Mój przyjaciel B. - Zaproszenie do teatru. - Bardzo
nieprzyjemne przepisy. - Aspiracye turysty w zawiązku. - Jak można
najlepiej spożytkować własne otoczenie. - Piątek-szczęśliwy dzień.
- Pielgrzymka zdecydowana. Dziś rano odwiedził mnie mój przyjaciel B., pytając, czy
zechcę pójść z nim do teatru w przyszły poniedziałek. - Ależ naturalnie - odparłem - przysłano ci bilety? - Tam nie dają bezpłatnych biletów, będziemy musieli
zapłacić. - Płacić! Płacić za wstęp do teatru! - krzyknęłem
zdziwiony. - Co za niedorzeczność! Kpisz chyba ze mnie? - Kochany przyjacielu - odparł B. spokojnie - czyż tak
mało mnie znasz, że sądzisz, iż płaciłbym, gdyby istniała możliwość
uniknięcia tego? Ale widzisz, administracya tego teatru nie rozumie
nawet, co to jest "wolny wstęp," to barbarzyńcy nieucywilizowani!
Napróżno wmawiałbyś im, że należysz do prasy; oni za nic ją mają i
nie chcą o niej słyszeć. Nie wiedzą, co to jest "robić kasę", nie
mają "dyrektora," chcesz zobaczyć ich przedstawienie - płać. Nie
zapłacisz - to cię nie wpuszczą; taki przepis brutalny jest u nich
prawem! - Cóż za nieprzyjemne urządzenie! - rzekłem. - I gdzież
jest ten nadzwyczajny teatr? Zdaje mi się, że nigdy w nim nie
byłem. - Pewny jestem tego - odparł mój przyjaciel. - Teatr ten
znajduje się w Oberammergau. Od stacyi Ober należy się zwrócić
zaraz na lewo i przebyć pięćdziesiąt mil od Monachium. - No, no! to trochę nie po drodze. Nigdybym nie
przypuszczał, że taka buda teatralna może nadawać sobie takie tony! - Ta buda pomieścić może siedem tysięcy ludzi - odparł
przyjaciel - i za każdem przedstawieniem jest przepełniona.
Pierwsze tegoroczne przedstawienie odbędzie się w przyszły
poniedziałek. Pojedziesz? - Zamyśliłem się przez chwilę, spojrzałem
w notatnik i przekonałem się, że w sobotę przyjeżdża ciotka Emma i
do następnej środy ma u nas zabawić, jeżeli więc wyjadę, to nie
spotkam się z nią i znów na lata całe uniknę jej widoku. To mnie
zdecydowało. Co prawda, sama podróż więcej mnie nęciła, niż
przedstawienie. Najdawniejszem mojem pragnieniem było zawsze stać
się wielkim podróżnikiem. Tęskniłem za tem, by módz tak pisać: "Paliłem wonne hawana, chodząc po słonecznych ulicach
Madrytu, a pykałem niezbyt pachnącą fajeczkę pokoju, w przewiewnych
wigwamach Dzikiego Wschodu i popijałem wieczorną kawę w cichym
namiocie, gdy uwiązany dromader szczypał trawę pustyni; łykałem
palący trunek Północy, a renifery przeżuwały obrok, stojąc przy
mnie w szałasie; blade światło nocnego słońca wydłużało na śniegu
cienie sosen i jodeł; przeszyły mnie błyszczące uduchowione oczy,
wyzierające z pod gęstych zasłon na wązkich uliczkach Bizancyum;
odpowiedziałem uśmiechem (czuję, że nieładnie postąpiłem) na
zaczepne spojrzenie czarnookiej córy Yedd; włóczyłem się tam, gdzie
"dobry" Harun Alraszyd szukał przygód pod zasłoną ciemnej nocy i w
zręcznem przebraniu, mając u swego boku wiernego Mesrora, stałem na
moście, gdzie Dante oczekiwał na przejście ubóstwianej Beatryczy;
bujałem się na wodach, unoszących niegdyś łódź Kleopatry; stałem,
gdzie Cezar padł; słyszałem słodki szelest bogatych szat w salonach
Mayfir i chrzęst naszyjników z zębów na hebanowych szyjach
piękności z Tongatabu; dyszałem pod palącemi promieniami
indyjskiego słońca i marzyłem pod lodowatemi podmuchami w
Grenlandyi; żyłem z wędrującemi hordami i owinięty w kołdry,
leżałem w gąszczach lasów, oddalony o tysiące mil od wszelkiej
siedziby ludzkiej." B., któremu wytłomaczyłem moją tęsknotę do opisów tego
rodzaju, powiedział, że można ten sam efekt osiągnąć, opisując
miejsca znajdujące się tuż pod ręką. - Nie opuszczając Anglii - rzekł - pisałbym tak: "Paliłem
dobre cygaro, chodząc po żwirowanych alejach Fleet-Street, i
pykałem tanie Manilla w złoconych salach Kriteryonu; popijałem
pieniące się piwo z Burton, gdzie znany Anioł Islingtona chroni pod
swe skrzydła spragnione dusze; ciągnęłem wódeczkę w niejednej,
cuchnącej czosnkiem szynkowni na Soho. Na grzbiecie dziwnie sporego
osła, którego do ruchu zmusiłem - raczej właściciel osła, krocząc z
tyłu, nakłonił go do tego - przybyłem piaszczystą pustynię
Hampstead, a na widok łodzi mojej podniosło się z wrzaskiem dzikie
ptactwo w podzwrotnikowych okolicach Battersea. Stoczyłem się ze wzgórza na łeb na szyję, a dziewice
Wschodu otoczyły mnie kołem, śmiały się, klaskały w ręce i
piszczały z radości, a w starych pałacowych ogrodach, gdzie bawiły
się niegdyś jasnowłose dzieci nieszczęsnych Stuartów, przechadzałem
się długo, obejmując kibić jednej z cór Ewy, gdy jej matka, pieniąc
się z oburzenia, nie mogła nas dogonić. Odbywałem dalekie podróże
na małym twardym koniku, który kręcąc się w koło, woził mnie po
wybrzeżach wielkiego Atlantyku. A nad głowami tłumów w Barnet
ujrzałem się w jaskrawo malowanym wózku, poruszanym przez
człowieka, trzymającego sznur. Kroczyłem z powagą po sali w
Kenigston-Town (za opłatę gwinei dostawałeś i napoje orzeźwiające,
jeżeli mogłeś się do nich przez tłum przecisnąć), a na zielonej
murawie lasów odbywałem dziwaczne ceremonie z pierścieniem;
przebywałem z wędrującemi hordami w Drury Lane, i w czasie
przedstawienia klasycznej sztuki czułem się wielkim w samotności,
siedząc w pierwszym rzędzie galeryi; żałowałem wówczas, że
pieniędzy swych nie zużyłem lepiej we wschodnich salach Alhambry." - Widzisz - zawołał B. - mój opis nie jest mniej od twego
ciekawy, a przedmiot do niego znajdziesz, wydalając się zaledwie na
parę godzin z Londynu. - Nie gadajmy lepiej o tem - odparłem. - Jak widzę, nie
możesz zrozumieć moich odczuć. Gorące serce podróżnika nie bije w
twej piersi, a więc nie jesteś w stanie pojąć jego aspiracyj. Dajmy
więc temu pokój. W każdym razie tę podróż odbędę razem z tobą.
Kupię rozmówki niemieckie, książeczkę czekową, niebieską woalkę,
biały parasol i podobnie niezbędne rzeczy dla Anglika,
podróżującego po państwie niemieckiem. Kiedyż wyjeżdżamy? - A cóż, trzeba jechać przynajmniej dwa dni. Proponuję
więc wyjechać w piątek. - Mnie się zdaje, że to nieszczęśliwy dzień do podróży -
zauważyłem wahającym tonem. - Boże święty! - zawołał - co za niedorzeczność! Jakby
Opatrzność kierowała sprawami Europy, zależnie od tego, czy
wyjedziemy we wtorek, czy w piątek! Dodał jeszcze, że nie może pojąć, by tak rozsądny, jak ja
czasami bywam, człowiek, przywiązywał wagę do takich babskich
przesądów. Przyznał jednak, że przed laty, gdy był jeszcze młodym
chłopcem, za nic w świecie nie puściłby się w drogę w piątek. A gdy
raz się zdarzyło, że był do tego zmuszony, bo miał do wyboru: albo
jechać w piątek lub nie jechać wcale - zaryzykował i był
przygotowany na rozmaite wypadki i nieszczęścia. Pragnął tylko żywym wrócić do domu. Tymczasem okazało się, że nigdy w życiu nie doznał tylu
przyjemności, co w czasie tej podróży. Powiedział więc sobie, że
wyjeżdżać będzie zawsze w piątek, że za nic w świecie innego dnia
nie wyjedzie i tego się trzymał całe życie. Nastąpiła więc stanowcza decyzya, że w piątek wyjedziemy.
Mam go oczekiwać na stacyi Wiktorya, o ósmej wieczorem.