Dziennik tom 2 1970-1979 - Sławomir Mrożek

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1970

16 stycznia, Nowy Jork

Przyjechałem tu wczoraj. Mam zostać pół roku[1].

Samolot niszczy zdrowie, ale krzepi duszę. Podobne rozrzedzenie "rzeczywistości" miałem kiedyś w Zurychu nad ranem, dzięki pijaństwu (umęczeniu pijackiemu). Żaden film wyświetlany w samolocie nie da się oglądać, nie mogę na niego patrzeć inaczej jak na do niczego nie przystającą kupkę oddzielnych, mechanicznych, nie usprawiedliwionych niczym znaków. A jeszcze kiedy ma się miejsce przy oknie i ogląda to, co się ogląda przez takie okienko... Nawet czas się rozkłada i okazuje swoją umowność, co kiedy indziej zdarza się tylko dzięki pijaństwu.

Nowy Jork tak działa, samolot także. Inne tu ciśnienia i inaczej rozłożone. A kiedy powiem, że już od pewnego czasu, w moim akwarium paryskim nawet, wszystko mi się rozłaziło i nic nie składało na obraz i kształt, które by mi się jakoś przedstawiały, a co dopiero uwierzyć w nie...

Tak lepiej, niech się rozkłada i rozrzedza to, co jest na rozkład i rozrzedzenie skazane, co jest rozkładem i rozrzedzeniem samym. Szkoda, że choć tak się rozkłada i rozrzedza, jakoś trzyma się kupy wciąż i nigdy nie może rozłożyć się i rozrzedzić całkiem. Czekam na to codziennie i co noc, jeżeli nie śpię. Właściwie na nic innego nie czekam, ale wiem, że to czekanie beznadziejne mimo mojej nadziei. Więc pomysły i chcenia, żeby jakoś to przyspieszyć, sprowokować, sprawić. Pisałem już o rodzaju teatru, bardzo nędznego, w którym nawet teatru już nie ma, ale z powodów niejasnych przedstawienie trwa, i nie wiadomo dlaczego z coraz większą nudą i złością siedzę i gram dla siebie rolę widza. Stąd różne podejrzenia, na przykład takie, że na niczym innym to nie polega, jak tylko na rutynie, i wystarczyłoby może zdobyć się na odruch, ruch i odwagę - wyskoczyć z rutyny, żeby nareszcie to się zmieniło czy skończyło.

Pisałem zresztą o niejednym i nic się nie dzieje poza czekaniem. A moja rosnąca obojętność wydaje mi się raz obiecująca i płodna, to znowu tylko obojętnością, zamieraniem i odchodzeniem; raczej wynoszą mnie, wynosi mnie coś, niżbym aktywnie cokolwiek ja sam robił.

17 stycznia

Mieszkam w Great Northern Hotel, tym samym, w którym mieszkałem przed rokiem[2]. Tak samo jak wtedy nie mam w pokoju światła dziennego. To także rozkłada i rozrzedza.

Naprzeciw mnie, tuż nad stolikiem, przy którym siedzę, znajduje się lustro. To jasne, że prawie przez cały czas przyglądam się sobie. Dzisiaj uważam, że jestem całkiem przystojny. Jak się nazywam?

Czytałem "New York Times"[3] i Arystotelesa, przez chwilę wydawało mi się, że powinienem się skoncentrować na jednym tylko. Ale i w obrębie "jednego tylko" taka sama niespójność jak w obrębie dwóch. Pytanie: czy jaką taką koherentność, spójność można osiągnąć przez ograniczanie? Chyba nie. Ja sam, nagi, tylko w swojej skórze, w ciemnym pokoju, jestem niespójnością; pozorność, że stanowię jakiś utwór skomponowany, dręczy mnie i wtedy, zresztą jest widoczna. Więc ograniczać, usuwać... Z tym że istotna niespójność jest po obu stronach granicy.

I o czym to ja myślę? Myślę, jak walczyć z niespójnością. Ale przecież jednocześnie podobają mi się okoliczności, w których ona następuje. Lepiej ją widać.

Można by się jeszcze uratować stwierdzeniem, że nie ma ani spójności, ani jedności. Ale tak się składa, że dzisiaj tak nie czuję, i takie stwierdzenie będzie raczej retoryką.

W popielniczce znajduje się niedopałek papierosa. Skąd się wziął, jeżeli ja nie palę papierosów?

19 stycznia

Poranek, aż do południa: high[4]. Potem jak uciął. Dlaczego? Czy księżyc się odmienił, czy też bakcyl w krtani (poczułem, że boli mnie gardło)? Pytam się tylko po to, żeby - może - znając okoliczności i domyślając się przyczyny, wiedzieć i umieć kierować takimi rzeczami. Ale czym, bakcylem, księżycem?

Świat, jaki jest proponowany i brany mimowolnie, składa się z retoryki, scenariuszy i czegoś jeszcze, czego domyśliłem się wczoraj, ale o czym dzisiaj już zapomniałem.

Chciałem właśnie zapisać kilka takich stwierdzeń, a tymczasem czuję nagły opór. Dlaczego? Podobna zmiana fazy jak w południe? Zmęczenie?

Trzeba zawsze zaczynać od ciała. Od tego, co w ciele. Od myśli w ciele, nie od myśli w głowie.

20 stycznia

Utworek Buchwalda Arta. O smutku tej hucpy.

23 stycznia

Jeżeli prawdą jest, a jest prawdą, że wszystko się wyrównuje, to wobec tego, żeby mieć maksimum plus, trzeba być gotowym na maksimum minus. Inaczej mówiąc, maksimum "złego" jest ceną, którą trzeba zapłacić, żeby dostać maksimum "dobrego". (Złe i dobre - jak najdalej od potocznych znaczeń).

Dziecinność na tym polegająca, że odmawiając płacenia, chce się mieć towar. Tymczasem to równanie zdaje się nieodparte. Nie ma ono też nic wspólnego ze sloganem: "Za wszystko trzeba płacić". Jest to raczej równanie mistyczne. Zazwyczaj zaczyna się od "plus" i czeka się... zazwyczaj żąda się towaru. Kiedy dostaje się próbki, wtedy czeka się na wezwanie do płatności. Tym razem chodzi mi o odwrócenie równania, najpierw trzeba otworzyć portfel i wyłożyć wszystko na stół. A raczej wysłać dyspozytorowi wszystkie pieniądze, jakie się posiada. Otworzyć sobie rodzaj konta, potem można brać. Wiele jest sloganów, które w przybliżeniu o tym napomykają: "Tylko kto gotów jest umrzeć, może żyć" itp.

Mit Fausta kręci się tu gdzieś w pobliżu. Ja bym dodał, że faustowska transakcja nie jest dobrowolna. Wszyscy mamy taką umowę, tylko zależnie od nas mniej, lepiej, gorzej, bardziej, rozmaicie ją wykonujemy. Kontrahent jest solidny. Tylko my kręcimy.

Jeżeli chce się dać mało, dostanie się niewiele. Jeżeli nie chce się dać nic, dostanie się głodowy przydział, a mizerna płatność będzie wyegzekwowana.

Cierpienie puste i cierpienie "gęste". Za cierpienie puste nic się nie dostaje.

Jeszcze raz: jakże można mieć wiele, jeżeli płaci się, oferuje się mało? Równanie jest nieubłagane.

Jeżeli umowa jest nieunikniona, jeżeli już... Jeżeli tak czy tak... Czuję, jak mi przeszkadzają płaskie slogany: "Za wszystko trzeba płacić", "Pieczone gołąbki...", "Bez pracy..." itd. Również w nieco lepszym wydaniu (kroki Komandora[5], moja stara obsesja) towar bierze się najpierw, potem czeka się na inkasenta, który stuka obcasami.

Jak to się godzi z innym przekonaniem: że nie wolno żyć, a raczej patrz rozmyślania o tym: Czy jeżeli czegoś chcę, czy nie chcę, to za każdym razem tak jest naprawdę? Ale na najprawdziwszą, prawdziwą prawdę? A nie ze strachu, przyzwyczajenia i ospałości?

Chyba proste: wiele nie chcę, czy chcę, właśnie z wymienionych przyczyn.

30 stycznia

Człowieku, jak ty chcesz cokolwiek zrozumieć, jeżeli nawet uchwycić nie można. Zrozumienie ma nieco odcień naukowy, żeby zrozumieć, trzeba mieć najpierw coś w rodzaju przedmiotu, preparatu, który ma być do zrozumienia. A nic nawet nie da się zamienić w taki preparat. Kiedy to jest w probówce pod szkłem, to już nie jest to. I wnioski, owszem, dotyczą, ale już nie tego, o co chodziło.

Coraz większy zamęt i zgiełk scenariuszy. Wczoraj, przypominając sobie mnogość i wielość nas w domu u La MaMa[6], uderzyło mnie: a może każdy jeden, którego widzę, to tylko ja w innym wydaniu, to tylko inna wersja mnie? Tylko w takim sensie teoria bliźniego mego jest jako tako do przyjęcia. Nasza identyczność i nieskończoność wersji. Zresztą trzeba jakoś się ustosunkować do mnogości scenariuszy. Jest ich tyle i są tak natarczywe, że trzeba sobie coś o nich pomyśleć.

17 kwietnia

Still I am alive.

Dirty inscriptions on my wall. On my soul's wall. A la lettre.

Pondering upon ways and back to the Way. Forgetting it soon. Reminding oneself of that forgetfulness does not necessarily bring back the forgotten thing.

There is no message. Nor Message. Hence writing should not aim at any message passing. Rather music making.

Straining at "high" contrary to the Way. Easy way of avoiding it? Apparent willing? (Contrary to the real one). Escape, escape.

Facing it as opposed to the escape.

"Did you recognize me in that (my work)? - No, just the shell, the shell only. There was no trace of your spontaneity... (of what else?)". Again the proof of what I do know.

Swing low, sweet chariot, swing low. Only then you would be taken high.

The infinity of changing moods brought him to the conclusion of a total instability of the world. That gave birth to his desire of the absolute. That could not be found or established on any level or in any shape. The philosophy of a want as a principle did not satisfy him either. Sticking to the change, inter-influence and game does not appeal to him, as deprived of any real interest. Neither could he believe in Appearance nor - firmly enough - in transcendence. Waywardness and the contours constantly being washed out. Once he was a fanatic of clear delineated contours. Later on he lost any faith in it.

From time to time taken by it, he rushed blindly ahead, never being able to soar. That was similar to a chicken flight. His self-contempt and saying: "Nothing to be done again" are worth to be thought of. It could be thought of as the lack of a positiveness, so strong and dear in lions. As if he searched for a defeat and disillusion. See the story: "My God, how I was thirsty".

However, sometimes he managed to be on the Way. Then he was more and otherwise than happy. Why did he not stick to it?

More and more he was conscious of his mind contents, various, unnecessary, wanton, unessential. However, he was attached and inclined to daydreaming, less and less he could enjoy it knowing more about its futile nature. He learned more about how to manipulate his mind contents and that capacity took away much of the old joy of it. That aroused in him the temptation of delivering himself radically, which cannot be called otherwise than "death". In spite of some efforts, he never succeeded totally, that is - permanently. This not only because of a natural difficulty of it. A strong attachment to "life" hindered him much in that respect. In a way he loved his stupidity and his wicked weakness (to discern form, weakness, not wicked).

Positive attitude, or at least a balance between a positive and negative one. That was - how to be attained? As anything else, just do it - seemed to be the only answer.

Back to the same point ever - the mind contents as the reality to cope with. These are shifting, voluntary to a large extent. Theory of habits, mind-habits, evolved. Those habits may be called demons, little demons as well, or psyche residues. Hardened and stiffened to a kind of objects, hurt and discomfort as any objects.

[Wciąż żyję.

Nieprzyzwoite napisy na mojej ścianie. Na ścianie mojej duszy. Dosłownie.

Zastanawiam się nad drogami i powrotem do Drogi. Zapominam o tym szybko. Przypominam sobie, że to zapominanie niekoniecznie przywraca rzecz zapomnianą.

Nie ma wiadomości. Ani Wiadomości. Dlatego pisanie nie powinno dążyć do żadnego przekazywania wiadomości. Raczej do tworzenia muzyki.

Dążenie ku "wysokości" w przeciwieństwie do Drogi. Łatwy sposób na jej uniknięcie? Oczywiste chcenie? (Przeciwieństwo do prawdziwego). Ucieczka, ucieczka.

Zmierzenie się z tym jako przeciwieństwo ucieczki.

"Czy rozpoznajesz mnie w tym (w mojej pracy)? - Nie, samą powłokę, tylko powłokę. Nie ma śladu twojej spontaniczności... (czego jeszcze?)". Znowuż dowód tego, co wiem.

Kołysz nisko, słodki rydwanie, kołysz nisko. Tylko wtedy wzniesiesz się wysoko.

Nieskończoność zmieniających się nastrojów doprowadziła go do wniosku o całkowitej niestabilności świata. Stąd zrodziło się jego pragnienie absolutu. Ten nie mógł być odnaleziony lub ustanowiony na jakimkolwiek poziomie czy w jakiejkolwiek postaci. Filozofia chcenia jako zasady również go nie zadowoliła. Upieranie się przy zmianie, wzajemnym wpływie i grze nie przemawiało do niego, jako nie budzące jakiegokolwiek prawdziwego zainteresowania. Tak samo nie mógł uwierzyć w Zjawisko ani - dość mocno - w transcendencję. Kapryśność i wciąż rozmywane kontury. Kiedyś był fanatykiem dokładnie wykreślonych konturów. Później stracił jakąkolwiek wiarę w nie.

Od czasu do czasu porwany przez to, ruszał na oślep do przodu, nigdy nie będąc zdolnym wzbić się wysoko. Przypominało to lot kurczaka. Jego pogarda do samego siebie i mówienie: "Nie ma znowu nic do zrobienia" są warte przemyślenia. Mogłyby być pomyślane jako brak pewności siebie, tak silnej i cennej u lwów. Jak gdyby szukał klęski i rozczarowania. Zobacz opowieść: "Mój Boże, jakże byłem spragniony".

Jednak czasem zdołał być w Drodze. Wtedy był bardziej i inaczej niż tylko szczęśliwy. Dlaczego nie pozostał temu wierny?

Coraz bardziej był świadom zawartości swego umysłu, różnorodnej, niepotrzebnej, swawolnej, nieistotnej. Chociaż był przywiązany i usposobiony do śnienia na jawie, coraz mniej mógł się z niego cieszyć, wiedząc więcej o swojej jałowej naturze. Nauczył się lepiej manipulować zawartością swego umysłu i ta zdolność zabrała wiele z jego dawnej radości. To wzbudziło w nim pokusę, aby się radykalnie uwolnić, co nie może być nazwane inaczej jak tylko "śmiercią". Pomimo paru prób nigdy mu się całkowicie nie udało, to znaczy - na stałe. Nie tylko z powodu naturalnej trudności tego. Przeszkadzało mu w tym silne przywiązanie do "życia". W pewnym sensie kochał swoją głupotę i swoją nikczemną słabość (rozróżnić formę, słabość, nie nikczemność).

Pozytywne nastawienie, albo przynajmniej równowaga między pozytywnym a negatywnym. To znaczy - jak ma zostać osiągnięte? Jak wszystko inne, po prostu to zrób - to zdawało się jedyną odpowiedzią.

Zawsze z powrotem do tego samego punktu - zawartość umysłu jako rzeczywistość, z którą trzeba się zmierzyć. Jest zmienna, w znacznym stopniu dobrowolna. Teoria nawyków, nawyków umysłu, ewoluowała. Te nawyki mogą być nazwane demonami, również demonkami albo pozostałościami psychicznymi. Stwardniałe i zesztywniałe jak przedmioty, bolą i są niewygodne jak każdy przedmiot].

Sztuka jest sposobem mówienia prawdy w sposób możliwy do przyjęcia w dobrym towarzystwie. Nudne.

Z prawdą nie można przeżyć ani chwili. A trzeba jakoś żyć.

Sztuka polega na wyborze. Tymczasem wiem już, że nie ma czego wybierać, że żadne kryteria wyboru nie są valables[7].

Sztuka jest formą, a forma dla mnie jest tylko upiorem rzeczywistości. Nie ukazuje się nic poza formą. Dlatego rzeczywistość jest cała upiorem.

Żyję, ale (w rozmaity sposób, łącznie z predyspozycją, insight[8]) mam natchnienie śmierci. Dlatego nie mogę żyć, przynajmniej w pierwszej warstwie (życia).

Operacje i zawartość mojego umysłu (pamięć plus kombinatoryka) nie są już dla mnie niczym więcej niż tym właśnie.

Czy jest możliwe przerobienie percepcji, względnie odkrycie "nowej" percepcji?

Czas z "normalnym" jego poczuciem i interpretacją jest dla mnie podejrzanie nieprawdziwy.

Moje funkcjonowanie intelektualne jest mi wstrętnie nudne i znane. Moja psyche i jej zawartość, zakamarki - tak samo niezabawne jak umysł i jego funkcjonowanie. W moim intelekcie i mojej psychice jest mi nie zabawniej niż w więzieniu. Oto moje dane.

Manipulować nie intelektem i psyche jako zawartościami, ale en bloc, po ich liniach zewnętrznych. (Jeżeli już czymś manipulować i jeżeli manipulować).

Przeszkody: obawa przed "śmiercią" i szaleństwem. Nawyki.

Powód za: wstręt i niechęć do takiej kontynuacji.

Niezbędny, niestety, warunek: manipulacja triple[9]: ciało, intelekt, psyche.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki