Rozdział 2
Ze Sztokholmu wysłaliśmy telegram do Josepha Newmana, naczelnego moskiewskiej redakcji "Herald Tribune", z przewidywaną datą i godziną przybycia, po czym zadowoleni odpoczywaliśmy, w przekonaniu, że na miejscu będzie czekał na nas samochód i pokój hotelowy. Nasza podróż do Moskwy składała się z kilku etapów, z międzylądowaniami w Sztokholmie, Helsinkach i Leningradzie. Musieliśmy lecieć z Helsinek sowieckimi liniami lotniczymi, ponieważ żaden z zagranicznych przewoźników nie miał prawa latać do Rosji. Przelecieliśmy nad Bałtykiem i Zatoką Fińską do Helsinek lśniącym nieskalaną czystością szwedzkim samolotem. Bardzo ładna szwedzka stewardesa poczęstowała nas bardzo smacznymi szwedzkimi przekąskami.
Po bezproblemowej, wygodnej podróży wylądowaliśmy na nowiutkim helsińskim lotnisku, które dopiero niedawno zostało oddane do użytku. Gmach był duży i efektowny. Usiedliśmy przy restauracyjnym stoliku w oczekiwaniu na sowiecki samolot. Po około dwóch godzinach pojawiła się lecąca nisko nad ziemią stara maszyna typu C-47. Pokryta jeszcze warstwą brązowej wojskowej farby. Tylne koło eksplodowało w zderzeniu z płytą lotniska i samolot zaczął podskakiwać na sflaczałej oponie jak konik polny. To był jedyny wypadek, jakiego byliśmy świadkami podczas całej wyprawy, ale w tamtym momencie nie dodało nam to animuszu. Zaniedbana maszyna z odpryskującą brązową powłoką stanowiła niepokojący kontrast z błyszczącymi samolotami szwedzkich i fińskich linii lotniczych.
Kiedy wreszcie dotelepała się pod budynek, ze środka wysiadła grupa amerykańskich handlarzy futer, powracających z sowieckich targów. Cicha i przygnębiona gromadka. Podobno samolot przez całą drogę z Moskwy utrzymywał wysokość około stu metrów nad ziemią. Jeden z sowieckich członków załogi zszedł na dół, kopnął uszkodzoną oponę i wszedł na halę lotniska. Wkrótce się dowiedzieliśmy, że nie wystartujemy tego popołudnia. Musieliśmy przenocować w Helsinkach.
Capa zebrał dziesięć sztuk swojego bagażu i stał nad nimi jak kwoka nad kurczętami. Upewnił się, że wszystkie jego rzeczy zostaną umieszczone w zamkniętym pomieszczeniu, i raz po raz upominał obsługę lotniska, aby dobrze ich pilnowała. Straciwszy je z oczu, nie mógł się uspokoić ani na chwilę. Zazwyczaj wesoły i zrelaksowany, Capa zamieniał się w obsesyjnego tyrana, gdy chodziło o jego sprzęt fotograficzny.
Helsinki zrobiły na nas wrażenie smutnego, nieprzyjemnego miejsca. Choć zniszczenia wojenne nie były wielkie, miasto wyglądało na wymarłe. W hotelach panowała atmosfera żałoby, w restauracjach cisza, zespół na rynku grał ponure melodie. Żołnierze na ulicach wyglądali jak chłopskie dzieci, byli tacy młodzi i bladzi. Helsinkom brakowało życia i radości, jakby skapitulowały po dwóch wojnach i sześciu latach walk. Nie wiedzieliśmy, czy sytuacja gospodarcza miała na to wpływ.
Spotkaliśmy się w centrum z Atwoodem i Hillem, dziennikarzami "Herald Tribune", którzy pracowali nad materiałem o sytuacji społeczno-ekonomicznej krajów za tak zwaną żelazną kurtyną. Mieszkali we dwóch w jednym pokoju hotelowym, pełnym raportów, broszur, ankiet i zdjęć, i mieli jedną jedyną butelkę szkockiej, którą oszczędzali na jakąś bliżej nieokreśloną specjalną okazję. Whisky nie przetrwała zbyt długo, my okazaliśmy się tą specjalną okazją. Capa rozegrał jakąś smętną partyjkę remika, a potem poszliśmy spać.
