W czasach pokoju, w nowoczesnym świecie, człowiek myślący i rozważny ma większe szanse postradać życie na ulicach wielkich miast niż w najdalszych rejonach globu, ale atawistyczny pęd do ryzyka pozostał, a jego zaspokajanie nazywane jest przygodą. Poszukiwacz przygód nie zadowoli się jednak pokonaniem pod prąd Market Street w San Francisco. Zafunduje sobie natomiast masę kłopotów i wydatków, żeby dać się zabić na morzach południowych. Wypuści się w canoe na burzliwe wody, wedrze się na pustynię bez wystarczających zapasów żywności i narazi swój nieuodporniony organizm na dziwne wirusy. To właśnie jest przygoda. Możliwe, że jego przodek, znudzony monotonnymi atakami tygrysa szablastozębnego, tęsknił za dobrymi, starymi czasami pterodaktyli i triceratopsów.
Nie mieliśmy w sobie awanturniczej żyłki. Zamierzaliśmy zbierać morskie stworzenia w odległych stronach, w określone dni i o określonych porach, oznaczonych na tabelach pływów. Żeby osiągnąć cel, trzeba było tylko w miarę możności unikać przygód. Zakładaliśmy przyzwoitą rezerwę czasu i zabranie trochę większych zapasów sprzętu i prowiantu. Żaden z nas nigdy nie ulegał temu osobliwemu znudzeniu, z którego rodzą się poszukiwacze przygód lub brydżyści.
Najpierw trzeba było wynająć statek. Musiał być solidny i na tyle duży, by można nim wypłynąć na pełne morze, na tyle wygodny, by dało się na nim mieszkać przez sześć tygodni, przestronny, by można było pracować, ale płytko zanurzony, by wchodził do małych zatoczek. Sejnery z Monterey wydawały się idealne do tego celu. To niezawodne kutry z wygodnymi kajutami i obszerną ładownią. Ponadto w marcu i kwietniu jest już po sezonie na sardynki, statki stoją więc na cumach. Sądziliśmy, że łatwo będzie znaleźć coś odpowiedniego, jako że blisko setka jednostek czekała na kotwicy za falochronem. Poszliśmy na przystań i rozpuściliśmy wieści, że szukamy kutra do wynajęcia. Wiadomość się rozeszła, i owszem, ale nie nastąpił masowy napływ ofert. Szczerze mówiąc, nie było ani jednej. Dopiero później stopniowo odkrywaliśmy sposób myślenia właścicieli łodzi. Nasze plany ich zaniepokoiły. Włosi, Słowianie, paru Japończyków - to byli przede wszystkim rybacy łowiący sardynki. Nie akceptowali tych, którzy łowili co innego. Nie mieli też zaufania do zajęć na lądzie - budowania dróg, produkcji czy murarki. Wynikało to w ich przypadku raczej z zaangażowania niż niewiedzy. Wszystkie myśli i uczucia, do jakich zdolny jest człowiek, skupili na łowieniu sardynek; na nic innego nie pozostało miejsca. Przykład tego mieliśmy później, już na morzu. Hitler najechał Danię i posuwał się w kierunku Norwegii; w każdej chwili mogła się zacząć inwazja na Anglię; nasze radio sparaliżowały zakłócenia, a świat zmierzał w stronę piekła. Wreszcie przez trzaski i szumy na falach krótkich ktoś z naszej załogi nawiązał kontakt z innym kutrem. Potoczyła się rozmowa:
- Tu "Western Flyer". To ty, Johnny?
- Taa; to ty, Sparky?
- Aha, tu Sparky. Ile złowiliście?
- Dopiero piętnaście ton; zgubiliśmy dziś ławicę. Ile macie?
- Nie łowimy.
- Dlaczego?
- Ech, płyniemy do Zatoki zbierać rozgwiazdy, robaki i inne takie.
- Co ty? Dobra, OK, Sparky, kończę.
