturmie na Budapeszt. "Jest ich czterech. Leżą na zdobytej ulicy - jeden obok drugiego - w pozach bezładnych i nienaturalnych. Rozdarci i spłaszczeni - prawie dwuwymiarowi - wyglądają jak szmaciane kukły, gwałtownie ciśnięte pod osmalony mur, niemal wbite w skrawek wyszczerbionego chodnika. Ktoś posypał ich ściągnięte twarze białym kurzem czy wapnem. Najbardziej wysunięty do przodu nie ma twarzy - z pogiętym hełmem zrosła się czaszka, zakrzepła miazga. Dawno już muszą tak leżeć, bo niczym już nie przypominają świata żywych..." I dalej: "Nachylamy się nad świeżymi grobami, których pełno jest na każdym skwerze, w parkach, wokół kościołów. Na kawałkach dykty lub tektury wypisano, kto tutaj leży: "Lajos... 18 lat", "Zsuzsa... 15 lat", "Arpad ... 12 lat". Wszystkie groby ktoś obsypał kwiatami"80.
Dziennik węgierski jest niezwykłym dziełem literatury faktu, reportażu, najważniejszym polskim świadectwem węgierskiej tragedii, choć w Budapeszcie było kilku wysłanników polskich pism. Dziennik jest też chyba najważniejszym dziełem Woroszylskiego, nieśmiertelnym, bo zapisującym to, co zawsze będzie ważne, a czego nie da się odtworzyć tylko na podstawie suchych dokumentów urzędowych. Ukazał dramat nadziei i dramat klęski.
Dzień po rosyjskim uderzeniu na Węgry, 5 listopada, Woroszylski i Marian Bielicki, korespondent Polskiego Radia i redakcji "Po Prostu", przekazali przez ambasadę PRL list do uczestników rozpoczynającego się w Warszawie Zjazdu Związku Literatów Polskich: "Przesyłamy pozdrowienia z tragicznego Budapesztu bohatersko broniącego swej wolności. Jesteśmy naocznymi świadkami krwawej rozprawy z ludem węgierskim. Solidaryzujemy się w pełni z ogłoszonym 4 listopada apelem pisarzy węgierskich, którzy przez cały czas szli w pierwszym szeregu walki o demokrację, niepodległość i socjalizm.
Prosimy Zjazd Literatów Polskich o poparcie słusznej sprawy"81.
Wydostanie się polskich dziennikarzy z okupowanego przez Rosjan kraju było trudne, droga do Czechosłowacji została zamknięta. Uzyskali przepustkę przypadkiem, a może fortelem, od pijanego milicjanta służącego już nowym władcom. Kontrolowani po drodze przez partole sowieckiej bezpieki, dostali się jednak na granicę z Jugosławią, a stamtąd samolotem odlecieli przez Wiedeń do Warszawy82.
Pierwsza część Dziennika węgierskiego ukazała się w "Nowej Kulturze" w numerze z 25 listopada, kolejne części w następnych numerach, ale druk został przerwany na zdaniu otwierającym opis zdarzeń 4 listopada. Ostatnie słowa publikacji brzmiały: "Wstawaj! W Budapeszcie znowu wojna!"83. Dalsza część Dziennika węgierskiego została zatrzymana przez cenzurę. Z pewnością była to decyzja podjęta na najwyższym szczeblu. Kierownictwo partii dokonywało zwrotu w imię poprawiania stosunków z Moskwą. O tragedii węgierskiej miało być cicho, podobnie jak o innych sprawach drażniących Rosjan.
Dziennik węgierski jednak wypłynął z Polski, dotarł do Francji i został opublikowany 3 stycznia 1957 w piśmie "France Observateur", w numerze specjalnym poświęconym Węgrom. Następnie ukazał się jego przekład angielski Diary of a revolt. Dziennik stał się jednym z najważniejszych świadectw o węgierskim powstaniu funkcjonujących na Zachodzie. Pełne wydanie polskie, obejmujące też część skonfiskowaną przez cenzurę, wyszło w kwartalniku "Aneks" w 1977 roku, następnie w 1979 roku w zbiorze Woroszylskiego Powrót do kraju, opublikowanym przez wydawnictwo "Polonia", pierwsze wydanie podziemne - w NOWej w 1981 roku, pierwsze powszechnie dostępne dla polskich czytelników - w "Więzi" w roku 1990. Rok później ukazało się wydanie rosyjskie, najpóźniej - w maju 1994 - węgierskie84.
Po powrocie z Węgier Woroszylski był witany i słuchany. "Miałem około tuzina publicznych spotkań" - zapisał, wspominając spotkanie w Klubie Krzywego Koła i w Zakładach im. Róży Luksemburg85. Co widział, opowiadał na zamkniętym zebraniu "Nowej Kultury"86. Obok innych korespondentów polskiej prasy wziął udział w spotkaniu w wypełnionym Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego87. Woroszylski wystąpił też na Zjeździe Związku Literatów Polskich (28 listopada - 2 grudnia) z ostrym przemówieniem, w którym zarzucił Rosjanom zmiażdżenie ludowego ruchu wyzwoleńczego i zbrodnię ludobójstwa, a Kádárowi, że rozmawia z narodem językiem czołgów i cekaemów. "Martwi mnie, że partia, której członkiem jestem od najwcześniejszej młodości, nie ustosunkowała się otwarcie i bezkompromisowo do tragedii węgierskiej. [...] Partia powstała jako wyraz dążeń ludu do wolności, do sprawiedliwości społecznej, do braterstwa narodów. Partia, która milczy, kiedy dzieje się zło, przestaje być sumieniem klasy, traci rację bytu jako ideowa awangarda społeczeństwa". Protestował przeciw poparciu udzielonemu interwentowi przez PRL na forum ONZ i żądał potępiającej rezolucji88. Na taki konflikt z Gomułką i ZSRR zarazem pisarze się nie zdecydowali. Świadomość zależności Polski od ZSRR uwidoczniona tak dobitnie przez tragedię Węgier silnie oddziaływała na zaakceptowanie tego, co udało się osiągnąć. W ocenie ludzi tak myślących Woroszylski ujawniał się po raz kolejny jako skrajny radykał.
A sowieccy dygnitarze nadal czuli się uprawnieni do dyktowania Polakom, co i jak mają pisać. 12 stycznia 1957 odbyło się spotkanie polskich dziennikarzy z sowieckim ambasadorem Pantelejmonem Ponomarienką. Skrytykował on powstające w Polsce rady robotnicze, linię "Po Prostu", ciągłą krytykę stalinizmu i bezustanne podkreślanie potrzeby suwerenności. Ponomarienko odniósł się do sprawy Węgier: "Jeśli ktoś mówi, że my zgnietliśmy rewolucję na Węgrzech, to mówi tak samo jak Dulles i Eisenhower. W Polsce szczególnie intelektualiści tak właśnie oceniają naszą rolę na Węgrzech"89. Kilka miesięcy później, w sierpniu 1957, delegacja polskich literatów była w Moskwie na rozmowach z pisarzami radzieckimi. W pewnym momencie sekretarz Związku Pisarzy Radzieckich Aleksiej Surkow zaatakował Woroszylskiego, którego nazwał histerykiem. "Z oburzeniem przypomina on, iż Woroszylski opiewał "węgierskich bandytów, którzy mordowali nasze dzieci""90. Jako autor Dziennika węgierskiego Woroszylski zmienił w ZSRR swój status - z przyjaznego, wzmocnionego czteroletnimi studiami w Moskwie, na nieprzyjazny, wrogi. Stał się też obciążeniem, persona non grata dla tych w PRL, którzy podlizywali się "radzieckim towarzyszom". Ta sytuacja objawiała się jednak z czasem.
Po powrocie Woroszylskiego z Węgier w "Nowej Kulturze", korzystając z popaździernikowej atmosfery, zespół wybrał go samorządnie 30 listopada na redaktora naczelnego pisma, łamiąc tym samym zasadę wyznaczania na tę funkcję przez odpowiednią komórkę KC PZPR91. Tygodnik gromadził w tym czasie w redakcji wielu znanych pisarzy i publicystów z pokolenia Woroszylskiego lub nieco tylko starszych - Kazimierza Brandysa, Andrzeja Brauna, Tadeusza Konwickiego, Stefana Kozickiego, Wilhelma Macha, Wandę Leopold, Andrzeja Mandaliana, Ryszarda Matuszewskiego, Artura Międzyrzeckiego, Jerzego Piórkowskiego, Jerzego Pomianowskiego, Jana Strzeleckiego, Aleksandra Ścibora-Rylskiego, Krzysztofa Teodora Toeplitza oraz Lesława Bartelskiego i Andrzeja Wasilewskiego, a także wyraźnie starszego Leona Przemskiego (dotąd naczelnego). "Nowa Kultura", wychodząca wówczas w nakładzie 55 tysięcy egzemplarzy, była najważniejszym tygodnikiem społeczno-kulturalnym, ideowo bliskim "Po Prostu", choć nie aż tak mobilizującym opinię publiczną. O linii pisma Woroszylski wypowiedział się pod koniec 1956 roku: "Najbardziej pasjonujące nas problemy to przede wszystkim zagadnienie współczesnej lewicy, kształtującej się w kraju i za granicą nie tyle na płaszczyźnie organizacyjnej, ile ideowej. Dalej - walka ze stalinizmem w różnych dziedzinach życia i wreszcie próby pozytywnego formułowania zagadnień socjalizmu"92. Zajęciem stanowiska było też opublikowanie deklaracji solidarności kilkuset polskich pisarzy z tragedią narodu węgierskiego93.
Obok literatury, reportaży, recenzji, tygodnik drukował więc także ważne artykuły dotyczące różnych zagadnień politycznych, na przykład o potrzebie zwiększenia roli sejmu (Stanisław Ehrlich, Jerzy Stembrowicz), o potrzebie wskrzeszenia polskiej socjologii (między innymi Zygmunt Bauman, Jerzy Wiatr, Maria Hirszowicz, Włodzimierz Wesołowski), o polskich więźniach AK-owcach w Workucie (Jerzy Piórkowski). Próbował opisać "jeden dzień w Polsce" piórami reporterów, w których przeobrazili się Jan Strzelecki, Wanda Leopold oraz wprawni w tym gatunku Stefan Kozicki i Jerzy Urban. W innym numerze Jan Józef Lipski recenzował Ferdydurke Witolda Gombrowicza, a Leszek Kołakowski zamieścił zasadniczy esej Aktualne i nieaktualne pojęcie marksizmu oraz w kilku numerach drukował swój cykl Klucz niebieski albo opowieści budujące z historii świętej zebrane ku pouczeniu i przestrodze. W kwietniu Helena Eilstein zaczęła publikować cykl, w którym rozważała, czym jest rewizjonizm, a czym dogmatyzm.
Woroszylski w 1957 roku pisał w "Nowej Kulturze" niewiele. Najważniejszy jego tekst ukazał się w połowie stycznia, miał charakter noworocznego bilansu. Był znacznie bardziej powściągliwy niż nadzieje wyrażane jesienią. XX Zjazd, gniew Poznania, uniesienia Października i rozpacz Budapesztu składają się "na skłóconą i ciągle niejasną współczesność, wszystkie wydarzenia tego roku osaczają nas nadal i co dzień każą wybierać, każą pytać i sądzić, bronić i atakować. Nie ma ostatecznego zwycięstwa ani nieodwracalnej klęski. Jest życie, jego splecione ze sobą nadzieja i gorycz". Obszernie odniósł się do napływających do redakcji listów ze skargami na szykany za zaangażowanie w minionych latach w ZMP czy nawet UB. Wyrażał obawę, że czas prześladowań AK-owców może być zamieniony na falę prześladowań nowej grupy. "Podejrzani o konkretne przestępstwa niech staną przed sądem - odpowiadał. - Po odbyciu kary nie może ich spotkać dalsza dyskryminacja. Nie może ona też spotykać tych, którzy przestępstwa nie popełnili. I nie ma tak wielkiego przestępstwa, za które mogliby odpowiadać krewni winowajcy. Są to elementarne normy każdego cywilizowanego społeczeństwa". Do redakcji napływają też anonimy będące wyrazem "absolutnej degeneracji "popędów społecznych" pewnej grupy naszych współobywateli, brudnej chęci wyżycia się w mąceniu i szkalowaniu. [...] Pogodzić się z tym niepodobna". Do redakcji płyną też listy z programami politycznymi, "od ultraklerykalnych do "partyjnych" - ale przy wszystkich niuansach istota programu bywa często jednakowa. Jest to program czarnej sotni. Z rozbrajającą szczerością głoszą nasi korespondenci hasła nacjonalistyczne i rasistowskie, których realizacja ma stanowić panaceum na ubóstwo kraju i nieudolność urzędów. Niektórzy wręcz powołują się na Hitlera, inni odżegnują się od takich pokrewieństw. I jedni, i drudzy wzdychają do silnej, nietolerancyjnej władzy, która zrobi porządek: a) z Żydami, ateistami i komuną, b) z Żydami, inteligencją i reakcją".
Woroszylski nie zamierzał polemizować z takimi poglądami, ale wyraźnie deklarował: "Nie możemy i nie chcemy rezygnować z podstawowych zasad humanizmu, z elementarnego dążenia do postępu, z przeświadczenia, że możliwy jest prawdziwy socjalizm, w którym ludzie byliby szczęśliwi, że warto szukać do niego dróg, choćbyśmy długo jeszcze nie wiedzieli, gdzie i jak je znajdziemy. Jesteśmy na lewicy - i nie damy się z tego stanowiska zepchnąć. Potrafimy się chyba porozumieć z każdym patriotą, z każdym uczciwym człowiekiem. Nigdy jednak nie uściśniemy dłoni faszysty. Faszysty ż a d n e j maści"94.
Ten nurt reakcji nacjonalistycznej, o silnej antysemickiej emocji, nieraz łączący się z klerykalizmem, oczekujący zemsty, odwetu, był zauważalną jedną z konsekwencji spadku poczucia zagrożenia, nadziei na koniec komunizmu. Dla wielu ludzi lewicy było to zaskoczenie, niektórych ogarniał strach przed tą częścią "ludu", która pokazywała opisaną przez Woroszylskiego twarz. Można oczywiście dyskutować, na ile szerokie były to tendencje. Z pewnością autorzy listów do "Nowej Kultury" byli prymitywni, również dlatego, że nie zdawali sobie sprawy, że piszą do redakcji o jednoznacznie lewicowej orientacji. Ale też ich odwaga pokazywała, że przestali się obawiać ujawnienia swych skrajnych poglądów. Poczucie zagrożenia ze strony "reakcji" było jednym z ważnych czynników wpływających na postawę Woroszylskiego wówczas i w latach następnych. Hamowało też ewolucję w kierunku zdeklarowanej opozycji, bo ukazywało, że nie ma wobec PZPR realnej alternatywy. Miejscem sporu musi być partia, grupująca ludzi lewicy i jednak odpowiedzialnych. Tak przynajmniej się mogło wydawać.
Woroszylski zamierzał swoje najważniejsze publikacje z 1956 roku wydrukować w książce, której nadał tytuł Powrót do kraju. Umowa z "Książką i Wiedzą" została podpisana w grudniu 1956, maszynopis znalazł się w wydawnictwie parę tygodni później, gdy nagle 10 kwietnia autorowi zaproponowano wstrzymanie druku, ale zachowanie maszynopisu "w portfelu redakcyjnym na okres jednego roku". Maszynopis oddano autorowi w czerwcu 195895. Takie były skutki zmiany klimatu politycznego i zarządzonego odgórnie odchodzenia od obrachunków ze stalinizmem. Książka ukaże się dopiero w 1979 roku w londyńskim wydawnictwie "Polonia".
Wyjaśnienie następującego zwrotu dał Władysław Gomułka na IX Plenum KC 15 maja 1957 w długim, trwającym chyba dwie-trzy godziny, referacie Węzłowe problemy polityki partii. Gomułka określał, czym jest ustrój socjalistyczny, dowodził, że jego istotą jest sprawowanie kierownictwa przez partię, która musi być jednolita i zdolna do działania, a więc zarządzana na zasadzie centralizmu. Proces "budownictwa socjalistycznego" jest długotrwały, obejmuje przekształcanie stosunków społecznych i świadomości ludzi, oznacza tworzenie nowego sposobu myślenia. Budownictwo socjalizmu odbywa się w walce z kapitalizmem oraz burżuazyjną ideologią. Nie ma uniwersalnej formy budowy socjalizmu, jednak przykład sowiecki jest zasadniczy, a negowanie tych doświadczeń to "nacjonalistyczny rewizjonizm". Decyduje więc "partia, jej siła, zwartość, ideologiczna postawa, jej więź z masami i jej stopień oddziaływania na masy. Partia - to najważniejszy instrument do rozwiązywania wszystkich, nieraz bardzo skomplikowanych zagadnień naszego życia". W społeczeństwach klasowych i przy klasowym podziale świata nie może być "tak zwanej integralnej demokracji". Demokracja socjalistyczna, działając w warunkach klasowej walki, "winna uwzględniać tylko potrzeby budownictwa socjalizmu i w tych ramach musi się zamykać". Ma służyć likwidacji burżuazyjnej bazy ideowej. Partia jest zaporą "przeszkadzającą burżuazji i reakcji w wykorzystywaniu socjalistycznych swobód demokratycznych przeciwko socjalizmowi". Siłę partii określa jedność jej szeregów, podporządkowanie mniejszości większości, także każdego jej członka przyjętym uchwałom. Jeśli jakiś członek partii tego nie aprobuje, powinien opuścić jej szeregi. Gomułka potraktował teksty Leszka Kołakowskiego jako przykład fałszywych i szkodliwych poglądów na temat wolności dyskusji i wyobrażenia demokracji. Odrzucał jego twierdzenia o potrzebie opracowania nowej teorii socjalizmu, odsyłając do Lenina. Kołakowski chce integralnej demokracji - mówił - ale takiej demokracji nigdzie nie ma, bo demokracja jest klasowa. Wolna gra sił politycznych, którą postuluje, szłaby na rękę imperializmowi, który zmierza do rozbicia socjalizmu. "Brak czasu - ciągnął I sekretarz - nie pozwala na ocenę wartości wypowiedzi innych rewizjonistów w szeregach naszej partii, na przykład Zimanda i Woroszylskiego. Zresztą nie jest to nawet potrzebne. Wszystkie rewizjonistyczne teorie są do siebie podobne, gdyż wywodzą się z jednego pnia - z burżuazyjnej ideologii, pod której wpływem kształtowała się również ideologia socjaldemokratyczna"96.
Przemówienie Gomułki oznaczało odrzucenie wszystkich tych poszukiwań, w które angażował się Woroszylski od roku, a także uznanie jego samego za nosiciela rewizjonistycznych poglądów. Jak zauważył historyk prasy, "posądzenie o rewizjonizm było najcięższym oskarżeniem dekady, która nadchodziła, a walka z rewizjonizmem stała się dla partii rządzącej najważniejsza, obok oczywiście walki z Kościołem"97. Woroszylski jako redaktor naczelny "Nowej Kultury" nie zmienił linii pisma. Latem 1957 opublikował czteroczęściowy cykl Leszka Kołakowskiego Odpowiedzialność i historia, będący rozliczeniem ze stalinizmem. W drugiej połowie roku piórami Jana Strzeleckiego i Aleksandra Wojciechowskiego "Nowa Kultura" weszła w polemikę z reprezentującymi linię władz Stefanem Żółkiewskim i Leonem Kruczkowskim na temat tego, jak dalece partia i rząd powinny ingerować w życie kulturalne.
Tymczasem Gomułka z pomocą szefa Biura Prasy KC Artura Starewicza "porządkował" prasę. Zamknięto szereg niewielkich pism, które zaczęły się ukazywać na fali Października, względnie wymieniono ich redakcje. W pierwszym rzędzie dotyczyło to pism młodzieżowych, studenckich. Na mocy decyzji Sekretariatu KC PZPR, którą zrealizował 2 października urząd cenzury, zlikwidowano tygodnik "Po Prostu", co było wielkim wstrząsem, symbolicznym zakończeniem epoki Października. Redaktorów pisma objęły sankcje partyjne i zawodowe, wielu z nich otrzymało zakaz publikowania. Równolegle wymieniono redakcję "Sztandaru Młodych", zwalniając prawie wszystkich członków kolegium i zakazując im pracy w prasie98. Zatrzymano druk pierwszego numeru pisma "Europa", stworzonego przez pisarzy dawniej należących do redakcji "Kuźnicy". W konsekwencji legitymacje PZPR złożyli Mieczysław Jastrun, Paweł Hertz, Adam Ważyk, Jan Kott, Jerzy Andrzejewski, Juliusz Żuławski i Stanisław Dygat99. Jak o tym przekonuje dokumentacja KC PZPR, była to sprawa bardzo znacząca, przyjęta z irytacją i oburzeniem, a oddanie legitymacji uznano za akt wrogi ze strony pisarzy, którzy uchodzili przez 10 lat za intelektualistów partyjnych. Władze nie chciały poszerzenia tej listy, co być może było powodem zgody Gomułki na spotkanie z Kołakowskim i odbycie z nim kilkugodzinnej rozmowy. Gomułka nie czynił obietnic, rozwiewał złudzenia, zapewniał, że posłuszeństwo będzie wymuszane, ale sam fakt długiej i szczerej rozmowy szefa partii i państwa z filozofem i publicystą był gestem niezwykłym100.
Było oczywiste, że "Nowa Kultura" jest na cenzurowanym. Pod koniec 1957 roku zażądano z KC, by Woroszylski przestał być naczelnym101. Na początku lutego 1958 odstąpił więc funkcję naczelnego Jerzemu Piórkowskiemu, z którym nadal blisko współpracował. Partia szykowała jednak zasadnicze rozstrzygnięcia. W kwietniu z zespołem spotkał się kierownik Wydziału Propagandy KC PZPR Andrzej Werblan, którego obejmujący 58 stron powielonego druku referat został zapewne wcześniej dostarczony do redakcji102. Werblan analizował treść pisma, zarzucając mu nierealizowanie polityki partii, skoncentrowanie na obrachunkach i rewizjonizm. W konkluzji żądał zasadniczej zmiany linii pisma103. W maju redaktorem naczelnym mianowano Stefana Żółkiewskiego, w tym czasie również ministra szkolnictwa wyższego. Żółkiewski przechodził do "Nowej Kultury" po zorganizowaniu podstaw funkcjonowania powołanej do życia jesienią 1957 "Polityki". Woroszylskiemu i kolegom Żółkiewski proponował, by zostali w redakcji, ale na zasadzie uznania linii partii. Z członkami zespołu rozmawiano też zakulisowo, niektórzy ulegli104. W numerze "Nowej Kultury" z 4 maja ukazała się krótka notatka informująca, że z udziału w zespole pisma zrezygnowali Marian Brandys, Tadeusz Konwicki, Leszek Kołakowski, Wilhelm Mach, Jerzy Piórkowski, Aleksander Ścibor-Rylski i Wiktor Woroszylski105. Był to akt solidarności i oporu, odmowy podporządkowania decyzjom podjętym w KC. W praktyce oznaczał odejście tej grupy z "frontu ideologicznego", choć nadal zachowali legitymacje partyjne.
Po latach Wiktor Woroszylski w rozmowie z piszącym te słowa próbował podsumować opisane tu doświadczenie. Przyznał, że tragedia Węgier uświadomiła mu, że poruszamy się po polu, które jest ograniczone, ale wydawało się, że można rozszerzać granice wolności. "Były różne rewizjonizmy i ludzie różnie ten rewizjonizm motywowali wewnętrznie. W mojej postawie więcej było elementów sprzeciwu wobec tego, co jest, niż programu, jak ma się to rozwijać". Zastanawiał się również: "Czy Gomułka nie był wielkim realistą, który nas ustrzegł przed jakąś tragedią, która byłaby skutkiem rozwalenia tego komunizmu przez ruchy społeczne? Na to jest bardzo trudno odpowiedzieć. Nigdy nie wiemy, jak długo coś musi dojrzewać". Po chwili jednak dodał: "Trudno mi uznać, że Gomułka miał rację. Sądzę, że myśmy mieli rację, proponując dalsze kroki"106.
Literatura
Po odejściu z "Nowej Kultury" Woroszylski znajdował się właściwie w próżni. W liście do redaktora Bibliografii literatury polskiej w styczniu 1960 przyznawał, że już prawie dwa lata nigdzie nie pracuje107. Utrzymywanie się wyłącznie z pracy literackiej, w tym tłumaczeń z rosyjskiego, dawało pewne minimum przy ówczesnych stawkach, ale były to z pewnością lata chude. Także pod względem literackim. Zbiór mikroopowiadań Okrutna gwiazda (1958) zawierał opis przejmujących scen, epizodów, określonych przez krytyka jako prowokujące moralnie sytuacje ludzkie, i został przypisany do nurtu literatury obrachunkowej.
Powodzenie u czytelników i rozgłos zapewniły Woroszylskiemu powieści dla chłopców. Początkiem była propozycja redaktora "Płomyczka" Stanisława Aleksandrzaka, by podjął współpracę z pismem108. Natchnieniem był dziesięcioletni syn Feliks. "Miałem go przed oczyma nie tylko jako pierwszego odbiorcę tych tekstów" - mówił autor i przyznawał, że w wierszach, które złożyły się na Felek i naokoło, spróbował spojrzeć na świat oczami dziecka. Felek "był moim modelem", "dawał impulsy, a ja pewne rzeczy rozwijałem, dopowiadałem, szedłem dalej od niego - ale tylko tak daleko, jak to mogłem uczynić "w jego imieniu", nie wychodząc poza obręb bliskich mu doznań"109. W 1960 roku opublikował powieść dla chłopców I ty zostaniesz Indianinem, która została przyjęta przez czytelników z zachwytem. Do 1962 roku wydano 50 tysięcy egzemplarzy, powieść czytał w radiu popularny wówczas aktor Wieńczysław Gliński, krakowski teatr lalek "Groteska" wystawił adaptację sceniczną, a Konrad Nałęcki nakręcił film według scenariusza napisanego przez Woroszylskiego110. Za książkę otrzymał nagrodę "Naszej Księgarni" - 15 tysięcy złotych (równowartość siedmiu niezłych pensji), potem nagrodę przewodniczącego Komitetu ds. Radia i Telewizji - 10 tysięcy.
Podsumowując dokonania twórcze Woroszylskiego w połowie lat sześćdziesiątych, krytyk Alicja Lisiecka uznała powieści dla młodzieży - I ty zostaniesz Indianinem oraz Cyryl, gdzie jesteś (1962) - za osiągnięcie wybitne. "Obok bohaterów indywidualnych występuje w powieści współczesny bohater zbiorowy: Warszawa ostatnich lat, "Delikatesy", przystanek autobusowy, koniki przed kinem, chuligani, ludzie kupujący "Przekrój", "Sztandar Młodych", brodaty nocny stróż, kapitan milicji Górny. Cały barwny, udziwniony w dodatku przez dziecięcą wyobraźnię świat dużego miasta. [...] I ty zostaniesz Indianinem jest książką pogodną, dobroduszną, odrobinę harcerską - jakby nie woroszylską". Przypomina powieść Makuszyńskiego z jego najlepszego okresu. Cyryla uznała natomiast za "apogeum dotychczasowych osiągnięć literackich Woroszylskiego. Woroszylski napisał pierwszą w naszej literaturze powieść dla młodzieży odwołującą się do pełni "warsztatowych" bogactw współczesnej prozy światowej. Cyryl to lektura wprawka dla późniejszych czytelników Faulknera, Butora, Joyce'a, to "antypowieść" dla dzieci". Humor, bardzo zabawny, przechodzi w humor purnonsensowy, powieść staje się "stopniowo hymnem na cześć Najpotężniejszej Wyobraźni, hymnem dosłownym (zakończenie) i metaforycznym. [...] Zdania urywają się i - jesteśmy już o krok od "dorosłej" prozy Dialogu o gryzieniu (notabene to urywanie zdań dynamizuje, przyspiesza tempo narracji)". Woroszylski parodiuje rosyjskie wierszowane bajki i powieść kryminalną. "Cyryl to prawdziwy podręcznik różnych stylów i możliwości współczesnej prozy, nie tylko dla dzieci"111. Cyryl zainteresował wybitnego emigracyjnego eseistę Jerzego Stempowskiego, który zamieścił pozytywną recenzję na łamach londyńskich "Wiadomości"112.
Książki dla młodych czytelników zapewniły Woroszylskiemu sławę, i to w pokoleniu młodzieży, a więc trwałą na wiele lat. I ty zostaniesz Indianinem było wznawiane wielokrotnie - w 1962, 1964, 1967, 1970, 1974, 1982; Cyryl w 1965, 1975, 1985. Mniej popularne pozostawały Felek i naokoło (1960) oraz Dużo śmiechu, trochę smutku, to historia o mamutku (1961). W dalszych latach Woroszylski powracał do twórczości dla dzieci i młodzieży książkami Podmuch malowanego wiatru (1965), Opowiem wam w tajemnicy (1972), Mniejszy szuka Dużego (1973). Z dziennika pisarza dowiadujemy się, że w połowie lat sześćdziesiątych książki te budziły silne emocje środowiskowo-polityczne i były ostro atakowane między innymi przez związanego z moczarowską frakcją PZPR Wojciecha Żukrowskiego. Może i nie należy się temu dziwić - budowały system wrażliwości młodzieży, a tego moczarowscy nacjonaliści nie zamierzali odpuścić.
Te utwory nie wyznaczały jednak głównego kierunku potrzeb twórczych, którym nadal była poezja. W tym okresie Woroszylski opublikował trzy tomiki - Wanderjahre. Wiersze 1953-1959 (1960), Twój powszedni morderca. Poemat na jeden głos (1962), Niezgoda na ukłon (1964). Po kilku latach wydał zbiory - Przygoda w Babilonie (1969), Zagłada gatunków (1970) i Po zagładzie (1974). "Czytelnik" w 1974 roku opublikował najpełniejszy wybór wierszy Woroszylskiego, przy czym autor tylko nieliczne utwory z okresu przed 1960 rokiem uznał za godne przypomnienia. Kolejny tomik Jesteś i inne wiersze ukazał się w 1977 roku poza cenzurą, w powszechnie dostępnym obiegu w 1982 roku. Wówczas też, jako "poślizg" po okresie liberalizacji roku 1981, wydano Poezje wybrane. W podziemiu ukazywały się kolejne tomiki: Dziennik internowania (1982), Lustro (1983), w warunkach ograniczonej dystrybucji Podróż (1986).
Próbę podsumowania drogi poetyckiej Woroszylskiego podjął Ryszard Matuszewski. Zwrócił uwagę na przemianę, która zaczęła się w twórczości poety w roku 1955, ale za najdojrzalsze uznał utwory znacznie późniejsze. "W zbiorze Zagłada gatunków (1970) refleksja nad historią, nad sztuką, nad wielkimi postaciami pisarzy, artystów, ideologów nabrała cech spojrzenia szczególnie oryginalnego i pogłębionego. [...] W postawie poety widoczna jest więc refleksyjność i wyraźnie polemiczny stosunek do tego, w co sam ongiś wierzył. Widoczne jest jednak również emocjonalne reagowanie na głębokie dramaty, których uosobieniem są postaci romantycznie przeciwstawiające się złu i zdruzgotane przez historię". W Zagładzie gatunków autor "uprzytamniał nam, że podobnie jak w toku ewolucji giną pewne gatunki w przyrodzie, tak w procesie historii giną pewne narody i plemiona". Ta katastroficzna reminiscencja nieprzypadkowo pojawiła się po marcu 1968. Odnosząc się do późniejszych wierszy, krytyk wskazywał na pochwałę odkrywczej myśli i bezkompromisowej postawy moralnej (wiersz Inteligenci), solidarności z prześladowanymi, które są tak ujęte, "że odnosić się mogą do wielu sytuacji historycznych". Poeta odszedł od wiary w możliwość zmieniania przez człowieka świata, zaakcentował l o s jako "naczelną kategorię". "Los bywa tylko m ó j i bywa n a s z i nie zawsze warto tropić granicę między jednym a drugim. Nasz - oznacza różne wspólnoty, czasem bardzo niewielkie, czasem ogromne. Zdarza się, że oznacza h i s t o r i ę z całym jej patosem i nędzą" - pisał Woroszylski w 1981 roku. Matuszewski widział w tym nie tyle pesymizm, ile przekonanie, że człowiek nie jest w swych działaniach, wyborach i decyzjach samodzielny. "Zależy od losu. Ale czym jest ów los? Określa go nie tylko historia, ale i biologia, od której wszyscy zależymy. [...] A więc nie apel o zatrzymanie szczęsnej chwili życia, jak u Goethego, nie Horacjańskie carpe diem, lecz gorzkie pogodzenie się z nieuchronnością śmierci i tylko pragnienie zachowania do końca godności wydaje mu się tym, co pozostaje w granicach ludzkiej woli. [...] Ostateczną konsekwencją przemian światopoglądowych poety jest szukanie oparcia i znalezienie go we wspólnocie religijnej". Pierwsze akty religijnego zwrotu przyniosła druga połowa lat siedemdziesiątych, rozwinięcie - poezja lat osiemdziesiątych113.
Woroszylski sam pisał, ale miał też słuch i fascynował się poezją innych. Opracował antologię Album poezji miłosnej (1965, 1970), adresowany do młodzieży zbiór Nastolatki nie lubią wierszy (1967) oraz przekładał wiersze ulubionych poetów rosyjskich - Iriny Ratuszyńskiej, Dawida Samojłowa, Josifa Brodskiego oraz Bułata Okudżawy i Aleksandra Galicza, Białorusina Maksima Tanka i Dagestańczyka Rasuła Gamzatowa. Wraz z Andrzejem Mandalianem i Witoldem Dąbrowskim stworzył dwutomową Antologię nowoczesnej poezji rosyjskiej 1880-1967 (1971). Odkrył i wypromował nieznanego w swoim kraju Gennadija Ajgiego, co uczyniło go poetą znanym na Zachodzie.
Dorobek translatorski Woroszylskiego był imponujący, a dotyczył przede wszystkim poezji. Autorka próby podsumowania wątków rosyjskich w jego twórczości zwraca uwagę na noty o autorach zawarte w książce Moi Moskale, które świadczą o tym, że "mistrzostwo tłumacza zasadzało się nie tylko na absolutnym słuchu stylistycznym, ale i na ogromnej wiedzy, doświadczeniu. Widać, z jaką swobodą Woroszylski opisuje kolejne epoki literackie, ich klimat, ich bohaterów i czasem antybohaterów. Z not wyłania się Rosja piękna, ale i groźna, Rosja tajemnicza i milcząca, milcząca choćby o swoich niechcianych talentach..."114. W 1971 roku sowiecka bezpieka ustaliła, że Woroszylski pośredniczył w przesłaniu na Zachód "rękopisów czuwaskiego poety Gennadija Lisina (pseudonim literacki "Ajgi"), które następnie zostały opublikowane przez wydawnictwo "Zurkamp" ["Suhrkamp"]. Wiersze te zawierały treści antyradzieckie"115.
Kolejnym nurtem twórczości Woroszylskiego były analizy ważnych postaci rosyjskiej literatury. Wydana w 1963 roku książka Sny pod śniegiem o Michaile Sałtykowie-Szczedrinie nie była biografią ani powieścią, ale jakby zapisem spowiedzi pisarza. Woroszylski wspominał, że 20 tomów Szczedrina przeczytał podczas studiów w Moskwie, a rozumienie Rosji ułatwiła mu lektura zwłaszcza dziejów miasta Głupowa, "gdzie rządzą kolejni burmistrze - dziwacy, wariaci, tyrani. Nie tylko ci władcy są karykaturami i potworami zarazem, ale i podporządkowany im lub wręcz wybierający ich lud. To jest książka bezlitosna, wspaniała parodia całej historii Rosji". Po kilku latach powrócił do lektury: "I zobaczyłem w Sałtykowie i w jego twórczości nie tylko model Rosji - każdej: i carskiej, i sowieckiej - ale też model losów pisarza, który się dusi w swojej ojczyźnie". Woroszylski jako "rewizjonista" i autor Dziennika węgierskiego nie mógł jeździć do ZSRR, ale z Moskwy znajomi przywozili mu potrzebne książki. "To była ta pierwsza moja "rosyjska" książka, którą mogłem napisać tylko dzięki pomocy ludzi stamtąd" - wspominał116.
Książka jest - nie wiadomo - prozą, poezją, prozą poetycką? Analizująca twórczość Woroszylskiego Alicja Lisiecka, krytyk literacki, nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie, miała też mieszane uczucia co do treści. Zarzucała ekspresjonistyczną manierę, nadmierne zintelektualizowanie, ale zarazem oceniała, że książka jest mądra i ambitna. "Sny pod śniegiem są wielkim przedśmiertnym monologiem pisarza, zaangażowanego działacza, reformatora. Są bilansem całego życia, rozrachunkiem z ludźmi i historią. Jaką historią? Współczesną czy tamtą - dziewiętnastowieczną? Zapewne jedną i drugą. Woroszylski odnajduje w życiu świetnego pisarza rosyjskiego sytuacje moralne aktualizujące się i dziś". Szczedrin przeżarty jest gorzką drwiną z zaangażowania, które dało owoce dalekie od zamierzonych117. O Snach pod śniegiem mówił Woroszylski w wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego", pierwszym, jakiego udzielił katolickiemu pismu. Przyznał, że chodziło mu o postawienie problemu utopii. "Sałtykowowi właściwa była z jednej strony ogromna, bolesna tęsknota za utopią, potrzeba służenia jej i wręcz niemożność kompletnego podporządkowania się utopii, zrezygnowania na rzecz jej praktycznej realizacji z szeregu oporów moralnych i intelektualnych. [...] Otóż ten dwoisty, pełen nieopadającego napięcia stosunek Szczedrina do utopii ja osobiście odbieram jako najdramatyczniejszą treść jego twórczości i życia; i ten uzewnętrzniony w jednym i drugim d r a m a t p r o b l e m u uważam też za naczelną sprawę własnej książki". Na uwagę przeprowadzającego rozmowę Wiesława Pawła Szymańskiego, że esej jest napisany techniką surrealistyczną i bez poezji Białoszewskiego taka książka byłaby niemożliwa, Woroszylski odpowiedział, że byłaby niemożliwa bez doświadczenia poezji, i powołał się na przykłady ostatnich książek Jerzego Andrzejewskiego, Jacka Bocheńskiego, Kazimierza Brandysa: "W rytmie, w składni, w pewnym typie skrótów i paradoksów, w kojarzeniu obrazów, w emocjonalnej aurze monologu lirycznego - we wszystkim tym wypadnie stwierdzić obecność współczesnej świadomości poetyckiej"118.
Książka wywołała ciekawą refleksję Jerzego Stempowskiego, który pisał z Berna do Tymona Terleckiego w Londynie, że wokół Sałtykowa-Szczedrina krystalizowała się kiedyś opozycyjna inteligencja w Rosji. "Słówka i półsłówka z jego utworów były rodzajem znaku porozumiewawczego, po którym poznawano bez błędu należących do inteligencji. Sny pod śniegiem napisane są takimi półsłówkami, widocznie więc czytelnicy polscy zaczęli je rozumieć. Na takie książki nie będzie już papieru. Przypuszczać można, że i Sny pod śniegiem mogły ukazać się tylko na podstawie przywilejów rusycystyki. Prostacy rządzący tak nieudolnie krajem chcieliby zrobić ze swoich poddanych plastyczną masę i przestraszyli się młodej literatury i zapowiadanych przez nią nowych formacji społecznych. Niestety, na te aspekty krajowej literatury nie możemy wskazywać palcem, ale musimy się jakoś z nimi liczyć, wysnuwać z nich wnioski"119.
Stempowski, który był w listownym kontakcie z Woroszylskim i cenił go nie tylko za wspominane tu książki, angażował się, by został on wyróżniony nagrodą Kościelskich, jedną z głównych nagród emigracyjnych dla pisarzy120. Nagroda, którą dostał w roku 1965 obok Andrzeja Kijowskiego, zwracała uwagę na Woroszylskiego w skali międzynarodowej, a zwłaszcza emigracyjnej. Była też swego rodzaju świadectwem moralności w oczach Zachodu, co miało znaczenie ze względu na powojenne zaangażowania pisarza. Nie dla wszystkich było to jednak przekonywające. Na łamach londyńskich "Wiadomości" zaatakował "pryszczatych", w tym Woroszylskiego, Janusz Kowalewski, przedwojenny komunista, po wojnie na emigracji antykomunista: "Spryciarze z pryszczami poczuli nowy wiatr [...], w roku 1956 opanowali redakcję "Nowej Kultury". Dali natychmiast upust manii rozrachunków. [...] Dziś wszystkich [...] widzimy znowu w siodłach, na posadkach, przy korytku". Odpowiedział mu Tadeusz Nowakowski w paryskiej "Kulturze", pisząc, że zaangażowania w stalinizm wynikały nie tylko z zastraszania i korupcji, ale też "odwoływano się do sytuacji odczuwanych przez młodych jako nieznośne. [...] Być może, że droga w głąb stalinowskiej nocy wybrukowana była najlepszymi intencjami"121. Te dwie przeciwstawne opinie oddawały podział w ocenie dawnych "pryszczatych", w tym Woroszylskiego, który będzie mu towarzyszył przez całe życie.
Równolegle Woroszylski pracował nad biografią tak bliskiego mu kiedyś Włodzimierza Majakowskiego. Tym razem pisał nie eksperyment literacki, ale biografię, opartą na różnorodnych świadectwach współczesnych. To oni, a nie narrator, opowiadali o poecie i jego życiu. "Miałem pomysł, że zrobię to na zasadzie filmu dokumentalnego, który często polega na tym, że w archiwum wycina się kawałki ze starych kronik i z tego skleja się film". Pracujący w Muzeum Majakowskiego Gennadij Ajgi przysyłał mu nielegalnie książki i wypisy ze starych gazet122. Woroszylski był przewodnikiem, który relacje i dokumenty układał w kolaż o odpowiedniej konstrukcji, tak by tworzyły wartką historię życia poety. Wykorzystał swoje dawne badania, świetną wiedzę o twórczości i nową, chłodną już perspektywę. "Sądzę, że to Majakowski prawdziwy - ale prawdy o poecie i jego czasach nie odczytał bezosobowy automat. Mimo wszystko jest to mój Majakowski" - pisał w przedmowie. Licząca 800 stron książka ukazała się w 1965 roku nakładem PIW w prestiżowej serii "Ludzie żywi". Książka była polemiką z doktoratem obronionym w Moskwie, świadectwem przemiany, jaka dokonała się w autorze. Majakowski jest przedstawiony nie jako heroiczny rewolucjonista, Woroszylski zobaczył w nim "człowieka, który się głęboko pomylił, postawił na coś, co było fikcją, nieprawdą, oszustwem. Chciał być poetą rewolucji, a rewolucja go nie chciała i miała rację, bo nie miał tych cech, jakich się domagała. Dlatego musiał zginąć"123.
W 1966 roku Życie Majakowskiego otrzymało w konkursie czytelników "Kuriera Polskiego" tytuł książki miesiąca. Otrzymało także prywatną nagrodę Alicji Lisieckiej. W następnych latach książka została przetłumaczona na angielski i opublikowana w 1971 roku w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, a w 1980 roku ukazała się w języku hiszpańskim w Meksyku.
Trzecią książką powiązaną podobnymi wątkami była biografia Jesienina, opublikowana (we współautorstwie z Elwirą Watałą) w 1975 roku. Autor miał do niego stosunek krytyczny, doszedł do wniosku, że to Jesienin, arywista z riazańskiej wsi, a nie inteligent Majakowski, był "właściwym poetą rewolucji"124. Książka cieszyła się także znaczną popularnością, została wznowiona w 1982 roku, doczekała się także w 1980 roku wydania włoskiego.
Ostatnią z wielkich monografii o literaturze rosyjskiej była książka Kto zabił Puszkina, opublikowana nie bez trudności cenzuralnych w 1983 roku. Była to biografia wielkiego rosyjskiego poety ukazana na tle ówczesnych stosunków panujących w Rosji.
Uprawianie rusycystyki w PRL było zadaniem trudnym i niewdzięcznym. W kraju zależnym od ZSRR wszystko, co rosyjskie, budziło dystans, obawę, niechęć milionów odbiorców, bo też oficjalnie lansowana kultura - zgodnie z dogmatycznym sowieckim wzorem - mieszała się z propagandą wielkorosyjską i komunistyczną. Z tych samych względów pisanie niezgodne z tym schematem powodowało trudności wydawnicze, cenzuralne, pretensje sowieckich biurokratów od kultury. Jeśli przez te dziesięciolecia jakaś fascynacja kulturą rosyjską w Polsce się zachowywała, wielką w tym rolę odegrała garstka niepokornych znawców literatury, wśród których Woroszylski był najaktywniejszy.
Opozycja
Po wyjściu z redakcji "Nowej Kultury" Woroszylski nie był szczególnie aktywny politycznie. Nie zajmował też stanowisk we władzach Związku Literatów Polskich, w którym oponenci władz skupiali się wokół Antoniego Słonimskiego. Ten krąg i pisarze z grupy "Europy" przyciągali szczególną uwagę Wydziału Kultury KC PZPR i Służby Bezpieczeństwa. Dawnych "pryszczatych", w tym Woroszylskiego, zaliczano do mniej wówczas aktywnych, ale należących do "lewicy intelektualnej", której spoiwem jest ostra krytyka stalinizmu i demaskowanie zła w istniejącym ustroju. "Elementem ideowym łączącym tych - jakże przecież różnych ludzi - jest s w o i s t e pojmowanie roli literatury jako "sumienia narodu" wymierzającego "historyczną sprawiedliwość czasom i ludziom". [...] Swoistość tego rozumienia roli literatury jako "przewodniczki narodu" polega na całkowitej negacji kierowniczej funkcji partii w odniesieniu do literatury. [...] Stanowisko to posiada swą podbudowę teoretyczną w teorii o "autonomii zjawisk kulturowych" i "jedności światowej kultury"" - oceniał Walery Namiotkiewicz, dawniej dziennikarz "Po Prostu", teraz osobisty sekretarz Gomułki125. Polityka kulturalna partii zmierzała do podporządkowania kultury ideologicznym wymaganiom partii i jej celom propagandowym, z których najważniejszymi były głoszenie wyższości "socjalizmu" i pochwała "budownictwa socjalistycznego"126. Ta sprzeczność stanowisk najważniejszych pisarzy i władz wytyczała główne pole konfliktu, który dotyczył też czasopism kulturalnych - "Nowej Kultury" i "Przeglądu Kulturalnego". Ich likwidacja w 1963 roku i powołanie jednego tygodnika "Kultura" było istotnym posunięciem zmierzającym do narzucenia przez partię swojej woli środowisku literackiemu. Wytyczne, jak powinna wyglądać kultura i nauka i jak przyczyniać się do wzmacniania "socjalizmu", dał Gomułka na XIII Plenum KC PZPR w lipcu 1963.
Kumulujące się napięcia znalazły wyraz w liście do premiera, który w marcu 1964 podpisało 34 znanych intelektualistów. Inicjatywa należała do Słonimskiego, on też był autorem tekstu, w którym sygnatariusze sprzeciwiali się zaostrzaniu cenzury i ograniczaniu przydziału papieru na druk książek. "Niżej podpisani, uznając istnienie opinii publicznej, prawa do krytyki, swobodnej dyskusji i rzetelnej informacji za konieczny element postępu, powodowani troską obywatelską, domagają się zmiany polskiej polityki kulturalnej w duchu praw zagwarantowanych przez konstytucję państwa polskiego i zgodnych z dobrem narodu"127. To zdanie dobrze oddawało poczucie sygnatariuszy, że przysługują im prawa obywatelskie, prawo do wypowiadania się, bycia nie tylko petentem, ale też partnerem dla władzy politycznej. "Roszczenie sobie" praw przez pisarzy wywołało ostry konflikt z władzami PRL. Wśród 34 sygnatariuszy byli pisarze uznani jeszcze przed wojną, jak Słonimski, Maria Dąbrowska, Melchior Wańkowicz, Zofia Kossak-Szczucka, Jan Parandowski czy bliski im nieco młodszy Paweł Jasienica, list podpisała grupa "Europy" z Jastrunem, Ważykiem, Kottem, Hertzem, Dygatem oraz związany z nimi Jerzy Andrzejewski. Podpis złożyli profesorowie Tadeusz Kotarbiński, Władysław Tatarkiewicz, Maria Ossowska, Edward Lipiński i kilku innych oraz reprezentujący "Tygodnik Powszechny" Jerzy Turowicz i Stefan Kisielewski. List miał charakter pokoleniowy, nie zwracano się do trzydziestolatków, ale też do partyjnych - chyba tylko prof. Lipiński miał legitymację PZPR.
List 34 wywołał irytację władz, a jedną z odpowiedzi miało być "przykrycie go" przez odcięcie się i faktyczne potępienie przez grupę o wiele liczniejszą. W końcu kwietnia z inicjatywy Podstawowej Organizacji Partyjnej przy ZLP zaczęto zbierać podpisy pod "kontrlistem", w którym sprzeciwiano się ingerencji Radia Wolna Europa i "kampanii oczerniającej Polskę Ludową" oraz uznawano, że polityka kulturalna "jest wspólną sprawą inteligencji twórczej oraz kierownictwa politycznego i państwowego kraju". "Kontrlist" ze 157 podpisami ogłoszono 10-11 maja na łamach dziennika "Życie Warszawy"128. Następnie kontynuowano zbieranie podpisów.
Równolegle naczelny redaktor "Kultury" Janusz Wilhelmi do szeregu osób, w tym do Woroszylskiego, wysłał list, w którym pisał: "Uważamy za konieczne skupienie wszystkich partyjnych ludzi pióra dla dania odporu podobnym tendencjom", i zapraszał do wypowiedzi na łamach redagowanego przez siebie tygodnika "o rzekomym braku wolności słowa w Polsce i rzekomym zagrożeniu kultury narodowej przez politykę kulturalną Partii"129. Wkrótce potem Egzekutywa POP zwracała się do członków PZPR, w tym Woroszylskiego, ze swego rodzaju monitem: list podpisało już 150 pisarzy, przy czym wymieniano szereg nazwisk130. Woroszylski jednak nie podpisał, podobnie jak inni z dawnego zespołu "Nowej Kultury", którzy w 1958 roku ustąpili z redakcji. Zostało to potraktowane jako niesubordynacja. I sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR Walenty Titkow na początku czerwca wygłosił referat, w którym mówił, że "kontrlist" podpisało 600 pisarzy. "Szkoda, że nie wszyscy członkowie organizacji partyjnej przy warszawskim Związku Literatów przyłączyli się dotąd do tego protestu"131. Głos zabrał także Gomułka, który powiedział, że listu nie podpisali niektórzy partyjni literaci, co dowodzi słabości ideologicznej w niektórych środowiskach. "Każdego członka partii obowiązuje ta sama dyscyplina i ta sama linia generalna"132.
Woroszylski został wezwany do Komitetu Warszawskiego PZPR 8 lipca na rozmowę z sekretarzem Józefem Kępą, by wytłumaczył się, dlaczego nie podpisał "kontrlistu". W konsekwencji złożył pisemne wyjaśnienie: "Uważam za niemożliwy udział w akcji zbiorowej, która w opinii publicznej musi być odebrana jako dwuznaczna. W sytuacji, kiedy uprzednio literaci, jacy z własnej inicjatywy podpisali inne oświadczenie, poddani zostali represjom - złożenie podpisu pod zaproponowanym tekstem, niezależnie od rzeczywistych intencji, traci cechy autentycznej manifestacji przekonań i daje się odczytać jako wyraz niechęci do narażania się bądź chęci uzyskania jakichś korzyści osobistych. Nie posądzając znacznej części sygnatariuszy "listu sześciuset" o tego rodzaju motywy, żałuję, że wyrządzono im krzywdę, skłaniając do podobnej dewaluacji swoich podpisów. Całą akcję uważam za mijającą się z celem i wywierającą skutek przeciwny do zamierzonego"133.
Była to deklaracja niezgody na udział w kampanii propagandowej i potępienie jej formy, zarazem deklaracja solidarności z sygnatariuszami Listu 34, z których część poddano naciskowi, literatom zatrzymano będące w druku książki, zmuszono redakcje do zawieszenia z nimi współpracy, a Wańkowiczowi wytoczono proces.
Podpisów pod "kontrlistem" odmówiła spora grupa partyjnych literatów, między innymi Kazimierz i Marian Brandysowie, Jacek Bocheński, Tadeusz Konwicki, Artur Międzyrzecki oraz - będący też członkiem ZLP - Leszek Kołakowski. Było to więc kolejne pęknięcie w organizacji partyjnej literatów i zapowiedź dalszych rozstań. Dla starszych pisarzy podpisanych pod listem opór "młodych" był miłym wydarzeniem. "Chyba więc wtedy właśnie seniorzy ostatecznie przyjęli do wiadomości naszą "dojrzałość", a Antoni Słonimski zaliczył tych, których polubił, w poczet "rówieśników""134.
Zapewne Woroszylski odegrał pewną rolę jako informujący środowisko paryskiej "Kultury" o przebiegu i tle konfliktu partii z pisarzami. Kontakt ze środowiskiem "Kultury" nawiązał w czasie wyjazdu do Niemiec zachodnich w grudniu 1957. Wtedy spotkał się z Wandą Brońską-Pampuch, córką wybitnego działacza KPP, więzioną w stalinowskich łagrach, która po uwolnieniu z obozu zdołała się wydostać na Zachód; była czynna w ukazywaniu stalinowskich represji na łamach Radia Wolna Europa i "Kultury". Wtedy też Woroszylski poznał Bohdana Osadczuka, Ukraińca, publicystę zachodnich, pism i współpracownika Giedroycia. W połowie 1960 roku Osadczuk pisał do Giedroycia o Woroszylskim jako osobie, z którą jest w stałym kontakcie. Wysyłał też do niego - drogami nieoficjalnymi - interesujące go książki135. Osadczuk był publicystą "Neue Zürcher Zeitung", jednego z najważniejszych dzienników zachodnich, i naświetlanie sytuacji w bloku wschodnim, w tym w Polsce, należało do jego głównych kompetencji. Z pewnością rozmowy z Woroszylskim były ważnym uzupełnieniem wiedzy Osadczuka. We wspomnieniach pisze entuzjastycznie: "Moim głównym "informatorem" był zawsze Wiktor Woroszylski. Łączyła mnie z Witkiem, bo tak wszyscy przyjaciele go nazywali, najszczersza i jak najbardziej autentyczna przyjaźń. Przyjaźń bez najmniejszej skazy, fałszów lub podejrzeń. A pielęgnowaliśmy ją przez dziesięciolecia aż do upadku komunizmu ponad - dla mnie wówczas nieprzekraczalnymi - granicami "obozu socjalistycznego". Spotykaliśmy się w rozmaitych miastach, czasem w Paryżu, w Wenecji i Mediolanie, Sztokholmie i Madrycie. Woroszylski był moim głównym doradcą w sprawach kultury w Polsce i innych krajach pod władzą komunistów. A ja te wiadomości kolportowałem na zaprzyjaźnionych łamach"136.
Ta znajomość wzbudziła zainteresowanie Woroszylskim ze strony wywiadu PRL już w 1962 roku, kiedy Departament I MSW bliżej zainteresował się Osadczukiem. Wówczas w dokumentach operacyjnych zwrócono uwagę na Woroszylskiego jako jeden z "kontaktów" Osadczuka, obok Andrzeja Berkowicza, byłego dziennikarza "Po Prostu", i Stefana Kisielewskiego, publicysty "Tygodnika Powszechnego" i posła na sejm. Po dwóch latach, w 1964 roku, wywiad umieszczał Woroszylskiego na czele listy kontaktów Osadczuka w kraju. Na dalszych miejscach znajdowali się między innymi Kisielewski, Berkowicz, Leon Bielski - redaktor naczelny "Expressu Wieczornego" i Stanisław Brodzki - zastępca naczelnego redaktora tygodnika "Świat"137. W popaździernikowej Polsce kontakty z emigracyjnym dziennikarzem nie były wprost zakazane, ale też nie należało się nimi zbyt głośno chwalić. Dla ogarniętych szpiegomanią służb wystarczały jednak, by umieścić kogoś na liście osób o podejrzanych znajomościach na wrogim Zachodzie.
Drugim kontaktem był Jerzy Stempowski, mieszkający w szwajcarskim Bernie, z którym Woroszylski utrzymywał korespondencję, naturalnie pozbawioną wątków politycznych. W czasie wyjazdów Woroszylskiego na Zachód dochodziło jednak do spotkań i rozmów. Takich kontaktów utrzymywał zresztą Stempowski z polskimi pisarzami wiele. W jednym z listów do Giedroycia pisał: "Kiedy ranga społeczna pisarza przysługuje dziś młodym, zobowiązując ich do honorowego trzymania się - jak w wypadku Woroszylskiego - jest to zjawiskiem dodatnim, wskazującym, że Polska cofnęła się do XIX wieku i jest w chwili tworzenia nowej inteligencji, to jest grupy społecznej tworzącej opinię publiczną w braku parlamentu i prasy"138. W grudniu 1966 Woroszylski odwiedził Stempowskiego, któremu opowiedział o przebiegu następnego kryzysu w ZLP, związanego z wyrzuceniem z partii Kołakowskiego i wystąpieniem z niej kilkunastu pisarzy139.
Postawa zajmowana przez Woroszylskiego i jemu bliskich była powodem znacznej popularności w środowisku, co potwierdziły wybory na Zjazd ZLP, które odbyły się w listopadzie 1965. Na walnym zebraniu Oddziału Warszawskiego 4 listopada 324 literatów wybierało 44 delegatów na Zjazd. Najwięcej głosów otrzymał Igor Newerly, autor memoriału o problemach pisarzy i prezes Oddziału Warszawskiego - 262, ale "rewizjoniści" byli w czołówce - Konwicki 256, Kołakowski 244, Kazimierz Brandys 234, Bocheński 230. Woroszylski otrzymał 225 głosów, o jeden więcej niż prezes ZLP Jarosław Iwaszkiewicz. Porażkę wyborczą odnotowali podpisani pod Listem 34, których widocznie uznano za zbyt ostrych oponentów władzy, podobnie jak - z drugiej strony - odrzucono lojalistów140.
Na Zjeździe 4 grudnia Woroszylski wygłosił przemówienie polemiczne wobec wypowiedzi Artura Sandauera, który uznał, że zadaniem krytyki jest demaskowanie pisarzy. Wypowiedź ta, choć mówca tylko napomknął o cenzurze i "demaskatorze z jednego warszawskiego tygodnika", została zauważona przez Służbę Bezpieczeństwa141. Za niewłaściwe i opozycyjne zarówno MSW, jak i Wydział Kultury KC PZPR uznały wystąpienia na Zjeździe Kołakowskiego i Kazimierza Brandysa.
W 1966 roku mijała 10. rocznica Października. Student historii i organizator różnych buntowniczych działań na Uniwersytecie Warszawskim Adam Michnik postanowił zaprosić na dyskusję ze studentami na Wydział Historii przywódców - jak wtedy mówiono - październikowej lewicy: Leszka Kołakowskiego, Wiktora Woroszylskiego, Ryszarda Turskiego z "Po Prostu" i Krzysztofa Pomiana - jesienią 1956 członka kierownictwa ZMP. Władze Uniwersytetu zgodziły się na tych tylko prelegentów, którzy byli pracownikami UW, zatem Woroszylskiego nie zaproszono. Leszek Kołakowski w obszernym wystąpieniu podzielił się refleksjami o utraconych nadziejach Października, o braku reform, deficycie wolności i praworządności. Nagrane przez SB przemówienie trafiło do władz PZPR i Kołakowskiego oraz Pomiana wyrzucono z partii142.
Kilkunastu literatów bliskich Kołakowskiemu stanęło w jego obronie w liście do Biura Politycznego KC PZPR. Woroszylski był inicjatorem i głównym autorem listu i wraz z Jackiem Bocheńskim oraz Pawłem Beylinem zbierał podpisy143. Obok nich list podpisali Flora Bieńkowska, Marian Brandys, Witold Dąbrowski, Tadeusz Drewnowski, Marian Grześczak, Tadeusz Konwicki, Igor Newerly, Seweryn Pollak, Leon Przemski, Arnold Słucki, Julian Stryjkowski, Witold Wirpsza. W liście wyrażano najwyższe uznanie dla Kołakowskiego jako jednego "z najgłębszych i najbardziej utalentowanych w skali polskiej i międzynarodowej wyrazicieli poglądów identyfikujących socjalizm z pełną wolnością twórczą, postulujących przeto taki układ stosunków, w którym publiczna, choćby i najostrzejsza krytyka filozoficzna i społeczna różnych zjawisk rzeczywistości egzystowałaby na zasadzie praktyki dnia codziennego, nie zaś aktu wyjątkowego, skazującego krytyka na nieuchronne represje natury partyjnej bądź administracyjnej. Taką wizję socjalizmu podziela z Kołakowskim wielu intelektualistów komunistycznych, zarówno w Polsce, jak i w innych krajach socjalistycznych oraz kapitalistycznych. [...] Może się wydawać smutnym symbolem, iż wykluczenie to nastąpiło w dziesięciolecie Polskiego Października, który niósł nadzieje na swobodny i autentyczny rozwój demokracji i kultury socjalistycznej". Do kierownictwa PZPR apelowano o zmianę decyzji i przywrócenie praw członkowskich Kołakowskiemu144. List został wysłany 19 listopada, a już na 25 listopada sygnatariuszy wezwano przed oblicze Komisji KC, której przewodniczył Zenon Kliszko, druga osoba w partii.
Woroszylski zeznawał jako pierwszy. Pytano go, czy zna treść wystąpienia Kołakowskiego. Oczywiście znać nie mógł, "ale znam streszczenie". Kliszko mówił, że treść wystąpienia nie mieści się w ramach partii. Woroszylski odparł: "Kołakowskiego znam od wielu lat i ja go wprowadziłem do partii. Trudno mi zrozumieć decyzję o wydaleniu go z partii". Kliszko nie chciał jednak odejść ku szerszym rozważaniom, trzymał się wystąpienia z 21 października, podsunął transkrypt sporządzony przez MSW, niezredagowany, w różnych miejscach trudno zrozumiały. Woroszylski uchylił się od analizowania tego tekstu, ale wyraził opinię, że nie wynika z niego, iż Kołakowski krytykował ustrój, a jedynie "wyraża wariant inaczej realizowany. Chyba jest klimat w partii do dyskusji i chyba nigdy nie przestaniemy dyskutować nad poprawą pewnych form". Kliszko i inni członkowie komisji - sekretarze KC Witold Jarosiński, Artur Starewicz, Władysław Wicha - nie dali się wciągnąć w dyskusję. Na koniec rozmowy Kliszko zakomunikował, że Woroszylski zostanie zawieszony w prawach członka partii, a jego sprawę rozpatrzy Centralna Komisja Kontroli Partyjnej145. Podobny przebieg miały rozmowy z innymi sygnatariuszami listu do Biura Politycznego.
Uzupełnieniem przesłuchania były oświadczenia złożone 25 listopada przez obwinionych o solidarność z Kołakowskim i sprzeciwianie się decyzji partii. Woroszylski odmówił ustosunkowania się do transkryptu przemówienia jako do dokumentu nieautoryzowanego. Zarazem stwierdził, że solidaryzuje się z szeregiem tekstów opublikowanych przez Kołakowskiego146.
Centralna Komisja Kontroli Partyjnej od 8 grudnia 1966 spotykała się z zawieszonymi pisarzami. Woroszylskiego przesłuchała 7 stycznia. Jak sam pisał w skierowanym do CKKP piśmie: "Podtrzymałem pogląd, że podjęta przez tow. Kołakowskiego krytyka szeregu zjawisk z dziedziny swobód obywatelskich i sytuacji kulturalnej jest uzasadniona i mieści się w granicach partyjnej troski o humanistyczne oblicze ustroju socjalistycznego w Polsce". Zapytano go wówczas o jego osobisty stosunek do polityki partii. Odpowiedzi nadał charakter pisemnej deklaracji. Przypomniał, że od 18 lat należy do partii. "Jak wielu moich rówieśników - w tym również Kołakowskiego - sprowadziło mnie wówczas do Partii naiwne być może marzenie o zbudowaniu społeczeństwa całkowicie odmiennego od dotychczasowego, które uważałem za nieludzkie - marzenie o socjalizmie. Nie rozstałem się z tą tęsknotą po dzień dzisiejszy - ale nie jestem już naturalnie tym samym człowiekiem co niegdyś". Pisał, że zbyt wiele widział zła i głupoty w łonie tego, co nazywano socjalizmem. Samopoczucie określa "duszna atmosfera naszego życia - atmosfera coraz bardziej przytłaczającego systemu zakazów, insynuacji, szykan, gróźb, nietolerancji dla wszelkiej krytycznej myśli. Czy to polityka Partii? Czy tylko wypadkowa subiektywnych poczynań i nastawień poszczególnych działaczy? Nie umiem na to odpowiedzieć. Ale jakkolwiek by się to tłumaczyło - nie umiem też na to przystać". W początkowym okresie aktywności żywił bezkrytyczne zaufanie do polityki partii, popierał też to, co "okazało się całkowicie błędne i gorzej niż błędne". Od 1952 roku przeżywał okres rozczarowania i sprzeciwu, ale rok 1956 przyniósł nadzieje na odrodzenie ruchu komunistycznego. W roku 1958 te nadzieje zostały zahamowane: "Zaczęło się likwidowanie ośrodków wszelkiej oddolnej inicjatywy kulturalnej i intelektualnej; nastąpił gwałtowny atak na tak zwaną literaturę obrachunkową i uniemożliwienie jej publikowania; torpedowanie prób analizy i krytyki niedawnej przeszłości - stalinizmu; powrót do metod "silnej ręki" w rządzeniu itd. Podobne zjawiska trwały i wzmagały się przez wszystkie następne lata. [...] Na porządku dziennym jest brutalne łamanie demokracji zarówno w organizacjach partyjnych, jak i w stowarzyszeniach twórczych i innych. [...] Na porządku dziennym - ograniczenie swobody wypowiedzi przy pomocy ostrej cenzury, zakazów druku dla poszczególnych autorów i innych środków represyjnych. Na porządku dziennym - system inwigilacji, podsłuchu telefonów, przeglądania korespondencji itp. - i to nie w stosunku do osób stojących pod zarzutem konkretnych wykroczeń przeciw bezpieczeństwu państwa, lecz w stosunku do podejrzanych o nieortodoksyjne stanowisko wobec zagadnień z dziedziny ideologii lub kultury. [...] Wiadomo na przykład, że nazajutrz po złożeniu przez nas listu do Biura Politycznego - jednego z sygnatariuszy odwiedził funkcjonariusz MSW i usiłował przesłuchać na okoliczność, kto jest "organizatorem". Wytworzona przez ostatnie lata atmosfera podejrzliwości, strachu, niechęci do krytyki i do każdej nieuzgodnionej myśli, popieranie pochlebców i oportunistów - nakłada piętno na wiele zakresów życia, przede wszystkim ideowego i kulturalnego. [...] Na dłuższą metę może to fatalnie zaowocować - obawiam się - również na innych odcinkach".
W czasie rozmowy zadano mu pytanie, czy może nadal pozostawać w partii, skoro widzi sytuację w tak czarnych barwach. "Odpowiadam: z całych sił bronię się przed utratą nadziei, że sytuacja ta może ulec zmianie. Bronię się przed utratą wiary, że głos niepokoju i krytyki [...] doczeka się w końcu wysłuchania"147. Deklaracja Woroszylskiego została skierowana do wiadomości Biura Politycznego148. W konsekwencji Woroszylski został usunięty z partii. Podobnie jak bliscy mu literaci. Prócz sygnatariuszy omawianego listu opuścili PZPR między innymi Kazimierz Brandys, Jerzy Pomianowski, Ryszard Matuszewski, Wacław Zawadzki, Roman Karst, Wisława Szymborska.
Usunięcie Kołakowskiego i związany z tym protest pisarzy, który przyczynił się do znacznego poruszenia w środowisku literatów, czy nawet szerzej - partyjnych intelektualistów - były ważną cezurą w dziejach PZPR. Odeszli najaktywniejsi dawniej partyjni literaci, czynni w okresie stalinizmu, ale wyróżniający się również w wyznaczaniu linii destalinizacji i głoszeniu potrzeby zmian ustroju w kierunku większej wolności. Dla tej grupy nazwisko Woroszylskiego było chyba najbardziej symboliczne, obok nazwiska Kołakowskiego. Ich wyjście z PZPR oznaczało dalszą zmianę klimatu politycznego. Partia nie szukała formuł ideowych łączących "socjalizm" z postępem, rozumem i poszerzaniem wolności, w tym wolności kulturalnych, jak tego oczekiwali dawni "rewizjoniści", ale dążyła do zmiany klimatu politycznego przez wiązanie autorytarnego nadal modelu rządzenia z nacjonalizmem ludowym, wykluczającym "obcych", zwłaszcza Żydów, i odrzucającym zachodnie "nowinki" na rzecz populistycznej przaśnej krzepy. Taki kierunek w polskim komunizmie, w nawiązaniu do dawnych formuł natolińczyków, rozwijał się od początku lat sześćdziesiątych, a teraz - wspierany przez MSW i młodszych aparatczyków PZPR - zwyciężał.
Pisarzom, którzy stanęli w obronie Kołakowskiego, założono podsłuch telefoniczny149. W wypadku Woroszylskiego zrealizowano to chyba już wcześniej. Jak bowiem wynika z adnotacji w materiałach jego rozpracowania, sowieckie organy bezpieczeństwa już w 1965 roku wykorzystały agenta "Biełow" do rozpracowywania kontaktów Woroszylskiego w ZSRR. "O kontaktach W. Woroszylskiego z obywatelami radzieckimi informowaliśmy na bieżąco radzieckie organa bezpieczeństwa" - zapisano w notatce sporządzonej w 1978 roku. Nie wiadomo jednak, od kiedy takie informacje przesyłano150. W listopadzie 1965 Woroszylski był wśród 15 delegatów na Zjazd ZLP, których dyrektor Departamentu III MSW nakazał poddać w Krakowie "aktywnej kontroli operacyjnej" przez wykorzystanie tajnych współpracowników, kontaktów poufnych "oraz zastosowanie techniki operacyjnej w miejscu ich zamieszkania", przez co należało rozumieć podsłuchy pokojowe. Wśród pozostałych objętych inwigilacją byli blisko związani z Woroszylskim Kołakowski, Bocheński, Braun, Wirpsza i Kazimierz Brandys obok Słonimskiego, Jasienicy, Jastruna, Pollaka151. Należy dodać, że w mieszkaniu Kołakowskiego podsłuch pokojowy funkcjonował od 1963 roku.
Cień Marca 1968
Atmosferę w Polsce gwałtownie zagęściła w czerwcu 1967 wojna sześciodniowa, w której Izrael pokonał państwa arabskie, w tym sojuszników ZSRR - Egipt i Syrię. Reakcją Moskwy i idącej za nią Warszawy było zerwanie stosunków dyplomatycznych z Izraelem. W Polsce zaczęła się też kampania antyżydowska, do której sygnał dał sam Gomułka. Przykłady początków kampanii, także obecne w rozmowach, żartach, Woroszylski przytacza w swoim dzienniku.
Rosnące napięcie między literatami próbującymi bronić wolności twórczych i wolności obywatelskich a władzami, które dążyły do ograniczania wolności słowa oraz osaczały oponentów pokazanymi wyżej metodami, osiągnęło kulminację na początku 1968 roku, kiedy najwyższe władze PZPR zdecydowały o zdjęciu Dziadów w reżyserii Kazimierza Dejmka z desek Teatru Narodowego. Wśród warszawskich literatów zaczęto zbierać podpisy o zwołanie nadzwyczajnego walnego zebrania Oddziału Warszawskiego Związku. Zebranie miało się odbyć 29 lutego 1968.
W przeddzień zebrania Woroszylski, Kołakowski, Bocheński, Andrzej Kijowski i Artur Międzyrzecki spotkali się - najwyraźniej w obawie przed podsłuchem w swoich mieszkaniach - u Barbary Majewskiej, zaprzyjaźnionej historyk sztuki. Wszyscy przyszli z żonami, gdyż uważali, że mogą być śledzeni, i chodziło o nadanie spotkaniu towarzyskiego charakteru. Zastanawiali się nad możliwym przebiegiem zebrania i ułożyli projekt rezolucji, którą - jak ustalili - nazajutrz Kijowski miał zgłosić. Kijowski był już po rozmowie ze Stefanem Kisielewskim. Następnego dnia rano Woroszylski i Kołakowski poszli do Andrzejewskiego, by go namówić do udziału w zebraniu. Autor Popiołu i diamentu miał tego dnia wieczór autorski, ale zdecydował się go odwołać i na zebranie przyjść152. Jak donosiła agentka, zarazem żona Jasienicy, "do godziny 16.00 Kijowski nie ujawnił się nikomu, że ma coś w zanadrzu". Dopiero wówczas, już w sali ZAiKS, w której miało się odbyć zebranie, podszedł do Jasienicy i powiedział, "że w nocy z 28 na 29 dosłownie "miał natchnienie" i z nikim się nie porozumiewając, napisał krótką, zwartą deklarację, którą sam zgłasza. Jasienica i Hertz, który to słyszał, byli zaskoczeni"153. Jak widać z tego donosu, konspirację utrzymano do ostatniej chwili, a Kijowski nie wyjawił, że nie jest to tylko jego inicjatywa.
Przebieg nadzwyczajnego zebrania Oddziału Warszawskiego ZLP znany jest z wielu opracowań, opublikowano także jego stenogramy, zarówno oficjalny, jak i przygotowany na podstawie podsłuchu SB, a także bardzo dokładny zapis Międzyrzeckiego154. Najostrzejsze przemówienia, zawierające krytykę polityki kulturalnej partii, wygłosili Paweł Jasienica, Antoni Słonimski, Jerzy Andrzejewski, Leszek Kołakowski, Stefan Kisielewski, Mieczysław Jastrun. Kijowski zgłosił rezolucję, która została w tajnym głosowaniu przyjęta. Był to krótki tekst wskazujący na nasilanie się ingerencji władz w działalność kulturalną i twórczość artystyczną. "System cenzury oraz kierowania działalnością artystyczną i kulturalną jest arbitralny i niejawny, nieokreślone są w nim kompetencje poszczególnych władz oraz sposób odwoływania się od decyzji". Ten stan rzeczy hamuje rozwój kultury narodowej i odbiera jej autentyzm. Zakaz wystawienia Dziadów jest tego jaskrawym przykładem. Postulaty pisarzy kierowane do władz nie zostały dotąd uwzględnione. "Powodowani obywatelską troską, wzywamy władze PRL do przywrócenia, zgodnie z naszą wiekową tradycją, tolerancji i swobody twórczej. Domagamy się przywrócenia Dziadów Mickiewiczowskich w inscenizacji Dejmka, których usunięcie ze sceny wywołało zrozumiałe rozgoryczenie mieszkańców stolicy"155.
Wystąpienie pisarzy zbiegało się z protestem przygotowywanym na Uniwersytecie przez studentów skupionych wokół Adama Michnika i innych "komandosów", których wspierali zwolnieni w 1967 roku po dwóch latach więzienia Jacek Kuroń i Karol Modzelewski. Na 8 marca studenci zwołali wiec w obronie Adama Michnika i Henryka Szlajfera - kolegów relegowanych z Uniwersytetu oraz z protestem przeciw zdjęciu Dziadów. Wiec został brutalnie rozpędzony przez milicję, zaczęły się aresztowania, ale też wiece i demonstracje studenckie w Warszawie i innych miastach akademickich. Partia odpowiedziała rozpętaniem nagonki antyżydowskiej i antyinteligenckiej. Wśród najbardziej atakowanych byli pisarze - Jasienica, Kisielewski, Słonimski, Kołakowski i inni. Potępił ich osobiście Gomułka w przemówieniu transmitowanym na cały kraj 19 marca 1968. Parę dni później Kołakowskiego oraz kilku innych profesorów wyrzucono z pracy na Uniwersytecie.
Woroszylski nie znalazł się wśród bezpośrednio atakowanych, choć należał do pilnie inwigilowanych156. Dotknął go też tajnie wydany zakaz druku. Jak pisał w końcu grudnia 1968 roku, w Ossolineum zatrzymano gotową w lutym do druku Antologię nowoczesnej poezji rosyjskiej, w PIW - tomik poetycki Przygoda w Babilonie, w Wydawnictwach Artystycznych i Filmowych - wybór drukowanych uprzednio recenzji filmowych, w "Ruchu" - książeczkę dla dzieci Czterdzieści szczygłów, a ponadto Wydawnictwo Poznańskie zerwało umowę na wydanie zbioru opowiadań Historie i zażądało zwrotu zaliczki, "Czytelnik" zrezygnował z podpisania umowy na tomik wierszy Zagłada gatunków, tygodnik "Film" zapowiedział, że nie będzie drukował dalszych felietonów filmowych, gdyż cenzura uprzedziła, że "żaden mój tekst nie zostanie dopuszczony do druku". Zablokowano także druk wierszy w miesięczniku "Poezja", opowiadań w miesięczniku "Nurt", a z antologii wierszy przygotowanych przez "Iskry" wycofano wiersze Woroszylskiego. Ponadto Agencja Autorska zażądała usunięcia wszystkich wierszy z przygotowywanej na Węgrzech antologii poezji polskiej, jak również opowiadania dla dzieci z książki, która miała się ukazać w RFN157. Tak właśnie wyglądał zakaz druku narzucony przez partię jako represja wobec najbardziej potępionych pisarzy. Nie istniała od tej sytuacji możliwość odwołania, obrony na drodze prawnej. Represja nałożona była arbitralnie, niejawnie, a urząd cenzury, który ją realizował, nie prowadził negocjacji z autorem, nie wyjaśniał swych decyzji, kierował się zresztą zaleceniem "z góry". W tym wypadku zapewne - choć to tylko domysł - Kliszki lub Gomułki. Zdjąć blokadę mogli tylko ci, którzy ją nałożyli. Wszystko zależało od woli decydentów, ta zaś - od stopnia ich złości, no i postawy ukaranego. W wypadku Kołakowskiego blokada nie została zdjęta aż do końca lat osiemdziesiątych, do czego przyczynił się wyjazd za granicę i jego wypowiedzi na Zachodzie. Blokadę wobec Jasienicy zdjęto dopiero po upadku Gomułki, ale bardzo selektywnie, nie wznowiono jego książek, mimo że już nie żył. W wypadku Woroszylskiego tomiki poetyckie odblokowano w 1969 roku, ale wspomniana Antologia wyszła dopiero w 1971 roku. Część wymienionych utworów, na przykład Historie, ukaże się wiele lat później, niektóre nigdy. Współpraca zerwana przez czasopisma nie została już nawiązana.
Marzec 1968 był doświadczeniem szczególnym. Partia niegdyś komunistyczna, a więc negująca różnice narodowościowe i rasowe, jawnie je teraz podkreślała, czyniąc z nich podstawowe kryterium odróżniania ludzi. Odwołała się więc do dawnego, nieobecnego przez kilkadziesiąt lat w przestrzeni publicznej schematu nacjonalistycznego, antysemickiego, ksenofobicznego. Schemat ten był nieobecny w przestrzeni publicznej, ale istniał w prywatnych rozmowach w licznych środowiskach ukształtowanych przez nacjonalistyczną prawicę i był przekazywany z ust do ust, w wychowaniu rodzinnym. W takich środowiskach komunizm łączono z Żydami i z "obcą" inteligencją. Kampania antysyjonistyczna legitymizowała te postawy i schematy myślenia. Jeden z wodzirejów kampanii, Ryszard Gontarz, wspominał, że po opublikowaniu swojego artykułu uderzającego w znane nazwiska polskiej kultury dostał kilka tysięcy listów od czytelników. "Większość wyrażała zadowolenie, że wreszcie postawiono kwestię, dlaczego Żyd ma być bardziej uprzywilejowany od Polaka"158. "Żydem" zaś był każdy, komu reżyserzy kampanii z MSW wydobyli żydowskiego przodka i kto nie pasował do schematu nacjonalistyczno-populistycznego. Równolegle lansowany schemat - dawniej staliniści, dziś rzekomi obrońcy wolności - miał sporą skuteczność w budzeniu nieufności do krytyków systemu. Tak więc krytycy systemu to zwykle obcy (Żydzi), nierozumiejący prostego ludu, który tworzy naród, wyobcowani, kiedyś uprzywilejowani w hierarchii władzy, często dawni staliniści (a więc także obcy), współcześnie zapatrzeni w obce, zachodnie mody, nieraz powiązani interesami z wrogami Polski Ludowej, na przykład paryską "Kulturą" i Radiem Wolna Europa, wysługującymi się potężnym siłom Zachodu, a Zachód bynajmniej nie chce dobra Polski. Te schematy, antyinteligenckie, antyzachodnie, ludowo-narodowe, stały się faktyczną ideologią PZPR, połączoną z rytualnymi zaklęciami o "dyktaturze proletariatu". I obowiązkową wykładnią, że to partia reprezentuje klasę, lud, naród, państwo, a każdy sprzeciw jest antypaństwowy i antynarodowy.
Ludzie, którzy nie akceptowali ani takiej formuły polskości, ani wszechwładzy aparatu PZPR, znajdowali się w trudnej sytuacji. Byli skazani na konflikt i z partią, i z populizmem nacjonalistycznym, który próbował zawłaszczyć tradycyjny polski patriotyzm. Wmawiano im z różnych stron, że są garstką wyobcowaną z narodu. Najlepiej, by Polskę opuścili. Tak uczynią między innymi Kołakowski, Wirpsza, Kott spośród osób wymienionych na wcześniejszych stronach.
Koniec rządów Gomułki w grudniu 1970 zamykało z jednej strony podpisanie układu PRL-RFN, który oznaczał uznanie polskiej granicy zachodniej przez Niemcy, a z drugiej - późniejsza o tydzień masakra robotników na Wybrzeżu.
Objęcie władzy przez ekipę Gierka w grudniu 1970 nie wiązało się z żadną myślą o reformach systemu, nie miało więc żadnych analogii z wielkim poruszeniem roku 1956. Grupki partyjnych reformatorów były rozbite przez pomarcowe represje, a interwencja w Czechosłowacji w sierpniu 1968 dowodziła, że Moskwa nie da przyzwolenia na żadne istotniejsze zmiany systemu. Niemniej po grudniu nastąpiło odprężenie. Gierek prezentował bardziej otwarte, wychylone ku społeczeństwu oblicze reżimu. Nastąpiły podwyżki płac, poszerzenie kontaktów z Zachodem, także możliwości wyjazdowych. Poluzowano cenzurę, niektóre wcześniej zatrzymane książki mogły się ukazać, choć raczej bez rozgłosu i oczywiście bez informacji, że wcześniej nie zostały dopuszczone do druku. Marzec pozostał tabu, cenzura nie pozwalała, by do niego wracać. Antysemickie teksty cenzura blokowała już przed końcem 1968 roku, gdy władza uznała, że to narzędzie spełniło już swoją funkcję. W Polsce Gierka także nie można było drukować takich tekstów, ale też cały temat żydowski był niecenzuralny, nie powinien się pojawiać w książkach i publicystyce. Po 1970 roku znów uznawano autorytety inteligencji, ale nie po to, by słuchać jej rad, ale by tworzyć miłe wrażenie otwartości na ludzi kultury, poprawiać image władzy. Mimo wszystko miało to dobre strony, nastąpiło złagodzenie cenzury, ożywiły się pisma kulturalne, w tym "Kultura" i nowy tygodnik - "Literatura".
Woroszylski podjął próbę powrotu na łamy prasy, reagując na wezwanie Gierka do dyskusji nad tym, jak życie w Polsce poprawić. W styczniu 1971 napisał artykuł do "Polityki", w którym postulował cofnięcie pomarcowych szykan i represji. Pisał między innymi: "Lekceważenie osobowości twórczej w kulturze, złudzenie, że talenty są wymienne, że można nimi dowolnie manipulować [...], już przyniosło trudne do ogarnięcia straty, gdyby zaś miało konsekwentnie zakorzenić się w naszym życiu, doprowadziłoby do niepowetowanych spustoszeń". Pisał oględnie, choć wymienił Leszka Kołakowskiego, pytając: "Czy nie czas, aby wezwał go na katedrę macierzysty Uniwersytet Warszawski?". Wymienił też Kazimierza Dejmka, który prowadzi teatr w Belgradzie, a "powinien czym prędzej wrócić"159. Jak informował Służbę Bezpieczeństwa Kazimierz Koźniewski (k.o. "33"), artykuł do druku zaproponował Tadeusz Drewnowski, ale redaktor naczelny Mieczysław Rakowski "wstrzymał chwilowo publikację, proponując przeprowadzenie dyskusji nad artykułem w celu uniknięcia ewentualnych komplikacji"160.
Artykuł oczywiście nie mógł się ukazać, partia nie zamierzała podnosić takich tematów. Autor złożył go zatem do "Więzi", gdzie jednak został zdjęty przez cenzurę. Ostatecznie ukaże się po przeredagowaniu i bez nazwisk w "Więzi" w styczniu 1972161. Jak się okazało, tekst otwierał stałą współpracę z miesięcznikiem, w którym odtąd Woroszylski systematycznie zamieszczał "Zapiski z kwartalnym opóźnieniem".
Podjęcie współpracy z "Więzią" było decyzją odważną obu stron - redaktora naczelnego Tadeusza Mazowieckiego i autora - Wiktora Woroszylskiego. "Więź" była miesięcznikiem katolickim, ale reprezentowała katolicyzm otwarty, podejmujący dialog z ludźmi niewierzącymi, szukała wspólnych wartości humanistycznych. W latach sześćdziesiątych na jej łamach drukowano pojedyncze artykuły czy wypowiedzi osób odległych od Kościoła, reprezentujących jednak świecki humanizm. Po 1968 roku te kontakty zostały zintensyfikowane. Nie wiadomo, kiedy Mazowiecki poznał Woroszylskiego, ale nie była to znajomość głęboka. Zaproszenie na łamy pisma do stałej współpracy, zamieszczania kilkustronicowego felietonu w każdym numerze, było gestem odwagi i otwartości. Odwagi, gdyż nie wszystkim mogło się to podobać, pamiętano zaangażowanie pisarza przed 1956 rokiem i długoletnią przynależność do PZPR. Czas był jednak taki, że w przekonaniu bardzo wielu ludzi, zwłaszcza młodzieży, Marzec zmywał dawne winy, liczyła się postawa zajęta w zmaganiach o wolność w latach sześćdziesiątych, i to ona stanowiła podstawę oceny ludzi, sojuszników i przeciwników. Woroszylski także podjął odważną decyzję, gdyż jego własne środowisko było laickie, unikało kontaktów z Kościołem, wielu widziało w nim oparcie dla postaw reakcyjnych. Jako pierwszy przełamywał negatywny stosunek do religii Leszek Kołakowski, ale w owym czasie nie posunął się w tym przełamaniu za daleko. Wchodząc do katolickiego środowiska, Woroszylski zachowywał autonomię, nie pisał o religii czy o Kościele, nie uczestniczył w codziennych pracach redakcji, był nieco oddalony, niemniej obecny w każdym numerze pisma. Ta część Kościoła, z którą podejmował współpracę, nie miała reakcyjnych przesądów, przeciwnie, była otwarta na każdą autentyczną kulturę, zorientowana na myśl soborową, akcentującą wolność człowieka i wolność kultury. Dialog i współdziałanie nie wymagały więc ustępstw, nie budziły konfliktu sumienia.
Współpracując z "Więzią", Woroszylski miał ten komfort, że redakcja nie ulegała żadnym naciskom czy konszachtom z cenzurą, nie była odbiorcą tajnych instrukcji itd. Tekst szedł do cenzury, jak wszystkie inne, i tam następowały cięcia (lub nie). W archiwum znajduje się na przykład artykuł Woroszylskiego Gdybym zabrał głos (nr 4 z 1972), w którym pisał, co by powiedział na Zjeździe ZLP, gdyby był delegatem. Cenzura zmasakrowała tekst, ścinając między innymi fragment wiersza Bułata Okudżawy. W felietonie do grudniowego numeru z 1973 roku skonfiskowano między innymi fragment wystąpienia Artura Międzyrzeckiego na zebraniu pisarzy 29 lutego 1968 oraz próbę polemiki z artykułem Wiesława Górnickiego. Ostatecznie tekst nie poszedł do druku162.
Władze PRL starały się nadal o ograniczenie kontaktów Woroszylskiego. W listopadzie 1972 w Łodzi przygotowano dwudniowe wydarzenie kulturalne - Łódzką Jesień Poezji. Zaproszono poetów starszych, między innymi Herberta, Woroszylskiego, Wisławę Szymborską, Witolda Dąbrowskiego, oraz młodych, przeważnie łodzian - Jacka Bierezina, Witolda Sułkowskiego, Zdzisława Jaskułę oraz związaną z Krakowem Ewę Lipską. Krótko przed terminem spotkania Woroszylski został zawiadomiony o cofnięciu zaproszenia telegramem podpisanym przez kierownika działu propagandy łódzkiego ZMS. W akcie solidarności z udziału w Łódzkiej Jesieni Poezji zrezygnowali także inni uczestnicy. Woroszylski zareagował ostrym listem do prezesa łódzkiego oddziału ZLP, który następnie się tłumaczył. Ostatecznie sprawa zakończyła się względnie polubownie - Woroszylski wycofał skargę złożoną do Głównego Sądu Koleżeńskiego ZLP163. Można przypuszczać, że faktycznie nie łódzki oddział ZLP był stroną konfliktu, ale Komitet Wojewódzki PZPR, który wywarł nacisk, by nie dopuścić do spotkania i dyskusji z pisarzami znanymi z negatywnego stosunku do partii. Takie reguły gry istniały w całej Polsce, wszędzie partia pilnowała granic wolności twórczych, także tego, kto występuje publicznie na podległym jej terenie. Możliwość popularyzowania osób znanych kiedyś z "rewizjonizmu" była zwykle zamknięta. I tak Woroszylskiemu uniemożliwiono spotkania z czytelnikami w Białymstoku, Szczecinie i Płocku, a także w Słupsku, gdzie spotkanie odwołano już po przybyciu prelegenta do odległego od Warszawy miasta164.
W opisanym kontekście jest nieco dziwne, że w pierwszych miesiącach 1971 roku Woroszylski otrzymał, po raz pierwszy od 1956 roku, wizę do ZSRR. Zaproszenie wystosowała solistka Teatru Opery i Baletu Estonii, a wiza pozwalała na odwiedzenie republik bałtyckich, nie Rosji właściwej. Podróż Woroszylski odbył w dniach 26 marca - 7 kwietnia 1971. Szczegółowość zachowanej w aktach MSW notatki o tej podróży pozwala wnosić, że była ona obserwowana przez KGB. Pisano więc, że w Tallinie spotkał się z Gennadijem Ajgim, Jaanem Krossem, a w Wilnie z Tomasem Venclovą i Josifem Brodskim, "który w utworach swoich tendencyjnie ocenia rzeczywistość radziecką". W Grodnie Woroszylski spotkał się ze swoją nianią Nadieżdą Ostapczenko, a także z pisarzami Wasilijem Bykowem i dziennikarzem Alaksiejem Karpiukiem165. Być może Woroszylski został wpuszczony do ZSRR, by można było zarejestrować jego kontakty, a następnie poddać te osoby inwigilacji. Przybysze z ZSRR, którzy w Warszawie kontaktowali się z Woroszylskim, także byli odnotowywani przez SB, na przykład Olga Ładyszewska, Borys Słucki, Jewgienij Jewtuszenko, tłumaczka Zinaida Szatałowa. O takich kontaktach informowano sowieckie organy bezpieczeństwa166. Z pewnością Woroszylski zdawał sobie sprawę, że jego rosyjskie kontakty są inwigilowane, choć były naturalne w przypadku rusycysty i tłumacza poezji. W następnych latach do ZSRR już nie wyjeżdżał, choć od 1970 roku na zaproszenie profesorów Sorbony otrzymywał paszport na coroczne wyjazdy do Francji, w 1973 roku do Włoch i Hiszpanii, a w 1975 roku do Szwecji. Wprawdzie paszport wydawano zwykle po odwołaniach i interwencjach, a regułą były "rewizje osobiste (również członków mojej rodziny) przy wyjeździe lub powrocie do kraju"167.
Jako pisarz funkcjonował, choć z ograniczeniami. Przejawy tych ograniczeń wyłożył w piśmie do wicepremiera i ministra kultury Józefa Tejchmy w marcu 1974. Wspomniał o osobistych szykanach - podsłuchu telefonicznym, kontroli i zatrzymywaniu korespondencji, a także niedopuszczaniu do telewizji, zdejmowaniu od lata 1973 nagranych z nim literackich audycji radiowych. Złożona do druku powieść Literatura została w 1970 roku odrzucona przez PIW z oceną, że zawiera "momenty aktualnie niecenzuralne". W 1971 roku powieścią zainteresował się "Czytelnik", ale po pewnym czasie zwrócił maszynopis. W 1973 i 1974 Wydawnictwo Literackie odrzuciło trzy kolejne propozycje - wybór przekładów z poezji rosyjskiej, zbiór esejów o literaturze rosyjskiej oraz antologię rosyjskiej poezji humorystycznej i satyrycznej. Bezpośrednim powodem pisma do ministra był incydent związany z wydaniem w nakładzie 500 egzemplarzy w serii "Generacje" niewielkiego wyboru wierszy Po zagładzie. Tomik przeszedł przez cenzurę i został wydrukowany. Wówczas wkroczył przedstawiciel Stołecznego Przedsiębiorstwa Upowszechniania Prasy i Książki, nałożył areszt na wydrukowany nakład i zakazał odbycia wieczoru autorskiego168. Miał się on odbyć 4 marca 1974, spotkanie zamierzał poprowadzić Stanisław Barańczak, poeta z pokolenia 1968, wiersze mieli czytać autor i Andrzej Seweryn169.
Powodem tych szykan były nie tylko dawne "grzechy" Woroszylskiego wobec reżimu i skojarzenia z 1968 rokiem oraz kontakty z aktywnymi wówczas radzieckimi dysydentami. Również w latach rządów Gierka pisarz nie rezygnował z zaznaczania swojej postawy i ujmowania się za represjonowanymi. Jacek Kuroń, który we wrześniu 1971 wyszedł po dwóch i pół roku z więzienia, w następnych tygodniach spotkał się z kilkoma pisarzami, między innymi z Woroszylskim, co odnotowała SB. Zapoczątkowało to okres w miarę regularnych kontaktów, czemu sprzyjało to, że obaj mieszkali przy placu Komuny Paryskiej. Wedle ocen MSW Kuroń i Michnik inspirowali wystąpienie pisarzy w obronie uwięzionych w 1970 roku i skazanych w 1971 na wysokie wyroki działaczy podziemnej organizacji "Ruch". List do ministra sprawiedliwości, w którym postulowano rewizję procesu i przeprowadzenie go w warunkach jawności, podpisało 17 pisarzy - Jerzy Andrzejewski, Igor Newerly, Kazimierz Brandys, Andrzej Braun, Wiktor Woroszylski, Tadeusz Konwicki, Marek Nowakowski, Agnieszka Osiecka, Andrzej Kijowski, Jacek Bocheński, Witold Dąbrowski, Jarosław Marek Rymkiewicz, Władysław Terlecki, Zbigniew Herbert, Mieczysław Jastrun, Anna Kamieńska, Jerzy Ficowski. Woroszylski należał do organizatorów listu, zbierał podpisy i został nawet przesłuchany przez prokuraturę, gdzie nakłaniano go do zaniechania działań170. Mimo tego nacisku w kwietniu 1972 poszedł na rozprawę rewizyjną w Sądzie Najwyższym wraz ze Zbigniewem Herbertem, Antonim Słonimskim i Mieczysławem Jastrunem171. Kazimierz Brandys miał wobec znajomych wyrazić opinię, że Woroszylski jest "w stanie wielkiego podniecenia [...]. Dla niego wzorem są Siniawski i Daniel"172. Byli to rosyjscy dysydenci, skazani przez władze sowieckie w 1966 roku, zwolnieni z łagrów w 1971 roku.
W 1972 roku Woroszylski angażował się w poparcie petycji i podejmował starania, by uzyskać wsparcie ZLP przeciw wyrokowi śmierci, który otrzymał Jerzy Kowalczyk, winny wysadzenia auli WSP w Opolu przed mającą się odbyć uroczystością na cześć SB173.
W listopadzie 1974 Woroszylski był wśród sygnatariuszy Listu 15 w obronie praw Polaków mieszkających w ZSRR. List, podnoszący sprawę wielkiej wagi i objętą tabu, został skonfiskowany przez SB w czasie zbierania podpisów174.
Trudno ocenić, jakie wiadomości miało MSW o kontaktach Woroszylskiego z paryską "Kulturą". Bezpośredni kontakt z Jerzym Giedroyciem nawiązał zapewne w 1971 roku, a - jak można sądzić - podobieństwo poglądów dotyczyło zarówno fascynacji Rosją i rosyjskimi dysydentami, jak i krytycznych ocen sytuacji w Polsce i przekonania, że głos sprzeciwu inteligencji jest potrzebny. W lutym 1973 Giedroyc pisał do Juliusza Mieroszewskiego: "Jest tu Wiktor Woroszylski, który bardzo ewoluuje w naszym kierunku"175. W 1974 roku pod pseudonimem NN opublikował artykuł Jak rozumiem list Sołżenicyna do przywódców Związku Sowieckiego. Giedroyc pisał do Kołakowskiego, że wyrażone tam stanowisko w 90 procentach pokrywa się ze stanowiskiem "Kultury"176.
W tych latach podczas pobytów na Zachodzie Woroszylski kontaktował się też między innymi z Adamem Ciołkoszem, ważną postacią emigracji londyńskiej, przywódcą PPS, czy Andrzejem Stypułkowskim, kierującym londyńską oficyną "Polonia". Współpraca z "Kulturą" była jednak dla niego podstawowym punktem odniesienia. W czasie pobytów w Paryżu odnowił bliskie kontakty z Michałem Hellerem, zajmującym się w "Kulturze" sprawami rosyjskimi, a także z również współpracującym z Giedroyciem Władimirem Maksimowem, który przystąpił do wydawania pisma emigracji rosyjskiej "Kontinent". W lipcu 1975 Giedroyc pisał do Kołakowskiego, że walczy o nagrodę Jurzykowskiego dla Jana Józefa Lipskiego i Wiktora Woroszylskiego177. W 1975 roku tę prestiżową nagrodę wynoszącą 2,5 tysiąca dolarów Woroszylski otrzymał. Wiadomo, że z kolei Woroszylski zabiegał o nagrodę Kościelskich dla wyróżniających się autorów krajowych, między innymi wysuwał kandydaturę poetki Ewy Lipskiej, która też w 1973 roku została nagrodzona178. W MSW oceniano, że miał on też duży wpływ na przyznanie w 1975 roku nagrody Kościelskich młodym eseistom Marcinowi Królowi i Wojciechowi Karpińskiemu oraz poetom Julianowi Kornhauserowi i Adamowi Zagajewskiemu179. Prawdopodobnie był też autorem artykułu Czy w Polsce jest możliwa opozycja?, zamieszczonego latem 1975 w "Kulturze" pod pseudonimem "Jeszcze jeden Krajowiec"180.
W lutym 1975 dyrektor Departamentu III MSW gen. Adam Krzysztoporski sporządził obszerną "informację" dotyczącą Woroszylskiego. Zawierała podstawowe fakty z jego życia, wykaz podejmowanych aktów sprzeciwu i ocenę, że od 1956 roku właściwie stale występował przeciw polityce partii. Ponadto "utrzymywał bądź nadal utrzymuje kontakty z wieloma osobami związanymi z ośrodkami dywersji (RWE, paryska "Kultura")", między innymi Wandą Brońską-Pampuch, Bohdanem Osadczukiem, Konstantym Jeleńskim, Józefem Czapskim, Zygmuntem Hertzem, Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, Michałem Hellerem, Adamem Ciołkoszem, a także Alicją Lisiecką181.
"Zapis"
W 1975 roku zaszły dwa ważne zdarzenia. Na konferencji w Helsinkach państwa zachodnie i państwa bloku sowieckiego podpisały Akt końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Integralną częścią obszernej deklaracji zobowiązań był tak zwany trzeci koszyk, w którym gwarantowano obywatelom państw podpisanych pod Aktem wolność przepływu ludzi i idei, a także prawo do oceniania stopnia realizowania gwarancji wolności obywatelskich. ZSRR i jego sojusznicy nie liczyli się z realnym znaczeniem tych zobowiązań, ale przyszłość pokazała, że do pewnego stopnia krępowały one zależną gospodarczo od Zachodu Polskę.
Jesienią 1975 w PZPR zdecydowano zrealizować planowaną od dawna nowelizację konstytucji PRL przez wpisanie do niej m.in. zasady kierowniczej roli partii w społeczeństwie. W środowiskach opozycyjnych, co w owym czasie oznaczało głównie środowiska dotknięte doświadczeniem buntu marca 1968 i następujących w konsekwencji represji, postanowiono zorganizować akcję sprzeciwu. Inicjatywa wyszła z kręgu Jacka Kuronia, Jana Olszewskiego, Anieli Steinsbergowej, Jana Józefa Lipskiego, a więc osób, które od dawna uczestniczyły w różnych akcjach protestu, przeważnie przeciw łamaniu praworządności. Tym razem jednak szło o coś więcej - o pryncypia i zasady ustroju, jaki powinien być celem przeciwników reżimu. Opracowano list-deklarację, w której upominano się o zasadnicze wolności - sumienia, słowa i nauki, strajku, niezależnych związków zawodowych i stowarzyszeń. Stwierdzano, że w PRL zasady te nie są realizowane i zapowiadano podejmowanie działań na rzecz ich urzeczywistnienia182. Pod listem zbierano podpisy wśród weteranów demokratycznych ruchów politycznych związanych z II Rzeczpospolitą, literatów, ludzi nauki; z młodszych i znanych z działalności opozycyjnej podpisali list Kuroń, Michnik, Jakub Karpiński, którzy też byli bardzo aktywni w zbieraniu podpisów.
