Dzienniki. 1916-1919. Tom 3 - Michał Romer

Kup ebooka

39.00 zł
31.20 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROK 1916

1 stycznia, rok 1916, sobota, Kraków, wojskowy szpital austriacki nr IV

Rok nowy. Oby stał się rokiem wielkim, błogosławionym, rokiem ziszczenia tęsknot i woli pokoleń, koroną czynu bohaterów, którzy od lat 150 z pokolenia na pokolenie szli na bój ze sztandarem Wolności, a których przemoc dotąd zwyciężała zawsze! Zwyciężała pozornie, w powszedniej praktyce rzeczywistości, ale zwalczyć nie zdołała w żywym duchu o wieczyście odradzającym się czynie. [...]

Wielkich jednak przemian dokonała w psychologii ludzkiej ta wojna światowa. Jakże inaczej myśli i czuje dziś ludzkość niż przed półtora rokiem! Chociaż jednostki ludzkie pozostały przecież te same! Od półtora roku nie narosło przecież żadne nowe pokolenie ludzkie. Ludzkość z roku 1916 jest jeszcze ta sama, jaka była w połowie roku 1914, z tych samych członków złożona, a jakże jednak jest inna, jak różna od siebie samej. Tam to była ludzkość z doby Wielkiego Pokoju Europejskiego, ludzkość pogrążona w mieszczańskiej atmosferze ducha, pod znakiem giełdy, przemysłu, nauki, rachub ekonomicznych, postępu itd. Były w tej kulturze pierwiastki nieśmiertelne, jak nauka, postęp, jak nieustająca walka nurtujących świat rewolucyjnych prądów proletariatu, ale ujęte to było w ogólny układ myśli mieszczańskiej, niejako w mieszczański styl, którego jednym z najcharakterystyczniejszych elementów był racjonalizm. Ta przesada, ta absolutna przewaga racjonalizmu w duchowości ludzkiej doby Wielkiego Pokoju Europejskiego - to obecnie ustało przez te krwawe półtora roku wojny. I tej supremacji racjonalizmu, zawężającej niezmiernie pole widzenia ludzkiego, po wojnie też z pewnością nie będzie. Supremacja ta na długie lata i pokolenia z pewnością wykreślona zostanie z rozwoju ducha ludzkiego. Racjonalizm w pewnej proporcji z innymi elementami, jako współrzędny i współdziałający, ewentualnie współubiegający się z innymi, ma swoją funkcję użyteczną, ale supremacja jego jest niebezpieczna, wyjaławiająca zbyt wiele innych twórczych władz ludzkiego ducha. Jak racjonalizm, tak jego reakcja i antyteza - mglisty mistycyzm - są oba w supremacji dla twórczego ducha ludzkiego niebezpieczne.

Wojna obecna, łamiąc bezwzględnie supremację racjonalizmu, nie grozi natomiast bynajmniej supremacją mistycyzmu, bo mistycyzm jest równie obcy naturze wojny jak racjonalizm. Pogłębia natomiast wojna ogromnie zmysł religijny, który może się zdoła wreszcie odrodzić i z ram niewolnictwa kościelnego z jednej strony, a z obojętności i próżni religijnej lub, co gorsza, z obłudy form i praktyki bez wiary z drugiej strony, wytrysnąć żywym kwiatem głębokiej i twórczej indywidualnej wiary. Poza tym wojna daje ludziom obcowanie z rzeczami wielkimi, oswaja ich z wielkością, wielkość do ich dusz wciela. Przez wojnę wystrzela z człowieka kwiat bohaterstwa, wreszcie wojna, zwłaszcza w państwach środkowoeuropejskich, wdraża społeczności ludzkie w zbiorowe organizowanie wielkich zagadnień społecznych. Mnóstwo zresztą jest skutków duchowych wojny, dodatnich w swoim działaniu, mimo że wojna sama w sobie i przez się jest rzeczą brzydką i ma też sporo niewątpliwie skutków ujemnych.

I jeszcze jedna rzecz wielka tej wojny: pogłębienie pierwiastka i zagadnienia narodowego, uzdrowienie go z nacjonalizmu mieszczańskiego i uprzytomnienie jego natury i istoty rzetelnej jako tworu ducha ludzkiego. [...]

3 stycznia, rok 1916, poniedziałek

Dr Czaplicki przy wizycie rannej ustalił dziś ostatecznie decyzję skierowania mnie do superrewizji1. Spytał mnie raz jeszcze, czy chcę tego, a gdym potwierdził, wydał orzeczenie. [...]

5 stycznia, rok 1916, środa

Zacznę dziś od wczorajszej wizyty profesora Pomorskiego. Ucieszyłem się szczerze, gdym go ujrzał wchodzącego do sali szpitalnej. Wizyta jego była dla mnie zgoła niespodziana, ponieważ nie wiedziałem o jego przyjeździe do Krakowa. Przyjechał na jakiś zjazd i narady ziemian z Królestwa i Poznańskiego oraz zapewne z Galicji w kwestii rolnictwa. Jak wiadomo, rolnictwo w Polsce, zwłaszcza w Królestwie, zostało ciężko dotknięte wojną i jest w stanie ostrego kryzysu, natomiast w chwili obecnej jest najważniejszą bodaj gałęzią gospodarki krajowej. Toteż zjazd obecny, na który przybył Pomorski jako uczony w tej dziedzinie, posiadający też wielkie doświadczenie i znajomość stosunków gospodarczo-rolnych w kraju, ma za zadanie ustalenie akcji planowej w produkcji rolniczej na gruncie obecnego kryzysu.

Wizyta Pomorskiego była dla mnie jakby jakimś echem czy tonem rodzinnych stosunków, tak miłych, gdy się jest długo z dala od swoich bez żadnej o nich wieści. Z tego punktu wizyta Pomorskiego była dla mnie droższa, niż gdyby to był tylko gość znajomy z Warszawy. Przez swoje bliskie spokrewnienie z rodziną Komorowskich Pomorski jest dla mnie prawie krewnym. Zna całą moją rodzinę, zna nasze strony, jest tu dla mnie żywym wiązadłem między mną, oderwanym od swoich, a moimi najbliższymi, mimo że sam nic o nich nie wie konkretnego i przeto żadnych dokładnych informacji udzielić mi nie był w stanie.

Dowiedziałem się od niego tylko tyle, że Zysiowie Komorowscy zamierzali wysłać dzieci do Bielcza, do Pruszanowskich, sami zaś zostać w Kowaliszkach i czekać wkroczenia Niemców; czy wszakże zostali - o tym nic nie wiadomo. List Kotuńki Pruszanowskiej, który otrzymałem w grudniu w Rzeszowie, pisany z Bielcza w sierpniu, mniej więcej koło tego czasu, kiedy ofensywa niemiecka docierała do Kowaliszek, nic nie wspomina o tym, żeby dzieci Komorowskich były lub miały przyjechać do Bielcza. Pomorscy otrzymali tylko list od Zitki, wysłany via Tylża; właściwie krótką kartkę, w której wszakże tyle było wykreślone, że właściwie niczego się z niej dowiedzieć nie było można. Ja stąd jednak wnioskuję, że Zitka, oczywiście wraz z rodzicami, pozostała na miejscu i dała się odciąć przez kordon niemiecki, a stąd jej kartka skierowana była w jakiś sposób na Tylżę.

Co do Julka Komorowskiego, który służył w rosyjskim wojsku, to dowiedziałem się od Pomorskiego, że po tyfusie, który przebył na wiosnę w Warszawie i o którym ja jeszcze wiedziałem, otrzymał urlop roczny; co wszakże z nim dalej się stało - nie wiadomo. Z pewnością nie czekał na Niemców w Kowaliszkach, bo byłby przez nich traktowany jako jeniec wojenny. Musiał zwiać zawczasu i możliwe, że został znów wzięty do wojska, bo podobno w domu bardzo szybko wrócił do sił i kwitnącego zdrowia. O Papie, o Maryni Pomorski nic nie wie, ale przypuszcza, że Marynia jest w Wilnie i nie zmieniła naszego mieszkania przy ulicy Wileńskiej, bo gdy Pomorski w myśl mojej prośby robił starania o zawiadomienie Maryni o mnie i prosił niejakiego pana Krasińskiego, jadącego do Wilna, aby to zrobił, ten mu na to odpowiedział, że zna adres Maryni i że ona tam właśnie, przy ulicy Wileńskiej, mieszka.

[...] O naszych stronach Pomorski wie tylko tyle, że Poniemuniek Kazimierza Świąteckiego2 ocalał, ale jest całkowicie wyludniony i oczywiście pozbawiony wszelkiego inwentarza. Sam Świątecki siedzi w Wilnie, skąd podobno posyłał kogoś jakąś drogą do Poniemuńka na zwiady. Wyludnienie to pochodzi podobno stąd, że Moskale podczas cofania się wyganiali całą miejscową ludność3. Analogiczne stosunki do Poniemuńka muszą panować także w okolicach Bohdaniszek, z tą chyba jeszcze na niekorzyść Bohdaniszek różnicą, że położone są bliżej obecnego frontu wojennego w jego odcinku dynebursko-iłłuksztańskim. Oto wszystko mniej więcej, czego się od Pomorskiego pro domo sua4 dowiedziałem.

Skądinąd dużo ciekawego mówił Pomorski o Warszawie. Bierze tam wybitny udział w ruchu społeczno-kulturalnym jako prezes Wydziału Oświecenia5 i członek Warszawskiego Komitetu Obywatelskiego6. Stwierdza, że istotnie w kołach inteligenckich i politycznych Warszawy nastąpiło duże ujednostajnienie w kierunku ideału niepodległościowego, chociaż niedobitki endecji z jej moskalofilską ideologią jeszcze istnieją. Wszakże co do utworzenia jakiejś Rady Narodowej, która by zjednoczyła wszystkich we wspólnym programie, jak się to ma w Galicji, Pomorski jest pesymistą i uważa to za niestety nieziszczalne ze względu na zasadnicze różnice metody i dróg, czyli tak zwanej orientacji. Sam Pomorski, jak poprzednio, należy do tego odłamu obozu niepodległościowego, który, jak Straszewicz, uważa polski czyn zbrojny, czyn Legionów za czyn nieprowadzący do celu w obecnej wojnie. Propaguje neutralność wobec stron walczących z zachowaniem własnej woli niepodległościowej i ewentualną akcję memoriałową itp. na okres likwidacji wojny, a tymczasem akcję społeczno-kulturalną, samopomocy i organizowania sił narodowych poza sferą wojenną. Dla czynu Legionów mają oni tylko uznanie, szacunek, ale nie wiarę w praktyczny jego realizm.

Powiada Pomorski, że natomiast w masach ludowych, tak wiejskich, jak miejskich, a nawet w klasie średniej, moskalofilstwo nie tylko nie ustało, ale się raczej szerzy i konsoliduje w głąb przez reakcję przeciwko zarządzeniom niemieckim i przez tę prostą zmysłową psychologię, że wraz z ustąpieniem Moskali i przyjściem Niemców wszystko podrożało i warunki życiowe pogorszyły się straszliwie. Co do rządów niemieckich w Warszawie i na całym terenie okupacyjnym niemieckim - to są bardzo ciężkie i budzą w całym społeczeństwie niechęć i odporność. Wszyscy wraz z obozem niepodległościowym ze wszystkimi jego odłamami mają w Warszawie w stosunkach wewnętrznych zwrócony front przeciwko Niemcom i muszą być ciągle czynni, by się odpornie trzymać. Jest ciągła, nieustająca walka między władzami okupacyjnymi a społeczeństwem. Tu trzeba nie przykładami mówić, ale też ciągłość tego stanu walki wykazać i pojąć, gdyby się ją miało obrazować.

6 stycznia, rok 1916, czwartek

Pomorski, będąc u mnie pozawczoraj, wręczył mi 100 rubli zasiłku pieniężnego, naturalnie tytułem pożyczki. Chociaż w liście moim prosiłem go nie o pożyczkę, jeno o postaranie się sprowadzenia dla mnie tych pieniędzy od Maryni z Wilna, jednak teraz przyjąłem. Wiem, że doczekać się pieniędzy z Wilna przy obecnych stosunkach komunikacyjnych jest prawie niepodobieństwem. Zresztą nie jestem nawet pewien, czy Marynia ma dość zapasu pieniędzy i czy ma jakieś źródło do czerpania. Tymczasem Pomorski ofiaruje mi pieniądze bez żadnych zastrzeżeń co do terminu zwrotu itd., a że je ma, to tym bardziej należy je przyjąć. W tych czasach trzeba pieniądz cenić, bo choć stał się tani, jednak nie rodzi się tak na poczekaniu, jak poprzednio bywało.

A moje zapasy gotówki były już na wyczerpaniu. Dotychczas wystarczały mi jeszcze pieniądze, które wywiozłem w maju z Wilna. Względnie nie bardzo nawet wiele wziąłem ze sobą, bo tylko coś plus minus 700 rubli. Kosztowała mnie drogo Rumunia, mimo że oszczędzałem, kosztował mnie Wiedeń, ale już w Piotrkowie, mając mieszkanie i utrzymanie z Departamentu Wojskowego, nie miałem wielkich wydatków. Wyjeżdżając na linię, miałem coś z 900 koron w kieszeni. Na linii pieniądze tracą zupełnie znaczenie realne, przynajmniej tam, na Wołyniu, gdzie tylko wyjątkowo coś dostać do kupienia było można. Właściwie to mizerny żołd wystarczyłby na linii najzupełniej. Tygodniami całymi nie można było nawet przy najlepszych chęciach wydać grosza, bo się nie widziało wcale ludności cywilnej, a gdyby się nawet widziało, to ta nie miała nic zgoła do sprzedania. W wyjątkowych wsiach, w których można było dostać mleka lub innych produktów wiejskich albo kupić jakąś kurkę z pozostałych skąpych resztek ptactwa, pieniądze się sączyły strumykiem zaledwie, nierobiącym ujmy kieszeni. W ogóle na linii pieniądz jest przedmiotem zbędnym, o którego istnieniu i wartości często się zapomina zupełnie. I psychologia ludzka w stosunku do pieniądza ulega na linii przemianie. Są wprawdzie tacy, którzy na linii zbierają z żołdu grosz do grosza, mając sobie za maksymę niewydawanie pieniędzy i niepłacenie nigdy, ale ci, którzy nie są na pieniądz szczególnie chciwi i nie przywykli uważać grosz w kieszeni swojej za wielką osobliwość, nie cenią go wcale. Cóż bowiem znaczą jakieś rynkowe walory pieniądza, gdy nie ma wartości użytkowej? Dla spracowanego żołnierza mają realne znaczenie li tylko wartości użytkowe.

Taką wartość mają dla niego mleko, jajka, kura itd., toteż za nie płaci podług własnej fantazji, nie licząc się z kategoriami cen. Co mu z zaoszczędzenia gotówki, jeżeli za to ma być pozbawiony mleka czy innej przyjemności jedzenia, zwłaszcza gdy wie, że za tę gotówkę nic innego nie dostanie! Lepszy grzyb w barszczu niż wróbel na dachu, a pieniądz ze stanowiska użyteczności jest dlań takim właśnie ptakiem na dachu. Na linii trudno o monetę zdawkową, toteż się przy kupowaniu przepłaca, bez żalu o tę resztę, z której się rezygnuje, byle mieć to, czego się chce i co się na szczęście trafia. Zresztą na linii często łatwiej coś nabyć za sól albo chleb niż za pieniądze. Poza rzadkimi okazjami kupna jakichś produktów od zrujnowanych włościan ma się okazję do płacenia chyba wtedy, gdy zawita sklep pułkowy, ale to zdarza się w najlepszym razie raz na dwa tygodnie i ogranicza się do jakichś centów, nie dochodząc nawet do reńskiego, bo towary sklepu topnieją w podziale na kompanie i plutony. Tak że na pojedynczego żołnierza wypadają tylko drobiazgi znikomej ceny, jak kawałek czekolady, kilka sztuk papierosów, jedno pudełko zapałek, czasem jedna świeca jako wielki zbytek, to znów jakieś nici itp.

I na to zresztą można nie mieć pieniędzy, bo to się zakredytuje i kapral przy najbliższej wypłacie żołdu potrąci należność. Na linii człowiek w mundurze żołnierza rzeczywiście i może jedyny raz w życiu wyzwala się z władzy pieniądza i czy go ma, czy nie ma - to się staje obojętne. Natomiast jak tylko się odjeżdża z linii w kierunku hinterlandu, pieniądz odzyskuje swe prawa.

Gdym odjeżdżał z Brygady, miałem coś ze 250 koron. Do Rzeszowa już mi trochę z tych pieniędzy ubyło. Przez czas pobytu w Rzeszowie kwota ta stopniała do 100 koron, a tu już mi zostało niespełna 70. Swoją drogą, jest to topnienie bardzo powolne wobec drożyzny obecnej, bo choć ma się całkowite utrzymanie, jednak wciąż są jakieś wydatki, to na tytoń, to na bieliznę, to na jakieś drobne przyjemności, na potrzebne rzeczy, jak papier, jakieś mydło, scyzoryk itp. [...]

Wczoraj wychodziłem na miasto i widziałem się z pułkownikiem Sikorskim, szefem Departamentu Wojskowego. Bawił tu przejazdem z Warszawy do Zakopanego. Wstąpiłem do niego do Hotelu Francuskiego i zastałem go. Przyjął mnie bardzo grzecznie i wykazał wielkie zainteresowanie w sprawie ułatwienia mi jazdy do Wilna. Wiedział już o mojej obecności w Krakowie w szpitalu. Chce mnie wprost stąd zabrać do Piotrkowa ze sobą, gdy po 10 bieżącego miesiąca będzie wracał z Zakopanego przez Kraków do Piotrkowa. [...]

7 stycznia, rok 1916, piątek

Sikorski opowiadał mi pozawczoraj o sprawie werbunku w Królestwie, o Polskiej Organizacji Wojskowej7 i o widzeniu się z Piłsudskim podczas świąt na linii. Coś niecoś z tego tu zanotuję. Sikorski, który jest optymistą co do warunków spełnienia Sprawy Polskiej, jest nadal pełny zapału dla akcji legionowej i, zdaje się, traktuje dość niechętnie zaniechanie werbunku do Legionów przez Piłsudskiego. Rozumie motywy Piłsudskiego i poniekąd nawet je podziela, ale chciałby, zdaje się, aby równolegle do tworzenia w Królestwie rezerw zakonspirowanych w postaci związków militarnych nie rzucano hasła zawieszenia na dziś werbunku. Chciałby, zdaje się, aby werbunek szedł swoją drogą, a swoją drogą tworzyły się kadry zorganizowanych rezerw, to znaczy, aby jedna akcja nie wykluczała drugiej, zostawiając młodzieży wolną rękę w wyborze. Sądzę, że taka alternatywna dwoistość byłaby w obecnych warunkach trudna do uskutecznienia, bo skoro Piłsudski i podwładna mu Polska Organizacja Wojskowa uznają w obecnej dobie za wskazane kształcenie rezerw, będących wyćwiczonym pogotowiem wojennym polskim, uważając, że czas do ich wystąpienia nie nadszedł i że ta akcja jest dziś najważniejsza dla Sprawy, to oczywiście niepodobna od nich żądać, aby na równej z nią stopie stawiali werbunek, obniżający zapas wytwarzanych rezerw. Dla werbunku pozostaje miejsce wśród tych elementów, które do tych rezerw nie mogą być wciągnięte - i tam się on odbywa faktycznie, o ile znajduje chętnych amatorów.

Działalność POW rozciąga się tak na Królestwo, jak na Litwę, a nawet na ziemie pozostające dotąd w ręku Rosji i na Rosję samą, gdzie tylko są Polacy i młodzież polska. POW zależy bezpośrednio od Piłsudskiego i tylko jego wyłączną władzę jako wodza uznaje. Oczywiście, że POW jest tajna tak wobec Rosji, jak wobec Niemiec i Austrii. Ma ona jedyny ideał - Niepodległą Polskę - niezależny od interesu państwowego tak Rosji, jak i mocarstw centralnych. Toteż przeciwstawia się ona w swej działalności tak Rosji, jak Austrii i Niemcom - i to ją w praktyce różni od formalnych warunków, w jakich działają z konieczności Legiony. Dziś, gdy Rosja jest wyparta głęboko na wschód, na kresy byłej Rzeczypospolitej, i niebezpieczeństwo rosyjskie w znacznym stopniu przestaje być aktualne, na czoło wysuwa się poniekąd niebezpieczeństwo niemieckie, przeciwko któremu musi się w dalszych stadiach przygotowawczych front polskiego ruchu zbrojnego zwracać. Jeżeli jeszcze nie można stanowczo przesądzać, że front ruchu zbrojnego będzie musiał czynnie się przeciwko Niemcom zwrócić, bo niewiadome są nadal dalsze dzieje wojny, a także niebezpieczeństwo rosyjskie, o ile tylko aktualność posiadać będzie, pozostanie zawsze dla Sprawy Polskiej najgroźniejsze ze wszystkich, to jednak w akcji politycznej trzeba być przewidującym na możliwości i liczyć się z poważną ewentualnością czynnego frontu antyniemieckiego.

Otóż na tym się zasadza zawieszenie przez Piłsudskiego i POW werbunku do Legionów i kształcenie rezerw ruchu zbrojnego w Królestwie. Akcja POW w Królestwie, polegająca na militaryzacji młodzieży, podobna jest do akcji związków i drużyn strzeleckich w Galicji przed wojną, z tą różnicą, że jest tajna i nielegalna. Jej tajność i formy konspiracyjne utrudniają oczywiście jej rozwój praktyczny, zwłaszcza w czasach wojny, gdy czujność władz państwowych na terenie okupacyjnym jest zdwojona. Ale za to znakomitymi sojusznikami tej akcji są duch i zapał militarny młodzieży, spotęgowane przez epopeję Legionów i przez świetny rozkwit Sprawy Niepodległości Polskiej w duszach Narodu i nawet w obliczu zagadnień europejskich. Legiony były pierwotnym stopniem polskiego ruchu zbrojnego, drugim jest obecnie kształcenie rezerw. Legiony dały temu ruchowi wyraz czynny wobec najgroźniejszego i najelementarniejszego wroga, wobec Rosji. Bez zgniecenia i kategorycznego wyparcia Rosji z ziem polskich nie ma bowiem żadnych dróg do Niepodległości. Dopiero po tym pierwszym etapie, odparciu niebezpieczeństwa rosyjskiego, otwierają się drogi dalsze, pełne wielu jeszcze innych skomplikowanych zagrożeń.

Legiony są nie tylko tym pierwszym etapem torowania dróg dla państwowotwórczych usiłowań polskich przez walkę z Rosją. Są jednocześnie wspaniałym żywym bodźcem czynu dla wszystkich następnych etapów ewentualnej walki zbrojnej, są żywicielem ducha wolnościowego, pochodnią wszelkiego dalszego czynu, są też jedynym widomym świadectwem wielkiej czynnej Sprawy Polskiej i może ponad wszystko konkretnym zawiązkiem wojska narodowego polskiego. To są wartości trwałe Legionów, niezależne od stadiów ruchu, określonych zmiennymi okolicznościami wypadków i sytuacji. Nic to, że Legiony związane są przysięgą na rzecz Austrii i że formalnie stanowią cząstkę armii austriackiej. To są pęta takie, jak ongi miały Legiony Polskie we Francji - bodajże nawet lżejsze i mniej uzależniające ich rolę i naturę od założeń państwa dominującego. Nie powiadam, żeby te pęta były zgoła obojętne, ale nie zmieniają one natury Legionów jako wojska narodowego, walczącego o Wolność Polski.

Austria zresztą jest dla mnie państwem takim, że niewykluczona jest możność spełnienia nawet w niej samej, w łonie jej państwowości - Wolności Polski. Co do POW i jej akcji tworzenia rezerw polskiego ruchu zbrojnego, to uznając zasadność i doniosłość takowej w obecnych warunkach, mam jednak pewne wątpliwości co do jej siły i środków działania. Ciężka to i wielka akcja, a Polska jest strasznie przez tę wojnę osłabiona i mocno najazdami potęg zbrojnych skrępowana. W tych warunkach, choć duch młodzieży jest rozbudzony i czujny, trudno o wielką, potężną akcję. Tymczasem Legiony już są, czynne, żywe, opromienione chwałą, bohaterstwem i legendą, wielkie w uznaniu myślącego Narodu, większe ponad rzeczywistość nawet, a już tysiąckrotnie większe ponad swój liczebny stosunek sił do sił walczących potęg. Toteż niewzruszona jest, moim zdaniem, wartość Legionów wobec wszelkich otwierających się nowych zadań i ewentualnych stadiów ruchu zbrojnego. Takie są moje osobiste refleksje w materii POW, akcji kształcenia rezerw i jej stosunku do Legionów.

Sikorski mi mówił, że w rozmowie, którą podczas świąt miał z Piłsudskim, ten, mówiąc mu o POW i zawieszeniu przez nią werbunku do Legionów i polemizując poniekąd z Sikorskim, powiedział mu wręcz, że uważałby moment obecny za wskazany do rozwiązania Legionów i że gdyby to od niego zależało, toby to zrobił. Wodzu, czy to możliwe, aby taka była istotna myśl Twoja? Wodzu, nie wierzę w prawdę tych słów Twoich, jeżeli były w tym znaczeniu wypowiedziane. Tyś musiał inaczej je myśleć, a mówiłeś jeno w przekornej polemice z Sikorskim, który był może jednostronny i drażnił Cię niezrozumieniem myśli Twojej! Wszak przerwanie dzieła Legionów w pół drogi to upadek Sprawy, przekreślenie całego chlubnego czynu i bohaterstwa poległych ofiar, straszna kompromitacja dzieła i demoralizacja w pełnym rozterki Narodzie, a triumf nie idei rezerw POW, ale moskalofilstwa i powrót w pełni niebezpieczeństwa rosyjskiego w samym łonie Narodu, niebezpieczeństwa, które jest nad wszystko inne groźne. Wodzu, to nie jest myśl Twoja! [...]

9 stycznia, rok 1916, niedziela

[...] Przyjeżdżali do Berlina z Wilna Jerzy Šaulys i Bronisław Krzyżanowski w sprawie aprowizacji. [...] Słyszałem i czytałem w paru korespondencjach w "Nowej Reformie"8, że z Wilna mnóstwo inteligencji wyjechało, zwłaszcza z adwokatury i świata lekarskiego. Ci, o których dotąd w ten lub inny sposób doszły mnie wieści z Wilna, to są sami niepodległościowcy lub postępowcy. Jedyny wyjątek to prezydent miasta Michał Węsławski, który do jednych ani do drugich nie należy. Cieszy mnie z tej nowej wiadomości o Šaulysie i Krzyżanowskim to, że właśnie do tej sprawy aprowizacji Wilna użyty też został Šaulys, Litwin. Znając stosunki wileńskie, wiem dobrze, że udział Šaulysa w tej misji nie jest przypadkiem, jeno wyrazem pewnego planowo tworzonego ustosunkowania we współpracownictwie polsko-litewskim.

Z tego drobnego faktu, który dla ludzi nieobeznanych ze stosunkami wileńskimi jest zgoła bezbarwny, a który dla mnie jest wymowny, wysnuwam te pocieszające wnioski, że jednak tam, w Wilnie, nie zamarły usiłowania obywatelskiego współdziałania polsko-litewskiego, układu planowego i krajowych dążeń i że w społeczeństwie polskim tam, na Litwie, a przynajmniej w tych jego odłamach, które stoją na antymoskalofilskim stanowisku niepodległościowym - a o to mi tylko chodzi - nie rozwielmożniły się bynajmniej prądy przesądzające podział kraju na Litwę etnograficzną, Litwę litewską, wyłączoną z uczestnictwa w sprawie niepodległościowej, i Litwę wileńską i białoruską jako li tylko integralną narodową cząstkę Polski. [...]

11 stycznia, rok 1916, wtorek

Dziś stawałem do tak zwanego forsztelunku (Forstellung)9. Meldowałem przy raporcie komendantowi szpitala Pakoszowi, że przeznaczony zostałem do superrewizji. Po "forsztelunku" Pakosz jeszcze mnie zbadał, posłuchał serca i choć zdawało mi się, że dziś akurat bicia nie mam, machnął ręką na znak, że nie ma żadnych wątpliwości co do złego stanu mego serca; wobec tego zatwierdził decyzję Czaplickiego o skierowaniu mnie do superrewizji. Teraz mam już tylko czekać, kiedy w kancelarii napiszą mi papiery i następnie - marsz ze szpitala. Superrewizja da mi zapewne urlop długoterminowy, kilkumiesięczny. Czy będzie to już koniec mojej kariery wojskowej? Sądzę, że tak, a przynajmniej właściwej kariery wojskowej. Nie jestem fachowcem wojskowym i nie znam się na tych czynnościach; nie mam do nich ani specjalnych kwalifikacji, ani uzdolnienia i pociągu. Udział mój w Legionach był raczej aktem politycznym czynnego akcesu mego do ruchu niż właściwym wojskowym czynem jako takim. Dlatego też pragnąłem i mogłem być tylko szeregowcem liniowym, udziałowcem karnym bezpośredniego czynu zbrojnego, legionistą - i tylko. Żadnych innych funkcji wojskowych nie mogłem i nie pragnąłem się podjąć. Jako obywatel narodu swego i kraju, stanąłem do służby w ich sprawie, która się w obecnej chwili dziejowej streszcza w czynie zbrojnym Legionów.

O karierę wojskową nie chodziło mi oczywiście. Byłoby nawet śmieszne, gdybym o takowej myślał w zawodzie wojskowym, ja, człowiek par excellence cywilny i pokojowy, rozmiłowany w kulturze i postępie humanitarnym. Rycerzem pragnąłem być Sprawy, pragnąłem w czynie dać żywy wyraz wiary - co uważałem za obowiązek sumienia mego, pragnąłem wreszcie tym aktem moim stwierdzić w Wilnie przekonanie, które od początku słowem głosiłem, i zarazem służyć przykładem dla wyznawców. Obowiązek bowiem zgodności czynu z przekonaniem i wiarą - bez względu na ofiarę - który jest powszechny i może być w pewnych razach zniwelowany li tylko względami na dobro trzecich osób lub społeczności, podnosi się do najwyższych poziomów u ludzi, którzy zajmują jakieś poważniejsze stanowisko, których głos ma większą wagę i którzy mają rozleglejsze pole wpływów, a przeto i odpowiedzialność większą. Im kto wyżej stoi, tym musi być ściślejszy w swoich obowiązkach, tym bardziej świecić musi przykładem. Stara dewiza noblesse oblige stosuje się do wszystkich, którzy podnieśli się nad tłum i uczestniczą w przywództwie społecznym. [...]

13 stycznia, rok 1916, czwartek

[...] Chcę poświęcić kilka słów wrażeniom miłym i dodatnim, doświadczonym dziś, a będących w związku z Legionami. Przede wszystkim na mieście w Krakowie miałem dziś kilka przygodnych i drobnych, a bardzo sympatycznych dowodów uczucia i uznania ludności krakowskiej dla legionistów. Wziąłem dziś przepustkę, ostatnią już, ze szpitala na miasto. Odwiedziłem pana Róga10. Jego nie zastałem, ale przyjęły mnie jego żona i jej matka, których dotąd nie znałem wcale, ale które wiedziały już o mnie od Róga. Były dla mnie niezmiernie uprzejme i serdeczne jak rzadko. W osobie mojej witały i czciły legionistę. Zabawiłem u nich parę godzin. Częstowały mnie herbatką i gawędziły. Opowiadałem im o Legionach, o walce naszej, o życiu w linii itd.

[...] Po tym dwukrotnie doświadczyłem zupełnie przygodnie tego odruchowego wyrazu sympatii, jaką ludność krakowska, z klas średnich, ludność patriotyczna, ma dla legionistów i ich dzieła. Było to raz u Hawełki - ze strony kasjerki, a drugi - ze strony piekarki w piekarni przy Szpitalnej. Szczegółów opisywać nie będę; nie miały one zresztą nic wspólnego z jakimkolwiek flirtem czy erotyzmem - były tylko odruchami czystej sympatii; odruchy drobne, szczególiki, ale dla mnie były nader miłe. Ludność krakowska ma rzeczywiście gorący kult dla Legionów. [...]

14 stycznia, rok 1916, piątek

Dziś pożegnałem mój szpital i dostałem się do tak zwanego transenu. Jest to lokalny punkt zborny dla wszystkich żołnierzy, tak Austriaków, jak legionistów, wychodzących ze wszystkich szpitali krakowskich. Stąd co kilka dni odchodzą transporty żołnierzy w różnych kierunkach. Co zaś do legionistów, to ci, zdaje się, wszyscy są odsyłani do Dziedzic, gdzie się gromadzą również rekonwalescenci z innych miast Austrii i gdzie się dopiero rozdziela tych, co są już uznani za zdrowych i skierowani do Kozienic, do tak zwanej kadry, czyli do batalionów uzupełniających, i ci, co są skierowani do Kamieńska jako bądź rekonwalescenci, bądź przeznaczeni do superrewizji.

Transen mieści się w wielkim gmachu koszar wojskowych przy ulicy Rajskiej. Rozpoczęła się więc moja włóczęga, pełna przykrości, a nawet upokorzeń, na której końcu świta mi perspektywa urlopu w drodze superrewizji i ewentualnie powrotu do Wilna. Meta tej drogi krzyżowej jest piękna i upragniona, ale sama droga jest nieznośnie ohydna i niewymownie trudna. Szpital, mimo swego rygoru formalistycznego i wszelkich braków, na które nieraz narzekałem, wydaje mi się teraz rajem utraconym i wyśnionym, niedościgłym ideałem. Już to kilkakrotnie notowałem w dzienniku w pierwszych dniach mojego odjazdu z linii, że na tyłach żołnierz legionista, który tam, w szeregu, w ogniu walki, gdzie się spełnia bezpośredni szlachetny rycerski czyn, jest rycerzem własnej wiary i idei, obywatelem wielkiej Sprawy, spada do rzędu bydła ludzkiego, do rzędu istot ujarzmionych i niewolnych, podległych ślepo siłom wyższym. Tam, w linii, zwłaszcza w szrankach naszej ukochanej I Brygady, żołnierz szeregowiec nie zatraca nigdy godności ludzkiej, o ile tylko sam czynami swymi jej nie splami i nigdy, prócz może jakichś wyjątkowych zgoła wypadków, nie doświadcza uszczerbku w takowej.

Wręcz przeciwnie jest na tyłach, gdzie żołnierz jest igraszką sił wyższych, bez własnej woli - bo pragnienia, które nie mogą być dowolnie w czyn przetopione, nie zasługują na miano woli - i gdzie trzeba zbyt często zapominać już nie tylko o jakichś ambicjach osobistych, ale nawet o swej godności ludzkiej, poddając ją upokarzającym wymogom przepisów i nakazów z góry. Odczuwałem to szczególnie intensywnie w pierwszych dniach odejścia z linii, gdym się tłukł po punktach sanitarnych i szpitalach etapowych na stacji Maniewicze, na stacji Kowel i we Włodzimierzu Wołyńskim. Później, w szpitalu rzeszowskim, zapomniałem niemal o tym, doznając tam wielu względów. Po przyjeździe do Krakowa na razie znów to poniekąd wyczułem w takich przykrych, choć drobnych, ukłuciach formalizmu, jak przymus golenia głowy i pewnych innych [części ciała], ale potem znów tu miałem traktowanie ludzkie i nawet serdeczne, a środowisko towarzyszy niedoli, współchorych na "czternastce", sympatyczne i pełne kulturalnego wdzięku.

Teraz dopiero znów w pełni doświadczyłem, i doświadczać będę nadal w mojej włóczędze po transenach i Dziedzicach, tej przykrej i upokarzającej pozycji żołnierza na tyłach. Mogę, niestety, powiedzieć o sobie początkowymi słowami jednej z naszych piosenek żołnierskich: "Smutna, smutna, smutna jest dola ma". Smutna - ale prawdziwa. I o to żal mam poniekąd do tych tak licznych i serdecznych przyjaciół i znajomych moich w Krakowie, mających stosunki i wpływy w legionowym ruchu, pełnych uznania dla mnie, ceniących tak moją rolę społeczną i polityczną w Wilnie, zapewniających mnie o wielkiej troskliwości o mój los - a którzy jednak nie wystarali się, a nawet nie spróbowali się postarać choćby tylko o to, abym mógł otrzymać marszrutę na bezpośrednie przejechanie z Krakowa do Kamieńska, zamiast jechać z transportem drogą formalną na transen i Dziedzice. I kto by na tym stracił, gdybym uniknął tej poniewierki? Czyż dla samej tylko zasady formalizmu odmówiono by mi tego udogodnienia, gdyby się o to był postarał Sikorski albo Stanisław Downarowicz (który był przez jakiś tydzień w Krakowie i wpadł do mnie do szpitala dopiero ostatniego dnia swego pobytu, a nie zastał mnie)? [...]

Wędrówka ze szpitala do transenu trwała kilka godzin. Rano stanąłem, jak to jest wymagane, do raportu dla zameldowania mego odejścia komendantowi szpitala, dr. Pakoszowi. Po obiedzie o godzinie 1.00 wezwano mnie już do wymarszu. Pożegnałem moich towarzyszy z "czternastki", zarzuciłem plecak na siebie i zszedłem na dół do łazienki, gdzie się zebrali wszyscy odchodzący. Tu się odbyła rewizja wnętrza plecaków w poszukiwaniu, czy kto nie zabrał jakichś rzeczy należących do szpitala. Rewizja upokarzająca, ale może, niestety, niezbędna, bo zdarzyły się właśnie w ostatnich dniach takie fakty. Przez jakiś wzgląd szacunku dla mojego inteligenckiego wyglądu mojego plecaka ani tknięto. Stąd poszliśmy do I oddziału szpitalnego, gdzie zebrali się odchodzący ze wszystkich oddziałów i gdzie trzymano nas parę godzin, załatwiając formalności kancelaryjne. Stamtąd poprowadzono wszystkich do transenu. Tam też trzymano nas na chłodzie w korytarzu parę godzin, aż wreszcie wszystkich legionistów zaprowadzono do sali numer 77, przeznaczonej na lokatę dla legionistów.

15 stycznia, rok 1916, sobota

Pobyt w transenie należy do rzeczy arcyniewesołych. Jest się jak na popasie etapowym. Posępna to instytucja. Mieści się w wielkich koszarach przy ulicy Rajskiej. Składa się z właściwego gmachu koszar, wielkiego dziedzińca i jakichś drobnych domków w głębi, służących za składy itp. Gmach koszar przecięty jest na wszystkich piętrach olbrzymimi wzdłuż korytarzami. Z korytarza nieprzerwanym rzędem idą drzwi do poszczególnych pokojów. Symetria budowy wewnętrznej jest bezwzględna. Jak korytarze na wszystkich piętrach mają ten sam wymiar, tak też jednego wymiaru są wszystkie pokoje. Na korytarzach przez cały dzień panuje nieustanny zgiełk i ruch, bijący hałasem tysiąca ech po kamiennych ścianach i podłodze. Zimno jest w całym gmachu, a w pokojach niewiele cieplej, o tyle tylko, o ile ludzie je oddechem własnym ogrzeją. Nikt się nie czuje tu zadomowiony, bo mieszkańcy transenu co kilka dni się wciąż zmieniają; stąd ciągły nieład i jakiś nastrój niedbalstwa, niechlujstwa, tymczasowości. Ludzie nie dbają o to, jak się tu urządzą, nie zawierają znajomości i nie zawiązują stosunków, bo wszyscy wiedzą, że się tu nie zagnieżdżą, toteż nie przywiązują do niczego wagi.

Pokój numer 77, przeznaczony dla legionistów, nie różni się niczym od innych: jest głęboki i względnie wąski, o suficie sklepionym, mroczny, bo ma jedno tylko okno w głębi, wieczorem również ciemno, bo oświetlany tylko niewielką wiszącą lampką naftową. W głębokim mrocznym pokoju, którego większość tonie w półcieniu, unoszą się gęste opary; gdyśmy tu wczoraj po raz pierwszy wchodzili, sądziłem na razie, że to jest przedsionek łazienki. Opary te, mgłą zasnuwające zmrok pokoju, pochodzą poniekąd z wilgotności murów, poniekąd zaś z wyziewów codziennej dezynsekcji sienników. W jednym kącie pokoju piętrzą się wysokie stosy sienników, złożonych tam na dzień, które na noc rozchwytywane są przez lokatorów pokoju. Śpi się na tych siennikach, położonych pokotem na ziemi; gdzie kto się ulokuje, tam sobie śpi. Na noc wydają koce, które rano się odbiera. W środku pokoju, bliżej okna, stoją dwa wąskie stoły z ławami dokoła. Przy stołach siedzą zwykle gracze i grają przez cały dzień w karty, ale nie jest wykluczone zdobycie sobie kawałka miejsca do pisania.

Legioniści zaludniający ten pokój pochodzą z różnych brygad i różnych rodzajów broni. Są między nimi chłopcy sympatyczni, kulturalni, ideowi, a nawet większość składa się z elementu porządnego i dobrze wychowanego. Ale jest, jak to już zwykle bywa, garstka batiarów - hołoty, śmiecia, których miejsce na ulicy, nie zaś w Legionach. Ci, choć są mniej liczni, robią najwięcej hałasu i zatruwają środowisko swoją nieustanną wrzawą kłótni, połajanek, bitek, ci skaczą po stołach, robią rejwach, zakłócają spokój stekiem najtrywialniejszych brudnych wyrazów, słowem - robią jakieś piekło wyuzdania w pokoju. Gdyby pobyt tu nie był przelotny, większość by się jakoś zorganizowała i potrafiła opanować i zmusić do karności ten niesforny batiarski element; ale nikt się do tego nie zabiera, uważając siebie tylko za chwilowego gościa, toteż hołota grasuje i nadaje swój wstrętny ton całości.

Co dzień przybywają tu nowe partie ze szpitali i gromada rośnie, aż po kilku dniach się wszyscy wywożą i znowu zaczynają przybywać nowe oddziałki. Wczoraj zastaliśmy tu kilkunastu gości, myśmy powiększyli ich liczbę do trzydziestu, dziś, po przybyciu nowych, jest coś ze czterdziestu. W takiej atmosferze trzeba siedzieć od godziny 7.00 rano do godziny 5.00 po południu. Nic się nie robi, ale wychodzić na miasto przed godziną 5.00 nie wolno. Jedyne zbawienie to kantyna, w której można godzinami wysiadywać przy kuflu piwa i czas sobie jakoś skracać.

Oczywiście, że w takim przygodnym zbiorowisku ludzi zachodzi niebezpieczeństwo bycia okradzionym, bo o to zawsze łatwo wśród takiej zbieraniny. We dnie niebezpieczeństwa nie ma, bo przy ludziach nikt po cudzych plecakach łazić nie będzie, ale wieczorem, gdy się wychodzi na miasto, a plecaki zostają, to się jest na losie szczęścia - pokój wtedy się wypróżnia, nie zostaje ani żywej duszy - jak wymiótł. Wtedy złodziejaszek może sobie wejść i grasować, jak mu się żywnie podoba. W nocy też trzeba uważać, kogo się ma za sąsiadów, bo mogą pokraść z kieszeni, co się ma. Wczoraj obeszło się bez wypadku kradzieży, ale już dziś wieczorem zginęły jednemu z plecaka buty i kiełbasa.

Wszystkich, co tu przybywają, zmuszają do kąpieli i przy tej okazji golą im zarost dokoła organu płciowego. Uniknąłem tej operacji, bom się schował na czas kąpieli w kantynie. Obiad to procedura długa i męcząca. Robi się zbiórkę ogólną na dziedzińcu, co trwa długo, bo ogółem jest tu kilkuset ludzi, razem z Austriakami, tam się rozdaje pocztę, potem znów się zbiórkę zarządza, dopiero się rozdaje blaszane znaczki i z nimi się wreszcie idzie do lokalu kuchennego, gdzie wydaje się obiad. [...]

18 stycznia, rok 1916, wtorek

O godzinie 4.00 rano obudzono nas. Koło godziny 5.00-5.30 wyprowadzono nas z transenu dwoma oddziałami na dworzec kolejowy. Jeden oddział piętnastu ludzi składał się z tych, którzy świeżo wyszli ze szpitala i przeznaczeni zostali do Kamieńska; w ich liczbie jestem ja. W drugim oddziale, w liczbie przeszło czterdziestu, byli powracający z superrewizji. Na dworcu kolejowym wypiliśmy kawę ofiarowaną dla żołnierzy przez jakieś towarzystwo pań. O godzinie 6.50 wyjechaliśmy z Krakowa. [...]

Przed zmrokiem, to znaczy coś koło godziny 3.30-4.00, byliśmy już w Kamieńsku. Zakład uzdrowieńców w Kamieńsku mieści się w zabudowaniach fabryki mebli giętych, ustąpionej łaskawie na ten cel przez jej właściciela. Jest to cała grupa budynków, odgrodzona wraz z odpowiednimi dziedzińcami i przynależnościami parkanem. O Kamieńsku napiszę jeszcze, gdy go poznam lepiej.

Z dworca kolejowego poprowadzono nas do zakładu i przede wszystkim do miejscowego urzędu żandarmerii legionowej. Tam zażądano od nas wydania wszelkiej broni, jaką ktokolwiek by miał. Ponieważ zabierano się zaraz do rewidowania plecaków, więc oddałem mój bagnet, który dotąd zdołałem przez czas pobytu we wszystkich szpitalach ukryć. Odbierano tu i pasy, ale mój pas, piękny, skórzany, miałem schowany w kieszeni płaszcza, toteż go ocaliłem. Stamtąd poprowadzono nas przed kancelarię dla załatwienia formalności meldunkowej. [...]

19 stycznia, rok 1916, środa

[...] Po zameldowaniu się w kancelarii poprowadzono nasz transport krakowski do badania lekarskiego. Ze trzy-cztery godziny musieliśmy czekać na lekarza. Wreszcie lekarz przyszedł i zaczęto nas po czterech wprowadzać do gabinetu. Naczelny lekarz, ów legendarny Koźniewski11, jest na urlopie. Badanie więc załatwiał jego zastępca, dr Sokołowski12, człowiek młody jeszcze, sztywny, ale grzeczny. Moje świadectwo superrewizyjne ze szpitala krakowskiego już przyszło. Doktor przyłożył tylko słuchawkę do moich piersi i na pierwsze dźwięki bicia serca zaniechał dalszego badania. Okazuje się, że świadectwo superrewizyjne ze szpitala nie wystarcza do skierowania do superrewizji. Dopiero tu, w Kamieńsku, lekarz bada raz jeszcze i orzeka ostatecznie o skierowaniu do superrewizji. Serce moje aż nadto przekonująco świadczy o konieczności superrewizji, toteż dr Sokołowski zatwierdził natychmiast orzeczenie krakowskie dr. Czaplickiego. [...]

20 stycznia, rok 1916, czwartek

Doktor, po zbadaniu mnie pozawczoraj, wyznaczył mnie na tak zwaną salę chorych. Jest względnie najlepsza, bo najmniejsza, najczystsza i najspokojniejsza. Wszystkie sale mieszczą się we właściwym gmachu fabrycznym; jest ich, zdaje się, sześć, siódma zaś jest salą chorych. Na sześciu głównych salach mieści się coś po dwustu i więcej ludzi; pomimo olbrzymich sal przepełnienie jest tak wielkie, że rzeczywiście spać musi po dwóch na jednym łóżku, a że łóżka są ustawione gęsto, nieraz po cztery tuż obok, rzędem, bez żadnego przejścia między nimi, więc się śpi na nich właściwie pokotem. Oczywiście w tych przepełnionych salach jest ciągły ruch, hałas, wrzawa; powietrze też jest ciężkie mimo wietrzenia, a brudno i naśmiecone, choć się zamiata często. Sala chorych, w której mnie zalokowano, ma tylko ze czterdzieści łóżek; na każdym śpi tylko po jednym żołnierzu. Ciszej tu znacznie i porządniej niż w innych salach. Jedno jest tylko dla mnie niedogodne, choć dobrze wpływa na stan sanitarny sali - że nie można w niej palić.

Sala chorych nie jest salą szpitalną. Ci, którzy są rzeczywiście chorzy i muszą leżeć albo być leczeni, są lokowani w osobnym szpitalu. Sala chorych w domu rekonwalescentów przeznaczona jest dla tych, których stan zdrowia wymaga względnie większej wygody i spokoju; zwolniona jest całkowicie od wszelkich ćwiczeń, posług, wart itd. Inne sale wystawiają warty, których jest kilka posterunków na stacji kolejowej, w niektórych punktach osady, w samym zakładzie, muszą dawać ludzi do przeróżnych posług gospodarczych (skrobanie kartofli, zamiatanie lokalu, czyszczenie podwórza, wychodków, składów, noszenie węgla, ładowanie, obsługa żywego inwentarza itd., itd.); każda sala po kolei jest dyżurna. Poza tym wszyscy z innych sal, prócz wyznaczonych do warty i posług, muszą codziennie brać udział w ćwiczeniach do godziny 11.00 przed południem.

Ci, którzy ze względu na stan zdrowia zwolnieni są od ćwiczeń, wart i posług, dostają od doktora osobną kartkę. Ja mam także taką kartkę, ale jako zalokowany na sali chorych, jestem już eo ipso wolny od wszystkiego. W ogóle, jak wszędzie gdzie indziej, tak tu doświadczam zawsze względów na mój inteligencki wygląd, na mój zawód cywilny, na mój poziom kulturalny. W zasadzie, jako pospolity szeregowiec, musiałbym być traktowany bezwzględnie na równi z innymi i spełniać wszystkie najczarniejsze roboty, jak oni; a jednak zawsze jestem wyróżniany poniekąd i nigdy do takich robót niezmuszany. Pod tym względem to większej równości ulegałem na linii, gdzie zdarzało się czasem, że nawet latryny musiałem kopać, niż gdziekolwiek na tyłach. [...]

21 stycznia, rok 1916, piątek

Nie lubię koszarowego życia i nie mogę się do niego tak nagiąć, aby się w nim czuć swojsko. Gdyby nie to, w Kamieńsku byłoby znośnie. Komenda domu rekonwalescentów dba o to, aby tchnąć życie w tę gromadę ludzką, która się tu zbiera, uprzyjemnić i urozmaicić jej pobyt oraz dać strawę dla umysłu i ducha. Jest w zakładzie herbaciarnia, jest teatr amatorski, jest wypożyczalnia książek, są gry rozmaite, są dobre odczyty i pogadanki na tematy przeważnie historyczne. W ogóle robi się tu wszystko, aby podnieść poziom życia legionistów, a wszystko jest tu swojskie, wyłącznie legionowe, bez żadnej domieszki austriackiej.

Kamieńsk jest jedną z nielicznych czysto legionowych instytucji. Utrzymują się tu pilnie tradycje ruchu polskiego, a stosunki układają się na wzorach I Brygady. Legionistów jest takie mnóstwo, że naturalnie reprezentowane są wszystkie typy, od ideowców do śmiecia. Na ogół jednak, przyglądając się masie legionowej, muszę stwierdzić, że, mimo nieuniknionego elementu deprawacji, która się wytwarzać musi niestety zawsze wśród zielonych młodzików na wojnie, ogół, a przynajmniej poważna część, składa się z kwiatu charakterów, z ludzi o tendencjach szlachetnych, o naturze pełnej pierwiastków podniosłych. Dużo zielonej młodzieży się, niestety, psuje na wojnie, w wielu też wypadkach awanturniczy, zdeprawowany element, jako najhałaśliwszy, zdaje się zagłuszać całą masę i stwarza pozory, jakoby całe środowisko, cały ogół był taki, ale to są tylko pozory. Ogół legionowy jest zacny, szlachetny, ofiarny. Na tyłach zdeprawowanego elementu jest więcej niż na linii, ale i tutaj stanowi właściwie znikomą mniejszość. Trzeba tylko umieć przyjrzeć się w głąb ogółowi, nie przesadzając znaczenia awanturników i nie uogólniając przedwcześnie poszczególnych wybryków - a ujrzy się perły charakteru, które jaśnieją chlubą.

Dom rekonwalescentów w Kamieńsku mieści się w obrębie nieczynnej obecnie fabryki mebli giętych "Wojciechów". Ma całą gospodarkę własną, cały światek odrębny - oazę Legionów Polskich na ziemi Królestwa Polskiego.

Bardzo dobry jest pomysł urządzania codziennych odczytów dla legionistów z zakresu polskiej historii. Odczyty te odbywają się w herbaciarni przed południem, po ćwiczeniach. Prelegentami są legioniści; jak to jest zorganizowane, czy istnieje jakieś regularne koło odczytowe - tego jeszcze nie wiem. Dotąd wysłuchałem dwóch odczytów; jeden prelegent mówił o Stefanie Czarnieckim13, drugi nazajutrz o Łukasińskim14. O ile dostrzegłem, główny nacisk w tych odczytach kładzie się na wzory charakterów i ludzi, bardziej niż na podłoże dziejowe. Pod względem pedagogicznym dla młodzieży metoda ta jest dobra; wzory charakterów lepiej przemawiają do młodzieży i budzą w niej poczucie odpowiedzialności za czyny oraz ideał doskonalenia się. Szkoda tylko, że nie wszyscy słuchają tych odczytów. Na 1300 pensjonariuszy zakładu słucha odczytów jeno garstka, 100-200 ludzi. [...]

22 stycznia, rok 1916, sobota

[...] W całym zaś Królestwie, jak zapewne i Galicji, odbywać się mają obchody styczniowe, jak miały miejsce w jesieni listopadowe. W szkołach też rocznica ta, jak listopadowa, ma być uczczona zwolnieniem od lekcji jako święto narodowe. Najczynniejsze są, jak zawsze, w urządzaniu obchodów ruchliwe członkinie Ligi Kobiet. Instytucja ta, niezmiernie ruchliwa, czynna, rozgałęziona, wybiła się na czoło funkcji pomocniczych ruchu narodowego. Tak zwana Liga Kobiet NKN składa się z setki kół lokalnych w każdej niemal mieścinie Galicji i Królestwa Polskiego. Na terenie okupacji niemieckiej w Królestwie Polskim Ligi Kobiet istnieją także, choć nie wiem, czy mają tam byt jawny.

Wyszczególnić wszystkie elementy sfery czynności Ligi Kobiet jest bodajże niepodobieństwem. Robią one wszystko, zależnie od okoliczności, warunków i potrzeb lokalnych, co służy poparciu ruchu legionowego. Udzielają opieki i pomocy rannym i chorym legionistom, opiekują się losem superarbitrowanych, zaopatrują w ciepłą odzież wyjeżdżających w pole, prowadzą akcję wydawniczą, prowadzą propagandę, gromadzą środki, odwołując się wciąż do ofiarności publicznej pod tysięcznymi formami, organizują obchody narodowe, dają inicjatywę do zakładania nowych towarzystw na zaspokojenie potrzeb dotąd zaniedbanych, w ogóle wszędzie i ciągle występują z inicjatywą, wysyłają nieustannie na linię rozmaite podarki walczącym legionistom itd. Lig Kobiet jest tak dużo, że pakiety z podarkami wciąż od nich na linię przychodzą.

W czasie gdym był w linii, pluton nasz otrzymał kilkakrotnie paczki od poszczególnych Lig Kobiet. Paczki te są adresowane do całego plutonu. Radość była wielka zawsze, gdy nadchodziła posyłka. W linii, gdy się jest w okolicy zapadłej i głuchej, wyniszczonej wojną, spustoszonej i zdziczałej, nie ma dla nieszczęsnego zmęczonego piechura większej radości nad otrzymanie posyłki z przedmiotami, które wykraczają poza szablon urzędowego fasunku. Przedmioty te są skromne i zgoła powszechne w normalnych warunkach życia, ale osobliwe i upragnione na wojnie: mydło, świece, onuczki, herbata, zapałki, tytoń i bibułka do papierosów, nici, igły, czasem czekolada. Gdyby wiedziano, jak się tymi drobnymi rzeczami ujmuje serca biednych żołnierzy i jaką się im radość w ich ciężkim życiu sprawia, wysyłano by im tych drobnych posyłek tysiące. Toteż Liga Kobiet jest przez legionistów bodaj powszechnie kochana jak żadna inna instytucja, a przez żołnierzy na linii, którzy na ogół traktują z wielką pogardą wszystkie organizacje i towarzystwa tyłowe, nie wyłączając NKN-u, jest jedyną traktowaną sympatycznie. [...]

24 stycznia, rok 1916, poniedziałek

Wszystkich odjeżdżających dziś w transporcie superrewizyjnym via Dziedzice do Krakowa zaprowiantowano przed południem na drogę: dano na każdego po jednej trzeciej części wielkiego bochenka świeżutkiego chleba, który w Kamieńsku jest dostarczany przez dostawców z miejscowego wypieku, smaczny i z czystej mąki bez żadnych domieszek wojennych, dalej po kawałku białego wiejskiego sera i po sporym kawałku kiełbasy. Jest to zaprowiantowanie dodatkowe na drogę, poza tym otrzymaliśmy normalną naszą dzisiejszą porcję chleba i obiad w Kamieńsku. Zaprowiantowanie to ma być na kolację i na śniadanie jutrzejsze. [...]

Koło godziny 2.00-3.00 po południu transport nasz, złożony z czterdziestu ludzi, wymaszerował. Przede wszystkim skierowano go do komendy placu, gdzie żandarmi legionowi dokonywali rewizji w naszych plecakach. Jest to procedura niezmiernie przykra i upokarzająca. Nie dość, że przetrząsano zawartość plecaków, to jeszcze każdego macano po kieszeniach i pod odzieniem, czy nie wywozi czegoś z rzeczy skarbowych. Szukano głównie pasów, które są bezwzględnie odbierane, a także koców i bielizny. Nie chodzi tu tylko o sprawdzenie, czy ktoś nie zabrał czegoś z rzeczy skarbowych; odbiera się od niego i te rzeczy skarbowe (pasy, koce, bieliznę), które miał w wojsku stale na swój użytek, a tego żołnierze oddawać nie lubią i nie chcą, bo przecież nie przestali być w wojsku; i mają rację. My, spod zaboru rosyjskiego, przyzwyczajeni jesteśmy do rewizji żandarmskich, których gwałtu każdy z nas na sobie kiedyś doświadczył. Niestety - znosić musimy teraz rewizję żandarma polskiego.

Koło godziny 4.00 odjechaliśmy z Kamieńska. Drogę do Dziedzic mieliśmy wśród ciągłych przesiadań - w Ząbkowicach, Szczakowie, Trzebini. Wreszcie na godzinę 1.00 w nocy dojechaliśmy do Dziedzic. Z dworca wśród mżącego deszczyku poprowadzono nas do koszar miejscowej legionowej stacji zbornej, mieszczących się w gmachu, zdaje się, byłej szkoły. Rozmieszczono nas na noc na wolnych miejscach w paru pokojach, gdzie już spali jacyś inni legioniści. Sienniki brudne, koców brak, powietrze ciężkie.

25 stycznia, rok 1916, wtorek

Zbudzono nas rano o godzinie 6.00. Koło godziny 7.30 zarządzono zbiórkę całego naszego transportu z Kamieńska. Tu na dziedzińcu odczytano nam główne wyciągi z regulaminu stacji zbornej w Dziedzicach, ażebyśmy się do takowego stosowali przez czas naszego pobytu tutaj, i następnie oznajmiono, że mamy się udać na kwaterę do tak zwanej gospody gminnej, dokąd też nas zaraz zaprowadzono. Uprzedzono nas także - co należy do rzeczy mniej przyjemnych - że niestety, nie możemy dziś liczyć na obiad i kolację, bo w karcie prowiantowej, wydanej na nasz transport w Kamieńsku, wykazano, że jesteśmy na dzień dzisiejszy zaprowiantowani. Ten chleb, kiełbasa i ser, które nam wczoraj w Kamieńsku przed wyjazdem wydano - to było właśnie owo zaprowiantowanie na dziś. Wywołało to wielkie niezadowolenie wśród żołnierzy, którzy już wczoraj zjedli to wszystko, licząc, że dziś w Dziedzicach otrzymają zwykłą rację dzienną. [...]

Gospoda gminna, w której nas zakwaterowano, stoi przy wielkim trakcie w pobliżu Dziedzic, w ładnym położeniu, wśród grupy domków i drzew. Jest to śląska stara stylowa gospoda przydrożna, przypominająca różne tego rodzaju gospody w Niemczech. Można tu dostać piwa, wódki, herbaty z rumem, coś do zjedzenia. Zamieszkaliśmy w wielkiej izbie o grubych murach, trochę ciemnawej. Z sąsiedniej izby czy składziku poznosiliśmy i poustawiali łóżka składane na pasach, na nie zaś położyliśmy sienniki, a koce wydano nam ze stacji zbornej. Mieliśmy lokatę dość wygodną, a piecyk paliliśmy przez cały dzień węglem, któryśmy też ze stacji zbornej przynieśli. Mieliśmy tu na ogół dość wygodnie, stanowczo lepiej i swobodniej niż na stacji zbornej, i byliśmy sami panami u siebie.

26 stycznia, rok 1916, środa

Obudzono nas o godzinie 6.00 rano. Poszliśmy po kawę ranną i chleb dzisiejszy do stacji zbornej. Tam musieliśmy długo czekać, zwłaszcza na chleb. Nie obeszło się bez awanturki, tak zwykłej w życiu żołnierskim, a jeszcze zwyklejszej wśród legionistów naszych. Gdyśmy stali na podwórzu, czekając na obiecany chleb, wyskoczył jakiś sierżant z miejscowego garnizonu stacji zbornej, trzymając trzy miotły, które zaczął wtykać do rąk naszych, żądając, abyśmy zamiatali podwórze. Nasi legioniści zaczęli się usuwać, cofać, odmawiając zamiatania, nawet się już kłócić z sierżantem, który wpadł w najwyższy gniew, rzucał się, gonił, rozkazywał. Naszych sierżantów, komendantów naszego transportu, nie było z nami; zostali na kwaterze w gospodzie gminnej. Jedni z naszych uważali, że sierżant garnizonowy nie ma prawa nam rozkazywać, bo my podlegamy tu tylko naszym komendantom transportu, inni zgoła nic nie uważali, jeno nie chcieli się brać do zamiatania, zresztą wstydzili się zabierać do tego pierwsi. Mnie się zaś zdawało, że będąc w gościnie na stacji zbornej, musimy ulegać jej regulaminowi i spełniać to, co nam władze tutejsze rozkażą.

Powstało zamieszanie, rwetes. Niektórzy zaczęli zmykać za węgieł domu i stamtąd na drogę i w stronę gospody; inni zabrali się do zamiatania. Ja się zwolniłem, przedstawiwszy sierżantowi kartkę lekarską z Kamieńska zwalniającą mnie od zajęć. Sierżant garnizonowy, wściekły, wziąwszy do pomocy któregoś z naszych kaprali, pogonił za zmykającymi; paru aresztował i zamknął, groził szpangami15. Tymczasem nadbiegł jeden z naszych sierżantów transportu, zawiadomiony o wypadku. Powstała scysja między sierżantami: nasz krzyczał i rozkazywał zaprzestać zamiatania, garnizonowy zaś sierżant krzyczał także i rozkazywał zamiatać dalej. Wreszcie obaj, kłócąc się głośno i wydając kontrrozkazy, weszli do wnętrza budynku na rozmowę czy skargę do władz wyższych.

Wrócili po tym pogodzeni i nasz sierżant rozkazał dwóm zamiatać dalej i oprócz tego wyznaczył kilku do skrobania kartofli, tamtych zaś dwóch naszych, aresztowanych, wypuszczono na wolność. Sprawa nie doszła nawet do raportu i skończyła się na gorącej burzy... w szklance wody. Ale zajście to jest charakterystyczne dla naszych legionistów, którzy są zawsze w gorącej wodzie kąpani i nie mają żadnej metody w pojęciach o karności wojskowej, subordynacji i drodze służbowej, czym zresztą grzeszą i szarże podoficerskie zbyt często. I charakterystyczne, że najwięcej się awanturzył ten właśnie legionista, niejaki Chmielewski16, niewyczerpany gaduła i rezoner, który najwięcej perorował zawsze o subordynacji jako generalnym środku zaradczym na wszelkie zło, demoralizację i depresję w kołach legionowych i który na ten temat wygłaszał w Kamieńsku nieskończone mowy na obradach inteligentów legionistów wiecujących w sprawie podniesienia ducha w Legionach (nie ducha bojowego w linii, bo wśród liniowców nie ma tej choroby, ale na tyłach, gdzie rzeczywiście legionistów toczy robak rozprzężenia i awanturnictwa).

Niesforność - historyczny spadek szlachetczyzny - zawsze się w polskich dziełach narodowych przejawia, podkopując ich sprężystość. Wśród legionistów - wojska, utworzonego ad hoc, złożonego z młodzieży, pełnej temperamentu a niestałej, pochodzącej też prawie wyłącznie ze sfer miejskich i w dużym stopniu mniej lub więcej inteligenckiej, gdzie indywidualizm dość wybitnie się zaznacza - niesforność ta po prostu grasuje jak choroba poza linią bojową. Śliczne, wspaniałe cnoty wojskowe tej młodzieży legionowej, przepiękne jej czyny rycerskie, które już ją opromieniły chwałą wielkich zasług, znakomite pierwiastki charakterów, które się w tej młodzieży nieraz przejawiają, strawiane są przez tę niesforność jak szlachetny metal przez rdzę. I, niestety, Polacy mają to do siebie, że w swoim wojsku pozwalają sobie na więcej niż w cudzych. Ci sami ludzie, służąc w armii austriackiej lub rosyjskiej, są posłuszni i cisi jak trusie, ulegając konieczności dyscypliny i konieczność tę akceptując. Jeżeli zaś dostaną się do wojska polskiego, do Legionów, to dyscypliny tej uznać nie chcą, burzą się, zawsze i wszystko krytykują, są oporni i przekorni na każdym kroku jak kapryśne dzieci. [...]

27 stycznia, rok 1916, czwartek

Rano o godzinie 7.00 wyprowadzono nas z transenu do lokalu, w którym dwa razy tygodniowo, w poniedziałki i czwartki, urzęduje komisja superrewizyjna. Wystaliśmy na korytarzu aż do godziny plus minus 11.00, oczekując na naszą kolej do superrewizji. Komisja zasiadała już od samego rana i funkcjonowała bez przerwy. Szły jedne za drugimi do badania oddziałki żołnierzy austriackich. Na badanie oczekiwaliśmy ze spokojem. Wiedzieliśmy zresztą niemal automatycznie z góry, jaki będzie rezultat. [...] Olbrzymia większość nas otrzymała formułę "C", która ma oznaczać urlop nieograniczony; sześciu uznanych zostało za inwalidów, podlegających zupełnemu zwolnieniu, jeden uznany za zdolnego do służby liniowej i jeden przeznaczony do Zakopanego na specjalną kurację klimatyczną. [...]

28 stycznia, rok 1916, piątek

Rano wymaszerowaliśmy z transenem na dworzec kolejowy. Wracamy z Krakowa do Kamieńska. Do szeregu przykrości i upokorzeń, których tyle doświadczam w tym życiu żołnierskim na tyłach poza linią bojową, przybyło jeszcze jedno: oto transport nasz szedł z transenem pod eskortą żołnierzy austriackich pod bronią. Szliśmy tak przez Kraków, mając z przodu i z tyłu żołnierzy eskorty pod karabinami, sami zaś bezbronni, jeno z plecakami, prowadzeni jak banda pochwytanych dezerterów, gnanych do aresztu lub na linię. Dobrze, że się maszerowało przez Kraków bardzo wczesnym rankiem, jeszcze o zmroku, gdy miasto spało.

Dlaczego nam taką eskortę pod karabinami dodano - nie wiem. Uzasadnia się to niby tym, że często się zdarzają wypadki ucieczki poszczególnych żołnierzy z transportu. Ale poprzednio, choć się zawsze takie wypadki zdarzały i zdarzać mogły, nie było takiego maszerowania pod karabinami. Gdym przed dziesięcioma dniami wyjeżdżał po raz pierwszy z Krakowa do Kamieńska, nie było tego. Prowadził nas na własną odpowiedzialność komendant transportu, sierżant Legionów. [...]

29 stycznia, rok 1916, sobota

Stałem się w ostatnich dniach nerwowy, niespokojny, niecierpliwy. Zawsze w życiu odznaczałem się cierpliwością i raczej skłonnością do abnegacji niż do gorączki czynu. Przystosowywałem się łatwo do różnych warunków życiowych, nie zrażałem okolicznościami i znosiłem dość pogodnie, z poddaniem się losowi, ciosy, które na mnie spadały. Jeżeli nawet, jako człowiek z natury wrażliwy, doznawałem z łatwością przygnębienia i odczuwałem boleśnie burze i ciężary życia, to jednak miałem w sobie jakiś duży zapas żywotności, zapas jakiegoś balsamu pogody, który rychło zalewał rany i goił moje cierpienia; podnosiłem się prędko po doznanych ciosach i odzyskiwałem równowagę ducha i ten spokój wewnętrzny, tak cenny w życiu. Nie dręczyłem się bez końca bólem własnym. Ciosy i zawody życiowe umiałem znosić mężnie i odpornie. Żłobiły głębokie rysy na duchu moim, ale ducha tego ujarzmić i obezwładnić nie zdołały nigdy. Nawet taka strata jak śmierć Aninki, która złamała na zawsze moje życie osobiste i odebrała mi wszelkie perspektywy szczęścia, nie zdołała ducha mego zgnieść. Przeciwnie - wyciągnąłem z tej przeciętej przez śmierć miłości naszej wszystkie nieśmiertelne szlachetne pierwiastki naszego ducha i na nie ślubowałem wierność i służbę ideałom ludzkim. Nie upadłem, lecz się podnieść usiłowałem przez ten ból i przez to nowe, najcięższe ze wszystkich doświadczenie życiowe. A już zgoła nie było nigdy, abym się gryzł z góry tym, co mnie ewentualnie spotkać może. Tę beztroskę, to poddanie się losowi odziedziczyłem po Papie. W rodzinie naszej w największym stopniu ma to Marynia, o której można powiedzieć słowami porównania rosyjskiego, że ciosy życiowe spływają po niej "kak s gusia woda" - woda może całą gęś skąpać w sobie, a przecież wyjdzie z wody sucha. Tak samo ciosy życiowe mogą spadać zewsząd na Marynię, a nie zdołają nigdy duchowo jej wypaczyć, złamać i natury jej zmienić; ze wszystkich ciosów się dźwignie, ta sama i zdrowa w sobie.

Otóż teraz zaszła we mnie pod tym względem zmiana; nie mam równowagi wewnętrznej, nie mam spokoju i pogodnego poddania się losowi. To warunki życia wojskowego tak na moje nerwy wpłynęły. Przywykłem zawsze sam kierować moim życiem, sam dążyć do tego lub innego celu, sam sobie warunki określać. Wiedziałem zawsze, czego chcę i do czego dążę; jeżeli czegoś nie byłem w stanie osiągnąć, jeżeli okoliczności zewnętrzne stawały na przeszkodzie realizacji moich planów, godziłem się na to bez szemrania: będzie, co będzie i co być musi. Wiedziałem, że ja jestem współczynnikiem własnego życia, a co przekraczało możność moją i było silniejsze od woli mojej, to brałem jako konieczność, z którą się filozoficznie i mądrze godzić należy. W wojsku natomiast przestałem być panem siebie i stałem się ślepą igraszką li tylko woli wyższej, woli maszynowej, która pojedynczych żołnierzy ujmuje w karby pewnych formuł przepisowych i miota nimi, nie licząc się zgoła z ich osobistą wolą, z ich żywymi tendencjami zamiarów i dążeń. Żołnierz jest ślepy i bierny, jest martwy jako jednostka woli. Sprzeciwia się to całemu memu dotychczasowemu życiu, sprzeciwia się wszystkim nawyknieniom i usposobieniom natury mojej. Wstąpiłem do wojska własną wolą moją, dotarłem z Wilna na linię czynu Legionów osobistym wysiłkiem moim. W linii, w czynie wojskowym miałem rozkaz jako kryterium i zasadę działania. To mnie nie nerwowało, bo przecież przyjechałem i temu się świadomie poddałem; było to więc elementem mojej woli, która się w poddaniu rozkazowi wyraziła, inną jej, niż dotąd, formą, ale nie czymś obcym i przeciwnym jej z natury.

Inaczej wszakże się stało, odkąd z linii odjechałem. Postanowiłem dotrzeć do Wilna, uzyskać w tym celu urlop, spełnić to zadanie, które powstało przede mną z chwilą ustąpienia ze względów zdrowia z linii. I tutaj dopiero poczułem się zupełnie bezradny, miotany ruchami i formułami wielkiej maszyny, w której ja, pospolity żołnierz, jestem niczym. Wysiadywałem w Rzeszowie, czekając na dojazd do Krakowa i licząc na pomoc moich wpływowych znajomych. W Krakowie rzecz poszła niespodziewanie w pożądanym kierunku torami przepisów wojskowych. Drogi prywatne, drogi siły pozawojskowej zawiodły, a zresztą przestały być dla mnie niezbędne. Włócząc się po Kamieńskach, transenach krakowskich i Dziedzicach, dotarłem wreszcie, nie przestając być igraszką machiny, do superrewizji. I oto teraz grozi mi znów to, że może na zasadzie orzeczenia komisji do szpitala znów skierowany będę, zamiast urlop dostać. [...]

31 stycznia, rok 1916, poniedziałek

Nic nowego. Żadnej jeszcze wiadomości o losie moim. Czułem się niezdrów: ziębiło mnie i miałem bóle reumatyczne w nogach. Po obiedzie większą część dnia przeleżałem w łóżku. Zewsząd stale słychać skargi na złe zachowanie się legionistów, na swawole i wybryki, na upadek ducha i idealizmu w środowisku legionowym, na demoralizację po prostu. Na tyłach w miastach, gdzie gromadzą się większe ilości legionistów po szpitalach - ciągłe są jakieś zajścia z nimi, ciągłe awantury i burdy, których smutnymi bohaterami są legioniści. Opinia legionistów jest, niestety, mocno nadszargana tymi ciągłymi awanturami. O ile wspaniała jest opinia legionistów w linii, zasilana i odradzana wciąż świetnymi czynami waleczności i bohaterstwa, stawiającymi ich w pierwszym rzędzie rycerzy obecnej wojny, o tyle poza linią bojową, na tyłach, czyli na hinterlandzie, jak tu z niemiecka mówią, jest splamiona ciągłymi burdami, niesubordynacją, wyuzdaniem, swawolą wszelkich namiętności i złych nałogów.

[...] Kronika niepisana życia legionistów na tyłach różni się wielce, niestety, od kroniki pisanej. Pijaństwa, burdy, rozpusta, nawet przypadki kradzieży - to są rzeczy, niestety, częste i niemalże zwykłe. Wprawdzie to mniejszość tylko tak się zachowuje, ale mniejszość ta jest najhałaśliwsza, najbardziej się manifestująca, toteż podług niej urabia się opinia o legionistach. Ślicznie się spotykają wśród legionistów charaktery, szlachetne typy duchowe, ale te nie rozbijają się z hałasem i hukiem jak puste beczki po bruku ulicznym, toteż nie rzucają się tłumom w oczy i, jak perły, pozostają ukryte na dnie morza, świecąc przeczystymi blaskami jeno dla tych, którzy zdołali głębiej wejrzeć w masę legionową i nie sądzić ziarna podług plew. [...]

To zło, które się tak obficie spotyka wśród legionistów na hinterlandzie, głównie się panoszy wśród młodszych elementów i tych, które zostały zarekrutowane w późniejszych okresach. Do Legionów niestety werbuje się z konieczności coraz gorszy materiał ludzki, coraz surowszy, który nie przeszedł przez żadną szkołę organizacyjną i do Legionów wstąpił często tylko dla chleba. Dawniej do organizacji strzeleckich, do związków i drużyn przyjmowano młodzież tylko wyborową; trzeba było polecenia kilku członków rzeczywistych, aby być przyjętym. Członków obowiązywała pewna etyka, nie wolno im było łazić po szynkach, brać udziału w burdach i awanturach, słowem - plamić strzeleckiego munduru życiem niezgodnym z wysokimi ideałami ruchu wolnościowego. Karciarzy, rozpustników, pijaków, szubrawców wykluczano ze swego grona. Toteż dzięki tej selekcji był w niej sam kwiat młodzieży i kwiat ten zasilił pierwsze szeregi Legionów. Natomiast werbunek do Legionów w czasie wojny nie może się opierać na tych idealistycznych czynnikach. Tu rozstrzygającą kwalifikacją jest nie idealizm i moralność jednostki, jeno zdrowie i cechy fizyczne przyszłego żołnierza. [...]

4 lutego, rok 1916, piątek

Prosiłem wczoraj medyka z naszej sali, aby postarał się dowiedzieć w kancelarii sanitarnej, jakie jest orzeczenie komisji superrewizyjnej w stosunku do mnie i co takowe konkretnie znaczy, czyli jakie są jego efekty. Dziś medyk mi przyniósł odpowiedź: przeznaczony jestem "zum Landsturm ohne Waffe", to znaczy, że mam otrzymać, jak inni, przede wszystkim urlop nieograniczony. Powiedziano dalej w kancelarii, że tacy urlopowani, o ile są poddanymi austriackimi, zostają po jakichś dwu i pół miesiąca powołani z urlopu już wprost do austriackiego wojska. Co zaś do poddanych rosyjskich, jak ja, to oczywiście powołaniu do austriackiego wojska nie podlegają. Co więc z takimi ma być dalej, czy mają przebywać na urlopie ad infinitum do woli, czy też mogą być z powrotem do Legionów powołani - tego nie wiem. [...]

6 lutego, rok 1916, niedziela

[...] Wśród szeregowych legionistów I Brygady rozpowszechnione jest przekonanie, że Piłsudski otrzymał od władz austriackich jakieś solidne zobowiązanie co do Polski i że on, wódz, posiada te gwarancje, których dotąd publicznie w sprawie polskiej nie ogłoszono. Rzeczywistość nie potwierdziła dotąd pierwotnej wiary legionistów, nie wydała żadnych rozwiązań w sprawie polskiej, przeciwnie - coraz widoczniej wprzęgła Legiony Polskie w służbę Austrii, bez zastrzeżeń. I oto brak oparcia dla swej wiary w faktach zastępuje legionista I Brygady wiarą, mistyczną niemal, w osobę swego wodza, Piłsudskiego, który staje się w ten sposób źródłem wszelkich pewności, rozpraszających wątpienie, i ukojeniem tęsknot.

Nie wszystkim żołnierzom wystarcza ta naiwna wiara, ale bądź co bądź w mniejszym lub większym stopniu wiara w Piłsudskiego wpływa ciągle dodatnio na utrzymanie ducha w szeregach I Brygady. A są tacy żołnierze piłsudczycy, którzy literalnie tak, jak wyżej powiedziałem, w Piłsudskim całą swą wiarę pokładają i są spokojni, bo to im wystarcza. Zresztą w szeregach I Brygady, tak w postępowaniu oficerów, jak w świadomości żołnierzy, żywe jest wciąż i czynne przeciwstawienie Legionów Polskich jako wojska narodowego wojsku austriackiemu, wobec czego prawne wcielenie Legionów do armii austriackiej jako jej części składowej i organicznej bez zastrzeżeń nie jest tu tak wyczuwane, pomimo złożonej przysięgi. Toteż słowa popularnej pieśni: "Bo my, żołnierze - to jak psy,/ Bezdomni my włóczędzy,/ Tropi nas Moskal, gryzą wszy,/ Za Austrii skrawek nędzy", charakteryzujące tak dosadnie brak samodzielności Legionów, powstały nie w I, lecz w II Brygadzie, rzuconej na Węgry dla obrony interesów monarchii. [...]

12 lutego, rok 1916, sobota

Pozawczoraj w Departamencie Wojskowym w rozmowie z Wierzchowskim i posłem Rygierem17 znowu natknąłem się na kwestię werbunku do Legionów. Oczywiście sprawa ta staje się coraz aktualniejsza i coraz bardziej zaznacza rozdział między Galicją a Królestwem Polskim. Galicja, reprezentowana w sferze sprawy niepodległościowej przez NKN, stoi kategorycznie na gruncie Legionów. Konsolidacja, świeżo dokonana w Galicji przez zgłoszenie wstąpienia socjalistów do Koła Polskiego i konserwatystów wschodniogalicyjskich Podolaków do NKN-u, opiera się na haśle samodzielnego Królestwa Polskiego w związku z monarchią habsburską18. Forma tego związku nie jest z góry określona, natomiast w pojęciu tego hasła zastrzeżona jest niepodzielność obecnego Królestwa oraz Galicji, mających tworzyć razem owo przyszłe Królestwo Polskie. NKN określił się więc całkowicie na gruncie realizacji niepodległości (samodzielności państwowej) Polski w ramach mocarstwowej państwowości habsburskiej. Legiony są tego hasła wyrazem i czynem. Wszystko się tu opiera na wierności Franciszkowi Józefowi i zaufaniu do Austrii. Dzieło Legionów jest rozwijane do największych rozmiarów. Obecnie tworzona jest IV Brygada i werbunek jest forsowany.

Inne są natomiast prądy sprawy niepodległościowej w Królestwie. Tam coraz bardziej zaznacza się front antyniemiecki. Legiony są czynem zwróconym przeciwko Rosji, ale tylko przeciwko niej. Ich formacja w łonie organizacyjnym armii austriackiej, ich przysięga stanowczo wykluczają możność użycia ich przez naród do czegoś innego niż do walki z Rosją. Są one nie wojskiem narodowym, które naród dowolnie użytkuje na poparcie swej polityki i na swoją obronę, ale właśnie Legionem Polskim w wojnie Austrii z Rosją. Otóż w Polsce, w miarę jak niebezpieczeństwo rosyjskie, po klęskach Rosji i wyparciu jej z ziem polskich na wschód, maleje, wyrasta coraz groźniej w opinii publicznej sfer niepodległościowych inne - mianowicie niebezpieczeństwo nowego podziału ziem polskich w Królestwie między Austrią i Niemcami. Walka germanizmu ze światem słowiańskim i polskim jest znana, niemieckie hasło "Drang nach Osten!" jest najrealniejszą konkretną rzeczywistością, eksterminacyjne metody germanizacyjne są aż nadto na przykładzie Poznańskiego znane i zawsze groźne, a tymczasem zamiary Niemiec co do Królestwa pozostają wciąż utajnione i niewyraźne. Polityka okupacyjna rządów niemieckich nie budzi zaufania do ich intencji. Niszczenie przemysłu polskiego, ogołacanie kraju, przemycanie swoich prądów wewnątrz społeczeństwa, gra na Żydach, działalność Cleinowa itd. nie wróżą nic dobrego i budzą niepokój w narodzie, szerzą obawy, że Niemcy mogą pożądać choćby części Królestwa.

Niebezpieczeństwo to jest zupełnie realne, a brak jakichkolwiek urzędowych oświadczeń i zobowiązań ze strony mocarstw centralnych w sprawie prawnopaństwowej przyszłości Polski, brak naturalny wprawdzie w stosunku do ziem okupowanych na wojnie podczas jej trwania, ale niemniej nieprzesądzający żadnych możliwości, nie wyłączając możliwości prostej aneksji, nie może zachęcać narodu do jakichś ofiar na rzecz niewiadomego, zwłaszcza gdy w tym niewiadomym tkwią pewne elementy jawnie niebezpieczne i budzące obawę. Legiony zaś nie mogą w żadnym razie być użyte przeciwko temu niebezpieczeństwu, gdyby ono kiedyś miało się oblec w kształty rzeczywistości. Ofiara ta mogłaby się opierać tylko na wierze i zaufaniu, a wiary tej Niemcy ani swym postępowaniem obecnym, ani całą swoją poprzednią polityką polską w narodzie polskim nie budzą. NKN zastępuje to wiarą w Austrię i Habsburgów, ale Królestwo wiary tej nie ma.

Dopóki na pierwszym planie stało niebezpieczeństwo rosyjskie, dopóty Legiony były przez cały niepodległościowy obóz, przynajmniej przez jego część radykalną (formacje Unii i Konfederacji z roku zeszłego19), uznawane za czyn jedyny i popierane bezwzględnie. O ile niebezpieczeństwo to (rosyjskie) trwa jeszcze, o tyle Legiony są wciąż za taką broń niepodległościową uznawane. Że niebezpieczeństwo to nie ustało zupełnie, o tym się w Królestwie wie w obozie niepodległościowym, toteż bynajmniej się Legionów nie odrzuca jak cytrynę, która już swój sok wydała i stała się śmieciem. Są nadal cenione i są ukochane w aureoli swego bohaterstwa i męczeństwa. Ale w stosunku do nowego narastającego niebezpieczeństwa, które w pewnej chwili może przerosnąć niebezpieczeństwo rosyjskie, po jego zwalczeniu ostatecznym - Legiony obecne skuteczne nie są. Są bronią narodową i czynem tylko wobec Rosji. Gdyby można było Legiony przez werbunek zwiększyć do takiej liczby, żeby się stały potęgą, z którą by się musiały liczyć państwa centralne, lub gdyby były one w stanie pozyskać charakter armii narodowej polskiej, niezależnej faktycznie, służącej polityce zorganizowanego narodu i uznanej formalnie za taką przez Austrię i Niemcy, wówczas cały obóz niepodległościowy w Królestwie stanąłby na gruncie werbunku, a nawet dążeń do zasady rekrutacji przymusowej. Wtedy bowiem naród miałby w ich sile najpewniejszą gwarancję swych praw i dążeń. Tak jednak nie jest. Co zaś do ich zadania w obecnej postaci, to oczywista, że od zwiększenia ich o jakichś kilka tysięcy nie będzie zależało ustanie niebezpieczeństwa rosyjskiego. Niebezpieczeństwo rosyjskie wyrośnie lub ustanie bez względu na liczbę wojska legionowego, a Legiony, bez względu na swą liczbę, zadanie swe czynem przeciwko Rosji spełniają i spełniać będą. Dlatego Królestwo stanęło przeciwko werbunkowi.

13 lutego, rok 1916, niedziela

Na punkcie werbunku do Legionów rysuje się i stopniowo pogłębia konflikt między NKN-em i polityką galicyjską, polityką urzędowej reprezentacji Legionów z jednej strony a niepodległościową opinią Królestwa z drugiej. NKN forsuje sprawę legionową do ostatka, do najdalszych konsekwencji, podczas gdy niepodległościowe koła Królestwa wraz z POW (Polską Organizacją Wojskową) i Piłsudskim, żywiąc cześć i uznanie dla Legionów, uważają je za jedno, ale nie jedyne narzędzie czynu niepodległościowego. Uznając Legiony za skuteczny czyn w stosunku do frontu rosyjskiego, dostrzegają zarysowujące się groźnie inne niebezpieczeństwo, płynące z frontu pruskiego, do walki z którym naród winien się gotować, natomiast Legiony skuteczne być nie mogą. Wobec tego niepodległościowcy Królestwa nie uważają za potrzebne wyczerpywać wszystkich sił do Legionów i chcą je rezerwować do innych zadań obrony narodowej. Nie widzą potrzeby dawać wszystko bezwzględnie do współakcji z państwami centralnymi, gdy te nic ze swej strony Sprawie Polskiej nie dają.

I charakterystyczne jest to, że w samych Legionach, w ich masie żołnierskiej szerzą się coraz bardziej poglądy zbliżone do stanowiska niepodległościowych kół Królestwa. Legioniści w swoich koncepcjach nie idą za kierunkiem swej urzędowej reprezentacji politycznej (NKN), ale raczej oddalają się od niego, wiedzeni instynktem za myślą przewodnią swego istotnego wodza ideowego, Piłsudskiego. Następuje rozdźwięk w kierunkach niepodległościowej sprawy między Galicją i Królestwem, a to, co służy tutaj przedmiotem rozdźwięku, staje się jednocześnie elementem łączącym wewnątrz Królestwa różne, rozbieżne dotąd, kierunki czy też orientacje niepodległościowego sztandaru. Te bowiem grupy w Królestwie, które za czasów sukcesów rosyjskich, za czasów panowania moskiewskiego na ziemiach polskich, w pierwszym okresie wojny roku 1914-1915, stały całkowicie na stanowisku czynu legionowego, obecnie - zawieszając werbunek do Legionów i uznając w nich tylko jedną z form czynu, służącą jednemu, ale nie wszystkim wyłącznie, zadaniom sprawy niepodległościowej - zbliżyły się do tych grup z byłego tzw. Bloku Niepodległościowego, które wyrażając dla Legionów uznanie i nie odmawiając im pewnego praktycznego znaczenia, nie zdecydowały się nigdy na uznanie w nich jedynego i całkowitego czynu niepodległościowego (państwowotwórczego).

Zawieszenie więc werbunku przez radykalnych niepodległościowców Królestwa wraz z tymi założeniami ideowymi, na których się to zawieszenie opiera, wpływa konsolidująco na całą opinię niepodległościową w Królestwie. Zawieszenie to zostało ogłoszone przez zjednoczone stronnictwa niepodległościowe w Królestwie20, zostało też proklamowane i wprowadzone w czyn przez POW za sankcją Piłsudskiego i zostało potwierdzone w uchwale tajnego zjazdu PPS, jak się o tym dowiaduję z partyjnego pisemka "Łodzianin"21, wydawanego oczywiście nielegalnie, które mi tu wpadło do rąk. Oczywiście, że umiarkowane grupy niepodległościowe, z takim na przykład "Dziennikiem Polskim" (obecnie "Kurierem Polskim") Straszewicza w Warszawie, muszą jeno witać przyjaźnie ten kierunek w stanowisku grup radykalnych.

Jeszcze raz podkreślam z naciskiem, że zawieszenie werbunku nie jest ze strony niepodległościowców Królestwa opuszczaniem sztandaru legionowego, a tym mniej zaparciem się Legionów. Pozostają one dla nich nadal ukochanym serdecznie dziełem, jedynym czynem konkretnym, który zapłonął błyskawicą woli, wznowił tradycję bohaterstwa, stworzył realną wspaniałą formę ruchu, unieśmiertelnił ducha żywego Wolności i dał w narodzie podstawę jego odrodzenia jak wielki wstrząs życia w letargu, płodny nieskończenie w skutki. Legiony to wspaniały epos żywego czynu, ukochany, uświęcony krwią serdeczną kwiatu narodowego. Sprawa dalszego do nich werbunku w dzisiejszych okolicznościach politycznych wojny nie przesądza stosunku do dokonanego przez nie dzieła i jest jeno metodą polityki narodowej na dziś, a poniekąd tylko kwestią manewru politycznego.

Dla mnie sprawa ta nie jest jeszcze zupełnie wyraźna, bo choć uznaję w dużym stopniu motywy zawieszenia, to jednak, po pierwsze, tworzenie kadr rezerw militarnych, próbowane, zdaje się, przez POW, wydaje mi się w warunkach wojny i okupacji konkretnie niewykonalne, o ile rzekomo z tego ma wyrosnąć jakaś siła realna rzeczywistej kadry i rezerwy. Po wtóre, gdyby zawieszenie werbunku miało być w całej rozciągłości wykonane, Legiony, pozbawione wszelkiego do nich dopływu, musiałyby uschnąć i zamrzeć, a wtedy żadne ich uznanie i ukochanie nie uratowałoby ich dzieła od zaniku w pół drogi, co by się równało ich bankructwu. Tu więc rzecz wymaga wielkiej ostrożności i rozwagi. Trzeba tu się bardzo liczyć z mądrą maksymą: "est modus in rebus"22. Oby tylko ten "modus" był tu zachowany.

Zawieszenie werbunku przez organizacje wewnętrzne Królestwa nie oznacza zawieszenia go faktycznego. Ci, którzy mają werbunek ten w ręku - to znaczy NKN i zwłaszcza Departament Wojskowy - werbunku nie zawieszają bynajmniej. Przeciwnie - forsują go całym, pełnym wysiłkiem, zamykając całą sprawę niepodległościową w tym czynie - czynie Legionów. Stoją niewzruszenie na stanowisku legionowym, jak wierna do ostatka gwardia Idei. Departament Wojskowy, którego głównym zadaniem jest werbunek, stoi oczywiście w samym środku, w samej osi werbunkowego konfliktu. Sikorski i wszyscy jego współpracownicy wraz z prasą Departamentu forsują werbunek i walczą z polityką antywerbunkową. Zresztą prasa Departamentu zamilcza fakt zawieszenia werbunku przez organizacje Królestwa. Sikorski na zebraniu oficerów werbunkowych, odbytym niedawno, przedstawił następujące cyfry ruchu ubytkowego i przybytkowego w Legionach: ubytek superarbitrowanych wynosi przeciętnie miesięcznie 200 ludzi (zdaje się, że to liczba przesadzona, a zresztą nie wszyscy superarbitrowani są straceni bezwzględnie) i w drodze dezercji z szeregów legionowych (głównie przechodzenia do c.k. armii) - 150 ludzi, czyli razem z tych dwóch rubryk 350 ludzi miesięcznie (nie licząc zabitych, wziętych do niewoli i zmarłych z ran), werbunek zaś daje miesięcznie 320 ludzi. Nie wydają mi się te cyfry ubytku straszne. [...]

15 lutego, rok 1916, wtorek

[...] Z gazet dzisiejszych dowiedzieliśmy się o smutnym fakcie rozwiązania przez władze niemieckie Wydziału Oświecenia w Warszawie, który zasłużył sobie na chlubną kartę w organizacji szkolnictwa narodowego w tej ciężkiej dobie ogólnego przesilenia w Polsce. Dowiedzieliśmy się też z gazet, o czym już mówiono poprzednio, o dokonanym ustąpieniu Durskiego ze stanowiska naczelnego szefa Legionów i objęciu go przez generała Puchalskiego23. Puchalski jest generałem austriackim, do Legionów dotąd nie należał. Jego powaga w polskim ruchu niepodległościowym nie posiada żadnych tytułów narodowych. Królestwo jak nie uznawało za wodza Sprawy Durskiego, tak z pewnością nie uzna jakiegoś Puchalskiego. Nie wiem jeszcze, co to za osobistość, ale sądzę, że zmiana ta wypadnie na niekorzyść Legionów, bo do Durskiego bądź co bądź się już przyzwyczajono, a Puchalski przychodzi znowu jako ktoś obcy Sprawie i ruchowi, nowy, narzucony z ramienia Austrii.

Jedyny istotny wódz czynu niepodległościowego, uznany w Polsce i zwłaszcza w Królestwie, uznawany też za takiego przez same Legiony - to Józef Piłsudski. Inni, którzy są nad nim, nie są za takowych przez Naród akceptowani. W rozkazie dziennym Puchalskiego, w którym obejmuje swoje stanowisko, mowa jest tylko o waleczności i bohaterstwie Legionów, o ich czynach wojskowych, o potrzebie coraz większego wydoskonalenia ich kultury militarnej, o przestrzeganiu karności, ale ani słowem nie wspomniano o Sprawie Polskiej i ideałach, którym Legiony służą. Nazwane są tam Legiony raz "oddziałami", drugi raz "hufcami polskimi", ale nie zaznaczone jest kategorycznie ich samodzielne, odrębne stanowisko w formacji wojskowej. A przecież choć nie są właściwie narodowym wojskiem polskim, jednak nie są też organiczną pospolitą częścią austriackiej formacji wojskowej, jeno formacją specjalną i specyficzną - właśnie Legionem Polskim w austriackiej armii dla celów walki zbrojnej z Rosją.

Od czasu do czasu, o ile mi miejsce w dzienniku pozwala, wracam do notatek lub wspomnień ściśle legionowych. Dziś chcę nadmienić o organizacji żołdu w I Brygadzie. Jest to wprawdzie rzecz znana, która poza moim dziennikiem uwieczniona i z pewnością daleko dokładniej przedstawiona będzie. Pomimo to chcę o niej wspomnieć. Jest bowiem tak piękna i tak charakterystyczna dla obywatelskich tendencji I Brygady, dla "czerwonych" egalitarnych i zgoła niemilitarystycznych zasad Piłsudskiego, że w dzienniku legionisty piłsudczyka, żołnierza I Brygady, jest dla niej miejsce wskazane.

Jak wiadomo, żołd legionistom wypłaca się przez Austrię z ogólnych funduszów budżetu wojennego. Oficerowie pobierają gażę, której wysokość zależy od posiadanej szarży (stopnia wojskowego). Podoficerowie i szeregowcy pobierają żołd, wypłacany dekadami na dziesięć dni z góry, którego wysokość również zależy od szarży. Organizacja szarż w I Brygadzie, jak też ich odznaki, są nieco inne niż w wojsku austriackim. Tak w I Brygadzie stopnie zaczynają się od podporucznika (odznaki od podporucznika do kapitana włącznie - paski zygzakowate czerwone na kołnierzu z gwiazdkami oficerskimi odpowiednio do stopnia). Stopnie podoficerskie są w I Brygadzie trzy: starszy żołnierz (austriacki frajter), kapral (czyli sekcyjny) i sierżant. Starszy żołnierz ma jeden pasek czerwony na kołnierzu, naszyty poziomo, kapral - dwa, sierżant liniowy - trzy, sierżant zaś prowiantowy i rachunkowy - jeden pasek dokoła całego kołnierza wzdłuż jego rantu. Szarżę sierżanta ma zarówno tak zwany w I Brygadzie podoficer zafrontowy (w innych brygadach jest to plutonowy jako osobna szarża, niższa od sierżanta, odpowiadająca ściśle austriackiemu Zugsführerowi), jak też sierżant kompanijny (w austriackim wojsku feldfebel). Szarż pośrednich między podoficerskimi a właściwymi oficerskimi, istniejących w wojsku austriackim i w innych brygadach Legionów, mianowicie kadeta, aspiranta oficerskiego i chorążego - w I Brygadzie nie ma. Szarże oficerskie nadawane są w Legionach przez władze wojskowe austriackie (Naczelną Komendę Armii) na wniosek Komendy Legionów. Nie wszystkie faktyczne szarże w I Brygadzie odpowiadają szarżom i nominacjom urzędowym. Są u nas oficerowie, podporucznicy, którzy urzędowo oficerami nie są, a przynajmniej odpowiednich szarż urzędowo z tytułu nominacji austriackiej nie posiadają, są zaś inni, którzy urzędowo mają nominacje na szarże wyższe niż posiadane przez nich w Brygadzie. Tak na przykład nasz komendant kompanijny Dąb-Biernacki, mający od dawna urzędową nominację na kapitana, jest w Brygadzie tylko podporucznikiem, a jest tak wiernym piłsudczykiem, że więcej ceni porucznikostwo w Brygadzie niż kapitaństwo urzędowe i sam się nie inaczej, jak podporucznikiem, mianuje i pisze.

Dokończę jutro.

16 lutego, rok 1916, środa

Powiadam więc, że sama organizacja szarż w I Brygadzie nie odpowiadała ściśle ich organizacji austriackiej i szarże, faktycznie piastowane przez poszczególnych oficerów i podoficerów Brygady, nie zawsze odpowiadały nominacjom urzędowym. I Brygada stanowiła wewnątrz odrębny światek organizacyjny, różniący się nie tylko od wojska austriackiego, ale też od innych brygad legionowych, całkowicie podległych Komendzie Legionów i w organizacji szarż upodobnionych do organizacji wojska austriackiego (z tą tylko różnicą, że w Legionach nie są noszone odznaki tak zwane jednoroczniackie). Gaża zaś i żołd wypłacane są z kasy austriackiej do kasy I Brygady podług urzędowego wykazu szarż, opartego na urzędowych nominacjach i etacie. Otóż w I Brygadzie mocą uchwały grona oficerskiego, jako korporacyjnej poniekąd reprezentacji Brygady, ustanowiona została zasada równej gaży oficerskiej bez różnicy szarż i równego żołdu szeregowców i podoficerów, także bez różnicy szarż. Utworzone zostały w ten sposób kasa oficerska i kasa podoficerska. Wszyscy oficerowie, od podporucznika do samego bodaj brygadiera, pobierali równą gażę w kwocie 100 koron miesięcznie, co zaś było ponad to, zostawało w charakterze funduszów kasy oficerskiej. Zdaje się, że później, bodajże w jesieni 1915 roku, kwota gaży oficerskiej podniesiona została, o ile wiem, do 150 koron miesięcznie. Wszyscy zaś podoficerowie, tak sierżanci, jak kaprale i starsi żołnierze, pobierali żołd równy z szeregowcami w kwocie 9,60 na dekadę, tj. na dziesięć dni. Zaoszczędzona nadwyżka żołdu podoficerskiego zasilała fundusze kasy podoficerskiej.

Kiedy właściwie i jak zapadła ta uchwała, jak ta organizacja powstała, kto zarządzał kasami oficerską i podoficerską i na co używane były ich fundusze itd. - tego dokładnie nie wiem. Nie o to mi zresztą chodzi. Organizacja ta będzie z pewnością w swoim czasie opisana i dokładnie znana w dziejach I Brygady. Nie potrzebuje niekompetentnego kreślenia jej ścisłych kształtów w moim dzienniku legionisty szeregowca. Chodzi mi tylko o naszkicowanie samej zasady, samej metody ideowej w tej ciekawej organizacji. Wiem tylko tyle, że z funduszów kasy podoficerskiej, utworzonych przeto z niewypłaconej nadwyżki żołdu podoficerskiego, wypłacano w I Brygadzie po 30 koron gotówką każdemu szeregowcowi czy podoficerowi rannemu, odjeżdżającemu z linii do szpitala.

Jeżeli zastanowimy się nad zestawieniem tylko tych dwóch faktów - wstrzymania nadwyżki żołdu podoficerom i użycia takowej na wypłatę premium dla rannych - to już widzimy sprawiedliwość i praktyczną mądrość tej zasady; za co bowiem pobiera podoficer - sierżant, kapral - wyższy żołd od szeregowca? Za swoją szarżę. Potrzeby jego nie są koniecznie i zasadniczo większe od potrzeb szeregowca, zwłaszcza w Legionach, w wojsku ochotniczym i ideowym, którego żołnierze w znacznej liczbie rekrutują się z inteligentów, z ludzi nieraz przywykłych do materialnego dostatku i w których zwykłym zjawiskiem jest, że szeregowcem jest adwokat, literat, doktor filozofii, profesor, a kapralem czy sierżantem, jego bezpośrednim zwierzchnikiem jakiś uczeń gimnazjum z klasy siódmej lub szóstej, jakiś majster rzemieślniczy, jakiś wyrobnik nawet. Wyższość żołdu to premium za szarżę, ale skoro szarża stanowi, w myśl pierwotnych intencji Piłsudskiego w zbrojnym ruchu strzeleckim, różnicę funkcji, nie zaś zasługi i godności, która jest równa w obywatelskich szrankach rycerzy Wolności, to nie ma racji utrwalania tych różnic w zapłacie. O wiele większa jest racja premiowania męki żołnierza, bądź to szeregowca, bądź podoficera rannego.

Poza tym jest jeszcze wzgląd praktyczny i humanitarny. W linii wydatków prawie się nie ma, pieniądz ma małą wartość i użyteczność tak dla szeregowca, jak podoficera. Wojna się toczy w kraju zniszczonym, gdzie się niewiele co znajdzie do kupienia i gdzie z samej natury warunków wojennych niepodobna sobie większą wyrobić wygodę pieniędzmi. Tam podoficer jest w warunkach tych samych co szeregowiec i nadwyżka żołdu mało dlań będzie bezpośrednio użyteczna. Natomiast ranny żołnierz odjeżdżający do szpitala na tyły będzie tam miał potrzeby, które się pieniędzmi opłacają, na tyłach bowiem pieniądze mają większą wartość użytkową. Ogromna liczba legionistów nie ma prócz żołdu ani grosza; prawdziwym dobrodziejstwem i aktem rzetelnego humanizmu jest zaopatrzenie rannego żołnierza, odjeżdżającego z linii do szpitala, tą kwotą 30 koron, która mu wiele ulży i osłodzi tam pobyt nieraz w bólu i męce.

Co do kasy oficerskiej, to nie znam dobrze przeznaczenia jej funduszu. Wprawdzie stopa tej gaży, równa dla wszystkich szarż oficerskich, wynosi znacznie więcej od sumy trzech dekad miesięcznych żołdu żołnierskiego, co się tłumaczy tym, że jednak oficerowie mają przeciętnie wyższe potrzeby od masy żołnierzy i z konieczności, choćby ze względów reprezentacyjnych, muszą wydatkować więcej, to jednak i tu, w ramach ciała oficerskiego, jest ta sama obywatelska i egalitarna zasada Piłsudskiego, głosząca o różnicy funkcji, nie zaś zasługi obywatelskiej i wartości ludzkiej, niepodlegającej taksacji przez różnice zapłaty. W każdym razie stopa tej egalitarnej gaży oficerskiej bez względu na szarżę w I Brygadzie, wynosząca 100 albo 150 koron, jest bardzo niewysoka. Zasada ta, tak w stosunku do oficerów, jak podoficerów, stosuje się tylko w linii, tam gdzie gaża i żołd przechodzą przez ręce urzędów Brygady. Zresztą zasada ta jest głównie w linii najwłaściwsza. Poza linią na tyłach, po szpitalach itp., dokąd już nie sięga władza Brygady i jej zasady, żołd wypłacany jest na ogół na zasadach austriackich. Ale w linii do końca 1915 roku w I Brygadzie przechowywała się ta zasada święcie. O jej rozkładzie, który niestety nadszedł - nie z winy I Brygady - dokończę jutro. Wyraził się w niej, jak w wielu innych rzeczach i stosunkach I Brygady, "duch idealistyczny" i obywatelski "czerwonych" z Piłsudskim na czele.

17 lutego, rok 1916, czwartek

Powyższa, skreślona w dzienniku moim pod datą wczorajszą, organizacja poboru żołdu i gaży w I Brygadzie, piękna w swoich zasadach obywatelskich, o ile nie została wprowadzona jako norma ogólna w całym wojsku legionowym, mogła się utrzymać tylko na wysokiej moralności i duchu obywatelskim piłsudczyków, żołnierzy i oficerów Brygady. Brygada II i następnie III zasady tej u siebie nie przyjęły. Jak we wszystkim innym, tak i w tym względzie Brygady II i III, tworzone pod egidą c.k. Komendy Legionów, przepojone duchem ścisłego lojalizmu austriackiego, wolne od tego powiewu powstańczego i obywatelskiego, który żywym tchnieniem Piłsudskiego przenikał szeregi I Brygady, zresztą zgodnie z klasyczną formalną strukturą Legionów jako hufców ochotniczych w łonie armii austriackiej, nie poszły bynajmniej po linii wzorów kreślonych przez I Brygadę i zadowoliły się prostym zastosowaniem ogólnych norm austriackich. A ponieważ w ogóle elementy kierownicze Komendy Legionów i Brygad II i III traktowały dość nieufnie i zazdrośnie I Brygadę Piłsudskiego i nieraz wykradały jej ludzi do formujących się nowych pułków, premiując poniekąd dezercję z jej szeregów do innych brygad, więc wszystkim malkontentom, którym stosowanie tej zasady o żołdzie i gaży w I Brygadzie nie dogadzało ich interesom osobistym, otwierała się względnie łatwa droga do ucieczki i zdobycia dla siebie lepszych warunków zapłaty osobistej. Dezercja ta, na prywacie oparta i z niej płynąca, musiała podkopywać stopniowo samą zasadę w I Brygadzie. Jeżeli zważymy jeszcze, że przy przejściu z I Brygady do innych, zwłaszcza zaś do III, stary doświadczony żołnierz piłsudczyk o wiele prędzej mógł się dorobić awansu niż w swej brygadzie macierzystej, a miał tam zawsze żołd pełny, odpowiadający swej szarży, co dla ogromnej masy legionistów ma duże znaczenie, bo olbrzymia większość nic poza żołdem nie ma, a jeżeli otrzymuje jakieś zasiłki od rodziny, to tylko rzadko, dorywczo i skąpo - to zrozumiemy, jakie sidła prywaty były zastawione na obywatelską i humanitarną zasadę, ustanowioną w I Brygadzie, i jakiego hartu moralnego, jakiego idealizmu szlachetnego i przywiązania do Brygady trzeba było w żołnierzach piłsudczykach, zwłaszcza podoficerach i oficerach, aby wytrwać i oprzeć się pokusom prywaty.

A jednak większość się oparła i wytrwała. Wypadki dezercji i ucieczki z Brygady, tak dla kariery, jak dla gaży i żołdu, zdarzały się ciągle, ale główna masa gwardii Piłsudskiego zostawała niewzruszenie wierna. Dumą było i chlubą nie tylko wiernych oficerów Brygady, ale też sierżantów i skromnych kapralów, a nawet pospolitych wiarusów szeregowców, że są piłsudczykami, żołnierzami I Brygady. Klejnotu tego nie oddaliby za szarżę i zapłatę. Odchodząc z linii, ranni lub chorzy byli gryzieni troską, aby po wyjściu ze szpitala nie zabrano ich do pułków innej Brygady. I w ten sposób, pomimo pokus, siłą samego tylko hartu moralnego, ta piękna zasada organizacji egalitarnego żołdu i gaży utrzymała się w I Brygadzie aż do końca 1915 roku, a więc przez długie miesiące znoszonych trudów i ofiar na wojnie.

Ale czynniki szkodliwe podkopywały zasadę i wreszcie ją podkopały. Musiała runąć. Nie tyle przez fakt dezercji z szeregów dla prywaty, ile przez narastające poczucie niesprawiedliwości, że tą drogą dezercja zostaje premiowana i że elementy karierowiczowskie i słabe, uchodząc z I Brygady do innych, zyskują na tym, podczas gdy wierni, hartowni wiarusi muszą sami znosić konsekwencje idealizmu, ciężkie dla ich interesów prywatnych.

Nie byłaby to jeszcze wystarczająca racja do skasowania pięknej instytucji, która już się stała tradycją Brygady, tradycją chlubną. Ale że już w tym czasie sam pierwotny urok Sprawy Legionów nieco się w świadomości legionistów rozluźnił i słabł, że w ogóle wiara w ich dzieło się zmniejszyła w porównaniu z siłą wiary pierwotnej i że wreszcie skład osobisty Legionów, nie wyłączając I Brygady, zmienił się znacznie przez napływ masy surowego rekruta z werbunku roku 1915, więc ostatecznie instytucja powyższa przestała być żołnierzom tak droga i szacowna. Stara wiara dziś już przeważnie składa się z szarż, z sierżantów, kapralów, ewentualnie starszych żołnierzy (frajtrów), masa zaś szeregowców w ogromnej liczbie składa się już nie z tych pierwszych idealistycznych zastępów strzeleckich, ale z surowego rekruta różnych lubliniaków itp. Dawniej idea Piłsudskiego o różnicy funkcji, nie zaś właściwych szarż, była żywa w poczuciu strzelców, bo wszyscy, od komendanta do szeregowców, tworzyli poniekąd jedną wielką rodzinę, jedno środowisko i zespół. Ale tego nowego rekruta z 1915 roku ogół starej wiary strzeleckiej za równego sobie nie uznaje. Wytworzył się więc większy przedział między starymi a masą rekrucką, przedział, który się też wyraża w zaakcentowaniu różnicy szarż.

Wskutek tego pryskać zaczęły egalitarne, obywatelskie konsekwencje z dawnych założeń, opartych na pierwotnych strzeleckich stosunkach. Te oto czynniki doprowadziły do upadku powyższej pięknej instytucji. O ile wiem, bodajże już w grudniu zniesiona została kasa podoficerska i odtąd w I Brygadzie na linii żołd jest czy ma być wypłacany podług szarż, na modłę austriacką. [...]

23 marca, rok 1916, czwartek, Piotrków

[...] Napisałem dziś list do Wilhelma Feldmana, w którym streściłem moje stanowisko obecne w stosunku do Litwy i motywy, dla których wychodząc z założeń państwowych litewskich, doszedłem do Legionów Polskich. Feldmana to interesowało. W jednym z listów prosił mnie o to, zapytując jednocześnie, czy zasadnicze stanowisko moje nie uległo zmianie od czasu ogłoszenia w 1908 roku mojej książki Litwa. Nie jest to tylko zaspokojenie ciekawości osobistej Feldmana, ale także danie mu do rąk pewnego atutu do akcji politycznej. Feldman, siedząc w Berlinie i prowadząc tam akcję odpowiedzialnego agenta Sprawy Polskiej z ramienia NKN-u, obserwuje wciąż sprawę litewską, której nici w dużym stopniu w Berlinie się zbiegają. W szczególności obserwuje politykę niemiecką na okupowanych terytoriach litewskich, odpowiednie tendencje Niemców na przyszłość, zabiegi pewnych działaczy litewskich, z którymi ewentualnie stara się nawiązać kontakt dla zainteresowania ich Sprawą Polską i skierowania ich aspiracji do niej.

Feldman w pewnej mierze staje się łącznikiem między Sprawą Polską a Litwinami, co prawda w drobnej tylko mierze, bo ani jego znajomość sfer litewskich, ani zakres stosunków i pola działania nie umożliwiają mu akcji na większą skalę, ale w dzisiejszych warunkach całkowitego odcięcia Litwy i ta skromna akcja już jest czymś. Feldman utrzymuje stosunki z Jerzym Šaulysem w Wilnie, a w Berlinie wszedł w pewien kontakt z dr. Gaigalatem24, Litwinem pruskim, byłym posłem litewskim. Gaigalat, który dotąd był tylko Litwinem na modłę pruską, to znaczy Prusakiem gorliwym, dalekim od państwowych aspiracji narodowców litewskich, dbającym w zakresie spraw litewskich tylko o etnograficzne właściwości i prawa Litwinów w Prusach, obecnie podobno przeistacza się w narodowca litewskiego.

Ciekawe jest, że zetknięcie się działaczy prusko-litewskich z bliska z tak zwaną Wielką Litwą, to znaczy rdzeniem Litwy zaboru rosyjskiego, i powstająca realnie perspektywa stałego zespołu państwowego tych ziem pod władzą Niemiec zmienia i rewolucjonizuje ewentualnie dotychczasowe koncepcje Litwinów pruskich, których, jak dotąd przynajmniej, należałoby raczej nazywać Prusakami litewskimi. Kto wie: może świtać im zaczynają wielkie zagadnienia związane z tą perspektywą oraz nadzieja odegrania świetniejszej roli niż ich skromna dzisiejsza. Budzi się może w tych usypiających ostatkach stłumionego szczepu zmysł czynnika dziejowego, o którym już przestali śnić. A może są to tylko jakieś spekulacyjne kombinacje, jakieś ambicje osobiste jednostek politycznych. Gaigalat jest podobno zaniepokojony kolonizacyjnymi i germanizacyjnymi projektami Niemców w związku z tendencją aneksyjną w stosunku do Litwy. Podobno też słucha z wielkim zainteresowaniem nowych dlań wywodów Feldmana o związku Litwinów z Polską, w którym by ewentualnie znaleźć grunt i może z czasem zakwitnąć mogła państwowość litewska. Gaigalat ze zgorszeniem opowiadał Feldmanowi, że któryś z zarządców niemieckich w okupacji litewskiej miał się wyrazić, że Łotyszy już w pierwszym pokoleniu da się zgermanizować, podczas gdy na zgermanizowanie Litwinów liczyć można po kilku pokoleniach.

O tych i różnych innych rzeczach dowiaduję się z doniesień Feldmana do Biura Prasowego Departamentu (znajdą się w archiwum tegoż biura). Feldman wciąż szturmuje, aby prędzej mnie do Wilna wysłano, licząc dużo na moją akcję. Gaigalat wyrażał także chęć poznania się i zobaczenia ze mną, a Feldman tak z tego względu, jak też ze względu na własne porozumienie się ze mną prosi na wszystkie strony, abym skierował moją marszrutę do Wilna na Berlin. To wszakże będzie zgoła niemożliwe.

Mam jeszcze zanotowanych kilka rzeczy do napisania w dzienniku, z tego co się dowiedziałem, względnie dostrzegłem w Warszawie, mających ciekawy związek ze sprawami aktualnymi. Jedną z nich dziś streszczę. Jak wiadomo, jednym z kapitalnych punktów rozdźwięku między NKN-em i Departamentem a niepodległościowcami jest kwestia werbunkowa do Legionów (niepodległościowcy zajmują stanowisko antywerbunkowe). Różnica w tym względzie wypływa z zasadniczej różnicy stosunku tych obozów do mocarstw centralnych, a stąd i do politycznej oceny czynu legionowego jako ujętego ściśle w karby zależności od jednego z tych mocarstw - Austro-Węgier. Wiadomo również, że obóz niepodległościowy, przynamniej w swym lewym, najjaskrawszym skrzydle, uznaje w Piłsudskim wodza narodowego, a najczynniejsza, odpowiadająca temu obozowi, organizacja narodowego ruchu zbrojnego, POW, ulega najzupełniej formalnie bezpośrednim rozkazom Piłsudskiego, oraz że to Piłsudski rzucił sam hasło antywerbunkowe, którego dotąd, pomimo jak się zdaje, złagodzenia jego stosunków z Komendą Legionów przez osobę Puchalskiego i pomimo przychylnego traktowania przezeń sprawy ukompletowania korpusu Legionów oraz poparcia zainicjowanego dzieła zjazdu komendantów pułków - nie odwołał. Ciekawy przyczynek do tego opowiadał mi w Warszawie Artur Śliwiński, z lewicy niepodległościowej, bliski przyjaciel Piłsudskiego.

Po wzięciu Warszawy, gdy powstała kwestia stosunku do Legionów i werbunku, Piłsudski kategorycznie i najżarliwiej bronił stanowiska antywerbunkowego wbrew nawet wielu przyjaciołom, obecnym antywerbunkowcom, którzy wówczas skłaniali się na rzecz werbunku. Piłsudski zarzucał państwom centralnym i zwłaszcza Austrii, że oszukała ruch polski, biorąc Legiony w swoją organizację i na swój użytek, a nie spełniając tego, co było tych Legionów ideą - nie podnosząc sprawy polskiej i unikając starannie i coraz bardziej wszelkich aktów angażujących ją w kierunku jej rozwiązania. Tą drogą Austria zwichnęła dzieło polskie - czyn Legionów, które się marnują dziś na jej usługach, w bolesnej rozterce ideowej. I tu miał się wyrazić, że jeżeli już ma dzieło to upaść i zbankrutować wobec Sprawy Polskiej, to raczej zginąć tragicznie niż zmarnieć, raczej tragedia niż melodramat: to znaczy, ewentualnie w chwili krytycznej zbuntować się, złamać przysięgę i choćby zginąć masowo na szubienicy, niż pozostając oszukanym - skonać i zmarnieć.

Piłsudski objawił tu oblicze rewolucjonisty, jakim w istocie jest. Ale metody rewolucyjne do ruchu wojskowego nie mogą się stosować.

24 marca, rok 1916, piątek

Bardzo przykra nowina: z Wilna od stosownych władz okupacyjnych przyszła do kancelarii wojskowej Departamentu telegraficzna odpowiedź odmowna na prośbę o pozwolenie na wyjazd mój do Wilna. Odmowa ta zmartwiła mnie niewymownie. Nie tracę jednak nadziei, że to się da odrobić. Czekam na pułkownika Sikorskiego, który ma w poniedziałek wrócić. Na jego interwencję liczę bardzo. Tak dążyłem do Wilna, tyle pokładałem nadziei i woli w tym wyjeździe, tyle się namęczyłem i jałowo nasiedziałem na rzecz tego wyjazdu, tak wreszcie zdawałem się bliski mety - i oto teraz ta odmowa! Jazdę do Wilna uważam teraz za główne i największe moje zadanie, za rzecz po prostu niezbędną, wieńczącą w pewnej mierze cały mój czyn. [...]

25 marca, rok 1916, sobota

Od wczoraj bawi tu Stanisław Downarowicz, który ma pozostać i objąć na stałe swoje właściwe stanowisko w Departamencie Wojskowym. I Stanisław Downarowicz, i dr Kot rozumieją, zdaje się, w zupełności potrzebę mego wyjazdu do Wilna, toteż mam wrażenie, że co tylko można będzie zrobić w tej sprawie, będzie zrobione. Dr Kot wyjeżdża dziś do Lublina; Sikorski ma przyjechać tutaj pojutrze. [...]

Oderwę się od tych rzeczy i przejdę do sytuacji politycznej w Warszawie. [...] Wpierw jednak powiem o nastrojach mas i o nędzy w Warszawie. Nędza ta jest uderzająca. Ojcowie nasi pamiętali jeszcze czasy, kiedy bywały lata głodowe, kiedy okolice całe nawiedzane były tą straszliwą klęską, klęską żywiołu równie silnego, jak wojna, jak "powietrze", kiedy lud brzękł od głodu i marł. Myśmy już świadkami tego nie byli. Jeszcze mój ojciec z młodych swoich lat pamięta taki rok. Druga połowa XIX wieku wykreśliła takie klęski z dziejów świata cywilizowanego. Postęp w organizacji gospodarczej społeczeństw i zwłaszcza rozwój środków przewozowych (komunikacji) odniósł głód do krainy strasznych zmór przeszłości. Toteż ludzkość współczesna odwykła zgoła od tego zjawiska; przeciwnie - panowała na ogół obfitość. Były wprawdzie, jeszcze za mojej najświeższej pamięci, lata głodowe w głębi Rosji, kiedy to w całych guberniach tej rolniczej i urodzajnej krainy dziwacznym losu i niedołęstwa moskiewskiego zrządzeniem szerzył się głód, aleśmy tutaj tylko o tym słyszeli, a nie widzieli nigdy. Przypuszczam jednak, że to był rodzaj głodu inny niż ten żywiołowy i dziki, który grasował w dalekiej przeszłości, głód powszechnego braku pokarmów. W Rosji był to głód nędzy, głód złej organizacji, głód niedojadania. Ale przyszła Wielka Wojna. Przyszła i jednym z jej haseł ze strony koalicji zachodniej i Rosji było ogłodzenie mocarstw centralnych, Niemiec i Austrii. Głód miał być narzędziem zwycięstwa, strasznym, okrutnym narzędziem pogromu Niemiec.

Ubiegły dwa lata; wstrzymano olbrzymie drogi dowozu do Niemiec i Austrii, zablokowano ściśle środek kontynentu europejskiego. Głodu jednak nie ma, ale jest bądź co bądź wielki niedostatek środków spożywczych w szerokim znaczeniu. Natomiast w krajach okupowanych, a przynajmniej w pierwszym rzędzie w Polsce, jest ubóstwo żywnościowe straszne, które już w wielkich ośrodkach, jak Warszawa i Łódź, graniczy z głodem. Wojna tędy przeszła, w roku zeszłym spustoszyła plon, ceny podskoczyły szalenie, gdy zarobków brak; na domiar Niemcy ciągnęły i ssały z ubogich resztek kraju, co się tylko dało. Zachowane minimum jest tylko ostatkiem najostatniejszym.

26 marca, rok 1916, niedziela

[...] Dokończę już o Warszawie. Jest w niej nędza straszna, jest niemal głód. Brak środków żywności, drożyzna tak straszna, o jakiej nikt nigdy nie słyszał, a jednocześnie zastój ekonomiczny, ogólna stagnacja życia. Wprawdzie jeszcze kompletnego głodu nie ma, bo jest zarządzona na wielką skalę organizacja pomocy społecznej oraz organizacja w ogóle użytkowania środków spożywczych, ale już niedojadanie (niedostateczne odżywianie się) jest tak wielkie, że się na tym tle rozwijają specjalne choroby oraz, co gorsza, procesy zwyrodnienia organizmów w najmłodszym dorastającym pokoleniu dzieci. Lekarze i higieniści społeczni, którzy z bliska obserwują życie mas miejskich, stwierdzają zatrważający obraz fizycznych i moralnych skutków tego półgłodu u ludności miejskiej.

Nędza bije w oczy przygodnego widza przechadzającego się po ulicach Warszawy. Mięso, tłuszcze, mąka i przetwory ziarna, nawet pospolite kartofle - należą już do przedmiotów zbytku, zwłaszcza mięso. Konina sprzedaje się po cenie 60-70 kopiejek funt! Cichaczem, co zresztą jest powszechną tajemnicą, mięso się fałszuje mięsem psim i kocim. Żartownisie Warszawy dowcipkują, że się wyniosą z miasta, gdy cena szczura dojdzie do 1 rubla za sztukę. Na chleb są kartki, przez co cena może być utrzymywana na poziomie dostępnym, ale porcje kartkowe wynoszą mało co więcej nad jedną czwartą funta dziennie. A za chleb razowy, sprzedawany tajnie bez kartek, płaci się po 35 kopiejek za funt! Słonina do 3 rubli funt, kartofle do 9 rubli i więcej za korzec!

A tymczasem na pozór, gdy się obejrzy wystawy sklepów spożywczych na głównych ulicach miasta, obfitość wydaje się wielka: widzi się wędliny różne, mnóstwo gatunków serów, konserwy, kawior nawet, wszystkiego, zdawałoby się, w bród. Ale tylko tknąć czegokolwiek, to ceny odstraszą od razu. Jest rażąca rozbieżność między pozorną obfitością w sklepach a straszliwą głodową nędzą miasta25. Oczywiście, że i spekulacja - lichwa żywnościowa - grasuje na dobre, choć jest zwalczana. Co za olbrzymia różnica między Warszawą a takim Piotrkowem lub tym bardziej Lublinem, mimo że Lublin jest w centrum jednej z najbardziej wyniszczonych wojną dzielnic. W Lublinie wszystkiego dostać można i ceny, choć się podniosły, są jeszcze umiarkowane, a wobec warszawskich bajecznie niskie: chleb w Lublinie bez kartek i w ilości dowolnej, a tańszy od kartkowego w Warszawie i z czystej mąki, bułek dostać także można, o czym Warszawa już ani śni, słonina kosztuje w Lublinie 60 kopiejek funt. Spożywanie koniny w Warszawie zaczyna być ograniczane ze względu na niebezpieczeństwo ubytku inwentarza w gospodarstwie rolnym, już i tak niezmiernie przez wojnę zniszczonym, co znowu groziłoby klęską rolnictwu, jedynej podstawie i nadziei bytu przez czas wojny.

O ile masy miejskie, rzesze robotnicze i inteligencja są straszliwie dotknięte klęską drożyzny głodowej, o tyle chłop w tych okolicach, gdzie gospodarstwo jego nie zostało zniszczone, wychodzi na pana. Ma zbyt i cenę na produkty swoje taką, jakiej nie miał nigdy, toteż (o ile naturalnie gospodarstwo ocalało) ma pieniądze i żyje sam świetnie, w dostatku niezwykłym, prosząc Boga, aby wojna jak najdłużej trwała. Naturalnie i pod tym względem nie jest bez zastrzeżeń: w wielu rodzinach chłopskich mężczyźni, gospodarze, są na wojnie w wojsku rosyjskim, to znów chłop ma biedę z rekwizycjami władz okupacyjnych, słowem - i tu nie zawsze i nie wszędzie jest zadowolenie, a ileż wśród chłopów na wsi zniszczenia!

W miastach wśród rzesz pospolitych panuje "orientacja głodowa". Obojętne są dla nich w masie perspektywy polityczne i narodowe. Drożyzna i nędza życia, elementarne potrzeby utrzymania górują nad wszystkim i wytwarzają jedyne odruchy psychiczne, jedyne pragnienia i "orientacje". Nienawidzą wojny, nienawidzą Niemców, nienawidzą własnych polityków i działaczy społecznych i pragną powrotu Moskali. Z Moskalem łączy się u nich drogą odruchowych skojarzeń psychicznych pojęcie obfitości i dostatku. A zresztą, kto zgłębi myśl kiełkującą w tych przepastnych głębinach głodnej masy? Dochodzą stamtąd złowieszcze pomruki, że niech będą wszelkie rządy, byle nie polskie!

Najwyższy czas, aby Polska była wreszcie od Rosji oderwana na wieki, bo inaczej z takich pomruków mas mogą przyjść upodlenie i śmierć. Ale nie wierzę zbytnio temu i nie przesadzam znaczenia ani powszechności tych nastrojów głodowych w masie. Bądź co bądź chwila w dziejach Polski jest tragiczna. Na nastrojach głodowych mas spekulują w Warszawie esdecy, którzy najbardziej krytykują organizację społeczną i burżuazję polską, a zdobywają posłuch w masie i stają się dziś bodaj najpopularniejszym w Warszawie stronnictwem, choć kosztem zejścia na tory demagogii. Ale też burżuazja [...] jest istotnie w Warszawie nad wszelki wyraz kiepska.

27 marca, rok 1916, poniedziałek

Dowiedziałem się rano w Biurze Prasowym, że pułkownik Sikorski przyjechał. Mówiono, że jest bardzo zmęczony i źle wygląda, wobec czego chciałem odłożyć moją sprawę na jutro i dziś go już nie nachodzić, tym bardziej że wiem, jaka kupa interesantów czeka go pierwszego dnia po przyjeździe. Ale dowiedziałem się także, że pułkownik bawi w Piotrkowie tylko parę dni i we środę wyjeżdża na miesięczny urlop. Wobec tego zdecydowałem się zwrócić do niego dziś. Koło godziny 6.00 udało mi się dotrzeć do pułkownika, który, pomimo zmęczenia, był w doskonałym humorze. Przyjmował interesantów razem ze Stanisławem Downarowiczem, obejmującym zastępstwo po jego wyjeździe.

Zdziwił się, że mnie jeszcze zastaje w Piotrkowie. Powiedziałem mu o odmowie, która nadeszła od władz wileńskich. Nie podobało mu się to, ale postanowił wznowić starania. Przedstawiłem mu notatkę sporządzoną z odpowiednią argumentacją dla ponownych starań. Postanowił ją zużytkować w piśmie, które ma skierować do jakiegoś wyższego funkcjonariusza władz niemieckich w Warszawie, dodając usilną prośbę przychylnego załatwienia tej sprawy. Zaraz też wydał odpowiednie zlecenie szefowi kancelarii, kapitanowi Wyrostkowi26. Będę czekać. Mam otuchę, że się rzecz powiedzie tym razem. Wręczyłem też Sikorskiemu skopiowany na maszynie egzemplarz mojej motywowanej notatki o kompanii litewskiej do Legionów Polskich.

Sikorski potem podniósł znowu sprawę mojego umundurowania. Nie jest jeszcze zadowolony z tej restauracji, której z jego polecenia dokonał przed moim wyjazdem do Warszawy porucznik Okołowicz27, dając mi z bólem serca z kryjówek swoich nowy płaszcz "żywiecki" i spodnie nowiutkie od pierwszorzędnego krawca piotrkowskiego. Powiada, że muszę reprezentować Departament w Wilnie w odpowiednim stroju pokaźnym, aby nie powiedziano, że Departament wypuszcza ludzi niezaopatrzonych i aby wojsko polskie prezentowało się wilnianom jak najświetniej. Żartował, że wilnianie będą mieli żal do Departamentu, iż ich mecenas Michał Römer, którego wypuścili w eleganckim stroju, wraca do nich mizernie. Szczególnie zwrócił uwagę na moje owijaki, obuwie i na sam mundur (bluzę). Wspomniał, że pasowałby mi może lepiej strój ułana lub artylerzysty, ale zaoponowałem gorąco, że piechotę stawiam ponad inne rodzaje broni i że właśnie tylko w mundurze strzeleckim chcę się w Wilnie ukazać. Więcej cenię i bardziej chcę Wilnu okazać widok strzelca z Legionów, niż durzyć egzotycznym efekciarstwem ułańskim lub szabelką artylerzysty, którym nigdy nie byłem. Na nowy wszakże mundur, a także zastąpienie owijaków przez sztylpy28 oraz obuwie nowe - zgodziłem się chętnie. Sikorski polecił Downarowiczowi, aby się zajął oporządzeniem mnie pod tym względem.

Wykończyłem dziś artykuł wstępny do "Wiadomości Polskich", w którym dotknąłem ostrożnie konieczności związku Sprawy Polski ze sprawą ludów i krajów z zachodnich dzielnic dotychczasowego państwa rosyjskiego, to znaczy Litwy, Białej Rusi i ewentualnie Łotwy, ściślej mówiąc - skojarzenia tych spraw w jedną wielką Sprawę Rzeczypospolitej ludów, co się popularnie i pochlebnie, ładnie dla Polaków brzmiąco, acz niezupełnie historycznie ściśle wyraża w formule tak zwanej Idei Jagiellońskiej. O ścisłym związku tych spraw jestem najmocniej przekonany i uważam, że Sprawa Polska nie z jakichś filantropijnych tylko pobudek powinna wyrosnąć do poziomu Sprawy Rzeczypospolitej ludów, w którą też nie wkładam bynajmniej pojęć nacjonalizmu polskiego i imperializmu narodowego. Powiadam, że dotknąłem tej rzeczy w moim artykule ostrożnie. Po pierwsze, ze względu na cenzurę, która takiego rozszerzenia państwowych ram Sprawy Polskiej nie bardzo by zapewne sobie życzyła (skoro nawet czysto polskie narodowe tendencje, o ile są ściśle niepodległościowe, z podkreśleniem całkowitego wyodrębnienia Sprawy Polskiej od związku z mocarstwami centralnymi, są przez cenzurę bez miłosierdzia ze wszelkich publikacji wykreślane). A po wtóre, ze względu na samą opinię polską, którą dopiero należy sondować w tej materii i ewentualnie łagodnie stopniowo przyzwyczajać do takiego rozszerzenia, względnie nawet przekształcenia Sprawy Polskiej.

Sprawa Polska w opinii polskiej, z bardzo małymi może wyjątkami jednostek lub grup politycznych, jest zbudowana na zasadach wyłącznie państwa narodowego, względnie w pojęciu niektórych elementów - na zasadach imperializmu narodowego, panowania nad Litwą i Białą Rusią. Ideę Rzeczypospolitej jako związku ludów, jako ewentualnie monarchii czy imperializmu współnarodowego trzeba dopiero, jako rzecz nową, w pojęcie Polaków sączyć. Dziś takiemu przekształceniu pojęcia Sprawy Polskiej warunki poniekąd sprzyjają. Sprzyjają właśnie przez to, że dzięki niemieckim względem Litwy tendencjom podziałowo-zaborczym Polacy nie widzą już tak łatwego na Litwę rozszerzenia swej państwowości. Niepodległościowy obóz Królestwa jest może najskłonniejszy do traktowania idei Rzeczypospolitej, ale już i tutaj, w kołach polityków i publicystów departamentowych, jest o wiele większe, niż zastałem latem, zrozumienie tej idei, a zwłaszcza chęć rozumienia. W szczególności zaś Feldman w Berlinie wydaje mi się podatny na to, a niewątpliwie i Sikorski, i dr Kot już także, nie mówiąc o pomniejszych agentach ruchu. Ale dopiero mój projekt kompanii litewskiej z Wilna, gdyby się dał uskutecznić, byłby wielkim atutem w mojej grze.

28 marca, rok 1916, wtorek

[...] Od dawna wspominam w dzienniku o moim projekcie utworzenia w Wilnie kompanii litewskiej do Legionów Polskich, ale dotąd uzasadnienia i planu tego projektu nie przedstawiłem. Najlepiej się ta zamierzona akcja moja uwidoczni przez proste wpisanie do dziennika motywowanej notatki, którą w tej sprawie opracowałem dla Sikorskiego. Tak też zrobię. Zacznę dzisiaj.

"Notatka w sprawie utworzenia kompanii litewskiej w Legionach Polskich.

Motywy:

Pomimo że od początku wojny moskalofilstwo nie zdołało się rozwinąć i utrwalić w nastrojach społeczeństwa na Litwie, pomimo gorących sympatii do łączenia sprawy Litwy ze sprawą państwowego odrodzenia Polski, a nawet istnienia prądów w tym kierunku wśród samych Litwinów, nie zaś tylko Polaków litewskich, którzy oczywiście w pierwszym rzędzie są tych sympatii wyznawcami - Litwa dotąd aspiracji tych w żadnym konkretnym czynie zbiorowym nie zamanifestowała i udziału swego w państwowotwórczych wysiłkach Polski nie ujawniła. Złożyło się na to wiele czynników, których tu rozważać nie będę. Stwierdzam tylko fakt, podkreślając, że stało się to nie z wewnętrznych przyczyn braku odpowiednich elementów woli, jeno z winy okoliczności i warunków, z braku możności konkretnych form dla dania im wyrazu.

Elementy tej woli nie są całkowicie jednolite w treści. Podczas gdy jedni łączą w swych aspiracjach Litwę z Polską na zasadach całkowitego zlania obu krajów, na zasadach nawet po prostu aneksji Litwy na rzecz Polski jako cząstki wobec całości, prowincji wobec metropolii-ojczyzny, inni, a w ich liczbie właśnie Litwini etnograficzni i obóz Polaków, wyznających zasady tak zwanego stanowiska krajowego, uważają za ojczyznę swą Litwę i pragną spełnienia jej wolności, za najlepszą tego formę uważając jej związek państwowy z Polską. Jedni, których można by określić mianem wyznawców idei jagiellońskiej, uważają tę formę związku za ideał stały, za cel swych dążeń do wolności Litwy, inni uważają tę formę związku za przejściową i niedoskonałą w sobie, ale za upragnioną na razie jako narzędzie oderwania Litwy od Rosji i ochronienia jej od aneksji niemieckiej. Wyznawcy związku Litwy z Polską, jak jedni, tak drudzy, nie rezygnując z aspiracji związkowych, zdają sobie sprawę, że wykonanie formy związkowej może nie być zależne od samej tylko woli naszej, albowiem przy likwidowaniu obecnej katastrofy europejskiej, które określi ewentualne nowe formacje państwowe, będą wchodziły w grę nie tylko czynniki woli urządzanych ludów i krajów. Nie chcą oni dla nieposiadania gwarancji spełnienia ich dalszych postulatów tracić tego elementarnego atutu wyzwoleńczego, jakim jest dla nich Sprawa Polska. Rozumieją, że Sprawa Polska jest poważnym czynnikiem międzynarodowym, podczas gdy Sprawa Litewska znaczenia tego nie posiada i że przeto Sprawa Polska jest dziś jedyną dźwignią, która ewentualnie może nie tylko siebie, ale i Litwę od Rosji oderwać i od Niemiec uchronić. Dlatego we wnioskach na dziś nie obstają bezwzględnie za formą unii ziem litewskich z wyzwoloną Polską i ewentualnie godzą się nawet na prostą formę aneksji Litwy na rzecz Państwa Polskiego, jeżeli inaczej być nie może.

Powiadam więc: różne są założenia prądów do zlania lub zsolidaryzowania Sprawy Litwy ze Sprawą Polską, ale wnioski są na dziś zgodne i prowadzą do łączenia ze sprawą państwową polską. Wobec zaś polityki aktualnej ważniejszy jest wniosek niż założenie.

Jak go wykonać?" (Ciąg dalszy jutro).

Kopiując tu tę notatkę, wypadnie mi przez jakiś tydzień zająć nią dziennik. Chociaż będę rezerwować część miejsca na rzeczy aktualne, o ile coś będzie do zanotowania.

29 marca, rok 1916, środa

Dalszy ciąg mojej notatki o kompanii litewskiej.

"Liczono w Litwie, że po ewentualnym zajęciu Wilna przez mocarstwa centralne NKN, jako organ Sprawy Polskiej, mający poniekąd elementy władzy narodowej, albo też nowy organ, który jak się spodziewano, wyłoni się z kontekstu NKN-u z Królestwem i posiądzie jeszcze wyższy autorytet w ruchu, zwróci się do Litwy z pewnymi hasłami, z ewentualną propozycją współpracownictwa w wielkim dziele tworzenia wspólnej wolności. To nie nastąpiło nie z winy zresztą NKN-u. Organ ogólnonarodowy, obejmujący Królestwo i Galicję, nie istnieje wcale. NKN zaś, konkretyzując się na stanowisku związku państwowego Polski z Austrią, nie może zbyt daleko samotnie sięgać na północny wschód w kierunku Litwy i Białej Rusi. Aspiracje w tym kierunku może ma i nie wyrzeka się praktycznego sięgnięcia po nie, zależnie od rozwoju wypadków wojennych i dalszych perspektyw, które się jeszcze wyłonić mogą, ale zbyt jaskrawego akcentowania takowych oczywiście unika. Nie można przeto mieć NKN-owi za złe, że się dotąd do Litwy z hasłami konkretnymi nie zwrócił, tym bardziej że skoro się nie dało utworzyć żadnej wspólnej organizacji narodowej z Królestwem, to o nawiązywaniu takiej organizacji, poniekąd ponad głową Królestwa, z Litwą - bodajże mowy być nie mogło. Z Litwą zawsze było łatwiej dojść do porozumienia przez Warszawę niż wprost z Krakowa i Galicji. Zresztą NKN, gdyby nawet chciał, nie miał, zdaje się, możności porozumienia się z Litwą, nie mając z nią bezpośredniego kontaktu. Główną zaś przyczyną było to, że NKN nie bardzo chciał się daleko w stosunku do Litwy angażować, będąc zmuszony do streszczania, a przeto z konieczności zwężania swego programu. Litwa więc nie doczekała się zwrócenia się do niej z hasłami i propozycjami z Polski. Czy ma przeto rezygnować ze swej woli do łączenia swojej wolności z wolnością Polski? Sądzę, że nie.

Jeżeli trudno było NKN-owi zwrócić się z konkretnymi propozycjami do Litwy, to o ileż trudniej zrobić to samej Litwie, która żadnego analogicznego organu do NKN-u nie posiada, jest skołatana wojną i okupacją niemiecką, rozdarta linią bojowego frontu, częściowo wyludniona, zdezorientowana oczywistymi źle dla niej wróżącymi tendencjami Niemców, rozchwiana narodowo na liczne odłamy i grupy, wreszcie trawiona nędzą i głodem. Odcięta niemal od świata, pozostawiona sama sobie, pragnąca w swych najlepszych i najdzielniejszych elementach związku z Polską, budująca na tym związku swoje tęsknoty do wolności, ale niedostrzegająca odpowiedniego gestu ze strony Polski, która do niej dotychczas ręki bratniej wyciągnąć nie zdołała, mało lub zgoła nieuświadomiona co do istotnych perspektyw ukochanej Sprawy, co do skomplikowanych układów stosunków na ziemiach Polski, w Galicji i nade wszystko w Królestwie - jak, do kogo i z czym ma się dziś Litwa zwrócić?

Względnie łatwiej zdołałaby się skomunikować z Warszawą, z której niepodległościowym obozem w roku zeszłym, jeszcze pod moskiewską władzą, się komunikowała, ale cóż stąd, kiedy Warszawa sama dziś jednolita nie jest, kiedy w niej wszystko to, co od początku wojny zdawało się sprzęgać w jedną ideę, we wspólny ruch, w Sprawę, dziś się rozpierzchło, rozwichrzyło w zawierusze wypadków na tysięczne odłamy, tendencyjki, orientacyjki, prądy i wiary". [...]

30 marca, rok 1916, czwartek

Dalszy ciąg notatki o kompanii litewskiej w Legionach.

"Sytuacja jest dla Litwy ciężka, cięższa jeszcze niż dla Polski, a pogorszona stukrotnie przez oczywiste aneksyjne tendencje Niemiec względem jej połaci zachodniej, etnograficznej, i ewentualne zamiary zwrotu Rosji jej ośrodka wraz ze stolicą, Wilnem. Wprawdzie niebezpieczeństwo tych tendencji podziałowych i aneksyjnych trwa i dla Polski, ale bądź co bądź tu jest ono o wiele słabsze, paraliżowane poniekąd przez usiłowania NKN-u oparcia się o Austrię, przez wielką odporność społeczeństwa polskiego, wyczuwaną i uświadamianą przez samych Niemców, zmuszanych ewentualnie do liczenia się z tym w swoich rachubach politycznych, wreszcie i nade wszystko przez międzynarodowe znaczenie Sprawy Polskiej. Litwa tych atutów nie ma, toteż tam tendencje i wola faktycznych władców kraju stają się czynnikami o wiele potężniejszymi i zwłaszcza bezwzględniejszymi.

Ale w tym właśnie tkwi kategoryczny nakaz dla wszystkich elementów na Litwie, pragnących wolności Ojczyzny - bez względu na różnice narodowości, założeń, upragnionych na przyszłość form tej wolności - do jak najściślejszego zsolidaryzowania, ewentualnie nawet na dziś zlania sprawy Litwy z wielką Sprawą Polską. Im głębsze będzie to zsolidaryzowanie, im manifestacyjniej Litwa swą wolę w tym kierunku zaznaczy, w sposób jak najbardziej czynny stwierdzi, tym bliższa będzie swych aspiracji wolnościowych, tym mocniejsza się stanie wobec niebezpieczeństwa, tym odporniejsza na zewnątrz.

W momentach wielkich przesileń dziejowych, gdy się ważą losy narodów i całych szeregów przyszłych pokoleń, nie wolno być na drobną sklepikarską miarę skąpym i rachunkowym: wielka chwila wymaga wielkiej i kosztownej ofiary, a na pokoleniu bieżącym ciąży odpowiedzialność, którą siłą musi ono dźwignąć bez względu na wyczerpanie. Taki właśnie moment, i to w warunkach niezwykle trudnych, nastał dla Litwy. W każdej ofierze, w każdym wielkim wysiłku jest element ryzyka. Nie można ze spokojem zupełnym i pewnością niewzruszoną oświadczyć, że ofiara Litwy, stwierdzająca jej wolę do łączenia swojej sprawy ze Sprawą Polską, spełni jej wolność.

Ale bądź co bądź faktem, zdaje się, jest, że w chwili likwidacji wojny Niemcy, ewentualnie i prawdopodobnie zwycięskie, nie będą jeszcze miały dyktatury świata w ręku. Będą się musiały liczyć z bardzo wielu czynnikami i nie będą w stanie wszystkich swoich tendencji i apetytów bez żadnych zastrzeżeń i ograniczeń przez inne kontrczynniki realizować. Jak będzie stosunkowa siła wszystkich współczesnych zagadnień i prądów w chwili likwidacji wojny - niepodobna obliczyć. Ale w każdym razie Niemcy nie będą czynnikiem jedynym i wyłącznym. Ujawniona wola ludów, poniesione przez nie ofiary i nadany przez nie poszczególnym zagadnieniom wyraz dadzą możność pewnym czynnikom, które dla innych własnych względów mogą być zainteresowane w operowaniu tym zagadnieniem i w odpowiednim rozwiązaniu go, możność orientowania się, powoływania i kreślenia wytycznych dla tej lub innej konkluzji praktycznej. Infiltracja Litwy do zagadnienia międzynarodowego polskiego nie jest rzeczą bynajmniej ze stanowiska praktycznej polityki na czas rokowań pokojowych obojętną. To pierwsze. Po drugie, stwierdzenie przez samą Litwę swej woli może przełamać dobrowolną czy przymusową obojętność Polaków dla sprawy litewskiej i zanik w Polsce idei Rzeczypospolitej, idei - moim zdaniem - aktualnej i nieprzeżytej tak dla Polski, jak dla Litwy, a przede wszystkim żywej i skutecznej w stosunku do Moskwy, której niebezpieczeństwa w ciągłej ekspansji na Zachód poprzez Ruś i Litwę bagatelizować i po wojnie nie będzie można. Wreszcie gdyby nawet wola Litwy nie wydała po obecnej wojnie żadnych owoców i nie pomogła jej ani do oderwania od Rosji, ani do ocalenia od aneksji niemieckiej, to dokonany wysiłek wolnościowy nie będzie jednak zmarnowany i pozostanie kapitałem moralnym dla trudnej przyszłości, która ją czeka." [...]

31 marca, rok 1916, piątek

Dalszy ciąg mojej notatki o kompanii litewskiej w Legionach.

"Z którejkolwiek strony byśmy podeszli do zagadnienia, dostrzeżemy pożytek oczywisty dla Litwy w łączeniu sprawy swojej ze Sprawą Polską. Umożliwienie stałego politycznego kontaktu Litwy z NKN-em, względnie z innymi organami Sprawy Polskiej, jest oczywiście na przyszłość rzeczą pożądaną. To wszakże nie wystarcza, bo w chwilach rozterki, jaką przeżywa społeczeństwo Litwy, trudno spodziewać się utworzenia organu o tyle poważnego i odpowiedzialnego, aby mógł w pertraktacjach wyrażać opinię kraju. Manifestowanie przez Litwę woli do łączenia swojej sprawy ze Sprawą Polską w drodze jakichś deklaracji ma wartość minimalną. Po pierwsze, nie ma dziś możności publikowania takich deklaracji, deklaracje zaś nieujawnione nie mają oczywiście znaczenia manifestacyjnego. Po drugie, deklaracji tych nie ma dokąd skierować. Do NKN-u? Ale NKN nie bardzo może, a zresztą nie bardzo w obecnych warunkach chce interesować się czynnie sprawą związku z Litwą. Deklaracja więc taka utonęłaby prawdopodobnie w archiwach NKN-u i dopiero jakiś przyszły historyk określiłby na jej podstawie dzisiejszą wolę Litwy; dla aktualnej polityki byłaby ona stracona. Do Warszawy? Może prędzej, bo obóz tak zwany niepodległościowy byłby może bardziej wrażliwy na związek z Litwą. Ale cóż, kiedy Warszawa dziś żadnej całości, żadnego politycznego organu woli zbiorowej nie posiada. Są w niej tylko frakcje i grupy, a nawet pojęcie obozu niepodległościowego jest tylko czymś teoretycznym, albowiem i tu jest jedynie zbiorowisko grupek i partyjek. Każda z grupek ma swoją ambicyjkę i swój nieco odrębny pogląd na rzeczy, a wszystkie są w praktycznej polityce jałowe, w istocie poza szermierką dialektyczną nieczynne. Niepodobna zaś posyłać osobnej deklaracji do Związku Patriotów, osobnej do CKN-u i osobnej do Ligi Państwowości Polskiej29, bo byłyby to akty łączenia sprawy litewskiej nie ze Sprawą Polską, lecz z tą czy inną grupą. Wreszcie po trzecie, deklaracji tych nie ma w Litwie od kogo, od czyjego imienia posyłać. Jeżeli w Warszawie nie ma organu woli ogólnej i nie ma na razie możliwości powstania takowego, to tym mniej w Wilnie i w ogóle w Litwie.

Litwa, powiadam, jest dziś zdezorientowana, bardziej nawet, niż była na wiosnę 1915 roku, przed zajęciem przez Niemców Warszawy i Wilna. Gdyby deklaracja wyszła od jakiejś grupki, to niezależnie od nazwy, jaką by ta grupka siebie mianowała, byłaby tylko wyrazem grupki, nie zaś woli Litwy. Pod każdą grupką zdołano by z łatwością odcyfrować grono, zawsze nieliczne, jednostek. A to, że panowie A, B i C pragną związku Litwy z Polską, nie zaimponowałoby ani Polsce, ani światu i byłoby bardzo dobrą manifestacją kilku osób.

Akcja więc deklaracyjna chybiłaby w obecnych warunkach celu". [...]

1 kwietnia, rok 1916, sobota

Dalszy ciąg notatki o kompanii litewskiej.

"Wnioski:

Chodzić powinno tylko o czyn jaskrawy i ofiarny, który istotnie zwróciłby na siebie uwagę i który nie potrzebowałby się legitymować co do osób i grup stojących za nim. Takim czynem jest zwłaszcza ofiara krwi. Po stronie polskiej walczą Legiony. Niezależnie od wszelkich różnic programowych między politycznymi rzecznikami sprawy polskiej Legiony są najbardziej czynnym i kategorycznym wyrazem woli narodu do wolności i samodzielnego bytu. Są one Sprawy Polskiej czynem, jej kwiatem, z którego powstanie nasienie wolności. Nie dekoracjami do grup politycznych polskich, lecz wlaniem swego czynu do czynu Legionów powinna Litwa manifestować swą wolę łączenia sprawy litewskiej z polską. Nikt pytać nie będzie krwi legionistów litewskich, spod jakiego znaku partyjnego czy grupowego płynie, jak nie powiedzą o krwi legionistów polskich, że to jest krew takiego czy innego stronnictwa, krew Secesji czy Związku Patriotów, czy stańczyków krakowskich - jeno że to jest krew polska. I tam będzie krew litewska, krew synów Litwy, w Legionach Polskich płynąca, stwierdzająca w obecnym przesileniu światowym czynny związek Litwy ze Sprawą Polską.

Żeby zaś ten czyn Litwy nie utonął w wysiłku polskim, żeby zachował swój charakter manifestacyjny, powinna być z materiału litewskiego utworzona w łonie Legionów, przypuszczam - kompania litewska, względnie w lepszym razie batalion, w gorszym - tylko pluton litewski.

I uważam, że powinno się to dokonać nie w konnicy, która, acz efektowniejsza, nie ma tej powagi, co ma czyn wojskowy piechoty, ale właśnie w piechocie, która jest najbardziej zasadniczą i najtwardszą formą społecznego czynu wojskowego i która jednocześnie stanowi nie jakiś fantastyczny tylko efekt rycerski, ale służbę najistotniejszą i najpospolitszą. Piechota strzelecka to plebs, to rdzeń Legionów i udział Litwy w niej właśnie będzie najskuteczniejszy, najbardziej ludowy. O wielkiej formacji litewskiej wszystkich rodzajów broni nie ma co marzyć, więc trzeba się z góry na piechocie ograniczyć. Być może, że i tego się nie da w dzisiejszych warunkach wykonać, ale spróbować tej akcji należy, i to właśnie w tej formie. To jest moje główne zadanie w projektach akcji na Wilno.

I jeszcze jedno: może byłoby dobrze ustanowić jakieś odznaki dla kompanii litewskiej. Ponieważ kompania ta mieściłaby się w ramach ogólnej formacji Legionów Polskich, więc oczywiście wszystkie odznaki i godła legionowe musiałyby w niej bez zastrzeżeń i zmian być zachowane: mundur ogólny, orzełek, odznaki szarż. Ale mogłoby być dopuszczone równolegle, dodatkowo jakieś godło czy znak specjalny, na przykład znaczek Pogoni litewskiej. Gdzie i jak znaczek taki mógłby być noszony - tego nie przesądzam. Ewentualne życzenia w tej mierze zbadam jeszcze na miejscu. Uważając w zasadzie ustanowienie takiego znaczka za pożądane, trzeba będzie jednak rozważyć jeszcze tę rzecz ze stanowiska bezpieczeństwa ludzi, czy znaczek taki nie będzie służył Moskalom za wskazówkę przynależności żołnierzy do Litwy, a przeto i do poddaństwa rosyjskiego, i czy się nie stanie patentem na szubienicę dla żołnierzy na wypadek dostania się do niewoli". (Dalszy ciąg jutro).

Z porady Stanisława Downarowicza napisałem dziś list do prezesa NKN-u profesora Jaworskiego w sprawie owego Bykowskiego30, Litwina, pułkownika rosyjskiego, pragnącego się dostać do Legionów, o którym wspominałem w dzienniku. Dowiedziałem się od Downarowicza, że Komenda Legionów postanowiła odrzucić jego ofertę usług, podobno na tej podstawie, że nie ma zgoła w Legionach wolnych stanowisk pułkownika czy też w ogóle stanowisk wyższych. Z pewnością Komenda Legionów nie wnika głębiej w tę sprawę i traktuje Bykowskiego jako jednego z tych wielu jeńców, którzy po to tylko zgłaszają swoją ofertę usług do Legionów, by ulżyć swej doli. Downarowicz poradził mi zwrócić się listownie wprost do Jaworskiego z przedstawieniem politycznego znaczenia sprawy Bykowskiego, aby ewentualnie Jaworski zainterweniował swym wpływem. Radził, abym to zrobił właśnie ja bezpośrednio jako człowiek z Litwy, jako ten, który niejako z ramienia Litwy jest w Legionach i który w sprawach z Litwą związanych jest w ruchu najbardziej kompetentny. Zrobiłem to i list wręczyłem Downarowiczowi, który go dziś jeszcze ma wysłać.

Rzeczywiście chodzi mi szczerze o pułkownika Bykowskiego, choć nie mogę z ręką na sercu stwierdzić z całym przekonaniem, że istotnie Bykowski będzie w Legionach bardzo do czegoś zdatny. Głównie chodzi mi o efekt, że pułkownik w służbie rosyjskiej i Litwin będzie w Legionach. Uważam to za poniekąd reprezentacyjny fakt, za pewnego rodzaju stwierdzenie idei Rzeczypospolitej w czynnym współpracownictwie Litwinów z Polakami. Nie jestem wcale zbyt zaślepionym optymistą, nie przeceniam bynajmniej miłości i braterstwa polsko-litewskiego we współpracownictwie ewentualnej przyszłej Rzeczypospolitej. Wiem, ile jest spornych punktów między Polakami a Litwinami, które muszą na długie lata utrzymać ich walkę wzajemną. Ale uważam, że na zewnątrz, tak wobec Rosji, sprawa ich wolności i państwowego bytu jest solidarna, a dla obu narodów, dla obu krajów niebezpieczeństwo jest największe z tych dwóch stron.

Uważam też, że dla Litwinów stosunek sił w państwie polskim czy tym bardziej w Rzeczypospolitej związkowej (stosunek nie liczebny tylko, ale i jakościowy) będzie taki, że grozić im zagładą nie może, podczas gdy w Rosji czy Niemczech niebezpieczeństwo to zachodzi. W Rzeczypospolitej lub państwie polskim prędzej osiągną Litwini, ewentualnie też Białorusini i Łotysze, warunki rozwoju narodowego i politycznego niż gdzie indziej. Nie żebym Polaków za wyjątek cnót uważał bynajmniej. A o Litwinów nie z samej tylko miłości dla nich jako takich mi chodzi, ale dlatego, że w ich rozwoju widzę najistotniejszą realizację kulturalnego i społecznego rozwoju naszego ludu. Zawsze byłem i jestem ludowcem, miłośnikiem sprawy ludu. W tej sprawie zasadzam moje założenia oraz wnioski i działanie. Na dziś zaś wobec kapitalnych zagadnień katastrofy światowej za cel stawiam potrzebę tworzenia Rzeczypospolitej, tworzenia tego gmachu, w którym się ma iścić rozwój na przyszłość.

2 kwietnia, rok 1916, niedziela

Dalszy ciąg notatki o kompanii litewskiej w Legionach.

"Wykonanie:

Projekt kompanii litewskiej w Legionach Polskich jest niewątpliwie trudny do wykonania. W pierwszym rzędzie są trudności w znalezieniu materiału ludzkiego dla takiej kompanii w Litwie (w praktyce wypadnie się prawdopodobnie ograniczyć do Wilna). O ile chodzi o moment dawniejszy, poprzedzający wyrzucenie Moskali z Wilna, w szczególności o wiosnę 1915 roku, kiedym z Wilna wyjeżdżał, to niewątpliwie materiał taki był i chętnie by się do Legionów zgłosił, zwłaszcza w formie kompanii czy nawet baonu litewskiego. Dziś pewny dobrego skutku nie jestem, bo dużo się od tego czasu zmieniło i depresja w społeczeństwie z powodu wielkiego rozdźwięku między tym, czego się ewentualnie spodziewano, a co nastąpiło, jest - o ile mi wiadomo - wielka. Ujawniły się przede wszystkim silne i oczywiste tendencje aneksyjne i podziałowe w stosunku do Litwy Niemców, czego nie wyobrażano sobie dawniej u nas, i następnie ujawniła się niemoc (względnie brak chęci) ze strony rzeczników państwowotwórczego (względnie niepodległościowego) ruchu polskiego do określenia stosunku Sprawy Polskiej w obecnych warunkach do Litwy, podczas gdy spodziewano się u nas prawie powszechnie kierunku zgoła innego na wypadek odcięcia Wilna od Rosji. Te czynniki podziałały deprymująco na społeczeństwo Litwy. Nie widząc wielkich spodziewanych perspektyw dziejowych i nie czując się na siłach do stworzenia takowych wbrew wypadkom, społeczeństwo w ogromnej większości swych sił twórczych rzuciło się do pracy, że się tak wyrażę, akcji organicznej na rzecz ruchu oświatowego i społeczno-kulturalnego, aby w miarę możności i w zastosowaniu do warunków utrzymać, względnie rozwinąć swoje placówki na przyszłość oraz swój stan posiadania. A że Litwa jest krajem narodowo mieszanym, więc akcja taka rozpadła się zaraz na odpowiednie akcje narodowe, konkurujące i bardzo często walczące ze sobą o placówki i stany posiadania. I znów zakwitły rozbieżności i spory dawne, jak w każdej pracy konkretnej z dnia na dzień. Zamiast wielkiego zagadnienia bytu krajowego, zagadnienia wolności i państwa, wypłynęły wszystkie powszednie zagadnienia, rodzące z konieczności walkę i spory narodowe w kraju mieszanym.

Już to samo utrudnia dziś postawienie i wykonanie zamierzonego problemu udziału Litwy w czynie Legionów Polskich. Uwaga społeczeństwa, skupiona na momencie dziejowym w dniu wielkiego przesilenia, rozproszyła się na rzeczy poszczególne. Depresja, która ogarnęła społeczeństwo, musiała się w dużej mierze odbić i na młodzieży, studząc jej zapał poprzedni. Na wiosnę roku zeszłego prócz młodzieży polskiej zapał taki budził się także, nawet w Wilnie, wśród pewnych młodych elementów ogarniętych narodowymi prądami białoruskimi, a także witany był przyjaźnie przez niektóre koła Litwinów. Czy w tych elementach, narodowo niepolskich, można dziś jeszcze na coś liczyć - nie wiem. Zdaje mi się, że rzecz jest wątpliwa.

W zasadzie uważam wszakże, że projektowana przeze mnie kompania litewska winna być oparta nie na czynniku narodowym polskim, ale krajowym (terytorialnym) litewskim (względnie litewsko-białoruskim), to znaczy, że tak Polacy litewscy, jak Litwini i Białorusini, a nawet Żydzi (choć udziału tych ostatnich nie przewiduję zgoła), nie tylko mają równy wstęp do niej, ale ją w zupełności za swoją krajową formację, jako obywatele Litwy, mogą uważać". (Dalszy ciąg jutro).

Zaprosił mnie dziś Marian Dąbrowski31 na godzinę 4.00 do resursy, gdzie się miało odbyć jakieś zebranie. Zebrało się tam kilkunastu obywateli miasta Piotrkowa, przeważnie z kół rzemieślniczo-kupieckich. Nikogo tam prawie nie znałem, prócz samego inicjatora zebrania, literata i sprawozdawcy legionowego Dąbrowskiego, adwokata Kazimierza Rudnickiego i księgarza Szustra. Z nowych wiem nazwisko tylko jednego, piekarza Konopackiego. Marian Dąbrowski referował o celach i zadaniach Ligi Państwowości Polskiej, której jest członkiem, i nawoływał do jedności, do zjednoczenia się pod sztandarem Ligi. Argumentował dość słabo, nie domawiał, chciał oczywiście lawirować wśród chwiejnych nastrojów zebranych mieszczan piotrkowskich, nęcąc ich jednym tylko ogólnikiem - niepodległości.

Dopóki o niepodległość, jako zasadę, chodziło, wszyscy byli zgodni. Dziś właściwie nie ma prawie nikogo w Polsce, któremu by niepodległość nie trafiała do przekonania. Ale co innego hasło samo w sobie, a co innego drogi i metody oraz widoki realne spełnienia bądź zbliżenia się do niego w gęstwinie ścierających się czynników. Toteż Dąbrowski nic konkretnego nie zyskał. Jedni podnosili zastrzeżenia co do Legionów, będących w faktycznym rozporządzeniu mocarstw centralnych, inni gawędzili na temat tworzenia rezerw i przygotowania militarnego sił na wszelką ewentualność, przejmując argumenty POW, inni znów oglądali się na zabór pruski, na Poznańskie, wreszcie inni mieszali wiarę w koalicję zachodnią z wiarą w Austrię.

Dominowały jednak niechęć i obawa przed Prusakiem jako najistotniejszym wrogiem. Jakichś moskalofilskich tonów nie było wcale. Dziś już te tony, wraz z wyparciem Rosji, zamilkły; chyba gdzieś jeszcze głęboko w ukryciu tlą się iskry wiary w Rosję, ale już na zewnątrz się nie ujawniają. W ogóle dostrzegam, że między obozem trzyfrontowej niepodległości a dawnymi moskalofilami zawiera się pewnego rodzaju ugoda, pewien nastrój wspólny, zwrócony frontem przeciwko Niemcom i tworzący opozycję do akcji NKN-owej, opierającej się konkretnie na mocarstwach centralnych. Słyszałem, że nawet do POW garną się gdzieniegdzie dawni moskalofile, jak znów niepodległościowcy są skłonni czasem do takiego fermentu moskalofilskiego dla podniecania antypruskich nastrojów. Właściwie zbyteczne je podniecać, bo są prawie powszechne, ale niepodległościowcom chodzi o paraliżowanie akcji NKN-owej i departamentowej. W miarę jak niebezpieczeństwo rosyjskie się oddala, radykalna lewica niepodległościowa zbliża się do umiarkowanej prawicy koalicyjnej oraz prawicy eksmoskalofilskiej, a znów gdy niebezpieczeństwo rosyjskie było aktualne i gdyby znowu się takie stało, lewica niepodległościowa kolejny raz by się zespoliła z akcją NKN-ową contra moskalofilstwu prawicy. A w gruncie rzeczy prawie powszechne się stało w Polsce pragnienie po prostu niepodległości, bytu samodzielnego. [...]

3 kwietnia, rok 1916, poniedziałek

Dalszy ciąg mojej notatki o kompanii litewskiej.

"Bądź co bądź nie tracę nadziei, że materiał ludzki chętny do udziału w kompanii litewskiej znajdzie się jeszcze w Wilnie. Podług wszelkiego prawdopodobieństwa liczyć można w pierwszym rzędzie na te elementy młodzieży polskiej, które ogarnięte są wpływami POW, o ile naturalnie Komenda POW udzieli na tę akcję swej zgody i ewentualnie poparcia. Dlatego uważałem za niezbędne porozumienie się w tym względzie z POW. Chodziło mi, po pierwsze, o to, aby nie wprowadzać, względnie nie zwiększać zamętu w Wilnie przez prowadzenie akcji przeciwnej czy w konkurencji z POW. Licząc zresztą na to, że Komenda POW podzieli moje argumenty, uważałem za rzecz samą przez się dodatnią to, że w tym wypadku choćby tylko na gruncie litewskim i w stosunku do określonej konkretnej akcji nastąpi zgodne współdziałanie POW z tym, co ja zamierzam i co również przez Departament zaakceptowane zostało. Po drugie zaś, uważałem, że bez porozumienia i zgody z POW, ewentualnie przeciwko niej, projektu mojego nie da się wykonać. Chociaż bowiem posiadam w Wilnie zaufanie kół wolnościowych, jednak karność w szeregach młodzieży, zorganizowanej w POW, będzie silniejsza od argumentów moich i bodaj nawet od ewentualnego uroku przedsięwzięcia w szeregach młodzieży. Podczas zaś gdy Departament czy NKN nie mają w Wilnie żadnych placówek i wpływów, POW usadowiła się tam od dawna i prócz organizacji ścisłej posiada jeszcze wpływy sięgające szeroko nawet poza ramy zorganizowanej młodzieży. Materiał młodzieży, zorganizowanej lub ulegającej wpływom POW, jest wyborowy i bez niego zakładać projektu o kompanii litewskiej niepodobna.

Dla tych powodów porozumiałem się w Warszawie z komendantem POW, obywatelem Kasprzyckim32. Rezultat porozumienia tego odpowiedział całkowicie nadziejom moim. Obywatel Kasprzycki zaakceptował myśl moją i uznał ją za niewykraczającą przeciwko zasadom POW. Przedstawiłem mu, że tu chodzi o rzecz szczególną - akt polityczny zamanifestowania woli Litwy do łączenia jej sprawy ze Sprawą Polską, bez względu na taki czy inny program jej rozwiązania (czy tam związek z Austrią, czy niepodległość); że akt ten najlepiej się dokona w drodze wzięcia przez Litwę udziału w najbardziej czynnym wyrazie Sprawy Polskiej, jakim są Legiony same w sobie; że akt ten byłby jednorazowy, nieprzesądzający bynajmniej zasadniczego stosunku do spornej kwestii werbunku; że werbunku jako takiego, jako akcji ciągłej, mającej dostarczać rekruta do legionów, bynajmniej w zamiarach moich na Wilno nie mam". (Dalszy ciąg jutro).

[...] W prasie polskiej w ostatnich czasach ukazało się kilka notatek i artykulików o Białorusinach i sprawie białoruskiej: była o tym wzmianka sprawozdawczo-informacyjna w "Nowej Reformie" na podstawie paru zabłąkanych numerów wychodzącego obecnie w Wilnie dziennika białoruskiego "Homan"33, który przedstawia się z tych wzmianek bardzo sympatycznie (szczegół: "Homan" jest podobno drukowany czcionkami łacińskimi) i jest redagowany, zdaje się, przez Wacława Łastowskiego. Był też w dzisiejszym warszawskim "Kurierze Polskim" sympatyczny i życzliwy artykulik pod tytułem Sprawa białoruska, podpisany pseudonimem Civis (pseudonim ten jest mi znany z dawnych lat z prasy wileńskiej; nie pamiętam, czy pod nim ukrywa się Hela Römer-Ochenkowska czy Czesław Jankowski34). W ogóle zainteresowanie krajami wyjarzmionymi byłej Rzeczypospolitej, a zwłaszcza Białą Rusią i kwestią białoruską, wzrosło dziś wśród rzeczników Sprawy Polskiej bardzo w porównaniu z ubiegłym latem, kiedy się tym tu bardzo mało zajmowano, mając podówczas całą uwagę skupioną na kwestii wyjarzmienia Królestwa od Rosji i na Warszawę. Właściwie zainteresowanie to budzi się dopiero i rośnie. Szczególnie Białoruś zyskuje na popularności w opinii polskiej jako kraj, który staje się coraz powszechniej upragniony (przynajmniej w swojej zachodniej, katolickiej części) do pozyskania dla państwowej Sprawy Polskiej. W zwrocie tym jest nie sama tylko zaborczość, ale też szczere nuty przychylności dla Białorusinów. Właśnie jest czas kuć żelazo, póki gorące. Właśnie to moment dla rzucenia w opinię polską przez "Wiadomości Polskie" kilku artykułów kształcących ideę Rzeczypospolitej jako sprawę współwolności i solidarności ludów.

Zacząłem to ostrożnie pierwszym artykułem, a rzucę teraz jeszcze parę, już konkretniejszych. Zacząć zaś trzeba od tego, co najpopularniejsze, od Białorusinów. Mam tu gorącego i sympatycznego wspólnika w tej idei w osobie dr. T. Grabowskiego35. Szkoda, że tylko możność porozumienia się, a nawet skomunikowania z Wilnem jest tak ograniczona. Tam, zdaje się, mają wrażenie, że się o nich tu nic nie myśli i nie wie. Takie też wrażenie sprawiał na mnie memorialik w sprawie wyjarzmionych terytoriów Białej Rusi Zachodniej, dostarczony tu do Biura Prasowego, a pisany przez jakiegoś Ludkiewicza (przypuszczam, że albo przez Zdzisława, albo raczej przez Seweryna z Wilna). Artykulik ten sprawia wrażenie jakiegoś rozpaczliwego głosu wołającego na puszczy. Porusza zresztą rzeczy znane i elementarne, usiłuje zwabić uwagę NKN-u perspektywami łatwej "polonizacji" tej części kraju i wzywa pomocy, wzywa interwencji państwowego programu NKN-u, a zawiera w końcu jedną bardzo ciekawą uwagę, mianowicie niebezpieczeństwo kolonizacji tych straszliwie wyludnionych przez wojnę powiatów przez Moskali w razie ich powrotu, co równałoby się dopiero istotnemu zdobyciu tej ziemi przez Rosję i posunięciu się Rosji bezpośrednio pod Polskę. Zwraca uwagę, że wyludnienie obecne, o ile potrwa dłużej, to całkowicie oderwie od tej ziemi tych, którzy z niej umknęli przed wojną.

4 kwietnia, rok 1916, wtorek

Dalszy ciąg mojej notatki o kompanii litewskiej w Legionach.

"Obywatel Kasprzycki, godząc się w zasadzie na mój projekt, podnosił jednak trudności jego wykonania, zresztą całkiem uzasadnione. A ponieważ uzależniał zgodę POW od ścisłego wykonania właśnie mego projektu, to jest kompanii litewskiej jako jednorazowego aktu manifestacyjnego, o co i mnie wyłącznie chodzi, więc oczywiście zgłosił pod tym względem jak najkategoryczniejsze zastrzeżenia i żądał, aby rzecz się odbyła w warunkach całkowitego zagwarantowania wykonalności projektu. Dodał jeszcze to jedno zastrzeżenie, stawiane przez POW również kategorycznie, aby kompania taka została skierowana do I Brygady.

Co do tego zastrzeżenia, to poświęcę mu słówko osobno. Poprzednio w rozmowie z obywatelem Stanisławem Downarowiczem, któremu o moim projekcie kompanii litewskiej mówiłem, usłyszałem od niego życzenie, aby tylko takiego zastrzeżenia, jako czegoś formalnego, nie zgłaszano. Niemniej ja w tym względzie zgadzam się z obywatelem Kasprzyckim. Nie chodzi mi tyle o formalność tego zastrzeżenia, o nadanie mu jakiegoś charakteru demonstracyjnego przeciwko zasadzie jedności Legionów, ile o samą merytoryczną treść, aby istotnie kompania litewska była właśnie w I Brygadzie u obywatela Piłsudskiego. Chodzi mi o to dlatego, że, po pierwsze, I Brygada jest najbardziej znana i najpopularniejsza i że przeto efekt manifestacyjny kompanii litewskiej będzie w niej właśnie najlepiej uwydatniony. Po drugie, jest ona w szerokich kołach młodzieży najbardziej lubiana i pełna uroku, a przeto łatwiej będzie ludzi do kompanii dobrać, jeżeli wiedzieć będą, że wstąpią do I Brygady Piłsudskiego. Po trzecie, dla Litwy imię Piłsudskiego, jako jej syna, ma wartość szczególną i przeto usprawiedliwione jest, aby litewska kompania była bezpośrednio w ręku wielkiego Litwina. Po czwarte, w I Brygadzie właśnie były już precedensy takich kompanii specjalnych, jak na przykład warszawska. I wreszcie istotnie, jak dotychczas przynajmniej, stosunki obywatelskie w I Brygadzie nie dadzą się porównać ze stosunkami w brygadach innych, toteż z większą chęcią i wiarą zdobywać będę obywateli litewskich do I Brygady, niżbym to robił do innych. A zresztą pewne różnice w stosunkach i tradycjach między poszczególnymi formacjami nie przeczą bezwzględnie jedności armii; każda armia ma swoją armię36, ma pułki o różnych tradycjach, co nie oznacza bynajmniej braku jedności, jeżeli się tylko nie przeciwstawia jednego pułku czy brygady innym pod takimi hasłami, że oto ta brygada ma monopol na narodową, podczas gdy inne są czymś fałszowanym.

Kasprzycki mówił, że zapewnienie Stanisława Downarowicza i pułkownika Sikorskiego nie byłoby wystarczającą dla nich gwarancją, że dostarczeni z Wilna ludzie nie będą traktowani jako zwykli rekruci, których się rozdzieli po pułkach, jeno zostaną w kompanię litewską połączeni, ponieważ zwerbowany rekrut nie należy już do Departamentu, lecz do Komendy Grupy. Mówił dalej, że nawet przychylność pana pułkownika Zielińskiego, komendanta grupy, dla powyższego projektu nie jest wystarczająca, albowiem od Komendy Grupy nie zależy tworzenie jakichś szczególnych formacji i skierowywanie ich do I Brygady. Że zresztą przy najlepszych chęciach ze strony wszystkich czynników powołanych rzecz jest technicznie niezmiernie trudna do wykonania, bo jeżeli się będzie sprowadzało ludzi z Wilna drogami konspiracyjnymi, to ileż czasu trzeba będzie na dostarczenie kompletu kompanii (licząc kompanię w sile 150-250 ludzi) i czyż możliwe jest trzymanie bezużyteczne tylu ludzi, dostarczanych małymi partyjkami, aż się komplet zbierze. Że więc całe zamierzenie tylko o tyle mogłoby liczyć na poparcie POW, o ile by od samego komendanta Legionów Puchalskiego było formalne zapewnienie, że rzecz zostanie w ten, a nie inny sposób załatwiona, co wszakże ze względu na trudności techniczne oraz ewentualnie zasadnicze wydaje się Kasprzyckiemu zgoła nie do uzyskania. Ewentualnie POW mogłaby ludzi z Wilna przemycać wprost do I Brygady, omijając formalne instancje legionowe, ale i tu powstaje ta technicznie wprost niezwalczalna przeszkoda, że w Brygadzie ludzie ci nie mogą być bezczynnie przetrzymywani do czasu przybycia całego składu kompanii, co wyniosłoby przy obecnych warunkach przewożenia ludzi z Wilna bardzo długi czas. Zresztą przemycanie tych ludzi do I Brygady przez POW postawiłoby sprawę na ostrzu konkurencji międzybrygadowej, wymierzonej poniekąd przeciwko jedności Legionów, co ja bym uważał za rzecz niepożądaną i za złą markę dla zamierzonego przeze mnie czynu.

Trudności te, przedstawione przez obywatela Kasprzyckiego, były rzeczywiście wielkie. Musiałem je uznać". (Dokończenie jutro). [...]

Stanisław Downarowicz mówił mi dziś, że moje listy i memoriały są teraz w wielkim ruchu. Przedrukowują się na maszynie i wędrują do prezydium NKN-u: to znaczy mój list do Jaworskiego w sprawie pułkownika Galv?tisa-Bykowskiego i moja notatka o kompanii litewskiej, którą przedstawiają do prezydium NKN-u jako załącznik do listu Downarowicza i Sikorskiego, upominającego się o energiczniejszą akcję w stosunku do Litwy.

Bawi tu od kilku dni nowy egzemplarz "rekrutki", która przywędrowała pieszo z Łodzi i zgłosiła się do Legionów. Nie przyjęto jej oczywiście, ale panna nie chce ustąpić ze swego, toteż trzymają ją tymczasem, nie wiedząc, co z tym bagażem zrobić. Mówiono jej, niech czeka i sama, na własną rękę, szuka okazji dostania się, jeżeli tego chce i spodziewa się dopiąć swego, ale na takie czekanie kandydatka nie ma pieniędzy, a do Łodzi też wracać nie chce. Karmią więc ją tymczasem, a może i jakieś zajęcie dla niej w Departamencie znajdą, bo sądzę, że się tym zadowoli. Jest to 20-letnia blondyna, przystojna z twarzy, zgrabna, ładnie zbudowana, elegantka, z bardzo widocznym w całej postawie i zachowaniu się poczuciem zmysłowych podniet, strojna, na wysokich obcasach, o wzroku i figurze nęcącej. [...]

5 kwietnia, rok 1916, środa

Dokończenie mojej notatki o kompanii litewskiej w Legionach:

"Rzecz byłaby może upadła w projekcie, gdyby sam Kasprzycki, przychylny idei projektu, nie zaproponował wyjścia takiego. Powiedział mi, że ma się wkrótce zobaczyć z komendantem obywatelem Piłsudskim, któremu rzecz tę przedstawi. O ile Piłsudski ją zaakceptuje, może zechce wziąć sam na siebie inicjatywę w pokonaniu przeszkód. Jeżeli przedstawi komendantowi Puchalskiemu, że z Wilna mogłaby przybyć do Legionów cała kompania i że on, Piłsudski, jako Litwin, chętnie by miał kompanię litewską w szeregach swojej brygady, co też odpowiada życzeniu wilnian, to Kasprzycki sądzi, że komendant Puchalski dla Piłsudskiego rzecz tę bez żadnych trudności załatwi i ewentualnie uzyska pozwolenie władz niemieckich na jednorazowe wypuszczenie z Wilna kompanii ochotników do Legionów. W ten sposób rzecz by się najprościej i najlepiej załatwiła. Na tym z Kasprzyckim stanęliśmy.

Wyjeżdżam do Wilna i tam w porozumieniu z miejscowym komendantem POW rzecz całą zbadam i ewentualnie, jeżeli się materiał ludzki dla takiego przedsięwzięcia znajdzie, rzecz postawię na stopie gotowości do wyjazdu. Po powrocie z Wilna zdam sprawę z tego, co się tam dało zrobić, i o ile będzie już tutaj wszystko przygotowane i zapewnione utworzenie kompanii litewskiej w I Brygadzie oraz sposób przewiezienia ludzi, to natychmiast można będzie przystąpić do wykonania.

Tymczasem wszakże uważałbym za pożądane, aby rzecz ta została przedstawiona obywatelowi Piłsudskiemu i poparta także przez pana pułkownika Sikorskiego, aby komendant Piłsudski poznał samą ideę tego projektu, zainteresował się nim i wiedział, że w tym wypadku tak POW, jak i Departament są równie przychylne sprawie, i aby zrozumiał, że od jego, komendanta Piłsudskiego, poparcia będzie nade wszystko zależało wykonanie. Gorąco rzecz tę polecam uwadze i sercu pana pułkownika Sikorskiego. Żałuję tylko tego, że jeszcze całkowitej pewności, iż się ta rzecz w Wilnie z młodzieżą powiedzie, nie mam, ale nadziei nie tracę. (podpis:) Michał Römer".

Tak brzmi moja notatka. Streszcza rzeczywiście to, czego bym najgoręcej pragnął, aby się spełniło, i co bym uważał za najwłaściwszą obecnie linię polityczną Litwy. Ale czy się to da zrobić? Czy jest dziś nastrój po temu? Społeczeństwa i narody, jak kraje całe, kierują się nie tyle świadomością i ścisłym rozumowaniem, ile instynktami podświadomymi, w których więcej jest odruchu niż myśli. Nie twierdzę, aby w mojej koncepcji polityki litewskiej w katastrofie obecnej było wyłącznie li tylko ścisłe rozumowanie. Ścisłe rozumowanie jest u mnie we wnioskach tylko, podczas gdy założenia, na których się ono opiera, są, jak we wszelkich tego rodzaju koncepcjach, produktem bardziej zmysłu dziejowego niż bezwzględnej ścisłości myślowej. Ale zmysł dziejowy wylewa się u mnie w kształt założeń konkretnych, podczas gdy masa społeczna nie streszcza swoich założeń. Jej zmysł dziejowy jest przeświadczony, a wyrażając go w swoim rozwoju po linii najmniejszego oporu, napotyka na drodze różne okoliczności i wypadki, które działając na nastrój w jego skomplikowanych elementach i pobudzając różne odruchy doraźne, odchylają linię akcji społecznej od kierunku zmysłu dziejowego.

A ileż jest teraz takich czynników w wypadkach i życiu Litwy, które na każdym kroku krzyżują myśl społeczną! Społeczeństwo, które nie jest regularnie zorganizowane i nie posiada pierwiastka władzy, charakteryzującego najwyższą z dotychczasowych form organizacyjnych - państwo, jest zawsze w rozwoju swoim upośledzone i w pełni polityki własnej nie posiada. Jego rozwój jest narażony ciągle na tysięczne niekonsekwencje i wypadki przygodne. Mając władzę, można ją w chwili takiego przesilenia światowego jak obecne wyzyskać w całej sile na rzecz jednolitej polityki po linii prostej, biorąc całą odpowiedzialność na siebie. Wszystkie państwa dziś tak robią, nie słuchając przygodnych nastrojów i nie dopuszczając odchylenia od obranej linii. Ale społeczeństwa pozbawione form państwowych i władzy nie są w stanie się skupić na jednolitym czynie i rozpraszają się w nastrojach. Jeżeli nawet Polska, tak wydyscyplinowana w swojej woli dziejowej, przedstawia dziś obraz rozwichrzenia woli i czynu w nastrojach, to cóż dopiero Litwa! Jestem przekonany, że żadna linia akcji nie odpowie dziś w Litwie nastrojowi ogólnemu i choćby nawet większości i napotka zawsze na tysiące rozproszonych kontrowersji. Są to zjawiska, które się trudno nawet jakimś obliczeniom poddają, bo coraz to nowe wypadki krzyżują i przekształcają nastroje. A zresztą - któż wie nawet, czy uda mi się dotrzeć do Litwy.

Zwłaszcza zaś to zaognienie sporów narodowych polsko-litewsko-białoruskich, które znów wypłynęło i przy każdej okazji się jątrzy, paraliżuje linię polityki dziejowej kraju na dobę obecną. Jednym z nowych czynników rozjątrzenia narodowego w Wilnie stał się dokonany świeżo spis ludności miejskiej. Każda ze stron, to znaczy tak Polacy, jak Litwini i Białorusini, agitowała wściekle na rzecz zwiększenia liczby swojej narodowości. Polacy oczywiście wyszli zwycięsko i zdobyli wykaz olbrzymiej większości wobec znikomych liczb Litwinów i Białorusinów. Tak sama agitacja, jak wyniki spisu rozwścieczyły na siebie nawzajem wszystkich. Znam to i wyczuwam dobrze, a pisze mi też o tym Ludwik Abramowicz na podstawie relacji, którą otrzymał od kogoś przyjezdnego z Wilna.

Tym bardziej uważam, że prasa polska tutaj, a zwłaszcza odpowiedzialne organy Sprawy Polskiej, jak NKN czy jego organ "Wiadomości Polskie", nie powinny się mieszać w te sprawy i wewnętrznonarodowe zatargi litewskie, jeno traktować sprawę związku Litwy ze Sprawą Polską w perspektywie dziejowej, wolnej od okolicznościowych lokalnych zatargów, a przepojonej zasadą wspólnej i solidarnej wolności. Czy Litwa będzie pod panowaniem Rosji czy pod Niemcami, czy też w jakimkolwiek związku z Polską, to zawsze na miejscu na długie jeszcze lata trwać będą walki i spory narodowe wewnętrzne, w szczególności zaś spór o Wilno i o narodowy charakter ludu w pasie mieszanym na litewsko-białoruskim pograniczu oraz na Białej Rusi katolickiej. Ale związek z Polską nie powinien się Litwinom przedstawiać jako li tylko narzędzie Polaków litewskich w walce z Litwinami i Białorusinami, jeno jako wspólny solidarny interes wolności tak Polski, jak Litwy, wobec zwłaszcza zewnętrznych niebezpieczeństw dla bytu i kultury obu krajów. [...]

7 kwietnia, rok 1916, piątek

Po skończeniu poprzedniego zeszytu dziennika zacząłem pisać w tym, umyślnie obstalowanym na małą liczbę stron, ponieważ miałem nadzieję, że wkrótce już wyjadę do Wilna, a nie chciałem, ze względu na cenzuralne trudności - a właściwie na zakaz przewożenia rękopisów - brać ze sobą rozpoczętego zeszytu. Tymczasem skończył się i ten zeszyt, a sprawa mego wyjazdu nie postąpiła naprzód i jutro rozpoczynam nowy zeszyt na normalną liczbę stron, jak inne zeszyty mego wojennego dziennika. Kto wie bowiem, czy nie wypełnię go całego, zanim zdołam do Wilna się dostać. Zresztą - czy zdołam?

Sikorskiego nie ma i nie będzie aż do maja. Stanisław Downarowicz wyjechał chwilowo do Krakowa na spotkanie komendanta generała Puchalskiego, który ewentualnie ma zawitać do Piotrkowa, co zresztą nie jest pewne. Od Paitscha z Warszawy nie ma żadnych wiadomości w sprawie pozwolenia na mój wyjazd. Siedzę i czekam. Nie jestem właściwie przydzielony w Departamencie do żadnego biura, nie spełniam żadnej określonej czynności. Jestem w charakterze kandydata, reflektującego na wyjazd do Wilna jako emisariusz i rzecznik Sprawy. Z wolnego czasu korzystam na razie na rzecz poruszania, gdzie i ile się da, przede wszystkim w prasie, sprawy Rzeczypospolitej. Po pierwszym artykule moim w "Wiadomościach Polskich" dałem tam artykuł drugi, w którym nawiązując do walk Legionów Polskich na Polesiu, podniosłem, w przeciwstawieniu do idei i rabunku cudzych ziem, ideę unarodowienia i uobywatelnienia we własnym kraju tego ludu, wyjarzmionego od Rosji, jako ideę przewodnią Polski, której wolność zawisła od wolności ziem Rusi i Litwy.

Teraz czasowo zaprzągł mnie Downarowicz do specjalnej pracy - wykonania szkontrum (rewizji) ksiąg kasowych Departamentu Wojskowego za czas od sierpnia 1915 do kwietnia 1916 roku. Wyznaczył do tej pracy mnie i prof. Krzemieniewskiego37, sierżanta Legionów Polskich. Dziś rozpoczęliśmy tę czynność. Pracowaliśmy od godziny 9.00 do 1.00 po południu i od godziny 5.00 do 7.00 wieczorem, a zrobiliśmy zaledwie kontrolę pozycji z dwunastu dni rachunkowych. Praca ta przeciągnie się zapewne na długo. Robimy starannie i uważnie. Likwidator kasy Departamentu pan Sołtys i kasjerka pani Michalska, następująca obecnie, są ponad wszelkie posądzenia, ale niemniej w prowadzeniu ksiąg i w formalistyce rachunkowej jest bardzo dużo niedokładności i błędów. Przede wszystkim brak jednolitej, stałej metody, następnie sporo jest pozycji nieuzasadnionych alegatami38, wreszcie w alegatach nie wszystko jest dokładne nawet pod względem prostego rachunku cyfr, a tym bardziej pod względem odpowiedniego uzasadnienia dokonanego wydatku lub przyjętego wpływu. Nudna to i uciążliwa praca, ale musimy ją robić uważnie i bardzo ściśle, rozumiejąc odpowiedzialność ciążącą na nas wobec tego, że tu chodzi o rachunkowość instytucji społecznej i narodowej, operującej groszem publicznym. Jeżeli tak dalej pójdzie, to protokół, który w zakończeniu naszych czynności spiszemy, będzie imponujących rozmiarów, a bardzo nieprędko przystąpimy do jego spisywania. [...]

8 kwietnia, rok 1916, sobota

[...] Przed obiadem dr Kot, który wrócił świeżo z Lublina i Krakowa, zaprosił do swego gabinetu grono współpracowników z Biura Prasowego i Biura Werbunkowego wraz z kilku osobami spośród gości departamentowych dla zreferowania im o sytuacji politycznej i o różnych ciekawych szczegółach, które zasłyszał w swej wycieczce. W gronie zaproszonych i ja także byłem. Wprawdzie nic nadzwyczajnie nowego się nie dowiedzieliśmy, ale pewne szczegóły były ciekawe w oświetleniu Kota. Wspominał też o sytuacji wojennej, którą podawał z ust pułkownika Sikorskiego oraz kogoś jeszcze, nie przypominam sobie już dokładnie kogo. Sikorski widział się w Cieszynie z zastępcą szefa sztabu generalnego von Höferem39, a ten ktoś drugi z samym szefem Hötzendorfem40. To, co mówił von Höfer, zgadzało się zupełnie z tym, co mówił Hötzendorf aż do drobnych szczegółów. Sfery wojenne austriackie są zupełnie pewne sytuacji wojennej, tak pewne, że aż nadto ze stanowiska interesów Sprawy Polskiej. Co do frontu rosyjskiego, dowództwo niemieckie i austriackie jest zupełnie spokojne, ofensywy rosyjskiej nie obawia się wcale, po pierwsze dlatego, że linia frontu jest znakomicie umocniona, a po drugie dlatego, że podług posiadanych ścisłych informacji o stanie wojsk rosyjskich są one zupełnie niezdolne do skutecznej wielkiej akcji. Materiału ludzkiego ma wprawdzie Rosja nadal do zbytku, ale dezorganizacja się szerzy i jest wielki brak sił kierowniczych oraz korpusu oficerskiego. O ofensywie na froncie rosyjskim dowództwo niemiecko-austriackie nie myśli wcale; o ile nie zajdą jakieś nowe wypadki, to bodajże wcale ofensywy tam prowadzić nie będą nie tylko w najbliższym czasie, ale też latem41. [...]

Kot powiada, że w Krakowie o bliskim pokoju mówi się bardzo dużo i bardzo stanowczo. Czy można to przypisać wyczuwaniu istotnego zbliżania się wojny do kategorycznego momentu przesilenia, czy też tylko wzmagającemu się potężnie zmęczeniu wojną i pragnieniu pokoju, które coraz powszechniej dają się odczuwać pod wpływem obecnego rozstroju gospodarczego? Kto to wie. Jest zapewne i jedno, i drugie.

Dodam jeszcze kilka szczegółów z relacji Kota o politycznych momentach Sprawy Polskiej. Jak wiadomo, między Niemcami a Austrią nie ma dotąd porozumienia co do jakichś konkretnych metod rozwiązania Sprawy Polskiej, przeciwnie - na tym punkcie był pewien antagonizm tendencji i poniekąd pewne tarcia, które dla obu stron były z wielu względów niedogodne. Takim w pewnym stopniu kulminacyjnym punktem tych tarć była znana enuncjacja ks. Liechtensteinu42 uchodząca za półurzędową, a oświadczająca kategorycznie o przydziale niepodzielnego Królestwa do Austrii. Żeby położyć kres wszelkim niepożądanym tarciom, Niemcy i Austria zarządziły obecnie tacitu consensu43 radykalne przerwanie wszelkich oświadczeń czy omawiań sposobów rozwiązania Sprawy Polskiej. Toteż w tej chwili grunt nie jest podatny na jakieś streszczenia polskiego programu tak Austrii, jak Niemiec.

Poniekąd w związku z tym właśnie jest ponowne odroczenie plenarnego zjazdu NKN-u w nowym komplecie w Krakowie. Zresztą pewne zasady, pewne, że tak powiem, elementarne i ideowe wytyczne Sprawy Polskiej mieszczą się w uroczystej mowie kanclerza Niemiec z 5 kwietnia44, niedoceniane, moim zdaniem, o ile się mogłem przekonać z rozmów z ludźmi, przez polityków polskich. A że zatamowane jest konkretyzowanie tych zasad i snucie z nich wniosków praktycznych - to bodajże nawet lepiej, bo gdyby opinia niemiecka miała możność obszernego i konkretnego omawiania tych wytycznych, to skutkiem tego byłoby jeno rozpętanie się instynktów aneksyjnych, które by wypaczyły rychło zasadę i utrudniły potem jej realizację rzetelną.

Mówił też Kot o kwestii legionowej. Podobno są różne w stosunku do niej prądy. Jednym z dziwacznych, ale, sądzę, egzotycznych zupełnie pomysłów, snujących się po prądach austriackich, jest rozdział Legionów na region Królewiaków jako legion ochotniczy i czysto reprezentacyjny polski oraz c.k. Legion Polski z Galicji jako formację narodowościową z podobnych austriackich, obowiązanych do służby. O Piłsudskim mówił Kot, że nadal występuje kategorycznie z żądaniem wycofania Departamentu z Królestwa i bezwzględnie przerwania werbunku do Legionów oraz oświadcza wciąż o swoim zamiarze rozwiązania brygad i usunięcia się, o ile stosunki miałyby zostać w dawnym martwym punkcie.

9 kwietnia, rok 1916, niedziela

[...] Ciekawe jest współdziałanie jezuitów z ruchem NKN-owym. Jezuici, jak wiadomo, gorąco popierają sprawę Legionów i politykę NKN-u, co może być dobrą wróżbą, bo ci mądrzy politycy katoliccy łączą się zawsze z tą akcją, która jest żywotna, aby w skojarzeniu z nią własną akcję przeprowadzić. Jezuici nie bawią się w pusty sentyment, są przezorni, giętcy i opierają się na realnych czynnikach. W Królestwie na terenie okupacji austriackiej jezuici już się usadowili i akcję swoją prowadzą przez emisariuszy. Jedną z placówek, w których akcja jezuitów szczególnie się kojarzy z akcją w duchu NKN-owym, jest tak zwana Chełmszczyzna. W Chełmie jezuici zakładają pisemko popularne, którego redaktorem jest postępowiec. Dla Sprawy Polskiej kwestia religijno-kościelna w Chełmszczyźnie gra dużą rolę, a jezuici dla swej polityki kościelnej użytkują Sprawę Polską. Jak wiadomo, Ziemia Lubelska była w Królestwie najbardziej wroga moskalofilstwu, najpatriotyczniejsza. Dała Legionom najwięcej żołnierza i w ogóle okazała się najofiarniejsza, szczycąc się z tego i przeciwstawiając się poniekąd z poczuciem dumy Warszawie i reszcie Królestwa. Lublin ma nawet pewne ambicje grania roli samodzielnej i przodowniczej w Polsce, wynosząc się ponad konkurencję z naszymi miastami Królestwa. Ale Lublin jest też ogniskiem opozycji niepodległościowej względem NKN-u. POW jest tam ruchliwa i rozgałęziona, a założona bodajże pod pieczą NKN-owych kół organizacja tak zwanego Wydziału Narodowego z rozgałęzieniem licznych filii przyczyniła się do rozwoju i uległa wpływom POW. Akcja NKN-owa usiłuje tam utworzyć nową formę organizacyjną społeczeństwa. Lublin niepodległościowy nie jest dziś tak jednolity, jak był pod władzą Moskali.

10 kwietnia, rok 1916, poniedziałek

[...] Wczoraj byłem przy rozmowie Kota z chorążym, zdaje się - Pochmarskim45 (nie jestem pewny jego nazwiska). Opowiadał między innymi o swoim niedawnym widzeniu się ze Stefanem Żeromskim. Tu, w Piotrkowie, dowiedziałem się niedawno, ku największemu memu zdziwieniu, że Żeromski jest zniechęcony do Legionów i całego ruchu NKN-owego. Nie dziwiłbym się, gdyby stał na stanowisku opozycji obozu niepodległościowego. Ale zniechęcenie Żeromskiego jest innego rodzaju. Ma niesmak do wszelkiej akcji politycznej, do czynu rycerskiego, do romantyzmu i wielkich perspektyw, a skłania się do idei pracy organicznej, mądrości "sadzenia kartofli" jako zadania narodowego dla Polski w dobie wielkiej wojny obecnej. Zdawałoby się, że autor Ludzi bezdomnych, Róży, Sułkowskiego, Wiernej rzeki, Urody życia, który zresztą sam w początku wojny przywdział mundur legionisty, nie może się stać rzecznikiem idei "sadzenia kartofli" jako czynu zbawczego dla Polski. Wszak Żeromski jest w dużym stopniu ojcem duchowym tego czynu, który się w Legionach wyraził, jest całą swą poprzednią działalnością odpowiedzialny za ten poryw ideowy, który pchnął dzisiejsze pokolenie młodzieży do walki zbrojnej.

Dochodzi do tego, że Żeromski figuruje na liście współpracowników "Roku Polskiego"46, organu niedobitków narodowych endecji galicyjskiej. Byłem tą zmianą nie tylko zaskoczony, ale nawet przygnębiony. To wszakże, co mówił Pochmarski o swojej rozmowie z Żeromskim, trochę mnie uspokoiło. Żeromski go zapewniał, że go nie rozumieją i że nie jest tak, jak o nim dziś myślą. Wyraził nawet chęć udania się na front do Legionów w charakterze bodaj jakiegoś korespondenta czy literata wojennego. Z pewnością nie jest to opowiedzenie się Żeromskiego po stronie obozu kołtunerii mieszczańskiej z jej ideologią "sadzenia kartofli" bez względu na moment dziejowy, ale jakaś głęboka rozterka duchowa. Dlaczegoż wszakże pozwala Żeromski, aby "Dwugroszówka"47 warszawska i inne organy kołtunerii obnosiły go po swych łamach jako jakiś sztandar do ich użytku?

11 kwietnia, rok 1916, wtorek

[...] W moim dzienniku wojennym z czasów, gdym był w linii, notowałem z dnia na dzień marsze i epizody oraz różne wrażenia, których doznawałem. Ale nie zaszkodzi teraz, gdy w perspektywie ujmę całość obrazu mojej kampanii wojennej. Jak to brzmi efektownie i niezwykle dla mnie, cywila, gdy mówię: "mojej kampanii wojennej". Jestem wprawdzie laikiem i dyletantem wobec sztuki wojennej, ale niemniej byłem żołnierzem, byłem nim rzeczywiście, bezpośrednio. I jakkolwiek brakło mi wielu kwalifikacji na dobrego żołnierza i jakichś czynów osobliwych nie dokonałem, tym niemniej nie malowanym byłem legionistą, ale szeregowcem liniowym, prostym, jak każdy żołnierz. Do zawodu żołnierskiego trafiłem prosto z cywila, bez żadnych przejść, bez żadnych ogniw pośrednich. Z Departamentu wyruszyłem prosto do Brygady, gdzie mnie w Kowlu Piłsudski przydzielił od razu do pułku, w pułku przydzielono do batalionu, w batalionie do kompanii, w kompanii zaś do plutonu i już zaraz nazajutrz wymaszerowałem w szeregu jako żołnierz regularny na walkę czynną. Nie byłem, jak inni żołnierze, w żadnym batalionie uzupełniającym, nie przechodziłem żadnych ćwiczeń, żadnej szkoły sztuki wojennej. Stałem się wprost z cywila, z literata i działacza społecznego żołnierzem. Była to metamorfoza niezwykła. Nigdy w życiu moim nie miałem w żadnej postaci do czynienia ze sztuką wojskową, nie należałem do żadnych organizacji strzeleckich ani nawet do stowarzyszeń gimnastycznych lub sportowych. Nie byłem też myśliwym i z bronią palną do czynienia nie miałem. I oto z takiego "urodzonego cywila" stałem się nagle i bezpośrednio żołnierzem liniowym na polu walki, omijając przygotowania pola ćwiczeń.

I ta dziwna metamorfoza zaszła nie w wieku młodzieńczym, kiedy człowiek jest giętki i zdolny z dnia na dzień do wszelkich przystosowań, lecz w wieku dojrzałym, w 36. roku życia. Nie miałem pojęcia o elementarnej musztrze, o systemie karabinów, a cóż dopiero o skomplikowanych metodach współczesnej walki liniowej, o różnych elementach służby żołnierza w piechocie, jak placówki, wedety, patrole, łączniki itd.! Słyszałem lub czytałem o tych rzeczach w czasie wojny, ale było to pojęcie przeciętnego czytelnika gazet, nie zaś wykonawcy, żołnierza. Nigdy też komendy polskiej nie słyszałem. "Na prawo zwrot", "Na lewo zwrot!", "W tył zwrot!", "Kolumna czwórkowa, na prawo zwrot!", "Zbiórka!", "Baczność!", "Spocznij!", "Powstań!", "Padnij!", "Na ramię broń!", "Do nogi broń!", "Gotuj broń!", "W kozły broń!" itd. - były to dla mnie wyrazy, których znaczenia wprawdzie się domyślałem, ale dla których odpowiedników w ścisłych ruchach w świadomości mej zgoła nie miałem. Musiałem się dopiero wszystkiego uczyć od moich kolegów, przyglądać się, jak oni to robią, i naśladować, względnie rozpytywać.

Koledzy zresztą, których stosunek do mnie był od początku jak najlepszy, udzielali mi zawsze wszelkich wskazówek i rad. Więcej nawet: przez wzgląd na mój wiek, przez szacunek dla tego, że po wstąpieniu do Legionów nie zadekowałem się gdzieś na tyłach, jak to większość innych w moim położeniu robi, ale poszedłem na linię - co żołnierz liniowy, nienawidzący działaczy tyłowych i gardzący wszelkimi innymi pomocniczymi rodzajami służby, ceni wysoko - otaczali mnie szczególnymi względami i troskliwą opieką. A opieka ta nie jest na linii rzeczą próżną i obojętną. Starzy żołnierze, którzy już znają wojnę, znają wszystkie niebezpieczeństwa i umieją sobie radzić. Każdy z nich ma swoją metodę parowania grożących niebezpieczeństw, z praktyki wysnutą, ma zasób doświadczenia, które go robi odporniejszym na katastrofy wydarzeń wojennych. W gawędkach na postojach, w marszu, w krótkich spoczynkach, w długim czuwaniu na bezsennych placówkach opowiadali mi epizody z walk poprzednich, dzielili się nie tylko szczegółami przeżyć własnych, ale też wskazówkami własnego doświadczenia i radami, jak w takim lub innym wypadku postąpić należy. Czasem w ogniu bitwy, w rowie strzeleckim lub z okopu sąsiedniego, to znów leżąc gdzieś za drzewem w charakterze łącznika między ostrzeliwującą zdobywaną wieś forpocztą a kolumną rezerwy, mój przygodny bezpośredni towarzysz udzielił mi swojej cennej lekcji doświadczenia do użytku ad hoc na tę lub inną ewentualność. Od wszystkich doznawałem równej życzliwości i każdemu bodaj mam cokolwiek do zawdzięczenia. A nigdy nie doznałem od nich ani cienia jakiejś drwiny z mojego niedoświadczenia. Najwięcej mi był pomocny we wskazówkach "Mars" Fiałkiewicz48. Czasem zaś, jak w nocnej bitwie w lesie pod Kostiuchnówką 2 października, brali mnie w opiekę bezpośrednią, po prostu prowadząc za rękę i nawołując z imienia, jak Grzmot49 i tenże "Mars". Nie święci jednak garnki lepią, jak powiada przysłowie. Rychło się wprawiłem i pojąłem skomplikowane elementy służby i zadań piechociarskich. [...]

13 kwietnia, rok 1916, czwartek

[...] Wracam do mojej kampanii poleskiej w Legionach. Wolałem stanowczo pierwszy jej okres, partyzancki, który trwał aż do naszego przyjścia nad Styr i zakończony został dla nas niefortunną bitwą pod Kostiuchnówką 2 i 3 października. Wolałem, choć moi koledzy legioniści, starzy żołnierze, przeklinali go za uciążliwe ciągłe służby, których wymagały warunki partyzantki, i wzdychali do regularnej walki liniowej. Wolałem, bo był barwniejszy co do epizodów, pełny niespodzianek i swoistego ryzyka, choć daleko mniej krwawy, posiadający dużo kolorytu i tego uroku inicjatywy, który z rzeczy bolesnej i brzydkiej, jaką jest wojna, robi fantastyczną, poniekąd awanturniczą baśń przygody i rycerstwa. [...]

Wychodząc w połowie września z Kowla na wschód, mieliśmy za zadanie oczyścić kraj z włóczącego się kozactwa i posunąć się tak daleko, aż natrafimy na regularne siły rosyjskie. Wiadomo było, że Moskale po cofnięciu się organizują gdzieś nową linię obrony. Przed tą zaś organizującą się regularną linią obrony jej zasłonę stanowią Kozacy, którzy mają za zadanie utrudniać nam postęp naprzód, niepokoić nas i możliwie jak najbardziej powstrzymywać. Warunki terenu sprzyjały znakomicie temu zadaniu Kozaków. Wielkie bagna i rzeczki utrudniały regularny pochód armii sprzymierzonej naprzód. Były one w wielu miejscach trudne do przejścia nawet dla piechoty, a cóż dopiero dla trenów50, prowiantujących wojsko w żywność, amunicję i wszelkie niezbędne materiały, lub tym bardziej dla artylerii. Brak był niemal zupełny dróg. Olbrzymie lasy, pokrywające niemal całą tę przestrzeń, dawały Kozakom przytułek i ułatwiały im zasadzki na nas. Kozacy mieli też tę przewagę nad nami, że znane im były wszelkie przesmyki i przejścia przez bagna i lasy. Wśród bagien i lasów rozrzucone były wsie i miasteczka poleskie, które musieliśmy jedno za drugim zdobywać i obsadzać, wypierając z nich Kozaków. W braku artylerii oraz ze względu na warunki terenu nie mogliśmy się posuwać linią, a przeto musieliśmy, postępując naprzód, zbaczać w przeróżnych kierunkach i rozpraszać się na drobniejsze oddziały dla zajmowania poszczególnych wsi w całym promieniu naszego marszu naprzód.

Oczywiście, że w tych warunkach służbę mieliśmy bardzo ciężką. Marsze musiały być zawsze zabezpieczone przez wystawienie wysuniętej naprzód szpicy, nieraz silnej nawet, połączonej łącznikami z główną kolumną, oraz ubezpieczeniami bocznymi po obu stronach maszerującej kolumny. Ze względu na bagna i las, przez które szły zawsze wszystkie nasze drogi, nie można było oczywiście marzyć o posuwaniu się naprzód tyralierą, jeno zawsze kolumną, dla której ścisłe zabezpieczenie, ze względu na możliwość zasadzki kozackiej na każdym kroku, było konieczne. Już ta okoliczność komplikowała marsze i czyniła je uciążliwszymi dla żołnierzy wyznaczonych do szpic, łączników lub ubezpieczeń bocznych. W każdym prawie marszu, przy zbliżaniu się do wsi, z której miano Kozaków wyprzeć, natykano się na patrol lub zasadzkę kozacką, szpica i ubezpieczenia boczne były zawsze narażone na niebezpieczeństwo ze strony ukrytych w zaroślach Kozaków, którzy dopuszczali nas na bliską metę, ostrzeliwali z ukrycia i następnie umykali znanymi sobie przesmykami do swoich. Każdą też wieś z osobna trzeba było zdobyć; wprawdzie zdobywanie to nie było zbyt krwawe, bo Kozacy zawsze się ostatecznie cofnęli przed naszą piechotą strzelecką, nie doprowadzając rzeczy do naszego bezpośredniego ataku, ale każde takie ich cofnięcie się, a zajęcie przez nas wsi poprzedzane było ostrzeliwaniem się wzajemnym, podczas którego Kozacy, ukryci za chatami i wśród płotów wiejskich, czasem zaś przyczajeni na strzechach chałup, mieli dogodniejsze od nas stanowiska do ostrzału. Nasi się też wprawdzie kryli, leżąc gdzieś na skraju lasu w zaroślach i stamtąd strzelając do wsi, ale bądź co bądź musieli wreszcie wysyłać pierwszy tyralierski silny patrol na wieś, z której cofający się Kozacy strzelali, zadając straty.

14 kwietnia, rok 1916, piątek

[...] Dopóki nie spotkaliśmy rosyjskich wojsk regularnych, to znaczy piechoty przede wszystkim, każda nasza wyprawa na zdobycie poszczególnej wsi była uwieńczona powodzeniem. Po pewnej wymianie strzałów Kozacy się cofali i wieś przechodziła w nasze ręce. Było się wprawdzie przy tym narażonym na niebezpieczeństwo, bo Kozacy są pomysłowi i pełni fortelów. Przede wszystkim przy zbliżaniu się do wsi natrafialiśmy zawsze bądź na patrol, bądź na zasadzkę. Potem przed cofnięciem się ze wsi ostrzeliwali nas i starali się wyrządzić w szeregu naszym szkody. Następnie, zajmując wieś, musieliśmy ją wpierw całą spatrolować szczegółowo, zaglądając do wszystkich chat, stodół, kryjówek itd., bo Kozacy mogli się schować, co się czasem zdarzało. Wsie poleskie są rozłożone szeroko, nieregularnie, wybiegając długimi ulicami w różnych kierunkach, wśród dziedzińców, ogrodów warzywnych i rozproszonych zabudowań gospodarskich. Oddział patrolujący wieś i posuwający się szeroką tyralierką w poprzek poprzez dziedzińce i dalekie kresowe rozgałęzienia ulic wiejskich musiał się nieraz znacznie oddalać od ośrodka, w którym stawały główne kolumny nasze, i w razie natrafienia gdzieś na ukrytych Kozaków mógł być poważnie zagrożony. Naszemu plutonowi się to nie zdarzyło, ale inni bywali w opałach przy takiej okoliczności. Bądź co bądź wieś ostatecznie zostawała w naszym ręku.

Tu jednak nie koniec był zadania. Kozacy po cofnięciu się ze wsi zapadali w lasy. A lasy te ze wszech stron otaczają wieś poleską, podchodząc często tuż pod same jej kresy. Ponieważ nie było regularnej linii oddzielającej nas od przeciwnika, więc Kozacy, dostawszy się do lasów, mogli się nimi posuwać w dowolnych kierunkach znanymi sobie przejściami przez bagna, zachodzić nam tyły, względnie napadać na nas znienacka od strony, od której nie moglibyśmy się ich spodziewać. Toteż musieliśmy się wciąż mieć pilnie na baczności i strzec się ze wszystkich stron wypadu lub zasadzki.

Po zajęciu wsi żołnierze, zmęczeni całodziennym trudem - zabezpieczonym marszem, patrolowaniem, zajmowaniem wsi wśród strzałów - nie mogli sobie należycie wypocząć i użyć wywczasów. Trzeba było przede wszystkim obstawić całą wieś dokoła placówkami, bo z powodu braku regularnej linii zewsząd się było zagrożonym. A ponieważ musieliśmy się posuwać w promieniu szerokiej okolicy, a siły nasze były stosunkowo do przestrzeni niewielkie, więc musieliśmy się w zdobywaniu poszczególnych wsi i miasteczek rozpraszać na drobne względnie oddziały, złożone w najlepszym razie z batalionu, a nieraz i mniej, stąd, wobec mnogości wystawianych placówek, rzadko kiedy żołnierz miał noc całkowicie wolną od służby. Ale jeżeli nawet był którejś nocy wolny, to zwykle nie wolno mu było się w zajętej wsi na nocleg rozbierać ani obuwia zdejmować, a to ze względu na konieczność pogotowia na wypadek nocnego alarmu. Czasem nie rozbieraliśmy się i nie zdejmowali obuwia po tygodniu i więcej, co naturalnie pogarszało higienę ciała i sprzyjało mnożeniu się wszy.

Kozacy, cofnąwszy się przed zmrokiem ze wsi do lasu, skupiali się tam czasem, zachodzili prędko z innej strony i nim jeszcze nasze oddziały zdołały się rozkwaterować i wystawić regularne nocne placówki, cichaczem wpadali do wsi i dopiero, zadając nam straty, rzucali się na nas, wetując sobie poniesione szkody. Tak oto podeszli i napadli cichaczem na III batalion w Czersku, zdobywając znienacka karabin maszynowy, jeden z dwóch karabinów naszego pułku, i zmuszając naszych do odwrotu, co sprawiło konieczność cofnięcia się także naszego I batalionu z zajętej równolegle do Czerska przez nas wsi Berezniej czy Berezny51. To znów w nocy dopilnowali, z której strony wieś jest słabiej strzeżona przez niedostateczne obsadzenie jej dokoła placówkami, i wpadli nagle wśród nocy, szerząc postrach i gwałt i chwytając z pierwszych z brzegu chałup kwaterujących żołnierzy wprost ze snu i uprowadzając ich do niewoli, zanim zarządzony alarm skupił resztę do obrony. Tak było w pierwszych dniach po wymarszu naszym z Kowla, jeszcze z tej strony Stochodu, z którymś z batalionów 2 pułku52 I Brygady czy też pułku 4, gdzie uprowadzili Kozacy do niewoli coś ze sześćdziesięciu legionistów w nocy z kwater (było to, zdaje się, w wiosce Zajaczewce nad Stochodem, tej samej, w której myśmy potem kwaterowali przez parę dni, nie ręczę jednak za ścisłość co do wioski).

W ciemne noce, gdy krańce wsi zbliżały się bardzo do lasu, placówki musiały palić chaty na kresach wioski, jak to było na przykład w Trojanówce po jej zajęciu, aby oświetlić wartom pole obserwacji, by Kozacy nie mogli podejść niepostrzeżenie. Po zajęciu wsi musiano zaraz wieczorem rozejrzeć się dokładnie w całym terenie ze wszystkich stron dokoła, co spełniali starannie nasi komandosi, by rozstawić planowo placówki i zorientować się co do najbardziej zagrożonych miejsc, skąd można się najbardziej spodziewać napadu Kozaków. Zwykle wielkim ułatwieniem dla naszej strony były bagna, które prawie pod każdą wsią z którejś strony się rozciągały. Czasem trafiały się bagna wprost nie do przebycia, też dla pieszych, ale jeżeli nawet były mniejsze, to stanowiły naturalną obronę przez to, że wedeta usłyszałaby zawsze chlapanie błota pod nogami idącego, toteż już czasem wystarczała jakaś jedna wedeta, gdzie bez bagna trzeba by ich postawić kilka. Rano znów nastawał inny rodzaj służby - patrolowanie lasów w różnych kierunkach od zajętej wsi, bo mogły być zawsze pełne kozactwa.

W każdym razie posuwanie się nasze naprzód w tej ciągłej partyzantce z Kozakami i w tych warunkach terenu wymagało bardzo umiejętnego dowództwa, które by klucz tej akcji z dnia na dzień określało. Dowódcą naszych sił legionowych w tej partyzanckiej kampanii był Śmigły-Rydz. [...]

19 kwietnia, rok 1916, środa

Czytam teraz dość dużo broszur politycznych dotyczących Sprawy Polskiej. Ta literatura broszurowa rośnie bardzo w ostatnich czasach. Są wśród nich rzeczy bardzo dobre, czasem nawet świetne, jak broszura Ignacego Rosnera53 i w ogóle te, które pochodzą z obozu konserwatystów krakowskich, ze szkoły politycznej stańczyków. Uważam w ogóle, że konserwatyści krakowscy - stańczycy wykazują najgłębszą kulturę polityczną, wielki zmysł historyczny, który zresztą w ich obozie był zawsze starannie uprawiany, oraz wybitne czucie międzynarodowe. Ciekaw jestem bardzo broszur Kulczyckiego, wydanych przez NKN i uzasadniających, jak zresztą również stańczycy, austriacką koncepcję Sprawy Polskiej. Ciekaw jestem nie samej tej koncepcji, którą znam dobrze, ale uzasadnienia jej przez Kulczyckiego, który reprezentuje odrębną zgoła od stańczyków ideę społeczną, opartą na zasadach wolnościowo-demokratycznych.

Wśród broszur przeczytałem też broszurę Adama Zagórskiego54, redaktora "Dziennika Narodowego", która wywołała polemikę i żywe protesty z kół niepodległościowców w Królestwie oraz ich sympatyków NKN-owych, jak Sokolnicki, Radlińska i inni, do tego stopnia, że Departament, który jej swej firmy wydawniczej poniekąd udzielił, ujrzał się zmuszonym do częściowego dezawuowania jej. Zagórski, broniąc stanowiska NKN-u i polityki departamentowej i operując metodą wybitnie polemiczną oraz apoteozową, zabrnął w swadzie agitacyjnej aż do kresów, na których się okazał bardziej departamentowym od samego Departamentu. Jego broszura jest klasycznym, jak na te czasy, przykładem, jak nie należy prowadzić agitacji, przynajmniej w naszej staruszce Europie. Kultura umysłowa naszego świata europejskiego, dzięki Bogu, nawet w sferze politycznej wymaga pewnej rzeczowości argumentów i krytycznego pogłębienia zagadnień. Amerykanizm hałaśliwego frazesu, jaskrawej jednostronności bijących w oczy fragmentów, wyrwanych li tylko z pozorów, amerykanizm reklamy i tandety tak w chwalbie własnego stanowiska, jak w pognębieniu przeciwnika, traktowanego za konkurenta - u nas, w naszej kulturze psychicznej, nie popłaca, nie przekonuje ludzi. Społeczeństwo nasze wraz z jego duszą jest od amerykańskiego bardziej skomplikowane i głębokie, nowatorstwu mniej uległe. Zagórski zaś pisze typowo po amerykańsku, reklamowo i tandetnie. To samo cechuje jego artykuły w "Dzienniku Narodowym", co zresztą kładzie piętno na całym piśmie.

Szczególnie razi mnie to w traktowaniu przez Zagórskiego w "Dzienniku" Rusinów i sprawy ukraińskiej. Dobrał się znakomicie w tym względzie z chorążym Głuchowskim55, który już jest prawdziwym Amerykaninem, bo z Ameryki przybył i kieruje tu działem wydawnictw Departamentu. Wszak słusznie zauważono, że dziennikarze amerykańscy mają swój zupełnie odrębny styl i sposób ujmowania spraw publicznych, jaskrawo-reklamowy i krzykliwo-tandeciarski, do tego stopnia, że gdy któryś z nich wróci potem z Ameryki, to zupełnie niezdatny się staje do publicystyki w Europie. Jest to po prostu jak choroba. Tę samą właściwość ma Zagórski, ma w publicystyce polskiej także, choć nigdy w Ameryce, zdaje się, nie był - Władysław Studnicki.

Dla mnie jest to metoda wstrętna. Dlatego też nie lubię "Dziennika". Latem Zagórski, gdym go poznał, sprawił na mnie wrażenie dodatnie żywością swego umysłu, którą brałem za wyraz zdolności; dziś widzę, że się myliłem. Taki dziennikarz więcej u nas szkody wyrządzi, niż pożytku sprawie przyniesie. Jego agresywny ton wobec Rusinów, jego zaczepna, drażniąca metoda są przedsmakiem traktowania przez polityków tego kalibru zawiłych i ciężkich spraw narodowościowych w przyszłej ewentualnie Polsce, gdyby miała ona ogarniać kraje narodowo mieszane, jak Ruś i Litwa. Takich publicystów jak Zagórski chwytałby się wojujący płytki nacjonalizm, operujący demagogią i wichrzący ze szkodą współżycia, kultury i postępu społecznego. Nie uważam bynajmniej, że Polacy muszą, jak potulne baranki, znosić wszystkie napaści Ukraińców, których wodzireje agitują wściekle i szkodzą im wszędzie, gdzie mogą. Nie uważam, aby należało na wojnę tę, zaczepną ze strony Ukraińców, odpowiadać wyłącznie pokorą i rezygnacją. Owszem, odpierać napaść należy - i robić to z godnością, ale trzeba, chcąc sprawę ukraińską ze sobą wiązać i dla niej w łonie państwowości Sprawy Polskiej miejsce rezerwując wbrew agitacji Ukraińców, dążących do zupełnego zerwania z Polską i imających się wszystkich środków aż do samej Sprawy Polskiej podkopywania, przedstawiać wartości dodatnie tego łączenia, wartości obustronne i trwałe, górujące nad rozpętaną agitacją manewrów ukraińskich. Złą się zaś usługę oddaje sprawie, jeżeli się Ukraińcom odpłaca takąż monetą, jaką oni stosują, bo to nie siły swojej i racji, ale tylko namiętności i chciwości dowód daje. Takie typy amerykańskie dziennikarstwa plenią się zwłaszcza na gruntach nacjonalizmowi sprzyjających, jak wszelkie kresy. Lwów ich dostarcza, szczepiąc do wolnościowej rdzennej Polski swoje namiętności, z walk kresowych wysnute. A na Polsce ciąży potem mimo woli odpowiedzialność za nie. O ileż wszakże Polska jest w istocie swej bardziej tolerancyjna i wolnościowa od tych jej prozelitów56 kresowych, szkodników jej sprawy. [...]

22 kwietnia, rok 1916, Wielka Sobota

Wieczorem, ponieważ mieliśmy na uwieńczenie Wielkiego Postu bardzo nędzną kolację, dałem się Kaufmanowi57 namówić do pójścia na jajecznicę do Gallerowej. Z tego zdarzenia przypadkowego wywiązał się nagle fakt, który może mieć doniosłe dla mnie konsekwencje. Spotkałem tam mianowicie panią Praussową58, z którą rozpocząłem gawędkę. Pani Praussowa, jedna z czynnych działaczek Centralnego Biura Szkolnego, której mąż stoi na czele tej instytucji jako delegat NKN-u, osoba żywa i gorąca, politycznie sprzyjająca całym sercem obozowi niepodległościowemu, zaczęła roztaczać przede mną żale na Departament, na jego ludzi i akcję, co zresztą jest jej konikiem. Czuje ona we mnie człowieka niezależnego, stojącego z dala od koterii departamentowej.

Pogawędziliśmy tak nieco i już chciałem wychodzić. Tymczasem pani Praussowa przysiadła się do stolika, przy którym siedział Wojewódzki z POW i młoda pani Minkiewiczowa59, także jedna z działaczek Centralnego Biura Szkolnego i zarazem czynna agentka POW. Miałem się już z nimi żegnać, ale jeszcze zagadałem się trochę w sprawie mego wyjazdu do Wilna. Wspomniałem o trudnościach, o staraniach przez Paitscha ewentualnie o zamiarze znalezienia jakichś dróg konspiracyjnych, bodaj przez POW. Od słówka do słówka zaczęliśmy tę rzecz omawiać i dyskutować. Panie, w gorącej wodzie kąpane, pełne iście kobiecego temperamentu politycznego, zaczęły się gorszyć tym, że Departament tak opieszale się krząta w tej sprawie, że wskutek tej zwłoki ja się tu marnuję. Dalej podchwyciły projekt o wykorzystaniu dla mnie dróg POW, wreszcie wpadły na pomysł skierowania mnie wprost do brygadiera Piłsudskiego, korzystając z jego obecności w czasie świąt w Lublinie. Ma on tam zjechać na jakieś konferencje z działaczami POW. Gdy się jeszcze dowiedziały o moim projekcie kompanii litewskiej do Legionów i o uzależnieniu tego projektu od sankcji Piłsudskiego, zapaliły się do wysłania mnie do Lublina.

I tu wystąpiła z gorącym projektem pani Minkiewiczowa, która się podjęła pójścia jutro do Wyrostka i zażądania dla mnie w imieniu POW natychmiastowego wydania karty służbowej (oczywiście fikcyjnej) na wyjazd do Lublina, motywując to wobec Wyrostka żądaniem komendanta Piłsudskiego. Pani Minkiewiczowa załatwiała już podobne sprawy przez Wyrostka. Imię Piłsudskiego stanowi bądź co bądź taką siłę, że się go boją i słuchają ci nawet, którzy są przeciwnikami jego akcji oraz POW, jak Departament lub taki Wyrostek, będący właściwie kreaturą c.k. Komendy Legionów.

Po pewnym wahaniu i pokrzepieniu się przez opinię Wojewódzkiego uległem projektowi pań i dałem się przez nie załatwiać. Przekonała mnie zwłaszcza pani Minkiewiczowa pięknem temperamentu swego. Blondyna, z oczyma płonącymi ogniem przekonania, porwana własnym temperamentem wykonania czynu, była piękna i porywająca. A więc jeżeli nic nieprzewidzianego nie stanie na przeszkodzie, jutro się ta rzecz załatwi i może jutro jeszcze na wieczór, w sam dzień święta Wielkiejnocy, wyjadę do Lublina dla zobaczenia się z Piłsudskim. Kobiety bywają zaiste wspaniałe! Zobaczenie się osobiste z Piłsudskim mogłoby mieć wielką wagę, tak w stosunku do porozumienia się z nim co do akcji na Wilno i w szczególności co do owego projektu kompanii, jak w stosunku do umożliwienia mi samego wyjazdu, na wypadek gdyby ostatecznie się nie dało pozwolenia od władz niemieckich uzyskać. [...]

25 kwietnia, rok 1916, wtorek

Ważne dziś zapadły postanowienia i wypadki w sprawie moich losów. Pani Minkiewiczowa udała się istotnie do kapitana Wyrostka z żądaniem wydania mi marszruty do Brygady dla widzenia się z komendantem Piłsudskim, powiadając, że otrzymała od Piłsudskiego zlecenie, by mnie odszukała i skierowała do niego. [...]

Ale ad rem. Trzebaż, że akurat dzisiaj, tego samego dnia, kiedy pani Minkiewiczowa zaimprowizowała swoje starania o wysłanie mnie do Brygady, przyszła od Paitscha z Warszawy depesza oznajmiająca, że władze niemieckie odmawiają kategorycznie pozwolenia na mój przyjazd do Wilna. Skoro tak, to drogi normalne są już całkiem wykluczone. Jedyna już prawie nadzieja na wyekspediowanie mnie przez Piłsudskiego, jeżeli się to jakoś [powiedzie]. Jak to cudownie znów Bóg urządza, że się tak jedno w drugie wplata; wszak improwizacja pani Minkiewiczowej to czysty przypadek! To nie kombinacja moja, ale zrządzenie Boskie.

Poszedłem jeszcze sam po obiedzie do Wyrostka i powołując się na panią Minkiewiczową, jak mi to sama nakazała, poprosiłem o marszrutę. I Wyrostek mi ją dał w postaci marszruty służbowej. Jutro mam ją otrzymać i na noc wyjadę. Pojadę przez Warszawę i Lublin. [...]

26 kwietnia, rok 1916, środa

Rano dokończyłem mój pracowity artykuł o Konstytucji 3 maja, zadany mi przez redakcję "Wiadomości Polskich". W tym roku rocznica majowa ma być w Królestwie bardzo uroczyście obchodzona. W Warszawie ma być wielką manifestacją narodową, niejako demonstracją państwowej woli Polski. W obchodzie tym mają się połączyć stronnictwa i zwaśnione orientacje. Gotuje się imponujący akt w Warszawie, na który Polska cała patrzy, a patrzeć także będzie w nią Europa, która w sprawie polskiej rzec ma po wojnie ważkie słowo! Niemcy zgodzili się na ten obchód w bardzo szerokim zakresie, co z jednej strony jest niewątpliwie wyrazem ich chęci okazania światu swoich liberalnych względem Polski usposobień, jak to było z otwarciem Uniwersytetu Warszawskiego (notabene po cichu Polskę pustoszą i rabują systematycznie, a na okaz światu wielkie wolnościowe gesty okazują!), z drugiej zaś świadczy jednak istotnie o ich zamiarach nieaneksyjnych względem Polski, albowiem taki akt, jak gotująca się manifestacja majowa, jest tylko aktem konsolidacji państwowej woli Polski, czego mądrzy Niemcy nie mogą nie rozumieć, a co wobec przyszłej likwidacji wojny z pewnością swoją rolę poważnego czynnika grać będzie. Obchód ten może się stać doniosłym momentem właśnie tej konsolidacji Sprawy Polskiej. [...]

Oczywiście, że w tych warunkach traktowanie uroczystej rocznicy majowej w prasie staje się rzeczą poważną i odpowiedzialną, czymś o wiele większym niż zwykły artykuł polityczny. Tym bardziej się tego wymaga od takiego pisma jak "Wiadomości Polskie". [...] Uczepili się więc mnie jak deski ratunku i uprosili o napisanie tego artykułu, oczywiście na wstępny. Musiałem przyrzec. Wykonałem też obietnicę, choć mi rzecz poszła mozolnie. Dałem analizę nie tekstu konstytucji, ale aktu dziejowego w sferze państwowej, którym ona była, słowem - artykuł wybitnie polityczny. Wbrew moim przewidywaniom Dąbrowski i Kaufman uznali artykuł mój za wyśmienity. Niech i tak będzie! W takich pracach nie żywię ambicji. Moja ambicja, zarówno jak wiara i temperament, streszcza się do spraw Litwy, w których się po prostej linii, jak strzała w mej całej działalności zawsze kieruję.

A więc dziś wyjeżdżam do Brygady, do Komendanta! "Offener Befehl" - marszrutę służbową - otrzymałem wieczorem. Wyjeżdżam w nocy o godzinie 2.00 z minutami. Cieszę się. Nie tylko dlatego, że wreszcie o sprawach litewskich z Piłsudskim pomówię i że w końcu coś ustalę - a do rozmowy z Piłsudskim wielką przywiązuję wagę, ale też dlatego, że odwiedzę przy tej sposobności i mój pluton kochany, moją kompanię, której nie omieszkam na linii wizytę złożyć. [...]

Dziś pod wieczór dr Kot, który wrócił dziś z Krakowa, zebrał u siebie grono zaufanych i dzielił się z nimi poufnymi wieściami politycznymi, które przywiózł. Choć ja formalnie nie należę do żadnego politycznego wydziału Departamentu i nie jestem bynajmniej klasycznym wyznawcą departamentowej polityki, od której się coraz dalej ideowo odchylam, grawitując do niepodległościowego obozu Piłsudskiego, jednak jestem stale dopuszczany do różnych poufnych pogadanek i informacji departamentowych. Departamentowcy, z ich szefami włącznie, ufają mi i w każdym razie nie traktują jako wroga, który wyzyszcze to, co wie, przeciwko nim. Ufają, zdaje się, nade wszystko prawości i lojalności mojej, bo skądinąd wiedzą, że ich bezwzględną kreaturą nie jestem, a zresztą jestem tu traktowany jako egzotyczny gość - rzecznik czy przedstawiciel, a raczej może łącznik Litwy ze Sprawą Polską, to znaczy człowiek, który czynnie w wewnętrznych ewolucjach Sprawy Polskiej nie działa i zachowuje się bezstronnie, usiłując jeno wyciągnąć z nich jakieś wnioski dla sprawy litewskiej. Ja zaś korzystam z tego, by się coraz gruntowniej orientować i oko oraz ucho mieć na wszystko otwarte, zachowując wolną rękę.

Dużo dr Kot opowiadał o Piłsudskim i jego akcji przeciwko Departamentowi60, o czym wiem także z innych źródeł. Poza tym opowiedział parę szczegółów z pobytu Sikorskiego w Szwajcarii, które tu zanotuję. Jeden fakt to ten, że Sikorski widział się z Sienkiewiczem w Vevey61 i konferował z nim. Podobno nastąpiło zbliżenie między nimi, zbliżenie przynajmniej osobiste, ale za tymi dwiema osobami stoją dwa różne prądy, reprezentowane przez nie: Sienkiewicz reprezentuje prąd akcji organicznej, przeciwstawiającej się polityce w obecnym kryzysie dziejowym, akcji polegającej li tylko na ratowaniu życia i szczątków sił narodowych niszczonych wojną. Jest to akcja, która doprowadzona do swego elementu, ochrzczona została formułą "sadzenia kartofli" jako jedynego wskaźnika dla narodu na czas przetrwania wojny. Akcja ta przeciwstawia się zasadniczo wszelkiej polityce i czynnym orientacjom jako spekulacjom rzekomo jałowym. W założeniu przeciwstawia się tak polityce niepodległościowej i NKN-owej, jak moskalofilskiej, w praktyce zaś zachodzą pewne ukryte związki między nią a moskalofilstwem, szczególnie teraz, gdy moskalofilstwo, tracąc grunt do działań czynnych, czepia się zbawiennego "sadzenia kartofli", by nim odwrócić uwagę społeczeństwa od zyskującej grunt politycznej akcji przeciwnej. W istocie rzeczy akcja organiczna sienkiewiczowsko-veveyskiego typu przeciwstawia się nawet akcji społeczno-kulturalnej, tak dzielnie rozwijającej się w Królestwie pod egidą biernych niepodległościowców, wyznawców koalicyjnej orientacji itp. Wyrazem tej akcji organicznej, jednym z najjaskrawszych i najgłośniejszych, jest filantropijna i poniekąd jałmużnicza działalność sławnego Komitetu Veveyskiego z Sienkiewiczem na czele, gromadząca z całego świata ofiary i składki na Polskę i obnosząca po Europie nędzę polską, spekulując poniekąd na humanitarne uczucia Europy, które mają stać się zarazem politycznym czynnikiem Sprawy Polskiej.

Wątpię w rzetelność zbliżenia między Sienkiewiczem a Sikorskim jako dwoma prądami, choć Sikorski, urodzony optymista, widzi zawsze wszystko przez różowe okulary i telegrafował do Kota, aby wydał specjalny numer "Wiadomości Polskich", poświęcony Sienkiewiczowi z okazji 70. rocznicy jego urodzin, chcąc tym zamanifestować zbliżenie. Kot jednak nie zdecydował się na tak jaskrawy akt zbliżenia. Drugi ciekawy fakt - że Dmowski zaproponował poufnie Sikorskiemu spotkanie się w Szwajcarii, ale Sikorski odmówił propozycji. Miał rację, bo przebiegły Dmowski wyzyskałby to przeciwko sprawie niepodległościowej, a jeszcze w Petersburgu przedstawiałby tę rzecz w tym świetle, że to rzekomo nie on, ale Sikorski prosił o widzenie się.

27 kwietnia, rok 1916, czwartek

Przyjechałem rano do Warszawy. [...]

W Warszawie cały dzień spędziłem. Wyjeżdżam na Łuków do Lublina o północy. W Warszawie wre od gorączkowych przygotowań do obchodu majowego. Wszyscy są tym przejęci i zajęci. O niczym innym prawie że nie myślą ani chcą mówić. Istotnie gra warta świec. Obchód gotuje się wielki i zapowiada się imponująco. Będzie on aktem konsolidacji i zarazem wielkim aktem szkoły dla mas - bo obchód stawiany jest na grunt masowy. Podobno żywioły endeckie prowadzą głuchą kontragitację w ciemnym tłumie, czując, że manifestacja majowa znakomicie podkopie podstawy moskalofilstwa. Ale akcja ich jest stracona. Oby na zawsze i na amen do należnego jej grobu niesławy legła i łaski zmartwychwstania nie doznała!

Widziałem się dziś przeważnie z elementami obozu departamentowego, więc głównie z Ludwikiem Abramowiczem, Kulwieciem i Wiskowskim62. Wśród nich też spotkałem Benedykta Hertza, który jest, jak zwykle, bezpartyjny i który, zdaje się, raczej ku Piłsudskiego gwieździe intuicją się kieruje. [...]

Departamentowcy są bardzo zaniepokojeni akcją Piłsudskiego przeciwko Departamentowi w związku zwłaszcza z krakowskim zjazdem poselskim i NKN-owym 29 kwietnia, gdzie lewica NKN-u (Sokolnicki, Moraczewski63, Marek64 i podobno też Daszyński) ma, jak się spodziewają, wystąpić z programem przeciwdepartamentowym w myśl Piłsudskiego dążeń, co może zyskać z innych względów poparcie doraźne nowej, do NKN-u pozyskanej prawicy, to znaczy obozu podolacko-centrowego, a kto wie nawet, czy nie i stańczyków. Zagrożone jest stanowisko samego Sikorskiego, który tym rzutem zostałby z szefostwa Departamentu strącony. Oczywiście, że departamentowcy drżą z niepokoju; byłaby to dla nich kwestia ich życia lub śmierci (oczywiście w znaczeniu politycznym), bo utrącenie Sikorskiego i całej polityki departamentowej zmiotłoby ich ze stanowiska, na którym się dziś trzymają. Sprawa ta jest ciekawa, muszę o niej powiedzieć w dzienniku, jeżeli nie dziś, to przy pierwszej okazji.

Dzieliłem się z departamentowcami warszawskimi tym, co wiem z Piotrkowa. Dla mnie sprawa ta przedstawia się jasno: widzę w niej najwyraźniej dążenie Piłsudskiego do osobistej dyktatury politycznej w Królestwie. Coraz jaśniej mi się robi w głowie. Świta mi wszystko. Kto wie, czy to nie jest właśnie linia wskazana na moment dziejowy, linia najlepsza. Piłsudski musi wydać z siebie wszystko, co w wielkości jego jest. Do dyktatury nabiera coraz większe prawo. Bliski jestem okrzyku: "Niech żyje dyktator!". Warunki dojrzewają.

Konkretnie Piłsudski żąda od Departamentu: 1) ucywilnienia go i 2) zaprzestania polityki departamentowej w Królestwie. Żąda więc, aby Departamentowi odebrać wszelkie funkcje wojskowe oraz usunąć z niego cały personel wojskowy włącznie z Sikorskim, któremu proponuje objęcie Komendy Grupy. W szczególności żądania te kieruje do akcji werbunkowej, która jest główną siłą i ostoją departamentowej polityki. Posterunki werbunkowe, rozrzucone na całym terenie okupacji austriackiej, obsadzone przez ludzi departamentowych, przez oficerów bezpośrednio od Departamentu zależnych, spełniają nie wyłącznie werbunkowe funkcje. Są to ważne placówki lokalne, organizujące całe życie publiczne w danej okolicy, powiecie lub miasteczku: urządzają obchody, zakładają ligi kobiet, organizują opinię publiczną, kierują prasą lokalną, oświatą i akcją kulturalną, słowem - kształcą życie zbiorowe w najróżniejszych jego wyrazach i nadają mu kierunek. Ta część ich działalności jest o wiele ważniejsza od ściśle werbunkowych czynności. W głuchej prowincji, w miasteczkowym partykularzu budzą życie i lepią jego kształty, stanowiąc wielką potęgę. Tą drogą polityka departamentowa dociera do najdrobniejszych zakątków i wpływ zdobywa poważny, a że działa przez organa wojskowe, które obowiązuje karność służbowa, więc ma uprzywilejowane stanowisko. Jest to militaryzacja polityki zaszczepianej do Królestwa przez Departament.

Polityka Departamentu zwraca się przeciwko wewnętrznemu niepodległościowemu ruchowi Królestwa, który takich narzędzi działania nie posiada i musi się szerzyć tylko własną siłą ideową, mając do zwalczenia nie tylko bierność masy społecznej, ale też czynne przeciwdziałanie silnych organizacji posterunków werbunkowych Departamentu. Posterunki te śledzą wciąż akcję niepodległościowców, ujawniającą się w działalności POW, CKN-u i Wydziału Narodowego65 (w Lubelskiem głównie), paraliżują ją, a nawet kuszą się niekiedy o tępienie jej drogami denuncjacji i posługiwania się władzą austriacką. Dochodzi czasem do tego, że posterunki werbunkowe stają się agenturami polityczno-wywiadowczej działalności władz austriackich, są to już krańcowości, wprawdzie nie ogólne, ale w tendencjach i pewnych czynach niektórych zbyt gorliwych oficerów werbunkowych widoczne i dążące do zyskania prawa obywatelstwa.

Piłsudski nie żąda skasowania całej akcji werbunkowej, bo zdaje sobie sprawę z ważności organizacyjnej posterunków werbunkowych. Żąda jeno, aby usunięty z nich został element wojskowy i aby posterunki te zostały oddane społeczeństwu Królestwa na jego własny użytek, wiedząc, że w takim razie dostaną się one do rąk niepodległościowców i wzmocni to ich wpływy. Departament byłby nie ich władzą, udzielającą dyrektyw, ale centralizacją techniczną. Żąda też Piłsudski, aby Departament nie przeciwstawiał wewnętrznemu ruchowi Królestwa żadnej polityki własnej, z zewnątrz narzucanej. Akcję na rzecz ucywilnienia Departamentu prowadzi przez Puchalskiego, AOK66 i NKN.

28 kwietnia, rok 1916, piątek

A więc było tak. Rano o godzinie 8.00 dojechałem do Lublina. W Lidze Kobiet dowiedziałem się adresu dr. Jankowskiego67, do którego miałem bilecik polecający od Medarda Downarowicza. (Notabene nad drzwiami w lokalu Ligi Kobiet napisy: "Niech żyje Polska wolna i niepodległa!", "Niech żyje wolna i niepodległa Polska ludowa!" - podkreślam te przymiotniki, charakteryzujące ducha Ligi. Lublinianki są wierne sercu i temperamentowi patriotycznego Lublina. Nie z połowicznych, kompromisowych i realistycznych prądów politycznych oficjalnego NKN-u i Departamentu hasła układają, lecz z głębokiej idei sprawy, z której poczęty był i trwa czyn Piłsudskiego).

U dr. Jankowskiego dowiedziałem się, że komendant Piłsudski bawi jeszcze w Lublinie i dziś w nocy wprost do Brygady wyjeżdża. [...] Dr Jankowski oznajmił mi wkrótce, że Komendant ma właśnie przyjść do niego i że on mnie mu wtedy zamelduje. Myślałem, że zaraz też nastanie rozmowa moja z Piłsudskim. Ponieważ czułem się zmęczony po dwóch nieprzespanych nocach i zarazem wzruszony nagłością nieoczekiwaną tej rozmowy, z którą tyle łączę, byłem nierad z tego. Wolałbym rozmowę tę odłożyć, a zwłaszcza odłożyć aż do miejsca postoju Brygady, tym bardziej że i okazji bytności w Brygadzie nie chciałbym tracić. Na próżno układałem sobie w głowie program i schemat mego przemówienia do brygadiera - nic mi się nie wiązało, a nie wiem dlaczego, gnębiło mnie wrażenie, że Piłsudski przyjmie mnie nieufnie i mroźnie. Przyszedł jednak Jankowski i oznajmił, że Komendant już jest, ale nie udzieli mi posłuchania teraz, jeno poleca mi stawić się między godziną 1.00 a 2.00 w hotelu "Wiktoria" i zgłosić się do adiutanta Wieniawy.

Na oznaczoną godzinę poszedłem. Adiutant Wieniawa przyjął mnie bardzo uprzejmie, ludzko i naturalnie, po obywatelsku w myśl tradycji Brygady, bez cienia oficerskiej sztywnej wyższości. Piłsudskiego jeszcze nie było. Zastałem u Wieniawy młodego chłopca, żołnierza, który się okazał Fedorowiczem68 z Litwy, z Witebszczyzny (syn śp. adwokata Fedorowicza69 z Witebska, postępowca, z którym ongi byłem za czasów "Gazety Wileńskiej" w stosunkach, skończony student prawa z Petersburga, legionista, przydzielony na razie do sztabu Brygady, ale mający iść do linii, piłsudczyk zawołany, sympatyczny i inteligentny chłopak, który mnie bardzo ujął wolnościowym i sprawiedliwym traktowaniem stosunków narodowych w Litwie).

U Wieniawy poczułem się swojsko i serdecznie. Nie ma to jak nasza I Brygada i jej ludzie, jej duch obywatelski, jej żywy i dzielny czynny idealizm! Sam Wieniawa - człowiek miły. Przyjemnie mi było usłyszeć z ust jego wielki podziw i gorącą sympatię dla Litwinów. Powiadał, że co spotkał Litwina, to zawsze widział hart i dzielność charakteru, tak że sam zazdrości, że nie jest Litwinem i że już zapytywał Komendanta, czy jest jakiś sposób naturalizowania się na Litwina, by sobie ten zaszczyt pozyskać. To urok charakteru Komendanta opromienia tak imię Litwinów w rodzinie piłsudczyków. Dowiedziałem się od Wieniawy, że Piłsudski wie już od Kasprzyckiego o moim projekcie kompanii litewskiej i że w założeniu mu sprzyja. To mi dodało otuchy i natchnęło zarazem rezolucję uproszenia brygadiera o odłożeniu rozmowy do Brygady, abym mógł mu plan mój rozwinąć, bo gorąco pragnę przekonać go i pozyskać jego serce dla moich zamiarów dotyczących Litwy, co mu też potem powiedziałem, a na co Piłsudski odpowiedział serdecznym uśmiechem.

Wkrótce przyszedł tam jakiś pan z Piłsudskiego lubelskich przyjaciół (któż zresztą nie jest tu Komendanta przyjacielem, gdy główna polityczna organizacja lubelska - Wydział Narodowy - założona tu przy poparciu polityków departamentowych i skupiająca działaczy nie tylko z radykalnej lewicy narodowej, ale też z kół odpowiadających centrowcom departamentowym Warszawy, czyli Lidze Państwowości Polskiej - grawituje coraz goręcej do sztandaru Piłsudskiego). Ten pan wracał od Piłsudskiego właśnie i wspominał o tym, że Piłsudski mało ma czasu i sam nie wie, jak sobie da radę, a właśnie na godzinę drugą wyznaczył rozmowę komuś "z najistotniejszej swojej ojczyzny", jak sam mówił, i nie wie teraz, co z tym poradzić. Domyśliłem się, że oczywiście tym kimś jestem ja, ucieszyłem się, bo to mi właśnie było na rękę, gdyż da okazję do odłożenia rozmowy do Brygady. W ogóle Wieniawa stwierdzał, że Piłsudski nie umie dotąd w stosunku do ludzi zająć stanowiska dalekiego, odpowiadającego jego stopniowi i rozmiarowi ciążących na nim zadań: przyjmuje każdego, kto się do niego zgłasza choćby zgoła w drobiazgach, udziela się wszystkim i jest tak ekspansywny, że będzie godziny całe poświęcał na słuchanie gawęd, skarg i próśb rozmaitych ludzi i jakichś różnych staruszek, które mają synów w Brygadzie lub jakieś inne do Komendanta tytuły interesów. Nie tylko je wysłucha, ale sam z nimi gawędzi, wchodzi w szczegóły, radzi, uspokaja, pociesza, obiecuje interwencję i pomoc. W tej ekspansywności leży jednak część sekretu jego popularności. Znane są przygodne proste gawędy Piłsudskiego z chłopami o gospodarstwie, o ich troskach i sprawach w czasie wojny, w polu, na postojach. Jest on ludzki, bo sam wyrósł z człowieka prywatnego i z działacza społecznego, z rewolucjonisty, a dygnitarzem nigdy nie był.

Rychło nadszedł sam Piłsudski. Przywitał mnie serdecznie, zgoła inaczej niż w Kowlu przy pierwszym spotkaniu na obiedzie w sztabie ongi, z tym rozjaśniającym królewskim uśmiechem swoim. Czułem, że go kocham. Ucieszył się, że rozmowę odkładam do Brygady. Tym lepiej.

29 kwietnia, rok 1916, sobota

Przez noc przejechałem z Lublina do Kowla. Wagon był przepełniony żołnierzami, wracającymi przeważnie z urlopów świątecznych na linię. Było też dużo legionistów. W Kowlu trzeba było zmienić pociąg. Do miasta nie wstępowałem, choć godzinkę miałem. Już od Lublina, przynajmniej od dworca lubelskiego, wyczuwa się pewne charakterystyczne sąsiedztwo linii: sprawiają je masy żołnierzy liniowych. W Kowlu na dworcu wojskowość już zupełny monopol dzierży. Tu na dworcu ujrzałem też brygadiera. Przekonałem się, że tym samym co ja pociągiem wraca na linię do Brygady. Za godzinkę odjechaliśmy na Maniewicze. [...]

Dowiaduję się w Maniewiczach na wstępie, że Brygada nasza wczoraj wymaszerowała właśnie z Karasina, gdzie stała od grudnia w rezerwie, pędząc życie osadnicze. Obecnie wymaszerowała na pozycje liniowe na zmianę II Brygady. Do Karasina nie mam więc po co wędrować, tym bardziej że mówią mi, iż Komenda Brygady także już za pułkami podążyła. Tłukę się przez parę godzin po Maniewiczach jak marek po piekle, usiłując rozpytać, gdzie i jak mam szukać mego pułku, bo do niego przede wszystkim chcę się udać. Wreszcie coś niecoś wiem i próbuję iść do Wołczeska. [...]

30 kwietnia, rok 1916, niedziela

Rano koło godziny 8.00 opuściłem Legionowo i ruszyłem na poszukiwanie 1 pułku, który już wczoraj wieczorem zajął pozycje na linii. Podług mego planu mam wpierw złożyć wizytę mojej kompanii i plutonowi, a dopiero stamtąd udać się do Komendy Brygady na konferencję z Obywatelem Komendantem, tym bardziej że nie mogłem się jeszcze dowiedzieć, gdzie się ma ustalić siedziba Komendy Brygady po przeniesieniu z Karasina. [...]

1 maja, rok 1916, poniedziałek

Wracam do dnia wczorajszego. Obywatel Czerniawski zaprowadził mnie do kompanii mojej, której komenda oraz nasz II pluton, stojący w rezerwie, mieści się w osadzie ziemianek o paręset kroków od komendy pułku. [...] Mili byli wszyscy i serdeczni dla mnie, tylko Papiz był bez humoru, przygnębiony bardzo i jakiś martwy. Na wszystkich znać jednak pewne przeciążenie trwania wojny, nie zmęczenie właściwe i nie wyczerpanie, bo zimę miał żołnierz doskonałą, fizycznie ma się dobrze, zaopatrzony jest we wszystko tak, jak nigdy nie było, warunki zdrowotne są zupełnie dobre, ale znać jakąś melancholię, mającą w sobie coś z nudy i coś z braku wiary, z monotonii tępej, pewne zmęczenie moralne i nerwowe. W nastroju żołnierza jest jakiś wielki pytajnik bez rozwiązania, co z tego, co dalej, gdzie i jakie rozwiązanie, gdzie kres i ideał? Zwłaszcza w starym żołnierzu strzeleckim, ideowym i z młodzieńczego zapału czynu wyrosłym jest ta melancholia wielka. Mam wrażenie, że żołnierz nasz liniowy zmienił się od roku zeszłego, nie jest tak wyczerpany, zmęczenie fizyczne nie zabija w nim tak bezpośrednio myśli i czucia, zelżał w grubości, mniej ma połajanek i prostych odruchów, ale smutek się budzi w duszy. Przez ten smutek pięknie się barwi jego dusza młoda i z natury swawolna, mieszająca męczeństwo idei i wiary z młodości żywej dowcipem. Zaiste piękny się wykuwa człowiek w tym żołnierzu polskim. Ciężkie i bolesne refleksje jak zmory tłoczą ducha żołnierza. Zagadnienia końca wojny, pokoju, spełnienia tej sprawy, w imię której poszedł do szeregu i dla której krew swą ofiarował, jak upiory nawiedzają żołnierza, wiarę jego ssą i szarpią, nerwy jego targają. Nie widzi on żadnych konkretnych i jasnych perspektyw, żadnych punktów świetlnych w chaosie, żadnych konturów kościstych w kołującej zawierusze wypadków. Czy czyn jego nie jest zmarnowany, czy ofiara nie próżna - tego żaden nie wie i nikt pewności nie posiada.

A to jest męka wielka po dwudziestu miesiącach wojny, po wygnaniu Moskali z ziem polskich, na linii dalekiej gdzieś aż w lasach i bagnach Polesia. I w stosunku do samej wojny jako takiej jest osobliwa zaiste sytuacja. Żołnierz ma świadomość, że choćby wojował jak najgoręcej, choćby się wysilał do ostatka, to samym czynem swoim, samą wojną nic nie rozwiąże, niczego nie przesądzi. Dziwna, niezwykła wojna! Wojna, w której wojną nic rozstrzygnąć nie można. Można się, dajmy na to, wysilić jeszcze, można linię rosyjską sforsować i niechby aż do Dniepru linię posunąć. I co dalej? Jedni staną z tej strony Dniepru, inni - z przeciwnej, tak jak stoją nad Styrem. Co dalej? Gdzie kres? Gdzie ta tajemnica, ten żywy czynu pierwiastek, który rozwiązanie przynosi? Wojna może trwać w nieskończoność jak jakaś choroba chroniczna, jak chronicznym i nieskończonym zdawał się być poprzednio pokój. Można wojować, można zwyciężać, ale nie można dostrzec momentu, kiedy zakończenie wojny stanie się koniecznością. I jak dawniej życie się przystosowało do pokoju, tak się przystosowuje do wojny - i katastrofa trwa jako rzecz chroniczna, omal nie stała. Ani się nie wygłodzi Niemiec i Austrii, ni ludzi zabraknie, a znów Niemcy i Austria, zwyciężając, nie są w stanie wziąć w garść przeciwnika i zmusić go do zawarcia pokoju. Pokój przyjdzie zapewne tak nagle i niespodziewanie, jak przyszła wojna, ale kiedy i jak - niepodobna przewidzieć. Wojna sama jako taka nie jest czynnikiem wyłącznym i decydującym, a tym mniej nie jest jedynym. Żołnierz to czuje, a będąc z daleka od świata stosunków pozawojennych, gubi się w nieświadomości zupełnej o stanie zagadnień przyszłego pokoju. [...]

3 maja, rok 1916, środa

Pozawczoraj, po przyjściu do Komendy Brygady, Piłsudskiego nie zastałem: pojechał na zwiedzanie pozycji jednego z naszych pułków. Wczoraj więc dopiero rano poprosiłem adiutanta Wieniawę-Długoszowskiego o zameldowanie mnie Brygadierowi. Koło południa Wieniawa wezwał mnie do Brygadiera, u którego zastałem też szefa sztabu, pułkownika Sosnkowskiego. Sosnkowski i Wieniawa obecni byli przy rozmowie. Niestety - decyzja Piłsudskiego nie wypadła zgoła po myśli mojej.

Brygadier wskazał mi fotel, zapraszając do siadania, i uprzedził, że sam zwyczajem swoim będzie się przechadzał po pokoju. Pozostałem jednak w postawie stojącej. Piłsudski zaczął od tego, że wie o moim projekcie kompanii litewskiej, że czytał moją notatkę w tej sprawie (musiała doń trafić przez Sikorskiego), że długo się nad tym zastanawiał i że wreszcie, pomimo osobistej satysfakcji, jaką by miał z posiadania u siebie takiej kompanii, postanowił odmówić swego poparcia. Zastrzegł się, że sercem całym sprzyja projektowi i że gdyby nie względy polityczne nakazujące mu trzymać się w rezerwie od rozszerzania Legionów, to powitałby kompanię litewską otwartymi ramionami i zakomenderowałby sztabowi całemu, "im wszystkim" - tu wskazał na Sosnkowskiego i Wieniawę, uśmiechnął się gorąco i sam się na baczność wyprostował - "Baczność!" przed Litwinami. "Niewarci są oni wszyscy, psiakrew - dodał żartobliwie, ale gorąco - tej krwi litewskiej i litewskiego ducha". Jednak polityczne względy sprawy zmuszają Piłsudskiego do odmowy kategorycznej. "A wiecie, że jestem uparty jak Litwin i jak z pewnością sami jesteście uparci, toteż z góry wam powiadam, że mnie nie przekonacie. Dużo o tym myślałem, ale skoro już postanowienie powziąłem, to go nie zmienię" - zakończył.

Po tych słowach wiedziałem, że gra moja stracona. Upór Brygadiera i stałość jego postanowienia są znane. W tej sile postanowienia jest główna jego moc. Uważałem wszakże, że muszę powiedzieć Brygadierowi, jakie są moje względy. Wypowiedziałem mu też wszystko: tragedię Litwy, rzuconej na los wypadkowi wojny bez linii własnej, jej oczekiwania poprzednie, nadzieje łączenia swojej sprawy ze Sprawą Polski, przejście decydującego momentu bez spełnienia oczekiwań, ujawnienie się tendencji niemieckich, niemoc Sprawy Polskiej w stosunku do Litwy, jałowość dla niej NKN-u, słabość w tym względzie niepodległościowców Królestwa, rozterka, w jaką Litwa popadła. Zaznaczyłem, że wielki moment się jeszcze powtórzy w chwili likwidacji wojny, że przeto Litwa powinna wolę swą wytężać i manifestować, wskazałem różnicę między stosunkiem do Legionów w ogóle i kwestię werbunkową w szczególności a politycznym aktem jednorazowego wcielenia do Legionów litewskiej kompanii. Brygadier słuchał uważnie, chodząc szybko wielkimi krokami po pokoju swojej ziemianki, pochylony nieco naprzód, wpatrzony w ziemię, powtarzając wciąż do mych słów krótkie, urywane: "Tak jest, tak jest".

Skończyłem. Brygadier stanął przede mną i zaczął mówić. Oświadczył, że wszystko, com powiedział, jest bardzo prawdziwe i trafne i że właśnie dla wszystkich tych względów odmawia. Główny jego motyw jest ten: Legiony Austria traktuje za wyraz wdzięczności Polaków i za akt wiary do niej, nie zaś za czyn samodzielny, do własnych bezpośrednio skierowany celów, toteż robi z nich Austria własne narzędzie bez żadnych zastrzeżeń i ograniczeń. Polacy mają sobie wewnątrz Austrii znaleźć zaspokojenie. Tam, w łonie Austrii czy też państw centralnych, ma zapaść rozwiązanie przyszłości Polski jako ich wewnętrzna sprawa. Nie czynem Legionów powstaje i buduje się Sprawa Polska, ale wolą Austrii i Niemiec. Legiony są ofiarą Polaków na rzecz Austrii, złożoną jej do rąk w znak tego, że się jej do rąk także Sprawę Polską oddaje, ufając w jej sprawiedliwość i we wspaniałomyślność sędziwego Monarchy. Tak, zdaniem Piłsudskiego, traktuje Austria sprawę Legionów, taki im charakter polityczny nadaje. Zdaje się, że Piłsudski pod tym względem się nie myli. Naczelny Komitet Narodowy zaś, zdaniem Piłsudskiego, akceptuje to stanowisko Austrii i własnym stanowiskiem je popiera, z pewnymi jeno poprawkami, w szczególności tą, że pojęcie państwa austriackiego zastępuje ideą monarchii habsburskiej i że miast rozwiązania Sprawy Polskiej w łonie państwowości austriackiej tworzy koncepcję państwowej formacji Polski, w związku z Austrią, w łonie monarchii habsburskiej, oraz że wiarę w sprawiedliwość Austrii zamienia konkretniejszym pojęciem rachunku czynników historycznych, które sprawiają, że w łonie monarchii habsburskiej i w związku z Austrią stosunek sił i waga czynnika polskiego wzrasta do stopnia zapewniającego mu obiektywnie większą sprawiedliwość i większą satysfakcję, bo większy wpływ.

Otóż dopóki Austria nadaje Legionom ten charakter, dopóty nie ma, zdaniem Piłsudskiego, racji, aby Litwa słała do Legionów swych ludzi, bo tą drogą nie w Sprawie Polskiej uczestniczyć będzie, ale Austrii ofiarę swej krwi składać, a przecież Austria, jak sam stwierdzam, w stosunku do Litwy jest jałowa, bo nic jej dać nie może i żadnych rozwiązań Litwie nie przyniesie. To samo jest z NKN-em, który stojąc na stanowisku austriackim, dla Litwy żadnych korzyści, żadnych widoków nie otwiera. Jeżeli nawet uznać stanowisko NKN-u i wierzyć w sprawiedliwość czy też w obiektywnie doskonały dla Polski stosunek sił w związku z Austrią, to jednak cóż z tego Litwie, skoro Austria sięgać tak daleko na północny wschód nie może i skoro właśnie związek z Austrią separuje Litwę od Polski, jej związkowi z Polską przeczy. Po cóż więc ma Litwa składać na tę rzecz ofiarę swej krwi? Tak rozumuje Piłsudski.

Jest w tym pewne uznanie poniekąd państwowego, nie zaś polsko-prowincjonalnego stanowiska Litwy, większe niż się u Piłsudskiego spodziewałem.

4 maja, rok 1916, czwartek

Jeszcze o rozmowie mej z Piłsudskim z 2 maja:

W myśl koncepcji Piłsudskiego, uważającego Legiony w ich obecnej strukturze za narzędzie Austrii, nie zaś Sprawy Polskiej, tworzenie w nich kompanii litewskiej jest zbyteczne jako nic Litwie nieprzynoszące. Nie w zupełności się z nim zgadzam, bo bądź co bądź nawet teraz, przy ujawnionej przez Austrię w stosunku do Legionów zachłanności, wykluczającej formalnie ich charakter zawiązku armii narodowej polskiej i przy wszelkich w tym kierunku akceptacjach ze strony NKN-u oraz kierowniczych organów Legionów, są one faktycznie wyrazem czynnej państwowej woli polskiej oraz kuźnicą wzorów i tradycji polskiej organizacji militarnej. Ale trudno.

Piłsudski jest konsekwentny i prowadzi akcję zmierzającą do obalenia narzuconych Legionom form austriackich i do ich wyzwolenia. Ponieważ jest jedynym człowiekiem, który jest w stanie tego dzieła dokonać, trzeba mu ulegać. On dziś jest Sprawy Polskiej wodzem, on jej czynników streszczeniem. Smutno mi, że Litwa jest dziś rzucona na łaskę losu ślepego, nie mogąc uczestniczyć w wielkim dziele. Wpływa to na nią źle, bo odejmuje jej resztki orientacji i dróg samodzielnego urządzania swego losu. Ale nie ma wyjścia, bo wbrew Piłsudskiemu zrobić tego nie można. Litwa nie wie o skomplikowanych Sprawy Polskiej ewolucjach, tworzących się akcją Piłsudskiego, a taki akt, jak utworzenie kompanii litewskiej i skierowanie jej do Legionów, byłby bądź co bądź dla niej samej aktem manifestacyjnie mocnym, zasilającym jej własny zmysł woli. Litwie czynu takiego potrzeba. W stosunku do Polski i do jądra Sprawy kierunek Piłsudskiego jest słuszny, ale w stosunku do Litwy ma to niebezpieczeństwo, że Litwa tymczasem może zatracić zmysł woli i ulec sugestii fatalizmu wypadków.

Piłsudski w rozmowie podkreślił mocno to, na co mu zwróciłem uwagę, że przyjdzie jeszcze raz wielki moment - w chwili likwidacji wojny. Do momentu tego Piłsudski przywiązuje wielką wagę i w stosunku do niego gotuje czyn, jak go gotował do momentu wybuchu wojny. Ale oby Litwa nie zaspała tego momentu, pozbawiona całkiem dróg samodzielnych oraz związków żywych z rosnącą Sprawą Polską. Takim czynnym aktem związku miała być projektowana przeze mnie kompania litewska.

Rozmowa moja z Piłsudskim, przerwana obiadem, który spożyłem w jego sztabie, toczyła się później jeszcze, już bez świadków, na dziedzińcu, między ziemiankami, gdzieśmy się przechadzali. Piłsudski znów mi podkreślił konieczność oczekiwania, niepoddawania się zachłanności austriackiej, która zwłaszcza dla Litwy jest jałowa, dalej konieczność wytwarzania siły i woli żywej, którą on w POW i w akcji niepodległościowej w Królestwie streszcza i konsoliduje, wreszcie przedstawił mi swoje zarzuty względem Departamentu Wojskowego, od którego żąda, by przestał w Królestwie narzucać politykę austriacką i zwłaszcza działać metodami opresji, szpiegowania akcji niepodległościowej i zwalczania jej środkami intrygi lub władzy, którą posiada, i aby stał się instytucją obywatelską na usługach ruchu Królestwa albo też zupełnie przestał funkcjonować, a w każdym razie przestał być tym, czym jest - jakimś politycznym plantatorem obcych prądów i z zewnątrz narzucanych tendencji. Wskazał, że rola, którą pełni Departament, instytucja powstała z założeń obywatelskich, jest nieobywatelska i zrozumiała jest ona ze strony Austrii lub innej potęgi obcej, posiadającej władzę faktyczną i uprawnionej do przymusu, stosowanego w kraju zabranym na rzecz forsowania własnych interesów wbrew ruchowi miejscowemu, ale zgoła niedopuszczalna w instytucji obywatelskiej i narodowej, która pożycza władzy od obcych dla tłumienia ruchu wewnętrznego i narzucaniu mu form oraz prądów niewypływających z ruchu i z woli społeczeństwa krajowego.

Piłsudski, jak spostrzegłem, wrócił z urlopu w jak najlepszej myśli, zadowolony z tego, co zastał w Królestwie, ma przekonanie, że jego linia w Królestwie zwycięża, że coraz bardziej się w woli społeczeństwa utrwala i narasta, na gruzach rozkładającego się moskalofilstwa nie krzewi się ani germanofilstwo, ani austrofilstwo, jeno rośnie idea samodzielna własnego państwowego bytu - niepodległości. To uważa za tło i podstawę, na której jego ewentualny czyn, rzucony w stosownym momencie, mógłby stworzyć to, czego nie zdołał stworzyć wymarsz strzelców do Królestwa 6 sierpnia 1914. Czy do tego czynu dojdzie i w jakiej postaci - tego Piłsudski nie mówi, nie stawiając kropek nad i, by się przedwcześnie nie związać i mam wrażenie, że sam nawet we własnej świadomości tego nie przesądza dziś jeszcze, ale już samo wielkie narastanie nastroju, na którym może się oprzeć taki czyn jako rzecz potencjalna, jako siła, zdolna do emanacji - jest w pojęciu Piłsudskiego wielkim Sprawy Polskiej atutem i dźwignią. Akcja Departamentu, która usiłuje paraliżować ten czynnik, formując ujście Sprawy Polskiej do istniejącego w dzisiejszych formach łożyska NKN-owo-austriackiego, jest z tego punktu widzenia szkodliwa.

Piłsudski, dowiedziawszy się, że jestem superarbitrowany, podkreślił, że się z tego cieszy i że nie radzi się śpieszyć z rzucaniem wszystkiego i wracaniem do Legionów. Przyjdzie jeszcze czas, gdy będzie potrzebował swoich żołnierzy.

Rozmowa z Piłsudskim potwierdziła mi wprawdzie to, com o jego zamiarach wiedział, ale niestety nie wskazała mi punktów wyjścia dla Litwy. Litwo moja, czy będzie plon jakiś dla Ciebie z tej chwili dziejowej i czy łączenie Twojej Sprawy z Polską - wobec dzisiejszego położenia samej Sprawy Polskiej - może być dla wolności Twojej skuteczne? Mam pod tym względem duże wątpliwości i obawy. A w imię Litwy przecież, dla niej to do Legionów przyszedłem. Wprzągłem się może przedwcześnie w służbę Sprawy Polskiej, licząc na jej skuteczność dla Litwy, i oto dziś na rozdrożu stoję. Linia Piłsudskiego jest prosta i jasna: dla Sprawy Polskiej jest ona konieczna, ale przesilna jest też potęga oporu kontrczynników, które jeżeli nie sparaliżują całego dzieła względem Sprawy Polskiej, to względem jej dla Litwy owoców mogą bardzo prawdopodobnie okazać się zabójcze.

5 maja, rok 1916, piątek

Co teraz ze sobą zrobię po tym oświadczeniu Piłsudskiego - sam jeszcze nie wiem. Rozbiło mi ono wszystkie zamiary i projekty na Wilno. Nie tylko w stosunku do kompanii litewskiej, bo o tej bynajmniej pewności nie miałem i chwilami wątpiłem nawet o jej wartości, aczkolwiek z innych niż Piłsudskiego względów. Widzę jednak obecnie jedną kapitalną rzecz - że nie czas w żadnym akcie czynnym łączyć sprawę Litwy ze Sprawą Polską w jej obecnych formach, jeno co najwyżej łączyć aspiracje i przygotowania z takimi w Polsce. Tak się rzecz przedstawia przynajmniej w akcji Piłsudskiego, a ponieważ w Sprawie Polskiej Piłsudskiego uważam za jej właściwego rzecznika, więc wbrew jego akcji nie uważam za możliwe coś przedsiębrać, nawet w sprawie Litwy, o ile się to ma łączyć w jakikolwiek sposób ze Sprawą Polską.

W pierwszej chwili uważałem, że należy mi po prostu zaniechać jazdy do Wilna jako w obecnym czasie próżnej i po prostu wrócić do linii w szeregach Legionów. Skoro raz stanąłem na gruncie Legionów i łączenia sprawy Litwy z Polską, to, przekonawszy się, że nie czas działać, bo rzecz nie dojrzała czy też może zgoła chybiona, ponieść osobiste konsekwencje własnego kroku i rezygnując z usiłowań próżnych, być tylko legionistą. Tak też odruchowo powiedziałem Piłsudskiemu: że wobec jego słów do Wilna nie pojadę wcale. Piłsudski wprawdzie nie dostrzegał konieczności rezygnowania z mojej jazdy, ale stało się i fakt jest ten, że przez to oświadczenie zamknąłem sobie drogę do starania się, aby on mnie na Litwę skierował, innych zaś dróg bodajże nie ma. Toteż, choć po ochłonięciu z pierwszego wrażenia zastanawiam się nad tym, czy tym bardziej nie należy mi jechać, aby się tam z ludźmi zobaczyć i sprawą polityczną Litwy zająć - nie widzę już możności wykonania tego. Słowem - czuję, że stanąłem na rozdrożu. Bo skądinąd i do szeregu w Legionach wrócić - i to jest niejasne, i Piłsudski nie radzi i zaleca czekać na uboczu w rezerwie. [...]

Wynudziłem się przez te parę dni w Komendzie Brygady. Przebywałem w gronie podoficerów rachunkowych i prowiantowych na ich kwaterze, gdzie mnie przyjął i zalokował sierżant Zawisza-Drożdż, mój znajomy ze szpitala krakowskiego. Jest to grono podoficerów dobrze zharmonizowane i zżyte ze sobą, w którym czułem się intruzem, mimo że wszyscy byli dla mnie nadzwyczaj uprzejmi i gościnni. Właściwie mógłbym się stołować przez ten czas w sztabie z oficerami i Komendantem, ale nie chciałem się im narzucać, a brak wszelkiej szarży w środowisku wojskowym bądź co bądź krępuje wobec wyższych oficerów. Względnie najmniej krępujący jest sam Komendant, największy ze wszystkich, ale z nim się tu najmniej żyje, bo Komendant prowadzi dość samotny tryb życia, a grasują i tłuką się po całej Komendzie drobni oficerkowie i mniejsze ryby.

Miałem okazję jeszcze raz się przyjrzeć życiu podoficerów z prowiantury i rachunkowości Komendy: żyją po królewsku, jak na stosunki liniowe. Opływają w dostatki, pracy mają nie za dużo, za to wygód i przyjemności w bród, rum jest u nich stałym zjawiskiem, nieschodzącym ze stołu, mocne piwo okocimskie albo wino - w beczce, masła deserowego duńskiego wielka blaszanka, co dzień między obiadem a kolacją jakiś albo ser, albo szynka, albo coś innego, czasem delikatesy, obiady sute, chleba do woli, czekolada, papierosy, marmolada, przyprawy różne. Wieczorem karty, animusz i humor zawsze, jest gitara, są przejażdżki konne, furmanki na zawołanie, gwar i wygoda, czasem od święta wycieczki na linię do okopów z karabinem w ręku - postrzelać do Moskala i doznać wrażeń wojennych jak sportu, a łatwość urlopów i marszrut służbowych, na kwaterze gwar i wygoda. Gdzie, tobie, żołnierzu liniowy, strzelcu biedaku, do prowiantowców! [...]

Dziś pożegnałem Komendę Brygady i wyruszyłem w podróż. [...]

6 maja, rok 1916, sobota

Między Kowlem a Stochodem ludność cywilna po wsiach, o ile nie uciekła z Moskalami, jest nieruszona. Bezpośrednio za Stochodem na wschód ciągnie się ten pas izolacyjny, zajęty przez żandarmerię i przez nią strzeżony, o którym wspominałem wczoraj, a który oddziela teren życia cywilnego od właściwej strefy linii. W tym pasie izolacyjnym pozostały jeszcze resztki ludności cywilnej, chłopów i Żydów. Ludność ta bieduje jakoś i daje sobie radę. Świń tu nie ma wcale ani też koni roboczych, są tylko krowy, pola są uprawiane krowami, z ptactwa domowego są tylko nieliczne kury, ale chłopi mają jeszcze podobno resztki ukrytych zapasów, nawet słoninę. Żydzi w Trojanówce mają parę szkap, którymi jeżdżą do Kowla, skąd sprowadzają niezbędne artykuły dla ubogiego handlu wśród ludności chłopskiej i żandarmów. Tak się tam przedstawia nędzne życie miejscowej ludności na ostatnich cywilnych kresach przed bezpośrednią strefą wojny. Wiem to ze słów legionisty żandarma (niemiłe skojarzenie tych dwóch tytułów!).

Dojeżdżając z Maniewicz do Stochodu, ujrzałem już pod Zajaczewką pierwsze widoczne ślady życia cywilnego: w kilku miejscach na łąkach nadrzecznych grupki pasących się krów i nawet koni, w ogrodach koło wsi wieśniaczki w kolorowych spódnicach i chłopcy polescy w łapciach i białych płóciennych ubraniach, przewiązani w stanie paskami. Już po kilku dniach pobytu na linii w środowisku wyłącznie wojskowym tak się odwyka od obrazów życia cywilnego, że widok kobiet lub pasącego się na łące i przez pastuszków strzeżonego bydła wydaje się osobliwością, której się przygląda z ciekawością i podziwem, a przyjemny jest widok, do którego się zawsze tęskni.

Nad Stochodem są przygotowane silne pozycje rezerwowe, dla których teren jest starannie wyzyskany, rowy strzeleckie, reduty, kryte rowy podchodowe, druty kolczaste, stanowiska przyczółku mostowego i linii nadrzecznej. Zresztą linie rezerwowe są liczne w okolicach samego frontu; tuż o paręset kroków od przednich okopów jest pierwsza linia rezerwowa, w zupełności tak samo gotowa do obrony jak przednia.

Na wieczór wczoraj dojechałem do Kowla. Miałem tam parę godzin od pociągu do pociągu, które spędziłem w restauracyjce znajomej pewnego Żyda w pobliżu dworca kolejowego. Trafiłem szczęśliwie na dzień mięsny, co nie jest powszednie w Kowlu, bo czasem po kilka dni mięsa w mieście dostać nie można, i zjadłem obiad. Kowel jest wymizerowany bardzo co do środków żywności i w ogóle wszelkich produktów konsumpcji, bo też kraj dokoła jest wyniszczony wojną, a dowóz trudny z powodu zajęcia wszystkich przechodzących tędy kolei pod transporty wojenne. Jednej tylko rzeczy nie brakuje - chleba dzięki Bogu, którego dotąd tutaj jeszcze, jak bodaj na całym terenie okupacji austriackiej, można dostać bez ścisłej kontroli kartkowej. Za to tłuszczów brak straszliwy, zresztą brak wszystkiego. Ludność kowelska bieduje, wojna daje się jej we znaki. Podobno też ogromnie częste są tu egzekucje, wykonywane na zbiegłych jeńcach i chłopach okolicznych pochwyconych na zbrodniach lub podejrzanych o szpiegostwo. Szubienica jest w Kowlu powszednim posępnym zjawiskiem, które, jak głód, świadczy miastu o wojnie.

Dzisiaj spędzam cały dzień w Lublinie. [...]

7 maja, rok 1916, niedziela

Dziś rano wyjechałem z Lublina drogą na Lubartów, Łuków i Siedlce do Warszawy. Coraz bardziej oddalam się od linii. Czuję pewną tęsknotę do tego życia tam - w linii, w pułku, na stanowiskach w lesie. Ciągnie mnie tam urok tego życia wiosennego, w środowisku ludzi szczerych i prostych, jakimi są żołnierze I Brygady dziś bardziej niż kiedykolwiek, ich melancholia tęskna, ich ból serdeczny niespełnionego dotąd ideału, który pragnieniem Tantala i czynem Syzyfa od dwóch lat ścigają, polewając go krwią własną i poniewierką najpiękniejszego kwiatu swej młodości - to ducha ludzkiego przepiękny wyraz żywy i Polski najszlachetniejsza, najczystsza ofiara! Być w ich kole, ofiarę ich dzielić, ich ducha chłonąć - toż to nie tylko obowiązek, ale i jedna z rozkoszy, jakich mało życie daje. Być jednym z nich i dać im z siebie także wszystko, do czego się jest zdolnym - to rzetelny czyn. Toteż ciągnie mnie do nich ochota, a poza tym budzą się szmery sumienia, które w ich kierunku drogę mi wskazuje. I zdaje mi się, że choć już noszę nowy mundur ze sprawionymi awansem wyłogami artylerzysty, to jednak jeżeli się zdecyduję wrócić na linię, chyba do piechoty i do mego pułku wrócę, nie zaś do artylerii. Ani mi się bardzo chce poniewierać po kadrze artyleryjskiej w ciężkiej pracy wyszkolenia się w elementarnej obsłudze, ani kosztować nowych, o wiele gorszych niż w piechocie naszej Brygady, stosunków wewnętrznych w artylerii, ani wreszcie, gdybym już miał być znowu żołnierzem liniowym, wychodzić z rąk Piłsudskiego.

Dziś więcej niż poprzednio przekonany jestem o nierównej wartości brygad dla sprawy, której służyć mają. Linia Piłsudskiego zdaje mi się w Królestwie zwyciężać, a Brygada nasza jest w jego ręku narzędziem. Kto wie, jak to narzędzie może być zużytkowane i do jakich jeszcze powołane przeznaczeń! Wierząc w Piłsudskiego, trzeba, o ile się jest żołnierzem, w I Brygadzie pozostać. Inne brygady są mechanizmem martwym, ujarzmionym obecną austriacką formacją legionową. I Brygada jest brygadą gwardii Piłsudskiego. Ale gdybyż to tak prosty i jedyny był obowiązek, gdyby mieć pewność, że tędy jest jego droga! Sam Piłsudski odradza mi powrót do linii i uważa za wskazane zająć stanowisko wobec Legionów wyczekujące i nie śpieszyć się: być w rezerwie, a tymczasem działać w sferze swoich możliwości politycznych - oczywiście w duchu Sprawy i jej kierunku przez Piłsudskiego określonym.

Muszę wpierw ochłonąć w Piotrkowie, pomyśleć i wykrystalizować postanowienie. Teraz jestem w rozterce. Są chwile, że chciałbym wszystko porzucić, wątpiąc w skuteczność dla Litwy tej linii, którą od początku wojny obrałem i której własnym czynem wyraz dałem i gdybym mógł, stanąć na uboczu od wszelkiej polityki i jąć się cichej pracy organicznej - bodaj sadzenia kartofli, bez żadnych wskazań politycznych. Są takie chwile, ale się im nie poddaję. Na co się zdecyduję - nie wiem jeszcze. Dla Polski widzę perspektywy coraz lepsze i jaśniejsze, dla Litwy - nie widzę wyraźnie nic. [...]

8 maja, rok 1916, poniedziałek

Pół dnia wczorajszego i dzisiejszy cały dzień spędziłem w Warszawie. Warszawa jest cała jeszcze podniecona uroczystością obchodu 3 maja. Uroczystość ta wypadła wspaniale i imponująco. Olbrzymie tłumy, obliczane na przeszło 200 tysięcy głów, wzięły udział w wielkim pochodzie przez miasto, który stanowił kulminacyjny punkt uroczystości. Miasto było udekorowane świątecznie. Szkoły, wszystkie organizacje i instytucje publiczne, związki i stowarzyszenia, cechy, partie polityczne - stanęły do szeregu. Obchód dokonał się spontanicznie, z siłą i wolą samorzutną, a jednak znakomicie karną, godności i wyrazu pełną. Warszawa wystąpiła po królewsku, odzyskując swoją postawę stolicy Polski, właśnie - stolicy Polski, jej myśli i idei samodzielnej, nie z żadną obcą potęgą związanej, lecz własnej, wyłącznej. Na smutnej pamięci cieniach Warszawy moskalofilskiej z początków wojny wyrosła i teraz wielkim aktem woli się zamanifestowała Warszawa nie germanofilska ani austrofilska lub jakaś inna, ale Warszawa polska, sama sobą będąca, przyszłości własnej świadoma. [...]

Zaznaczę tylko parę politycznych momentów uroczystości. Jednym z nich jest formalny udział Żydów w pochodzie, w postaci urzędowej reprezentacji rabinatu warszawskiego w grupie duchowieństwa. Obok duchowieństwa katolickiego i ewangelickiego kroczyli rabini żydowscy w charakterystycznych sobolowych czapkach i uroczystych szatach, budząc aktem tym uznanie i nawet zapał tłumów. Reprezentacja rabinatu była witana owacyjnie jako akt akcesu Żydów do państwowego stanowiska polskiego, akt obywatelstwa, a ten moment polityczny ujaskrawiał się jeszcze przez efekt dekoracyjny, działający zmysłowo na tłum, efekt pięknego widoku, sprawianego przez charakterystyczną grupę rabinów żydowskich na barwnym narodowym tle uroczystego pochodu polskiego. Podobno piękni byli ci rabini z brodami, w szatach swoich, nie tylko jako pewien wyraz polityczny, ale po prostu jako epizod w żywym obrazie.

Zaiste mądrze postąpili Żydzi. Nie mogli dać lepszego wyrazu swego obywatelstwa i zarazem przez to prawa swe stwierdzić i dla nich uznanie w polskiej świadomości narodowej zyskać. Jest to także bardzo symptomatyczne dla oceny aktualności i państwowej siły Sprawy Polskiej w jej stadium obecnym w stosunkach międzynarodowych. Żydzi usiłowali wpierw grać na Moskalach w zatargu polsko-żydowskim, potem grać na Niemcach, wywołując "Ost-Juden-Frage"70, na której spekulował osławiony Cleinow i cała okupacyjno-aneksyjna polityka niemiecka w pierwszym okresie wojny na zajętych początkowo terenach Królestwa, przeciwstawiając Żydów Polakom i rozszczepiając kwestią żydowską jednolitość Sprawy Polskiej. Aż wreszcie, gdy poczuli, że Sprawa Polska coraz bardziej przechyla się w kierunku państwowym i z wewnętrznej sprawy rosyjskiej czy niemieckiej wyrasta do poziomu i stanowiska samodzielnego, rezygnują z gry na obcych i do polskiej państwowej koncepcji się garnąć zaczynają, by na jej gruncie swój byt i prawa utrwalić. Żydzi mają węch, mają giętkość i spryt polityczny i grawitują do tego, co rośnie w sile i staje się realne. A Niemcy przez dopuszczenie obchodu 3 maja na całym terenie swej okupacji w Królestwie dopuścili, świadomie oczywiście, do państwowej konsolidacji Sprawy Polskiej. [...]

Chociaż austrofile i wybitni ludzie z obozu Ligi Państwowości Polskiej, co odpowiada ideologii NKN-owej, brali czynny i wydatny udział w obchodzie majowym w Warszawie, jednak szeroki ogół polityczny wyczuł w tym zwycięstwo kierunku niepodległościowego nad austriackim i sam się w tym duchu uniósł i utwierdził. Toteż wśród takich na przykład departamentowców w Warszawie na Brackiej pod numerem 5, gdzie jest ich gniazdo, wyczuwa się ni to może przygnębienie, ni to rozterkę, ale coś jakby wątpliwość z powodu nastrojowych skutków 3 maja, choć naturalnie głośno tego nie przyznają, manifestując swoje zadowolenie z obchodu. Na ogół też w Warszawie jest zmiana wyczuwalna i nawet wyraźnie wypowiadająca się co do oceny roli Niemców. Dalekie to jest od germanofilstwa, które jako takie jest jakoś organicznie obce Warszawie i Polsce całej, ale opinia coraz powszechniej stwierdza, że Niemcy, o ile są twardzi i gorsi od Austrii w swoich zarządzeniach wojennych i okupacyjnych - zwłaszcza bezwzględni i nieznośni, a często okrutni w metodach gospodarczego wyzysku kraju, ewentualnie wygładzania go nawet - o tyle w zarządzeniach politycznych, w traktowaniu polskich aspiracji i wewnętrznych odruchów społeczeństwa w Królestwie są liberalniejsi od Austrii. Pod tym względem zdają się bardziej bezinteresowni, podczas gdy Austria ujawnia jakąś zazdrosną i małostkową zachłanność i choć niby jedną ręką coś więcej od Niemców daje, to zaraz drugą cofa, we wszystko się wtrąca, wszystko chce aranżować, za wszystko mieć wdzięczność, wystawiać się za powołaną opiekunkę i jedyną łaskawą dobrodziejkę, a robi to gorączkowo, zabiegliwie i razem podejrzliwie, nieufnie, niezaradnie, wścibsko i drażniąco, bez twardej siły męskiej, którą w każdym zarządzaniu niemieckim znać.

9 maja, rok 1916, wtorek

Wczoraj o godzinie 11.00 wieczorem wyjechałem z Warszawy i w nocy przyjechałem do Piotrkowa.

Na razie dokończę jeszcze to, o czym wczoraj w dzienniku pisałem.

W tej różnicy metody, którą wczoraj charakteryzowałem, jest także różnica natury austriackiej, słowiańskimi elementami zaprawionej i stąd nawet poniekąd do rosyjskiego niedołęstwa podobnej, a natury prusko-germańskiej, bezwzględnej i twardej, często obłudnej i oszukańczej, ale ścisłej i konsekwentnej. Dla zestawienia niemieckiej i austriackiej metody traktowania Sprawy Polskiej charakterystyczny jest na przykład ten fakt, że gdy cenzura austriacka skreśla we wszystkich pismach i drukach polskich wyrazy "niepodległość", "państwowy" itp., czasem przymiotnik "biały" w zastosowaniu do orła i w ogóle tamuje wszelkie akty, które mogą mieć tendencję niepodległościową i budzić instynkt samodzielności i państwa, natomiast dopuszcza szeroką reklamę Legionów w duchu NKN-owego programu, to Niemcy w ostatnich czasach nie tylko że objawom polskiej woli państwowej nie stawiają przeszkód, ale nawet je poniekąd sami wspierają i chętnie im ujście dają, gdy natomiast propagandę legionową we wszelkich jej postaciach usiłują stłumić.

Polityka niemiecka zdaje się sprzyjać narastaniu państwowo-niepodległościowych aspiracji polskich, które są konsekwentnie anty-NKN-owe i antyaustrofilskie, podczas gdy polityka austriacka stara się skierować ruch polski w łożysko państwowości habsburskiej. Na tym gruncie toczy się głucha walka i jest ciągłe tarcie między dwiema okupacyjnymi potęgami w Polsce. I trzeba wyznać, że ruch polski w Królestwie rozwija się coraz bardziej po linii niepodległościowej, odpowiadającej polityce niemieckiej, gdy natomiast akcja austriacka traci grunt. Winne tu w dużym stopniu głupota i niezdarność samej Austrii. Szczególnie w ostatnich czasach uwydatniła się w tym kierunku polityka niemiecka. Epizodami tego kierunku są: w pierwszym rzędzie 3 maja, następnie takie fakty, jak ustąpienie (na razie pod rezerwową postacią dłuższego urlopu) Cleinowa, który reprezentował poprzednio politykę wyraźnie aneksyjną, przez Hindenburga zainicjowaną i forsowaną od zimy 1914 roku, wreszcie takie liberalne objawy, jak dopuszczenie wskrzeszenia Macierzy Szkolnej71, gotujący się akt samorządu miejskiego dla Warszawy72 itd. Są to epizody, ale ważne i charakterystyczne.

Nikt, zdaje się, w Polsce nie jest germanofilem w znaczeniu uczuciowym lub nawet w znaczeniu paktu niemiecko-polskiego, z wyjątkiem jednego może Władysława Studnickiego, konsekwentnego rzecznika takiego sojuszu, oraz paru takich jednostek, jak dr Witold Jodko, które wszakże nie tyle głoszą otwarcie, ile ostrożnie i połowicznie podsuwają tę myśl. Ale wzrasta świadomość, szczególnie w samej Warszawie, że linia polityki niemieckiej w obecnej chwili sprzyja i ułatwia linię państwowej idei polskiej, podczas gdy linia austriacka jest dla Sprawy Polskiej jałowa. Tak mniema dziś, zdaje się, większość politycznych elementów w Królestwie, a przynajmniej w Warszawie i nawet w okupacji austriackiej (w Lubelskiem na przykład). O moskalofilstwie już nie mówię. To upada i coraz bardziej schodzi na plan podrzędny jako coś nieaktualnego, co pozostaje tylko w upartych głowach oraz w pewnych nastrojach głodowych, gdy natomiast w przeciętnej masie, w tych kołach, które stanowią właściwe środowisko opinii i woli narodowej, przestało ono być na razie atutem polityki realnej. Uroczystość majowa zadała szczególnie silny cios moskalofilstwu. [...]

W okupacji austriackiej obchód 3 maja wypadł blado, a gdzieniegdzie, jak w Piotrkowie, został zupełnie zaniechany wśród przykrych nieporozumień i tragikomicznych konfliktów między władzami a społeczeństwem. I Niemcy wyszli na liberalnych rzeczników obchodu, podczas gdy sprawiedliwa Austria nie tylko że przeszkadzała obchodowi, ale się przy tym ośmieszyła i małostkową, głupią zachłannością skompromitowała. Austria musi mieć żal do Niemców za to wystrychnięcie jej na komicznego dudka, za podnóżkę, którą jej Niemcy sprytnie podsunęły, podważając jej wpływy i jej politykę w Królestwie. W związku z obchodem 3 maja Austria jęła się represji. Zainicjowała ostrą kampanię przeciwko PPS i POW oraz w ogóle prądom niepodległościowym, co się na przykład tu, w Piotrkowie, wyraziło w dość licznych aresztowaniach, represjach i wielu szykanach, gdy Niemcy na przykład odnieśli się szczególnie życzliwie do PPS w związku z obchodem majowym.

Wspomnę o jeszcze jednym epizodzie z uroczystości majowej w Warszawie. W pochodzie uczestniczyła też grupa litewska, idąc pod narodowym, ściślej - państwowym litewskim sztandarem Pogoni, utwierdzając tym aktem łączenie państwowej Sprawy Litewskiej z Polską. Inicjatywa wyrosła z łona Koła Wielkiego Księstwa Litewskiego73, zrzeszenia politycznego utworzonego w Warszawie wkrótce po zajęciu Warszawy i Wilna przez Niemców, a złożonego z ludzi pochodzących z historycznej Litwy (Litwy i Białej Rusi). Faktycznie do Koła tego należą Polacy z Litwy mieszkający w Warszawie, choć w zasadzie mogą należeć wszyscy obywatele Litwy, tak Polacy, jak Litwini i Białorusini, bo Koło jest zbudowane na zasadach terytorialnych Wielkiego Księstwa Litewskiego, a hasłem i zadaniem jego istnienia jest proklamowanie państwowego związku Wielkiego Księstwa z Koroną. Głównymi sprężynami w Kole Wielkiego Księstwa Litewskiego są, o ile wiem, Ludwik Abramowicz i Władysław Studnicki.

Koło Wielkiego Księstwa Litewskiego, zaprojektowawszy udział w pochodzie majowym, porozumiało się z istniejącym w Warszawie narodowym stowarzyszeniem litewskim, które też chętnie akces swój zgłosiło, żądając tylko, aby obok napisu polskiego na sztandarze Pogoni w dniu 3 maja umieścić też napis litewski: "Lietuva su Lenkija!"74, co też wykonane zostało. W pochodzie w grupie litewskiej szli więc obok Polacy litewscy z Litwinami. Prasa warszawska, dając sprawozdanie z pochodu, nie uwydatniła tego manifestowanego momentu, który się w tej grupie litewskiej zawierał. Tylko nieliczne pisma wspomniały o tym, ale publiczność bądź co bądź dostrzegła. [...]

11 maja, rok 1916, czwartek

Dziś pomówię o rzeczy żadnego zgoła związku z polityką niemającej. Wśród listów, które nadeszły dla mnie przez czas mojej nieobecności, a które mi dziś z Biura Prasowego doręczono, jest kartka od tej dziewczyny warszawianki, panny Gertz75, która pod nazwiskiem Żuchowicz do Legionów wstąpiła i jako rekrut, ubrana w mundur legionisty, walcząc z przeszkodami, na linię się dostać chciała. Pisałem w dzienniku moim w marcu o poznaniu się z nią w Lublinie, potem o jej dostaniu się do Piotrkowa, o jej kłopotach i niepowodzeniach, wreszcie o wysłaniu jej stąd nazad do Lublina. Odtąd nie miałem od niej żadnych wieści, choć mi, wyjeżdżając, obiecała napisać z Lublina. W kwietniu od sierżanta Pallestra76, który w marcu prowadził z Lublina do Piotrkowa transport, w którym ja i ona byliśmy, dowiedziałem się, że moja rekrutka siedzi nadal w Lublinie, nie mogąc się wciąż dostać na linię. Ze słów Pallestra, który był zresztą dla niej nieżyczliwy, bo się za coś na nią gniewał, miałem wrażenie, że sytuacja jej jest beznadziejna w stosunku do spełnienia jej pragnień i że właściwie może tak siedzieć w Lublinie do końca wojny, oczekując nadaremnie okazji, prawie niepodobnej wobec surowych zakazów dopuszczania kobiet do wojska.

Ubolewałem nad jej losem, bo miałem szczere uznanie dla zapału tej dziewczyny i siły jej postanowienia oraz sympatię dla jej dziewczęcego temperamentu. Będąc w Brygadzie, rozmówiłem się nawet w jej sprawie z obywatelem Langerem, sympatycznym ideowym i już starszym człowiekiem, pełniącym bodajże funkcję fotografa wojennego przy Komendzie Brygady. W osobie Langera wyczułem sympatyka podobnych śmiałych i dzielnych przedsięwzięć rycerskich jak to. I nie omyliłem się. Poradził mi, aby się zwróciła w Lublinie do Wydziału Narodowego jako pragnąca się dostać do I Brygady, nie mówiąc tylko, że jest kobietą, i aby się na miejscu, gdy ją odeślą do Komendy Brygady, zgłosiła się wprost do Langera, który już się nią zajmie i urządzi gdziekolwiek.

Wracając z Brygady i bawiąc w Lublinie, wstąpiłem na kwaterę etapową rekrutów, gdzie się ona poprzednio lokowała, chcąc jej udzielić wskazówek, ale jej tam nie zastałem. Myślałem, że gdzieś indziej ją umieszczono, ale już szukać jej nie mogłem i dałem za wygraną. Tymczasem z kartki otrzymanej teraz od niej dowiaduję się, że już się dawno z Lublina wyrwała i jest na drodze spełnienia swych marzeń, które się fantazją i bajką wobec surowej rzeczywistości zdawały. Ale upór i stałość postanowienia są zdolne przełamać największe przeszkody, a kobiety, gdy się uwezmą, bywają pod tym względem niezrównane.

Obecnie już rekrutka nasza nie nazywa się Żuchowicz, jeno Kazimierz Słomka. Widocznie zmieniła nazwisko dla zatarcia śladów, bo wieść o tym, że w Lublinie bawi rekrut płci żeńskiej pragnący się dostać na linię, szeroko się rozniosła i wielu ją pod nazwiskiem Żuchowicz znało. Od miesiąca już jest w Kowlu. Pisze, że była zaledwie jeden dzień w Maniewiczach po wyjeździe z Lublina, stamtąd skierowana została do wsi Czeremoszna (znam tę wieś, bośmy tam we wrześniu z pułkiem przez parę dni kwaterowali), skąd znów wysłano ją do Kowla. Umieszczona jest w kancelarii magazynów artylerii (adres podaje: magazyn i warsztaty 1 pułku artylerii Legionów Polskich w Kowlu). Spodziewa się za parę tygodni dostać "na pozycje", a wyjazd ten jest w jakiś sposób zależny od majora Brzozy77, komendanta naszej artylerii, którego na razie nie ma, ale który ma przyjechać. Pilnuje teraz mieszkania Brzozy, ma jakąś pracę fizyczną, dźwiga jakieś ciężary, kopie w ogrodzie, czyści konie itd. Pisze, że czuje się bardzo dobrze, opaliła się, zmężniała, oswoiła z otoczeniem i już nie jest tak znerwowana, jak była. Oczywiście, że symuluje ściśle chłopca. Bądź co bądź dzielna dziewczyna!

12 maja, rok 1916, piątek

Pułkownikowi Sikorskiemu towarzyszył w podróży do Szwajcarii w charakterze adiutanta młody chorąży hr. Morstin78. Podróż Sikorskiego miała charakter "dyplomatyczny", a raczej może agitacyjny dla zobaczenia się z bawiącymi w Szwajcarii wybitnymi działaczami polskimi i przedstawienia im oraz lokalnym środowiskom polskim, pod ich wpływami będącym i informowanym niemal wyłącznie przez pryzmat orientacji rosyjskiej lub koalicyjnej, Sprawy Polskiej ze stanowiska Legionów i polityki NKN-owej. Owóż dziś wieczorem na zebranku wojskowym w gabinecie restauracji Banaszewskiego Morstin zdawał poufną relację z tej podróży. [...]

Szwajcaria jest jednym z krajów neutralnych, w którym się krzyżują wszystkie prądy i akcje mocarstw wojennych, nie tyle w kierunku oddziałania na nią, ile w kierunku forsowania opinii międzynarodowej i ustalenia swoich linii dla przyszłego pokoju. W szczególności w Szwajcarii jest jedna z wielkich kuźnic akcji polskiej na opinię międzynarodową. Bawi tam wielu wybitnych działaczy i polityków polskich, jak Henryk Sienkiewicz, Ignacy Paderewski, Osuchowski, ks. Gralewski79, Erazm Piltz, Szymon Askenazy, Kucharzewski80, hr. Skarbek i inni. Ogniskami tej akcji są głównie: ajencja prasowa polska w Lozannie, będąca w ręku Piltza, działającego jako wyłączne narzędzie polityki Dmowskiego, dalej Komitet Ratunkowy w Vevey z Sienkiewiczem i Paderewskim na czele, prowadzący szeroką filantropijną akcję na rzecz Polski, mającą na celu również wielkie reklamowanie Sprawy Polskiej w opinii koalicyjnej i neutralnej w duchu właściwie niezależnym, ale przez Paderewskiego zwłaszcza wybitnie z moskalofilską polityką endecji łączonym, wreszcie towarzystwo La Pologne et la Guerre81 w Lozannie, zostające pod wpływami Kucharzewskiego i ks. Gralewskiego, o aspiracjach niepodległościowych, opieranych głównie na koalicyjnej orientacji. Wszystkie są przeciwne polityce NKN-u i niechętne sprawie Legionów, uważanej przez nich za błąd polityczny i za czynnik szkodliwy, który należy wobec Europy ukrywać i który wewnętrznie posądzany jest o sprawkę socjalistyczną.

Działacze ci i ich organizacje powyższe są w ciągłym mniej lub więcej ścisłym kontakcie z moskalofilstwem i z panem Dmowskim, który pracuje energicznie nad ich inspirowaniem w wiadomym duchu. La Pologne et la Guerre jest bardziej niezależna, ale też przez swą koalicyjność tak od NKN-u, jak od niepodległościowego i wybitnie antyrosyjskiego obozu w Królestwie daleka. Wprawdzie NKN ma swoją ekspozyturę w Bernie, kierowaną przez niejakiego Badera82 i jeszcze jakiegoś pana83, ale wpływy ich są niewielkie, zgoła znikome wobec ludzi tamtej miary i rozgłosu, a akcja ich drobna, specjalnie paraliżowana przez agencję lozańską Piltza. Rapperswil jest także NKN-owy, ale co do wpływu na zewnątrz nie ma większego znaczenia.

Sikorski tam nawiązał stosunki, objaśniał, był przyjmowany, doznawał pewnej kurtuazji i nawet pewnych świadczeń uznania, niewątpliwie coś niecoś zyskał w złagodzeniu moskalofilskich perspektyw i przeciwstawieniu im NKN-owo-legionowych dążeń, ale na ogół żadnych poważniejszych układów lub gwarancji zmian kursu polityków szwajcarsko-polskiej akcji nie zdobył. Najniebezpieczniejszego zaś Paderewskiego nie było w tym czasie w Szwajcarii i są poszlaki, że on naumyślnie powrót swój opóźnił, aby z Sikorskim się nie spotkać. Pobyt Sikorskiego w Szwajcarii był pełny zabiegów, o których nam Morstin opowiedział, ale były to detale tak drobne i płynne jak woda, że długo o nich mówić nie warto. Sikorskiemu i Morstinowi przedstawiało się to jako działalność wielkiej miary, pełna nasienia owoców, gdy w istocie były to bardzo wodniste akty przyjęć, rozmów, kurtuazji i towarzyskość niemające nic uchwytnego w treści i pod względem politycznym bardzo mdłe.

Sikorski i Morstin dobrali się rzeczywiście doskonale do siebie. Obaj są lotni i wrażliwi, entuzjaści, bardzo mili i pełni najlepszej wiary i woli, charaktery polskie pięknego typu, rycerskie, otwarte i szczere, trochę lekkoduchy, patrzący zawsze przez różowe okulary i powiększające szkła w kierunku optymistycznym, naiwni politycznie, przeceniający wartość rzeczy, jak je sami chcą widzieć. Ludzie złoci, ale nie politycy i mężowie stanu wytrawni. Nie mógł sobie dobrać Sikorski na adiutanta odpowiedniejszego do samego siebie pendant84, jak Morstin. W relacji z tej podróży szwajcarskiej przypominają mi oni dwoje ślicznych dzieci. Mógł Sikorski wywierać urok i promieniować wiarą, co ma też pewne znaczenie, ale na stare wygi polityczne przekonująco oddziałać nie mógł. [...]