1 sierpnia
Już od rana czuć coś w powietrzu. Wpada "Mors" sprawdzić jeszcze raz, czy wszystko w porządku. Trzymam chłopców na dwóch lokalach, większość w lokalu przy Chmielnej. Część sekcji "Zoriana" przebywa u niego na Złotej 14/16. Nawet "Butrym", mieszkający akurat naprzeciwko, siedzi cały czas w domu. Wychodzimy ze Zbyszkiem ("Zorianem") zobaczyć, co słychać, i dostać coś do zjedzenia. Wszędzie widać całe masy konspiratorów. Konspirację czuć na kilometr z daleka po wojskowych butach i kurtkach. Ciągną jakieś pakunki, śpieszą na "koncentrację". Marszałkowską przejechał wolno patrolujący czołg. Telefony nie działają. Urzędy zamknięte. Kupujemy trochę bułek i owoców. Płacimy "góralami", biorąc resztę w towarze. Inaczej już nikt nie przyjmuje. Wracamy na Złotą. Zastaję pisemny rozkaz. Mam zgrupować całą drużynę w jednym lokalu (u "Zoriana"), gdyż z chwilą wybuchu powstania może zostać przecięta ul. Marszałkowska. Poza tym mam się zgłosić o godzinie 4 na ul. Focha w celu pobrania butów dla drużyny. Przychodzą chłopcy z lokalu z gratami, robi się niemożliwy tłok. Paru potrzebujących nowych butów mierzy "kopyta".
O godzinie za piętnaście czwarta biorę torbę na buty, wsuwam na wszelki wypadek "maszynę" za pasek, siadam na rower i jadę. Przy rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej widać jakieś zbiegowisko. Ludzie kłębią się dokoła kogoś w środku. Migają wielkie płachty papieru. Podjeżdżam bliżej i rozpoznaję tak dobrze znane, nierozcięte jeszcze numery ostatniego "Biuletynu Informacyjnego". Sprzedawane są po 10 zł. Tego jeszcze nie było. Zahamowałem nagle, by zaopatrzyć się w jeden na pamiątkę. Szybko jednak dochodzę do wniosku, że nie mam czasu, i ruszam dalej.
Lokal na Focha jest tuż koło placu Teatralnego. Jest to mały sklepik z wózkami dziecinnymi. Mieściła się tu nasza konspiracyjna "skrzynka". Teraz sklep jest zamknięty, ale gdy wpuszczają mnie do środka, widzę całe towarzystwo w komplecie: Krzysztof (Baczyński), który jest zastępcą dowódcy plutonu, "Piechocki" i "Gram" - drużynowi, oraz "Sławek" (Witold Sławski) z mojej drużyny, pełniący obowiązki gospodarza w zastępstwie swego wuja, który o naszym pobycie tu nic nie wie i nie powinien wiedzieć. Brakuje tylko "Morsa", który spóźnia się jak zawsze. Godzina czwarta trzydzieści. Zniecierpliwieni jesteśmy ostatecznie i mamy zamiar rozejść się. Od strony ulicy Miodowej rozległo się parę strzałów. Granat - jeden, drugi, długa seria karabinu maszynowego. Trzeba poczekać - mówi "Sławek".
Cofnęliśmy się od wyjścia. Serie broni maszynowej, wybuchy granatów i pojedyncze strzały nie ustają ani na chwilę. Jakaś duża akcja musi to być. Musieli ich Niemcy otoczyć w domu, więc bronią się - zauważa "Gram".
- Słuchajcie, słuchajcie! - krzyknął ktoś od drzwi. - To chyba powstanie!
Od strony placu Napoleona niosą się odgłosy nowej strzelaniny.
- Nie róbcie krzyku. Przecie nas nie zawiadomiono - mówi Krzysztof. - A zresztą pozostaje nam tylko czekać na rozwój wypadków - dodaje po chwili.
Siadamy w głębi sklepu. Przed nami za cienką szybą okna i drzwi - ulica. Zaraz też, jak na scenie, zaczynają się dziać tam dziwne rzeczy. Ulica zupełnie opustoszała z chwilą pierwszych strzałów. Potem zaczynają się przesuwać ludzie, przeważnie kobiety. Wszyscy mają ręce podniesione do góry i trzymają chusteczki. Wygląda to bardzo dziwnie. Ostatni z nas przestał mieć wątpliwości, że powstanie rzeczywiście wybuchło. Przebiegł patrol SA w hełmach i kompletnym bojowym rynsztunku. Za chwilę przechodzą dwaj tacy sami SA-mani z karabinami w ręku. Rozglądają się bacznie po domach dokoła. Nagle megafon z latarni na placu chrząknął i zaczął:
,,Tu komendant wojskowy miasta Warszawy. Ogłaszam natychmiast stan wojenny dla całego miasta. Nikomu nie wolno opuszczać domów. Domy, z których się będzie strzelało do Niemców, będą zrównane z ziemią, a ich mieszkańcy rozstrzelani".
Dalej to samo po niemiecku z dodatkiem, że wszyscy Niemcy i volksdeutsche mają się zgłosić na posterunki wojskowe. Tak będzie to trwało do późnej nocy w odstępach półgodzinnych. Widać nie zdobyto jeszcze centrali megafonów.
Zapada zmrok. Niebo zaczerwieniło się łunami jakichś pożarów. Strzelanina wzmaga się z każdą chwilą. Zakładamy radę wojenną. Jasne jest, że w tym sklepie nie możemy długo siedzieć. Wszyscy przeklinają przypadek, który sprawił, że musimy siedzieć tu w tej dziurze. Myślę o moich chłopcach, o tym, od jak dawna szykowaliśmy się razem na tę chwilę, a teraz jesteśmy rozdzieleni. Wiem, że "Zorian" poprowadzi wszystko dobrze, ale zawsze lepiej byłoby być razem. Stawiam projekt, by zaczekać, aż się zupełnie ściemni, a następnie, wyszedłszy przez frontowe drzwi możliwie po cichu, w skarpetkach, starać się o dotarcie na teren obsadzony przez nasze oddziały. Niestety nikt nie orientuje się, gdzie należy szukać naszych. Strzelanina dochodzi ze wszystkich stron, ale możemy równie dobrze trafić na Niemców. Jesteśmy zaś prawie bezbronni. I z tego powodu projekt upada.
Krzysztof uważa, że najlepszym wyjściem z sytuacji jest zaczekać, aż jakiś inny oddział będzie w pobliżu, przyłączyć się do niego, a następnie starać się dostać do naszych. Krzysztof jest najstarszy stopniem i funkcją, więc jest naszym naturalnym dowódcą. "Sławek" wychodzi tylnym wyjściem na podwórze zobaczyć, co słychać w kamienicy. Ułożyliśmy się rzędem za ladą na starych gazetach i czekamy. "Sławek" wraca, ale słyszymy, że nie jest sam. Domyślamy się, że to jest jego wujek, właściciel sklepu. Na całe szczęście w lokalu jest zupełnie ciemno; w samą porę podkulamy nogi. Wujcio potknął się o czyjąś nogę.
- Ależ tu ciemno, zapalę zapałkę.
- Oj, lepiej nie, jeszcze zobaczą światło z zewnątrz - zorientował się w porę "Sławek".
- Tak, tak, trzeba być bardzo ostrożnym.
Widzimy, że wujaszek jest tchórzem podszyty. Sprawdził, czy drzwi są dobrze zamknięte, i wyszli. Za chwilę "Sławek" wraca sam. Opowiada, że w całej kamienicy panuje bardzo tchórzliwy nastrój. Wszyscy lokatorzy siedzą w piwnicy i trzęsą się ze strachu. Megafon przed domem zrobił swoje. Nie ma mowy, żeby udzielili nam schronienia. "Sławek" radzi, żeby dwóch z nas wyszło, a on nas przedstawi jako swoich kolegów, którzy zostali odcięci od domu przez wybuch powstania. Krzysztof wyznacza mnie i "Grama". W wujcia, gdy nas zobaczył, jakby piorun strzelił. Nie przejmując się nami, zaczyna jęczeć:
- Aj, ty mi zawsze kłopotu narobisz. Tacy młodzi ludzie! Niemcy gotowi pomyśleć, że to są ci... ci...
"Sławek" zrobił niewinną minę.
- Tak mi bardzo przykro. Nie możemy ich przecież wyrzucić teraz. To tacy porządni, spokojni chłopcy.
- No, weź ich na górę i daj im co zjeść - mruknął w końcu wujcio i dał nura do schronu.
W mieszkaniu wujcia na drugim piętrze "Sławek" ugaszcza nas, jak może. Mam zawsze wielki apetyt w takich krytycznych chwilach, zupełnie inaczej niż inni. "Sławek" zanosi pół bochenka chleba kolegom na dole, my tymczasem podziwiamy widok z okna w stronę Wisły. Wszędzie widać łuny ogromnych pożarów. Strzelają rakiety. Od mostu idą w górę kolorowe sznury pocisków z działek przeciwlotniczych. Prawie nie można zmrużyć oka tej nocy. Tam toczy się dawno upragniona walka, a my musimy tu siedzieć i nic nie robić.
Brama pałacu Blanka, gdzie mieściła się siedziba niemieckiego starostwa kierowanego przez Ludwiga Leista, lipiec 1944 roku