Dzień pierwszy
Czwartek, 19 lipca 2001
12.07 po południu
- Skazuję pana na cztery lata więzienia. - Sędzia Potts spogląda na mnie z ławy sędziowskiej z nieskrywanym zadowoleniem. Poleca, aby mnie odprowadzono.
Strażnik z agencji ochrony Securicor, siedzący obok mnie podczas odczytywania werdyktu, wskazuje drzwi po lewej stronie, których ani razu nie otwierano w trakcie trwającego siedem tygodni procesu. Odwracam się i patrzę na moją żonę Mary, która z pochyloną głową i pobladłą twarzą siedzi w głębi sali sądowej, z dwoma naszymi synami po bokach.
Sprowadzają mnie w dół po schodach, staję przed urzędnikiem sądowym i tak zaczyna się niekończący się proces wypełniania formularzy. Nazwisko? Archer. Wiek? Sześćdziesiąt jeden lat. Waga? Sto siedemdziesiąt osiem funtów, mówię.
- Ile to będzie w kamieniach
? - dopytuje się funkcjonariusz więzienny.
- Dwanaście kamieni, dziesięć funtów - odpowiadam. Wiem, bo się ważyłem na sali gimnastycznej dziś rano.
- Dziękuję panu - mówi i prosi, żebym się podpisał u dołu strony.
Inny strażnik Securicoru - więźniowie nazywają ich szczurami wodnymi - prowadzi mnie nie wiadomo dokąd długim, ponurym, pomalowanym na kremowo ceglanym korytarzem.
- Ile panu wlepił? - pyta rzeczowo.
- Cztery lata - odpowiadam.
- Nie tak źle, za dwa lata będzie pan wolny - rzuca lekko, jakby chodziło o dwutygodniowy pobyt na Costa del Sol.
Strażnik przystaje, otwiera kluczem olbrzymie stalowe drzwi i wprowadza mnie do celi. Pomieszczenie ma około dziesięciu stóp na pięć, też kremowe ściany, przy jednej z nich stoi drewniana ławka. Brak zegara, człowiek traci poczucie czasu, nie ma nic do roboty poza rozmyślaniami, nic do czytania oprócz napisów na ścianie:
HARRY TU BYŁ PIEPRZYĆ WSZYSTKICK SĘDZIÓW
JIM DEXTER JEST NIEWINNY, I JUŻ!
Klucz obraca się w zamku i uchylają się ciężkie drzwi. Strażnik powrócił.
- Ma pan widzenie ze swoimi adwokatami - obwieszcza.
Wędruję znowu długim korytarzem, co kilka kroków otwierają przede mną i zamykają okratowane furty. Zostaję wprowadzony do pomieszczenia tylko trochę większego od tamtej celi, czekają tu na mnie mój obrońca, radca królewski Nicholas Purnell i jego młodszy wspólnik, Alex Cameron.
Nick tłumaczy, że cztery lata oznaczają dwa i że sędzia Potts orzekł karę pozbawienia wolności, świadom, że nie będę mógł wystąpić do rady penitencjarnej o wcześniejsze zwolnienie. Oczywiście on i Cameron wniosą apelację w moim imieniu, gdyż uważają, że Potts mocno przesadził. Radca królewski Gilly Gray, stary przyjaciel, przestrzegł mnie poprzedniego wieczoru, że ponieważ sędziowie przysięgli byli nieobecni przez pięć dni, a ja nie wystąpiłem w swojej obronie, wniosek o apelację może nie zostać przyjęty życzliwie. Nick dodaje, że tak czy owak nie będzie rozpatrywany przed świętami Bożego Narodzenia, bo tylko wnioski skazanych na niskie wyroki są szybko załatwiane.
W dalszym ciągu Nick mnie informuje, że najpierw trafię do więzienia Belmarsh w Woolwich.
- Przynajmniej jest to więzienie nowoczesne - zauważa, ale uprzedza mnie, że panuje tam ciągły hałas i boi się, ze przez kilka pierwszych nocy nie będę mógł spać. Jest pewien, że po dwóch tygodniach zostanę przeniesiony do więzienia kategorii D - czyli więzienia otwartego - prawdopodobnie w Ford albo na wyspie Sheppey.
Nick tłumaczy, że musi mnie pożegnać i wrócić na salę sądową numer 7, by złożyć wniosek o zwolnienie okolicznościowe, żebym mógł w sobotę być na pogrzebie mojej matki. Umarła w dniu, kiedy sędziowie przysięgli udali się na naradę, i jestem wdzięczny losowi, że nie dowiedziała się, iż zostałem skazany.
Dziękuję Nickowi i Aleksowi za to, co dla mnie zrobili, i wracam pod eskortą do celi. Zatrzaskują się wielkie żelazne drzwi. Strażnicy więzienni nie muszą ich zamykać na klucz, tylko je otwierają, gdyż w środku nie ma klamki. Siadam na ławce i znów się dowiaduję, że "Jim Dexter jest niewinny, i już!". Usiłuję zrozumieć, co się stało i co mnie czeka, ale w głowie mam dziwną pustkę.
Drzwi otwierają się ponownie - mniej więcej piętnaście minut później, jak mi się zdaje - i zostaję zaprowadzony do pokoju, gdzie wypełniam kolejny zestaw formularzy. Tęgi, przysadzisty funkcjonariusz, który coś burczy pod nosem, odbiera mi klamerkę do banknotów, sto dwadzieścia funtów, kartę kredytową i wieczne pióro. Umieszcza wszystko w torbie plastykowej, która zostaje zapieczętowana, i pyta, dokąd to odesłać. Podaję imię i nazwisko Mary oraz nasz adres domowy. Podpisawszy jeszcze dwa formularze w trzech egzemplarzach każdy, zostaję przykuty kajdankami do otyłej, niewysokiej kobiety z papierosem dyndającym w kąciku ust. Najwyraźniej nie spodziewają się z mojej strony żadnych kłopotów. Kobieta ma na sobie ubiór służb więziennych: białą koszulę, czarny krawat, czarne spodnie, czarne buty i czarne skarpetki.
Wyprowadza mnie z budynku do podługowatej, białej furgonetki przypominającej autobus z zaciemnionymi oknami. Zostaję umieszczony w czymś w rodzaju boksu - recydywiści mówią na to "sauna" - i chociaż ja widzę, co się dzieje na zewnątrz, oczekujący dziennikarze nie mogą mnie zobaczyć i nie mają pojęcia, w którym jestem boksie. Flesze kamer na próżno błyskają przed każdym oknem. Długo czekamy, aż słyszę krzyk jakiegoś więźnia:
- Chyba Archer jest w tym furgonie!
Wreszcie pojazd z szarpnięciem rusza i wyjeżdża wolno z dziedzińca Old Bailey, rozpoczynając długą, okrężną drogę do Belmarsh, więzienia Jej Królewskiej Mości.
Kiedy jedziemy powoli przez ulice City, zauważam billboard "Evening Standard" obwieszczający: "ARCHER SKAZANY NA WIĘZIENIE". Wygląda na to, że został wydrukowany przed ogłoszeniem wyroku.
Dobrze znam drogę, jaką przemierzamy Londyn, gdyż w każdy piątek wieczorem jedziemy tędy z Mary do domu w Cambridge. Teraz jednak skręcamy nagle z głównej drogi w prawo w małą uliczkę, gdzie wita nas kolejna horda dziennikarzy. Podobnie jak tamci na dziedzińcu Old Bailey, mogą sfotografować tylko wielki biały furgon z dziesięcioma ślepymi okienkami. Zbliżamy się do bramy wjazdowej i widzę napis WIĘZIENIE BELMARSH. Jakiś żartowniś przekreślił literę B i wpisał na jej miejsce H, przeistaczając Piękne Błota w Piekielne. Niezbyt zachęcające powitanie.
Przejeżdżamy przez dwie wysokie, sterowane elektronicznie, okratowane bramy, po czym furgon zatrzymuje się na dziedzińcu okolonym wysokim na trzydzieści stóp murem z czerwonej cegły, zwieńczonym drutem kolczastym. Kiedyś czytałem, że jest to jedyne w Anglii więzienie o zaostrzonym rygorze, z którego nikt nigdy nie uciekł. Zadzieram głowę, spoglądając na mur, i uzmysławiam sobie, że rekord świata w skoku o tyczce wynosi 20 stóp i 2 cale.
Drzwi furgonu otwierają się i wychodzimy pojedynczo, a następnie jesteśmy prowadzeni do rejestracji, po czym gromadzą nas w wielkiej oszklonej celi, mieszczącej około dwudziestu osób. Kierownictwo więzienia nie może ryzykować skupienia tak wielu więźniów w jednym miejscu, bez możliwości obserwacji. Często jest to dla oskarżonych pierwsza okazja do rozmowy od chwili, gdy zostali skazani. Siadam na ławce przy ścianie w głębi, przysiada się do mnie wysoki, dobrze ubrany, przystojny młody Pakistańczyk, który wyjaśnia, że nie jest więźniem, tylko osadzono go tutaj w areszcie śledczym. Pytam, o co jest oskarżony.
- O ciężkie uszkodzenie ciała - odpowiada. - Pobiłem żonę, kiedy ją zastałem z innym mężczyzną w łóżku. Zapudłowali mnie w Belmarsh, bo proces nie może się zacząć, dopóki ona nie wróci z Grecji, gdzie oboje są na wakacjach.
Przypominam sobie słowa, które Nick Purnell rzucił mi na pożegnanie:
- Nie wierz w nic, co ci będą mówić w więzieniu, i nigdy nie dyskutuj o swojej sprawie ani o apelacji.
- Archer! - słyszę krzyk. Wychodzę z oszklonej celi i udaję się do pokoju przyjęć, gdzie każą mi wypełnić jeszcze jeden formularz. - Nazwisko, wiek, wzrost, waga? - dopytuje się funkcjonariusz więzienny, który siedzi za biurkiem.
- Archer, sześćdziesiąt jeden lat, pięć stóp i dziesięć cali wzrostu, sto siedemdziesiąt osiem funtów wagi - odpowiadam, a on pyta, ile to kamieni i wpisuje te dane w malutki kwadracik.
- Dobra, Archer. Idź pan dalej, tam czeka mój kolega.
Tym razem mam do czynienia z dwoma funkcjonariuszami. Jeden stoi, drugi siedzi za biurkiem. Ten za biurkiem każe mi stanąć pod lampą łukową i rozebrać się. Obydwaj mężczyźni starają się przeprowadzić całą operację w tak ludzki sposób, jak to tylko możliwe. Najpierw zdejmuję marynarkę, potem krawat i koszulę.
- Aquascutum, Hilditch and Key i Yves Saint Laurent - recytuje stojący funkcjonariusz, a drugi wpisuje te informacje w stosowne rubryki.
Następnie pierwszy każe mi podnieść ręce nad głowę i obrócić się wkoło, przy akompaniamencie szumu kamery wideo umocowanej na ścianie. Zwracają mi koszulę, ale zatrzymują spinki z Izby Gmin. Oddają mi marynarkę, ale krawata nie. Potem proszą, żebym zdjął buty, skarpetki, spodnie i kalesonki.
- Church, Aquascutum i Calvin Klein - obwieszcza funkcjonariusz.
Znów obracam się wkoło i teraz muszę pokazać podeszwy stóp. Mężczyzna objaśnia, że czasem ukrywa się tam pod przylepcem narkotyki. Mówię, że nigdy w życiu nie brałem narkotyków. Nie okazuje zainteresowania. Zwracają mi kalesonki, spodnie, skarpetki i buty, ale skórzanego paska nie.
- Czy to jest pańskie? - pyta funkcjonariusz, wskazując żółty plecaczek, który leży obok mnie na stole.
- Nie. Nigdy tego nie widziałem - odpowiadam.
- William Archer - mówi, spojrzawszy na nalepkę.
- O, wobec tego to jest od mojego syna.
Funkcjonariusz odsuwa zamek i ukazują się dwie koszule, dwie pary kalesonków, sweter, sportowe pantofle i neseserek z przyborami toaletowymi, w którym znajduje się wszystko, co mi potrzeba. Neseserek natychmiast mi konfiskują, reszta rzeczy natomiast, jedna obok drugiej, zostaje ułożona na blacie biurka. Funkcjonariusz wręcza mi wielką torbę plastykową z wydrukowanym granatowymi literami napisem Więzienie Jej Królewskiej Mości Belmarsh, osadzonym na koronie. Widać w obecnych czasach wszystko musi mieć swój znak firmowy. Kiedy przekładam do torby rzeczy, które pozwolono mi zatrzymać, funkcjonariusz mnie informuje, że żółty plecak zostanie zwrócony mojemu synowi na koszt państwa. Dziękuję mu. Wygląda na zdziwionego. Inny funkcjonariusz odprowadza mnie z powrotem do oszklonej celi. Idę, przyciskając do piersi plastykową torbę.
Teraz siadam koło innego więźnia, który oznajmia, że ma na imię Aszmil; pochodzi z Kosowa, jest w trakcie procesu.
- O co jest pan oskarżony? - pytam.
- Nielegalne sprowadzanie imigrantów - mówi i zanim coś powiem, ciągnie dalej: - Oni wszyscy są więźniami politycznymi, którzy trafiliby do więzień albo gorzej, gdyby zostali w swoim kraju. - To brzmi jak dobrze przećwiczona kwestia. - A za co pan oberwał?
- Archer - rozbrzmiewa ten sam służbisty głos.
Zostawiam mojego sąsiada i wracam do punktu przyjęć.
- Teraz obejrzy pana lekarz - oznajmia funkcjonariusz zza biurka, wskazując zielone drzwi za swoimi plecami.
Nie wiem, dlaczego zaskakuje mnie widok młodziutkiego internisty, który wstaje, gdy wchodzę.
- David Haskins - przedstawia się i dodaje: - Przykro mi, że spotykamy się w takich okolicznościach.
Siadam po drugiej stronie biurka, tymczasem on otwiera szufladę i wyciąga kolejny formularz.
- Czy pan pali?
- Nie.
- Pije?
- Nie, jeśli nie liczyć czasem kieliszka czerwonego wina do kolacji.
- Czy zażywa pan narkotyki?
- Nie.
- Czy próbował pan kiedyś zrobić sobie coś złego?
- Nie.
Zadaje kolejne pytania, jakby zbierał dane do polisy ubezpieczeniowej, a ja odpowiadam: nie, nie, nie. Odznacza ptaszkiem każdy kwadracik.
- Chociaż nie uważam, że to konieczne - powiada, spoglądając na formularz - umieszczę pana na noc na oddziale medycznym, zanim naczelnik zdecyduje, do którego bloku pana skierować.
Uśmiecham się, gdyż wydaje mi się, że oddział medyczny to lepszy wybór. Lekarz nie odwzajemnia mojego uśmiechu. Wymieniamy uścisk rąk, po czym wracam do szklanej celi. Czekam tylko chwilę, wkrótce się zjawia młoda kobieta w mundurze więziennym i prosi, żebym udał się z nią na oddział medyczny. Chwytam w garść moją torbę plastykową i idę za kobietą.
Wchodzimy na trzecie piętro zielonymi żelaznymi schodami, a potem wędrujemy długim korytarzem. Upadam na duchu. Wszyscy, których mijamy, zdają się pogrążeni w głębokiej depresji albo są chorzy psychicznie.
- Dlaczego mnie tu wysłano? - pytam, ale kobieta nie odpowiada. Później się dowiaduję, że większość skazańców trafiających po raz pierwszy za kratki spędza pierwszą noc na oddziale medycznym, ponieważ podczas pierwszej doby w więzieniu odnotowuje się najwięcej prób samobójczych i samobójstw
.
Nie zostaję umieszczony, jak się tego spodziewałem, na oddziale szpitalnym, ale w celi. Kiedy zatrzaskują się drzwi, zaczynam rozumieć, dlaczego człowiek może myśleć o samobójstwie. Cela ma pięć kroków na trzy, ceglane mury są pomalowane na przygnębiający fioletoworóżowy kolor. W rogu znajduje się wąskie łóżko z twardym jak kamień materacem, niczym z wojskowych odrzutów. Naprzeciw łóżka stoi kwadratowy, stalowy stolik i stalowe krzesło. Przy ścianie w pobliżu grubych na cal żelaznych drzwi jest stalowa umywalka i pozbawiona pokrywy i spłuczki muszla klozetowa. Jestem zdeterminowany, żeby z niej nie korzystać
. Nad łóżkiem znajduje się okno w okuciu czterech grubych, pomalowanych na czarno żelaznych sztab, pokryte skorupą brudu. Nie ma zasłon ani karnisza. Ponure, zimne, odpychające miejsce - oto jak można najprzychylniej określić tę moją tymczasową kwaterę na oddziale medycznym. Nic dziwnego, że lekarz nie odwzajemnił mojego uśmiechu. Tkwię samotnie w owym posępnym przybytku ponad godzinę i zaczynam wpadać w głęboką depresję.
W końcu obraca się klucz w zamku i do celi wchodzi młoda kobieta. Jest ciemnowłosa, niewysoka i szczupła i ma na sobie szykowny kostium w prążki. Wita się ze mną serdecznym uściskiem dłoni, siada na brzeżku łóżka i przedstawia się jako zastępczyni naczelnika. Nazywa się Roberts i nie ma więcej niż dwadzieścia sześć lat.
- Co ja tu robię? - zapytuję. - Nie jestem seryjnym mordercą.
- Większość więźniów spędza pierwszą noc na oddziale medycznym - tłumaczy - i niestety, nie możemy robić żadnych wyjątków, a już szczególnie dla pana.
Nic nie mówię - co tu można powiedzieć?
- Musi pan wypełnić jeszcze jeden formularz - ciągnie - o ile nadal chce pan być na pogrzebie matki w sobotę
.
Czuję, że zastępczyni naczelnika stara się być uprzejma i pełna zrozumienia, lecz nie potrafię ukryć udręki.
- Jutro przeprowadzi się pan do bloku przejściowego - zapewnia - a jak tylko zaliczą pana do kategorii A, B, C albo D, przeniesiemy pana do innego więzienia. Nie wątpię, że to będzie kategoria D - nie był pan nigdy skazany, nie dopuszczał się pan przemocy. - Wstaje. Wszyscy funkcjonariusze noszą wielki pęk kluczy, które pobrzękują przy każdym ruchu. - Zobaczymy się jutro rano. Czy udało się panu zatelefonować? - pyta, uderzając otwartą dłonią w ciężkie drzwi.
- Nie - odpowiadam i w tej chwili wielki Antylczyk o uśmiechu od ucha do ucha otwiera drzwi celi.
- Wobec tego zobaczę, co się da zrobić - obiecuje, wychodzi na korytarz i zatrzaskuje za sobą drzwi.
Siadam na łóżku i przetrząsam plastykową torbę. Odkrywam, że mój starszy syn, William, dołączył do dozwolonych rzeczy egzemplarz książki Davida Nivena "Księżyc jest balonem". Otwieram ją i znajduję liścik:
Tatusiu, mamy nadzieję, że nie będziesz musiał tego czytać, a gdyby, to głowa do góry, kochamy Cię i apelacja w drodze. William, James.
Dzięki Bogu za rodzinę, którą uwielbiam, a która nadal się o mnie troszczy. Nie wiem, jak bym zniósł bez nich te ostatnie tygodnie. Musieli się zdobyć na wiele poświęceń, żeby być przy mnie co dzień podczas trwającego siedem tygodni procesu.
Rozlega się stukanie do drzwi celi i stalowa krata, przywodząca na myśl dużą ażurową skrzynkę do listów, unosi się, ukazując uśmiechniętego Antylczyka.
- Jestem Lester - oznajmia i wpycha do środka poduszkę - twardą jak kamień, jedną poszewkę - bladofioletową, jedno prześcieradło - zielone i jeden koc - brązowy. Dziękuję Lesterowi, a potem bardzo długo ścielę łóżko. W końcu nie mam nic innego do roboty.
Po wykonaniu zadania siadam na łóżku i usiłuję czytać "Księżyc jest balonem", ale nie mogę się skupić. Udaje mi się przebrnąć przez pięćdziesiąt stron; często przerywam lekturę i rozmyślam nad werdyktem przysięgłych i chociaż jestem zmęczony, a nawet wyczerpany, zupełnie nie chce mi się spać. Nie spełniła się obietnica udostępnienia telefonu, więc w końcu gaszę świecącą nad łóżkiem lampę jarzeniową, układam głowę na twardej poduszce i mimo przejmujących krzyków pacjentów z sąsiednich cel w końcu zasypiam. Godzinę później budzę się, kiedy znowu zapala się światło, otwiera się skrzynka na listy i wpatruje się we mnie dwoje różnych oczu - powtarza się to co sześćdziesiąt minut o pełnej godzinie - żeby się upewnić, czy nie targnąłem się na swoje życie. Warta samobójcza.
Zasypiam znowu i zbudziwszy się tuż po czwartej rano, kładę się na wznak, bo bolą mnie uszy po godzinach na twardej jak kamień poduszce. Myślę o werdykcie i o tym, że nawet nie przyszło mi do głowy, iż przy tym samym zarzucie sędziowie przysięgli mogliby uznać Francisa za niewinnego, a mnie za winnego. Jakże mogliśmy spiskować, skoro jeden z nas nie wiedział, że to spisek? Uwierzyli również słowom mojej byłej sekretarki, Angie Peppiatt, kobiecie, która ukradła mi tysiące funtów i przez lata oszukiwała mnie i moją rodzinę.
W końcu zwracam się ku przyszłości. Zdecydowany nie tracić ani godziny, postanawiam prowadzić dziennik i spisywać wszystko, czego doświadczę jako więzień.
O szóstej rano podnoszę się z mojego legowiska i przetrząsam plastykową torbę. Tak, znajduję w niej, co potrzeba, a w tym wypadku władze więzienne nie uznały, że należy to odesłać nadawcy. Bogu niech będą dzięki za syna, który był tak przewidujący, żeby umieścić, razem z innymi niezbędnymi rzeczami, blok papieru formatu A4 i sześć cienkopisów.
Dwie godziny później kończę pierwszy szkic opisu wszystkiego, co mi się przydarzyło, odkąd wysłano mnie do więzienia.