Niespodziewanie dla organizatorów odmówił podpisu Woroszylski i grupa bliskich mu pisarzy - Jacek Bocheński, Kazimierz Brandys, Marian Brandys, Jerzy Andrzejewski i inni. We wspomnieniach Kuroń oceniał, że ich sprzeciw wynikał z obawy przed uwikłaniem w politykę, co po doświadczeniu stalinizmu kazało im trzymać dystans wobec działań uznawanych za wprost polityczne183. List 59 - taką bowiem nazwę miał od liczby sygnatariuszy - został przesłany 5 grudnia 1975 do marszałka sejmu. Spośród literatów list podpisali między innymi Antoni Słonimski, Zbigniew Herbert, Anna Kamieńska, Stefan Kisielewski, Hanna Malewska, Zygmunt Mycielski, Julian Stryjkowski, Jan Józef Szczepański, Wisława Szymborska, Wacław Zawadzki oraz młodzi poeci - Stanisław Barańczak, Julian Kornhauser, Ryszard Krynicki, Adam Zagajewski. Wyraźnie brakowało pisarzy z kręgu dawnej "Kuźnicy" oraz "pryszczatych".
Kazimierz Brandys miał odmówić podpisu Adamowi Michnikowi z następującym uzasadnieniem. List "przekracza zakres jego zaangażowania społecznego, a on jako pisarz nie jest zobowiązany ani powołany do formułowania programów politycznych". Takie stanowisko zostało uzgodnione podczas spotkania Brandysa z Andrzejem Kijowskim i Wiktorem Woroszylskim. Opowiadali się oni za zredukowaniem treści listu do krótkiego tekstu i zbieraniem podpisów w różnych środowiskach. Byli przeciwni deklaracji politycznej. Brandys, a zapewne i Woroszylski uważali, że akcje zbiorowe powinny mieć konkretny cel, mieć szansę spowodowania konkretnych skutków. Błędne jest ujawnianie opozycji i ogłaszanie programów politycznych, a taki charakter ma List 59, gdyż do tego potrzebne jest uprzednie przygotowanie warunków184. Takie stanowisko powodowało, że cała grupa ludzi o znanych nazwiskach i uczestników licznych wystąpień w obronie wolności słowa i kultury początkowo nie zaistniała w najważniejszej od lat akcji protestu, która - jak się szybko okazało - mała duże znaczenie dla porozumienia i konsolidacji opozycji.
W styczniu 1976 wspomniana grupa pisarzy - Brandys, Bocheński, Woroszylski - przystąpiła do zbierania podpisów pod krótkim tekstem skoncentrowanym na sprawie praw i obowiązków obywatelskich, gdyż w przygotowywanej nowelizacji zamierzano te prawa wzajemnie uzależnić. Ostatecznie treść listu uzgodniono 24 stycznia i po sporządzeniu maszynopisów przez Janinę Woroszylską rozpoczęto zbieranie podpisów185. Po wyrażeniu oceny, że uzasadnione jest zaniepokojenie społeczeństwa zapowiedziami zmiany konstytucji, podpisani przyłączali się do wcześniej wyrażonych głosów troski i protestów. Za szczególnie niebezpieczne uznali uzupełnienie artykułu 5 konstytucji stwierdzeniem: "Prawa obywateli są nieodłącznie związane z rzetelnym i sumiennym wypełnianiem obowiązków wobec ojczyzny". Następnie pisali: "Demokracja w ogóle, a więc i demokracja socjalistyczna, zakłada, że egzekwowanie praw obywateli nie może być ograniczone jakimiś specjalnymi warunkami sformułowanymi niejasno i pozostawiającymi możliwości dowolnej interpretacji przez urzędy oraz poszczególnych mandatariuszy władzy. Nie mogą zostać na przykład pozbawione praw obywatelskich osoby, których poglądy polityczne są niezgodne z poglądami partii, określonej w innym fragmencie nowego projektu jako "przewodnia siła polityczna społeczeństwa", ani osoby, które mają krytyczny stosunek do aktualnych metod rządzenia. Jak wiadomo, nawet osoby skazane za określone przestępstwa na karę więzienia nie mogą zostać pozbawione praw obywatelskich, o ile nie zostało to osobno postanowione prawomocnym wyrokiem sądu. Jeśli inny artykuł dotychczasowej konstytucji zapewnia obywatelom "wolność słowa, druku, zgromadzeń i wieców, pochodów i manifestacji", nie można wymienionych wolności uznać w jakichś warunkach za niezgodne z "rzetelnym i sumiennym wypełnianiem obowiązków wobec ojczyzny", a w konsekwencji - pozbawić obywateli właśnie prawa do korzystania z owych wolności. W tych warunkach praktycznie dostrzegalnego zresztą i stale postępującego ograniczenia wymienionych wolności w PRL (na przykład niezgodnego z wolnością słowa i druku wzmożonego nacisku cenzury) wprowadzenie przytaczanego uzupełnienia do artykułu 57 musiałoby zostać odczytane niedwuznacznie jako poważny, a nawet decydujący krok w stronę zalegalizowanej totalizacji całego życia w kraju i zagrożenia podstawowych wolności i praw obywatelskich".
Pod listem zebrano podpisy znacznej grupy pisarzy, między innymi Jerzego Andrzejewskiego, który napisał też list przewodni do marszałka sejmu, oraz inicjatorów - Kazimierza Brandysa, Jacka Bocheńskiego, Andrzeja Kijowskiego i Woroszylskiego, a także Mariana Brandysa, Mieczysławy Buczkówny, Witolda Dąbrowskiego, Stanisława Dygata, Julii Hartwig, Józefa Hena, Mieczysława Jastruna, Wandy Leopold, Ireny Lewandowskiej, Andrzeja Mandaliana, Artura Międzyrzeckiego, Marka Nowakowskiego, Zdzisława Najdera, Kazimierza Orłosia, Seweryna Pollaka, Jarosława Marka Rymkiewicza, Jerzego Sity, Adama Ważyka, Jerzego Zagórskiego, Juliusza Żuławskiego. List podpisali też aktywni następnie w opozycji Marek Edelman, Jerzy Jedlicki, o. Andrzej Kłoczowski, prof. Władysław Kunicki-Goldfinger, Adam Stanowski, Małgorzata Szpakowska czy tak znani artyści jak Wanda Wiłkomirska, Wojciech Młynarski, Stanisław Tym, Zofia Mrozowska, Barbara Zbrożyna. W sumie list podpisało 101 osób i pod taką nazwą stał się znany186. List został wysłany pocztą przez Jacka Bocheńskiego i Kazimierza Brandysa, który też został depozytariuszem podpisów. Rezygnacja Woroszylskiego z udziału w wysyłaniu listu była - wedle wiadomości SB - skutkiem pewnego napięcia. "Między autorami petycji K. Brandysem i J. Bocheńskim z jednej oraz W. Woroszylskim z drugiej strony zaistniała też rozbieżność odnośnie [do] celowości podpisywania petycji przez osoby z grona b. "komandosów""187. Jak wynika z dalszego biegu zdarzeń, nie było to nieporozumienie zasadnicze, ale rozbieżność wynikająca z przywiązywania przez Kazimierza Brandysa i Bocheńskiego większej wagi do tego, by uniknąć firmowania akcji przez osoby znane wyłącznie z aktywności politycznej i jednoznacznie kojarzone przez władze jako "wrogowie". Woroszylski był w tej kwestii bardziej radykalny.
Po latach wspominał, że zbieranie podpisów nie szło łatwo, "niejedną znakomitość musieliśmy długo przekonywać, że nazwiskiem swym wesprze gest obywatelski ludzi kultury, nie zaś polityczną intrygę". Inicjatorom listu nie wydawało się też stosowne, by "wszystkie protesty w słusznej sprawie nosiły pieczątkę jednego ośrodka dyspozycyjnego". Na tym tle doszło do jego ostrej kontrowersji z Kuroniem, który chciał, aby List 101 podpisał "pewien sympatyczny człowiek z jego otoczenia", i mocno na to naciskał, a gdy spotkał się z odmową, wysunął kolejną podobną osobę. Woroszylski wspominał, że doszło do poważnego napięcia, "zostaliśmy "ukarani" manifestacyjnym odsunięciem się otoczenia Kuronia (a przynajmniej jego części) od literatów, którzy "zawiedli". Ostracyzm ustał bodaj w czerwcu 1976, po Radomiu i Ursusie". Napięcie miało podłoże polityczne - Kuroń dążył do jak największej reprezentatywności Listu 59, a odmowę grupy pisarzy i stworzenie przez nich osobnego listu przyjął źle. Miało też podłoże psychologiczne: "Dotarło do mnie, że ktoś wartościowy, kogo lubiłem i ceniłem, odczuł nasz opór jako "niewpuszczenie na salony" i miał poczucie krzywdy"188. Andrzej Kijowski w swoim dzienniku zapisał, że chodziło o Seweryna Blumsztajna i Barbarę Toruńczyk i że doszło do awantury między Woroszylskim a Michnikiem189.
List 101 okazał się na tyle skuteczny, że w PZPR zrezygnowano z zapisu o wiązaniu praw z obowiązkami, choć decydujące znaczenie miał sprzeciw Episkopatu190. Poprawki w kluczowych punktach - kierowniczej roli PZPR oraz dodanego już w styczniu 1976 zapisu o sojuszu z ZSRR - zostały przez sejm uchwalone 10 lutego 1976.
Mimo pewnych różnic między organizatorami protestu konstytucyjnego szykany i ograniczenia spadły na wszystkich. Wydział Kultury KC PZPR opracował listy osób, wobec których miała nastąpić weryfikacja planów wydawniczych i innych form prezentowania twórczości. Wobec 37 osób postanowiono zastosować "ograniczenia". Na liście tej znajdowali się między innymi: Andrzejewski, Barańczak, Bocheński, Kazimierz Brandys, Dąbrowski, Drawicz, Hen, Herbert, Kijowski, Kisielewski, Kornhauser, Krynicki, Mandalian, Nowakowski, Orłoś, Pollak, Słonimski, Stryjkowski, Ważyk, Woroszylski, Zagajewski, Żuławski191. "Ograniczenia" oznaczały w praktyce dla części całkowity zakaz druku realizowany przez cenzurę, względnie wstrzymanie przygotowywanych do druku publikacji, zwykle zakaz występów w radiu, oczywiście w telewizji, niedopuszczanie do spotkań autorskich itd.
Woroszylski znajdował się w grupie, którą dotknęły wszystkie te zakazy z wyjątkiem możliwości publikowania w "Więzi". Ponadto w MSW założono 13 stycznia 1976 sprawę operacyjnego rozpracowania o kryptonimie "Ławnik", w ramach której prowadzono następnie systematyczną inwigilację i zbierano materiały. Podstawą wszczęcia rozpracowania był, jak charakteryzowano Woroszylskiego, "wrogi stosunek do ustroju socjalistycznego, autor licznych listów, petycji i negatywnych inicjatyw politycznych skierowanych do władz politycznych i państwowych, utrzymuje kontakty z ośrodkami dywersji na Zachodzie". Celem rozpracowania było "dokumentowanie wrogiej działalności, neutralizacja poczynań figuranta". W następnych miesiącach SB przeprowadziła tajną rewizję w mieszkaniu (pod nieobecność gospodarzy i w taki sposób, by rewizji nie zauważyli) oraz prawdopodobnie założyła podsłuch pokojowy. Wśród "przeciwdziałań" planowano "blokowanie "Ławnikowi" możliwości zarobkowania w różnych instytucjach i wydawnictwach, ograniczając je tylko do felietonów i esejów w miesięczniku "Więź""192.
W drugiej połowie stycznia 1976 na spotkaniu grupy literatów - między innymi Kazimierza Brandysa, Bocheńskiego i Woroszylskiego - wymieniano się informacjami o odrzuceniu przez wydawnictwa szeregu książek. Wspominano między innymi Nierzeczywistość Brandysa, Literaturę Woroszylskiego, powieści Newerlego, Jerzego Krzysztonia, opowiadania Kazimierza Orłosia i Marka Nowakowskiego. Zastanawiano się nad opublikowaniem tych książek na Zachodzie w Instytucie Literackim Giedroycia. Zwracano uwagę, że niektórzy pisarze żyjący w ZSRR drukują na Zachodzie już od dawna193. Tymczasem w lutym przebywała w Polsce Barbara Majewska-Celnikier, mieszkająca na stałe we Francji. Przyjechała załatwić sprawy zlecone przez Giedroycia i spotkała się między innymi z Brandysem i Woroszylskim. Brandysowi przekazała propozycję wydrukowania Nierzeczywistości w Instytucie Literackim. Pisarz nie wyraził zgody, mówiąc, że nie chce zamykać sobie drogi drukowania czegokolwiek w kraju, a takie byłoby następstwo opublikowania książki u Giedroycia. Powiedział też, że "polski samizdat nie może być literaturą emigracyjną" i na razie sam udostępnia maszynopis różnym czytelnikom, także młodym194. W rozmowie z Bocheńskim Kazimierz Brandys miał powiedzieć, iż "rzeczą najważniejszą jest samizdat w kraju, a nie wydawanie książek za granicą"195. Według informacji MSW Majewska-Celnikier przywiozła 10 tysięcy dolarów amerykańskich, które zostawiła w dyspozycji Woroszylskiego z przeznaczeniem na wspieranie niezależnej działalności opozycyjnej196. W następnych miesiącach w MSW zauważano, że Woroszylski zbiera informacje o młodych twórcach, którym władze uniemożliwiają publikowanie i zarobkowanie, i planuje przydzielanie im stypendiów w wysokości 20-25 dolarów miesięcznie. Rozmawiał o tym między innymi ze Stanisławem Barańczakiem i Barbarą Toruńczyk, prosząc o wytypowanie kandydatów197. Czarnorynkowy kurs dolara kształtował się wówczas na poziomie ponad 100 zł, co oznaczało, że stypendium byłoby równej wartości co skromna, ale pozwalająca przeżyć pensja. Jeśli informacja o 10 tysięcy dolarów jest prawdziwa, to suma ta pozwalała na finansowanie także innych rzeczy, między innymi przepisywania tekstów i rozpowszechniania maszynopisów, a nawet planowanie bardziej ambitnych działań.
Mimo podjęcia przez MSW restrykcji wobec Kazimierza Brandysa i Wiktora Woroszylskiego obu wydano paszporty na wyjazd do Francji w maju 1976. Być może ze strony MSW była to jakaś gra operacyjna zmierzająca do uzupełnienia wiedzy o emigracyjnych kontaktach. W dokumentacji "Ławnika" odnotowano, że w Paryżu zatrzymał się u Michała Hellera, rozmawiał między innymi z Giedroyciem, Aleksandrem Smolarem, a także emigrantami rosyjskimi. Może jednak po prostu wyjechał, nim weszła w życie decyzja podjęta 22 marca 1976 - zakaz wyjazdu przez trzy lata do wszelkich krajów kapitalistycznych. W jego uzasadnieniu pisano: "Kontakty ze współpracownikami zachodnich ośrodków dywersji, prowadzenie opozycyjnej działalności politycznej w kraju"198. Decyzja ta, przedłużona w 1979 roku, została skorygowana dopiero po sierpniu 1980. W marcu 1979 Woroszylskiemu anulowano również pieczątkę w dowodzie osobistym, nie mógł więc też wyjeżdżać - jak inni obywatele PRL - do NRD lub Czechosłowacji.
Tymczasem podwyżka cen ogłoszona przez władze 24 czerwca 1976 wywołała następnego dnia w wielu ośrodkach strajki, które w Radomiu i Ursusie przybrały postać masowych wystąpień. Władze się cofnęły, odwołały podwyżkę, ale przeciw uczestnikom demonstracji zastosowano brutalną siłę - bicie na komendach, skazywanie często przypadkowych uczestników wystąpień na kary aresztu oraz wytoczenie wyselekcjonowanym postępowań karnych zagrożonych wysokimi wyrokami199. Warszawska inteligencja opozycyjna zareagowała deklaracjami solidarności z robotnikami, a w środowisku młodzieży opozycyjnej rozpoczęła się akcja pomocy dla represjonowanych, która objęła pomoc prawną oraz starania o docieranie do rodzin aresztowanych i pozbawionych pracy, a więc środków do życia. Tę ostatnią akcję podjęła grupa harcerzy z "Gromady" związanej z 1. Warszawską Drużyną Harcerską, do której szybko dołączyli młodzi z Klubu Inteligencji Katolickiej. Pieniądze, które dostarczali rodzinom represjonowanych, pochodziły ze zbiórek w warszawskim środowisku opozycyjnym, ale też z sum niejawnie gromadzonych przez Jana Józefa Lipskiego. Henryk Wujec, jeden z najaktywniejszych uczestników tej akcji, wspominał, że pieniądze na zapomogi dla rodzin robotniczych otrzymywał od Wiktora Woroszylskiego, który zbierał je w środowisku literatów, oraz od Jerzego Markuszewskiego, który prowadził zbiórkę wśród aktorów. "Z Woroszylskim Ludka [Wujec] zaprzyjaźniła się w czasie zbierania podpisów przeciw poprawkom do konstytucji. Kiedy więc opowiedziałem mu o Ursusie, stałem się jego naturalnym "kanałem pomocowym"" - wspominał Henryk Wujec200.
We wrześniu podjęto w środowisku organizatorów akcji pomocy rozmowy na temat potrzeby powołania komitetu, który by firmował całą akcję, udzielał jej wsparcia moralnego, dawał osłonę przed represjami. Woroszylski przyznawał potrzebę powstania takiego ciała, ale zarazem "proponował komitet, który się nie ujawni, żeby całej akcji nie zadenuncjować; bo lepiej, żeby wszystko rozwijało się po cichu, bez specjalnej wiedzy władz, a ujawnienie mogłoby spowodować aktywność milicji i utrudnić nam działalnie - wspominał Wujec. - Pamiętam, że nawet się zastanawiał, kto mógłby ewentualnie wejść w skład tego komitetu. Na pewno wymienił w tym gronie Andrzejewskiego, który w tym czasie napisał list do prześladowanych robotników ursuskich"201. Woroszylski opowiadał się więc za formułą działania niejawnego, prowadzeniem akcji bez nadawania jej spektakularnego charakteru. Dążenia organizatorów komitetu były jednak inne - chodziło im o nagłośnienie sprawy represji, wywołanie ruchu solidarności z prześladowanymi i wywieranie presji na władze. Kiedy Jacek Kuroń zaproponował Woroszylskiemu wstąpienie do powstającego komitetu, ten odmówił202. W tej rozbieżności można widzieć ciąg dalszy sporu z okresu kampanii konstytucyjnej. Woroszylski i bliscy mu ludzie nie chcieli działań spektakularnych, jawnie politycznych, manifestacyjnych, opowiadali się za zachowaniem pewnego pragmatyzmu w wywieraniu nacisku na władze, poprzestawaniu na działaniach, które mogły dać wymierny efekt. Ale to rzecznicy przejścia do nowej formuły działania mieli rację. 23 września powstał Komitet Obrony Robotników, zapoczątkowując okres jawnego, zorganizowanego działania opozycji i budowania ruchu samoorganizacji i wywierania nacisku na istniejący system.
Rozmowy w sprawie tworzenia KOR toczyły się równolegle z inicjatywą zorganizowania środowiska literatów i przełamywania blokad cenzury. Według informacji zbieranych przez SB Adam Michnik w lipcu i sierpniu rozmawiał z szeregiem osób, między innymi z pisarzami - Herbertem, Kisielewskim, Woroszylskim, na temat możliwości utworzenia nowego pisma. Koncepcja Michnika analizowana w rozmowach z pisarzami zakładała wystąpienie do władz z wnioskiem o zarejestrowanie nowego tytułu z równoczesnym rozpoczęciem publikacji pisma na powielaczu w małym nakładzie 100 egzemplarzy pod auspicjami ZLP i PEN Clubu. W wypadku odmowy władz pismo byłoby rozpowszechniane w maszynopisach i przekazane na Zachód dla publikacji w druku. Pismo miałoby charakter literacki i kulturalny, nie polityczny. "W przypadku uzyskania zgody na wydawanie pisma inicjatorzy zamierzają wystąpić do organów cenzorskich z żądaniem wyraźnego określenia, o czym wolno pisać, a o czym nie, z wyliczeniem tematów zakazanych". Spodziewają się, że wobec istniejącego kryzysu politycznego władze będą skłonne do ustępstw203. W końcu sierpnia dyrektor Departamentu III MSW gen. Krzysztoporski uzupełniał informację: "Kilku literatów (A. Międzyrzecki, A. Kijowski, W. Woroszylski), z którymi konsultowany był projekt A. Michnika, uznało go za "cudowny". [...] Wg opinii w/w osób nakład pisma w kraju nie musi być duży. Wystarczy 100, a nawet 5 egzemplarzy odbitych na kserografie, bowiem "o większy nakład może postarać się Stypułkowski w Londynie"". Projekt ma być zrealizowany szybko. "Określono, że pismo powinno być podobne do "Twórczości", ale z większym akcentem na sprawy społeczne. Pierwszy numer powinien zawierać jak najwięcej nazwisk. Winny się w nim znaleźć materiały Andrzejewskiego, Lipińskiego, Kisielewskiego i Szczepańskiego. Zamierzają także zaprosić do współpracy przebywającego za granicą L. Kołakowskiego i K. Pomiana oraz ewentualnie uzyskać do pierwszego numeru wywiad od J.P. Sartre'a. [...] Nie rozstrzygnięto sprawy stopki redakcyjnej, czy ma być bardzo duża, czy mniejsza. A. Michnik zaproponował powierzenie funkcji sekretarza redakcji pisma Barbarze Toruńczyk z grupy b. komandosów". Ustalono, by nie zwracać się do cenzury204.
W podsumowaniu tych informacji na początku września pisano: "Jerzy Andrzejewski po rozmowie z Jackiem Bocheńskim i Wiktorem Woroszylskim informuje Irenę Szymańską, Marka Nowakowskiego, Kazimierza Brandysa i Irenę Otwinowską, że w listopadzie br. wystąpią do władz z wnioskiem o założenie nowego tygodnika literackiego pod nazwą "Przegląd Współczesny", którego redaktorem naczelnym byłby Jerzy Andrzejewski, a zastępcą Andrzej Kijowski. [...] Wiktor Woroszylski, podejmując koncepcję Adama Michnika, stoi na stanowisku wydawania pisma nielegalnego, bez porozumiewania się z władzami. Sugeruje wydawanie pisma w małym nakładzie techniką kserograficzną i rozpropagowanie go za granicą za pośrednictwem Andrzeja Stypułkowskiego". W notatce operacyjnej sporządzonej przez SB nie brano pod uwagę możliwości wyrażenia zgody na projekt Andrzejewskiego, natomiast pomysł Woroszylskiego uznano za czysto dywersyjny, zapewne uzgodniony z Giedroyciem i Stypułkowskim. Projektowano ostrą rozmowę z Woroszylskim z zaproponowaniem mu opuszczenia Polski205.
W świetle powyższych notatek nie ulega wątpliwości, że inicjatywa założenia pisma została sformułowana przez Adama Michnika, który przekonał pisarzy. Wyjazd Michnika do Francji w drugiej połowie sierpnia był związany także z tym projektem. Paszport otrzymał po raz pierwszy od 12 lat, a za taką decyzją MSW stało zapewne przekonanie, że jego nieobecność w kraju przyczyni się do mniejszej aktywności środowiska opozycyjnego. Nie można też wykluczyć kalkulacji operacyjnych - zebrania dowodów "antypolskich działań" na Zachodzie, co pozwoliłoby wdrożyć postępowanie karne. Notatki Krzysztoporskiego nie potwierdzają istotnych różnic między pisarzami, pokazują natomiast, jak kształtowała się koncepcja ewentualnego wymuszenia ukazywania się pisma niecenzurowanego. Ostatnia podsumowująca notatka ujawnia jednak rozbieżności - pismo oficjalnie wydawane, za czym opowiadali się Andrzejewski i Kijowski, lub polski "samizdat", za czym optował Woroszylski. Dla MSW były to powody wystarczające, by 11 września 1976 wszcząć sprawę operacyjnego rozpracowania na tę inicjatywę206.
Przygotowując uderzenie w Komitet Obrony Robotników, Departament III MSW i Prokuratura Generalna planowały dokonanie 22 października aresztowania Jana Józefa Lipskiego oraz przeprowadzenie rewizji u 13 osób uznanych za animatorów KOR, w tym u pisarzy Kazimierza Brandysa, Wiktora Woroszylskiego i Barbary Toruńczyk. Planowane uderzenie zostało wstrzymane 21 października decyzją sekretarza KC Stanisława Kani207. Powstała po stronie władz sytuacja niepewności, jak reagować na bezprecedensowe inicjatywy, która dała opozycjonistom czas na samoorganizację i uzyskanie pewnego rozgłosu.
W październiku 1976 grono literatów naradzało się, co czynić dalej. Woroszylski po rozmowie z Markiem Nowakowskim i Stanisławem Barańczakiem informował kolegów: "Wyczuł, że jeżeli chcą coś robić, to trzeba zaczynać, ale nie w tej postaci, którą wymyślił Jerzy Andrzejewski, to znaczy planów i projektów. Zredagowany pierwszy numer (który zdaniem Wiktora Woroszylskiego powinien nosić nazwę "Naturalizm") okaże się, czy będzie to kwartalnik, czy miesięcznik. Chciałby, aby pierwszy numer ukazał się jeszcze w tym roku. Dodał, iż jest przeciwny zgłaszaniu pisma do władz". Zdaniem rozmówców, którymi byli Kazimierz Brandys, Jacek Bocheński i Andrzej Kijowski, numer powinien składać się wyłącznie z tekstów zatrzymanych przez cenzurę. "Ma być to pewien rodzaj manifestacji wolności literatury wobec tej drukowanej przez państwo". Woroszylski i Kijowski podtrzymali koncepcję rozpowszechnienia pisma w maszynopisie, ale już w nakładzie "na pięciu maszynach po pięć egzemplarzy", następnie krążących z rąk do rąk, przy czym jeden egzemplarz byłby wysyłany za granicę208. Ustalono, że w zespole redakcyjnym pisma będą Bocheński, Kazimierz Brandys, Nowakowski, Barańczak, Tomasz Burek, Woroszylski i Kijowski. Woroszylski miał nalegać na uzupełnienie tego składu o na przykład Jana Strzeleckiego i wciągnięcie młodych autorów piszących do "Więzi" lub "Tygodnika Powszechnego". Uzgodniono, że sprawami technicznymi będzie się zajmować Barbara Toruńczyk. Zdecydowano się na wydanie pierwszego numeru jeszcze przed końcem roku i luźniejszą formułę - obok tekstów zatrzymanych przez cenzurę powinny być drukowane teksty specjalnie pisane dla periodyku. Rozważano tytuły "Zapis" i "Szuflada". Wprowadzający tekst redakcyjny, który nie powinien być podpisany, zobowiązał się złożyć Kijowski. "Zamierza podkreślić, że powstające pismo jest aktywnym protestem środowiska przeciwko cenzurze, która dusi kulturę w kraju"209.
Jak wynikało z tych wiadomości, zebranych drogą podsłuchu mieszkaniowego, zdecydowano ostatecznie o wydawaniu pisma samizdatowego, bez zgłaszania się do władz i bez akceptowania jakiejkolwiek cenzury. Nieobecność Andrzejewskiego w zespole redakcyjnym można tłumaczyć faktem jego zaangażowania jako członka Komitetu Obrony Robotników.
Informacje z MSW naturalnie spływały do władz politycznych i Woroszylski został zaproszony 5 listopada na rozmowę do wiceministra kultury Aleksandra Syczewskiego. Wiceminister przekonywał, by zaniechać pomysłu publikowania takiego pisma, i argumentował, że zakłóci ono proces normalizacji między władzami a twórcami. Woroszylski nie dał się przekonać, ale obiecał, że opinię Syczewskiego przekaże kolegom. Tak też uczynił 7 listopada na spotkaniu z założycielami pisma (podsłuchiwanym przez SB). Jak wynika ze sprawozdania z tego podsłuchu, zachęcano Woroszylskiego, by w rozmowach z Syczewskim grał na zwłokę do czasu przygotowania pierwszego numeru. Uzgodniono, że tylko Woroszylski, ewentualnie Andrzejewski, mogą rozmawiać z władzami. O potrzebie zachowania w tajemnicy przygotowań mówił Kijowski, podkreślając, że szczególnie dotyczy to działań Barbary Toruńczyk, koordynującej uzgodnienia z maszynistkami i przygotowanie kolportażu. Te uwagi zostały zaakceptowane, postanowiono też zachować dyskrecję w środowisku literackim do czasu wydania pierwszego numeru.
Na tym samym spotkaniu Kijowski przekazał opinię Andrzejewskiego, że pismo powinno mieć charakter literacki, ale nie miał złudzeń, że "uda się zebrać 10 Sołżenicynów". Powinno być więc miejsce na reportaż i publicystykę społeczno-polityczną, która może się ukazywać pod pseudonimami lub bez nazwisk. Skład redakcji nie powinien być ujawniany, aby uniknąć sensacji towarzyskich oraz uniemożliwić władzom prowadzenie gry personalnej. Uwagi o nieujawnianiu redakcji podzielili Brandys i Kijowski. Za poszerzeniem tematyki poza teksty czysto literackie i objęciem także zagadnień społeczno-kulturalnych, opowiedział się Barańczak i inni. Woroszylski poinformował obecnych o materiałach, które już zgromadził do pisma. Obok opowiadań uznanych już pisarzy - Andrzejewskiego, Nowakowskiego, fragmentu powieści Bocheńskiego oraz wierszy Międzyrzeckiego i Barańczaka były też wiersze młodych poetów z Łodzi. Z przebiegu tego zebrania wynikało, że Woroszylski pełni funkcję redaktora naczelnego, który gromadzi i selekcjonuje teksty jako pierwszy w redakcji czytelnik, a Toruńczyk prowadzi sprawy techniczne, czyli organizuje przepisywanie na maszynie i kalkulowanie kosztów.
W podsumowaniu sporządzonym przez oficera MSW pisano, że jak wynika z tej narady, grupa literatów zgromadziła już materiały niezbędne do wydania pisma. Funkcjonariusz proponował działania polityczno-operacyjne, które by doprowadziły do wyeliminowania ze składu kolegium Kijowskiego i Międzyrzeckiego, związanych z "Twórczością" oraz dążenie do rezygnacji z udziału w przedsięwzięciu Bocheńskiego, który złożył do druku książkę w "Czytelniku". Celem działań powinno być pozostawienie Woroszylskiego "i niektórych innych mniej znaczących literatów z nim zaprzyjaźnionych w osamotnieniu"210.
Do największego tej jesieni spotkania opozycyjnej inteligencji zaangażowanej w działalność KOR oraz inicjatorów pisma literackiego doszło 20 listopada 1976 u Jerzego Andrzejewskiego na urodzinach córki pisarza. Wśród około 40 gości byli między innymi Bocheńscy, Międzyrzeccy, Brandysowie, Woroszylscy, Nowakowscy, Kuroń, Toruńczyk, Blumsztajn, Jan Strzelecki, Antoni Libera. Wśród różnych rozmów odnotowano wymianę opinii Andrzejewskiego i Woroszylskiego. Autor Popiołu i diamentu zaznaczał, że w piśmie "Teka" (w tym czasie pojawił się ten projekt tytułu) nie wystarczy sama literatura: "To aż nieprzyzwoite, żeby robić taki wielki wkład pracy, tyle ryzykować, taki krąg ludzi w to wciągać i pokazywać tylko tyle, że tacy to a tacy panowie napisali takie, a nie inne opowiadanie". Woroszylski, w zasadzie zgadzając się, mówił: "My nie możemy zaczynać od rozmów nad postulatami, bo musimy wydać szybko pierwszy numer i zrobić drugi - lepszy". Andrzejewski nalegał zwłaszcza na reportaże, które powinny być mocną stroną pisma211.
Przygotowywanie pisma odbywało się równolegle z zaangażowaniami w działania KOR. Na przykład 6 grudnia do Kazimierza Brandysa przyszli Jacek Bocheński i Jacek Kuroń, który zachęcał pisarzy do przygotowania apelu polskiej inteligencji do literatów i zarazem posłów na sejm, aby zabrali głos w sprawie prześladowanych robotników. Rozmówcy Kuronia pomysł zaakceptowali i obiecali rozmawiać w tej sprawie z innymi pisarzami. Istotnie, w najbliższych dniach Brandys i Bocheński zredagowali taki apel i zaczęło się zbieranie podpisów, czym zajmowali się głównie Woroszylski i Brandys212. W styczniu 1977 list został przekazany do sejmu ze 175 podpisami.
W połowie grudnia z zamierzeniem dotyczącym pisma i zebranymi materiałami Woroszylski zapoznał Jerzego Jedlickiego - docenta z Instytutu Historii PAN, związanego ze środowiskiem opozycyjnym, między innymi sygnatariusza Listu 101 i wyżej wspomnianego apelu. W czasie tej rozmowy mówił, że SB "czujnie chodzi wokół tego naszego pisma" i trzeba się liczyć z prowokacjami, na przykład wypuszczeniem fałszywego numeru. Uważał, że należy wykazać determinację, nie ulegać propozycjom władz. W tym samym czasie powrócono do kwestii tytułu - "Zapis" czy "Teka" - który miał być przegłosowany w kolegium redakcyjnym213. Brano także pod uwagę możliwość opublikowania pierwszego numeru z dwoma tytułami.
Pod koniec roku pojawiły się napięcia w redakcji, z pewnością będące efektem działań SB. Andrzej Kijowski, który napisał artykuł wstępny, zaczął następnie wątpić, czy zaangażowanie w piśmie nie pozbawi go możliwości publikowania w "Twórczości" i "Tygodniku Powszechnym". Podobne wątpliwości miał Międzyrzecki. Pozostawanie na marginesie życia literackiego, "niejako w "podziemiu", w jakim pozostaje Wiktor Woroszylski, zdecydowanie im nie odpowiada". Kijowski miał też za złe uwagi zgłoszone do jego artykułu przez Andrzejewskiego oraz negatywnie ocenił wartość niektórych złożonych do numeru tekstów. Te ostatnie wątpliwości miał też podzielać Kazimierz Brandys. Mediacji z niezadowolonymi podjęła się Barbara Toruńczyk, ale jedynie Brandysa przekonała. Kijowski i Międzyrzecki postanowili wycofać się z redakcji i nie dopuścić do druku swoich tekstów w przygotowywanym periodyku214.
Inicjatywa niecenzurowanego pisma nie upadła głównie dzięki determinacji Woroszylskiego i Toruńczyk. Na spotkaniu 6 stycznia 1977 Bocheńskiego, Nowakowskiego, Kazimierza Brandysa, Woroszylskiego i Toruńczyk uzgodniono, że ośmioosobowe kolegium, do którego należą też Andrzejewski, Barańczak i Adam Zagajewski, jest zdecydowane wydać pismo i ma ono mieć tytuł "Zapis". Zaakceptowano treść pierwszego numeru, w tym wstępny artykuł napisany przez Barańczaka. Numer pierwszy uznano za zamknięty i przystąpiono do pracy nad numerem drugim. Pismo miało być przepisane w 15 egzemplarzach przez maszynistki pozyskane przez Barbarę Toruńczyk w całkowitej dyskrecji. Jak bowiem uczyły dotychczasowe doświadczenia, istniała możliwość wszczęcia postępowania karnego o nielegalne rozpowszechnianie. Z tego też względu, w obawie przed rewizją, członkowie redakcji zobowiązali się, że maszynopisu "Zapisu" nie będą przechowywać we własnym domu. "Liczą również nadal (szczególnie Wiktor Woroszylski), że znajdzie się grono osób, które sfinansuje i rozkolportuje ich czasopismo w większej ilości egzemplarzy"215.
Na początku lutego pierwszych osiem egzemplarzy było przepisanych i introligatorsko oprawionych. W lutym Woroszylski przeprowadził kolejną rozmowę z wiceministrem Syczewskim. Wyjaśnił, że "pismo "Zapis" jest zbiorem utworów odrzuconych przez cenzurę", liczy 250 stron, ukazuje się w kilkunastu egzemplarzach. Inicjatywa może być zawieszona, jeśli Syczewski obieca, że sytuacja wróci do normy i zatrzymane przez cenzurę teksty będą się mogły ukazać. Takiej obietnicy Syczewski dać nie mógł216. Egzemplarz "Zapisu" Służba Bezpieczeństwa zdobyła w marcu 1977 w wyniku rewizji u Jerzego Nowackiego w Poznaniu.
Tymczasem w marcu pracowano nad kolejnym numerem pisma. Zdecydowano, że w stopce każdego numeru będą nazwiska Woroszylskiego jako organizatora całego przedsięwzięcia i Jacka Bocheńskiego, inne nazwiska pojawiać się będą zależnie od treści, przy czym w numerze drugim nie zostanie wymieniony Kazimierz Brandys. W maju finalizowano prace nad numerem drugim, który miał przynieść więcej materiałów o charakterze publicystycznym.
W kwietniu 1977 na zamówienie MSW powstała Ocena polityczno-literacka "Zapisu". Jej autor, podpisany inicjałami W.S., poklasyfikował autorów pierwszego numeru, dochodząc do wniosku, że są to znani przeciwnicy ustroju, jądrem jest środowisko dawniej rewizjonistyczne, słabo reprezentowana jest prawica katolicka czy "burżuazyjni liberałowie". Sporą grupę wśród autorów tworzą młodzi, w tym wielu o wyraźnie antysocjalistycznych postawach. Poza Andrzejewskim oraz Woroszylskim, Bocheńskim i Brandysem, nie ma nazwisk o wysokiej randze literackiej. Pierwszy numer "Zapisu" wyraźnie ustępuje wydawanym oficjalnie "Twórczości" czy "Miesięcznikowi Literackiemu". "Jeśli tak ma wyglądać zawartość owej "zatrzaśniętej szuflady", to zachodzi pytanie, czy w ogóle warto ją otwierać"217.
Krążenie kilkunastu egzemplarzy maszynopisu w zamkniętym środowisku byłoby osiągnięciem "samizdatu" jeszcze kilka miesięcy wcześniej, ale od powstania KOR historia gwałtownie przyspieszyła. Wydawany od września 1976 "Komunikat" KOR był pierwszym periodykiem, choć mającym charakter informatora o przebiegu akcji pomocy dla robotników Radomia i Ursusa. Rozpowszechniany także od września 1976 "Biuletyn Informacyjny" był tym samym, choć - nieśmiało jeszcze - przynosił pierwsze próby publicystyczne. Oba pisma początkowo były rozpowszechniane w maszynopisach liczących po kilka stron, ale na przełomie 1976/77 roku ośmielono się użyć powielacza. Nieudane początkowo próby warszawskie zakończyły się powodzeniem dzięki kontaktom z grupą studentów KUL skupioną wokół Janusza Krupskiego. Dysponowali oni przemyconym z Zachodu powielaczem i w styczniu 1977 powielili kolejny numer "Komunikatu" w liczbie 200-300 egzemplarzy. W lutym w Warszawie został odbity na powielaczu "Biuletyn Informacyjny"218. W grudniu 1976 do Krupskiego trafił z Zachodu drugi, bardziej wydajny powielacz. Zapewne w marcu Antoni Macierewicz, członek KOR, przekazał Krupskiemu numer "Zapisu" z propozycją powielenia. W ciągu kilku tygodni, do czerwca, powielono około 400 egzemplarzy liczącego 250 stron pisma. "By nie ujawnić Lublina jako miejsca wydania, całe nakłady pism wysyłaliśmy do Warszawy i dopiero stamtąd pojedyncze numery trafiały do naszego miasta - wspominał Krupski. - Pieniądze na zakup papieru i denaturatu pochodziły z książeczki, na której rodzice gromadzili dla mnie wkład na mieszkanie"219. W czerwcu 1977 odbity na powielaczu spirytusowym pierwszy numer "Zapisu" zaczął być kolportowany w środowisku opozycyjnym i na jego obrzeżach. Tym samym zaistniał jako pismo niecenzurowane, rozpowszechniane we względnie szerokim kręgu. I jako pierwsze pismo, które przekraczało swoją formułą sprawozdania z głównego frontu walki opozycji, jakim była pomoc dla robotników i walka o ich uwolnienie.
W czasie, gdy "Zapis" zaczął być rozpowszechniany z rąk do rąk, trwało policyjne uderzenie w KOR, a jego najaktywniejsi działacze siedzieli w areszcie. Woroszylski był współautorem listu protestacyjnego przeciw aresztowaniom, wystosowanego 18 maja. "Znamy tych ludzi, wiemy, że nie są przestępcami, lecz bezinteresownymi, pełnymi poświęcenia działaczami społecznymi. [...] Zwracamy się do władz PRL z apelem o wstrzymanie i uchylenie tego rodzaju działań krzywdzących ludzi i wzmagających napięcie społeczne w kraju. Zwracamy się do opinii publicznej w kraju i za granicą, [...] ażeby dali wyraz swojej niechęci do policyjnych metod działania w życiu społecznym, ażeby wystąpili w obronie więźniów politycznych PRL i wszystkimi dostępnymi sobie sposobami domagali się ich zwolnienia". Apel podpisało 17 intelektualistów, w tym Bocheński, bracia Brandysowie, Andrzej Drawicz, Kijowski, Konwicki, Pollak, Stryjkowski, Wiłkomirska i Woroszylski220.
Rozpowszechnianie "Zapisu" stało się więc elementem trwających zmagań, dowodziło, że uwięzienie dziesięciu liderów nie zlikwiduje rozwiniętej już aktywności, w tym rozpowszechniania niecenzurowanych publikacji. Zgodnie z tą samą logiką odbywało się kontynuowanie prac nad publikacją drugiego numeru "Zapisu". Na spotkaniu redakcji 18 czerwca Toruńczyk poinformowała, że kończy się przepisywanie drugiego numeru pisma, które niebawem zacznie być kolportowane. Postanowiono też, że latem jako numer trzeci ukaże się książka Tadeusza Konwickiego Kompleks polski. Numer czwarty miał być zamknięty po wakacjach. Woroszylski referował stan materiałów złożonych lub obiecanych "Zapisowi", z czego wynikało, że liczba propozycji rośnie, składane są różne utwory, także znanych autorów. Pismo wywołało też zainteresowanie na Zachodzie, a 26 maja Radio Wolna Europa nadało sprawozdanie z konferencji prasowej z okazji wydania "Zapisu" nr 1 przez wydawcę kwartalnika "Index of Censorship". Na konferencji byli obecni przedstawiciele wszystkich większych dzienników londyńskich i angielskich periodyków społeczno-literackich. Konferencję prowadziła między innymi przewodnicząca angielskiego PEN Clubu. Propozycja prowadzącego sprawę ppłk. Majchrowskiego sprowadzała się do przejęcia operacyjnego kolejnych numerów "Zapisu" i "dokonania ich oceny pod kątem zasadności wszczęcia śledztwa i pociągnięcia organizatorów do odpowiedzialności z art. 271 par. 1 i 2 kodeksu karnego"221.
Perspektywa procesu politycznego uwięzionych w maju przywódców KOR oraz kolejnych procesów organizatorów działań opozycyjnych musiała prowadzić do znacznego zaostrzenia sytuacji w Polsce i wyraźnego pogorszenia stosunków z Zachodem. Na zapłacenie takich kosztów ekipa Gierka nie była gotowa. Polska była coraz bardziej zależna od zachodnich pożyczek, a więc dbała o dobry wizerunek na arenie międzynarodowej, przychylność prasy i środowisk opiniotwórczych. Ostatecznie w lipcu zdecydowano o wycofaniu się z polityki represji i uchwalono amnestię, na mocy której zwolniono aresztowanych KOR-owców i ostatnich więzionych jeszcze uczestników czerwcowego protestu. Było to bezprecedensowe zwycięstwo organizatorów KOR i wszystkich towarzyszących mu działań.
Od sierpnia rozwijały się różne inicjatywy będące kontynuacją wcześniejszych. Opozycjoniści wkraczali śmiało na pole między tym, co dozwolone, a tym, co wyraźnie zakazane. Między innymi używali powielaczy. Mirosław Chojecki przystąpił do organizowania Niezależnej Oficyny Wydawniczej, początkowo we współpracy z Krupskim, od początków jesieni już samodzielnie. Jedną z pierwszych książek opublikowanych przez NOWą była Nierzeczywistość Kazimierza Brandysa. NOWa przejęła druk "Zapisu", opublikowany zimą 1977/78 roku Kompleks polski wydrukowano wyjątkowo starannie i książka osiągnęła duży sukces, zarówno ze względu na treść, jak i formę. NOWa wydrukowała także pierwszy numer "Pulsu", drugiego pisma literackiego, stworzonego przez młodych poetów z Łodzi, w tym autorów wierszy odrzuconych przez "Zapis". Między oboma pismami istniała współpraca, ale i napięcie. "Zapis" reprezentował establishment kulturalny, "Puls" - kontestatorów, także form literackich. Z kręgu autorów "Pulsu" padły - po raz pierwszy od lat - pytania o powojenne zaangażowania w komunizm polskich pisarzy, w tym Woroszylskiego i Konwickiego. Dyskusji takiej jednak nie podjęto, byłaby ona dysfunkcjonalna w okresie, gdy chodziło o zbudowanie opozycji wobec systemu i jego reguł. Byłaby też na rękę władzy, dążącej do wskazywania opozycjonistów jako "obcych", nieautentycznych, nieraz uwikłanych w stalinizm.
Rozwijanie działalności niezależnej nie było jednak bezpieczne, a groźba represji realna. Biuro Śledcze MSW zamówiło w urzędzie cenzury recenzję pierwszych numerów "Zapisu". Stwierdzono, że "wszystkie teksty zamieszczone w obu tych opracowaniach należy uznać za politycznie szkodliwe z punktu widzenia racji stanu PRL", a dla ośrodków dywersji na Zachodzie stanowią "narzędzie w rozwijaniu działalności antypolskiej i antysocjalistycznej". Uzgodniono z Górskim, zastępcą prokuratora wojewódzkiego, że wystąpi on o wydanie oficjalnej opinii do GUKPPiW, która "zostanie załączona do akt śledztwa przeciwko J. Kuroniowi i innym. Opinia ta będzie m.in. stanowiła podstawę do orzeczenia przepadku wszystkich zakwestionowanych egzemplarzy "Zapisu" nr 1 i nr 2"222.
Recenzenci "Zapisu" z kręgu konsultantów MSW zwracali uwagę na duże znaczenie periodyku. W jednej z recenzji pisano, że pismo może wywołać "snobizm na druk w "Zapisie"" i podział wśród pisarzy na "legalnych i "samizdatowców"". Za jego pośrednictwem będzie można uzyskać szansę rozgłosu, popularność, wydanie zagraniczne. Czytanie "Zapisu", poszukiwanie egzemplarzy stało się pewnym snobizmem, choć w środowisku ograniczonym - literackim i inteligencji "wolnozawodowej" oraz studenckim kilku uczelni. ""Zapis" - jako literatura raczej elitarna i trudna - nie trafi, nie będzie czytany przez tych wszystkich, do których trafiają biuletyny KOR, z drugiej strony - właśnie ze względu na swe wartości intelektualne - będzie on trafiał do tych nawet, których KOR nie interesuje". Autor tej recenzji oceniał, że "Zapis" jest inspiracją "do prawdopodobnie nader rozmaitej działalności opozycyjnej, i to polegającej nie tylko na pojawieniu się nowych "samizdatów", ale również na podejmowaniu innych tego typu nielegalnych, choć nie tajnych inicjatyw. To zjawisko już powstaje: nielegalny "uniwersytet", którego pierwsze wykłady już się odbyły. [...] Należy się liczyć z nielegalnymi przedstawieniami teatralnymi [...], a i pewnie z podobną produkcją i wyświetlaniem filmów, oczywiście amatorskich i krótkometrażowych. Itp."223
W innej recenzji pisano: ""Zapis" jest bardzo ostrą formą walki politycznej. Demonstracją i próbą nacisku - jego redaktorzy nie czynią z tego żadnej tajemnicy". Skutki istnienia "Zapisu" mogą być fatalne. "Polityczne skorodowanie środowiska pisarzy przede wszystkim. Jeżeli idzie o środowisko literackie, "Zapis" ma siłę oddziaływania większą niż sam właściwy KOR. Gdyż sprawa cenzury jest najbardziej newralgiczną sprawą tego środowiska. [...] "Zapis" przyczynia się do tworzenia się ośrodka politycznego i zawodowego pisarzy poza ZLP, poza POP, poza ZAiKS-em. [...] "Zapis", który może stać się drogą wyjścia na "świat", będzie tworzył zjawisko pisania dla "Zapisu". [...] A wiemy, że żadnej tego rodzaju konspiracji nie zwalczy się li tylko działaniem represyjnym. Trzeba stosować środki polityczne. W wypadku "Zapisu" będzie to sprawa cenzury. Choć - powtarzam - redaktorom "Zapisu" chodzi nie tylko o cenzurę, nie tylko o literaturę - o coś więcej. Ale, póki co, działają w domenie literatury i wykorzystują literaturę"224.
"Zapis" był więc zwalczany, podobnie jak inne pisma niecenzurowane, ponadto jednak każdy numer był omawiany i recenzowany przez urząd cenzury pod kątem rozpowszechniania niewłaściwych lub wręcz przestępczych treści. Operacyjnie próbowano dociekać szczegółów, między innymi nazwisk przepisujących maszynistek i osób piszących pod pseudonimami, kosztów wydawnictwa, pochodzenia pieniędzy na wydawanie pisma, kontaktów kluczowych redaktorów, w tym Woroszylskiego225. Ponadto SB inspirowała kampanie wrogości w rozpowszechnianych informatorach i komentarzach przeznaczonych do użytku wewnętrznego, na podstawie których prowadzono kursy dokształcania aparatu, oficerów WP i MO, słuchaczy szkół politycznych itd. W jednej z takich broszur, sygnowanej przez odpowiedni wydział KC PZPR, umieszczono Woroszylskiego wśród 14 głównych reprezentantów "sojuszu prawicy, rewizjonizmu, syjonizmu oraz tak zwanego nurtu nacjonalistyczno-niepodległościowego", złączonych nienawiścią do socjalizmu. Znalazł się też na liście wrogów PRL opublikowanej w piśmie "Zagadnienia i Materiały" w masowym nakładzie 140 tysięcy egzemplarzy. Był też oczywiście pozbawiony możliwości druku w oficjalnym obiegu. W kwietniu 1977 Woroszylski podliczał, że ma na koncie 10 niewydanych książek, w tym książkę o Puszkinie, i żadnych szans na wznowienia, nie jest również publikowany w wydawnictwach zbiorowych226. Był atakowany także przez kolegów pisarzy partyjnych wedle schematu - dawniej stalinista, teraz opozycjonista, zawsze skrajny, nieodpowiedzialny.
Woroszylski publikował w "Zapisie" niewiele. W numerze pierwszym zamieścił fragment swojej książki Literatura. Następnie wszedł w polemikę z Jerzym Narbuttem, który ostro skrytykował esej Toruńczyk o grupie "Sztuki i Narodu", a jednocześnie atakował Jana Józefa Szczepańskiego za opublikowane w latach pięćdziesiątych opowiadanie Buty, rzekomo wymierzone w partyzantów AK. Narbutt występował w obronie tradycji, dobrej pamięci o bohaterach, na których nie wolno rzucać cienia. Woroszylski wystąpił w obronie obojga autorów i dowodził, że rolą literatury nie jest oddawanie sprawiedliwości większości, ale poszukiwanie prawdy o człowieku, także odsłanianie prawdy niewygodnej. Polemika była także wyrażeniem ujemnego osądu tendencji nacjonalistycznych i totalistycznych części dawnej prawicy227. Te teksty były pierwszym od lat starciem między dwiema formacjami polskiej inteligencji - tej, która była gotowa do oceniania i weryfikowania tradycji, oraz tej, która jednoznacznie broniła patriotycznych tradycji i odmawiała zgody na ich weryfikowanie. Taki ideowy podział ujawniał się wówczas w środowiskach opozycji i był ważnym kryterium oddzielającym jej nurty - jeden, określający się jako "niepodległościowy" i drugi, określający się jako demokratyczny, rzadziej lewicowy. Pomieszanie tych pojęć, głównie przez odmawianie postawy "niepodległościowej" skłonnym do weryfikowania tradycji, rozpoczynało spór ideowy, który będzie trwać dziesięciolecia.
Pisząc niewiele, Woroszylski skupiał się na zbieraniu materiału i redagowaniu kolejnych numerów oraz przygotowywaniu obszernej kroniki wydarzeń kulturalnych. Miał też głos decydujący w kwalifikowaniu tekstów do druku, co nieraz prowadziło do sporów, bywało, że ostrych228. SB zauważyła na przykład spór Woroszylskiego z Michnikiem, który jesienią 1977 zasilił redakcję i miał wiele propozycji oraz dostarczał liczne teksty. Początkowy ośmioosobowy skład redakcji stopniowo się wykruszył, większość nie miała czasu ani chęci podejmowania prac redakcyjnych, niektórych nakłoniono do wycofania za cenę opublikowania ich książek oficjalnie. Brandys przez wiele miesięcy przebywał za granicą. W 1978 roku redakcja pracowała w składzie Woroszylski, Bocheński, Toruńczyk, ale i ona dzieliła swoją aktywność między "Zapis" a powstającą "Res Publikę". Latem 1978 Woroszylski oświadczył, że nie ma już siły na dalsze prowadzenie "Zapisu" i po konsultacjach z Adamem Michnikiem i Kazimierzem Brandysem proponuje przejęcie redakcji przez Jacka Bocheńskiego229. Przekazanie obowiązków nastąpiło na początku września. Jesienią z funkcji sekretarza redakcji ustąpiła Barbara Toruńczyk, którą zastąpiła Teresa Bogucka230. Woroszylski pozostał jednak w składzie redakcji "Zapisu", w której uczestniczyli także Adam Michnik, Stanisław Barańczak, Jakub Karpiński, Ryszard Krynicki, Tomasz Burek i Kazimierz Orłoś.
"Zapis" nie był jedynym miejscem zaangażowania Woroszylskiego, choć z pewnością najważniejszym. Od lutego 1978 był on członkiem Towarzystwa Kursów Naukowych, organizującego wykłady akademickie i seminaria poza kontrolą władz, do którego przystąpiło wielu innych pisarzy związanych z opozycją. Woroszylski w swoim mieszkaniu prowadził wykład Wybrane zjawiska i problemy nowszej literatury rosyjskiej. (Wśród innych wykładowców byli między innymi Jerzy Jedlicki, Bohdan Cywiński, Tadeusz Kowalik, Władysław Bartoszewski, Adam Michnik, Jacek Kuroń). Próbował także zajęć poza Warszawą. Kiedy 17 lutego pojechał do Krakowa, został tam na dworcu zatrzymany przez milicję, co uniemożliwiło spotkanie. Zajęcia ze studentami próbującymi poznać dwudziestowieczną kulturę rosyjską prowadził do 1979 roku, kiedy działalność bojówek SZSP zdestabilizowała zajęcia TKN. Kulminacją tej akcji było pobicie przez bojówkę rodziny Jacka Kuronia w jego własnym mieszkaniu 21 marca 1979. Mimo trwających najść "aktywu" na wykłady, zwłaszcza Kuronia, Michnika, ale też Jedlickiego, zajęć Woroszylskiego, na które uczęszczało 12 osób, nie niepokojono. Do 26 kwietnia, kiedy prócz zwykłych uczestników seminarium pojawiło się około 20 nowych twarzy. Na pytanie gospodarza, skąd są, odpowiedzieli, że z SGPiS, Politechniki i Huty Warszawa. Gdy na początku zajęć Woroszylski chciał oddać głos studentowi, który przygotował referat o Trifonowie, przybysze zaprotestowali i zażądali dyskusji: "Chcemy podyskutować o związkach TKN z Wolną Europą". Wezwali do ułożenia listu przeciw Wolnej Europie, który Woroszylski powinien podpisać. "Mimo apeli moich i innych osób o dopuszczenie do wygłoszenia referatu, a następnie - o opuszczenie mieszkania, grupa nie zdradzała chęci zaprzestania swojej akcji i usiłowała narzucić mi "dyskusję" na temat mojej osoby i złowrogiej roli TKN (który ma - wedle rzekomego oświadczenia Jacka Kuronia - zmierzać do rozlewu krwi). W tej sytuacji opuściłem swój gabinet wraz z większością normalnych słuchaczy; ktoś tylko pozostał, żeby dotrzymać przybyszom towarzystwa. Wygłaszali oni dalej swoje przygotowane teksty, pozostając w moim mieszkaniu łącznie nieco ponad półtorej godziny. Po upływie tego terminu przywódca grupy, 30-letni (albo starszy) mężczyzna w szarym garniturze, dał sygnał i cała dwudziestka wyszła". Po ich wyjściu Woroszylski poprowadził zajęcia231.
Najścia bojówek spowodowały decyzję kierownictwa TKN o zawieszeniu wykładów publicznych i przejście na formę seminariów w małych grupach. W roku akademickim 1979/80 zajęcia publiczne TKN się nie odbywały.
Udział w pracach TKN miał znaczenie także środowiskotwórcze. Ludzi wiązały doświadczenia i przeżycia. Dla Woroszylskiego oznaczało to zbliżenie do osób ze świata nie literackiego, ale naukowego, takich jak Jedlicki czy Geremek. A także kolejną płaszczyznę kontaktów z Tadeuszem Mazowieckim. Kontakty z Mazowieckim były stałe o tyle, że Woroszylski w każdym miesiącu publikował w "Więzi" swój felieton, pod warunkiem że nie padał on ofiarą cenzury. A padał często, nawet w okresie, gdy jego autor nie był jeszcze tak ostro zwalczany. Na przykład nie pozwolono mu na polemikę z redaktorami pisma "Poezja" - Bohdanem Drozdowskim i Bohdanem Urbankowskim, bliskimi nacjonalistycznemu nurtowi w partii. W 1975 roku skonfiskowano wspomnienie o Jerzym Stempowskim, ale też wrażenia z podróży do Sztokholmu, które mogły się ukazać dopiero po przeredagowaniu (nr 11/1975). Cenzura zdjęła felieton Kryminał historyczny o rosyjskim nacjonalizmie, oparty na opublikowanych w PRL książkach. Skonfiskowała felieton Szczur w naszej poezji współczesnej (nr 3/1976) czy kolejny Emigranci i ludzie wolni (nr 7-8/1976), być może ze względu na niewłaściwe skojarzenia. Pozwolono opublikować między innymi pożegnanie psa Woroszylskiego (nr 4/1976) - Kluchy, w którym nie wstydził się przyznać do miłości, jaką darzył swego przyjaciela: "Śmiał się i płakał jak człowiek i był człowiekiem bardziej od niejednej dwunogiej istoty"232.
Rzeczy zasadnicze Woroszylski drukował od 1977 roku na emigracji. W "Aneksie" nr 13-14 ukazał się po raz pierwszy pełny Dziennik węgierski, a w Instytucie Literackim - powieść Literatura. W londyńskiej "Polonii" w 1979 roku wydał Powrót do kraju. W 1978 roku w NOWej opublikował tomik poetycki Jesteś i inne wiersze. Wszystkie te publikacje miały status nielegalnych i były konfiskowane na granicy lub w czasie rewizji. Dramatyczną przygodę swoich bliskich próbujących mu przywieźć z Londynu egzemplarz Powrotu do kraju opisuje w swym dzienniku. Publikacje te, nawet jeśli znajdowały się w wielkich bibliotekach, były - jako druki nielegalne i niedopuszczone do obiegu w PRL - udostępniane czytelnikom jedynie za specjalnym zezwoleniem.
Zakaz publikacji w kraju obejmował też uczestnictwo w konferencjach naukowych. Kiedy w lutym 1980 Woroszylski został zaproszony na kurs dla polonistów włoskich, by wygłosił referat o Majakowskim, zaproszenie zostało cofnięte na polecenie rektora Uniwersytetu Warszawskiego Zygmunta Rybickiego233. Istniała jeszcze jedna trudność. Rusycystyka przez wiele lat podlegała szczególnemu nadzorowi i opiece ze strony czynników sowieckich. Wyrosło pokolenie, które przenosiło wzory sowieckie na grunt polski, wiązało kulturę z ideologią komunizmu i czyniło zarówno kadrę nauczającą, jak i jej publikacje całkowicie nieatrakcyjnymi dla czytelników. Rosja i kultura rosyjska nie budziły nawet u ponadprzeciętnego inteligenta żadnego zainteresowania. Dla takich postaci wyjątkowych, jak Woroszylski, była to dodatkowa trudność w komunikowaniu się z potencjalnym czytelnikiem.
"Solidarność" i stan wojenny
Relacjonowanie losów Wiktora Woroszylskiego w okresie, z którego publikujemy dziennik, nie miałoby sensu. Autor sam dokumentuje kolejne dni, spotkania, dyskusje, wydarzenia. Otrzymujemy obraz opozycyjnej codzienności środowiska KOR-owskiego, zwłaszcza związanego z kręgami literackimi. Zwraca uwagę gęstość kontaktów towarzyskich nakładających się na dyskusje o sytuacji i podejmowane inicjatywy; rozmowy przy winie o ostatnich wydarzeniach, rewizjach, esbeckiej inwigilacji, przeczytanych tekstach splatają się z redagowaniem i kolportowaniem niecenzurowanych pism i książek. Tak właśnie ta codzienność wyglądała pod koniec lat siedemdziesiątych i tworzyła się w niej mocna więź, która była siłą opozycji, choć też oddzielała ją od innych, niezaangażowanych środowisk.
Podczas pierwszego okresu strajku sierpniowego Woroszylscy przebywali na urlopie w Sopocie. Wpisy w dzienniku informują o warunkach życia w strajkującym mieście, nastrojach, obawach, wiadomościach napływających ze Stoczni. W czasie pobytu w Gdańsku byli inwigilowani, a w pokoju, w którym się zatrzymali, zapewne przeprowadzono tajną rewizję, by uzyskać dostęp do prywatnych notatek i zapisanych telefonów234. Po powrocie Woroszylskich do Warszawy z zapisów w dzienniku dowiadujemy się o rosnącym napięciu związanym zwłaszcza z trwającymi aresztowaniami działaczy KSS "KOR", ale też o rozmowach i kontrowersjach w środowisku literackim.
W końcu sierpnia i w następnych tygodniach - po podpisaniu porozumienia w Gdańsku i w czasie powstawania "Solidarności" - Woroszylski jest w kontakcie z ludźmi tworzącymi zaplecze doradcze dla tworzącego się Związku. Jego zapiski uzupełniają wiedzę o napięciu między grupą doradców skupionych wokół Tadeusza Mazowieckiego a Jackiem Kuroniem i jego kręgiem współpracowników. Wypowiedzi różnych osób zapisane przez Woroszylskiego niekoniecznie oddawały faktyczny stan rzeczy, ale informują nas o krążących obawach, podejrzeniach. Autor zachowuje wobec nich dystans, nie opowiada się po żadnej ze stron, sprzyja tym, którzy chcą mediować. Tych kilka tygodni napięcia, kiedy Woroszylski był rozdarty między przyjaźnią i lojalnością wobec Kuronia i wobec Mazowieckiego, zakończyło się szczęśliwie zamknięciem konfliktu obu przywódców w czasie kryzysu rejestracyjnego "Solidarności". Różnice dotyczyły między innymi oceny Wałęsy jako przewodniczącego "Solidarności". Sympatie Woroszylskiego - jak widać z jego notatek - były po stronie Wałęsy i jego głównych doradców, reprezentujących nurt umiarkowany.
Noty w diariuszu pokazują posierpniowe zmiany w Związku Literatów Polskich i przygotowywanie Zjazdu ZLP, który odbył się w grudniu 1980. Woroszylski należał do pisarzy opowiadających się za poważnymi zmianami i nakłaniających Jana Józefa Szczepańskiego do objęcia prezesury. Uczestniczył też w wielu przedzjazdowych zebraniach i negocjacjach, co w dzienniku opisuje. Na zjeździe przewodniczył komisji matce, w której - podobnie jak wśród delegatów na Zjazd - przeważali sympatycy "Solidarności". Na przewodniczącego związku wybrano Jana Józefa Szczepańskiego, wiceprzewodniczącym został Andrzej Braun.
W styczniu 1981 Woroszylski - po pięciu latach - wyjechał za granicę, na stypendium Akademii Sztuki do Berlina Zachodniego. Następne miesiące dziennika to oglądanie wydarzeń w Polsce z zagranicznej perspektywy, ale zarazem bliskiej. Zapisy licznych rozmów z osiadłymi w Belinie i przybywającymi z kraju Polakami i - wyraźnie rzadziej - z Niemcami pokazują komentarze, nadzieje, złudzenia i obawy towarzyszące wielkim zmianom w Polsce. Część z nich publikował na łamach "Więzi", ukazując też stosunek do polskich przemian zwykłych ludzi235.
Do kraju wrócił 10 listopada 1981. Mimo panującej atmosfery wolności na granicy dokonano rewizji bagażu i zabrano 13 książek, w tym jego własne, wydane na emigracji - Literaturę i Powrót do kraju - oraz wydane na Zachodzie książki rosyjskie236.
Przez miesiąc oswajał się z realiami kryzysu, zapisał wiele obserwacji dnia codziennego. Zbierał wiadomości i naświetlenia dotyczące sytuacji politycznej, starał się - jak napisał - "zanurzyć" w tej zmienionej Polsce, odwiedził Poznań i Nowy Targ. Był pomysłodawcą i autorem listu otwartego w obronie Jana Józefa Lipskiego, oskarżanego przez partyjną propagandę o działanie przeciw Polsce i na rzecz Niemiec237. Od Mazowieckiego otrzymał propozycję objęcia działu kulturalnego w "Tygodniku Solidarność". Wszystko to przerwał pucz wojskowy 13 grudnia.
Tego dnia został przewieziony do MSW na rozmowę z kierującym od dawna jego inwigilacją Januszem Kusztelakiem. Woroszylski powiedział, że wprowadzając stan wojenny, władza popełniła błąd i będzie musiała się wycofać. W kierownictwie państwa nadal znajdują się ludzie, "którzy doprowadzili Polskę do upadku". Jest mu obojętne, kto będzie sprawował władzę. "Zależy mu jedynie na tym, aby były to rządy demokratyczne, zezwalające na głoszenie wszystkich poglądów politycznych". Jak zanotował Kusztelak, próby wciągnięcia Woroszylskiego w szerszą dyskusję nie powiodły się. Miał wręcz powiedzieć, że "internowanie go w towarzystwie znakomitych sław naukowych stanowić będzie dla niego swoistego rodzaju wyróżnienie". Odmówił podpisania deklaracji lojalności i w konsekwencji został internowany238 oraz osadzony w więzieniu Białołęka, przerobionym na ośrodek internowania (otwarte cele, mniejszy rygor). Należał do pierwszych, których jeszcze przed Bożym Narodzeniem przewieziono do ośrodka internowania w Jaworzu. Został tu przetransportowany 22 grudnia helikopterem wraz z Małgorzatą Łukasiewicz, Haliną Suwałą, Marią Wosiek, Waldemarem Kuczyńskim, Andrzejem Drawiczem, Janem Walcem i innymi239. W Jaworzu znaleźli się także w tym czasie Władysław Bartoszewski, Tadeusz Mazowiecki, Jerzy Jedlicki, Stefan Amsterdamski, Jerzy Holzer, Halina Mikołajska i inne osoby należące do elity intelektualnej. Opis życia w obozie w Jaworzu, warunków, zajęć internowanych, nastrojów i rozmów jest najobszerniejszym z opublikowanych wspomnień240, ale ma też walor zapisków codziennych, chwytania chwili.
Ośrodek odosobnienia w Jaworzu był w istocie Ośrodkiem Wczasowym Dowództwa Wojsk Lotniczych znajdującym się na poligonie drawskim. Mężczyzn umieszczono w dwóch pawilonach, a kobiety w trzecim, ale już 9 stycznia zdecydowano o ich wywiezieniu do ośrodka w Gołdapi; pozostawiono jedynie Marzenę Górszczyk-Kęcik wraz z internowanym mężem Wiesławem. W Jaworzu warunki były lepsze niż w innych ośrodkach internowania, dotyczyło to zarówno zakresu swobody przetrzymywanych, jak i warunków sanitarnych i wyżywienia. Przez Jaworze przewinęło się około 100 internowanych, większość to eksperci "Solidarności", literaci, naukowcy, pracownicy wyższych uczelni. W Darłówku, do którego internowanych z Jaworza przewieziono 22 maja 1982, koncentrowano od początku stanu wojennego osoby starsze (mające ponad 55 lat) i chore. Od lutego dołączono jednak również młodszych, przewożonych ze Strzelec Opolskich i Białołęki. Przed transportem z Jaworza przebywało tu 41 mężczyzn i 28 kobiet, po przybyciu jaworzan liczba ta wzrosła do 111 osób. Kompleks składał się z pięciu trzykondygnacyjnych budynków, mężczyzn ulokowano w trzech, kobiety w jednym. Internowani zajmowali pierwsze i drugie piętro, po 21 osób na każdym piętrze, w pokojach trzy- i pięcioosobowych241. Po zwolnieniu w lipcu większości internowanych, w tym wszystkich kobiet, w Darłówku pozostało - jak obliczał Woroszylski - "17 z Jaworza i 5 wcześniejszych darłówczan". Na początku września dowieziono parę osób i wtedy w ośrodku było 27 mężczyzn i 6 kobiet, po dalszych przesunięciach na początku października - 21 mężczyzn i 17 kobiet.
