Dziś nów, wicher ustał - zimno
coraz większe, ogień mało grzeje - dreszcz ciągły czuję wewnątrz,
ryby suszone zwiększają pragnienie, wiele cierpię, i jutro tak
będzie, i pojutrze, za tydzień, miesiąc, rok... żadnéj nadziei,
żadnéj!...
4-ty dzień po nowiu.
Czytam, com napisał - słyszę mowę ojczystą, to już kto inny do
mnie przemawia, wyrazy wracają do duszy. - Ach, gdybym przynajmniéj
nie był tak bardzo, tak bardzo daleko od moich dzieci, od moich
braci, od grobów ojców. Najgłębsze lochy byłyby mi znośniejsze nad
to obce powietrze; za tym murem, myślałbym, jest ziemia, nasza
ziemia. Przez najmniejszy otwór ujrzane niebo byłoby mi milsze nad
ten cały horyzont - Widząc lada chmurkę pomyślałbym: I ci, których
kocham, może także w téj chwili mają na nią oczy zwrócone.
Nieszczęśliwych oczy tak często ku niebu się zwracają! Świeciłoby
słońce: Teraz moje dzieci w ogrodzie, pod wielką lipą... Marya
łzawem okiem ściga biedne sieroty... ogląda się często ku domowi,
na tę ścieżkę, którą zwykle przychodziłem dzielić z nią wolną
chwilę od zatrudnień, być dzieckiem z dziećmi... Lada szelest ją
wzrusza, za każdym rumieni się i blednie. Ach! to nie twój mąż, nie
twój przyjaciel, nie ojciec twoich dzieci!... Biedna Maryo,
zrównały się ślady mojéj stopy, głos przebrzmiał w gajach
ojczystych, w twojém sercu, w twoich snach. - Takie przeznaczenie -
żyję, ciało do zdrowia, dusza do władzy powraca - ogrom, świat cały
czucia bolesnego wparł się w jéj objęcie. Jakaż myśl najzuchwalsza
mogła kiedy domniemywać się tyle siły w człowieku! - Stało się...
zamilkły westchnienia, o jedną łzę Boga prosić muszę... Jak dawno
tu jestem, tygodnie, miesiące, lata - nie wiem, ale dawno, bardzo
już dawno, jak nie miałem uściśnienia żony, pieszczot dzieci. -
Żona, dzieci! byłto sen piękny mego życia! Śniło się o szczęściu...
biedne sieroty... ach przecie łzy upragnione cisną się z oczu -
pisma nie widzę... Dopiero dni dziesięć, albo mało co więcéj, jak
pamiętam, co się ze mną dzieje. - Nie byłem bez zmysłów, bo czułem
moje położenie; ale zdaje się, iż żal całą duszę był zajął; cząstki
nie zostawił na inne wrażenia. Nic nie wiem, com widział, com
słyszał; czas dla mnie stracił rozmiar, ciągle w jednéj chwili
żyłem. Podobno lato było, gdy tu przybyłem; przynajmniéj dopiero od
niejakiego czasu, nie daléj, niż dni dziesięć, uczułem przejmujące
zimno. Wicher miecie gęstym śniegiem - ni ziemi, ni nieba! Jednak
muszę pójść po drzewo - las tak daleko - ślad zawiany - ja tak
słaby jeszcze. Nie tak cierpiałby może kto inny, ale cóż ja temu
winien, żem w dostatkach zrodzony, żem nie nawykł pracować, jeszcze
tak pracować!...
Dziś tylko żyję. A kiedyby wicher zahuczał, błękit
zciemniał, ulewa szumiała, teraz moje dzieci w domu! I zaraz
wystawiłbym sobie ich zabawy, Maryi zatrudnienie - ten niebieski
pokój stanąłby mi przed oczyma... Karol z konikiem, Emilka z
lalką... te obrazy, te książki, te stoliki, krzesełka, wszystko
widzę... gwar nawet dzieci słyszę; słyszę zwykłe napomnienie Maryi:
"Nie przeszkadzajcie ojcu." Czuję szarpnięcie nieposłusznych
rączek, słyszę głosy, widzę moje szczęście, czuję, słyszę, widzę...
jestem z wami! A możeby też czasem jakie głosy doszły do mnie,
jakie słowo w ojczystéj mowie; ach, natenczas spokojniéj skłoniłbym
głowę do wilgotnego posłania! Zasnąłbym nakoniec snem wiecznym,
kości moje ległyby między braćmi - a teraz... myśli okropna! żebym
choć tę pociechę mógł osiągnąć! Dziecinne żądanie! cóż stąd, gdzie
moje zwłoki w proch się obrócą? jaka noga po zrównanym grobowcu
deptać będzie?
Ach, dziecinne dla
rozsądku, dla uczucia niepowściągnięte żądanie spoczywać w cieniu
drzew ojczystych, z własnéj ziemi mieć grób usuty! Nie mogę długo
pisać, głowa jeszcze słaba, jakiś szum, zamęt...