Rozdział I
Klaudyusz przechodził koło ratusza i druga po
północy biła na zegarze, kiedy burza wybuchła. W tę noc parną,
palącą, lipcową, zamarudził tak, włócząc się po balach, ot jak
artysta zakochany w tym nocnym Paryżu. Nagle poczęły padać krople
grube, tak rzęsiste, że coprędzej zwrócił się ku domowi i galopem
począł pędzić, jak szalony, straciwszy wprost głowę, wzdłuż Quai de
la Gr?ve. Ale u mostu Ludwika Filipa, zatrzymał go gniew za to
bezpotrzebne męczenie się: uznał za śmieszną tę obawę wody i pośród
gęstych ciemności, wśród smagającej ulewy, co topiła płomienie
gazowych latarni, przeszedł most powoli, wymachując rękami. Zresztą, co prawda, Klaudyuszowi ztąd już pozostawało zaledwie
kilka kroków. Kiedy zwracał się na Quai de Bourbon, nagła
błyskawica rozjaśniła prostą i równą linię starych pałaców,
stojących szeregiem wzdłuż Sekwany, brzegiem wązkiego bulwaru.
Błysk rozświecił szyby wysokich okien bez żaluzyj i dostrzedz
mogłeś ponure starożytne fasady, o prostych wybitnych szczegółach,
balkonach kamiennych, baryerach tarasów, rzeźbionych girlandach
frontonów. Tam to malarz miał swoją pracownię w szczycie dawnego
pałacu Martoy, prawie na samym rogu ulicy Femme-sans-T?te.
Nadbrzeże, co ukazało się tak nagle, natychmiast zapadło napowrót w
ciemność i przerażający huk pioruna zatrząsł uśpioną dzielnicą. Przyszedłszy do bramy domu, niskiej i w górze zaokrąglonej, z
zewnątrz pokrytej żelazem, Klaudyusz oślepiony deszczem, macał, by
doszukać się dzwonka; ku niemałemu zdziwieniu ręka jego nagle
napotkała na jakieś ciało żywe, oparte o drewniane odrzwia bramy w
samym kącie; zadrżał mimowoli. Potem przy nagłym blasku nowej
błyskawicy, zobaczył wysoką, młodą dziewczynę, czarno ubraną,
przemokłą już i dygocącą z przestrachu. Kiedy na odgłos ponownego
pioruna drgnęli oboje przerażeni, zawołał: - No, proszę! czyż się spodziewałem... kto jesteś? - Co tu robisz? Nie widział jej już, słyszał tylko szlochanie i wybąkane słowa: - O! panie, nie rób mi nic złego... To ten dorożkarz, którego
wzięłam na dworcu kolei, wyrzucił mnie tu przy bramie tego domu i
obszedł się ze mną brutalnie... Tak, pociąg wyskoczył z szyn,
pociąg idący z Nevers... Spóźniliśmy się o cztery godziny; nie
zastałam już na dworcu osoby, która miała mnie oczekiwać... Mój
Boże! po raz pierwszy w życiu przyjeżdżam do Paryża, panie, ani
wiem gdzie jestem... Oślepiająca błyskawica przerwała jej mowę i oczy jej szeroko
rozwarte przebiegały niespokojnie ten kąt nieznanego jej miasta,
niby jakąś fioletową wizyę fantastycznego grodu. Deszcz ustał. Z
przeciwległego brzegu Sekwany, nadbrzeże Ormes widniało małemi
swemi domkami, żółtemi, białemi, szaremi, upstrzonemi w dole
boazeryami sklepów, w górze zarysowując nierówne dachy na jaskrawem
tle rozświeconego błyskawicą nieba; cały szeroki widnokrąg płonął,
na prawo, aż do łupkowych szczytów ratusza, na lewo, aż po
metaliczną kopułę Świętego Pawła. Co wszakże największą przejmowało
ją trwogą, to wklęsłość rzeki, ten rów głęboki, ciemny, w którym
płynęła w tem miejscu Sekwana czarniawa, od ciężkich pilastrów
mostu Maryi, aż do lekkich arkad mostu Ludwika Filipa. Jakieś
nieujętych form masy zaludniały wodę; flotylka łodzi i czółen,
łazienki, statek do czyszczenia kanałów, przyholowane do nadbrzeża;
potem znów tam u drugiego brzegu statki pełne węgla, galary
wyładowane młyńskiemi kamieniami, a po nad tem wszystkiem niby
ramię olbrzyma - wielki komin lejami. Wszystko zniknęło. - Dobryś! Facecye, - pomyślał Klaudyusz, - jakaś łotrzyca, co
pozostała na ulicy i szuka teraz mężczyzny. Nieufał tej kobiecie: ta historya jakiegoś wypadku, spóźniony
pociąg, woźnica brutal, wydawały mu się śmiesznym wymysłem.
Dziewczyna na huk piorunu wcisnęła się jeszcze mocniej w kąt bramy,
ogłuszona, zmartwiała ze strachu. - Nie możesz przecie tu nocować, - powiedział głośno... Płakała jeszcze bardziej, potem wybąknęła: - Panie, błagam cię, odprowadź mnie do Passy... Do Passy przybywam
właśnie. Wzruszył ramionami: czyż go brała za głupca? Machinalnie obrócił
się ku Quai des Célestins, gdzie była stacya dorożek. Ani jednej
nie było widać latarki. - Do Passy, moja droga, czemuż nie do Wersalu?... Gdzież u dyabła
chciałabyś złowić jaką dorożkę o tej godzinie i w taką pogodę? Ale ona krzyknęła - nowa oślepiła ją błyskawica i tym razem
zahaczyła znów miasto tragiczne, rzekłbyś w straszliwym krwi
potopie. Był to jakiś wyłom olbrzymi, te dwa końce rzeki
zagłębiające się, gdzieś w nieprzejrzanej okiem dali, pośród
czerwonego żaru pożogi. Najdrobniejsze szczegóły wystąpiły,
rozróżniałeś małe żaluzye pozamykane domków na Quai des Ormes; koło
mostu Maryi, mógłbyś zda się policzyć wszystkie listki wielkich
jaworów, które tam stoją rzucone pękiem wspaniałej zieleni, z
drugiej znów strony, pod mostem Ludwika Filipa szereg galarów
zapłonął, z stosami żółtych jabłek, pod których uginały się
ciężarem. I widać było jeszcze wir wody, wysoki komin łazienek na
rzece, nieruchomy łańcuch statku od czyszczenia kanałów, kupy
piasku przy porcie, na wprost, całą, zbitą masę przedmiotów, cały
ten świat zapełniający wielkie koryto, kanał wyżłobiony od jednego
końca horyzontu do drugiego. Niebo migało, fala toczyła już tylko
ciemności pośród huku gromów. - O! mój Boże! skończone... O! mój Boże! co się ze mną stanie Deszcz w tej chwili począł znów padać, tak uparty, takim pędzony
wiatrem, że formalnie zamiatał wybrzeże z gwałtownością spuszczonej
śluzy. - Czekaj, pozwól mi wejść do domu, - rzekł Klaudyusz, - nie
podobna już wytrzymać. Oboje mokli. Przy slabem świetle gazowej latarnika rogu ulicy
Femme-sans T?te, widział jak ociekała wodą z przyległą do ciała
suknią w tym potopie co się rozbijał o bramę. Zdjęła go litość:
wszakże raz w taką samą burzę wieczorem podjął psa z trotoaru! Ale
to go gniewało, że się rozrzewnia, nigdy nie wprowadzał do siebie
dziewczyn, okazywał im zawsze, że o nie niedba, chorobliwą
nieśmiałość okrywając pozorem fanfaronady brutalnej; ta zaś,
doprawdy, uważała go za zbyt już głupiego chyba, aby napastować w
ten sposób jakąś przygodą zmyśloną, dobrą jedynie na deski
wodewilu. Mimo to powiedział w końcu: - Dosyć już tego, chodźmy na górę... Przenocujesz u mnie. Wylękła się jeszcze bardziej, probowała wysunąć się. - U pana, o! mój Boże! Nie, nie, to niepodobna... Błagam pana,
zawieź mnie do Passy, błagam pana ze złożonemi rękoma. Wtedy uniósł się gniewem. Po co te komedye, skoro ją zabiera do
siebie? Już po dwakroć pociągnął za dzwonek. Wreszcie brama się
otwarła i popchnął nieznajomą. - Nie, nie, panie, mówię panu, że nie... Ale nowa olśniła ją błyskawica, a kiedy rozległ się grzmot
okropny, rzuciła się w bramę otwartą jednym skokiem, instynktownie,
ani wiedząc co robi. Ciężkie drzwi zamknęły się za nimi, znalazła
się pod sklepieniem obszernej sieni, w zupełnej ciemności. - Pani Józefowo to ja! - krzyknął Klaudyusz na odźwierną. A po cichu dodał: - Podaj mi rękę, musimy przejść dziedziniec. Podała mu rękę, nie opierała się już, oszołomiona, zgnębiona
zupełnie. Na nowo znaleźli się na ulewnym deszczu, biegnąc obok
siebie z całej siły. Był to dziedziniec pałacowy, olbrzymi, o
kamiennych arkadach, zanurzonych w ciemności. Potem dotarli do
jakiegoś przedsionka ciasnego, bez drzwi - i tu puścił już jej
rękę, posłyszała, że pociera zapałki klnąc zcicha. Wszystkie mu
zamokły, trzeba było iść po omacku. - Trzymaj się poręczy i idź ostrożnie, stopnie są wysokie. Schody, bardzo wązkie, widocznie dawne schody dla służby, miały
trzy piętra wysokości, które przeszła wciąż się potykając.
Następnie ostrzegł ją, że pójdą długim kurytarzem i puściła się nim
też, dążąc tuż za swoim przewodnikiem, oburącz trzymając się ścian,
idąc bez końca tym kurytarzem powracającym ku fasadzie ulicy. Potem
nastąpiły znów schody, ale w szczytowej ścianie teraz, jedno piętro
schodów drewnianych trzeszczących, bez poręczy, chwiejnych i
ostrych, jak źle oheblowane deski młynarskiej drabiny. U góry
sionka była tak mała, że potrąciła o młodzieńca, który właśnie
szukał klucza. Nakoniec otworzył. - Nie wchodź, czekaj. Inaczej znów się uderzysz. I nie ruszyła się z miejsca. Dyszała, z bijącem sercem, a w uszach
jej szumiało, zgnębiona do reszty tą długą wędrówką w ciemnościach.
Zdawało jej się, że szła tu całe godziny, pośród jakiegoś
labiryntu, wśród takiej komplikacyi piętr i zaułków, że nigdy nie
zdołałaby zejść napowrót. W pracowni, słychać było wielkie kroki
jakieś suwanie rękoma i spadanie rozmaitych przedmiotów, połączone
z głuchemi wykrzykami. Potem drzwi zajaśniały. - Wejdź że, już gotowe. Weszła, popatrzała, nie widząc nic. Jedyna świeca paliła się w tem
poddaszu, wysokiem na jakie pięć metrów, zapełnionem istnym chaosem
różnych przedmiotów, których długie cienie rysowały się dziwacznie
na szarych ścianach. Ona nie rozpoznawała nic, podniosła oczy ku
oknu, w którego szyby bił deszcz, z ogłuszającym łoskotem bębna.
Ale w tej chwili właśnie błyskawica rozdarła niebo i huk pioruna
rozległ się tak blisko, że zdało się, iż dach zapada. Niema, blada
z przestrachu padła na krzesło. - Do dyaska! - mruknął Klaudyusz, nieco pobladły również, - upadł
gdzieś bardzo niedaleko... Czas też już było; zawszeć tu lepiej,
niż na ulicy, co? I powrócił do drzwi, które zamknął z hałasem na dwa spusty, kiedy
tymczasem ona patrzała na to co robi z miną nieprzerwanego
zdumienia. - Dobrze! jesteśmy już u siebie. Zresztą koniec to już był burzy; słychać było tylko jeszcze od
chwili do chwili dalekie grzmoty, niebawem i deszcz ustał. On,
którego teraz ogarniało jakieś zakłopotanie, przypatrywał jej się
bacznie z ukosa. Nie musiała być brzydka i to pewna, że młoda,
dwadzieścia lat co najwięcej. To jeszcze większą przejęło go
nieufnością, wbrew mimowolnemu jakiemuś powątpiewaniu, które go
opanowywało, jakiemuś niejasnemu wrażeniu, że nie kłamie może tak
absolutnie. W każdym razie nic jej nie pomoże ten spryt, myli się,
jeżeli sądzi, że go już ma. Przybrał teraz z umysłu ton jeszcze
bardziej szorstki i przemówił grubym głosem: - Cóż? kładźmy się, to wyschniemy najlepiej. Niepokój podniósł ją z miejsca. I ona także badała go wzrokiem,
nie śmiejąc patrzeć wprost w twarz jego i ten chłopak chudy, o
stawach węzłowatych, silnej głowie zakończonej brodą, zwiększał jej
obawę; zdawał jej się postacią wyszłą z jakiejś bajki o
rozbójnikach, z tym swoim kapeluszem z czarnego filcu i starym
brunatnym paltotem, zzieleniałym od deszczów. Wyszeptała: - Dziękuję, mnie dobrze, zasnę w ubraniu. - Jakto; w ubraniu! w tem ubraniu, które ocieka!... Nie udawaj że
głupiej, rozbieraj się natychmiast! I popychał krzesła, usuwał parawan nawpół poobdzierany. Poza nim
spostrzegła maleńką umywalkę i maleńkie łóżeczko żelazne, na którem
odrzucił kołdrę. - Nie, nie, panie, nie trudź się pan, przysięgam panu, że tu
pozostanę. Obruszył się już na seryo, wpadł w gniew począł gestykulować,
uderzył w stół pięścią. - Nakoniec, dasz że mi raz spokój! Skoro ci odstępuję mego łóżka,
czy masz się czego skarżyć?... I nie udawaj spłoszonej, to
niepotrzebne. Ja będę spał na sofie. Podszedł do niej z miną groźną. Przerażona, sądząc, że ją chce bić
może, zdjęła co prędzej, drżąc cała, kapelusz. Na ziemi suknie jej
znaczyły długi ślad wody. On wciąż gderał. Ńakoniec, snać jakiś
skrupuł wziął górę, to też w rodzaju koncesyi, dodał nagle: - No wiesz, jeżeli się brzydzisz mną, chętnie zmienię
prześcieradła. I już zrywał je z łóżka i rzucał na sofę w drugi koniec pracowni.
Potem wyjął świeżą bieliznę z szafy i powlekał pościel ze
zręcznością kawalera nawykłego do, tych zajęć. Starannie obtykał
prześcieradła i kołdrę od strony muru, strzepywał poduszkę,
odkładał prześcieradła. - Gotowe już, teraz lulu! A kiedy nie mówiła nic, wciąż nieporuszona, przesuwając niepewnemi
palcami po staniku i nie mogąc się zdecydować na odpięcie go,
zasunął ją parawanem. Mój Boże! co za wstydliwość! Szybko położył
się sam, rozpostarłszy na sofie prześcieradła, zawiesiwszy ubranie
na starych stalugach, wyciągnął się zaraz. Ale w chwili
zdmuchnięcia świecy, pomyślał, że może jej być ciemno do
rozebrania, poczekał. Naprzód nic nie słyszał, by się poruszała, z
pewnością pozostała wyprostowana na tem samem miejscu, oparta o
żelazne łóżko. Potem, teraz, pochwycił jakiś szelest ubrania, ruch
powolny i zciszony, jak gdyby zabierała się do tego po dziesięć
razy, nasłuchując również, wylękła tym światłem co nie gasło.
Nakoniec po dość długiej chwili materac zatrzeszczał zlekka i
nastała wielka cisza. - Czy już pani dobrze? - spytał Klaudyusz głosem daleko
łagodniejszym. Odpowiedziała zaledwie dosłyszanym szeptem, drżąca jeszcze ze
wzruszenia. - Tak, panie, bardzo dobrze. - A więc dobranoc. - Dobranoc. Zgasił świecę, nastała jeszcze głębsza cisza. Mimo zmęczenia,
powieki jego niebawem napowrót się otwarły, bezsenność nie
dozwalała mu zamknąć oczu, utkwił wzrok nieruchomy w szybach okna.
Niebo jasne było teraz, pogodne, widział migocące gwiazdy, w tę noc
lipcową gorącą; mimo poprzednią burzę, powietrze było tak parne, że
choć wysunął obnażone ramiona na kołdrę - płonął cały. Ta
dziewczyna go zajmowała, głuchy spór toczył się w jego duszy,
pogarda, którą szczęśliwy był, że okazać może, obawa, że zawali
bezpotrzebnym ciężarem obecnie swe życie, jeśli ulegnie, obawa
okazania się śmiesznym, jeżeli nie skorzysta ze sposobności; ale
pogarda w końcu wzięła górę; przyznawał sobie wielką siłę woli,
wyobrażał sobie cały romans, zamach na jego spokojność i aż śmiał
się w duszy z te go, że się oparł pokusie. Gorąco dławiło go coraz
więcej, wysunął nogi, kiedy tymczasem ociężała głowa w halucynacyi
pół-sennej, dopatrywała w migocących gwiazdach, obnażonych
kształtów kobiet, całe żywe ciało kobiety, którą uwielbiał. Potem myśli te zgmatwały się jeszcze więcej, poplątały. Co też ona
robi? Od dawna sądził, że usnęła, bo nie oddychała nawet, a teraz
posłyszał jak się przewracała na łóżku, jak on, z niesłychaną
ostrożnością, która ją męczyć musiała niezawodnie. W swem nieobyciu
z kobietami, starał się wytłomaczyć sobie historyę, którą mu
opowiadała, zafrasowany w tej chwili drobnemi niektóremi jej
szczegółkami; stał się czegoś niepewny, nie wiedział gdzie prawda;
ale cała logika jego rozpierzchała się, po co łamać sobie głowę
bezpotrzebnie? Czy powiedziała prawdę, czy skłamała, do tego, co on
z nią chce zrobić, wiadomość ta niepotrzebna! Jutro sobie odjedzie:
dzień dobry, dobry wieczór i rzecz skończona, nie zobaczą się nigdy
w życiu więcej. Nad ranem dopiero, kiedy bladły gwiazdy, udało mu
się zasnąć. Po za parawanem ona, mimo zmęczenia, złamania podróżą,
wciąż poruszała się na posłaniu, dręczona dusznem powietrzem pod
rozpaloną blachą dachu; słychać było wstrząśnienie nerwowego
zniecierpliwienia, westchnienie irytacyi dziewicy w tej żenie,
którą jej sprawiała obecność tak blisko niej śpiącego mężczyzny. Rano zbudził się Klaudyusz i przetarł powieki. Było już bardzo
późno, szeroki płat słońca kładł się przez szyby okna na pokój. W
pierwszej chwili zerwał się i siadł na posłaniu z obnażonemi
nogami. Zkąd-że u dyabła spał tu na sofie? i rozglądał się oczyma
nawpół jeszcze sennemi, kiedy spostrzegł, do połowy przysłonięty
parawanem stos kobiecego ubrania, tak, to ta dziewczyna,
przypomniał sobie! Nadstawił ucho, posłyszał oddech długi i
regularny, spokojny jak u dziecka. Widać, że śpi wciąż jeszcze i
tak dobrze, że szkodaby ją było budzić. Stał niepewny, tarł sobie
nogi, nierad z tej całej awantury, do której znów mu przychodzi
wracać i która niezawodnie zepsuje mu cały poranek pracy. Zły był
na swoje dobre serce, najlepiej będzie ją obudzić, żeby sobie
poszła co najprędzej. Mimo to jednak, przywdział ostrożnie spodnie,
wsunął nogi w pantofle i chodził na palcach. Kukułka zegaru wykukała dziewiątą i Klaudyusz począł się
niepokoić. Za parawanem nic się nie poruszyło, miarowy oddech trwał
wciąż jeszcze. Wtedy pomyślał, że najlepiej będzie zasiąść do
wielkiego obrazu: na śniadanie dość będzie później czasu, kiedy już
będzie mógł poruszać się swobodnie. Ale jakoś nie mógł się
zdecydować. Jemu, co żył tu pośród obrzydliwego takiego nieładu,
zawadzał stos spódnic rzuconych na podłodze. Woda z nich ciekła,
ubranie przemokłem było jeszcze. I powstrzymując się od
pomrukiwania, zebrał je wreszcie z ziemi po jednemu i porozciągał
pojedynczo na krzesłach, na słońcu. - Czyż to można tak rzucać
wszystko w nieładzie! Tożby to nigdy nie wyschło i ona nigdyby ztąd
nie odeszła! Wywracał na wszystkie strony te gałganki kobiece,
zaplątał się w stanik czarny wełniany, szukał na czworakach
pończoch, co spadły za jakiś stary obraz. Były to pończochy
fil d'Ecosse, popielate, długie i cienkie, którym się
przypatrzył bacznie nim je powiesił. Brzeg sukni zmoczył je także;
wyciągnął je starannie, przesunął w gorących swych dłoniach, byle
je tylko wyprawić prędzej. Odkąd wstał, Klaudyusz miał ochotę odsunąć parawan i przyjrzeć się
śpiącej. Ciekawość ta, którą w duszy uznał za głupią, zdwajała jego
zły humor. Nakoniec ze zwykłem sobie wzruszeniem ramionami,
pochwycił za pendzle, kiedy posłyszał jakieś wyjąkane słowa, pośród
gwałtownego szelestu pościeli; potem snów nastąpił oddech spokojny
- i na ten raz uległ, rzucił pendzle i wyciągnął głowę. Ale to co
spostrzegł znieruchomiło go, poważny, w uniesieniu wyszeptał tylko: - A! do licha!... a! do licha!... Młoda dziewczyna, w tem oranżeryjnem gorącu, co dopiekało przez
szyby, odrzuciła była kołdrę i wyczerpana zmęczeniem nocy bezsennej
i poprzedniej podróży, spała, oblana potokami światła, tak
bezlitośnego, że ani jeden cień nie padał na czystą jej nagość.
Znać podczas gorączki bezsenności, guziczki na ramionach koszuli
jej się odpięły i cały lewy rękawek osunięty odkrywa łono. Ciało
miała złotawego połysku, delikatne jak jedwab, wiosna ciała, dwie
małe piersi sztywne, jędrne z pączkami blado różowemi u szczytu.
Prawe ramię odsunęła pod kark, głowa snem ciężka, przechyliła się w
tył, pierś naprzód podana była ufnie, zachwycającemi liniami
zaniedbania; włosy czarne rozwiązane skry wały ją ciemnym
płaszczem. - A do licha! ona dyabelnie ładna! Było to właśnie to samo, twarz taka jakiej on szukał nadaremnie do
swego obrazu i niemal w takiej samej właśnie pozie. Cokolwiek za
cienka, cokolwiek za szczupła, tą szczupłością wpółdzieciństwa, ale
tak gibka, tak smukła, tak świeża młodością! A obok tego - łono już
dojrzałe. Gdzież u dyabła ukryła je w szarej sukni, że ich się nie
domyślał? Prawdziwe odkrycie! Klaudyusz podskoczył lekko, by wziąć pudełko z pastelami i duży
arkusz papieru. Potem przysiadłszy na brzegu nizkiego krzesełka,
położył tekę na kolanach i począł rysować z wyrazem niezmiernego
szczęścia. Cały jego niepokój, cała ciekawość cielesna, żądza
pokonana, znalazły wyjście w tym zachwycie artysty, w tym
entuzyazmie dla piękności tonu i dla dobrze osadzonych muszkułów.
Zapomniał już o tej dziewczynie, zatopiony był cały w zachwycie
śnieżnych piersi rozświecających swem światłem delikatny bursztyn
ramion. Jakiś niepokój nieśmiałości czynił go małym w obliczu
natury, ściskał łokcie, stawał się małym chłopcem, bardzo pokornym
i pełnym uszanowania. Trwało to z kwadrans mniej więcej, chwilami
zatrzymywał się, mrużył oczy. Ale lękał się, aby się nie poruszyła,
wracał co prędzej do roboty, powstrzymując oddech, z obawy by ją
nie obudzić. Jednakże jakieś nieujęte rozumowanie, poczęło go nachodzić podczas
pilnej tej pracy. Kim też ona być mogła? Z pewnością nie ulicznicą
jak myślał początkowo, bo na to była za świeżą. Ale dla czegóż
opowiedziała mu historyą tak niemożliwą do wiary? I począł obmyślać
inne historye: debiutantka, spadła do Paryża z kochankiem, który ją
porzucił; albo mieszczaneczka, pociągnięta w rozpustę przez
przyjaciółkę, nie śmiejąca powrócić do domu rodziców; albo jakiś
jeszcze skomplikowany dramat, niewiniątko wpadłe w zepsucie, jakieś
okropne rzeczy, których nie dowie się nigdy. Przypuszczenia te
zwiększały jego niepewność, przeszedł do szkicowania twarzy,
starannie ją studyując. Cała część górna była niezmiernej dobroci,
wielkiej łagodności, czoło czyste niezmącenie, jednolite jak jakie
zwierciadło, nosek mały, o delikatnych nerwowych nozdrzach i czuć
było uśmiech w oczach przysłoniętych powiekami, uśmiech, który
rozświecać musiał twarz całą. Dolna tylko część twarzy psuła ten
blask dobroci, szczęka wysuwała się naprzód, usta były zbyt
krwiste, a z po za nich ukazywały się zęby mocne i białe. Był to
niby powiew namiętności, niby dziewiczość gniewna, nieświadoma
siebie pośród tych rysów dziecięco delikatnych. Nagle dreszcz morą przebiegł po atłasie jej skóry. Może czuła
wreszcie ten wzrok przypatrującego jej się mężczyzny. Otwarła
powieki szeroko i krzyknęła. - A! mój Boże! I przestrach odjął jej władzę, to miejsce nieznane, ten mężczyzna
z białemi rękawami koszuli siedzący przy niej, pożerający ją
wzrokiem. Potem nagle nieprzytomnym ruchem, pociągnęła kołdrę i
przycisnęła ją oburącz do piersi; krew zawrzała w niej taką wstydu
dziewiczego trwogą, że gorący rumieniec twarzy rozlał się aż po
końce piersi różową falą. - No i cóż? - krzyknął Klaudyusz niezadowolony, z ołówkiem w
powietrzu, - co ci się stało? Ona nie mówiła nic, nie poruszała się nawet z prześcieradłem
konwulsyjnie przyciśniętem u szyi, zwinięta w kłębek, skręcona,
zaledwie znaczna w łóżku. - Przecież cię nie zjem.... Cóż ci szkodzi, bądź uprzejmą, ułóż
się tak, jak byłaś. Nowa fala krwi zarumieniła jej uszy. Nakoniec wybąkła: - O! nie, o! nie, panie. Ale jego przejmował gniew zwolna, jedno
z tych nagłych uniesień, które u niego były zwykłe. Ten upór
wydawał mu się głupim. - Powiedz, co ci to może szkodzić? Otóżto mi wielkie nieszczęście,
że będę wiedział jak jesteś zbudowana... Widziałem już inne. Wtedy poczęła szlochać, a on uniósł się już zupełnie, zrozpaczony
jej zamiarem; nie posiadał się z gniewu na myśl, że nie dokończy
szkicu, że pruderya tej dziewczyny przeszkodzi mu w tak dobrem
studyum do obrazu. - Nie chcesz, co? ależ to głupie! Za kogóż mnie bierzesz?.... Czym
się choć dotknął, powiedz? Czym myślał o głupstwach, byłbym miał
dobrą sposobność, tej nocy.... A! bo ja sobie drwię z tego, moja
kochana! Możesz mi spokój nie pokazać choćby wszystko.... A potem,
słuchaj, to wcale niegrzecznie z twojej strony, odmawiać mi tej
przysługi, boć nakoniec przecież podjąłem cię z ulicy, spałaś w
mojem łóżku. Płakała jeszcze więcej, z głową ukrytą w poduszkach. - Przysięgam ci, że mi to potrzebne, inaczejbym cię nie dręczył. Tyle łez zdumiało go, wstyd go wziął za swoją szorstkość i umilkł,
zaambarasowany, pozwolił jej się uspokoić; potem rozpoczął znów
głosem bardzo łagodnym: - Skoro ci to sprawia taką przykrość, nie mówmy już o tem...
Tylko, gdybyś pani wiedziała! Jest w moim obrazie jedna twarz taka,
której nie mogę wykończyć, silę się i robota nie postępuje mi ani o
krok naprzód, a pani właśnie tak się nadałaś do tego! Ja, kiedy
chodzi o to przeklęte malarstwo, zadusiłbym własnego ojca i matkę.
Nieprawdaż, że mi to wybaczysz, że zrozumiesz... I uważaj pani,
gdybyś była dobrą, dałabyś mi jeszcze kilka minut czasu. Nie, nie,
uspokójże się pani! nie tors, nie żądam torsu! Głowa, nic prócz
głowy! Gdybym mógł przynajmniej głowę wykończyć!... Błagam na
wszystko, bądź pani tak uprzejmą, połóż ramię tak jak było pierwej,
a będę ci wdzięcznym, widzisz pani, o! wdzięcznym całe życie! W tej chwili błagał już, poruszał tak jakoś miłosiernie ołówkiem,
cały przejęty wzruszeniem wielkiej swej artystycznej żądzy. Zresztą
nie poruszył się z miejsca, wciąż siedząc na brzegu nizkiego
krzesełka, zdaleka od niej. Wtedy odważyła się, odsłoniła twarz
uspokojoną. Cóż mogła zrobić? Zdana była na jego łaskę i niełaskę a
on miał minę tak nieszczęśliwego! Jednakże zawahała się,
zakłopotała raz jeszcze ostatni. I powoli, nie mówiąc ani słowa
wysunęła obnażone ramię, wsunęła je napowrót pod głowę, starannie
przytrzymując drugą ręką, ukrytą, kołdrę zwiniętą koło szyi. - A! jakaś pani dobra!... Będę się śpieszył i zaraz będziesz już
wolną. Przechylił się nad rysunkiem, na nią rzucał tylko spojrzenia
malarza, dla którego zniknęła kobieta i który widzi przed sobą
wyłącznie model. Naprzód zarumieniła się, świadomość tego
odsłoniętego nagiego ramienia, które najniewinniej byłaby ukazała
na balu, przejmowała ją pomięszaniem. Później wszakże ten chłopak
wydał jej tak rozsądnym, że uspokoiła się zupełnie, twarz jej
ochłonęła, usta rozszerzyły się nieco uśmiechem ufności. I z pod
nawpół przymkniętych powiek, ona studyowała go teraz. Jakimż
przejmował ją od wczoraj strachem, z tą swoją czarną brodą, wielką
głową i gwałtownemi gestami! A przecież nie był brzydki, w głębi
wązkich jego oczu odkrywała teraz wielką jakąś serdeczność, nos
jego regularny zadziwiał ją, nos o delikatnych liniach, kobiecy,
gubiący się w zaroście, zjeżonych wąsów. Drgał on tem drżeniem
nerwowego niepokoju, ciągłą namiętnością, która zdawała się nadawać
życie ołówkowi w jego ręku i która dziwnie ją rozrzewniała, sama
niewiedziała, czemu. To nie mógł być zły człowiek, jeśli był
szorstkim to z nieśmiałości chyba tylko. Wszystkiego tego ona nie
analizowała tak dokładnie, ale czuła to i stawała się swobodną jak
u przyjaciela.. Pracownia jednak ciągle jeszcze wprawiała ją w niejakie
pomięszanie. Przyglądała jej się z ukosa, zdumiona takim
nieporządkiem i takiem zaniedbaniem. Przed piecem leżał jeszcze
popiół z zeszłej zimy. Prócz łóżka, małej umywalki i sofy, nie było
innych mebli nad starą, szafę dębową, rozbitą i wielki stół
jodłowy, zarzucony pędzlami, farbami, brudnemi talerzami lampką
spirytusową, nad którą stał jeszcze rondelek, zawalany makaronem.
Krzesła z powydzieranem wypleceniem, w nieładzie stały między
połamanemi sztalugami. Obok sofy wczorajsza świeca leżała na
podłodze, którą zamiata no chyba raz na miesiąc - i nic tu nie było
czystego, prócz chyba zegaru z kukułką, z kukułką otoczoną kwiatami
czerwonemi, która sama jedna tylko wyglądała jakoś wesoło. Ale co
ją przerażało najwięcej, to szkice, porozwieszane na ścianach, bez
ram, gęsto, aż do podłogi, gdzie już leżały nagromadzone całym
stosem, porozrzucane bezładnie. Nigdy nie widziała tak okropnych
malowideł, tak chropawych, rażących, tak gwałtownego jakiegoś
kolorytu, który jej aż sprawiał przykrość, aż obrażał jak zaklęcie
furmana, posłyszane we drzwiach oberży. Spuściła oczy, po ciągnięta
jednak ciekawością tego jednego obrazu, który stał odwrócony,
wielkiego obrazu, nad którym pracował malarz i który co wieczór
odwrócony opierał o mur, aby go lepiej módz ocenić nazajutrz rano,
pod wrażeniem świeżego pierwszego spojrzenia. Co ten mógł kryć,
kiedy nie śmiano go nawet pokazać? I przez środek pokoju wędrowała
sobie szeroka smuga słońca, Co wpadało przez szyby, niezłagodzone
najmniejszą sztorą, płynące jak roztopione złoto po wszystkich
szczątkach mebli; uwydatniając ich niedbałą nędzę. Klaudyuszowi wreszcie zaciążyło to milczenie. Chciał powiedzieć
coś, cobądź, mniejsza oto, chcąc być grzecznym a przynajmniej
rozerwać ją, podczas pozowania. Ale daremnie szukał, nie wymyślił
nic więcej nad pytanie: - Jak się pani nazywa? Otwarła oczy, które zamknęła była poprzednio, jakby napowrót
ogarniała ją ciemność. - Krystyna. Wtedy zdziwił się. I on jej przecież nie powiedział swojego
imienia. Od wczoraj byli tu, tuż obok siebie, nie znając się wcale. - Mnie na imię Klaudyusz. I popatrzywszy na nią teraz zobaczył, jak wybuchnęła wesołym
śmiechem. Był to poryw wesoły młodości dorosłej dziewczyny, co nie
przestała jeszcze być podlotkiem. Śmieszyła ją ta spóźniona wymiana
imion. Potem bawiła ją jeszcze rzecz inna. - Proszę! Klaudyusz, Krystyna, to się za zaczyna na tę samą
literę. Nastała znowu cisza. Mrużył powieki, był roztargniony, nic mu nie
przychodziło na myśl. Ale zdawało mu się, że zauważył w niej pewne
zniecierpliwienie i w strachu by się nie poruszyła, podjął znów,
byle tylko mówić, byle ją czemś zająć: - Cokolwiek gorąco. Tym razem utaiła śmiech, tę wrodzoną wesołość, która wciąż w niej
powstawała i wyrywa się na jaw mimo jej woli, odkąd się uspokoiła.
Gorąco stawało się tak wielkiem, że w łóżku było jej jak w kąpieli,
skórę miała wilgotną i pobladłą, tą mleczną białością kamelii. - Tak, cokolwiek gorąco, - odpowiedziała poważnie, - kiedy
tymczasem oczy ożywiały się śmiechem. Klaudyusz wówczas zakonkludował z dobroduszną swą miną: - To słońce w oknie, ale ba! to dobrze działa, taki porządny
promień słońca na skórę... Powiedz pani, dziś w nocy tegoby nam
było potrzeba, tam pod bramą? Oboje wybuchnęli śmiechem, on również, zadowolony z tego, że
wreszcie znalazł przedmiot rozmowy, począł ją wypytywać o szczegóły
nocnej jej przygody, bez zaciekawienia, mało się troszcząc w głębi
duszy o to, czy się dowie prawdy, wyłącznie w celu przedłużenia
posiedzenia. Krystyna z prostotą w kilku słowach opowiedziała całe zdarzenie.