Dziennik z okresu internowania jest zapisem relacji z innymi internowanymi, rozmów, zbliżeń z ludźmi, a także drobnych napięć, sposobu spędzania (zabijania) czasu. Jest świadectwem zróżnicowanego zachowania nadzorców - komendantów ośrodka i strażników, także opisem metod kontroli, rewizji i drobnych szykan, zwłaszcza znajdujących wyraz w utrudnianiu widzeń bliskim, którzy przejechali pół Polski, by spotkać się z uwięzionymi. Jest też analizą mechanizmów zwalniania z internowania, niepewności, szukania drobnych gestów, których oczekuje władza, co da szanse na wyjście, jak i niezłomności, którą to postawę reprezentuje autor. Jest też zapisem powstawania samego dziennika i związanych z tym problemów, by nie "wpadł", jak też tworzenia niektórych wierszy, potem przemycanych na zewnątrz. Tak więc Woroszylski, choć izolowany, uczestniczy w budowaniu oporu, co zauważa Bronisław Geremek: "Twoje wiersze wydane przez "Tygodnik Wojenny" znajdują na rewizjach. Andrzej Seweryn deklamuje je na wiecu w Paryżu" (4 września).
Nie wiadomo, dlaczego Woroszylskiego przetrzymywano w obozie internowanych dłużej niż większość intelektualistów. Z pewnością jego konto obciążało redagowanie "Zapisu" i długoletnie kontakty z "Kulturą", zapewne szczególne pretensje mieli do niego "towarzysze radzieccy". Jego konto obciążył też dziennik, którego fragment przechwycono w czasie wypuszczania na przepustkę 22 lutego 1982. Znacznie później, bo w czerwcu 1983, tak charakteryzowano skonfiskowane zapiski: "Obok cytatów z rozmów prowadzonych z nimi [internowanymi] przez funkcjonariuszy SB wspomniany dziennik zawiera tendencyjne opisy metod i środków rzekomych szykan stosowanych przez władzę wobec obywateli po wprowadzeniu stanu wojennego. Całość zakwestionowanego przez komendanturę ośrodka materiału charakteryzuje się wyjątkową perfidią sformułowań, pogardą oraz nieprzejednaną wrogością wobec władz"242. Podobnie negatywne oceny wywołały wiersze z Dziennika internowania. SB nie podobały się także kontakty, jakie Woroszylski nawiązał w czasie ponownego urlopowania na początku maja 1982 - "organizował spotkania w swoim mieszkaniu, w których uczestniczyły osoby znane z postaw antysocjalistycznych: Marek Edelman, Zbigniew i Katarzyna Herbertowie, Ryszard Herczyński (skazany za szpiegostwo243), Tadeusz Konwicki, Jolanta i Marek Nowakowscy oraz ks. Jacek Salij. Celem tych spotkań było zbieranie przez W. Woroszylskiego informacji na temat aktualnej sytuacji politycznej w kraju, podziałów ideologicznych w ekipie rządzącej, nastrojów w aparacie ścigania i sądownictwie, sytuacji w dużych zakładach pracy oraz siły oddziaływania b. "Solidarności""244. Tak więc spotkania ze starymi znajomymi i rozmowy o sprawach interesujących wówczas wszystkich świadomych Polaków kwalifikowano jako "zbieranie informacji" o niewątpliwie opozycyjnym charakterze.
Władze pozostawały obojętne na apele o uwolnienie Woroszylskiego kierowane przez pisarzy, między innymi Güntera Grassa (18 sierpnia)245. Jan Józef Szczepański, który od miesięcy interweniował u gen. Kiszczaka na rzecz zwolnienia pisarzy, zanotował w sierpniu 1982 słowa Kiszczaka, że "o Woroszylskim w ogóle nie będzie mówić i że W[oroszylski] ostatni opuści miejsce internowania. To z powodu żony, która na wszystkie strony rozgłasza, że nie zamierza iść do tego "Oberkapo""246. Sugestie, że Kiszczak oczekiwał wizyty i próśb Janiny Woroszylskiej, są obecne także w dzienniku.
Darłówko Woroszylski opuścił 18 października, a więc po 10 miesiącach pozbawienia wolności. Do jej odzyskania przyczyniła się interwencja Komitetu do spraw Uwolnienia Artystów i Intelektualistów Polskich, który działał w Nantes i na początku października wystosował depeszę do gen. Jaruzelskiego o zwolnienie Woroszylskiego i gdańskiego aktora Szymona Pawlickiego. W MSW sprawa wywołała poruszenie i wymianę pism między dyrektorem Departamentu III a wiceministrem. Nie wiedziano wprawdzie, kogo reprezentuje komitet w Nantes, ale sprawa Woroszylskiego stanęła na wysokim szczeblu247. Na decyzję o uwolnieniu mógł też wpłynąć atak serca, o którym pisze w dzienniku. Władze stanu wojennego izolowały swoich politycznych wrogów, ale nie chciały dopuścić do zgonów wśród internowanych i więźniów. To różniło polską dyktaturę od wielu innych i wyznaczało granice toczącego się konfliktu i form walki. Woroszylski, jak o tym pisze w dzienniku, nie był radykałem, opowiadał się za twardą nieustępliwością, ale bez podejmowania działań prowadzących do niekontrolowanej eskalacji. Za takimi formami oporu opowiadał się jako więzień, a także po uwolnieniu - jako obywatel w zniewolonym kraju.
Pierwsze tygodnie na wolności oznaczały konieczność uczenia się nowych warunków, zarówno dotyczących życia codziennego przynoszącego liczne ograniczenia, jak i poruszania się i umiejętnego przekraczania narzucanych granic wolności. Względna swoboda działalności opozycyjnej, jaka istniała w końcu lat siedemdziesiątych, była niemożliwa. Organizatorzy niecenzurowanych inicjatyw i wydawnictw pracowali w warunkach ścisłej konspiracji, zagrożeni aresztowaniem i wysokimi wyrokami. O wiele surowsze warunki obowiązywały też przy kolportażu wydawnictw, tu również groziły wysokie wyroki. Wiele osób ważnych dla ruchu opozycyjnego albo przebywało w areszcie, albo się ukrywało. Z drugiej strony przejawy oporu były znacznie powszechniejsze niż kiedyś, odczuwalne na co dzień, a msze za ojczyznę ks. Jerzego Popiełuszki przyciągały tysiące uczestników. W pierwszych tygodniach po wyjściu z Darłówka Woroszylski zetknął się bezpośrednio z tragedią Grażyny Kuroniowej, umierającej mimo starań Marka Edelmana na rzadką chorobę. Jej śmierć i zetknięcie się z rozpaczą Jacka Kuronia były ciężkim przeżyciem także dla Woroszylskiego, który rodzinie Kuroniów starał się nieść pomoc i wsparcie, przemówił także nad trumną Gai.
Woroszylski nadal był inwigilowany przez SB, która oceniała, że "kontynuuje antypaństwową działalność w gronie dawnych znajomych znanych z wrogich postaw" i osób poznanych w czasie internowania. Prócz osób wymienionych w wyżej cytowanej notatce z maja 1982 dodawano nazwiska Krystyny Jandy, Krzysztofa Śliwińskiego, Tadeusza Drewnowskiego, Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka. W rozmowach są "wypracowywane metody i kierunki działania opozycji". Zauważano jego bliskie związki z Paulem Thibaud, redaktorem francuskiego miesięcznika katolickiego "Esprit", który zatrzymywał się w mieszkaniu Woroszylskich w czasie pobytu w Warszawie w 1980 i 1981 roku, oraz z młodą dziennikarką niemiecką Helgą Hirsch, która mieszkała u Woroszylskich w czasie pobytów w Warszawie w 1982 i 1983 roku. Odnotowywano też, że w minionych latach dysponował znacznymi kwotami przekazanymi z Zachodu na redagowanie "Zapisu"248.
14 stycznia 1983 - w ramach tropienia działającej w podziemiu NOWej - funkcjonariusze SB wkroczyli do mieszkań pisarzy Wiktora Woroszylskiego, Marka Nowakowskiego, Kazimierza Orłosia, Jerzego Ficowskiego i Piotra Wierzbickiego oraz - co Woroszylski odnotowuje w dzienniku - Jacka Bocheńskiego. Rewizje nie dały policji pożądanego efektu, choć oznaczały konfiskatę różnych publikacji podziemnych249. Właściwie cudem nie wpadł w ręce esbeków dziennik, który tu publikujemy. W podsumowaniu efektów rewizji u Woroszylskiego pisano, że "ujawniono i zakwestionowano 32 pozycje wydawnictw nielegalnych oraz mapę sztabową LWP w skali 1:100000 z naniesionymi znakami opisującymi okolice miejscowości Jaworze i Darłówek, gdzie był on internowany"250. W Biurze Śledczym MSW powstała w tym czasie notatka, której autor pisał, że należy "rozważyć przedstawienie zarzutu M. Nowakowskiemu i W. Woroszylskiemu, z tym że wykonanie tej decyzji uzależnić od pogłębiania materiału dowodowego"251. W języku SB oznaczało to zbieranie materiału dowodowego z perspektywą wytoczenia procesu. Konsekwencją zajmowanej przez Woroszylskiego postawy i wrogości wobec niego MSW było wydanie 9 marca postanowienia o zastrzeżeniu wyjazdu na wszystkie kraje świata z adnotacją: "Dotychczasowe wyjazdy wykorzystywał do przekazywania i publikowania materiałów szkalujących ustrój socjalistyczny. Nie daje gwarancji rzetelnego prezentowania dorobku polskiej kultury"252.
W tym okresie Woroszylski był autorem wydawanym przez szereg podziemnych oficyn. Dziennik węgierski miał wydania w drugim obiegu w 1979 i 1980 roku (oficyny "Samizdat", "Archiwum", następnie ukazał się w 1981 roku nakładem NOWej 2 i trafił do licznych czytelników, także do bibliotek komisji zakładowych). W stanie wojennym znajdował kolejnych wydawców - oficyny "Puls", "Kres", następnie wraz z glosami autora został wydany w 1983 roku bez podania nazwy oficyny. Tomik wierszy Dziennik internowania opublikowały w 1982 roku Biblioteka "Tygodnika Wojennego" i wydawnictwo "Bez Debitu", w 1983 roku wydawnictwa "Grot" i "Zbroja", a także krakowska Oficyna Literacka i wydawnictwo "Świadectwo" (te ostatnie wraz z nowymi wierszami ze zbioru Lustro)253. W 1984 roku Lustro, Dziennik internowania i zbiór Tutaj opublikował londyński "Aneks" w bardzo eleganckiej edycji z ilustracjami Jana Lebensteina. Tematyka tych utworów spotykała się z nastrojami ludzi "Solidarności", Woroszylski należał do pisarzy, którzy dawali literacki wyraz dramatycznym doświadczeniom tego czasu.
12 maja 1983 w komisariacie na Starym Mieście milicjanci zatłukli na śmierć Grzegorza Przemyka, 19-letniego maturzystę, syna poetki Barbary Sadowskiej. Woroszylski zareagował 16 maja listem otwartym do wicepremiera Mieczysława Rakowskiego. List opatrzył mottem z Dziadów, fragmentem dialogu Rollisonowej i Senatora. Wspominał Sadowską, która przynosiła młodzieńcze wiersze do redakcji "Nowej Kultury", i Grzesia w wózku dziecięcym. Wicepremierowi, przeciwstawiającemu w artykule zamieszczonym w "Polityce" "politykę otwarcia" władz stanu wojennego "światowi wyimaginowanemu", w którym rzekomo żyją twórcy kultury, stawiał pytanie: "Co Ty i Twoi współrządcy zamierzacie uczynić dla położenia kresu bestialstwu? Nie sądzę, żeby sprawiało trudność wykrycie i ukaranie w majestacie prawa morderców syna mojej nieszczęsnej przyjaciółki, syna tego umęczonego kraju, tego zdesperowanego społeczeństwa [...]. Chcę wiedzieć, czy Ty osobiście użyjesz wszystkich swoich wpływów, żeby - inaczej niż tylekroć przedtem - przynajmniej tym razem stało się zadość elementarnej sprawiedliwości. I co zostanie uczynione, żeby ludzi wiadomych służb wyzuć z prawa do okrucieństwa, zdecydowanie cofnąć zachętę do okrucieństwa, z jakiej zdają się teraz zuchwale korzystać?"254. List Woroszylski osobiście zawiózł do biura podawczego Urzędu Rady Ministrów.
W swoim dzienniku Rakowski odnotował ten list i swoją rozmowę na ten temat z Jaruzelskim. Jak pisał, domagał się między innymi zawieszenia komendanta MO Śródmieście255. Do Woroszylskiego jednak się nie odezwał.
Zareagowała natomiast Służba Bezpieczeństwa. Na posiedzenie Biura Politycznego 24 maja sekretarz KC i były minister spraw wewnętrznych Mirosław Milewski wniósł sprawę listu Woroszylskiego. Biuro uchwaliło: "Zobowiązać MSW do wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do W. Woroszylskiego za jego nieuzasadnione oskarżenie (w liście do wicepremiera Rakowskiego, którego treść kolportuje Radio Wolna Europa) władzy o niezwykle brutalne, bestialskie spowodowanie śmierci G. Przemyka". Nadzór nad realizacją tego polecenia miał sprawować Milewski, a jako termin realizacji podano 15 czerwca256. Tego dnia datowano więc notatkę Biura Śledczego MSW, w której pisano, że list do Rakowskiego był odczytany przez Radio Wolna Europa 23 maja, a także został opublikowany w prasie podziemnej. Treść listu i jego rozpowszechnienie "uzasadnia rozważenie wszczęcia postępowania karnego o przestępstwa z art. art. 237, 271 lub 282a kk", czyli publiczne znieważenie organu państwowego, rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, zmierzanie do wywołania niepokojów społecznych; za czyny te groziły kary trzech-pięciu lat więzienia. Zarazem Biuro Śledcze MSW zauważało, że brak jednoznacznego dowodu na to, iż Woroszylski przekazał list do rozpowszechnienia, co ma zasadnicze znaczenie dla przyjęcia kwalifikacji prawnej, a także brak prawomocnych ustaleń śledztwa w sprawie śmierci Przemyka nie pozwala na przyjęcie kwalifikacji o rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości. "Aktualny stan dowodów nie daje podstaw do przedstawienia W. Woroszylskiemu zarzutów". Niemniej w konkluzji proponowano kontynuowanie ustalania okoliczności przekazania listu Woroszylskiego do rozpowszechniania oraz wszczęcie postępowania z artykułu 237 kodeksu karnego (znieważenie organu państwowego) "i po uzyskaniu wystarczających dowodów wystąpić o przedstawienie zarzutu W. Woroszylskiemu". Czynności wymagające bezpośredniego udziału pisarza miały być wszczęte po zakończeniu wizyty Jana Pawła II w Polsce "ze względu na możliwe negatywne reperkusje natury politycznej"257. W MSW powstała też kilkunastostronicowa Notatka dotycząca antypaństwowej działalności Wiktora Woroszylskiego258.
Do przesłuchania Woroszylskiego przez prokurator Annę Jackowską, specjalizującą się w zwalczaniu opozycji, doszło 5 grudnia 1983. W czasie przesłuchania Woroszylski potwierdził, że jest autorem listu, powiedział, że nikomu nie wręczał kopii. "Uważałem, że to, co myślę na temat śmierci Grzegorza Przemyka, jest wspólne z myślami innych ludzi i że mój głos jest głosem opinii publicznej"259. W Biurze Śledczym MSW ułożono pytania, które miały być zadane Woroszylskiemu w czasie następnych przesłuchań, tak by utrudnić mu zasłanianie się niewiedzą i wydobyć samooskarżenie.
Sprawa ciągnęła się miesiącami, równolegle z przygotowaniem procesu rzekomych zabójców Przemyka, którymi mieli być pracownicy pogotowia ratunkowego. Aparat władzy osłaniał faktycznych morderców. Woroszylskiego wezwano jako świadka na rozprawę. Przedtem, 15 czerwca 1984, złożył oświadczenie do Sądu Wojewódzkiego. Wyjaśniał motywy napisania listu osobistą znajomością zarówno Grzesia, jak i wicepremiera Rakowskiego. "Chodziło mi o to, żeby nie przejść do porządku nad tym potwornym nieszczęściem, żeby zostało wdrożone szybkie, skuteczne i bezstronne postępowanie, żeby winnych dosięgła sprawiedliwość. Chodziło mi też o coś więcej: żeby uczulić władze na szerzącą się brutalność, zwłaszcza w stosunku do młodzieży, ze strony niektórych ludzi z pałkami, żeby ochronić nasze dzieci przed brutalnością, która niekiedy kończy się czymś tak przerażającym jak w wypadku Grzesia Przemyka". Woroszylski zaznaczał, że przez ponad rok nie doczekał się odpowiedzi, "doczekałem się natomiast pomówień, pogróżek i prześladowań". W prasie "pojawił się wątek jakichś tajemniczych sił, którym rzekomo zależy na czymś zgoła innym niż elementarna sprawiedliwość i bezpieczeństwo". W tym kontekście zaatakował go felietonista "Trybuny Ludu". Następnie dowiedział się o śledztwie z artykułu 252 kodeksu karnego, który dotyczy utrudniania postępowania karnego lub zacierania śladów przestępstwa i zagraża karą do pięciu lat więzienia. W tej sprawie był przesłuchany przez prokurator Jackowską, która twierdziła, że zarzuty sformułowane w liście do Rakowskiego "nie polegają na prawdzie". Z kolei 5 kwietnia 1984 w gmachu MSW na Rakowieckiej oficer śledczy w czasie przesłuchania fakt napisania listu określił jako "działalność antypaństwową". "Wszystko to razem stwarza wokół mnie atmosferę zagrożenia i zmierza do zdezawuowania zarówno intencji, jak i treści mojego listu. Nie chcę snuć domysłów, komu i do czego jest to potrzebne. Pragnę jedynie poinformować Wysoki Sąd o sytuacji, w jakiej 19 czerwca mam występować jako świadek w tej bolesnej sprawie"260. Kilka dni później kopia oświadczenia znalazła się w esbeckiej teczce rozpracowania Woroszylskiego.
Przebieg przesłuchania przed sądem opisuje Woroszylski w swoim dzienniku. Z zapisu tego wynika, że związane od lat współpracą z SB w zwalczaniu opozycji prokuratorki Bardonowa i Jackowska próbowały Woroszylskiego jako świadka "przycisnąć" o treść listu do Rakowskiego, ale prowadzący rozprawę sędzia ich pytania uchylał lub pouczał Woroszylskiego o możliwości nieudzielenia odpowiedzi. Nazajutrz w sprawozdaniu PAP podano zmanipulowany przekaz z rozprawy, a wieczorem w telewizji nadano program, "którego bohaterami negatywnymi uczyniono Jana Józefa Szczepańskiego i mnie" - pisał następnie do Sądu Wojewódzkiego261.
Równolegle Służba Bezpieczeństwa podjęła działania zmierzające do uniemożliwienia Woroszylskiemu kontaktów z czytelnikami. Instytucje kontrolowane przez władzę z natury rzeczy nie zapraszały takich pisarzy, ale w 1983 roku rozwinęły się liczne spotkania w kościołach i parafiach, na które zapraszano znanych pisarzy i dziennikarzy. Woroszylski zacieśnił w tym czasie kontakty ze środowiskiem katolickim - dotyczyło to zarówno "Więzi", jak i "Tygodnika Powszechnego" oraz znanych duszpasterzy, w tym ks. Wiesława Niewęgłowskiego. W naturalny sposób stał się chętnie zapraszanym uczestnikiem spotkań dotyczących szeroko rozumianej kultury, których wówczas w kościołach było wiele.
Wiosną 1983 SB podjęła przeciwdziałania. Dyrektor Departamentu III MSW gen. Henryk Dankowski przesłał 25 kwietnia 1983 pismo do szefa SB w Katowicach, w którym pisał "o istnieniu i działaniu na Waszym terenie zorganizowanego ośrodka prowadzącego nielegalne wykłady z różnych dziedzin wiedzy, między innymi z historii, nauk społecznych i literatury. [...] Jako prelegenci mają w najbliższym czasie brać udział w tych spotkaniach publicyści: Stefan Kisielewski, Jan Walc, literat Wiktor Woroszylski, aktorka Halina Mikołajska, ks. Kondziela z Lublina oraz prof. A. Zahorski z Uniwersytetu Warszawskiego. Osoby te znane są z antysocjalistycznej działalności". Generał w związku z poleceniem ministra spraw wewnętrznych prosił o ustalenie organizatorów "nielegalnych wykładów i podjęcie skutecznych działań mających na celu niedopuszczenie do kolejnych spotkań"262.
Akcja przeciwdziałania odczytom w salach kościelnych rozwijała się, ale z trudnościami. Organizatorami spotkań były ośrodki kościelne, a więc próby niedopuszczenia zapraszanego prelegenta powodowały zadrażnienia z miejscowymi biskupami, co dla władz było niepożądane, względnie prelekcje organizowały Kluby Inteligencji Katolickiej, działające legalnie i często niepoddające się presji263. Niemniej takie utrudnienia miały miejsce i nieraz przybierały postać działań awanturniczych, na przykład 11 stycznia 1984 zatrzymano Tadeusza Mazowieckiego w pociągu do Katowic pod pozorem poszukiwania sprawcy kradzieży płaszcza. Mazowiecki miał w katedrze katowickiej wygłosić odczyt o nauczaniu papieża Jana Pawła II. Został przetrzymany w areszcie do wieczora dnia następnego, a odczyt się nie odbył264.
Tymczasem na spotkanie z Woroszylskim we wrocławskim KIK 18 stycznia przyszło około 400 osób, nazajutrz na prowadzone przez o. Ludwika Wiśniewskiego spotkanie w duszpasterstwie dominikanów - 250 osób. Pisarz czytał swoje utwory, odniósł się też do wydarzeń na Węgrzech w 1956 roku265. 8 lutego wystąpił w krakowskim KIK. "Czytał dobrą eseistyczną prozę i nowe wiersze. Sala pełna" - zapisał Jan Józef Szczepański266. Podobne spotkanie na KUL zaplanowano na 27 lutego, gdzie miał przyjechać z Krakowa po konferencji środowiska "Tygodnika Powszechnego". Na lubelskiej uczelni rozwieszono plakaty informujące o spotkaniu, z których jeden funkcjonariusz SB osobiście zerwał "w celach dowodowych". Zastępca dyrektora Departamentu III MSW zatwierdził wniosek, w którym pisano: "Planujemy podjęcie czynności, aby przerwać bezkarne odbywanie tego rodzaju spotkań i wygłaszanie na nich wrogich ideologicznie treści przez Wiktora Woroszylskiego". Planowano zatem zatrzymanie go w czasie wyjazdu do Lublina i osadzenie w areszcie na 48 godzin267. Tymczasem także SB w Lublinie przygotowała się gorliwie: "Zabezpieczono aktywne działanie rozpoznawczo-operacyjne poprzez źródła agenturalne Wydz. III i IV WUSW, przez Wydz. "T" (PP i PT na wszystkich kontrolowanych obiektach). Poprzez Wydz. "B" zabezpieczono informacje z terenu ochranianych hoteli". (PP to podsłuch pokojowy, PT - telefoniczny). Ostatecznie spotkanie zostało odwołane przez organizatora - Koło Nauk Społecznych KUL, Woroszylski do Lublina nie przyjechał. W raporcie SB zastanawiano się, czy być może powodem odwołania była konieczność obecności Woroszylskiego na pogrzebie Lecha Bądkowskiego, który miał się odbyć następnego dnia w Gdańsku268. Jak wynika z zapisów w dzienniku, Woroszylski jednak w Lublinie miał spotkanie, wprawdzie dość kameralne, w kościele, na którym czytał swoje wiersze.
Tymczasem 16 lutego do mieszkania Woroszylskiego wkroczyła pięcioosobowa ekipa MSW celem przeprowadzenia rewizji. Zakwestionowano i zabrano 113 książek wydanych poza cenzurą lub na emigracji. W wysłanym nazajutrz liście do gen. Kiszczaka Woroszylski pisał, że funkcjonariusze dawali wyraz przeświadczeniu, iż "bardziej lub mniej podobne łupy zdobyliby w 90 procentach warszawskich mieszkań. Myślę, że mieli rację, ponieważ ludzie w Polsce nigdy nie dali się przekonać do poglądu, obcego naszej kulturze i poczuciu prawnemu, że może istnieć jakaś literatura "zakazana", której czytania i posiadania powinni się wystrzegać. Tym bardziej trudno się spodziewać, że pisarz będzie cenzurował własną bibliotekę i usuwał z niej poezje, eseje, powieści, książki z dedykacjami przyjaciół w lęku przed ich "niebłagonadiożnostią"". Podczas rewizji fotografowano skonfiskowane książki, ale też pudełko z herbatą Lipton jako znakiem luksusu269. (Mogło to sugerować przygotowanie materiału do emisji w telewizji o przestępczym procederze żyjącego w luksusie pisarza). Protest wysłany do ministra pozostał naturalnie bez odpowiedzi. O tym, że nie były to tylko działania nękające, świadczy casus Marka Nowakowskiego, u którego również 16 lutego przeprowadzono rewizję i który następnie został aresztowany. Woroszylski w reakcji udzielił wywiadu rozgłośni polskiej BBC, charakteryzując sylwetkę literacką Nowakowskiego, ale też mówiąc o represjonowaniu i szykanowaniu innych literatów i restrykcyjnej polityce wydawniczej270.
Równolegle próbowano blokować wyjazdy Woroszylskiego na spotkania z czytelnikami. Kpt. Kusztelak 5 kwietnia pojechał do Konina "w celu niedopuszczenia do udziału w nielegalnym zgromadzeniu Wiktora Woroszylskiego" i przy pomocy miejscowych esbeków zorganizował jego zatrzymanie na dworcu. Następnie pisarz został przez funkcjonariuszy SB odwieziony do Warszawy, gdzie przeprowadzono z nim rozmowę ostrzegawczą271. W MSW przygotowano plan uniemożliwienia odbycia spotkania w Częstochowie 11 maja. Kiedy 15 maja Woroszylski jechał samochodem do Bydgoszczy na spotkanie w kościele Jezuitów, został na rogatkach miasta zatrzymany i przetrzymany w komendzie MO, tak by na spotkanie nie zdążył. Na końcu nastąpiła "rozmowa ostrzegawcza" w MSW, którą przeprowadził oficer zajmujący się rozpracowaniem Woroszylskiego. Na pretensję, że wystąpił w obronie aresztowanego Marka Nowakowskiego, Woroszylski odpowiedział, że jest naturalne, iż stanął w obronie kolegi. "Kiedy panowie mnie aresztujecie, to wiem, że mogę liczyć na pomoc moich przyjaciół literatów"272.
Jako powód zatrzymania SB w raporcie podawała, że Woroszylski udawał się "na nielegalne zebranie związku, którego istnienie, ustrój i cel miał pozostać tajemnicą wobec organów państwowych"273. Było to dosłowne powtórzenie odpowiedniego paragrafu kodeksu karnego, bez jakiejkolwiek próby uwiarygodnienia tej okoliczności. Dowolne powoływanie się policji na odpowiednie artykuły kodeksu karnego w celu łamania praw obywatelskich było istotą niepraworządności w PRL. Droga odwołania od takich decyzji nie istniała, SB była całkowicie bezkarna w podejmowaniu takich działań. Mimo to Woroszylski się nie poddawał i odbył spotkania z czytelnikami w Koninie 13 września, w Olsztynie 19 października i w Krakowie tydzień później. SB tym razem nie interweniowała.
Próbując osaczać Woroszylskiego, SB posługiwała się między innymi podsłuchem pokojowym w jego mieszkaniu, ale w zachowanych aktach tylko incydentalnie znajdują się ślady podsłuchu. Nie miała natomiast SB możliwości wprowadzenia w jego otoczenie agenta. Woroszylski nie zawierał przygodnych znajomości, wobec osób nowo poznanych i mało sprawdzonych zachowywał dystans. SB przyznawała się zatem do porażki w tym względzie: "Brak możliwości szerszego dotarcia operacyjnego do W. Woroszylskiego"274. Chociaż Woroszylski w swoim dzienniku kilkakrotnie wspomina o wizytach u niego Lesława Maleszki, w esbeckim rozpracowaniu pisarza nie ma żadnego doniesienia, które by można przypisać Maleszce.
Istotną cezurą roku 1984 był dziwny proces KSS "KOR". Pierwszego dnia rozprawy nie dopuszczono na salę obserwatorów z opozycji, drugiego dnia - 18 lipca - dopuszczono, między innymi Woroszylskiego, umożliwiono też oskarżonym wspólne biesiadowanie z rodzinami i przyjaciółmi. Sama rozprawa ograniczyła się do odczytania decyzji o przełożeniu posiedzenia. Władza postanowiła bowiem ogłosić amnestię 22 lipca i wypuścić z więzień wszystkich politycznych. Zwolnienie więźniów było najdalej idącym ustępstwem władzy po 13 grudnia, rodziło też po stronie opozycji iluzje co do zmian politycznych, ale ekipa Jaruzelskiego-Kiszczaka nie zamierzała liberalizować systemu, a tym bardziej rozmawiać z opozycją.
Gen. Dankowski, dyrektor Departamentu III MSW, 24 września 1984 przestrzegał szefa SB w Koninie, że 13 września w kościele Maksymiliana Kolbego dziekan ks. Antoni Łassa "otworzył cykl spotkań - prelekcji w ramach tak zwanego duszpasterstwa pracowniczego. Prelekcje mają być prowadzone przez działaczy katolickich i społecznych, między innymi figurantów Departamentu III MSW - Andrzeja Szczypiorskiego i Tadeusza Mazowieckiego oraz Departamentu IV - Andrzeja Wielowieyskiego, którzy od szeregu lat prezentują nieprzejednanie wrogie postawy polityczne, wykorzystując w tym celu możliwości stwarzane im przez ośrodki dywersji ideologicznej na Zachodzie oraz kler katolicki w kraju"275. W konsekwencji SB w Koninie informowała Departament III, że 13 września odbyło się w kościele w Koninie spotkanie z Woroszylskim, które otworzyło cykl spotkań duszpasterstwa pracowniczego. "Program Woroszylskiego zawierał recytację własnych utworów. Mówca jasno sprecyzował motto swojej twórczości, którym są słowa Papieża "Bądźcie odważni", równoznaczne ze stwierdzeniem "Nie lękajcie się"". Autor pisma oceniał, że uczestnicy mieli trudności ze zrozumieniem tej poezji, ale "odczytali intencje autora, których ideą była generalna negacja obecnej rzeczywistości"276. Korzystając z - mimo wszystko - pewnego rozluźnienia presji policyjnej, Woroszylski jesienią 1984 roku odbył szereg spotkań - 11 listopada w kościele św. Brygidy w Gdańsku, a 14-15 listopada w Poznaniu (w jednym z nich uczestniczyło 500 osób). Wszędzie recytował własne wiersze i dokonane przez siebie przekłady.
W aparacie MSW trwało ostre napięcie między zwolennikami łagodzenia represji a ich przeciwnikami, oczekującymi dalszej twardej polityki. W ramach tego konfliktu należy widzieć porwanie i zamordowanie 19 października 1984 ks. Jerzego Popiełuszki przez oficerów SB. Na tę zbrodnię należy też spojrzeć w kontekście praktykowanej również w odniesieniu do Woroszylskiego taktyki niedopuszczania do niepożądanych spotkań na prowincji, zatrzymywania prelegentów itd. Rozzuchwalenie esbeków tymi praktykami umożliwiło akcję Piotrowskiego i towarzyszy, powiązanych z betonową, wrogą amnestii i układaniu się z Kościołem grupą w MSW. Bezkarność morderców Przemyka pozwalała także im liczyć na bezkarność.
W grudniu 1984 kpt. Kusztelak sporządził, a gen. Majchrowski zatwierdził plan działań operacyjnych wobec Woroszylskiego. Oceniano przy tym kompleksowo aktywność pisarza jako inspirującego negatywne inicjatywy polityczne: "W tym celu W. Woroszylski obok organizowania spotkań w mieszkaniu prywatnym z czołowymi przedstawicielami opozycji, udzielaniu wywiadów zagranicznym dziennikarzom, gromadzeniu i kolportowaniu nielegalnych wydawnictw, podejmowaniu prób nawiązania kontaktów z dysydentami w ZSRR, szczególnie wiele uwagi przywiązywał do prowadzenia prelekcji w kościołach na terenie całego kraju - w ramach tak zwanych Tygodni Kultury Chrześcijańskiej". Za konieczne uważał jesienią 1984 aktywizowanie "nielegalnych struktur w celu maksymalnego wykorzystania przeciw władzy oburzenia społecznego z powodu zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki". Angażował się w działania Komitetów Obywatelskich przeciw Przemocy, choć ograniczał się "do zbierania faktów mówiących o rzekomym nadużywaniu władzy i stosowaniu przemocy fizycznej przez aparat ścigania". Mieszkanie Woroszylskiego było wykorzystywane "jako punkt przerzutu i kolportażu wydawnictw podziemnych". W wywiadzie udzielonym jesienią 1984 Renacie Marsch z DPA mówił o represyjnej polityce wydawniczej, walce władzy z tzw. drugim obiegiem i sytuacji w nowym Związku Literatów Polskich, utworzonym przez prorządowych pisarzy po rozwiązaniu dawnego ZLP. Dalej pisano, że spośród 12 zaplanowanych spotkań w kościołach SB udało się zablokować trzy, a przebieg pozostałych był "zabezpieczony operacyjnie". Na spotkaniach tych Woroszylski eksponował swój dorobek z ostatnich lat, opublikowany w wydawnictwach podziemnych.
Wśród działań planowanych na rok 1985 projektowano kontrolowanie wszystkich publikacji i ich analizowanie pod kątem przyszłego procesu, ujawnianie negatywnych inicjatyw w celu przeciwdziałania im, ustalanie nowych kontaktów inwigilowanego. Zamierzano czynić trudności w publikowaniu utworów Woroszylskiego w prasie oficjalnej, w kontaktach z czytelnikami i przedstawicielami krajów zachodnich. Proponowano zainstalowanie "punktu zakrytego", czyli ciągłego podglądu mieszkania, by dokumentować (fotografować) wszystkie osoby odwiedzające pisarza. Zakładano kontaktowanie się z Woroszylskim trzech agentów spoza Warszawy, a jeden agent miał się zgłosić po wywiad dla nielegalnego pisma. Agent "Bartosz Jano" "zostanie wyposażony w magnetofon operacyjny, na którym zostaną nagrane odpowiedzi Woroszylskiego na specjalnie przez nas przygotowaną ankietę - pytajnik. Taśma magnetofonowa zostanie zabezpieczona jako dowód procesowy". Planowano też kolejne rewizje w mieszkaniu, rozmowy profilaktyczno-ostrzegawcze oraz eksploatację podsłuchu mieszkaniowego, telefonicznego, kontrolę korespondencji i okresowe śledzenie Woroszylskiego w czasie przemieszczania się po mieście277.
Postępowanie ekipy Jaruzelskiego z niepokornymi pisarzami było jednak nietypowe. Nie dopuszczając do publikacji w czasopismach innych niż "Więź" czy "Tygodnik Powszechny" i próbując blokować spotkania z czytelnikami, zarazem zezwalano na liczne wznowienia książek dawniej wydanych. Po części okres liberalizacji 1980-81 skutkował publikacjami już w roku 1982, kiedy ukazać się mógł tomik Jesteś i inne wiersze, wcześniej wydany przez NOWą, a LSW opublikowała wybór poezji Woroszylskiego. W 1982 roku wznowiono I ty zostaniesz Indianinem oraz Życie Sergiusza Jesienina (autor korektę wykonał w obozie internowanych). Tę politykę wydawniczą kontynuowano też w latach następnych i w 1983 roku mogła - po latach od napisania - ukazać się w "Iskrach" książka Kto zabił Puszkina, a w "Naszej Księgarni" opracowane przez Woroszylskiego Niezwykłe przygody Don Kichota z La Manchy, w 1984 roku zaś PIW wznowił Życie Majakowskiego, a Wydawnictwo Literackie - Sny pod śniegiem. W 1985 roku nastąpiło kolejne - po latach przerwy - wydanie Cyryl, gdzie jesteś. W 1987 roku "Czytelnik" opublikował blokowane przez wiele lat Historie. Tym samym Woroszylski powracał po latach do czytelników jako autor aktualny, którego książki były w księgarniach. Ale nie do końca wracał, gdyż cenzura pilnowała, aby w mediach nie był wspominany, książki nie miały recenzji i nie prowokowały dyskusji. W oficjalnie wydawanym "Życiu Literackim" ukazał się referat zastępcy kierownika Wydziału Kultury KC PZPR, gdzie wymieniono 18 pisarzy, których książek nie należy wznawiać. Obok Woroszylskiego na tej liście byli między innymi Jacek Bocheński, Andrzej Drawicz, Tadeusz Konwicki, Czesław Miłosz, Jan Józef Szczepański278. W 1984 roku Woroszylski otrzymał natomiast nagrodę kulturalną podziemnej "Solidarności".
Od jesieni 1983 Woroszylski toczył z MSW walkę o wydanie paszportu. Zamierzał wyjechać do Berlina, by odwiedzić syna, który od listopada 1981 mieszkał i pracował jako lekarz w Berlinie Zachodnim. MSW odmówiło wydania paszportu. Negatywnie rozpatrzono też podanie o wyjazd jesienią 1984 w celu opieki nad żoną, która przebywała w ośrodku onkologicznym pod Paryżem279. Odwołania pozostały bez skutku. Kolejną próbę pisarz podjął latem 1985. Tym razem o paszport na wyjazd do Rzymu na pielgrzymkę wystąpił jej organizator - kuria metropolitalna. Jeszcze jeden wniosek złożył we wrześniu, by wyjechać na ślub syna. I znów otrzymał odmowę. Postanowił odwołać się niestandardowo i zadzwonił do ministra Kiszczaka. Został przyjęty 28 września, rozmowę opisuje w dzienniku, nie towarzyszyły jej żadne naciski lub propozycje. Kiszczak podjął decyzję o wydaniu paszportu. W aktach Woroszylskiego znajduje się odręczna notatka z 29 września: "Z polecenia Ministra Spraw Wewnętrznych gen. broni Cz. Kiszczaka wydać Woroszylskiemu paszport na WKŚ [wszystkie kraje świata] do jednokrotnego przekraczania granicy"280.
Podczas trzymiesięcznego pobytu w Berlinie Zachodnim Woroszylski - jak odnotowano w Warszawie - odbył wieczór autorski w kolońskim Klubie "Ignis", prowadzonym przez emigrantów, udzielił wywiadu rozgłośni DLF, "wychwalając" zasługi Leszka Kołakowskiego i Adama Zagajewskiego, oraz udzielił wywiadu do grudniowego numeru pisma "Pogląd", wydawanego przez emigrantów w Berlinie281. Napisał także do paryskiej "Kultury" wspomnienie o zmarłym kilka tygodni wcześniej Witoldzie Wirpszy282. Wystąpił w audycji o swojej twórczości nagranej przez rozgłośnię polską BBC i wyemitowanej 1 stycznia 1986, kiedy już był z powrotem w Warszawie.
Udzielone na Zachodzie wywiady i odbyte spotkania stały się powodem kolejnych zarzutów pod adresem Woroszylskiego w dokumentacji MSW. Sporządzono wręcz specjalną notatkę, która trafiła do członków Biura Politycznego KC PZPR i innych członków naczelnych władz PRL. Pisano w niej, że "znany z antysocjalistycznej działalności literat Wiktor Woroszylski" pobyt na Zachodzie - gdzie wyjechał na ślub syna - "wykorzystał równocześnie do prowadzenia wrogiej działalności". Polegała ona na wyjazdach do Bremy, Kolonii, Darmstadtu, gdzie spotkał się z Leszkiem Kołakowskim, kierowniczką klubu dyskusyjnego "Ignis" Lilianą Andrzejewską oraz Karlem Dedeciusem, dyrektorem Niemieckiego Instytutu Kultury Polskiej. Podczas spotkań autorskich w Kolonii i Berlinie Zachodnim większość czytanych utworów dotyczyła okresu internowania, wyszydzała politykę władz i ośmieszała funkcjonariuszy resortu spraw wewnętrznych. Oceniano, że Woroszylski oszukał władze - wyjechał na ślub syna i wykorzystał paszport niezgodnie z przeznaczeniem283.
Lata 1985-86 charakteryzował w Polsce spadek aktywności opozycyjnej - poza wydawniczą, w której dominowały pisma środowiskowe, kulturalne. Woroszylski też nie był specjalnie aktywny, poza wyjazdami na kolejne spotkania z czytelnikami w kościołach, między innymi w Gliwicach, Świętochłowicach, Tarnowie, Wrocławiu. Do wydawanych w Paryżu przez Barbarę Toruńczyk "Zeszytów Literackich" napisał recenzję z wystawionego w Bremie spektaklu na podstawie Rozmów z diabłem Leszka Kołakowskiego (przedstawienie widział w czasie pobytu w RFN). Nawiązał także bliższy kontakt z podziemnym Komitetem Kultury Niezależnej, którym kierowała zaprzyjaźniona z nim Teresa Bogucka. Stale też publikował swoje felietony w "Więzi".
W 1986 roku ukazała się w Instytucie Literackim Hańba domowa Jacka Trznadla, złożona z rozmów z pisarzami o ich zaangażowaniu w stalinizm. Jednym z najważniejszych rozmówców był Woroszylski. Wywiadu udzielił kilka lat wcześniej, reagując na żądania zwłaszcza młodych literatów, by się wytłumaczyć. Trznadel, sam zaangażowany w stalinizm, wydawał się rozmówcą rozumiejącym. Opublikowanie książki wywołało żywe reakcje wśród czytelników - zdarzenia sprzed ponad 30 lat były mało znane, a tym bardziej nierozumiane. Hańba domowa stanowiła jakby rozwinięcie opublikowanej w 1985 roku książki Teresy Torańskiej Oni, zawierającej rozmowy z dygnitarzami okresu stalinowskiego. Ze świata polityki, zależności od ZSRR, konfliktu partia-społeczeństwo, co było treścią Onych, Trznadel przesuwał zainteresowanie na pisarzy, a użycie w tytule słowa "hańba" miało jednoznaczną wymowę. W swojej wypowiedzi Woroszylski opowiadał o realiach mniej więcej to samo, co ogłosił w 1956 roku, ale oczywiście te teksty, obecne w starych numerach "Nowej Kultury", nie były znane współczesnym. Na kluczowe pytanie, dlaczego został komunistą, odpowiadał: "Moje pokolenie przychodziło do tego, jak sądzę - przynajmniej u siebie to znalazłem, ale nie tylko - na zasadzie jakiegoś straszliwego rozczarowania do swego dzieciństwa, bardzo wczesnej młodości, do jakiejś słabości tamtego świata, w którym byliśmy. Bo ten świat nie obronił się przed faszyzmem, przed hitleryzmem". Mówił, że komunizm "był jakąś formą przeżywania swojej młodości", a było to związane z końcem wojny i było patetyczne. Zadawał sobie pytanie o zło, zbrodnię zawartą w komunizmie i odpowiadał: "Jak dalece udawałem przed sobą, że tego nie wiem? A czego sam nie wiedziałem? No, coś wiedziałem, nie mogłem nie wiedzieć". Wiedza o Katyniu? Wspominał, że jeszcze pod niemiecką okupacją odbył się w Grodnie wiec, na którym o tej zbrodni mówił Polak, jeniec. "Otóż słuchano tego człowieka z niechęcią, chociaż on mówił samą prawdę [...]. Ten człowiek mówił prawdę, ale występował jako niemiecki propagandysta i patrzyło się na to z okropną niechęcią". Woroszylski bronił swego zawężonego widzenia - przez fakt tkwienia w zamkniętym środowisku, skoncentrowanym na literaturze. Dla wielu czytelników nie mogło to być przekonywające. Wiele mówił o odchodzeniu od stalinizmu, bodźcach, zdarzeniach i rozmowach, które do tego prowadziły284.
Książka Trznadla odegrała znaczną rolę w tworzeniu klimatu umysłowego nowej prawicy, która w tym czasie rodziła się na obrzeżach ruchu solidarnościowego. Uwikłanie w stalinizm stanowiło dla tej formacji podstawowy zarzut wobec znacznej części elity opozycyjnej. Podział z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, przezwyciężony w latach siedemdziesiątych i w epoce "Solidarności", teraz zaczął być odtwarzany w wymiernym celu - podważenia legitymizacji opozycyjnej elity dominującej w Warszawie i Krakowie. Książka Trznadla odegrała w tym procesie dużą rolę. Była oskarżeniem literatów także o oderwanie od społeczeństwa, ludzi zwykłych, których - można tak było czytać - uwikłanie w system nie dotyczyło. Nie było o tym bowiem mowy, nawet jeśli Woroszylski wspominał, że po raz pierwszy spotkał Annę Walentynowicz na zjeździe młodzieży z krajów komunistycznych w Berlinie w 1951 roku.
Od lata 1986 historia w Polsce znów przyspieszyła. W lipcu 1986 z inicjatywy Kiszczaka ogłoszono kolejną amnestię i do końca wakacji zwolniono wszystkich więźniów politycznych. Co więcej, władze przyjęły, że od tej pory nie będą już stosować aresztu za czyny o charakterze politycznym. Amnestii towarzyszyły rozmowy ostrzegawcze z wybranymi opozycjonistami, przed którymi wytaczano oskarżenie, po czym zawiadamiano o objęciu ich amnestią. 11 września taką rozmowę przeprowadzono z Woroszylskim, któremu zarzucono działalność mogącą wyczerpywać znamiona przestępstw określonych w kodeksie karnym, polegającą na "współpracy z ośrodkami dywersji ideologicznej, prowadzeniu nielegalnej działalności wydawniczej oraz kolportowaniu literatury nieposiadającej debitu komunikacyjnego na terenie PRL". Pisarz odrzucił te oskarżenia, mówiąc, że porusza się w ramach obowiązującego prawa. Spotkania z Kuroniem i Michnikiem, które także były mu zarzucane, określił jako kontakty towarzyskie. Stwierdził, że warunkami rozładowania napięcia są: rezygnacja władz ze stosowania więzienia z powodów politycznych i odbudowa autentycznych związków twórczych. Na przygotowanej notatce napisał: "Zarzutów nie przyjmuję, ponieważ uważam je za nieuzasadnione", i podpisał się285. Tym samym ostatecznie zamknięta została sprawa zbierania przez MSW materiału przeciw Woroszylskiemu w celach procesowych, ale inwigilację kontynuowano.
Poważne dolegliwości serca spowodowały, że pod koniec 1986 roku Woroszylski znalazł się w szpitalu, gdzie zdiagnozowano chorobę wieńcową wymagającą operacji. Na początku stycznia 1987 wyjechał do Berlina, gdzie syn Feliks pracował jako lekarz w klinice Herzzentrum. W dokumentacji paszportowej zachowały się ślady wahań, czy wydać paszport, przecięte notatką: "Wydać pilnie w dniu 30.12.86 na polecenie Ministra Kiszczaka"286. W styczniu 1987 zostały w dokumentacji MSW anulowane wpisy o zastrzeżeniu wyjazdów zagranicznych dla Wiktora i Janiny Woroszylskich. Niemniej gdy Wiktor w czerwcu 1987 złożył wniosek o paszport na wyjazd do Francji, znów otrzymał odmowę. W notatce sporządzonej w Departamencie III MSW pisano: "Małżeństwo J. i W. Woroszylscy zaangażowani są w antypaństwową działalność od początku lat sześćdziesiątych. Pomimo wielokrotnych rozmów prowadzonych z W. Woroszylskim, zarówno w KC PZPR, jak i w resorcie spraw wewnętrznych, nie zmienił on swojej postawy politycznej, pozostając do chwili obecnej jednym z liderów opozycji intelektualnej w kraju". Niezmiennie wrogie wypowiedzi i zajmowana postawa były powodem ponownego zastrzeżenia wyjazdów zagranicznych wniesionego 13 maja287. Dopiero po odwołaniu na polecenie ministra Kiszczaka dokonano odpowiedniej adnotacji w aktach Biura Paszportów o anulowaniu zastrzeżenia288.
Budowanie wolnej Polski
W latach osiemdziesiątych Wiktor Woroszylski był aktywnym uczestnikiem kręgów politycznych i towarzyskich, które 10 lat później nazwano złośliwie "salonem warszawskim". Dziennik Woroszylskiego jest w dużej mierze kroniką tego środowiska, sposobu komunikowania się ludzi, tematów, które są dyskutowane i budzą kontrowersje, form życia towarzyskiego, uważny czytelnik dostrzeże też hierarchie środowiskowe. To środowisko opozycyjnej inteligencji warszawskiej powstawało przez dziesięciolecia, poczynając od 1956 roku, przez różne płaszczyzny integracji i podejmowanych aktów sprzeciwu w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Momentem kluczowym było powstanie KOR w 1976 roku i różnych związanych z tym inicjatyw, jak "Zapis", inne pisma niecenzurowane i Towarzystwo Kursów Naukowych. Wokół tych inicjatyw rozwijała się działalność stała, konkretna, wymierna, zmieniająca sytuację i hierarchie przynajmniej w kręgach warszawskiej inteligencji humanistycznej, ale też promieniująca i oddziaływająca na inne ośrodki. Opór moralny i ideowy został uzupełniony o myślenie polityczne, także dotyczące strategii politycznej - kształtowania ruchu na rzecz wolności, jego celów ostatecznych i etapowych oraz metod działania. Po powstaniu "Solidarności" środowisko okrzepło, rozwinęło się przez kontakt z ruchem masowym, a szczególną w nim pozycję uzyskali doradcy "Solidarności". Obok dotychczasowych autorytetów politycznych - Jacka Kuronia i Adama Michnika wyrośli (a nawet przerośli ich) Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki. Zwartość tego środowiska umocnił stan wojenny - zarówno przez niedopuszczenie do podziałów i konfliktów wewnętrznych, jak i poświadczenie postaw przez niezłomność w warunkach internowania i uwięzienia.
Warszawskie środowisko opozycyjne stało za wieloma instytucjami podziemia, nie tylko wydawniczego i kulturalnego, tworzyło także zaplecze doradcze i w części organizacyjne podziemnych władz "Solidarności", istotną część politycznego zaplecza Lecha Wałęsy (choćby autorzy raportu Polska 5 lat po Sierpniu), ściśle współdziałało w akcji odczytowej prowadzonej w kościołach w licznych miastach. Z tego środowiska wychodziły oceny i opinie podawane jako istotne i miarodajne przez prasę zachodnią, a także - jak należy sądzić - przez zachodnie ambasady w Warszawie. Tym samym więc warszawskie środowisko inteligencji i blisko z nim związane środowisko krakowskie, skupione głównie wokół "Tygodnika Powszechnego", stały się kontrelitą polityczną wobec sprawujących władzę i ją wspomagających, złożonych coraz bardziej z ludzi miernych i niesamodzielnych. Solidarność elit i niezgoda na represje zwłaszcza w stanie wojennym wypchnęła z szeroko rozumianego obozu władzy bardzo wiele osób wybitnych, utalentowanych, samodzielnie myślących, które nie chciały być utożsamiane z reżimem. W kolejnych latach osoby te, na przykład wielu redaktorów "Polityki" czy członków kadry akademickiej, zbliżały się i integrowały z warszawskim środowiskiem opozycyjnym, wzmacniając jego potencjał.
Środowisko to, czy "salon", miało z natury rzeczy charakter inteligencki, a ściślej - skupiało inteligencję humanistyczną ze szczególną rolą intelektualistów, ludzi piszących, formułujących oceny, poglądy, wzory myślenia. Opisanie tych wzorów myślenia wymagałoby osobnej rozprawy, ale warto zwrócić uwagę na elementy kluczowe. Zasadą było unikanie radykalnych deklaracji ideologicznych, akceptowanie światopoglądu określonego przez Leszka Kołakowskiego jako "konserwatywno-liberalny socjalizm". Ten zespół idei wykluczających skrajności umożliwiał dialog, akceptowanie różnych tradycji, był też zbieżny z głównym nurtem myślenia o ideach na Zachodzie. Zasadą był dialog jako metoda budowania ruchu sprzeciwu wobec systemu, ale też odnoszenia się do systemu - wzorem był dialog w Stoczni, Sierpień, osiąganie kompromisu z rządzącymi w formie porozumień. Nawet w okresie prześladowań nie rezygnowano z postulatu dialogu i kompromisu jako drogi wyjścia z dyktatury. Ta zasada miała pełne poparcie Kościoła z Janem Pawłem II na czele. Zasada dialogu dotyczyła też stosunku do sąsiadów Polski - Niemców, Rosjan, Ukraińców; drogą do szukania zbliżenia i pojednania miał być dialog, zainteresowanie, otwarcie, poszukiwanie płaszczyzn porozumienia, a nie konfliktu i sporu. Punktem wyjścia była więc kultura, zainteresowanie treściami, które budowały płaszczyznę dialogu, w ślad za nią postępowała rozmowa i zbliżanie w innych sprawach. Tak budowano dialog polsko-niemiecki, znajdując przychylność instytucji państwa niemieckiego, tak próbowano rozwijać dialog z rosyjskimi dysydentami, tak podejmowano próby dialogu z Ukraińcami. Związane z tym wszystkim było myślenie o naszym regionie Europy jako uprawnionym do suwerenności, odrzucenia sowieckiej dominacji, ale też o potrzebie uśmierzania odziedziczonych konfliktów czy negatywnych stereotypów. Także w tym zakresie istniała wspólnota myślenia z głównym nurtem Kościoła, potwierdzana między innymi nauczaniem Papieża, również w czasie pielgrzymek do kraju. Zespół tych przekonań i pryncypiów prowadził także do poczucia wspólnoty z kluczowymi instytucjami polskiej emigracji, zwłaszcza z przekazem ideowym paryskiej "Kultury", łączył się również z aspiracjami powrotu Polski do Zachodu jako opartym na takich wartościach. Zachód był więc nie tylko sojusznikiem w zmaganiach z reżimem, ale też bezpośrednim oparciem i punktem odniesienia w myśleniu o roli państwa, instytucjach życia społecznego, prawie i praworządności, prawach człowieka i obywatela.
W tym środowisku podziemna "Solidarność" była bezpośrednim punktem odniesienia, a jej liderzy - Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk i wielu innych - byli poważani, traktowani jako naturalni przywódcy mas. Ponieważ "Solidarność" istniała realnie przez swych znanych działaczy, przywódców, a masy pozostawały niezorganizowane, więc odczytywanie ich nastrojów, a tym bardziej wpływanie na nie było trudne. Istniało przekonanie, że autorytet przywódców - Wałęsy, Bujaka, Frasyniuka i innych - określa też w zasadniczy sposób postawy mas i daje podstawę do optymizmu, gdy chodzi o ich zachowanie w wypadku wygenerowania ruchu masowego, czego oczekiwano i co miało być momentem zwrotnym w sytuacji kraju.
Zgodnie z tymi zasadami i pryncypiami ideowymi negatywnie oceniano środowiska, które próbowały podważać, pogryzać lub burzyć istniejące struktury i hierarchie. Negatywnie oceniano więc w tym środowisku grupki nacjonalistów (nieraz faktycznie wspierane przez SB jako dywersja wobec głównego nurtu opozycji), radykałów skupionych w KPN, "Solidarności Walczącej" czy MRKS jako rozbijających "Solidarność" i podważających zarysowane wyżej pryncypia myślenia o Polsce i polityce. Krytycznie też oceniono inicjatywę odbudowy PPS przez część ludzi należących do warszawskiego środowiska (między innymi Jana Józefa Lipskiego), gdyż obawiano się mechanizmu odradzania ugrupowań ideologicznych, z natury rzeczy skonfliktowanych wokół systemu wartości i rozbijających przez to spójność opozycji, a więc służących jej rozproszeniu i ograniczeniu zdolności wywierania presji na władze. Słusznie oceniano, że dla reżimu korzystne byłoby podzielenie opozycji na różne ugrupowania rywalizujące ze sobą, toczące spory, niezdolne do solidarnego działania.
W maju 1987 w związku ze zbliżającą się pielgrzymką Jana Pawła II do Polski w środowisku warszawskiej inteligencji opozycyjnej powstało oświadczenie podpisane przez osoby zaproszone przez Lecha Wałęsę. Ta formuła uprawomocnienia przez Wałęsę, wybranego na Zjeździe w 1981 roku przewodniczącego NSZZ "Solidarność", będzie następnie kontynuowana. Ten mandat uznawany za nadal aktualny, pozwalał na traktowanie Wałęsy jako źródła nadawania pełnomocnictw, uwiarygodniania poszczególnych osób. Podpisani pod dokumentem - wśród 60 innych był Woroszylski - z okazji przybycia Papieża do Polski formułowali cele istotne dla kraju pogrążonego w kryzysie. Polacy mają prawo do niepodległości, na co składa się suwerenność państwowa, swoboda w zakresie urządzeń wewnętrznych, wolność od ingerencji zewnętrznej i równoprawność w stosunkach z innymi państwami. Polacy mają prawo do życia w demokracji i wolności, w poszanowaniu prawa. Obejmuje to też swobodę zrzeszania się, w tym w związki zawodowe, wolność słowa, pluralizm w życiu społecznym i politycznym, niezależność sądów, usunięcie barier w obiegu myśli i informacji. Z tych praw Polacy zrezygnować nie mogą.
Pod deklaracją byli podpisani doradcy "Solidarności", znani intelektualiści i działacze Związku. Deklaracja zapoczątkowała sformalizowane dyskusje w tym gronie, które przybrały postać spotkań "sześćdziesiątki" i wydawanych oświadczeń. Pierwsze takie spotkanie odbyło się w Warszawie 7 listopada 1987 i prowadził je Bronisław Geremek. On też był nieformalnym, ale realnym koordynatorem prac "sześćdziesiątki". Debatowano o tym, jakie reformy są konieczne, na czym konkretnie powinny polegać, a zatem występowano z programem reform politycznych. "Sześćdziesiątka", która w grudniu 1988 przekształci się w Komitet Obywatelski przy Przewodniczącym NSZZ "Solidarność" Lechu Wałęsie, była więc polityczną reprezentacją "Solidarności"; równolegle rozwijała się struktura związku zawodowego koordynowana przez utworzoną w 1987 roku Krajową Komisję Wykonawczą NSZZ "Solidarność". Starania te były też próbą wymuszenia jawnego działania, a choć były inwigilowane przez SB i podejmowano wysiłki ich paraliżowania, umacniały się i instytucjonalizowały.
Woroszylskiego po podpisaniu przez niego deklaracji 31 maja 1987 odwiedził esbek z zamiarem przeprowadzenia "rozmowy ostrzegawczej" i poinformował, że podejmuje nielegalne działania. Usłyszał od Woroszylskiego, że nie prowadzi i nie zamierza prowadzić działalności antypaństwowej, a "właśnie to oświadczenie służy poprawie sytuacji politycznej kraju i może wpłynąć na uspokojenie nastrojów"289.
Być może w związku z tą aktywnością, a może w obawie przed nawiązaniem przez Woroszylskiego niepożądanych kontaktów z dysydentami radzieckimi w sierpniu 1987 SB podjęła wzmożoną inwigilację Zinaidy Szatałowej, która 16 sierpnia przyjechała do Warszawy i miała się zatrzymać w mieszkaniu Woroszylskich. Oceniano, że Szatałowa "podejrzana jest o prowadzenie wrogiej działalności w porozumieniu z dysydentami z krajów socjalistycznych". W konsekwencji Woroszylskiego objęto 16-18 sierpnia wzmożoną inwigilacją, obserwując każdy krok, łącznie z wychodzeniem do sklepu, a także wędrówkami z Szatałową po mieście, nie wyłączając zakupów. Meldunki układano w komunikaty z inwigilacji obejmujące pełny rozkład dnia. Inwigilację powtórzono 16 i 17 października290.
W listopadzie 1987 Woroszylscy mogli wyjechać do Francji. Wiktor wystąpił z odczytem o twórczości Jesienina na sesji naukowej zorganizowanej przez rusycystów Uniwersytetu Paris IV. O Jesieninie mówił także w paryskim pallotyńskim ośrodku "Éditions du Dialogue". Wystąpił też na konferencji Literatura nie zna granic291.
Rok 1988 był pełen wydarzeń zapowiadających wielkie zmiany w Polsce. Próba reform polegająca między innymi na urealnieniu cen załamała się i przyniosła jedynie wzrost inflacji. Bronisław Geremek w imieniu "Solidarności" w pierwszym od lat wywiadzie wydrukowanym w oficjalnej prasie zaproponował pakt antykryzysowy, który powinien objąć poszanowanie praw obywatelskich, wolność stowarzyszeń, pluralizm związkowy. Na początku maja wybuchły strajki w Nowej Hucie i w Gdańsku, które zapowiadały powrót do wielkich poruszeń społecznych pod sztandarem "Solidarności". Woroszylski wraz z dziewięcioma innymi pisarzami, aktywnymi w opozycji od lat, podpisał deklarację solidarności z protestującymi robotnikami i wezwanie do władz, by szukały porozumienia z "rzeczywistymi przedstawicielami społeczeństwa"292. W sierpniu fala strajków powróciła i pod koniec miesiąca gen. Kiszczak zaproponował rozmowy przy Okrągłym Stole, po czym spotkał się z Wałęsą.
Wiktor Woroszylski uczestniczył w posiedzeniu "sześćdziesiątki" 11 września 1988, na którym debatowano, jak ustosunkować się do propozycji rozmów przy Okrągłym Stole. Był raczej słuchaczem niż uczestnikiem zasadniczej debaty, ale zabierając głos, zwrócił uwagę, że władza toczy ze społeczeństwem walkę również w sferze języka. "Właśnie język jest wyrazem agresji władzy wobec społeczeństwa, uporczywie lansuje się pewne słowa, na przykład "normalizacja", "anarchia". Niebezpieczne jest uleganie tej tendencji. Słów takich w ogóle nie powinno się używać. Dość intensywnie lansowana jest również przez propagandę zmiana znaczenia takich słów, jak na przykład "pluralizm". Dowiadujemy się więc, iż jego sens polega na tym, iż istnieje tylko jeden związek zawodowy" - pokpiwał293.
Ocena głębi możliwych zmian w Polsce zależała też od oceny sensu "pierestrojki" prowadzonej przez Gorbaczowa w ZSRR. Powstawało pytanie, na ile są to zmiany autentyczne oraz na ile są trwałe, a zatem jak duży margines odzyskiwania wolności otwiera się przed Polską. W dyskusjach toczących się w środowisku warszawskiej inteligencji optymistą był zwłaszcza Adam Michnik, natomiast Woroszylski zaliczał się raczej do pesymistów. Sprawa była jednak ważna także pod względem zakresu wolności słowa, gdyż otwierały się niewyobrażalne wcześniej możliwości publikacji i nawiązywania kontaktów. W połowie 1988 roku w środowisku warszawskiej inteligencji przygotowano list do pisarzy radzieckich, który miał zapoczątkować dialog na zasadniczy temat - zbrodni katyńskiej. "Sądzimy, że przyszedł czas publicznego dialogu, dialogu ludzi wolnych i niezależnych, nieskrępowanych oficjalnymi wytycznymi i uzgodnieniami dyplomatów. [...] Problemem, który szczególnie zaciążył na stosunkach polsko-rosyjskich, była i pozostanie w dalszym ciągu sprawa katyńskiego mordu polskich oficerów w roku 1940". List podpisało 59 sygnatariuszy, w tym wielu przywódców i doradców "Solidarności", między innymi Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Adam Michnik, Andrzej Stelmachowski i Lech Wałęsa oraz liczni wybitni twórcy i naukowcy, między innymi Jacek Bocheński, Krystyna Kersten, Stefan Kieniewicz, Stanisław Lorentz, Tadeusz Łepkowski, Henryk Samsonowicz, Julian Stryjkowski, Jan Józef Szczepański, ks. Józef Tischner, Jerzy Turowicz, Andrzej Wajda i Wiktor Woroszylski. List próbowano opublikować w gdańskim piśmie "Gwiazda Morza", ale nie dopuściła do tego cenzura294.
Zawahanie władz i zator w przygotowaniach do rozmów Okrągłego Stołu przełamała 30 listopada debata telewizyjna Lecha Wałęsy z Alfredem Miodowiczem, szefem centrali OPZZ kierowanej przez partię. Miodowicz, który liczył na pokonanie Wałęsy w otwartej dyskusji, wypadł nieprzekonywająco, Wałęsa wracał po latach nieobecności w oficjalnych mediach jako triumfator. W zmieniającej się rzeczywistości, gdy badania sondaży otrzymały moc wpływania na decyzje polityków, w kierownictwie PZPR wzięła górę świadomość konieczności szukania kompromisu z "Solidarnością".
Znakiem dokonujących się zmian było wpuszczenie do Polski Leszka Kołakowskiego po 20 latach nieobecności w kraju. Kołakowscy zatrzymali się w mieszkaniu Woroszylskich, tu też 18 grudnia spotkali się z Lechem Wałęsą i stąd pojechali na spotkanie "sześćdziesiątki" uzupełnionej o liderów innych środowisk opozycyjnych. Na spotkanie stawiło się 128 osób.
Na tym zebraniu "sześćdziesiątka" została uformowana w Komitet Obywatelski przy Przewodniczącym NSZZ "Solidarność" Lechu Wałęsie. Woroszylski został członkiem Komitetu i wszedł do jego Komisji Kultury i Komunikacji Społecznej. Komisji przewodniczył Andrzej Wajda, sekretarzem był Adam Michnik, a wśród członków znajdowali się między innymi Jacek Bocheński, Grzegorz Boguta, Ryszard Kapuściński, Maja Komorowska, Artur Międzyrzecki, Jerzy Turowicz295. Komisje te powstawały z myślą o zbliżających się negocjacjach przy Okrągłym Stole, miały być partnerami delegacji rządowych. Ostatecznie jednak nie było osobnych rozmów w sprawie kultury, problemy z nią związane reprezentowały głównie grupa robocza do spraw stowarzyszeń i podzespół do spraw środków masowego przekazu, prowadzony przez Krzysztofa Kozłowskiego, a zdominowany przez dziennikarzy.
Nie był więc Woroszylski uczestnikiem obrad Okrągłego Stołu, ale politykę drużyny "Solidarności" popierał. Można przypuszczać, że niezależnie od innych względów nie chciał angażować się w czystą politykę, nie zamierzał też kandydować na posła lub senatora. Wynikiem rozmów Okrągłego Stołu, prócz decyzji o ponownej legalizacji "Solidarności" oraz zaprojektowania wielu zmian ustrojowych w dziedzinie prawa, wolności mediów, ograniczenia cenzury, pluralizmu stowarzyszeń, było uzgodnienie prawa Komitetu Obywatelskiego do ubiegania się o jedną trzecią miejsc w sejmie oraz o wszystkie miejsca w nowo tworzonym senacie296. Brał natomiast Woroszylski udział w dyskusji na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego poświęconej zasadom ułożenia list kandydatów KO w nadchodzących wyborach. W dyskusji proponował, by do wyborów stanęli na listach "Solidarności" znani działacze, bohaterowie strajków, artyści, popularni sportowcy, czyli osoby powszechnie znane i lubiane297. Ten postulat wynikał najwyraźniej z pesymizmu co do zdolności uzyskania przez kandydatów "Solidarności" odpowiedniego poparcia przy braku szeroko oddziaływających mediów i ograniczonych możliwościach organizacyjnych. Pomysł, niezależnie od sensowności merytorycznej, był jednak nie do zastosowania. Na listach wyborczych trzeba było umieścić znaczną grupę ekspertów z różnych dziedzin życia państwowego i gospodarki, a także zaspokoić oczekiwania regionów, które chciały mieć swoich reprezentantów. Ostatecznie kandydatów wyłoniła komisja, w której decydującą rolę odegrali Andrzej Wielowieyski i Henryk Wujec. Popularność kandydatom zapewniła wspólna fotografia z Lechem Wałęsą, umieszczana na plakatach wyborczych.
Woroszylski angażował się osobiście w popieranie kandydatów "Solidarności", szczególnie ubiegającego się o mandat do sejmu z Żoliborza Jacka Kuronia. We właśnie powstałej "Gazecie Wyborczej" zamieścił krótki tekst Kto się boi Jacka Kuronia? Tytuł odnosił się do ostrej akcji przeciw temu przywódcy, podejmowanej także przez osoby mieniące się "prawicą"298.
Przeprowadzone 4 czerwca wybory wygrała drużyna "Solidarności", uzyskując oszałamiający wynik - prawie wszystkie miejsca w puli jednej trzeciej miejsc poselskich możliwych do obsadzenia oraz prawie wszystkie miejsca w senacie. Zwycięstwo było jeszcze większe, gdyż PZPR i jej sojusznicy zdołali obsadzić tylko niewielką część przyznanych im na zasadzie kontraktu mandatów, a lista krajowa, z której kandydowali przywódcy PZPR, przegrała w wyborach. Sejm miał pracować bez liderów rządzącej partii, a większość jej posłów zdobyła mandaty w drugiej turze. Wielka polityka przeniosła się do sejmu, w którym ogromnie wiele zależało od Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego i jego przewodniczącego Bronisława Geremka.
Latem doszło do następnych przekształceń ustrojowych. W lipcu wprawdzie Wojciech Jaruzelski został wybrany na prezydenta, ale PZPR nie potrafiła stworzyć rządu, a jej sojusznicy - ludowcy z ZSL i Stronnictwo Demokratyczne zawarli porozumienie z Obywatelskim Klubem Parlamentarnym. Premierem został 24 sierpnia Tadeusz Mazowiecki.
Woroszylski był poza czynną polityką, ale bliscy mu ludzie znajdowali się u steru państwa. Sprzyjał im i jak prawie wszyscy ludzie "Solidarności" miał poczucie niezwykłego zwycięstwa i nieoczekiwanej szansy od losu, jaką była możliwość zbudowania niepodległej, demokratycznej Polski.
Dopiero wówczas, 19 października 1989, została zakończona przez MSW Sprawa Operacyjnego Rozpracowania "Ławnik" dotycząca Woroszylskiego, a materiały odesłano do archiwum.
W sąsiednich krajach rozwijała się Jesień Ludów. Wielkie uroczystości odbyły się w Budapeszcie w rocznicę węgierskiego powstania 1956 roku. Woroszylski po raz pierwszy od tamtych wydarzeń mógł oficjalnie pojechać na Węgry i 23 października przemówił do stutysięcznego tłumu spod pomnika Bema. Pozdrowił Węgrów w imieniu Komitetu Obywatelskiego i osobiście Lecha Wałęsy jako przewodniczącego NSZZ "Solidarność". "33 lata temu, w pamiętnym roku 1956, też byliśmy razem, łączył nas ten sam poryw ku wolności, ku niezawisłości narodowej, ku życiu społecznemu obdarzonemu sensem i perspektywą. Byłem wtedy tutaj, solidarny z Waszą walką, podziwiający Wasz heroizm, płaczący nad Waszym bólem, Waszą przelaną krwią, Waszą klęską. Nie mogliśmy Wam pomóc - i to najbardziej bolało. [...] Jedyne, co mogliśmy, to mówić całemu światu prawdę o Waszym powstaniu, które zostało haniebnie oplute przez totalną propagandę, prawdę o Waszych i naszych dążeniach, o Waszym i naszym niepogodzeniu ze złem i o tym, od czego nie odstąpimy, ani w Polsce, ani na Węgrzech, co musi stać się, ponieważ tak chcą narody.
I dzisiaj to się przecież staje. Rok 1989 jest dalszym ciągiem roku 1956. Krew nie poszła na marne, męka i trud nie poszły na marne, prawda i nadzieja nie poszły na marne. Oto zasypujemy - Wy i my - czarną wyrwę historii, idziemy tam, dokąd szliśmy, drogą, na której niegdyś zatrzymała nas przemoc"299. W słowach tych widać autentyczne poczucie przezwyciężania złej historii, która przez 50 lat dławiła dążenia do wolności.
Po powrocie do Warszawy Woroszylski 27 października wystąpił w "Dzienniku Telewizyjnym" i był to chyba pierwszy występ pisarza w polskiej telewizji300. Następne dni przyniosły kolejne wielkie zmiany - obalenie dyktatury komunistycznej w NRD i muru berlińskiego, a następnie wielkie manifestacje w Pradze i aksamitną rewolucję, która zakończyła komunistyczną dyktaturę w Czechosłowacji. Wszędzie, polskim wzorem, wielkie poruszenia społeczne i wielotysięczne manifestacje odbywały się bez przemocy i rozlewu krwi, a na Węgrzech i w Czechosłowacji komuniści ustępowali w wyniku negocjacji przy stole. Jedynie w Rumunii Ceauşescu zdecydował się przelać krew, co spowodowało bunt wojska, a krótką rewolucję skończyła śmierć dyktatora. Z końcem 1989 roku cała Europa Środkowa była wolna od reżimów komunistycznych i w uniesieniu budowała podstawy demokracji. Fala wolności ogarniała też narody za wschodnią granicą Polski, zwłaszcza Litwę, Łotwę, Ukrainę. Wielkie zmiany następowały także w Rosji, choć stale odczuwano niepokój o ich dalszy kierunek.
W Polsce trwało przekształcanie przez rząd Mazowieckiego struktur państwa, przywracano nadrzędność prawa, zmieniono konstytucję, usuwając punkty o kierowniczej roli partii i ograniczonej suwerenności, przywrócono Orłu koronę i zmieniono nazwę państwa - z PRL na Rzeczpospolita Polska. Zmiany dokonywały się bez walk wewnętrznych i oporu sił dawnego reżimu. Problemem najważniejszym dla wszystkich była jednak gwałtowna inflacja, sięgająca w skali 1989 roku 400 procent i niszcząca podstawy gospodarki. Najważniejszym wyzwaniem było powstrzymanie katastrofy gospodarczej, czego miał dokonać wicepremier Balcerowicz za pomocą radykalnych posunięć, nazwanych potem terapią szokową. Uderzała ona przede wszystkim w zakłady przemysłowe, których istnienie zapewniały dotacje z budżetu. Likwidacja lub ograniczenie tych dotacji powodowało konieczność redukcji zatrudnienia, a w wielu wypadkach ogłoszenie bankructwa lub sprzedaż po symbolicznej cenie państwowych zakładów prywatnym menadżerom. Ten wielki proces przemian gospodarczych dał Polsce - po latach systemu kartkowego - przywrócenie rynku, a na nim towarów, ale zarazem przyniósł robotnikom strach przed zwolnieniem i bezrobociem, poczucie niepewności i obawy o dalszy los. Już w połowie 1990 roku pojawiło się niezadowolenie w tych grupach społecznych, które zostały przez reformę zdegradowane lub obawiały się degradacji. Ludzie "Solidarności" zaczęli się dzielić na tych, którzy wierzyli w słuszność polityki rządu, dostrzegali pozytywy, przeżywali poczucie wolności, otwarcia na świat, budowania demokracji i na tych, którzy stabilizację kwestionowali, szukali ujścia dla frustracji społecznych w hasłach "przyspieszenia" lub "rozliczenia" komunistów, zburzenia pokoju społecznego i ewolucyjnego procesu zmian.
W środowisku "Solidarności" pierwsze pęknięcie nastąpiło już w listopadzie 1989, kiedy Lech Wałęsa mianował naczelnym redaktorem "Tygodnika Solidarność" młodego senatora Jarosława Kaczyńskiego, ignorując fakt, że pismo i środowisko redakcyjne stworzył Mazowiecki, obecnie premier. Kaczyński natychmiast pozbył się wszystkich ludzi Mazowieckiego, a tygodnik przekształcił w pismo szczypiące rząd, kierownictwo OKP i całe środowisko warszawsko-krakowskiej inteligencji. Skupił wokół siebie niezadowolonych i nie dość awansowanych i na początku 1990 roku zaczął budować partię Porozumienie Centrum. Wysunięto hasła przyspieszenia i rozbicia "sztucznej" jedności. Do tego projektu Kaczyński pozyskał Wałęsę, który - po przejęciu sterów polityki przez rząd i parlament - pozostał na uboczu, osamotniony i coraz bardziej zirytowany.
Wiktor Woroszylski znajdował się wobec tych wszystkich zmian jednoznacznie po stronie Mazowieckiego, Geremka i tych, którzy od lat prowadzili politykę opozycji. Swojemu poglądowi na zasady, które powinny być respektowane, dał wyraz na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego już 22 czerwca 1989, a więc zaraz po wyborach, a jeszcze przed uformowaniem rządu Mazowieckiego. Przypomniał, że Lech Wałęsa, tworząc "sześćdziesiątkę", zaprosił osoby, które miały coś do powiedzenia o różnych aspektach rzeczywistości, każdy reprezentował siebie i swój dorobek myślowy. Z czasem pojawiła się kwestia "reprezentatywności", opinia, że "powinniśmy reprezentować coś więcej, niż zespół skupionych wokół "Solidarności" i Lecha Wałęsy rozmaicie myślących intelektualistów". Reprezentatywność ma jednak to do siebie, że zawsze jest jej za mało, zawsze jakaś grupa czy orientacja nie jest reprezentowana wystarczająco. Zasada reprezentatywności miałaby polegać na delegowaniu przez jakieś kluby, partie itd. swoich przedstawicieli, a rozrośnięty Komitet musiałby wyłonić prezydium, znów na zasadzie reprezentatywności i parytetu. Woroszylski odrzucał taką perspektywę. "Komitet Obywatelski jako teren jakiegoś partyjnictwa, układów pomiędzy poszczególnymi grupkami, sojuszy i rozłamów, prób zdobycia przewagi przez jedną orientację kosztem innej, teren taktyki partyjnej - a w pewnych sytuacjach może i intryg - i to wszystko w imię reprezentatywności, w imię demokracji?" Bardzo dobrze, że w KO są Jan Józef Lipski, który reprezentuje PPS, czy Aleksander Hall z Ruchu Młodej Polski, ale oni wyrażają pewne wrażliwości, idee, a nie zabierają głos zgodnie z instrukcjami jakiegoś klubu czy partii. Komitet Obywatelski powinien pozostać autentycznym niezależnym ośrodkiem opiniotwórczym wspierającym "swoim rozmaitym myśleniem Lecha Wałęsę i uznany za główny ruch demokratyzujący Polskę NSZZ "Solidarność"". Partie polityczne i kluby niech powstają i się rozwijają, tworzą życie polityczne, ale "niech Komitet Obywatelski nie będzie terytorium ich ekspansji i współzawodnictwa"301. Ten sposób myślenia - bliski Geremkowi, Michnikowi i innym osobom kierującym OKP - został zwłaszcza zimą 1989/90 zaatakowany jako dążenie do "monopolu" sprawowanego w dodatku przez "lewicę" i "salon inteligencki".
Zarzut, że to "lewica" tworzy kierownictwo obozu "Solidarności" i dąży do dominacji, Woroszylski odrzucał w polemice ze Stefanem Niesiołowskim. Dowodził, że mimo komunistycznej młodości nie jest lewicowcem, od wielu lat zmagał się z reżimem, nie ma żadnego poczucia wspólnoty z Mieczysławem Rakowskim (wówczas I sekretarzem PZPR), ma je natomiast z ludźmi "Tygodnika Powszechnego". Wykazywał, że brakuje uznanej definicji lewicy, są nią "ludzie, których "prawica" chce o coś podejrzewać. Wszystko jedno - o brak przywiązania do idei niepodległości czy o niedocenienie gospodarki rynkowej, grzechy są wymienne... [...] Nie ze względów taktycznych czy kamuflażowych odrzucam w ogóle prawicowo-lewicową alternatywę. Jestem głęboko przekonany, że w społeczeństwach totalitarnych i posttotalitarnych podział biegnie zgoła inaczej"302.
Cały ten sposób myślenia został zdecydowanie zakwestionowany przez odbudowujące się ugrupowania nawiązujące do tradycji prawicy oraz przez tworzące się Porozumienie Centrum. Na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego 31 marca 1990 Lech Wałęsa powiedział: "To gremium trzeba poszerzyć i w nim walczyć o pluralizm"303. Zadania tego miał się podjąć Zdzisław Najder, były lider Polskiego Porozumienia Niepodległościowego i były dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, który właśnie wrócił do kraju. Wysunięcie kogoś spoza "sześćdziesiątki" do roli lidera KO z nadania Wałęsy, oznaczało faktyczną degradację Geremka i związanej z nim grupy kierowniczej Komitetu.
7 maja na zaproszenie Jerzego Turowicza część członków Komitetu Obywatelskiego i bliskich im dziennikarzy oraz intelektualistów pojechała na naradę do Krakowa. Bronisław Geremek przedstawił analizę sytuacji, a z jego wywodu Woroszylski zanotował: "Polska - zakręt, niepewność, szansa. Straci w opinii świata, jeśli jeszcze jeden pogrom murzyński [?], najścia na [ośrodki dla chorych na] AIDS, demonstracja antysemicka.
Recesja dramatyczna, bezrobocie, lokauty.
Antysemityzm eksploatowany przez grupy polityczne szukające wsparcia. Także nienawiść do Niemców, Rosjan, Ukraińców, Litwinów.
Nie ma szansy normalności bez autentycznego pojednania polsko-niemieckiego. Tymczasem zjawisko antyniemieckości instrumentalnie się rozszerza.
Bierność i odmowa uczestnictwa. Słuszne pytania wyborów samorządowych: stopień uczestnictwa i łamanie mafijnych struktur lokalnych.
Opcja na rzecz autorytetu (i silnej ręki).
Wsparcie społeczne dla instytucji, zwłaszcza parlament. Spada autorytet, ale nadal. Erozja autorytetu parlamentu przez grupy polityczne pozaparlamentarne lub przegrane.
W ciągu roku zmiana wszystkich organów państwa.
Partyjnictwo.
Niepartyjny ruch S. [...]
Edukacja polityczna przez mass media mizerna, znikoma, a nawet podsycane są pewne schorzenia. "Otwarte studio"304 - patologiczny margines staje się zjawiskiem społecznym.
Układ obecny - układem stabilizacji. Wszelki rozpad jej elementów może być groźny. Trudny do tolerowania prezydent - symbol zniewolenia, ale na razie dobrze służy interesowi państwa. Konflikt Wałęsa-Mazowiecki też wyznacznikiem destabilizacji"305. Można przypuszczać, że Woroszylski podzielał wiele obaw wyrażonych tu przez Geremka.
Odpowiedzią na naradę krakowską było ogłoszenie przez Jarosława Kaczyńskiego 12 maja powstania Porozumienia Centrum, które wezwało do przyspieszenia przemian i uznania porozumień Okrągłego Stołu za nieaktualne oraz poparło aspiracje Wałęsy do prezydentury. 1 czerwca Wałęsa odwołał Henryka Wujca ze stanowiska sekretarza KO, którego kierownictwo już niepodzielnie przeszło w ręce oponentów Geremka (Najder, Olszewski, Włodarczyk).
Do zasadniczego sporu, przybierającego wręcz brutalny charakter, doszło 24 czerwca 1990 na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego. Wałęsa mówił o potrzebie przełamania monopolu, który stworzył się wokół rządu i kierownictwa OKP. Woroszylski zanotował jego słowa: "Przez 10 lat starałem się prowadzić naszą walkę. Odnieśliśmy wspaniałe zwycięstwo. Dziękuję. Dziś [stoimy] na rozdrożu. Możemy do przodu lub zaprzepaścić. Porozmawiajmy, co się w kraju dzieje. Narosło dużo nieporozumień, zadrażnień. Wątpliwości czy o to chodziło. "Komuno, wróć", "że jakaś banda, chyba to Żydzi" i niszczą nas (to nie antysemityzm). I ja czasem mam chęć coś powiedzieć. Jakiś spisek w Magdalence. Byłem tam. W spisku nie uczestniczyłem". Po czym wezwał starego Turowicza, by publicznie powiedział, o co ma pretensje do Wałęsy306.
Woroszylski przemówił jako jeden z pierwszych w tej długiej i gorącej debacie. Odnosząc się do zarzutu monopolu, wskazał na Łódź, gdzie Andrzej Słowik, Jacek Bartyzel i inni przedstawiciele jednej orientacji "obsadzają stanowiska wojewody, prezydenta i wiceprezydenta, absolutną większość mandatów w radzie, kierownictwo telewizji, redakcje gazet, no i naturalnie przewodnictwo Zarządu Regionu NSZZ "Solidarność"". A w dążeniu do obsadzenia wszystkich miejsc "atakuje się bez pardonu kandydatów drugiej orientacji". Zauważył, że w "Tygodniku Solidarność" pod nową redakcją pojęcie "wspólne dobro" określono jako "mit i samooszustwo". Woroszylski wypomniał Piotrowi Wierzbickiemu, że parę lat wcześniej szydził z demokratyzmu kierownictwa "Solidarności" i "lewicowej dominacji" w Związku, głosząc potrzebę dyktatora, którym powinien zostać w "Solidarności" Wałęsa. "Pytanie moje brzmi więc: czy teraz, piętnując i demaskując inteligentów niezachwyconych perspektywą "rządów silnej ręki" i "wyposażonego w nadzwyczajne pełnomocnictwa centrum" (te określenia to cytaty z Wierzbickiego), autor po prostu rozwija dawną koncepcję ustanowienia w Polsce dyktatury, czy też chodzi może o jakąś zupełnie odmienną koncepcję i oparte na tamtych tekstach niepokoje nie mają podstaw? Czy również tępienie "lewicy" i "jajogłowych" jest konsekwencją przypuszczeń, że z tej właśnie strony można się spodziewać największej rezerwy wobec pokus autorytarnych?"307 Podczas zebrania Zbigniew Bujak odczytał wniosek 63 członków KO postulujących jego rozwiązanie. Woroszylski był jednym z podpisanych pod wnioskiem, obok między innymi Geremka, Frasyniuka, Kuronia, Michnika, Lipskiego, Turowicza, Wajdy, Wielowieyskiego, Samsonowicza308. Kilka dni później podpisał deklarację Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna, który stworzyło środowisko dawnego KOR, część działaczy Klubów Inteligencji Katolickiej, kilku czołowych działaczy "Solidarności", w tym Bujak i Frasyniuk, oraz spore grono ludzi kultury związanych od lat z opozycją demokratyczną309.
Komentując to dramatyczne posiedzenie, Woroszylski napisał, że przypominało "atmosferę sprzed potopu". Ostre, klakierskie oklaski, nie tylko nowych członków Komitetu, ale też klakierów spoza jego składu - "jedna z takich rozmieszczonych w Auditorium Maximum bojówek, dyrygowana przez dziennikarza "Tygodnika Solidarność", siedziała tuż za moimi plecami. [...] Nazajutrz zaś - rozdzwonił się telefon i nieznajomi panowie o jedwabistych głosach, od których zdążyłem się już odzwyczaić, okazywali żywą ciekawość, czy się przyznam do bezeceństw przypisanych mi przez Ryszarda Bendera"310.
Wgłębiając się w tę debatę i te wydarzenia po 25 latach, redakcja "Karty" nadała im tytuł Koniec Solidarności. Jest to właściwa ocena. "Solidarność" pękła, wojna na górze, której debata 24 czerwca była jednym z najważniejszych momentów, podzieliła ludzi dawnej opozycji jak nic dotąd. Było to już ostatnie posiedzenie Komitetu Obywatelskiego. Po dokonanych kooptacjach członków nowych partii i stowarzyszeń rozrósł się on do 171 osób, ale 75 przeważnie tworzących wcześniej "sześćdziesiątkę" i Komitet w 1989 roku znalazło się poza nim. Rozerwane zostało poczucie wspólnoty, rozpadły się przyjaźnie, pojawiła się nieufność, złość, podejrzenia. Rozłam "na górze" szedł w dół w miarę rozkręcania się akcji propagandowych - za i przeciw Wałęsie, za i przeciw rządowi, za i przeciw "lewicy" solidarnościowej - i dzielił środowiska, także rodziny. Rosły negatywne emocje. Były one także udziałem Woroszylskiego. Początkowo nie złożył on mandatu członka KO, jak wielu innych liderów ruchu, ale został do tego niejako przymuszony monitem dotyczącym nieobecności na kolejnym zebraniu. Jak pisał do Zdzisława Najdera: "Przyjmuję Waszą decyzję do wiadomości. Jest ona skądinąd o tyle słuszna, że istotnie nie widzę siebie u boku przeorientowanego w stronę endecji Przewodniczącego, w towarzystwie Bendera, Micewskiego i Majewskiego (czołowego moczarowca w organizacji partyjnej Akademii Medycznej). Nie ukrywam, że trudno mi też pojąć, co Ty robisz w tym osobliwym gronie"311.
Po zakończeniu kampanii prezydenckiej i pierwszej tury wyborów, które wyniosły do ostatecznego głosowania Wałęsę i Tymińskiego, ale zniszczyły jedność "Solidarności" i zniweczyły poparcie dla rządu Mazowieckiego, Woroszylski wypowiedział się w sondzie dla "Gazety Wyborczej": "O to, co się stało, mam wielki żal do Lecha Wałęsy i jego otoczenia. Wyzwolone zostały siły ślepe, ciemne, niszczycielskie, które zmiotły pierwszy od pół wieku demokratyczny rząd polski, rząd, który zrobił bardzo wiele i powinien był mieć szansę kontynuowania swojej pracy. W tych wyborach tylko część wyborców wystąpiła jako społeczeństwo, inna część - jako zdezorientowany, otumaniony, jakże lekkomyślnie rozkołysany i podburzony tłum. W tej niebezpiecznej sytuacji, w której szarlatan, szczurołap Tymiński może zaprowadzić kraj do przepaści, wydaje mi się, że nie ma rady - wbrew całemu żalowi do Wałęsy trzeba go jednak poprzeć. Po wybraniu Wałęsy prezydentem trzeba zorganizować, zgodnie z apelem Tadeusza Mazowieckiego, szeroki, rozumny, dynamiczny ruch obrony demokracji, który będzie zdolny do odbudowania w Polsce przewagi społeczeństwa nad tłumem"312.
Słowa te jednoznacznie wskazują na ocenę sytuacji i sympatie Woroszylskiego, sytuujące go w środowisku, które na przełomie 1990/91 roku utworzy Unię Demokratyczną. Nie należał jednak do jej czynnych działaczy313. Wobec Wałęsy zachował sceptycyzm, hasła lustracji i dekomunizacji uważał za szkodliwe awanturnictwo. Ze smutkiem obserwował zmiany w Kościele w kierunku fundamentalizmu, triumfalizmu, prób narzucenia "jednej prawdy", pojawiających się tendencji nacjonalistycznych. Zauważał nawrót myślenia spiskowego, którego wyrazem były podejrzenia o spisek w Magdalence, ale też poszukiwanie Żydów wśród posłów, ministrów, a nawet biskupów. Lustracyjną akcję Macierewicza z czerwca 1992 przyjął z naturalnym w tym środowisku oburzeniem jako szkalowanie ludzi. Wszystkie te zjawiska towarzyszące rozpadowi ruchu "Solidarności" oglądał ze smutkiem i irytacją. Do niektórych odnosił się w komentarzach na łamach "Więzi". Po zwycięstwie postkomunistycznego SLD w wyborach 1993 roku pisał do Jerzego Narbutta, zdeklarowanego prawicowca, który w 1990 roku brutalnie go atakował: "Podobnie jak Pan ubolewam nad zwycięstwem wyborczym lewicy, ale przyczyny jego widzę odmiennie. Sądzę między innymi - odwrotnie niż Pan - iż, niestety, nie doszło do zastosowania w praktyce "grubej kreski" Tadeusza Mazowieckiego, natomiast prawicowa propaganda wypaczyła złośliwie i zmistyfikowała sens tego hasła, co przyniosło ogromną szkodę. Równie szkodliwe i mącące ludziom w głowach było przylepienie etykietki "lewicy" ludziom i ugrupowaniom bynajmniej niepoczuwającym się do takiej opcji (choć krytycznym również wobec prawicy). Wyborców odepchnęło od prawicy nie tylko jej skłócenie i wybujałe ambicje poszczególnych przywódców (Kaczyńskich, Olszewskiego, Parysa, Szeremietiewa e tutti quanti), lecz jej agresywność, zacietrzewienie, skłonność do pochopnych oskarżeń, intryganctwo polityczne"314.
W ostatnich latach życia Wiktor Woroszylski mało angażował się w życie polityczne, ale niezmiennie wspierał różne inicjatywy środowiska literackiego i ideowego, z którym był związany. Od bieżących wydarzeń odsuwał go jednak - jak większość intelektualistów - rytm polityki skupionej w parlamencie, partiach politycznych, zdominowanej przez sprawy bieżące, a coraz rzadziej na swobodnych debatach o sprawach ideowych, o wartościach, o celach działania315. Ostatnią mobilizacją polityczną środowiska "starej" opozycji była w 1995 roku kampania wyborcza Jacka Kuronia w wyborach na urząd prezydenta, w którą Woroszylski osobiście się angażował.
Po 1989 roku mogły się ukazać nowe wydania książek Woroszylskiego - Dziennik węgierski wraz z późniejszymi glosami (1990), Kto zabił Puszkina (1991), w Bibliotece Więzi wybory felietonów i niektórych tekstów drukowanych poprzednio w podziemiu - Pozwólcie nam się cieszyć i W dżungli wolności - oba tomy w 1996 roku. Poznańskie Wydawnictwo a5 opublikowało zbiory poezji Z podróży, ze snu, z umierania. Wiersze 1951-1990 (1992) oraz Ostatni raz. Wiersze 1987-1994 (1995). Woroszylski opublikował także wybór poezji Josifa Brodskiego (1990).
Był niewątpliwie predestynowany, jak mało kto, do tworzenia podstaw stosunków kulturalnych polsko-rosyjskich. I początkowo się w to angażował. W marcu 1990 pojechał do Moskwy, po raz pierwszy od 1956 roku. Miał pełnomocnictwa Ministerstwa Kultury i Sztuki i wsparcie wiceministra Michała Jagiełły, który doceniał wagę budowania mostów do dialogu. W Moskwie spotkał się z przedstawicielami ministerstwa kultury ZSRR oraz osobistościami, które chciały wziąć udział w planowanym spotkaniu w Warszawie. Spotkanie to, pod tytułem Literatura jako język dialogu między narodami w okresie wstrząsów społecznych, odbyło się 24-25 kwietnia 1990 w Radziejowicach. Ze strony polskiej uczestniczyli w nim Maria Janion, Jacek Bocheński, Andrzej Drawicz, Rafał Marszałek, ks. Janusz Pasierb, Irena Lewandowska, Adam Pomorski, a więc bardzo mocna reprezentacja świetnych znawców kultury rosyjskiej, ze strony Rosjan przybyli Natalia Iwanowa, Siergiej Awierincew, Anatolij Pristawkin, Oleg Czuchoncew związany z pismem "Nowyj Mir", Fazil Iskander, Jewgienij Popow. Spotkanie otworzył Jagiełło, a Woroszylski zagaił refleksją nad tym, czym jest literatura, akcentując jej niezależność od polityki i dyplomacji. Kilkugodzinna dyskusja miała wiele wątków, ale też optymizmowi, który był cechą tego czasu, towarzyszył niepokój, obawa przed "czarną sotnią", "u was i u nas"316. Po tym spotkaniu ks. Pasierb napisał: "Zobaczyłem Rosję jakby założoną przez Annę Achmatową i rządzącą się prawami Mandelsztama. Rosję pisarzy, dla których Stalin i jego scheda byli [...] ciężarem potworniejszym niż dla nas"317.
Także w następnych miesiącach i latach Woroszylski angażował się w popularyzowanie rosyjskiej kultury, ukazujących się ważkich publikacji, głównie na łamach polskiej sekcji BBC. Pisywał też na te tematy do "Gazety Wyborczej". Zainteresowanie kulturą rosyjską jednak malało, większość odreagowywała teraz trwający przez dziesięciolecia przymus nauki języka rosyjskiego, obchodzenia dni kultury radzieckiej itd. Polska zwracała się całkowicie ku Zachodowi, ale nie ku treściom kultury wysokiej, lecz konsumpcji i kulturze masowej, popularnej. Kłopot z promowaniem kultury wysokiej był coraz większy, nakłady wartościowych książek spadały, podobnie nakłady pism kulturalnych. W ramach tej tendencji publikacje o Rosji i rosyjskiej kulturze miały minimalne grono czytelników. Dla fascynacji Woroszylskiego pozostawało coraz mniej miejsca - głównie pisma specjalistyczne i trochę "Gazeta Wyborcza", gdzie waga podtrzymywania dialogu z niekomunistyczną Rosją była doceniana, także dzięki osobistemu zaangażowaniu w tę sprawę Adama Michnika.
Nad antologią własnych przekładów z poezji rosyjskiej Woroszylski pracował od 20 lat. "Kolejne teczki zawierają nowe przymiarki do antologii - wspominała Natalia Woroszylska. - Może gromadzenie materiału mogłoby się jeszcze przeciągnąć, ale nadeszła choroba, która stała się, jak sądzę, impulsem, by zakończyć pracę nad wyborem przekładów". Woroszylski nadał mu tytuł Moi Moskale. Wybrane wiersze uzupełniał obszernymi notami o autorach, zawierającymi często unikalne wiadomości. "Ojciec pracował nad nimi z coraz większym trudem w ostatnich miesiącach życia. Pisał je ręcznie sam, potem na maszynie przepisywała je mama. Książka więc została ukończona, jednak ojciec nie mógł już zająć się zabieganiem o jej wydanie"318.
Wiktor Woroszylski umarł 13 września 1996. Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Tom Moi Moskale ukazał się 10 lat później staraniem wrocławskiej oficyny Biuro Literackie.
*
Droga aktywności publicznej i literackiej Wiktora Woroszylskiego była długa, obejmowała ponad 60 lat. Intensywny okres zaangażowania w komunizm zajmował pierwszych 10 lat, lata kolejne to walka przeciw gwałceniu sumień i wolności, początkowo od wewnątrz systemu, potem przeciw systemowi, z pozycji szykanowanego, podsłuchiwanego, wypychanego na margines pisarza. Paradoksalnie te mocne powojenne zaangażowania czyniły jego sprzeciw głośniejszym, dla reżimu bardziej kłopotliwym. Były jednak także powodem nieufności, z którą się spotykał przez całe życie, gdyż nie wszyscy potrafili wybaczyć młodzieńcze wiersze i artykuły.
Na drodze różnych inicjatyw w obronie wolności słowa i przeciw bezprawiu, które podejmował lub w których uczestniczył, szczególne miejsce zajmuje "Zapis". Pismo zaistniało dzięki przede wszystkim jego determinacji. Był to krok wielkiej wagi w przełamaniu monopolu cenzury, zapoczątkowujący rozwój wolnej i niecenzurowanej publicystyki. Ryzykował więzieniem i z pewnością był tego świadomy. W stanie wojennym został pozbawiony wolności na dziesięć miesięcy, a po zwolnieniu cały czas był szykanowany, represjonowany, zagrożony procesem. Mimo to nie milczał, nie ukorzył się, nie odpuścił. Docierał do czytelników i pragnących wolnego słowa ludzi w miastach dużych i małych, choć w pewnym okresie łączyło się to z zagrożeniem zatrzymania przez milicję i aresztowania.
Wierny zasadniczej postawie niezgody na zło, płacił wysoką cenę jako twórca. Zatrzymane w druku książki, tomiki poetyckie, nieobecność w wysokonakładowej prasie, radiu, telewizji, brak dostępu do wyższych uczelni, studentów - wszystko to były dla twórcy bolesne doświadczenia. Przez całe lata władze dążyły do tego, by został zapomniany i by się zniechęcił. Nie uległ jednak, nadal tworzył, opracowywał książki, które czekały na kolejną liberalizację. Jako znawca rosyjskiej kultury wydobywał postaci niepopierane, skazane w ZSRR na marginalizację, które poprzez przekłady czynił znanymi i uznanymi.
W życiu przeszedł drogę ideowej ewolucji - od radykalizmu i bezkompromisowości, zawierzenia politykom i nadrzędności polityki w młodych latach do postawy twardej obrony zasad, nadal bezkompromisowości, ale bez zbędnego radykalizmu i przy zachowaniu nieufności do gry politycznej. Doświadczenie komunizmu przemyślał i zinternalizował, choć niechętnie wracał do opowieści o faktach, o sytuacjach. Nieraz pisał, że jako człowiek dojrzały odczuwa obcość wobec siebie w młodości, ale też nie chce łatwych potępień. Kiedyś daleki od Kościoła i chrześcijaństwa, w połowie drogi życiowej wyraźnie się do niego zbliżył, a w latach osiemdziesiątych mógł bezpośrednio docierać do czytelników tylko w salach kościelnych. Chodziło jednak nie tylko o warunki funkcjonowania, ale też ewolucję światopoglądową, choć w tamtych czasach i w tych środowiskach nikt nie oczekiwał takich deklaracji.
W toku tej ewolucji i związanych z nią przełomów był ważną postacią środowiska warszawskiej inteligencji opozycyjnej. Był jego osobistością w fazie tworzenia, działania, represjonowania i w okresie triumfu, jakim było budowanie Wolnej Polski, demokratycznego i niepodległego państwa prawa. Doświadczył też goryczy, widząc podmywanie jej fundamentów, odradzanie się postaw i obsesji, które kilkadziesiąt lat wcześniej budziły grozę i pchały ludzi lewicy do zdecydowanego sprzeciwu. Jego artykuły z ostatnich lat życia ujawniały niepokój, co będzie dalej z Polską.
Dziennik Wiktora Woroszylskiego, który Ośrodek KARTA przekazuje czytelnikom, jest opowieścią o tym wszystkim. Pozwala podążać z Autorem przez dziesięciolecia w sprawach wielkich i małych, codziennych, które jednak układają się stopniowo w wymiar dziejącej się historii. I zmieniającego się czasu, bo historia nigdy nie stoi w miejscu, a jak pisał inny poeta, "lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach".
Warszawa, kwiecień 2017Andrzej Friszke