Dziennik więźnia - Nicolas Sarkozy

Kup ebooka

41.50 zł
33.20 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

We wtorkowy ranek 21 października 2025 roku wstałem bardzo wcześnie. Był to dzień mojego uwięzienia. Nigdy nie przypuszczałem, że przyjdzie mi przekroczyć więzienną bramę. Było to wręcz niewyobrażalne. Nie jestem człowiekiem brutalnym ani agresywnym. Zawsze bardzo skrupulatnie płaciłem podatki. Nigdy nie dopuściłem się ani nie rozważałem żadnych nadużyć. Przez dwadzieścia lat byłem merem dużego miasta - Neuilly-sur-Seine - i nigdy się nie zdarzyło, by jakiś ogłoszony przetarg lub inna procedura wzbudziły wątpliwości lub wywołały kontrowersje. Cóż więc mogło mi się przytrafić? Musiałbym mieć wyjątkowo bujną wyobraźnię lub cierpieć na wręcz karykaturalną paranoję, żeby obawiać się czegokolwiek takiego. Takie było moje głębokie przeświadczenie i nastawienie wewnętrzne. To, co nastąpi, pokaże, jak bardzo się myliłem.

A jednak tego słonecznego ranka, gdy jechałem przez Paryż w kierunku Zakładu Karnego La Santé, musiałem przyznać, że nieprawdopodobne stało się faktem! Co mogło sprawić, że znalazłem się po złej stronie historii? Czym zasłużyłem sobie na takie traktowanie? Jakich zbrodni mogłem się dopuścić? Dziś muszę zdać sobie sprawę, jak bardzo byłem naiwny. Nigdy bym nie przypuszczał, że zostając głową państwa, mogę narazić moją rodzinę i siebie na takie niebezpieczeństwa. W osłupieniu śledziłem ciąg zdarzeń, których byłem świadkiem i uczestnikiem, a także ich rozwój.

Przez pięć lat pełniłem urząd Prezydenta Republiki Francuskiej. To wielki zaszczyt, ogromne szczęście, ale też poważny występek w ocenie wszystkich, którzy pałają nienawiścią do władzy politycznej, zwłaszcza jeśli jest to władza prawicowa. A ja zawsze byłem prawicowy i ani tego nie żałuję, ani się nie wstydzę, co, jak wyraźnie widać, jest okolicznością obciążającą. Wszak innym potrafimy przypisać tylko te uczucia, które sami żywimy wobec siebie i otoczenia. Niewątpliwie moją winą było to, że zbyt późno zrozumiałem tę prawdę. Jestem rozrabiaką. Nie zamierzam tego ukrywać. Niczego - prawie niczego - nie duszę w sobie. Często skłania mnie to do przesadnych reakcji, do wdawania się w niepotrzebne spory, czasem nawet do bezsensownego ranienia rozmówców. Równocześnie jednak takie zachowania pozwalają mi uwolnić się od złych emocji. Nie potrafię żywić wobec nikogo długofalowej nienawiści. Nie zachowuję urazy do ludzi. Przyjaciele często zarzucali mi, że zbyt szybko wybaczam lub zbyt łatwo puszczam w niepamięć obelgi i zdrady. Zrozumiałem, że nienawiść jest groźnym uczuciem, które karmi się sobą, które umacnia się z każdym dniem, aż w końcu trudno je ugasić, jeśli się go w porę nie odrzuci. Im mocniej nienawidzisz, tym mocniej pragniesz nienawidzić. To spirala bez końca. Ponieważ jednak takie emocje były mi obce, nie sądziłem, że inni mogą je przejawiać wobec mnie. Byłem o lata świetlne od myśli, że mógłbym wzbudzić tak rozbuchane, tak przesadne namiętności. Dlatego też okazałem się skrajnie nieprzewidujący. Zapłaciłem za to najwyższą cenę - więzieniem. Niewyobrażalne stało się faktem.