Wczorajszego dnia rano opuściła Clermont, przyjeżdżając do Paryża,
gdzie miała przyjąć miejsce lektorki u wdowy po generale, pani
Vanzade, starej osoby, bardzo bogatej, która zamieszkiwała w Passy.
Pociąg, zazwyczaj, przybywał o dziewiątej minut dziesięć i wszystko
było rozporządzone i umówione, panna służąca miała czekać na nią na
dworcu, oznaczono nawet listownie znak, po którym miano się poznać,
popielate pióro na czarnym kapeluszu. Ale otóż w pobliżu Nevers,
pociąg, którym jechała wpada na pociąg towarowy, którego wagony
wyrzucone z szyn i rozbite, zawaliły drogę. I tu począł się dla
niej cały szereg przygód i opóźnień; naprzód czekanie bez końca w
stojących wagonach, potem przymusowe opuszczenie wagonów,
pozostawienie w miejscu bagaży; podróżni przymuszeni zostali do
zrobienia trzech kilometrów drogi pieszo, aby dojść do stacyi,
gdzie postanowiono dać im pociąg osobowy, nadzwyczajny. Stracono
już dwie godziny, potem dwie drugie w zamieszaniu, które spowodował
wypadek na całej linii, tak dobrze, że kiedy pociąg przybył na
dworzec paryzki, dopiero o pierwszej godzinie w nocy, było całe
cztery godziny spóźnienia. - To rzecz przyjemna! - wtrącił Klaudyusz, wciąż niedowierzający
jeszcze, pokonany jednak, zdziwiony naturalnym sposobem, w jaki
układały się komplikacye tej całej historyi. I naturalnie nikt już
nie czekał na panią na dworcu? W istocie, Krystyna nie zastała panny służącej pani Vanzade, którą
prawdopodobnie znudziło oczekiwanie. I opowiadała swoje pomięszanie
na dworcu Lyońskim, w tym wielkim budynku, nieznanym jej, czarnym,
pustym, niebawem całkowicie opustoszałym o tak późnej już godzinie,
pośród nocy. Naprzód nie śmiała wziąć powozu, przechadzała się z
woreczkiem podróżnym w ręku, w nadziei, że przecież ktoś przyjdzie
po nią. Potem wreszcie zdecydowała się, zbyt późno, bo nie było już
dorożek, prócz jednej, brudnej bardzo z dorożkarzem widocznie
pijanym, który wciąż krążył koło niej, ofiarując swe usługi z
dziwnie szyderczą miną. - Tak, pijak, - odpowiedział Klaudyusz, zainteresowany teraz, jak
gdyby obecnym był całemu przebiegowi jakiejś baśni. - Pani więc
weszłaś do jego powozu. Z oczyma utkwionemi w sufit, Krystyna ciągnęła dalej swą opowieść,
nieporuszona, w przybranej pozie. - On mnie do tego znaglił. Nazywał mnie swoją małą i przejmował
mnie strachem.... Kiedy się dowiedział, że jadę do Passy, zaczął
się złościć i zaciął tak konia, że musiałam trzymać się oburącz
drzwiczek. Potem uspokoiłam się cokolwiek, dorożka toczyła się
spokojnie po oświetlonych ulicach, widziałam ludzi na trotuarach.
Nakoniec poznałam Sekwanę. Nie byłam nigdy w Paryżu, ale obejrzałam
sobie poprzednio dobrze plan miasta... I myślałam, że pojedzie
wzdłuż wybrzeży; naraz przecież przejął mnie przestrach napowrót,
widząc, że przejeżdżamy przez most jakiś. Właśnie deszcz poczynał
padać, dorożkarz, który skręcił w jakiś zaułek bardzo ciemny,
stanął nagle. Zaszedł ze swego kozła i chciał siąść razem ze mną do
powozu... Mówił, że za bardzo pada.... Klaudyusz począł się śmiać. Nie wątpił już teraz, tego dorożkarza
wymyślić sobie nie mogła. Kiedy umilkła zakłopotana: - Dobrze, już dobrze! to były z jego strony żarty. - Co prędzej wyskoczyłam na bruk przez drugie drzwiczki. Wtedy
zaklął, powiedział mi, żeśmy już przybyli na miejsce i zagroził, że
mi zedrze z głowy kapelusz, jeśli mu nie zapłacę.... Deszcz lał
strumieniami, nadbrzeża były kompletnie puste. Traciłam głowę,
wyjęłam pięciofrankówkę, a on zaciął konia i odjechał zabierając z
sobą mój woreczek podróżny, gdzie na szczęście nie było nic więcej,
nad dwie chustki do nosa, połowę bułki maślanej i klucz od walizy,
pozostałej w drodze. - Ależ bierze się numer fiakra! - zawołał malarz, oburzony. Teraz przypomniał sobie, że spotkał idąc mostem Ludwika Filipa,
dorożkarza pędzącego co koń wyskoczy, pośród ulewy. I podziwiał
nieprawdopodobieństwo prawdy częstokroć. To co on wymyślił, jako
proste i logiczne, było poprostu głupiem, wobec biegu naturalnego,
nieskończonych kombinacyj życia. - Możesz sobie pan wyobrazić, czy się czułam szczęśliwą pod tą
bramą! - dokończyła Krystyna. - Wiedziałam bardzo dobrze, że nie
jestem w Passy, miałam więc tam noc spędzić w tym okropnym Paryżu.
A te grzmoty, pioruny, błyskawice, o! te błyskawice, całkiem
niebieskie, to znów czerwone całe, które tak mi przedstawiały
rzeczy, że drżeć musiałam cała! Powieki jej napowrót się przymknęły i twarz pobladła dreszczem,
przed jej oczyma stał ten gród tragiczny, te zagłębienia nadbrzeży,
ta fosa głęboka rzeki, w której toczyły się ołowiane fale, zawalone
czarnemi jakiemiś wielkiemi ciałami, galarami podobnemi do martwych
wielorybów, najeżone masztami nieruchomemi. Nastała cisza. Klaudyusz zabrał się napowrót do swego rysunku. Ale
ona poruszyła się, ramię jej cierpło. - Podnieś pani nieco w górę łokieć, proszę bardzo. Potem z wyrazem zajęcia, jakby na usprawiedliwienie, spytał: - Rodzice pani niezawodnie muszą być w rozpaczy, jeżeli doszła do
nich wieść o katastrofie. - Nie mam rodziców. - Jakto! ani ojca, ani matki... Jesteś pani samą na świecie? - Tak, samą zupełnie. Miała lat ośmnaście i urodziła się w Strasburgu wypadkiem, podczas
zmiany garnizonu jej ojca kapitana Hallegrain. Kiedy zaczynała rok
dwunasty, ojciec jej, gaskończyk z Montauban, umarł w Clermont,
gdzie w skutek sparaliżowania nóg osiadł, wziąwszy dymisyę. Przez
pięć lat blisko, matka jej, która była paryżanką, żyła tam, na
prowincyi, oszczędnie z swej pensyjki, zarabiając jeszcze prócz
tego malowaniem wachlarzy, aby dokończyć wychowania córki; a
piętnaście miesięcy temu umarła i ona z kolei, zostawiając ją samą
jedną na świecie, bez grosza, dając jej jako podporę jedyną -
przyjaźń zakonnicy, przełożonej sióstr Wizytek, która ją
pozostawiła w swym pensyonacie. Wprost to z klasztoru przybywała
tutaj, gdzie zakonnica wynalazła dla niej owo miejsce lektorki u
starej swej przyjaciółki, pani Vanzade, ociemniałej niemal
zupełnie. Klaudyusz oniemiał przy tych wszystkich nowych szczegółach. Ten
klasztor, ta sierota starannie wychowana, ta przygoda tak
romantyczna, ambarasowały go niesłychanie, wywołały na powrót
niezręczność słowa i ruchów. Nie pracował już, z oczyma
spuszczonemi na szkic. - Clermont, to ładne miasto? - spytał wreszcie. - Niezbyt; miasto ponure, czarne.... A zresztą nie wiem dobrze,
nie wychodziłam prawie nigdy. Wsparła się na łokciu i ciągnęła dalej bardzo cicho, jakby już
mówiąc do siebie tylko, głosem, w którym drgały jeszcze łkania jej
żałoby. - Mama nie była dość silną i zabijała się pracą... Psuła mnie, nie
było nic zbyt pięknego dla mnie, miałam profesorów do wszystkiego;
a korzystałam tak mało, naprzód zachorowałam, potem nie słuchałam
bardzo napomnień, zawsze wesoła, roztrzepana... Muzyka nudziła
mnie, ile razy siadłam do fortepianu, kurcze chwytały mnie w
rękach. Malarstwo przypadało mi jeszcze najwięcej do gustu... Podniósł głowę, przerwał jej wykrzykiem: - Pani umie malować! - O! nie, nic nie umiem, nic zupełnie.. Mama, która miała wielki
talent, nauczyła mnie trochę akwareli i pomagałam jej czasem w
malowaniu wachlarzy.... Ona malowała je tak pięknie! Mimowoli rozejrzała się po pracowni, po tych szkicach
przerażających, któremi płomieniały ściany - i w jasnych jej oczach
ukazało się napowrót pomięszanie, niespokojne zdziwienie, którem ją
przejmowało to brutalne malarstwo. Zdaleka widziała na wywrót
studyum, które z niej naszkicował był malarz, tak przestraszające
gwałtownością tonów, wielkiemi rysami pasteli siekające cienie, że
nie śmiała go prosić, aby jej pozwolił przyjrzeć się mu z bliska.
Zresztą ile jej było w tem łóżku, gorąco, poruszała się
niecierpliwie, dręczona wciąż myślą, by wyjść jak najprędzej i
skończyć raz już z tem wszystkiem, co jej się wydawało snem
przykrym od wczorajszego wieczora. Bez wątpienia Klaudyusz odczuć musiał to jej zdenerwowanie. Nagłe
zawstydzenie, przejęło go żalem. Rzucił swój rysunek niewykończony
i wymówił bardzo szybko: - Dziękuję pani bardzo za jej uprzejmość.... Proszę mi przebaczyć,
żem jej nadużył, prawdziwie... Wstawaj pani teraz, wstawaj, proszę
bardzo. Czas już byś pani zajęła się swemi interesami. I nie pojmując dlaczego nie mogła się zdecydować, zarumieniona,
ukrywając przeciwnie pod kołdrą ramię w miarę jak jemu stawało się
spieszno, powtarzał jej wciąż, by wstawała. Potem zrobił jakiś gest
bezprzytomny, zasunął parawan i przeszedł w drugi koniec pracowni,
przeskakując w drugą ostateczność skromności niezmiernej, której
wyrazem było hałaśliwe porządkowanie naczyń, aby mogła swobodniej
wstać z łóżka i ubrać się, nie lękając się, że ją słyszeć można. Pośród tego hałasu nie posłyszał głosu, który odzywał się z pewnem
wahaniem. - Panie, panie... Nakoniec nadstawił ucha. - Panie, gdybyś zechciał być tak uprzejmym... Nie mogę znaleźć
moich pończoch. Rzucił się. Gdzie też miał głowę? cóż chciał, aby zrobiła w
koszuli za tym parawanem, bez pończoch i spódnic, które rozwiesił
na słońcu? Pończochy były suche, przekonał się o tem przecierając
je z lekka; potem podał je przez wierzch cienkiej przegrody i
spostrzegł po raz ostatni obnażone ramię, świeże i okrągłe,
wdzięczne jak ramię dziecka. Przerzucił potem na łóżko spódnice,
posunął buciki i pozostawił tylko kapelusz zawieszony na stalugach.
Podziękowała mu, nie mówiła już nic więcej, rozróżniał zaledwie
tylko szelest bielizny i ostrożny szmer poruszanej wody. On jednak
wciąż się nią zajmował. - Mydło jest w podstawce na umywalce... Otwórz pani szufladkę, a
co? i weź pani czysty ręcznik... Może pani potrzeba więcej wody?
Podam konewkę. Myśl, że znowu popełnia może jaką niezręczność, przeraziła go
nagle. - I znowu nudzę panią... Nie chcę się naprzykrzać, bądź pani jak u
siebie. Powrócił do swych zajęć gospodarskich. Zajmowało go rozmyślanie
pewne. Czy powinien ofiarować jej śniadanie? Trudno przecież
pozwolić jej tak odejść. A z drugiej strony to się znów nie skończy
nigdy, oczywiście traci cały ranek pracy. Nie postanowiwszy nic w
tej mierze, kiedy zapalił lampkę spirytusową, wymył rondelek i
zabrał się do zrobienia czekolady, którą uważał za dystyngowańszą,
w duszy zawstydzony swym makaronem, który zazwyczaj jadał z oliwą i
chlebem na sposób południowców. Ale wdrabiał jeszcze czekoladę w
rondelek, kiedy mimowolnie wyrwał mu się okrzyk. - Jakto! już! Krystyna odsuwała już parawan i stanęła, czysta w nieposzlakowanem
ubraniu czarnem, zasznurowana, zapięta, wystrojona w jednem
mgnieniu oka. Na różanej jej twarzyczce nie pozostało żadnych
śladów wilgoci wody, ciężki warkocz spadał na szyję, gładziuteńki
tak, że ani jeden nie wymykał się nigdzie kosmyk. I Klaudyusz stał
zdumiony w obec tego cudu pośpiechu, tego zapału młodej gosposi do
ubierania się spiesznie a dobrze. - A! jeśli pani wszystko tak robisz! Widział teraz, że była wyższą i ładniejszą niż przypuszczał. Co go
przedewszystkiem zafrapowało, to wyraz spokojnej decyzyi w jej
twarzy. Widocznem było, że już się go nie obawia. Zdawało się, że
opuściwszy to rozesłane łóżko, w którem się czuła bezbronną,
przywdziała napowrót swą zbroję, wraz z bucikami i suknią.
Uśmiechała się, patrzyła mu prosto w oczy. Wypowiedział więc to, z
czego wypowiedzeniem wahał się dotąd jeszcze: - Pani zjesz ze mną śniadanie, nieprawda? Ale ona odmówiła. - Nie, dziękuję... Pobiegnę na dworzec, gdzie już niezawodnie
przyszedł mój kufer, a potem każę się zawieść do Passy. Daremnie powtarzał jej, że musi być głodną że to nie było
rozsądnem bynajmniej, wychodzić tak, nie posiliwszy się niczem. - W takim razie zejdę poszukać pani fiakra. - Nie, proszę pana, nierób sobie tego ambarasu. - Przecież nie możesz pani odbyć tak dalekiego kursu pieszo.
Pozwól mi pani więc przynajmniej towarzyszyć sobie do stacyi
dorożek, skoro nie znasz Paryża. - Nie, nie, nie potrzeba mi zupełnie pańskiej pomocy... Jeśli pan
zechcesz być uprzejmym, pozwolisz mi odejść samej. Było to widocznie stanowcze postanowienie. Z pewnością oburzała ją
myśl, że ją ktoś spotkać może w towarzystwie mężczyzny, choćby to
byli nawet ludzie nieznajomi tylko; zatai historyę tej nocy,
skłamie i zachowa przy sobie wspomnienie tej przygody. On, ruchem
ręki okazał, że go ta kwestya nie obchodzi zupełnie. Tem lepiej!
owszem, to mu było na rękę nie schodzić. Ale w głębi serca był
dotkniętym tą odmową, uznał ją za niewdzięczną. - Jak się pani podoba, przedewszystkiem. Nie użyję siły. Przy tych słowach słaby uśmiech zarysował się wyraźniej na ustach
Krystyny, schylając zlekka delikatne ust kąciki. Nie odpowiedziała
nic, wzięła za kapelusz i wzrokiem poszukała lustra, potem nie
widząc go, zdecydowała się związać kokardę wstążek na rozszerzonych
palcach. Z podniesionemi łokciami prostowała, wyciągała bez
pośpiechu wstążki, z twarzą w złotym odblasku słońca. Zdziwiony,
Klaudyusz nie mógł już poznać tych rysów dziecięcej łagodności,
które rysował przed chwilą; górna część twarzy zdała się gdzieś
zatonęła, czoło przezrocze, oczy pełne uczucia; teraz występowała
tylko część dolna, szczęka namiętna, usta purpurowo-koralowe o
pięknych zębach. A zawsze ten uśmiech zagadkowy dziewcząt, uśmiech
co drwi może. - W każdym razie, - odpowiedział urażony, - nie zdaje mi się, abyś
pani miała mi co do zarzucenia. Wtedy nie mogła już powstrzymać śmiechu, lekkiego nerwowego
śmiechu. - Nie, nie, panie, ani odrobinę. Wciąż patrzał na nią, w bezustannej walce z wrodzoną nieśmiałością
i niedoświadczeniem, w obawie, że się okazał śmiesznym. Cóż ona
wiedzieć mogła ta wielka panna? Tyle niezawodnie, ile wiedzą zawsze
dziewczęta na pensyi, wszystko i nic. To niedocieczone, niejasne
wykluwanie się ciała i serca, w które nikt nie może wniknąć. W tem
centrze swobodnego artysty, miałożby to zmysłowe a czyste dziewczę,
zbudzić się w instynktownej ciekawości a zarazem obawie mężczyzny?
Teraz, kiedy się już nie lękała, kto wie, czy nie odezwało się w
niej zdziwienie pogardliwe, kto wie, czy nie drwiła z tego, że
drżała przed niczem? Jakto! żadnego umizgu, żadnego pocałunku,
choćby w końce palców! Obojętność szorstka dziwaka, której doznała,
musiała oburzać i drażnić w niej kobietę, którą nie była jeszcze -
i wychodziła tak, zmieniona całkiem, zdenerwowana, udając śmiałą w
swej irytacyi, unosząc z sobą nieokreślony żal za temi jakiemiś
straszliwemi a nieznanemi jej rzeczami, które się nie stały. - Mówisz pan, - podjęła i spoważniała napowrót, - że stacya
dorożek jest przy moście na drugim nadbrzeżu. - Tak, w tem miejscu gdzie jest kłąb drzew. Dokończyła wiązać wstążki, była już gotową, w rękawiczkach ze
spuszczonemi rękoma, nie odchodziła jednak, wciąż patrząc przed
siebie. Oczy jej padły na wielkie płótno oparte o ścianę, chciała
prosić o pozwolenie obejrzenia go, potem nie mogła się ośmielić
jakoś. Nic nie zatrzymywało ją już a przecież miała jeszcze taką
minę, jak gdyby doznawała wrażenia, że pozostawia tu coś, coś czego
nie umiałaby nazwać. Nakoniec zwróciła się ku drzwiom. Klaudyusz już je otwierał i bułka oparta o ramy drzwi wpadła do
pracowni. - Widzisz pani, - rzekł, - że mogłabyć mieć już śniadanie. To
odźwierna przynosi mi to co rano. Odmówiła ponownie, wstrząśnieniem głowy. Kiedy już była w sieni
odwróciła się, przez chwilę stała nieporuszona. Uśmiech wesoły
powrócił jej na usta, wyciągnęła pierwsza do niego rękę. - Adieu panu. - Adieu pani. I Krystyna nie podniósłszy już głowy, schodziła po trzeszczących
stopniach istnej młynarskiej drabiny; Klaudyusz zaś szybko wszedł
do siebie, zatrzasnął drzwi, mówiąc bardzo głośno: - A! to kara boska te kobiety! Wściekły był, zły na siebie, zły na wszystkich. Potrącając nogą po
drodze każdy mebel napotykany, sprawiał sobie ulgę głośnem
narzekaniem. Jakże miał słuszność, że nie pozwalał tu żadnej z nich
przychodzić! Te stworzenia zrobią tylko z człowieka osła. Ta
naprzykład, któż mu zaręczy, że mimo swej niewinnej minki, nie
zadrwiła sobie z niego obrzydliwie? A on był tak ograniczony, że
uwierzył pierwszej lepszej baśni z tysiąca i jednej nocy; wszystkie
wątpliwości poprzednie powracały teraz, nigdy nikt nie wmówi w
niego ani owej wdowy po jenerale, ani wypadku na kolei, ani
nadewszystko owego dorożkarza. Alboż zdarzały się podobne historye?
Zresztą, ona miała takie usta, co to mówią wiele - i minę miała
taką dziwną odchodząc. Jeszcze gdybyż rozumiał przynajmniej
dlaczego kłamała! - ale nie, kłamstwa bez celu, bez korzyści.
Niewytłomaczone - sztuka dla sztuki! A! teraz śmiała się tam z
niego dobrze! Gwałtownie odsunął parawan i popchnął go w kąt. Pewnież mu tam
piękny zostawiła nieład! A kiedy przekonał się, że wszystko
uporządkowane było, czyściuteńkie, miednica, ręcznik, mydło, uniósł
się, że nie posłała łóżka. Zabrał się do posłania go z przesadnym
zapałem, pochwycił oburącz materac ciepły jeszcze, wstrząsnął
poduszkę pachnącą, dławiony tem ciepłem, tą czystą wonią młodości,
co się unosiła z tej pościeli. Potem umył się w pełnej miednicy
wody, aby odświeżyć sobie skronie - i w ręczniku wilgotnym odnalazł
znowu tę samą woń duszącą, ten oddech dziewiczy, którego słodycz
rozproszona, unosząca się nad całą pracownią, dziwnie mu ciążyła na
piersiach. Klnąc wypił czekoladę z rondelka, tak zgorączkowany, tak
naglony potrzebą zabrania się do pędzla, że połykał tylko wielkiemi
kawałami bułkę. - Ależ tu umrzeć można! - zawołał nagle. - To gorąco odbiera mi
zdrowie. I Klaudyusz otwarłszy okno pod strychem, odetchnął z wyrazem
głębokiej ulgi parnym wiatrem, co się wdarł do pracowni. Wziął w
rękę rysunek głowy Krystyny i zatopił w przyglądaniu się tym rysom.