Rozdział 2
Kobiece dłonie trzęsły się pod wpływem emocji, a zaszklone oczy śledziły zawartość listu dostarczonego tuż przed świtem przez listonosza. Serce dudniło głośno w piersi, jakby w każdej chwili miało połamać się na tysiące kawałeczków, i Charlene doprawdy nie wiedziała, co zrobić.
Skuliła się mocniej na krześle, wystukując nerwową melodię paznokciami o blat mahoniowego biurka.
Nie tego się spodziewała, kiedy tego ranka pan Garza, miejscowy listonosz, zapukał do drzwi antykwariatu, jeszcze zanim na dobre rozpoczęła dzień. List od rodzinnego prawnika jej nie wzruszył, dlatego początkowo się nim nie przejęła i odłożyła go do przeczytania na późniejszą chwilę, gdy znajdzie nieco więcej czasu.
Po wyjściu sióstr do szkoły zajęła się wypełnianiem swojego solidnego postanowienia, że uporządkuje antykwariat, nawet jeśli oznaczałoby to starcie pajęczych nici ozdabiających każdy kąt pomieszczenia.
Jej kolorowe oczy lśniły zdecydowaniem. Kilkakrotnie wyszła na ulicę, by zamieść ścieżkę przed domem. Co rusz przyglądała się drewnianej, ręcznie malowanej tabliczce z napisem "Antykwariat" wiszącej nad drzwiami, za którymi znajdowało się wnętrze wypełnione po same brzegi książkami. Wyszorowana została nawet stojąca tuż przed budynkiem mała ławeczka, zachęcająca do chwilowego odpoczynku na niej, być może z jakąś interesującą lekturą zakupioną w sklepie i pogrążenia się w tak cudownym świecie pisanego słowa.
Dopiero kiedy zadowolona ze swojej pracy opadła na drewniane krzesło przy swoim mahoniowym biurku, nożem do korespondencji otworzyła list. Spodziewała się w nim takiej samej treści, co zawsze; zapytania o to, jak im się wiedzie, czy ludność miasteczka jest wciąż taka życzliwa, jak idzie sprzedaż książek oraz czy zamierzają wyruszyć latem w jakąś podróż.
Niestety nic z tego nie ujrzała, a krew w jej żyłach zamieniła się w długie lodowe rzeki paraliżujące całe ciało z wyjątkiem oczu, które raz za razem przeczesywały niewiarygodną treść.
Droga Panno Cousette,
jak Pani wie, od zawsze byłem bliskim przyjacielem Pani rodziny i żywię ogromny szacunek zarówno do Pani, jak i do Pani sióstr. Wiem, że czyni Pani wszystko, co w jej mocy, by utrzymać siebie i antykwariat, dlatego tak bardzo bolą mnie wieści, które muszę przekazać.
Przyjrzawszy się z dokładnością Pani finansom oraz temu, co Pani rodzice pozostawili Pani i Jej siostrom w spadku, muszę przyznać, że sytuacja drastycznie się zmieniła, a Pani dochody nie są wystarczające, by móc czerpać wiele korzyści z Pani działalności. Koszty utrzymania antykwariatu są znacznie większe niż przychody i obawiam się, że jeśli sytuacja się nie zmieni, będę zmuszony do poważnej konfrontacji z Panią i zaproponowania innych rozwiązań.
Radziłbym jednak Pani zastanowić się nad możliwością sprzedania domu, w tym również rodzinnej działalności. Choć może Panią martwić, że nie znajdzie pani kupca, mogę z przyjemnością powiadomić, że kupca już nawet znalazłem. Pan Gibbson jest osobą odpowiedzialną i szuka właśnie miejsca takiego jak Pani dom. Jest zdolny zaoferować Pani znacznie więcej niż rzeczywista wartość tej posiadłości ze względu na Pani smutną historię.
Mam nadzieję, że chociaż ta jedna rzecz Panią pociesza, i liczę na Pani szybką odpowiedź.
Uniżony sługa i przyjaciel rodziny
Seweryn Zalicki
Nerwowe stukanie zegara doprowadzało Charlene do białej gorączki, a jako osoba na co dzień całkowicie ułożona i pozbawiona tych wybuchowych emocji, zaczynała czuć wstręt do samej siebie.
Zacisnęła usta w wąską kreskę, siląc się na tak charakterystyczny dla niej spokój. Gorące łzy szczypały ją w oczy, dlatego zamknęła mocno powieki, odliczając cicho w głowie: raz, dwa, trzy...
Jak on śmiał - zastanawiała się, odkładając list na biurko. Oświadczenie, że znalazł już kupca, było niemalże jak gwóźdź do trumny, który najwyraźniej zdecydował już wbić bez jej uprzedniego poinformowania. Wiedziała, że interes idzie nie najlepiej, a rodzące się wokół plotki tworzone przez sąsiadów nie ułatwiały jej życia. Jak radzili sobie jej rodzice z tym wszystkim? Dłonią odszukała mały kluczyk schowany pod butelką atramentu i zaczęła się nim bawić, obracając go między palcami.
Tutejsza ludność uważała, że to skandal, by dwudziestodwuletnia panna mieszkała sama z dwiema siostrami, bez żadnej ciotki czy upartego wujka pod dachem. Gdy tylko Charlene wkroczyła w dorosłość, zaczęła cieszyć się względami wielu młodzieńców z wioski, lecz zawsze wszystkim odmawiała, co spowodowało liczną krytykę ich zgorzkniałych matek. Bolało ją to, że tutejsi mieszkańcy tak szybko się od niej odwrócili, tym samym zamykając wiele sąsiedzkich drzwi. Siostry były skazane na siebie, dość szybko zdały sobie z tego sprawę. Raj, który ich rodzice odnaleźli, okazał się piekłem stworzonym przez ograniczonych ludzi, rozmawiających głównie na tematy kręcące się wokół prywatnego życia sióstr Cousette.
Nawet pomimo tego Charlene nie miała zamiaru rezygnować z domu. To był jej dom. Dokładnie pamiętała, jak dwanaście lat temu rodzice wraz z nią i maleńką wówczas Vienne dotarli na wyspę Alba, obiecując lepsze, spokojniejsze życie.
Już od pierwszego wejrzenia młode oczy Charlene zakochały się w wiosce Quimper, otoczonej wysokimi górami, lecz położonej na tyle blisko morza, że zaledwie po godzinie drogi w dół wzgórza można było się znaleźć na osłoniętej gęstą zielenią kamienistej plaży, z morzem równie turkusowym co ogon kolibra.
Niestety, tu już nawet nie chodziło o miejsce czy jej miłość do starego domu, lecz o to, jakie sekrety wykute darem jej rodziców skrywał. Sekrety stworzone po to, by zostały przekazane tylko tym, którzy naprawdę na to zasługiwali.
Podniosła się pospiesznie, czując, że ściany zaciskają się wokół niej z każdej ze stron, jakby próbowały zmiażdżyć ją w swoim wnętrzu. Wiedziała, że siostry wrócą później ze szkoły, dlatego szybko sięgnęła po skromny błękitny kapelusik pasujący do kompletu i klucze do budynku. Obróciła tabliczkę na drzwiach, ustawiając ją względem ulicy napisem "Zamknięte", i opuściła antykwariat wyjątkowo wcześnie.
Na ulicach miasteczka codzienny poranny zgiełk wygasł, a skąpane w ciepłych promieniach słońca kamienne domy sprawiały wrażenie niezwykle przyjaznych. Piekarnia nieopodal, prowadzona przez starsze małżeństwo Dolaris, była jeszcze otwarta, a z jej wnętrza unosił się kuszący zapach świeżych wypieków. Nie zastanawiając się długo, Charlene ruszyła w jej stronę.
- Dzień dobry, panno Cousette. Cóż za radość panią widzieć! - powitała ją pani Dolaris, trzymająca w rękach blachę ze świeżymi czekoladowymi ciasteczkami.
- Dzień dobry, pani Dolaris. Jak pani dzień mija? - Podeszła do szklanej lady, spoglądając na pyszności. Nie była pewna, czy woli wyglądające smakowicie ptysie, małe kolorowe makaroniki, czy też może czekoladowe pralinki.
- Och, bywały lepsze dni, moja droga. - Sposępniała nagle i Charlene nie miała innego wyjścia, jak zapytać, co się stało. - To jeszcze nie dotarły do pani te straszne wieści? Wojna wisi w powietrzu, a na statkach naszych żołnierzy odnaleziono szpiega! Szpiega wysłanego przez samego króla z Rhossili! Nasi biedni chłopcy... Co prawda słyszałam, że ten niecny mężczyzna wpadł do wody i przepadł.
- To chyba dobrze, czyż nie, pani Dolaris?
- Oczywiście, że nie! Mógł przeżyć, a ich statek przepływał tak blisko naszej cudownej wyspy, że jego jeszcze żywe truchło mogło zostać tu przygnane prądem morskim. Zaiste dziwne, że pani nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji.
- Pani Dolaris, jestem pewna, że nikt nie przeżyłby takiej kąpieli w morzu. Myśli pani, że dlaczego bogowie podarowali nam nogi? Wody nie są nam przeznaczone i nigdy nie będą - powiedziała, czując nieprzyjemny posmak na języku. W głębi duszy modliła się, by mężczyźnie nic się nie stało, a nieprzyjemne wspomnienie dotknęło wciąż niezagojonej rany. Zdaniem Charlene nie było gorszej śmierci niż ta poniesiona na pełnym morzu. Z daleka od ojczyzny, od lądu, od swoich bliskich. Czasem przetransportowanie ciał było tak kosztowne i trudne, że ich bliscy musieli spotykać się przy pustym grobie, tak jak to było w przypadku sióstr Cousette.
- Obyś miała racja. Życzę śmierci wszystkim Rhossilijczykom!
Charlene zmarszczyła się, słysząc tak oburzający komentarz. Słowa cisnęły się jej na usta, lecz zasznurowała je starannie. Miała nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Ponad wszystko. Brakowało jej tylko, by uraziła ostatnią osobę w całej wiosce, która znosiła jej towarzystwo.
Wskazała więc pośpiesznie na dużą bezę wypełnioną migdałowym kremem.
- Dziękuję uprzejmie - rzekła Charlene, otrzymując od piekarki papierowy worek z bezą.
- Ależ nie ma za co. Miłego dnia!
Zwróciła się w dół ulicy, a jej eleganckie obcasy wystukiwały monotonny rytm na kamiennej ścieżce. Nawet stąd była w stanie dostrzec białe fasady okazałej rezydencji najbogatszej rodziny w całym Quimper. Charlene nigdy nie przepadała za jej właścicielami, których uważała za aroganckich, nadąsanych i egoistycznych. Chwalili się swoim bogactwem na prawo i lewo, zupełnie jakby cała wyspa należała do nich. Jako nieliczni z całego miasteczka posiadali lśniące samochody, które Charlene postrzegała jako zbyt głośne i niebezpieczne na górskich drogach, nie mówiąc o smudze dymu, jaką pozostawiał po sobie nowoczesny silnik.
Skierowała się czym prędzej w dół urwistej ścieżki, która prowadziła wprost na maleńką, ukrytą przed cudzym okiem plażę.
Potrzebowała chwili, by pomyśleć, znaleźć rozwiązanie na wyjście z niewygodnej sytuacji. Zawsze mogła wziąć kredyt, lecz nawet nie chciała myśleć o tak przykrym rozwiązaniu. Pozostawiła tę opcję jako ostatnią na liście rzeczy do zrobienia.
W oddali słychać było uderzanie morskich fal o kamienisty brzeg. Wsłuchała się w ten melodyjny dźwięk, podpierając się sporadycznie o korę wychylających się z ziemi wiecznie zielonych dębów, by nie poślizgnąć się na żwirowatej powierzchni. Wokół rozchodził się przyjemny zapach cytrusów, soli morskiej i pistacji.
Po kolejnych trzydziestu minutach spaceru dotarła na plażę. Wciąż na nowo zaskakiwało ją to, jaki lazurowy odcień przybierała woda oraz w jaki sposób promienie słońca łamały swoje światło na tej idealnej powierzchni. Jej rytm przerywały tylko cztery kołyszące się łódki, przywiązane pewnie do przygotowanych drewnianych pali. Jedna z tych łodzi należała do jej ojca, w tym również do niej. Zawsze mogę ją sprzedać - pomyślała smętnie.
Zdjęła buty i zanurzyła stopy w zaskakująco ciepłej wodzie. Piana morska pieściła jej nagie łydki. Uśmiechnęła się szeroko, czerpiąc siłę z tej chwili.
W tym momencie była pewna, że da sobie radę ze wszystkim. Cokolwiek by to było.
Rozpoczęła wędrówkę wzdłuż zatoki. Ostatnimi laty rzadko tu przychodziła, gdyż była zbyt zajęta pracą oraz opieką nad młodszymi siostrami. Przysiadła na jednym z wyrzeźbionych przez wodę białych kamieni i rozpakowała bezę. Przypomniała sobie jak przez mgłę żartobliwe komentarze swojej matki, że najlepszym lekarstwem na wszelkie żale jest cukier.
Czas mijał, słońce rozpoczęło wolną wędrówkę, by uciec za horyzont. Charlene nie pamiętała, kiedy ostatni raz obserwowała zachód słońca z tego miejsca. Podejrzewała, że było to jeszcze za życia jej rodziców. Tak, z całą pewnością. Ta myśl ją przygnębiła. Minęło już sześć lat od momentu, kiedy cały jej świat wywrócił się do góry nogami, a ona sama zapomniała, jak wygląda życie.
Morska bryza muskała jej policzek, bawiła się włosami. Coś dotknęło jej nagiej stopy.
Zerknęła na ziemię i podniosła marynarską czapkę, przyglądając się jej z ciekawością. Sól pozostawiła na czarnym aksamicie białe wzory.
Co tu jednak robiła czapka marynarska?
Podniosła się z kamienia niczym kierowana jakąś magiczną mocą, by po chwili przeciskać się przez najwęższy kawałek plaży i próbować przedrzeć się na drugą stronę. Wysokie zwaliste skały zasłaniały jej widok.
Zatrzymała się jak oparzona, dostrzegłszy czyjąś nieprzytomną sylwetkę wyplutą przez morze i pozostawioną u wzgórka najdalszej części wybrzeża. Ruszyła biegiem, porzucając po drodze pantofle i marynarską czapkę, którą zaraz porwał morski prąd. Wiatr szarpnął jej spódnicą.
Opadła na kolana tuż przy nieprzytomnym mężczyźnie.
- Proszę pana? - Spróbowała go ocucić, lecz nieznajomy nie odpowiadał. Złapała mężczyznę za szerokie barki, by wyciągnąć resztę jego ciała z wody. Na widok czerwonej smugi pozostawianej na płaskich kamieniach zbladła. Był ranny.
Udało się jej go odwrócić, mocząc przy okazji słoną wodą sukienkę aż po biodra. Nie zwróciła na to najmniejszej uwagi, próbując zbudzić rannego. Zbadała jego puls i choć był słaby, wiedziała, że mężczyzna żyje. Jego niegdyś elegancka czarna kurtka była podarta, a na koszuli pod spodem widniały czerwone plamy. Z rany na prawym boku ciekła krew. Doświadczenie Charlene podpowiedziało jej, że przynajmniej miał mniejszą szansę na zakażenie, gdyż sól porządnie obmyła ranę... O ile nie była to rana postrzałowa, a sama kula wciąż mogła tkwić wewnątrz.
Rozejrzała się dookoła, lecz aż za dobrze wiedziała, że mieszkańcy miasteczka zbyt rzadko tu schodzili. Musiała dać sobie radę sama.
Dopiero po chwili przypomniała sobie słowa piekarki. Mężczyzna nie przypominał jej nikogo znajomego. Mógł być to zagubiony rybak, którego morskie fale wyrzucił na brzeg, czy też słyszany z plotek szpieg.
Charlene była jednak pewna jednego - odnalazła go żywego, a pozostawienie go tutaj na pastwę losu byłoby równoznaczne z tym, że pozwoliła mu zginąć. Do tego nie mogła dopuścić. Złamałaby wszelkie prawa.
Szarpnęła za jego ciało, ciągnąc je w górę. Pot przysłaniał jej widoczność, strach ścisnął żołądek, a małe kamyczki zaczynały niezwykle zawadzać. Zapomniałam swoich butów - pomyślała z żalem.
- Niech się pan nie martwi. Pomogę panu - powiedziała, zupełnie jakby mógł ją usłyszeć. Udało się jej przerzucić jego ramię przez własny kark i nieco unieść ciało rannego.
Sapnęła pod jego ciężarem, lecz w jej niebiesko-zielonych oczach pojawiła się silna determinacja.
- Nie pozwolę panu zginąć. Przynajmniej nie wtedy, kiedy ja jestem obok.
Zdawało się jej, że usłyszała jego słaby szept. Zignorowała głosy wyobraźni i rozpoczęła wędrówkę wzdłuż zbocza. Kierowała się ku najdzikszej część lasu, lecz równocześnie najkrótszej, tak by przypadkiem żaden z mieszkańców jej nie zauważył.
***
Lynette obudziła się, gdy usłyszała hałas w korytarzu. Urwany głos. Jęk.
Przetarła zmęczone oczy, ziewnęła głośno i w samej koszuli nocnej i bez bucików poszła w stronę odgłosów. Zdawało się, że dobiegają od podnóża schodów.
Zerknęła na zamknięte pokoje sypialniane Vi i Char.
- Halo? - krzyknęła w majaczącą w dole ciemność.
- Lynette? To ty, kochanie? - Usłyszała zdyszany głos Charlene. Zmarszczyła brwi, ale kierowana ciekawością ruszyła na dół.
Jej najstarsza z sióstr ledwo trzymała się na nogach, z nieprzytomnym ciałem przerzuconym przez barki. Lynette zbladła, łapiąc się nerwowo za szyję.
- Kim on jest? - zapytała.
- Zawołaj Vi! Musimy mu pomóc, bo wykrwawi mi się tu na śmierć. No idź!
Posłusznie posłuchała i już biegła w stronę pokoju Vienne, która jeszcze przekręcała się z boku na bok.
- Co się dzieje? Skąd tyle hałasu? - syknęła bardzo w swoim stylu. Lynette wskoczyła na jej łóżko, podskakując na tyle mocno, by dobudzić siostrę.
- Charlene przyprowadziła jakiegoś pana.
- Pana? Tutaj? W środku nocy? Oszalała?
Lynette posłała siostrze zdenerwowany uśmiech. Nie lubiła, gdy ta się tak unosiła. Wszystko wtedy zaczynało ją boleć - od głowy po nogi. Vienne miała bardzo dużo złej energii.
- Czekają przy schodach. Mamy pomóc.
Vienne jęknęła głośno, ale wyszła posłusznie z łóżka i już po chwili obydwie stały w koszulach nocnych, bez bucików, przyglądając się Charlene z niepokojem.
- Vi, weź go za wolne ramię! - rozkazała. Mężczyzna wydał dziwny odgłos, jakby w gorączce bólu. - Lynette, otwórz drzwi do sypialni rodziców.
- Nie ma mowy, byś go tam wsadziła! - stęknęła Vienne.
Lynette posłuchała Charlene i już biegła znowu na górę. Nie słyszała dalszej konwersacji sióstr. Otworzyła drzwi, czując gęsią skórkę wstępującą na ramiona. Tych drzwi nikt nie otwierał od wielu lat. Równie prędko pobiegła do stoliczka. Pamiętała, że stała tam kiedyś lampka. Pospiesznie ją zapaliła. Każdy cień budził jej lęk, każde stęknięcie drewna pod stopami.
Ulga w jej oczach, gdy Charlene wraz z Vienne i nieznajomym stanęli już w progu, była równie jasna, co księżycowy blask.
- Pomóż mi go położyć na łóżku - wydała kolejne polecenie Charlene. Lynette pobiegła obok, by zdjąć narzutę łóżka i strzepać grudki kurzu, który sprowokowany wzbił się w powietrze.
Mężczyzna głośno jęknął w agonii.
- Lyn, zagotuj wodę, następnie przynieś z mojego pokoju sprzęt do szycia.
Posłuchała równie grzecznie. Pobiegła do kuchni, w pośpiechu nastawiła czajnik. W pokoju Charlene jak zwykle panował porządek, więc bez trudu tuż obok toaletki odnalazła małą skrzynkę z zestawem nici, igieł i noży.
Gdy wróciła do pozostałych, Charlene podziękowała jej skinieniem głowy. Vienne była wyjątkowo blada, rozglądała się po dawnej sypialni rodziców. Lynette podeszła do niej i złapała ją za dłoń. Siostry splotły palce, obserwując pracującą w najwyższym skupieniu Charlene, która rozpoczęła od zdzierania ubrudzonej krwią i solą morską tkaniny. Mężczyzna miał poważną ranę po prawej stronie i nawet Lynette, która nigdy wcześniej nie widziała takiej ilości krwi, wiedziała, że to nie oznacza nic dobrego.
- Dałabyś radę go dotknąć? - zapytała szeptem Vienne, tak by Charlene ich nie usłyszała.
- Charlene by się to nie spodobało. Zabroniła mi...
- Charlene jest zajęta czymś innym - syknęła cicho Vi, pchając Lyn do przodu.
Najmłodsza z sióstr ze strachem spojrzała na Vienne, której stalowy wzrok sprawiał fizyczny ból. Charlene wydawała się całkowicie pochłonięta swoim zadaniem. Lynette na palcach przemknęła koło łóżka i uklęknęła nisko, zrównując się głową z linią materaca. Wolna ręka mężczyzny zwisała z jego powierzchni. Raz jeszcze zerknęła na siostrę, która obserwowała ją z ciasno zasznurowanymi ustami, jakby mówiła: "No dalej!".
Zacisnęła na jego zimnych palcach swoje.
Nagły skurcz przeszedł jej ciało, jak zawsze gdy bez rękawiczek dotykała kogoś, kto nie należał do rodziny. Już po chwili bodźce zaczęły napływać na jej zmysły: zapach soli, morski wiatr, odgłos wystrzału, a następnie zimno. Przenikliwe, pochłaniające wszystko zimno.
Drgnęła, nie wiedząc, w czym ta wizja może pomóc.
Wypuściła pospiesznie męską dłoń, czując się stokrotnie bardziej zmęczona niż wcześniej.
- Ręczniki, czyste ręczniki i więcej ciepłej wody. I bandaże - poprosiła Charlene, nie podnosząc głowy.
Lynette ze smutkiem zerknęła na Vienne, przekazując jej w ten sposób, że wizja nie zawierała żadnej przydatnej informacji. Pobiegła więc po ręczniki, bandaże i ciepłą wodę, próbując się pozbyć przenikliwego zimna, które weszło w jej żyły, w głowę, jakby sama tonęła i nie wiedziała, w którą stronę płynąć, by ponownie nabrać w płuca powietrza.
Gdy wróciła, mężczyzna był do pasa zasłonięty ciepłym kocem, a Charlene kończyła zszywanie rany. Wydawała się wyczerpana. Nikt nie musiał mówić głośno, co by się stało z Charlene, gdyby pozwoliła mu umrzeć. Zabrała miskę z zabarwioną na czerwono wodą. Vienne wciąż stała podparta o ścianę, mrużąc groźnie oczy, jakby obawiała się, że nieznajomy zaraz się podniesie i zrobi im krzywdę.
- Jestem głodna... - szepnęła do niej Lynette. Wyjątkowo jasne, zielone oczy siostry spojrzały wprost na nią. Vienne westchnęła, choć było to dobre westchnienie. Jedno z tych, które wydawała, gdy przegrywała swoją wewnętrzną walkę.
- Masz ochotę na kanapkę z tuńczykiem?
- Może być.
- Char, chcesz coś do zjedzenia? Jesteś blada - zapytała również starszą siostrę.
Charlene podniosła zmęczony wzrok i słabo się uśmiechnęła.
- Herbatę. I kanapkę. Tylko nie z tuńczykiem. Na samą myśl o zjedzeniu teraz ryby jest mi niedobrze. - Jęknęła cierpiętniczo.
Vienne chwyciła Lynette za dłoń i poprowadziła ją wzdłuż ciemnego korytarza, kierując się na schody i ku kuchni. Zapaliła światło.
Lynette usiadła na drewnianym krześle z obeschniętą farbą odpadającą małymi płatami, przyglądając się Vienne szykującej kolację.
- Jesteś zła.
- Zdegustowana - odparła stanowczo.
- Nie gniewaj się na Char. Robi, co może.
- Wiem, Lyn. Nie przejmuj się mną. Przejdzie mi. Co widziałaś, jak go dotknęłaś?
- Nic. Morze. Czułam smak soli. Zimno.
Vienne podniosła wzrok, wbijając go ostrożnie w siostrę. Było między nimi sześć lat różnicy, a Lynette zdawało się, że to całe wieki.
- Mam nadzieję, że Charlene wie, co robi - powiedziała w końcu, stawiając przed Lynette talerz z grubą kanapką. Młodsza z dziewczynek ugryzła kawałek. Chleb był już suchy, ale mimo wszystko żołądek nie zaprotestował.
- Ona zawsze wie, co robi.
Vienne usiadła na krześle naprzeciwko i również ugryzła swoją porcję, krzywiąc się odrobinę.
- Obyś miała rację, Lyn.
Czekały niemalże do świtu, nim Charlene zeszła do kuchni, ledwo trzymając się na nogach. Jej ręce były zaróżowione, jakby źle domyła resztki krwi, a policzek wieńczyła czerwona smuga. Strój nadawał się już tylko do śmieci. Opadła ciężko na krześle, ukrywając twarz w dłoniach.
- Jak się czujesz? - zapytała z niezwykłą troską Vienne.
- Źle...
- Obudził się?
- Nie.
- Kim jest?
- Nie wiem.
- Długo zostanie? - drążyła Vienne.
- Nie sądzę.
Lynette przeskakiwała wzrokiem z siostry na siostrę, sama czując się bardzo zmęczona. Odchrząknęła niezręcznie, wyczuwając rosnące napięcie między nimi.
- Nie musicie iść jutro do szkoły. Zaraz napiszę telegram do dyrektor placówki, w którym postaram się wyjaśnić jakoś waszą nieobecność. Będę was tutaj potrzebować - odezwała się cicho Charlene po dłuższej chwili.
Vienne uśmiechnęła się szeroko.
- Cudownie! - Klasnęła w dłonie, podniosła się ze swojego miejsca i pobiegła od razu do sypialni.
Siostry przez chwilę wpatrywały się w plecy ginącej na schodach Vienne, gdzie jeszcze. To z nią Charlene miała najwięcej problemów i nie mogła pozbyć się uczucia, że ją zawiodła. Nie wiedziała, kiedy dokładnie oraz jak to naprawić, a te wszystkie myśli od wielu miesięcy spędząły jej sen z powiek.
- Przepraszam. - Tym wypowiedzianym cicho słowem Charlene zaskoczyła Lynette.
- Nie martw się Char, jutro będzie lepiej. - Uśmiechnęła się ciepło, mając nadzieję, że ten gest rozraduje najstarszą z sióstr, lecz tak nie było. Wiedziała, że w tych zmęczonych oczach kryje się znacznie więcej niż ten nieznajomy w sypialni ich rodziców. Nie powiedziała jednak nic więcej, tylko skierowała się do własnej sypialni.