Dziennik czasu okupacji - Raja Shehadeh

Reflow text when sidebars are open.
5 czerwca 2010
Nieraz, by pojąć właściwy sens wydarzeń, trzeba długiego czasu. Obecnie, przeszło rok po wojnie w Gazie (i czterdzieści trzy lata, z dokładnością co do dnia, po wojnie 1967 roku, która sprowadziła na nas izraelską okupację), widzę, że tym razem Izrael posunął się za daleko. Możliwe też, że jego groźba wypowiedzenia podobnej wojny Palestyńczykom utraciła jakąkolwiek wartość odstraszającą. Dziesięć lat temu Izrael nie odmawiał swoim obywatelom prawa wjazdu do palestyńskich miast na Zachodnim Brzegu, a Strefa Gazy nie była oblężona jak dziś. O ileż łatwiej jest narzucić swój pogląd na temat ludzi żyjących za murami getta, gdy nie pozwala się swoim obywatelom spotykać z nimi osobiście i oglądać tego, co się dzieje, na własne oczy. Jeśli przeniesiemy się myślami do Palestyny sprzed siedemdziesięciu lat, znajdziemy tam wiele mieszanych, żydowsko-arabskich społeczności - zarówno miejskich, jak i wiejskich - które przez lata przed nastaniem brytyjskiego Mandatu potrafiły z sobą koegzystować. Jeśli cofniemy się jeszcze dalej w przeszłość, odkryjemy, że cały obszar wschodniego basenu Morza Śródziemnego należący do Imperium Osmańskiego nie miał granic wyznaczających terytoria, które w przyszłości stały się arabskimi państwami narodowymi: Syrią, Jordanią oraz Libanem, a później także żydowskim państwem Izrael.
Dzisiaj sprawy mają się zupełnie inaczej.
- Nie jesteśmy Ameryką Północną ani Europą Zachodnią - oznajmił izraelski minister obrony Ehud Barak komandosom, którzy w poniedziałek wzięli udział w śmiercionośnym ataku na płynącą do Gazy Flotyllę Wolności. - Żyjemy na Bliskim Wschodzie, w miejscu, gdzie dla słabych nie ma litości, a ci, którzy się nie bronią, nie dostają drugiej szansy.
Ten sam Barak uwielbia opisywać Izrael jako "willę w dżungli". Izraelscy politycy tacy jak on wydają się organicznie niezdolni do wyobrażenia sobie swojego kraju inaczej niż jako twierdzy z potężną armią, stale pod bronią, na obszarze zamieszkanym przez miliony Arabów. Izrael nie podejmuje żadnych wysiłków w kierunku budowania mostów, szukania pokojowego porozumienia, nauki arabskiego ani znajdowania miejsca dla siebie czy integracji - wszystko, co robi, robi siłą, posługując się językiem władzy i przemocy.
Obecni przywódcy Izraela jednak lubują się jednak nie tylko w wyszukiwaniu różnic między nieokiełznaną dziczą Bliskiego Wschodu a ich lśniącą, nieskazitelnie białą kolonialną willą. W równym stopniu oddają się swojej ulubionej fantazji o tym, że ich kraj jest częścią Zachodu. Dlaczego mieliby mieć otwarte granice i pozwalać na wjazd swoim "sąsiadom-terrorystom"? Lepiej niech kraj pozostanie szczelnie zamknięty i posegregowany rasowo, w swej wspaniałej izolacji, zachowując połączenia powietrzne i morskie z Zachodem.
To, co wydarzyło się 31 maja 2010 roku na pełnym morzu, kiedy Izrael zaatakował flotyllę, zabijając dziewięć osób i raniąc dziesiątki innych znajdujących się na pokładzie tureckiej łodzi "Mavi Marmara", zakłóciło tę pozorną harmonię. Na pokładach statków, które przypłynęły rzucić wyzwanie izraelskiej polityce utrzymywania Gazy w stanie oblężenia, znajdowały się setki obywateli Zachodu, wielu znanych ze swojego wkładu w dziedzictwo kultury - pisarze, politycy, obrońcy praw człowieka. Izraelscy propagandziści powinni byli zastanowić się dwa razy, zanim przykleili im łatkę terrorystów.
Jednym z rzekomych powodów zaatakowania konwoju było to, że kwestionował on politykę Izraela wobec Strefy Gazy. Ale taki był przecież deklarowany cel organizatorów flotylli. Byli to przedstawiciele społeczeństwa obywatelskiego, którzy stracili nadzieję, że ich rządy wezmą odpowiedzialność za egzekwowanie prawa międzynarodowego i ochronę praw człowieka oblężonej, półtoramilionowej ludności.
Izrael albo nie rozumie potęgi ruchów masowych, albo - w swej arogancji i pysze - ją ignoruje. Już samo to, a także odruchowe użycie siły przeciwko każdemu, kto ośmiela się zakwestionować jego politykę wobec Okupowanych Terytoriów Palestyńskich, tłumaczy, dlaczego uderzył tak mocno w flotyllę. Dokładnie tak samo zareagowali przywódcy Izraela po pierwszym powstaniu palestyńskim. "Połamcie im kości" - rozkazał swojej armii premier Rabin, licząc, że nieuzbrojeni demonstranci położą uszy po sobie i zostaną w domu. Tak jak strategia ta nie zadziałała wtedy, tak nie zadziała i tym razem.
Oblężenie Gazy i walka o jego zakończenie są wystarczająco znaczące. Jeszcze większe znaczenie ma to, że tym razem pomoc nadeszła z Turcji. Minęło prawie sto lat od upadku Imperium Osmańskiego, którego czterechsetletnie panowanie nad Arabami zapisało się w historii jako bliskowschodnie mroki średniowiecza. Trzeba było tyle czasu, by zagoiły się rany, a teraz pomoc dla mieszkańców Gazy przyszła z Turcji, w postaci tureckiej łodzi z turecką załogą, gotową na wielkie ryzyko, by przyjść z pomocą swoim braciom muzułmanom. Jest to najważniejsza przemiana, a jej konsekwencje wykraczają daleko poza bezpośredni wpływ na morale oblężonych mieszkańców Gazy.
Początki Izraela i Turcji były bardzo podobne. Obydwa te państwa są produktem nacjonalizmu końca XIX wieku i obydwa zdecydowały się zmienić swój język urzędowy, co miało pomóc im odciąć się od przeszłości. W przypadku Turcji uczyniono to poprzez zmianę alfabetu, natomiast w przypadku Izraela - poprzez porzucenie jidysz. W rezultacie większość Izraelczyków nie jest w stanie czytać bogatej literatury w jidysz, tak jak dzisiejsi Turcy nie potrafią czytać dzieł swojej literatury napisanych przed 1923 rokiem.
Obydwa państwa były również odpowiedzialne za wypędzenie setek tysięcy ludzi z ziemi, którą uznały za własną: Ormian z Turcji oraz części historycznej Armenii, a także Palestyńczyków z części Palestyny, która stała się Izraelem. W obu wypadkach współczesne państwo nie potrafi i nie chce się pogodzić z własną przeszłością. Izrael utrzymuje, że nie było żadnej Nakby, Turcja - że nie wypędziła Ormian.
W obu krajach armia cieszy się specjalnymi uprawnieniami i statusem: siły zbrojne odgrywają główną rolę w polityce oraz kontroli nad państwem, jego strategią polityczną i ogólnym kierunkiem.
Obydwa są oczywiście sojusznikami USA.
Izolacja Gazy jest także moją. Teraz, dzięki Turcji i międzynarodowym działaczom, takim jak szwedzki autor kryminałów Henning Mankell, została ona przełamana. Poznałem Henninga w zeszłym roku, kiedy uczestniczył w Palestyńskim Festiwalu Literackim, i zabrałem go na wędrówkę po naszych wzgórzach. Dzisiaj "Guardian" opublikował fragment jego dziennika. Gdy tylko go przeczytałem, wysłałem mu ten e-mail:
Drogi Henningu!
Nie potrafię opisać, co czułem, czytając Twój dziennik w dzisiejszym "Guardianie". Jak gdyby po dekadach cierpienia w milczeniu (dzisiaj mamy czterdziestą trzecią rocznicę okupacji), gdy jednocześnie zaprzeczano istnieniu przyczyny mojego cierpienia, a moje odczuwanie go nazywano podejrzanym, po tak wielu latach trudów i bólu - nareszcie przyszło usprawiedliwienie.
Piszesz, że Twoim celem było pokazać, że liczą się "czyny, nie słowa", i "tylko działanie może dowieść prawdziwości twoich słów". Twoje czyny, a po nich słowa, w opublikowanym dzisiaj artykule, dostarczyły wystarczająco dużo dowodów, że działasz w zgodzie ze swymi przekonaniami. Nie tylko pomogłeś sprawiedliwej sprawie Palestyny. Uratowałeś też mnie i wielu innych na całym świecie przed cynizmem brutalnego świata, w którym żyjemy. Byłem do głębi wzruszony, czytając, że Twój statek wiózł cement, zbrojenie i elementy drewnianych domków z prefabrykatów dla ludzi w Gazie. Świadomość, że ich cierpienie i bezdomność spotkały się z odzewem tak daleko na północy globu, w Szwecji, a dzięki Tobie i Twoim kolegom, również na całym świecie, jest ważniejsza niż najmocniejsze deklaracje potępienia lub solidarności.
A izraelscy przywódcy niestrudzenie powtarzają, jak to ich kraj jest "willą w dżungli"!
Serdeczne pozdrowienia z Ramallah
Raja