Dziennik więzienny III. Niebo (#3) - Jeffrey Archer

Kup ebooka

24.99 zł
19.99 zł (17,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dzień dziewięćdziesiąty drugi

Czwartek, 18 października 2001

6.00 rano

Ponieważ tyle jest tu dla mnie rzeczy nowych i nieznanych, ciągle się rozglądam.

Hughes i Jones, funkcjonariusze zarządzający blokiem północnym, starają się szybko udzielać więźniom informacji i, co ważniejsze, "załatwiać" sprawy, co zyskuje im sympatię tutejszych pensjonariuszy. Obydwa bloki przypominają baraki nissenowskie z czasu drugiej wojny światowej. Blok północny składa się z korytarza długiego na sto jardów i z pięciu odgałęzień odchodzących z obu stron. W każdym z tych odgałęzień znajduje się dziewięć pokoi - więzień ma własny klucz, a okna nie są zakratowane.

W każdym pokoju mieszka dwóch więźniów. Moim współlokatorem jest odsiadujący dożywocie David (morderstwo), który ma największy pokój: siedem kroków na trzy, a nie, jak inne, pięć na trzy. Poprosiłem już o przeniesienie do skrzydła dla niepalących w bloku południowym, gdzie przebywają starsi, dojrzalsi więźniowie. Wbrew nagłówkowi w "News of the World", krzyczącemu, że "Archer domaga się zmiany celi", prawo do przebywania w celi dla niepalących przysługuje każdemu więźniowi. Jednak naczelnik Berlyn wolałby nie przenosić mnie do bloku południowego ze względu na bliskość dróżki do użytku publicznego, na której kręci się kilku dziennikarzy i fotografów.

Korytarz naprzeciw mojego niedawno przekształcono w strefę dla niepalących i Berlyn sugeruje, żebym się przeniósł tam do jednego z pustych pokoi. Ponieważ w więzieniu przebywa obecnie niewielu więźniów, mógłbym nawet być w pokoju sam. Każdy więzień, z którym dzieliłem celę, albo sprzedał swoją opowieść brukowcom, albo został opisany na pierwszych stronach gazet - zawsze z przesadą i nigdy prawdziwie.

8.30 rano

Pracuję w biurze SMU od wpół do dziewiątej do dwunastej, potem mam przerwę na lunch, a później wracam do pracy od pierwszej do wpół do piątej. Przychodzę rano, licząc, że zastanę Matthew, który zacznie przekazywać mi obowiązki, ale jest tylko Gough. Siedzi ze spuszczoną głową, ma zmarszczone brwi i wpatruje się w komputer. Coś mamrocze pod nosem, a potem grzecznie prosi o filiżankę herbaty.

9.00 rano

Wciąż ani śladu Matthew. Czytam regulamin i dowiaduję się, że do moich obowiązków należy mycie podłogi w kuchni, zamiatanie wszystkich pomieszczeń do wspólnego użytku, odkurzanie dywanów i czyszczenie dwu toalet oraz sprzątanie w kuchni. Na szczęście głównym zajęciem, jedynym, które uchroni mnie od szaleństwa, jest udzielanie informacji i wyjaśnianie wątpliwości więźniom. Przeczytałem ośmiostronicową broszurkę dwa razy, ale Matthew nadal się nie pojawia, co zaczyna wyglądać na poważne wykroczenie.

Jeżeli się spóźnisz do pracy, masz "krechę"; zdarza się to rzadko w więzieniu kategorii D, ponieważ postawienie do raportu może się skończyć utratą przywilejów - nawet powrotem do kategorii C - zależnie od tego, jak poważne jest przewinienie. Przyłapanie na używaniu narkotyków albo na samowolnym oddaleniu się z więzienia grozi natychmiastowym przesunięciem do gorszej kategorii. Te przywileje i kary stosuje się po to, żeby wszyscy przestrzegali przepisów.

Przełożony funkcjonariuszy New zjawia się w chwili, gdy Gough wchodzi do pokoju.

- Gdzie jest Matthew? - pyta.

Mam teraz okazję zaobserwować funkcjonariuszy więziennych w najlepszym wydaniu i więziennictwo w najgorszym.

- To z jego powodu cię szukałem - powiada Gough. - Matthew spóźnił się wczoraj wieczorem (więźniowi grozi za takie przewinienie odesłanie do zakładu karnego kategorii C, gdyż się zakłada, że samowolnie oddalił się z więzienia) i został zgłoszony do raportu. - Atmosfera natychmiast się zmienia. - Ale ja wycofałem ten wniosek.

- Dlaczego? - pyta New i zapala papierosa.

- Ojciec Matthew wczoraj po południu stracił przytomność i został zabrany do szpitala w Canterbury. Wykryto u niego guza mózgu i lekarze nie dają mu nawet tygodnia życia.

- Dobra! - mówi New, gasząc papierosa. - Wypisz mu zlecenie na urlop okolicznościowy i niech jak najszybciej jedzie do Canterbury.

New mi mówi, że matka Matthew, która chorowała na stwardnienie rozsiane, umarła rok temu, a jego babka kilka tygodni po niej. Stało się to wkrótce po tym, jak popełnił przestępstwo, w wyniku którego został skazany na rok i trzy miesiące więzienia.

Wchodzi Matthew.

New i Gough okazują mu wiele życzliwości. Papiery zostają podpisane z nadzwyczajną szybkością, a Matthew dostaje nawet pozwolenie skorzystania ze służbowego telefonu, żeby poprosić swoją dziewczynę, aby po niego przyjechała. Nim minęło kilka minut, zjawia się naczelnik Berlyn i zgadza się z New, że chłopaka (myślę o Matthew jako o chłopcu, ponieważ jest młodszy od mojego syna) należy jak najprędzej wyprawić do ojca. Nagle wyłania się problem.

Matthew, któremu zostało jeszcze cztery tygodnie do zwolnienia, nie zna nikogo w Canterbury, więc musi być zamknięty w miejscowym więzieniu, mimo że jego dziewczyna i jej matka zatrzymają się w hotelu blisko szpitala. Co gorsza, ponieważ Matthew może dostać tylko dwudziestoczterogodzinny urlop okolicznościowy, będzie musiał wrócić z Canterbury i nocować w North Sea Camp, po czym w piątek rano zostanie zwolniony na cały weekend aż do niedzielnego wieczoru.

- Dlaczego chłopak nie może pojechać do ojca i wrócić w niedzielę wieczorem? - pytam.

Obydwaj panowie, Berlyn i New, kiwają głowami, ale mówią, że nie ma sposobu, aby obejść przepisy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

10.30 rano

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Dzień osiemdziesiąty dziewiąty

Poniedziałek, 15 października 2001

2.30 po południu

Drogowskaz oznajmia: "North Sea Camp, 1 mila". Kiedy zbliżamy się do więzienia, uderza mnie brak elektronicznie sterowanych bram, wysokiego muru i drutów kolczastych.

Wychodzę z "sauny" i wędruję do rejestracji, gdzie mnie wita funkcjonariusz więzienny. Nazywa się Daff. Ma miły uśmiech i żołnierską postawę. Zapowiada, że po Wayland będę się tutaj czuł jak u Butlinsa.

- Zresztą - dodaje - kawałek stąd, w Skegness, jest dom wypoczynkowy Butlinsa. Tyle tylko, że otoczony murem.

Tutaj, tłumaczy Daff, zamiast muru są apele - o 7.30 i 11.45 rano, o 3.30 po południu oraz o 8.15 i 10.00 wieczorem. Wtedy będę się musiał zgłaszać do biura w swojej części skrzydła - to całkiem nowy reżim, do którego trzeba przywyknąć.

Podczas gdy Daff załatwia papierkową robotę, ja rozpakowuję plastikowe torby Jej Królewskiej Mości. Daff rzuca, że wolno nosić tylko ubiór więzienny, więc wszystkie koszulki trykotowe zostają mi zabrane i umieszczone w szafce z napisem ARCHER FF8282.

Dean, więzień funkcyjny, mi pomaga. Kiedy cały mój dobytek zostaje sprawdzony, Dean prowadzi mnie do mojego pokoju - proszę, zauważcie: do pokoju, nie do celi. W North Sea Camp więźniowie mają własne klucze, a w oknach nie ma krat. Oby tak dalej.

Jednak znów nie będę sam. Moim współlokatorem jest David. Nie przycisza muzyki, kiedy wchodzę, i ani na moment nie wyjmuje skręta z ust. Kiedy ścielę sobie łóżko, mówi mi, że został skazany na dożywocie, przy czym początkowo okres minimalny odbywania kary wyznaczono mu na piętnaście lat. Do tej pory odsiedział dwadzieścia jeden, gdyż wciąż, chociaż przebywa w więzieniu kategorii D, uważa się go za zagrożenie dla społeczeństwa. Jego głównym przestępstwem było morderstwo - rzucił się na kelnera, który pożądliwie wpatrywał się w jego żonę.

4.00 po południu

Dean (pracownik rejestracji) mnie informuje, że Berlyn, jeden z naczelników, chce się ze mną zobaczyć. Idziemy do baraku naczelnika, gdzie znowu zostaję powitany ciepłym uśmiechem. Po wstępnej pogawędce Berlyn oznajmia, że zamierza mnie umieścić w dziale edukacji. Następnie mówi o problemach wynikających stąd, że North Sea Camp jest więzieniem otwartym, i o tym, w jaki sposób administracja ma nadzieję radzić sobie z dziennikarzami. Kończy zapewnieniem, że gdybym potrzebował pomocy, jego drzwi zawsze są otwarte dla każdego więźnia.

5.00 po południu

Dean zabiera mnie na kolację do kantyny. Potrawy wyglądają o wiele lepiej niż w Wayland i są podawane i spożywane w głównej sali, niczym w szkole z internatem.

6.00 po południu

Piszę przez dwie godziny i czuję się wyczerpany. Potem wędruję do Douga, do szpitala. Wydaje się, że on zna wszystkie najnowsze plotki. Będzie dla mnie nieocenionym źródłem informacji. Siedzimy na wygodnych krzesłach i oglądamy wieczorne wiadomości. Dean dołącza do nas parę minut później, mimo że tylko godziny dzielą go od zwolnienia. Mówi, że moje rzeczy zostały już uprane i są w moim pokoju.

8.15 wieczorem

Wracam do bloku północnego i zgłaszam się na apel do dyżurnego funkcjonariusza. Hughes ma czapkę z daszkiem, w której przypomina mi Mackaya z serialu "Porridge", i to porównanie go cieszy. Robi wrażenie gburowatego sierżanta sztabowego, ale już po chwili odkrywam, że do rany go przyłóż. Więźniowie lubią go i podziwiają; jeżeli obieca, że coś zrobi, to dotrzyma słowa, jeżeli nie może, to powie.

Wracam do mojego pokoju i zmuszam się do pisania przez następną godzinę, mimo dymu papierosowego i głośnej muzyki.

10.00 wieczorem

Ostatni apel. Piętnaście minut później jestem w łóżku i zasypiam, nie bacząc na dym papierosowy i muzykę Davida.

Dzień dziewięćdziesiąty pierwszy

Środa, 17 października 2001

5.30 rano

Budzę się kilka minut po piątej i idę się wysikać w latrynie na końcu korytarza. Czy zauważyliście, że jeśli jesteście zdezorientowani albo przestraszeni, wtedy przez pewien czas nie odwiedzacie toalety? Pewno istnieje jakieś proste medyczne wytłumaczenie tego zjawiska. Nie wypróżniałem się - by użyć określenia lekarzy - przez pięć pierwszych dni w Belmarsh, przez trzy dni w Wayland i na razie w North Sea Camp.

8.00 rano

Zjawia się Dean i zabiera mnie na śniadanie. W przyszłości mogę się nie fatygować, bo nie jem owsianki, a nie warto zadawać sobie trudu dla dwóch przypalonych tostów. Dean mnie ostrzega, że w okolicy roi się od dziennikarzy i że za moje zdjęcie w więziennym ubiorze oferowane są duże sumy. Jeżeli mi pstrykną fotki, czytelnicy rozczarują się, widząc mnie w trykotowej koszulce i dżinsach. Żadnych strzałek, numeru, czy żelaznej kuli u nogi.

8.45 rano

W rejestracji pytam Daffa, czy mógłbym dostać czystą koszulkę trykotową, gdyż po południu odwiedzi mnie żona.

- Co ty sobie, Archer, wyobrażasz? Że to jakiś pieprzony Harrods?

9.00 rano

Jako nowy więzień kontynuuję program wprowadzający. Dziś rano pierwsze spotkanie mam na sali gimnastycznej. Gromadzimy się wszyscy w małym pawilonie i oglądamy dziesięciominutowy czarno-biały film na wideo na temat bezpieczeństwa pracy. Instruktor skupia się na podnoszeniu ciężarów, ponieważ w North Sea Camp jest kilka prac, wymagających podnoszenia ciężkich ładunków, nie mówiąc o tym, że liczni więźniowie będą wyciskać ciężary na sali gimnastycznej. Następnie Masters, wyższy rangą funkcjonariusz i instruktor sportowy, który jest w North Sea Camp dziewiętnaście lat, pokazuje nam salę gimnastyczną i znajdujące się w niej urządzenia. Nie jest tak duża i tak dobrze wyposażona, jak w Wayland, ale ma trzy ważne urządzenia, które pozwolą mi zachować w dobrym stanie układ sercowo-naczyniowy - przyrząd do wiosłowania, mechaniczną bieżnię i rower. Sala gimnastyczna jest wystarczająco duża, żeby grać w koszykówkę, natomiast salka z urządzeniami do podnoszenia ciężarów mniej więcej o połowę mniejsza niż w Wayland. Sala gimnastyczna jest otwarta codziennie z wyjątkiem poniedziałków od wpół do szóstej do wpół do ósmej wieczorem, więc człowiek nie musi (chrum, chrum - świnki jedzą śniadanie) wykonywać swojego programu o ustalonej godzinie. Mam nadzieję, że zacznę ćwiczyć w czasie najbliższego weekendu, bo do tej pory powinienem już się rozejrzeć (chrum, chrum). Najbardziej popularnym sportem jest badminton i chociaż w North Sea Camp jest drużyna futbolowa, to ostatnio wstęp na boisko utrudniła pryszczyca (chrum, chrum).

9.30 rano

Zajęcia edukacyjne. Spotykamy się wszyscy w kaplicy. Instruktorka przedstawia nam różne możliwości do wyboru. Większość nowych więźniów siedzi z ponurymi minami i tępo na nią spoziera. Ponieważ przydzielono mi już pracę w wydziale zarządzania wyrokami, słucham w pełnym szacunku milczeniu, i kiedy instruktorka kończy swój wywód, wracam do swojej pracy.

10.30 rano

Matthew jest dziś nieobecny, bo ma wizytę w mieście, ale szybko odkrywam, jakie są tu trzy główne obowiązki:

a) Przygotowywanie herbaty i kawy dla jedenastu osób personelu, stale pracujących w tym budynku, oraz dla gości, którzy je odwiedzają.

b) Sporządzanie teczek nowo przybyłych więźniów, tak aby funkcjonariusze mieli wszystkie ich dane pod ręką: formalnie możliwy termin zwolnienia warunkowego, adres domowy, czy będą mieli dom albo pracę, czy posiadają własne pieniądze, czy rodzina przyjmie ich z powrotem.

c) Przygotowywanie formularzy na okazje wizyt, wyjść na przepustkę jednodniową, tygodniową, pracy na zewnątrz oraz urlopów okolicznościowych i zwolnień lekarskich.

Do moich obowiązków będzie także należało dopilnowanie, żeby każdy więzień został skierowany do odpowiedniego funkcjonariusza, stosownie do potrzeb. Simpson, mieszkający na miejscu kurator sądowy, mówi mi:

- Przyjmę każdego, jeżeli będę wolny, jeżeli nie - proszę im proponować, żeby umówili się na spotkanie.

To mu pozwoli zająć się więźniami, którzy mają prawdziwe problemy, i uniknąć tych, którzy przychodzą ze skargami co drugi dzień.

11.45 rano

Idę na lunch z innymi funkcyjnymi. Wendy, szefowa kuchni, mówi mi, że North Sea Camp uzyskał pochwałę za najlepsze jedzenie w więzieniach.

- Powinieneś - powiada - spróbować jeść mięso i zarzucić wegetarianizm.

Wendy to jakby Margaret Thatcher w wydaniu kieszonkowym. Jej kuchnia jest nieskazitelnie czysta, a pracownicy krzątają się w idealnie białych kombinezonach i widać, że darzą ją szacunkiem. Obiecuję, że spróbuję mięsa za dwa tygodnie, kiedy wypełnię następny kupon zamówienia na posiłki.

2.00 po południu

Teraz, gdy jestem w więzieniu kategorii D, zezwalają mi na jedne odwiedziny w tygodniu. Kiedy odsiedzę jedną trzecią wyroku, otrzymam jeszcze inne przywileje. Bóg wie, jak prasa przedstawi moją pierwszą wizytę w mieście. Jednak wszystko może się nagle zmienić po rozpatrzeniu mojego odwołania. Więzień skazany na cztery lub więcej lat może się ubiegać tylko o zwolnienie warunkowe, natomiast wyrok krótszy niż cztery lata oznacza, że skazany zostanie automatycznie zwolniony po odsiedzeniu połowy kary, a jeżeli był wzorowym więźniem, zyska kolejne dwa miesiące, kiedy mu założą lokalizator .

Wracam do dzisiejszych odwiedzin. Dwaj starzy przyjaciele David Paterson i Tony Bloom towarzyszą Mary.

Cała trójka zjawia się z dwudziestominutowym opóźnieniem, co tylko świadczy o tym, jakim koszmarem musi być dwustupięćdziesięciomilowa podróż z Londynu do North Sea Camp i z powrotem. Ja i Mary mamy pół godziny dla siebie. Mary mówi, że moi adwokaci zwrócili się do radcy królewskiego sir Sydneya Kentridge'a, żeby złożył apelację, jeżeli się okaże, że sędzia Potts był do mnie uprzedzony, zanim rozpoczął się proces. Świadek, który mógłby zeznawać, Godfrey Barker, nie kwapi się do tego. Boi się, że żona, która jest zatrudniona w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, mogłaby stracić pracę. Mary uważa, że on zrobi to, co słuszne. Ja zaś czuję, że będzie się wahał i się nie zdecyduje. Mary jest optymistką, ja pesymistą. Zwykle jest na odwrót.

W trakcie odwiedzin zarówno naczelnik Berlyn, jak i przełożony funkcjonariuszy New krążą wokół i gawędzą z rodzinami więźniów. Co za odmiana w porównaniu z Wayland! New mówi nam, że North Sea Camp okrzyknięto teraz "najbardziej komfortowym więzieniem w Anglii" ("Sun"), co, jak ma nadzieję, wpłynie na podniesienie poziomu pensjonariuszy w przyszłości; "z najlepszym wyżywieniem" ("Daily Star"); ja mam "największy pokój w najspokojniejszym bloku" ("Daily Mail") i tylko mnie jednemu "pozwala się chodzić we własnym ubraniu" ("Daily Mirror"). Ani jeden fakt nie jest prawdziwy.

Półtorej godziny mija zbyt szybko, ale przynajmniej teraz co tydzień mogę mieć gości. Ciekawe tylko, ilu moich przyjaciół zechce podjąć trud siedmiogodzinnej podróży, żeby spędzić ze mną raptem półtorej godziny.

5.00 po południu

Kantyna. W Wayland człowiek wypełniał formularz zamówienia, a potem dostarczano mu produkty do celi. W North Sea Camp jest mały sklep, który pozwalają więźniowi odwiedzić dwa razy w tygodniu między wpół do szóstej i wpół do ósmej wieczorem; można tam kupić, czego się potrzebuje - żyletki, pastę do zębów, czekoladę, wodę mineralną, sok z czarnej porzeczki i, co najważniejsze, karty telefoniczne. Ja muszę też mieć piankę do golenia, ponieważ wciąż codziennie się golę.

Co to za różnica znaleźć się w więzieniu kategorii D!

6.00 wieczorem

Idę do kuchni na kolację i dosiadam się do dwóch więźniów w głębi sali. Wybieram ich ze względu na wiek. Okazuje się, że jeden z nich jest księgowym, drugi emerytowanym agentem ubezpieczeniowym. Nie rozmawiają o przestępstwach, jakie popełnili. Mówią mi, że już nie pracują w więzieniu, ale codziennie jeżdżą do Bostonu i muszą wrócić przed piątą po południu. Pracują w lokalnym sklepie Czerwonego Krzyża i zarabiają trzynaście funtów i pięćdziesiąt pensów tygodniowo, co wpływa na ich konto w kantynie. Niektórzy więźniowie mogą zarobić nawet dwieście funtów tygodniowo, dzięki czemu są w stanie zaoszczędzić znaczną kwotę do czasu, kiedy zostaną zwolnieni. To o wiele sensowniejsze niż wyrzucanie ich na ulicę z przepisową kwotą czterdziestu funtów i bez perspektywy pracy.

7.00 wieczorem

Odwiedzam Douga w szpitalu; zaprasza mnie na sok z czarnej porzeczki, herbatniki McVitie's i wiadomości w Channel 4. W Waszyngtonie ewakuowano Kongres i Senat z powodu paniki wywołanej zagrożeniem wąglikiem. Jest tak wiele sposobów prowadzenia współczesnej wojny. Czyżbyśmy znajdowali się w trakcie trzeciej wojny światowej, nie zdając sobie z tego sprawy?

8.15 wieczorem

Wracam do północnego bloku na apel, żeby pokazać, że nie oddaliłem się samowolnie z więzienia . Doug mnie zapewnia, że jest to o wiele łatwiejsze po pierwszych dwóch tygodniach, kiedy sprawdzanie obecności odbywa się nie sześć, lecz cztery razy dziennie. Mój kłopot polega na tym, że ostatni apel jest o dziesiątej wieczór, a ja o tej porze zwykle już śpię.

Dzień dziewięćdziesiąty

Wtorek, 16 października 2001

5.30 rano

Owczarki alzackie budziły mnie w Belmarsh, w Wayland zwykle pobrzękujący kluczami strażnicy więzienni podczas obchodów o świcie, a tu, w North Sea Camp, odległym zaledwie o sto jardów od wybrzeża, wyrywa mnie ze snu nieustanny krzyk mew. Później, znacznie później, daje się słyszeć stłumione chrząkanie świń, gdyż najliczniejszą grupą mieszkańców North Sea Camp są świnie, zajmujące dziewięćsetakrowe gospodarstwo więzienne. Osłaniam lampę nad głową czarnymi bokserkami, żeby nie obudzić Davida, kiedy będę pisał. Nawet się nie poruszył. O wpół do ósmej idę do łazienki z prysznicami na końcu korytarza.

8.00 rano

Dean towarzyszy mi w drodze na śniadanie; owsianka od poniedziałku do piątku, płatki zbożowe podczas weekendów, tłumaczy. Zadowalam się jajkiem ugotowanym na bardzo twardo i dwoma przypalonymi tostami.

8.30 rano

Adaptacja. W pierwszym tygodniu w North Sea Camp więzień się dowiaduje, jak funkcjonuje to miejsce, personel więzienny natomiast próbuje się dowiedzieć jak najwięcej o przybyszu. Pierwszą osobą, z którą się spotykam, jest doktor Walling, lekarz więzienny, który zadaje mi zwyczajowe pytania o narkotyki, palenie, picie, choroby i uczulenia. Po dwudziestu minutach opukiwania, głębokich wdechów, ważenia, badania moich oczu, uszu, zębów i serca doktor Walling udziela mi tylko jednej rady: żebym się zbytnio nie forsował na sali gimnastycznej.

- Proszę nie zapominać, że ma pan sześćdziesiąt jeden lat.

Kiedy wychodzę z gabinetu lekarskiego, Doug, tutejszy sanitariusz i przyjaciel Darrena (Wayland, tylko marihuana), przywołuje mnie skinieniem na oddział prywatny. Doug mierzy sześć stóp wzrostu, waży około szesnastu kamieni , ma gęstą czuprynę, która zaczyna siwieć, i na oko zbliża się do pięćdziesiątki. Na oddziale znajduje się osiem łóżek; jedno należy do Douga, gdyż ktoś musi tu być w nocy, na wypadek gdyby jakiś więzień nagle zachorował. Ale cóż to za posada! Doug ma nie tylko pokój wielkości apartamentu, ale również własny telewizor i łazienkę. Mówi, że siedzi za niepłacenie podatków, ale nie podaje żadnych szczegółów. Zamyka drzwi do swojego królestwa i potwierdza, że funkcja sanitariusza to najlepsze zajęcie w więzieniu. Jednak zapewnia mnie, że drugie w kolejności stanowisko w North Sea Camp to praca w SMU . Doug szepce, że zwolni się tam stanowisko za cztery tygodnie, kiedy pełniący je Matthew wyjdzie na wolność. Wyższy funkcjonariusz więzienny nazwiskiem New - odpowiednik Tinklera w Wayland - podejmie ostateczną decyzję, ale Doug mnie zaproteguje.

- W każdym razie - dodaje - unikaj pracy na farmie. Zima blisko, i jeśli nie wykończy cię jedzenie, to załatwi cię farma. - Gdy odchodzę, rzuca: - Wpadnij wieczorem na drinka. - Ma na myśli herbatę albo kawę. - Wolno mi przyjmować dwójkę gości między siódmą i dziesiątą, będziesz mile widziany.

Dziękuję mu, a w duchu mojemu dawnemu opiekunowi Darrenowi. To, kogo się zna, jest tak samo ważne w pudle, jak na wolności.

10.30 rano

Moje następne "wprowadzające" spotkanie ma służyć podjęciu decyzji, jaką pracę będę wykonywał podczas pobytu w North Sea Camp. Udaję się do wydziału zarządzania wyrokami, mieszczącego się w budynku, w którym przedtem była siedziba naczelnika, usytuowanym tuż przy bramie frontowej. Dróżkę wiodącą do wejścia zdobią grządki przywiędłych czerwonych kwiatów. Jasnoniebieskim drzwiom przydałaby się świeża farba - wyglądają, jakby otwierano je kopniakami.

Pierwsze pomieszczenie, do którego wchodzę, przypomina oszkloną werandę. Jest tam kilkanaście drewnianych krzeseł i tablica z przyszpilonymi kartkami. Czterej funkcjonariusze, w tym Gough, który wygląda jak dyrektor prywatnej szkoły, zajmują pierwszy pokój na parterze. Gough, który stawia znaczek przy moim nazwisku, oznajmia z wyraźnym norfolskim akcentem, że będzie rozmawiał z wszystkimi nowicjuszami, gdy tylko przejdą badanie lekarskie. Jednak doktor Walling trzyma każdego nowego więźnia piętnaście minut, więc może to trwać dość długo. Czekając niecierpliwie na "werandzie", zaczynam zauważać, jak jest brudno. W Wayland podłogi lśniły od codziennego froterowania, a jeżeli stałeś nieruchomo przez kilka chwil, ktoś mógł cię z rozpędu pomalować.

W końcu zjawiają się wszyscy nowicjusze; jest ich siedmiu. Gough wygłasza kilka słów powitania i na początek mówi, że ponieważ większość więźniów przebywa w North Sea Camp mniej niż trzy miesiące, tutejsi funkcjonariusze starają się, żebyśmy spędzali czas w możliwie cywilizowany sposób, aby nas przygotować do powrotu na wolność. Gough tłumaczy, że z North Sea Camp każdy się może oddalić. Jest to bardzo łatwe, gdyż nie trzeba forsować żadnych murów.

- Ale jeżeli zdecydujecie się nas opuścić, pamiętajcie, żeby zostawić klucz od pokoju na poduszce. - Gough wcale nie żartuje.

Opowiada nam o młodym człowieku, który samowolnie się oddalił szesnaście godzin przed zwolnieniem. Nazajutrz został schwytany w Bostonie i przeniesiony do więzienia kategorii C, gdzie spędził następnych sześć tygodni. Zrozumieliśmy.

Gough wymienia stanowiska pracy, dostępne dla wszystkich więźniów poniżej sześćdziesiątki, przy czym podkreśla, że ponad połowa więźniów jest zatrudniona na farmie. Pozostali mogą się zgłosić na zajęcia edukacyjne bądź podjąć pracę w kuchni, przy malowaniu, w ogrodnictwie albo przy sprzątaniu.

Na koniec Gough powiada, że wszyscy powinniśmy się podporządkować "polityce zakazu wszelkich narkotyków". Jeżeli ktoś odmówi podpisania trzech dokumentów, stwierdzających, że nie używa narkotyków i że w każdej chwili podda się dobrowolnemu testowi narkotykowemu, to przez osiem tygodni nie otrzyma wyższego statusu. Taki awans oznacza, że więzień może wydać tygodniowo pięć funtów więcej w kantynie i otrzyma kilka innych przywilejów. Zapytany, Gough odpowiada:

- Nie zezwala się na noszenie w więzieniu otwartym własnych ubrań, gdyż bardzo ułatwiałoby to oddalenie się poza jego teren.

Zauważyłem jednak, że Doug (niepłacenie podatków) nosi zieloną koszulkę trykotową i brązowe spodnie, podtrzymywane przez nader ekstrawaganckie szelki w stylu Walta Disneya. Zawsze jest ktoś, kto potrafi obejść zakazy.

Chętnie podpisuję wszystkie formularze, dotyczące narkotyków, po czym idę na piętro na rozmowę z innym funkcjonariuszem. Donnelly nie tylko wygląda jak farmer, ale ma na sobie zielony kombinezon i zabłocone wellingtony. Nic dziwnego, że panuje tu taki brud. Ma ochotę, żebym pracował u niego na farmie, ale tłumaczę mu (za radą Douga), że chcę się starać o stanowisko Matthew w wydziale zarządzania wyrokami. Coś notuje i z dezaprobatą marszczy brwi.

12.00 w południe

Po dziesięciu tygodniach zamknięcia w Wayland, gdzie zawsze nakładano mi jedzenie na talerz, nie mogę się przyzwyczaić do nabierania go samemu. Jeden z kucharzy się śmieje, kiedy podaję talerz i czekam, aż zostanę obsłużony.

- To wyraźny znak, żeś dopiero co przybył z więzienia zamkniętego - zauważa. - Witaj w realnym świecie, Jeff.

Po lunchu Dean mnie zabiera, żeby mi pokazać znajdujący się na drugim końcu więzienia, bardziej odosobniony, spokojniejszy blok południowy, gdzie pomieszczono starszych więźniów . Panuje tam całkiem inna atmosfera.

Dean pokazuje mi pusty pokój, duży jak na normalne standardy, długi na dwadzieścia i szeroki na sześć stóp, z oknem wychodzącym na ponure Morze Północne. Wyjaśnia, że cała ta część jest w trakcie remontu i ma być otwarta w poniedziałek. W celach zostanie założona instalacja elektryczna i wszystkie będą wyposażone w odbiorniki telewizyjne. W drodze powrotnej do bloku północnego dowiaduję się, że pilnie mnie wzywa przełożony funkcjonariuszy, New. Denerwuję się. Czy zrobiłem coś złego? Czy zostanę odesłany z powrotem do Wayland?

New dobiega pięćdziesiątki, ma około pięciu stóp jedenastu cali wzrostu i bujną siwą czuprynę. Wita mnie ciepłym uśmiechem.

- Słyszałem, że chce pan pracować w SMU? - pyta i, zanim mogę odpowiedzieć, dodaje: - Już pan ma tę pracę. Ponieważ Matthew wychodzi stąd za cztery tygodnie, niech pan zaczyna od razu, żeby przekazanie obowiązków poszło gładko. - Ledwo wybąkałem słowa podziękowania, New ciągnie dalej: - Słyszałem, że chce się pan przenieść do bloku południowego, co z pewnością będzie możliwe, lecz również powiedziano mi, że pragnie pan znaleźć się w Spring Hill; to nie będzie takie proste, bo oni nie chcą pana i otaczającego pana rozgłosu. - Upadam na duchu. - Jednakże - dodaje, nim zdążyłem się odezwać - jeżeli panu na tym zależy, to pomówię z moją odpowiedniczką w Spring Hill i zobaczę, czy będzie mogła pomóc.

New kończy swoją przemowę i schodzimy na dół do Matthew, obecnego pracownika biura SMU. Matthew jest nieśmiałym młodym człowiekiem i ma w sobie coś z roztargnionego naukowca. Nie wyobrażam sobie, co on może robić w więzieniu. Chociaż New przez prawie cały czas mówi, Matthew udaje się powiedzieć mi, jakie są jego obowiązki, począwszy od robienia herbaty i kawy dla jedenastu mieszkańców budynku, kończąc na przygotowaniu akt dla każdego nowego więźnia. Jutro Matthew wychodzi na przepustkę do miasta, więc od razu zostanę wrzucony na głęboką wodę.

4.45 po południu

Dean chwyta moją torbę z praniem i towarzyszy mi w drodze na kolację, wyjaśniając, że więźniowie funkcyjni cieszą się przywilejem spożywania posiłku w samotności, pół godziny wcześniej niż inni więźniowie.

- Możesz nałożyć sobie jedzenie pierwszy - dodaje - a ponieważ jest nas kilkunastu (ze szpitala, magazynów, rejestracji, biblioteki, sali gimnastycznej, oddziału edukacji, kaplicy i ogrodu), jest to prawdziwy przywilej.

To wszystko, i to w ciągu dwudziestu czterech godzin, nie przysporzy mi popularności.