ROK 1931
1 stycznia, rok 1931, czwartek, Kowno
Nowy Rok. Trzydziesty pierwszy rok wieku XX ery chrześcijańskiej, pięćdziesiąty pierwszy wieku jedynego ery osobistej mojego życia własnego. Mój Boże! Jak prędko płyną lata! Jakże to niedawno było, kiedy był rok 1899, 1900, 1901. Jak żywe i wyraźne są w pamięci mojej te lata przejścia od wieku XIX do XX, a oto już 30 lat mnie od tamtych czasów dzieli. 30 lat - to wszak odległość na miarę ludzką bardzo wielka. Odległość, którą gdybym wyciągnął przed siebie w przyszłość, to już z pewnością końca jej bym nie doczekał i życiem własnym już nie wymierzył, bo gdzieś na tej przestrzeni toczących się lat musi leżeć punkt fatalny mojej śmierci, którego już nie przekroczę. I kto wie nawet, czy na tej linii 30 lat, wyciągniętych przed siebie, ów punkt losowy nie leży bliżej punktu wyjścia niż punktu kresowego celu. Trzydzieści lat w wieku lat pięćdziesięciu to już coś, co jest dłuższe od życia, co jest poza życiem.
Trzydzieści lat - wszak to metamorfoza człowieka z chłopca 20-letniego, z prawowieda ze szpadką u boku i w kapeluszu stosownym, na ociężałego, otyłego profesora 50-letniego, człowieka starego z imieniem w społeczeństwie, mającego za sobą i Paryż studencki, i rok 1905, i "Gazetę Wileńską", i emigrację krakowską, i Litwę1, i lata wileńskie 1909-14 - lata rozproszonej "działalności publicznej", publicystyki i quasi-adwokatury, a właściwie lata słoneczne dojrzewającego na swobodzie owocu, i Aniń moją złotą, i śmierć Mamy, i Wielką Wojnę całą, i romantykę wyjazdu do Legionów przez Rumunię, i Legiony, i Szczypiorno, i sądy królewsko-polskie, i Litwę Niepodległą, i Wilno, i Trybunał, i szmat profesury, i rektorat, i dom w Bohdaniszkach, i jeszcze, i jeszcze, i jeszcze. Trzydzieści lat.
Życzenia moje dla mnie na rok 1931 są proste i konkretne: 1) sprzedaż domu w Wilnie za 35 tysięcy dolarów, 2) ukończenie i wydanie tomu I mojego kapitalnego dzieła Państwo i jego prawo konstytucyjne2, 3) ustąpienie z Rady Stanu, ale przy jednocześnie jak najmniejszej stracie w dochodach, to znaczy jakiejś kompensacie zarobku ze źródeł innych. Czwartym, ukrytym życzeniem, jest dziekanat Wydziału Prawniczego. [...]
2 stycznia, rok 1931, piątek
[...] Jeszcze o księdzu Birutowiczu i Papie. Papa skarżył Birutowicza biskupowi, za co Birutowicz się obronił i wziąwszy na kieł3 już nie tylko przez patriotyzm litewski, ale zwłaszcza przez zadraśniętą ambicję uporu litewskiego, wręcz oświadczył, że "niedoczekanie pana Römera z Bohdaniszek, żeby kiedy usłyszał z ust moich Ewangelię po polsku". I istotnie Papa, ilekroć był w kościele w Abelach, ze zgorszeniem słyszał Ewangelię li tylko po litewsku wygłaszaną, natomiast od innych i w szczególności od Macieja i Bronka Römerów antonoskich słyszał, że ks. Birutowicz - owszem - odczytuje Ewangelię i po polsku, i po litewsku. Okazało się, że ks. Birutowicz, wchodząc na ambonę, przede wszystkim rzucał okiem na ławę Römerów i jeżeli stwierdzał obecność Papy, to Ewangelię odczytywał wyłącznie po litewsku, a jeżeli Papy nie było, to wygłaszał ją w dwóch językach. Papa, oburzony, przestał jeździć do kościoła do Abel. Taka to była wojenka lokalna litewsko-polska między ks. Birutowiczem a Papą.
Na starość jednak - przez czas wojny, okupacji niemieckiej i zwłaszcza okupacji bolszewickiej w roku 1919 - wspólni wrogowie, wspólna niedola i krzywda kazały Papie i Birutowiczowi zapomnieć tych żalów wzajemnych i nie tylko zapomnieć, ale jeszcze uznać zacność wzajemną i uszanować się, a nawet polubić. W ostatnich czasach przed śmiercią Papa już się o Birutowiczu wyrażał z wielkim szacunkiem, sympatią i uznaniem, a Birutowicz tak samo o Papie. I ks. Birutowicz pochował zwłoki swego przyjaciela-wroga, Papy, i teraz, gdy chodzi o odprawienie nabożeństwa za duszę Papy, zwracamy się li tylko do sędziwego starca ks. Birutowicza, który znał Papę i który szanuje pamięć jego serdecznie. [...]
8 stycznia, rok 1931, czwartek
W Kownie nic, zdaje się, nowego przez święta nie zaszło.
Koła rządowe dały hasło zaniechania w imię oszczędności kosztownych rautów spotykania Nowego Roku, toteż żadnych uroczystości urzędowych w noc sylwestrową nie było.
Kler wystąpił z propagandą przeciwko zamierzonej metrykacji cywilnej i ślubom cywilnym, których projekt ustawy ja właśnie wespół z referentem Rady Stanu Raczkowskim studiuję. Zdaje się, że episkopat litewski wystosował z tej okazji list pasterski do wiernych, traktujący o sakramencie małżeństwa, oczyszczającym i uświęcającym stosunek, który poza tym jest rzekomo li tylko brudem konkubinatu. Nie wiem, czy nasz episkopat nie zdaje sobie sprawy z tego, że projektowana reforma ustanawia tylko fakultatywną metrykację cywilną i małżeństwo cywilne, nie tykając metrykacji i małżeństwa kościelnych, czy też traktuje on Litwę jako kraj mający być tak dalece oddany władzy Kościoła, że nawet niewierni wolnomyśliciele mają być, jak w średniowieczu, zniewalani do wyboru między poddaniem się rozkazom Kościoła a konkubinatem. [...]
9 stycznia, rok 1931, piątek
O godzinie 8.00 wieczorem odbyło się u Kvieski4 zebranie elementów inteligenckich dla naradzenia się nad sytuacją kraju i nad tym, czy nie należałoby coś przedsięwziąć czynnikom o najwybitniejszej inteligenckiej wartości personalnej. Obecni byli: ludowcy partyjni Kvieska, prof. Lašas i Žigelis5, i bezpartyjni - prof. Kr?v?-Mickiewicz, wybitny literat Vaičiunas6, Augustaitis, prof. Žemaitis, dr Gudowicz7 (były poseł do II Dumy Państwowej w Rosji), adwokat Skipitis, prof. Janulaitis, prof. Dubas8, prof. Kazimierz Ślażewicz i ja. Było proszonych więcej, niektórzy jednak nie przyszli, jak profesorowie Michał i Wacław Biržiškowie, prof. Leonas, Ciplijewski... Zebranie bardzo dzielnie i treściwie zagaił i następnie siłą rzeczy mu przewodniczył typowo i klasycznie bezpartyjny prof. Kr?v?-Mickiewicz, światła głowa, człowiek taktu, wrażliwy na wszelkie zagadnienia życia, artysta, jeden z największych literatów litewskich, który łączy sztukę twórczą z trzeźwością analityka nawet w polityce. Kr?v?-Mickiewicz bardzo trafnie dotknął w zagajeniu swym samej istoty tego, co taka grupa inteligencka miałaby do wykonania, ja zaś te postulaty sprecyzowałem tak, że posłużyły one następnie do uchwał.
Mianowicie Kr?v? wskazał na dwa kierunki akcji ewentualnej: jeden to byłoby wydawnictwo czasopisma poważnego, na przykład miesięcznika, w którym byłyby rozważane krytycznie wszystkie zagadnienia aktualne, dotyczące zwłaszcza państwa; drugi co stanowiłoby akcję doraźną ad hoc, wcale nie zwróconą przeciwko rządowi, raczej do współpracy z nim - to zwrócenie uwagi rządu na dwie największe bolączki chwili bieżącej: konkordat z Watykanem, oddający państwo na folwark Kościołowi, i brak najbardziej zasadniczych ustaw wykonawczych do konstytucji z roku 1928, co utrzymuje i przedłuża w nieskończoność prowizorium konstytucyjne poprzewrotowe, oparte nawet nie na tej konstytucji i nawet nie na jakimś jednym jedynym organie państwowym, ale na człowieku, na samym Prezydencie Smetonie ściśle osobiście.
Była jeszcze przez Kr?v?go podnoszona kwestia potrzeby zorganizowania się naszej grupy, ale kwestia ta na mój wniosek została wycofana, bo stronnictwa politycznego nie tworzymy i nie stworzymy, a kwestia organizacyjna wyłoni się dopiero później jako kwestia środków i metod, zależnie od tego, co zaczniemy robić. W dyskusji większość się wypowiedziała, rozdźwięków nie było, szybko i łatwo doszliśmy do uchwał. Wyłoniona została jedna komisja w osobach prof. Kr?v?-Mickiewicza, Janulaitisa i mnie dla zredagowania projektu memoriału do rządu za wskazaniem na szkodliwość istniejącego konkordatu i prośbą o odwołanie tegoż i wskazaniem potrzeby, a nawet konieczności organicznych ustaw o ustroju państwa, choćby wykonawczych ściśle do konstytucji 1928 roku. Projekt czy brulion projektu memoriału wypadnie oczywiście zredagować mnie. [...]
11 stycznia, rok 1931, niedziela
Na pozawczorajszym zebraniu u Kvieski nastrój był nie tyle opozycyjny w stosunku do rządów obecnych, ile antyklerykalny. Jest to charakterystyczne dla tak zwanej postępowej inteligencji, nieuszeregowanej partyjnie. Pożądana jest dla tej inteligencji nie tyle pewna określona forma ustroju, mająca stanowić rzecz doskonałą w sobie, bez względu na to, kto z tej formy skorzysta i jaki z niej zrobi użytek, ale znalezienie takiej formy, która będzie odpowiadała układowi czynników rozwojowych kraju i zapewni ewolucję postępową praworządności i samodzielności społecznej. I podczas gdy elementy partyjne opierają się na postulacie restauracji status quo konstytucyjnego z roku 1922 i szeregując się pod tym hasłem, nie chcą się wdawać w dyskusję co do tego, co z tego wyniknie, a przeto są skłonne do kontaktu z Chrześcijańską Demokracją, której opozycja jest najsilniejsza i która domaga się tego samego, to znaczy powrotu do konstytucji z roku 1922, aby dopiero potem zastanowić się nad ewentualną reformą, wykonaną "legalnie", to inteligencja bezpartyjna postępowa tego się właśnie boi.
Powrót do konstytucji 1922 roku oznaczałby dziś zapanowanie Chrześcijańskiej Demokracji i uwstecznienie rozwoju tak w praworządności, jak w inicjatywie i samorządności społecznej, jak wreszcie w przyszłej "legalnej" reformie konstytucyjnej, której by dokonała metodą "sejmową" Chrześcijańska Demokracja, postarawszy się oczywiście o reformę taką, w której by przewaga rządów klerykalnych była zafiksowana jeżeli nie na zawsze, to na bardzo i bardzo długo. Chrześcijańska Demokracja wie dobrze, dlaczego jej jest potrzebna restauracja konstytucji z roku 1922 (hasła parlamentaryzmu i sejmowładztwa), i wie też o tym dobrze i właśnie dlatego jest temu niechętna i tego się boi bezpartyjna inteligencja postępowa. [...]
13 stycznia, rok 1931, wtorek
Posiedzeń plenarnych Rady Stanu nie mamy już od bardzo dawna. W ogóle praca kolegialna Rady Stanu rozprzęga się. Na mieście Rada Stanu zyskała tytuł "siedmiu braci śpiących" - tytuł zasłużony. Šiling, zdaje się, bierze do serca to przezwisko, ale żeby coś zdołał zarządzić na uzdrowienie drzemiącej instytucji - nie widać. [...]
26 stycznia, rok 1931, poniedziałek
Kartę dzisiejszą dziennika poświęcę akcji tej nowej grupy postępowej inteligencji bezpartyjnej, która się skupiła do pewnego działania za inicjatywą Kvieski. [...] Wspominałem już, że ta grupa inteligencko-postępowa w toku kilku zebrań, odbytych u Kvieski i dr. Gudowicza, ustaliła swoją akcję w dwóch formach: a) w postaci rozpoczęcia wydawnictwa miesięcznika poważnego, przeważnie dyskusyjnego, przeznaczonego nie tylko i może nie tyle do propagandy jakichś haseł czy programu, ile dla wzajemnego zorientowania się inteligencji postępowej w sytuacji i do szukania postulatów dla budowy mocnego gmachu wolnej i postępowej państwowości litewskiej, b) w postaci memoriału do rządu (na imię Prezydenta Rzeczypospolitej), wskazującego na najaktualniejszą na razie potrzebę dwóch najpilniejszych rzeczy: 1) odwołania konkordatu ze Stolicą Apostolską jako szkodliwego państwu, bo normującego stosunek państwa z wyznaniowym związkiem społecznym w kraju metodą układu z doskonale zorganizowaną potęgą obcą, jaką jest Watykan, i odrywającego akcję duchowieństwa katolickiego od podłoża społecznego krajowego, by jej dać podłoże pozakrajowe, a wreszcie tak zredagowanego, że faktycznie udziela niesłychanych gdzie indziej przywilejów na rzecz ingerencji kleru i Watykanu w funkcje społeczne państwa, zwłaszcza w zakresie wychowania młodzieży, i w ogóle oświaty i kultury, 2) uregulowania ustawowego sytuacji konstytucyjnej prowizorycznej, biorąc za podstawę prowizorium konstytucyjne z roku 1928, zwłaszcza w przedmiocie wyborów Prezydenta Rzeczypospolitej9 i w przedmiocie sejmu.
Jakem mówił - ułożenie tekstu projektu memoriału zlecone zostało komisji w osobach prof. Kr?v?-Mickiewicza, prof. Janulaitisa i mnie. Komisja mnie ułożenie tego projektu przekazała. [...]
28 stycznia, rok 1931, środa
Ułożony przeze mnie projekt memoriału grupy do Prezydenta Rzeczypospolitej, utrzymany ściśle w tonie nie opozycji, lecz gotowości do współpracy i współdziałania z rządem, odczytałem w piątek na zebrańku komisji memoriałowej i komisji redakcyjnej przyszłego miesięcznika (komisja memoriałowa: Kr?v?-Mickiewicz, Janulaitis i ja; komisja redakcyjna: Rondomański, prof. Dubas i Kvieska). Co do formy memoriału, to jeden tylko Kvieska, ludowiec partyjny, zakwestionował ją, zapytując, czy nie jest ona nieco za słodka, zbyt ugodowa i solidaryzująca się z rządem, opartym bądź co bądź na przewrocie antydemokratycznym. Wszakże nie tylko Kr?v?-Mickiewicz i Janulaitis, którzy podzielają zasadniczo stanowisko zaufania i współdziałania z rządem w przebudowie konstytucyjnej państwa, ale także Rondomański i Dubas, których mniej pewny byłem, oświadczyli się przeciwko tym zastrzeżeniom Kvieski, choć może dla motywów innych niż moje, Kr?v?go i Janulaitisa. Rondomański kierował się w tym względzie raczej kurtuazją rycerską niż szczerym przekonaniem o stanowisku współpracy z rządem; w jego mniemaniu chodzi tu wyłącznie o formę, by w grzeczny sposób powiedzieć prawdę nieraz gorzką.Tą prawdą, w jego pojęciu dla rządu gorzką, jest stwierdzenie w memoriale, że władza Prezydenta Smetony jest oparta na przewrocie i przeto faktycznie władna jest ustalić jeno prowizorium i zaprojektować urządzenie państwa, nie zaś ostatecznie i kategorycznie urządzić. Natomiast co do mnie - to uważam to nie za prawdę "gorzką" dla rządów Prezydenta Smetony, ale za tezę, po pierwsze, opartą na analizie istotnej stanu rzeczy, a po wtóre, przyjętą przez samegoż Smetonę w akcie konstytucji z roku 1928.
Słowem - memoriał mój został przez obie komisje w głównych zarysach zaaprobowany. Zastrzeżenia poczyniono tylko w stosunku do części pierwszej, dotyczącej oszacowania konkordatu, polecając mi nieco uwydatnić ujemne cechy nie tylko w ogóle systemu konkordatowego, jak to uczyniłem, ale także w szczególności konkordatu litewskiego. Z tymi zastrzeżeniami, stosownie do których poczyniłem parę małych uzupełnień tekstu, memoriał mój wpłynął nazajutrz, w niedzielę, pod obrady plenum grupy. [...]
30 stycznia, rok 1931, piątek
Że nie doszło do podania memoriału do rządu - rad jestem. Nie jestem bowiem pewny, czy branie udziału w akcji memoriałowej, zwracającej się do Prezydenta Rzeczypospolitej ze wskazaniami natury politycznej, daje się pogodzić z moim stanowiskiem członka Rady Stanu, to znaczy członka takiej instytucji, która jest właśnie utworzona do oświecania fachowego i oczywiście poufnego władz rządzących o potrzebach praworządności i reform w państwie. Jeżeli już sami członkowie Rady, nie podnosząc głosu w Radzie, gdzie mogą to uczynić z urzędu jako współpracownicy i doradcy rządu, łączą się z jakimiś prywatnymi grupami obywateli i wraz z nimi w petycjach wysuwają jakieś desiderata do rządu, to może to być uważane co najmniej za niewłaściwe.
Miałem ciągle ten skrupuł, ale nie chciałem się okazać tchórzem i dlatego się nie cofałem. A chociaż Kr?v?-Mickiewicz mówi, że taki memoriał, w którym wyrażone jest żądanie zerwania konkordatu, jest w trakcie obecnej walki kleru przeciw rządowi - rządowi na rękę jako atut dla okazania klerowi, że go się rząd nie boi, bo oto znalazłby w społeczeństwie oparcie, gdyby nawet szedł na zerwanie z Watykanem, i że sam Prezydent Smetona pragnąłby takiego memoriału, to jednak nie jestem przekonany, że mój podpis pod memoriałem byłby stosowny. Mógłby on też, ze względu na kierunek antyklerykalny memoriału, zbyt związać moje nazwisko z antyklerykalizmem, rzucając pewien cień stronniczy niepożądany na moje prace w Radzie Stanu takie, jak metrykacja cywilna itd. Memoriał ma zawsze pewne zabarwienie polityczne, ja zaś wolę stać poza polityką czynną, która może mi w moich pracach tylko przeszkadzać.
