PRZEDMOWA
Książka ta kontynuuje serię moich wcześniejszych publikacji dotyczących
analizy transakcyjnej. Kreśli rozwój jej idei, jaki nastąpił w ciągu
ostatnich pięciu lat zarówno w sferze teoretycznej, jak i praktycznej.
Najbardziej znaczącego postępu dokonałem w tym okresie w dziedzinie
analizy skryptów. W tym czasie poszerzyło się grono osób
wykorzystujących metody analizy transakcyjnej nie tylko na gruncie
medycyny klinicznej. Tworzą one nowe teorie, funkcjonujące na różnych
polach ludzkiej działalności: w przemyśle, systemie
penitencjarno-resocjalizacyjnym, edukacyjnym czy w polityce. Wiele z tych osób wniosło znaczący, twórczy wkład w rozwój analizy
transakcyjnej. Wspominam o nich w tekście i przypisach.
Ma to być zarazem zaawansowany podręcznik psychoterapii. Psychoterapeuci
różnych specjalności nie powinni mieć kłopotu z przełożeniem prostych
zasad analizy transakcyjnej na swój własny język. Pracę tę jednak będą
czytać również osoby nie związane zawodowo z psychoterapią. Starałem się
uczynić ją zrozumiałą również dla nich. Być może wymagać będzie niekiedy
zastanowienia, lecz - mam nadzieję - obejdzie się bez deszyfrowania.
W konwencjonalnej psychoterapii mamy do czynienia z trzema rodzajami
dialektów: terapeuta-terapeuta, terapeuta-pacjent oraz pacjent-pacjent.
Różnią się one od siebie tak, jak kantońska i mandaryńska odmiana języka
chińskiego czy starożytna i współczesna greka. Doświadczenie pokazuje,
że eliminacja tych różnic na rzecz posługiwania się rodzajem kua-yu
czy lingua franca, opartym na języku potocznym, bardzo usprawnia
proces komunikacji, o którego znaczeniu terapeuci mówią tak często i głośno (jednocześnie pozostawiając go w "poczekalni" własnemu losowi).
Starałem się uniknąć - wywodzącej się jeszcze z czasów
czternastowiecznego wydziału medycyny Uniwersytetu Paryskiego, a tak
upowszechnionej w naukach społecznych i psychiatrii - praktyki
maskowania własnej niepewności dłużyznami i niejasnością wywodów.
Taka postawa naraża zwykle autora na oskarżenia o "popularyzatorstwo" i "nadmierne upraszczanie", przypominające jako żywo oskarżenia o "burżuazyjny kosmopolityzm" i "odchylenie prawicowe" wysuwane przez
dawne komitety centralne. Mając jednak wybór pomiędzy tajemnym i jawnym,
pomiędzy upraszczaniem i prostotą, postanowiłem pisać "dla ludzi", tu i ówdzie wplatając wielkie słowa, by - niczym rzucona kość - odwracały
uwagę czujnych psów strzegących akademickich wrót. Sam zaś, na spotkanie
z mymi przyjaciółmi, wkradałem się tylnymi drzwiami.
Niemożliwe jest wymienienie tutaj wszystkich osób, które wspomagały
rozwój analizy transakcyjnej, gdyż jest ich bardzo wiele. Ci, których
znam najlepiej, to członkowie-nauczyciele International Transactional
Analysis Association oraz uczestnicy San Francisco Transactional
Analysis Seminar, na które regularnie uczęszczam. Do najbardziej
zainteresowanych badaniami nad analizą skryptów należą: Carl Bonner,
Melvin Boyce, Michael Breen, Viola Callaghan, Hedges Capers, Leonard
Campos, William Collins, Joseph Concannon, Patricia Crossman, John
Dusay, Mary Edwards, Franklin Ernst, Kenneth Everts, Robert Goulding,
Martin Groder, Gordon Haiberg, Thomas Harris, James Horewitz, Muriel
James, Pat Jarvis, Stephen Karpman, David Kupfer, Pamela Levin, Jack
Lindheimer, Paul McCormick, Jay Nichols, Margaret Northcott, Edward
Olivier, W. Ray Poindexter, Solon Samuels, Myra Schapps, Jacqui Schiff,
Zelig Selinger, Claude M. Steiner, James Yates i Robert Zechnich.
Prócz tego pragnę podziękować mej sekretarce w San Francisco, Pameli
Blum, za to, że dbała, by seminarium przebiegało bez zakłóceń, i za jej
własny w nie wkład. Dziękuję również jej następczyniom, Elaine Wark i Arden Rose, a w szczególności mojej sekretarce w Carmel, pani Mary N.
Williams. Gdyby nie jej przytomność umysłu, umiejętności i zaangażowanie, przechodzący liczne kolejne poprawki manuskrypt nigdy nie
ujrzałby światła dziennego. Mój piętnastoletni syn Terence pomógł mi
znacznie w sprawdzaniu bibliografii, rysunków i innych detali
manuskryptu. Moja córka Ellen Calcaterra przeczytała go, czyniąc wiele
cennych uwag. Chcę na koniec podziękować pacjentom za gotowość otwarcia
się przede mną oraz za to, że dali mi wyjechać na wakacje, bym mógł
spokojnie wszystko przemyśleć, jak również milionom czytelników moich
książek, przełożonych na piętnaście języków, którzy dodawali mi otuchy i zachęty, czytając te prace.
Uwagi semantyczne
Jak w wypadku moich pozostałych książek, zaimek "on" odnosić się może do
osób obojga płci. Zaimka "ona" używam, gdy zagadnienie w większym
stopniu odnosi się do kobiety niż mężczyzny. Dla uproszczenia i odróżnienia o terapeucie piszę w rodzaju męskim. Mam nadzieję, że zasady
te nie zostaną źle przyjęte przez wyemancypowane czytelniczki.
Słowa "jest" używam, gdy mam o czymś odpowiednio silne przekonanie,
oparte na doświadczeniu klinicznym (własnym lub cudzym). Jeśli nadal
szukam dla danej tezy właściwego umotywowania, używam sformułowania
"zdaje się". Historie przypadków pochodzą z mego własnego doświadczenia
oraz z przykładów dyskutowanych na seminariach i sesjach. Niektóre z nich są połączeniami kilku innych, a wszystkie zostały zmienione tak, by
zapobiec rozpoznaniu przedstawianych osób. Istotne wydarzenia lub
rozmowy są jednak wiernie oddane.
Eric Berne
Rozdział I
WPROWADZENIE
A. Co mówimy po "dzień dobry"1?
To dziecinne, pozornie pozbawione naukowej głębi pytanie w istocie
zawiera wszystkie podstawowe kwestie dotyczące ludzkiej egzystencji i wszystkie fundamentalne zagadnienia nauk społecznych. Pytanie to zadają
sobie już małe dzieci. Większe próbują się pogodzić z wykrętnymi
odpowiedziami. Nastolatki zadają je swym autorytetom i sobie nawzajem.
Dorośli unikają go, godząc się na zwyczajowo przyjęte odpowiedzi, a starzy filozofowie piszą o nim całe księgi, w których próżno jednak
szukać odpowiedzi. Zawiera ono zarówno podstawowe pytanie psychologii
społecznej: "Dlaczego ludzie ze sobą rozmawiają?", jak i podstawowe
pytanie psychiatrii społecznej: "Dlaczego ludzie lubią być lubiani?"
Odpowiedź na nie jest odpowiedzią na pytania zadane przez czterech
jeźdźców Apokalipsy: wojna czy pokój, głód czy urodzaj, choroba czy
zdrowie, śmierć czy życie? Nic dziwnego, że tak nieliczni znajdują na
nie odpowiedź za życia, skoro większość z nas przeżywa swoje dni, nie
znalazłszy nawet odpowiedzi na pytanie, które je poprzedza: "Jak mówimy
"dzień dobry"?"
B. Jak mówimy "dzień dobry"?
Odpowiedź to sekret buddyzmu, chrześcijaństwa, judaizmu, platonizmu,
ateizmu, a przede wszystkim - humanizmu. Słynny w tradycji zen "dźwięk
klaśnięcia jednej dłoni"2 to dźwięk słów "dzień dobry" wypowiedzianych
do drugiego człowieka, brzmienie "złotej reguły" każdej świętej księgi.
Powiedzieć "dzień dobry" we właściwy sposób - znaczy dostrzec drugiego
człowieka, wykazać się świadomością jego istnienia i gotowością na
spotkanie z nim. Najwyższym stopniem tej umiejętności wykazują się chyba
mieszkańcy Fidżi. Ich szczery uśmiech jest z pewnością jednym z najcenniejszych klejnotów tego świata. Pojawia się powoli, by w końcu
rozjaśnić całą twarz, po czym pozostaje na tyle długo, że można mieć
pewność, iż został dostrzeżony. W końcu znika z tajemniczą powolnością.
Da się go porównać jedynie do uśmiechów wymienianych między młodą matką
i niemowlęciem, a w krajach Zachodu - niekiedy - z uśmiechem osób o szczególnie otwartej osobowości3.
Niniejsza książka rozważa cztery zagadnienia: (1) W jaki sposób mówimy
"dzień dobry"? (2) W jaki sposób odpowiadamy na "dzień dobry"? (3) Co
mówimy po "dzień dobry"?, a w końcu kwestię raczej ponurą, mianowicie
(4) Co robią ludzie, zamiast mówić sobie "dzień dobry"? Odpowiedzi,
które damy na wstępie, będą zwięzłe. Ich wyjaśnienie zajmie całą resztę
tego tomu, adresowanego przede wszystkim do terapeutów, następnie do
wyleczonych pacjentów, a w końcu do wszystkich innych zainteresowanych.
1. Aby powiedzieć "dzień dobry", pozbądź się najpierw całego ładunku
śmieci, który zgromadził się w twej głowie od chwili, gdy opuściłeś
oddział położniczy. Stwierdzisz, że tamto szczególne, pierwsze powitanie
nigdy więcej się nie powtórzy. Nauczenie się od nowa tego, jak to robić,
może nam zająć całe lata.
2. Żeby odpowiedzieć na "dzień dobry", usuń na bok cały ładunek
zaśmiecających głowę myśli i dostrzeż tego, kto przed tobą stoi lub
przechodzi obok ciebie, oczekując, że odpowiesz na jego powitanie.
Opanowanie tej umiejętności może również zająć całe lata.
3. Gdy powiesz "dzień dobry", usuń na bok cały cisnący ci się z powrotem
do głowy śmietnik: wszystkie myśli o przykrościach, których
doświadczyłeś, o swych żalach i kłopotach, przez które właśnie będziesz
musiał przebrnąć. W ten prosty sposób nie masz już nic więcej do
powiedzenia i milczysz. Jednak, po latach praktyki, zdołasz być może
znaleźć coś, co w takich okolicznościach warto powiedzieć.
4. Książka ta mówi przede wszystkim o owym "śmietniku": o tym, co robią
ludzie, zamiast mówić "dzień dobry". Napisana jest z nadzieją, iż ci,
którzy dysponują odpowiednią wiedzą i doświadczeniem w tej dziedzinie,
będą w stanie zrozumieć, co (w sensie filozoficznym) nazywam
"śmieciami", i pomóc w zrozumieniu tego innym. By odpowiedzieć na
pierwsze trzy z powyższych pytań, konieczna jest bowiem wiedza o tym,
czym są, a czym nie są owe "śmieci". Język, w którym prowadzą rozmowy
ludzie uczący się mówić "dzień dobry", będę nazywał "marsjańskim", w odróżnieniu od sposobu prowadzenia codziennych, "ziemiańskich" rozmów,
które jak pokazuje historia, wiodły do wojen, głodu, plag, zaraz i śmierci, a u tych, którzy wszystko to przetrwali - do intelektualnego
zamętu. Można mieć nadzieję, że - w odleglejszej perspektywie -
właściwie przygotowani "marsjanie" będą w stanie wyeliminować te
nieszczęścia. Marsjański jest między innymi językiem snów, które
pokazują rzeczy takimi, jakie są naprawdę.
C. Ilustracja
Aby zilustrować potencjalne zalety takiego podejścia, rozważmy przypadek
pacjenta cierpiącego na nieuleczalną chorobę. Mortowi,
trzydziestoletniemu mężczyźnie z powoli rozwijającą się postacią raka,
nieuleczalną przy obecnym stanie wiedzy, dano w najgorszym wypadku dwa,
w najlepszym - pięć lat życia. Dolegliwością psychiczną, na którą
uskarżał się Mort, były tiki: kiwanie głową oraz trzęsienie stopami. Sam
nie był w stanie wyjaśnić ich przyczyny. W czasie zajęć w grupie
terapeutycznej szybko znalazł odpowiedź: powstrzymywał swe lęki
wznoszącą się w umyśle ścianą muzyki, a ruchy głowy i stóp
odzwierciedlały po prostu jej rytm. Uważnie obserwując, stwierdził, iż
dzieje się to właśnie w tę stronę - tiki poddają się rytmowi muzyki, a nie odwrotnie. W tej sytuacji każdy, a więc i Mort, doszedłby do
wniosku, że gdyby psychoterapia pozbawiła go owej muzyki, to uwolniona
zostałaby olbrzymia masa lęków. Konsekwencje tego byłyby trudne do
przewidzenia, jeśli lęków nie dałoby się zastąpić innymi, łatwiejszymi
do zaakceptowania uczuciami. Cóż więc robić?
Wkrótce wyszło na jaw, iż wszyscy członkowie grupy zdają sobie sprawę z nieuchronnie zbliżającej się własnej śmierci i starają się w różny
sposób odsunąć od siebie związane z tym uczucia. Tak więc, jak w wypadku
Morta, zmagania z owymi myślami były marnotrawieniem sił, które wszyscy
mogli wykorzystać, ciesząc się pozostałymi im jeszcze dwudziestoma czy
pięćdziesięcioma latami, w czasie których mogli zrobić znacznie więcej
niż Mort. Okazuje się jednak, że nie długość życia, lecz jego jakość ma
tutaj decydujące znaczenie. Nie jest to, rzecz jasna, stwierdzenie
odkrywcze. Jednak w tych okolicznościach - w obecności człowieka
umierającego - wywarło ono na wszystkich głębokie wrażenie.
Pozostali członkowie grupy (mówiący po marsjańsku i z zapałem nauczający
tego języka Morta, który z kolei chętnie go opanowywał) zgodzili się co
do tego, iż życie oznacza wykonywanie czynności tak prostych, jak
oglądanie drzew, słuchanie śpiewu ptaków czy mówienie innym ludziom
"dzień dobry" - doświadczanie świadome i spontaniczne, pozbawione
sztucznego dramatyzmu i hipokryzji, dyskretne i pełne szacunku. Zgodzili
się również, że aby to robić, wszyscy, z Mortem włącznie, muszą się
pozbyć wypełniających ich umysły "śmieci". Kiedy dostrzegli, że jego
sytuacja nie jest bardziej tragiczna od ich położenia, smutek i przygnębienie wyzwalane jego obecnością zniknęły. Mogli się teraz
dzielić nawzajem radością. Mogli rozmawiać jak równy z równym. Mogli
twardo mówić Mortowi o jego "śmieciach", gdyż potrafił on teraz docenić
wartość bycia twardym. On zaś zyskał w zamian przywilej otwartego
mówienia im o ich "śmieciach". Przestał w końcu zmagać się z myślami o raku i znowu stał się członkiem społeczeństwa, choć przecież i on, i wszyscy inni wiedzieli, że wyrok, jaki na niego zapadł, jest cięższy niż
w wypadku innych członków grupy1.
Sytuacja ta pokazuje doniosłość i głębię problemu "dzień dobry". W wypadku Morta rozwiązywanie go przechodziło przez trzy stadia. Gdy Mort
pojawił się w grupie, pozostali jej członkowie nie wiedzieli, że mają do
czynienia ze śmiertelnie chorym. Początkowo zwracali się do niego w sposób, jaki przyjął się w tej grupie wcześniej. Ich zachowania były w dużej mierze zdeterminowane przez sposób wychowania, a więc przez to,
jak rodzice nauczyli ich pozdrawiać innych ludzi. Były również
naznaczone późniejszym doświadczeniem życiowym oraz - w pewnym stopniu -
specyficzną szczerością i szacunkiem, charakterystycznymi dla grup
psychoterapeutycznych. Mort - jako nowo przybyły - odpowiadał w sposób,
w jaki czyniłby to gdziekolwiek indziej, udając ambitnego,
pełnokrwistego amerykańskiego chłopaka, jakiego zawsze chcieli w nim
widzieć jego rodzice. Jednak gdy w czasie trzeciej sesji oznajmił, że
jest człowiekiem skazanym na śmierć, pozostali członkowie grupy poczuli
się zmieszani i zdradzeni. Zastanawiali się, czy nie powiedzieli mu
czegoś, co zabrzmiałoby niewłaściwie w opinii jego, ich własnej, a przede wszystkim w opinii terapeuty. Zdawali się nawet gniewać i na
Morta, i na terapeutę, że nie powiedzieli im o tym wcześniej.
Zachowywali się tak, jak gdyby czuli się celowo oszukani i jakby w wyniku tego oszustwa odnosili się dotąd do Morta zwyczajnie, nie zdając
sobie sprawy, do kogo mówią. Kiedy dowiedzieli się, że jest osobą
szczególną, chcieli jakoś wycofać się z tego wszystkiego i potraktować
go inaczej.
Zaczęli więc od nowa. Zamiast mówić do niego wprost, bez ogródek - tak
jak czynili to przedtem - teraz zwracali się do niego łagodnie i ostrożnie, jak gdyby chcąc powiedzieć: "Czy widzisz, jak inaczej
traktuję cię teraz, kiedy wiem o twojej tragedii?" Nikt nie chciał
ryzykować swego dobrego imienia, będąc nieuprzejmym w stosunku do
umierającego. Taka sytuacja była jednak niesprawiedliwa, dawała bowiem
Mortowi wielką przewagę. W jego obecności nikt nie odważył się zbyt
długo lub zbyt głośno śmiać.
Wszystko się zmieniło, gdy został rozwiązany problem możliwości dokonań
Morta. Napięcie zniknęło i wszyscy uczestnicy grupy mogli zacząć od nowa
po raz trzeci, zwracając się do Morta bez oporów, jak do normalnego
członka społeczeństwa. Tak więc trzy kolejne stadia kontaktów
charakteryzowały się odpowiednio: (1) powierzchownym "dzień dobry", (2)
napiętym i współczującym "dzień dobry", a w końcu (3) pozbawionym
napięcia, prawdziwym "dzień dobry".
Zoe nie potrafiła znaleźć właściwego sposobu odnoszenia się do Morta,
dopóki się nie dowiedziała, kim naprawdę jest. Jej stosunek do niego
ewoluował z tygodnia na tydzień, a nawet z godziny na godzinę. Z każdym
kolejnym spotkaniem wiedziała o Morcie nieco więcej i - chcąc podtrzymać
ich zawiązującą się przyjaźń - musiała odnosić się do niego w nieco inny
sposób. Ponieważ jednak nie mogła dowiedzieć się o nim wszystkiego ani
dostosować się do wszystkich zmian, jakie przechodził, nigdy nie była w stanie znaleźć tego jedynego, doskonałego sposobu mówienia mu "dzień
dobry". Mogła jedynie stopniowo się do niego przybliżać.
D. Uścisk dłoni
Wielu pacjentów odwiedzających psychiatrę, gdy przybywa po raz pierwszy
do gabinetu, przedstawia się i podaje mu dłoń. Niektórzy psychiatrzy
wyciągają rękę pierwsi. Co do mnie, jeśli pacjent serdecznie wyciąga do
mnie dłoń, ściskam ją - możliwie neutralnie - by nie być nieuprzejmym.
Zastanawiam się jednak, skąd bierze się owa serdeczność. Jeśli pacjent
wyciąga rękę w sposób, który sugeruje, że kieruje nim po prostu
poszanowanie dobrych manier, również odwzajemniam uścisk tak, by
zrozumiałe było, że ów przyjemny rytuał nie zakłóci w żaden sposób toku
naszej współpracy. Dłoń pacjenta-desperata staram się ścisnąć tak, by
zrozumiał, że ma we mnie oparcie i że rozumiem jego potrzeby. Lecz
sposób, w jaki wchodzę do poczekalni, ułożenie rąk i wyraz twarzy
wystarczająco jasno pokazują mym nowym pacjentom, że - jeśli nie będą
nalegali - owa uprzejmość zostanie przy powitaniu pominięta. Ma to
zasygnalizować (i z reguły się to udaje), że spotykamy się tutaj w celu
poważniejszym niż tylko dowiedzenie sobie, że jesteśmy dobrymi
znajomymi, oraz wymiana uprzejmości.
Nie ściskam ich dłoni, gdyż ich nie znam. Nie oczekuję, by oni ściskali
moją dłoń, ponieważ i oni mnie nie znają. Niektórzy pacjenci
psychiatryczni nie akceptują dotyku i powstrzymanie się od tego jest
wyrazem uprzejmości wobec nich.
Sprawy mają się inaczej po zakończonym wywiadzie. Wtedy wiem już o pacjencie sporo, a i on wie coś o mnie. Tak więc, gdy wychodzi, wyciągam
do niego rękę na pożegnanie. Wiem już wystarczająco wiele, by
zadecydować, jak należy to zrobić. Ów uścisk dłoni ma wtedy dla pacjenta
prawdziwe znaczenie: oznacza, iż go akceptuję4, mimo że powiedział mi o sobie tyle "złego". Jeśli potrzebuje ukojenia, uścisk mej dłoni będzie
dla niego ukojeniem. Jeśli potrzebuje umocnienia się w poczuciu męskości
- będzie umocnieniem. Nie jest to na zimno skalkulowany sposób zwodzenia
pacjenta: to raczej spontaniczny i niewymuszony wyraz akceptacji jego
osoby po godzinnej rozmowie na temat jego najskrytszych problemów.
Z drugiej strony jednak, jeśli pacjent mnie okłamywał, i to nie ze
wstydu czy podobnych przyczyn, lecz z czystego wyrachowania, próbował
mnie wystraszyć lub podporządkować, nie uścisnę jego dłoni, by wiedział,
iż chcąc mnie mieć po swojej stronie, musi zacząć się zachowywać
inaczej.
Z kobietami sprawy mają się nieco odmiennie. Jeśli kobiecie potrzebny
jest "namacalny" dowód mej akceptacji, to uścisnę jej dłoń w sposób
odpowiadający jej potrzebom. Jeżeli (o ile zdołam się o tym dowiedzieć)
pacjentka unika kontaktu dotykowego z mężczyznami, pożegnam ją w stosowny sposób, lecz pozwolę jej odejść bez uścisku dłoni. Ten ostatni
przypadek znowu jasno ilustruje przyczyny, dla których lepiej nie
ściskać pacjentce dłoni na powitanie. Jeśli uścisnę ją na samym
początku, zanim się dowiem, z kim właściwie mam do czynienia, mogę
obudzić w niej głęboką odrazę jeszcze przed wywiadem.
W grupach terapeutycznych hołduję podobnym zasadom. Nie mówię "dzień
dobry" na powitanie, nie widziałem się bowiem z członkami grupy przez
cały tydzień i nie wiem, na ile się od tamtego czasu zmienili. Zbyt
swobodne lub wylewne "dzień dobry" może okazać się nie na miejscu w świetle wydarzeń ostatniego tygodnia. Przywiązuję zaś wielką wagę do
żegnania się z każdym z członków grupy z osobna, gdyż po spotkaniu z nimi wiem, komu mówię "do widzenia", i wiem, jak w odniesieniu do
każdego z nich należy to powiedzieć.
Załóżmy na przykład, że od czasu ostatniego spotkania w grupie zmarła
matka jednej z jej uczestniczek. Zwykłe, wesołe powitanie byłoby wobec
niej niewłaściwe. Mogłaby mi to wybaczyć, lecz przecież nie muszę
wywoływać u niej dodatkowych napięć. Gdy spotkanie się skończy, będę
wiedział, jak się z nią pożegnać, biorąc pod uwagę jej stratę.
E. Przyjaciele
W gronie przyjaciół i znajomych sprawy mają się inaczej, gdyż
przyjaciele są właśnie po to, by się "poklepywać". Ich powitania i pożegnania - w zależności od ich własnych potrzeb i nastrojów - mogą
przybierać formy od otwartego uścisku dłoni aż po "niedźwiadka", a czasami ograniczać się do sympatycznego pokpiwania i żartów - by zbyt
mocno się nie angażować. Jest w życiu jedna prawda pewniejsza od
podatków i niemal równie pewna jak śmierć: im prędzej się zaprzyjaźnisz,
tym prędzej będziesz miał starych przyjaciół.
F. Teoria
Tyle na temat "dzień dobry" i "do widzenia". To, co dzieje się w czasie
pomiędzy jednym a drugim, podlega już badaniom szczególnej teorii
osobowości i dynamiki grupy, która jest zarazem źródłem metody
terapeutycznej znanej jako analiza transakcyjna. Aby właściwie zrozumieć
to, o czym będę pisał dalej, należy poznać podstawy tego podejścia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zalety powrotu do normalnego życia zamiast biernego oczekiwania na śmierć ukazują następujące pozycje: (1) Terminal Cancer Ward: Patients Build Atmosphere of Dignity, "Journal of the American Medical Association", 208, 1289, 26 maja 1969, (2) Klagsbrun S. C., Cancer Emotions and Nurses, "Summary of Scientific Proceedings", 122nd Annual Meeting, American Psychiatric Association, Washington 1969. [wróć]