Dzienniki. 1939-45. Tom 6 - Michał Romer

Kup ebooka

39.00 zł
31.20 zł (30,78 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROK 1939

3 stycznia, rok 1939, wtorek

Chrzciny naszej Kotusieńki, która dziś skończyła osiem tygodni życia. Na uroczystość złożyły się dwa akty: a) obrzęd kościelny chrztu i b) obiad z okazji chrzcin. W pierwszym akcie ja z Jadzią, jako rodzice, udziału nie braliśmy. Dziecko zawieźli do kościoła parafialnego do karmelitów rodzice chrzestni - kumowie Julek Komorowski i Kotuńka Pruszanowska, w towarzystwie babuni dziecka, poczciwej Urszuli Čepasowej1. Chrzest był wyznaczony na południe. Przed kościołem czekał na nich sługa kościelny, który zaprowadził ich do zakrystii ogrzewanej, gdzie już był ksiądz profesor Česnys. Česnys chrzcił, Kotuńka z Julkiem trzymali do chrztu.

Jadzia wciąż chciała, żeby córce naszej było dane drugie imię Michalina dla uczczenia imienia mojego w córze. Nie byłem temu przeciwny, bo imię to dosyć lubię, ale gdy się dowiedziałem, że i Kotuńka Pruszanowska ma drugie imię Michalina, to zdecydowałem się ostatecznie na oba te imiona. Toteż mała ochrzczona została: Konstancja Michalina. Niech się hoduje zdrowo. Kotuńka prosiła Česnysa, żeby do metryki wpisał datę narodzenia dziecka - 2 stycznia 1939. Będzie to małe skrócenie jej wieku o niespełna dwa miesiące, ale dla dziewczynki brzmieć to będzie zawsze lepiej, bo o rok cały mniej, gdy się będzie nazywało, że się urodziła w roku 1939, a nie w 1938.

Na obiad zebrali się wszyscy goście zaproszeni równo o godzinie 2.00. [...] Tło było litewskie, bo większość gości stanowili Litwini i język litewski dominował, ale równolegle rozlegał się w rozmowie i język polski członków mojej rodziny czy ich sąsiadów i nie raziło to nikogo. Wszyscy goście byli przyjaciółmi mymi. Obiad był obfity i smaczny: przekąski, ryba, zupa, paszteciki, pieczyste, galareta, torty, owoce, wódki na wiśniach i porzeczkach czarnych oraz doskonała żubrówka na świeżej aromatycznej trawce żubrówce, którą Kotuńka z Nowogródczyzny przywiozła; dobre też były wina francuskie i wino węgierskie, a do kawy krupnik przyrządzony przez Jadzię i koniak francuski.

O chrzcinach dzisiejszych Kotusieńki dopowiem jeszcze jutro.

4 stycznia, rok 1939, środa

Jeszcze o chrzcinach wczorajszych Kotusieńki. Wesoła biesiada u stołu trwała ze trzy godziny, jeżeli nie więcej. Przyjęcie było dobre, rozmowy - ożywione, usposobienie - serdeczne. Czułem życzliwość serdeczną gości, przeważnie przyjaciół moich, którzy podzielali radość moją ze stworzenia wreszcie gniazda rodzinnego, którego mi dotąd brakło, i z dzieciątka, które mi starość rozjaśniać będzie. Vileišisowie zafundowali nam piękny tort na chrzciny, Tamošaitis - wazon pięknych kwiatów, wszyscy - przynieśli serca życzliwe i szczere. W toku obiadu przemówili krótko, wznosząc toasty: prorektor Jodel?, który w tonie żartobliwym, przyjmując na siebie w zastępstwie powagę rektora, podniósł tę okoliczność, że oto rząd Rzeczypospolitej pragnie, aby się ludność Litwy rozrastała, i ja, rektor, wierny syn Litwy, spełniając ten obowiązek obywatelski, daję krajowi córeczkę, która z pewnością nie będzie ostatnia. Wzniósł więc toast za zdrowie i pomyślność moją i rodziny mojej - Jadzi, Kotusieńki. W kilku słowach podziękowałem gościom, przyjaciołom i kolegom, a po polsku kumom i rodzinie - i wzniosłem zdrowie wszystkich. Jan Vileišis wzniósł zdrowie kumów.

W toku obiadu na żądanie gości Jadzia wniosła do izby biesiadnej Kotusieńkę i obniosła ją dokoła stołu. Wszyscy ją oglądali, twierdząc, że jest podobna do mnie. Zresztą chyba to jeszcze trudno stwierdzić. Kotusieńka, zwłaszcza po tym pokazie, była bardzo niespokojna i, dozorowana w pokoju sąsiednim przez swoją babunię Čepasową, darła się i wrzeszczała tak, że aż prawie spazmów dostawała i że aż Gudowicza poprosiliśmy o jej obejrzenie. Stara Čepasowa zaniepokoiła się i płakała, a gniewała się na Jadzię, że ją do gości zaniosła i nastraszyła, a może wzrokiem czyimś zaszkodziła. U małego stołu kwitło wesele i flirt młodzieży męskiej z miłą i dzielną Gudowiczówną. Stefan Römer i Pauža podochocili się, a Stefan to już pijany był zupełnie i zaczął ujawniać skłonność do awantury, tak że trzeba się go było strzec. Do Žemaitisa przyczepił się z wyznaniem sympatii, Kazimierza wyłajał, czepiał się do mnie, złościł się, wpadł w zwykły u niego atak czy szał mania grandiosa2, że oto on, Römer, a przez to samo, jako Römer - wielki człowiek, wyższy ponad innych pospolitych. Biedna Marysia Stefkowa była zakłopotana i ledwie go wyprowadziła. Stefan staje się zupełnie niemożliwy; w towarzystwie jest już nieznośny, w ogóle coraz bardziej głupieje i chyli się do upadku psychicznego. A jak tylko trochę wypije, to zachowuje się jak wariat.

Po obiedzie goście zaczęli się wynosić. Panie posiedziały jeszcze troszkę w gabineciku i wkrótce też się rozeszły. Pozostała dłużej tylko młodzież rozbawiona, która się potem też wyniosła, ale jeszcze używała uciechy przez cały wieczór do drugiej w nocy: Mackus, Andrzej, Pauža i Danut? Gudowiczówna. Byli oni w kawiarni, potem jeździli sankami po mieście, na herbacie byli u Gudowiczów, a potem w restauracji "Wersal" na dancingu. Tak się wesoło i serdecznie odbyły chrzciny Kotusieńki.

5 stycznia, rok 1939, czwartek

Dziś wieczorem podczas herbaty przyniesiono depeszę. Była to depesza z Hagi od prezesa Trybunału Międzynarodowego pana Guerrero, wzywająca mnie do Hagi na pierwsze posiedzenie w sprawie litewsko-estońskiej3 na 19 stycznia. Spodziewałem się tego wezwania, ale się jednak trochę zmartwiłem. Ciężko mi odjechać, zostawiając Jadzię i naszą małą Kotusieńkę, która zacznie się rozwijać i do której się już przywiązałem. Mam wrażenie, że rozprawa i debaty nad wyrokiem pociągną się długo. Nie spodziewam się, by to potrwało krócej niż miesiąc. Raczej sądzę, że potrwa znacznie dłużej.

Lubię Hagę i pobyt tam jest mi ciekawy i miły, ale tylko na krótko. Po pewnym czasie uprzykrza się, a ciężka też jest samotność daleko od domu i swoich. Boję się też zawsze o zdrowie, gdy jestem daleko. Mam skłonność do zapadania na różne wrzody i inne dolegliwości skórne, których się lękam i z którymi nie umiem dać rady bez Jadzi. Wreszcie ciężkie i męczące nerwowo są same rozprawy w Trybunale. Jedyna pociecha, której tam doznaję, to listy Jadzi i dobry zarobek, który znakomicie zasila moje finanse. Największą zaś pociechą i uwieńczeniem radosnym ciężkiej pracy byłoby wygranie sprawy i wyrok na rzecz Litwy, ale, niestety, w Hadze nigdy się tego nie jest pewnym z góry, bo to tak jak gra losowa. Obawiam się raczej przegranej. Jadzia zmartwiła się wielce tą wiadomością. Ha, co robić!

[...]

6 stycznia, rok 1939, piątek

[...] Mój odjazd do Hagi na sam początek semestru wiosennego może być dla spraw uniwersyteckich niedobry. Semestr ubiegły zakończył się burzliwie; na razie młodzież się rozjechała i jest cicho, ale kto wie, czy z początkiem semestru komplikacje się nie rozwiną. Akcja opozycyjna, która inspiruje ruch młodzieży, nie wyczerpała się, bo jej ognisko w Kłajpedzie funkcjonuje swobodnie, mimo że tu grono wodzów tejże (Bistras, Dielininkaitis4 i Karvelis) zostało poskromione. Skądinąd pozostał w stanie kiełkowania ferment burzenia się przeciwko prorektorowi Blažysowi, niedokończone zostały wybory przedstawicielstwa studenckiego, które w tych warunkach mogą być nowym źródłem fermentu. Wreszcie w samym środowisku młodzieży zarysowała się ostra rozbieżność prądu opozycji politycznej i prądu prorządowego. Zalążków więc nowych zajść i zaburzeń jest dużo i kto wie, jak się wypadki rozwiną na uniwersytecie po powrocie młodzieży akademickiej z ferii świątecznych.

7 stycznia, rok 1939, sobota

Zaprowadziłem dziś Kotuńkę Pruszanowską z Jadzią i Andrzejem Mieczkowskim na Dzwony kornewilskie5. Chciałem rozerwać Kotuńkę i zaprezentować jej nasz teatr kowieński, którego się wstydzić przed gośćmi nie potrzebujemy. Dla przyjezdnych z Wileńszczyzny jest on sensacją jako świadectwo rozwoju kulturalnego tej Litwy, o której przed laty 20, gdy się państwo litewskie formowało, wilnianie i spolonizowane sfery Litwy, a także ziemiaństwo krajowe twierdzili, że to kraj "chłopski" bez kultury, który się ani ostać, ani rozwinąć, ani rządzić samodzielnie nie zdoła. Dziś całe Kowno z teatrem, muzeami, urządzeniami, cała Litwa ze swą gospodarką umiejętną i postępową, z rozwiniętym eksportem kooperacyjnym, siecią dróg, walutą złotą etc. - to jeden łańcuch rewelacji. Dla nas, którzy tu żyjemy i w tym sami udział czynny bierzemy, postęp ten nie jest tak widoczny, bo w nim tkwimy z dnia na dzień, ale dla przyjezdnych zza kordonu - to są wszystko rzeczy wprawiające w podziw.

Kotuńka mało tu widzieć mogła, bo mało się rusza, ale bądź co bądź zetknęła się trochę z ludźmi, otarła się o atmosferę litewską, a teatr też sprawił na niej wrażenie. Operetka Dzwony kornewilskie jest wesoła i ładna, gra - zwłaszcza sił męskich - doskonała, dobry balet, ładne dekoracje, orkiestra... Dziwiła się, że mała Litwa może to utrzymać. Mnie zaś mniej chodziło w teatrze o własną zabawę niż o to wrażenie Kotuńki, to znaczy o prezentację pokazową Litwy, która jest lepszą propagandą niż agitacja słowna.

8 stycznia, rok 1939, niedziela

[...] Kto wie, czy zobaczę się jeszcze kiedykolwiek z Kotuńką. Sądzę, że tak, bo choć fizycznie postarzała bardzo, jednak psychicznie i duchowo jest jeszcze w pełni życia. A zresztą mam być z Jadzią w roku przyszłym na dzień zaduszny po stronie polskiej w Trokach u grobu Mamy i wtedy zapewne odwiedzimy Wsielub, gdzie zobaczę jeszcze Kotuńkę i Karola O'Rourke'a. Ale czy tu przyjedzie jeszcze kiedy jeszcze Kotuńka Pruszanowska - w to już wątpię.

Fizycznie jest ona niedołężna, porusza się z wielkim trudem. Chodzi tak, że raczej należałoby powiedzieć, że pełznie - zgięta w połowie, nachylona, uczepiona długimi rękami do tych, co jej towarzyszą. Dopiero gdy siedzi - odżywa. Nie tyle siada, ile klapnie na krzesło lub fotel. Mając długie kończyny i krótki stan, jak wszyscy w rodzinie naszej, i będąc w dodatku zgarbiona, w pozycji siedzącej jest maleńka i wydaje się niziutka; ledwie głowa wystaje nad stołem, ale głowa duża i wyprostowana, nawet jakby zadarta, i ogromnie długie ręce gestykulujące, jak u małpy, z długimi palcami, którymi wciąż porusza w rozmowie. Miła jest i ożywiona w rozmowie, umysł ma jasny, gadatliwa bardzo, lubiąca opowiadać, doskonałą ma pamięć, zna tysiące wydarzeń, anegdot prawdziwych z długiego życia i przepisów bez liku na wszystko. Zachowała psychologię i zwyczaje wielkiej damy, a nade wszystko przejęta jest pobożnością i gorliwością nawracania i kierowania innych do Boga i Kościoła. W tym kierunku usiłowała urabiać Jadzię, aby przez nią i mnie do Kościoła skłonić.

Święta, pobyt Kotuńki Pruszanowskiej, chrzciny Kotusieńki oderwały mnie od wszelkich spraw publicznych i towarzyskich w Kownie. A teraz oderwie mnie od środowiska Litwy jeszcze bardziej - Haga. [...]

10 stycznia, rok 1939, wtorek

Poszedłem dziś wieczorem na herbatkę żurfiksową do pani Urbšysowej. Już zaraz po wakacjach letnich pani Urbšysowa zarządziła u siebie na całą zimę żurfiksy wtorkowe i rozesłała o tym zawiadomienie w postaci zaproszeń standardowych do wszystkich, kogo zakwalifikowała do liczby ewentualnych gości swoich. Oczywiście i ja takie zaproszenie otrzymałem. Jako rektor i prezes Towarzystwa Litewsko-Francuskiego, którego wiceprezeską i działaczką najczynniejszą jest pani Urbšysowa, miałem do tego tytuły. Nigdy wszakże dotąd na te żurfiksy nie poszedłem. Wybierałem się jednak i wreszcie dziś poszedłem, bo zresztą interesik też miałem. Odkąd Urbšys został ministrem spraw zagranicznych, żurfiksy pani Urbšysowej są uczęszczane nade wszystko i z największą gorliwością przez dyplomatów zagranicznych. Oni oraz urzędnicy Ministerium Spraw Zagranicznych stanowią gros gości. Jest też trochę innych cudzoziemców, pań, które się lubią obracać w kołach dyplomatycznych, i innych gości. Urbšys na tych żurfiksach nie bywa.

Interesik, dla którego udałem się dziś na żurfiks, dotyczy projektu odezwy uniwersyteckiej w sprawie zamknięcia Litewskiego Towarzystwa Naukowego w Wilnie. O projekcie tej odezwy pisałem w swoim czasie w dzienniku6. Senat akademicki zaaprobował ten projekt, ale sprawa na tym utknęła, bo rząd (premier Mironas7 i Ministerium Spraw Zagranicznych) nie bardzo chciał tego i zwlekał, bojąc się obrazić Polskę i nie chcąc komplikować toczących się rokowań i układów oraz konieczności liczenia się z Polską jako czynnikiem politycznym w różnych ewentualnościach trudnej sytuacji międzynarodowej. Skądinąd wszakże Janulaitis, który niełatwo daje sobie wyperswadować to, na co się uwziął, nie ustawał w staraniach i zabiegach dźwignięcia tej odezwy z martwego punktu. Ostatnio też wskórał tyle, że minister Urbšys wyraził zgodę na taką odezwę pod warunkiem, że tekst jej ulegnie rewizji i zostanie w pewnych zwrotach złagodzony, i następnie pod tym warunkiem drugim, że zostanie ona przesłana tylko rektorom uniwersytetów polskich i Polskiej Akademii Umiejętności, ale nie będzie nigdzie poza tym ogłaszana publicznie lub przesyłana, jak początkowo sfery uniwersyteckie chciały. Janulaitisowi chodzi o tę odezwę choćby już tylko w tej ograniczonej postaci, toteż nalegał wciąż na mnie, abym się porozumiał z Urbšysem co do rewizji tekstu. Trudno to zrobić z samym Urbšysem, który zresztą czasu nie ma na deliberowanie nad szczegółami tekstu odezwy.

Toteż udałem się do pośrednictwa pani Urbšysowej, która zresztą ma żyłkę literacką. Prosiłem ją, żeby sama tekst projektu przejrzała, porozumiała się z mężem i zaprojektowała zmiany pożądane ze stanowiska dyplomacji, a następnie skieruję już Janulaitisa wprost do niej. Sam już wyjeżdżam i sprawa ta tak czy inaczej zakończy się w mojej nieobecności. W ogóle nie wiem, czy coś z tego jeszcze będzie i czy ewentualnie nie byłaby to łyżka po obiedzie, ponieważ sprawa zamknięcia Litewskiego Towarzystwa Naukowego w Wilnie już się przez czynniki polskie łagodzi i reformuje. Toczą się już tam i dobijają końca rokowania z Litwinami miejscowymi w Wilnie o zreformowanie statutu i poniekąd nazwy Towarzystwa, po czym zreformowanemu Towarzystwu mają być zwrócone zbiory i majątek zamkniętego Towarzystwa. Zdaje mi się, że byłoby dość dziwaczne występowanie z odezwą protestacyjną uniwersytetu wtedy, kiedy się już ubija kompromis, podczas gdy się milczało poprzednio przez cały niemal rok od czasu zamknięcia Towarzystwa i sekwestracji jego majątku i zbiorów, gdy sprawa była w stadium najostrzejszym. [...]

11 stycznia, rok 1939, środa

Byłem w Rotary Clubie na obiedzie. Referacik o Sowietach ze swoich wrażeń i spostrzeżeń bezpośrednich wygłosił Tallat-Kiełpsz8, dyrektor wielkiego krajowego kombinatu eksportowego mięsnego Maistas, który co roku koło Bożego Narodzenia jeździ do Moskwy w sprawach eksportu. W referacie swoim usiłował on uwydatnić wielką dysproporcję między ogromnym, na olbrzymią skalę rozmachem instalacji i inwestycji w Sowietach a więcej niż skromnym rozwojem potrzeb, do których te instalacje służyć mają, oraz skalą zaspokajania potrzeb elementarnych w zakresie spożycia (pokarmu, odzieży itd.). Nie bardzo mu się to jednak udawało, choć mówił dowcipnie i obrazowo. Zakres spożycia nie przedstawia się w jego relacji bynajmniej tak nędznie, jak go lubią przedstawiać krytycy Sowietów, a że inwestycje przerastają skalę potrzeb aktualnych - to ostatecznie nic w tym bardzo dziwnego nie ma, bo w racjonalizacji rozwoju społecznego, jaką wykonują Sowiety, muszą one w instalacjach obliczać zawczasu skalę wielkiego przyrostu potrzeb zracjonalizowanych w miarę postępowego owocowania racjonalizacji. [...]

Słówko o Kłajpedzie i opozycji. Kłajpeda stała się dziś już faktycznie republiką odrębną, luźnie jeno z Litwą związaną. Ewolucja od autonomii do Freistadtu jest ogromna. Zlikwidowana już została policja bezpieczeństwa państwowego w Kłajpedzie, skasowano przysięgę na wierność państwową członków sejmiku, odwołano rozmaite zarządzenia dawniejsze, które się nie podobały Niemcom, lub ogłoszono nowe, których się Neumann domagał. Państwo stało się w Kłajpedzie bezsilne i korzysta tylko z portu, ceł, poczty i kolei żelaznych. Opozycja litewska, złożona z voldemarasowców, chrześcijańskich demokratów, fragmentowych ludowców, organizuje się tam, jak chce, i stamtąd prowadzi swoją propagandę. Wódz voldemarasowców Sliesoraitis9 funkcjonuje jak Führer litewski, ogłasza rozkazy, mianuje swoich funkcjonariuszy (dr. Pajaujisa). Opozycja ta wydaje pisemko, które się nazywa obecnie "Bendras Žygis"10, w którym krytykuje i napada na rząd, domaga się władzy, trąbi o konsolidacji i jedności zorganizowanego ruchu, obejmującego wszystkie obozy. Cokolwiek by jednak ci panowie mówili - faktem jest, że działają pod osłoną czynników niemieckich Neumanna, pod skrzydełkiem najistotniejszego wroga państwowości litewskiej i korzysta z ruchu, który faktycznie i formalnie odrywa Kłajpedę od Litwy.

Gdyby nawet intencje opozycji były najlepsze, w co nie wątpię (przynajmniej w stosunku do większości jej działaczy), i gdyby nawet zalecane przez nią metody "konsolidacyjne" były same w sobie dodatnie, co jednak wymagałoby wielu zastrzeżeń - to i w takim razie kto wie, czy nie większa byłaby szkoda, jaką ruch ten wyrządza Litwie, gnieżdżąc się i samym swoim istnieniem pogłębiając rozdział Kłajpedy od Litwy i spekulując na czynniku anarchii i chaosu państwowego, celowo wytwarzanego przez neumannowców dla oderwania Kłajpedy i bynajmniej nie dla "wolności". Śmieszne jest zdanie, które dziś usłyszałem od pani Felicji Bortkiewiczowej, że Kłajpeda jest dziś "jedynym wolnym zakątkiem Litwy". Wolność z rąk Hitlera? Dziękuję za nią i nikomu, a zwłaszcza Litwie, jej nie winszuję. [...]

15 stycznia, rok 1939, niedziela

Z ciężkim sercem wyjeżdżam do Hagi. Gdyby nie na tak długo, rad bym był tej jeździe, bo na ogół mam wielki sentyment do Hagi, do Holandii, nawet do hotelu Vieux Doelen i - pomimo ciężkiej i nerwującej pracy w areopagu Sprawiedliwości Międzynarodowej - lubię ostatecznie to poważne i dzielne środowisko mądrych sędziów i z przyjemnością je wspominam, a miły mi jest także własny gabinet do pracy w pięknym Pałacu Pokoju. Gdyby mi Jadzia towarzyszyć mogła albo chociaż dojeżdżać miała, to nic by mi już nie brakowało. Ale odjechać na tak długo - na miesiąc, może na dwa - zostawić Jadzię, dom, Kotusieńkę naszą i być skazanym na samotność, ewentualnie mieć jakieś dolegliwości na zdrowiu bez opieki i pomocy domowej - to ciężko już w moim wieku. [...]

19 stycznia, rok 1939, czwartek

Dziś w Trybunale Międzynarodowym rozpoczęcie rozprawy głównej w sprawie estońsko-litewskiej o kolejkę Panev?žys-Saldutiškis11. Na godzinę 10.30 wyznaczone krótkie inauguracyjne posiedzenie porządkowe, na godzinę 11.00 - początek rozprawy na posiedzeniu publicznym. Godzina 10.30 rano. Zbieramy się w sali numer 3 na dole. La cour12 w komplecie, prócz tych trzech sędziów, którzy z góry nieobecność zastrzegli i w sprawie tej udziału już nie wezmą. Są to sędziowie: Anzilotti, którego matka umarła, Urrutia, który zachorował w Paryżu na grypę, i de Bustamante, który bawi w Hawanie i też się na chorobę powołał. Reszta - wszyscy. Po raz pierwszy poznaję sędziego Hudsona ze Stanów Zjednoczonych, który doskonale mówi po francusku i sprawia wrażenie przyjemne, i nowego sędziego Ericha13 z Finlandii, który debiutuje na stanowisku sędziego. Jest to sprzed wojny i po wojnie do roku 1927 profesor prawa międzynarodowego i konstytucyjnego na uniwersytecie w Helsinkach, autor rozpraw, w których bronił praw państwowych Finlandii przeciwko Rosji przed wojną, od roku 1927 aż do wyboru na sędziego w Hadze - dyplomata fiński; był posłem u Ligi Narodów w Genewie, potem w Sztokholmie, wreszcie w Rzymie u Kwirynału. Człowiek grzeczny, uważny; powiadają, że pedant i drobiazgowy. On będzie moim bezpośrednim sąsiadem na posiedzeniach publicznych i sędziowskich. Reszta wszyscy znajomi: prezes Guerrero, wiceprezes sir Cecil Hurst, hrabia Michał Rostworowski, Fromageot, który znacznie lepiej wygląda niż latem, Altamira, Negulesco, van Eysinga, Nagaoke, Chang, de Visscher, estoński sędzia narodowy ad hoc Strandman, greffier López Oliván14. [...]

Wieczorem w Hadze była dwugodzinna próba obrony biernej przeciwko napaści powietrznej wroga. Były pogaszone na ulicach i po domach światła, przynajmniej tyle, żeby najmniejszy promyk światła nie przedostawał się przez żadną szczelinę na zewnątrz. W moim pokoju w hotelu okna były zadrapowane ciężkimi sztorami i mówiono, że będzie można mieć lampy zapalone. Ale okazało się, że sztory nie zasłaniały dostatecznie światła. Musiałem więc pogasić wszystkie światła w pokoju i tylko w łazience mogłem ze światła korzystać. Na dole w salach gościnnych goście mogli ze światła korzystać, okna były szczelnie zadrapowane, ale ja tam nie szedłem, bo byłem już na poły rozebrany. Toteż nie zostawało mi nic innego, jak o 9.00 wleźć do łóżka i spać bez żadnego czytania. Tym lepiej.

26 stycznia, rok 1939, czwartek

[...] W świecie międzynarodowym wciąż są czasy kryzysowe. Na razie jakby wypadki na Wschodzie odeszły na drugi plan wobec nowych przesileń na Zachodzie. Tragedia wojny domowej hiszpańskiej zdaje się dobiegać końca; niestety - na rzecz zwycięstwa generała Franco15. Ofensywa katalońska nacjonalistów Franco złamała opór rządowców na odcinku Katalonii. Barcelona upada. Jest to bodaj moment przełomowy. To, co będzie dalej, to już będzie chyba tylko likwidacja tej wojny domowej, trwającej już trzeci rok. Na czoło wypływają roszczenia włoskie przeciwko Francji, domagania się terytorialne i zagadnienia Morza Śródziemnego.

Gazet litewskich tu nie mam i nie czytam. W gazetach francuskich z Paryża, które czytam, o Litwie nie ma żadnej wzmianki. To mi wystarcza, bo gdyby było coś złego, toby pisano. Czy na uniwersytecie u nas spokojnie - nie wiem. [...]

28 stycznia, rok 1939, sobota

Odwiedziłem dziś w hotelu Wittebrug cierpiącego wciąż na krwotoki z nosa sędziego narodowego estońskiego Strandmana. Na ogół, choć w sprawie jesteśmy naturalnie rzecznikami dwóch tez przeciwnych (to się wie naturalnie z góry, choć się obrady sędziów jeszcze nie rozpoczęły i choć ze Strandmanem o sprawie nie rozmawiamy), Strandman dosyć mi się podoba: jest umiarkowany, zachowuje rezerwę, jest gentlemanem. Nie jest, zdaje się, orłem i uzdolnienia prawnicze ma nie nazbyt świetne. Ale nie narzuca się, jest grzeczny i na miejscu.

Skarżył mi się na to samo, co ja od dawna już doświadczyłem i co mnie w roku 1932 w sprawie kłajpedzkiej jeszcze raziło, a z czym się już oswoiłem obecnie. Mianowicie na atmosferę izolacji i - powiedziałbym - pewnego zastrzeżenia nieufnego, która otacza sędziego narodowego ad hoc w Trybunale, zwłaszcza w początkowym okresie rozprawy, kiedy się sędziowie nie zaczęli jeszcze wypowiadać. Z sędzią narodowym nikt z kolegów, sędziów stałych, nie rozmawia jeszcze wtedy o sprawie. Nie tylko nie rozmawia, ale unika rozmowy. Nie można nic sędziom stałym zarzucić: są grzeczni, uprzejmi, ale w rozmowę na temat sprawy się nie wdają. Rozmawiają chętnie o pogodzie, o zdrowiu, o jakichś wydarzeniach, o tym lub innym kraju, ale tylko nie o tym, co ma być przedmiotem ich współpracy. Sędzia narodowy odczuwa zawsze tę nieufność i nie jest mu z tym przyjemnie. Strandman powiada, że gdyby sędziowie sami między sobą o tym w ogóle nie rozmawiali, to nie byłoby mu to tak przykre. Ale widzi, że rozmawiają, że dzielą się wrażeniami, ale jak tylko się zbliża sędzia narodowy, milkną. Tak jest. To prawda.

Przykre to jest, ale nietrudno zrozumieć psychologię sędziów stałych. Sędzia narodowy jest dla nich zawsze intruzem i w dodatku pomawianym o stronniczość, wyłączającą przedmiotowość (obiektywizm) sędziowską. I w tym poczuciu sędziowie mają rację, toteż się strzegą. Nic dziwnego. Nie mniej ciężkiego uczucia doznaje sędzia narodowy i później, gdy w toku debat sędziowskich zabiera głos i argumentuje. Jego argumenty, choćby najmocniejsze, są zawsze przyjmowane z rezerwą, bo są splamione poszlaką stronniczości. Ma się wtedy nieraz wrażenie, że się mówi w próżnię i że argumenty są grochem o ścianę. Właściwie sędzia narodowy jest raczej obserwatorem, czasem - informatorem, ale najmniej sędzią. Sędzią jest tylko w głosowaniu. Tej wagi głosowej nie mogą mu odebrać, ale wagę argumentowania sędziowskiego mu faktycznie odbierają. Mówić dają, ale jego argumentów nikt potem ani nie zwalcza, ani się nimi nie posługuje; tak jak gdyby przemówienia tego nie było. Znam to dobrze od roku 1932 i wiem, jak nieraz przykre jest to stanowisko sędziego narodowego ad hoc. Właściwie instytucja tych sędziów narodowych jest chybiona.

[...]

3 lutego, rok 1939, piątek

Dziś nowe coup d'état. Jest to charakterystyczne dla czynności Trybunału Haskiego i dobrze to pamiętam z roku 1932, że jest się przez cały czas obrad sędziowskich tak, jak na jakimś ostrzu noża albo jak akrobata na linie, gdzie wciąż trzeba utrzymywać ekwilibrystykę i zimną krew, nigdy się zbytnio nie poddając optymizmowi i pozorów chwilowej sytuacji nie biorąc zawczasu za pewnik zwycięstwa, a znów z drugiej strony - nie poddając się pesymizmowi i nie wróżąc z góry porażki na skutek niekorzystnej na razie konstelacji. Byłem zapomniał o tej nauce zimnej krwi i sceptycyzmu z roku 1932, toteż wczoraj raz się przedwcześnie poddałem nadmiarowi optymizmu, gdy po przemówieniach Fromageota, Rostworowskiego i sir Cecila Hursta byłem przejęty świtającym zwycięstwem, a potem po przemówieniu poobiednim Guerrery wpadłem w przygnębienie i zwątpienie zupełne. Jest jednak pewna logika, która powoli przez te obrady toruje sobie drogę i dąży konsekwentnie jakimś torem pośrednim między kategoriami jaskrawymi. Tylko że w toku epizodów trudno ją dobrze dostrzec i uchwycić.

Są wśród sędziów kombinatorzy, którzy konsekwentnie po cichu pewnej linii drogę torują. Takim pono kombinatorem jest jeden z najzdolniejszych młodych sędziów Visscher. Gdy się nie widzi i nie łowi tej logiki, torującej kombinacjami drogę, a liczy się tylko z epizodami, to istotnie doznaje się wrażeń dziwnych i zwłaszcza na sędziego narodowego działających bardzo nerwująco. Oto już zdaje się, że powoli z pierwotnego chaosu różnych zdań zaczyna się wyłaniać i krystalizować jakiś porządek, jakaś wytyczna poglądów większości. I nagle w pewnej chwili po jakimś jednym przemówieniu i krótkiej wymianie zdań znowu się wszystko załamuje, porządek się rozprzęga i znów się wraca do chaosu, w którym nic statecznego nie ma i nic obliczyć ani przewidzieć niepodobna. I wtedy żal tego, co się straciło i co już zdawało się, że świta. I znowu wszystko na karcie. Tak było wczoraj. Dziś się znowu obróciło inaczej i w każdym razie ku lepszemu, choć może nie tak radykalnie, jak się wczoraj przed południem zdawało.

[...]

9 lutego, rok 1939, czwartek

[...] Przed kilku dniami umarł w Paryżu nagle w métro kat Deibler16. Kat dziedziczny - monsieur de Paris - który był katem w czwartym pokoleniu. Katem był jego ojciec, katem - dziad i katem - pradziad. Ród mistrzów gilotyny. Deibler z ojca na syna gilotynował we Francji skazanych na śmierć. Tragiczna postać. Podobno był dobrym ojcem rodziny, gentlemanem, bardzo poprawnym i pędzącym życie zrównoważone i ciche. Ale jego zawód piętnował go i był on przeto od wszelkiego życia towarzyskiego wyłączony. Wiedział to dobrze i traktował jako fatalizm zawodu, narzuconego mu przez dziedzictwo, albowiem syn kata miał przed sobą wszystkie drzwi, zawody i stanowiska a priori zamknięte za wyjątkiem drzwi do tego zawodu kata, który przeto przyjąć fatalnie musiał i z rezygnacją przyjął.

Śmierć Deiblera i szczegóły o tym człowieku tragicznym, o którym zresztą wiedziałem, bo ten, kto mieszkał we Francji i o Deiblerze nie słyszał, zrobiły na mnie w tych dniach duże wrażenie. Jak się kojarzy kara śmierci jako rzecz legalna i społecznie sankcjonowana, uważana nawet za instytucję użyteczną (skłonny nawet jestem myśleć, że w pewnych warunkach w stosunku do zbrodniarzy, jeno nie politycznych, jest może użyteczna i usprawiedliwiona istotnie), jak się ona kojarzy z powinnością moralną tego, który ją wykonuje i którego zawód - zawód legalnego tracenia jest napiętnowany strasznym imieniem kata. Dziwne kontrasty społeczne, paradoksy tragiczne. Kat - niech pan Bóg broni od tego imienia i zawodu. Ale jakże w takim razie z karą śmierci, która bez kata nie byłaby wykonana? Odpowiedzi nie ma. [...]

12 lutego, rok 1939, niedziela

[...] Sędzia estoński Strandman jest, zdaje się, trochę przygnębiony porażką. Nie jest to wszakże jeszcze porażka kapitalna, bo odesłanie Estonii do lokalnych sądów litewskich nic nie przesądza w gruncie, ale bądź co bądź jest to w stadium obecnym porażka, która sytuację Estonii w tym sporze wielce utrudnia. Tym bardziej, że i perspektywy ostateczne nie są dla Estonii bynajmniej pewne, gdyby wróciła z czasem przed forum Trybunału. Porażka jest dla Strandmana może tym większa, że, zdaje się, był on po decyzji czerwcowej Trybunału usposobiony bardzo różowo i zbyt pewny dobrego skutku.

Szkoda mi go trochę. Człowiek to niezły, a w interesach Estonii, zdaje się, wielce zainteresowany. Chce on liczyć na to, że Litwa zdecyduje się jednak na pewien kompromis i że nie zechce wymagać, aby Estonia istotnie wyczerpała poprzednio drogi sądownictwa litewskiego, które chyba perspektyw na wygranie procesu nie dają, a kosztowne są bardzo. Wciąż on mnie nagabuje o to, abym wpłynął na rząd litewski, aby tę sprawę ubił jakoś kompromisowo, nie zmuszając Estonii do procesu i do ryzykowania problematycznego nowej skargi w Trybunale. Zaraz po zakończeniu sprawy ma on jechać do Tallina, aby zdać tam relację i porozumieć się z czynnikami miarodajnymi co do dalszej akcji i co do wniosków kompromisowych. [...]

17 lutego, rok 1939, piątek

[...] Wrócił już do Hagi z Paryża agent litewski Mandelsztam. Naturalnie, że się bardzo interesuje losem sprawy. Eskontuje17 "zwycięstwo", bo to dla niego wielki atut zawodowy, wzmacniający jego tytuły i kwalifikacje i dający mu zasługi w Litwie. Dla szerokiej publiczności profanów sprawę "wygrał" on. Dla tych, którzy nie znają strony zakulisowej i biorą formę za treść, a pozory - za czystą monetę. W istocie - jego w tym zasługa najmniejsza. Mam wrażenie, że Mandelsztam umysłowo już bardzo się starzeje. Właściwie bardzo słabo się on orientuje w argumentach tej sprawy, a subtelności rozumowania na jedną lub drugą stronę nie jest zgoła w stanie uchwycić. Całą obroną litewską kierował w istocie nie on, jeno zespół prawników litewskich z Tadeuszem Pietkiewiczem na czele. Jeżeli jest zasługa obrony, to tamtych ludzi, nie Mandelsztama. Rola Mandelsztama sprowadzała się do pewnej stylizacji tekstu formalnego aktów obrony i do odczytywania głośnego (zresztą dosyć kiepskiego) przemówień obrony na posiedzeniach publicznych, nawet nie kapując zbytnio i subtelnie tego, co odczytywał. Ale palmy i zasługi formalne zwycięstwa będzie zbierał on. Pojedzie do Kowna smakować słodycz zasługi. Ale niech mu tam. [...]

19 lutego, rok 1939, niedziela

[...] Pracuję sobie trochę, odrabiam prace, które sobie z Kowna zabrałem; niedużo mam tego: piszę listy, czytam książki moje i dzienniki paryskie. Jedną z sensacji - poza sprawą hiszpańską, której perspektywy likwidacyjne są bardzo interesujące - jest obecnie rychły wybór nowego papieża. Konklawe ma się rozpocząć przed 1 marca. Kardynałowie kończą się zjeżdżać do Rzymu. Ciekawe jest, choć chyba mało prawdopodobne jednak, że nie są wykluczone możliwości wyboru papieża... Polaka. Już przeszło cztery wieki, jak na Stolicy Piotrowej nie zasiadł papież nie-Włoch. I teraz w kolegium kardynałów większość bezwzględną mają Włosi. Wśród kardynałów Włochów są też niewątpliwie najwięksi i najpoważniejsi kardynałowie papabile18. W ich liczbie też jest najświetniejszy kardynał Pacelli19, najjaskrawszy z kardynałów, najbliższy współpracownik zmarłego Piusa XI20, najbardziej kojarzony z demokracją i humanizmem, najwyrazistszy przeciwnik teorii pogańskich rasizmu. Ale może właśnie przez swą jaskrawość i przez to, że jest najbardziej związany z polityką ostatnią Watykanu - ma on szans najmniej. Nie jest w tradycjach Kościoła wybierać na papieża ostatniego sekretarza stanu i utrzymywać ciągłość organiczną linii politycznej papieskiej, co by mogło poniekąd przeczyć zasadzie władzy personalnej papieża.

Jest zresztą szereg innych wybitnych kandydatów papabile wśród kardynałów Włochów. Ale wobec głosów półrządowych prasy faszystowskiej włoskiej, protestujących przeciw wyborowi papieża-polityka, zorientowanego przeciwko idei faszyzmu i zasadom państwa totalitarnego, a zbliżonego do demokracji, i żądających wyboru papieża neutralnego i apolitycznego, który by był istotnym pastor evangelicus21, jakim ma być obecny papież podług przepowiedni Zachariasza, zaznaczył się pewien prąd w opinii czy też pewna sugestia prasowa w opinii (ale kto wie, czy opinii kardynałów) na rzecz wyboru papieża nie-Włocha. I oto w takim razie, gdyby taki prąd był istotny i gdyby zdołał przełamać tradycję przeszło czterech wieków, która wszakże przepisu formalnego nie stanowi - to prasa paryska zaznacza, że spośród kardynałów nie-Włochów najbardziej papabile byłby bodaj kardynał Polak, prymas polski Hlond22 albo na drugim miejscu kardynał prymas węgierski23. Spośród nie-Włochów nie byłby to ani Francuz, ani Amerykanin, ani Hiszpan lub Anglik. Kardynał Polak lub Węgier byłby bardziej neutralny i pośredni między Włochem i nie-Włochem i stanowiłby ten czynnik połowiczny, stojący pośrodku między demokracją a totalizmem. Wątpię, co prawda, żeby do tego doszło, ale notuję ten ciekawy epizod horoskopów ewentualnych. Wybór papieża - to zawsze wielka sensacja loteryjna, budząca namiętność hazardu. [...]

23 lutego, rok 1939, czwartek

[...] Więcej już posiedzeń sędziów w naszej sprawie nie będziemy mieli. Trybunał od poniedziałku rozpoczyna rozpoznanie nowej sprawy - między Belgią a Bułgarią w przedmiocie przedwojennej koncesji pewnego towarzystwa belgijskiego na oświetlenie elektryczne Sofii. W naszej sprawie odbędzie się tylko we wtorek posiedzenie publiczne na rzecz ogłoszenia wyroku. Wobec tego po zakończeniu dziś posiedzenia sędziowskiego prezes Guerrero wygłosił kilka banalnych słów pożegnania do Strandmana i do mnie, dziękując nam za współpracę i podkreślając, że zwłaszcza użyteczna była ta współpraca w przedmiocie informowania przez nas Trybunału o różnych szczegółach stanu faktycznego, w których Trybunałowi samemu bez pomocy sędziów narodowych trudno nieraz się zorientować, i co, zdaniem prezesa, stanowi główne uzasadnienie użyteczności sędziów ad hoc.

Nie powiem, żeby mi się bardzo podobało to ciągłe podkreślanie, zwłaszcza przez Guerrero, tej jedynej, że tak powiem, faktoznawczej wartości i użyteczności nieszczęsnych trefnych sędziów narodowych ad hoc, Kopciuszków Trybunału, ponieważ jest to równe wytykaniu, że oto waszych kwalifikacji prawniczych i waszej pomocy fachowej jurydycznej my, Trybunał, nie potrzebujemy i że pod tym względem wy jesteście zbędną quantité négligeable. Mogą sobie sędziowie stali tak myśleć, ale nie jest koniecznie potrzebne to ciągle expressis verbis wytykać.

[...]

25 lutego, rok 1939, sobota

[...] Mandelsztam namawia mnie do zgłoszenia mojej kandydatury do Instytutu Prawa Międzynarodowego24, w którym Litwa nie jest reprezentowana. Jest to organizacja, która ma wielką powagę i wpływy. Być członkiem tego Instytutu - to jest patent na imię w świecie międzynarodowo-prawniczym naukowym i także dyplomatycznym. Instytut odbywa też co roku zjazdy, które odbywają się w różnych krajach i częściach świata. Te zjazdy to jednocześnie parties de plaisir25. Koszta podróży na zjazd i pobytu są wypłacane członkom Instytutu przez Fundację Carnegie. Mandelsztam, który sam jest członkiem tego Instytutu, pomówi o zgłoszeniu mojej kandydatury z Visscherem, który był długie lata sekretarzem Instytutu. Mandelsztam jest pewien, że rzecz pójdzie gładko i że Visscher mnie poprze. W tym celu napisałem dla Mandelsztama po francusku moje curriculum vitae. Mandelsztam podnosi też konieczność zgłoszenia przez Litwę w porozumieniu z innymi krajami bałtyckimi (Łotwą i Estonią) listy litewskiej kandydatów do Trybunału Międzynarodowego i wpisania do tej listy mojej kandydatury jako mającej względnie najwięcej szans wyboru, gdyby w ogóle zechciano udzielić miejsca krajom bałtyckim. Kadencja obecnego kompletu sędziów Trybunału kończy się w tym roku. Tej jesieni odbędą się w Lidze Narodów nowe wybory ogólne sędziów na kadencję dziewięcioletnią następną. Mandelsztam chce poruszyć i forsować w Kownie w Ministerium Spraw Zagranicznych sprawę zgłoszenia litewskiej listy kandydatów. Stara się mnie tym skaptować i skusić. Sam nie wiem.

W roku 1932 po sprawie kłajpedzkiej marzyłem o stanowisku sędziego w Hadze i przez kilka lat się do tego paliłem. Teraz mam mniej zapału i ochoty do tego. Nie tylko dlatego, że świetność idei regularnego sądu międzynarodowego bardzo podupadła w związku z metodami państw totalistycznych, operujących faktami bądź siły, bądź dyplomacji, a przez to i zakres działania Trybunału, który wpierw ogarniał wielkie problemy polityczne, rewidowane w sferze prawa, teraz bardzo zmalał i zredukował się do drobnych spraw raczej prywatno-prawnych między państwami, najczęściej dotyczących pewnych reklamacji cudzoziemców. Także dlatego, że w ogóle nie bardzo mi się chce ekspatriować się, osiadać częściowo w Hadze i brać się do tej pracy bądź co bądź trudnej, kiedy mi w Litwie dobrze, bo mam tam i pracę ciekawą, i warunki bytu niezłe, i kocham kraj. A zresztą nie mam też wrażenia, aby były jakiekolwiek szanse wyboru, a bodaj zwłaszcza teraz, kiedy byłem w tej sprawie sędzią przeciwko Estonii, która przeto wątpię, aby zechciała moją kandydaturę w perspektywie bałtyckiej popierać.

Ale kwestia mojego wyboru - to co innego. Niezależnie od niej uważam, że Litwa zawsze i wszędzie, gdzie tylko jest okazja w świecie stosunków międzynarodowych - powinna być obecna. Kto jest nieobecny i sam się zaniedbuje, o tym też inni zapominają. Czy szanse wyboru sędziego Litwina są, czy ich nie ma - lista litewska być musi. Jest to kwestia bynajmniej nie tylko kandydatury mojej. [...]

28 lutego, rok 1939, wtorek

O godzinie 3.30 po południu na posiedzeniu uroczystym Trybunału ogłoszony został publicznie wyrok w naszej sprawie między Estonią a Litwą, figurujący w repertoriach Trybunału Haskiego pod nazwą Affaire du Chemin de fer Panev?żys-Saldutiškis. Znowu więc, jak podczas debat stron, wszyscy sędziowie w liczbie 14, wraz z piętnastym greffierem López Olivánem, zebraliśmy się w sali numer 3, gdzie woźni ubrali nas w togi i żaboty, po czym punkt o wskazanej godzinie poprzedzona okrzykiem woźnego "La cour!" - procesja sędziów ruszyła uroczyście gęsiego do sali posiedzeń, gdzie sędziowie jedni po drugich zajęli swoje miejsca. Prezes Guerrero odczytał wyrok in extenso w tekście francuskim. Odpisy wyroku doręczone zostały agentom stron - baronowi Nolde26 i Mandelsztamowi. Po jednym odpisie dostał też każdy z sędziów. Wszakże odpisy stronom są właściwie egzemplarzami autentycznymi, zaopatrzonymi w podpisy oryginalne prezesa i greffiera. Na tym się posiedzenie skończyło. Było ono krótkie.

Wychodząc, ja i Strandman pożegnaliśmy się serdecznie z każdym z sędziów. Każdy z sędziów znalazł miłe słówko na pożegnanie. [...]

1 marca, rok 1939, środa

Wyjazd. Równo półtora miesiąca mija od dnia, kiedym wyjechał z Kowna do Hagi. Faktycznie pół stycznia i cały luty! Lubię Hagę, lubię mój Vieux Doelen, lubię pracę w Trybunale Międzynarodowym, która, choć jest trudna, nieraz męcząca i bardzo nerwująca, jednak jest przez swój hazard ciekawa i przez siłę logicznego rozumowania prawniczego radosna i moralnie podniosła w służeniu sprawiedliwości, zwłaszcza we wspomnieniach post factum, gdy już finis coronat opus27 i gdy to finis jest udane. Przykrzy mi się ta "niewola babilońska", tęsknię już bardzo do domu, do rodziny, do Kowna, do swoich ludzi, do kraju, do uniwersytetu.

[...]

2 marca, rok 1939, czwartek

A więc oto wczoraj jeszcze byłem w Hadze i pisałem dziennik we Vieux Doelen, a dziś jestem w domu. [...] Paulinka, Stenia, Renia, nowa młoda niańka - same kobiety. Ja jeden mężczyzna w domu. Nawet Kotusieńka - i ta płci żeńskiej. Rozdaję gałganki, prezenciki. Radość ogólna. Kotusieńka wygląda dobrze, urosła, ma już niespełna cztery miesiące, jest zdrowa. Jest niebrzydka, ma bardzo wyraziste oczy, piękne rzęsy, brwi ładne i zdaje się - ładne usta.

3 marca, rok 1939, piątek

[...] Po powrocie z Hagi czuję się na razie w atmosferze kowieńskiej oszołomiony. Trochę jak pijany, a w każdym razie dépaysé28. Tam żyłem przez półtora miesiąca w atmosferze sprawy estońsko-litewskiej w Trybunale, zapatrzony w nią i jej subtelności, które wyrastały dla mnie do poziomów wielkiej aktualności i wagi, odcięty od świata innych zagadnień i jakby zamknięty w klatce. Ze środowiskiem nie byłem wiązany ani przez ludzi, ani przez gazety. Nikogo z Litwy nie widziałem i przez cały luty ani razu i ani słowa z nikim po litewsku nie zamieniłem. Jeżeli korespondowałem z przyjaciółmi z Litwy, to w listach pisałem tylko o Trybunale i o Hadze. Byłem jak zaczarowany. Od 15 stycznia nie miałem w ręku gazety litewskiej, a informacje z Litwy dostawałem tylko w listach od korespondentów. Były to tylko strzępy drobne. Toteż teraz czuję się tak, jakbym spadł z księżyca na ziemię. Toteż naturalnie czuję się zdezorientowany, nim się oswoję. A to wrażenie dezorientacji jest tym większe, że nie miałem wcale czasu przejściowego na stopniowe przystosowanie się do środowiska i wpadłem od razu w sam tok obowiązków i czynności rektorskich w atmosferze dosyć ruchliwej. Natomiast to, czym ja tam od miesiąca przeszło żyłem, jest tu dla ludzi, z którymi się stykam, obce. Cieszą się wszyscy ze zwycięstwa litewskiego w Hadze, które się im tu wydaje nawet większe, niż było w moim przekonaniu, szczerze mi winszują owocnej pracy, zapytują o to i owo, ale tych subtelności, w których mój umysł się ćwiczył i obracał, nie rozumieją i nie bardzo się nimi interesują.

[...]

Komplikacje też są ze studentami na uniwersytecie, są różne sprawy uniwersyteckie do załatwienia i rozwiązania, także sytuacja ogólna w kraju jest dosyć skomplikowana. [...] Rząd nie jest panem sytuacji, sprawy poniekąd, zwłaszcza kłajpedzka, idą takim trybem, jak Bóg dał. Nie ma ręki kierowniczej. Kłajpeda się wymyka, Niemcy (Berlin) nie wykazują wcale pochopności do prowadzenia rozmów z Litwą, Sowiety Litwę lekceważą i od dłuższego czasu nie wyznaczają posła, którego wciąż zastępuje sekretarz poselstwa Pozdniakow, co niektórzy tłumaczą tym, że Sowiety w ten sposób dają do zrozumienia, że Litwa nie wykazuje, aby była w stanie swą Niepodległość realnie wykonywać, a z Watykanem rząd litewski wciąż nie może się ułożyć. Opozycja tak zwanych aktywistów (eksvoldemarasowców) w kontakcie z chrześcijańskimi demokratami i ludowcami trwa i gniazdo swe w Kłajpedzie utrzymuje, choć niektórzy mówią, że chrześcijańscy demokraci już się z tego zespołu wycofują i podobno rząd Mironasa wciąż, acz bezskutecznie, toczy rokowania z przywódcami opozycji o wcielenie ich do rządu... Co gorsza, zdaje się, z każdą zmianą gabinetu poprzedni premier tworzy mały rozłamik w kołach rządowych, bo oto po voldemarasowcach rodzi się coś w rodzaju "tubelisowców", frondujących przeciwko obecnemu premierowi Mironasowi.

W ostatnich zaś czasach zaognił się chaos antysemickich wichrzeń degrengolady, o których jutro powiem i które w sferach studenckich także się zaznaczać zaczynają.

4 marca, rok 1939, sobota

[...] Z tego, co słyszałem z różnych urywków rozmów z rozmaitymi ludźmi w ciągu tych paru dni, odnoszę wrażenie, że panuje w kraju pewien rozgardiasz i że rząd nie jest zupełnym panem sytuacji i przeto sytuacja polityczna wewnętrzna nie jest solidna. Są różne zawichrzenia i autorytetu nie ma. Przed niedawnym czasem organizacja "Verslas"29, mająca na celu niby litwinizację handlu i miast, ale nie poważna wcale, krzykliwa i demagogiczna, uderzająca stale w ton antysemicki, rozpętała w swym pisemku taką hecę demagogiczno-antysemicką, że Żydzi, sterroryzowani już eksterminacją Żydów w Niemczech i falą antysemicką, zalewającą całą Europę Wschodnią, przestraszyli się nie na żarty, co wpłynęło nawet na zachwianie gwałtowne kursu lita. Nieuchwytna "czarna giełda", spekulująca na handlu pieniędzmi, dopędziła do tego, że za dolara dawano po 11-12 litów (zamiast 6). Żydzi kupowali dolary i funty, złoto i wszystko inne na zapas. Rząd wprawdzie zahamował tę akcję "Verslasu", ale różne czynniki nieodpowiedzialne i może prowokacyjne albo nawet wprost będące na żołdzie niemieckim szerzą antysemityzm dalej. Elementom chuligańskim też w to graj.

Zaczęły się mnożyć wypadki, w których różne podchmielone osobniki udawały się do kawiarni Monika, gdzie się zbierają zwłaszcza Żydzi, i tam prowokowały zajścia z Żydami, kończące się czasem nawet bójkami. Zdarzało się, że i sprowokowani Żydzi odpowiadali pięścią. Stąd nowy tumult i pretekst dla hecy antysemickiej, że oto rzekomo Żydzi dopuszczają się gwałtu na Litwinach. Ciemne elementy, młodzież szkolna, chuligani dają się podniecać rosnącymi stąd pogłoskami. Pogłoski są fantastyczne. Oto umarł w szpitalu wojskowym jakiś oficer alkoholik; rozeszła się pogłoska, że był pobity przez Żydów i umarł od tego. Stąd blisko już do hasła: "Bij Żydów!".

Ciemne elementy, spekulujące na antysemityzmie, usiłują też sprowokować młodzież akademicką do akcji przeciwko Żydom. Wczoraj był alarm z tego powodu na uniwersytecie. Ukazały się jakieś ulotki, pisane ręką czerwonym ołówkiem, wzywające studentów do wyrażenia protestu przeciwko "krwawemu gwałtowi Żydów". Zwoływały na wczoraj studentów do Muzeum Wojennego, skąd miano iść do pierwszego gmachu uniwersyteckiego, gdzie w sali miała się odbyć gedulinga sueiga (schadzka żałobna). Chociaż żadna organizacja studencka nie przyznawała się do tej ulotki, jednak zawsze mogło coś zajść mimo niepoważnego początku. Gapiów zawsze i wszędzie jest dosyć. Łatwo zawsze o studentów, którzy mogli pośpieszyć na zapowiedziany wiec po prostu przez ciekawość sensacji, jak na widowisko. A gdy już jest tłum czy masa, to ktoś z organizatorów odczytuje quasi-rezolucję, kilku jego przyjaciół zakrzyczy hałaśliwie potakująco, widzowie milczą i oto "rezolucja" "młodzieży akademickiej" przyjęta. Potem tłum na ulicy, utarczki sprowokowane z policją i już jest nowy obiekt konfliktu i ruchawki.

[...]

5 marca, rok 1939, niedziela

[...] Jadzia jest wciąż w siódmym niebie z powodu mego powrotu. Jej miłość do mnie jest wciąż gorąca i naiwna, niewychodząca nigdy z tej fazy zakochania, która jest znana pod nazwą miesięcy miodowych. W jej osobie Bóg mi dał wielki i niezwykły skarb miłości. Kocha też ona niezmiernie córeczkę - naszą Kotusieńkę małą, z którą grucha wzruszająco. Doskonała jest mała nianieczka Kotusieńki. Jest to dziewczynka kilkunastoletnia, świeżutka, naiwna, prościutka, posłuszna, bardzo przywiązana do dziecka, łagodna, ale zarazem pełna inicjatywy w bawieniu dziecka, bardzo ładnie mu wciąż nucąca i śpiewająca. Jest to dziewczynka rodem spod Kiejdan (z wioski między Kiejdanami i Datnowem), która już była za niańkę w Kiejdanach i za służącą w Kownie. Pochodzi z ludu spolonizowanego, jej językiem domowym był polski i matka jej nie umie mówić inaczej jak po polsku, ale ona sama nauczyła się po litewsku w szkole i mówi po litewsku wcale dobrze. Język polski tej ludności spolonizowanej spod Kiejdan, Bobt itd. jest gwarą szkaradną, toteż Jadzia zabroniła niani przemawiać do Kotusieńki po polsku. Po polsku Kotusieńka nauczy się od nas, a od służby niech się uczy języka litewskiego, z pewnością piękniejszego od tej gwary ludowej polskiej pożal się Boże.

Jest to zupełnie tak samo, jak było ze mną w dzieciństwie. Mojej niańce moi Rodzice też byli zabronili mówić do mnie "po polsku", przez co wpierw się nauczyłem mówić po litewsku niż po polsku. Zresztą Kotusieńka jest już z krwi nawet bardziej Litwinką niż ja. Jeżeli ja jestem Litwino-Polakiem z uczuć i przywiązania do kraju i ludu krajowego, będąc całkowitym Litwinem politycznie, to w Kotusieńce element litewski jest jeszcze spotęgowany krwią po matce.

[...]

8 marca, rok 1939, środa

[...] Nie nadmieniłem wczoraj w dzienniku o przedstawieniu filmu polskiego historycznego Barbara Radziwiłłówna30 w kinie "Forum". O godzinie 3.00 miało miejsce przedstawienie pokazowe tego filmu za zaproszeniami. Potem tegoż wieczora rozpoczęto produkowanie publiczne tego filmu przy masowym napływie publiczności. Ja z Jadzią byłem na przedstawieniu pokazowym. Obecny był nawet prezydent Smetona, co stanowi gest bardzo sympatyczny na rzecz normalizacji dobrych, życzliwych stosunków sąsiedzkich między Litwą a Polską.

Nie sądziłem, żeby Smetona się zdecydował na ten gest. W naszych stosunkach pierwszy film polski w Kownie - to ewenement i wielka sensacja. W ciągu 20 lat byłoby to nie do pomyślenia. Język polski z ekranu - to u nas równałoby się prawie świętokradztwu. Na pierwszą próbę Polska wydelegowała film historyczny, dotyczący epizodu ładnego i romantycznego w historii współżycia dwojga narodów, który potrąca o uczucia sympatyczne dla Litwy. Z tego jednak, co słyszałem poprzednio, wnosiłem, że w tym filmie będzie głębiej uwydatniony rozdźwięk między Polską i Litwą na tle epizodu małżeństwa Zygmunta Augusta z Radziwiłłówną Litwinką, rozdźwięk z sympatią na rzecz Litwy. Tego momentu politycznego, który by był sympatyczny dla Litwinów, prawie że nie ma, ale film niewątpliwie jest bardzo ładny i wzruszający.

[...]

10 marca, rok 1939, piątek

Pod wieczór otrzymałem z Wilna depeszę o śmierci śp. Ludwika Abramowicza. Byłem z nim przez wiele lat bardzo ściśle i wielu względami związany. Właściwie pozostaliśmy sobie bliscy do ostatka. Był to publicysta talentu niepospolitego, pióro miał świetne i cięte. Do końca - usque ad finem - pozostał wierny tak zwanemu stanowisku krajowemu, opartemu o państwowość litewską Litwy wielkiej, jednoczącej w swym łonie ziemie Litwy etnograficznej i Rusi Litewskiej ze stolicą w Wilnie. Miał odwagę stawiać czoło nacjonalizmowi polskiemu i państwowości polskiej na ziemiach litewskich historycznych. Było mu to tym trudniejsze, że sam był osobiście Polakiem, ale był przede wszystkim wilnianinem i synem Litwy, nie Polski właściwej. Ale Ludwik Abramowicz miał temperament i odosobnienie jego stanowiska ideowego, niepopularność jego wskazań politycznych w opinii polskiej nie tylko go nie zastraszały i nie skłaniały do rezygnacji, ale raczej podniecały i rozbudzały jego opór. Szedł jak zapatrzony w gwiazdę swojej idei. Był przekorny z natury. Ale przed wojną i nawet do roku 1920 nie był tak niezłomny w swoich drogach działania i przekonania, jak w ostatnim dwudziestoleciu swego życia. Przeciwnie - dawniej przerzucał się nieraz i szedł na różne kompromisy i ugody, miewał różne załamania; prócz jednego wszakże: nigdy się nie naginał do endecji.

Poznaliśmy się z Ludwikiem w roku 1905 czy na początku 1906, kiedy zakładałem swoją "Gazetę Wileńską". Zgłosił się do mnie jako kandydat na współpracownika w redakcji. Miał dwóch braci, znanych działaczy PPS-owych: Mariana i adwokata Witolda; sam nie był PPS-owcem. Gazetę zakładałem pod hasłami krajowości litewskiej, demokracji radykalnej i stanowiska rewolucyjnego wobec państwowości zaborczej rosyjskiej, ale także odrzucenia przynależności kraju litewskiego do Polski. Ludwik był w zasadzie tych samych poglądów, może tylko bardziej umiarkowany społecznie. Ludwik okazał się dobrym dziennikarzem, był jedną z wybitnych sił w piśmie. Zwłaszcza cięte były jego felietony, które pisał pod pseudonimem Licza. Gdy resursy gazety się zachwiały i wydawnictwo zostało zawieszone, a koła sympatyków wszczęły akcję ratunkową na rzecz wznowienia wydawnictwa, Ludwik, czując może nietrwałość wznowionego i falę radykalniejszą wkraczającą do pisma, porzucił je i przerzucił się do konserwatywnego "Kuriera Litewskiego", redagowanego przez Czesława Jankowskiego i Wojciecha Baranowskiego. Uważałem to za dezercję i miałem mu to za złe. Polemizował też czasem w "Kurierze" z naszą "Gazetą Wileńską". Ale pewne stanowisko krajowe utrzymał.

Po moim powrocie do Wilna w lat kilka, w roku 1911, Ludwik Abramowicz objął redakcję tygodnika postępowego "Przegląd Wileński", założonego wtedy przez naszą grupę demokratyczną, do której i ja należałem (Bronisław Krzyżanowski, Witold Abramowicz, Zygmunt Nagrodzki, ja...). Nie miałem do Ludwika zaufania i nie bardzo rad byłem z zaangażowania go na redaktora, ale na razie współpraca szła nieźle. Wszakże po pewnym czasie Ludwik zaczął zbaczać w kierunku nacjonalizmu i zwalczać dzienniczek demokratyczno-krajowy, wydawany przez grupę białoruską Łuckiewiczów z udziałem moim, Zasztowta, Sumoroka i redagowany, dość nieudolnie zresztą, przez Mańkowskiego. Dochodziło do scysji między mną i grupą przeglądową. Wreszcie ja z Zasztowtem wycofaliśmy się z "Przeglądu". Ludwik zwąchał się w tym czasie - było to już w roku 1913 - z ruchem strzelecko-powstańczym w Polsce i zaczął w "Przeglądzie" traktować Litwę ze stanowiska państwowego polskiego. Potem przeniósł się już do Warszawy, gdzie objął redagowanie jakiegoś pisemka. Spotkałem się z nim znowu w roku 1916 w Warszawie w czasie Wielkiej Wojny, gdym był w Legionach i przez czas jakiś mieszkał w Warszawie, wycofany z Legionów. Ludwik mieszkał wtedy w Warszawie z Helą Ochenkowską, z którą się kochał. Byliśmy w dobrej komitywie. Ludwik był już w opozycji do Piłsudskiego, był jednym z działaczy austrofilskiej Ligi Państwowości Polskiej (zdaje się, że tak się to stronnictwo nazywało). Po wojnie wrócił do Wilna.

Gdy Litwini byli w Wilnie, zaczął redagować "Gazetę Krajową", która na razie zajęła stanowisko państwowe litewskie, ale rychło zaczęła ewoluować w kierunku opozycji do Litwy i tęsknot do Polski. Ludwik wziął udział czynny w założonym w Wilnie Komitecie Polskim i entuzjastycznie wraz z tym komitetem witał zajęcie Wilna przez Żeligowskiego i założenie Litwy Środkowej. Ale niebawem zaczął znów ewolucjonować do państwowości litewskiej, przekonawszy się, że skutek całej imprezy Żeligowskiego streszcza się do aneksji Wileńszczyzny do Polski. W tym czasie Ludwik zbliżył się i niebawem zaprzyjaźnił się i zsolidaryzował najzupełniej z Tadeuszem Wróblewskim, który zajmował stanowisko państwowo-litewskie bardzo kategoryczne. Przyjaźń ta trwała do śmierci Wróblewskiego w roku 1925. Koło roku 1922 Ludwik wznowił wydawnictwo "Przeglądu Wileńskiego", który wydawał i redagował osobiście do roku 1938, walcząc w nim konsekwentnie ze wszelką akcją antylitewską Polski, z zachłannością przyjezdnych elementów polskich i z przekształcaniem Wilna w prowincję kresową państwa polskiego.

Przed paru laty Ludwik został sparaliżowany. Wprawdzie odzyskał mowę i władzę ciała, ale nie doszedł do siebie całkowicie. Osłabła pamięć, pozostały defekty mowy, obniżyła się zdolność do pracy i sprężystość intelektualna. I oto umarł.

13 marca, rok 1939, poniedziałek

[...] Kotusieńka nasza dobrze się hoduje. Zmiana jest w niej wielka od czasu, gdym w styczniu wyjeżdżał do Hagi. Była ona wtedy dwumiesięczna; teraz jest czteromiesięczna. Zmiana jest nie tylko fizyczna - wyrosła bardzo, w ogóle jest bardzo długa - ale także psychiczna. Dawniej, o ile nie spała lub nie jadła lub o ile ją na ręce nie brano, krzyczała ciągle. W nocy i nad ranem, gdy się budziła, to krzyczała i płakała jednym ciągiem po kilka godzin. Teraz nie krzyczy prawie nigdy, jeżeli popłacze, to krótko, bawi się w swoim wózku lub koszyku, bryka się, rzuca rączkami, rusza się, śmieje się albo szczebiocze coś i wykrzykuje wesoło, obserwuje wszystko uważnie i cieszy się. Krzyczy tylko wtedy, gdy ją spowijają i ubierają do wywożenia na spacer, bo nie lubi unieruchomienia w paltocikach i szatkach ciężkich, w których się czuje jak mumia. Nade wszystko lubi leżeć swobodnie, najlepiej goła i móc się poruszać i brykać dowolnie. Rozkoszna bywa. Ma zresztą swoje kaprysiki i zdaje się, że będzie stanowcza i nieuległa. Zapowiada się na dziewczynę z charakterem. Ładna jest, gdy leży. Ma bardzo piękne rzęsy, brwi dobrze zaznaczone, usta ładne.

Kto wie, czy będzie ona u nas jedyna, czy tylko najstarsza z serii. Materialnie - są szanse na ciąg dalszy potomstwa, tylko Jadzia się broni jeszcze, bo nie chce zbyt rychłej ciąży. Ale choć się broni, temperament zmysłowy ma wielki. Bo też jest w kwiecie wieku.

[...]

15 marca, rok 1939, środa

Nowy wielki coup d'état. Czechosłowacja znikła z mapy Europy31. Po wrześniowym oskubaniu Czechosłowacji przez Niemcy, Polskę i Węgry, Słowacja i Ruś Podkarpacka wyemancypowały się w łonie pozostałej Czechosłowacji w kraje autonomiczne, a nawet na poły państwowe, przyczepione rodzajem unii do Czechosłowacji. W ostatnich czasach Słowacja, działając w porozumieniu z Niemcami, zaczęła coraz kategoryczniej ewolucjonować w kierunku niepodległości i gotować się do odpadnięcia od Czechosłowacji. Rząd centralny praski spostrzegł się i spróbował zareagować. Zarządzeniami arbitralnymi prezydenta Hachy32 część ministrów słowackich z premierem separatystą Tiso33 została usunięta, utworzony nowy lojalniejszy rząd słowacki. Ale Tiso drapnął do Berlina, odwołał się do Hitlera i stamtąd wysłał rozkaz rządowi słowackiemu zwołania na jeden z dni obecnie ubiegłych sejmu słowackiego, o którym wiedziano, że zamierza obwołać niepodległość Słowacji. Sejm został zwołany i niepodległość Słowacji proklamowana. A już poprzednio Niemcy miejscowi w Czechach zachowaniem się prowokacyjnym wywołali cały szereg zajść i odruchów Czechów w stosunku do Niemców, co znowuż w Niemczech wywołało nową kampanię prasową antyczeską.