***

Takie myśli snuły mi się po głowie, kiedy obudziłem się rankiem 21 października. Carla, która właśnie otworzyła oczy, powiedziała:

- Co za koszmar? Cóż takiego zrobiliśmy, żeby zasłużyć sobie na ten horror?

Ta noc była dla niej bardzo ciężka. Starałem się ją uspokoić kilkoma zdaniami, byłem jednak świadom, jak strasznie są banalne.

- Zobaczysz, to szybko minie.

Ton mojego głosu zapewne zdradzał, że sam nie wierzyłem w to, co mówię. Próbowałem zachować twarz na tyle, na ile to było możliwe. Sam całkiem nieźle przespałem tę noc, choć i mnie rzeczywistość uporczywie o sobie przypominała. Poprosiłem dzieci, żeby dołączyły do nas na ostatnie wspólne śniadanie na wolności. Mimo przykrych okoliczności spędziliśmy te chwile jak szczęśliwa rodzina. Byli poważni, smutni, pełni oburzenia, ale ja z głęboką wdzięcznością przyjąłem ich próby ukrycia tego. Trojgu moich wnucząt udzielały się nasze emocje, choć ze względu na wiek nie rozumiały specyfiki sytuacji. Chciałem, aby tragedia, którą przeżywaliśmy, zjednoczyła nas jeszcze bardziej i żeby każde z nas mogło czerpać z niej siłę albo przynajmniej bodźce do nauki, wyciągania wniosków, rozwoju.

Zabrałem głos, żeby ich uspokoić i podzielić się swoimi odczuciami. Usiłowałem trywializować ideę więzienia, żeby typowe wyobrażenia, jakie nasuwają się na wzmiankę o trafieniu za kraty, nie wzmogły i tak silnych obaw i stresu, gdy byliśmy już wystarczająco zdenerwowani. Rzeczywistość była potworna. Musiałem jak najlepiej kłamać, żeby uspokoić najbliższych. Starałem się sprawiać wrażenie pogodnego i odprężonego - przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe. Po raz kolejny stwierdziłem, że skuteczniej jest dać przykład, niż perswadować. "Róbcie to, co ja" jest znacznie bardziej przekonujące niż "róbcie, co mówię". Louis trwał w milczeniu, ukrywając gniew, jaki wzbudziła w nim ta niesprawiedliwość. Wiedziałem, że z wielkim trudem tłumi swą siłę i temperament. Byłem dumny z jego zachowania. Jean zajmował się siostrą, doskonale wywiązując się z roli starszego brata, a czynił to z cechującą go wrażliwością i inteligencją. Pierre wnosił odrobinę swobody i wrodzonej dobroci. Dla każdego z nas był jak promyk słońca. A Giulia, z mądrością ledwie ukończonych czternastu lat, robiła wszystko, co możliwe w tej sytuacji, i chciała nawet - mimo wysokiej gorączki, jaką miała tej nocy - wyjść wraz z braćmi na spotkanie z ludźmi, którzy zgromadzili się pod domem, by okazać mi wsparcie. Była chora, ledwie trzymała się na nogach. Powiedziała do matki:

- Chcę być przy tacie, byłby rozczarowany, gdyby mnie tam zabrakło, nie mogę mu tego zrobić.

Nasze pragnienie, by ją chronić, musiało ustąpić wobec woli nastolatki. Aurélien, mój pasierb, również był z nami. Skupiony, powściągliwy, błyskotliwy i pełen emocji. Klan zebrał się w komplecie.

Widok ich wszystkich razem, emanujących miłością, dbających o to, by wszystko zrobić jak najlepiej, mocno mnie wzruszył i gdybym mógł sobie na to pozwolić, uroniłbym łzę. Carla jak zwykle była cudowna. Silna i pełna mądrości. Czułem jednak, jak głębokie jest jej fizyczne cierpienie spowodowane zbliżającą się rozłąką. Przez osiemnaście lat małżeństwa nigdy nie rozstawaliśmy się na dłużej niż dwa, trzy dni. Nie wiedzieliśmy, ile czasu potrwa ta przymusowa separacja. Kilka tygodni? Kilka miesięcy? Nikt, nawet moi adwokaci, nie mógł albo nie chciał wypowiadać się w tej kwestii. I na pewno właśnie ta niepewność była najgorsza, przyprawiała o zawrót głowy. Nie mogliśmy podejść do tego racjonalnie, przygotować się czy też po prostu przewidywać, co może się wydarzyć. Fakt, że nie będę widywać Carli na co dzień, był dla mnie nieznośny, ale nie pozwalałem sobie za dużo o tym myśleć. Gdybym zawiódł, runąłby cały nasz solidny gmach: rodzina. A przecież mogłem zawieść.

Czułem się jak podpora rodziny. Każdy z nas musiał piąć się w górę, starać się wyciągnąć naukę z tego doświadczenia, by wzmocnić łączące nas więzi. Nie mieliśmy wyboru. Alternatywa nie istniała. Byłem dumny z tej patchworkowej rodziny, którą jednoczyła miłość, a zbliżyły przeciwieństwa losu.

***

Przez całe życie piąłem się szczebel po szczeblu w hierarchii społecznej. I nagle spadłem z dziesiątego piętra. Oględnie mówiąc, temperatura otoczenia gwałtownie się obniżyła! Trzeba było się z tym pogodzić, zrozumieć to i wyciągnąć z tej nauczki to, co najlepsze. Dziś poniosłem porażkę, na którą nie zasłużyłem, czy jednak w pełni zasługiwałem na dawne sukcesy? Musiałem przede wszystkim powściągnąć wybuchy gniewu i oburzenia, które targały moim sercem, gdy tylko pomyślałem o tym niewiarygodnym spisku, uknutym, by sfabrykować ohydną aferę rzekomego finansowania ze strony libijskiej. Wystrzegałem się jednak tych negatywnych i przeszkadzających emocji, nie chcąc marnować na nie ani odrobiny energii. Zmobilizowałem wszystkie siły, by zrealizować jeden cel - przetrwać okres brutalnego i niesprawiedliwego uwięzienia. I doskonale zdawałem sobie sprawę, że był to ambitny zamiar. Nigdy nie podchodziłem do możliwości uwięzienia mnie beztrosko, a tym bardziej - z butą. Doświadczenie nauczyło mnie, że poznajemy siebie dopiero w chwili próby, a nie przygotowując się do niej. Należało okazać pokorę.

***

Czas upłynął tego ranka tak szybko! Musiałem już wyrwać się z ciepłego kręgu rodziny. Véronique Waché, która z wielkim zaangażowaniem i niezawodną skutecznością kieruje moim małym zespołem, na bieżąco informowała mnie o liczbie osób, które przybywały na wezwanie moich synów, by towarzyszyć mi w chwili wyjazdu. Zgromadziło się ich już ponad tysiąc, choć była ósma rano, trwały już ferie przed Wszystkimi Świętymi, więc dla wielu osób był to dzień wolny od pracy. Dobry Bóg zadbał o wszystko, bo niebo było niebieskie, a słońce promienne. Żadnej chmury na horyzoncie. Zupełnie inaczej niż wczoraj o tej samej porze, kiedy pogoda była pod psem. To już coś. Uznałem to wręcz za znak Opatrzności. Nie twierdzę, że jestem praktykujący, a już na pewno nie uważam się za wzorowego chrześcijanina. Skoro jednak przyszło mi dźwigać krzyż, musiałem dążyć do rozwoju duchowego. Dobrych wieści było zbyt mało, bym mógł pozwolić sobie na ignorowanie choćby najdrobniejszych pozytywów. Wielu przyjaciół tłumaczyło mi, że uwięzienie, na które mnie skazano, będzie dla mnie szansą, by dostrzec "Światłość". Że powinienem dopuścić do siebie tę łaskę. Nikomu się do tego nie przyznałem, ale właśnie w tym momencie mojego życia pomyślałem, że modlitwa może być cennym wsparciem. Było to dla mnie zupełnie nowe doznanie. W moim położeniu nie należało odrzucać żadnej pomocy - zwłaszcza pomocy nieba - w stawieniu czoła niesprawiedliwości. Dlatego zabrałem ze sobą wspaniałą biografię Jezusa Chrystusa autorstwa Jean-Christiana Petitfilsa. Każda strona miała skłaniać mnie do refleksji, do poszukiwania sensu i zrozumienia, że z pewnością nic nie dzieje się przez przypadek i nic nie jest niepotrzebne. Miałem nadzieję, że w tej tragifarsie kryje się jakiś sens. Wybór był prosty. Albo to doświadczenie mnie dobije i to będzie koniec, albo sprawi, że stanę się lepszym człowiekiem. Postanowiłem wybrać jasną stronę, a przynajmniej spróbować.

Nadeszła bolesna chwila opuszczenia domu. Już od tygodni się jej obawiałem. Czy zdołam zapanować nad emocjami? Nie byłem tego pewien. Poprosiliśmy dzieci, żeby wyszły kilka minut wcześniej, jeszcze zanim Carla i ja ruszymy razem ślepą uliczką, na końcu której mieszkaliśmy. Na tym stumetrowym odcinku kamery mogły śledzić każdy nasz krok. Carla trzymała mnie za rękę z miłością i determinacją, które przyprawiają mnie o dreszcz jeszcze teraz, gdy piszę te słowa. To dzięki niej przetrwałem. Odgadłem, że mimo całej swej siły i woli czuła się, jakby stała nad przepaścią. Wybiła godzina rozstania. Nie mogliśmy już dłużej go opóźniać ani unikać. Idąc, szepnąłem Carli, że po osiemnastu latach małżeństwa byliśmy najszczęśliwszymi z ludzi, bo czuliśmy, jak głębokie łączą nas więzi. Muszę przyznać, że wspólna walka z przeciwnościami losu jeszcze mocniej nas zjednoczyła. Problemy nie mogły nas zniszczyć. Ogarnięta emocjami, nie odpowiedziała. Przytuliła się do mnie z całej siły. Miała rację. Po co mówić? Nie potrzebowaliśmy słów, żeby się rozumieć. Wszystko inne stało się zupełnie zbędne.

Zbliżając się do tłumu, ujrzałem wiele zapłakanych twarzy, na których malował się żal. Nie byłem w stanie znieść tych spojrzeń. Obawiałem się, że sam także ulegnę emocjom. Nie mogłem wydusić z siebie ani słowa. Paraliżowało mnie napięcie. Na szczęście nie zamierzałem wygłaszać oświadczenia, a tym bardziej dłużej przemawiać. Nie sprostałbym takiemu wyzwaniu. Im bliżej byliśmy, tym głośniejsze były oklaski, a w tłumie ktoś zaintonował Marsyliankę. Nieporadnie pozdrawiałem przybyłych wesprzeć mnie ludzi. Zbyt wzruszony, nie zdobyłem się nawet na uściśnięcie wyciągniętych do mnie dłoni. Po raz ostatni przytuliłem Carlę. Nie chciałem przedłużać katuszy. Pocałowałem córkę. Łzy kręciły mi się w oczach. Dosłownie wskoczyłem do samochodu. Tak bardzo chciałbym zniknąć. Przytłoczył mnie smutek.

Oklaski towarzyszyły mi jeszcze, gdy samochód zaczął się oddalać. Christophe Ingrain, mój przyjaciel, a zarazem adwokat, siedział obok mnie. Spojrzałem na niego. Jego pełna napięcia twarz zastygła. Przez pierwsze minuty drogi do więzienia nie zdołaliśmy zamienić ani słowa. Przerwałem milczenie, żeby rozładować atmosferę, która stała się już przytłaczająca. Trzeba było znaleźć ujście dla cierpienia. Na początku głos lekko mi drżał, chociaż zaczynałem powoli odzyskiwać panowanie nad sobą. Zachować stoicki spokój to nie lada sztuka. W skrytości ducha z ironią myślałem o niezliczonych artykułach opowiadających o mojej rzekomej sile. Gdyby ich autorzy wiedzieli, jak słaby czułem się w tym momencie!

***

Moje spojrzenie zwróciło się na zewnątrz. Widok, jaki zobaczyłem za oknem, był zaskakujący. Dwóch ubranych w galowe mundury motocyklistów z prefektury jechało przed samochodem, torując nam drogę. Początkowo ich nie zauważyłem. Dwaj inni, z policyjnymi opaskami, trzymali się w pobliżu tylnych drzwi samochodu. Imponujący - kilkusetmetrowy - konwój motocykli i wozów prasowych podążał za nami. Na chodnikach przystawały całe rodziny, witano nas brawami, fotografowano, przyjaźnie machano do mnie rękami. Przez chwilę czułem się, jakby powrócił wieczór mojego zwycięstwa wyborczego w maju 2007 roku. Wtedy to oficjalny przejazd kolumny głowy państwa, którą zostałem, wzbudzał entuzjazm obywateli. Ale 21 października rzeczywistość nie była ani tak radosna, ani - przede wszystkim - tak chwalebna. Przewożono przyszłego więźnia do Zakładu Karnego La Santé! Nagle poraziła mnie żałosna groteskowość tej sytuacji. Po co ten cały protokół, te honory i środki ostrożności? Czy służą tylko ukryciu skandalu sądowego albo jego złagodzeniu? Dlaczego wtrącano mnie do więzienia? Z obawy, że ucieknę, że wyjadę z Francji? Przecież przez te wszystkie lata, bez chwili przerwy, byłem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę strzeżony przez policjantów.

Kulminacyjnym punktem przedstawienia był mój przyjazd do La Santé dwadzieścia pięć minut przed wyznaczoną początkowo godziną. Oczywiście z taką eskortą drogi nie wydłużały mi ani korki uliczne, ani czerwone światła. Trzeba było zatrzymać mój samochód wraz z eskortą, bo administracja więzienna, która oczekiwała mnie od trzech tygodni, nie była gotowa! Potencjalny zbieg, którym byłem, czekał sto metrów od bramy więzienia, zanim zgodzono się go przyjąć. Czy można lepiej opisać to nieprawdopodobne przedstawienie? Tkwiliśmy w samochodach przez długie minuty, a przedstawiciele mediów z całego świata patrzyli na nas ze zdumieniem. Wokół panowało duże poruszenie. Nikt nie rozumiał tego postoju. Przechodnie korzystali z okazji, by wzbogacić kolekcje zdjęć i selfie. Nie mogłem się wręcz doczekać, żeby rzucono mnie za kraty... Uśmiechnąłem się w duchu na myśl o tym paradoksie.

Po długim oczekiwaniu zezwolono mi wreszcie na przekroczenie masywnej stalowej bramy zakładu karnego. Widziałem ją w filmach i reportażach, nigdy z bliska. Patrząc, jak ciężkie wrota z podniosłą powolnością przesuwają się po szynie, myślałem o ironii sytuacji i o tym jakże dziwnym życiu, jakie stało się moim udziałem. Dlaczego przeżyłem tyle tak skrajnych sytuacji? Teraz przygotowywałem się do odebrania mojego numeru w rejestrze więźniów. 320535. W ten sposób będę odtąd identyfikowany. Cztery dni wcześniej byłem Nicolasem Sarkozym, dawnym prezydentem Republiki, a prezydent Emmanuel Macron osobiście przyjmował mnie w Pałacu Elizejskim. Czy można sobie wyobrazić bardziej uderzający kontrast? Równie groteskową sytuację? Musiałem się uszczypnąć, żeby pogodzić się z rzeczywistością. W imię prawdy muszę przyznać, że jej nie akceptowałem.