1967
2 stycznia
Przed zgaszeniem lampy nocne przeglądanie książek: kilka linijek (w ostatnich tygodniach) z Cortegiano Castiglionego, potem fragment
zapisków Boswella z 1770 roku, później relacja Delacroix, o czym
rozmawiał po południu z Mussetem czy Chopinem... Przed czterystu,
dwustu, nawet stu laty ludzie w Europie jeszcze rozmawiali. I to, o czym
rozmawiali, było w europejskim życiu duchowym co najmniej takim
fermentem i energią, jak to, co pisali czy malowali. W Ameryce tego
brakuje, tu nie ma rozmów. Spierają się albo niechętnie o coś pytają czy
odpowiadają, ale rozmów nie ma, bo tu ludzie niczego nie boją się
bardziej niż odpowiedzialności związanej ze swobodnym, indywidualnym
głoszeniem własnego sądu.
W Budapeszcie było "gadanie", coś mniej istotnego od rozmowy, coś
nieporządniejszego, ale jeszcze ciągle bardziej ludzkiego od
amerykańskiej "konwersacji".
Niewychowanie Amerykanów już mnie nie zaskakuje, ale czasami trzeba to
dostrzec, dla porządku, nawet bez oburzenia, ale jednak zauważyć. W tutejszej nieobyczajności najczęściej nie ma złej woli, po prostu nie
umieją inaczej, tak zostali wychowani.
W liście noworocznym szwajcarski duchowny przysyła napisaną przez siebie
wierszowaną naukę życiową. Jedna z linijek plastyczna - pisze, że żyć
trzeba "jak drzewo, które każdego roku tworzy nowy słój". Ma rację,
wszystko, co istotne, powstaje w taki powolny sposób, dzieło życia, samo
życie... Reszta to przechwałki.
4 stycznia
Pierwsze dni nowego roku przynoszą dwa zawiadomienia o śmierci. W Budapeszcie nagle zmarł mój szwagier (73). W rodzinie uchodził za
"Spartanina", surowy ojciec rodziny, niepalący, zachowujący umiar we
wszystkim. Ale nie ma miary, której można by się trzymać, śmierć nie
rozpoznaje zasług, nie daje czasu na przygotowanie. Druga wiadomość -
nagle zmarł nasz dozorca, Mr. Johnson, sześćdziesięcioletni mieszkaniec
Harlemu, wódz plemienia składającego się z dwadzieściorga jeden dzieci i wnuków, który ze szczególnym uśmiechem, niepozwalającym zapomnieć o trzystu latach niewolnictwa, krzątał się po budynku, zamiatał i zawsze
uprzejmie się kłaniał. Jego szef, gospodarz domu, wygłosił przy tej
okazji krótką amerykańską mowę pogrzebową: "He was a gentleman"
1. Tak, był nim, Murzynem, dozorcą
i dżentelmenem. Po raz ostatni spotkałem go w Boże Narodzenie, dałem mu
prezent, a potem widziałem go jeszcze na ulicy, jak z torbą w ręce,
pogodnie uśmiechnięty wracał do domu.
Radio podaje, że grabarze nowojorscy od trzech dni strajkują, zmarli
czekają na swoją kolej w chłodni. To jakby skazaniec otrzymał
odroczenie, ponieważ kat zachorował na grypę.
5 stycznia
W noc sylwestrową telewizja w ramach ogłupiająco prostackiego programu
pokazała nowojorczyków witających w lokalach Nowy Rok tańcem i zabawą;
orkiestra dęta o nazwie "Beethoven" niejakiego Guya Lombardo przygrywała
gościom w hotelu Waldorf Astoria. Przy stolikach mężczyźni we frakach i smokingach, damy w wieczorowych toaletach, niektórzy mieli na głowach
karnawałowe czapki, i wszystkie te postaci, twarze uderzająco
przypominały karykaturalnych spekulantów z albumu George'a Grosza Das
Gesicht der herrschenden Klasse2, w którym po pierwszej wojnie
światowej ten rysownik o ostrym spojrzeniu i okrutnie pewnej ręce
uwiecznił z gorzką refleksją berlińską parweniuszowską elitę. Ci sami
łysi, okrutni lichwiarze o sępim spojrzeniu, te same tłuste,
wyszminkowane czarownice, to samo podłe, bezduszne towarzystwo, które
zabawia się na śmietniku - Das Gesicht der klassenlosen
Gesellschaft3. Takie szumowiny wszędzie i zawsze
wypływają na powierzchnię; również w Sowietach, na balach maskowych
dolce-bolsze vita.
Pieniądz dla tego społeczeństwa jest nie wyłącznie środkiem płatniczym,
lecz miarą wartości człowieka... Ukazuje nie tylko to, że komuś wiedzie
się lepiej niż innym, ma więcej szczęścia, bezwzględności czy talentu,
ale mierzy samą wartość człowieka, bo tu każdy jest tylko na tyle dobry,
mądry, utalentowany czy szlachetny, na ile można to wycenić w dolarach.
Zarezerwowałem bilety na samolot - jeśli wszystko dobrze się ułoży, 20
maja wyemigrujemy stąd do Europy.
Zakończyłem układ scen i scenografię Sądu w Canudos, przedstawienie
może się zacząć. L. pyta, co "właściwie" chcę powiedzieć w tej powieści.
Tylko tyle: jeśli nie ma jednostki czy wspólnoty, która jest skłonna
zbuntować się przeciw Systemowi (nieważne, jakiemu, wystarczy, że
posiada on mechanizm, który człowieka traktuje jak surowiec czy daną w komputerze), wówczas kończy się ludzkie zadanie na ziemi.
11 stycznia
Przed kilkoma dniami w jednym z mieszkań na końcu naszego korytarza
zmarła Madame Roberts. Wiadomość przekazała mi jej córka, Mademoiselle
Roberts, która ma z górą siedemdziesiąt lat i mieszkała z matką.
Dziewięćdziesięciosiedmioletnia Madame Roberts 29 grudnia poczuła się
źle i zmarła. Poprzedniego wieczora jeszcze przeczytano jej biografię
starszej siostry Ludwika XVI, jedynej, która przeżyła rewolucję. Obie
panie są Kanadyjkami. Przed sześciu laty wróciły do Paryża, bo matka
chciała "przeżyć ostatnie lata w spokoju". Sprzedały mieszkanie, zbyły
za bezcen meble. Ale prędko wróciły, nie mogły sobie znaleźć miejsca we
Francji. Znów wprowadziły się do tego domu. Córka przypomina mi
niewolnika z Godota: chodzi zgięta w pałąk, nieustannie dźwiga jakieś
wielkie paczki, dużo czyta. Matka do ostatniej chwili zachowała
świadomość, wszystko ją interesowało, słuchała radia.
14 stycznia
Przed zgaszeniem lampy Mencken. Bywa czasami przegadany, czasami znów
minoderyjny, ale zawsze sympatyczny i śmiały. Nie lubił demokracji,
ponieważ uważał, że "demokrata nie ma możności być wolnym" - jest
"wolny" tylko wtedy, gdy czuje się chroniony przez tłum. Arystokrata,
którego nie interesuje ani uznanie, ani obmowa tłumu, jest wolny nawet w więzieniu, ale plutokrata, którego w demokracji mob4 posadził na
miejscu arystokraty, zawsze musi się trząść z obawy, co o nim ten mob
mówi. Z kaznodziejskim gniewem Mencken piętnuje fakt, że pierwszym
refleksem człowieka tłumu, tego "ciepłokrwistego ssaka", jest strach:
boi się, że kto inny może się okazać bardziej oryginalny, swoisty,
indywidualny. Ale w swoim demokratycznym poczuciu niższości i psychozie
strachu mob potrzebuje jednocześnie mitologii, półbogów, których
mógłby w zachwycie podziwiać; dlatego w amerykańskich czasopismach
wynaleziono dział plotek towarzyskich, w którym donoszą, gdzie, kiedy,
jak i z kim spędzają czas wolny idole tłumu. Zalicza do nich
rozjeżdżających się cadillacami przywódców związków zawodowych,
socjalistów pobierających pensje wysokości stu tysięcy dolarów - dają
oni tłumom iluzję hierarchii. Mencken był wybitnym umysłem, dziś już
nikt z piszących w Ameryce nie potrafi postawić tak dokładnej diagnozy.
A tymczasem nowojorscy grabarze strajkują dalej. Tygodniowo umiera tu
średnio tysiąc osiemset osób, trzyma się ich teraz w chłodni, póki
trwają negocjacje. U Szekspira grabarze byli jednak pogodniejsi i bardziej ludzcy.
Podsumowanie minionych piętnastu amerykańskich lat i tutejszych ludzi,
Radia Wolna Europa, życia umysłowego: byłem zmuszony żyć w niegodnym,
prostackim otoczeniu. Amen.
Komunizm upadł, i to w każdym sensie tego słowa. Ale od komunistów
trudno będzie się uwolnić, bo nikt nie jest tak uparty i niebezpieczny,
jak beneficjent upadłej idei, który już nie jej broni, lecz własnego
życia i łupu.
Uczę się włoskiego, książkę Castiglionego mam za podręcznik. Jak w celi
skazańców.
"Emerytura". Dla innych to chwila, gdy mogą odsapnąć: "Wreszcie nie
muszę pracować". Dla mnie chwila, w której mogę westchnąć: "Wreszcie -
może - będę mógł pracować".
Za zwyczajnym, pospolitym, obrzydłym i głupim odwiecznie ukrywa się coś
czarodziejskiego, niepojętego, zaskakującego. Nawet starość nie otępia
istoty żywej do tego stopnia, by czasami tego nie dostrzegała.
7 lutego
Śnieżyca. Arktyczna burza śnieżna. Minus piętnaście stopni Celsjusza.
János mówi przez telefon, że na Alasce to przyjemna, wiosenna pogoda, bo
tam nierzadko jest minus czterdzieści. Przeżył to w ciągu trzech lat.
To nieprawda, że nie odczuwam żadnego niepokoju, kiedy myślę o tym, że
za trzy miesiące wyjedziemy stąd, zostawimy to szalenie drogie i dusząco
beznadziejne, ale jednak dające jakieś schronienie i już znajome życie,
mieszkanie. Jesteśmy starzy, perspektywa zmiany budzi lęk. I nigdzie
nikogo. Ale zdrada i perwersyjny przymus nazywany drożyzną, ten przymus
wygodnego życia skłania nas do wyjazdu. W Salerno, posiadając własne
lokum, utrzymamy się bez problemu za to, co tu płacę tylko za mieszkanie
(sto pięćdziesiąt dolarów). A w Ameryce właściwie nie mamy nic wspólnego
z niczym i nikim. I choć tam też nie - trzeba jednak jechać, nie wolno
się bać. Jeśli pozostało nam jeszcze trochę czasu, to tam w każdym razie
jest coś znajomego. A tu jestem haniebnie opuszczony przez wszystkich i wszystko. Tu ludzie żyją obok siebie, szczerząc zęby na innych i chorobliwie nie cierpiąc się nawzajem, w odrębnych małych gettach, w bojaźni, przerażeni perspektywą bliskości. Tam wygląda to jednak inaczej
- "tam", to znaczy w Italii czy Austrii. Wielu wróciło po
piętnastoletnim pobycie w Ameryce: Thomas Mann, niedawno Schuschnigg,
Fritz von Unruh, stary Menyhért Lengyel5; i wszyscy byli starsi
ode mnie, kiedy się na to zdecydowali. Ale to jednak trudne. Starość to
zmęczenie. Ale znów pozostać tu, w emeryckim koszu na śmieci (tam z tej
emerytury można wyżyć), dorabiać parę groszy jakimś prostym zajęciem dla
starych ludzi oznaczałoby znaleźć się w szponach władzy tutejszego
systemu, a tego udało mi się przez piętnaście lat uniknąć. Więc jednak,
choć to bardzo trudne, trzeba jechać. Nawet kabała tak podpowiada.
Wiersze zebrane Ezry Pounda, od 1900 po dziś. Czasami jakiś zaskakujący,
migotliwy wers czy pomysł. Ale wiele wysilonych, rozrzedzonych,
sztucznych wierszydeł. U Eliota w każdym wersie jest prąd, każde jego
słowo ma swoją wagę jak dzwon opadły na dno, którego dźwięk dobiega z głębiny. Głos Pounda brzmi jak głos podrostka, z mutacyjnym brzmieniem.
Są tacy pisarze, poeci - Pound, Joyce - którzy inspirują nie przez to,
co piszą, tylko przez to, że odrzucają, wysadzają w powietrze
obowiązujące dotychczas normy pisania, przekazywania, wyrażania. Nie
mają dzieła - mają tylko zadanie, rolę.
Mencken prędko mnie zniechęca. Zawsze jest "odważny", ale trochę tak jak
matador, który wie, że byk nie ma dokąd uciec; drażni tematem - kobiet,
mężczyzn, łgarstw wokół seksu, w ogóle i zawsze wszelkich
drobnomieszczańskich, prostackich kłamstw, których wodorosty oblepiają
życie Amerykanów - a potem dumnie przekłuwa go. To nie takie trudne. Do
tego, co zamierza przekłuć, podchodzi bez skrępowania, przejęcia czy
nabożności, ponieważ wie, że ofiara, czyli Przesąd, w żaden sposób nie
zdoła obronić się przed jego mistrzowskim ciosem, nigdy też
wielkodusznie nie daje Przesądowi szansy wypowiedzenia się we własnej
obronie, wyjaśnienia, z czego i dlaczego powstał. W tej wyższości jest
coś taniego. Zawsze jest dowcipny i mądry; ma rację, kiedy tak szczerze
pogardza tym, o czym mówi: amerykańskim systemem społecznym. Nie ma
racji, kiedy - zawsze - mówi o "mężczyznach", "kobietach", "duchownych",
"snobach", "głupcach". Bo za nimi za każdym razem kryje się konkretny
człowiek, nie tylko taki czy siaki, ale również "on", ten pojedynczy. I o tym konkretnym człowieku, który kryje się gdzieś za każdym z rozmaitych typów, Mencken nigdy nie mówi.
11 lutego
Otrzymałem pierwszy czek emerytury. Sto dwadzieścia sześć dolarów i trzydzieści centów. Per saldo jestem zadowolony.
Radio o każdej godzinie wykrzykuje informacje o Chinach. Mao, Czerwona
Gwardia, armia, w tle starzy, pozytywistyczni komuniści, Liu Szao-ci,
"człowiek bez twarzy". Który reprezentuje zasadę yang, zasadę
pozytywizmu, w przeciwieństwie do yin, idealistycznego szaleństwa Mao.
W tych tygodniach książka Bodarda6 jest zdumiewającą lekturą.
Opublikowano ją w 1961, przed pięciu laty. Wszystko, o czym pisze, co
przewidział, dziś się urzeczywistnia. Niewiele znam książek, które
rzeczywistość potwierdziłaby tak dokładnie, jak tę przerażającą i fantastyczną relację o tym, że ludzki materiał daje się kształtować w niewyobrażalny sposób. Za pięćdziesiąt lat Chiny mogą się stać
prawdziwym końcem ludzkiego świata: obecne całkowite załamanie
gospodarcze, upadek komun i komunizmu, upokarzanie inteligencji i zmuszanie jej, by służyła partii, eksperyment, w którym ludzi pozbawiano
rodzin, rozdzielano małżeństwa, odbierano dzieci rodzicom, kurczęta
karmiono ciałami zmarłych, wydobywano z grobów i mielono na proch kości
nieboszczyków, by ich fosforem użyźniać glebę, całe to wykalkulowane na
zimno szaleństwo nie zmienia faktu, że siedemset milionów czy więcej
ludzi zdobędzie teraz środki techniczne i wyruszy przeciw Azji,
Pacyfikowi, przeciw światu.
Napisałem i nagrałem na taśmę ostatni wykład, który jeszcze wyślę do
Wolnej Europy. Nie chcę się już dalej tym zajmować. To było wielkie
zadanie, z ciekawym i bolesnym początkiem. A potem zrobił się z tego
głupi i ordynarny przemysł. Wystarczy; trwało to i tak dłużej, niż
powinno.
Starość: nieustanna kontrola, na ile mamy jeszcze żywą łączność z otaczającym światem.
Chiny. Może w końcu yin jest większą siłą niż yang? Emocje są
bardziej stałą energią od rozumu.
Możliwe, że wydarzenia chińskie i wojna wietnamska są ostatnim etapem
rewolucyjnych ruchów tego wieku: epoki romantycznej utopii, kiedy
chciano zmienić los mas ludzkich na barykadach i drogą
nacjonalistycznych "walk wyzwoleńczych". Rostow, jeden z zajmujących się
polityką zagraniczną mędrców Białego Domu, powiedział w Londynie, że
nastąpił koniec epoki romantycznej i teraz zaczyna się yang, epoka
pozytywistyczna, to jest czas inżynierów i komputerów. Zamiast
rewolucjonisty i bomby - nawozy sztuczne i antybiotyki.
5 marca
Przed południem, kiedy wracałem metrem od dentysty, znów chwila szoku:
uciekać stąd, jak zaplanowaliśmy. Czułem to samo, gdy z Paryża mieliśmy
wracać do Budapesztu. I kiedy w marcu 1944 opuściliśmy ulicę Mikó. Latem
1948 roku, kiedy wyemigrowaliśmy z Węgier, w 1952, kiedy szykowaliśmy
się do Ameryki. Chwila zmiany biegu, kiedy człowiek wie: coś dojrzało,
nie sposób tego dalej ciągnąć. Teraz też: wyjechać stąd, wrócić do
Europy. Nic tam na nas nie czeka, ale tu tym bardziej nic nas nie wiąże.
Najbardziej brakuje mi radości. To bezradosny kraj, radość mylą tu z rozrywką, sukces traktują jak zaspokojenie i zadośćuczynienie,
niezależnie od tego, za jaką cenę i na jakich warunkach został
osiągnięty, a człowiek jest w gruncie rzeczy tylko na tyle człowiekiem,
na ile można to wycenić w dolarach. Możliwe, że w Europie też jest już
taka atmosfera... Ale stąd trzeba wyjechać.
W "National Review" artykuł o sprawach CIA: progresiści, czyli
inteligencja liberalna, przekonali urzędników CIA, że tylko oni są w stanie poprowadzić Wielki Dialog z komunistami, bo przecież kto jest
"antykomunistą", jest też niewątpliwie "faszystą" (to obowiązkowa łatka,
każdemu ją przypinają), podczas gdy oni, progresywni liberałowie, nie
będąc "antykomunistami", pozostają wiarygodni w oczach narodów zza
żelaznej kurtyny, nie chcą bowiem zlikwidować systemu sowieckiego, tylko
go zmienić, naprawić. Dzięki temu żelazna kurtyna zniknie, a komunizm,
który pozostanie, nie będzie już niebezpieczny, da się z nim
współpracować, koegzystować. CIA, a potem oficjalne koła Ameryki
przyjęły koncepcję progresywnych liberałów jako jedynych powołanych do
prowadzenia Wielkiego Dialogu; CIA, nie licząc się z kosztami, futrowała
pieniędzmi tych niedomytych okularników, nie-antykomunistycznych
postępowców: jeden milion dolarów dla związku zawodowego dziennikarzy,
miliony dla lewicowych organizacji studenckich, dla Free Europe (skąd
kolejno wygryzano wszystkich, których można było posądzić o nastawienie
antykomunistyczne, a więc ostatnio również mnie), na rozmaite lewicowe
kongresy i spotkania; postępowi inteligenci traktowali sekretne fundusze
CIA jak kasę domową, z której, powołując się na konieczność budowania
mostów, zawsze można spróbować wyciągnąć pieniądze na podróże i osobiste
potrzeby - i zawsze je dostawali. Roli "inteligencji" w tak zwanej
zimnej wojnie nie wyjaśniono dotąd całkowicie; ale to towarzystwo z piekła rodem okazuje się jeszcze bardziej niebezpieczne niż komuniści,
którzy są przynajmniej widzialnym wrogiem.
Jaki wzór społeczny, gospodarczy, polityczny urzeczywistniłby się na
Węgrzech dziś, po trwającym dwadzieścia dwa lata komunistycznym
eksperymencie, który zbankrutował, gdyby narodowi węgierskiemu zwrócono
prawo samostanowienia? Ze społecznych urządzeń przeszłości
prawdopodobnie żaden. Może jakiś związkowy burżuazyjny socjalizm; tak,
to najbardziej prawdopodobne.
Ödön von Horváth: Gesammelte Werke. Mój rówieśnik, młodszy o rok.
Wywodził się z drobnej szlachty, z warstwy obywatelskiej, jego ojciec
był urzędnikiem ministerstwa spraw zagranicznych, chodził do Rakocianum,
jak ja, potem odnosił sukcesy w weimarskich Niemczech, jak Reinhardt, i w wieku trzydziestu ośmiu lat, już w czasach hitlerowskich, kiedy
mieszkał w Paryżu, pewnego popołudnia podczas gwałtownej burzy zginął
przywalony złamanym drzewem platana na Rond Point. Dziwne, że tego
zdolnego człowieka właściwie nie znano na Węgrzech, jego książki nie
ukazywały się po węgiersku, sztuk nie grano w Peszcie. Był naturalnie
"lewicowy", ale na Węgrzech w czasach Horthyego7 lewicowcy
też dochodzili do głosu. Znikł jak poeta Békássy (na którym przynajmniej
poznał się Babits) czy później młody Görgey - i w tym zniknięciu jest
coś upiornego.
Chwile, w których plastycznie, wyraźnie widać: "Trzeba zrobić tak a tak". Z anarchii wyłania się porządek dnia, podobnie jak z Chaosu -
Harmonia. Ta dwoistość jest jednocześnie i kosmiczna, i osobista.
9 marca
Wiosna. Nie widać ani jednego pączka, powietrze ma jeszcze zapach śniegu
i smak burzy. Ale gdzieś coś już się poruszyło, odwróciło.
Pisarz, który sądzi, że "postawą" nadrobi wielkie, ważne dzieła w swojej
twórczości, myli się. Postawa nie zastępuje dzieł. Ale bez postawy nie
rodzą się wielkie dzieła.
Amerykańska choroba: kompleks niższości i kompleks pieniądza. Amerykanin
boi się, że okaże się kimś mniej wartościowym, niż w rzeczywistości
jest, czy na jakiego chciałby wyglądać. To strach demokraty, który
arogancją i obawą zastępuje brak naturalnej hierarchii. I kompleks
pieniądza, morbus americanus: przekonanie, że człowiek w swojej
ludzkiej naturze jest wart więcej, jeśli ma pieniądze, niż jeśli ich nie
ma i jest "tylko mądry albo ma charakter". Po piętnastu latach wyjeżdżam
stąd z pamięcią o tych dwóch amerykańskich chorobach. Sądzę, że nie
złapałem żadnej z nich.
10 marca
Rysunki Goi (gwasze i litografie) w Metropolitan. Cztery tuziny z czterystu, które przed czterema laty widziałem w Prado. Jakby w ogóle
nie patrzył na karton, na którym - idąc ulicą czy stojąc w bramie -
szkicował postać czy scenę. Podobnie jak fotograf, który nie patrzy na
aparat fotograficzny, tylko na model. Jego ręka malowała jakby sama, ze
świadomością i pewnością - podczas gdy on, Goya, tylko obserwował. I nigdy nie był zmęczony, gdy jakby od niechcenia kreślił starego żebraka,
który w prawej ręce trzyma żebraczy kij, i zaraz potem innego, który ten
kij ściska w lewej. Nigdy nie był rozproszony, kiedy portretował, nie
przerysowywał ani jednego gestu, miny; soczewka leiki nie jest bardziej
bezlitosna i dokładna od tego głuchego malarza, który spacerował po
Madrycie ze szkicownikiem. I zawsze ten gorzki uśmiech, z jakim patrzył
na świat, ludzi, ludzką głupotę, beznadziejność i okrucieństwo; patrzył
z odrazą i pogardą, ale jak zahipnotyzowany, bo nie mógł nie patrzeć.
Tak trzeba pisać, z dokładnością tych gwaszy: zamiast linii i odcienia -
słowem, jedynym pasującym słowem, przydawką, podmiotem i orzeczeniem; i zawsze dokładnie to, co tam potrzebne.
Na korytarzach muzeum modele Goi: kobiece twarze w stanie rozpadu,
koślawi i niezgrabni młodzi i starzy, snujące się postaci w zwariowanych
łachach.
Kiereński. Mieszka tu, kilka ulic dalej. Ma ponad osiemdziesiątkę.
Wypowiadał się przy okazji pięćdziesiątej rocznicy rewolucji
październikowej, mówił, że komunizm pożera siebie samego. To prawda. Ale
co do tego czasu?... Wezwanie Mao: zniszczcie Rodzinę, wszelkie dawne
Instytucje, Sztukę i Miłość, rozwalcie Chiny, bo to rewolucja. Ma rację,
to rewolucja, nie da się inaczej. W Sowietach właśnie próbują złożyć w całość skorupy na śmietnisku tego rozbitego świata.
Jednym ze zjawisk towarzyszących starości jest ustawiczne, falujące
powracanie trudnych wspomnień, które w dawniejszych latach świadomość
zasnuła mgłą zapomnienia, mroku czy zbagatelizowała. Te wspomnienia
"gdzieś" były - i na starość nagle okazuje się, że żyły swoim życiem w cieniu, w szczelinie świadomości, i żyły z wielką siłą. Nie przekonuje
mnie to, co Freud - ten uczciwy i tworzący w dobrej wierze, lecz niezbyt
oryginalny myśliciel - oparł na tym zjawisku: teorię o podświadomości
wywołującej neurozę. Wspomnienia pozostają, powracają, ale nie wywołują
neurozy; raczej tylko zaskoczenie.
Wielka ulga, że nie piszę już odczytów dla Radia Wolna Europa. Inaczej
czytam i piszę, odkąd porzuciłem to nieszczęsne zajęcie - czuję się
wręcz innym człowiekiem. Nie mogłem zrobić nic innego, ale od pierwszej
chwili nie lubiłem tej pracy.
Szron, marcowa pogoda, kiedy wiatr i zimno są tak bolesne, jakby
człowiek chodził nago. Na starość zima zdumiewająco wyniszcza człowieka.
Wiadomość prasowa, że w Nowym Jorku strajkują nauczyciele, ponieważ boją
się dzieci, które biją nieposłusznych nauczycieli.
18 marca
Przed dwudziestu trzema laty w niezniszczonym mieszkaniu przy ulicy Mikó
odbyła się ostatnia imieninowa kolacja, na której zebrała się cała
rodzina. Dziś brakuje już trzech osób: matki, ciotki Żuli i szwagra
Gyuli.
Minus piętnaście stopni. Mróz to największa kara. Upał jest
niebezpieczny, ale ekscytujący, owszem, wywołuje nawet euforię. Mróz
tylko dręczy. Jeśli piekło istnieje, jest zimne, nie gorące.
W jednym z pokojów na piętnastym piętrze modnego ostatnio hotelu Hilton
znaleziono martwego lekarza weterynarii, który przyjechał z Massachusetts na kongres. To był sześćdziesięcioletni mężczyzna, ojciec
czwórki dzieci, wzór obywatela. Został uduszony, ręce i nogi związano mu
krawatem. Takie homoseksualne tragedie są tu na porządku dziennym.
19 marca
Nadchodzi taki wiek - jak na przykład teraz mój - w którym świadomość
wypełnia się całkowicie pojęciem śmierci; nawet codzienność odbiera się
przez jej pryzmat, zwykła rzeczywistość, wszelkie jej odmiany są
uświadamiane tylko o tyle, o ile mają jakiś "sens" w ramach perspektywy
śmierci. A wspomnienia, które docierają do świadomości z coraz głębszych
warstw, z coraz bardziej daleka, wydają się takie, jakbym już umarł i jakby ktoś inny myślał o tym czy owym w związku z moją osobą. I w tym
wszystkim nie ma nic przerażającego.
Na przykład w nocy: "Śniła mi się Brazylia...". Ale nigdy nie widziałem
Brazylii, i nie zobaczę jej, ponieważ umrę.
21 marca
W nocy o 2.37 rozpoczęła się wiosna. Nie spałem jeszcze, ale nic nie
zauważyłem.
Młody pisarz: "Słyszałem ciekawą historię. Opowiedzieć panu?" - Stary
pisarz: "Nie. Niech pan ją pierwej napisze".
Otrzymuję kartkę od nieznajomego. Mieszka w Wiedniu, przebywał w Nowym
Jorku, znalazł mój adres i napisał mi tylko tyle: cieszy się, że jeszcze
żyję. Ja też się z tego cieszę, czasami.
Starość. Prawdziwą chorobą człowieka starego jest nie bezradność, tylko
brak humoru. Trzustka jeszcze wydziela - ale już w znudzeniu,
apatycznie.
Wytrwale wietrzą skandal w CIA: ta instytucja stała się w ostatnich
latach schronieniem dla liberalnych, lewicowych intelektualistów, którzy
ukrywali się pod tym liściem figowym. Free Europe też było taką kryjówką
dla lewicowych młodzieńców z CIA. Wszystko gnije - fakt, że nie tylko
tu.
Wietnam. Telewizja codziennie nadaje - live, bezpośrednio, w całej
dosłowności - wojenne koszmary w tropikalnej dżungli. Pierwszy raz w historii ludzie, trawiąc właśnie zjedzoną kolację, w czasie rzeczywistym
widzą ten koszmar, który z udziałem ich ojców i synów rozgrywa się w odległości dziesięciu tysięcy kilometrów. Obrazy wojenne bez żadnego
przejścia przerywają reklamy karmy dla psów i wody do ust.
Wietnam jest beczką bez dna; ten fakt może mieć wpływ na wiele rzeczy.
Wszystko może pozostać tak, jak jest, i przez dalszych trzydzieści lat
amerykańscy chłopcy rok po roku, kropla po kropli będą się tam
wykrwawiać, a jednocześnie nie będzie zezwolenia na to, by siły
powietrzne zlikwidowały stanowiska wojsk północnowietnamskich,
chińskich, rosyjskich, bo w istocie nie chcą zakończyć tej wojny.
Możliwe, że wokół - w Syjamie, Laosie, Kambodży - zostanie zbudowana
linia frontu, która w rejonie Pacyfiku stanie się na dziesięciolecia
wałem obronnym, a jednocześnie pozostawią Rosjanom europejskie status
quo. Możliwe też, że przez wzgląd na wybory w 1968 roku Johnson będzie
zmuszony rzucić do walki lotnictwo wojskowe, nie licząc się z tym, co na
to powiedzą Rosjanie, którzy dostarczają broń Wietkongowi. A może naród
amerykański zrozumie, że prasa amerykańska stosuje podwójną miarę, gdy
chrypi, że bomby amerykańskie zabijają żołnierzy Wietkongu, ale milczy,
gdy terroryści wietnamscy dokonują bestialskich czynów; i to samo
dotyczy sytuacji, w której rząd amerykański buduje w Europie "most" do
Sowietów, a jednocześnie bombarduje mosty w Wietnamie Północnym, któremu
Rosjanie dostarczają broń do dalszego prowadzenia wojny. Wszystko jest
możliwe.
Te codzienne, cogodzinne, wspominane mimochodem nowojorskie morderstwa.
Zabijają, jakby wypalali papierosa.
2 kwietnia
Mojżesz. Jego obietnice i groźby. Był "obcy", widział jaśniej, wiedział,
do kogo mówi.
Goethe. Wieczne źródło; źródło siły, mądrości, uspokojenia, ufności. W tym człowieku było znacznie więcej siły niż w jego dziele.
5 kwietnia
Wydaje mi się, że ostro, wyraźnie widzę własną matkę: istotę, strukturę
jej osobowości. Ojca "nie widzę": kim był, co zasłaniała broda czy
tusza? Jego obraz jest we mnie niewyraźny.
Wilder. Ma siedemdziesiąt lat. Po dziesięciu latach milczenia napisał
powieść: The Eighth Day. Według recenzji (książki jeszcze nie
czytałem) to rzecz napisana z mocą, trzymająca się kupy, nie
sklerotyczna. Pisze o tym, że Stworzenie nie zakończyło się siódmego
dnia, człowiek - zawsze - zaczyna Stworzenie od nowa; następuje więc i ósmy dzień. To temat Teilharda de Chardin. Przez życie każdego pisarza
przewija się ten sam problem. Problemem Wildera jest Opatrzność, której
nie ma. Ale pewnie rozmaitość kolorów czy linii tworzy jakiś wspólny
rysunek, który jest sensowny. To dobry pisarz, jedyny spośród pisarzy
amerykańskich, który wie, że pisanie jest stwarzaniem magicznego
oddziaływania.
"Literatury amerykańskiej" - w takim sensie, w jakim przed wiekiem
żądali jej Thoreau, Whitman i inni, a więc literatury, która wyraża
kontynentalną świadomość wielkiej wspólnoty, stan ducha homo
americanus - dziś już nie ma. Zamiast niej powstaje coś w rodzaju
literatury getta: pracowici pisarze z drobiazgową precyzją opisują życie
amerykańskiego (włoskiego, irlandzkiego, żydowskiego, murzyńskiego,
węgierskiego) getta, donoszą, jak kochają i nienawidzą, jedzą i spółkują, realizują się i niszczą ich bohaterowie w amerykańskim
getcie... Ten współczesny folklor getta zastępuje teraz w literaturze
amerykańskiej kontynentalną perspektywę i łotrzykowską romantykę.
Po piętnastu latach pobytu wyemigrować z Ameryki do Europy. Żyć
niezależnie. Napisać, co chcę jeszcze napisać. Wydawać i osobiście
kolportować, co napiszę. To zadanie na resztę życia.
Pisarze. Tu już nie wiedzą, kto jest pisarzem. Mylą go z kupcem pomysłów
i handlarzem słów. Kupcy pomysłów kradną je - dniem i nocą, gdzie się da
- a handlarze słów sprzedają kradzione pomysły w stutysięcznych seriach
słów. To tu uważa się za literaturę. I tylko gdzieniegdzie, jak
pustelnik na odludziu, trafia się pisarz - na przykład Wilder, który
przez trzy dziesięciolecia brał udział w tak zwanym "życiu literackim",
a potem, zbliżając się do siedemdziesiątki, uciekł z Connecticut,
zamieszkał w Arizonie, gdzie - jak piszą - "rzadko się goli" i z nikim
nie rozmawia.
Krúdy8 po niemiecku. Przekład jest żywy, wierny, Krúdyowski. A jednocześnie przygnębiający. Bo dzięki niemieckiemu tłumaczeniu
czytelnik węgierski spostrzega, że nie sposób przełożyć właśnie tego, co
jest charakterystyczne dla prozy Krúdyego: parodii. Sposobu, w jaki ten
wielki pisarz opowiadał o wszystkim i o wszystkich: tonu wiecznej
ironii. Zakładał wspólnictwo czytelnika, wierzył, że autor i czytelnik
razem będą się śmieli z tego wszystkiego, co pisarz mówi o kobietach i mężczyznach, a także z tego, jak o nich mówi. Kiedy bohaterowie Krúdyego
wzdychają, przewracają oczami, wyznają z patosem swoje uczucia, pisarz
przypuszcza, że czytelnik wie: wszystko to tylko parodia rzeczywistości.
I właśnie to jest czarodziejskie w utworach Krúdyego po węgiersku.
Tymczasem obcy czytelnik wszystko odbiera jak coś rzeczywistego,
prawdziwego - a wtedy cały zamiar pisarza bierze w łeb. Niemiecki Krúdy
jest beznadziejnym nieporozumieniem, podobnie jak Proust po węgiersku, w tekście brakuje tego błysku oka, porozumiewawczego znaku, wspólnictwa z francuszczyzną.
W chwilach zmian istotnych życiowo wszystko w przedziwny sposób samo się
układa, "wskakuje na swoje miejsce", staje się aktualne, dojrzewa, nawet
drobne, przypadkowe szczegóły. Ostatnio często to obserwuję.
7 kwietnia
Dziś mija dwadzieścia osiem lat od pogrzebu synka. Za dwa lata grób
zostanie zlikwidowany.
W chwili pożegnania nie pomylić Ameryki z tym, co tu przeżyłem i poznałem. Jest tu też coś innego, ale nie spotkałem się z tym.
Wyjeżdżam stąd z żalem, że nie udało mi się dotrzeć do środkowego,
prawdziwego Meksyku. Żałuję tego. Ale niewykluczone, że nawet i to się
kiedyś zrealizuje. Nie ma nic niemożliwego.
9 kwietnia
János. Przyjeżdża na dwadzieścia cztery godziny (droga w obie strony to
osiemset kilometrów i sam prowadził), przywozi mi urodzinowy prezent:
fajkę z pianki o bursztynowym cybuchu. Jest życzliwy, uczciwy, ale
otacza go jakaś aura smutku. Tylko jego mi będzie brakowało, gdy stąd
wyjedziemy.
11 kwietnia
LXVII. Rankiem dzwoni Z. i pyta: "No i jak to jest?". Odpowiedź: "Tak
sobie". Nic więcej. Nic mniej. Nic lepiej. Nic gorzej. Dokładnie "tak
sobie".
Dziennik Ionesco, autora pantomim słownych, Rumuna, który żyje w Paryżu.
Pisarz starzeje się, boi się śmierci, ucieka w sanatoria i psychoanalizę. Jedno szczere zdanie: "Kiedy się nie boję, nudzę się".
Wielu tak czuje.
W Bibliotece Morgana rysunki artystów włoskich z siedemnastego wieku.
Reni, Bernini, Carpaccio i jeszcze inni: rysowali tak, jak my dziś
rozmawiamy.
13 kwietnia
Pierwszego dnia sześćdziesiątego ósmego roku mego życia w południe,
podczas obiadu łamie mi się ząb. Ząb ważny strategicznie, ponieważ
spoczywa na nim sąsiednia korona. To poważna starość, zużycie tkanek.
Choroba i śmierć nie są starością, tylko szansą. Starość to właśnie to -
w organizmie człowieka coś się kruszy, odłamuje, każdego dnia, nie tylko
zęby, ale też włosy, paznokcie, z dnia na dzień ubywa tkanek. Starość
jest powolnym, codziennym umieraniem. Jestem w środku tego procesu,
muszę przywyknąć.
A więc natychmiast wsiadam do metra i po godzinnej podróży zgłaszam się
u dentysty. Ten święty, kulturalny, szlachetny stary człowiek, żydowski
lekarz, który był w Auschwitz, tanio liczy za wizytę. O czwartej po
południu poczekalnia przed gabinetem pełna jest ortodoksyjnych Żydówek w perukach, do których później dołączają powracający ze szkoły czy z pracy
młodzi pejsaci bachurzy. W małym przedpokoju, który służy za
poczekalnię, ciśnie się nas dziesięć osób. Okno zamknięte, powietrze i zapachy jak w klatce lwa. Każdy pacjent spędza około godziny w gabinecie
lekarza, który jest już stary, drżą mu ręce, pracuje powoli, ale
przyjmuje od siódmej rano do północy. Jakby uczynił jakiś ślub, żeby tak
pracować - może dlatego, że udało mu się przetrwać Auschwitz. Wśród
nowojorskich dentystycznych oszustów, którzy za ciężkie pieniądze
wykonują zbędne zabiegi, to jedyny człowiek, o którym wiem, że nie zrobi
nic niepotrzebnego. Desperacką szarżą wchodzę do gabinetu pomiędzy
jednym a drugim pacjentem, w przeciwnym razie musiałbym czekać na swoją
kolej do północy - i dentysta uwalnia mnie od złamanego zęba. Prolog
nowego roku życia zgodny z regułami gatunku.
"Przeprowadzka do Europy" za pasem, to rzeczywistość, a nie pomysł.
Nagle, jak zawsze, kiedy coś niepokojącego staje się rzeczywistością,
uspokojenie i poczucie bezpieczeństwa. Trzeba to zrobić, jechać do
Europy. (Gdzie nic i nikt na nas nie czeka). Trzeba, ponieważ życie w Ameryce, jak teraz sprawy stoją, jest z mojego punktu widzenia
całkowicie puste i bezcelowe - gdy wychodzę z domu, nie idę "dokądś",
tylko jakiś czas idę przed siebie, a potem wracam tam, skąd wyruszyłem,
do domu, do swojego pokoju. Jak więzień, który chodzi w kółko po
spacerniaku.
24 kwietnia
U dentysty. Malutki przedpokój (gdzie czasem ciśniemy się w ośmioro,
dziesięcioro) pełen jest brodatych mężczyzn w chałatach i jarmułkach
oraz kobiet w perukach. Ci ortodoksyjni Żydzi - zarówno jako Żydzi, jak
i jako ludzie, i (co najdziwniejsze) jako Węgrzy - są znacznie
porządniejsi od parweniuszowskiego żydowskiego mieszczańskiego plebsu ze
śródmieścia. Nie chcą być kimś innym, niż są, nie ma w nich arogancji,
zachowują się naturalnie, zwyczajnie, są sprytnie mądrzy i pogodni.
Jeśli akurat nie mówią tym okropnym angielsko-jidyszowym dialektem, ich
węgierszczyzna jest świadoma, pozbawiona gwary i dobrze brzmiąca.
Hyannis. W zatoce otwarto szkółkę żeglarską, odbywają się tu ćwiczenia i regaty znanych klubów. Żaglówka jest ostatnim środkiem lokomocji, który
w tej zmechanizowanej cywilizacji daje człowiekowi możliwość
bezpośrednich, ręcznych zmagań z siłami natury. Auto, owszem, nawet
prywatny samolot jest już plebejską codziennością: latają obrośli w piórka magnaci filmowi, znudzeni producenci obuwia bawią się w Ikarów.
Ale żaglówka wymaga ujeżdżania jak dziki koń - Conrad mistrzowsko
opisuje, jaki to wysiłek, nim człowiekowi uda się "osiodłać" statek
żaglowy.
Lektura: Huckleberry Finn. Pewnie najlepsza książka napisana w Ameryce. Przygody zbiegłego murzyńskiego niewolnika i młodego
amerykańskiego wyrostka na wodzie i lądzie: to prawdziwa Ameryka,
młodzieńcza i zabobonna. Pan Clemens był wielkim pisarzem.
Każdego dnia kilka działań, krzątanina, zakupy, załatwianie -
przygotowania do dużej podróży, jakbyśmy jechali na Saharę czy
Grenlandię. I to samo poczucie "bezcelowości", jakie ma podróżnik do
bieguna północnego, który właściwie nie wie, dokąd jedzie, gdzie
znajduje się cel jego wyprawy.
Sprzedajemy nowojorskie mieszkanie, w którym mieszkaliśmy przez
ostatnich piętnaście lat; przez dwa tygodnie wykopuję z mieszkania tych
trochę przedmiotów - książek, obrazów - które są nam osobiście bliskie,
podobnie jak Schliemann wykopywał Troję z piasków Azji Mniejszej.
Utwardzony nalot piętnastu lat pokrywa tu wszystko, co "osobiste", nie
tylko przedmioty, lecz prawdopodobnie również nasze osobowości, nas
samych, jakimi byliśmy kiedyś. Jak pustynny piasek zasypał miasta
Mezopotamii, tak tu, w Nowym Jorku nasze życie osobiste pokrył żelazny
pył cywilizacji. To, co wybrałem, ciężarówka przewiezie do pewnej
miejscowości w Massachusetts, gdzie razem z Jánosem urządziliśmy
trzyosobowe mieszkanie, utrzymane w ludzkich proporcjach, przestronne
lokum. Możliwe, że tu zamieszkamy, jeśli nie znajdziemy sobie miejsca w Europie - i jeśli dożyjemy. Mieszkanie jest przytulne, miejsce
sympatyczne. Biblioteka, cisza; w pobliżu Concord, gdzie mieszkali
Emerson, Thoreau, Hawthorne... To taka nasza "z góry upatrzona pozycja",
na którą się wycofamy, jeśli nie odnajdziemy się w Europie.
26 kwietnia
Popołudnie w Greenwich Village. Dawno tu nie byłem. Brudne, niesprzątane
ulice - MacDougal Street, Bleecker Street - w ostatnich latach stały się
powszechnie znanym siedliskiem nowojorskiego homoseksualnego i narkomańskiego półświatka. W kawiarniach, barach kobiety w spodniach, z rozpuszczonymi włosami i przypominającymi oblicza zabalsamowanych
nieboszczyków, upudrowanymi na biało twarzami, długowłosi, brodaci
mężczyźni w rurowatych spodniach, niektórzy mają w uchu złote kółko. W Figaro widzę po raz pierwszy, jak taki dziewczynochłopiec w rurowatych
spodniach szybkim gestem wsuwa coś do tylnej kieszeni spodni innego
efeba - pewnie heroinę, LSD czy coś podobnego. Przy kawiarnianych
stolikach gnieździ się przygnębiająca bezdomność i osierocenie, które
nie protestuje, nie chce "czegoś innego", tylko być, trwać z godziny na
godzinę, w zaniedbaniu i zaroście. Ten zarost jest marką, znakiem
przynależności. Charakterystyczną cechą tej młodzieży nie jest bunt,
tylko rozpad ich życia.
Przy wejściu do hotelu Greenwich - stojącego przy Bleecker Street
schroniska dla bezdomnych - tablica z cenami pokojów: "Special room na
tydzień 16 $" - w takim miejscu i w takich warunkach nie jest to mało.
Mieszkańcy nieustannie wchodzą i wychodzą przez obrotowe drzwi. Starzy
brodaci ludzie w tenisówkach funkcjonujący na marginesie ludzkiej
egzystencji. W wielkich miastach wszędzie widać objawy tego rozpadu,
rozkładu, ale w Nowym Jorku jest to szczególnie przygnębiające i niepokojące.
Idę ulicą 23 wzdłuż rzędu hiszpańsko-portorykańskich sklepów, a wieczorem słyszę w radiu, że właśnie tam, gdzie przechodziłem przed
kilkoma godzinami, troje Portorykańczyków - dwóch chłopców i dziewczyna
- ciosami noża zabiło starego człowieka i młodego chłopca; zdobyty łup
wynosił wszystkiego dwa dolary pięćdziesiąt dziewięć centów.
W telewizji pokazują pogrzeb Adenauera. Ten majestatyczny pogrzeb mógłby
być zmartwychwstaniem Niemiec - i Niemcy urządzili go z takim zamiarem.
Przez chwilę nostalgia za tymi "innymi" Niemcami, które - niezależnie od
Hitlera - były wielką siłą, bez których nie ma i nie może być Europy.
Tylko że - jak dowodzi pięćdziesiąt lat doświadczeń - te Niemcy ciągle
od nowa wykolejają Europę.
18 maja
Pojutrze lecimy do Europy. Dokładnie czterdzieści lat temu stałem na
lotnisku w Bourget i widziałem lądowanie Lindbergha.
Nowy Jork. Piętnaście lat. Po tym czasie mniej więzi, niż kiedy tu
przyjechaliśmy. Wszędzie korupcja i indolencja. W ciągu piętnastu lat
nie ukazała się tu po angielsku ani jedna napisana przeze mnie linijka,
mafia zdusiła w zarodku wszelkie możliwości publikacji. Teraz reklamują
wspomnienia córki Stalina.
W nocy niespokojny sen: Bandi nadchodzi z przeciwka (już blisko
trzydzieści lat, jak umarł), gruby, spocony, i zacinając się, krzyczy w wielkim podnieceniu: "Wyobraź sobie, że Bóg zwariował!". To nonsens,
chcę protestować - ale Bandi w końcu przychodzi "stamtąd", z tamtej
strony, więc może coś wie... Nie pozwala mi dojść do słowa, jąkając się,
dowodzi: "Wyobraź sobie, zwariował... Jak dyrygent, który podczas
prowadzenia Missa solemnis nagle oszalał i zaczął dyrygować bez ładu,
kiedy miała wejść harfa, on kazał wejść kotłom...". Jąka się spocony i mówi: "Nie ma już harmonii. Nie zauważyłeś?...". I znika. Wspomnienie
tego snu pozostało żywe jeszcze długo po przebudzeniu.
Mieszkanie w Salerno znaleźliśmy w doskonałym porządku. Cztery pokoje
czysto wysprzątane, nic nie zginęło, wszystko na swoim miejscu. Miasto
jest tajemniczo piękne, wyniosłe, niepowtarzalne. Nie sądzę, że
zamieszkamy tu na stałe, ale na długie lato - a może i na dwa - musimy
tu pozostać, zimę zaś chyba spędzimy w Austrii. A potem "do domu", do
Ameryki, gdzie János jest dla nas jedynym bliskim, prawdziwą rodziną.
W Neapolu zimny, późnojesienny wiatr. Na ulicach twarze, gesty sprzed
setek tysięcy lat. To nieprawda, co twierdzą głupi komuniści, że
konserwatyzm oznacza bezwład. Konserwatyzm, który czerpie siłę z baterii
tradycji, jest energią twórczą. W Neapolu we wszystkim czuje się tę
konserwatywną siłę.
Po raz pierwszy w życiu nie mam żadnych "planów". Umrę, to pewne - ale
to nie plan. Świeci słońce. Jestem stary, jestem wdzięczny, ponieważ -
jeszcze raz, przez chwilę - świeci słońce. To jedyna realność w moim
życiu. Wszystko inne jest tak daleko, jakbym czytał listy od zmarłego
człowieka.
W domu przyjęto nas wiadomością, że została zakupiona nowa winda i mam
pilnie wpłacić część przypadających na mnie kosztów. Po raz pierwszy w życiu kupiłem windę, jeszcze nigdy nie posiadałem takiego środka
komunikacji. Człowiek w końcu dożywa wszystkiego.
Teren wokół naszego domu już zabudowano sześciopiętrowymi betonowymi
klatkami; widok tak samo przygnębiający jak w Nowym Jorku. Tylko stary,
osiemdziesięcioletni sąsiad, wieśniak z Kampanii, zachował jeszcze na
skraju miasta swoją działkę, porośnięty żółtymi kwiatami ogród, który
każdego ranka podlewa i kopie. Stoi też jeszcze w sąsiedztwie jego dom,
piętrowy, stuletni południowowłoski wiejski dom. Ale to z jego strony
ani nie "wierność", ani "bohaterstwo", tylko spekulacja.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki