Pod znakiem człowieka
Mario De Micheli
Dziś Carpi ma osiemdziesiąt pięć lat[1]. Zdążył sportretować rzeźbiarza Medarda Rossa bez marynarki, wachlującego się szerokim wachlarzem - skrajny obraz mediolańskiej cyganerii - oraz tragiczne "strzępy z kamienia", w które zamieniali się więźniowie w niemieckim obozie w Gusen. Dwie odległe od siebie epoki, nie tyle ze względu na liczbę dni, która je dzieli, co z uwagi na historię, która zdaje się być tak radykalnie odmienna. Czy można zatem stwierdzić, że Carpi doświadczył brutalnie życia w nowoczesnej "fabryce śmierci", mając duszę, myśli, uczucia człowieka wychowanego w innym okresie i niemalże niewierzącego w istnienie jakiejkolwiek przemocy stosowanej w metodyczny i funkcjonalny sposób? Chyba tak, przynajmniej po części. Czytając jego dziennik, odczuwa się od samego początku wstręt Carpiego do uznania aktywnej obecności zła w sercach bliźnich, do przyznania, że ludzie stali się zdolni do zorganizowania masowej zbrodni z premedytacją, rozmyślnie. Przekonanie, że przestępstwo jest obcą "niekonsekwencją" w logice istnienia ludzkiego, nawet na chwilę nie opuszcza Carpiego. To właśnie stąd wypływa wysoki i natchniony ton dziennika, niezwykle stała i niezłomna energia wiary jego autora w ludzkie wartości, wiara mimo wszystkich dowodów przeciwnych.
Do jakiego jednak stopnia można zwyczajnie przypisywać tę "cnotę" Carpiego jego wychowaniu, które jest inne od naszego, jego humanistycznej wizji przyrody, charakterystycznej dla pewnej epoki, od której oddzielają nas bezpowrotnie niebywałe nadużycia władzy? W niektórych słowach Carpiego zawarta jest głębia, która napawa strachem; jest w nich oślepiająca bystrość. Niekiedy odnosi się wrażenie, że zawierają one bardziej odczuwanie przyszłości, pewien rodzaj zapowiedzi przyszłego przeznaczenia człowieka niż mądrość przeszłości. Lecz być może nie warto nawet zajmować się podobnym problemem. Liczy się przede wszystkim to, aby przeczytać te stronice, stronice Dziennika z Gusen, pozwalając, by jego słowa przeniknęły do naszego wnętrza wraz z niesamowitą siłą swojej prostoty i przejrzystości, ze spontaniczną autentycznością, która podyktowała je wewnątrz jednego z najbardziej przerażających miejsc eksterminacji podczas drugiej wojny światowej, gdy zanotowanie na kartce choćby jednej tylko uwagi mogło oznaczać śmierć. Każde słowo zapisane na papierze jest rzeczywiście słowem wyrwanym śmierci, co nadaje mu szczególne znaczenie, ukrytą moc. Inni więźniowie tego samego obozu, którzy jeszcze przed Carpim zdecydowali się na taki sam krok, zostali zdemaskowani i zamordowani. On sam o tym wiedział, towarzysze niewoli bez przerwy go przed tym przestrzegali: "Piszesz? O czym? Nie wiesz, że to jest tu niebezpieczne, bo zakazano całkowicie pisania i trzymania w kieszeni zapisków? (...) Jeśli zrobią rewizję czy przeszukanie i znajdą te zapiski, jesteś zgubiony". Carpi nie zrezygnował jednak z pisania, a świadomość śmiertelnego niebezpieczeństwa, które mu przy tym towarzyszyło, stała się surowym filtrem prawdy.
Czasami zdaje się, że autor dywaguje, zatraca się w wyobrażeniu bez poparcia, gubi się w peryferyjnych szczegółach, lecz w rzeczywistości mówi zawsze o istocie rzeczy, ujawnia bezpośrednio lub pośrednio dramatyczne granice ludzkiej kondycji, sprowadzonej do najniższego stopnia, niewiele ponad nicość, na skraj lub też jeszcze niżej - z powodu osłabienia albo za sprawą jednego z wielu sposobów, za pomocą których strażnicy "nazistowskiego porządku" zarządzali sprawami obozu - od tortur po komory gazowe. Gdzie można poczuć najostrzejszą, spazmatyczną tęsknotę za przyrodą, jeżeli nie tam, gdzie jest ona zakazana, jeżeli nie za ogrodzeniem z drutu kolczastego pod wysokim napięciem, który razi palącą błyskawicą tych, którzy chcą je pokonać? Gdzie można zrozumieć wartość najmniejszego gestu, najskromniejszego przedmiotu, najmniej znaczącego szczegółu, jeżeli nie w miejscu, w którym próbuje się sprowadzić życie do jedynej, anonimowej sekwencji potworności, do upokarzającego, bezlitosnego niedostatku, w którym dochodzi do degradacji wszelkiego poczucia godności, szacunku dla sumienia? Strony zapisane przez Carpiego noszą ślad nieustannej walki toczonej po to, aby nie schodzić poniżej poziomu własnej świadomości, poniżej poziomu człowieczeństwa, a także ślad walki przeciw próbie zniszczenia w człowieku każdej jednej cząstki moralnego i intelektualnego wizerunku. Właśnie dlatego nie można nazwać ich dywagacjami. Są cenne, ponieważ nie są wspomnieniami, czyli rozdziałami książki napisanej już "po", lecz stanowią dokument pisany w ogniu wydarzeń. Carpi, podobnie jak niektórzy więźniowie-lekarze, miał większe szanse na przeżycie pomimo nieco zaawansowanego już wieku. Bycie malarzem pozwoliło mu pisać i uratować się, choć również nad nim wisiało niebezpieczeństwo. Posłużyło mu do przezwyciężenia sytuacji, której w inny sposób nie mógłby znieść. Lecz czego i czyim jest malarzem? Pisze w Dzienniku: "(...) maluję tu z workiem na głowie, nie widząc przyrody oprócz tej jej cząstki, którą dostrzega się ponad murem - wierzchołek jakiegoś drzewa, kawałek pagórka z lasem sosnowym, jakiś zamieszkały dom (tak sądzę, bo nie widzę tam nigdy żywego ducha) i niebo. Tu, w Gusen, niebo jest ładne, ładniejsze niż w Mauthausen. Jest bardziej zróżnicowane i nasłonecznione; tam panowała wiecznie szara zima (tak mi się zdawało, być może dlatego, że czułem się źle). Ale muszę malować to, co interesuje "ich" - bo koniecznie musi "ich" interesować - w przeciwnym razie ta odrobina wygody, którą sobie tu wywalczyłem, będzie stracona, a dla mnie oznaczałoby to śmierć. (...) Wymyślam krajobrazy, sceny morskie i maluję portrety z fotografii. Kilka portretów namalowałem nawet na żywo, ale zawsze odnoszę wrażenie, że nie jestem malarzem, że już nim więcej nie będę". Była to dla niego nowa kara, choć to od niej zależała możliwość ocalenia - Carpi stał się niczym człowiek skazany na przymusowe malarstwo. Ta praca "mnie męczy (...), gdyż brakuje jej środków i zasad. To jakby jeść chleb bez soli, pić kawę zrobioną z fusów, posilać się zimnym rosołem".
Ci, którzy znają malarstwo Carpiego, mogą bez trudu zrozumieć jego cierpienie - cierpienie człowieka skazanego na przymusowe malowanie obrazów, bez natchnienia, bez kontaktu z rzeczywistością, którą można by pokochać, o której można by fantazjować. Carpi w malarstwie odstępował zawsze od reguł, odrzucał z zasady programy estetyczne, programy grup i kierunków w sztuce. W swoim czasie nie interesował go ani futuryzm, ani metafizyka, ani też ruch artystyczny "Novecento". Wolał zawsze dokonywać swoich wyborów, które czyniły go szczęśliwym i wolnym, podążać kapryśną ścieżką własnej fantazji w serdecznej relacji z naturą, w porywie uczuć. W zasadzie poetyka awangardowa jawiła mu się zawsze jako przymus, który zupełnie nie nadaje się do świeżej egzaltacji duchowej własnego talentu. W takim duchu Carpi namalował swoje apologie - symboliczne "maski", których każde możliwe znaczenie wyjaśniał z przyjemnością, krajobrazy pełne drzew, pejzaże morskie przeładowane ludźmi i łąki, na których, być może, spaceruje lub śpi samotny poeta. Kontemplacja natury, koncentrowanie się w jej objęciach, wchodzenie w kontakt z boskim strumieniem wszechświata - to było jego prawdziwa poetyka. Natomiast tu Carpi był zmuszony do malowania - czyli do dostarczania daru życia - dla funkcjonariuszy śmierci. Na nic więcej nie pozwolono mu w tamtym hitlerowskim piekle.
Carpi miał jednak swoje bogactwa, z których mógł korzystać czasami, bowiem także to było ryzykowne. Istnienie tych "bogactw" ukazują strony, na których autor nagle poszerza temat, fragmenty, w których dusza wypływa w niezwykły sposób poza potworności obozu. Jednym z bogactw jest myślenie o Bogu jako zapewnieniu, że istnieje nadzieja, jako o pierwszym fundamencie świadomości; innym bogactwem, największym, jest myśl o rodzinie. To właśnie dlatego dziennik został napisany w formie listów skierowanych do Marii, żony i matki Fiorpingiociopapié (imię, które Carpi stworzył, łącząc początkowe litery imion swoich sześciorga dzieci). Ku tym dwóm myślom oraz ku refleksji o naturze-pocieszycielce zwracał się w obozie w Gusen za każdym razem, gdy odczuwał najsilniej swoją fizyczną kruchość i gdy siła jego własnego ciała zanikała i groziła zgaśnięciem: "Jak się dzisiaj czuję, nie wiem. Jest mi zimno i czuję głód. Wydaje się, że jestem słaby. A jednak dziś przychodziły mi do głowy najpiękniejsze melodie klasyczne usłyszane i zapamiętane w domu; i śpiewałem. Chyba nadszedł wieczór. Gdy człowiek śpiewa, wymyka się i zapomina, gdy pracuje ciężko, wraca do podstaw, do rzeczywistości. Ja jestem u podstaw samego siebie, lecz nie rozpaczam, nie czułem się nigdy zdesperowany - zachowuję zawsze spokój, mam nadzieję, patrzę wysoko i w dal. Dwie pewne rzeczy znajdują się poza tym cienkim murem - Bóg i wy; wystarczy, że raz zadrżę, a ta ściana poruszy się niczym błona bębenkowa, by powiadomić mnie, że zaraz za tym murem jest miłość i nadzieja. Myślenie o tym sprawia mi niemalże radość; sprawia niemalże radość nawet wtedy, gdy boję się nieustannie o nas samych, gdy jestem niepewny każdej chwili, która nadejdzie w naszym życiu pośród przerażenia, które może w nas urosnąć, gdy tylko rozejrzymy się dookoła. Myślenie o tym jest radością, jak powiedziałem; muzyką duszy, która drży i pozwala nam poczuć swoją prawdziwą obecność, swój rzeczywisty udział w życiu wszechświata. Wydaje się, że jakiś tajemniczy wiatr, nie wzmagając zawieruchy, pcha nasz okręt w kierunku tych szlaków i cieśnin, które zaprowadzą nas do portu".
W tych refleksjach nawet śmierć nie wydaje mu się być nienaprawialnym uszkodzeniem w biegu istnienia: "Mogłoby się wydawać, że jestem smutny. Nie, to nie żaden smutek. Pewnego razu śniłem o swojej śmierci; widziałem siebie martwego, rozciągniętego na ziemi i przypatrywałem się sobie; nad polami świeciło piękne słońce, a ja znajdowałem się obok pola dojrzałego zboża; dookoła rosły żywe kwiaty, które nie były ułożone w wieniec. Cóż za spokój, cóż za prostota w tej podróży z jednego świata na drugi, w tej rezygnacji z ciała. Byłem wolny i zadowolony. Ja - to, co jest mną, to, czego nie znamy, lecz czujemy bardzo dobrze - nie Ja, które broni się z wyższością i dumą, lecz Ja, które pozostaje zawsze silne, zdrowe i żywe w Bogu". Później jednak poczucie śmierci jest natychmiast przezwyciężone i słońce, które Carpi wzywa, nie jest więcej tym ze śmiertelnego snu, lecz słodkim, lombardzkim słońcem z Mondonico: "Och, Mario, czy wrócę, by opalać się na tarasie w pobliżu zegara słonecznego - w tym pięknym domu, nie naszym na własność, lecz tak bardzo naszym, bowiem ożywionym przez nas - czy wrócę, posłuchać melodii Vivaldiego i Bacha? Dobry Niemiec z tego Bacha, człowiek z raju. Ilu tutejszych jest do niego podobnych? Nie widziałem takich".
Ta umiejętność medytacji i dodania sobie otuchy osiąga na stronach Dziennika niespotykane szczyty intensywności i czystości. Czasami w głowie Carpiego pojawia się nagle jakieś nazwisko, oblicze, jakieś drogie miejsce i jego duch ożywia się, porusza za sprawą miłego wspomnienia, uspokaja w przyjemności wywołanej przez pamięć, w świetle krystalicznej duchowości; czasami natomiast jego uwagę przykuwa rzecz, która przez analogię odsyła go do innej rzeczy, budząc nagle ogromne emocje; czasem małe, niezwykłe wydarzenie w potwornej i monotonnej obozowej kronice, jakiś mały wypadek zaskakuje go i pochłania w kontemplacji wykraczającej poza okrutne obozowe ograniczenia, łącząc go z rytmem czy też pulsowaniem energii wypełniającej wszechświat, jak wtedy, gdy widział w baraku izby przyjęć umieszczony tam przez Bóg wie kogo wazon z bukiecikiem wiosennych kwiatów: "Stał na stole sali anatomicznej przy krematorium". Oko malarza dostrzega każdy szczegół i opisuje go drobiazgowo: "Najpierw spostrzegam złotożółty kolor i świeżą zieleń wiosny; potem kształt, kształt każdego szczegółu. Cieszyłem się akurat z wieści, nigdy zbyt pewnych, które pozwalają przewidzieć nadejście bliskiego końca w najlepszy ze sposobów, miejmy nadzieję. Czułem, że kształty tych małych, zwiniętych w trąbkę i silnych kwiatów, liści i gałązek odpowiadały żywej doskonałości, czułem, że kontrastowały z życiem, które tu prowadzimy". I oto myśl przekracza nędzne granice obozu w zapale, w którym wzniosła metafizyczność i skromna codzienność znajdują naturalną tożsamość: "Kwiaty i listki pozwalały poczuć dreszcz, radość z życia, z faktu rośnięcia. Z ich doskonałej i malutkiej formy, harmonii i siły, słodkości i siły biło uczucie wieczności. (...) Piękno tych rzeczy, kolor i kształt stanowią zagadkę dla nas, dla wierzących i dla niewierzących. Organizm ludzki jest równie wspaniały jak kwitnąca roślina - jaskier, jak cały świat i wszechświat. W tym małym bukieciku jaskrów, stojącym na stole małej, smutnawej sali anatomicznej, żyje cały wszechświat, jedna z tych komórek, które są nierozłączną i nieodzowną częścią całego wszechświata. Radość wypełniała mi duszę. Także mój kompan był szczęśliwy - obydwaj paliliśmy fajkę. Tutaj człowiek nie pali dużo, lecz gdy już się pali, czerpie się z tego rozkosz".
Były to jednak rzadkie momenty, rzadkie przerwy w pochodzie śmierci, która wypełniała obóz. Carpiemu udaje się w jasny sposób zdefiniować sytuację więźniów: "Jesteśmy ciałami podlegającymi prawom grawitacji, schodzącymi w absolutną pustkę, w której pióra i ołowiane kulki spadają z taką samą prędkością, jak gdyby miały identyczną wagę". Jak już wspomniałem, "zawód" malarza przyniósł mu tymczasowe ułatwienia, które Carpi wykorzystał do niesienia pomocy chorym, przyjaciołom, młodym. Jednak nawet najmniej widoczny gest solidarności stanowił tam ryzyko. Litość była w obozie uczuciem zakazanym. Wśród metod degradacji człowieka przyjętych przez Niemców było między innymi uśmiercenie wszelkiego odruchu braterstwa w stosunku do innych, likwidacja wszelkich więzi społecznych. Sprowadzić więźnia do stanu, w którym zachowywał wyłącznie instynkt przetrwania biologicznego, poniżając go, gdy nie posiadał już sił, doprowadzając do najskrajniejszej nędzy cielesnej, by ograbić z wszelkich uczuć, z wszelkiej światłości intelektualnej - to była "technika", którą zastosowano. A później, gdy więzień stanął już na skraju degradacji fizycznej i moralnej - śmierć, piec krematoryjny. Carpi nie mógł pomóc wielu towarzyszom niewoli, którzy stali się jego przyjaciółmi, nie było mu nawet dane dotrzeć do nich, gdy przyszedł kres ich życia. Niełatwo było zatem zachować poczucie człowieczeństwa za obozowym ogrodzeniem, niełatwo było bronić własną piersią wartości sumienia i osądu. Być może właśnie to stanowiło najbardziej heroiczne "przedsięwzięcie" zesłańców, którzy potrafili stawić nazistowskiej "technice" mężny opór w desperackich warunkach, zbierając w sobie każdego dnia, aż do śmierci lub wyzwolenia, nieoczekiwane siły, które wykorzystywali często w delikatnej grze podstępów przeciw osłabiającym mechanizmom uruchomionym przez swoich "opiekunów". Lecz ileż to razy nawet poczucie własnej godności było niszczone przez niemoc działania, niemożność odpowiedzenia na bodźce czy przez strach przed wystawieniem się na niebezpieczeństwo w akcie miłosierdzia okazanemu innym. Właśnie to stanowiło największą mękę, pomimo iż podobny gest czy też działanie często nie mogłyby zbawić tych, którzy zdawali się być w potrzebie.
Wystarczy przywołać tu jedno zdarzenie, aby zrozumieć dramat tej bezsilności, którą barbarzyństwo obozu wymuszało na więźniach. Carpi opowiada o tym na początku 1945 roku, a zatem rok po swoim aresztowaniu i deportacji. Nieświadomym bohaterem jest tu rosyjski więzień: "Zobaczyłem wczoraj martwego człowieka - właściwie myślałem, że nie żył. A jednak konał tylko; przyszedł po "transporcie" ze Steyr - wszyscy siedzący wokół niego byli żywymi istotami owiniętymi w nakrycia i szmaty; (...) obolałe twarze, szare niczym te ich nakrycia, twarze wycieńczone ludzi niemalże obłąkanych, żałosne i brudne. Gdy spojrzałem ponownie na tamtą izbę, nie było już w niej nikogo, oprócz umierającego, który leżał pośrodku. Sam, nagi, rozciągnięty na ziemi. Widać go było przez czworo drzwi. Znajdował się w agonii, czkał lekko, bo nie mógł oddychać, jak wtedy, gdy serce zwalnia swój bieg. Miał ręce złożone na piersi, a twarz zachowywała jeszcze oznaki życia. Niezmierzony ból na obliczu umierającego człowieka, który czuje się opuszczony przez wszystkich, przez nikogo niepocieszony. Para małych, czarnych oczu spoglądała w górę i migotała pod powiekami - płakała pod nimi, płakała bez łez. Na wpół otwarte usta na opalonym obliczu wydawały się mówić. Cała twarz wydawała się mówić, nie do nas, nie do kogoś innego, lecz do Boga, mówiła, polecając mu siebie i kogoś ze swojego kraju. Była to modlitwa, prośba o litość, miłosierdzie, o łaskę. Przyszła mi chęć, żeby tam pójść i uczynić mu znak krzyża na czole. Nie byłem sam, znajdowaliśmy się w obozie - nie miałem odwagi. Potem dopadły mnie wyrzuty sumienia. Musiał być to jeden z tych prostych chłopów z Rosji, o jakich czyta się w książkach Tołstoja. Był sam, rozciągnięty na podłodze pustego pomieszczenia, a razem z nim umierał Chrystus. Poczułem, że moja dusza jest przy nim nędzna".
Carpi był świadkiem śmierci tysięcy rosyjskich młodzieńców i chłopców. To wspomnienie jest żywe na stronach Dziennika. Gdy tylko miał okazję zbliżyć się do któregoś z nich, wręczał mu kawałek chleba lub pastylkę witaminy, którą zdobył na izbie chorych, gdzie nadzwyczajny lekarz z Polski dokonywał cudów, aby go ochronić. Carpi zapamiętał nazwiska niektórych Rosjan. Jednym z nich był "mały Zucarov, piętnastoletni rosyjski bolszewik", który "pozwalał pogłaskać się po głowie" i opierał się o niego czule, pozwalając mu odnaleźć w głębokim wzruszeniu nadszarpnięte poczucie ojcostwa. Właśnie tym młodym Carpi współczuje w podniosły sposób na stronach swojego dziennika, gdzie słowa na przestrzeni kilku zdań przybierają ton epicedium: "Droga i kochana młodzieży obozowa, wy, którzy wypełniliście po brzegi fosę trupów tam, w krematorium, wy, po których nie pozostał żaden ślad, bo wasz numer i wasze nazwisko zniknęły nawet z rejestrów spalonych ostatniego dnia przez esesmanów - wasze imiona zostały stracone razem z waszymi prochami wyrzuconymi z węglem i śmieciami w przypadkowym miejscu Steinbrucha... Biedne, zapłakane oblicza bez nadziei, biedne zniszczone twarze, biedne wychudzone i ugięte ciała, wy, którzy z trudem, na chwiejących się nogach docieraliście na Revier lub byliście niesieni przez towarzyszy, by skończyć jeszcze podlej, opuszczeni i zmaltretowani, na Bahnhofie bloku 31. Każdego ranka, w każde południe, każdego wieczoru widywałem, jak wasze ciała wychodziły stamtąd, jak były wywlekane na zewnątrz przez drzwiczki, ciała ubrudzone wszelkim brudem, pozostawione na ziemi w oczekiwaniu na wózek, który zaniesie je do krematorium. My wszyscy, cały tu zgromadzony lud, oddychaliśmy tymi leciusieńkimi szczątkami, rozwiewanymi przez wiatr na wszystkie strony, szczątkami, które opadały powoli na naszych oczach niczym latające duszyczki, resztki niewyczuwalnego węgla, których nie można było usunąć z miejsca, na które opadły, bowiem przylegały, stawały się niezmywalne, jak gdyby były czymś niematerialnym - stanowiły bowiem już tylko kolor".
Fragment ten pochodzi z maja 1945, a zatem z okresu, w którym wojsko amerykańskie zdążyło już dotrzeć do obozu. Cierpienia nie skończyły się, trudności nie zniknęły, jednak wyzwolenie było faktem dokonanym. Carpi już od pewnego czasu ośmielał się zapisywać w dzienniku nieco więcej informacji, podawać nazwiska więźniów, którzy znajdowali się w desperackim stanie, dopiero co zmarli lub też byli uważani za nieżywych. Napotykamy na kartach Dziennika precyzyjne informacje o niektórych przyjaciołach, postaciach, które odegrały już pewną rolę w mediolańskiej kulturze: architektach Banfim i Belgiojoso, krytyku sztuki Raffaello Giollim. Z tej trójki udało się uratować Belgiojoso, natomiast Banfiego i Giolliego spotkał odmienny los. Także w przypisach, słusznie dodanych jako integralna część książki z zarejestrowanym, żywym głosem Carpiego, który zdecydował się oddać swój dziennik do druku, znajduje się niezwykle gęsty splot informacji. Uderzają one wyjątkową wyrazistością szczegółów, co stanowi znak niezatartego wspomnienia, wyrytego w pamięci i uczuciach przez doświadczenie bezkresnego bólu. O Banfim opowiada: "Dzień przed śmiercią wstał z łóżka i przyszedł do mnie. "Dlaczego wstałeś? Odpocznij", powiedziałem mu. On spojrzał tylko na mnie takimi oczami... Trudno powiedzieć, co wyrażały w tamtym momencie. Z pewnością miały nieludzki wyraz; nie było w nich ani bólu, ani strachu, były przerażone. Nie, nie przerażone, lecz przerażające". Przypisy te i wspomnienia towarzyszą całej akcji książki i dopełniają ją w każdej jej części. Również one są podyktowane spontanicznością rozmowy, która w żaden sposób nie kontrastuje z tonem samego dziennika - nie jest bowiem w żadnym wypadku rozmową prowadzoną na pokaz, lecz stanowi przede wszystkim klucz do zrozumienia samej treści "listów".
Wraz z przybyciem Amerykanów w dzienniku opisuje szerzej wydarzenia, powraca w czasie, by podjąć tematy i epizody, zatrzymując się przy opisach zdarzeń nieodnotowanych wcześniej tylko i wyłącznie ze względu na groźbę kary śmierci dla kompanów, którzy byli ich bohaterami; oprócz tego wagę drugiej części Dziennika stanowi opowieść o dłużących się, trudnych dniach od momentu wyzwolenia do opuszczenia obozu, kiedy to śmierć nie przestała zabierać ze sobą ofiar, "kończąc" w ten sposób bezlitosny proces wyniszczenia fizycznego, uruchomiony jeszcze w dniach obowiązywania "regulaminu" nazistowskiego; zakończenie koszmaru spowodowało kolejne niepokoje, chwile paniki, niedorzeczne decyzje, pochopne ucieczki z obozu zakończone niepowodzeniem zaledwie kilka kilometrów od fatalnego ogrodzenia. Co tyczy się zaś Carpiego, "zawód" malarza, będący gwarantem przeżycia, teraz, po nadejściu Amerykanów, staje się przeszkodą w pilnym powrocie do ojczyzny. Także Amerykanie mieli manię tworzenia portretów! Naturalnie, teraz Carpi może przynajmniej malować osoby, które są dla niego sympatyczne, "Amerykanie są przystojni, bardzo młodzi i spokojni, wysportowani". Jeden z nich, kapitan Hermann, nie chcąc zapomnieć imienia Carpiego, nazwał nim swojego małego wilczka! Weseli i jowialni; lecz nie pozwalają mu wyjechać: "w tym wszystkim jest coś z gangsterstwa. Swoiste porwanie człowieka, dokonane w najdoskonalszy ze sposobów (...); staję się w pewnym sensie więźniem z wolnej stopy".
Jednak Carpi w okresie, w którym pozostał w Gusen po wyzwoleniu obozu, nie malował jedynie portretów Amerykanom. Dokonał również tego, co chciał zrobić już wcześniej jako naoczny świadek zdarzeń, do których doszło na tym obszarze eksterminacji - stworzył precyzyjne świadectwo artysty. W ten sposób światło dzienne ujrzały jego rysunki z niewoli, niekiedy patetyczne, innym razem przejmujące, czasami trudne, stanowiące szatę tragiczności, w której prawie zawsze swobodna i żywiołowa kreska Carpiego nagle zatrzymuje się, urażona i ostra. Oblicza, spod skóry których wystają kości czaszki, nieobecne, paraliżujące, zabłąkane twarze; bezcielesne, nieuchwytne, widmowe postacie; potworne stosy trupów; wloty pieców krematoryjnych; ponure baraki; słupy linii wysokiego napięcia otaczające obóz; drut kolczasty, w którym płynął prąd pod wysokim napięciem - na takie ogrodzenie rzucali się więźniowie, próbując w śmierć uciec obozowym torturom - oto potworności, które ołówek Carpiego utrwalił na kartkach papieru. Tak oto jego "zawód", poniżany przez miesiące przymusowej pracy, odnalazł wreszcie własne, wolne oblicze; odnalazł je w tych bolesnych i wstrząsających obrazach, które dołączają do dziennika ze swoim niepodważalnym dowodem obrazowym, zrodzonym na "żywo".
W ten właśnie sposób powstała książka. Dwa miesiące przed powrotem do ojczyzny Carpi napisał na kartach dziennika: "Gdy nad moimi zapiskami, podobnie jak nad piszącym, wisiało poważne niebezpieczeństwo, zdawało mi się, że zebrałem dla was ważne rzeczy, to, co we mnie najlepsze, to, co z najważniejszych wiadomości lub też z doskonałych aluzji do nich można było zebrać - dziś, gdy niebezpieczeństwo całkowicie znikło, obawiam się, że był to tylko potok słów, peryfraz i wybiegów służących niewyrażeniu niczego. Rozwodnione wino, jeśli nie woda z mydlinami". Bez wątpienia był w błędzie. Po wielu latach od powstania Dziennika książka ta zachowuje jego wewnętrzną energię duchową, jest w dalszym ciągu ważną lekcją dla ludzkości, lekcją racjonalną, naturalną, lekcją przeciw prostackiej, krwawej, mitycznej sile, której irracjonalne korzenie wiją się nadal w naszej historii; której przejawy zorganizowanej przemocy dają ciągle o sobie znać na wielu szerokościach geograficznych. Carpi powrócił do swojej pracy, lecz w dalszym ciągu był człowiekiem, który napisał ten dziennik. Kilka lat temu w Mediolanie, gdy pewien młody student został zabity przez policyjny samochód półciężarowy na rogu ulicy Santa Margherita podczas demonstracji na rzecz pokoju, na miejscu zdarzenia złożono następnego ranka bukiet kwiatów, do którego dołączyły szybko inne - pospolity zwyczaj składania hołdu poległemu młodzieńcowi przez mediolańczyków. Pierwszy bukiet został złożony przez Aldo Carpiego, przez starego więźnia z Gusen, autora tych stronic. Carpi miał wtedy pracownię przy ulicy Silvio Pellico, parę kroków od miejsca tragedii. Na wieść o zdarzeniu zszedł na dół, na ulicę, kupił bukiet kwiatów i złożył je u stóp muru, gdzie młodzieniec stracił życie. Kwiaty te były gestem ponownego głaskania po głowie małego Zucarova, były znakiem krzyża narysowanym na czole dogorywającego chłopa z Rosji, wspomnieniem syna, który zmarł jako zesłaniec w Niemczech, były znakiem, tak samo dziś jak jutro, głębokiego sprzeciwu wobec bezprawia w stosunku do człowieka. Były lekcją, której Carpi nauczył się na zawsze w obozie w Gusen, a której znaczenia i mądrości ten dziennik nie przestaje powtarzać nam w czasach, które wydają się nie mieć już świadomości i pamięci.
Mario De Micheli,
wrzesień 1971
[1] Słowa te pisane były w 1971 roku. Aldo Carpi zmarł 27 marca 1973 roku w Mediolanie. Miał wówczas 86 lat (przyp. wyd.)