Wszystko szło jak z nut. Praga, osaczona przez akcję niemiecką, zaskoczona proklamowaną niepodległością Słowacji, czując atak kampanii niemieckiej, którego odeprzeć nie zdołała, zdobyła się na akt rozpaczy czy zdrady. Prezydent Hácha z ministrem spraw zagranicznych Chvalkovskim34 udali się do Berlina, dokąd przyjechali w nocy, zostali przyjęci natychmiast przez Hitlera w obecności ministra spraw zagranicznych Rzeszy von Ribbentropa i na tej "naradzie" podpisali akt, którego mocą oddali Czechy do dyspozycji Hitlera, składając w jego ręce losy narodu czeskiego. Dokonany został nowy Anschluss - tym razem Czech. Wojska niemieckie wkroczyły natychmiast do Czech i Moraw, zajęły je, Hitler osobiście udał się do Pragi.

Czechy weszły w skład Rzeszy Niemieckiej, Słowacja jest niby niepodległa, stanowiąc oczywiście państwo operetkowe, igraszkę w ręku niemieckim, Ruś Podkarpacką zajmują wojska węgierskie. Wrażenie oszałamiające. Przychodzi kolej chyba już na Węgry. Przyjdzie i na innych. Imperium Niemieckie w Europie Środkowej rozrasta się. Czesi zachowali się w całej historii ich upadku w sposób godny pogardy. Inne narody, nie mając państwowości i wojska, walczyły, bywało, i robiły powstania. Czechosłowacja była państwem dobrze zorganizowanym, kwitnącym, miała technicznie mocną armię, ale czoła nie stawiała agresji i dała się rozebrać, zlikwidować bez oporu. Rzadki przykład w historii. Gdzie była armia czeska, gdzie Sokoli czescy, gdzie ten naród, który rozkładał Austrię, a gdy ją rozłożył i zdobył niepodległość, nie umiał i nie próbował jej utrzymać. Ale jeżeli nawet pogardzać można Czechami, to cieszyć się z tego ich losu niepodobna. Bo Niemcy konsekwentnie rozwijać będą swą potęgę dalej. Cała Europa Wschodnia i Środkowa jest pod ich sugestią, zahipnotyzowana. [...]

17 marca, rok 1939, piątek

[...] Przechodzę teraz do alarmów wczorajszych, które zresztą dotąd nie są jeszcze zupełnie wyeliminowane. Przeżywamy w tych dniach rocznicę zeszłorocznego bolesnego dla Litwy ultimatum marcowego polskiego, zakończonego kapitulacją Litwy w przedmiocie nawiązania stosunków z Polską. Samo przez się ani to nawiązanie stosunków, ani konsekwencje tegoż nie są dla Litwy ujemne, przeciwnie - raczej są dodatnie, ale upokorzenie doznane co do formy tego podyktowanego nawiązania jest zawsze we wspomnieniach przykre. Moim zdaniem, normalizacja stosunków z Polską jest w obecnych warunkach rosnącej dyktatury Niemiec w Europie Środkowo-Wschodniej wprost błogosławiona, bo gdyby jej nie było, Litwa byłaby dziś bądź na łasce Niemiec, bądź pogwałcona przez Polskę, co i jedno, i drugie byłoby fatalne, podczas gdy teraz może ona lawirować między Niemcami a Polską i może nawet wygrywać Polskę przeciwko dyktaturze Niemiec, gdyż korytarz pomorski polski kryje Litwę i sprawia, że jej pochłonięcie przez Niemcy zależy nie od bezpośredniego stosunku sił między nią i Niemcami, lecz od ewentualnego zdławienia Polski przez Niemcy, a to jest jeszcze rzeczą dalszą i trudniejszą. Może wykluczoną nawet, bo jeszcze dużo może zajść wypadków i dużo się zmienić wreszcie na niekorzyść Niemiec, nim rzeczy w ich rozwoju logicznym dojdą do obrachunku niemiecko-polskiego, który - gdyby został przez Niemcy wygrany - stanowiłby bodaj katastrofę dla Litwy.

Ale nie o to chodzi. Stosunki z Polską zaczynają się powoli układać na ogół nieźle. Jest co prawda dużo jeszcze ze strony litewskiej uprzedzeń, jest nieufność, są niechęci, są bolączki wileńskie różne. Ale po trochu idzie ku lepszemu i coś się wciąż ku dobremu robi i postępuje. Są jednak elementy, którym to jest solą w oku. Przede wszystkim - elementy niemieckie, także elementy jaskrawo i skrajnie voldemarasowskie w społeczeństwie litewskim, których zaczyn jest żywy wśród młodzieży akademickiej, zwłaszcza odkąd były usiłowania utrwalenia bloku voldemarasowców ("aktywistów") i chrześcijańskich demokratów oraz ludowców. Inne też elementy niewyraźne, antypolskie zaciekłe, wychowane na nienawiści do Polski przez lat dwadzieścia, sekundują tymże voldemarasowcom i Niemcom w wytwarzaniu fermentu polonofobskiego. Różni epigoni rozwiązanego Związku Wyzwolenia Wilna, także pewne koła šaulysów, sporo urzędników, inteligentów - hołdują jeszcze ślepej niechęci i nieufności do wszystkiego, co choć cokolwiek tchnie polskością, uważając to wszystko za hańbę i wstyd zaśmiecające Litwę. Te elementy i te ich nastroje, skądinąd (choć nie u wszystkich) nawet czyste i nie zawsze czy nie wyłącznie spekulacyjne, idą na rękę Niemcom i służą im za młyn na ich wodę. I oto zbiegły się akurat dwa momenty - rocznica bolesnej kapitulacji Litwy wobec ultimatum polskiego i groźna likwidacja Czechosłowacji, która jak memento mori zawisła nad wszystkimi krajami Europy Środkowej i Wschodniej, napełniając serca niepokojem i grozą wobec tragicznych wypadków dalszych. Nikt nie wie, gdzie z kolei Niemcy swoją intrygą agresji uderzyć zechcą i kto jest z brzegu na Anschluss niemiecki.

Małe państwa i ich rządy są w tej pierwszej chwili natchnięte jedyną elementarną mądrością słabych: siedzieć na razie cicho jak mysz pod miotłą, zwracać na siebie jak najmniej uwagi, nie drażnić, broń Boże, nikogo (Litwie zaś - zwłaszcza Niemiec i Polski), starać się, aby ich nie spostrzeżono, a raczej zapomniano na razie. Nie jest to dla nich pora do obrachunków, do obrażania się i do wszczynania reklamacji i pretensji jakichkolwiek. Tymczasem elementy niemieckie - może nawet nie czynniki państwa niemieckiego, ale wprost czynniki niemieckie społeczne miejscowe i kłajpedzkie na własną rękę - chciałyby właśnie prowokować jakieś zajścia i fermenty, bo dla nich dobry jest wszelki zamęt, z którego ryby będzie łapać polityka niemiecka na rzecz nowych Anschlussów. Chcą fermentu antypolskiego te wszystkie czynniki tchnące nienawiścią do Polski, a również te litewskie, które chciałyby przeciwko własnemu rządowi mieć swojego Führera choćby z ramienia Niemców.

18 marca, rok 1939, sobota

Dziś była jedna z wielkich i osobliwych nowin dla Jadzi. Dotąd, jako żona moja, zakosztowała ona ledwo pierwszych nieśmiałych kroków lansowania w wielki świat towarzyski. Oprócz ukazywania się ze mną publicznie w kawiarniach i na paru uroczystościach publicznych, jak otwarcie wystawy obrazów, obchód szwedzkiego święta Łucji w Karinink? Ramov?, wreszcie, co już było znacznym krokiem naprzód, na pokazie filmu propagandowego w poselstwie sowieckim, połączonym z przekąską a la fourchette wśród zebranych gości, Jadziuńka moja wchodziła w kontakt towarzyski z ludźmi sfer inteligenckich litewskich li tylko w kilku obiadkach proszonych u nas i na chrzcinach Kotusieńki. Ale nigdy dotąd nie była ona ze mną nigdzie w gościnie na zaproszeniu formalnym.

I oto dziś zdarzyło się to jej po raz pierwszy - na śniadaniu proszonym u posła francuskiego pana Dulonga. Było tam zaproszone grono profesorów Wydziału Humanistycznego w związku z tworzonym na tym wydziale Instytutem Francuskim. Zaproszony byłem też ja "z żoną" jako rektor. Ponieważ Jadzia poznała już panią Dulong na otwarciu wystawy obrazów w jesieni i ponieważ pani Dulong zawsze przy spotkaniu dopytuje się mnie o Jadzię i o córeczkę naszą, postanowiłem przyjąć zaproszenie z Jadzią. Była to dla Jadzi nowinka bardzo ciekawa i nawet sensacyjna. Ciekawa była widzieć, jak wygląda takie przyjęcie "u innych", jak się ubierają panie, jak i co się podaje do stołu itd. Gości proszonych zebrało się kilkunastu: ja z Jadzią, dziekan wydziału Michał Biržiška z żoną, prof. Prioult35 z żoną, prof. Jonynas, prof. Mykolaitis-Putinas, prof. Karsawin36 z żoną, członkowie poselstwa francuskiego, lektor francuski z Instytutu Pedagogicznego czy Komercyjnego w Kłajpedzie...

Jadzia po francusku nie mówi ani słowa, na ogół też jest w towarzystwie bardzo milcząca, bo jest nieśmiała i dzika, ale za to lubi i umie obserwować. Zresztą otoczono ją tam sympatią i względami, bo to małżeństwo nasze i dzieciątko, które mamy w moim późnym wieku, budzi pewne zaciekawienie i przyjazne nastawienie. Usiłowano rozmawiać z Jadzią półsłówkami litewskimi, pani Dulong i pani Prioult były dla niej bardzo miłe, rozmawiały z nią też i pani Biržiškowa, i pani Karsawinowa, jedna po litewsku, druga po rosyjsku. Stosunek się nawiązał miły, a przy śniadaniu Jadzia, jako żona rektora, a więc pierwszego z gości, zajmowała najszczytniejsze miejsce. Zabawiła się doskonale obserwacją jak w teatrze i zjadła oraz wypiła smacznie. Lubi ona obserwowanie, z którego czerpie potem materiał do marzeń, w których przeżywa i przetrawia powtórnie to, co zaobserwowała. Bo Jadziuńka moja, samotniczka z natury, rozmiłowana jest w marzeniu i głębokim przeżywaniu wrażeń doznanych, które przeżywa w reminiscencjach.

19 marca, rok 1939, niedziela

[...] Zdaje się, że przebrnęliśmy w uniwersytecie szczęśliwie dni rocznicy ultimatum polskiego z marca roku 1938. We czwartek i potem w piątek były rozrzucane wśród studentów na uniwersytecie odezwy anonimowe protestujące przeciwko filmom polskim w Kownie (czymże, ciekaw jestem, zwłaszcza w obecnych czasach, są lepsze filmy niemieckie? Protestuje się bowiem przeciwko publicznemu produkowaniu się w Kownie mowy polskiej, a mowa niemiecka?). Odezwy atakują rząd, który doprowadził do kapitulacji wobec Polski, gorszą się orłem polskim, manifestowanym w tych filmach, którego się nazywa obraźliwie kurą polską, chłoszczą rozpanoszoną arystokrację i burżuazję litewską, która uczęszcza na te filmy, niepomne na wstyd narodu, przejaskrawiają rzekomą zachłanność polską, zapominając, że Litwa dziś nie ma innej drogi, jak wygrywać Polskę przeciwko Niemcom, inaczej bowiem będzie przez Niemcy pochłonięta. Słowem - jeżdżą na koniku zadawnionych uprzedzeń do Polski i wzywają studentów do wiecu protestacyjnego. Odezwy te były anonimowe, podpisane "J?s? sąžin?s balsas" ("Głos sumienia waszego").

Żadna z poważnych organizacji akademickich litewskich nie przyznawała się do tych odezw, żadne czynniki odpowiedzialne młodzieży nie popierają tej nagonki i ruchawki. Ateitininki i varpininki w ogóle są za kontaktem z Polską, narodowcy firmowi są zbyt związani z rządem, aby się decydowali na tę akcję, pozostają tak zwani aktywiści voldemarasowcy, a może wprost czynniki prowokacji niemieckiej, którym chodzi o zamęt w Litwie. Czynniki rządowe były bardzo zaniepokojone tymi odezwami i nawoływaniem do ruchawki, bo chwila jest tak poważna po Anschlussie Czechosłowacji i w konsternacji, jaka zapanowała w Europie na skutek ciągłych i gwałtownych postępów agresji niemieckiej, że to już nie przelewki. Małe państwa, a w szczególności Litwa, mogą dziś mieć jedną tylko mądrość - siedzieć cichutko jak mysz pod miotłą, nie zwracać na siebie uwagi, wystrzegać się wszelkich wyskoków, nie drażnić nikogo i wyczekać, co nastąpi dalej. Wcześniej czy później musi wreszcie nastąpić chyba reakcja i bodajże się nawet gotuje w demokratycznych krajach Zachodu i w zaniepokojonych już nie na żarty państwach bałkańskich, Polsce i Sowietach.

Ale tymczasem pierwsza mądrość nasza - siedzieć do czasu cicho a orientować się trzeźwo i uważnie. Policja twierdzi, że odezwy, które były rozrzucane wśród studentów, pochodzą z Kłajpedy i tam były drukowane. Gotów jestem też przypuszczać, że to prowokacja niemiecko-kłajpedzka. Charakterystyczne, że tu szerzono pogłoski, iż się rozpoczęły jakieś zajścia w Kłajpedzie, zaś w Kłajpedzie szerzono pogłoski o rozruchach w Kownie. Jest w tym ręka niemiecka - to pewne. Metoda znana.

20 marca, rok 1939, poniedziałek

W ubiegły czwartek nastrój w naszych kołach zwierzchności akademickiej był dosyć nerwowy. Przez czynniki nieodpowiedzialne i anonimowe zapowiedziany był przez odezwy jakiś wiec studencki, mający w sobie cały splot elementów nieładu: i demonstracja przeciw rządowi, i protest przeciwko filmom polskim, i w ogóle agitacja antypolska, i potępienie inteligencji oraz burżuazji litewskiej za jej nieodporność na wpływy polskie. Słowem - wszystko na Polskę, a na Niemcy nic! I to właśnie w chwili, kiedy agresja Niemiec, wyrażona w zaborze Czech i Słowacji, dobiegła zenitu i kiedy sama Litwa doświadcza jej jaskrawie na Kłajpedzie, która już tylko nominalnie pozostaje w kadrach państwowości litewskiej, będąc już właściwie zupełną ekspozyturą Niemiec, związaną tylko quasi-unią z Litwą, ale wcale nie będącą już prowincją autonomiczną państwa litewskiego, kiedy Polska jest jedyną najbliższą ostoją oporu przeciwko postępom dalszym tej agresji i czynnikiem nowego, zdającego się przecież wreszcie organizować bloku rezystencji. Niebezpieczne są nie te czynniki wichrzenia same przez się, jeno elementy bierne gapiów w społeczeństwie akademicko-studenckim, które mogą zawsze posłużyć za masę dla tych wichrzeń, za materiał, pozorujący siłę popularną tych zaburzeń nieodpowiedzialnych czy prowokacyjnych.

Wiec, zapowiedziany w odezwach, nie odbył się; nie doszło nawet do prób żadnych w godzinach zapowiedzianych. Ale była obawa, że tegoż dnia we czwartek wieczorem mogą zajść jakieś ekscesy z okazji innego skupienia, zwołanego dla innej zgoła akcji. Miał bowiem wieczorem miejsce wieczór literacki, zarządzony przez jedno ze stowarzyszeń studenckich kierunku "Varpasa" (ludowców). Varpasowcy są środowiskiem niemającym nic wspólnego z tymi wichrzeniami antypolskimi, inspirowanymi przez germanofilów i Niemców, ale wieczór sam przez się wytwarza skupienie, stanowiące zawsze tło pożądane dla wszelkich wyskoków warcholskich. Akurat w tym czasie odbywało się posiedzenie senatu akademickiego. Przychodziły wieści o wielkim napływie studentów na ten wieczór literacki; telefonowano z Ministerium Spraw Wewnętrznych i Ministerium Spraw Zagranicznych. Prorektora do spraw studenckich Blažysa, przeciwko któremu zwrócona jest niechęć studentów, w takich razach używać do przeciwdziałania ekscesom nie możemy, bo samo jego ukazanie się wobec zgromadzenia studenckiego może jeno drażnić studentów. Wydelegowaliśmy prorektora Jodel?, który udał się niezwłocznie na ten wieczór literacki.

Niebawem jednak wpadł do uniwersytetu poszukujący mnie urzędnik dyżurny Ministerstwa Spraw Zagranicznych Staneika, aby przestrzec przed niebezpieczeństwem ekscesów zgromadzonego na tym wieczorze tłumu studentów, które rząd uważa za niedopuszczalne i w obecnych warunkach fatalne, a prowokowane przez czynniki niemiecko-kłajpedzkie. Sam pośpieszyłem do pierwszego gmachu, gdzie się odbywał wieczór. Skończyło się jednak, dzięki Bogu, tylko na strachu. Żadnych zajść ani ekscesów nie było.

21 marca, rok 1939, wtorek

Haniebny dzień. Dzień wstydu. Są wieści, że Litwa oddaje Niemcom Kłajpedę. Minister spraw zagranicznych litewski Urbšys, który jeździł do Rzymu na koronację papieską Piusa XII, w drodze powrotnej zatrzymał się w Berlinie i był przyjęty przez ministra spraw zagranicznych Rzeszy Ribbentropa. Urbšys już od dawna starał się o to, aby mógł się udać do Berlina i układać z Niemcami o losy Kłajpedy. Zdawało się, że chodzi o porozumienie się co do interpretacji statutu autonomicznego Kłajpedy, którego wykonywanie od listopada roku 1938 weszło w stadium samowoli zupełnej czynników niemieckich w Kłajpedzie, kierowanych przez Führera lokalnego Neumanna, faktycznie podporządkowanego władzom Rzeszy, przy zupełnej bierności władz litewskich, dotkniętych jakby paraliżem. Wniosek o podróży Urbšysa, zgłoszony Niemcom jeszcze przed kilku miesiącami, był przez Berlin ignorowany. Berlin czekał na chwilę stosowną, kiedy wprost podyktuje rządowi litewskiemu swą wolę. Po aneksji Czech i Słowacji Berlin uznał oczywiście chwilę za stosowną. Urbšys przywiózł podobno ultimatum z Berlina. Ultimatum żąda podobno ni mniej, ni więcej, jak ustąpienia Kłajpedy Niemcom.

Szczegółów dokładnych nie wiem. Co do szczegółów pogłoski się różnią, ale wieść, że się na coś w najbliższych dniach zanosi i że to "coś" dotyczy właśnie oddania Kłajpedy, i że to jest w bezpośrednim związku z wizytą Urbšysa u Ribbentropa, jest bodaj pewna. Ludzie, zbliżeni bezpośrednio do szczytów rządu i do Ministerium Spraw Zagranicznych (raczej nawet do ministra samego), zaznaczają, że to nie pogłoski, lecz wieści prawdziwe. Rada Ministrów obraduje. Że się nie zdobędzie na nic innego, jak na ustępstwo wobec dyktowanych przez Niemcy żądań - to pewne. Rząd, który cały czas szedł wobec Kłajpedy drogą bezwładu, na nic innego się nie zdobędzie. A zresztą, najtrudniejsze jest pierwsze upokorzenie.

Gdy ktoś raz ścierpiał jedno upokorzenie (rok zeszły - ultimatum polskie), to już drugi raz ścierpi je jeszcze łatwiej, a z czasem tak przywyknie do upokorzeń, że będzie je znosił jako rzecz zwyczajną i konieczną. Nie przyjdzie mu nawet na myśl, że mógłby się opierać. Ale rok temu - upokorzenie było głupstwem wobec tego, czym jest ono obecnie. Tam chodziło o proste nawiązanie stosunków dyplomatycznych, o rzecz zwykłą i normalną; przykra i bolesna była forma, było też bolesne zadraśnięcie dumy, raczej uporu, tradycyjnie utrzymywanego przez lat 18, nałogu, którego złamanie było dotkliwe uczuciowo, ale tu - chodzi o terytorium państwowe, o honor państwa niepodległego, o nietykalność granic złamaną za zgodą własną, o port jedyny wreszcie, a więc o coś więcej nawet niż skrawek ziemi zaludniony przez mieszkańców, psychicznie obcych i podmiotowo od państwa już oderwanych - chodzi o niezawisłość gospodarczą...

Wszakże ze wszystkiego najstraszniejsza jest ta psychologia defetyzmu, która jak rak toczyć zaczyna państwo i toczy dziś już nie jedną Litwę, lecz jeden kraj po drugim, począwszy od Austrii i przez Czechosłowację (Czechy, potem Słowację) dziś Litwę. Jakaś niesłychana w dziejach psychoza defetyzmu słabych i zdobywczości Niemiec bez krwi rozlewu, bez oporu! I te wizyty ofiar do paszczy zaborcy: Schuschnigg, Hácha i Chvalkovský, Urbšys... Fe!

Wszędzie dziś nastrój przygnębiony, cisza żałoby i katastrofy. Na uniwersytecie studentów pełno, audytoria przepełnione. Ludzie instynktownie szukają się i garną do kupy, nikt nie może znieść samotności, zwłaszcza wrażliwa młodzież. Biedna młodzież, kochająca swój kraj, patriotyczna, marząca o wielkości Litwy, karmiona przez szereg lat frazesami o odzyskaniu Wilna, frazesami tych, którzy bez odzyskania Wilna oddają Kłajpedę. Oszukana przez tych, którzy się podawali za stróżów patriotyzmu.

Miałem wykład prawa konstytucyjnego litewskiego. I wypadło mi mówić właśnie o odzyskaniu Kłajpedy w roku 1923 i o tym, że Litwini wzięli w ręce inicjatywę rozstrzygnięcia sprawy kłajpedzkiej, oplątanej siecią intryg freistadtowych, podkreślałem z siłą, że inicjatywa i nastawienie czynne w działaniu politycznym potęgują zawsze siłę i że nawet porażka aktywistyczna jest mniej straszna niż porażka bierna, która nie tylko powoduje stratę przedmiotową, ale też jednocześnie demoralizuje, podczas gdy porażka w walce czynnej bądź co bądź ocala moc moralną i daje hart na przyszłość. Audytorium odpowiedziało oklaskami. Zrozumieliśmy się.

22 marca, rok 1939, środa

Stało się. Nie było już wątpliwości wczoraj. Wyczuwało się i wiedziano, że odpowiedź rządu naszego na ultimatum niemieckie nie będzie inna, jak: ustąpić, zgodzić się na żądania niemieckie. Kłajpeda oddana Niemcom37. Cała rezystencja rządu streściła się i wyczerpała w tym, że obradował on wczoraj w ciągu pięciu godzin, zanim powziął decyzję: kapitulować i oddać Kłajpedę, skoro Niemcy jej zażądali. Przed rokiem, gdy chodziło o ultimatum polskie, wahano się dłużej i był nastrój nerwowy wyczekiwania. Były wahania istotne i głębokie. A przecież wtedy chodziło tylko o rzecz merytorycznie bardzo niewielką - o nawiązanie stosunków dyplomatycznych. Nie było żądania ustępstw terytorialnych. Ale była to pierwsza kapitulacja, która jest psychologicznie zawsze trudniejsza. Wczoraj, choć już chodziło o oddanie kawału terytorium, o stratę jedynego portu morskiego i wybrzeża, a więc o rzecz bez porównania większą, nikt nie wątpił, że rząd skapituluje i odda wszystko, czego zażądano. Było już nie wyczekiwanie tej lub innej decyzji, lecz przygnębienie i świadomość katastrofy. Rząd defetystyczny, oswojony z ciosami i kapitulacjami, do żadnych innych decyzji nie jest zdatny.

W roku 1920, gdy Polacy zajęli Wilno, broniono się, choć Litwa była bardziej samotna, przez nikogo nie uznana, nie miała prawie wojska ani środków technicznych dla stawienia oporu. Ochotnicy szli oberwani i bosi albo w kłumpiach38. Nie było nadziei na zwycięstwo? Tak, nie było, ale pokonanie w walce nie demoralizuje, podczas gdy kapitulacja jest początkiem rozkładu. Daje ona wstyd, podczas gdy pokonanie w walce daje aureolę bohaterstwa i wielkość nieszczęścia. Zwyciężeni są tylko ci, którzy się sami poddają. Kapitulacja obecna jest Sedanem litewskim. Czy Litwa się zdoła dźwignąć po tym Sedanie, jak się dźwignęła Francja39?! Niestety, nie wierzę w to. Rząd hańby narodowej trwa. W roku zeszłym, po pierwszej kapitulacji, tak bardzo małej zresztą, czuł się jeszcze w obowiązku usprawiedliwienia się przed społeczeństwem, zwołał szerokie zebranie inteligencji, na którym ministrowie "informowali" i tłumaczyli się. Czy uczynią to teraz? Wątpię.

Nie jestem nawet pewny, czy "zrekonstruują" skład personalny rządu, co zresztą nie na wiele by się zdało, bo te "rekonstrukcje" zmieniają tylko osoby figurantów, ale zawsze tylko w zakresie "swoich" ludzi. I po co to "informowanie", "tłumaczenie się", "rekonstrukcje"? Wszak wszystko tak być "musiało", albowiem... "nie było innego wyjścia". Ale to samo może się stać niebawem z niepodległością, gdyż też "nie będzie innego wyjścia", jak to już uczynił prezydent czechosłowacki pan Hácha. Jedyne, co ci ludzie, zwani rządem, umieją jeszcze, to kneblować usta swoim. Natomiast obcym - tylko się poddawać. Podłość. Wojska niemieckie wkraczają już dziś do Kraju Kłajpedzkiego, a jutro ma odwiedzić odzyskaną Kłajpedę sam Hitler. Dla jakichś układów co do szczegółów przekazania Kłajpedy Niemcom, jak również co do ulg dla Litwy w korzystaniu z portu w Kłajpedzie i innych różnych zastrzeżeń nowego stosunku, wyjechała dziś do Berlina delegacja litewska w osobach ministra spraw zagranicznych Urbšysa i wiernych doradców Tadeusza Pietkiewicza i Dominika Kriwickiego. "Układ"? Podyktują go Niemcy, taki, jaki zechcą. Tych "układów" należy się bać bodaj więcej niż samej kapitulacji, bo Niemcy postarają się wpleść do układu takie elementy stosunku, do których będą się mogli potem przyczepić na rzecz dalszej kapitulacji aż do skutku. Te układy - to pęta prowadzące do zniewolenia. Litwa weszła na drogę dekadencji.

Czuję się pełny bólu i wstydu. Taki jest zresztą nastrój ogólny. Nie ma nawet odruchów. Paraliż psychiczny ogarnął wszystkich. Chciałoby się wielkiego protestu, krzyku, gwałtu, walki tragicznej i wielkiej. Zapanowuje zgnilizna.

Na uniwersytecie pustki i cisza. Młodzież skonsternowana. Nie miałem siły wykładać. Odwołałem mój wykład. [...]

23 marca, rok 1939, czwartek

Ogłoszono przez radio "układ", podpisany z Niemcami w Berlinie wczoraj wieczorem. "Układ" poddania Kłajpedy. Delegacja litewska z Urbšysem na czele (Pietkiewicz, Kriwicki), która wczoraj wyleciała aeroplanem z Kowna do Berlina, stanęła oczywiście wobec faktu gotowego tekstu "układu", podyktowanego przez Niemców do podpisu. Nazywało się to szumnie delegacją do "rokowań". Rokowania między dyktatorem a kapitulantem - to humbug, potrzebny dla zamydlenia oczu biednego tłumu baranów rządzonych. Rząd bowiem, kapitulujący wobec obcych, chce wobec własnych rządzonych uchodzić jeszcze za powagę, mogącą coś przez "rokowania" uzyskać dla kraju. Łaskę niemiecką chce przedstawić jako owoc swych zabiegów i "rokowań". Tak samo postępowali targowiczanie i wszyscy zdrajcy. Być może są to ludzie nieszczęśliwi, ale już tylko bankruci. Usiłują jednak ratować pozory dla siebie, aby się tylko utrzymać - i po co: chyba tylko po to, aby ponowić kapitulacje aż do ostatecznego skutku, którym będzie śmierć Litwy, jeżeli się coś nie zmieni bez ich udziału. Oni są dziś już tylko czynnikiem gangreny. Czepiają się jednak kurczowo władzy i kłamią. Nic im innego nie pozostaje.

"Układ" dał to, co dać zechciała łaska niemiecka. Dała więc zonę wolną Litwie w porcie kłajpedzkim dla potrzeb eksportu i importu litewskiego jako sui generis dzierżawę czy serwitut na lat 99, opłacony z góry przez dokonane poprzednio przez Litwę inwestycje w porcie. Jest też obietnica jakichś ułatwień tranzytu do wolnej zony. Te "ulgi" i "zyski" równoważą się naturalnie przez faktyczne uzależnienie się gospodarcze Litwy od Niemiec. Litwa wchodzi siłą rzeczy w kieszeń niemiecką. Ale jest naturalnie w tym "układzie" gadzina złośliwa w postaci zobowiązania wzajemnego o "nieagresji", zaopatrzona zastrzeżeniem o niewdawanie się w żadne z nikim konszachty, skierowane przeciwko kontrahentowi układu. Dla Litwy nic to oczywiście nie gwarantuje, natomiast Niemcom gwarantuje to kontrolowanie stosunków Litwy z innymi państwami. Jest to przepis bardzo niebezpieczny. Ale co tam gadać o tym wszystkim. Co Niemcy chciały - to dały i wzięły; podyktowały i basta.

Odruchów dotąd nie ma żadnych. Jest tylko przygnębienie i rozpacz. I jest świadomość winy rządu. Słychać, że podczas obrad w Radzie Ministrów nad ultimatum niemieckim we wtorek były jednak sceny burzliwe i nawet gwałtowne. Minister spraw wewnętrznych Sylwester Leonas oponował gwałtownie przeciwko kapitulacji; doszło pono do namiętnego starcia między nim i szefem sztabu Raštikisem, kapitulantem; podobno Leonas wyjął nawet rewolwer. W sejmie też były pono sceny burzliwe i mowy gwałtowne; podobno niektórzy mówcy lżyli nawet Smetonę, zresztą nieobecnego. Ale co z tego! Rząd trwa. [...]

24 marca, rok 1939, piątek

Życie płynie swoim porządkiem. W nieszczęsnym tygodniu utraty Kłajpedy odbywają się przedstawienia, opery, koncerty, kabarety i dancingi po restauracjach, zebrania różne. Co prawda, niektóre zebrania czy uroczystości są odwołane. Ale życie płynie i zalewa świeżą ranę. To jest może najboleśniejsze. Ludzie się oswajają z doznanym ciosem i przystosowują się do upokorzenia. Rząd hańby narodowej usiłuje się zrehabilitować w opinii. Z jednej strony, stara się rozdmuchać i uwydatnić korzyści "osiągnięte" z "układu" berlińskiego w postaci wolnej zony w porcie kłajpedzkim i dzierżawy urządzeń portowych dla potrzeb handlu litewskiego. Te "zdobycze" po stracie terytorium odstąpionego są przecież nie zasługą rządu, jeno łaską niemiecką, która, jak wszelka łaska pogromcy, obliczona jest na jego interes własny, który w tym wypadku polega na skutecznym uzależnieniu od Niemiec całego życia gospodarczego litewskiego. Te "wolne zony", "dzierżawy", "tranzyty" i "ulgi" - to nowa forma uzależnienia Litwy od Niemiec. Odebranie Kłajpedy - to oddanie całej Litwy w stosunek wasalny do Niemiec.

Osobiście wątpię, aby Litwa, o ile się nic nie zmieni, była odtąd państwem niepodległym. Druga droga rewanżu bankruta-rządu - to podniesienie nowego gwałtu "patriotycznego". Gdy chodzi o oddanie wybrzeża morskiego, portu, części terytorium państwowego - to się oddaje, a potem woła się o obronę Niepodległości, zarządza się wielkie patriotyczne zbiórki na zbrojenia, na wojsko, wydaje się odezwy histeryczne, podpisane przez Raštikisa, który pierwszy pono gardłował w Radzie Ministrów za oddaniem Kłajpedy. Obłudne to i brudne. Nie ma w tym wzniosłości patriotycznej poza frazesem, który jest w rażącej sprzeczności z czynami. Naturalnie, że urzędnicy i wszystko to, co jest zależne, będzie dawało na te zbiórki, ale co to warte. W chwili krytycznej odda się wszystko. Gangrena jest zastraszająca. [...]

Ze wszystkich bliskich mi ludzi, z którymi się stykam, jeden tylko Janulaitis zapatruje się pogodnie i nawet optymistycznie (sic!) na oddanie Kłajpedy Niemcom. Co do samej Kłajpedy, to liczy on na to, że wcześniej czy później będzie nowa wielka wojna, po której Niemcy zostaną rozparcelowane radykalnie, a wtedy rozparcelowane zostaną także Prusy Wschodnie i Kłajpeda wróci do Litwy. Zaś tymczasem, zdaniem Janulaitisa, zaostrzy się antagonizm litewsko-polski, odpadnie niebezpieczeństwo rozpanoszenia się w Litwie wpływów polskich i z pomocą Niemiec aktualniejsza się stanie sprawa odzyskania Wilna.

Janulaitis jest niepoprawnym germanofilem i w sercu jest on rzecznikiem oparcia się o Niemcy przeciwko Polsce. Boję się, żeby uzależnienie się Litwy od Niemiec nie rozwinęło istotnie tych tendencji, które są drogie dla Janulaitisa, a w moim przekonaniu zgubne dla Litwy. Niemcy o Wilno kopii kruszyć nie będą, zdradzą Litwę, jak zdradziły Prusy w latach 1791-92 i raczej podzielą się szczątkami Litwy lub ją zabiorą same, niż Wilno dla niej zdobędą, albo... Litwa skojarzy się z Niemcami i wraz z nimi zostanie w nowej wielkiej wojnie złamana i ani Kłajpedy nie odzyska, ani Wilna nie zdobędzie, ani swej szczątkowej Niepodległości nie ocali. Są to kombinacje spekulacji ślepej, zaprawionej namiętnością, ale nie mądrością. Natomiast rujnuje się w narodzie ducha bohaterskiego wolności.

25 marca, rok 1939, sobota

[...] Ciekawe też, że ultimatum niemieckie, które Ribbentrop zakomunikował Urbšysowi w Berlinie, nie istnieje na piśmie. Nie było żadnej noty niemieckiej do Litwy na piśmie. I prasa berlińska gorszy się teraz i z oburzeniem pisze o mowie jednego z mężów stanu w Izbie Gmin angielskiej, który mówił o ultimatum niemieckim i o wymuszeniu na Litwie oddania Kłajpedy, albowiem... wszakże to Litwa sama dobrowolnie zwróciła Niemcom Kłajpedę, nie będąc w stanie jej utrzymać. Taka jest wersja niemiecka. Zabierają i twierdzą, że ofiara sama im prezenty robi. Mądra polityka zaborcy. W każdym razie, mędrsza od tego, który jest ograbiony.

Poseł niemiecki w Kownie pan Zechlin40 przez całą noc z wtorku na środę męczył Urbšysa, aby w redakcji oświadczenia rządowego o ustępstwie Kłajpedy nie było żadnej wzmianki, mogącej dać pozór twierdzenia o ultimatum niemieckim. Broń Boże! Niemcy i agresja - to przecież dwie antytezy! Niemcy biorą tylko to, co im się proponuje "dobrowolnie": Seyss-Inquart, Hácha, Urbšys (w pięknej kompanii biedny Urbšys się znalazł) - wszak sami dobrowolnie ofiarowali Niemcom Austrię, Czechy, Kłajpedę. Prawda, jest jeszcze w tym gronie Tiso ze Słowacją. Jagniątko niemieckie tylko przyjmuje wdzięcznie to, co mu ofiarowują i tuczy się niewinnie. [...]

27 marca, rok 1939, poniedziałek

[...] W Polsce wciąż trwa wielkie poruszenie i nastrój zbrojenia się i ofiar na wojsko z częściową mobilizacją pod pretekstem wyszkolenia i ćwiczeń. Opinia publiczna w Polsce bardzo niespokojna. Polska się spostrzega, że Niemcy prowadzą z obydwóch stron ruch osaczający Polskę, z południa przez Słowację, Węgry i Rumunię i z północy przez Litwę. Polska czuje, że przyjdzie kolej i na nią i że przejście Niemiec od polityki zjednoczenia narodowego (Austria, Sudety) do polityki imperializmu (protektorat Czech, uzależnienie wasalne Słowacji) wcześniej czy później dotknie także Polski, ku czemu Niemcy zmierzają już widocznie, oskrzydlając Polskę i odcinając ją po trochę od krajów bałkańskich i bałtyckich. Na terenie wybrzeża bałtyckiego dotąd zrobiony przez Niemcy dopiero pierwszy krok w postaci zaboru Kłajpedy, ale krok ten jest bądź co bądź silny i zmierzający do ujarzmienia Litwy.

Moim zdaniem, drogi Litwy musiałyby się dziś trzymać kontaktu z Polską. Polska w tym względzie czyni dziś gesty i wysiłki na pozyskanie sympatii litewskich. Ale nie ulega chyba wątpliwości, że Niemcy będą knuły w Litwie intrygę przeciwko Polsce, podniecając mocno zakorzenione uprzedzenia i podsuwając przynętę perspektyw na Wilno. W społeczeństwie litewskim nie brak elementów, które by się na te intrygi poddały. Byłoby to dla Litwy fatalne.

28 marca, rok 1939, wtorek

Dowiedzieliśmy się już dziś o składzie nowego gabinetu ministrów, gabinetu generała Černiusa41. Gabinet jest koalicyjny, raczej jest gabinetem konsolidacji narodowej. Kojarzy on elementy chrześcijańsko-demokratyczne, narodowców, ludowców i wojskowe. Mało jest wszakże pierwiastków jaskrawych i kategorycznych partyjnych, są raczej zebrani sympatycy dosyć ogólnikowi różnych kierunków. W liczbie nowych ministrów są ludzie, o których wczoraj nikt by nie pomyślał, że stoją u progu godności ministerialnej. [...]

29 marca, rok 1939, środa

Utworzenie gabinetu jedności narodowej (konsolidacji) było w dużym stopniu dziełem Związku Ochotników Walk o Niepodległość z jego prezesem adwokatem Gužasem42 na czele. Gužas odwołał się do patriotyzmu społeczeństwa i nastał na sfery rządzące wraz z prezydentem Smetoną, aby poszły na to ustępstwo. Defetyzm rządu narodowców tak dalece go już skompromitował, że nie było rady stawiać czoła i czepiać się jeszcze władzy niepodzielnej. I gdy jeszcze w grudniu rząd Smetony i Mironasa za samo domaganie się koalicji rządowej, poparte przez pewną ruchawkę, skazywał administracyjnie przywódców na internowanie w powiatach (Bistras, który obecnie już jest ministrem, Dielininkaitis) albo wprost na zamknięcie w obozie pracy przymusowej (dr Karvelis), to teraz otworzył opozycji wrota do rządu. Prawda, że jest to obecnie nie tyle koalicja, ile konsolidacja. Rząd ogarnia różne kierunki, ale nie właściwie partie jako takie. Z firmowych ludzi partyjnych opozycji jest bodaj jedyny minister Bistras. [...]

30 marca, rok 1939, czwartek

Do nowego "frontu patriotycznego", zainicjowanego przez prezesa Związku Ochotników Walk o Niepodległość Gužasa, którego wyrazem jest, czy ma być rząd konsolidacji narodowej generała Černiusa i na którego tle powstaje już myśl o zlaniu się wszystkich stronnictw w jedną masę narodową, zgłaszają się też "aktywiści", którzy są kontynuacją voldemarasowców. Tych bym się obawiał, bo są oni tym elementem, który stać się może przewodnikiem wpływów niemieckich, usiłujących wytworzyć w Litwie rodzaj litewskiego stronnictwa nacjonalsocjalistycznego z litewskim Führerem (Voldemaras, Sliesoraitis lub ktoś inny?) w ogonku polityki imperialistycznej niemieckiej. W ogóle jesteśmy jeszcze, zdaje się, w stanie chaosu i trudno dziś jeszcze ustalić, co to z tego wszystkiego wyniknie. Są elementy, które rozmyślnie (niektóre zresztą w najlepszej wierze) jątrzą przeciwko Polsce i podniecają żale wileńskie, niewrażliwi natomiast na Kłajpedę. Są i będą niewątpliwie prądy w kierunku zdecydowania Litwy w ewentualnym konflikcie wielkiej wojny - na rzecz Niemiec przeciwko Polsce.

To bym w warunkach obecnych uważał za nieszczęście. Bo gdyby w takiej wojnie przegrały Niemcy, to Litwa po złączeniu się z nimi nie odzyskałaby niczego, a straciłaby jeszcze to, co jej pozostało. Gdyby natomiast Niemcy wygrały, to byłoby możliwe wprawdzie, że Litwa zyskałaby formalnie Wilno i może więcej nawet, ale za to wraz z odzyskanym Wilnem znalazłaby się w paszczy niemieckiej. Są nawet odezwy pomysłów fantastycznych, przypisywanych czy podszywających się pod firmę Hitlera i imperializmu tworzonego przez Niemcy. Taką odezwę niemiecką pokazywał Pakštas. Mowa w niej o stworzeniu na Wschodzie trzech wielkich imperiów: ukraińskiego, bałtyckiego (mającego stanowić coś z tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego z Rusią Białą i z krajami historycznymi Kurlandii, Inflant i Estonii) i ugrofińskiego (szczątki Rosji, czyli Moskwa dawna). Byłyby to oczywiście "imperia" o konstrukcji dominiów Mocarstwa Niemiecko-Europejskiego. Nowa organizacja Europy, zastępująca rozkawałkowanie narodowe przez wielkie konstrukcje, odtwarzające formy historyczne, zracjonalizowane różnymi poprawkami i przystosowane do Imperium Mundi germańskiego.

W Polsce toczy się wielka akcja sympatii na rzecz Litwy. Polska chce pozyskać Litwę na wypadek wojny i odciągnąć ją od ewentualnego zespołu z Niemcami, który na wypadek wojny rozciągnąłby front niemiecki od Tatr półkolem aż pod Wilno. Ale skłonić Litwę ku sobie Polska mogłaby w tej chwili skuteczniej nie samymi tylko słówkami komplementów, ale jeno radykalną zmianą traktowania Litwinów w Wileńszczyźnie. [...]

1 kwietnia, rok 1939, sobota

Jadzia odjechała wieczorem do Bohdaniszek. Pojechała do spraw gospodarskich jako mój intendent generalny (wypłaty parobków, zwolnienie ekonoma Radwiłowicza) i zarazem dla gospodarstwa domowego (kłucie wieprzów, przyrządzanie wędliny). Naszą Kotusieńkę małą Jadzia zostawiła w Kownie, bo jest za mała, aby ją wozić tam i z powrotem, a jeszcze jest za wcześnie na wywiezienie jej do Bohdaniszek na lato; jest mokro jeszcze na wsi, nie można wozić dziecka w wózku, podczas gdy w mieście na chodnikach jest sucho i Kotusieńka co dzień po kilka godzin na spacerze spędza. Z Kotusieńką Jadzia uda się do Bohdaniszek już na całe lato dopiero w maju. Teraz Jadzia doczeka w Bohdaniszkach świąt Wielkanocy, na które i ja na trzy dni przyjadę, po czym wrócimy razem do Kowna.

Kotusieńka na razie jest pod moją opieką naczelną, a gdy i ja wyjadę, będzie ona na opiece Paulinki. Nianieczka jest dobra, ale jeszcze bardzo młoda dziewczynka, toteż trzeba dozoru poważniejszego Paulinki. Paulinka jest bardzo dobra i porządna dziewczyna, a zakochana w Kotusieńce, troskliwa o nią i bardzo ładnie umie ją bawić, pieścić i przemawiać do niej. Kobiety dziwnie się kochają w dzieciach; są one dziećmi same, toteż każde dziecko jest dla nich żywą lalką, z którą się bawią rozkosznie.

3 kwietnia, rok 1939, poniedziałek

[...] W sytuacji międzynarodowej nowym wybitnym czynnikiem jest oświadczenie kategoryczne rządu angielskiego, że wszelka agresja na Polskę, którą Polska uzna za grożącą jej bezpieczeństwu, o ile tylko Polska będzie się przeciwko niej broniła - wywoła natychmiastową pomoc ze strony Anglii i Francji, które całą swą siłą rozporządzalną staną po jej stronie. Jest to deklaracja radykalna na powstrzymanie, jeżeli nie sparaliżowanie zakusów niemieckich. Na Wschodzie Polska jest jedynym dziś czynnikiem, który może się jeszcze przeciwstawić Niemcom. Sama może być nie zdołałaby zwyciężyć, ale sukurs Anglii i Francji z Zachodu nie jest do zlekceważenia. Co prawda, i na Zachodzie sytuacja sił nie jest tak klarowna, żeby Francja mogła rozporządzać wszystkimi siłami przeciw Niemcom. Włochy, a może i Hiszpania nacjonalistyczna generała Franco mogą szachować demokracje zachodnie w ich sekundowaniu Wschodowi. Ale w każdym razie krystalizują się bloki kategoryczne na ewentualność wojny. Są poszlaki, że nie tylko bezpośrednie zaatakowanie Polski, ale też takie akty agresji niemieckiej, które pośrednio godzą w bezpieczeństwo Polski, mogłyby być uważane za skutkujące sprzeciw Polski i pomoc natychmiastową Anglii i Francji. Takimi aktami pośrednimi agresji byłyby też akty wymierzone przeciwko niepodległości Litwy i Łotwy lub przeciwko statusowi wolnego miasta Gdańska.

