ROZDZIAŁ 1
Nadieżda Pietrowna Szewcowa
Nadia wyszła z budynku i wciągnęła głęboko powietrze. Przesycone było wonią jesieni zmieszaną ze spalinami. Lubiła to. A nawet więcej. Nauczyła się kochać Warszawę. Pewnie dlatego, że tu wreszcie, po raz pierwszy od dawna, oddychała pełną piersią.
Od pewnego czasu prowadziła gościnne wykłady na tutejszym uniwersytecie. Zajęcia były otwarte dla wszystkich. Przychodziły więc bardzo różne osoby. Czasem po prostu jej czytelnicy, jak na zwykły wieczorek autorski. Czasem zaś głównie studenci. Takie grupy lubiła najbardziej. Nie było wtedy pytań o jej życie, a tym bardziej o ojczyznę, która jej nie chciała. Mówiło się o książkach i ich tworzeniu.
Proces twórczy był jednocześnie bezpiecznym i niebezpiecznym tematem. Pisanie było jej największym marzeniem od dzieciństwa, ale nie zawsze się tym zajmowała. Nadal wydawało jej się, że jest uzurpatorem wśród literatów. Jakby jedynie udawała, że tworzy, a w każdej chwili mógł pojawić się ktoś, kto powie: sprawdzam. A wtedy wyjdzie na to, że Nadia zupełnie nie nadaje się na autorkę.
Od czasu, kiedy zajęła się książkami na dobre, miała okazję rozmawiać z wieloma pisarzami i wielokrotnie słyszała, że inni też miewają takie lęki. Ktoś jej kiedyś powiedział, że jeśli twórca jest pewien, że jego powieść jest dobra, trzeba uciekać od niej jak najdalej. Wtedy bowiem raczej na pewno nie jest to nic godnego uwagi. Rozum podpowiadał więc, że niepewność co do swoich umiejętności w dużej mierze jest jej siłą. Najczęściej jednak marzyła, żeby mieć choć trochę więcej wiary w siebie. Kiedy jeszcze tańczyła, zawsze wiedziała, że dany układ wyszedł doskonale. Czemu w pisaniu tak nie jest?
Ale balet i literatura to coś z gruntu różnego. Podczas występów ocena publiczności pojawia się niedługo po tym, jak wykonało się coś niesłychanie trudnego. Staranie to nagradzane jest owacją. W pisaniu jest inaczej. Jeśli nawet stworzy się jakąś niesamowitą scenę, czytelnicy poznają ją dopiero za wiele miesięcy. A wtedy pracuje się już nad czymś innym i nie pamięta się nawet, że czekało się na jakąś reakcję. Jest się już wtedy w innej historii. A staranie w trakcie tworzenia pozostaje bez odpowiedzi.
Jednak to pisanie od zawsze było jej marzeniem. Od kiedy pamiętała, w jej domu się czytało. Książki stały dosłownie wszędzie. Już jako mała dziewczynka postrzegała je jako źródło magii, najpiękniejszą ozdobę domu i przedmiot najwyższego pożądania. Ojcu i matce zawsze było ich za mało. Wieczorami całą swoją małą rodziną siadywali przy stole w kuchni. Był stamtąd piękny widok na rzekę Moskwę. Lubili wodę. Oni do końca, ona zmieniła zdanie po tym, jak mama i tata utopili się podczas wyprawy kajakowej. W kilka chwil z najszczęśliwszej dziewczynki na świecie zmieniła się w tę najsmutniejszą.
Od tamtej pory nienawidziła wody. Może dlatego, kiedy zamieszkała w Warszawie, wybrała dzielnicę położoną jak najdalej od Wisły. Jednak w dzieciństwie patrzyła na potężną rzekę Moskwę z miłością. Była jej towarzyszką, kiedy mała Nadia z zapartym tchem słuchała, jak rodzice czytają jej na głos. Czasem robili to z podziałem na role, innym razem po kawałku - najpierw jedno, potem drugie. Ojciec szczególnie lubował się w odgrywaniu ról. Interpretował każdy tekst z emfazą. Matka odwrotnie. Wolała spokój i delikatną intonację. Jakby chciała analizę znaczeń ukrytych pomiędzy wierszami zostawić córce. Nadia uwielbiała te wieczory pełne najrozmaitszych przygód, które można było przeżywać bez wychodzenia z domu.
Ależ się cieszyła, kiedy wreszcie sama nauczyła się czytać i nie musiała już czekać, aż zasiądą do wieczornego rytuału. Mogła sama poznawać rozmaite światy, zanim jeszcze tata i mama wrócili z pracy. Ileż to godzin spędziła na cudownych wyprawach w krainę wyobraźni. Wsypywała sobie do szklanki trochę rodzynek i podjadała je, ściskając suszone owoce palcami, aż robiły się płaskie. Zawsze miała wrażenie, że są wtedy słodsze. A gdy miała ochotę na inne smaki - bywało, że wysypywała na talerzyk trochę soli i po prostu zanurzała w niej polizany wcześniej palec. Robiła tak, zwłaszcza kiedy pochłaniała jakąś szczególnie emocjonującą opowieść o zbrodni.
Nawet po skończeniu lektury na dany dzień, czy to tej samotnej, czy tej w towarzystwie rodziców, siedziała chwilę w ciszy, wyobrażając sobie, co wydarzy się dalej. Ćwiczyła się w wymyślaniu rozmaitych historii. Następnego dnia sprawdzała, co prawdziwy pisarz zrobił z opowieścią. Tworzenie historii zawsze kojarzyło jej się z wyrabianiem ciasta. Z tego samego ciasta można stworzyć zupełnie inne kształty, a po dołożeniu dodatkowych składników nawet inne smaki. Tak samo każdy opowiadacz mógł z tego samego początku historii albo jej elementów ulepić zupełnie inną książkę.
Czasem zapierało jej dech w piersiach, że można było coś takiego wymyślić. Czasem zaś wzruszała tylko ramionami - pewna, że jej rozwiązanie byłoby lepsze. Chętnie omówiłaby taką kwestię z pisarką czy pisarzem, ale wielu z nich już nie żyło. Taki Bułhakow na przykład. Ileż miała mu do powiedzenia na temat zachowania Małgorzaty. A z Dostojewskim na pewno ostro by podyskutowała!
Kiedy teraz to wszystko wspominała, robiło jej się ciepło na sercu. Rozczulała ją ta dziewczynka, która chciała napyskować klasykom. Nadia bardzo pragnęła znów ją w sobie znaleźć. To były proste, ale przepiękne czasy dziecięcej niewinności.
- Świetny wykład!
Mijała ją właśnie grupa studentów. Pomachała im i uśmiechnęła się szeroko na widok ich zabawnych halloweenowych ozdób. Pewnie wybierali się do jednego z okolicznych pubów, żeby świętować w swoim gronie. Zwyczaj przyszedł z Zachodu, ale pisarka zauważyła, że ta generacja uznała go już właściwie za swój. Na razie bardziej symbolicznie - jako pretekst, żeby się spotkać. Nie widziała dzieci zbierających cukierki, ale pewnie za kilka lat i to stanie się popularne. Kultury mają to do siebie, że się przenikają. Ludzie czasem nie zdają sobie z tego sprawy albo próbują negować to, co napływowe. A to przecież nieuniknione, że na gruncie starego rodzi się nowe.
Dajmy na to jutrzejszy dzień Wszystkich Świętych. Polacy zapalają znicze, nie wiedząc, że kiedyś na grobach przodków też paliło się ogień. Ona dorastała w prawosławiu i tam pamięć o zmarłych kultywowana jest kilka razy w roku. Jednak najważniejszym świętem jest Radonica. Dziewięć dni po Wielkanocy odwiedza się groby zmarłych i się do nich modli. Dawni Słowianie obchodzili dziady kilka razy w roku - wtedy, kiedy nastawały kulminacyjne dla cyklu astronomicznego przemiany.
Dziady. No właśnie. Ten zwyczaj okazał się dla Nadii ważny nie tylko dlatego, że w tych stronach świata stanowił kulturowe dziedzictwo. Poznała słynny dramat Adama Mickiewicza. I można powiedzieć, że właśnie dzięki niemu znów zaczęła pisać. Od czasu wybuchu wojny jej literacki głos zupełnie zamilkł. Dopiero teraz, po kilku latach, na nowo go odnalazła. I to dzięki wykładom na Uniwersytecie Warszawskim. To tu znalazła inspirację.
- Dobry wieczór!
- Dobry wieczór - odkrzyknęła.
Już całkiem nieźle mówiła po polsku. Mieszkała tu trzy lata, a teraz miała też polskiego narzeczonego. Miała, no właśnie. Na myśl o Wiktorze zrobiło jej się smutno. Być może nie byli już razem. Być może, bo tak naprawdę nie była pewna, jak to się zakończy. Ich kłótnia była naprawdę poważna i istniało niebezpieczeństwo, że nie będzie już szansy niczego naprawić. Ona i Vic obecnie nawet ze sobą nie rozmawiali. Wiedziała, że to ona powinna zrobić pierwszy krok do pojednania. Nie umiała się na to zdobyć. A przynajmniej jeszcze nie teraz.
W duchu kolejny raz postanowiła, że jak skończy pracę nad książką, spróbuje się do Wiktora odezwać. Kiedy pisała, pochłaniało ją to w pełni. Nawet najważniejsze rzeczy trzeba było odstawić na dalszy plan.
- Pani ma dziś urodziny, prawda?
Podeszła do niej grupka wykładowców. Wśród nich było kilku doktorantów. Wiedziała, że to bliżsi i dalsi znajomi Wiktora. Uniwersytet Warszawski stał się więc nie tylko inspiracją do powrotu do pisania, ale też wpłynął na jej życie prywatne.
Vica poznała na początku planowanej serii gościnnych wykładów. Zajmował się etnologią i antropologią kulturową, ale wpadł, żeby jej posłuchać, bo uwielbiał książki. Został po wykładzie. Zagadnął ją na temat rosyjskich laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Już po chwili zorientowała się, że nie obchodzi go za bardzo ani Pasternak, ani Szołochow, ani Sołżenicyn, ani tym bardziej Brodski. Po prostu ją podrywał.
Od tamtego momentu stali się nierozłączni. Wiktor albo Vic - jak nazywali go znajomi - przyznał jej się potem, że nie był pewny, czy z uwagi na swoją dość mizerną budowę i niewysoki wzrost ma u niej w ogóle szansę. Przecież ona przypominała najpiękniejsze rosyjskie supermodelki. Z odrobiną dumy musiała przyznać, że figurę ma niezłą. Zawdzięczała to baletowi. Nie tańczyła już tak długo, ale nadal trzymała linię i odpowiednią postawę ciała. Jakby w każdej chwili ktoś mógł powiedzieć, że jutro ma zatańczyć swoją ostatnią partię w Śpiącej królewnie.
Vic wcale nie był taki niski, jak narzekał, choć rzeczywiście był dość szczupły. Kompleksy miał chyba dlatego, że jego najbliższy przyjaciel, Max, stanowił jego całkowite przeciwieństwo. Podkomisarz Kwieciński był nie tylko policjantem, ale i wielbicielem siłowni. Spędzał tam cały wolny czas. Vic i Max kochali się jak bracia. Ona więc również nauczyła się tolerować Maxa. Choć nie podobał jej się jego dość toporny dowcip i spojrzenia, które jej czasem rzucał. Bywało, że czuła się przy nim niekomfortowo. Od kiedy pokłóciła się z narzeczonym, nie odbierała telefonów od policjanta. Bo o czym miałaby z nim rozmawiać? Po co do niej dzwonił?
- Wszystkiego najlepszego!
Wykładowcy i doktoranci zaczęli po kolei składać jej życzenia.
- Tak, dziękuję, dziękuję.
- Vic na tym swoim wyjeździe do Indonezji? - zagadnął jeden z mężczyzn. Pamiętała, że prowadził zajęcia na rusycystyce. - Nie spisał się, że nie jest z panią na urodziny. Ale czego się po nim spodziewać. Wygląda bardziej na studenta niż doktora. Lekkoduch!
Profesor płynnie przeszedł na rosyjski, choć ona wolała rozmawiać po polsku. Szczerze powiedziawszy, chciałaby zapomnieć, skąd pochodzi, i w pełni odnaleźć się w swojej nowej ojczyźnie. Jako krytykująca władze w swoim kraju, była tu przyjmowana bardzo ciepło i nawet ze współczuciem. Spotykała się i z negatywnymi reakcjami, ale one szybko znikały, kiedy ludzie dowiadywali się, że musiała się wystarać o azyl polityczny w Polsce, bo nie może wrócić do siebie. A kiedy wspominała, że ostatnio dostała nawet list z pogróżkami - prawdopodobnie od służb - tym bardziej chwalono ją, że ma odwagę się przeciwstawić. Tylko czy to była prawdziwa odwaga?
Kiedy rozpoczęła się wojna, ona była na serii spotkań autorskich za granicą. Prawie od razu zaczęła publikować w mediach społecznościowych ostre wpisy potępiające agresję. Gdyby była w kraju, może zajęłoby się nią MSW? Spotkało to niektórych pisarzy.
Czasem miała wyrzuty sumienia, że ją potraktowano tak lekko. Bo cóż znaczy jeden list? Wiktor widział to inaczej. Bardzo chciał, żeby przestała w ogóle mieszać się w jakąkolwiek politykę. Bał się o Nadię, ale ona nie umiała odpuścić. Może dlatego ostatecznie się pokłócili i dziś była tu sama. W swoje urodziny.
- Vic się zbłaźnił, że dziś go tu nie ma - zgodził się inny znajomy, jakby na potwierdzenie jej przemyśleń. - Ale spokojnie. Na pewno się odezwie z życzeniami. Niech mu pani wybaczy. To głupek.
Wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem. Ona też, choć miała wrażenie, że się rozpłacze, jeśli szybko stąd nie odejdzie.
- Muszę iść - powiedziała po polsku.
Nawet w tych prostych słowach nadal słychać było rosyjski zaśpiew. Z całych sił starała się pozbyć tej melodii, ale to nie zawsze wychodziło. Z drugiej strony, czy powinna się wypierać kraju, z którego pochodziła, tylko dlatego, że część ludzi tam powariowała? Przecież nie wszyscy.
- Sto lat! - zawołali niemal chórem.
Podziękowała, pomachała im wesoło i ruszyła parkiem Kazimierzowskim w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Planowała przeciąć trawnik i pójść w górę Oboźną obok nowego budynku z apartamentami. Zazwyczaj to był miły spacer, ale dziś, już kiedy wchodziła do parku, ogarnęło ją wrażenie, że nie jest sama. Przycisnęła do siebie torebkę. Na wypadek gdyby ktoś chciał ją wyrwać.
Próbowała zignorować nieprzyjemne uczucie. Co za głupota. Oczywiście, nie była tu sama. Wokół kręciło się mnóstwo przechodniów. Nikt jednak nie miał złych zamiarów. Studenci kończyli popołudniowe wykłady, ludzie wracali z pracy albo załatwiali sprawunki przed jutrzejszym wolnym dniem. Ale to nie o nich przecież chodziło. Miała wrażenie, że przyczepiło się do niej jedno ostre spojrzenie. Jakby gdzieś tu czaił się drapieżnik, który tylko czeka, żeby zaatakować.
Jej myśli znów powędrowały do listu z ostrzeżeniem, który dostała jakiś czas temu. Zapewne od bardzo miłych wujaszków, którzy pracowali dla krytykowanego przez nią rządu. Czy to możliwe, że w końcu zdenerwowała ich swoimi wpisami na tyle, że zaczęli ją sprawdzać i śledzić?
Przyspieszyła kroku. Nagle ogarnęło ją wrażenie, że wszyscy idą znacznie szybciej, a ona nie może ich dogonić. Nie chciała zostać sama pośrodku alejki. Byłaby jak na scenie. Serce zabiło jej gwałtowniej. Starała się uspokoić oddech. Jak wtedy, kiedy za dawnych czasów szykowała się do rozpoczęcia występu. Niepokój, który ją opanował, z pewnością był przynajmniej częściowo spowodowany tym, że dzisiejsza grupa na wykładzie składała się głównie z czytelników, nie studentów. Było więc sporo pytań wychodzących poza proces twórczy. A to powodowało, że wspomnienia i lęki wracały. Może powinna już zrezygnować z tych wystąpień?
To pytanie od jakiegoś czasu wracało, ale ciągle odkładała podjęcie decyzji. Bała się, że jeśli to zrobi, zniszczy kruchą więź, jaką miała z nowo powstającą książką. Tak dawno nic nie napisała, że bała się choćby najmniejszego ryzyka. Była dosłownie na ostatniej prostej, a wtedy liczy się tylko dotarcie do mety i słowo Koniec wystukane drżącymi z emocji palcami.
Kolejne postanowienie. Kiedy uda jej się doprowadzić tekst do szczęśliwego finału, wtedy będzie się zastanawiała nad rezygnacją z wykładów. Napisała już tak dużo i to rzecz jasna było naprawdę przyjemne. Jednocześnie jednak wykańczające. Z jednej trony coś budowała, z drugiej wszystko zdawało się rozpadać. Chociażby jej związek z Wiktorem.
Natchnienie powróciło, kiedy idąc na jeden z wykładów, przypadkiem zobaczyła tablicę upamiętniającą wydarzenia marcowe z 1968. Zamieszki zapoczątkowało zdjęcie Dziadów Mickiewicza z afisza. To musiało być dla ludzi jak grom z jasnego nieba. Zaczęła czytać o tym okresie, a opowieść sama układała jej się w głowie.
Rozważania o tekście odwróciły jej uwagę od nieprzyjemnego uczucia, że jest śledzona. Nawet nie zauważyła, kiedy znalazła się obok kremowych budynków, gdzie mieścił się dziekanat wydziału polonistyki UW. Przyspieszyła, bo tu z kolei było o tej porze dość pusto. Ale spokojnie, powtarzała sobie w duchu, zaraz minę Teatr Polski i wyjdę na Krakowskie Przedmieście. Tam zawsze jest tłum, a wśród ludzi nikt mi nic nie zrobi, prawda?
Kiedy mijała pomnik Kopernika przed Pałacem Staszica, znów poczuła to nieprzyjemne spojrzenie. Odwróciła się gwałtownie, nie dbając, że ktoś uzna jej zachowanie za dziwne. Już dawno przekonała się, że czasem za wiele się zastanawiamy nad tym, co pomyślą inni. Tymczasem oni po prostu zajmują się swoimi sprawami i nic nie zauważają. A ona chciała przyłapać swojego prześladowcę na gorącym uczynku. Może nawet się z nim skonfrontować.
Spojrzała na front dawnego Domu Turysty. Kiedyś odkryła tam inną ciekawą tablicę. Informowała ona, że w tym miejscu stał kiedyś budynek, w którym mieściło się mieszkanie Wokulskiego. Nie znała Lalki Prusa. Vic kazał jej natychmiast przeczytać tę książkę. Zrobiła to, i to w oryginale. Ależ była z siebie wtedy dumna, choć z całego serca nie lubiła głównej bohaterki.
Teraz nie czuła dumy ani trochę.
Tylko strach.
Bo była już prawie pewna, kogo dostrzegła w cieniu kamienicy. Wcale nie funkcjonariusza służb, jak się spodziewała.
Oto chyba dopadły ją w końcu duchy przeszłości.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI