Dziennik pokojówki
Po prostu zacznij, powiedziała moja terapeutka. Zapisuj słowa, nawet jeśli to strumień świadomości, nawet jeśli to tylko zapis czegoś zupełnie zwyczajnego, co robiłaś w ciągu dnia. Jeśli poczujesz, że sprawia ci to trudność, postaraj się zapisywać, co cię niepokoi. Tylko jedną rzecz. Albo wybierz coś, co cię uszczęśliwia. Albo rozwściecza. Albo przeraża. Zapisuj to, czego nikomu nie dasz do przeczytania. Po każdym spostrzeżeniu zadaj sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego tak myślisz? Z jakim ryzykiem wiąże się utrata tego złudzenia? Pytaj siebie dlaczego, zapisuj dlaczego, aż poczujesz, że masz ochotę krzyczeć. Aż nie będziesz mogła dłużej patrzeć na słowa albo wpadniesz przez klapę w podłodze do nowego pomieszczenia. Wtedy się oddal. Skup się na ciele. Spaceruj, biegaj, wspinaj się w górach, pływaj, tańcz. Rób to dotąd, aż będziesz gotowa wrócić do pisania. Najważniejsze to po prostu zacząć. Bez udziwnień. Przekonasz się, że później pójdzie już łatwo.
No więc jestem, mój Drogi Pamiętniku - mój Drogi Substytucie Terapeuty - i po prostu piszę. Zaczynam bez udziwnień. Nazywam się Kit. Kit Darling. Mam trzydzieści cztery lata. Jestem singielką. Weganką. Kocham zwierzęta. Dokarmiam ptaki.
Jestem pokojówką.
Pasjonuję się teatrem amatorskim.
Moja supermoc to bycie niewidzialną.
Tak, nie przywidziało ci się. Zostałam obdarzona darem niewidzialności. Poruszam się po cudzych domach niepostrzeżenie - jak duch - sprzątając w ciszy codzienny bałagan cudzego życia, przywracając porządek z pozoru doskonałym małym mikrokosmosom. Myję, wycieram, układam i przesiewam prywatne elitarne enklawy, dotykając, wąchając, zazdroszcząc i niekiedy próbując napotkanych tam rzeczy. Oto, czego się nauczyłam: doskonałość to oszustwo. Iluzja. Starannie stworzona, ale fałszywa narracja. Myślisz, że znasz tę wspaniałą rodzinę z luksusowego domu przy twojej ulicy? Nie jest taka, jak ci się wydaje. Ma wady, sekrety. Czasami mroczne i okropne. Co dziwne, mnie, sprzątaczce zajmującej się śmieciami i brudem, powierza się w tych domach sekrety. Może dlatego, że wydaję się nieistotna. Nieszkodliwa. Niewarta głębszego namysłu. Że jestem tylko wynajętą pomocą.
Sprzątam zatem, odkurzam i węszę.
Właśnie: mam problem z węszeniem w cudzych domach.
Każdy z nas dostaje dopaminowo-adrenalinowego kopa na widok czegoś, co nie było przeznaczone dla jego oczu, prawda? Nie udawajcie, że jesteście ponad to. Scrollujemy media społecznościowe, polujemy na kolizje kolejowe w czasie rzeczywistym i nie potrafimy odwrócić wzroku. Klikamy linki obiecujące ukazać nam jakąś hollywoodzką gwiazdę w kompromitującym bikini, bez makijażu albo jako niedobrą mamusię w Starbucksie. W kolejce do kasy w supermarkecie sięgamy po tabloid obiecujący ciekawostki z pierwszej ręki na temat romansu brytyjskiego księcia. Ja po prostu wynoszę to na poziom wyżej. Dzięki temu moje dni stają się ekscytujące.
Kiedy przyjeżdżam do pracy, mam już gotową strategię węszenia. Ustawiam timer i sprzątam wystarczająco szybko, żeby zostało trochę czasu na przeszukanie komody, szafy, pudełka na poddaszu albo jakiegoś pomieszczenia.
Poza tym korzystam z drobnych wskazówek. Znajduję sekrety, które mieszkańcy domu rozpaczliwie próbują ukryć nawet przed sobą nawzajem: żona przed mężem, ojciec przed córką, a syn przed matką. Widzę niebieskie tableteczki. Strzykawkę. Miętówki i niedopałki papierosów schowane w pękniętej doniczce w szopie ogrodowej. Butelkę tequili wepchniętą przez nastolatka w głąb szuflady na bieliznę. Linki do porno zapisane w komputerze męża. Starannie schowany przez żonę liścik od niedawnego kochanka albo pismo od rady do spraw zwolnień warunkowych. Test ciążowy wciśnięty między śmieci wystawione do wyrzucenia.
Widzę tych ludzi.
Znam mieszkańców tych domów.
Za to oni mnie nie widzą.
Nie znają mnie.
Jeśli wpadnę na kogoś z nich na pobliskim chodniku albo w alejce w sklepie spożywczym, nie rozpoznają niewidzialnej dziewczyny ze swojego życia. Anonimowej dziewczyny. W zasadzie mi na tym nie zależy - nie chcę być "widziana". Nie przez nich.
Moja terapeutka ma pewne teorie na temat tego mojego pragnienia pozostawania niewidzialną. Kiedy jej powiedziałam, że jestem duchem w cudzych domach, spytała, czy zawsze nim byłam. Nie byłam pewna, jak odpowiedzieć, więc po prostu zamilkłam. Ale jej pytanie mnie niepokoi. Po kilku kolejnych daremnych sesjach terapii, na których nie udało nam się nic wskórać w kwestii niewidzialności, terapeutka zaproponowała mi prowadzenie pamiętnika.
Jej zdaniem otwieranie się przed prywatnymi, niezagrażającymi, pustymi stronami może być sposobem na głębsze wniknięcie do nieświadomych części mojej psychiki ukrywających różne rzeczy przed moim świadomym (a nawet podświadomym) ja. Wyraźnie zaznaczyła, że w żadnym razie nie powinnam czuć się zobowiązana do dzielenia się z nią tym, co napiszę. Ale mogę się dzielić, jeśli zechcę.
- Kit - powiedziała - dopiero kiedy przyjrzysz się czemuś wystarczająco długo i w odpowiedni sposób, zacznie ci się ukazywać prawdziwy obraz. Najpierw potrzebujesz jednak czegoś, czemu mogłabyś się przyjrzeć. Potrzebujesz słów na stronie. Nawet jeśli te słowa wydają się banalne, monotonne, nieskładne, zawstydzające czy wręcz haniebne, twoja prawdziwa historia wyłoni się właśnie z tego tekstu. I nie redaguj tego, co piszesz - ostrzegła. - Bo dopóki nie ukaże ci się pełny obraz, nie dowiesz się, jaka część historii jest prawdziwa, a jaką powinnaś pominąć.
Powiedziała, że ten proces przypomina te dwuznaczne obrazy oszukujące oczy - kojarzycie ten klasyczny rysunek młodej kobiety? Jeśli spojrzeć na niego inaczej, młoda kobieta nagle zmienia się w starą wiedźmę. A potem nie możesz przestać jej widzieć. To kwestia zmiany perspektywy.
Szczerze mówiąc, wątpię, żeby z jungowskiej piwnicy mojej duszy wyłonił się w magiczny sposób jakiś cud i rozlał się na strony tego pamiętnika, ale oto ja, Drogi Pamiętniku... Jestem pokojówką. Lubię węszyć w cudzych domach. Prawdopodobnie węszę za dużo. Okej, przyznaję - to uzależnienie. Nie potrafię przestać. Jest coraz gorzej. Coraz częściej ryzykuję. Prawda wygląda tak, że z powodu tego uzależnienia zaczęłam szukać terapii. To mój "główny objaw" - tak go nazywa moja terapeutka.
- Nie boisz się, że pewnego dnia zaczniesz myszkować zbyt głęboko i zobaczysz coś, czego nie będziesz mogła zapomnieć? - spytał mnie niedawno mój najlepszy przyjaciel Boon. - Bo jeśli tak się stanie, Kit, jeśli zobaczysz jakiś szokujący sekret, który ktoś rozpaczliwie chce ukryć, możesz wpaść w kłopoty. Wiesz, ludzie, bogaci ludzie, są gotowi zrobić wszystko, żeby ochronić siebie i swoją rodzinę - powiedział. - Nawet zabić.
Zmroziło mnie.
Boon powiedział, że powinnam być ostrożniejsza.
- Oni mają władzę. Władzę, która dla ciebie jest nieosiągalna.
Powiedział, że przekraczam granice, że przez ten nałóg staję się lekkomyślna, że wręcz się proszę, żeby ktoś mnie przyłapał. Muszę się uspokoić, bardziej na siebie uważać.
Myślałam, że dramatyzuje. Bo właśnie taki jest Boon. Poza tym psuł mi zabawę.
Powiedziałam mu, że gdyby ludzie naprawdę tak bardzo chcieli coś ukryć, nie zapraszaliby do swojego domu sprzątaczki.
Teraz już nie jestem tego taka pewna...