Napięcie w sytuacji międzynarodowej jest wielkie. Niektórzy żartują, że w razie wojny Litwa zyska bądź Królewiec (ewentualność porażki Niemiec), bądź Smoleńsk (ewentualność zwycięstwa Niemiec i utworzenia wasalnego wielkiego państwa bałtycko-białoruskiego). Ale to chyba w wypadku, że Litwa zdołałaby w toku tej wojny, toczącej się i o jej skórę, zachować taką neutralność, którą obie strony wojujące uznałyby za życzliwą i dodatnią dla nich, co nie jest łatwe. W przeciwnym razie zdobycze zależałyby od tego, czy zwycięska będzie ta strona, z którą się Litwa w wojnie skojarzy. W takim razie może ona nie zyskać nie tylko Królewca lub Smoleńska, ale nawet ani Kłajpedy, ani Wilna. Ależ dla Litwy Królewiec czy zwłaszcza Smoleńsk - to już nie państwo narodowe, jeno imperium, w którym elementowi litewskiemu trudno byłoby realizować swoją wolę państwową. [...]

5 kwietnia, rok 1939, środa

Jakiś chaos i bigos w głowach. W społeczeństwie dezorientacja zupełna. I w sprawach wewnętrznych, i w zewnętrznych. Ma się wrażenie, że jest rozkład zupełny. Może to tylko pozory, ale wrażenie mam złe. Wewnątrz pod znakiem formalnym konsolidacji i jedności narodowej, usymbolizowanej w konstrukcji nowego gabinetu ministrów, gra nieufność wzajemna elementów "skonsolidowanych". Narodowcy się buntują i szemrzą przeciwko odebraniu im monopolu rządów i wpływów, a ci, co się dochrapali przez konsolidację do władzy albo do jej przedsionka i symbolu, czują się w obozie wrogów. Aby się utrzymać, nie odważają się mówić tego, czego by chcieli żądać, ale są niepewni ani dnia, ani godziny; szepcą o spiskach, o intrygach zakulisowych, posądzają swojego partnera, który był przeciwnikiem wczorajszym. Dobrego porozumienia, szczerości i zaufania nie ma w tej konsolidacji dotąd ani za grosz. Taka "konsolidacja" - to jeszcze fikcja. Może się przemieni w realność. Daj Boże.

Tymczasem - kto do Sasa, kto do lasa. W deklaracji rządowej, zgłoszonej sejmowi - paradoksy i "ekiwoki"43. Same punkty programu - niezłe, choć przeważnie ogólnikowe. Ale część wstępna, która jest deklaracją zasad - w gruncie rzeczy humbug i korzenie się przed "autorytetem" Smetony. Dowód to, że elementy "skonsolidowane" nie czują się mocno usadowione i muszą się zapożyczać z frazeologii przedkonsolidacyjnej.

Na zewnątrz chaos jeszcze większy. Przeciętni i niegłupi ludzie nie znajdują nic istotniejszego, jak marzyć o Wilnie, jak mnożyć zarzuty Polsce, pomimo że ton prasy i wynurzeń oficjalnych gra na strunach zbliżenia z Polską. Jednocześnie, jak słychać, delegacja litewska ma się udać na uroczystości obchodu urodzin Hitlera. Niedaleko od tego, żeby Litwa stała się wasalna wobec Niemiec. A że Niemcy zrabowały Litwie Kłajpedę - to się jakoś w sercach nie czuje, mimo że formalnie żal się wyraża. Smutno jest i ciemno.

6 kwietnia, rok 1939, czwartek

[...] Emigrantów z Kłajpedy widzi się coraz więcej. Opowiadają oni ciężkie rzeczy o sposobie wycofania się Litwinów z Kłajpedy i zajęciu jej przez Niemców, o stosunkach, które tam dziś panują. Robotników litewskich Niemcy z Kłajpedy nie wypuszczają. Fortyfikują Kłajpedę forsownie. Zagarnęli wszystkie lokale litewskie, towary eksportowe. Niemcy w Kłajpedzie wmawiają w Litwinów, że niebawem całą Litwę zajmą i że jeżeli Litwini z nimi dobrowolnie pójdą, to Niemcy im pomogą odzyskać Wilno, a jeżeli nie pójdą dobrowolnie, to Niemcy zabiorą Litwę i Łotwę. Na ogół Niemcy z Rzeszy obchodzą się z Litwinami w Kłajpedzie poprawniej niż Niemcy lokalni albo zgermanizowana młodzież miejscowa, tchnąca nienawiścią i chciwa zemsty za upokorzenia od rządów litewskich, które znosiła. Niemcy gniewają się i drwią ze zbiórek litewskich na Ginkl? Fondas44 i z konsolidacji narodowej w Radzie Ministrów.

Jeżeli konsolidacja narodowa upadnie i do władzy wrócą jednostronnie narodowcy, to zabór Litwy przez Niemców metodą, wypróbowaną na Czechosłowacji (metoda Háchy), byłby ułatwiony. Nawoływanie do składek na broń i do obrony Niepodległości przez generała, który sam był za ustąpieniem wrogowi części terytorium - to by był tylko humbug, o ile to nie będzie poparte przez czujność całego narodu i społeczeństwa.

Oto ciekawy i bardzo charakterystyczny epizodzik. Przed samym zajęciem Kłajpedy przez Niemców sekretarz Związku Narodowców poseł Kviklys45 (były dyrektor gimnazjum w Rakiszkach) wystosował do wszystkich sekcji prowincjonalnych związku cyrkularz w sprawie szerzonych złośliwie "pogłosek" o gotującym się zaborze Kłajpedy przez Niemców, twierdząc, że to są pogłoski fałszywe, szerzone przez wrogów i elementy wywrotowe, usiłujące mącić, i wzywając do demaskowania szerzycieli tych pogłosek i oddawania ich w ręce policji. Gdy te cyrkularze były jeszcze na poczcie, niedoręczone do rąk adresatów, Kłajpeda już była zajęta przez Niemców i ustąpiona przez rząd litewski - to znaczy "fałszywe" pogłoski, przeciwko którym był zwrócony cyrkularz Kviklysa, już były faktem.

Podobne to jest do oświadczenia publicznego Smetony w roku ubiegłym na dwa tygodnie przed ultimatum polskim, że "z Polakami zasiądziemy u jednego stołu do obrad dopiero w Wilnie". We dwa tygodnie zasiadło się u jednego stołu bez żadnych obrad i nie w Wilnie; zasiadło się na rozkaz Polski. Rząd, który już przywykł do ultimatów i do kapitulacji, umie zbierać składki na broń dopóty, dopóki nie doczekał się nowego ultimatum, ale używać tej broni nie umie. Jeżeli Litwa pozostanie pod władzą Smetony i narodowców, to rychło doczekamy się "protektoratu" niemieckiego, co nie daj Boże.

7 kwietnia, rok 1939, piątek

Znowu nowina z tego samego gatunku nowin przeklętych, które się sypią jak z rogu obfitości. Albania została napadnięta przez Włochy. Laury Hitlera nie dają widocznie spać jego wspólnikowi Mussoliniemu. Gdy Niemcy panoszą się w Europie Środkowej, rzucając długi cień na Europę Wschodnią i na Bałkany, Włochy się śpieszą zająć też placówki na Bałkanach do dalszego pochodu i wspólnictwa w podziale łupów. Zaczyna się naturalnie od najsłabszego, który zresztą jest dla Włoch też geograficznie placówką najważniejszą, zamykającą bowiem wrota Adriatyku, który Włochy od dawna chcą zrobić swoim mare nostrum46. Ale dzielna Albania się broni. Nie ma ona takiej techniki, jaką miała Czechosłowacja, ani takiego przemysłu i burżuazji, i kultury, jak w Czechach, toteż właśnie dlatego się broni. Nie ma też mądrych "tautininków" u steru rządu ani "wodza Narodu" opatrznościowego, toteż nie oddaje za tanią cenę swoich portów i nie kapituluje wobec ultimatów. Ma za to świeżość i bezpośredniość uczuć swoich surowych dzieci - "synów Słońca", którzy krew swoją mają po to, aby walczyć, i nie cenią jej kropelek kosztownych, by je ocalić fizycznie choćby za cenę niewoli i wstydu, a zamiast frazesu na języku mają energię w muskułach i woli.

Że będą pobici i zgwałceni, jeżeli im ktoś nie pomoże, a że nie pomoże - to pewne - jest faktem. Ale się bronią i ulegną bez wstydu. Wolę ich od tych, co wybierają wstyd. Są przynajmniej piękniejsi i więksi. Któż by im pomógł? Nie Anglia i nie Francja z daleka. Jugosławia?! Ba, usadowienie się Włoch w Albanii zamyka pierścień okrążenia Jugosławii. Ale Jugosławia ma przed sobą Węgry i Bułgarię, które by się na nią rzuciły natychmiast, ma grzech macedoński, który się mści na niej, ma wewnątrz gwałt na Chorwacji, analogiczny do byłego gwałtu czy fałszu Czech na Słowacji, mogący ją rozsadzić i dać punkt uczepienia intrygom Włoch i Niemiec. Toteż Jugosławia jest bezwładna. Trudno ją winić. Musi patrzeć biernie, jak ją okrążają potęgi chciwe i wiążą przyjaźnią pozorną, ukrywającą jej zależność coraz większą. I nie uratuje jej to od operacji chorwackiej i od straty Dalmacji nad Adriatykiem, uważanej przez Włochów za spuściznę dziedziczną Wenecji. Nie uratuje, o ile poprzednio nie wybuchnie wielka wojna i nie zostaną zmiażdżeni szatani przekleństwa europejskiego. [...]

Chodzę teraz do kawiarni Konrada47 między południem a 2.00. Jest tam gniazdo sensacji i plotki, rozkołysane i falujące jak morze. Ludzie garną się do plotki, bo są niespokojni. Plotka pracuje, wywiesza język, biega od stolika do stolika, a oczy ma wielkie i pełne strachu. Sama się upaja i pijana - roznamiętnia swoich adeptów. Nie rodzi ona czynu, ale nie daje zasnąć. Lepsze jest nawet to od paraliżu. Osobiście nie jestem jej adoratorem i tylko przygodnie w tych dniach jej środowisko odwiedzam, gdy Jadzi nie mam w domu i gdy na uniwersytecie jest pustka. Prócz tej godzinki w kawiarni, dnie spędzam w domu.

Słodycz moja w domu - to Kotusieńka, która jest jeszcze zwierzątkiem dzikim bez grzechu.

8 kwietnia, rok 1939, sobota

Kotuńka nasza ukończyła dziś pięć miesięcy. W ciągu następnego miesiąca zacznie może siedzieć i dostanie pierwszych ząbków. W każdym razie, są to dwie najbliższe nowinki, których należy w rozwoju Kotuńki czekać. Tymczasem mała jest rozkoszna. Bawi się z nianią świetnie; wykrzykuje, gawędzi, bryka, jest cała w ruchu; gimnastykuje swoje kończyny. Co dzień dwukrotnie wywozi się na spacer, za każdym razem na trzy do czterech godzin. Dziecko to jest słodyczą i wypoczynkiem: młodziutkie życie ludzkie, naiwne jak kwiatek, wielkopańskie jak Bóg, acz bez mądrości i mocy boskiej, nieświadome apokaliptycznych wypadków polityki i namiętności zbiorowych, które brudną falą zalewają życie i spokój ludzi.

Byłem znowu w gnieździe plotki, w kawiarni Konrada. Strach, namiętność i sensacja tańczą tam swoją kołowaciznę. Wojna albańska, stosunki polsko-niemieckie, najbliższe jutro Litwy, losy konsolidacji rządowej, będzie Wielka Wojna czy nie będzie, knowania Niemców w Litwie, problem mniejszości narodowych po wojnie przyszłej itd., itp. - oto niewyczerpujące się nigdy źródło rozmów i plotki. Naprężenie oczekiwania wszelkich możliwych i niemożliwych zdarzeń i ewentualności, życie pod ciągłym mieczem Damoklesa - męczy i nerwuje.

[...]

9 kwietnia, rok 1939, niedziela, Bohdaniszki

[...] Jadzia napiekła na święcone mazurków, tort, babkę, z mięsa jest indyk i doskonała soczysta szynka gotowana. Są też szpekuchy i oto wszystko. Najadaliśmy się w ciągu dnia kilkakrotnie. Obszedłem też z Jadzią gospodarstwo - konie, krowy, świnie, ptactwo. Z ptactwa egzotycznego dwa bażanty - są samotne bez samiczki, łabędź, który się okazał samcem (wykazał to przez pociąg do gęsi), jest także samotny, za to perliczki tworzą parkę i gołębi jest dużo. Sajma ma śliczne szczenięta, czarne i zupełnie podobne do niej. Są tylko dwa pieski, reszta już potopiona lub rozdana. Jednego będę hodować. Zrobiłem spacer do Gaju. Choć na drogach jest błoto i zamróz nie cały jeszcze wyszedł, to jednak wiatr wiosenny suszy prędko, a w Gaju jest jeszcze lodek.

[...]

10 kwietnia, rok 1939, poniedziałek

[...] Odwiedził mnie Piotr Rosen. Podczas jego wizyty zaszła przykra dla niego scena, która mu się jednak słusznie należała. Rosen ma dużo krzywdy ludzkiej na sumieniu. Świeżo oto taka się ujawniła nowa sztuczka jego. Parobkowi Navikasowi, który poprzednio służył u niego w Gaczanach, a potem przez rok służył u mnie, Rosen przed rokiem sprzedał cielicę pierwiastkę. Potrącił za nią 40 litów z pensji parobka i wziął 60 litów dopłaty. Ale chodzi o to, że u Rosena stwierdzone zostały tuberkuły krów i w liczbie krów chorych była też ta cielica. Rosen obowiązany był chore bydło sprzedać na mięso i nie wolno mu go było sprzedawać ludziom na hodowlę. Postarał się jednak zbyć chore sztuki. Wpakował tę cielicę biednemu parobkowi. Przez całe lato dzieci Navikasów poiły się surowym mlekiem chorej krowy. Krowa przez zimę chudła, mleka dawała coraz mniej, wreszcie przed kilku dniami zdechła na suchoty, stwierdzone przez weterynarza. Zaraziła też dwie krowy innych ordynariuszy, z którymi stała w chlewie, a także wieprza Navikasa.

Żona Navikasa, baba zajadła i śmiała, awanturnica, jakich mało, wpadła do pokoju, gdy Rosen był u mnie, i zaczęła mu wymawiać. I słusznie. Naraził biednego robotnika na stratę, bo krowa dla parobka - to kapitał, zaraził inne krowy parobków, narażał małe dzieci parobczane na suchoty. Jest to człowiek bez sumienia. Navikasowa dzielnie mu zalała za skórę. Wykręcał się, poczerwieniał, najadł wstydu, zmuszony był przyrzec zwrócić pieniądze za krowę. Należałoby mu się więzienie za to. Bo robi on takie rzeczy z rozmysłem i gdzie tylko może - tam oszukuje ludzi. Z miną dobrodusznego świętoszka wyzyskuje i krzywdzi każdego, tak sąsiadów swoich, jak robotników.

11 kwietnia, rok 1939, wtorek

Wyjechaliśmy z Jadzią z Bohdaniszek do Kowna. [...] Jadzia w drodze do Kowna czuła się źle. Miała nudzenia i womitowała. Może to ze względu na ścisk i duszność w wagonie, ale może... coś innego, mianowicie... Filipek? Zdaje się, że go nie ma jeszcze w drodze, bo po ostatnich regułach Jadzi chyba tylko wczoraj w Bohdaniszkach mogło się coś takiego zdarzyć, a przecież byłoby to chyba za wcześnie na mdłości. Ale strach ma wielkie oczy i Jadzia już się boi.

12 kwietnia, rok 1939, środa

[...] Byłem dziś wezwany do ministra finansów generała Sutkusa48, który zwołał do gabinetu swego komplet naczelników różnych urzędów i instytucji państwowych, by poinformować ich o sytuacji finansowej, która jest bardzo ciężka po stracie Kłajpedy, i udzielić im instrukcji co do zarządzenia maksymalnych oszczędności przy rewizji budżetu na rok bieżący.

Zebrało się do 30 osób. Minister Sutkus w asystencji Lipčiusa49 jako kierownika działu budżetowego wygłosił do obecnych przemówienie zawierające exposé sytuacji. Budżet na rok 1939 był już budżetem deficytowym. Przewidywany niedobór 17 milionów litów miał być pokryty w drodze pożyczki wewnętrznej. Obecnie niedobór znacznie wzrośnie, a szanse zrealizowania pożyczki wewnętrznej są jeszcze trudniejsze, niż były poprzednio. Zważywszy, że Kłajpeda była ośrodkiem całego eksportu i importu litewskiego i że tam się koncentrował przemysł krajowy, zaspokajający główne potrzeby w kraju, strata Kłajpedy sama przez się zakłóca całe życie gospodarcze Litwy, ale poza tym strata Kłajpedy i niepewna sytuacja polityczna są dla budżetu państwowego ciężkie jeszcze przez to, że kurczy się i zanika wszelka inicjatywa gospodarcza. Nie tylko że przemysł nie odbudowuje luk, powstałych na skutek utraty Kłajpedy, ale nawet istniejące przedsiębiorstwa wykazują tendencję do zastoju; przedsiębiorczość jest sparaliżowana. Na skutek tego perspektywy dochodów państwowych maleją.

Rząd jest zdecydowany utrzymać za wszelką cenę walutę złotą lita i nie chciałby też zmniejszać pensji urzędników państwowych, stanowiących jeden z największych wydatków budżetowych. Obcięcie pensji nie tylko dotknęłoby boleśnie urzędników, ale też zmniejszyłoby ich siłę nabywczą, stanowiącą jeden z głównych czynników ruchu towarów; taka oszczędność wpływałaby jeno na pogłębienie zastoju. Za wszelką cenę należy zmniejszyć budżet o 45 milionów litów. Budżet przeto na rok 1939 musi być teraz poddany rewizji i znacznie obcięty. Nie jest to łatwe zadanie. Wszystkie instytucje powinny w szybkim tempie zaprojektować nowe zmniejszone pozycje kredytów, aby osiągnąć oszczędność 45 milionów. Minister wskazywał, w jakim kierunku iść musi to obcinanie budżetu. [...]

15 kwietnia, rok 1939, sobota

[...] Byłem zgorszony tym faktem, że do Berlina na wielkie uroczystości 50-letniej rocznicy urodzin Hitlera (20 kwietnia) jadą z Litwy Raštikis i Merkys. Być tam w towarzystwie Háchy, który udaje się z Pragi z prezentami dla Hitlera, pogromcy jego własnej ojczyzny - to mi się wydawało ujmą dla honoru. Tworzenie asysty triumfatora, złożonej z przedstawicieli tych narodów, które ten triumfator skrzywdził i pogwałcił - to fe! Po zaborze Wilna Litwa, niemająca jeszcze armii regularnej, nie walczyła, ale nie jechała na uroczystości triumfalne Piłsudskiego, święcącego zwycięstwa, w których liczbie było upokorzenie Litwy. Byłem więc zgorszony, upatrując w tym ducha defetyzmu i nowy akt wstydu. Dziś się uspokoiłem nieco, gdym się dowiedział, że na uroczystości te udają się wszyscy trzej dowódcy armii trzech państw ententy bałtyckiej - Litwy, Łotwy i Estonii. Nie jest to więc izolowany akt hołdowniczy Litwy, który by wyglądał ohydnie po zaborze Kłajpedy. Ale pomimo to wolałbym, gdyby Litwini nie jechali. Bądź co bądź, w laurach Hitlera jest Kłajpeda - rana i wstyd Litwy.

Póki tam Chamberlain, Roosevelt50 i Daladier gadają i organizują system obietnic gwarancyjnych przeciwko agresji - Niemcy i Włochy robią swoje fakty. Po zaborze Austrii, Sudetów, Czechosłowacji, Kłajpedy, Albanii, po sforsowaniu Hiszpanii demokratycznej i oddaniu jej w ręce sprzymierzeńca faszyzmu generała Franco - Niemcy i Włochy wyciągają konsekwencje logiczne ze swych faktów dokonanych, konsekwencje mniej jaskrawe od tych faktów, ale nie mniej istotne. Do takich konsekwencji należy ujarzmienie gospodarcze Litwy, które jest li tylko środkiem do ujarzmienia politycznego. Po zajęciu Kłajpedy Niemcy mogą dyktować Litwie. Żądają zastrzeżenia lwiej części (pono do 80 procent) eksportu litewskiego na rzecz Niemiec. Bez Kłajpedy Litwa jest na łasce Niemiec w układach gospodarczych, które się mają rozpocząć 24 kwietnia w Berlinie. Eksport do Anglii, który Litwa była już stworzyła, bez Kłajpedy nie ma się na czym oprzeć i z pewnością się załamie. Dysponując eksportem litewskim, Niemcy będą miały w ręku najczulszy nerw Litwy. Co pomogą ofiary na Fundusz Broni i deklaracyjne zapewnienie gwarancji przeciwko agresji, gdy ujarzmienie nastąpi konsekwentnie i spokojnie przez uzależnienie ekonomiczne. Ani się poczuje, gdy już nie będzie nic do gwarantowania i ocalenia.

[...]

24 kwietnia, rok 1939, poniedziałek

[...] W kraju poruszyły się już wszystkie elementy starej i młodej chrześcijańskiej demokracji, a wtórują im i bratają się z nimi elementy ludowców. Już się i Krupowicz poruszył. Ekspedycja członków rządu na prowincję, która miała miejsce wczoraj, dała okazję zamanifestowania się tym elementom w różnych punktach prowincji. Dokonuje się ich wielka ofensywa na pozycje narodowców, którzy się krzywią i spiskują po cichu, ale nie manifestują. Czują oni, że przez tę konsolidację, która poczyniła wyłomy w ich twierdzy rządowej, atak czynników opozycyjnych nie ustanie aż do skutku.

Opozycjoniści śpieszą fortyfikować swoje nowe pozycje w rządzie i tworzyć instytucje, które się staną ich placówkami. Jedną z takich instytucji ma być Fundusz Kultury. Bistras już się zabrał do inicjowania go, raczej do realizowania. Odbyło się dziś pierwsze zebranie-narada w tej sprawie pod przewodnictwem Bistrasa. Zaproszonych było kilkanaście osób, w ich liczbie z ramienia uniwersytetu. Przeważali chrześcijańscy demokraci, którzy też byli najczynniejsi, sekundowali im ludowcy (Palecki, Toliušis). Z chrześcijańskich demokratów obecni byli młody Grinius51 z Wydziału Teologicznego, Pankowski52 z ateitininków, redaktor Skrupskelis z "Židinisu"53, byli też przedstawiciele Związku Artystów, Stowarzyszenia Literatów (Dovidavičius54) i inni. Debatowano na temat: Izba Kultury czy Fundusz Kultury? Była to na razie dopiero wymiana zdań, ale ma się z tego wyłonić zawiązek organizacji. [...]

28 kwietnia, rok 1939, piątek

Dwuipółgodzinna mowa Hitlera w Reichstagu. Mowa od paru tygodni zapowiedziana, przez cały świat chciwie oczekiwana, bo te wielkie mowy Hitlera stały się drogowskazami ciosów niemieckich na najbliższą metę. Nie są one bynajmniej drogowskazami na ogół polityki niemieckiej, której mowy te właściwie przeczą, ale drogowskazami aktualiów tejże, zawsze sensacyjnych i jaskrawych, wymierzających ciosy na daną chwilę, gdyż potencjalność ciosów niemieckich jest nieskończona i rozszerza się coraz bardziej, tak że nikt nie wie, gdzie nastąpi uderzenie kolejne, mogące dotknąć bądź Danii, bądź Polski, bądź Jugosławii, bądź Litwy, Rumunii itd. Ośrodkiem, w którym miała operować dzisiejsza mowa Hitlera, były zwłaszcza: telegram prezydenta Roosevelta55, układ Anglii z Polską, akcja osaczania Niemiec dla zaszachowania ich przez tak zwane demokracje zachodnie, sprawa Gdańska56 itp.

Mowa Hitlera była gwałtowna jak zawsze, w wielu punktach sensacyjna, mimo że propaganda dziennikarsko-dyplomatyczna całego świata pracuje nad wyłuskaniem z niej oznak détente, co zazwyczaj kończy się nowym coup de théâtre57 niemieckim, po którym otwierają się szeroko gęby i stwierdza się nowe "napięcie". Dla głupoty dyplomatyczno-dziennikarskiej, za którą zresztą kryje się może mądra i cierpliwa spekulacja Albionu, "odprężeniem" jest już to jedno, że w danym dniu czy tygodniu Hitler lub Mussolini nie zabrał i nie zniszczył nowego państwa lub nie oderwał prowincji komuś.

Nie o samej jednak mowie Hitlera chcę mówić. Obchodzi mnie fakt na pozór drobny, który wszakże w odpowiedniej koniunkturze innych faktów staje się bardzo charakterystyczny i jest smutny. Fakt ten - to translacja mowy Hitlera przez radio kowieńskie. Zdawałoby się, po co to potrzebne? Kto ma aparat radiowy, może słuchać tej mowy bez translacji ze stacji kowieńskiej; wszak równie dobrze można jej słuchać z Berlina; wystarczy pokręcić guzik aparatu... Ale zresztą nie o to nawet chodzi: mogłaby być i translacja, gdyby ona była dobrowolna. W istocie wszakże zarządza się ona na życzenie poselstwa niemieckiego, a życzenie to jest prawie rozkazem w warunkach obecnych. I rząd ulega. Rozkazy idą z Niemiec. To samo było z jazdą delegacji litewskiej na uroczystości 50-letniej rocznicy urodzin Hitlera. Było to na życzenie Niemiec, ale życzenie było w obecnych warunkach żądaniem. Tak samo, gdy chodziło o odpowiedzi na zapytanie Niemiec, skierowane do małych państw co do tego, czy one uważają się za zagrożone przez Niemcy i czy one prosiły prezydenta Roosevelta, żeby on brał je w obronę przed Niemcami. Tylko Rumunia odpowiedziała na to pytanie odważnie, wskazując, że to raczej nie ona, lecz same Niemcy mogą lepiej wiedzieć, czy coś z ich strony zagraża Rumunii, czy nie. Jeszcze Szwajcaria i Holandia odpowiedziały siako tako: choć wskazały, że się nie czują zagrożone przez Niemcy, ale jednocześnie zastrzegły, że gdyby skądkolwiek były napadnięte, to są zdecydowane niepodległości swej bronić.

Inne państewka (i Litwa, niestety, w ich liczbie) odpowiedziały li tylko tak, jak tego Niemcy pragnęły: że się zagrożone przez Niemcy nie czują i że Roosevelta o interwencję nie prosiły. Dla Niemiec wszystko to jest potrzebne na rzecz inscenizacji bądź mowy Hitlera i odparcia interwencjonistycznej depeszy Roosevelta, bądź pozorów pokojowej woli Niemiec i ich dobrego porozumienia z sąsiednimi państwami w atmosferze rzekomego zaufania ogólnego, zamącanego jedynie przez nieproszone wybryki demokracji zachodnich. Jest to spekulacyjna psychologiczna gra niemiecka na obłudzie. Gdyby się Niemcom noga powinęła, wszystkie te państewka, które dziś font bonne mine au mauvais jeu, rzuciłyby się na Niemców z największą rozkoszą. Ale dziś się ich boją i nie chcą się im narazić, aby nie być pierwszymi z brzegu, bo nie mają w Europie poczucia bezpieczeństwa kolektywnego. I ze smutkiem stwierdzam fakt, że po bolesnej operacji kłajpedzkiej Litwa nie czuje się już i faktycznie nie jest niezależna, mogąca swą politykę określać swobodnie. Faktycznie jest ona od Niemiec uzależniona.

29 kwietnia, rok 1939, sobota

Wszystkie kraje Europy Środkowej, od Belgii, Holandii i Szwajcarii na zachodzie do Bałkanów i Nadbałtyki na wschodzie, właściwie wszystko, co się mieści między Francją a Sowietami (z wyjątkiem tylko Półwyspu Skandynawskiego), żyje w przerażeniu. Sprytna agresja spekulacyjna Niemiec, sekundowanych przez Włochy, zasiała panikę i defetyzm. Każde z tych państw i państewek siedzi tylko cicho, chce jak najmniej zwracać na siebie uwagę i modli się o to, żeby nie ono było pierwsze z brzegu. Co prawda, starają się one utrzymać pewien nastrój patriotyczny w swym wnętrzu, zarządzają zbiórki na broń, zbroją się, ile się da, ale i w tym nie mogą swej myśli wypowiedzieć do końca, bo nie odważają się wykazać, skąd i dlaczego niebezpieczeństwo upatrują. Jednocześnie bowiem udawać muszą przyjaźń i uczucia dobrego sąsiedztwa względem tego, kogo się właśnie boją i w kim najgroźniejszego wroga upatrują. W tych warunkach w ich łonie defetyzm wciąż zyskuje na terenie, a niedopowiedziany entuzjazm, który się niby formuje, jest nikły jak płomyk świeczki w promieniach słońca.

Przerażenie, w którym żyją, zabija wszelki ich solidaryzm. Jeżeli któreś z nich pada ofiarą, to wszystkie inne się cieszą przede wszystkim, że to nie na nie jeszcze kolej. O jakimś solidaryzmie kolektywnym czynnym ani mowy. Te, co są geograficznie trochę dalej, odważają się jeszcze na pewne gesty niezależności (odpowiedź Rumunii na zapytanie Niemiec, podróż wodza naczelnego armii estońskiej, popularnego generała Laidonera58 do Polski w chwili wielkich uroczystości 50-letniej rocznicy urodzin Hitlera w Berlinie), ale zwłaszcza te, co są w najbliższym sąsiedztwie ekspansji niemieckiej (Litwa, Dania, Jugosławia), ani zipnąć nie śmią.

Jedynym ośrodkiem oporu, jedynym skupieniem wyraźnej woli sprzeciwu jest dziś Polska. Oczy wszystkich przerażonych zwrócone są na nią. Czy wreszcie istotnie sprzeciw stąd wytryśnie i jakie będą jego kontynuacje? Wszyscy czekają z zapartym tchem i mają jeszcze ten jedyny punkt jasny świadomości, że oto w tych zmrokach defetyzmu istnieje przecież choć jedno skupienie energii i zapału sprzeciwu. To Polska. Z tym większym naprężeniem w ten punkt się wpatrują, że właśnie konflikt polsko-niemiecki jest na porządku dziennym aktualiów. Niemcy byli już skierowali swoje kolejne żądanie do Polski, domagając się jej zgody na wcielenie Gdańska do Rzeszy i na autostradę eksterytorialną z Wielkich Niemiec do Prus Wschodnich przez pomorski korytarz polski. Ultimatum niemieckie co do obydwóch żądań powyższych Polska odrzuciła, chociaż do ostatnich dni Polska ukrywała fakt zgłoszenia do niej przez Niemcy tych żądań i nawet zaprzeczała pogłoskom o tym. Mowa Hitlera to odsłoniła. Na odmowę polską Hitler odpowiedział w swej mowie wypowiedzeniem układu polsko-niemieckiego z roku 1934 o nieagresji. Jak się to rozwinie dalej i jak ewoluować będzie ten konflikt?

Że w Polsce ujawniła się wspaniała energia i zapał sprzeciwu niepodległościowego - to fakt. Polska niemal jedyna jest dziś niepodległa w zupełnym znaczeniu słowa, mężna, stanowcza i zdecydowana. To prawda i to imponuje. Na tle powszechnego tchórzostwa i defetyzmu to jest ostoja jeszcze. Ale czy to będzie skuteczne? Niestety, nie chciałoby się stawiać tego pytania, bo samo pytanie jest wątpieniem, więc jest elementem defetyzmu. Ale myślenie granic nie ma, a skądinąd ujawnianie i uświadamianie tego, co jest słabe w mocnym, może ewentualnie spowodować opancerzenie słabego punktu. Chodzi o to, że energia i zapał bez inicjatywy mogą się wyczerpać, bo nie będąc czynnymi, nie hartują się i nie utwardzają. Ale do tego wrócę jeszcze. Zapał li tylko na rzecz obrony, oczekujący akcji zaczepnej ze strony przeciwnej, może się załamać i wytchnąć - a jest on taki.

30 kwietnia, rok 1939, niedziela

W Polsce entuzjazm jest wielki. Zapał i energia do obrony przeciwko wszelkiej agresji niemieckiej są w stanie najwyższego napięcia. Widać to nie tylko z gazet polskich, ale też z relacji wszystkich, którzy z Polski przyjeżdżają. Ale czy taka energia bez inicjatywy czynnej może długo wytrzymać - oto jest kwestia niepokojąca. Bo jeżeli w Polsce ta energia sprzeciwu niepodległościowego się załamie, to Europa Środkowa i Wschodnia będzie całkowicie w ręku Hitlera. Jeżeli Niemcy dziś zaatakują lub choćby zaczepią i pogwałcą jakieś interesy żywotne Polski - Polska powstanie. Ale jeżeli nie zaczepią, jeżeli wybiorą metodę wyczekiwania i działania na zwłokę, usiłując zmęczyć nerwy przeciwnika i zachowując inicjatywę decyzji, to w atmosferze odprężenia może w pewnej chwili znaleźć się możliwość jakichś kombinacyjek kompromisowych, które wciągną Polskę na drogę połowiczności, że sama się nie spostrzeże, jak zarażona zostanie defetyzmem. Polsce potrzebny by był dziś nie Beck, lecz Piłsudski. Zapał, który ogarnął Polskę, musiałby być zlany z inicjatywą. W układzie polsko-angielskim tego właśnie brak. Polsce obiecane jest sekundowanie anglo-francuskie, ale tylko w wypadku jej sprzeciwu przeciwko agresji niemieckiej. Inicjatywa więc zostawiona Niemcom.

To jest grzech pierworodny tego układu. Grzech płynący bądź z psychologii starczej Chamberlaina, bądź z nałogów demokracji, bądź... z jakichś głębokich kombinacji angielskich, które może, jak niektórzy podejrzewają, nie chcą wcale powstrzymania ekspansji niemieckiej na Wschód. Trudno bowiem przypuścić, żeby mądrzy Anglicy nie rozumieli tego, co rozumie każdy laik i profan w polityce, mianowicie że zapał sprzeciwu bez inicjatywy i czynu nie może trwać wiecznie w jednolitym napięciu i będąc pozbawiony wyładowania emocji, może się wyczerpać, otwierając ujście kombinacyjkom. Przeciwko agresji sprzeciw sam winien się stać agresywny, nie zaś tylko bierny i wyczekujący.

Na zastraszanie niemieckie najlepszą i właściwą odpowiedzią, godną zapału mężnego Polski, byłaby okupacja Gdańska przez Polskę. Formalnie i pozornie byłby to akt agresji polskiej, w istocie wszakże byłby to akt sprzeciwu. Ale w myśl formalnych zastrzeżeń układu polsko-angielskiego, Polska nie mogłaby wtedy pretendować do kooperacji wojennej demokracji zachodnich i musiałaby prowadzić wojnę na własną rękę. Jeżeli zaś tego momentu inicjatywy w sprzeciwie nie ma, to zachodzi niebezpieczeństwo, że zapał spali na panewce i gdy nastanie chwila stanowcza agresji niemieckiej, to go już nie będzie, bo - zmęczony - już się wyczerpie poprzednio i zostanie zastąpiony przez psychologię kompromisu. Czy Anglia tego nie rozumie, czy też, rozumiejąc dobrze, bałamuci jeno i swoją grę ukrytą prowadzi, jak prowadziła ją przed rokiem w stosunku do Czechosłowacji w misji lorda Runcimana59 i w kompromisie monachijskim?

1 maja, rok 1939, poniedziałek

Wracam jeszcze do tych zagadnień politycznych, o których pisałem wczoraj i pozawczoraj. Nie wiem, może się mylę, ale bodajże dziś przez radio z Polski natrafiłem na oddźwięk dodatni tych wątpliwości i niepokojów, które mnie napełniały i którym wyraz dawałem. W odpowiedziach Polski na mowę Hitlera podniesiona została nuta tej inicjatywy, której braku się bałem. Odpowiedzi oficjalnej, którą ma dać w przemówieniu swoim Beck (podobno jutro), jeszcze nie ma, ale są głosy prasy polskiej i speakerów radiowych, a te są chyba przecież inspirowane. Otóż w nich się podnosi wyraźnie i kategorycznie myśl, że w odpowiedzi na roszczenia niemieckie Polska powinna nie tylko odpowiedzieć odmownie, popierając tę odmowę swoją zdecydowaną gotowością czynną sprzeciwu, ale powinna im przeciwstawić swoje żądanie wzmocnienia stanowiska swego w Gdańsku i rewizji status quo w tym kierunku. Jeżeli to dobrze rozumiem, byłaby to zapowiedź kontrinicjatywy na inicjatywę niemiecką, czyli właśnie ten element czynny i zaczepny, który jest niezbędny dla utrzymania i rozniecania energii i zapału obrony. Daj Boże, aby do tego doszło.

Jeżeli to nastąpi, to zobaczymy, jak na to zareaguje arogancja niemiecka, która dotąd przywykła napotykać tylko albo ustępstwo bezwładne, albo tchórzostwo kompromisu lub w najlepszym razie frazes sprzeciwu, który się rychło załamuje. Niemcy są w takim rozpędzie i rozwichrzeniu, że nic, nie wyłączając Hitlera, nie jest chyba już w stanie tego rozpędu powstrzymać. W tym rozpędzie jest fanatyzm, ale razem tkwią zarody anarchii dzikiej i strasznej, wobec której poprzednia anarchia Sowietów jest grą dziecinną. A sytuacja Niemiec, zwłaszcza gospodarcza, jest dziś z pewnością o wiele gorsza, niż była w roku 1914. Co będzie, jeżeli ktoś wreszcie na Niemcy uderzy - to wielka zagadka. Ale zagadkę tę rozwiązać już trzeba, bo dusi ona całą Europę.

Czy gra spekulacyjna Hitlera na psychologii załamie się i czy Polska odda tę usługę Europie - zobaczymy. Polska i Anglia. Gra Anglii jest dla mnie bądź co bądź niewyraźna. Nie ufam starcowi Chamberlainowi. W razie powodzenia (jeżeli przyjdzie do starcia) Polska znajdzie tłum sojuszników, ale w razie niepowodzenia może za ofiarę z siebie drogo zapłacić.

2 maja, rok 1939, wtorek

W sferze polityki i wypadków europejskich dziś nowego nie ma. Jak się w tygodniu ubiegłym czekało mowy Hitlera, tak się teraz czeka mowy Becka, zapowiedzianej na 5 maja, w której Beck ma podnieść żądanie protektoratu Polski nad Gdańskiem. Jest to zaczepne kontrżądanie Polski przeciwko zaczepnym żądaniom Niemiec wcielenia Gdańska do Rzeszy i udzielenia Niemcom quasi-autostrady, a właściwie szerokiego pasa "eksterytorialnego" przez pomorski "korytarz" polski między Wielkimi Niemcami a Prusami Wschodnimi.

Toczą się i dojrzewają już rokowania między Anglią a Sowietami o zafiksowanie układu współdziałania anglo-franko-sowieckiego przeciw agresji, mającego ogarniać także nietykalność państw bałtyckich w zakresie, w jakim Sowiety będą się uważały za zainteresowane (to samo ma się rozciągać na państwa południowo-wschodnie do Morza Czarnego, skądinąd zaś na drobne państwa zachodnie w zakresie zainteresowań Anglii i Francji). W każdym razie, sprzeciw się organizuje i agresji niemieckiej staje się coraz ciaśniej, o ile tylko Anglia jest szczera. Ale w Europie Środkowej i Środkowo-Południowo-Wschodniej - przez Słowację i Węgry, a może poniekąd i Jugosławię - Niemcy, czy też tak zwana oś Berlin-Rzym, dysponują jeszcze dosyć pojemnymi czynnikami agresji.

3 maja, rok 1939, środa

[...] Raštikis za parę dni wyjeżdża do Warszawy, gdzie będzie gościem marszałka Rydza-Śmigłego, przez którego został zaproszony. Podróż ta zaciera przykre wrażenie niedawnej wycieczki tegoż Raštikisa do Berlina na uroczystości Hitlerowskie. Niemcom ta jazda Raštikisa do Warszawy, zwłaszcza w obecnej chwili ostrego zatargu polsko-niemieckiego, nie może się podobać. W istocie ma ona pewne zacięcie polonofilskie, co w warunkach obecnych ma zawsze pozory (a daj Boże, żeby to były nie tylko pozory!) antyniemieckie. Formalnie jednak kwadruje to zupełnie z neutralnością Litwy, zdecydowanej zachowywać dobre stosunki ze wszystkimi sąsiadami, przez co wizyta do Warszawy jest równie dobra, jak wizyta do Berlina.

Raštikis stał się teraz w Litwie osobą popularną. Opinia publiczna niedawnych kół opozycyjnych, które dziś usadowiły się przez swych przedstawicieli ideowych w rządzie konsolidacyjnym i które dziś zajęte są nadawaniem rozpędu tej "konsolidacji" z ofensywą ukrytą przeciwko władzom dnia wczorajszego i formalnym wspólnikom tej konsolidacji - narodowcom, Raštikisa wyróżnia w sposób szczególny dlatego, że to on głównie wywarł nacisk stanowczy na prezydenta Smetonę w celu zdecydowania go do powołania tego rządu konsolidacyjnego. Uchodzi więc on za inspiratora głównego konsolidacji, przeciwko której Smetona poprzednio tak długo i zaciekle walczył. Osobiście do Raštikisa wielkiego zaufania nie mam. Robi on na mnie wrażenie człowieka frazesowego z zacięciem demagoga. Skądinąd to jego powołanie do życia "konsolidacji" narodowej było manewrem na pokrycie kapitulacji w sprawie Kłajpedy, kapitulacji, którą on, niestety, popierał.

Ofensywa byłych kół opozycyjnych, głównie chrześcijańsko-demokratycznych, uwydatniła się nie tylko w prasie odpowiedniej, ale też zwłaszcza w "zebraniach" po miastach powiatowych, zwoływanych dla kontaktu społeczeństwa z rządem, na które jeździli zaufani ministrowie. Zebrania te miały tendencje przeradzania się w mityngi i w manifestacje demagogii. Prezydent Smetona i sama Rada Ministrów nawet zaczynają patrzeć z ukosa na te zebrania kontaktowe, choć niektórym ministrom w to graj. Chrześcijańska demokracja piecze swoją pieczeń. Na zebraniach tych jest tendencja entuzjazmu dla rządu i obchodzenia milczeniem prezydenta. Członkowie rządu na tych zebraniach z wielkim trudem usiłują ratować sytuację i do rezolucji entuzjastycznych, witających rząd konsolidacyjny, wtrącić jakąś wzmiankę o prezydencie, ale to się daje zrobić jeno sztucznie i blado. Prezydent jest z tego entuzjazmu eliminowany i to go boli oraz obraża narodowców.

4 maja, rok 1939, czwartek

[...] Wieczorem miałem posiedzenie senatu akademickiego. Moja druga trzyletnia kadencja rektorska ma się ku końcowi. Wybory rektora i prorektora do spraw studenckich (na miejsce Blažysa) wyznaczone zostały przez senat na 4 czerwca, w niedzielę. Na miejsce Blažysa sądzę, że będzie wybrany Pur?nas. Myślę, że mu zechcą w ten sposób dać satysfakcję za usunięcie go przed rokiem z tego stanowiska przez ministra Tonk?nasa. Czy mnie wszakże wybiorą - tego nie wiem. Mam wątpliwości. Człowiek zbyt długo na jednym miejscu się "przejada". Odświeżenie przez zmianę osoby na stanowisku może być pożądane. A ja sam nie wiem, czy chcę, czy nie chcę ponownego rektorstwa. Są względy, dla których chciałbym, ale są inne, dla których wolałbym już nie być rektorem.

5 maja, rok 1939, piątek

Wysłuchałem dziś przez radio z Warszawy mowy ministra Józefa Becka na posiedzeniu sejmu. Mowa silna w tonie i w przeczeniu kategorycznym na żądania niemieckie aneksji Gdańska i udzielenia Niemcom pasa eksterytorialnego przez Pomorze polskie na połączenie Prus Wschodnich z Rzeszą. Ale nie było w niej tego, co było zapowiadane i o co mi najbardziej chodziło. Nie było żadnych żądań kontragresji polskiej. Stanowisko, zajęte przez Becka, jest kategoryczne, ale czysto defensywne. Inicjatywy - nie ma. W tym tkwi niebezpieczeństwo. I to mi się nie podoba. Rozumiem, że mogło to być wywołane przez umiar Chamberlaina i przez zagadkę świeżej dymisji Litwinowa60, która może dawać do myślenia i nakazuje ostrożność. Ale w stanowisku defensywnym tkwi niebezpieczeństwo wyszeptania się zapału i niebezpieczeństwo terenu dla kombinacyjek kompromisowych.

[...]

6 maja, rok 1939, sobota

Byłem o południu na otwarciu żydowskiej wystawy na uczczenie klasyka literatury żargonowej jidysz, znakomitego pisarza Szolema Alejchema61, dziś już nieżyjącego, urządzonej z okazji 80-letniej rocznicy jego urodzin. Była to wystawa jego dzieł w żargonie i tłumaczeniach, ilustracji do tychże dzieł i reprodukcji fotograficznych różnych scen z jego utworów, granych w teatrze żydowskim. Żydzi są zawsze, a już szczególnie w czasach obecnych - czasach wielkich prześladowań tego nieszczęśliwego narodu - bardzo wrażliwi na wszelki dowód interesowania się nimi lub okazanej im sympatii i wdzięczni bardzo za to. Niestety, i w Litwie, pomimo urzędowego tak ze strony litewskiej, jak ze strony żydowskiej nieprzyznawania się do tego, antysemityzm poczynił wielkie postępy. Jeżeli dosyć rzadkie są objawy agresji antysemickiej, to bardzo jaskrawe i radykalne jest ignorowanie Żydów, niechęć do nich, traktowanie ich jako szkodników kraju... Wszelki zaś kontakt z Żydami i bratanie się z nimi jest bardzo niepopularne. Są oni odepchnięci zewsząd jak pariasi. Pod tym względem różnica w stosunku Litwinów teraz i w początku Niepodległości jest taka, jak między ziemią i niebem.

Na otwarciu wystawy dzisiejszej ze społeczeństwa litewskiego byłem tylko ja i dyrektor Departamentu Kultury Ministerstwa Oświaty dr Soblys, ale ten ostatni w charakterze urzędowym, jak przedstawiciel czynników państwowych. Poza tym, był poseł sowiecki (właściwie zastępca posła, którego od dłuższego czasu nie ma) Pozdniakow i przedstawiciel organizacji sowieckiej stosunków z zagranicą, która udzieliła dużo eksponatów na wystawę. Za to Żydów było mnóstwo, inteligencji i ludu. Podziwiać zaiste można poziom kultury mas ludowych żydowskich, które gorąco się przejmują wszystkimi zjawiskami kultury narodowej swojej. U nas na otwarciu wystaw i w ogóle na wystawach bywa prawie wyłącznie tylko inteligencja i wycieczki szkolne. Nasza masa ludowa, zwłaszcza miejska, jest jeszcze dzika, a co najwyżej barbarzyńska. [...]

7 maja, rok 1939, niedziela

W sytuacji politycznej Europy - chwilowe zacisze. Zacisze, ale bynajmniej nie ukojenie i nie odprężenie. Prasa całego świata przeżuwa mowę ministra Becka i dymisję Litwinowa. Jak zareaguje na mowę Becka Hitler i co w ogóle Niemcy przedsięwezmą w dalszej konsekwencji swych żądań polskich - nic jeszcze nie wiadomo. Czy będą jątrzyć, czy wyczekiwać, czy jakoś inaczej obrabiać Polskę i manewrować - trudno przewidzieć. Nie dali nic jeszcze poznać. Ale trudno przypuścić, żeby dali sobie utrącić inicjatywę i poprzestali spokojnie na odpowiedzi odmownej Becka.

W sytuacji wewnętrznej Litwy "konsolidacja" daleka jest od konsolidacji bez cudzysłowu. Walka między eksrządzącym obozem narodowców a eksopozycją chrześcijańskich demokratów i ludowców, usadowioną w rządzie, bynajmniej nie ustała, jeno zmieniła metody. Obie strony są usposobione wojowniczo. W rządzie są właściwie tylko umiarkowańsze elementy obu obozów, pragnące, zdaje się, szczerze zastąpienia walki przez kompromis, ale walkę prowadzą i aktywizują czynniki pozostające poza rządem. Do rządu obozy te dały jeno bierniejsze i bezbarwne ekspozytury swoje, zaś wodzowie i macherzy pozostali za kulisami. Z wodzów i macherów istotnych i czołowych w rządzie jest bodaj jeden tylko Bistras. Kto wie, czy nie jest to ewentualny przyszły prezydent.

Tak czy owak - wewnętrzna sytuacja polityczna nie jest wyraźna. Wrażenie jest takie, że można się ewentualnie spodziewać daleko idących spisków i zamachów stanu bądź z jednej, bądź z drugiej strony. W każdym razie, obie strony są bardzo czujne i podwajają energię, unikając zresztą pozornie wyraźnego wypowiedzenia się. Ciężka jest pozycja Smetony, który postarzał się bardzo, posunął i, zdaje się, popadł w depresję. Przestał on być tym, kim był poprzednio. Jako "wodza narodu" nikt go już nie traktuje. Biedny człowiek. Nie domyśla się jednak, że może największym jego czynem byłoby dziś ustąpienie ze stanowiska, zużywszy poprzednio resztki swego autorytetu i wpływów na zapewnienie pełnej umiaru obsady prezydentury przez człowieka takiego, jak na przykład Ernest Gałwanowski, Klimas lub ktoś inny. [...]

9 maja, rok 1939, wtorek

Dziś naczelny wódz armii litewskiej generał Raštikis bawi w Warszawie z wizytą u marszałka Rydza-Śmigłego na zaproszenie tegoż. W Warszawie wielka to sensacja. Raštikis będzie tam podejmowany z wielką pompą i honorami, a niezwykle serdecznie, jak to Polacy umieją, gdy chcą. W ogóle w Polsce obecnie Litwa jest w modzie i usposobienie dla niej jest arcy i ultra gorące. Litwa wciąż się jeszcze trochę boczy i zachowuje rezerwę, ale już nie tylko poszczególni ludzie, lecz także różne delegacje jeżdżą do Polski i wracają pod wrażeniem dobrym. A zatarg Polski z Niemcami i jej stanowisko mężne i niepodległe bądź co bądź zyskuje dla niej sympatie mimo opór zaprzysiężonych i upartych jej wrogów, których jest jeszcze niemało.

Z wizyty Raštikisa do Warszawy cieszę się, choć do samego Raštikisa osobiście mam uprzedzenie i uważam go za człowieka frazesowego i karierowicza. Ale dziś jest on w Litwie popularny. [...]

17 maja, rok 1933, środa

[...] Na obiedzie Rotary Clubu mieliśmy dziś gościa w osobie wodza naczelnego generała Raštikisa. Inicjatywa zaproszenia Raštikisa należała do mnie. Uważałem, że dobrze będzie go zaprosić, aby usłyszeć o jego wrażeniach z wizyty w Warszawie. Na mój więc wniosek prezes klubu Żołkowski udał się do Raštikisa, który zgodził się chętnie i przybył w asystencji generała Pundziewicza62 i komendanta kowieńskiego Bobelisa63. Członkowie klubu stawili się w wielkim komplecie. Podczas obiadu prezes Żołkowski powitał w gorącym przemówieniu generała Raštikisa, podnosząc też jego interwencję na rzecz utworzenia rządu konsolidacji narodowej. Ta interwencja, dokonana po zaborze Kłajpedy przez Niemców i stanowiąca akt pacyfikacji wewnętrznej (przynajmniej w założeniu) na rzecz wzmożenia odporności zewnętrznej narodu, zyskała Raštikisowi wielką popularność.

W przemówieniu swoim generał Raštikis dotknął zarówno swojej wizyty w Berlinie na uroczystościach 50. rocznicy urodzin Hitlera, jak swojej wizyty w Warszawie. Na ogół w przemówieniu był wstrzemięźliwy i zbytnio się nad szczegółami nie rozwodził, unikając dla powodów zrozumiałych wszelkiego ujaskrawienia tej wizyty. Litwa bowiem formalnie zajmuje stanowisko ścisłej neutralności, toteż wizycie wodza naczelnego nadaje się znaczenie li tylko wizyty grzecznościowej sąsiedzkiej i unika się wszystkiego, przynajmniej w wynurzeniach urzędowych i publicznych, co mogłoby tej wizycie nadać cechę polityczną, jaką w istocie miała ona niewątpliwie. Jednak Raštikis podniósł wielką serdeczność i doskonałe przyjęcie, których doznał w Polsce, gdzie istotnie był on przyjmowany prawie po królewsku, a w szczególności podniósł też szczerość i spontaniczność gorących odruchów sympatii do Litwy ze strony społeczeństwa warszawskiego i tłumu ulicznego.

W rozmowach prywatnych, zwłaszcza po obiedzie przy kawie, Raštikis opowiedział dużo więcej ze swych rozmów warszawskich i ze swego kontaktu z Rydzem-Śmigłym i z czynnikami wojskowymi i polityki zagranicznej. Na zapytanie, czy w razie zatargu zbrojnego między Polską a Niemcami Litwa, położona na prawym skrzydle polskim i lewym niemieckim, zdoła zachować swą neutralność i będzie mogła się oprzeć bądź psychicznie, bądź nawet w razie potrzeby siłą, presji jednej i drugiej ze stron do sforsowania jej decyzji na rzecz interwencji wojennej, Raštikis wyraził przypuszczenie, że będzie to możliwe w początkowym stadium wojny, które, jego zdaniem, rozwinie się przede wszystkim wielką akcją frontową niemiecką gdzieś w okolicach Cieszyna, to znaczy na południowym zachodzie Polski, neutralizując na razie teren Prus Wschodnich, gdzie Niemcy nie będą mieli sił wystarczających do natarcia, a Polacy, koncentrujący swe siły na głównym terenie walki, nie będą w stanie sforsować umocnionej linii obronnej niemieckiej w Prusach. A gdy już potem sytuacja się wyklaruje na głównej linii akcji i dojdzie do aktywizacji skrzydeł, Litwa będzie już w każdym razie miała lepsze i ściślejsze dane do powzięcia takiej lub innej decyzji. W każdym razie, ta wizyta do Polski zaważyła dużo na orientacji Raštikisa i usposobiła go do Polski oraz jej czynników politycznych i wojennych dodatnio. Zrozumienie dla Polski, a nawet uznanie dla niej wzrasta w społeczeństwie i polityce litewskiej bardzo widocznie.

[...]

21 maja, rok 1939, niedziela

[...] Na obiad poszedłem do restauracji "Valgis" (dawna "Pienocentras"). Potem w kawiarni Konrada. Stamtąd do domu. I to wszystko. Stenię z Renią wysłałem na wieś do Szaszewicz, Paulince udzieliłem swobody. Sam nastawiłem radio i pracując po trochę, słuchałem otwarcia zawodów koszykarskich. Pierwszy raz w Kownie zawody koszykarskie wszechświatowe. Jest to sport, mało zresztą rozpowszechniony, w którym Litwini celują i przed paru laty zdobyli pierwszeństwo światowe. W zawodach biorą udział: Estonia, Finlandia, Węgry, Francja, Włochy, Łotwa, Polska i Litwa. Miał też brać udział tak zwany Protektorat Czech i Moraw, ale się nie stawił.

Na otwarcie pośpieszyło całe Kowno. Otwarcia dokonał prezydent Smetona. Drużyny poszczególnych państw defilowały i przedstawiały się prezydentowi. Przy występowaniu każdej drużyny grano odpowiedni hymn narodowy. Rozległ się więc także - może pierwszy raz publicznie w Niepodległej Litwie - Mazurek Dąbrowskiego: "Jeszcze Polska nie zginęła!". Publiczność witała oklaskami zarówno wszystkie drużyny państwowe. Przed stadionem, jak również na placu u stacji kolejowej rozwieszone ogromne chorągwie o barwach narodowych państw biorących udział w zawodach. Jest więc i chorągiew biało-czerwona polska, stanowiąca także nowinę w Kownie (o ile chodzi nie o poselstwo polskie).

22 maja, rok 1939, poniedziałek

[...] Nęcą mnie teraz raczej wybory do Trybunału w Hadze. Kandydatura moja będzie wystawiona. Na serio nie liczę na wybór, ale czasem się łudzę trochę. A nuż?! Teraz bym chciał być wybrany do Hagi. Atmosfera w Europie jest tak obrzydliwa, że w kulturalnej, pięknej Hadze, poważnej i spokojnej, w atmosferze ładu i statku, w pięknym Pałacu Pokoju, wśród sędziów starców, w poważnym i głębokim skupieniu prawa i sprawiedliwości miałbym wypoczynek na starość, wygodę i warunki pracy umysłowej, którą lubię, z przeplatanym pobytem między Hagą i Bohdaniszkami, z Jadzią i Kotuńką. Ładnie bym spędził te ostatnie 9 lat przed emeryturą starości ostatecznej. Gdybym był wybrany... Ale i tu nic pewnego, bo przyjść może wojna, która by wszystko zburzyła, ale niech przyjdzie! Same kontrasty i paradoksy życia.

23 maja, rok 1939, wtorek

[...] Kowno żyje od paru dni pod znakiem międzynarodowych zawodów koszykarskich. Litwa dotąd zwyciężyła Łotwę, choć bardzo nieznacznie, ledwo ledwo, a dziś zwyciężyła Estonię. Jutro najbardziej sensacyjny epizod zawodów, najbardziej roznamiętniający publiczność litewską - walka Litwa-Polska64. Ja na te zawody nie chodzę wcale. Przyznam się, że tych igrzysk wrzaskliwych nie lubię, jestem zbyt wielkim indywidualistą, bym się w tych namiętnościach żywiołowych kochał. Gdyby chodziło tylko o grę samą, o technikę czy sztukę, o mistrzostwo zręczności funkcji ciała ludzkiego, to mógłbym w tym znaleźć satysfakcję, ale tu chodzi raczej o namiętności zwycięstwa "swoich" i pognębienia symbolicznego narodu rywalizującego. W grę wchodzą namiętności nie sztuki, lecz stada.

24 maja, rok 1939, środa

[...] Tej jesieni odbędą się w Lidze Narodów wybory sędziów do Trybunału Międzynarodowego w Hadze na nową kadencję dziewięcioletnią. Rząd litewski wyznaczył grupę narodową litewską, która w myśl statutu Trybunału ma prawo zgłoszenia czterech kandydatów do wyboru (zastrzeżone jest, że w tej liczbie nie może być więcej niż dwóch obywateli własnego kraju, pozostali zaś kandydaci muszą być wyznaczeni spośród cudzoziemców). Do grupy narodowej wyznaczeni zostaliśmy: ja, prezes Trybunału Ludwik Ciplijewski, dziekan Wydziału Prawniczego prof. Augustyn Janulaitis i prof. Tadeusz Pietkiewicz. Dziś zebraliśmy się w moim gabinecie rektorskim dla wyznaczenia czterech kandydatów z ramienia grupy litewskiej. Postanowiliśmy ograniczyć się do jednego kandydata Litwina, rezerwując trzy inne kandydatury dla cudzoziemców. Kandydatem Litwinem jestem ja. [...]

25 maja, rok 1939, czwartek

[...] Na obiedzie miałem dziś zaproszonych gości - Eugeniusza Römera, Julka Komorowskiego, redaktora Ugiańskiego i Andrzeja Mieczkowskiego. Było to koło polskie. Ciekawa rzecz, że Polacy litewscy są w sprawie pojednania polsko-litewskiego usposobieni defetystycznie. Ma się wrażenie, że korci ich wszystko, co te stosunki łagodzi, i że solą w oku są im usposobienia serdeczne w Polsce dla Litwinów, toteż starają się z przekąsem i źle ukrywaną radością podnosić i rozdmuchiwać wszystko, co może świadczyć bądź o jakimś epizodzie antypolskich uczuć litewskich, bądź o czymś, co oznaczać może brak odporności litewskiej wobec Niemców. Cieszą się ze wszystkiego, co kompromitowałoby Litwę i Litwinów, łowią a notują skwapliwie wszelkie w tym kierunku szczególiki. Usposabiają też w tym kierunku gości przyjeżdżających z Polski i w ogóle pracują gorliwie nad studzeniem sympatii polskich i oblewają zimną wodą wszelkie uczucia szczersze i gorętsze Polaków. Pracują nad tym systematycznie i z gorliwością godną lepszej sprawy. Są oni prawdziwie strzemką65 złośliwą w stosunkach polsko-litewskich, sekundowani w tym zresztą przez Litwinów wileńskich.

Radzi byliby chyba wtedy, gdyby Polska znów Litwę traktowała wrogo. Jest to już u nich sui generis namiętnością. Julek i Eugeniusz względnie mniej mają tego, ale u Ugiańskiego to tryska ze wszystkich porów jego duszy. Nie chcą uwzględnić, że w Litwie dużo się jednak zmieniło w stosunku do Polski i że od razu przerzucić się z nienawiści do miłości i paść bez zastrzeżeń w objęcia polskie Litwini nie mogą, tym bardziej, że nie tylko o zeszłorocznym ultimatum polskim pamiętają i o metodzie zaboru Wilna nie zapomnieli, ale też dlatego, że Polska jest wielką i silną sąsiadką, która w pewnych okolicznościach w uścisku serdecznym zdusić malutką Litwę może, toteż rezerwa ze strony litewskiej jest bez względu na inne żale i uczucia, tkwiące w niedalekiej przeszłości, bądź co bądź usprawiedliwiona. [...]

3 czerwca, rok 1939, sobota

[...] A więc jutro wybory rektora. Wielki dzień na uniwersytecie. Ciekaw jestem rezultatu. Sądzę, że wybrany nie będę. Po sześciu latach, w ciągu których jestem rektorem, ludzie już pragną zmiany. To bardzo naturalne. Wieczny rektor - to trochę nudne i w każdym razie monotonne. W dodatku jest jeszcze wzgląd inny. Na uniwersytecie w kołach profesury żywe są sympatie eksopozycyjne, gorąco się orientujące na rzecz tej "konsolidacji" narodowej, która obecnie wprowadziła opozycję do rządu i która wymaga jeszcze ugruntowania przeciwko zakusom narodowców, odsuniętych od monopolu władzy. Wskutek tego eksopozycja usiłuje teraz wszystkie stanowiska, które tylko można, obsadzić ludźmi swoimi, jaskrawo oddanymi blokowi chrześcijańsko-"lewicowemu". Ja na stanowisku rektora zajmuję stanowisko politycznie neutralne. Na takie stanowisko bodajże nie czas obecnie w rektoracie. Ano, profesura jutro pokaże, czego chce. Jeżeli mnie nie wybiorą, to ubolewać nad tym nie będę.

4 czerwca, rok 1939, niedziela

Wielki dzień wyborów rektora na uniwersytecie. Wybrany został prof. Stanisław Szałkowski (Stasys Šalkauskas), profesor filozofii na sekcji filozoficznej Wydziału Teologiczno-Filozoficznego. [...] Habemus papam. Rektorat oddano w dobre ręce. Stanisław Szałkowski jest uczonym poważnym, człowiekiem bardzo subtelnym, wrażliwym i szlachetnym. Jest to katolik z przekonań, humanista, człowiek bardzo tolerancyjny, niewątpliwie bardzo wysokiej wartości moralnej i wielkiej miary charakteru i nauki. [...]

5 czerwca, rok 1939, poniedziałek

Po mojej porażce wczorajszej na wyborach rektorskich różne uczucia mnie napełniają. Niewątpliwie jest gdzieś na dnie moich uczuć pewien żal po stracie pięknego stanowiska rektorskiego, które - choć ciężkie i krępujące - jest jednak zaszczytne i pełne blasku czystego, dostojnego, świetniejszego, choć mniej jaskrawego od blasku tek i foteli ministerialnych. Może z czasem poczuję ten żal mocniej; może nieraz zabraknie mi tej aureoli, do której przywykłem. Na razie jednak to uczucie żalu mniej silne jest we mnie. Dominują raczej dwa inne uczucia, których w związku z tym doświadczam. Jedno z nich jest przyjemne, drugie - przykre. Przyjemne jest uczucie, że tak powiem, wyzwolenia. Czuję się wolniejszy, bo jednak godność rektora krępuje. Gdy jestem rektorem, to cokolwiek robię - robi to rektor. Muszę się zawsze z tym liczyć, zawsze na sobie ten zaszczyt i tytuł nosić. I wtedy też każdy mój krok jest komentowany z tytułu krytyki rektora. Ludzie, a zwłaszcza sfery akademickie, wśród których nie brak elementów zawistnych i złośliwych, nieraz dopatrują się w czynach i krokach człowieka, który jest rektorem, tego, czego w intencjach jego zgoła nie ma.

Obecnie ten trudny ciężar skóry reprezentacyjnej spadł mi z pleców. Jestem tyko profesorem i sobą. Cokolwiek powiem, cokolwiek napiszę, gdziekolwiek pojadę, cokolwiek zrobię - odpowiadam sam i robię z własnej inicjatywy i podług własnego rozumienia, które może się komuś podobać lub nie, ale które nikogo nie angażuje i w którym nie można się dopatrywać żadnej polityki akademickiej, której rektor czasem nawet nie myśli wyrażać, ale którą mu się inkryminuje. Odpada też dosyć nieznośny czasem ciężar ciągłych mów i reprezentacji na wszelkich uroczystościach. Mam też spokojne poczucie tego, że w rektoracie moim niczym się nie splamiłem i że pomimo pewnych krytyk niechętnych dałem rektoratowi tradycję czystą, której historyk uniwersytetu i ci, którzy byli świadkami mego rektoratu, nic istotnego zarzucić nie zdołają.

Przykre zaś uczucie, którego doświadczam, jest to, że znosić muszę współczucie ludzkie, nie będąc i nie czując się nieszczęśliwy. Ludzie, jedni szczerze, drudzy nieszczerze, wyrażają mi ubolewanie z powodu porażki albo przez "delikatność" milczą, lecz patrzą na mnie jak na tego, który doznał ciosu, i w ich wzroku czuję ciekawość lub współczucie. Tego nie lubię i ta komedia obraża dumę moją. Prawdziwie szczerze współczuje Janulaitis, ale to nie dlatego, że się "lituje" nade mną, ale dlatego, że sam chciał gorąco mojego rektoratu. Współczucia "litościwego" nie znoszę. [...]

7 czerwca, rok 1939, środa

[...] Myślałem, że się łatwiej oswoję z wrażeniem mojej porażki na wyborach rektorskich. Nie chodzi mi wcale o samo stanowisko lub o duży stosunkowo dodatek do wynagrodzenia miesięcznego, którego mnie pozbawia strata tego stanowiska i do czego będę musiał się zastosować. To są rzeczy podrzędne dla mnie. Boli mnie fakt strącenia ze stanowiska jako wyraz sui generis potępienia moich kolegów. Bóg mi świadkiem, że starałem się utrzymać sztandar uniwersytetu na wysokim poziomie i z honorem spełniać obowiązki rektoratu. Toteż byłoby mi przykro, gdyby mój rektorat pozostawił po sobie nie tradycję piękną, ale jakąś plamę w świadomości czynników akademickich. Ten brak uznania, a może nawet potępienie byłyby mi najboleśniejsze.

Z nikim o tym nie rozmawiam oprócz Janulaitisa, który mi jest szczerze życzliwy, i unikam starannie wszelkich bądź wyrazów współczucia, bądź innych wynurzeń na ten temat i sam też nigdy się przed nikim tłumaczyć nie będę. Niech moje czyny i fakty same mówią za mnie. Ale do nich czepia się też zawsze legenda, a do legendy jest wlewana przez ludzi zawistnych lub tych, których w tym okresie mego rektoratu spotkał jakiś zawód akademicki, trucizna posądzeń i komentarzy, wysnutych z dociekań. Wiem, że w kampanii, prowadzonej na rzecz mojego obalenia, taka trucizna była operowana. Zdaje się, że głównie przez Kr?v?-Mickiewicza. To mi jest smutne i upokarzające.