1
Tak wcześnie East River pokrywa warstwa półprzezroczystości, jasna
stalowa powłoka zdająca się płynąć po powierzchni wody, która przechodzi
z nocnej czerni w nieprzejrzystą, ciemną zieloność nadchodzącego dnia.
Światła mostu Brooklińskiego bledną na tle nieba. Mężczyzna podnosi
metalową żaluzję swojego warsztatu szewskiego. Młoda kobieta, z włosami
w koński ogon, przebiega obok faceta w średnim wieku, w skąpej czarnej
sukience i glanach, który wraca wreszcie do domu. Przypadkowe
rozświetlone okno jest jasne jak księżyc w pełni.
Isabel, która nie spała, stoi w oknie sypialni, w T-shircie XXL
sięgającym jej do połowy ud. Kobieta z końskim ogonem mija mężczyznę w sukience, kiedy ten wkłada klucz do zamka drzwi prowadzących do
westybulu. Szewc podnosi teraz stalową kratę, przygotowując się do
otwarcia zakładu. Dlaczego otwiera tak wcześnie, kto chciałby naprawić
buty o piątej rano?
Pojawiły się już pierwsze nieśmiałe oznaki wiosny. Drzewo przed
kamienicą Isabel (klon srebrzysty, który według Google'a jest "splątany
i płytko ukorzeniony") pokryło się małymi, twardymi pączkami, które
niebawem wybuchną pięciopalczastymi liśćmi, niczym się
niewyróżniającymi, póki wystarczająco mocny wiatr nie zatrzepocze nimi,
ukazując ich srebrne spody. Na parapecie po drugiej stronie ulicy stoi
bukiet żonkili w szklanym wazonie. Zimowe światło, które przez miesiące
było ciągle nieruchome i blade, zdaje się przyśpieszać, jakby cząsteczki
powietrza zostały właśnie wprawione w ruch.
Początek kwietnia na Brooklynie może być kalendarzową wiosną, ale od
prawdziwej wiosny - z jej śladami zieloności, budzeniem się łodyżek i kiełków - dzielą go jeszcze tygodnie. Pączki na drzewie są nadal tylko
ściśle zwiniętymi małymi guzkami oczekującymi na to, żeby się otworzyć.
Żonkile w oknie po drugiej stronie ulicy znaczą tylko tyle, że można je
kupić w markecie na rogu, że zaczęły być dostarczane z miejsca,
gdziekolwiek ono jest, w którym rosną.
Isabel odwraca się od okna, żeby spojrzeć na Dana, który nadal głęboko
śpi, oddychając ciężko, pogrążony we śnie tak po dziecinnemu, jak tylko
czterdziestodwuletni mężczyzna może być. Zwiotczałe usta ma otwarte,
białoblond włosy lśnią w mrocznym pokoju.
Wyobraźcie sobie, spać w ten sposób. Isabel zazdrości Danowi tego daru
snu, ale jest także za niego wdzięczna. Kiedy Dan i dzieci śpią, ona -
dla której sen rzadko jest czymś więcej niż płochliwym, upstrzonym
sennymi marzeniami usiłowaniem spania - może również być sama w mieszkaniu, zanurzona we własnym śnie na jawie o nocnej samotności,
znaczonym jedynie zielonymi ledowymi cyframi kuchennego zegara.
Kiedy odwraca się z powrotem do okna, widzi sowę. Z początku wygląda jak
narośl na gałęzi drzewa, na której siedzi. Upierzenie ptaka wtapia się
niemal idealnie w ciemną, pstrokatą, szarobrązową korę. Isabel mogłaby
wcale nie zauważyć sowy, gdyby nie jej oczy, dwa czarno-złote dyski nie
większe od dziesięciocentówek, płomiennie uważne, krańcowo nieludzkie.
Przez chwilę wydaje się, że samo drzewo wybrało ten moment, aby
poinformować Isabel, że jest czujne i uważne. Sowa, niewielka, rozmiarów
rękawiczki ogrodniczej, zdaje się początkowo patrzeć na Isabel, ale
kiedy ta dostraja się do spojrzenia ptaka, ten wyraźnie spogląda obok
Isabel, gapiąc się nie tylko na nią, ale i w głąb pokoju, w którym
Isabel stoi - na nocny stolik z niezapaloną lampką i egzemplarzem
zeszłomiesięcznego "Atlantica"; na ścianę za nim, z oprawionym zdjęciem
dzieci, profesjonalną czarno-białą fotografią, na której są niepokojąco
niewinnie, potulnie wyglądającymi wersjami siebie samych. Sowa kieruje
niemrugające oczy na wszystko w pobliżu Isabel, wydaje się, że nie
odróżnia kobiety od lampy i zdjęcia, nie rozumie ani jej nie obchodzi,
że Isabel jest żywa, a pozostałe rzeczy nie. Kobieta i ptak trwają
krótko na swoich miejscach, ich spojrzenia się zwarły, po czym sowa
odfruwa z taką łatwością, jakby w ogóle nie poruszała skrzydłami, a jedynie przyzwalała na lot. Zakreśla łuk i znika. W jej odlocie kryje
się wrażenie abdykacji, jakby jej obecność na drzewie za oknem była
pomyłką, niezamierzonym rozdarciem w tkaninie możliwości, szybko i skutecznie zacerowanym. Ptak wydaje się Isabel już tylko snem na jawie,
co miałoby sens, zważywszy na to, że nie zmrużyła oka przez całą noc
(zwykle udaje jej się złapać kilka godzin snu), że następnego dnia
problemy znowu napłyną (Robbie nadal nie znalazł mieszkania, Derrick
chyba nie jest skłonny zrezygnować z powtórnej sesji zdjęciowej) i że
niebawem Isabel będzie zmuszona włączyć się w to wszystko, zdobyć się na
możliwie najbardziej przekonującą manifestację siebie samej, osoby,
która może wszystko, czego się od niej wymaga.
Sowa zniknęła. Kobieta uprawiająca jogging pobiegła dalej. Facet w sukience wszedł do swojego budynku. Został tylko szewc, który włączył w zakładzie jarzeniówki, światło, które nie promieniuje spoza witryny, nie
dodaje ulicy blasku. Isabel nie ma pojęcia, czy szewc, z którym nigdy
nie rozmawiała (naprawia obuwie w centrum), otwiera tak wcześnie, bo
ucieka przed jakimś rodzinnym konfliktem czy czerpie przyjemność z włączania niebieskiego neonu KLINIKA OBUWIA (Isabel naprawdę powinna
zacząć korzystać z jego usług, choćby dlatego, że tamten uważa swój
zakład szewski za szpital dla butów) i z ożywiania metrowej wysokości
manekina w oknie wystawowym, wyblakłego od słońca... lisa, szopa?...
siedzącego na szewskim zydlu, podnoszącego i opuszczającego miniaturowy
młotek, który teraz, gdy właściciel zakładu ponownie go uruchomił, gdy
napis KLINIKA OBUWIA płonie gazowym błękitem, a zwierzę podjęło swoje
obowiązki, jest jak ogłoszenie początku dnia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki