Dzienniczek Zakręconej Nastolatki cz.1 - Renata Opala

-
Proszę czekać

Poniedziałek, 8 maja, godz. 14

Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę!!! Nienawidzę co drugiego poniedziałku. Znowu mój tydzień sprzątania! Jak moich rodziców nie stać na gosposię, to mnie ma być stać? Otworzyłam kuchenne okno. Przy huśtawce kręciły się blokowe małolaty. Zawołałam Karola i spytałam, czy chce zarobić pięćdziesiąt groszy. Rudawy siedmiolatek odłączył się od jazgoczącej grupy dzieciaków i podszedł bliżej okna.

"Śmiecie". (Potrafię być oszczędna w słowach). Kiwnął głową i wszedł do klatki. Otworzyłam drzwi.

"Plastykowe wiadro do ogólnych, paczka - do makulatury, słoik i butelka do szkła".

"To będzie złoty pięćdziesiąt".

"Kurde! Ty nawet potrafisz liczyć!" - warknęłam.

"Są trzy rzeczy do zrobienia".

"Ale idziesz tylko raz. Nie to nie. Więcej nie mam. Spylaj!".

Śmiecie jednak wyniósł. Kiedy dawałam mu monetę, pokręcił głową i powiedział, że ostatni raz dał się tak bezczelnie wykorzystać.

Poniedziałek, 8 maja, po obiedzie

Mama weszła do kuchni. Rozejrzała się, podeszła do zlewozmywaka i musnęła palcem stojący na suszarce talerz. Następnie spokojnym, prawie obojętnym głosem powiedziała: "Tłusty, powtórka". I wyszła. Mogła walnąć mnie w ramię? Mogła, jak to się mówi, trzepnąć mnie ścierą przez łeb? Ale nie. Mama jest ponad to. Spokojna, opanowana. To wszystko przez ten KURS RADYKALNEGO WYBACZANIA. Nie bardzo wiem, czego tam uczą, ale raz w tygodniu wychodzi na trzy godziny i wraca niczym anioł. Jeszcze parę lekcji i żywcem pójdzie do nieba. Albo przejmie rolę Anioła Stróża naszej rodziny, a tego, który dotychczas się nami opiekuje, będzie można zwolnić i odesłać z powrotem do nieba. Ja w swoim domu na pewno będę miała zmywarkę. Przydałoby się włączyć odkurzacz, ale mi się nie chce: składać, rozkładać, znów wyrzucić śmieci... (a wiadro dopiero co umyte). Pomachałam szczotką "na rynku" i tę odrobinę piasku wmiotłam pod dywan (w pokoju mojej starszej siostry Ludwiki). Nikt tego nie zauważył.

Poniedziałek, 8 maja, wieczorem

Kolację jemy wszyscy razem. To taki nasz domowy obyczaj. Nikt się nie spieszy. Omawiamy bieżące wydarzenia i problemy (czasami i stopnie).

Ludwika była zmartwiona, bo jej najlepsza koleżanka, Martyna, miała wypadek. W czasie sobotnich porządków przewrócił się regał z książkami i jedna z półek uderzyła ją w głowę. (Byłoby śmiesznie, gdyby nie tragicznie). Jest w szpitalu. Ma wstrząśnienie mózgu. Prawdopodobnie przez dwa tygodnie nie będzie chodzić do szkoły. A to przecież ostatnie dni w podstawówce. Szczęśliwie obie już wiedzą, że dostały się do wybranego gimnazjum, gdzie brane były pod uwagę świadectwa z klasy piątej, a obie miały czerwony pasek. Współczujemy Martynie. Tylko tyle możemy zrobić.

Wtorek, 9 maja, rano

Zjadłam przygotowane przez mamę śniadanie. Chciałam umyć zęby, ale łazienka była zajęta. I zamknięta. Ludwika jest pod prysznicem i nie otworzy. Wstydliwa czyściocha! Przepłukałam usta nad zlewozmywakiem. Trudno. Pójdę do szkoły z białym serkiem i rzodkiewką między zębami. W drodze coś sobie przypomniałam. Aż mnie zatkało! Nie odrobiłam zadania z polaka. Kupiłam w kiosku zeszyt i usiadłam w ławce, udając, że mnie tam nie ma, ale jak pech to pech! Kropka zajrzała do dziennika i... "Muszyńska!".

Wstałam i wyciągnęłam z plecaka nowy zeszyt.

"Ojej!" - udałam bardzo zdziwioną. "Zeszyt właśnie mi się skończył. Nowy zabrałam, a starego nie...".

"Leć do domu! Zdążysz wrócić przed dzwonkiem". Wszyscy usłyszeli dziki szept Mikołaja.

"Gawerski, masz coś do powiedzenia?" - zareagowała Kropka. "W takim razie przeczytaj, co napisałeś".

""Zemsta, zemsta, zemsta na wroga..."" - zacytowałam w myśli, stwierdzając, że tym razem los okazał się sprawiedliwy.

Wtorek, 9 maja, godz. 14

Kiedy wróciłam ze szkoły, Ludwika już była. Założywszy nogę na nogę, siedziała w fotelu taty i słuchała nowej płyty Kory. Dmuchając na swoje świeżo polakierowane paznokcie, zaproponowała, że za dwa złote pozmywa za mnie naczynia. Powiedziałam, że to za drogo, bo dziś są tylko cztery talerze.

"I cztery kubki. I cztery miseczki po galaretce. A tyle mi właśnie brakuje na nowy różowy lakier".

Przypomniałam jej, że mama zgadza się tylko na bezbarwny.

"Widziałam w drogerii francuski jaśniusieńki, ledwie różowy".

"Nie żal ci kasy na takie coś?". Spojrzałam na swoje paznokcie: jeden dłuższy, drugi krótszy, jeden spiczasty, jeden zaokrąglony i postanowiłam, że od przyszłego tygodnia, jeszcze nie teraz, moje paznokcie staną się sprawą priorytetową. "Po co ci francuski? Polski będzie tańszy".

"Ty mi, Aśka, nie farmazonuj, tylko płać. Teraz. Żebyśmy potem nie musiały rozliczać się przy drewniakach".

Dałam jej te dwa złote. Niech zna moje dobre serce.

Wtorek, 9 maja, godz. 18

Ludwika szykuje się do szkoły. Na jutro. Nastawiła płytę Jarockiej (skąd wytrzasnęła taki antyk?) i prasuje swoje spódnice. A ma ich trzy: marynarski granat, szarą (mama nazywa ten kolor marengo) i czerwoną. Wszystkie jednakowe. Do kolan, w głębokie fałdy. Do tego nosi bluzki z materiału. Nie żadne tam T-shirty, tylko bluzki. Bo tak jest elegancko. Grzywkę przycina tuż nad brwiami, ciemne włosy związuje w koński ogon, a ściągającą je gumkę zakrywa frotką w kolorze spódnicy lub bluzki. Czasem zadaję sobie pytanie, czemu nie jestem taka jak ona, to znaczy porządna i akuratna, i czemu nie mam świadectwa z czerwonym paskiem... Ale widocznie los tak chciał. Nie podzielił jednakowo talentów między córki tych samych rodziców. Tylko czemu przeważnie mnie dał wszystkiego mniej? Kiedy patrzę na Ludwikę, wydaje mi się, że jest ładna. Ale już niedługo. Wkrótce, tak jak jej koleżanki, zacznie mieć tłustą cerę, wągry i pryszcze.

Ale będzie fajnie!

Środa, 10 maja, godz. 14

Ze szkoły wracałam z Adą. Rozstałyśmy się przy jej bloku. Już na klatce schodowej poczułam zapach spalenizny, a kiedy weszłam do mieszkania, znalazłam się w tumanach buroniebieskiego gryzącego, gorzkiego dymu. Krztusząc się, dopadłam najbliższych okien i otworzyłam je na oścież. Potem otworzyłam okna w przeciwległych pokojach, żeby zrobić przeciąg. Najgorzej było w kuchni, ale też tu się wszystko wyjaśniło. Ktoś (nie ktoś, tylko mama) zostawił na malutkim płomyczku garnek z rosołem. Rosół się wygotował, mięso spiekło na żużel, a garnek rozżarzył do czerwoności, ale się nie zapalił. Smród nie do wytrzymania! W całej klatce zrobił się popłoch. Musiałam się gęsto tłumaczyć i usprawiedliwiać, i to wcale nie za siebie. Na ławce przy piaskownicy czekałam na rodziców. Mama z wypiekami na twarzy pobiegła sprawdzić mieszkanie, a potem z przeprosinami szła od sąsiada do sąsiada. Ludwika nie była świadkiem tych ekscytujących wydarzeń, bo dopiero po osiemnastej wróciła z pływalni. Za to obiad zjedliśmy w pizzerii! Zamówiłam hawajską. Z ananasem. Taką najbardziej lubię. A mama jakoś nie narzekała, że to taka niezdrowa żywność, pełna konserwantów, kalorii i cholesterolu.

Czwartek, 11 maja, rano

Łazienka znowu zajęta. Ale tym razem moje na wierzchu. Rafał nauczył mnie, jak zwykłym śrubokrętem przesunąć zapadkę. Ludwika, wrzeszcząc, przykucnęła w wannie i zagroziła, że obleje mnie wodą z prysznica, a ja jej pokazałam buteleczkę zielonego tuszu do pieczątek i spytałam, czy lubi kąpiel w "zielonym jabłuszku", po czym spokojnie wyszorowałam zęby, uczesałam włosy i wyszłam do szkoły. Że ona się spóźni? A co mnie to obchodzi?

Czwartek, 11 maja, godz. 16

Ludwika ledwie zdążyła na, przygotowany przez skruszoną mamę, prawie świąteczny obiad. Zjedliśmy przystawkę, zupę, drugie i trzecie danie plus jabłecznik z herbatą. Ludwika najbezczelniej zażądała za mycie dwa pięćdziesiąt. Ustąpiłam, bo garów dużo, ale było mi to nie na rękę. Ledwie weszłam do swojego pokoju, w kuchni rozległ się okropny wrzask i coś stuknęło o podłogę. Wszyscy troje rzuciliśmy się na ratunek. Na podłodze leżał duży kuchenny nóż, na który z palca Ludwiki kapała prawdziwa czerwona krew. Ludwika przecięła nim gumową rękawiczkę razem z palcem. Mama zabrała garnkotłuka do łazienki, a zmywanie bohatersko dokończył tata. "Zbrodnia i kara - pomyślałam nie bez złośliwej satysfakcji".

Zbrodnia - to żądanie dodatkowych pięćdziesięciu groszy.

Kara - to przecięty palec.

Życie jest jednak sprawiedliwe.

Piątek, 12 maja

Wstałam za późno. Wyszłam za późno. Szłam szybko i powtarzałam, żeby zaczarować:

"Dwunastka jestszczę śliii wa, dwunastka jestszczę śliii wa...".

I faktycznie. Polaka nie było. Kropka na pilnej konferencji. Przez godzinę czytaliśmy na głos Harry'ego Pottera i Komnatę Tajemnic. Każdy uczeń po jednej kartce. Niektórzy czytali gładko, niektórzy gorzej niż źle, ale w końcu klasa doszła do wniosku, że powinien czytać ten, kto robi to najlepiej. I co? Wreszcie zostałam doceniona! Chociaż zachrypłam i zaczęło brakować mi śliny, czytałam do końca lekcji, a nawet przez kawałek przerwy, żeby zakończyć rozdział. Coś jednak potrafię!

Na religii siostra Anastazja powiedziała, że nie będzie pytać, ale w zamian mamy napisać wiersz o Aniele Stróżu. Każdy tak, jak potrafi. Ja napisałam aż dwa.

Pierwszy: Nawet w kościele pilnuj mnie aniele.

I drugi: Jesteś ze mną, więc się ciesze, bo gdy jesteś, to nie grzeszę.

Siostra mnie pochwaliła. O proszę! Jednak jakiś talent mam!

Sinus zwrócił nam zeszłotygodniowe kartkówki. Zanim omówił popełnione błędy, zadzwonił dzwonek i nauczyciel nic nowego nie zdążył nam zadać. I co? Połowa dnia poza mną i to bez większych wpadek. Dwunastka jest szczęśliwa!

Po obiedzie przyszedł do taty pan Paweł. Zamknęli się w pokoju, gdzie grali w szachy. Trenują przed oficjalnymi zawodami. Kiedy zaczynali rozmawiać coraz głośniej, trzeba było zrobić herbatę i zanieść im, przerywając dyskusję, żeby się przypadkiem nie pozabijali. Potrafią grać do północy. Albo i dłużej. Nie wiem, co w tych szachach jest nadzwyczajnego. Mnie one nie interesują. Ludwika trochę próbowała, ale brakuje jej czasu. Przed zawodami biega codziennie na pływalnię, a lekcje i tak przecież musi odrabiać.

Poukładałam książki i zeszyty, zjadłam kolację i położyłam się spać. Moją ostatnią myślą przed zaśnięciem było to, że dwunastka jest szczęśliwa. Ale co będzie jutro?

Sobota, 13 maja

Tata wyszedł z samego rana. Rozgrywki szachowe. Wróci późno w nocy i znowu zniknie. Przez dwa dni będziemy półsierotami. Kiedy wyjdzie mama - to sierotami całkowitymi. A może tak jest lepiej. Luz i kompuś (co prawda z filtrem rodzinnym) dostępny bez ograniczenia.

Po śniadaniu zaproponowałam Ludwice grę komputerową. Wywołałyśmy na ekranie dwa identyczne labirynty i zaczęłyśmy przesuwać w nich piłeczki. Punkty liczy się za czas i za liczbę stuknięć o ścianki. Od początku Ludwika była lepsza i zwyciężyła różnicą ośmiuset punktów. Nawet i na tym polu los mnie nie oszczędził. Chyba wpadnę w kompleksy. Za to uszczęśliwiona Ludwika podgrzała obiad i dobrowolnie umyła talerze (tylko dwa), po czym wyszła, nie mówiąc, dokąd idzie. Mogę teraz robić, co tylko zechcę. Ale co? Myślę, że moja siostra poleciała na dodatkowy trening przed jutrzejszymi zawodami. Tylko czy nie powinna właśnie dziś odpoczywać? Zrobić sobie całkowity luz? Żeby się tylko nie przetrenowała. "Co za dużo, to i świnia nie chce", jak mówi moja babcia. A może jest inaczej? Zostawili mnie samą, więc nikomu nie jestem potrzebna. Chyba się zaraz pociacham i rozpłaczę.

Sportowa niedziela

Tata spędził niedzielę na szachach, a ja i mama na trybunach pływalni o wymiarach olimpijskich. Ściskałyśmy kciuki za Ludwikę. Była też prawie połowa jej klasy. Kiedy moja siostra stanęła na słupku, rozpoczął się szalony doping: "IKA! IKA! IKA!". My też krzyczałyśmy, ale wątpię, żeby ona to słyszała. Poprawiła okulary pływackie i skoczyła! Widać było tylko jej głowę: raz w górze, raz w dole i mocne ramiona rytmicznie wychodzące z wody. Płynęła pięknie. Kiedy zrobiła nawrót, wiedziałam, że rywalki są przy niej bez szans. Wyprzedziła je o dobre pół metra. Kiedy zsunęła okulary i podniosła rękę, na jej twarzy malował się wyraz pełnego szczęścia. Biłam brawo jak szalona. Wydawało mi się, że ponieważ jestem jej siostrą, to i na mnie spływa odrobina jej obecnej, a może i przyszłej sławy.

W drodze do domu zaliczyłyśmy pizzę, włoskie lody karmelowo-czekoladowe z polewą toffi i już nie chciałyśmy obiadu. Wieczorem spotkała nas jeszcze jedna przyjemność: tata wygrał turniej i do jego kolekcji pucharów dołączył kolejny - srebrny. Tylko kto je wszystkie będzie czyścił?

Poniedziałek, 15 maja

Zimna Zośka. Powinno być minus pięć, a jest plus pięćdziesiąt. Po lekcjach poszłyśmy z Adą na lody. Jako osoby oszczędne (czytaj: niebogate) kupiłyśmy po małej porcji. Zaraz obok jest sklep, w którym jest wszystko i nic (ale czasem trafia się coś atrakcyjnego), więc weszłyśmy sprawdzić. Teraz modne są korale, cekiny, hafty i naszywanki. Pooglądałyśmy, poprzebierałyśmy i wyszłyśmy z nadgarstkami przyozdobionymi plątaniną szklanych koralików. Powiedzmy, że były to bransoletki. Wiem, tak jak Marilyn Monroe wiedziała, że najlepszymi przyjaciółmi kobiety są diamenty, ale nie jestem jeszcze w pełni dorosła, więc mogę zaczekać i chwilowo ponoszę coś tańszego.

Rozstałyśmy się pod blokiem Ady. Otwierając drzwi mieszkania, zahaczyłam bransoletką o klamkę i w jednej sekundzie stałam się właścicielką kilku poplątanych nitek. Koraliki, naśladując drobniutki cichutki kapuśniaczek, rozprysnęły się, przyozdabiając wycieraczkę i szarobure lastriko. Kurde! Przecież trzynastego było przedwczoraj. Za to dziś nie muszę sprzątać. Uff, co za ulga!!!

Ludwiki długo nie było. Gdzie ona łaziła? Wściekałam się, ale nakryłam do obiadu. Najpierw zjawili się rodzice, a dopiero po paru minutach moja zasapana siostra. Zaczęła się mętnie tłumaczyć, ale nikomu (z powodu gorąca) nie chciało się prowadzić śledztwa.

A może ona ma chłopaka i była na randce, a ja nic o tym nie wiem? Ooooo?!

Wtorek, 16 maja

W drodze do szkoły znowu spotkałam naszego blokowego dziwoląga. Petronela Kossobudzka w zimowym kostiumie i futrzanej czapce, spod której wystawały siwe kosmyki, wyprowadzała na spacer swoje psy. Biały "o mało co szpic" siedział w prowadzonym przez nią dziecinnym wózku, po jednej stronie maszerował teriero-pudel, o którym mówiła kerry blue terier, a po drugiej duży, masywny brązoworudy, według niej - leonberger. A ich imiona?! Diament, Brylant i Rubin! Mimo zalatującego od niej intensywnego zapachu naftaliny, powiedziałam "dzień dobry", na co ona skłoniła głowę i dystyngowanym tonem odpowiedziała: "dzień dobry, panienko".

Kiedyś była bardzo bogata. Mieszkała z mężem w przepięknym, dużym domu przy ulicy Grottgera. Kiedy umarł, wszystko się pomieszało, z małej emerytury nie była w stanie się utrzymać, sprzedała dom i przeniosła się do naszego bloku na osiedlu Przyjaźni. Dozorczyni (a mamy groźną dozorczynię z szóstką drobiazgu) ostrzegła wszystkie dzieciaki, żeby nawet nie odważyły się Petroneli dokuczać, bo jak to zauważy, to nie czekając na rodziców, spierze każdego na kwaśne jabłko. I dziwna rzecz, bo dzieciaki nie dokuczają Petroneli.

Przed Bożym Narodzeniem mama planowała upiec sernik. Kupiłam kilogram twarogu i to samo zrobiła Ludwika, więc sera było za dużo. Mama wymyśliła, żeby nadmiar zanieść pieskom Petroneli. Poszłyśmy obie z Ludwiką. Z ciekawości. Zaprosiła nas do środka. Poczęstowała herbatą, ale niczego do niej nie miała, mimo że było tuż przed świętami. Mama przygotowała więc dla niej małą paczkę i podała przez dozorczynię, prosząc, żeby nie mówiła od kogo. Od tej pory, raz w tygodniu, ja i Ludwika kupujemy biały ser (najtańszy). Dla jej piesków. Z własnego kieszonkowego. Nikt nam nie kazał. To taki nasz dobry uczynek.

Środa, 17 maja

Ludwika pospiesznie zjadła obiad. Odstrzeliła się jak na odpust w Kazimierzu Dolnym i pobiegła do drzwi.

"Dokąd idziesz?" - spokojnie (to po kursie) spytała mama.

"To widać" - wyręczyłam ją w odpowiedzi. "Idzie całować się z chłopakami". Zachichotałam.

"Jesteś pokręcona!" - warknęła na mnie siostrunia, a głośno dodała: "Idę na lody z dziewczynami z klasy. Wrócę najpóźniej za godzinę".

Ciekawe, dokąd chodzi, bo nie dla mnie te bajery o lodach.

Czwartek, 18 maja

Umówiłam się z Adą na rogu Kościuszki i Półwiejskiej, żeby połazić po sklepach. To co, że mam tylko dychę!? Z dychą nie wolno? W Browarze (ten kompleks zna cała Europa) potraciłyśmy głowy. Latałyśmy od sklepu do sklepu, od stoiska do stoiska jak oszalałe przepiórki i wyszłyśmy z pustymi rękami. Zrzedły nam miny. Jesteśmy biedne czy bardzo biedne, co? Z tego wszystkiego poszłyśmy na włoskie lody z automatu. Na to było nas stać.

Piątek, 19 maja

Koniec świata! Urwanie głowy! Mama usiłuje spakować tatę na wyjazd do Bydgoszczy. Jak najwięcej rzeczy w jak najmniejszą walizkę. Znowu zostaniemy półsierotami, w dodatku bez samochodu.