- Zaczekaj, Johnny. Mówisz, że macie tylko piętnaście ton?
- Tak jest. Jak będziesz gadał z moim kuzynem, powiedz mu to, dobra?
- Dobra, Johnny, powiem. Na "Western Flyerze" wszystko w porządku.
Hitler wkroczył do Danii i Norwegii, Francja upadła, Linia Maginota była stracona, ale nie wiedzieliśmy o tym, znaliśmy natomiast wielkość codziennego połowu każdego kutra w promieniu czterystu mil. Na to po prostu człowiek był tu nastawiony. To samo dotyczyło wynajmowania statku. Właściciele nie okazywali nam nieufności, nawet nas nie słuchali, bo nie do końca mogli uwierzyć, że istniejemy. Byliśmy po prostu śmieszni.
Czasu robiło się coraz mniej, zaczynaliśmy się niepokoić. W końcu któryś z właścicieli łodzi zaproponował nam swój kuter za rozsądne pieniądze i byliśmy już gotowi przyjąć ofertę, kiedy nagle wywindował cenę do niebywałej wysokości i zniknął. Przeraził się własnej decyzji. Podniósł cenę nie po to, żeby nas naciągnąć, ale by wycofać się ze sprawy.
Problem stawał się coraz poważniejszy i wtedy do zatoki Monterey wpłynął Anthony Berry na "Western Flyerze". Nasz pomysł wcale go nie zdziwił; Tony czarterował już swój statek na rządową akcję znakowania łososi na Alasce i przywykł do różnych niedorzeczności. Był przy tym człowiekiem inteligentnym i tolerancyjnym. Wiedział, że ma swoje dziwactwa i że miewają je też niektórzy z jego przyjaciół. Był skłonny pozwolić na wszelkie szaleństwa, jakie nam przyjdą do głowy, pod warunkiem że: (1) zapłacimy przyzwoicie, (2) powiemy mu, dokąd ma płynąć, (3) nie będziemy go zmuszać, by narażał kuter na niebezpieczeństwo, (4) wrócimy w ustalonym terminie i (5) nie będziemy go wciągać w nasze głupoty. Statek czekał, a Tony szykował się do drogi. Był to spokojny i bardzo poważny młody człowiek, przy tym dobry szyper. Znał się trochę na nawigacji - rzecz rzadka we flocie rybackiej - i wykazywał naturalną rozwagę, za którą go podziwialiśmy. Kuter był nowy, wygodny i czysty, a silniki w dobrym stanie. Wynajęliśmy go.
Miał siedemdziesiąt sześć stóp długości i dwadzieścia pięć szerokości, silnik nawrotny Diesla o mocy stu sześćdziesięciu pięciu koni wyciągał do dziesięciu węzłów. W pokładówce mieściły się sterownia, kabina kapitana, w której stał nadajnik radiowy, wspólna bardzo wygodna kajuta z kojami, a z tyłu kambuz. Za kambuzem było zejście do ładowni na ryby, a jeszcze dalej wielkie urządzenie do wyciągania sieci. Kuter miał dwie lekkie łodzie wiosłowe - dwudziesto- i dziesięciostopową. Na silnik aż przyjemnie było popatrzeć - nieskazitelnie czysty, z ruchomymi częściami lśniącymi od oleju i obudową świeżo pomalowaną na zielono. Podłoga w maszynowni była uprzątnięta; wypucowane narzędzia wisiały na swoich miejscach. Jeden rzut oka na maszynę wystarczał, by nabrać zaufania do szypra. Widzieliśmy wiele silników na statkach rybackich, ale perfekcja, jaką zastaliśmy na "Western Flyerze", wcale nie była rzeczą powszechnie spotykaną.
Do załogi zgodziliśmy mechanika Teksa Travisa i dwóch marynarzy: Sparky'ego Eneę i Tiny'ego Colletto. Żaden z tej trójki nie palił się zbytnio do podróży, ponieważ cała rzecz pachniała szaleństwem. Nikt z nas nie był wcześniej w tamtych stronach, tylko Tony dotarł kiedyś do przylądka San Lucas, a Zatoka ma, niestety, kiepską opinię. Zachowali się naprawdę ładnie, godząc się z nami popłynąć.
Nie wiadomo jak i kiedy, ale nastawienie do nas zmieniło się, i to bardzo szybko. Może dlatego, że Tony Berry znany był jako człowiek rozważny, który nie pozwoliłby sobie na żadne głupoty, a może po prostu wszyscy odetchnęli z ulgą, że sprawa została załatwiona. Nagle i niespodziewanie sypnęły się oferty pomocy. Jedni chcieli wyruszyć z nami za darmo. Sparky'emu zaproponowano za jego miejsce odstępne wyższe od wynagrodzenia, jakie miał dostać od nas. Mógł odsprzedać swoją robotę, zostać w Monterey i wydawać pieniądze. Ale odmówił. Udział w naszym przedsięwzięciu stał się zaszczytem. Chętnych do pomocy było więcej, niż potrzebowaliśmy, a rad, jakich nam udzielono, wystarczyłoby do uruchomienia wszystkich flot świata.
Nie wiedzieliśmy, co o wyprawie myśli załoga, ale później, podczas rejsu, wszyscy się sprawdzili, także przy zbieraniu - czasem dawali się nieco ponieść emocjom, jak Tiny, który oburzył się, że został uszczypnięty kleszczami, i wypowiedział wojnę na śmierć i życie całemu gatunkowi czerwonych krabów Sally Lightfoot, ale generalnie dowiedli, że mają dryg i potrafią pracować szybko.
Umowa czarterowa została podpisana z godnością i należytą powagą. Nie można takiego aktu potraktować lekko i niefrasobliwie, gdyż prawo przy tej okazji przewiduje albo przypomina najbardziej ponure i wymyślne siły wyższe, które, jak napisano, nie tylko mogą, ale wręcz nieuchronnie nas dopadną. Tak więc wiadomo, kto i co na statku powinien robić w razie katastrofy, napotkania podwodnych skał, śmierci na morzu w jej najstraszniejszych i najbardziej zdumiewających wydaniach, uszkodzenia poszycia i stępki, braku wody albo buntu na pokładzie. Po intercyzie małżeńskiej i wyroku śmierci umowa na wyczarterowanie kutra jest najbardziej złowieszczym dokumentem, jaki kiedykolwiek napisano. Karami są zresztą zagrożone obie strony i jeśli któregoś ranka wschód słońca zastanie twój statek na środku pustyni Mojave, wystarczy, że zajrzysz do umowy, a dowiesz się, kto jest winien i jakiej karze podlega. Trzeba było kilku godzin, byśmy otrząsnęli się z uroczystego nastroju, jaki nam ten akt narzucił. Postanowiliśmy zmienić nasze życie na lepsze i pospłacać długi, a co najmniej jeden z nas przez pełną świętej grozy chwilę rozważał złożenie ślubów czystości.
Czarter został więc podpisany i na "Western Flyera" zaczęły napływać zapasy prowiantu. To zdumiewające, ile jedzenia potrzebuje siedmiu ludzi, żeby przeżyć sześć tygodni. Pudła spaghetti, niezliczone skrzynki brzoskwiń, ananasów, pomidorów, sery Romano, puszki mleka pakowane po kilka razem, mąka zwykła i kukurydziana, galony oliwy z oliwek, przecier pomidorowy, krakersy, puszki z masłem i z dżemem, ketchup i ryż, fasola i bekon, konserwy mięsne, jarzyny i zupy w puszkach - całe ciężarówki jedzenia. Wszystko to załoga z wielką radością ładowała na statek. Zapasy znikały w szafkach i pod małymi klapami w podłodze kambuza, część skrzynek trafiła pod pokład.
Zbieranie okazów zwierząt nie było dla nas nowością, ale do tej pory pracowaliśmy głównie w strefie umiarkowanej. Ekwipunek potrzebny do prac na stanowiskach, a potem do konserwowania i przechowywania zbiorów dobieraliśmy, mając już doświadczenia zdobyte na innych wodach i przewidując trudności, jakie wynikną w gorącym, wilgotnym klimacie. W niektórych przypadkach mieliśmy rację, w innych mocno się pomyliliśmy.
Na małym kutrze biblioteka powinna być łatwo dostępna i zajmować niewiele miejsca. Zbudowaliśmy więc solidną, wzmocnioną stalą skrzynię z opuszczanym frontem tworzącym biurko. Mieści ona około dwudziestu dużych tomów i ma dwa pojemniki na papiery: jeden na odbitki artykułów naukowych, drugi na listy; jest też małe metalowe pudełko na pióra, ołówki, gumki, spinacze, taśmę mierniczą, nożyczki, etykietki, szpilki, gumki recepturki i podobne rzeczy. W innej przegródce jest miejsce na zbiór kart w formacie trzy na pięć cali. Są schowki na koperty, na duże i małe dokumenty, na papier maszynowy, kalkę, pudełko na tusz i klej. Na odkładanym blacie mieści się walizkowa maszyna do pisania, deska kreślarska i przykładnica. Jest też długa, wąska przegródka na zwinięte tabele i mapy. Po zamknięciu cały ten mebel mierzy czterdzieści cztery cale długości na osiemnaście szerokości i tyleż wysokości; zapełniony waży od trzystu do czterystu funtów. Zaprojektowano go tak, by stał na niskim stole albo nieużywanej koi. Zajmuje niewiele miejsca, zawiera wszystko, co trzeba, i łatwo w nim znaleźć każdą rzecz. Zabraliśmy go na "Western Flyera". Okazało się jednak, że nie ma stołu, na którym mógłby stanąć. Nie pasował też do koi. Nie mógł zostać na pokładzie ze względu na wilgoć. W końcu przymocowaliśmy go do barierki na dachu pokładówki, przykryliśmy kilkoma warstwami brezentu i obwiązaliśmy liną. Z racji kołysania statku musiał być cały czas umocowany. Trzeba było dziesięciu minut, by zdjąć plandeki, rozwiązać liny, otworzyć pokrywę, przecisnąć się pomiędzy dwiema skrzynkami pomarańczy, odczytać do góry nogami tytuł szukanej książki, wyjąć ją, zamknąć skrzynię, przykryć i obwiązać z powrotem. Gdybyśmy mieli niski stół albo większą koję, byłoby to jednak doskonałe rozwiązanie.
Dzięki wielu podobnym drobnym błędom doszliśmy do wniosku, że wyprawy w mało znane strony powinno się odbywać dwa razy - raz, by te błędy zrobić, i drugi raz, by je poprawić. Kłopot w tym, że ci, którzy pracowali w tym rejonie przed nami, nigdy nie pisali o sprzęcie, jakiego używali, ani o tym, co w nim się sprawdziło, a co nie. Postanowiliśmy, że w naszej relacji będzie inaczej.
Biblioteka na "Western Flyerze" zawierała wszystkie dostępne w tym czasie nadbitki tekstów na temat fauny Ameryki Środkowej i Zatoki. Prócz tego podstawowe prace takich autorów jak Johnson i Snook, Ricketts i Calvin, Russell i Yonge, Flattely i Walton. Mieliśmy Muszle Zachodniego Wybrzeża Keepa, trzytomową monografię Fishera o rozgwiazdach, monografię Rathbuna Marine Decapod Crustacea of California (Morskie skorupiaki dziesięcionogi Kalifornii) Schmitta, Hydroids (Stułbiopławy) Frasera, Ryby morskie południowej Kalifornii Barnharta, Locję dla wybrzeża Pacyfiku i mapy całego regionu, w większej i mniejszej skali.
