Trociny
Byłoto małe, pospolite, senne miasteczko zatopione wśród nudnych jakflaki z olejem równin środkowo-zachodniej Polski. Było tomiasteczko idealnie wrośnięte w lokalny krajobraz, doskonalezespolone z otaczającym je tłem. Było to miasteczko bliźniaczopodobne do setek tysięcy innych miasteczek w tej części świata -z niewielkim rynkiem, jednym kościołem, kilkoma sklepikami,kioskiem Ruch-u, pocztą i szkołą podstawową - przez co, jakuważano, gdyby jakiś kataklizm, nie wiem: trzęsienie ziemi albotrąba powietrzna, nagle, zmiótł je z powierzchni ziemi,prawdopodobnie nikt by tego nawet nie zauważył.
Byłoto miasteczko, w którym trwali pospołu ludzie, zwierzęta, roślinyi rzeczy, a nikt nie miał pewności, które z tych trwań, i czy w ogóle, zajmowało szczególną pozycję w czasie i przestrzeni.
Byłoto miasteczko, o którym, wydawało się, zapomniał Bóg i zapomniała historia.
Jeśliw tym miasteczku cokolwiek się działo, wiedzieli o tym wszyscy.Jeśli nie działo się nic - było dokładnie tak samo.
Wsamym centrum miasteczka, na przecięciu dwóch głównych ulic -imienia Mickiewicza (dawniej Armii Czerwonej) oraz Słowackiego(dawniej Waryńskiego) - stał jeden jedyny sygnalizator świetlny.Mówiono, że wcale nie służył do regulowania ruchu drogowego,lecz został postawiony tylko po to, aby tubylcy nie zapomnieli, żemieszkają w mieście.
Ulicemiasteczka utwardzono zaledwie w jednej trzeciej, na pozostałych pokażdym deszczu (a padało tam nader często) tworzyły się głębokiekoleiny. W tych koleinach stała woda, a w tej wodzie kwitło życie,chyba nawet bujniejsze i weselsze niż to, z którym miało się doczynienia poza kałużami. Kiedy woda parowała, nad niskimikamienicami i skleconymi byle jak budami z pustaków i eternitu,które, wykazując się sporą dawką dobrej woli, nazywano domami,unosiła się gęsta, nieprzenikniona mgła skutecznie zakrywającaodrapane elewacje zabudowań i porozrzucane bezładnie śmieci.Żartowano, że tylko wtedy, kiedy jest mgła i niczego nie widać,miasteczko można uznać za jakoś tam atrakcyjne.
Wkażdą pierwszą środę miesiąca na placu za budynkiem urzędumiasta odbywał się jarmark, na którym można było kupićwszystko, co potrzebne - od żywego inwentarza: kur, kaczek, gęsi,a nawet świń i krów, przez artykuły gospodarstwa domowego,elementy wyposażenia wnętrz, ubrania i żywność, aż do pirackiejmuzyki na kasetach magnetofonowych i wchodzących właśnie dopowszechnego użytku płytach CD. Dzień jarmarku był dla całejokolicy uroczystością porównywalną z Wielkanocą, BożymNarodzeniem i świętem patrona parafii.
Mieszkańcymiasteczka szczycili się tym, że dwa razy w dziejach, zawsze przyokazji wylewu wielkiej rzeki, ich miejscowość odwiedzali wysokiejrangi przedstawiciele władz centralnych, na skutek czegopodziurawione, brudne od błota ulice pokazano - w formie migawki,ale jednak - w wieczornym wydaniu telewizyjnych wiadomości.Najpierw zdarzyło się to w połowie lat siedemdziesiątych -wtedy pierwszy sekretarz partii wraz ze świtą zajechał domiasteczka nowiutkim Peugeotem 504 w sedanie. Podobno kiedy tamwjeżdżał, zatkał nos, bo wszędzie śmierdziało naniesionymprzez falę wezbraniową mułem zmieszanym z półpłynnymiekskrementami wyciekającymi z wybijających na potęgę przydomowychszamb. Sekretarz powiedział kilka słów do zebranych gapiów(starannie wyselekcjonowanych, niektórzy wręcz twierdzili, żespecjalnie na tę okoliczność przywiezionych autobusami zestolicy), obiecał w kolejnym roku wybudować wały przeciwpowodziowei czym prędzej odjechał w siną dal. Ustrój się skończył, wałównie wzniesiono, a po dwudziestu z okładem latach miasteczko dotknęłanastępna powódź. Tym razem mieszkańców odwiedził stojący naczele rządu koalicyjnego, wywodzący się z lewicypostkomunistycznej premier, który, dla odmiany, przyleciałpolicyjnym helikopterem (śmigłowiec ledwie się zmieścił nalądowisku zaimprowizowanym w obrębie boiska szkolnego), ale taksamo jak pierwszy sekretarz już na rogatkach zatkał nos, bowszędzie śmierdziało naniesionym przez falę wezbraniową mułemzmieszanym z półpłynnymi ekskrementami wyciekającymi z wybijających na potęgę przydomowych szamb, potem powiedział kilkasłów do zebranych, obiecał jak najszybciej przegłosować budowęwału i bez zwłoki odleciał z powrotem do Warszawy. Wkrótcekoalicja się rozpadła, premiera zdymisjonowano, wałów niewzniesiono, a mieszkańcy do dzisiaj z utęsknieniem czekają nakolejną wielką powódź, kolejną wizytę władz, kolejneprzysłowiowe pięć minut w wieczornym paśmie telewizyjnym.
Wmiasteczku mieszkał kiedyś krawiec, który szył ubrania tylko dladzieci. Krawiec izolował się od społeczności, nie chodził dokościoła, nie bywał na miejskich imprezach, przez co uważano goza nieszkodliwego dziwaka. Któregoś dnia jedna z dziewczynek, córkaprzewodniczącego rady miejskiej, poskarżyła się, że krawiecpodczas przymiarki sukienki komunijnej dotykał jej zakazanychmiejsc. Mieszkańcy, zamiast zawiadomić policję, skrzyknęli się i popędzili do zakładu, skąd wywlekli krawca na dwór, rzucili w błoto, skopali, po czym kazali wypieprzać jak najdalej i niepokazywać się nigdy więcej. I chociaż dziewczynka po miesiącuprzyznała się, że wszystko zmyśliła "z nudów i dla zabawy",od tamtej pory, żeby skorzystać z usług krawieckich, trzeba byłojeździć aż do miasta wojewódzkiego.
Mieszkałtutaj facet, który na południowym skraju mieściny uprawiał nahandel pomidory, ogórki i paprykę. Pewnego razu mężczyzna podczasspulchniania ziemi pod zasiew wykopał owalny, metalowy, zardzewiałyprzedmiot o długości mniej więcej sześćdziesięciu centymetrów.Z ciekawości uderzył w niego szpadlem i wtedy ten przedmiot pękłz hukiem słyszalnym ponoć w drugiej części miasteczka. Był toniemiecki niewybuch z czasów II wojny, który, rozbudzony popółwieczu, w przypływie duszonej przez pięć dekad wściekłościurwał facetowi prawą rękę do wysokości łokcia i poważnie raniłgo w oko.
Mieszkałtu nauczyciel znany ze swojej nadmiernej surowości w stosunku douczniów. Brać uczniowska tę surowość tolerowała do czasu, gdy w trakcie lekcji w ósmej klasie pedagog, chcąc ukarać najbardziejrosłego chłopca za to, że ten, miast słuchać uczonych wywodów,z tępą miną gapił się w okno, kazał mu pójść do kąta i klęknąć na rozsypanych tam ziarnach grochu. Chłopiec, odczytującten rodzaj kary jako potworne upokorzenie, wstał, chwycił sporoniższego od siebie psora za barki i wystawił go za drzwi salilekcyjnej, ostrzegając, że może wrócić stamtąd dopiero wtedy,gdy przemyśli swoje zachowanie. Nauczyciel wrócił po niespełnaminucie. Od tamtej pory był najgrzeczniejszym belfrem w całejszkole.
Przezjakiś czas mieszkał tu chłopiec, który jako dziecko napisał listdo papieża Jana Pawła, błagając, aby Ojciec Święty zastąpiłjego własnego ojca, pijącego na umór i bijącego jego oraz matkę- ale papież nie odpisał mu nigdy, a potem umarł i sprawazwyczajnie się rozmyła.
Przezjakiś czas mieszkał tu lekarz, który przyjmował chorych w specjalnie zaaranżowanym pokoju w swoim domu. Prywatne wizytyskończyły się, kiedy na jaw wyszło, że lekarz najbardziej lubipomagać pacjentkom do trzydziestego roku życia, a dwom pomógł natyle skutecznie, że kobiety zaszły w ciążę - mimo że pierwszanie miała męża, narzeczonego ani chłopaka, a małżonek drugiejoficjalnie uznany został za bezpłodnego.
Przezjakiś czas mieszkał tu taki niby fajny, młody ksiądz, co to,całkiem prywatnie, potrafił i z biskupa zażartować, ale dośćszybko przeniesiono go na inną parafię.
Mieszkałatu kobieta, która nie miała żadnych przyjaciół. Znaławszystkich i wszyscy ją znali, ale z nikim nie była na tyle blisko,żeby czuć się częścią czyjegoś pojedynczego życia. Zawszebyła gdzieś obok. Dopiero, gdy zmarła, mieszkańcy zdali sobiesprawę, że, nie będąc częścią niczyjego życia, kobieta byłaczęścią życia samego miasteczka. W dniu pogrzebu była w nimobecna bardziej niż przed śmiercią, a potem pozostała po niejpustka, której nikt nie umiał zapełnić.
Mieszkałatu inna kobieta, ale wyprowadziła się, gdy tylko ukończyła szkołęśrednią, twierdząc, że w tym miasteczku nie ma dla niejprzyszłości, a w tym świecie nie ma przyszłości dla miasteczektakich jak to.
Mieszkałotam ponadto wiele innych osób różnej płci i wieku, a każda z nich po kolei, w rytmie niezmiennym od tysiącleci, rodziła się,dojrzewała i umierała, robiąc miejsce następnej, bo przecieżwszyscy w tym miasteczku, tak samo jak wszyscy w każdym jednymmiasteczku, mniejszym czy większym, ładniejszym czy brzydszym,byli, są i będą niczym rośliny kwitnące wiosną i więdnącejesienią; niczym trociny, które rozwiewa wiatr.
Swój obcy
Mieszkałtu od ubiegłego lata. Ponad rok temu, dorobiwszy się na handlunieruchomościami (złośliwi twierdzili, że spekulacyjnym),postanowił sprzedać studwudziestometrowe mieszkanie w apartamentowcu w centrum dużego miasta, kupić dom na tak zwanejprowincji (złośliwi twierdzili, że na zadupiu) i tam, poznawszyjakąś fajną i niewymagającą dziewczynę, spędzić resztężycia. Wieś (prawdę powiedziawszy: idea wsi) zawsze go fascynowałai pociągała; zrazu postrzegał ją jako odskocznię, większośćweekendów spędzając w wynajętych chałupach w agroturystykach naPodlasiu, Podkarpaciu albo Mazurach, ale po jakimś czasie doszedłdo wniosku, że wieś ma w sobie jakąś dzikość, pierwotność,niebezpieczny urok, tajemnicę, której nie da się zgłębić,przyjeżdżając do niej li tylko w celach turystycznych. Tam trzebabyło po prostu być na co dzień, żyć tamtejszymi sprawami,wniknąć w tameczną mentalność, zlepić się z nią, stać siętym, kim są miejscowi - i, kiedy wreszcie osiadł na wsi na stałe,starał się robić to najlepiej, jak potrafił.
Chodziłwięc do kościoła, tak jak chodzili do niego tutejsi, starał siępić tak jak oni (i choć z początku, kiedy wpadał do knajpy i zajmował miejsce przy pierwszym wolnym stoliku, nikt się do niegonie dosiadał, a gdy sam próbował dosiąść się do kogoś, zwyklesłyszał odmowę, to jednak w końcu udało mu się wejść w komitywę z niejednym bywalcem przybytku), mówił jak oni (złośliwitwierdzili, że było to dość pokraczne), interesował sięsprawami związanymi z uprawą roli i hodowlą bydła oraz trzodychlewnej, dywagował na temat nieoczekiwanych i niszczących domowebudżety wzrostów cen artykułów spożywczych i nawozów sztucznych(choć jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie miał bladego pojęcia,ile kosztuje bochenek chleba), narzekał na rządzących lub chwaliłich, zależnie od tego, kto na jakim szczeblu dzierżył w danymmomencie władzę, żył w zgodzie z proboszczem i sołtysem, piłpiwo pod sklepem, nigdy nikomu nie odmówił pomocy, jeśli tylkoktoś odważył się o takową do niego zwrócić.
Lokalsiuznawali go za śmiesznego, ale porządnego gościa i, choć częstorobili sobie z niego żarty, w gruncie rzeczy nawet go lubili - alemimo wszystko nigdy nie uznali go za swojego. I nie ma się czemudziwić: wiadomo przecież, że małe, zamknięte społeczności takjuż mają, że nie otwierają na oścież drzwi przed obcymi, ba,zazwyczaj nawet ich nie uchylają, że wejść w nie z przysłowiowegobuta udaje się rzadko, zaś stać u wrót i kołatać można dousranej śmierci, a i tak zapewne nikt nie wpuści nas do środka.Nie jesteś stąd, to nigdy stąd nie będziesz. Byłeś stąd, alewyjechałeś - już nigdy nie będziesz tutejszy. Oto dwie zasady,trzeba przyznać, niezwykle korzystne z punktu widzenia wewnętrznegobezpieczeństwa, które organizują życie niewielkich liczebniewspólnot, zawsze i wszędzie. I pewnie nic w tej materii niezmieniłoby się dla bohatera tego opowiadania, gdyby nie jednowydarzenie z końca sierpnia, które wpłynęło na jego sytuację w sposób radykalny.
Uschyłku wakacji, w sobotę, ochotnicza straż pożarna zorganizowaław mieszczącej się w ich siedzibie tak zwanej świetlicy wiejskiejdoroczną dyskotekę z okazji pożegnania lata. Na dyskotece, jak tona dyskotece, piło się wódkę, tańczyło w rytm disco polopuszczanego na boomboksie przez samozwańczego DJ-a, podrywałodziewczyny i, jeśli znalazło się jakąś chętną, wychodziło z nią w krzaki albo do zaparkowanego w zaciemnionym miejscu maluchaczy poloneza.
Żadenz mieszkańców traktujących poważnie kwestię integracji lokalnejspołeczności nie mógł odpuścić sobie imprezy tej rangi. Niemógł odpuścić jej również, a może przede wszystkim, ktoś, ktow łaski tej społeczności dopiero usiłował się wkraść - a kimś takim bez wątpienia był nasz bohater.
Mężczyzna,nie chcąc niczego przegapić, przyszedł na miejsce jako jeden z pierwszych, szybko zaczął pić, szybko też zakręciło mu się w głowie. Brylował w towarzystwie, starając się zagadać dokażdego, z każdym znaleźć jakiś wspólny język - i, trzebaprzyznać, szło mu to całkiem nieźle. W pewnej chwili, a było jużdobrze po północy, poczuł ostry napór w pęcherzu. Wstał odstołu i skierował się w stronę toalety. Tuż przed drzwiami,chcąc maksymalnie skrócić całą akcję, zaczął rozpinaćrozporek, ale na jego nieszczęście okazało się, że w toaleciewybił kibel, podłoga była pełna brudnej wody i nikt nie miałnajmniejszych szans, aby skorzystać z dobrodziejstwa cywilizacji w postaci działającego klozetu. Mężczyzna machnął ręką. "Wsumie to nawet lepiej", pomyślał, "duszno jest, pójdę siku zaremizę, przy okazji się trochę przewietrzę, przetrzeźwieję, bozaczyna się robić grubo", po czym wyszedł z sali i udał się zawinkiel.
Zaremizą panowała zupełna ciemność. Nie było tam ani jednejlampy, a księżyc, jak na złość, znajdował się akurat w nowiu.Mężczyzna po omacku dotarł do okalającego siedzibę OSPdrewnianego płotu, oparł się o niego i z wyraźną ulgą począłrobić to, po co tutaj przybył. Kiedy zbliżał się do finiszu,usłyszał wydobywające się z mroku, zadane tubalnym, przepitym i przepalonym głosem pytanie:
- Cotutaj robisz?
- Szczę- odpowiedział zgodnie z prawdą, zwracając szczególną uwagęna użycie czasownika w formie dopasowanej do zasad lokalnej gwary.Zmrużył oczy, żeby przebić się wzrokiem przez ciemność, i wtedy dostrzegł przed sobą łysego, napakowanego kolesia, jedynegosyna obecnego wójta gminy, który z racji siły fizycznej, jakądysponował, i nadmiernej, zwłaszcza po alkoholu, skłonności dobitek, szczycił się przezwiskiem Stalowa Pięść.
- Nicnie widziałeś - powiedział Stalowa Pięść. - Zupełnie nic.
- Aleczego nie widziałem? - zdziwił się tamten, zasuwając zamekrozporka, bo rzeczywiście niczego nie widział. Raz jeszcze zmrużyłoczy i dopiero wtedy spostrzegł, że w przeciwległym kącie działkioprócz Stalowej Pięści stoi trzech innych facetów, z którychjeden ma spodnie opuszczone do kolan, zaś na trawie obok nich leżymłoda dziewczyna w rozdartej sukience, z podziurawionymipończochami, włosami w nieładzie i rozmazanym makijażem. Znałją. To była Kasia, córka sklepikary, uczennica ostatniej klasytechnikum odzieżowego. Płakała. Jej płacz, właściwie było tołkanie, był delikatny i cichy. Nie było możliwości, aby przedarłsię przez dobiegającą z wnętrza remizy muzykę.
Mężczyznamomentalnie wytrzeźwiał, usiłując przeanalizować sytuację,której został mimowolnym świadkiem. W głowie kłębiły mu sięróżne myśli, ale po kilku sekundach zdał sobie sprawę z tego, naco patrzy. Przełknął ślinę. Zrozumiał, że właśnie przerwałpróbę gwałtu.
- Samachciała - wyjaśnił Stalowa Pięść, wskazując głową naKasię. - A nawet jeśli nie, to nieważne - zaśmiał się, co,jak na zawołanie, wywołało echo w postaci rechotu pozostałychsprawców. - Ale nie martw się, jest jej dobrze. Płacze, jak tobaba, musi sobie popłakać, to normalne. Jutro jej przejdzie, a my z chłopakami kupimy jej w nagrodę za dobrą robotę Opla Corsę, mamtaką jedną na oku, silnik 1.2, czysta benzyna, niezłachany, nadasię. Zobaczysz, jutro będziemy z tego żartować, ona też.Pamiętaj tylko: nic nie widziałeś.
Mężczyznapopatrzył po kolei na każdego z czterech obecnych, a potemprzeniósł wzrok na dziewczynę. Spoglądała na niego błagalnie.Spoglądała na niego szklistymi oczami, w których odbijała sięmieszanina bólu, smutku, bezradności i chyba nawet upodlenia.Zrobiło mu się jej żal. Wiedział, był przekonany, że StalowaPięść kłamie, że Kasia nie wyraziła zgody na seks, a zadośćuczynienie w postaci samochodu ma mniej więcej takąwartość, jak podarowanie komuś rękawiczek tuż po tym, jakobetnie mu się dłonie. Ale stał jak wryty, nie będąc pewnym, jakpowinien zareagować. Rzucić się na gwałcicieli? Jest ich więceji są silniejsi, zleją go do nieprzytomności. Zadzwonić napolicję? Zostanie donosicielem i nie będzie miał tutaj życia,może nawet do tego stopnia, że będzie musiał wyprowadzić się zewsi. Poza tym komendant był dobrym kolegą wójta, więc trudno byłoliczyć na uczciwie śledztwo w sprawie dotyczącej jego jedynaka. A może odejść i udawać, że nic się nie stało? To najprostszewyjście, tylko czy wyrzuty sumienia pozwolą mu potem spać ponocach?
- Tojak będzie? Widziałeś coś? - ponaglał Stalowa Pięść.
Mężczyznazagryzł wargi. Przez dobrą minutę bił się z myślami, po czym poraz ostatni ogarnął wzrokiem wszystkich uczestników zdarzenia.Płacz dziewczyny zmieszał się w jego uszach z zapuszczoną właśnieprzez DJ-a piosenką o refrenie: "O kurde, Kaśka, aleś Tydziewczyna, chyba nie wytrzymam, tak mi leci ślina, o kurde, Kaśka,ale Ty masz ciało, woda się podniosła, spodnie rozerwało"."Kurwa", pomyślał i splunął.
- Nicnie widziałem - powiedział wreszcie. - W ogóle mnie tu niebyło.
StalowaPięść wyszczerzył zęby, podszedł do mężczyzny i przyjacielskoklepnął go w ramię:
- Ibardzo dobrze - szepnął. - Od teraz jesteś nasz. Byłeś obcy,ale już jesteś swój. Wracaj do sali, napij się, zapomnij.
Mężczyznaposłusznie skierował się do remizy. Usiadł przy stoliku, wlał doliteratki setkę czystej, przechylił, w trzech łykach pozbył sięzawartości, nie popijając i nie zagryzając, i przymknął oczy."Mam, co chciałem", szepnął do siebie, "nareszcie jestemstąd". Ponownie nalał do pełna, golnął całość naraz i gorzko się uśmiechnął.
wserii kwadratukazały się:
"2008","2011", "2014", "2017", "2020" - antologiewspółczesnych polskich opowiadań
AndrzejBallo"Made in Roland"
MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
WenantyBamburowicz"Masy powietrza"
WaldemarBawołek"To co obok"
KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"
JacekBielawa "Kościelec"
JarosławBłahy "Rzeźnikz Niebuszewa", "Zaklęty w szerszenim gnieździe"
DariuszBitner"Książka"
RomanCiepliński"Diabelski młyn" , "Ukryte myśli" , "Schyłek", "Życiezastępcze"
TomaszDalasiński"Dzień na Ziemi", "Nieopowiadania", "Przystanek kosmos"
JerzyFranczak"Święto odległości"
KrzysztofGedroyć"Przygody K"
AndrzejGrodecki"Iluzje"
BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"
LechM. Jakób"Ciemna materia"
JarosławJakubowski"Ciemna Dolina", "Wojna"
BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"
WojciechKlęczar"Wielopole"
BogusławaLatawiec"Ciemnia"
RyszardLenc"Chimera"
ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco","Spowiadania i wypowieści"
MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"
JarosławMaślanek"Ferma ciał"
PiotrMichałowski"Światy równoległe"
DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"
KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Secondlife", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"
EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"
CezaryNowakowski,JakubNowakowski"Błogosławieni"
PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sennie przyjdzie)"
PawełPrzywara"Ricochette","Zgrzewka Pandory"
KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczery facet"
GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani", "Wyjście"
ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"
IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"
ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"
MichałTrusewicz"Przednówki"
AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncert muzykidawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
EmiliaWalczak"Hey,Jude!"
MiłoszWaligórski"Ktoto widział"
HenrykWaniek"Miastoniebieskich tramwajów"
MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"
MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
TadeuszZubiński"Rzymska wojna"