Dziennik więzienny II. Czyściec (#2) - Jeffrey Archer

Kup ebooka

24.99 zł
19.99 zł (17,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

JEDEN Z TYSIĄCA

Jeden na tysiąc, jak mędrzec naucza,

Stokroć ci bliższy będzie niż brat.

By go odnaleźć, w drogę wyruszaj,

Choćbyś zwędrować miał wokół świat.

Dziesiątki i setki zobaczą w tobie

Obraz stworzony z podłych słów,

Ale z Tysiąca Jeden człowiek

Spojrzy wraz z tobą w oczy złu.

Próżne przysięgi, modlitwy i prośby;

Wszak trudno w sprawie własnej być świadkiem

Dziesiątkom i setkom łatwiej cię sądzić

po gestach, czynach i mowie gładkiej.

Lecz gdy cię spotka na morzu wzburzonym

Jeden z Tysiąca i ujmie twą dłoń,

To koniec męki, toś już ocalony

Gotów przepłynąć najgłębszą toń.

Groszem podzieli się z tobą bez słowa,

A twoim nie wzgardzi w potrzebie.

W zgodzie będziecie dalej wędrować

Za całe bogactwo mając siebie.

Dziesiątki i setki zapragną złota,

i srebra, lecz ty wiedz, że więcej

Wart Jeden z Tysiąca, bo on w kłopotach

Nie kiesę otworzy, lecz serce.

Na dobre i złe swój los z twoim złączy

Na czasy chwały i klęsk.

Spojrzenia ludzi, co jad w duszę sączą,

Nie będą mu straszne - o nie!

Dziesiątkom i setkom odbierze spokój

Stek szyderstw, potwarzy i obelg,

Lecz Jeden z Tysiąca u twego boku

Wytrwa do śmierci - i po niej!

Rudyard Kipling (1865-1936)

Dzień dwudziesty trzeci

Piątek, 10 sierpnia 2001

5.49 rano

Niespokojny, przerywany sen, w którym nie pomaga twarda jak kamień poduszka i współlokator, pochrapujący i od czasu do czasu mówiący przez sen; niestety, nic interesującego pod względem literackim. Wstaję i przez dwie godziny piszę.

7.33 rano

Współlokator budzi się i stęka. Nie przerywam pisania. Zeskakuje z górnego łóżka i podchodzi do toalety w kącie celi. Nie krępuje się moją obecnością, ale w końcu jest w więzieniu już pięć lat. Postanawiam nie korzystać z ubikacji w kącie, dopóki siedzę we wspólnej celi, chyba że mój towarzysz wyjdzie . Pracuję dalej, jak gdyby nigdy nic. Trudno mnie zdekoncentrować, gdy piszę, ale spoglądam na Chrisa, który stoi nago nad muszlą. Prawie całą pierś pokrywa mu tatuaż wyobrażający orła unoszącego się nad wężem - jak z dumą mówi, sam go wykonał. Na kostkach palców obu dłoni ma kolory karciane: karo, kiery, piki i trefle, natomiast na ramionach pajęczą sieć sięgającą aż na plecy. Na jego ciele zostało niewiele czystej, niewytatuowanej skóry. Chris to chodzący obraz.

8.00 rano

Otwierają się drzwi celi i możemy iść na śniadanie; godzinę wcześniej niż w Belmarsh. Schodzimy z Chrisem do kuchenki. Przynajmniej jajka zostały ugotowane niedawno - chyba nawet dziś. Dostajemy także po pół kartonu półtłustego mleka, co oznacza, że z listy moich zakupów mogę usunąć mleko o przedłużonej trwałości, przeznaczając dodatkowe siedemdziesiąt dziewięć pensów na inny luksusowy towar, na przykład dżem.

9.40 rano

Do celi zagląda Newport, oznajmiając mi, że przełożony funkcjonariuszy, Tinkler, chciałby ze mną zamienić dwa słowa. Nawet język w Wayland jest łagodniejszy. Kiedy wychodzę z celi, dodaje:

- Tym korytarzem, drugie drzwi po lewej.

Tinkler wstaje, gdy wkraczam do jego gabinetu, i prowadzi mnie do krzesła po drugiej stronie biurka, jak gdyby był kierownikiem mojego banku. Jego nazwisko tworzą srebrne litery na trójkątnym kawałku drewna, na wypadek gdyby ktoś zapomniał, jak się nazywa. Nie przypomina funkcjonariusza służby więziennej, raczej starszego kapitana statku handlowego. Ma ogorzałą, pokrytą siatką zmarszczek skórę i starannie przystrzyżoną siwą brodę. Pracuje w więziennictwie już ponad dwadzieścia lat, a w sierpniu przyszłego roku zamierza odejść na emeryturę. Zadaje mi najczęstsze pytanie, jakie można usłyszeć od funkcjonariusza przy pierwszym spotkaniu z więźniem - jak się aklimatyzuję. Mówię mu o opłakanym stanie mojej celi oraz skłonnościach mojego współlokatora. Słucha z uwagą, a ponieważ jest między nami niewielka różnica wieku, wyczuwam u niego pewną dozę współczucia dla mojego położenia. Zapewnia mnie, że gdy tylko zakończy się mój okres przystosowawczy, zamierza mnie przenieść do pojedynczej celi w bloku C, zajmowanym głównie przez skazanych na dożywocie. Tinkler wierzy, że bardziej będzie mi odpowiadać panująca tam stabilna atmosfera i poczuję się lepiej wśród więźniów zbliżonych do mnie wiekiem. Opuszczam gabinet w znacznie lepszym nastroju.

10.01 rano

Zaledwie kilka minut po moim powrocie do celi zza drzwi znów ukazuje się głowa Newporta.

- Przenosimy pana do innej celi w tym samym korytarzu. Proszę spakować swoje rzeczy i pójść za mną.

Właściwie jeszcze się nie rozpakowałem, toteż potrzebuję niewiele czasu. Okazuje się, że nowa cela jest także dwuosobowa, lecz gdy wchodzę do środka, Newport szepcze:

- Mamy nadzieję, że nikogo nie będziemy musieli dokwaterować.

Współczucie Tinklera przełożyło się na coś bardziej namacalnego od słów.

Po raz siódmy w ciągu trzech tygodni powoli wypakowuję swój dobytek z regulaminowej torby foliowej.

Mam do dyspozycji aż dwie szafki: w pierwszej układam więzienne ubrania, czyli koszule, skarpety, slipy, strój gimnastyczny i tak dalej, natomiast w drugiej rzeczy osobiste. Długo porządkuję mój nowy dom, odczuwając przy tym coś w rodzaju przyjemności.

11.36 rano

Znów pojawia się Newport. Robi obchód wszystkich cel, roznosząc listy zamówień do kantyny. Zdążył mnie już przestrzec, że jeśli komputer nie przeniósł moich niewykorzystanych funduszy z Belmarsh, w tym tygodniu dostanę tylko zaliczkę w wysokości pięciu funtów. Szybko spoglądam na nagłówek karty i stwierdzam, że mam do dyspozycji dwadzieścia funtów czterdzieści sześć pensów. Kwota jest sumą mojego tygodniowego przydziału (dwanaście pięćdziesiąt) oraz dwóch wypłat z działu edukacji w Belmarsh za wykład z kreatywnego pisania i dwóch tur pracy w warsztacie. Przez trzydzieści minut obmyślam, na co wydać tę nieoczekiwaną fortunę. Pozwalam sobie zamówić tak luksusowe dobra jak pianka do golenia Gillette, dżem Robertsona i cztery butelki wody Evian.

12.00 w południe

Lunch. W piątki w Wayland lunch dostaje się w plastikowych torebkach: paczka chrupek, tabliczka czekolady, bułka plus listek sałaty i saszetka sosu majonezowego. Zastanawiam się, w którym więzieniu i kiedy zapakowano ten posiłek, ponieważ na więziennym jedzeniu rzadko można znaleźć datę ważności. Po powrocie do celi znajduję kolejną plastikową torbę - z produktami zamówionymi w kantynie - którą położono na łóżku. Przystępuję do uczty, rozrywając bułkę palcami i smarując ją dżemem Golden Shred za pomocą uchwytu szczoteczki do zębów. Nalewam do kubka wody Evian. Świat od razu wydaje się lepszy.

1.40 po południu

Do programu przystosowawczego należy prywatne spotkanie z więziennym kapelanem. John Framlington wygląda, jak gdyby już od paru dobrych lat zarządzał własną parafią. Wyjaśnia, że jest tu "w zastępstwie", gdyż dzieli obowiązki z młodszym pastorem. Zapewniam go, że zamierzam uczestniczyć w niedzielnym nabożeństwie, pragnę jednak wiedzieć, czy godzina nie koliduje z porą mszy katolickiej. Wygląda na zaskoczonego.

- Nie, korzystamy z tej samej kaplicy. Ojciec Christopher w niedzielę musi obsłużyć tyle parafii, że w więzieniu odprawia mszę już w sobotę o wpół do jedenastej rano.

Framlingtona ciekawi, dlaczego chcę być na obu nabożeństwach. Mówię o prowadzonym przez siebie dzienniku i o tym, że podczas pobytu w Belmarsh nie udało mi się wysłuchać kazania ojca Kevina. Kapelan wzdycha.

- Szybko się pan przekona, że ojciec Christopher wygłasza kazania o niebo lepsze od moich.

2.40 po południu

Pierwsze niepowodzenie dnia. Wraca Newport, zwiastun złych wiadomości. Po południu przyjęto sześciu nowych więźniów, a więc znów będę miał w celi towarzysza. Później się dowiaduję, że istotnie w skrzydle przejściowym przybyło sześć osób, ale więzienie dysponuje taką liczbą miejsc, że wcale nie musiałem dostawać towarzystwa. Pod bramami więzienia zaczęło się jednak kręcić kilku dziennikarzy, a administracja nie chce dawać prasie żadnych powodów do przypuszczeń, iż jestem traktowany jak więzień specjalnej kategorii. Newport twierdzi, że wybrał dla mnie odpowiedniejszego współlokatora. Może tym razem nie będzie to nożownik, tylko morderca preferujący maczetę.

Wyciągam z jednej szafki swoje rzeczy osobiste i upycham w drugiej wraz z więziennym ubraniem.

3.18 po południu

Zjawia się mój współtowarzysz z torbą plastikową. Przedstawia się jako Jules (patrz strony z rycinami). Ma trzydzieści pięć lat i został skazany na pięć lat za handel narkotykami. Poinformowano go już, że nie palę.

Przyglądam mu się uważnie, gdy zaczyna się rozpakowywać, i powoli się rozluźniam. Jules ma niezwykle dużo książek oraz elektroniczne szachy. Nabieram pewności, że wieczorem nie będziemy oglądać powtórek "Top of the Pops" ani transmisji wyścigów motokrosowych. Za pięć czwarta zostawiam go, by się w spokoju rozpakował, i ruszam do sali gimnastycznej na kolejny punkt programu przystosowawczego.

3.55 po południu

Do sali gimnastycznej przybywa pod eskortą dwudziestu nowych więźniów. Choć maszerujemy na drugi koniec budynku, po drodze nie napotykamy ani jednych zamykanych na klucz drzwi. Zauważam również, że mijamy bibliotekę. W Belmarsh nie udało mi się nawet znaleźć biblioteki.

Sala gimnastyczna wywołuje jeszcze większe zaskoczenie. Jest naprawdę wspaniała. Wayland dysponuje pełnowymiarowym boiskiem do koszykówki, w pełni przystosowanym do badmintona i tenisa. Instruktor gimnastyki prosi, abyśmy usiedli na ławce, po czym wręcza nam formularze do wypełnienia, w których mamy podać swój wiek, wagę i wzrost oraz napisać, jakimi sportami się interesujemy.

- Nazywam się John Maiden - mówi - i nie mam nic przeciwko temu, żebyście mówili mi John.

Nigdy nie poznałem imienia żadnego z funkcjonariuszy w Belmarsh. Instruktor wymienia zajęcia do wyboru: krykiet, koszykówka, badminton, piłka nożna, rugby i, jakżeby inaczej, trening w siłowni. Następnie prowadzi nas do drugiego pomieszczenia zapchanego sztangami, hantlami i ciężarkami. Znów z rozczarowaniem konstatuję, że znajduje się tu tylko jedna ruchoma bieżnia i trzy przyrządy do treningu wioślarskiego, nie ma za to mechanicznego chodnika. Spostrzegam natomiast jakieś dziwne rowery, jakich jeszcze nigdy nie widziałem.

Oprowadza nas dyżurny sali (więzień, najprawdopodobniej przeszkolony przez Maidena), tłumacząc, jak korzystać z każdego przyrządu. Wypełnia swoje zadanie niezwykle profesjonalnie, nie powinien więc mieć kłopotów ze znalezieniem pracy po wyjściu z więzienia. Słucham pilnie instrukcji na temat wyciskania sztangi w pozycji leżącej, gdy dostrzegam stojącego obok mnie Maidena.

- Jest pan jeszcze sędzią rugby? - pyta.

- Nie. Zrezygnowałem dziesięć lat temu. Przestałem nadążać za zmieniającymi się co sezon przepisami. W każdym razie stwierdziłem, że gdybym nawet miał sędziować mecz oldbojów, dosłownie nie potrafiłbym nadążyć.

- Proszę się nie przejmować przepisami - mówi Maiden. - Być może pana wykorzystamy.

Spotkanie kończy się rzutem oka na przebieralnię, prysznice oraz, co ważniejsze, czyste toalety. Otrzymuję plastikową kartę upoważniającą do wstępu na salę gimnastyczną i z utęsknieniem czekam na powrót do swego żelaznego programu ćwiczeń.

5.00 po południu

Po powrocie do celi zastaję Julesa siedzącego na górnym łóżku z nosem w książce. Przed wyjściem na kolację zasiadam do kolejnej tury pisania.

6.00 wieczorem

Wybieram zapiekankę wegetariańską z frytkami i dostaję obowiązkowy żółty lizak, taki sam jak w Belmarsh. Jeśli tylko jedna firma produkuje je i dostarcza do wszystkich więzień Jej Królewskiej Mości, to trafił się jej wyjątkowo lukratywny kontrakt. Mimo że to dopiero mój trzeci posiłek w Wayland, odnoszę wrażenie, że udało mi się ustalić, kto sprawuje władzę w kuchence. To mężczyzna w wieku około trzydziestu pięciu lat, ma sześć stóp i trzy cale wzrostu i waży mniej więcej trzysta osiemdziesiąt funtów. Mijając go, pytam, czy moglibyśmy się później spotkać. Kiwa głową z miną człowieka, który wie, że w królestwie ślepców... Mam tylko nadzieję, że odnalazłem w Wayland odpowiednik "Del Boya".

Po kolacji wolno nam przez dwie godziny nie wracać do cel (Godzina Wspólna), ponieważ plombują nas dopiero o ósmej. Cóż za kontrast w porównaniu z Belmarsh. Wykorzystuję czas, wędrując po korytarzach, aby poznać rozkład budynku. Na pierwszym piętrze znajduje się główne biuro stanowiące centrum całego skrzydła. Stąd odchodzą wszystkie odnogi. Sprawdzam też, gdzie są usytuowane telefony, gdy od jednego z aparatów odchodzi jakiś więzień i ostrzega mnie:

- Nie korzystaj z telefonów na przejściówce, Jeff. Wszystkie rozmowy są nagrywane. Dzwoń z tego. To linia bezklawiszowa.

Dziękuję mu i dzwonię do Mary w Cambridge. Mój telefon sprawia jej ulgę, ponieważ sama nie miała jak się ze mną skontaktować, nie może też mnie odwiedzie, dopóki nie dostanie pocztą zezwolenia. Obiecuję wysłać jej dokument jutro, aby mogła przyjechać już w przyszły wtorek lub środę. Przypominam jej, by zabrała ze sobą jakiś dowód tożsamości i że nie wolno jej niczego mi przekazywać, nawet listu.

Mary mówi, że przyjęła zaproszenie Johna Humphrysa do programu "Today". Zamierza prosić baronessę Nicholson o wycofanie oskarżenia - według którego rzekomo ukradłem pieniądze Kurdów - co umożliwiłoby mi odzyskanie kategorii D i szybkie przeniesienie do więzienia otwartego. Dzielę się z Mary przypuszczeniem, że to mało prawdopodobny scenariusz.

- Nie liczyłbym na taki gest chrześcijańskiego miłosierdzia z jej strony - przestrzegam żonę.

- Z pewnością masz rację - odpowiada Mary - ale będę mogła wspomnieć o wypowiedzi Lyndy Chalker w parlamencie i spytam, dlaczego pani Nicholson była tego dnia nieobecna w Izbie, skoro tak bardzo troszczy się o sprawę kurdyjską, albo dlaczego nazajutrz rano nie przeczytała relacji z obrad w "Hansardzie". - Mary dodaje, że usłyszała od ludzi z BBC, iż ich zdaniem zarzuty wobec mnie są bezpodstawne.

- Kiedy masz wystąpić w programie?

- W przyszłą środę albo w czwartek, dlatego koniecznie muszę się z tobą wcześniej zobaczyć.

Godzę się pospiesznie, ponieważ kończą mi się impulsy na karcie. Proszę jeszcze Mary, aby uprzedziła Jamesa, że zadzwonię do jego biura jutro o jedenastej przed południem, i obiecuję zatelefonować do niej w niedzielę wieczorem. Zostało mi dziesięć jednostek, dlatego szybko się żegnam .

Kontynuuję zwiedzanie skrzydła i odkrywam, że główna sala wspólna oraz kuchenka z ladą do wydawania posiłków mieszczą się w jednym pomieszczeniu o wymiarach trzydzieści na dwadzieścia kroków. Stoi tu pełnowymiarowy stół do snookera, który jest tak popularny, że trzeba go sobie rezerwować z tygodniowym wyprzedzeniem. Znajduje się tu także stół do poola i tenisa stołowego, lecz nie ma telewizora, który i tak byłby zbędny, bo odbiornik jest w każdej celi.

Wracając na górę, natykam się na tamtego mężczyznę z kuchenki. Przedstawia mi się jako Dale i zaprasza do swojej celi, informując mnie po drodze, że odsiaduje osiem lat za rozmyślne okaleczenie z zagrożeniem życia. Prowadzi mnie po kamiennych schodach na niższy parter. Nigdy bym tu nie trafił, gdyż ta część jest zarezerwowana wyłącznie dla więźniów o wyższym statusie - wybrańców, którzy mają porządną pracę i cieszą się zaufaniem funkcjonariuszy. Ze względu na fakt, że wyższy status można uzyskać co najmniej po trzech miesiącach, nie dane mi będzie zaznać tego luksusu, ponieważ mam nadzieję na szybkie przeniesienie do zakładu kategorii D.

Cela Dale'a ma dokładnie takie same wymiary jak moja, ale na tym podobieństwo się kończy. Ceglane ściany pomalowano na błękit w dwóch odcieniach, a nad umywalką jest dziewięć stalowych lusterek o boku długości pięciu cali, ułożonych w kształcie dużego trójkąta. W naszej celi mamy razem z Julesem tylko jedno lusterko. Dale ma także dwie poduszki - miękkie - i dodatkowy koc. Na ścianach wiszą zdjęcia jego synów bliźniaków, lecz nie widać fotografii żony - tylko rozkładówka z dwiema Chinkami przyczepiona pinezkami nad łóżkiem. Dale nalewa mi coca-coli (pierwszy kubek od odwiedzin Williama i Jamesa w Belmarsh), po czym pyta, w czym mógłby mi pomóc.

- Chyba we wszystkim. Chciałbym miękką poduszkę, codziennie czysty ręcznik i wyprane rzeczy.

- Nie ma sprawy - mówi tonem bankiera, który naciskając jeden guzik, potrafi błyskawicznie przelać drogą elektroniczną milion dolarów do Nowego Jorku, pod warunkiem że dysponuje się milionem dolarów. - Coś jeszcze? Karty telefoniczne, jedzenie, picie?

- Przydałoby mi się kilka kart i parę rzeczy z kantyny.

- To też mogę załatwić - powiada Dale. - Zrób listę i wszystko dostarczę ci do celi.

- Ale jak ci zapłacę?

- Z tym będzie najmniejszy kłopot. Przyślesz przekaz pocztowy z prośbą, żeby pieniądze zostały zapisane na mój rachunek. Ale pamiętaj, żeby nie wymieniać nigdzie nazwiska Archer, bo inaczej na pewno będzie jakieś dochodzenie. Nie policzę ci dubeltowo, tylko półdubeltowo .

Do celi Dale'a wchodzi kilku więźniów i gospodarz natychmiast zmienia temat.

Wszyscy czują się niezwykle swobodnie w swoim towarzystwie, toteż po paru minutach atmosfera przywodzi na myśl raczej klub niż więzienie. Jimmy, były kurier narkotykowy (roznosił po klubach paczuszki ecstasy), odsiadujący wyrok trzech lat, dopytuje się, czy gram w krykieta.

- Od czasu do czasu mecz na cele dobroczynne, mniej więcej dwa razy do roku - przyznaję.

- Dobrze. Wobec tego w przyszłym tygodniu w meczu z blokiem D będziesz wybijającym numer trzy.

- Ale zwykle wchodzę jedenasty - protestuję. - I wybijałem najwyżej jako dziesiąty.

- W takim razie w Wayland zaczniesz w pierwszej kolejce - oświadcza Jimmy. - Nawiasem mówiąc, w tym roku jeszcze nie wygraliśmy meczu. Nasi dwaj najlepsi wybijający na początku sezonu dostali kategorię D i zostali przeniesieni do Latchmere House w Richmond.

Mniej więcej po godzinie spędzonej w ich towarzystwie zaczynam zdawać sobie sprawę, czym jeszcze skrzydło dla więźniów o wyższym statusie różni się od reszty bloku - dźwiękami, a raczej brakiem dźwięków. Nie słychać tu nieustannego jazgotu odtwarzaczy stereo usiłujących się nawzajem zagłuszyć.

Za pięć ósma wracam do celi i na schodach spotykam strażnika, który mnie poucza, że nie mogę więcej odwiedzać tej części bloku, ponieważ jest to zabronione.

- I jeżeli to zrobisz, Archer - dodaje - zgłoszę cię do raportu i do twojego wyroku dodadzą dwa tygodnie.

Zawsze znajdzie się ktoś, kto musi udowodnić innym swoją przewagę, zwłaszcza jeśli może się pochwalić władzą przed więźniami. "Pokazałem Archerowi, gdzie jego miejsce, nie?". W Belmarsh był to młody funkcjonariusz, który przy każdej okazji groził mi konsekwencjami służbowymi. Odnoszę wrażenie, że właśnie poznałem jego odpowiednik w Wayland.

W celi Jules gra w elektroniczne szachy z niewidzialnym przeciwnikiem. Zasiadam do spisania relacji z minionego dnia. Nie nadeszły żadne listy, gdyż nikt się jeszcze nie dowiedział, że jestem w Wayland.

8.15 wieczorem

Zjawia się Dale z miękką poduszką i dodatkowym kocem. Nie udaje mi się podziękować, bo zaraz znika.

Dzień dwudziesty drugi

Czwartek, 9 sierpnia 2001

10.21 rano

Cudowny dzień doskonały na to, by obejrzeć mecz krykieta, rozkoszować się szklaneczką pimma, budować zamki z piasku albo skosić trawnik. Ale nie jechać sto dwadzieścia mil duszną "łaźnią".

Odsiedziawszy dwadzieścia jeden dni i czternaście godzin w Belmarsh, mam zostać przetransportowany do Wayland, więzienia Jej Królewskiej Mości w hrabstwie Norfolk, zakładu kategorii C. Mam do dyspozycji auto z kierowcą - furgon Grupy 4 z dwoma boksami przeznaczonymi dla dwóch więźniów . Siedzę zamknięty przez piętnaście minut, czekając na drugiego więźnia. Słyszę go, ale nie widzę. Czy on także jedzie do Wayland?

Wreszcie otwierana elektrycznie brama Belmarsh się rozsuwa i wyruszamy w podróż na wschód. Moim tymczasowym ruchomym domem staje się klitka długości czterech i szerokości trzech stóp, wyposażona w plastikowe siedzenie. Po dziesięciu minutach zaczynam odczuwać mdłości, a po piętnastu jestem już zlany potem.

Podróż do więzienia Wayland w Norfolku trwa nieco ponad trzy godziny. Spoglądam przez maleńkie okno i od czasu do czasu rozpoznaję jakiś charakterystyczny punkt przy drodze do Cambridge. Gdy zostawiamy za sobą miasto uniwersyteckie, orientuję się, gdzie jesteśmy, tylko na podstawie drogowskazów, które udaje mi się dostrzec, ilekroć furgonetka zwalnia na rondach: Newmarket, Bury St Edmunds, Thetford. A więc podczas rozpoczynającego się właśnie etapu mojego życia w parlamencie będzie mnie reprezentować wyjątkowa kobieta, Gillian Shephard.

Im dalej na wschód, tym drogi stają się węższe, a drzewa wyższe. Kiedy w końcu docieramy do Wayland, moim oczom ukazuje się brama będąca zupełnym przeciwieństwem wjazdu do Belmarsh, gdzie przyjezdnych witał złowrogi wysoki mur i otwierana elektrycznie furta. Najbardziej cieszy mnie jednak to, że nigdzie nie widać żadnego dziennikarza. Wjeżdżamy na dziedziniec i zatrzymujemy się przed recepcją. Od razu wyczuwam zupełnie inną atmosferę i znacznie swobodniejszy stosunek funkcjonariuszy do więźniów. Ostatecznie nie mają na co dzień do czynienia z zawodowymi mordercami, terrorystami z IRA, gwałcicielami i baronami narkotykowymi.

Pierwszy funkcjonariusz, jakiego spotykam po wejściu do recepcji, nazywa się Knowles. Kończy wypełniać papiery i składa podpis, po czym przekazuje mnie niejakiemu Brownowi, jakbym był przesyłką poleconą. Zostaję poddany rewizji osobistej, następnie funkcjonariusz wysypuje na blat zawartość mojej torby foliowej z nadrukiem Więzienie Jej Królewskiej Mości Belmarsh i przegląda mój dobytek. Odkłada na bok szlafrok, dwa duże niebieskie ręczniki dostarczone przez troskliwego Williama oraz niebieski dres. Oznajmia mi, że otrzymam te rzeczy z powrotem, gdy tylko uzyskam wyższy status .

- Kiedy to się stanie? - pytam.

- Zwykle trwa to około trzech miesięcy - odpowiada beztrosko, jak gdyby chodziło o chwilę odmierzoną przez kilka ziarenek piasku w klepsydrze. Nie wspominam Brownowi, że mam nadzieję na przeniesienie do otwartego więzienia w ciągu kilku dni, kiedy policja się przekona, że dalsze dochodzenie w sprawie zarzutów baronessy Nicholson przeciw mnie w związku z kampanią Simple Truth jest bezcelowe .

Następnie Brown odkłada na bok moje beżowe spodnie i niebieską koszulę, wyjaśniając, że zwrócą mi je dopiero wtedy, gdy zostanę zwolniony lub przeniesiony. W zamian dostaję więzienną niebieską koszulę w paski oraz parę dżinsów. Po załatwieniu formalności z moimi rzeczami robią mi zdjęcie, trzymając mi pod brodą tabliczkę z wypisanym kredą numerem FF 8282, zupełnie jak w filmach.

Kolejny funkcjonariusz eskortuje mnie do czegoś w rodzaju magazynu kwatermistrzostwa, gdzie wręczają mi ręcznik (zielony), szczoteczkę do zębów (czerwoną), tubkę pasty do zębów, grzebień, dwie maszynki do golenia Bic oraz plastikowy talerz, plastikową miskę i plastikowe sztućce.

Włożywszy do foliowej torby mój nowy ekwipunek więzienny wraz z resztką rzeczy, które pozwolono mi zatrzymać, wędruję pod eskortą do skrzydła przejściowego. Szef bloku przejściowego, Thompson, zaprasza mnie do swojego biura. Na początku oznajmia, że pracuje w Służbie Więziennej od dziesięciu lat, dlatego ma nadzieję, że odpowie na wszystkie moje pytania.

- Rozpoczyna pan okres przystosowawczy w skrzydle przejściowym - wyjaśnia - gdzie będzie pan dzielił celę z innym więźniem.

Ogarnia mnie niepokój, ponieważ przypominają mi się doświadczenia z Belmarsh. Ostrzegam funkcjonariusza, że mój współlokator poinformuje o wszystkim brukowce. Thompson wybucha śmiechem. Jak szybko się przekona? Więzienie byłoby o wiele znośniejsze, gdyby można dzielić celę z kimś, kogo się zna. Przychodzi mi na myśl kilkanaście osób, z którymi chętnie zamieszkałbym w jednej celi - i znacznie więcej, które powinny się znaleźć za kratkami.

Po słowie wstępnym Thompson zapewnia mnie, że zostanę przeniesiony ze skrzydła przejściowego do pojedynczej celi w innym bloku, gdy zakończę okres przystosowawczy .

- Czyli kiedy? - pytam.

- W tej chwili mamy takie przepełnienie, że może to potrwać nawet do miesiąca - przyznaje i milknie na chwilę. - Ale mam nadzieję, że jeśli chodzi o pana, uda się już za kilka dni.

Następnie Thompson opisuje typowy dzień w Wayland, dając mi wyraźnie do zrozumienia, że więźniowie spędzają zamknięci w celach znacznie mniej czasu niż w Belmarsh, co przyjmuję z niejaką ulgą. Potem wylicza zajęcia do wyboru: edukację, ogrodnictwo, pracę w kuchni, warsztat lub sprzątanie skrzydła. Ostrzega mnie jednak, że upłynie kilka dni, zanim uda się załatwić tę sprawę. W więziennictwie niczego nie robi się "dziś", rzadko nawet "jutro". Wyjaśnia, jak pracuje kantyna, i potwierdza, że będę mógł wydać w niej dwanaście funtów pięćdziesiąt pensów tygodniowo. Modlę się, by jedzenie było tu lepsze niż w Belmarsh. Bo gorsze na pewno być nie może.

Thompson kończy prelekcję, oznajmiając, że wybrał mi na towarzysza spokojnego więźnia, który nie powinien sprawiać żadnych kłopotów. Nie mam więcej pytań, wyprowadza więc mnie z biura na zatłoczony korytarz pełen młodych ludzi w wieku od osiemnastu do dwudziestu pięciu lat, którzy stoją i po prostu mi się przyglądają.

Gdy oddziałowy otwiera drzwi celi, truchleję. Cela jest tak ohydna, że gdyby zamknięto w niej jakieś zwierzę, Królewskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami niewątpliwie wystąpiłoby na drogę sądową. Okno i parapet lepią się od narosłej w ciągu wielu miesięcy grubej warstwy brudu, natomiast toaletę i umywalkę pokrywa nie brud, lecz skorupa ekskrementów. Muszę się stąd jak najszybciej wydostać. Najwyraźniej Thompson nie dostrzega nieczystości i zupełnie nie zważa na okropny stan celi. Wychodzi, lecz zostaję sam tylko na kilka chwil, bo zaraz potem pojawia się mój współlokator. Przedstawia się, ale mówi z silnym akcentem z Yorkshire, więc nie udaje mi się dosłyszeć jego imienia i nazwiska, dlatego muszę je odczytać z kartki na drzwiach celi.

Chris jest mniej więcej mojego wzrostu, ale mocniej zbudowany. Nie przestaje mówić, lecz rozumiem tylko co trzecie słowo. Kiedy wreszcie milknie, siada na górnym łóżku, by przeczytać list od matki, tymczasem ja zaczynam słać dolne łóżko. Chris chichocze i czyta na głos jedno zdanie z listu: "Jeżeli nie dostałeś tego listu, daj mi znać, to przyślę ci drugi". Zanim wypuszczają nas po kolację, dowiaduję się, że odsiaduje wyrok pięciu lat za ciężkie uszkodzenie ciała - dźgnął ofiarę nożem Stanley. Oto spokojna osoba, która zdaniem Thompsona nie powinna mi sprawiać żadnych kłopotów.

6.00 wieczorem

Wszystkie posiłki podaje się w kuchence piętro niżej. Cierpliwie czekam w długiej kolejce tylko po to, by się przekonać, że jedzenie jest równie złe jak w Belmarsh. Wracam do celi z pustymi rękami, pocieszając się, że w Wayland zamówienia w kantynie składa się w piątek (jutro). Wydobywam z torby pudełko Sugar Puffs i sypię płatki do miski, dolewając mleko o przedłużonej trwałości. Chrupię jabłko z Belmarsh, dziękując w duchu "Del Boyowi" .

6.30 wieczorem

Spacer: po wyjściu na spacerniak natychmiast dostrzegam kilka różnic między Belmarsh a Wayland. Po pierwsze, nie ma rewizji, po drugie, dystans, jaki można pokonać, nie idąc ponownie tą samą drogą, jest pięciokrotnie dłuższy - około ćwierci mili, po trzecie, stosunek liczby czarnych więźniów do białych wynosi trzydzieści do siedemdziesięciu - w porównaniu z odwrotną proporcją w Belmarsh, i po czwarte, mój widok częściej prowokuje więźniów Wayland do wytykania palcami, chichotów i chamskich uwag, co zmusza mnie do skrócenia przechadzki o piętnaście minut. Chciałbym, żeby sędzia Potts przeżył choć jeden taki dzień.

Podczas pierwszego długiego okrążenia dziedzińca obok mnie zjawiają się więzienni handlarze.

- Czegoś ci trzeba, Jeff? Prochy, tytoń, karty telefoniczne?

Wszyscy chętnie się zgodzą, by otrzymać zapłatę za murami, czekiem lub gotówką . Wyjaśniam stanowczo, że nie jestem zainteresowany, ale widzę, iż musi upłynąć parę dni, zanim zrozumieją, że mówię serio.

Gdy więzienni przekupnie i handlarze starzyzną odchodzą z kwitkiem, dołącza do mnie skazany na dożywocie, który mi oznajmia, że tak jak ja ma sześćdziesiąt jeden lat, ale różnica między nami polega na tym, że on odsiedział już dwadzieścia siedem lat i wciąż nie wie, czy kiedykolwiek zostanie zwolniony. Kiedy pytam, za co dostał wyrok, przyznaje, że zabił policjanta. Zaczynam rozmawiać z czarnoskórym więźniem idącym po mojej drugiej ręce, a dożywotniak szybko się ulatnia.

Dowiaduję się, że kilku spośród dojrzalszych więźniów ma na koncie przestępstwa urzędnicze: oszukiwali ministerstwa Spraw Socjalnych oraz Przemysłu i Handlu, a także Urząd Ceł Jej Królewskiej Mości. Podchodzi do mnie jeden z nich, David, i natychmiast mi mówi, że odsiaduje pięć lat.

- Za co? - pytam.

- Przemyt.

- Narkotyków?

- Nie, alkoholu - wyznaje.

- Nie sądziłem, że to nielegalne. Wydawało mi się, że każdy może skoczyć przez Kanał do Calais i...

- Owszem, może, ale nie sześćdziesiąt pięć razy w ciągu sześćdziesięciu pięciu dni dwutonową ciężarówką z ładunkiem whisky wartym dwadzieścia milionów funtów. - Milknie na chwilę. - Kiedy zapomnisz wybulić ośmiu melonów cła, urząd celny ma prawo trochę się zdenerwować.

Miejsce zabójcy policjanta po mojej drugiej ręce zajmuje młody mężczyzna pod trzydziestkę. Przechwala się, że w ciągu dziesięciu lat zaliczył sześć więzień, więc jeśli potrzebuję przewodnika, nie znajdę nikogo z lepszymi kwalifikacjami.

- Dlaczego wysyłano cię do sześciu więzień w ciągu dziesięciu lat? - indaguję.

- Nikt mnie nie chce - przyznaje. - Odkąd skończyłem dziewiętnaście lat, zrobiłem dwa tysiące włamań i kiedy mnie wypuszczają, zaraz zaczynam od nowa.

- Może pora z tym skończyć i znaleźć bardziej interesujące zajęcie? - sugeruję naiwnie.

- Nie da rady - odpowiada. - Przynajmniej dopóki mam z tego dwieście kawałków rocznie, Jeff.

Po jakimś czasie mam serdecznie dość gwizdów, więc opuszczam spacerniak i wracam do celi, coraz bardziej rozczarowany i coraz bardziej sceptyczny. Nie sądzę, by młodych ludzi, którzy zostali skazani pierwszy raz za drobne przestępstwa, powinno się wysyłać do takiego zakładu, gdzie co trzeci z nich zostanie narkomanem, a co trzeci dopuści się znacznie poważniejszych przestępstw po przeszkoleniu przez więziennych profesorów.

Muszę wytrzymać jeszcze jedno upokorzenie - kolejkę więźniów, którzy tłoczą się w milczeniu przed moją celą, aby na mnie popatrzeć. Nie słyszę żadnych przyjaznych "Hej, Jeff, jak się masz?". Tylko się gapią i pokazują mnie palcami, jakbym był egzotycznym zwierzęciem w zoo. Siedzę w klatce do ósmej, gdy wreszcie oddziałowy zatrzaskuje drzwi i mogę z ulgą odetchnąć.

8.00 wieczorem

Właśnie zasiadam, żeby spisać wszystko, co mi się dziś przydarzyło, lecz w tym momencie Chris włącza telewizor. Najpierw przez pół godziny oglądamy odcinek "EastEnders", potem magazyn "Top Gear", a później program dokumentalny o Robbiem Williamsic. Chris wyraźnie przyznaje sobie wyłączne prawo wybierania kanału i ustawienia głośności według własnego upodobania. Ciekawe, czy pozwoli mi jutro obejrzeć "Frasiera"?

Leżę na cienkim materacu z głową na twardej jak kamień poduszce i rozmyślam o Mary i chłopcach, przypuszczając, że oni także muszą przechodzić piekło. Czuję się tak samo przygnębiony jak podczas pierwszej nocy w Belmarsh. Nie mam pojęcia, o której wreszcie udaje mi się zasnąć. Sądziłem, że uciekłem z piekła.

No i mam swój czyściec.