Sprzętu filmowego mieliśmy aż nadto, ponieważ ani razu go nie użyliśmy. Była tam znakomita niemiecka lustrzanka i ośmiomilimetrowa kamera filmowa z trójnożnym statywem, światłomierzami i całą resztą. Zabrakło tylko operatora. Podczas odpływów pracowaliśmy na stanowiskach; nikt wówczas nie miał czasu, by wycierać ręce i sięgać po aparat. Później ważne było usypianie, zabijanie, konserwowanie i opatrywanie etykietami poszczególnych okazów; nadal więc nikt nie robił zdjęć. Był to błąd w kompletowaniu zespołu. Należało zabrać operatora, który zajmowałby się wyłącznie zdjęciami.
Sprzęt służący do zbierania był dobry. Zabraliśmy łopaty, drągi i szerokie noże do zdejmowania uchowców, sieci, kasarki z długimi trzonkami, przynęty na ryby i siedmioogniwowe latarki do pracy nocą. Skrzynie i pojemniki wędrowały do ładowni "Western Flyera" bez końca. Drewniane pudełka z przynętą; dwadzieścia baryłek z twardej jodły z ocynkowanymi obręczami, o pojemności piętnastu i trzydziestu galonów; skrzynki galonowych słojów, zakręcane słoiki o pojemności kwarty, pinty, ośmiu uncji, pięciu i dwóch uncji; kilkaset zamykanych korkami fiolek w czterech podstawowych wielkościach: 100 × 33 mm, sześcio-, cztero- i dwudramowych. I do tego jeszcze osiem zakręcanych słoi o pojemności dwóch i pół galona. A mimo to zabrakło nam pojemników i pod koniec wyprawy musieliśmy szukać miejsca w tych, które już były pełne. Szkoda, bo wiele delikatnych organizmów powinno się konserwować oddzielnie, żeby ich nie uszkodzić.
Jeśli chodzi o chemikalia, to załadowaliśmy na statek pięćdziesięciogalonową beczkę formaldehydu i baryłkę z piętnastoma galonami denaturatu. Z góry było wiadomo, że to nie wystarczy. Trzeba było uzupełnić zapasy w Guaymas, gdzie kupiliśmy dziesięć galonów czystego alkoholu z cukru. Do usypiania zabraliśmy dwa galony soli gorzkiej rodzimej, której zresztą też nam zabrakło, i też musieliśmy dokupić jej w Guaymas. Mentol, kwas chromowy i nowokaina, środki zwiotczające dla zwierząt, wchodziły w skład zestawu chemicznego. Do preparowania mieliśmy płytki szklane i strunę, stosy gumowych rękawic, menzurki, kleszcze i skalpele. Dwuokularowy mikroskop firmy Bausch & Lomb A.K.W. zaopatrzony był w dwunastowoltową żarówkę, ale na rozkołysanym statku tak trudno było ustabilizować oświetlenie, że zwykle używaliśmy latarki punktowej. Do utwardzania i konserwowania zabraliśmy piętnasto- i dwudziestogalonowe ocynkowane pojemniki. Na koniec emaliowane i szklane kuwety do układania okazów i małe akwarium do prowadzenia badań.
Skład apteczki został bardzo starannie przemyślany. Był w niej nembutal, pikrynian butambenu na oparzenia słoneczne, tysiąc dwugranowych kapsułek chininy, maść z dwuprocentowym tlenkiem rtęci na skaleczenia skorupiakami, środki przeczyszczające, woda amoniakalna, merkurochrom, jodyna, alkaroid, i na koniec trochę whisky do celów medycznych. Ta ostatnia wprawdzie nie dotrwała do wyjścia z portu, ale ponieważ w całej podróży nikt nie zachorował, chyba dobrze spełniła swoje zadanie.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI