Noc była ciemna jak noc. Po niej jasny dzień zaczął się różową wstęgą w poprzek nieba. Zamykanie za sobą drzwi bywa trudne.
Leżałam w ciemności, czekając na świt.
A czas długi,
a łóżko tak bardzo puste,
rozległe jak otwarte pole.
Snu ani widu, ani słychu.
Miałam przed oczami wieczór w sytuacji, która chciała mnie uwieść, zatrzymać tu. Dobre pożegnania to te, które otwierają przed nami tęsknotę niczym okno. Już. Od teraz.
Muzyka kwiliła jak dziecko, dziecko płakało, zmęczone. Wino było wystarczająco dobre. Światło w kolorze lipowego miodu. Bliskość, taniec, wilgotna skóra. Chciałam robić zdjęcia, żeby zapamiętać. Zapamiętałam. Wystarczy. Ta łagodność była mocna i przejmująca. Ta muzyka delikatnie kołysała. Jak miłość.
Zamykanie za sobą drzwi bywa trudne. Zdarza się, że nie warto mówić, bo słowa niczego nie zmienią. Stało się. Wilgotna skóra, ciepło i zimno zarazem.
Świt rozkłada różowy dywan. Kawa zbyt wczesna. Dłonie śpią jeszcze, ale głowa czuwa. Od wczoraj czujnie obserwuje, osuwa się po twarzach i przedmiotach, po krajobrazie, jakby omdlewała i wszystko to zabiera ze sobą, jak pochwycony kraniec obrusa, a na nim talerze, dzbany, misy i wazy.
Świt różowe uda rozchyla i słońce już na niebie. Czas zamknąć tę noc, zakończyć. Niech nastanie dzień ze swoją wielością, mnogością, rozlicznością, z rozproszeniem i konkretem zarazem. I w złotym miodzie poranka nich zanurzą się końcówki drzew. Niech się dzieje.
Wyszedłeś, a tymczasem jesień wślizgnęła się niepostrzeżenie. Dmuchnął zimny wiatr. Stałam z kubkiem kawy i marzyłam o tamtym swetrze. - Pachnie tobą - powiedziałeś. Wyszedłeś.
Między tym i tamtym życiem, między starym a nowym domem, pomiędzy końcem jednej historii i początkiem całkiem jeszcze nieznanej stanąłeś ze swetrem w ręku, dla mnie.
- Uważaj na siebie - powiedziałeś.
Szliśmy nocnymi ulicami. Chciałam cię wziąć za rękę. Ale niestety byłeś tylko pomiędzy. Ten świat zatrzaskiwał się między nami jak wieko skrzyni. Twoja ręka była za daleko. To wszystko nie miało się nigdy wydarzyć.
Nocne miasto już dawno spało. Obudziliśmy stary dom. Pudła z książkami - niemi świadkowie niewypowiedzianej rozmowy, która się wtedy nam zdarzyła. Zimny wiatr zapowiadał koniec lata. Trzeba wyruszać.
- Pójdę już. - Wbiłeś mi te słowa w pierś jak nóż.
Tak, na nas już czas. Im bardziej słyszysz wezwanie do pozostania, tym bardziej powinieneś wyjść. Tak będzie lepiej. Dobre historie to te, które nigdy się nie wydarzyły. W pudłach, obok nas, spało ich wiele. A my napisaliśmy kolejną. Twoja ręka była tak daleko. Tęsknota za tobą jest tylko cieniem. Prowadzi dalej i w głąb. Dotknąć cię i zostać to sprzeniewierzyć się szukaniu.
- Ja też już pójdę.
Ostatnie spojrzenie, ostatnie dążenie do bycia choć jeden krok bliżej, ostatnie słowo i brzmienie głosu, ostatnie ostrze pragnienia tak gwałtownie przecinające senne ciało. Pozostał dom, opustoszała skorupa, i tysiące opowieści takich jak nasza, śpiących w przykurzonych pudłach.
***
Ostatnie spojrzenie na dom. Jak na kogoś bliskiego chwilę po śmierci. Widać wtedy, jak twarz przeistacza się, zmienia się z tej kochanej i bliskiej w maskę pozbawioną wyrazu. Twarz zmarłego nie wyraża pragnień, nie zaprasza do spotkania, rozmowy, jest jedynie skorupą, zastygłą w pustce. Nie jestem jej już potrzebna.
Ostatnie kroki przez pusty pokój. Spotykam jedynie lustro, które udaje, że jest tu przy mnie. Że jest. Pustka po tobie wypala we mnie taką właśnie dziurę, okrutnie pustą jak ten dom. Dopóki przemierza się dom w sposób codzienny, tak wiele szczegółów umyka. Nie słyszy się skrzypienia podłogi, nie dostrzega się ornamentów na jej powierzchni ani tego, jak zakrzywienia desek delikatnie drażnią stopę. Codzienna przestrzeń jest tylko "po coś", po to, żeby mieć gdzie spać, gdzie zasiadać do posiłków, gdzie odbywać intymne rytuały. Pusty dom zamienia się w samo istnienie. Każdy krok w tej przestrzeni to medytacja. Wszystko nabiera znaczenia i zagęszcza się. Pokonanie pokoju przypomina przeciskanie się przez ciasny tunel.
Nasz czas ma podobną konsystencję. Opustoszały, zraniony, zamienił się w martwe trwanie. Czy już ci mówiłam, jak lubię światełka połyskujące w twoich oczach?
Był kiedyś człowiek, który pragnął samotności. Pokochał ją jak kobietę i zapraszał do siebie co noc, żeby byli najbliżej jak to możliwe. Stawali się jednością.
- Czy już ci mówiłam, jak lubię twoje oczy?
O poranku patrzył, jak wstaje i boso podchodzi do lustra, by upiąć włosy, a potem odchodzi. Nie zatrzymywał jej. Chciał być sam.
- Czy już ci mówiłam?
Zamknięcie drzwi oznacza koniec. Nie wolno zawracać ani odwracać się za siebie. To, co zostało, ma zostać. Amen.
A zamykanie drzwi? Ten szczególny gest. Może być taki różny. Gwałtowny, brutalny albo czuły, delikatny. Czasem drzwi zamyka się z radosnym impetem, z energią, która wypycha nas z domu. Jak trudno zamknąć drzwi za tobą.
Mężczyzna co wieczór czekał w swoim łóżku. Wiedział, że przyjdzie. Akurat ona nie zawodzi.
***
Piąta rano. Słońce wpada wąskim strumieniem. Nie mogę spać. Budzi mnie uczucie, że jestem w swoim łóżku, na swoim miejscu, czyli tam, gdzie dotychczas. Że otacza mnie ten sam zapach, to samo światło, ta sama przestrzeń.
Jest inaczej. Między jednym a drugim miejscem przemieszkujemy wszyscy stłoczeni, jak uciekinierzy. Obok mnie śpi dziecko. Fale oddechu kołyszą łagodnie drobnym ciałem. Za oknem jest inny krajobraz. Łóżko jest twarde i nie moje. Tylko my pozostajemy wciąż w tej samej konfiguracji. Zamieszkujemy nasze ciała, gdziekolwiek jesteśmy.
Piąta rano. Nie mogę spać. Słyszę, jak woła mnie dom. Ogród, w którym zostawiłam zasadzoną na wiosnę lawendę i dorodne krzaki mięty, pachnące, gdy tylko je poruszyć. Huśtawka zawieszona na gałęzi brzozy, porzucone zabawki - wszystko zdaje się wzywać z oddali. Leżę i nie otwieram oczu. Udaję, że nic się nie zmieniło, że zaraz wstanę, zrobię kawę, włączę radio, a potem siądę w fotelu, by kontemplować kuchenne okno, do którego zagląda bluszcz. Przyglądać się, jak wspina się po nim jesień. Udaję, że za chwilę wstaną dzieci, odprawimy nasze poranne czary i zaczniemy dzień. Tak jak zawsze.
Będzie inaczej. Już nigdy tak, jak było. Ta myśl rozpościera przede mną przepaść, nad którą muszę przejść, przedostać się na drugą stronę. Jak będę już tam, napiszę kilka ciepłych słów, kartkę wyślę, pozdrowienia. Tylko, gdzie znajduje się TAM? Gdzie to jest? Kto mi powie?
Tęskniąc za ukorzenieniem, wciąż wyrywam się z korzeniami.
***
Jak miło się rozczarować. Dobrze skonfrontować swój lęk przed nowym i nieznanym, z przyjazną rzeczywistością. Wspaniale nareszcie być na miejscu.
Jechałam w malignie. Ostatnie dni, intensywne i takie nierealne odebrały mi świadomość. Niczym duch, pusty w środku i unoszący się nad ziemią, nie istniałam. I oto nagle to miłe uczucie. Jakbym wpadła w ramiona bliskiej osoby, utęsknionej, kochanej. Wszechogarniający spokój, wielką falą wypełnia ciało i myśli. I w jednej chwili to, co było, co niepokoiło, co dręczyło, znika, rozpada się. Jest tylko krajobraz za oknem, falbany gór na tle ciemniejącego nieba, spokój tego miejsca i domu, urok i prostota. W silnych ramionach tego świata wyhamowuję. Czuję jak wracam do siebie. Jestem.
To jest ta chwila. Chwila euforii. Kiedy zamyka się to, co było, i otwiera nowe. Wszystko wydaje się nagle możliwe. Pod nogami ścielą się nowe drogi, a każda inspirująca, ciekawa, ważna.
To jest ta chwila. Chwila spokoju, w której nie trzeba już nigdzie dążyć, niczego zmieniać, zmagać się, tylko być i już. Zanurzyć się odważnie w chłodnej orzeźwiającej wodzie nowego.
To jest ta chwila.
Był sobie człowiek, który ciągle czegoś szukał. Wędrował po świecie, biegał po miastach i miasteczkach, nie spał po nocach, bo i wtedy zdawało mu się, że powinien pozostać czujny i poszukiwać dalej. Nie jadł i nie pił, nie miał przyjaciół i raczej nie rozmawiał z ludźmi, chyba że wypytywał: gdzie to jest? Gdzie to jest?
- Ale co? - pytali zagadnięci. Mężczyzna nie potrafił im powiedzieć.
Stał się jak dzikie zwierzę. Jego rozbiegane, poszukujące spojrzenie przerażało. Pewnego dnia przyszedł do niego anioł i wziął go w ramiona. Mocne, zdecydowane ramiona. W jednej chwili całe napięcie, to zamieszanie w myślach, ustąpiło. Mężczyzna odnalazł siebie, dotarł do celu. Pod nogami miał twardą ziemię. Wokół roztaczał się zapach wilgotnych łąk, śpiewały ptaki, słońce przygrzewało. Lato dobiegało końca. Wszystko to nareszcie mógł zobaczyć i poczuć.
I wtedy anioł zniknął, a mężczyzna zamienił się w drzewo.
***
Kiedy pod skórę dostanie się drzazga, nawet najmniejsza, to miejsce zaczerwienia się, robi się gorące, wokół drzazgi zbiera się ropa. Stan zapalny.
Zasnęliśmy wcześnie. W nocy obudził mnie deszcz i wiatr. Potężne fale uderzały w dom. Zdawało się, że zaraz ulegnie powalony natarczywością burzy. A wszystko to po pięknym, słonecznym dniu. Po dniu, który wydawał się zapowiadać kolejne równie dobre i spokojne. Leżałam w łóżku i nasłuchiwałam. Miałam wrażenie, że ten wiatr i deszcz, że ta nawałnica jest reakcją na nas, na nasze wtargnięcie w przestrzeń, naruszenie bezpiecznych granic miejsca, jego stabilności. Przyjechaliśmy tu z naszym trudnym do zniesienia bagażem. Jesteśmy obcym ciałem, które drażni wnętrze organizmu, mobilizuje go do walki o zachowanie integralności, o święty spokój.
Leżąc w ciemności na poddaszu domu smaganego wiatrem i deszczem, czuję wyraźnie jak bardzo jestem tu obca. Nie jestem częścią tego miejsca, tego krajobrazu, tego spokoju. Być może, jak obca tkanka, przeszczep, w końcu zostanę przyjęta, zaakceptowana. Ale do tego potrzeba morza czasu. Na razie trwa walka, na razie poczucie obcości i bycia nie stąd po prostu musi być.
Leżę i myślę o tobie. Nie ma takiej sytuacji, w której nie znalazłoby się miejsce na tęsknotę. Gdzieś, daleko, w opustoszałym łóżku, zanurzasz się w swojej samotności. Indianie wierzyli, że każdy ma swój przydział bólu i cierpienia i nie da się od niego uciec. Ale jeśli z własnej woli zadajesz sobie ból, jeśli zgadzasz się na dodatkowe cierpienie, wybierasz i wchodzisz w nie z odwagą, jest szansa, że potem będzie już tylko łatwiej. Reszta zostanie ci oszczędzona.
Wyrwana z korzeniami, jak roślina, która może jedynie poddawać się temu, co przychodzi, na końcu świata, w najwyższym pokoju wielkiego domu, tuż pod niebem, pozwalam wiatrowi i deszczowi na nienawiść, na razy skierowane w moją stronę. A potem zasypiam spokojnie, myśląc o oddaleniu. Nawet tu jest miejsce na tęsknotę.
***
Spokojny dzień. Zwyczajna codzienność - aż mdło od ciszy i łagodności. Żyjemy tu jak kuracjusze z Czarodziejskiej góry. Rytm posiłków reguluje naszą aktywność. Dziewiąta, czternasta, dziewiętnasta - kardynalne punkty doby. A poza tym - coś, wypełnienie, drobne poruszenia, drgania, przemieszczenia. Nieważne. "Szafujemy tu hojnie czasem. To jest przywilej cieni"
.
Nieprawdziwość życia sprawia, że trudno się skupić, trudno dotknąć tego, co jest. Czy ja w ogóle jestem? Nic nie boli, bo nic nie trzeba, czas przelewa się wolno cienką strugą. Nie ma interwałów, zmian. Dążenie dokądś z tej perspektywy nie ma racji bytu. Jest tylko teraz. Nie było nic przedtem. Nie zapowiada się też nic po.
I tylko czasem wieczór zaczyna straszyć. Nadchodzą cienie i siadają tuż przy mnie. Ciemność nadciąga nad góry, niebo kotłuje się, a potem zamiera w czerni. Wszyscy śpią, tylko ja jak co dzień odstawiam tabletki na gorsze dni i nie śpię. Czuwam. Nalewam sobie szklankę piwa i tłumaczę się, że to na sen, a przecież przywołuję tym nostalgię, piję ją, sączę i delektuję się.
Słucham, nasłuchuję ciszy. Jej zmyślone opowieści budzą uśpioną pamięć, przywołują obrazy, słowa, sytuacje. Z grobu powstaje tęsknota i pragnienie.
Nie, dość, już nie chcę. Może by jednak zasnąć, zapomnieć, odwrócić się od pamięci, która kiwa ku mnie palcem.
Łóżko jest takie chłodne. Okna w dachu wskazują na niebo. Księżyc rośnie z dnia na dzień, przypominając o miłości.
Dość.
Niebezpieczne milczenie ciszy próbuję zagadać tym samotnym piwem. Jutro mnie uratuje, jutro znowu w rytmie posiłków da się przeżyć. Uśpi mnie rytm i marazm tych między-działań. Słońce, które zapowiada już jesień, i wiatr kołyszący świerkami na zboczach gór. Chłodna pościel i posłanie na podłodze przypominają mi o wygnaniu. Nie o domu. I niech tak pozostanie. Kiedy zapomnę, nadejdzie koniec. Kiedy słodki rytm stanie się samym życiem, umrę.
Pamiętasz? Tak, nie można o tym zapomnieć. I teraz tylko ból i tęsknota ratują mnie przed ostatecznym odrętwieniem. A jutro kolejny spokojny dzień rozpocznę, szukając śladów ciebie w zakamarkach mojego ciała.
***
Wychodzę przed dom i czuję, jak jesień zagarnia wszystko dla siebie. Dolinę, co wygląda teraz jak otchłań, ciemne monolity gór i mnie, pyłek osadzający się przypadkiem na nieskazitelnej powierzchni krajobrazu. Drzewa na wietrze tańczą. Nie ma jeszcze mrozu, choć tu często, o tej porze roku, nocą, szron lukruje trawę. Nie ma jeszcze złocistych płomieni na zboczach wzgórz. Jeszcze nie ma. A jednak, krok za krokiem, powoli i majestatycznie, dręcząc mnie swoją bliskością, nadchodzi i budzi lęk. Jesień.
Noc zawisa nad nami i kapie lekkim deszczem. Ciemność jest jak nicość, próbuję jej dotknąć, ale okazuje się pustką.
W gęstej czerni samochód drąży bezpieczny tunel. Spadamy w przepaść nocy, ale ratuje nas garść światła. Reflektory wyławiają i ożywiają wyciągnięte łapy krzaków, tropiące nocne koty i puste pobocza, przy których sterczą suche badyle dawnych kwiatów. Mijam domy. Wciąż jeszcze ich nie znam. Obce, szkliste oczy, nie dostrzegają mnie w ciemności. Zresztą, wcale na mnie nie patrzą, zajęte sobą, swoim wewnętrznym życiem. Ta droga jest jak z bajki, przypomina wysnuwaną nić, wstążkę wyciąganą z gardła góry. Jadę i wracam. Bez celu. Zwyczajnie chcę, żeby na chwilę moim towarzyszem został samochód z jego bezpiecznym ciepłem. Samochód - skrawek mojego terytorium, które przemieszcza się wraz ze mną, gdzie tylko zechcę. Wracamy. Krótka randka. Sam na sam. W nocnej ciszy trzask zamykanych drzwi brzmi jak strzał.
Schodzę jeszcze na moment w dół żwirową drogą, aby sprawdzić, czy wszystko w dolinie naprawdę istnieje. Nie mam pewności i zawracam z lękiem. Ciemność odpycha mnie i kieruje do domu. Tu wilgotny chłód, tam kusi lepkie od światła ciepło. Ja wiem, że tu w otwartej przestrzeni łatwiej oddychać, a tam, w domu, pamięć wciąż na nowo bada pustkę. Światło wydobywa brak.
Jesień wchodzi na twoje miejsce. Przez niedomknięte drzwi wsuwa powoli swoje wężowe ciało i mości się we mnie, w jeszcze ciepłej, jeszcze po tobie nie do końca otrzeźwiałej. Rozgorączkowaną ranę zamraża chłodnym oddechem. Uspokaja nonsensem i brakiem nadziei.
- Chodź i przytul się, wiem, że to boli. Zimno przenika do kości. Chodź, ukołyszę cię i nic już nie będzie tak ważne, tak wytęsknione. Zostanie tylko ten ból, tylko chłód i kołysanie na wietrze. Chodź.
***
Myślę o nas. Jak misa i dzban możemy do siebie jedynie milczeć. Daleko i blisko zarazem. Krucho-twarde ciała, które stykają się przypadkiem, kiedy z dzbana woda leje się do misy. Tęsknota. Morze tęsknoty i wiele, naprawdę zbyt wiele marzeń, wyobrażeń, obrazów. Tydzień temu było inaczej, ja byłam gdzie indziej. Powoli dociera do mnie, że już nigdy. Życie szykuje nam niespodzianki, z których trudno się cieszyć. Zostań, zostań jeszcze trochę. Nie odchodź. Wraz z latem opuszczają mnie przyjaciele i sama zostaję pod gołym niebem. Aż strach. Nie odchodź. Twoje zjawiskowe, nieprzewidziane, niezaplanowane zaistnienie rozwiera szczelinę w zakończeniu mojej historii. Nie wiem, czy to nazywa się miłością, ale na pewno pięknie mi z tym, jak z kwiatem.
***
Idę kamienistą drogą. Szłam tędy już tyle razy. Kiedyś gdy miałam lat naście, potem jako studentka. Wielokrotnie niosłam tu moje dzieci w chustach i nosidłach, jak do źródła. Moje pielgrzymki.
Dziś znowu słyszę, jak chrzęści pod stopami kamienista droga. Ten dźwięk ożywia obrazy. Wtedy, ta sama droga, jakaż inna ja.
To miejsce jest proste. Kamienisty dukt, wokół niego wzgórza jak serdeczne ramiona, w które można się wtulić. Potok - lustrzane odbicie drogi. I tyle. Szczęście pochodzi ze spraw małych, drobnych i niepozornych. I tego doświadczam tutaj. Prowadzę dzieci sobie tylko znanym przejściem między chaszczami, mijamy suche drzewo (ono było tu od zawsze) i schodzimy skarpą w dół. A tam, w promieniach przenikającego przez liście słońca, potok rozlewa się w krąg - kryształowe, błękitno-zielone oko. Kilka ciężkich głazów spiętrza wodę i każe jej przewalać się wodospadem.
Tu.
Kiedyś.
Ile razy zanurzałam się w tej wodzie, w tym miejscu, obmywana chłodem potoku i ciepłem słonecznych promieni. Chciałam odnowić się, odświeżyć, zacząć od nowa.
- Jestem w raju - powiedział mój brat, stając na progu tej niezwykłej przestrzeni. To niemożliwe, żeby istniały takie piękne miejsca, tak bardzo oczywiste i zarazem nieprawdopodobne.
Chciałabym kiedyś zaprowadzić cię tutaj. Pokazać jak tańczą słoneczne bliki na przejrzystej wodzie. To moja tajemnica. To miejsce, ta woda, światło i kawałek mojej historii. Jestem w raju - myślę i chcę tu zostać. Ale czas nagli, trzeba jechać dalej. Zdejmuję ubranie i czując, jak słońce delikatnie liże mnie po brzuchu, zanurzam się w strumieniu. Woda jest zimna. Przenika do kości, wbija się w ciało, jak ostrze. Po niej jest się innym, świat wokół widać wyraźniej. Święta woda.
Trzeba jechać. Ale wrócę tu, jeszcze nieraz. Będę się zmieniać, z roku na rok, a potok, kamienie i światło będą wciąż takie same. Wierzę, że kiedyś powrócę tu na zawsze.
Tak musi przecież wyglądać raj.
***
Na koniec trzeba przeciąć pępowinę. Jedno cięcie i po wszystkim. Tego, co było, już nie ma. I nie będzie. Bezpowrotne odejście.
Nie umiem być tu i tam, nie umiem być blisko i daleko zarazem. Chcę wiedzieć, gdzie teraz jestem, czuć to wyraźnie, nie mieć złudzeń. Dlatego.
O szóstej rano wstaje świt. Złoty jak miecz. Przecina ciemność. Każe gęstej jak mleko mgle zejść niżej, w doliny. Wychodzę przed dom, w rześkie powietrze (mój Boże, jesień) i patrzę jak wieś znika w białej czeluści. Tak jak to, co było.
Na mojej spódnicy łąka,
łąka pod twoimi plecami,
skóra, pomiędzy udami kwiaty.
Patrzę na nicość, która pochłonęła drogę do świata. Jakie to proste. Delikatne opary, widziadła, poranne mgły i już po wszystkim. A jednak. Jesteś, wiem. W innym czasie i innym miejscu, kiedyś, gdzieś, w szczęśliwej godzinie. Jesteś tam nadal i pozostaniesz, odchodząc zarazem. A ja odejdę, będąc.
Nie. To się nie może tak skończyć. Przecież wszystko istnieje nadal. Wsiadam do samochodu i po raz kolejny wyruszam tą samą drogą w poszukiwaniu reszty świata. Sprawdzam. Znad mgły wyrastają szczyty gór jakby z nieba. Niebo i ziemia teraz tak blisko zespolone. Badam granicę. Jest miękka. Osadzają się na niej kropelki wilgoci. Przypomina nas. Nie mogę zapomnieć.
Miasteczko śpi jeszcze. Jasne światło budzi domy, senne kwiaty z balkonów przeciągają ramiona. Zaraz to wszystko zwarzy mróz. Zaraz to wszystko...
Widziałam jak drzewo wyrastało ze skały
nie ma rzeczy niemożliwych - mówisz
liście spadają szeptem
kiedyś ci o tym opowiem
Trzeba poczekać jakiś czas. Na początku krew wciąż jeszcze tętni wewnątrz. A potem stopniowo dziecko zaczyna oddychać samodzielnie, wtedy można przeciąć.
I to już koniec. Obrzęd przejścia dobiegł końca. Nowe życie. Bynajmniej nie lepsze ani łatwiejsze. Niemniej odrębne.
A to, co było, nigdy już nie powróci.
A to, co było, nigdy już nie powróci.
A to co było nigdy.
***
Znowu noc bez snu. Wstaję i otwieram okno w dachu, okno wprost na niebo. W dole widzę czarne morze nocnego lasu. W ciszy rozlega się potężny ryk. Raz za razem rozdziera tkaninę ciemności. Rykowisko. Jelenia miłość, nocny koszmar, na śmierć i życie.
Wracam do łóżka. Chłodne i puste, otula mnie obojętnym ramieniem koca.
- Jesteśmy sami?
- Tak, ja i ty, moje drogie łóżko. Niech tak pozostanie. Niech nigdy nie będzie inaczej. Trzymaj mnie co noc w swoich chłodnych objęciach i nie oddawaj nikomu.
Zerkam na zegarek. Czas stanął w miejscu. Jesienny chłód wpada przez uchylone okno. Opowieść o chłodnym policzku.
- Przytul się mocniej - szepcze poduszka - przytul i zapomnij.
Sen nie nadchodzi. Myśli pędzą autostradą mózgu. Wszystkie te obrazy, sytuacje, słowa, myśli, te wypowiedziane i nie, wszystko to kotłuje się we mnie i nie daje spokoju. W ciemności widzę ciebie. Nic na to nie poradzę. Moja wola i uczucia dziś się nie spotkają. I pewnie nie nastąpi to jeszcze długo. Trudno.
- Przytul mnie, proszę.
Kiedy drzewa zmieniają kolory, wydaje się, że góry prężą miękkie grzbiety, jak zwierzęta pragnące ręki, która gotowa byłaby do pieszczoty. Napięte w oczekiwaniu. Zielenie przełamane żółcią stają się podatne, aksamitne. Przypominają mi mnie samą. Zwierzę tak bardzo tęskniące za dobrą ręką.
Była kiedyś dziewczyna zamieniona w złego psa. Leżała całe dnie na kamiennej drodze i wypatrywała. Czasem, drogą nieopodal, przechodzili ludzie. To ten - myślała, patrząc na kolejnego przechodnia - tak, ten mnie pogłaszcze i nakarmi. Ale, choć chciała podbiec i łasić się, potrafiła tylko warczeć i szczekać. Ludzie widząc wyszczerzone zęby, przepędzali psa, rzucając kamieniami. A potem odchodzili, a ona znowu kładła się na nagrzanych w słońcu kamieniach i czekała.
W nocnej ciszy raz za razem ryczą jelenie. Ciemność wzywa. Chciałoby się wyjść i nie wrócić, pójść za tym wołaniem, w las, dalej i dalej, odejść od wszystkiego, co tu tak bardzo więzi, od tęsknoty - w stronę Cergowej, od pragnienia ku Dukli, od złudzeń - gdzieś w stronę Swidnika. Przecinać przestrzeń, bez względu na czas. Iść i roztapiać się w każdym kroku tak, jakby każdy był tym jedynym, jakby nic więcej nie istniało, tylko te drobne poruszenia, przemieszczenia, dalej i dalej. Znów wstaję i wystawiam głowę za okno. Powietrze pachnie już mrozem, zimą. Dobrze, że wiem, gdzie szukać lekarza.
- Czy to już?
- Nie, jeszcze podołam, jeszcze wystarczy dziurawiec i słońce w ciągu dnia. Ale dni są coraz krótsze. Słońce przegrywa z nocą.
Na szczęście dzień za dniem, na szczęście jednak czas. Upływ i strumień. Wartko. Ucieka wszystko i nie nadążam. I szybko przeleci i szybko się skończy i zapomnę, zniknę.
O czym tu mówić, to tylko chwila, błysk, złudzenie.
O czym tu mówić, kiedy prawie nas nie ma.
***
Czy czułeś się kiedyś, jak odkrojony, całkiem oderwany od kontekstu? Miasto dziś poszarzałe i stare. Niebo leje mi łzy w rękaw. Komu ja się wypłaczę? Może piwo, dziś wieczorem? Sam na sam ze sobą, ja i ja? Umówmy się, ostatni raz.
Rankiem poszłam na spacer. Zdążyłam przed deszczem, przed jesienią. Topole i klony pożółkły. Wiatr strącał liście. W suchych badylach barszczu ostatnie granie świerszczy.
- Kiedy ono odeszło? Kiedy spakowało manatki słońce, ciepło, kiedy?
Bez pożegnania. Jaka szkoda.
Nie miej mi za złe i wiedz, że kiedy odchodzę, odchodzę tak, jak lato, mimowolnie, pchana jesiennym wiatrem. Taka jest kolej rzeczy. Tak musi być. Dziś odkrojona, jakby z innej historii, niosę na plecach przekleństwo czasu.
Zimnem powiało. Już wiem, że nic nie wskóram, już wiem. W kuchni, od rana, kobieta z pobliskiej wsi wyciska z resztek lata soki na zimę, pakuje do butelek i zanosi do piwnicy. Czuję się jak cień. Nie mam swoich pamiątek, tylko ślad po tobie, który rozdmuchuję, jak dogasający ogień. Zostań jeszcze chwilę. I tak w końcu trzeba będzie zamarznąć.
Kulawa kobieta przemierza ulice. Czuje je dobrze. Każdy centymetr znaczy dla niej wiele. Idzie, z twarzą oblepioną obojętnością. Nic lepszego nie znalazła. Wieczorem zakłada zmęczenie, ale tylko wtedy, kiedy nikt nie patrzy. W domu, przy kwaśnej herbacie z piątego parzenia, w nadgryzionej szklance, zsuwa z nóg pończochy z nylonowym trzaskiem i na chwilę zakłada to, czego nie potrafi już nazwać, bo słowo zgubiło się, jak klucz do zatrzaśniętych drzwi. (Skóra na nogach jest gładka).
Radio! Telewizor! Cokolwiek! Pamięć dobrego zamienia się w nóż.
Kolacja. Oczywistość białego chleba z margaryną i plastrem zdechłej świni przybija do krzyża. Zwykłość.
Kulawa kobieta, w każdym kroku wybitym z rytmu niesie to wszystko przed sobą na tacy. Niesie do stolika, przy którym on wypija kolejne piwo. Mężczyzna - niemowa czeka na swoją kolejkę.
- Kiedy nareszcie przyniesie - milczy do siebie. - Co ona tak długo?
Idą nogi w a-rytmie i niosą kobietę w nylonowej pamięci, zalaną wrzątkiem w nadgryzionej szklance.
Odkąd wymyślono telefon, jest kolejny powód do płaczu. Jelita kabla i milczące ucho, które słyszało.
- Wypij póki ciepła, zjedz, połknij, napełnij trzewia. Wyrzygaj.
Miasto zamiata nogą. Sprząta okruchy i klnie pod nosem: byłoby lepiej, żeby nie.
Byłoby lepiej. Gorzka pamięć. Nikt nie kupi, nie zamówi. Zostanie i się przeterminuje. A potem trzeba będzie wszystko wylać do kibla. Po co było...
Mężczyzna - niemowa rusza pełnymi ustami. Połyka słowa, których nie potrafi wypowiedzieć. Gryzie, przeżuwa. A potem wychodzi. Bez słowa. I rzuca cień na kontuar jej brzucha.
***
Nie wierz pustemu miejscu. Nie wierz swojej wściekłości, nie wierz, że nie ma mnie, że odeszłam. Odchodzę dla ciebie. Wiem, to paradoks. Dla ciebie powinnam być, a ja dla ciebie znikam. Uwierz.
Idąc przez obce miasto, jestem wciąż blisko ciebie. Piję kawę w obcej kawiarni, a jednak jestem tuż tuż. Rzeczywista odległość budzi lęk. Jakbym miała za moment utonąć, nie mogąc chwycić się ciebie. Co robić? Każda chwila jest tylko czekaniem. A za nią zdaje się wionąć pustką. Droga, która nie prowadzi do niczego. Drzwi, za którymi znajduję mur. Idę obcymi ulicami i szukam śladów tego, co znajome. Wciąż tylko porównuję, nie mogę wyrwać się z tam i być tylko tu. Jakby to było, gdybyś? Niewidzialne nici ciągną w tył, podcinają nogi.
Nad obcą kawą myślę, jakby to było móc przyjść do twojego pokoju nocą, choć na chwilę. Niezauważalnie spojrzeć tylko na blask księżyca na twojej skórze. Ale nie obudzić, nie obudzić! Potem już chyba tylko roztopić się w bezsilności. Eurydyka w piekle wiecznego oczekiwania.
***
Kolejna noc. Już tyle czasu upłynęło. Nie mogę zasnąć. Ty. Czuję Twoje ślady. Jesteś. Księżyc za oknem ma twarz obojętną. Blady świadek mojej tęsknoty. Co robić? Kiedy sen nie nadchodzi, przychodzą w zamian koszmary. Demony niespełnienia, diabły zawahań, pytania, pytania, całe rzesze pytań, na które nie mogę znaleźć odpowiedzi.
Powtarzane czynności poszukiwania ciebie zamieniają się w obłęd. Ekran milczy, telefon umarł. Kręcę się w kółko i czuję się jak zwierzę w matni. Wyć się chce. Albo walczyć, w każdym razie poczuć na chwilę, że to wszystko jest realne, że oprócz palącego bólu w środku jest po prostu dźwięk, jest ciało, granica skóry, siła i zmęczenie, że poza mną jest ktoś jeszcze.
Ręka nie słucha. Wędruje swoją drogą. Sprawdzam. Pusto.
Za oknem oczu świat zamienił się w pustynię. Wyglądam na zewnątrz i widzę jak resztki życia giną w ogniu. Nie ma dokąd uciekać. Trzeba doczekać do końca tego, co się stało. Choć nawet teraz wydaje się, że są szanse na ratunek. Złudna nadzieja mąci w głowie. Chciałoby się skoczyć z okna i ocaleć do reszty.
Ty.
Zostawiłeś ślady. Idę nimi, krok za krokiem. Ta droga prowadzi wzdłuż pamięci. Znaki na ścianach, opowieści drgające w przestrzeni. Przeszłość żyje, realna nadal, choć inaczej. Trwa i faluje w nieskończoności mojego teraz. Nie da się tego opowiedzieć ludzkim językiem. Przychodzi na myśl tylko cisza albo żałosny bełkot.
Poszłam za tobą dziś na łąkę. Jeszcze soczysta zieleń, choć żółte liście już, jak siwe włosy, lśnią. Byłeś tam ze mną. Najpierw szedłeś cicho, czaiłeś się, skradałeś, kryjąc za krzakami tarniny. Nie wiedziałam, które z nas kogo tropi. Na łące położyłam się wyczerpana. Przedwieczorne słońce miało kolor krwi. Zamknęłam oczy.
Ty.
Jesteś wszędzie. Odjeżdżam od ciebie i docieram w to samo miejsce. Uciekam, ale każda droga prowadzi właśnie tu.
Był kiedyś człowiek, który wolał milczeć niż mówić. Mieszkał wysoko na górskiej polanie. Raz na kilka dni schodził do sklepu we wsi i kupował chleb, płacąc za niego ciszą. Wszyscy go szanowali. Przecież nikt nie potrafił tego, co on. Kiedy wracał spokojnym krokiem, mijając domy, ludzie wyglądali za nim, żeby choć na chwilę poczuć spokój, który promieniował wokół jak blask. Pewnego dnia głupi wiejski parobek zaczął się naśmiewać:
- Co za wariat! Zamiast gadać, milczy, ha, nie umie zdania sklecić, a przy tym jaki pyszny. Może mu się wydaje, że jest od nas ważniejszy. - Głupek biegł za mężczyzną i wrzeszczał. Rzucał słowa jak iskry.
Następnego dnia nad pole głupka nadleciało stado kruków i, drąc się wniebogłosy, dziobało pszenicę.
- Sio, ptaszyska głupie, uciekajcie! - właściciel pola, zrozpaczony biegał, machał rękami i ciągle wrzeszczał. Tak się zdarzyło, że przechodził właśnie drogą mężczyzna, który milczał. Cisza wokół niego była napięta jak cięciwa. Widząc go, kruki zamilkły. Mężczyzna zbliżył się, a wtedy wszystkie natychmiast uleciały w górę niczym strzępki sadzy. Głupek na polu był tak przerażony tym, co zobaczył, że odjęło mu mowę. Stał jak sparaliżowany i patrzył w niebo. Trwało to na tyle długo, że wrósł w ziemię i odtąd na polu stoi bezradnie i wymachuje rękami jak strach na wróble.
A milczący odszedł w swoją stronę spokojnym, kołyszącym krokiem. Potem ożenił się z dziewczyną ze wsi. Miała głos jasny jak delikatny dzwonek. I odtąd ona uczyła go mówić, a on ją milczeć.
Kruki nie wróciły już do wsi.
***
Muzyka, którą mam od ciebie, otula mnie jak twoje ramię. W ciemności, w pustym łóżku, kładzie się tuż obok i szepcze wprost do ucha: dlaczego? Dlaczego tak się stało? Nie musiało.
Może. Wątpliwości hoduję na własnym ciele jak wszy. Pełno ich, gryzą, tną, ranią. Kochany. Tęsknię. Nie ma innej drogi do śmierci.
Nie tylko w bajkach nie wolno oglądać się za siebie. Nie tylko. Ja co wieczór spoglądam w przeszłość i tracę wszystko. Poczucie sensu, bezpieczeństwo, jasność i przejrzystość drogi. Ale nie mogę nie spojrzeć. Tęsknota odziera mnie z resztek zdrowego rozsądku, czyni ze mnie zwierzę, gotowe umrzeć prędzej, niż zapomnieć. Tęsknię. Nie ma innej drogi.
Pamiętam wszystko i rozpamiętuję. Każdą chwilę, słowo, gest. Pamiętam drobinki radości i smutku, niepewność, poszukiwanie siebie, namiętność. Wszystko to trwa we mnie, jak odlane z brązu, zatrzymane, jak prawdziwe. Nie mogę nie spojrzeć. Nie mogę.
Kiedy mija dzień, a nad górami kurczy się purpurowy pióropusz słońca, kiedy dom zasypia wraz z dziećmi, wdrapuję się do mojej pustelni. Otwieram okno w dachu i nasłuchuję. Psy w oddali szczekają, a poza tym nic. Jelenie gdzieś przepadły. Noc i cisza stają się lustrem, na którego powierzchni zaczyna wibrować kropla naszego czasu. A potem spływa jak łza. Stoję mokra i zimna jak martwa w ciemności i umieram. Czy nie ma innej drogi?
Na brzegu jasnego talerza dziewczynka mała jak kropla siedzi i wyczekuje. Woda w talerzu, morze łez, kołysze się i rozbija o brzeg. Patrzy w dal wielkimi oczami i czeka. Za oknem powstaje jasność. Oblewa jej twarz srebrnym rumieńcem.
- Gdzie jesteś, kochany? - pyta.
- Tu jestem, już, już, lada chwila będę.
Każda sekunda jest wiecznością. Boli nieskończoność minut. Dziewczyna ociera łzy spływające do talerza. Srebrna łuna rośnie i zalewa potokiem cały pokój.
- Nadchodzę.
Kiedy zapada noc, ciemność przecina srebrny nóż. Cała staje się czekaniem. W rozpuszczonych włosach srebrne nitki.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.