Dzielny Oczak - Agnieszka Chylińska

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (25,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pew­ne­go kwiet­nio­we­go, dość chłod­ne­go i wietrz­ne­go dnia, tuż po świę­tach wiel­ka­noc­nych, dzie­się­cio­let­ni Fra­nek po­sta­no­wił zo­stać dziel­nym chłop­cem. Fra­nek, czy­li Oczak - naj­młod­sze dziec­ko Pań­stwa Ze­zi­ków.

Za­de­cy­do­wał tak, bo czuł, że nie ma in­ne­go wyj­ścia. To zna­czy inne wyj­ście z pew­no­ścią ist­nia­ło, ale Fra­nek chciał być dziel­ny, i ko­niec. Od kie­dy roz­pa­dło się mał­żeń­stwo jego Ro­dzi­ców i Mama za­miesz­ka­ła niby bli­sko, ale jed­nak da­le­ko od Fran­ka, chło­piec wie­dział, że musi so­bie ze wszyst­kim ra­dzić sam.

Wiel­ka­noc w tym roku prze­bie­gła w na­praw­dę po­god­nej i mi­łej at­mos­fe­rze. Ale Fra­nek i tak czuł, że to nie jest szczę­ście ani peł­na ra­dość z prze­by­wa­nia z bli­ski­mi. Ma­rzył, by Ro­dzi­ce byli, je­śli nie ra­zem, to przy­naj­mniej szczę­śli­wi i uśmiech­nię­ci osob­no. Był już na tyle duży, że wie­dział, iż w tej kwe­stii nie­wie­le za­le­ży od nie­go. To Mama i Tata są od­po­wie­dzial­ni za swo­je szczę­ścia. Dwa osob­ne szczę­ścia.

Mimo to Fra­nek uznał, że jako pra­wie na­sto­la­tek po­wi­nien być sil­niej­szy i bar­dziej zor­ga­ni­zo­wa­ny. Po­sta­no­wił czę­ściej my­śleć o in­nych i im po­ma­gać, by mie­li wię­cej po­wo­dów do uśmie­chu. Chciał ro­bić kon­kret­ne rze­czy z my­ślą o in­nych lu­dziach. I ni­g­dy tego po­sta­no­wie­nia nie po­rzu­cić.

Od­kąd Pań­stwo Ze­zi­ko­wie prze­sta­li być ra­zem, oka­za­ło się, że mogą ze sobą roz­ma­wiać nor­mal­nym gło­sem i do­cho­dzić do po­ro­zu­mie­nia. Fra­nek za­sta­na­wiał się nie­raz, na czym to po­le­ga.

Do­sko­na­le pa­mię­tał cza­sy, gdy Ro­dzi­ce kłó­ci­li się lub nie od­zy­wa­li się do sie­bie na­wet przez kil­ka dni. Z jed­nej stro­ny czuł ulgę, że dla wszyst­kich człon­ków ro­dzi­ny za­koń­czył się ten mrocz­ny i nie­przy­jem­ny czas. Z dru­giej stro­ny za­sta­na­wiał się jed­nak, dla­cze­go lu­dzie, któ­rzy kie­dyś tak bar­dzo się ko­cha­li, że stwo­rzy­li ro­dzi­nę, cza­sem mu­szą się roz­stać, by móc spo­koj­nie ze sobą roz­ma­wiać i być dla sie­bie mili.

Mama za­ję­ła się swo­im skle­pi­kiem w Mali­nów­ce i za­miesz­ka­ła nie­opo­dal domu, w któ­rym miesz­kał Oczak wraz ze swo­im star­szym bra­tem Gi­le­rem. Od tego cza­su sto­sun­ki mię­dzy nią a Tatą rze­czy­wi­ście zde­cy­do­wa­nie się po­pra­wi­ły.

Czas świąt wiel­ka­noc­nych był cał­kiem uda­ny. Mama nie bie­ga­ła już ner­wo­wo po kuch­ni, go­tu­jąc ty­sią­ce dań, któ­rych do­mow­ni­cy i tak nie byli w sta­nie zjeść. Przy­je­cha­ła do domu Taty w Wiel­ki Pią­tek. Obo­je MNIEJ WIĘ­CEJ po­sprzą­ta­li dom Taty, czy­li daw­ny dom Mamy i Taty. Mama przy­go­to­wa­ła sma­ko­ły­ki w umiar­ko­wa­nej ilo­ści. Tata był po­god­niej­szy i miał do­bry hu­mor.

Fra­nek do­my­ślał się, dla­cze­go Pan Ze­zik czu­je się tak do­brze. Mama roz­sta­ła się z Pa­nem Mi­ło­szem i znów miesz­ka­ła sama. A Tata chy­ba cały czas głę­bo­ko w ser­cu li­czył na to, że kie­eeeedyś mo­oooooże Mama do nie­go wró­ci.

W Wiel­ką So­bo­tę do domu do­tar­ła osiem­na­sto­let­nia Zu­zan­na wraz ze swo­im chło­pa­kiem Win­cen­tym. Ro­dzi­ce byli bar­dzo dum­ni ze swo­jej cór­ki. Zu­zan­na spo­koj­nie, ale kon­se­kwent­nie re­ali­zo­wa­ła swój plan. Tak jak so­bie obie­ca­ła, su­mien­nie przy­go­to­wy­wa­ła się do stu­diów, po któ­rych mia­ła zo­stać na­uczy­cie­lem ta­kich dzie­ci jak jej brat Gi­ler. Win­cen­ty, któ­ry bar­dzo ko­chał Zu­zan­nę, wspie­rał ją w tym ca­łym ser­cem.

Pięt­na­sto­let­ni Gi­ler był już tak wy­so­ki, że pra­wie do­rów­ny­wał wzro­stem Panu Ze­zi­ko­wi, któ­ry był naj­wyż­szy z ca­łej ro­dzi­ny. Cza­rek miał na twa­rzy trą­dzik, czy­li mnó­stwo prysz­czy, któ­re po­dob­no mia­ły mu znik­nąć z twa­rzy, gdy osta­tecz­nie doj­rze­je.

Fra­nek ro­zu­miał, że w przy­pad­ku jego star­sze­go bra­ta cho­dzi tyl­ko o doj­rze­wa­nie cia­ła. Wy­jąt­ko­wy stan umy­słu Gi­le­ra miał po­zo­stać bez więk­szych zmian. Po­mi­mo kieł­ku­ją­cej na twa­rzy ko­ziej bród­ki i ja­snych wą­si­ków Gi­ler był, jaki był.

Fra­nek jed­nak jako je­dy­ny nie czuł się wo­bec sy­tu­acji Czar­ka bez­sil­ny. Wie­dział, że Gi­ler po­zo­sta­nie Gi­le­rem i nie na­le­ży tego na siłę zmie­niać.

Fra­nek czuł gdzieś głę­bo­ko w środ­ku, że on sam też jest wy­jąt­ko­wy, bo jego ser­ce jest peł­ne chę­ci do spra­wia­nia ra­do­ści in­nym.

W szko­le ra­dził so­bie świet­nie i był bar­dzo lu­bia­ny za­rów­no przez ko­le­gów i ko­le­żan­ki, jak i przez na­uczy­cie­li. Lu­bi­ły go na­wet kla­so­we ło­bu­zy! Bo Fra­nek ni­g­dy się nie skar­żył i ni­g­dy ni­ko­go nie oce­niał. Za­wsze sta­rał się zro­zu­mieć. Na­uczył się tego w domu, pa­trząc na Ro­dzi­ców, Sio­strę i ich sto­su­nek do Gi­le­ra.

Za­py­ta­ny, kim chce zo­stać, kie­dy do­ro­śnie, Fra­nek nie po­tra­fił udzie­lić jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi. Lu­bił być w ru­chu. Dzia­łał w har­cer­stwie, był prze­wod­ni­czą­cym kla­sy i ka­pi­ta­nem swo­jej dru­ży­ny pił­kar­skiej. Mimo to czuł, że chce ro­bić coś wię­cej, coś bar­dziej wy­jąt­ko­we­go. Wie­czo­ra­mi, gdy już miał od­ro­bio­ne lek­cje, Fra­nek wy­cią­gał cza­sem Tatę i Gi­le­ra na wie­czor­ne spa­ce­ry z psem Bla­kie­rem. Tata za­zwy­czaj nie­chęt­nie wy­cho­dził z domu.

Gdy świę­ta się koń­czy­ły, Mama wraz z Zu­zan­ną wra­ca­ły do swo­je­go dom­ku. Za­rów­no Fra­nek, jak i Gi­ler mo­gli spać u Mamy i prze­by­wać tam, ile chcie­li. Gdy Mama że­gna­ła się i wy­cho­dzi­ła, Pan Ze­zik z głę­bo­kim wes­tchnie­niem cięż­ko opa­dał na ka­na­pę, włą­czał te­le­wi­zor i za­my­kał się w so­bie.

Fra­nek nie­raz za­sta­na­wiał się, dla­cze­go Tata, któ­ry tak moc­no ko­chał Mamę, po­zwo­lił jej odejść i o nią nie za­wal­czył. Wie­dział jed­nak, że to jest spra­wa mię­dzy Tatą i Mamą. Nie­mniej smut­no mu było pa­trzeć na Tatę, któ­ry ja­koś nie po­tra­fił za­cząć wszyst­kie­go od nowa.

Mama, choć też była sama, pra­co­wa­ła peł­ną parą w swo­im skle­pi­ku. Cały czas prze­by­wa­ła wśród lu­dzi, była uśmiech­nię­ta i peł­na ży­cia. Za­wsze mia­ła coś do zro­bie­nia. Sta­ła się ra­do­sna i mia­ła w gło­wie mnó­stwo ko­lo­ro­wych pro­jek­tów i po­my­słów.

Wi­try­na w Mamy skle­pi­ku z rę­ko­dzie­łem była te­raz bar­dzo ko­lo­ro­wa. Wy­le­gi­wa­ły się na niej wie­lo­barw­ne pa­sia­ste drew­nia­ne koty. Tuż obok le­ża­ły so­czy­ście czer­wo­ne fla­ne­lo­we ser­ca, tur­ku­so­we gip­so­we gwiazd­ki, pstro­ka­te dy­wa­ni­ki i ręcz­nie ma­lo­wa­ne ram­ki do zdjęć. Mama w ogó­le od­zy­ska­ła spo­kój i uśmiech. Czę­ściej znaj­do­wa­ła czas na czy­ta­nie ksią­żek i prze­glą­da­nie al­bu­mów z ob­ra­za­mi i zdję­cia­mi pięk­nych za­kąt­ków świa­ta. Zu­zia i Fra­nek wie­dzie­li, że od ja­kie­goś cza­su ma­rzy o po­dró­ży do Mek­sy­ku. Po­dob­no jest tam bar­dzo ko­lo­ro­wo i pięk­nie.

Od kie­dy Mama zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy w ban­ku, pro­wa­dzi­ła skrom­niej­sze ży­cie. Ma­rze­nie o po­dró­ży do Mek­sy­ku było dla niej ra­czej trud­ną do zre­ali­zo­wa­nia tę­sk­no­tą, dla­te­go na ra­zie stwo­rzy­ła so­bie wła­sny mały Mek­syk w skle­pi­ku.

Fra­nek miał przy­ja­ciół­kę Ewę. Był z nią bar­dzo zwią­za­ny. Ewa była spo­koj­na i też lu­bi­ła lu­dzi. Mia­ła młod­sze­go bra­ta Ra­fa­ła, któ­ry był po­dob­ny do Gi­le­ra w za­cho­wa­niu i ca­łej swo­jej nie­zwy­kło­ści. Dla­te­go tak do­sko­na­le się z Fran­kiem ro­zu­mie­li.

Dzie­ci uważ­nie przy­glą­da­ły się do­ro­słym. Dzi­wi­ły się, dla­cze­go nie­któ­rym jest tak trud­no po­lu­bić in­nych. A jeś­li na­wet nie ja­koś bar­dzo po­lu­bić, to żyć z nimi w zgo­dzie i choć­by mó­wić so­bie "dzień do­bry" przy róż­nych oka­zjach. I Fra­nek, i Ewa byli zgod­ni co do tego, że wszyst­kich lu­dzi da się po­lu­bić. Cza­sem wy­star­czy wczuć się w ich sy­tu­ację i cier­pli­wie wy­słu­chać.

Fra­nek wie­dział na przy­kład, że gdy smut­ny i wiecz­nie czymś zmę­czo­ny Tata chce po­mil­czeć ze swo­im sy­nem, to nie ma sen­su ma­ru­dzić. Bo Tata sta­wał się wte­dy jesz­cze bar­dziej za­smu­co­ny i za­mknię­ty. Gdy z ko­lei Tata miał ja­śniej­sze spoj­rze­nie, bo wła­śnie po­roz­ma­wiał so­bie z Mamą, to był to ide­al­ny mo­ment, by za­pro­po­no­wać mu wspól­ny spa­cer z psem. Kwie­cień w tym roku raz za­ska­ki­wał pięk­ną po­go­dą, a raz nie­po­ko­ił gwał­tow­ny­mi bu­rza­mi i chłod­ny­mi wie­czo­ra­mi. Fra­nek sie­dział so­bie z Ewą w swo­im po­ko­ju w je­den z ta­kich wła­śnie prze­ni­kli­wie zim­nych wie­czo­rów i po­pi­ja­li w mil­cze­niu cie­płe ka­kao.

Ewa za­gad­nę­ła swo­je­go przy­ja­cie­la:

- Jak my­ślisz, cze­mu two­ja Mama nie chce wró­cić do Taty?

Fra­nek wes­tchnął. Nie znał od­po­wie­dzi.

- Oni się wiecz­nie kłó­ci­li. Mama po­wie­dzia­ła mi kie­dyś, że czu­ła się bar­dzo sa­mot­na.

Ewa do­pi­ła swo­je ka­kao. Dziew­czyn­ka mia­ła ja­sne wło­sy, któ­re błysz­cza­ły te­raz wy­jąt­ko­wo moc­no.

- Tata na pew­no ko­cha Mamę po swo­je­mu. Ale wi­docz­nie nie ko­cha jej tak, jak Mama by chcia­ła - do­dał.

Ewa uśmiech­nę­ła się de­li­kat­nie.

- To smut­ne. Gi­ler też ko­cha two­ją Mamę po swo­je­mu.

- Wiem - od­parł szyb­ko Oczak - ale Gi­ler to jej dziec­ko, może wte­dy jest ina­czej... Tata jest taki... nie­obec­ny...

Ewa i Fra­nek po­że­gna­li się. Na­stęp­ne­go dnia mia­ły się od­być pierw­sze lek­cje po prze­rwie świą­tecz­nej. Gdy za dziew­czyn­ką za­mknę­ły się drzwi, Fra­nek spoj­rzał na mer­da­ją­ce­go ogo­nem Bla­kie­ra. Pies bar­dzo chciał wyjść na dwór, ale wła­śnie na­de­szła pora ką­pie­li Czar­ka, któ­rą za­wsze nad­zo­ro­wał jego młod­szy brat. Tata pu­stym wzro­kiem wpa­try­wał się w ekran te­le­wi­zo­ra.

- Tato, wyj­dziesz na se­kun­dę z psem czy wo­lisz po­pil­no­wać Czar­ka?

Od­po­wiedź była do­kład­nie taka, ja­kiej się spo­dzie­wał.

- Cza­rek da so­bie radę, Fran­ku. Mu­si­my go uczyć sa­mo­dziel­no­ści. Na­wet je­śli roz­chla­pie tro­chę wody albo nie wy­trze się zbyt do­kład­nie, to jed­nak wo­lał­bym, żeby pró­bo­wał ką­pać się sam. A co do psa, to na dwo­rze jest bar­dzo zim­no. Wy­pusz­czę go do ogród­ka. Pew­nie za chwi­lę i tak bę­dzie pisz­czał pod drzwia­mi, bo zmok­nie i zmar­z­nie.

Tata pew­nie miał ra­cję, ale...Fra­nek ja­koś nie był prze­ko­na­ny. Pies zo­stał wy­pusz­czo­ny do ogród­ka i rze­czy­wi­ście po nie­speł­na pię­ciu mi­nu­tach za­czął dra­pać w drzwi. Do Gi­le­ra Fra­nek jed­nak wo­lał iść. Jego star­szy brat rze­czy­wi­ście sam z po­wo­dze­niem umył się pod prysz­ni­cem. Ale ucie­szył się, gdy Fra­nek po­dał mu cie­pły szla­frok z ka­lo­ry­fe­ra i po­mógł mu do­kład­nie wy­trzeć sto­py.

Gdy chłop­cy spę­dza­li czas w domu Mamy, za­wsze tak było. Mama nie chcia­ła sły­szeć o tej ca­łej sa­mo­dziel­no­ści. Był czas i na spa­cer z psem, bez wzglę­du na aurę, i na po­moc Czar­ko­wi przy wie­czor­nej to­a­le­cie. Po­tem oczy­wi­ście Ro­dzi­ce sprze­cza­li się o to, czyj po­mysł na Gi­le­ra jest lep­szy. Każ­de z nich ob­sta­wa­ło przy swo­im, więc w koń­cu wspól­nie za­de­cy­do­wa­li, że gdy Gi­ler jest u jed­ne­go Ro­dzi­ca, to dru­gi nie wtrą­ca się do jego me­tod. Fra­nek na szczę­ście ni­g­dy nie mu­siał skar­żyć jed­ne­mu Ro­dzi­co­wi na dru­gie­go. Tego szczę­śli­wie uda­wa­ło się uni­kać. Ro­dzi­ce byli w sta­łym kon­tak­cie. Tata do­sko­na­le wie­dział, że jego była żona jest naj­lep­szą Mamą dla ich wspól­nych Dzie­ci. A Mama wie­dzia­ła, że jej były mąż jest dla nich naj­lep­szym Tatą. I to była praw­da.

Fra­nek wra­cał wła­śnie ze szko­ły i zbli­żał się do domu. Za­uwa­żył, że po dru­giej stro­nie uli­cy, tuż przy ka­mie­ni­cy, któ­ra sta­ła pu­sta od dnia przy­stą­pie­nia Zuzi do pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej, sta­nął duży sa­mo­chód do­staw­czy. Me­ta­lo­wa ta­blicz­ka z na­pi­sem: "Na sprze­daż", znik­nę­ła z bra­my, któ­ra była te­raz otwar­ta.

Fra­nek przy­sta­nął. Z za­cie­ka­wie­niem zer­kał, czy poza pra­cow­ni­ka­mi wy­na­ję­ty­mi do re­mon­tu i po­rząd­ków, bo taki wła­śnie na­pis wid­niał na sa­mo­cho­dzie, w bra­mie po­ja­wią się może przy­szli lo­ka­to­rzy. Ale nic ta­kie­go się nie sta­ło.

Dom był w kiep­skim sta­nie. Ścia­ny po­pę­ka­ły. Cały ogród po­kry­wa­ła gę­stwi­na daw­no nie­strzy­żo­nej tra­wy, ży­wo­pło­tów i ogrom­nej ilo­ści chwa­stów, pną­czy i po­plą­ta­nych krza­ków. Me­ta­lo­we ogro­dze­nie o wy­szu­ka­nym splo­cie za­rdze­wia­ło. W wie­lu miej­scach far­ba od­pa­da­ła od da­aaw­no temu pięk­nych, ale obec­nie brud­nych ozdób.

Na ten ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy za­wsze z ża­lem pa­trzył Pan Ze­zik i ubo­le­wał nad sta­nem pięk­nej przed laty ka­mie­ni­cy. W koń­cu był rzeź­bia­rzem. Dla Fran­ka było to bar­dzo dziw­ne, bo prze­cież w tym sa­mym cza­sie na re­mont cze­ka­ły wszyst­kie bal­ko­ny w domu Pana Ze­zi­ka, włącz­nie z po­pę­ka­nym ta­ra­sem. Tej spra­wie Tata jed­nak nie przy­glą­dał się z tym sa­mym współ­czu­ciem.

Od­kąd Mama wraz z Ze­zią wy­pro­wa­dzi­ły się z domu Taty, Pan Ze­zik za­cho­wy­wał się tak, jak­by się ob­ra­ził na bu­dy­nek, o któ­ry wcze­śniej z taką pie­czo­ło­wi­to­ścią dba­ła Mama. To z pew­no­ścią przez ten dom Mama roz­sta­ła się z Tatą. To na pew­no było po­wo­dem.

Tata więc dbał o dom, i tu pada dziw­ne sło­wo, DO­RAŹ­NIE. Czy­li je­śli trze­ba było przy­strzyc tra­wę czy coś po­sprzą­tać, to Pan Ze­zik z cięż­kim ser­cem, ale jed­nak za­bie­rał się do pra­cy. O bu­dy­nek z ze­wnątrz nie dbał już tak bar­dzo.

Po­cząt­ko­wo, tuż po roz­sta­niu, Mama mar­twi­ła się, że Tata prze­stał dbać o wy­gląd domu. Gdy jed­nak sku­pi­ła się na pra­cy w ban­ku i swo­ich spra­wach, prze­sta­ła za­uwa­żać i dom, i Tatę. Te­raz od po­nad dwóch lat miesz­ka­ła we wła­snym dom­ku, a każ­dą jej chwi­lę po­chła­niał skle­pik. Tata też cza­sem jej w nim po­ma­gał, ale tyl­ko wte­dy, kie­dy o to pro­si­ła. Wy­glą­dem domu nie przej­mo­wał się za­tem nikt.

Fra­nek jak tor­pe­da wpadł do kuch­ni, by wy­krzy­czeć Ta­cie in­for­ma­cję dnia. Naj­pierw zo­stał wy­li­za­ny przez swo­je­go uko­cha­ne­go psa Bla­kie­ra. Do­pie­ro po chwi­li zo­rien­to­wał się, że Tata stoi przy oknie ku­chen­nym i bacz­nie ob­ser­wu­je ko­lej­ny duży sa­mo­chód, któ­ry wła­śnie pod­je­chał przed opusz­czo­ną po­se­sję. Czy­li Tata już wi­dział i wie­dział.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.