Dziennik Felicji - Aleksander Niewiarowski

Reflow text when sidebars are open.
Dzisiaj skończyłam lat osiemnaście. Mama powiada, że już jestem kobietą. To wielkie szczęście w istocie. Nie pojmuję przecież, jaką odmianę w mym życiu sprawić może rok jeden. Dziś, jak i przed dwoma laty wolno mi nosić długie suknie i kolczyki. Spowszechniały mi już te nowości. Jakaś dojrzałość umysłowa studzi we mnie naturalny popęd serca. Dzisiaj, dostawszy w dniu urodzin ładne brylantowe kolczyki od mojej dobrodziejki, jeżeli mam wyznać szczerze, niewielkiej doznałam radości. Jakieś inne pragnienia rozbudzają się w mej duszy. Mój Boże! Jakiż to chaos w mej głowie... Gdyby dzienniczek, który już od dwóch miesięcy tak sumiennie prowadzę, wpadł w ręce panny Krystyny? Chryste Panie! Byłożby strofowań i wymówek. W ogóle, stare panny i eksguwernanlki nie lubią dzienniczków... A może to i źle tak zapisywać codziennie wszystko co przez głowę przewieje, przez serce przepłynie. Bo i dla kogoż pisać? Ha! Zostawię to samej sobie. Gdy się podstarzeję jak panna Krystyna na przykład, może ten pamiętnik, obraz moich lat młodych, rozerwie mnie czasem. Stare panny muszą okropnie nudzić się na świecie, a prawdę mówiąc i świat przy nich nudnie jakoś wygląda. Sama nie wiem co piszę, a jednak czuję potrzebę, konieczność wyrażenia komuś mych wrażeń, uczuć. Jest jakaś pełność w mym sercu. Dzień każdy, chwila każda prawie dodają nową kroplę do dawnych, to też serce moje jest jak błękitny kielich leśnej sasanki. Gdy rosa i deszcz wiosenny napełnią go, musi wylać i deszcz i rosę, lub złamać się pod ich ciężarem... A jednak za mało mi papieru, pióro nie wydoła bogactwom myśli i serca. Nie raz siedząc nad milczącą wodą naszego jeziora, słuchając szelestu wierzb i olszyn, które tak cicho stoją nad brzegiem, gdy mchy i trawy dziki zapach rozwiodą dokoła, a leśne ptactwo chorym niesfornym wtórzy pieśniom romansowego klombów poety słowika. Czuję, że serce bije mi gwałtownie, głowa płonie od mar bezkształtnych... a i serce i głowa tak pełne! Tak pragną rozdzielić się wrażeniem i uczuciem, choćby z ptakiem, choćby z rośliną... O! Doprawdy, szkoda, wielka szkoda, że ciche brzegi jeziora nie umieją tak ślicznie mówić i słuchać, jak cudownie milczeć umieją... Gdybym też spróbowała mówić do nich, wypowiedzieć całą historię mego życia?... Malutkie to dzieje, a jednak ileż w nich drobnych tajemnic, ileż to myśli niewyrażonych zataiło się w głowie, ileż uczuć i chęci skonało w sercu, niespełnione!... Niestety! Czyliż tak będzie i w całym życiu? Źle redaguję mój dziennik. Trzeba koniecznie zaprowadzić w nim jakiś porządek, żeby tylko znowu nie wyglądał zbyt porządnie, jak pokój panny Krystyny na przykład. Spróbuję jednak, zacznę od początku, tak jak czynią autorzy powieści. Wszak mama nazywa mię literatką, a panna Krystyna przyznaje i wyrzuca zarazem, że mam dar do postrzeżeń, że jak gąbka wsiąkam zewnętrzne wrażenia. Może to właśnie stanowi zaród zdolności we mnie? I cóż po tym? Każdemu Bóg dobry daje zdolność do czegoś, jak wiosna daje drzewom kwiaty, lecz czy wydadzą owoc, czy też liszki potną je w pączkach... to już doprawdy nie wiem od kogo zależy.
*
Chcę zebrać moje wspomnienia, powiedzieć papierowi, jedynemu może czytelnikowi mego dziennika, czym jestem dla świata, czym dla siebie. Nie wiem skąd nauczyłam się rozumować. Panna Krystyna powiada, że wyglądam jak ptak nauczony, że powtarzam mal a propos uwagi i myśli, którymi zaopatrzyła mię dobra pamięć i podręczna biblioteka. Och! Mylisz się moja dobra eksnauczycielko, i jeżeli wszystkie guwernantki nie głębiej od ciebie patrzą w serca swych elewek, to z pewnością nie nauczą ich nic więcej, prócz wokabuł i koniugacji. Bo w istocie, rozumowanie, które jak zły geniusz chwyta mię na każdym uczynku, na każdej myśli, na każdym spojrzeniu nawet, to rozumowanie i rosnące zeń zwątpienia lub słowa, nie są u mnie nauczoną na pamięć lekcją, same powstają. Cóż ja winna, mój dobry Boże! Że na każdym przedmiocie choćby i najdrobniejszym, chcę dostrzec piętno Twoje? Może to ciekawość, może i grzeszna nawet, ale i czemuż nikt nam nie ma za złe, gdy zrywamy kwiat i niezadowoleni świetną barwą jego listków szukamy i zapachu jeszcze? Otóż ta myśl, to życie, które mówią do mnie z każdej rzeczy w naturze, są mi dopełnieniem piękności przedmiotu, są jego wonią, sercem... sama nie wiem jak to nazwać. Nie zawsze jednak jestem rozumującą, o nie! Ilekroć przedmiot spotkany ma w sobie piękność wyższego rozmiaru, ilekroć szlachetne oblicze ideału obejmie mię wzrokiem swoim lub gdy prosty uczynek miłosierdzia od Boga czy ludzi spotykam pełniący się w mych oczach, wtedy czuję się podbitą siłą wrażeń, i staję się cała sługą uderzeń mego serca, łez moich. Wtenczas budzi się we mnie serdeczna chęć poświęcenia się komuś, spełnienie jakiegoś dobrego czynu, ale tak skrycie, żeby i dobry Bóg nawet nie patrzył na mnie wtedy. Na koniec wówczas pojmuję, że wyrazem najwyższej piękności niewieściej jest pokorna twarz Najświętszej Dziewicy, którą widziałam na obrazie Zwiastowania. Otóż znowu nieporządek zakradł się do mego dziennika. Chciałam mówić o sobie, chciałam z pewną metodą opisać moje dzieciństwo, mój stan, kolor mych oczu nawet. Jakże bo i piękne były te pierwsze lata moje!... Prawda, i dziś przy sercu dobrodziejki mojej, która sierocie dała chleb i miłość, pozwoliła nazwać się matką i kochać jak matkę, i dziś dni moje płyną cicho i spokojnie, ale już we mnie nie ma tej wiary w różane drogi przyszłości. Zbudzony rozum ujrzał już i cienie tam, gdzie pierwej tylko światło jaśniało. Już ten nieznośny podział świata i ludzi na złe i dobre, szpetne i piękne, ten rachmistrz szkaradny rozgościł się we mnie. Wtedy patrzyłam na wszystko sercem anioła, dziś... już wzrok człowieka patrzy z mojej osoby i mąci i kala czyste źródło życia. Jakaż to cudowna władza w sercu dziecka! Jaka twórczość w jego oku! Chciałabym spytać teraz jakiego bardzo uczonego człowieka, żeby mi wytłumaczył, dlaczego na przykład lalka dawniej wydawała mi się osobą żyjącą, a dzisiaj lalką tylko?... Dlaczego dawniej rozmawiałam ze schwytanym motylem, z moim ptakiem w klatce?... Może to pochodziło z wiary, że w naturze wszystko się rozumie, że cały świat Boży wiąże się z sobą jednym łańcuchem życia i zgody... Ale dlaczego miałam tę wiarę? To co powiem jeszcze może jest mylne, może i grzeszne nawet, ale zdaje mi się niekiedy, że życie jak rozbójnik w bajce obdziera nas ze skarbów wiary i uczucia które mamy, nim do nas ten wróg przystąpi widomie. Księgi dowodzą, że człowiek kształci się nauką, rozumowaniem... O mój dobry Boże! I cóż on zyskuje na tym? Dzieckiem patrzał na dobre i szlachetne jak na rzeczy proste, naturalne ukształcony... Cześć im oddaje jak by zdziwiony, że dobre i szlachetne spotkał na ziemi... Znowu oplatały mię rozumowania! Co począć, jak uciec przed nimi? Otóż od jutra już z pewnością porządniej pisać zacznę, tylko muszę sobie wyobrazić, że dzienniczek mój przeznaczony jest dla kogoś, który mię nie zna i nie widział nigdy. Że chcę podobać się temu nieznajomemu czytelnikowi, pochwalić się przed nim moją myślą, uczuciem, wszystkim, co we mnie lepszego Bóg stworzył. Tak więc ustroję moją osobę moralną bardzo zalotnie... jak... podstarzałe panny stroją się na bal. I cóż to pomoże? Zawsze garb lub brak zębów dostrzeże całe towarzystwo. Bądź co bądź, choćby nawet mama i panna Krystyna bardziej jak dotąd prześladować mię miały za moje literactwo, choćby mój dzienniczek miał być użyty kiedyś pod mazurki lub baby wielkanocne, zacznę go jutro porządnie jak prawdziwą książkę. Ach! Nie wiem tylko, czyja czy los ją dokończy?
*
Dnia 7 maja 1844 roku
Zaczęłam od położenia daty. Nie wiem czy ścisłe znaczenie czasu przyda się komu na co, lecz uważałam, że podobnie postępują piszący powieści. Nie idzie za tym, żebym miała pretensję podnieść moje notatki aż do artystycznego znaczenia, ale... ale... jest we mnie istotnie jakaś drobna pretensyjka do autorstwa... Podobno mama i panna Krystyna mają słuszność nazywając mię literatką. Zresztą, ponieważ kreślę dzieje codziennego życia, któż wie, czy los nie utworzy zeń jakiej powieści? Niekiedy mam przeczucie, że powieść ta będzie bardzo smutna, dlaczego? Nie wiem, ale ręczą mi za to ciche udręczenia serca, choć w nie nikt nie godzi. Samotne łzy wybiegłe z oczu bez powodu, wywołane spokojnym obrazem natury, milczeniem wody, szumem lasu. Znów unoszą mnie marzenia, zaczynam tedy:
Nazywam się... Niestety! Nie mam podobno mego nazwiska. Imię mam Felicja. Nie wiem czy jestem piękna, ale mam sumienną pewność, że nie należę do brzydkich, i że podobać się mogę. To przekonanie opiera się na komplementach tancerzy i innych panów, których spotykam w towarzystwach. Zrodził je jakiś instynkt kobiecy, może rumieniec występujący nagle na twarz patrzącą na mnie, gdy jej spojrzę w oczy. Może wysłuchana niechcący rozmowa, może coś innego jeszcze, to pewna że nie zwierciadło. Kto byli moi rodzice... nie wiem. Z opowiadania mamy, a cokolwiek i z własnych niedokładnych wspomnień, wiem tylko, że lat temu czternaście, podczas zaburzeń, których nie pamiętam, znaleziono mnie w pół zziębniętą przy umarłej kobiecie w lichej chacie na słomie rzuconą. Wiem, że ta kobieta miała na sobie cienką bieliznę i spłowiałą od słoty jedwabną suknią. Suknią nawet jak przez sen pamiętam, pamiętam nawet twarz mojej matki... Och, mój Boże! Tyle już lat minęło od owej chwili, tyle już łez wybiegło z mych oczu... a i dziś jeszcze, w tej chwili pierś moja podnosi się żalem, rozrzewnienie i rozpacz oddech wstrzymują... O moja biedna matko! Gdy sobie przypomnę, że obojętna, nieczuła siedziałam przy twoich zwłokach, gdy pamięć narysuje mi z przerażającą dokładnością twoją twarz znękaną cierpieniem, głodem może!... Twe oczy zapadłe głęboko, w których ostatnie łzy jeszcze świeciły, usta zaciśnięte strasznym, śmiertelnym smutkiem. Kiedy pomyślę co się dziać musiało w twym sercu, gdy zostawiałaś sierotę małą, rzuconą na pastwę ludzkiej litości, opuszczoną od ciebie w godzinie śmierci na ubogim barłogu... O! Moja nieszczęśliwa, moja święta matko! Jakże mi żal ciebie... jakże gorąco proszę Boga Aniołów, aby ci przez bramę nieba ukazał twe dziecko wśród spokoju i dostatków, przygarnięte szlachetną ręką dobrodziejki - drugiej matki!
Z kilku notatek znalezionych przy umarłej, dowiedziano się o moim imieniu, nazwisko pozostało tajemnicą. Kto był mój ojciec? Nie wiadomo - przeczuwam jednak, że musiał to być jeden z tych skazanych od losu ludzi, którym wszystkie, nawet i najsłodsze owoce życia przy ustach... w kamień się przemieniają. Dobry czy zły, musiał być bardzo nieszczęśliwym, nieszczęśliwszym pewnie od żony, której dał słomę na śmiertelną pościel. Od dziecka sieroty, zostawionego na opiece losu mniemano, że mój ojciec był wojskowym, ponieważ w małym pudełeczku znalezieniem przy zwłokach niej matki, był zamknięty krzyż oficerski i promień włosów. Była to pamiątka po umarłym lub żyjącym? O! Dosyć już tego, nie chcę i nie powinnam rozdrażniać sobie serca wspomnieniami strasznych kolorów, którymi fatalność ocieniowała smutne dzieciństwo moje... Otoczona wygodą, zbytkiem nawet, kochana i kochająca, dotąd nie mam prawa odzywać się do świata głosem sieroty.
Z rąk uczciwych i miłosiernych ludzi, którzy pochowali ciało mej matki, opatrzność zaprowadziła mię w dom mojej dobrodziejki. Posłowa N. - bo taki jest tytuł i nazwisko mej przybranej matki, wdowa po zacnym i bogatym obywatelu, osoba pobożna i dobroczynna, jedna z łych słodkich matron ubiegłego pokolenia, na których życiu żadnej plamki przylepić nie zdołano, wzięła mię do siebie. Naprzód jak prostą wychowankę, później zniewolona może popędem serca, może miłością i uszanowaniem, które jej okazywałam, przybrała mię za córkę. Panna Krystyna, moja eksnauczycielka, a dotąd towarzyszka, powiada mi niekiedy z pełną tajemnicy twarzą, że Posłowa ma zamiar adoptować mię formalnie, że wtedy będę dziedziczką całego jej majątku, który jest bardzo znaczny. Nie znam dotąd rozkoszy chciwości, dusza moja niezbrudzona żadną rachubą jeszcze. Uczułabym się prawdziwie nieszczęśliwą, gdyby adoptacja mej dobrodziejki dawała mi prawo nie do jej serca, lecz do szkatuły tylko. Z tym wszystkim, wieść ta rozsiana w okolicy, utworzyła mi mnóstwo wielbicieli, dla których stałam się nagle tym, co świat nazywa dobrą partią. Jakimże wstrętem przejmują mię ci ludzie! Jakże dziwnie odgaduję cyfrę finansową w każdym ich zalotnym słowie, w każdym brudnym, lichwiarskim umizgu, którymi mię traktują. Dom nasz dotąd cichy, stał się zbiegowiskiem tych nowych Argonautów, śpieszących po zdobycz Złotego Runa. Toż oni sądzą, że serce rozkochane w piękności natury, osłonięte krepą smutnych, sierocych pamiątek, bijące tylko dla Boskiego oblicza ideału, jest żydowską szalką, na której waży się oberżnięte złoto? Biedni rycerze jarmarkowi! Liche donżuany kasyn miasteczkowych! Ścigajcie złote muszki po śliskich podłogach salonów waszego świata, oszukujcie sercem i groszem, by zostać oszukanymi polem. Wam dosyć życia, które przedźwięczy na świecie, jak stłuczona szyba w pustym budynku... Zostawcie w pokoju dziecko bladej kobiety, umarłej z nędzy na słomie... Gdyby dziedzictwem moim był tylko ów promień włosów i ów krzyż nieznanego ojca, zamiast słodkich pochlebstw na fałszywych ustach, mielibyście dla mnie kamienie w rękach. Ofiarnicy gry i zbytków, męczennicy piwnic i kuchni, kariatydzie z gliny, podpierający barkami swymi balustradę głupstwa i egoizmu, zostawcie sierotę w spokoju!
*
Chciałabym uskarżyć się komuś - komuś, któremu Bóg stworzył serce ze wspólnego z moim materiału. Chciałabym powiedzieć, że i dla mnie świat uczuć czarujące ma powaby, tylko że inaczej, bardziej dziewiczo pojmuję prawa tego świata. Często wśród tajemnych marzeń duszy, zapatrzona w jasne niebo słoneczne lub iskrzące gwiazd oczy, gdy myśl gubi się w niezmiernym fantazji przestworzu... Nagle zdejmuję wzrok z nieba, i jak by zmuszona siłą nadprzyrodzoną przenoszę go na ziemię. Wtedy cały piękny chaos nadzmysłowy, w którym kształty posagów, pędzla rysy, baszty starych ruin, pieśń zmarłych szczepów, poważne świątyń zgliszcza i potęga słowa, z którego Jowisze poezji czynią swe pioruny, wszystko to razem zmącone, jak kształt Bożej myśli o świecie przed jego stworzeniem, znika w jednej chwili! A za to, głowa ostudzona czystych sfer powietrzem, poczyna płonąć gwałtownie, serce rozpieszczone cherubich arf dźwiękiem, po ziemsku, w takt krwi zburzonej bić zaczyna, i... jakaś postać czy twarz męska, cicho jak snu zjawienie mignie mi przed oczami. Czyjeś tchnienie owieje rumiane już lica moje, czyjeś oczy coraz namiętniej ciężą nad moją powieką i wśród szmeru zmysłowego świata, słyszę wyraźnie uderzenia obcego serca w takt z moim... Wtedy z dziewicy staję się kobietą, pojmuję rozkosz i potęgę miłości. Lecz chciałabym, żeby nad tym uczuciem świeciła wiecznie ognista twarz słońca! Żeby jego łożem był tylko zapach najwonniejszych ziemi kwiatów, i aby jego uścisk mdlał i rozpływał się w powietrzu w chwili dotknięcia.
Nie pojmuję kochanków w ścianach małżeńskiej śpiżarni. Świat domowy, obraz rodzinny, jeżeli przedstawiają się mej myśli, jeżeli dojrzę w tym obrazie postać młodej kobiety, to postać ta ma rysy surowe i zimne, jak obowiązek, którego jest wyrazem... Obowiązek... Jakiż to smutny, niewolniczy wyraz! Zgadniesz od razu, że przez ludzi stworzony.
O! Bo jestem pewna, że obowiązek stworzyli ludzie, jak poświęcenie Bóg z nieba strącił na ziemię! Dla mnie za mało obowiązku, pragnę poświęceń, bez nich nie pojmuję miłości. Być może, życie wlekąc mnie po kałużach swoich, obetrze kiedyś te jaskrawe farby, którymi dziś maluję obrazy mej fantazji, może kiedyś złamana walką, zniechęcona bezużytecznym oporem, zgruchotana burzami, jak łódź tułacza, zapragnę wypocząć w spokojnej domowego świata przystani. Może wtedy z olbrzymiego, karle już serce, niezdolne do poświęceń, zażąda poddać się prawom obowiązku, może... Lecz dziś, w chwili gdy stwarzam te myśli, serce me jest jeszcze aniołem! Czuję to po szeleście jego skrzydeł, na których pragnie wzlecieć do czarownego ekstazji kraju!... Znasz mię już teraz mój piękny nieznajomy czytelniku. Ideale, dla którego otwieram całe me serce, byś mógł czytać jasno w tej księdze hieroglifami pisanej dla tych, którzy zrozumiawszy kobietę tylko jak posąg ukoloryzowany, sarkają, że pojąć, że określić jej nie mogą.
*
Mam zamiar opisać dom, w którym się wychowałam, chcę przenieść oczy mego czytelnika w tę cichą, uroczystą atmosferę, którą oddycham moralnie. Ale w rysunku który zamierzam uczynić, będą tylko kolory, obrazu nie będzie. Nie wiem dlaczego mam wstręt do określania drobiazgów. Gdy czytam książkę, w której autor sili się z całą ścisłością odrysować dom, sprzęty i najdrobniejsze szczegóły, wyobrażam sobie, że słucham opowiadania naszej sąsiadki, sędziny M*, która pierwszemu, lepszemu opisuje z katowskim okrucieństwem historię każdego ząbka swojej córeczki i przedślubne starania swojego nieboszczyka. Może z tegoż powodu nie podobają mi się flamandzkie obrazy. Pamiętam, że przeszłego lata zwiedzając z mamą galerię drezdeńską, byłam serdecznie znużona nawałem flamandszczyzny. Zapewnie oczy znawców cieszą się dokładnością szczegółów tej szkoły. Co do mnie, nie widzę powodu do uwielbiania choćby najnaturalniej wymalowanych: szczotki, obcążek lub śpiącego mopsa. Jest jakaś dziwna martwość, jakaś śmierć w tych obrazach. Dla tego najbardziej lubię pejzaże, które podług mnie są tym w malarstwie, czym poezja w literaturze.
Nie powiem ci przeto mój idealny czytelniku, jak wygląda dom mojej przybranej matki, jaki w nim rozkład pokoi, itd. Zdaje mi się, że zraniłabym twoje myślące oczy, twój słuch delikatny barwą i brzmieniem powszedniości. Nie chcę by rozmysł panował w mojej powieści, pragnę byś od razu widział, że nie zamierzyłam zrobić książkę utworzoną z refleksji głowy, że obliczam w niej zawczasu efekta, jak dowcipny dramaturg francuski, który naprzód już podkreśla miejsca w swej sztuce, nad którymi grzmieć mają oklaski publiki - lecz że piszę ci serdeczną prawdę, szczere odbicie pamiątek i uczuć, które siadają na kwiecie mego serca, raz jak złote muszki i stubarwne motyle, znów jak liszki i mszyce. Chcę wreszcie, by każdy wyraz służył mi do oddania jakiejś myśli, jakiegoś uczucia. Trudna to będzie powieść...
Wesoło tu u nas w Źródlinie. Oko poi się spokojem krajobrazu, który składają dom, ogród, jezioro i łąka. Białe ściany dworu ocienione wielkimi lipami, dach i kominy w pół skryte w zielonym wieńcu liści, klomby i wielka silna trawa na dziedzińcu, to pierwszy obraz, w dali spokojna toń jeziora, objęta w ramy łąki pstrej od różnobarwnych kwiatów, które jak chłopskie dzieci wychylają wesoło kolorowane od słońca główki. Wszystko to razem daje jakiś dziwnie uspokajający widok. Oko i dusza odpoczywają wśród zieloności, cienia i wody. Mniemam, że Źródlin byłby dogodnym dla człowieka z poranionym sercem. Dla szczęśliwych, cichych, zanadto spokojny on może... Ach! Ach! Spokój... To bardzo dwójznaczny wyraz. Zdaje mi się, że skarb ten mamy tylko dotąd, póki nie znamy jego wartości i znaczenia, póki jesteśmy niewinni i nieświadomi. Później gdy serce i umysł zaczynają w nas żyć, gdy wyrojone cele zabiorą wszystkie nasze chęci, słowem, gdy rozpoczniemy walkę ze światem o należne nam lub spodziewane przez nas miejsce w tym świecie, odtąd już spokój staje się tylko marą zwodniczą, morganą pustyni. Skołatani, znużeni dążymy do niego jak do śmierci. Podobno też ona tylko uspokoi nas zupełnie. Biedni, my ludzie! Tyle darów dobroczynna ręka Boża rozrzuciła dokoła nas w życiu, tyle uczuć słodkich, możebnych zasiała nam w sercach. Zdaje się, że tylko od nas samych zależy wyciągnąć rękę po zdobycz tego cichego kółka, wśród którego wszystkie warunki szczęścia czekają nas uśmiechając się przyjaźnie. Niestety! Podobno wyobraźnią nawet nie możemy utrzymać się na jednym punkcie. Najpiękniejsze marzenia, którymi wczoraj nas uszczęśliwiało, dziś już niezadowalają, już im reformy potrzeba. Czemu? Bo umysł nasz ciągle dojrzewa, bo serce ciągle brzmieje lub schnie i podobno nie masz dwóch godzin, w których bylibyśmy samym sobie podobni. Ja sama... zobaczmy jak pragnę... Cóż jest obecnie treścią marzeń, najskrytszych życzeń moich? Otóż pokazuje się, że sama nie wiem, a raczej że nie mam dotąd sformalizowanych porządnie chęci i celów, że pytanie to dopiero pierwszy raz w życiu zadałam sobie otwarcie, dlatego zapewnie nie mam dokładnej, prostej odpowiedzi na nie. Raczej jest we mnie dwa głosy, dwie osoby, z których każda ożywić się pragnie. Jednej wystarczyłby może ów cichy, mały świat rodzinny. Dom ocieniony liściem jak nasz, otoczony zielonością, wodą i światłem, pośród którego przesuwałaby się jakaś postać męska z poczciwym uczuciem w sercu i obowiązkiem na czole, anioł pracy i spokoju rzuca na ten obraz wesołe, serdeczne kwiaty! Lecz nagle jakaś woń upajająca, namiętna, przesiąka w cichą atmosferę tego obrazu. Druga osoba moja, wciąga ten zapach całą siłą nerwów, całym pragnieniem rozburzonych żądz nieznanych. Wtedy cisza i światło rażą mnie, trudzą... Pragnę spoczywać, ale wśród łoskotu burzy, wśród fosforycznego światła błyskawic! Serce żąda, aby je udręczono zdradą, poniżono szyderstwem, by miało prawo męczyć i szydzić w odwecie. Wtedy pragnę zapalić me serce u tych niszczących promieni, którymi niebo czy piekło rzuca na istoty skazane, by umęczyć je w płomieniach najżywszych rozkoszy... Dziwna rzecz, skąd takie obrazy, takie rozumowania rodzą się we mnie? Snać umysł nasz jak pszczoła nosi ostre żądło, które zapuszcza w każdym spotkanym przedmiocie coraz głębiej, dopóki nie umrze w ostatnim wytężeniu ciosu. Mało mam doświadczenia. Oprócz podróży odbytej przeszłego roku do wód z mamą, podczas której tylko galerię obrazów w Dreźnie i kilkadziesiąt osób kaszlących u źródła poznałam, nic zresztą nie widziałam w życiu. Ha! Może to żywy reflet dwóch obrazów, dwóch osób moich, który mam przed oczami, utworzył te myśli we mnie? W istocie, znam dwóch ludzi, którym przypatruję się czasem z uczuciem, czasem z myślą tylko. W drewnianej oficynie o kilka kroków od dworu, mieszka rządca majątku mamy pan Józef. Jest to człowiek około czterdziestoletni, dosyć przystojny, z wyrazem twarzy nadzwyczaj uczciwym i prostym. Przeszłego roku umarła mu żona, którą bardzo kochał, odtąd biedak ten musi matkować czworgu dzieciom, z których dwoje jeszcze bardzo małe. Nieraz patrząc na jego czułe starania około sierot, ukryta na ganku zapragnęłam postawić się osobą wśród tego obrazu, zapragnęłam wziąć z twardych rąk tego człowieka chleb, który rozdziela dzieciom, i nakarmiwszy je, zwrócić mu okruchy i uśmiechem czułego podziękowania. Nieraz znowu chciałam mieć prawo otrzeć delikatną chusteczką moją krwawy znój, którym praca okrywa czoło jego, gdy wieczorem wraca do domu samotny... I w chwilę potem znowu, śmiałam się szydersko z mych własnych chęci, wzdrygałam się ta myśl, że umieszczałam siebie wśród tego spokojnego koła obowiązku, w którym jasne moje włosy, strojne kwiatami i wonią, okryłby krochmal małżeńskiego czepka rządczyni! I jak by oddziałanie szybkie, przeciwne, nowa chęć dziwna niby wytwornego przesytu, stawiała mi przed oczy drugiego człowieka. Bawi tu czasem bliski krewny Posłowej, jej siostrzeniec, pan Ludwik C. Jest to młody człowiek, zepsuty użyciem, wytworny w stroju i manierach, znudzony jak Anglik i oschły jak starzec. Na mnie spogląda z ukosa, i mniemam, iż urzędowa adoptacja, o której coś usłyszał, usposabia go niekorzystnie dla wychowanki cioci, bo jako najbliższy krewny Posłowej, marzy o pięknej sukcesji. Otóż więc pan Ludwik, w którego sercu i głowie rozglądam się łatwo, jak w każdym pustym budynku, niekiedy roznieca we mnie jakoweś dziwaczne marzenia, jakieś chęci niewytłumaczony niezrozumiałe dla mojej przeszłości. Bywają chwile, w których wzrok jego parzy mnie, dotkniecie wzdryga, a gdy przed rokiem, w dniu moich imienin, wobec Posłowej ucałował mi czoło, uczułam nagle, że ten uścisk przepiekł się do najdrobniejszej żyłki w mym ciele. Cały wieczór potem byłam blada jak ściana i wesoła jak pijaczka. Dziwna, niepojęta rzecz! Wszakże nie kocham tego człowieka, wszak czuję całą nicość jego moralną, i zaprawdę większą miałabym przyjemność widzieć go w pięknym fraku, jak w pięknym czynie... a gdy jeszcze jasne i smutne oblicze ideału przepłynie przed wzrokiem mej duszy... Wstydzę się mego upadku, czuję pogardę dla siebie samej! I cóż stąd? Znów wracają chwile, w których ów uścisk i wzrok jego snują się przede mną jak cienie, fantastycznie ręką złego narysowane...
O moja święta matko! Ty z nieba strzeż mego serca... Nie dopuść, ażeby czyste czoło sieroty stało się murem, na którym ludzie przylepiają błoto swojego sądu!
*
Już od pięciu dni zaniedbałam mój dzienniczek. Być może wrażenia, które ten krótki period naniósł w me serce były tego rodzaju, że lękałam się badać siebie szczerze? Może też powodem tego było proste lenistwo moralne, ociężałość nerwowa, wschodnia, którą tak widomie malują w twarzach i ruchach odalisek. I u nas są odaliski, tylko zasłony noszą na sercach nie twarzy, a drzwi ich haremu strzegą przesądy i formy towarzyskie... Ale zaczęłam mówić o wrażeniach. Skąd one powstały? Wyznaję otwarcie, że zrodziło je przybycie Ludwika, który tym razem na długo podobno do Źródlina przyjechał. Nie powiem, iżby obecnie widok jego oddziaływał na mnie silniej jak przedtem. Przeciwnie! Ludwik stracił w mych oczach i bardzo nawet. Dawniej ukazywał mi się w naturalnym charakterze: oschły i drwiący, wykwintny w drobnostkach, próżniak cedzący sarkazm przez usta ślicznego kształtu, był dla mnie pięknym demonem fantastycznych powieści, a przynajmniej miniaturą złośliwego markiza XVIII wieku. Dziś nie wiem dlaczego, ów drwiący młodzieniec przykrył się wyraźnie jakąś obcą, wyuczoną barwą. Mówi z uszanowaniem o przedmiotach, które przedtem wyszydzał. Zamyśla się, wzdycha w równych przestankach, i patrzy na mnie oczami, które mają wyrażać rozczulenie. Gdyby wiedział, jak mu z tym śmiesznie! Wygląda zupełnie jak siostrzeniec-hulaka, udający świętoszka wobec starej cioci, zabitej dewotki, by zapewnić sobie przyzwoite w jej testamencie miejsce. Czytałam podobną scenę w jakiejś francuskiej komedii. Niewdzięczna to rola! Lecz dlaczego ją przybrał? I czyliż na prawdę nie zgaduję powodu, mamże kłamać? Niestety! Znam podobno całą machinację pana Ludwika. Moja dobrodziejka nie dawno oświadczyła głośno, iż urzędownie adoptować mię będzie. Pan siostrzeniec zna niezachwiany charakter Posłowej, a widząc, że prócz majątku ziemskiego, ciotka posiada znaczne kapitały, podobno osądził mnie godną zaszczytnego stopnia swojej małżonki. Trwoży mię ten zamysł, przeczuwam, że Posłowa, która mimo zdrowego sądu o ludziach, ma jednak widoczną słabość dla swego pięknego siostrzeńca, rada by może widzieć zadowolone obydwie strony, i związek nasz niezawodnie dawno już ułożony w jej myśli. Czy kocham lub czy mogłabym kiedy ukochać Ludwika? Nie i nigdy. Czemu? Bo aby kochać, trzeba czuć jakąś subtelniejszą, moralną miłość dla przedmiotu uczuć. Trzeba żeby ów kochany stał na jakim piedestale, który by własna jego wartość mu wzniosła. Współczucie kobiety wyższego ducha jest dumne, jej serce jak magnat starożytny potrzebuje pysznić się gmachem, w którym zamieszkać pragnie. Ludwik nie wzbudza szacunku. Wolałabym już, żeby chociaż w złem doszedł do pewnej wysokości, wolałabym żeby ludzie drżeli przed jego złą siłą, niż patrzyć na taką powszedniość, taką wymanierowaną mierność umysłu, którego apoteozą trochę przebiegłości i chciwość użycia. A jednak podoba mi się... Nie, to nie on, to raczej kolor jego oczu, miękkość włosów, płeć przyjemna zajmują moje zmysły. Taki, jakim jest istotnie, zepsuty i cynik, szyderca i egoista, byle ustrojony pięknie, zuchwały bardzo, mógłby mi być niebezpiecznym. Jako mąż utajony w konwenansowej maseczce konkurenta, szkaradnie wygląda, obmierźle nawet! Och! Nigdy, nigdy nie będę żoną Ludwika. Czyliż Bóg może surowiej ukarać kobietę rozumną, jak dając ją na własność głupcowi, który bez wiedzy zakole ją na śmierć drobnymi szpileczka mi codziennego egoizmu, powszedniości i głupstwa. Wszak młode serce to kwiat, i jak kwiat potrzebuje przeglądać się w czystej wodzie strumienia lub patrzyć w jasne słońca oblicze, by żyć nie tracąc swej duszy - woni.
*