Nie lubię też być narażony na posądzenie o nietakt, niezrozumienie sytuacji, potem na usprawiedliwianie się i tłumaczenie przed Šilingiem. Wolę iść drogą prostą i lojalną. Dopóki jestem w Radzie Stanu - powinienem ponosić konsekwencje tego. Choć memoriał mojego projektu stanowiłby czynnik pozytywny w orientacji kół inteligencji postępowej bezpartyjnej, zwrot od opozycyjności quand m?me do zsolidaryzowania się z rządem na gruncie reform szczerych, to jednak dla mnie osobiście ten memoriał nie był na rękę. [...]
14 lutego, rok 1931, sobota
Zwołane było na dziś zebranie organizacyjne grupy Kvieski pod firmą towarzystwa "Nauki i Oświaty" ("Mokslo ir Švietimo")10. Towarzystwo to jest jednym z wielu towarzystw zarejestrowanych, formalnie więc istniejących, ale faktycznie martwych, stanowiących kadry, do których wlać można wszelką inicjatywę. Było ono założone przez naszych klasycznych wolnomyślicieli, w których liczbie był oczywiście dr Jan Šliupas i prof. Augustaitis. Augustaitis też zaproponował naszej grupie Kvieski ramy tego towarzystwa, co też zostało przyjęte. Od razu więc cała grupa Kvieski, powiększona jeszcze o nowych członków, wlała się do tego towarzystwa, na którego zebraniu dzisiejszym chodziło o wybór zarządu i o omówienie sprawy miesięcznika "Vaga"11, zainicjowanego przez grupę Kvieski.
Zebrało się koło 30 osób, w tej liczbie była spora paczka ludowców, z których wybitniejszych byli: sam inicjator całej akcji Kvieska, prof. Lašas, Žigelis, Ralys i garść młodszych. Przewodniczył zebraniu prof. Kr?v?-Mickiewicz. Pismo miesięczne "Vaga" ma już przez zadeklarowane z góry udziały zapewniony byt roczny, przeto od 1 marca ma zacząć wychodzić. Tymczasowym redaktorem był dotąd prof. Dubas. Zapewne też nim pozostanie, ale na zebraniu dzisiejszym nic w tej mierze nie uchwalono, zlecając całą sprawę pisma wraz z organizacją jego redakcji nowemu zarządowi.
Dyskusję wywołała kwestia tak zwanej platformy, a raczej oblicza pisma. Uwydatniły się pod tym względem dwa prądy, dwie grupy, które już i dawniej - od samego początku grupy Kvieski - się zarysowywały. Jedna grupa czy też jeden prąd kładł nacisk czy też zgoła się chciał zamknąć w ramach zagadnień tak zwanego światopoglądu, ściślej zaś mówiąc - wolnej myśli, co w istocie jest walką z religią, z dogmatyzmem wyznaniowym, nie tykając albo jak najmniej tykając zagadnień politycznych i społecznych. Na rzecz tego prądu przemawiali zwłaszcza Kairi?kštis12, dr Gudowicz i Augustaitis, poniekąd też prof. Vabalas-Gudaitis13. Przeciwnie - prąd drugi, któremu najjaskrawszy wyraz ja dałem, a który też poparli prof. Kr?v?-Mickiewicz i prof. Kazimierz Ślażewicz, wychodził z założeń obywatelskich i kładł nacisk na trybunę zagadnień państwowych, społeczno-politycznych, konstytucyjnych. Dr Šliupas zajął stanowisko pośrednie. [...]
8 marca, rok 1931, niedziela
Numer 1 miesięcznika "Vaga" jeszcze nie wyszedł. Redaktor Dubas zapowiada go za dni kilka. Numer jest obecnie oddany do cenzury wojennej.
Zebranie grupy "Vagi", które się odbyło wczoraj, zainicjowane było przez Kvieskę, inicjatora samej grupy. Kviesce chodzi o to, aby rozwinąć kontakt postępowych inteligentów bezpartyjnych tej grupy, aby się w tym środowisku nawiązała spójnia ściślejsza i pewien zawiązek opinii tych kół pośrednich. Środkiem do tego byłyby zebrania pogadankowe, poprzedzone pewnym zagajeniem, stanowiącym rodzaj odczytu. Chodziłoby o tematy aktualne - z dziedziny politycznej, społecznej, gospodarczej, ewentualnie - z dziedziny tak zwanej ideologii i "światopoglądu".
Na pierwszy ogień Kvieska usiłował wysunąć mnie. Chciał, abym się podjął zagajenia na temat wskazań, jaka by być musiała konstytucja Litwy. Zadanie nad siły; trzeba szukać właściwego ustroju, ale trudno kategorycznie twierdzić, że się już znalazło to właśnie, co potrzeba. Zaproponowałem raczej szkicową krytykę konstytucji litewskiej z roku 1922 i konstytucji z roku 1928 z uwzględnieniem typów ustrojowych niemieckiego, angielskiego i francuskiego. Zakrawało to jednak na wykład zbyt akademicki. Toteż poruszyłem jeno sam problem szukania założeń społecznych dla ustroju właściwego i wskazałem na potrzebę liczenia się z typami ustrojowymi istniejącymi gdzie indziej, z których każdy ma pewne zalety i wyraża pewną myśl czy ideę koncepcji społecznej.
Wywiązała się dyskusja dość rozbieżna. Vabalas-Gudaitis nalegał znów na ideologię czy "światopogląd" jako grunt, nie zaś na kwestię konstrukcji prawno-konstytucyjnej, którą uważa za drugorzędną. Rondomański rozwijał tezę legitymizmu, biorąc dlań za punkt oparcia konstytucję roku 1922 (jest to teza klasyczna opozycji partyjnej ludowców i chrześcijańskich demokratów, którą u nas na uniwersytecie rozwija prof. Tum?nas i której też prof. Leonas skłonny jest hołdować). Ostatecznie uchwalono na następne zebranie za dwa tygodnie prosić mnie o zagajenie o typach ustrojowych demokratycznych łącznie z krytyką obu konstytucji litewskich. [...]
10 marca, rok 1931, wtorek
Przychodził do mnie Kvieska, prosząc o użyczenie mu rękopisu mojego projektu niedoszłego memorandum grupy "Vagi" do Prezydenta Rzeczypospolitej. Powiada, że chodzi mu o zadanie kłamu fałszywym pogłoskom, kursującym w kołach młodzieży prawniczej o tym, że rzekomo ja miałem zaaranżować taki memoriał do Prezydenta Smetony, w którym wzywam Prezydenta do obwołania się Prezydentem dożywotnim! Kto to szerzy takie pogłoski - nie wiem; zapewne ktoś z grupy "Vagi", dla kogo mój projekt memoriału był za mało radykalny, gdzieś się o nim wyraził z pewną szarżą, z czego też powstała pogłoska. Bardzo jej do serca nie biorę. [...]
12 marca, rok 1931, czwartek
Zgłosiły się do mnie dwie panie - profesorowa Janowa Mašiotasowa i pani Pożełłowa - w imieniu organizacji tak zwanej Moter? Taryba14, mającej centralizować cały ruch organizacyjny kobiecy w kraju i nim kierować. Zaprosiły mnie one na niedzielę do udziału w prezydium "sądu" społecznego, czyli sądu opinii publicznej nad rzekomo się szerzącym zjawiskiem rozwodów w społeczeństwie litewskim. Choć nie bardzo lubię tego rodzaju "sądy", które mi się wydają komedianckie, jednak nie miałem zasady15 do odmowy. Musiałem się przeto zgodzić. Prezydium, czyli sąd właściwy, mają stanowić: ks. Tumas, sędzia okręgowy z Mariampola Jackiewiczówna16 (pierwsza kobieta w Litwie na stanowisku sędziowskim, przed kilku laty mianowana sędzią pokoju w Aleksocie, obecnie sędzia okręgowy w Mariampolu) i ja. W debatach (oskarżeniu i obronie) mają brać udział: prawnik prof. Bielackin, psycholog prof. Vabalas-Gudaitis, psychiatra prof. Blažys17 i inni.
Ciekawa rzecz, że w składzie zaproszonych do sądu nie ma ani jednego mającego ustalone osobiste życie rodzinne, a mianowicie: a) ksiądz katolicki, żyjący z konieczności w celibacie, b) stara panna i c) rozwodnik (ja). [...]
15 marca, rok 1931, niedziela
Wieczorem - od 6.00 do 10.00 - w sali ateitininków miał miejsce zainicjowany przez Radę Kobiet (prezeska pani Mašiotasowa) tak zwany sąd, czyli sąd opinii w sprawie rozwodów. Komplet sądzący składał się ze mnie, ks. Tumasa i sędziego okręgowego Jackiewiczówny. Przewodniczyłem ja. "Ekspertami" byli: psycholog prof. Vabalas-Gudaitis i psychiatra prof. Blažys. Oskarżali: pani profesorowa Šalčiusowa18 i prof. Bielackin, bronił: ludowiec, pomocnik adwokata Ludwik Šmulkštys19. Sala była bardzo zapełniona. Przeważała śmietanka inteligencji, zwłaszcza wszystkie panie, uprawiające działalność społeczno-filantropijną i zabawę towarzyską, wielu też panów, ich mężów, przedstawicieli świata biurokracji wyższej; licznie się też stawili artyści i artystki, głąb zaś sali zajmowali studenci.
Komedia sądu była zorganizowana słabo. Nie było właściwego aktu oskarżenia i właściwie do końca trudno było się zorientować, kto i o co jest oskarżony: czy społeczeństwo o to, że stwarza warunki, podatne do rozprzęgania się więzi rodzinnej, że toleruje rozwody i nie reaguje na nie, czy instytucja prawna rozwodu sama w sobie, czy rodzina, w której budowie muszą być jakieś wady, wywołująca rozwody, czy państwo? Kto jak chciał - tak przemawiał.
Właściwie, mimo pozoru jakiejś głębszej troski społecznej, w której niby to imieniu takie "sądy publiczne" są urządzane, w istocie jest to tylko szopka, która publiczność zabawia, i nic więcej. Publiczności chodzi li tylko o to, by się pośmiać, coś zabawnego usłyszeć, coś z sensacji uchwycić. Najwięcej powodzenia miał oczywiście Bielackin, dowcipny mówca, ekwilibrysta, drapujący się tym razem w togę Katona moralności i surowych obyczajów. Ale to wszystko li tylko dla śmiechu - pour la bonne bouche20 - i dobrego trawienia.
Najciężej będzie zapewne z wyrokiem, bo skład sądu dość niejednolity. Mamy zaprojektować motywy wyroku każdy na własną rękę, za tydzień zaś zebrać się u Tumasa na naradę. [...]
22 marca, rok 1931, niedziela
Zebraliśmy się dziś po obiedzie u ks. Tumasa na kawie - sędzia Helena Jackiewiczówna, ksiądz kanonik Tumas i ja - dla omówienia wyroku "sądu" społecznego w sprawie rozwodów, którego "rozprawy" publiczne odbyły się przed tygodniem. Byliśmy się ułożyli, że każdy z nas zaprojektuje na dziś swoje motywy wyroku, a wtedy je odczytamy wspólnie, przedyskutujemy i spróbujemy dojść do pewnej decyzji wspólnej.
Jackiewiczówna nic nie zaprojektowała. Tumas, który w charakterze księdza nie podejmuje się nic orzekać w sprawie rozwodów, albowiem wiąże go z góry i bezwzględnie stanowisko dogmatyczne Kościoła, zaprojektował jeno krótką opinię o moralnej i społecznej istocie rodziny, potępiającą rozwielmożniający się pogląd na rodzinę i małżeństwo jako na pewną rozrywkę i zabawę, kwestii rozwodów nie dotykając wcale. Mój projekt, w który dużo pracy włożyłem, jest dość wyczerpujący. Udziela on odpowiedzi na oba zarzuty, postawione w oskarżeniu Litewskiej Rady Kobiecej: zarzut rozwiązłości płciowej i zarzut łamania rodziny przez rozwody. Mój projekt jest wyczerpujący i ujmujący zagadnienie głęboko, ale za to bardzo obszerny, stanowiący cały artykuł. W zasadzie mój projekt pozyskał uznanie - nawet Tumasa, ale ze względu na rozważane w nim możliwości rozwodu i na uznanie tej sprawy rozwodowej za należącą do zadań państwa Tumas nie może formalnie, jako ksiądz, do tego należeć. Wobec tego Tumas złożył na moje ręce deklarację usuwającą siebie z sądu.
Wyrok będzie więc przez nas dwoje - mnie i Jackiewiczównę - wydany. Wszakże co do motywów, to w pewnej ich części będą dwa warianty. Ja bowiem potępiam i wyłączam rozwód jako środek złamania rodziny, natomiast dopuszczam rozwód z wyroku sądu państwowego jako środek likwidacji prawnej już złamanego skądinąd i niewątpliwie małżeństwa. Jackiewiczówna, jako prawowierna katoliczka, nie uznaje rozwodu nawet w tym ostatnim wypadku, zastępując go separacją katolicką. Na tym też stanęło, że Jackiewiczówna opracuje swoje warianty votum separatum do moich motywów wyroku.
23 marca, rok 1931, poniedziałek
Dochodzą mnie ze wszystkich stron - i wcale nie tylko od obskurantów - głosy opinii o numerze miesięcznika "Vaga", wydawanego przez naszą grupę postępową bezpartyjną, skleconą przez Kvieskę. Wszyscy wyrażają się o tym piśmie ze zgorszeniem i wyróżniając w szczególności moje artykuły zamieszczone w tym piśmie (o konkordacie i o metrykacji cywilnej), dziwią się, że je w otoczeniu tak niesmacznych innych artykułów tego pisma dałem. Felieton Rondomańskiego, artykuł redaktora Dubasa i inne - z wyjątkiem ponoć artykułu Kvieski - mają być trywialne, naigrawające się z religii, jakieś sportowo komsomolskie21, nielicujące z jakimkolwiek poważnym oddziaływaniem na opinię kół światłych.
Ano, tego wszak sobie życzyli panowie Augustaitisy, Vabalas-Gudaitisy, Kairi?kštisy i stojący za nimi ludowcy! Jeżeli taki będzie nadal kierunek i smak tego pisma, którego sam jeszcze nie czytałem, ale o którym już dokładnie jestem poinformowany, to wypadnie mi zaniechać współpracy z nim. Walczyć o udowodnienie nieistnienia Boga, czego udowodnić równie niepodobna, jak udowodnić samo Jego istnienie, dogmatyzować ateizm, który od deizmu jest płytszy, zwalczać religię i wyśmiewać zmysł religijny, który ja sam posiadam i który szanuję w człowieku, niechlujnie się babrać w tym, co jest dla innych święte - to zaiste nie jest dążeniem moim. Mnie chodziłoby o podnoszenie swobodne zagadnień państwowych i społecznych, o dyskusyjne ich uwydatnienie, wolne od wszelkiego tabu partyjnego, ale tego właśnie panowie ludowcy nie chcą. [...]
29 marca, rok 1931, niedziela
Zaniosłem dziś do pani Mašiotasowej, jako prezeski Litewskiej Rady Kobiet (Lietuvos Moter? Tarybos), zredagowany przeze mnie wyrok "sądu publicznego" w sprawie rozwodów. [...] Wyrok mój udziela obszernej odpowiedzi w dwóch punktach oskarżenia, które było skierowane do społeczeństwa i zawierało zarzut: a) rozwiązłego życia płciowego i b) łamania rodziny przez rozwody.
W pierwszej kwestii rozróżniam: a) rozwiązłość płciową w przygodnych aktach spółkowania, którą potępiam bezwzględnie jako wypaczenie doboru i uzupełniania się płci, przekabacania pięknego aktu miłości i instynktu gatunku w jakieś narzędzie niezdrowe zabawy czy sportu, społecznie zaś jako jedną z form najbrutalniejszych panowania człowieka nad człowiekiem, którego wyrazem najohydniejszym jest prostytucja; b) konkubinat, który potępiam bezwzględnie, gdy ma postać bigamii, gdy zaś ma postać monogamii, to potępiam o tyle, o ile uchylanie się od zalegalizowania związku jest wyrazem polityki silniejszego członka związku, chcącego tą drogą zachować wolną rękę, aby panować w konkubinacie nad stroną słabszą.
W drugiej kwestii odróżniam: a) rozwód "wolny", zależny od jednostronnego lub obustronnego oświadczenia stron, będący czynnikiem złamania rodziny; taki rozwód potępiam i stwierdzam, że państwo, które tak jak u nas, rezygnuje w sprawie rozwodu na rzecz stanowienia Kościołów, w systemie wolności wyznania umożliwia każdemu małżonkowi, pragnącemu zburzyć swą rodzinę legalną, uczynić według widzimisię, wybierając sobie ad hoc podług uznania taki Kościół, który najłatwiej udziela rozwodu; frymarka spekulacyjna wolnością wyznania czyni u nas rozwód najzupełniej wolnym, jak się komu podoba; nie społeczeństwo, lecz państwo winne jest temu, społeczeństwo zaś nasze bardzo mało z wolności tej korzysta, skoro na 17 500 małżeństw rocznych ma rozwodów mniej niż 200; b) drugą formą rozwodu jest rozwód sądowy jako likwidacja prawna związku rodzinnego, który już został przez inne czynniki zburzony; tu, po stwierdzeniu przez sąd państwowy, że związek już jest zburzony, rozwód tylko likwiduje sytuację. Ten rozwód, ale tylko taki - likwidacyjny, nie burzący - usprawiedliwiam i uznaję, wiążąc go z sądem państwowym. W tej właśnie kwestii Jackiewiczówna ogłasza [votum separatum]. Proponuje ona tutaj li tylko separację, nie zaś rozwód, który odrzuca bezwzględnie. W rezolucji uniewinnione społeczeństwo z obu zarzutów: pierwszy nieudowodniony, drugi - obwiniać winien nie społeczeństwo, lecz państwo.
Pani Mašiotasowa była zachwycona moim "wyrokiem". [...]
31 marca, rok 1931, wtorek
Dziś po bardzo długiej przerwie zebraliśmy się na posiedzenie loży "Litwa". W ostatnich czasach poszczególni bracia wciąż mnie nagabywali o to, dlaczego loża od tak dawna się nie zbiera. Porozumiałem się więc z bratem Michałem Ślażewiczem i zwołałem lożę na dziś w mieszkaniu tegoż brata. Kworum siedmiu się zebrało w osobach braci: mnie, Michała Ślażewicza, Felicji Bortkiewiczowej, Augustyna Janulaitisa, Wincentego Czapińskiego, Jana Vileišisa i Dominika Siemaszki. W szczególności nie przyszli właśnie ci, co żądali zwołania (bracia Sugint, Žemaitis, Toliušis).
Wywiązała się ciekawa dyskusja. Poruszone były dwa prądy, dwie alternatywy dalszego funkcjonowania wolnomularstwa naszego. Jeden prąd - bardziej etyczny, odpowiadający lepiej istocie wolnomularstwa, szukający nie tyle akcji wspólnej, ile wspólnego ideału humanistycznego, którego kapłanami byliby bracia na różnych stanowiskach swojej pracy społecznej i państwowej, zachowujący jeno kontakt w loży. Drugi prąd - prąd akcji wspólnej. Czapiński zaczął debaty od uwydatnienia prądu pierwszego, potępiając branie przez braci udziału w takich związkach i akcjach [o charakterze] pasożytniczym. Vileišis, Janulaitis i potem ja usiłowaliśmy uwydatnić użyteczność także wspólnej linii czynnej w zakresie państwowym i społecznym w chwili obecnej, stanowiącej długie i przewlekłe przesilenie polityczne w kraju. Akcentowaliśmy też przy tym niedopuszczalność, naszym zdaniem, łączenia się w sojusz z klerykałami (chrześcijańskimi demokratami), w czym obecnie grzęzną ludowcy. Ślażewicz bronił pozycji ludowców i taktyki sojuszu z chrześcijańskimi demokratami. Bortkiewiczowa potakiwała Ślażewiczowi, a wreszcie i Czapiński wyraził aprobatę taktyce ludowców. Debaty mają być na posiedzeniu następnym kontynuowane.
Z krytyką tezy ludowców wystąpiłem najwyraźniej ja. Taktykę ludowców uważam za wadliwą i gotującą hegemonię klerykałów; uważam ją też za naiwną i śmieszną; bo jakże można do restauracji stanu prawnego, obalonego przez przewrót, przyjmować bezpośredniego tego zamachu sprawcę! Ale ponieważ Ślażewicz trzyma się mocno swojej linii kompromisu opozycyjnego z klerykałami, a zasady nasze nakazują nam szanowanie każdego przekonania szczerego i niegwałcenie braci, więc nie zostaje nam nic innego, jak pozostać we wspólnocie etyczno-ideologicznej, nie ustalając wspólnej akcji. Podniesiona została przeze mnie kwestia pewnego roszczenia naszego wolnomularstwa wobec elementów społecznych młodszych, bo my już się starzejemy, a młodzi zdołaliby może dźwignąć czyn wolnomularski na jakąś akcję wspólną, której my nie umiemy znaleźć.
5 kwietnia, rok 1931, niedziela, Bohdaniszki
[...] Wybrałem się po obiedzie na krótko do Gaczan. Pojechały tam też siostry moje z Bohdaniszek - Elwira z synem Michasiem22 i Marynia z wnuczką Stenią23. W Gaczanach zabawiłem parę godzin na rozmowie i święconym. Przyjechał tam proboszcz jużyncki, ksiądz zacny, niechciwy i dość światły, w każdym razie uspołeczniony i nieprzesiąknięty stronniczością chrześcijańsko-demokratyczną. Ale za to Litwin to gorący, narodowiec zaciekły, a skądinąd człowieczek naiwny, prostaczkowaty, wierzący w moc argumentów i przekonany szczerze o słuszności przedmiotowej swoich tez, a niegrzeszący taktem umiarkowania. Toteż zaraz wlazł in media zatargu polsko-litewskiego, prowokując dyskusję, drażniąc pokrywane taktem i konwencjonalnym milczeniem żale wzajemne, napadając na Polaków.
W środowisku takich gorących uczuć narodowych polskich, jak pani Rosenowej i moich sióstr, wywołało to repliki i wzajemne oskarżania się, które oczywiście nikogo o niczym nie przekonały, zaprawiły jeno święcone niesmakiem i jakąś niepotrzebną jałową dyskusją, której chciano uniknąć, lecz którą ksiądz póty jątrzył, aż ją rozpalił. Zresztą panie, naplótłszy księdzu tego i owego równie "mądrego", jak "mądre" były jednostronne i szablonowe oskarżenia księdza, wstały od stołu, zamykając spór próżny. Szarą godziną wróciłem do domu.
[...]
14 kwietnia, rok 1931, wtorek
[...] Kowno jest w tej chwili pod znakiem powodzi, która grozi dolnym dzielnicom miasta. Lód był się już na Niemnie poruszył, ale następnie gdzieś się zatknął i stanął; spiętrzyły się wielkie góry lodowe, a woda zaczęła przybywać, zalewając niższe części miasta przy ulicy Janowskiej, rynku Rybnym, za placem Ratuszowym i przy ulicy Kiejstuta. Woda jeszcze podobno przybywa. Wilia u ujścia stoi jeszcze, ale też mocno podniesiona. Komunikacja sucha z Wiliampolem przerwana. Do mostu wiliampolskiego dojechać można tylko łodzią.
[...] Spostrzegłem dziś w lustrze, że mi już wąsy bardzo mocno bieleją. Siwizna moja bardzo się rozrasta, idąc od dołu. Broda mi już zupełnie biała rośnie, teraz bieleją wąsy, siwe są dolne części baków, a włosy na głowie szpakowate. Czarne zostały tylko brwi. To starość idzie. Oj, tak, niestety, idzie. Czuję to coraz bardziej.
[...]
19 kwietnia, rok 1931, niedziela
Dokuczyły mi już niesłychanie te głupie "sądy publiczne" nad rozmaitymi zjawiskami społecznymi. Szczególnie kobiety i młodzież lubują się w takich zabawach w "sądy". Kobiety, nie mając nic bardziej produkcyjnego do roboty, a są między nimi społeczniczki, które usiedzieć spokojnie nie mogą, w to właśnie się bawią. Niechby się bawiły, ale muszą one zawsze kogoś z mężczyzn i ludzi poważnych dobierać dla autorytetu! Toteż nieszczęściem się staje zdobycie sobie na tym polu uznania. Widocznie do mnie się to teraz przyczepiło, bo oto raz po raz jestem do tej czynności przewodniczenia w "sądzie" proszony.
Tym razem zaprosiła mnie korporacja studentek ze związku ateitininków, co zresztą świadczy, że mimo iż nazwisko moje jest ściśle związane ze znienawidzoną przez klerykałów metrykacją cywilną i mimo mojego udziału w miesięczniku "Vaga", nie zostałem jeszcze w opinii chrześcijańsko-demokratycznej ostatecznie zohydzony, skoro mnie koła klerykalne do takich w swym łonie funkcji wzywają. Tym razem chodziło o "sąd" nad "balami". [...] Publiczności było nie nazbyt dużo, ale cała rozprawa zajęła przeszło trzy godziny. Rezolucję ogłosiliśmy po krótkiej przerwie. Wyrok motywowany będzie zbyteczny. Uniewinniliśmy bale jako naturalne zjawisko obcowania społecznego, niebędące same w sobie ani dobre, ani złe, jeno uprzedziliśmy organizatorów i uczestników balów, aby mieli się na baczności i nie zepsuli tego rodzaju zabawy przez niestaranne jej traktowanie lub niekulturalne zachowanie się. [...]
21 kwietnia, rok 1931, wtorek
[...] Herbaczewski, idąc widocznie śladami Piłsudskiego, przekroczył w odczytach swoich wszelkie granice przyzwoitości słowa. Na ostatnim swoim odczycie publicznym na uniwersytecie w sobotę ubiegłą w sprawie wileńskiej, która się stała obecnie jego konikiem ulubionym dzikiej hecy antypolskiej, Herbaczewski w wycieczce polemicznej przeciwko dziennikarzom użył wyrażeń nie do powtórzenia, mówiąc wprost trywialnie, że dziennikarze mają nad nim tę jedną jedyną przewagę, że ich kutasy są dłuższe. Wywołało to konsternację wśród studentek, które bądź co bądź nie są do takich wyrażeń nawykłe, i oczywiście wielkie zgorszenie ludzi cokolwiek od prelegentów wymagających jako pewnego minimum przyzwoitości. Uniwersytet zareagował na to, wytaczając lektorowi Herbaczewskiemu sprawę dyscyplinarną. [...]
22 kwietnia, rok 1931, środa
W ostatnich czasach czuję się nie bardzo zdrów. Wyraźnej choroby żadnej nie mam, ale są pewne oznaki niepokojące co do ogólnego stanu zdrowia. Senność mnie znowu ogarnia większa, stając się coraz częstsza i głębsza. To moja plaga największa, która mnie też najwięcej przestrasza. Poza tym w ostatnich dniach pogorszył mi się stan serca, być może właśnie z powodu zaniepokojenia o senność, bo niedokładności w funkcjonowaniu serca są u mnie przeważnie natury nerwowej. Skądinąd wszakże osłabienie funkcji serca prowadzi do pogłębienia senności, powodowanej przez niedopływ krwi do mózgu, mogący pochodzić bądź od sklerozy (zwapnienia żył), bądź od słabego funkcjonowania serca. Zacząłem więc dziś brać regularnie konwalarię. W związku z pogorszeniem działalności serca ciążą mi nogi i szczególnie mnie męczy wchodzenie po schodach na Zieloną Górę (ścieżka Dzuk?, po której wchodzę na moją ulicę Pruską, ma schody bardzo spadziste). Kolana też zreumatyzmowane moje, z których szczególnie lewe jest zbolałe, leczyć zacząłem drożdżami.
23 kwietnia, rok 1931, czwartek
Wśród studentek prawniczek pierwszego roku, które są słuchaczkami moimi, są aż trzy tancerki zawodowe - baletnice teatru państwowego. Jedną z nich jest panna Tatiana Babuszkinówna, młodziutka Rosjanka, rodem z Kazania, typu wybitnie tatarskiego, jednak obywatelka litewska. Dziś ją miałem właśnie na kolokwium. Co skłoniło ją i jej koleżanki tancerki do wstąpienia na prawo - nie wiem: chyba sława, że na Wydziale Prawniczym, który jest najliczniejszy, najłatwiej o męża. Skądinąd bowiem taniec z prawem niezbyt kwadrują24. Drugą tancerką baletnicą na prawie jest panna Weronika Adamowiczówna, córka sędziego Trybunału. Trzeciej nazwiska nie wiem. [...]
27 kwietnia, rok 1931, poniedziałek
Wczoraj byłem w kinematografie "Tryumf" na dramacie pod tytułem Miasto śpiewające, to znaczy Neapol. W filmie tym, który należy do nowych filmów "mówiących", występuje słynny solista operowy polski - Kiepura25 w charakterze Włocha, przewodnika po Neapolu. Oczywiście śpiew artysty jest w kinematografie odtwarzany mechanicznie z płyty gramofonowej, jednak daje pojęcie o wartości śpiewaka. Kiepura, którym się Polska tak zachwyca i którego nasi Polacy krajowi wynoszą pod niebiosa, odpowiadając tymi zachwytami na pochwały, udzielane operze litewskiej, o której zazwyczaj nie chcą mówić, istotnie głos ma bardzo silny. Ładny też to jest głos - tenor, ale jednak mnie nasz Piotrowski26 więcej się podoba. Głos Piotrowskiego jest miększy i bardziej pieściwy, podczas gdy w głosie Kiepury jest coś metalowego, jeżeli to tylko nie pochodzi od gramofonu.
Kino jest rzadko praktykowaną rozrywką moją, ale bądź co bądź zacząłem doń zaglądać częściej niż dawniej. [...]
29 kwietnia, rok 1931, środa
W bieżącym roku akademickim wśród studentów na Wydziale Prawniczym znalazł się pewien Olgierd Römer27. Podczas kolokwiów zwróciłem na niego uwagę, poznałem się z nim osobiście, rozpytałem o jego stosunki rodzinne i po przekonaniu się, że pochodzi on z naszej rodziny, w tych dniach zaprosiłem do siebie na herbatę. Wiedzieliśmy w rodzinie naszej, że jest w kraju gałąź Römerów, licznie rozrodzona na niewielkich dobrach w poniewieskim i zubożała. Pochodzi ona od Krzysztofa Römera, który był synem generała Matyasza Römera i bratem rodzonym Mateusza, żonatego z Kierdejówną, będącego naszym przodkiem bezpośrednim w siódmym pokoleniu w górę ode mnie (ten Mateusz, syn Matyasza i brat Krzysztofa, był pradziadem mego pradziada Michała i żył w samym końcu XVII i początku XVIII wieku). Czasem niektórzy członkowie tej zubożałej gałęzi Römerów wchodzili osobiście w bliższe stosunki z naszą linią, jak na przykład Hieronim Römer w wieku XIX, ale na ogół kontakt był słaby. Był też na przykład w początku wieku XX ekonomem w Antuzowie u pani Bogumiły Roppowej Michał Römer spod Poniewieża (Papa obraził się raz na panią Roppową za to, że przysłała do Papy z listem tego Römera, którego, jako ekonoma, Papa wstydził się traktować za krewnego).
Po wojnie było kilku młodych Römerów z tej gałęzi w gimnazjum polskim w Poniewieżu, ale, zdaje się, że na studia akademickie wyemigrowali oni do Wilna czy dalej do Polski. Ci chłopcy Römerowie z gimnazjum poniewieskiego byli narodowcami polskimi. Sądziłem, że to może jednym z nich jest mój uczeń tegoroczny Olgierd Römer. Ciekaw byłem dowiedzieć się, co to za jeden. Poznałem go przez kolokwia. Młody to chłopiec, 19-letni, przystojny, wzrostu bardzo wysokiego i dobrze zbudowany, blondyn. Jest synem Michała Römera, którego zresztą nie znał, bo ojciec umarł, gdy Olgierd miał 2 lata. Bardzo prawdopodobne, że to był ten sam Michał, co był ekonomem w Antuzowie, bo zdaje się, że ojciec Olgierda też miewał posady po majątkach. Rodziny ojca Olgierd Römer nie zna wcale, w ogóle nie zna nikogo z Römerów. Że należy do naszej rodziny, to niewątpliwe, bo pokazał legitymację szlachectwa ojca z Ritterschaftu kurlandzkiego28 w Mitawie. Olgierda Römera wychowała matka. Gimnazjum ukończył litewskie - gimnazjum "Aušry" w Kownie (w którym dyrektorem był prof. Michał Biržiška). Językiem domowym Olgierda jest jednak polski. [...]
2 maja, rok 1931, sobota
[...] Wieczorem z Jadźką, studentem Feliksem Mackusem29, którego nazywamy ponaitisem30, i lokajem Kazimierzem byliśmy w cyrku Konrada, zainstalowanym na rynku Rybnym. Cyrk bardzo ładny. Dużo koni, piękne okazy zwierząt, dobrze utrzymane. Są wielbłądy, dromadery, zebry, bawoły, lama, z drapieżników są niedźwiedzie białe i bure, lwy i śliczne tygrysy. Słonie są olbrzymie i zdrowe. Bardzo ładne numery akrobatyczne. Kto wie, czy nie więcej mi się podoba cyrk od teatru. Od kina cyrk wolę stanowczo.
3 maja, rok 1931, niedziela
[...] Miałem na głowie jeszcze dwie uroczystości, od których pragnąłem szczerze się wykręcić. Jedną z tych uroczystości był obchód trzyletniej rocznicy polskiej korporacji akademickiej Lauda31, która dziś też po raz pierwszy wzięła ze swymi sztandarami i wartą honorową w uniformie udział w posiedzeniu uroczystym uniwersytetu na rzecz uczczenia 60. rocznicy urodzin rektora Czapińskiego. Korporacja Lauda była założona za mojego rektoratu - w roku 1928. Miałem wtedy pewne trudności z zalegalizowaniem tej korporacji w senacie, ponieważ prof. Leonas, który udziela senatowi opinii o legalności zakładanych stowarzyszeń studenckich, wypowiedział się formalnie przeciwko legalizacji Laudy jako organizacji rzekomo politycznej. Kwestia była parokrotnie odraczana, bo ja się na decyzję Leonasa nie godziłem, aż wreszcie razu pewnego senat, widząc, że mnie o legalizację tę chodzi, i korzystając z nieobecności Leonasa na posiedzeniu, w dniu 3 maja zalegalizował statut Laudy. Zrządzeniem też losu data zatwierdzenia Laudy, stanowiąca dziś datę jej rocznicy, jest "3 maja" - dzień święta narodowego w Polsce, dzień Konstytucji 3 maja, data, która dla młodzieży narodowej polskiej ma urok szczególny.
Na rocznicę Laudy złożyło się nabożeństwo uroczyste w kościele uniwersyteckim, odprawione osobiście przez prorektora ks. Česnysa, i "czarna kawa" z krupnikiem z udziałem filistrów32 i zaproszonych gości w lokalu przy ulicy Orzeszkowej 12. Poza tym był komers33 niepubliczny z udziałem korporantów i filistrów. Miałem zaproszenie na nabożeństwo i czarną kawę. Na czarną kawę się na krótko wybrałem, usprawiedliwiając rychłe wycofanie się śpieszeniem na kolację jubileuszową Czapińskiego (skłamałem, bom na kolację nie poszedł).
Choć Lauda jest korporacją młodą, ale ma dużo filistrów starych. Przygarnęli się do niej jako filistrowie wszyscy zamieszkali w Litwie byli arkoni34 i weleci35, to znaczy członkowie dwóch przedwojennych korporacji polskich na Politechnice w Rydze i weterani innych polskich stowarzyszeń akademickich przedwojennych. Na czarnej kawie spędziłem czas w towarzystwie filistrów Eugeniusza Römera, Zygmunta Charmańskiego36 i Kazimierza Bystrama. Żadnych mów ani ceregieli nie było. Rozmieszczano się, jak kto chciał. [...]
8 maja, rok 1931, piątek
Ogłoszona w tych dniach ustawa o samorządzie została przez opinię publiczną przyjęta hałaśliwie. Opozycja litewska zareagowała oświadczeniem bojkotu wyborów. Ludowcy, socjalni demokraci i bodajże chrześcijańscy demokraci już się ostatecznie na bojkot zdecydowali. Zresztą będzie to zapewne li tylko bojkot bierny - dla demonstracji i nieangażowania firmy partyjnej, bo grupy narodowe litewskie, nawet opozycyjne, nie pójdą i nie odważą się zapewne na to, aby przez abstynencję wyborców litewskich zdobyły większość elementy narodowości obcych. Co do innych grup narodowych, to we wszystkich - żydowskiej, polskiej, niemieckiej, rosyjskiej - sprawa bojkotu wyborów wypłynęła na porządek dzienny. Wszędzie elementy lewicowe, robotnicze domagają się bojkotu. Zapewne grupy mniejszości narodowych ostatecznie się do wyborów zabiorą i bojkot wielkiego efektu mieć nie będzie, ale bądź co bądź dla oceny tej "reformy" charakterystyczne jest to, że pierwszym odruchowym pytaniem w stosunku do nowej ustawy było wszędzie pytanie: bojkotować czy nie?
Zaiste jest to karykatura samorządu. Ponieważ dozór władzy państwowej jest nieograniczony i ogarnia całą działalność organów samorządu bez żadnego zastrzeżenia, więc nie ma żadnej zgoła sfery, w której te organy mogłyby coś ostatecznie i bezwzględnie zdecydować; wszystkie ich decyzje są prowizoryczne - o ile władza państwowa nie zechce inaczej. Znacznie obcięto prawa wyborcze, w Kownie część członków przedstawicielstwa samorządowego jest mianowana przez rząd, burmistrz i wójci z nominacji.
9 maja, rok 1931, sobota
Ustawa o samorządzie, przyjęta przez opinię publiczną jako akt zwrócony przeciwko społeczeństwu, a przeto wysoce niepopularny - przeszła przez Radę Stanu. Jest to jeszcze jeden motyw, który mnie utwierdza w decyzji o wycofaniu się z Rady Stanu, która pod rządami Šilinga stała się oczywiście li tylko popychadłem rządu faktycznego, usiłującego różnymi kombinacjami i trickami utrzymać władzę, do której się dorwał przygodnie. Gdy runie rząd i wraz z nim skompromitowana przezeń Rada albo przynajmniej personel obecny Rady, w ruinie tej zostanę skompromitowany i ja. Tego sobie nie życzę bynajmniej. Tłumaczenie się wtedy na nic się nie zda. Kompromitacja będzie mechaniczna. [...]
Rozumiałbym i może nawet mógłbym się godzić na sytuację, gdybym dostrzegał u rządu jakąś ideę konstrukcyjną, przeciwstawiającą się idei parlamentaryzmu demokratycznego, szablonowo bronionej przez opozycję, ale gdyby oczywiście ta idea konstrukcyjna coś budowała na jakichś czynnikach organizacyjnych społecznych, a nie na jakimś urojeniu mistycznym o opatrznościowej doskonałości garstki ludzi, tworzących rząd obecny. [...]
20 maja, rok 1931, środa
[...] Teraz roboty mam po szyję. Pracuję forsownie nad tomem I mojego dzieła kapitalnego Valstyb? ir jos konstitucin? teis?37, który chcę do jesieni ukończyć zupełnie, mam szereg artykulików przygotować śpiesznie dla encyklopedii litewskiej, muszę się przygotować do zjazdu paryskiego na jubileusz Coll?ge de France w czerwcu, układam nowy program mojego kursu dla egzaminów studenckich i uzupełniam moje zapiski wykładowe nowymi rozdziałami o faszyzmie, rozpocząłem korektę mojej drukującej się pracy zeszłorocznej Konstitucin?s ir teismo teis?s pasieniuose38 itd.; to są prace główne, ale nie wszystkie z będących na warsztacie. Poza tym praca bieżąca ciągła w Radzie Stanu i na uniwersytecie.
Przed kilku dniami gazety podały wiadomość o śmierci prof. Leona Petrażyckiego39 w Warszawie. Wiadomość ta mnie poruszyła. Petrażycki był niegdyś moim profesorem encyklopedii prawa w Szkole Prawowiedów; było to w roku 1899. Był jeszcze wtedy młody, ale już sławny. Wykłady jego sprawiły na mnie duże wrażenie, które pozostało na całe życie. Niedawno miałem o nim szczegółowe informacje od jednego z jego uczniów młodszych - prof. Jerzego Lande40 w Krakowie i sam do Petrażyckiego list hołdowniczy napisałem i posłałem mu moją książeczkę niemiecką o reformie konstytucyjnej litewskiej z roku 1928. [...]
30 maja, rok 1931, sobota
[...] W Bohdaniszkach teraz u mnie pełna fabryka. Sinica muruje komin w oficynie i część ścian wewnętrznych murowanych oraz murowane szczyty pod dach i żąda jeszcze cegły i pieniędzy. Cieśle też pracują - będą kryli dach i budowali salki oraz część ścian wewnętrznych z drewna. Lubiłbym tam być albo choć spojrzeć, ale zaraz by mnie tak zaczęli doić, że nie dałbym rady. I teraz się już dopominają o pieniądze, które im tam muszę zaraz posyłać.
2 czerwca, rok 1931, wtorek
Grono literatów o tendencjach wybitnie komunistycznych i sympatiach sowieckich wydaje czasopismo literackie zbiorowe "Trečiasis Frontas"41. Przed miesiącem redakcja "Trečiasis Frontas" rozesłała do szeregu osób kwestionariusz, dotyczący poglądu na to czasopismo, oceny jego kierunku, metod itd. Byłem w liczbie tych, co otrzymali kwestionariusz i odpowiedziałem nań. Odpowiedziałem szczerze, co istotnie o tym ruchu literackim sądzę. Dla mnie mianowicie jest on dodatni już choćby dlatego, że wnosi do literatury litewskiej, z natury rzeczy skłonnej do ciemnoty, do małomiasteczkowości, do lokalizmu i partykularyzmu w ludzkości, pewien wielki podmuch zagadnień ogólnoludzkich, prądów społecznych powszechnych - ludzkich, problemów cywilizacji, rewolucji, emancypacji pracy, wyzwolenia człowieka, słowem - tego, co wyrasta daleko poza ramy zagadnień nadniemeńskich. Tę myśl wyraziłem też w mojej odpowiedzi, wyrażając uznanie "Trzeciemu Frontowi".
Herbaczewski, któremu pisarze "Trzeciego Frontu" zaleli dobrze oliwy za skórę, wścieka się na mnie za to uznanie, wyrażone jego wrogom i pogromcom. "Trzeci Front" wydrukował bowiem otrzymane odpowiedzi i dał do nich komentarze. Herbaczewski jest po prostu nieutulony w żalu i wściekłości. Już to mściwy jest jak nikt, a nienawidzący wszystkich, kto się odważył go zaczepić. Teraz pisuje Herbaczewski do "Lietuvos Aidas" i domaga się ni mniej, ni więcej, jak ustanowienia cenzury i obroży na wolną prasę literacką. [...]
6 czerwca, rok 1931, sobota
Gotuję się do wyjazdu do Paryża na uroczystości 400-lecia Coll?ge de France. Uczę się przemówienia i układam adres42 od imienia naszego Uniwersytetu Litewskiego. Wyjadę zapewne w niedzielę 14 czerwca. Uroczystościom poświęcone będą trzy dni: czwartek, piątek i sobota, 18-20 czerwca.
Z Paryża wrócę jeszcze do Kowna, gdzie przed wakacjami musi być jeszcze rozstrzygnięty w Radzie Stanu los projektu ustawy o organizacji sądów.
Byłem od dawna zdecydowany na podanie się do dymisji z Rady Stanu w czerwcu. I teraz zdecydowany jestem na wycofanie się, ale uczynię to zapewne nie w tym miesiącu, jeno dopiero we wrześniu, bo to mi zaoszczędzi w budżecie parę tysięcy litów, co teraz w związku z budowaniem się w Bohdaniszkach jest dla mnie rzeczą dużej wagi. Na ogół wszakże wycofać się z Rady pragnę. Natomiast doraźnie będę mógł z nią współpracować w charakterze współpracownika, jak Kriščiukaitis, Šniukšta, Pietkiewicz.
7 czerwca, rok 1931, niedziela
Zakończyłem dziś redagowanie projektu adresu, który od imienia naszego uniwersytetu zawiozę i doręczę Coll?ge de France. Adres jest dość banalny, złożony z ogólników i wzniosłych frazesów; za mało wiem o przeszłości i naturze Coll?ge de France, abym mógł coś treściwego i konkretnego o dziele tej instytucji powiedzieć.
Po długich wahaniach zdecydowałem się na zobaczenie się w Paryżu z panią Teodozją Kochanowską, która się kiedyś kochała we mnie, a z którą potem zachowałem na zawsze serdeczny stosunek przyjaźni. Po dziesięcioletniej przerwie od roku 1920 korespondencję naszą w roku zeszłym (1930) wznowiliśmy. Lękałem się tego spotkania, żeby nagły kontakt z rzeczywistością, która się jej ujawni w postaci otyłego dziada 50-letniego, fizycznie zdeformowanego przez podbródki i brzuszek, nie zabił w niej raz na zawsze i śmiertelnie wizję młodzieńca 20- i 30-letniego, które nosi dotąd w jej pamięci i sercu owiane tęsknotą imię Michała Römera dla studenckich czasów paryskich, imię popularne wśród ówczesnej młodzieży polskiej i imię kochane dla niektórych. Zdecydowałem się odważyć i zaryzykować i napisałem do panny Teodozji o moim przyjeździe, nie tając zresztą przed nią moich obaw i wahań! Co prawda i ona już dużo i dobrze przeżyła, i ona liczy lat 50, ale ona jest żywa i ruchliwa, paryżanka, ja zaś - profesor! Zresztą może nam i dobrze będzie. Zaprezentuje mi ona Paryż i może nam serdecznie będzie w atmosferze wspomnień, sentymentów dawnych i Paryża żywego, który kipi wieczną młodością.
8 czerwca, rok 1931, poniedziałek
[...] Siedzimy teraz z Jadźką wieczorami w domu i prawie że się nie widujemy. Ona zapracowana jest po uszy, kończy swój przedostatni rok szkolny w szkole artystycznej robótek kobiecych, wykańczając gorączkowo swe prace na doroczną wystawę szkolną. Rzeczywiście dobrze sobie Jadźka wybrała szkołę. Ma zdolności duże i ogromne zamiłowanie do tej pracy zdobniczej. Jest w niej natura artystyczna z Bożej łaski.
13 czerwca, rok 1931, sobota
Załatwiłem wszystko, co miałem jeszcze do zrobienia przed wyjazdem do Paryża. Mam już bilet, mam pieniądze rozmienione, mam kamizelkę do fraka i smoking, które specjalnie na te uroczystości paryskie obstalowałem - i jutro koło godziny 3.00 wyjeżdżam pociągiem pośpiesznym II klasą. Za moich czasów, gdym jeździł do Paryża jako student, nie było jeszcze komunikacji tak prędkiej, żeby się wyjeżdżało, jak teraz, z Kowna o godzinie 3.00 po południu, a nazajutrz o godzinie 8.00 wieczorem już było w Paryżu. [...]
Nasz rząd obecny - to istotnie zbiorowisko ludzi bardzo ciemnych, którzy w dodatku sami nie bardzo wiedzą, czego chcą, i nie mają ani wiedzy, ani głowy, ani wyraźnych koncepcji. Wprawdzie większość ministrów - to ludzie osobiście uczciwi, ale ich obskurantyzm przechodzi wszelką miarę. Głowę ma wśród nich jeden Aleksa, ale tylko w pewnym kierunku, w pewnej idée fixe. Zresztą Aleksa jest trochę na bakier z całym rządem narodowców i w posiedzeniu wtorkowym udziału nie brał, bo kwestia sądownictwa mało go obchodzi. Minister [oświaty] Šakenis - dobry tłumacz Pana Tadeusza Mickiewicza, ale człowiek ciężko myślący i obojętny na wszystko. Minister Rusteika43 - typ szlagona poczciwego w stylu Piotra Rosena, dobry może kierownik policji kryminalnej, ależ na Boga nie umysł inteligencki współczesny. Minister Żyliński, jeden z najsłabszych prawników w kraju, aczkolwiek dobry kompan do wypitki! Inni - tej samej miary. Sam T?belis44 - zacny i poczciwy, człowiek miary bardzo niewielkiej. Lepszych nasi narodowcy nie mają, przynajmniej spośród ludzi starszych.
Co się dziwić, że nasz rozwój polityczny po przewrocie tak się zabagnił! Nie ma ludzi i nie ma zgoła idei. Cała mądrość narodowców do tego się ściąga, żeby wymyślić taką "kombinacyjkę", która by im zapewniła utrzymanie się u władzy. Ale żeby ta władza realizowała jakiś ustrój, jakąś koncepcję, jakąś zasadę organizacyjną - tego ani śladu. Gdy jeszcze był Voldemaras, to był przynajmniej żywy paradoks i była głowa. Teraz jest pustka, nędza miernoty i braku myśli. Ubóstwo kompletne idei. Wystudiowałem faszyzm, widzę w nim ruch żywy i myśl mocną. W naszym "faszyzmie" nie ma nic prócz obawy przed każdym krokiem i prócz "kombinacyjek". Jest to doprawdy rząd półinteligentów. Czegóż chcieć i czego czekać po nim! Są to błogosławieni ubodzy duchem, którzy przecież pragną panowania na ziemi, a nie tylko Królestwa Bożego.
14 czerwca, rok 1931, niedziela
Jadźka, która nierada jest z mojej jazdy do Paryża, ma jednak atrakcję, która ją tak pochłania, że o moim wyjeździe prawie zapomina. Nierada jest mojemu wyjazdowi dla dwóch przyczyn: pierwsza - zazdrość pospolita, że się będę bawił bez jej udziału; ta zazdrość tkwi mocno w jej naturze bezpośredniej, której pewne oszlifowanie zatrzeć nie zdołało. Druga przyczyna - to obawa, abym w Paryżu nie zahulał i do innej kobiety się w umizgi lub coś gorszego nie dobrał. Przeczytała ona w mym dzienniku, żem panią Kochanowską o przyjeździe do Paryża zawiadomił i bardzo to wzięła do serca. Na próżno jej tłumaczę, że Kochanowska ma lat 50, że do rachunku już nie staje, że się z nią spotkam li tylko jako z przyjacielem lat dawnych - dla wspomnień serdecznych o przeszłości, a zresztą nigdy z Kochanowską żadnego romansiku nie miałem i nawet jej nie pocałowałem nigdy.
Piorunochronem jednak, który jej uwagę odciąga, jest wystawa szkolna robót jej i koleżanek, którą jest bardzo przejęta. Byłem wczoraj na tej wystawie - rzeczywiście jest ładna, największe i najładniejsze są rzeczy Jadzi. Biedaczka Jadzia! Gdzie bym ja się tego dopuścił, żeby jej tak zacne i oddane uczucie deptać miłostkami starczymi! [...]
16 czerwca, rok 1931, wtorek, Paryż
Mam dwa dni do uroczystości urzędowych, które się rozpoczną we czwartek. Te dwa dni przeto mogę poświęcić wolnej dyspozycji do oglądania Paryża i spędzania czasu tak, jak mi się podoba. Toteż nie krępowałem się wcale i nawet do poselstwa litewskiego dziś pakietu nie odwiozłem. Ale Paryż jest tak wielki i tyle czasu się w nim traci na przenoszenie się z miejsca na miejsce, że w ciągu dnia niedużo się daje zrobić czy obejrzeć. W ogóle tym razem czuję się w Paryżu dobrze. Już mi przeszły te tęsknoty i mdłości, które mi w roku 1923 sprawiał widok miejsc znanych w Quartier Latin. Dziś już jestem ze starością oswojony i nie buntuję się już przeciwko niej. Rano miałem przede wszystkim szereg spraw gospodarskich do załatwienia - ogolić się, kupić koloniki45, których mi zabrakło, zrealizować czek pieniężny w banku. Czek ten miałem na Crédit Lyonnais, ale okazało się, że dla zrealizowania go trzeba do samego centrum instytucji (na wielkich bulwarach) się zgłosić, bo filie lokalne, rozrzucone po całym mieście, tych czeków nie realizują. Chodząc na Bul-Michlu46 spotkałem studenta Litwina naszego uniwersytetu - Baużę, jedynego znajomego, jakiego dziś spotkałem. Obaj poznaliśmy siebie.
Jadłem u Durela i Boulauta, a więc w restauracjach skromnych, o stopień wyższych od studenckich (dla studenta za moich czasów Durel był ideałem gastronomii). Teraz wszakże popularna instytucja Durel podupadła: pozostały na cały Paryż cztery Durele. Jeździłem métro i taxi. Métro - najszybsza komunikacja, ale nic się nie widzi i powietrze ciężkie. Taxi w wielkim ruchu paryskim nie daje się do szybkiej jazdy użytkować. Na wielkich arteriach komunikacji wciąż trzeba stać, by dać kolejkę przejazdu poprzecznym. Ulice (jezdnie) w Paryżu - kto wie jak modernistycznie pokryte. Jest to chyba pancerz z jakiejś masy spreparowany, który się wykraja jak suknię na jezdnię i w punktach połączeń przybija dwoma rzędami olbrzymich gwoździ, których główki niklowe wielkości pomarańczy wystają na powierzchni.
Byłem po południu na wystawie kolonialnej. Odtworzone są wielkie świątynie wschodnie, a pawilony i niezliczona ilość kiosków handlowych odtwarzają gmachy i różne rodzaje zabudowań z wiosek i miast egzotycznych Azji i Afryki. Ale w kioskach handel najzwyklejszy, w ogóle z wystawą połączony jarmark, handel wszelaki, budy jarmarczne zabawy ludowej itd. Więcej się spodziewałem po tej wystawie, niż tu zastałem. Najciekawsze są pawilony angielskie, gdzie wszystko ilustrowane, objaśnione tablicami, uplastycznione. Wieczorem byłem w kinematografie "Les Miracles". W modzie jest w Paryżu Afryka. [...]
18 czerwca, rok 1931, czwartek
Dziś się rozpoczyna moja "służba". Program uroczystości Coll?ge de France rozpoczyna się od dziś. Ogłoszony urzędowo i rozesłany poprzednio z Paryża do wszystkich uczestników zjazdu program przewiduje na dziś dwa akty: o godzinie 4.00 przyjęcie (réception) delegatów przez Coll?ge de France i o godzinie 8.00 przyjęcie i obiad na Ratuszu z ramienia miasta Paryża. Miałem być i na jednym, i na drugim. Wpierw nawet sądziłem, że właśnie pierwsze z tych przyjęć będzie połączone z mowami uczestników zjazdu, ale już w Kownie z zapytania, nadesłanego z Coll?ge de France, dowiedziałem się, że delegatom wolno będzie przemawiać tylko na bankiecie (obiedzie) jutrzejszym, że więc przeto dziś mowy są dla nas wyłączone.
Ale powstaje, jak zawsze na tych uroczystościach solennych, kwestia tenue, to znaczy stroju. Że dziś wieczorem na Ratuszu frak - to się samo przez się rozumie, ale jak się rzecz ma z przyjęciem w Coll?ge? Zwyczaje bardzo ścisłe co do strojów męskich, które się w ostatnich latach kilku ustaliły w Kownie, dopuszczają prawie wyłącznie frak z białą kamizelką i we wszystkich innych wypadkach - smoking. W Kownie bez smokinga - ani rusz; przynajmniej jeżeli chcesz prowadzić życie towarzyskie. Żakiet jest jeszcze tolerowany, ale dopiero do godziny 5.00 po południu, smoking zaś - zawsze. Natomiast o tużurku długim zapomniano w Kownie zupełnie. Wobec tego, jadąc do Paryża na uroczystości, zafundowałem sobie zmyślnie smoking i białą kamizelkę do fraka, zaś ani tużurka, ani żakietu, ani marynarki czarnej z Kowna nie zabrałem. Tymczasem w Paryżu, jak mi już wczoraj poseł litewski w Paryżu Klimas objaśnił, przepisy garderoby męskiej różnią się od kowieńskich. Smoking tu nie jest używany. Okazało się, że mam wszystko na odwrót: co potrzeba - tego nie mam, a co mam - tego nie potrzeba. Miła perspektywa! Ano, chcąc dobrze trafić, to trzeba chyba całą garderobę zabrać. Klimas radził wynająć żakiet albo czarną marynarkę na te momenty uroczystości, które są bez fraka. Ale wynajmowanie ubrania - to i koszt, i strata czasu, i na moją figurę się nie bardzo coś stosownego znajdzie.
Udałem się rano do biura informacyjnego w Coll?ge de France. Ano właśnie - akurat: na przyjęciu o godzinie 4.00 żakiet lub czarna marynarka, wieczorem na Ratuszu - frak. Dałem więc za wygraną i na przyjęcie w Coll?ge de France nie poszedłem. Polegało ono, jak mi potem mówiono, na przemówieniu powitalnym prof. Bédiera47 - "administratora" Coll?ge de France (to samo co rektor, prezes), którego lejtmotywem była ta idea, że Coll?ge de France jest dziełem całej ludzkości i że zatem delegaci uczelni i zakładów naukowych państw obcych są takimiż uczestnikami tej instytucji, jak Francja, to znaczy jest to instytucja Nauki Powszechnej, nieznającej podziału na narodowości. Po mowie Bédiera odbył się rodzaj rautu - zapoznawanie się wzajemne, oglądanie gmachu itd. Wieczorem we fraku, ale bez orderu Giedymina (Klimas mi poradził wystąpić bez orderu, bo ordery i nauka - to są dziedziny różne i uczonym pasuje strój akademicki i specjalne stopniowanie stroju w zaszczytach naukowych, ale nie pospolite ordery polityczne), udałem się na Ratusz. W jednej z sal Ratusza gromadzili się profesorowie i uczeni, których nazwiska i tytuły obwieszczał woźny, a witał ich stojący u progu prezes Rady Miejskiej hrabia Castellane z małżonką. Delegatów w zjeździe bierze udział dwustu kilkudziesięciu, reprezentujących 34 państwa. Na przyjęciu było poza tym dużo innych osób - radnych miejskich, działaczy, polityków itd.
Nie widziałem żadnej znajomej twarzy. Sądziłem, że między delegatami polskimi lub łotewskimi kogoś upoluję znajomego, ale się nie zdarzyło. Czytałem wprawdzie w spisie kilka nazwisk znajomych, jak Zdziechowski, Przyłuski48, ale ich nie widziałem czy też nie zdołałem poznać. Każdy z gości otrzymał drukowany spis osób i plan ustawionych stołów do obiadu, ponumerowanych, ze wskazaniem numeru stołu przy nazwisku. Przez defiladę pięknych sal, o ścianach i krużgankach rzeźbionych lub pokrytych wspaniałymi malowidłami ściennymi Puvis de Chavannes i innych mistrzów na tematy scen anegdotycznych przeszłości Paryża i wypadków frywolnych, poprowadzono nas do jadalni. Siedziałem przy stole numer 22 między dyrektorem Konserwatorium Rzemiosł i Sztuk (Conservatoire des Arts et Métiers), Francuzem, a profesorem z Uniwersytetu Wisconsin w Stanach Zjednoczonych (USA).
19 czerwca, rok 1931, piątek
Mój udział osobisty w uroczystościach Coll?ge de France tak zmalał, że mogę dość szczegółowo omówić to, co widziałem. [...]
Dziś - drugi dzień uroczystości. Dwa główne punkty programowe dzisiejsze - to 1) posiedzenie solenne w Wielkim Amfiteatrze Sorbony pod przewodnictwem Prezydenta Rzeczypospolitej Doumera49, który świeżo pełnić zaczął swe obowiązki i 2) obiad ofiarowany uczestnikom zjazdu przez Coll?ge de France. Poza tym, jak wczoraj, tak dziś rano kilku młodych profesorów Coll?ge de France wygłosiło w poszczególnych audytoriach tej uczelni wykłady okolicznościowe, mające na celu głównie przypomnienie albo poinformowanie gości o roli dziejowej Coll?ge de France, o jego zasługach dla nauki itd. Na jeden z tych wykładów poszedłem, ale na drugim nie byłem, bo się spóźniłem; trzeba było zjeść, przebrać się we frak i o godzinie 2.00 śpieszyć do Sorbony na uroczystość.
Na uroczystości tej, stanowiącej punkt środkowy całego Centenaire'a50, miało się odbywać doręczanie adresów, przywiezionych przez delegatów akademii, uniwersytetów, najwyższych zakładów nauki i nauczania świata całego. Z góry było wszystkim tym instytucjom zakomunikowane, że pożądane są nie mowy ustne, lecz te adresy na piśmie, których tekst zostanie następnie opublikowany w księdze Le Livre d'or du Quatri?me Centenaire de Coll?ge de France, a również wyrażono wszystkim życzenie, aby delegaci stawili się na tę uroczystość w swoich uroczystych strojach akademickich, z emblematami i insygniami, w togach, barwach, wstęgach, beretach, słowem - w całej dekoracji najwspanialszej. Kto zaś nie ma tego - we frakach. Zebranie się delegatów było wyznaczone na godzinę 2.15 w salonach apartamentu rektora Sorbony. Tam się przebierano w togi, wśród których były rzeczywiście wspaniałe i barwne. Następnie ogół delegatów podzielono na dwie wielkie grupy: składających adres i nieskładających go. Tych ostatnich wyprowadzono zaraz do Wielkiego Amfiteatru i usadowiono. Wtedy uporządkowano listę i szereg delegatów składających adresy - w ten sposób, że wywoływano wszystkie wpierw akademie, a potem uniwersytety wraz z imieniem odpowiedniego delegata podług starszeństwa daty założenia reprezentowanej przez delegata instytucji.
Ciąg dalszy jutro.
20 czerwca, rok 1931, sobota
Ciąg dalszy wczorajszego posiedzenia solennego w Sorbonie.
Delegatów zagranicznych nauki, mających adresy do złożenia, wprowadzono do amfiteatru szeregiem w tym szyku, w jakim będą wywoływani i usadowiono w kilku pierwszych rzędach parteru wprost naprzeciwko prezydium. Ponieważ kolejność była przyjęta podług starszeństwa daty założenia reprezentowanej instytucji, więc ja się znalazłem w samym ogonku, przedostatni i za mną był już tylko delegat Uniwersytetu Żydowskiego w Palestynie - w Jerozolimie, założonego w roku, zdaje się, 1925. W prezydium zasiadał Prezydent Rzeczypospolitej pan Paweł Doumer, obok niego z jednej strony minister oświaty pan Mario Roustan51, z drugiej - "administrator" Coll?ge de France pan Bédier, mówcy mający przemówić i grupa akademików francuskich w charakterystycznych mundurach akademickich szytych w barwie zielonej. Głębokie wnętrze i zbocza Wielkiego Amfiteatru Sorbony, balkony - wypełniał tłum wielotysięczny świata nauki i kultury Francji i zagranicy. Wielka grupa delegacji zagranicznych barwiła się kolorami tog wszelkiego kształtu i barwy.
Na wstępie i w przerwach między mowami chór Konserwatorium Muzycznego, kierowany przez dyrygenta Opery pana Henryka Büssera52, śpiewał stare pieśni z wieku XVI. Pierwszą mowę wygłosił w imieniu uniwersytetów francuskich Magnificencja Rektor Uniwersytetu Paryskiego pan Charléty53, mężczyzna młody i przystojny. Po nim w imieniu wszystkich innych uniwersytetów całego świata przemówił rektor najstarszego uniwersytetu, założonego w wieku XI, mianowicie rektor Uniwersytetu Bolońskiego prof. Alexandre Millerand54 jako prezes Instytutu Francuskiego i delegat Akademii Nauk Moralnych i Politycznych, pan Widor55, sekretarz i delegat Akademii Sztuk Pięknych, pan Alfred Lacroix56, sekretarz i delegat Akademii Nauk Ścisłych, pan Puech57, prezes i delegat Akademii Nadpisów i Literatury, i pan Gabriel Hanotaux58, delegat Akademii Francuskiej. Wszystkie mowy były piękne stylistycznie i treściwe ideowo.
Po mowie Hanotaux nastąpił akt składania adresów powinszowalnych przez delegacje. Wywoływany był uniwersytet i nazwisko odpowiedniego delegata. Delegat wtedy podchodził do prezydenta Duomera, kłaniał mu się, Doumer podawał mu rękę, następnie podawał mu rękę Bédier i delegat składał swój adres na wielkiej tacy obok. Adresów tych urosła cała duża góra. Jakem mówił, szedłem przedostatni. Przy tej okazji miałem z Doumerem taki oto dziwaczny dialog: "Vous venus de Bagdad?" - pyta mnie Doumer. "Non, Monsieur le Président, je suis de Lithuanie". - "Ah!"59 poprawił się Doumer. I na tym "zaszczycenie" mnie przez prezydenta rozmową zostało zakończone. Dlaczego sobie Doumer wyobraził, że jestem z Bagdadu - nie wiem; może ktoś przede mną był z Bagdadu wywoływany... nie pamiętam. Potem była jeszcze wygłoszona mowa przez pana Bédiera i bardzo efektowna, ślicznie wystylizowana, może najpiękniejsza ze wszystkich - mowa ministra Mario Roustana, który obiecał autonomię Coll?ge de France. [...]
23 czerwca, rok 1931, wtorek
[...] Na sobotę wieczorem byłem wyznaczył rendez-vous pannie Teodozji Kochanowskiej, która po otrzymaniu mego listu z Kowna odezwała się do mnie przez poselstwo litewskie. W sobotę rano, w godzinach, kiedy ona pracuje jako siostra miłosierdzia w szpitalu (jest to szpital amerykański prywatny, gdzie chorzy są bogaci i dobrze opłacają podług taksy wyznaczone im pielęgniarki), pojechałem do Neuilly, gdzie ona mieszka, i tam napisałem do niej kartkę, wyznaczając spotkanie na tarasie Café de la Paix pod Operą.
O godzinie 8.30 stawiła się. Poznaliśmy się oboje od razu i bez wahania. Nie widzieliśmy się 22 lata. Panna Teodozja postarzała już bardzo, jest to już właściwie babulka, o twarzy typowo babskiej, ale poczciwej. W mowie jednak i uśmiechu zachowała swoje cechy charakterystyczne, figurę też względnie zakonserwowała. Spędziliśmy z nią kilka godzin na rozmowie. Wpierw byliśmy w Café de la Paix, potem pojechaliśmy na Montparnasse do znanej mi z lat dawnych Café de la Rotonde, która wraz z grupą kawiarni sąsiednich stanowi teraz jeden z wielkich ośrodków nocnych życia w Paryżu. W rozmowie poruszyłem kwestię stosunku pani Kochanowskiej z dr. Bolesławem Motzem. Wysłuchać musiałem całej długiej i bolesnej spowiedzi jej życia. Fałszem jest, co mi na nią nagadywano o jej stosunku z Motzem.
Panna Teodozja Kochanowska to była jedna z kobiet, które przez całe życie były prawdziwie moimi, choć z nią nie miałem żadnego stosunku miłosnego i jej właściwie w znaczeniu miłości nie kochałem nigdy. Wiedziałem tylko o jej uczuciu wielkim, byłem jej wdzięczny, a skądinąd miałem dla niej i dla jej charakteru wiele sympatii i uznania. [...]
25 czerwca, rok 1931, czwartek
Po powrocie z Paryża do Kowna informowałem się oczywiście o tym, co tu słychać nowego. Otóż powiadają wszyscy, że dwie były ubiegłego tygodnia sensacje w Kownie. Jedną z nich były wybory do rad miejskich w Kownie i szeregu miast krajowych, dokonane na zasadzie nowej ordynacji wyborczej, przewidzianej przez nową ustawę o samorządzie. Drugą - podobno nie mniejszą - sensację w opinii publicznej wywołała wiadomość przedwczesna o moim wystąpieniu z Rady Stanu. Jeszcze się do dymisji nie podałem i zamierzam to dopiero we wrześniu uczynić, ale że się z tym zamiarem nie kryję, więc wiadomość dotarła już do kół dziennikarskich, które pośpieszyły o tym rozgłosić. Pierwsze podało tę wiadomość pismo żydowskie, po nim - wszystkie inne.
Mój udział w Radzie Stanu jest w ogóle bardzo głośny. Opinia publiczna przypisuje mi w Radzie Stanu o wiele większe znaczenie, wpływy i pracę, niż jest w istocie. Ale to tym bardziej zniewala mnie do ustąpienia, albowiem w przeciwnym razie spada na mnie bez żadnej winy odium nie tylko za wszystko to, co Rada Stanu kiepskiego zrobiła, ale i że wszystko to, co rząd lub Šiling zepsuł w projektach i zamiarach Rady. Na przykład ta ustawa o samorządzie, która jest nie tylko kpiną z samorządu, ale także sprzeczna z konstytucją. To bowiem, co ona samorządem nazywa, jest właściwie zaprzeczeniem pojęcia samorządu. Samorząd może być szerszy lub węższy, ale w każdym razie musi być jakiś zakres spraw oddany do samodzielnej zupełnej decyzji in merito ciała samorządnego. W tym zakresie państwo może zachować jedynie władzę kontroli legalności, lecz w żadnym razie nie celowości uchwał samorządu. Tymczasem nowa ustawa litewska udziela rządowi prawa uchylania wszelkiej uchwały samorządu, która się nie podoba rządowi. Samorząd więc jest pozbawiony wszelkiego zakresu decyzji merytorycznej ostatecznej. [...]
28 czerwca, rok 1931, niedziela
[...] W Bohdaniszkach w moim domu i wśród moich drzew czuję się wybornie. W domu coraz jest zasobniej, przybywa z roku na rok mebli i urządzeń. Ogród też dobrze przyrasta, co roku też drzew dekoracyjnych przybywa. Sinica wymurował bardzo ładne schodki betonowe do sklepu, w oficynie ścianę wewnętrzną z cegieł i większą część komina. Cała teraz największa rzecz - to pokrycie dachówką dachu na oficynie. Dachówkę mam, mam i umówionego niby majstra (Vingelisa) do pokrycia dachu; ale majster, który jest dobrym stolarzem, nie zna się na tym. Przede wszystkim belki poprzeczne na murze pod budowę dachu położone zostały złe, zbyt krótkie, uzupełniane przez dotaczanie z klamrami etc.; kazałem je zmienić i kupić nowe, które już są kupione. Dachówkę też majster chce jakoś krajać czy odbijać jej brzegi. Zapewne całe krycie dachu odbiorę Vingelisowi i oddam innemu majstrowi.
Jadzia była na razie w złym humorze, nadąsana czegoś, sztywna i jak z krzyża zdjęta, udająca ofiarę, która, cierpiąc sama, chce być dobra i równa dla mnie. Ale nigdy się jej taka komedia sztuczna nie udaje. Bo zaraz łzy jej stają w oczach, niecierpliwi się, wszystko ją drażni. Chodziło o zazdrość, o posądzenie mnie o któż wie jakie miłostki w Paryżu. Rozkrochmaliłem ją jednak potem serdecznością i troską o jej zdrowie. Toteż harmonia nastąpiła zupełna. [...]
29 czerwca, rok 1931, poniedziałek
Dzień spędzony z rozkoszą na łonie natury, a przynajmniej moich Bohdaniszek. Pracowałem dość dużo, ale też chodziłem z Jadźką do jej folwareczku (czyli "na placyk", jak to ona nazywa) i wracaliśmy przez Gaj. Znowu i znowu obchodziłem moje drzewka, zaglądałem do gospodarki ptactwa i świń, z których jedna - duża maciora rasowa z Rakiszeczek - jest na oprosieniu się. Hoduję też w tym roku pierwszego cielaka - krówkę ryżą Bergamotę. [...]
5 lipca, rok 1931, niedziela
[...] Zaraz po śniadaniu doczekałem się gościa. Jest nim Dominik Szydłowski60, głośny "Visuomis", reformator moralny i założyciel nowej religii oryginalnej, opartej na pierwiastku społecznym ludzkim i zasadach dobra i zła. Ciekawy to i ruchliwy - iście cygański - typ człowieka. Nie zna on życia urzędniczego, nie znosi szablonu i ram zewnętrznych, których nie sam jest w sobie twórcą. Z zawodu jest kooperatystą i handlowcem, ale posady nie bierze. Raz na kilka lat pracuje gdzieś doraźnie, nabiera pieniędzy sumkę i rusza w świat, gdzieś mieszka na wsi, pracuje nad pamiętnikami i nad pogłębieniem swojej religii i - leni się. Obecnie od dwóch lat mieszka w Dusiatczyźnie, którą się bardzo zainteresował i polubił. Mieszkał w wiosce Kowalach, teraz - gdzieś pod Bredesami61 - w Poszekarni. W porozumieniu z kilku Amerykanami, których usiłuje zainteresować swą inicjatywą i którzy, zdaje się, są skłonni iść na to, projektuje on założenie wielkiego kurortu czy stacji klimatycznej w okolicy Bredesów na terytorium czterech wsi, w malowniczym otoczeniu wzgórz, lasów, kilku jezior i prześlicznych charakterystycznych widoków.
Jest to człowiek pełny inicjatywy, woli, ruchu, człowiek szczery, trochę naiwny i dziecinny, jak wszyscy wynalazcy i twórcy systematów moralnych. Przyszedł pieszo, gawędził, byliśmy w Gaju, oglądał cały dwór, interesował się panoramą widoku bohdaniskiego, spędził cały dzień i zanocował.
6 lipca, rok 1931, poniedziałek
Dominik Szydłowski - "Visuomis" - który po przenocowaniu u mnie dziś rano ruszył pieszo z powrotem do obecnej swojej siedziby pod Bredesami, jest człowiekiem ciekawym nie tylko dziś, gdy się głosi założycielem nowej religii, ale także w przeszłości. Jest to typowy litewski saužmogus62 (Vidunas, Józef Petrulis i inni), który nie sieje i nie orze, ale żyje z łaski Boskiej jak ptak swobodny. Chodzi między ludźmi, głosi swoją "prawdę", zadowala się byle czym, wszystkim się interesuje.
Przeszłość jego jest nieco podobna do przeszłości Józefa Piłsudskiego, tylko bez tego wspaniałego zakończenia, które uwieńczyło akcję młodzieńczą Komendanta Legionów. Dominik Szydłowski, zanim został "Visuomisem", był członkiem czynnym Litewskiej Socjalnej Demokracji i, jak Piłsudski, był zwolennikiem i jednym z organizatorów Bojówki LSD-ckiej. W roku 1906 czy 1907 w tym samym mniej więcej czasie, gdy piłsudczycy z bojówki PPS-u pod wodzą Piłsudskiego dokonali napadu na stację kolejową Bezdany pod Wilnem, oddział bojówki LSDP, prowadzony przez Szydłowskiego, napadł na gminę Rzesza pod Wilnem i zrabował grubszą sumę pieniędzy. Oddział ten był wprowadzony w błąd przez pewnego młodzieńca, który doniósł o tych pieniądzach jako o rządowych, podczas gdy po ich "konfiskacie" okazało się, że to były pieniądze samorządowe gminne, które - w myśl zasad bojówki - nie ulegały wywłaszczeniu rewolucyjnemu. Sprawa napadu w Rzeszy zakończyła karierę socjalistyczną Szydłowskiego, który z partii wystąpił. Uniknął szczęśliwie represji władz, bo uczestnicy napadu, pojmani i sądzeni, nie zdradzili imienia kierownika wyprawy.
Religia, którą głosi Szydłowski, jest solidarystyczną społeczną i dotyczy życia ludzkości na Ziemi. Ma ona pewne pokrewieństwo z dualistycznym pierwiastkiem religii Persów. Pierwiastek dobra i pierwiastek zła skupiają się w osobnych własnych bóstwach równoległych, które walczą ze sobą w człowieku, obdarzonym poza tym trzecim pierwiastkiem - decyzji. Dotąd nauka religijna Szydłowskiego mieści się w paru broszurach, odezwach i rodzaju katechizmu. Obecnie Szydłowski chce poświęcić się wyłącznie rozwojowi swojej nauki, propagandzie i organizacji grupy swoich wyznawców. Ma to uczynić po wykonaniu swego obecnego projektu założenia z pomocą Amerykanów kurortu pod Bredesami. [...]
7 lipca, rok 1931, wtorek
[...] Stwierdzić się daje fakt, że po kryzysie, który dotknął i rozbił stare społeczeństwo szlachecko-ziemiańskie w latach 1918-24 (powstanie Niepodległej Litwy i jej zatarg z Polską, rewolucje, prądy i okupacje bolszewickie, reforma agrarna), społeczeństwo polskie, acz mocno poturbowane, restauruje się i organizuje na nowo. Tylko że teraz nie jest to już tylko patrycjat arystokratyczny dworów magnackich, idący pod batutą lokalnych królików Przeździeckich lub innych. To, co się teraz odrestaurowało, to stanowo jest społecznością mieszaną, a klasowo jest przeważnie drobno-ziemiańskie, ku czemu zresztą i samo wyższe ziemiaństwo poprzez reformę agrarną zredukowane zostało. Ale najwyrazistszą cechą tego nowego zespołu społecznego jest jego nie klasowy i nie stanowy, ale wyraźnie i kategorycznie narodowy polski charakter.
Taka nowa więź społeczna już się tu w naszych stronach nawiązała całkowicie i obcowanie towarzyskie polskie kwitnie jak w najszczęśliwszych czasach przedwojennych. Koziełłowie z Użukrewnia, Rosenowie z Gaczan, Römerowie i Mieczkowscy z Bohdaniszek, Lisieccy z Opejkiszek, Wojnarowscy z Antuzowa - to resztki dawnej świetności magnackiej w tej nowej więzi społecznej, a do tego przychodzą różne drobniejsze folwareczki dawnych hreczkosiejów szlacheckich albo nawet włościan folwarkowych pod warunkiem przyznawania się do polskości. [...]
6 sierpnia, rok 1931, czwartek
Miałem znowu gościa automobilowego. Był nim prof. Zygmunt Žemaitis, który bawi z rodziną u swoich szwagrów Bizaków w majątku Grioviškis63 w Dusiatczyźnie. Przyjechał automobilem, wynajętym od proboszcza antuzowskiego, księdza Žemaitaitisa. Z żoną i córką pojechał do Rakiszek do Apolinarostwa Wienożyńskich, sam zaś stamtąd kopnął się do mnie. Zabawił kilka godzin, był u mnie na kawie, oglądał mój dom i widoki, które mu się bardzo podobały. W ogóle był bardzo miły i ta jego wizytka sprawiła mi wielką przyjemność.
Cieśle po dokończeniu wiązania pod dach podjęli dziś na drągu wianek, symbolizujący spełnienie budowy. Oczywiście - dostali za to napiwek stosowny. [...]
7 sierpnia, rok 1931, piątek
Pojechałem dziś rano do Antuzowa. Należała się ode mnie wizyta państwu Woynarowskim, którzy już byli u mnie po ślubie, podczas gdy ja u nich jeszcze nie byłem. Poza tym chodziło mi o powiadomienie Sinicy, który pracuje nad podmurówką gminy w Antuzowie, aby już przychodził do mnie, bo cegłę już mam. [...]
W Antuzowie jest ciekawe archiwum tak rodzinne, jak majątkowe. Są tam listy autentyczne Emilii Platerówny64. Archiwum tego nie oglądałem. Ale archiwum majątkowe, złożone z dokumentów, jest uporządkowane fascykułami65, których inwentarze są wydrukowane i już nawet same przez się, bez zaglądania w dokumenty, dają dużo materiału do poznania dziejów Dusiatczyzny od roku 1508. Ponieważ Bohdaniszki, jako stanowiące folwark krewieński, należały wraz z Krewnami do Dusiatczyzny, więc mnie ta przeszłość szczególnie interesuje. Zbadałem dziś trochę te dzieje - oczywiście bardzo doraźnie. W roku 1508 król Zygmunt I (Stary) nadał dobra Dusiaty, które stanowiły dotąd dzierżawy koronne (hospodarskie), jednemu z Radziwiłłów. W roku 1586 Radziwiłł biskup wileński sprzedał Dusiaty w całku66 Rudominie. W ręku Rudominów-Dusiackich były one względnie niedługo, bo już koło roku 1644 nabył Dusiaty z Antuzowem Jan Andrzej Plater z małżonką Marią Ludwiką z Grottusów. Ale była to już tylko trzecia część Dusiatczyzny. Dwie inne części, stanowiące: jedna - Krewny (z Bohdaniszkami), i druga (zapewne) Jużynty, należały jeszcze do Rudominów; wydzielone w drodze działów, a potem obarczone zastawami, były w posesjach różnych osób. Krewny w końcu XVII wieku za sprawą Katarzyny Rudominówny primo voto Kriszpanowej i secundo voto Ogińskiej, której stanowiły wiano, wyszły z rąk Rudominów.
W latach 1704-05 było dokonane ścisłe rozgraniczenie ostateczne Krewien od Antuzowa jako folwarku Dusiat Platerowskich. Jak mi już jest wiadomo z dokumentów majątkowych bohdaniskich, ta sama Katarzyna Ogińska, dziedziczka Krewien, wydzieliła z nich i sprzedała Sulistrowskiemu Bohdaniszki w roku 1708. Bohdaniszki potem drogą sprzedaży od Sulistrowskich przez Roppów i Wyszyńskich przeszły na własność Römerów jeszcze w wieku XVIII, Krewny zaś nieco wcześniej w tymże wieku XVIII dostały się w drodze sprzedaży tymże Römerom, zlewając się znowu z Bohdaniszkami we wspólnej własności Stefana Jerzego, potem Stefana Dominika i wreszcie Michała (pradziada) Römerów aż do roku 1852, kiedy aktem dzielczym pradziada Krewny i Bohdaniszki znów się rozdzielają, bo Krewny, dzieląc los Antonosza, przechodzą do Edwarda, a Bohdaniszki do mego ojca Michała Kazimierza Römera. Niebawem zaś Edward wydziela Krewny swemu synowi Alfredowi Römerowi, któremu po powstaniu roku 1869 Murawjow każe przymusowo Krewny sprzedać; wyzyskując sytuację - kupuje je od Alfreda Römera za bezcen Niemiec Kurlandzki Walter, po którym dziedziczy je jego siostrzeniec - obecny Krewien właściciel - Maks Lysander.
Antuzów, oddzielony od Dusiat, przechodzi po kądzieli od Platerów na Ledóchowskich, potem znów po kądzieli Roppów i dziś jest własnością pani Izy z Roppów Woynarowskiej. Sam fundusz Dusiaty po roku 1831 zostaje od Platerów przez rząd skonfiskowany i staje się własnością państwową. Jużyncka zaś część Dusiatczyzny, która najdłużej w ręku Rudominów-Dusiackich była, przeszła, zdaje się po kądzieli, do Weyssenhoffów, którzy ją dopiero po wojnie stracili drogą reformy agrarnej i sprzedaży resztek Baukisowi. [...]
31 sierpnia, rok 1931, poniedziałek
Dzień przygotowań do wyjazdu do Kowna. Ja zajęty byłem głównie wyznaczaniem miejsc na kopanie jamek pod drzewka owocowe i dekoracyjne. Szkoda opuszczać Bohdaniszki. Dziś - słonecznie i pięknie. Pszenicę, jęczmień i część owsa zwiozłem. Dokoła - wszyscy na całym horyzoncie wożą i wożą.
Po przyjeździe do Kowna - różne troski: trzeba wytrząsnąć pieniędzy na opłatę reszty majstrom w Bohdaniszkach i na różne wypłaty nadchodzące (Bank Ziemski, rata za Fredę, różne zaległości i długi). Kwestia usunięcia się z Rady Stanu też jest aktualna. Zrealizowanie honorariów za prace napisane i oddane do druku oraz wykończenie tomu I ostatniej pracy - to są wszystko rzeczy trudne.
1 września, rok 1931, wtorek
[...] Zajrzałem dziś po długiej przerwie do gazet. Natrafiłem na fakty następujące: a) w Polsce (w Truskawcu) dokonano zamachu na znanego piłsudczyka i działacza kojarzącego ugodę narodowościową Tadeusza Hołówkę, który został zabity67; b) nasz minister sprawiedliwości Aleksander Żyliński padł ofiarą niebezpiecznego wypadku automobilowego, ale żyje i ma się lepiej, chociaż leży bez ruchu; c) ogłoszona została nowela o katedrach i etatach na Wydziale Teologicznym uniwersytetu; ilość katedr została znacznie zredukowana; w odpowiedzi na to Centrum Akcji Katolickiej (KVC - Katalik? Veikimo Centras)68 wystąpiło z inicjatywą założenia w Litwie własnego prywatnego uniwersytetu katolickiego; d) w wielkim procesie "voldemarczyków", który się toczył w Sądzie Wojennym, skazano szereg osób w związku z zamachem na Rusteikę, ale sam Voldemaras i szereg innych - zostali uniewinnieni. [...]
5 września, rok 1931, sobota
W mieszkaniu moim mieszka na razie student Feliks Mackus z Narkun, który już w roku zeszłym jadał obiady u mnie i jadać je będzie nadal. Latem prosiłem go o zamieszkanie u mnie na czas wakacji, aby mieszkanie pod dozorem było. Teraz po moim powrocie Mackus jeszcze siedzi; zapewne się wyniesie nieco później, bo zresztą i materialnie mu już teraz trochę lżej, gdyż dostał u starszego notariusza posadę płatną na 150 litów miesięcznie. Wszakże Mackus jest mało krępujący; cichy to chłopiec słodkiego charakteru.
Byłem dziś wieczorem z nim i Jadzią w kinie "Métropolitain", a po drodze zjechaliśmy po raz pierwszy z Zielonej Góry do miasta funikiulerem69, który wreszcie dziś otwarty został do użytku publicznego. Jest to nowinka w Kownie, ale rzecz bardzo dobra na starość dla osób, zamieszkałych na Zielonej Górze. Dla mnie - to zbawienie, bo mi chodzić na górę coraz trudniej i oszczędność wielka, bo za 10 centów wjeżdżam na górę i nie potrzebuję brać taksi, które mnie drogo kosztowały. [...]
11 września, rok 1931, piątek
Czy katolicy litewscy zdobędą się na założenie własnego uniwersytetu katolickiego - to wielkie pytanie. Wobec pewnych ograniczeń, wprowadzonych przez nową ustawę do Wydziału Teologicznego, rzucili oni hasło własnego uniwersytetu niezależnego na wzór istniejących gdzie indziej. Właściwie dotąd - w myśl dawnego statutu uniwersyteckiego, który był uchwalony przez Sejm Ustawodawczy jako wyraz kompromisu między klerykałami a lewicą - katolicy mieli na uniwersytecie państwowym miniaturę uniwersytetu katolickiego pod nazwą Wydziału Teologii i Filozofii. Sekcja "filozoficzna" tego wydziału obejmowała bowiem wszelkie filozoficzne, humanistyczne i społeczno-prawnicze gałęzie nauki i miała takie katedry, jak psychologia doświadczalna, geografia, literatura, języki, socjologia, nauka o państwie itd. oraz możność nieograniczoną zakładania autonomicznego nowych katedr, oczywiście wszystko na koszt państwa. Tą drogą, rozwijając swoje katedry, Wydział Teologiczno-Filozoficzny mógłby stworzyć całkowitą równoległość nauczania akademickiego wydziałów Humanistycznego i Prawniczego, tworząc konkurencyjną względem tych wydziałów uczelnię katolicką w łonie tego samego uniwersytetu.
Nowa ustawa zredukowała ilość katedr i personel etatowy Wydziału Teologicznego. Poza tym ustaliła ona zasadę ogólną, która tworzenie nowych katedr odbiera z rąk autonomicznych wydziałów i oddaje je w ręce senatu akademickiego z zatwierdzeniem rządu. Tą drogą zadany został dotkliwy cios - un coup de grâce - pielęgnowanym w sekrecie marzeniom teologów utworzenia na koszt państwa własnego w miniaturze uniwersytetu katolickiego, który by w pewnej chwili, gdy Chrześcijańska Demokracja będzie u władzy i gdy się cokolwiek na Wydziale Prawniczym lub Humanistycznym popsuje, zamknął te wydziały lub z nich jeden i zastąpił je własną sekcją filozoficzną. Stąd też ten krzyk u katolików. Formalnie powiadają oni tak: Stolica Apostolska udzieliła Wydziałowi Teologicznemu swej aprobaty i prawa udzielania stopni naukowych teologicznych; Stolica Apostolska uczyniła to, licząc się z ówczesnym statutem uniwersytetu; gdy statut został przez państwo jednostronnie zmieniony - Stolica Apostolska, nie mając gwarancji, że Wydział Teologiczny w Kownie mieć będzie katolicką niezależność organizacji i nauki, swoją aprobatę cofnie. Wtedy katolikom, którzy wpływu na rząd nie mają, nie pozostanie nic innego, jak założyć katolicki uniwersytet wolny. Parol uniwersytetu katolickiego został lansowany przez KVC (Katalik? Veikimo Centras - Centrum Akcji Katolickiej).
12 września, rok 1931, sobota
Członkowie profesury i w ogóle szeroki ogół publiczności nie przypuszcza, żeby katolicy, czyli kierownicy ruchu społeczno-katolickiego wraz z klerem odważyli się na założenie uniwersytetu katolickiego. Przypuszczają więc, że to jest tylko hasłem ot tak, dla nadrabiania miną, nastraszenia i dodania pewności sobie. Obliczają, że utrzymanie uniwersytetu własnego kosztowałoby katolików Litwy, skromnie licząc, po 300 tysięcy litów rocznie. Skąd wziąć tę sumę! Jednorazowo może by się katolikom ją zebrać udało, ale periodycznie co roku...? Z kół KVC mówią, że można by episkopat i kler litewski opodatkować na 1000 litów miesięcznie z każdej diecezji (jest ich pięć, dałoby więc to 60 tysięcy rocznie), że jest już na ten cel uzbieranych czy też zapewnionych 300 tysięcy, że dałoby się od organizacji katolickich amerykańskich zbierać... Może to wszystko jest prawdą, ale skądinąd Stolica Apostolska z pewnością by na to nic nie dała i kto wie, czy pozwoliłaby tyle na ten cel poświęcać ze środków katolickich, które jej samej są bardzo potrzebne dzisiaj, gdy musi ona łożyć na akcję katolicką i duchowieństwo Hiszpanii itd.
Mnie osobiście w rozmowie prezes KVC Tum?nas zapewnił, że o własnym uniwersytecie zupełnie poważnie się myśli. Mogłoby to być ot, takim sobie dyplomatycznym gadaniem, mającym tworzyć pewnego rodzaju napięcie. Ale oto "Rytas" dziś zupełnie poważnie i kategorycznie zapowiada, że to się już robi, że sprawa uniwersytetu jest w toku i rychło będzie realizowana. Natomiast ze sfer senatu akademickiego powiadają, że głowy teologów w senacie - prorektor ks. Česnys i dziekan wydziału ks. Kuraitis70 - mówią, że o niczym nie wiedzą i w ogóle na ten temat są powściągliwi. [...]
17 września, rok 1931, czwartek
Nie wiem, co mi jest, ale się czuję osłabiony. Męczę się bardzo, chodząc. Trzeba się zacząć leczyć. Wiem o tym i zdecydowany jestem na to. Poradzę się lekarza dobrego wcześniej, ale prawdziwie i radykalnie się do leczenia zabrać chcę dopiero wtedy, gdy skończę pracę nad tomem I mojej pracy kapitalnej o prawie konstytucyjnym. Spostrzegam, że przed Nowym Rokiem nie bardzo ją ukończę. Ale po Nowym Roku niebawem będzie gotowa. [...]
28 września, rok 1931, poniedziałek
Jadźka - zapłakana. Doszły ją w szkole od koleżanek pogłoski, pochodzące rzekomo od dyrektorki, że ona i jej przyjaciółka Przyjałgowska nie będą na wiosnę dopuszczone do egzaminów na ukończenie szkoły, dopóki nie zdadzą egzaminów cenzusowych ogólnych z zakresu czterech klas historii, geografii i litewskiego. Właściwie dla wstąpienia do szkoły artystyczno-rzemieślniczej dla kobiet, w której Jadzia się czwarty rok uczy i jest obecnie na IV kursie (najwyższym), wymagany jest cenzus czterech klas. Jadzia wcale cenzusu nie ma, w gimnazjum się nie uczyła, a do szkoły obecnej wstąpiła, gdy się szkoła dopiero tworzyła i kiedy jeszcze nie było ściśle ustanowionych przepisów o wstąpieniu i cenzusie. Ale kwestia cenzusu wisi zawsze nad nią. Robiono nadzieję, że te, które już są w szkole bez cenzusu, będą mogły skończyć i dyplom dostać, o ile nauczyciele poświadczą, że uczennica jest dostatecznie rozwinięta.
Jadziuńka biedna płacze i martwi się, bolejąc nad sobą. Jest ambitna, wzwyczaiła się w życie lepsze i wygodniejsze. Dopóki ja żyję - ma wszystko zapewnione, ale po mojej śmierci, której się boi, straszy ją przyszłość niepewna. Liczyła na tę szkołę i jej dyplom, a przeto na posadę nauczycielki robótek w gimnazjum żeńskim, przytułku lub gdzie indziej. Teraz się boi; nie bardzo się czuje na siłach zdać egzamin na cenzus, bo rzeczywiście wykształcenia ogólnego ma minimalnie. Nieudzielenie jej dyplomu z tej szkoły wybija jej grunt spod nóg. Smutno jej, biedaczce. Lęka się mojej śmierci, nie ufa swojemu zaściankowi bohdaniskiemu, czuje się między niebem i ziemią; straszy ją upadek z wyżyny, na której jest obecnie u mnie. [...]
5 października, rok 1931, poniedziałek
[...] W szeregu prac moich, których kilka jednocześnie piszę, przybyła jedna: jest to wstęp do zbiorku konstytucji, który znowu wypuszczam. Pierwszy zbiorek, ogarniający 10 konstytucji (Belgia, ZSRR, Czechosłowacja, Rzesza Niemiecka, USA, Japonia, Szwajcaria, Finlandia, Łotwa i Estonia), wydany był za moim staraniem przed trzema laty przez redakcję "Teis?"71. Obecny drugi zbiorek, ogarniający osiem konstytucji (Irlandia, Gdańsk, Polska, Prusy, Rumunia, SHS72, Turcja i Norwegia), wydaje Wydział Prawniczy. Otóż redaktor wydawnictw wydziału prof. Janulaitis nalegał na mnie o napisanie krótkiego wstępu informacyjnego do tych konstytucji. Nie jest to praca zbyt trudna, ale mozolna. Te konstytucje, wydawane po litewsku - to owoc moich prac seminaryjnych ze studentami, znającymi języki obce. [...]
9 października, rok 1931, piątek
Smutna i przykra rocznica zajęcia Wilna przez wojska polskie generała Żeligowskiego w roku 1920. W mieście dużo odczytów publicznych o Wilnie, w południe - tradycyjna minuta wstrzymania wszelkiego ruchu i skupienia żałobnego, chorągwie narodowe do połowy spuszczone i przewiązane krepą na znak żałoby, zbiórka uliczna składki na "wyzwolenie Wilna", uroczystość odpowiednia u pomnika poległym w ogródku Muzeum Wojennego... Nie wychodziłem wcale z domu.
Dwa miasta sąsiednie i bratnie, od wieków współżyjące i w jednym wspólnym kraju wyrosłe, przez cały bieg historii dzielące los wspólny, dziś po raz pierwszy rozdzielone - Wilno i Kowno. Rocznica jedenasta rozdziału. Obchodzona i tam, i tu. Tam, w Wilnie, obchodzona uroczystością wesela, dziękczynieniem Boga i orężowi Piłsudskiego, radosna. Tu, w Kownie, obchodzona żałobą i tęsknotą do Wilna, modlitwą o przywrócenie jedności i oddania w ręce tegoż Wilna stolicy kraju i, niestety, nienawiścią do Polski. Wilno ucieka od Litwy i ucieczkę swą święci, Kowno goni za nim i o powrót błaga, a berło jemu ofiaruje. Dziwaczna sytuacja. Biedny kraj. [...]
15 października, rok 1931, czwartek
Otrzymałem dziś z Rady Stanu odpis urzędowy aktu Prezydenta Rzeczypospolitej o zwolnieniu mnie ze stanowiska członka Rady Stanu od dnia 1 października (data ta była wskazana w moim podaniu). [...]
Na ogół wielki już był czas ustąpić z Rady Stanu - ze stanowiska członka. Jako współpracownik nie jestem uczestnikiem Rady i biorę udział tylko w poszczególnych czynnościach. Tymczasem pozycja członka staje się dziś głupia. Faktycznie bowiem Šiling zlikwidował kolegializm Rady Stanu i do każdej pracy poszczególnej sam sobie dobiera współpracowników takich, jacy mu się zdają odpowiedni dla przeforsowania tendencji jego lub rządu. Następnie plenum nie jest zwoływane i przez plenum wyniki prac komisyjnych nie przechodzą. Imieniem więc Rady Stanu wychodzą z jej łona takie projekty i pomysły, o których Rada nic nie wie (czasem nawet robi się w tajemnicy przed Radą) i które są elaboratami Šilinga i jego zaufanych.
16 października, rok 1931, piątek
Depesze w dodatkach nadzwyczajnych doniosły o zwycięstwie Litwy w Międzynarodowym Trybunale w Hadze w sprawie o tranzyt kolejowy na odcinku Landwarów-Koszedary. Trybunał Międzynarodowy orzekł, że Litwa ma prawo zamknąć ruch na tym odcinku, i że przez to zamknięcie ruchu nie uchybi żadnemu ze swych zobowiązań międzynarodowych. Podobno wyrok był jednogłośny, co by świadczyło, że nawet sędzia z ramienia Polski, zasiadający w tym komplecie Trybunału - Rostworowski73 - zaakceptował tezę litewską przeciwko polskiej. Z ramienia Litwy zasiadał w Trybunale Staszyński. Jest to bądź co bądź duży triumf Litwy, a porażka Polski. Jutro wracają do Kowna Staszyński, Sidzikowski (który bronił tezy litewskiej przed Trybunałem) i Natkiewicz (był w charakterze sekretarza Staszyńskiego i tłumacza). Kowno ma ich spotkać owacyjnie. [...]
21 października, rok 1931, środa
Zatarg rządu z Chrześcijańską Demokracją, który już od lat paru przybrał formy bardzo ostre, coraz się pogłębia. Chrześcijańska Demokracja sama rozmyślnie zaostrza i pogłębia zatarg, przechodząc do ofensywy, rząd zaś reaguje. Żeby w Litwie za rządów narodowców, którzy zawarli konkordat ze Stolicą Apostolską i którzy sami bardzo cenią konserwatywny charakter katolicyzmu, miało miejsce jakieś prześladowanie Kościoła i kleru, jak o tym głoszą nasi klerykałowie, zachowujący się prowokująco, o tym w rzeczywistości mowy nie ma. Nikt by ich nie ruszał, gdyby sami wciąż nie napadali. Nie mogą im wyjść z pamięci te lata, kiedy władza (do roku 1926) była w ich ręku. Tęsknią do niej i pożądają jej; czują, że gdyby nie narodowcy, którzy nie dopuszczają do sejmu, to w rządach sejmowych zrealizowałyby się rządy klerykałów. Toteż nie cierpią za to narodowców. Ludowcy są dla nich mniej wstrętni, bo naiwni, dający się nabrać na frazes demokratyczny, niestraszni dziś klerykałom jako rywale sejmowi.
Kampania kazań i mów po kościołach, zwróconych ostro i jawnie przeciwko rządowi, wrogiemu katolicyzmowi, pociągnęła szereg procesów i kar na księży. Zamknięcie uczniowskiej organizacji ateitininków w roku zeszłym bardzo zaogniło zatarg. Reforma tegoroczna Wydziału Teologicznego została przyjęta przez kler jako akt gwałtu. Świeżo rząd wykrył wielką akcję spiskowo-proklamacyjną chrześcijańskich demokratów, wymierzoną przeciwko rządowi. Odezwy były ohydnymi pamfletami, podobno w stylu najohydniejszym. Nici tej akcji, w którą uwikłani byli ateitiniki, zbiegały się do redakcji "Rytasu" i do rąk liderów świeckich partii - Bistrasa i Radziewicza74. Dokonano szeregu rewizji, aresztowań, "Rytas" zamknięto. Rewizji szczegółowej dokonano między innymi w mieszkaniu sędziego Trybunału - Szymona Piotrowskiego75, którego jedna z córek jest działaczką czołową ateitiników, u której też znaleziono wielki skład odezw, i ją samą aresztowano. Te elementy kleru, które są życzliwe narodowcom, jak Mironas76 i Tumas, są przez kler bojkotowane. Nawet elementy umiarkowane, skłonne do ugody, są tak sterroryzowane, że milczą i boją się pisnąć coś o ugodzie. To się stosuje do samego arcybiskupa Skwireckiego, do rektora seminarium, poety ks. Maironisa. [...]
5 listopada, rok 1931, czwartek
[...] Mam znowu wielki "zator" pieniężny. Do Bohdaniszek muszę wysłać na rozmaite wypłaty 500 litów, ze 300 litów potrzeba mi na sprowadzenie brakującej dachówki dla dokończenia krycia oficyny, w tym miesiącu nadchodzi płacenie ratówki rocznej w Banku Ziemskim, a nie mam na to wszystko nic, bo się cała pensja miesięczna rozeszła na rozmaite wypłaty. Chyba mnie poratuje honorarium z Encyklopedii Litewskiej i reszta honorarium za książkę Konstitucin?s ir teismo teis?s pasieniuose, która chyba już w miesiącu bieżącym się w druku ukaże. [...]
9 listopada, rok 1931, poniedziałek
Na wczorajszym posiedzeniu Rady Wydziału Prawniczego ujawniło się istotnie to, czegom się już od dłuższego czasu obawiał. Mianowicie rosnący wszędzie na całym świecie kryzys gospodarczy i finansowy, kryzys, który już dotknął nawet walutę angielską, który zadrasnął równowagę pieniężną krajów skandynawskich, który szaleje w postaci bezrobocia na całym świecie, zabija kredyt, rujnuje handel, utrzymuje przemysł w stanie chaosu - ten kryzys, acz pośrednio, powoli i nas w swoje posiadanie obejmuje. Wprawdzie u nas jeszcze jest znośniej niż u sąsiadów, ale źle się dzieje. Wieś upada, gospodarstwo rolne wegetuje, robiąc bokami, rolnicy nie wiedzą, czego się chwytać. Bekony, które przed paru laty miały dobrą cenę, staniały ogromnie (prosięta, które przed dwoma laty, ze względu na ceny bekonów, były tak poszukiwane, że kosztowały do 60 litów sztuka sześciotygodniowe, teraz są za bezcen - na targu można je za parę litów kupić); rzucono się do mleczarń spółdzielczych, których w roku zeszłym zwłaszcza mnóstwo powstało jak grzybów po deszczu; jak bekony - dawały mleczarnie dochód stały i dobry gospodarstwom włościańskim i nauczyły je lepszego karmienia krów, podnosząc wydajność mleka i tłuszczu w mleku. Obecnie i bekony, i śmietanka (masło) spadły w eksporcie do cen minimalnych. O zbożu, lnie, bydle na rzeź - nie ma co mówić. Słowem - nawet u nas gotówka stała się rozpaczliwą kwestią dla rolników.
Gdzie indziej jest jeszcze gorzej. W szczególności w całym szeregu państw podjęta została z konieczności kwestia obcinania pensji urzędników, pomimo że te pensje są niższe niż u nas. Dotąd u nas do tego jeszcze nie doszło, ale zaczynają już o tym mówić - c'est dans l'air77 - i chyba do tego dojdzie. W każdym razie przy układaniu budżetu na rok przyszły wystawione zostało hasło oszczędności jak największej i walki ze wszelkim zbytkiem. W szczególności uniwersytet otrzymał polecenie tak ułożyć swój preliminarz, żeby suma wydatków została zmniejszona o 25 procent. Dotyczy to i naszego wydziału. Z jakich pozycji obcinać - oto wielka kwestia. W naszym wydziale przez sekretarza Wacława Biržiškę podniesiona została myśl wykreślenia prawie całej pozycji kredytów na wydawnictwa; pozostałoby tylko tyle, ile jest niezbędnie potrzeba na dokończenie druku tych prac, które już są w toku i na honoraria za nie. [...]
18 listopada, rok 1931, środa
Od dawna wybierałem się do lekarza. Od lata chcę się na dobre do leczenia zabrać, udać się po diagnozę do dobrego specjalisty profesora w Berlinie i pojechać może do sanatorium w Czechosłowacji dla bardzo, jak powiadają, skutecznego przeciwko tyciu systemu głodzenia.
Ale tymczasem chodziło o lekarza w Kownie. Diskin mi poradził zwrócić się do dr. Elkiesa, Żyda, mającego wielką wziętość w Kownie (specjalisty od serca i chorób wewnętrznych). Byłem dziś u niego. Obejrzał mnie szczegółowo i starannie, opukał, zważył (ważę w ubraniu 106 kilo), wysłuchał itd. Kazał zrobić analizę uryny, analizę kropli krwi z palca i fotografię röntgenowską serca i płuc i dopiero przyjść po raz drugi. Dr Elkies zrobił na mnie bardzo przyjemne wrażenie. Byłem bardzo znerwowany przed pójściem do niego; teraz czuję się uspokojony. Nie wiem, czy dr Elkies mówi mi całkowitą prawdę, ale to, co mówi, jest dobre. Zapewnia, że żadnych defektów szczególnych u mnie nie ma, tylko serce jest niezdrowe, a tłuszcz nadmierny akcentuje niedokładności serca. Dr Elkies zapewnia, że doprowadzi mnie do zmizernienia. Daj Boże! Byle nie kosztem osłabienia nadmiernego. [...]
26 listopada, rok 1931, czwartek
Sensacja. Ogłoszona została ustawa o wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej, poprzedzona rodzajem manifestu Prezydenta Antoniego Smetony do narodu. Jednocześnie zarządzone zostały same wybory, których akt pierwszy - wybory elektorów - ma się odbyć 2 grudnia, to znaczy, zdaje się, w nadchodzącą środę, zaś akt drugi - wybory samego Prezydenta - 11 grudnia, to znaczy za dwa tygodnie. Sensacja, ale już w ostatnich czasach spodziewana. [...]
Ustawa o wyborach Prezydenta powiązała te wybory z samorządami lokalnymi. Mianowicie członkowie rad samorządowych wybierają elektorów, ci zaś na zjeździe swoim wybierają w głosowaniu tajnym Prezydenta Rzeczypospolitej. Są to więc wybory trzystopniowe, albowiem stopień pierwszy stanowi wybór członków rad samorządowych, będących zarazem praelektorami Prezydenta.
Sama przez się stopniowość wyborów Prezydenta nie jest rzeczą przeciwną zasadzie demokratycznej lub precedensem. Z czterech krajów, które dziś praktykują wybór prezydenta przez naród, a nie przez Parlament, trzy - USA, Finlandia i Litwa - ustanawiają wybory stopniowe i tylko jeden - Rzesza Niemiecka - ustanowiła wybór bezpośredni. Nic też, zdaniem moim, zarzucić nie można temu, że Litwa za podstawę przyjęła wybory do samorządów. W wielu krajach (w pierwszym rzędzie we Francji) członkowie obieralni samorządów są zarazem elektorami politycznymi w wyborze senatorów (członków Izby Wyższej). W zasadzie nie mają racji do wielkiego krzyku (przynajmniej teoretycznego) ci, którzy się gorszą tym, że wybory do samorządów lokalnych są u nas z mocy reformy zeszłorocznej oparte na kwalifikacjach cenzusowych. Dziś są one cenzusowe, ale wystarczy zamienić je na powszechne, aby dać wyborom prezydialnym podstawę powszechnego głosowania. Jedyna niedokładność zasadnicza, jedyny feler czasowy w ogłoszonej kombinacji jest ten, że między ogłoszeniem ustawy a wyborami prezydenta nie zainterweniują wybory do samorządu. Obecni bowiem członkowie rad samorządowych byli wybrani w czasie, gdy ich wyborcy nic o tej ich funkcji nie wiedzieli i przeto nie głosowali na nich jako na praelektorów prezydenta. [...]
28 listopada, rok 1931, sobota
Sądzę, że już chyba żaden "kawał", żadna niespodziana zakulisowa intryga, żaden "spisek", a tym bardziej żadna na poczekaniu "agitacja wyborcza" nie zdąży zakłócić wyborów Prezydenta Rzeczypospolitej i uchylić wybór Antoniego Smetony. Gdyby czasu było dane więcej, może by spróbowali szczęścia zwolennicy Voldemarasa albo chrześcijańscy demokraci, ale dziś już chyba ani jedni, ani drudzy nie liczą na żadne szanse powodzenia i zapewne nawet próbować nie zechcą. Zresztą czegóż tu próbować w warunkach stanu wojennego, gdy wszelka agitacja będzie poczytana za spisek i zapewne oddana pod sąd wojenny, a jedni i drudzy - voldemarasowcy i chrześcijańscy demokraci - sterroryzowani i zgnębieni. Prezydent Smetona jest widocznie tak pewny swego wyboru, że w swoim manifeście Do Narodu! nie staje wobec wyborów jako wobec faktu niewiadomego, z którego ma się dopiero ujawnić "wola Ludu", ale uzasadnia wybory potrzebą poparcia, którą on odczuwa i dla której się do Ludu odwołuje.
W toku mojej pracy kapitalnej Valstyb? ir jos konstitucin? teis?, której tom I do druku wykańczam, zakończyłem przypisy do rozdziału o nacjonalizmie. Pozostają mi dwa ostatnie rozdziały.
29 listopada, rok 1931, niedziela
Siedzę od dłuższego czasu bez grosza. W ogóle ten miesiąc miałem ciężki. Wyszeptałem się już od razu w czasie Wszystkich Świętych w Bohdaniszkach. Potem tu miałem jeszcze kilka wypłat. I jeszcze nie zaraz do równowagi dojdę, bo mam kilka długów zaległych do spłaty ratami, oprócz tego rata za plac na Fredzie i w Banku Ziemskim, reszta rachunków budowlanych w Bohdaniszkach. A pensji teraz będę pobierał mniej, gdym ustąpił ze stanowiska członka Rady Stanu. Cały mój rachunek - to honoraria za prace, które są bądź już w druku, bądź na wykończeniu. Z tych honorariów liczę coś uzbierać na kurację latem. Tymczasem trzeba harować. Radę sobie dam.
Dotąd Šiling jeszcze mi nie wyznaczył kwoty honorarium za współpracownictwo w Radzie Stanu. Wobec tego nic mi jeszcze za ubiegły listopad nie wypłacono.
30 listopada, rok 1931, poniedziałek
[...] Konieczność dokonania wyborów Prezydenta dla wzmocnienia jego autorytetu jest motywowana względami zwłaszcza polityki zagranicznej. Prezydent Smetona był w grudniu roku 1926 wybrany przez sejm w myśl konstytucji z roku 1922 na termin kadencji sejmowej, ale najdalej do trzech lat. Termin ten podług dawnej konstytucji dawno się skończył, kiedy został w roku 1927 rozwiązany sejm i powinien był być zwołany nowy. Nowy sejm nie był, jak wiadomo, ani zwołany, ani wybrany, co stanowi samo przez się akt nowego przewrotu. Aleć na podstawie tego przewrotu Prezydent, jako rzecznik władzy tymczasowej, ogłosił konstytucję prowizoryczną, mającą obowiązywać nie tylko od czasu jej potwierdzenia przez lud, ale też prowizorycznie zaraz. Otóż chodzi o to, aby przynajmniej w myśl przepisów tej konstytucji Prezydent otrzymał obecnie mandat konstytucyjny, którego Smetona nie posiada. Chodzi przeto o ulegalizowanie demokratyczne Prezydenta Smetony wobec opinii zagranicznej.
1 grudnia, rok 1931, wtorek
Dorwałem się do pieniędzy. Otrzymałem dziś pensję z uniwersytetu. Po raz pierwszy biorę tu pełną pensję jako zasadniczą. Dotąd bowiem zawsze brałem tu pensyjkę zmniejszoną, pobierając zasadniczą wpierw w Trybunale, następnie - w Radzie Stanu. Pensja moja zasadnicza na uniwersytecie ze wszystkimi dopłatami za godziny wykładowe wynosi 1960 litów. Z tego, za potrąceniem poboru na emeryturę, wypłacają mi 1848 litów.
Będąc w Radzie Stanu, brałem aż do miesiąca listopada włącznie po 1880 litów w Radzie i po 1020 litów na uniwersytecie, czyli razem 2900 litów. Teraz też muszę coś z Rady jako "rzeczoznawca-współpracownik" otrzymać, ale ile - to jeszcze nieustalone: zapewne nie mniej niż 500, może 750, a najwyżej 1000 litów. Jeżeli 1000, to będę miał plus minus tyleż, ile miałem poprzednio (2848, miałem zaś 2900), ale coś mi się zdaje, że wypadnie mniej. Oszczędzam się więc bardzo, bo wypłaty nie zmniejszyły się, owszem - przybyło jeszcze i dopiero latem wytchnę, gdy już nowych większych nakładów na budowę nie będzie. Teraz cała moja nadzieja na okres zimy i wiosny - tak w stosunku do podołania wszystkim wypłatom, jak w stosunku do zapasu gotówki na kurację letnią - w honorariach, które mi się będą należały. [...]
3 grudnia, rok 1931, czwartek
Coraz gorzej. Rozpoczęła się dawno zapowiadana, a gdzie indziej w wielu państwach już wykonywana, akcja zmniejszania wynagrodzenia pracownikom państwowym. Pensje są dotąd u nas nietknięte, ale oto Gabinet Ministrów uchwalił projekt ustawy, którego mocą dodatki świąteczne (na Boże Narodzenie i na Wielkanoc) do pensji urzędniczych, które wynosiły połowę zasadniczej pensji miesięcznej, są zniesione dla urzędników wyższej ponad XI kategorii. W założeniu uchwała ta jest bardzo słuszna, niemniej dotyka mnie ona bardzo boleśnie, pozbawiając 600 litów, na które bardzo liczyłem. [...]
5 grudnia, rok 1931, sobota
[...] Otrzymałem uchwałę Komisji Emerytalnej w sprawie zaliczenia mi do emerytury mojej służby państwowej od lipca 1920 do maja 1926, to znaczy za czas, w którym nie czyniono potrąceń z pensji do kasy emerytalnej. Ustawa o emeryturze pozwoliła na zaliczenie służby poprzedniej do emerytury, gdy urzędnik będzie prosił o to i pod warunkiem uiszczenia przezeń wpłat do kasy emerytalnej za czas zaliczany. W swoim czasie wniosłem o to podanie do komisji i teraz otrzymałem rezolucję. Wyliczono, że mam miesięcznie przez lat 6 wpłacać do kasy emerytalnej pewien odsetek mojej pensji (5,88 procent). Spróbuję uzupełnić moją emeryturę, ale czy zdążę jeszcze z niej skorzystać - tego sam nie wiem. Zdaje się, że dla zupełnej emerytury trzeba przesłużyć 25 lat. Ponieważ rozpocząłem służbę państwową litewską w wieku lat 40 (w roku 1920), więc miałbym emeryturę dopiero w wieku lat 65 (w roku 1945). Czy dożyję do tego czasu! [...]
11 grudnia, rok 1931, piątek
Wybory Prezydenta Rzeczypospolitej odbyły się. Żadna niespodzianka nie zaszła. Ogółem było wybranych przez samorządy 116 elektorów (powinno było być wybranych 118, ale dwóch z miasta Kłajpedy pozostało niewybranych z powodu bojkotu wyborów przez esdeków i komunistów); wszyscy 116 stawili się na termin w Kownie. Ogólne zebranie elektorów (po litewsku urzędowo nazywają się oni ypatingieji tautos atstovai) miało miejsce w sali sejmowej w Gmachu Sprawiedliwości. Z urzędu przewodniczył prezes ministrów T?belis, który powołał do prezydium z łona elektorów Šilinga i elektora z powiatu rakiskiego Kalpokasa78 (brat malarza). Ustawa przewiduje zgłaszanie kandydatur na Prezydenta jawne w drodze deklaracji podpisanej przez najmniej 20 elektorów. Domyślano się, że opozycja, jeżeli nawet między elektorami jest, nie uzbiera 20 podpisów na zgłoszenie innego niż Smetona kandydata. Sądzono jednak, że przecież jakaś, choćby minimalna opozycja musi się gdzieś w tych 116 ukrywać. Ale zgłoszona została przez elektora prof. Żylińskiego kandydatura Antoniego Smetony, który też w głosowaniu wszystkimi 116 głosami został wybrany.
Bądź co bądź jednogłośność wyboru stanowi bardzo duży atut polityczny Antoniego Smetony. Cokolwiek by twierdziła opozycja chrześcijańsko-demokratyczna i ludowcowa - fakt jest faktem. Można mówić o niedokładnościach tego głosowania, o tym, że wyborcy elektorów obecnych byli sami wybrani przez prawyborców cenzusowych, którzy głosowali na nich jako li tylko członków samorządu lokalnego, nie wiedząc, że im nadana zostanie taka funkcja polityczna, jak wybór elektorów Prezydenta, można mówić, że opozycja została stłumiona przez obawę jawnego stawiania kandydatów opozycyjnych na Prezydenta; ale że ze 116 elektorów ani jeden głos nie zawiódł Smetony, że nikt nie oddał nawet pustego głosu, skoro już nie było innych kandydatów formalnych - to już więcej niż incydentalny wypadek lub sztuczne przeforsowanie Smetony. Sztuczność sztucznością, ale fakt jednogłośności ma także swoją wymowę. [...]
17 grudnia, rok 1931, czwartek
Zanotuję tu dzisiaj te pogłoski, które obiegają w Kownie z kół Rady Stanu w sprawie zamierzonych wyborów do sejmu. [...]
Kombinacja ma być taka. Prawo zgłaszania list kandydatów ma być udzielone li tylko tym ciałom urzędowym, które reprezentują trzy wielkie gałęzie pracy społecznej. Te ciała to: Izba Handlowo-Przemysłowa, Izba Rolnicza i Izba Pracy. Ta ostatnia nie istnieje jeszcze, toteż najbliższą reformą byłoby utworzenie Izby Pracy, do której zapewne - poza pracą fizyczną - wejdzie także praca inteligencji - praca artystyczna, naukowa, wolne zawody, urzędnicy... Nikt inny poza izbami gospodarczo-zawodowymi nie będzie mógł zgłosić listy kandydatów. Samorząd zawodowy będzie panem sytuacji. Powszechne, równe itd. głosowanie będzie zastosowane do wyboru posłów w ramach tych list. Przez państwową organizację gospodarczą, która się akcentuje coraz bardziej, samorząd zawodowo-gospodarczy z łatwością się daje opanować albo raczej zsolidaryzować z akcją grupy rządzącej, stając się giętkim narzędziem politycznym w jej ręku. Opozycyjne partie polityczne, usunięte od zgłaszania list kandydatów, tracą najważniejszy atut wpływów na wybory. [...]
25 grudnia, rok 1931, piątek, Bohdaniszki
Pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Odwilż. Boję się, żeby sanny nie spędziło, bo chcę zacząć w poniedziałek wyrąb drzewa w Gaju na opał i trochę na deski.
Marynia oznajmiła mi wczoraj, że w żaden sposób nie jest w stanie wypłacić mi w tym roku dzierżawy. Wiem, ze jest ona w sytuacji niezmiernie ciężkiej z powodu długów, w które nieopatrznie w latach ubiegłych webrnęła, a że w tym roku rolnictwo przeżywa niesłychanie ciężki kryzys, który pozbawia je wszelkiego dochodu, więc oczywiście dam za wygraną tej dzierżawie. Marynia w ogóle likwiduje swoją gospodarkę do minimum, odprawia ekonoma, który jest bardzo dobry, wyprzedaje znaczną część krów i koni. Marynia dała mi do zrozumienia, że dzierżawa większej części mojej schedy staje się jej ciężarem, którego ewentualnie pozbyć by się pragnęła. Już mi to samemu parokrotnie przychodziło do głowy, gdym się zastanawiał nad sytuacją Maryni. Brać gospodarstwo na siebie, ponosić koszt instalacji (nabyć konie, krowy, wozy, pługi, uprząż itd., chociaż inwentarz żywy nigdy tak tani, jak obecnie, nie był, więc pod tym względem moment do założenia własnego gospodarstwa jest najdogodniejszy), kiedy ja sam ani umiem, ani lubię gospodarzyć, a jeszcze i cen na nie żadnych nie ma i sam tu nie mieszkam - to mnie nie pociągało zbytnio.
Jadzia już mi dawno radziła oddać moją schedę Elwirze za wymówioną dla mnie ekscepcję79 i usługi w naturze. Wspomniałem o tym Maryni, a ta mi podsunęła myśl ułożenia się z jej ekonomem. Jest to stary sługa dworski, który 26 lat przesłużył w Kretyndze u Aleksandra Tyszkiewicza80 za ekonoma, człowiek solidny, znający się, uczciwy, taktowny, Niemiec czy Łotysz z pochodzenia. Marynia powiada, że ekonom jej wspominał, iż podjąłby się gospodarzenia na mojej schedzie wraz z pilnowaniem lasu, gwarantując mi pewien nieduży dochód czysty po opłaceniu robotnika i jego samego. Ta myśl mi się podobała. Powiedziałem, że to jest do pomyślenia i rozmówię się z ekonomem. Instalacja gospodarstwa byłaby moja; o dochód (zysk) mi nie chodzi, byleby ekonom tyle wygospodarował, żeby robotnik był opłacony i sam ekonom także, a ja bym miał coś w naturze z ogrodów, wędliny (trzody chlewnej), nabiału i ptactwa. Elwira i Jadzia pochwalają tę kombinację. [...]
27 grudnia, rok 1931, niedziela
Dziś zawezwałem do mego domu ekonoma Maryni i rozmówiłem się o jego służbie u mnie. Zapewnia mi on takie wygospodarzenie mojej ziemi (małej schedy), żebym nie tylko nic nie musiał dopłacać, ale jeszcze coś miał dochodu - po opłaceniu robotnika i wybrania przez ekonoma pensji i oczywiście tylko rozchody na zainstalowanie gospodarstwa (nabycie koni, inwentarza martwego), jako kapitalne i jednorazowe, nie wchodzą w rachubę wydatków bieżących i winny być amortyzowane stopniowo. W ogóle ekonom bardzo praktycznie wszystko przewidział i rozważył. Wskazywał mi, gdzie i jak trzeba urządzić chlewy, oborę, stajnię, spichrz radził od Maryni nająć, wozy i uprząż zrobić metodą gospodarczą. Decyduję się na tę kombinację z ekonomem. Spisze mi on i wyrachuje szczegółowo, czego i ile będzie potrzeba, ile co będzie kosztowało itd. [...]
29 grudnia, rok 1931, wtorek
Marynia, która mi wpierw sama była wspomniała o niemożności płacenia mi dzierżawy i jakby dała do zrozumienia, że moja ziemia dzierżawiona stała się dla niej ciężarem, a potem mi nadmieniła, że jej ekonom podjąłby się wygospodarzyć mi z ziemi pewien dochodzik po bezwzględnym pokryciu rozchodów i opłaceniu robotnika oraz pensji jemu, teraz, kiedym się z ekonomem ułożył i zdecydował na założenie własnego gospodarstwa, zaczyna narzekać i, zdaje się, brać mi to za złe. Wspomina, że nocami nie śpi z niepokoju i nie rozumie, jak podoła długom bez sukursu z mojej ziemi, bo to na dużym zawsze coś się więcej uzbiera niż na małym. Przykre mi są te jej gawędy i półsłówka. Czyż nie ona sama sprowokowała to rozwiązanie, do którego ja tęskniłem już od pewnego czasu, ale przez wzgląd na nią ociągałem się? Dla mnie zainstalowanie gospodarstwa jest właśnie w tym roku kryzysu najdogodniejsze, bo wszystko jest taniej niż kiedykolwiek. O dochody mi nie chodzi, jeno o to, abym już był panem na swoim i nie musiał dopłacać z kieszeni.
Jedenaście lat Marynia korzystała z mojej schedy bohdaniskiej. Narobiła przez ten czas długów i o własnych siłach stanąć nie zdołała. Czyż muszę wiecznie ją własnym funduszem wspomagać i ratować od bankructwa, które sama sobie nawiązuje? Jest ona całe życie żebraczką, która musi się o kogoś opierać i ratować się. Tymczasem ratując się - nie wyratowuje się, lecz coraz więcej w długi włazi. Jest lekkomyślna, a ja całe życie muszę jej służyć filantropią. Nie chcę już jej oddawać ziemi. [...]
31 grudnia, rok 1931, czwartek
[...] Czytam teraz "Źródła mocy" - "czasopismo krajowe (wileńskie), poświęcone kulturze regionalnej ziemi byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego" (z roku 1928), a właściwie części tych ziem, które należą dziś do Polski. Jest to, zdaje się, jedyne pismo polskie w Wilnie (nie licząc "Przeglądu Wileńskiego"), które nie boi się jeszcze imienia "Wielkiego Księstwa Litewskiego". Jak na dziś - to i to rzekomo dużo. Ale wczytując się - widzi się, że to, co to pismo usiłuje uwydatnić i co ono rzetelnie kocha, to nie tyle kultura tych ziem ze wszystkimi złożonymi i przede wszystkim etnicznymi ich cechami, ile polskość na tych ziemiach. O jakichś sympatiach litewskich i białoruskich, choćby tylko etnicznych, nie ma mowy. Słowem - kocha się to, co ten kraj niweluje w kierunku roztopienia jego indywidualności w żywiole silniejszym sąsiednim. O ile zaś chodzi o przeszłość, to się Litwę państwową kocha, ale tylko w perspektywie dróg do "unii" i unii dokonanej. Zaznacza się i udowadnia, że najczynniejszym kulturalnie jest dziś w Wileńszczyźnie pierwiastek polski. No, oczywiście - jest on nim w państwie polskim. Wszystko bowiem, co robi państwo, a ono robi dziewięć dziesiątych tego, co się robi, zalicza się na rzecz aktywizmu czynnika kulturalnego polskiego. Ale gdyby tam było państwo litewskie lub białoruskie, to bilans wypadłby na rzecz takiegoż aktywizmu "czynnika kulturalnego" litewskiego lub białoruskiego.
Ale oto ustęp z artykułu prof. Mieczysława Limanowskiego81 z opisu wycieczki regionalnej po Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie w toku zwiedzania Nieświeża: "Wróciwszy do miasta, oglądaliśmy Bramę Słucką. Serce się kraja, gdy się pomyśli, że arcypolski kraj Kopyla i Słucka oddany został Sowietom, że po prostu kilka mil od Nieświeża przebiega granica sztuczna i karygodna, odcinając część należącą do tej samej regionalnej całości, co Nowogródek i Nieśwież. Czwarty rozbiór Polski, który dokonał się w Rydze, przejdzie kiedyś pod sąd naszych potomków; to, co już dziś powiedzieć można, to to, że tępota geograficzna naszych dyplomatów gabinetowych sięgnęła po laury, po które jeszcze samowolnie nikt nie sięgał: Kopylskie i Słuckie tak są odkrojone od Nieświeża i Nowogródka, jak czasza misternej porcelany, która przepołowiona została barbarzyńskim rąbnięciem". Czy nie takim samym "barbarzyńskim rąbnięciem" odrąbane zostało od Litwy Wilno i Wileńszczyzna? Słowa prof. Mieczysława Limanowskiego są orężem przeciwko Polsce i jej stanowi posiadania litewskiego.
Swoją drogą, czytając o ziemiach, miastach i grodach Wileńszczyzny (Wilno- -Troki-Krewo-Oszmiana-Mir-Nowogródek) widzi się i czuje, jak dużą stratę poniosła Litwa przez odcięcie Wileńszczyzny. Wszak przez tę linię szły bramy wypadowe Litwy na Ruś, tam była granica właściwego jądra państwowego i narodowego Litwy i tam też zachowały się i zmonumentowały najwspanialsze pomniki i pamiątki historii Litwy. Z tej linii czynów historycznych i pamiątek Litwa w obecnie zrealizowanej swej Niepodległości zachowała tylko Merecz82.