Nazajutrz o dziesiątej rano byliśmy z powrotem na lotnisku. Opona tylnego koła samolotu została już zmieniona, ale nadal trwały jakieś prace nad drugim silnikiem.
Przez następne dwa miesiące lataliśmy bardzo wieloma sowieckimi samolotami pasażerskimi, wszystkie były do siebie podobne: odrapane, brązowe C-47, pozostałości amerykańskiej pomocy wojskowej. Istnieją nowsze maszyny, wyprodukowane w Związku Sowieckim, podobne do C-47, z trójkołowym podwoziem, ale nie lataliśmy nimi. Czterdziestki siódemki mają zniszczone dywany i tapicerkę, jednak silniki są utrzymywane w doskonałym stanie, a piloci sprawiają wrażenie bardzo dobrych. Załogi są większe niż nasze, nie wiemy, jak wygląda podział obowiązków, ponieważ nie mieliśmy możności wejścia do kokpitu. Za każdym razem, kiedy mieliśmy okazję tam zerknąć, w środku było sześć lub siedem osób, w tym stewardesa. Nie rozgryźliśmy, jakie są obowiązki stewardesy. Wydaje się unikać pasażerów, nie serwuje jedzenia. Pasażerowie doskonale radzą sobie sami, podróżując z zatrważającą ilością prowiantu.
W żadnym z samolotów, którymi lecieliśmy, nie działały wentylatory, nie było więc dopływu świeżego powietrza ani sposobu na wywietrzenie zapachów jedzenia, a czasami wymiocin. Powiedziano nam, że stare amerykańskie maszyny będą używane do czasu zastąpienia ich przez nowe, sowieckie.
Niektóre zwyczaje mogą się wydawać nieco dziwne Amerykanom przywykłym do naszych linii lotniczych. Brak pasów bezpieczeństwa. Zakaz palenia tylko na czas lotu, natychmiast po wylądowaniu pasażerowie zapalają papierosy. Nie lata się nocą - jeśli samolot nie ma szans na dotarcie do celu przed zachodem słońca, ląduje i czeka do rana. Samoloty latają dużo niżej niż nasze, chyba że jest burza. Nie stanowi to zagrożenia, ponieważ Rosja jest zupełnie płaska. Piloci nie mają najmniejszego problemu ze znalezieniem miejsca do awaryjnego lądowania.
Również sposób załadunku samolotu wydał nam się osobliwy. Po zajęciu miejsc przez pasażerów bagaże układano jeden na drugim w przejściu między siedzeniami.
Tego pierwszego dnia najbardziej zaniepokoił nas wygląd samolotu. Prezentował się jak niezdatny do użytku, wielki, odrapany gruchot. Jednak silniki były w doskonałym stanie technicznym i mieliśmy wspaniałego pilota, niepotrzebnie się więc denerwowaliśmy. Fakt, że nasze samoloty mają nowiutką, błyszczącą karoserię, nie wpływa przecież na jakość lotu. Znałem kiedyś pewnego mężczyznę, którego żona twierdziła, że samochód lepiej jeździ, kiedy jest umyty - chyba stosujemy tę logikę w odniesieniu do wielu innych spraw. Najważniejsze, aby samolot wzbił się w powietrze i dotarł bezpiecznie do celu. Rosjanie potrafią tego dokonać tak samo dobrze jak wszyscy inni.
Mieliśmy niewielu współpasażerów. Do Moskwy lecieli z nami sympatyczny islandzki dyplomata z żoną i dzieckiem, kurier z francuskiej ambasady ze swoim pakunkiem oraz czterech niezidentyfikowanych mężczyzn, którzy nie odezwali się ani słowem przez całą podróż. Nie wiemy, kim byli.
Capa, który zna wszystkie języki świata poza rosyjskim, poczuł się jak ryba wyjęta z wody. W każdym języku mówi z niewłaściwym akcentem. Po hiszpańsku z węgierskim, po francusku z hiszpańskim, po niemiecku z francuskim, akcent, w jakim mówi po angielsku, nie został jak dotąd zidentyfikowany. Rosyjskiego nie zna wcale, choć po miesiącu nauczył się kilku słów, które wymawiał z akcentem określanym jako uzbecki.
Wystartowaliśmy o jedenastej i polecieliśmy w stronę Leningradu. Z góry wyraźnie zobaczyliśmy blizny po długiej wojnie: okopy, pooraną ziemię, leje po bombach powoli porastające trawą. Im bliżej Leningradu, tym głębsze blizny i więcej okopów. Wiejski krajobraz oszpecony czarnymi, zwęglonymi ścianami spalonych domów. Niektóre rejony - te, w których toczyły się najzacieklejsze walki - wyglądały jak powierzchnia Księżyca. W okolicach Leningradu zniszczenia były największe, a okopy i fortyfikacje ze stanowiskami strzelniczymi wszędzie rzucały się w oczy.
Odczuwaliśmy niepokój związany z oczekiwaniem na kontrolę celną w Leningradzie. Trzynaście sztuk bagażu, tysiące lamp błyskowych i kabli, setki klisz i niezliczona ilość aparatów fotograficznych - sprawdzanie mogło potrwać wiele dni. Spodziewaliśmy się dokładnego przeszukania, ponieważ wieźliśmy ogromną ilość nowiutkiego sprzętu.
Nareszcie dotarliśmy do Leningradu. Przedmieścia były w ruinie, ale centrum miasta wydawało się prawie nietknięte. Samolot lekko przysiadł na płycie lotniska i wjechał na pas. Oprócz warsztatów i hangarów na lotnisku nie było żadnego budynku. Dwóch młodych żołnierzy uzbrojonych w duże karabiny i lśniące bagnety podeszło i stanęło obok naszego samolotu. Następnie na pokład weszli celnicy. Ich dowódca, drobny, uprzejmy człowieczek, odsłonił w uśmiechu błyszczące metalowe zęby. Znał jedno słowo po angielsku - yes. My znaliśmy jedno słowo po rosyjsku - da. Kiedy on mówił "yes", my odpowiadaliśmy "da", i wracaliśmy do punktu wyjścia. Po sprawdzeniu paszportów i pieniędzy wystąpił problem z bagażami. Musiały zostać otwarte i przeszukane w samolocie, nie można ich było wynieść na zewnątrz. Celnik był bardzo uprzejmy, bardzo miły i niesłychanie dokładny. Otwieraliśmy po kolei każdą z toreb, a on oglądał każdą rzecz z osobna. Nie szukał niczego szczególnego, po prostu był ciekaw. Czule gładził błyszczący sprzęt fotograficzny. Podnosił do góry każdą kliszę, ale nie miał do niczego żadnych zastrzeżeń. Po prostu interesowały go zagraniczne przedmioty. Odnieśliśmy przy tym wrażenie, że dysponuje nieograniczoną ilością czasu. Na koniec podziękował, tak nam się przynajmniej wydawało.
Wkrótce powstał kolejny problem, tym razem z podstemplowaniem naszych dokumentów. Celnik wyjął z kieszeni munduru gumową pieczątkę owiniętą gazetą i rozpakował ją.
Okazało się, że to wszystko, co posiada. Brakowało poduszeczki do tuszu. Najwyraźniej jednak nigdy jej nie miał, ponieważ wypracował sobie przemyślną strategię. Sięgnął do drugiej kieszeni po ołówek, polizał pieczątkę, po czym pomazał ją ołówkiem i przyłożył do papieru - i nic. Spróbował jeszcze raz - dalej nic. Na papierze nie pozostał najmniejszy ślad. Pomogliśmy mu. Wyjęliśmy swoje pióra i pomazaliśmy pieczątkę palcami umoczonymi w atramencie. Wreszcie dostaliśmy piękny stempelek. Celnik zawinął pieczęć w gazetę, schował z powrotem do kieszeni, przyjaźnie uścisnął nam dłonie i wysiadł z samolotu. Zapakowaliśmy torby i ułożyliśmy je w stertę na jednym z siedzeń.
Pod otwarte drzwi samolotu podjechał samochód ciężarowy, a w nim sto pięćdziesiąt nowiutkich mikroskopów zapakowanych w skrzynki. Na pokład weszła kobieta, szczupła i wysoka, o szerokiej słowiańskiej twarzy. Nigdy nie widziałem takiej siłaczki. Wnosiła ciężkie pudła do kabiny pilota, a kiedy tam już nie było miejsca, zaczęła je ustawiać w przejściu między siedzeniami. Była ubrana w niebieski kombinezon, trampki i chustkę. Miała wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i - podobnie jak nasz celnik - uśmiech z nierdzewnej stali, który wyglądał bardziej jak część maszynerii niż ludzkie zęby.
Kontrole celne to osobliwe pogwałcenie intymności, są niemiłe w każdych okolicznościach. Chyba jednak spodziewaliśmy się większych przykrości. Być może dlatego, że do pewnego stopnia uwierzyliśmy naszym ekspertom, którzy nigdy tu nie byli, i przygotowaliśmy się na obelgi i złe traktowanie. Nic takiego nie miało miejsca.
Wypełniony bagażami samolot wzbił się w powietrze i poszybował w kierunku Moskwy nad niezmierzonymi równinami, pełnymi lasów, gospodarstw rolnych, małych, jednobarwnych wiosek i żółtych snopów słomy. Lecieliśmy dosyć nisko, dopóki na naszej drodze nie pojawiła się chmura, wtedy pilot musiał zwiększyć wysokość. Deszcz zabębnił o szyby.
Nasza stewardesa była postawną blondynką o dużych piersiach i macierzyńskim wyglądzie, wydawało się, że jej jedynym obowiązkiem jest noszenie butelek różowej oranżady do kabiny pilotów przez labirynt skrzynek z mikroskopami. Zaniosła tam też bochenek czarnego chleba.
Zaczął nam doskwierać głód, nie jedliśmy śniadania i nie mieliśmy widoków na kolejny posiłek. Gdybyśmy mogli porozumieć się z obsługą, błagalibyśmy o kromkę chleba, ale nie umieliśmy zrobić nawet tego.
Około czwartej zniżyliśmy lot, wynurzając się z wielkiej deszczowej chmury, i zobaczyliśmy po lewej stronie olbrzymie miasto z przecinającą je rzeką. Moskiewskie lotnisko było ogromne. Część lądowiska pokryta asfaltem, a część porośnięta długą trawą. Wokół stały setki, dosłownie setki, samolotów, stare amerykańskie C-47 oraz mnóstwo nowych sowieckich maszyn o trójkołowych podwoziach i lśniących aluminiowych wykończeniach.
Zbliżając się do potężnego, imponującego budynku, wypatrywaliśmy przez szybę znajomych twarzy, kogoś, kto by na nas czekał. Padał deszcz. Wysiedliśmy i pozbieraliśmy bagaże w strumieniach deszczu. Odczuwaliśmy dojmującą samotność. Nikt na nas nie czekał. Nie zobaczyliśmy ani jednej znajomej twarzy. Nie mogliśmy nikogo spytać o drogę, nie mieliśmy rosyjskich pieniędzy. Nie wiedzieliśmy, dokąd się udać.
Z Helsinek wysłaliśmy telegram do Joe Newmana z informacją, że przylecimy dzień później. Ale Joe Newmana nie było. Nie było nikogo. Jacyś niezwykle krzepcy tragarze chwycili nasz dobytek, zanieśli w stronę drzwi wyjściowych i czekali na zapłatę, a my nie mieliśmy czym zapłacić. Nie umieliśmy nawet odczytać, dokąd jadą mijające nas autobusy, poza tym były tak zatłoczone i tyle ludzi czekało, żeby do nich wsiąść, że nie było mowy, abyśmy się zmieścili do któregokolwiek z nich ze swoimi trzynastoma sztukami bagażu. Tymczasem niezwykle krzepcy tragarze czekali na swoje pieniądze. Byliśmy głodni, zmoknięci, wystraszeni i czuliśmy się całkiem osamotnieni.
Wówczas zjawił się kurier z francuskiej ambasady. Pożyczył nam pieniądze na napiwki dla tragarzy, następnie zapakował nasze torby do samochodu, który po niego przyjechał. Bardzo miły człowiek. Uratował nam życie, ponieważ byliśmy bliscy popełnienia samobójstwa. Jeżeli kiedyś to przeczyta, pragniemy mu jeszcze raz podziękować. Zawiózł nas do hotelu Metropol, w którym podobno zatrzymał się Joe Newman.
Nie mam pojęcia, dlaczego lotniska są umiejscowione tak daleko od miast, do których podobno przynależą, ale to fakt, i Moskwa nie jest pod tym względem wyjątkiem. Lotnisko od miasta dzieli wiele, wiele kilometrów, mijaliśmy lasy iglaste oraz niekończące się pola ziemniaków i kapusty. Niektóre drogi były gładkie, a niektóre mocno wyboiste. Francuski kurier przewidział wszystko. Wysłał kierowcę po jedzenie, tak więc w drodze do Moskwy zjedliśmy pierożki, małe pulpety i szynkę. Zanim dotarliśmy do hotelu Metropol, czuliśmy się o wiele lepiej.
Metropol był dość okazały - marmurowe schody, czerwone dywany i pozłacana winda, która czasem działała. Poza tym recepcjonistka mówiła po angielsku. Zapytaliśmy o nasze pokoje. Nie znała naszych nazwisk, nikt nie robił na nie rezerwacji. Nie mieliśmy żadnych pokoi.
Uratowali nas Alexander Kendrick z "Chicago Sun" i jego żona. Zapytaliśmy, gdzie się podział Joe Newman.
- Ach, Joe! Nie ma go od tygodnia. Pojechał do Leningradu na targi futer.
Zatem nie czytał telegramów, nic nie zostało przygotowane, nie było dla nas pokoi. Oczekiwanie, że dostaniemy pokoje bez wcześniejszej rezerwacji, byłoby niedorzecznością. Sądziliśmy, iż Joe nawiązał kontakt z jakąś sowiecką agencją, która się wszystkim zajęła. Ponieważ jednak go nie było i nie dostał od nas wiadomości, Rosjanie nic nie wiedzieli o naszym przybyciu. Kendrickowie zaprosili nas do swojego pokoju, poczęstowali wędzonym łososiem i wódką. Dzięki nim poczuliśmy się jak mile widziani goście.
Nie byliśmy już samotni i zagubieni. Postanowiliśmy zamieszkać w pokoju Newmana, aby go ukarać. Używaliśmy jego ręczników, mydła i papieru toaletowego. Wypiliśmy butelkę jego whisky. Spaliśmy na jego kanapie i w jego łóżku. Uznaliśmy, że przynajmniej tyle może zrobić, by nam wynagrodzić nasze cierpienie. Uzgodniliśmy, że fakt, iż nie wiedział o naszym przylocie, ani trochę go nie usprawiedliwiał. Zasługiwał na karę. Zatem wypiliśmy następną butelkę jego szkockiej whisky. Wtedy jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy, jaka to zbrodnia. Wśród amerykańskich dziennikarzy w Moskwie istnieje pewien rodzaj nieuczciwej rywalizacji, ale my przekroczyliśmy wszelkie granice. Nie wypija się koledze whisky.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI