W jesiennym deszczu
Deszcz padał ciągle. Zaczął już przed południem i z każdą godziną wzmagał się, aby teraz, o dziesiątej wieczorem, przejść w prawdziwą ulewę. Latarnie elektryczne, rozmieszczone rzadko i to jedynie na głównych ulicach Zygmuntowa, jednego z licznych podwarszawskich osiedli, nie rozpraszały ciemności listopadowej nocy. Nawet silna lampa, zawieszona nad drzwiami miejscowego posterunku milicji, widziana z odległości kilkunastu metrów była tylko niewielkim, żółtym punktem.
Wewnątrz, w budynku mieszczącym posterunek MO, było ciepło i jasno. W sporym pomieszczeniu znajdowało się dwóch ludzi w mundurach. Jeden z nich, z dystynkcjami kaprala, siedział przy stole i robił notatki w dużej książce o twardych, czarnych okładkach. Drugi, starszy od kaprala i wiekiem i stopniem - sierżant Stefan Kalisiak - obciągał właśnie płaszcz i zakładał nań pas z kaburą pistoletu.
- Ależ leje - zauważył kapral.
Potoki deszczu, gnane wiatrem wprost w okno, uderzały o szyby i spływały równymi strugami.
- Przynajmniej będziecie mieli spokojną noc. W taką pogodę nawet najgorszy złodziej siedzi pod pierzyną - zauważył sierżant.
- Jeszcze utopisz się w błocie, zanim dojdziesz do domu.
- Jakoś się trafi. Najgorzej na Wiśniowej. Tam wczoraj grzęzło się do kostek. Dalej lepiej, bo nie taka glina. A u mnie pod górką zawsze sucho, bo piasek.
- Weź pelerynę porucznika - doradzał kapral - zostawił w szafie. Nieprzemakalna.
- Dojdę i tak... Jutro do południa mam wolne, a porucznikowi mogłaby być potrzebna. Nie chce mi się z samego rana jej odnosić. Może lać tak samo jak dzisiaj.
- Na pewno będzie padało. Zanosi się na trzydniówkę.
- Wiadomo - listopad. No to cześć!
- Cześć!
- A nie zapomnijcie - sierżant odwrócił się już od drzwi - żeby po powrocie z patrolu Wierzbicki i Figiel wyszli jeszcze na ostatni elektryczny. Ten o 048
. Chuligani lubią wtedy rozrabiać.
- Na taki deszcz?
- Wraca łobuzeria ostatnim pociągiem z Warszawy i rozrabia. Im wszystko jedno jaka pogoda, a w deszcz mogą liczyć na bezkarność. Niech patrol przejdzie się po stacji i po głównej ulicy.
- Dobrze. Wyślę ich. Co powiedzieć porucznikowi?
- Że jutro będę dopiero po czternastej. Rano jadę do Warszawy. Cześć!
- Cześć! Ale pamiętaj, nie utop się na Wiśniowej!
Drzwi zamknęły się za wychodzącym sierżantem.
Po godzinie wrócił patrol - Wierzbicki i Figiel. Zdjęli podgumowane peleryny i powiesili je na wieszakach. Pod okryciami natychmiast zaczęła się tworzyć kałuża wody. Obaj milicjanci zapalili papierosa.
- W osiedlu spokój - informowali kaprala - na ulicach żywego ducha. Tylko deszcz leje coraz większy.
- Kalisiak przykazał - powiedział kapral - żebyście wyszli na ostatni pociąg, a później przeszli się po głównych ulicach.
Wierzbicki skrzywił się.
- Znowu utytłamy się w błocie. Buty już mam zupełnie przemoczone.
- Trudno, trzeba wyjść. Przedwczoraj w tym pociągu jakiejś kobiecie wyrwano torebkę. A kiedy zerwała się, by gonić złodzieja, inni podstawili jej nogę, tak że upadła i potłukła się.
- Nie meldowała - zauważył kapral.
- Ale tak było. Mówił mi koleś, który wracał o tej porze.
- To pewnie znowu sprawka Kamińszczaka i jego kompanii.
- A pewnie, pewnie.
- Jak się jeszcze bardziej rozzuchwalą, to gotowi wziąć się za noże.
- Ja bym ich wszystkich przymknął.
- Masz dowody, że to oni? Nikt doniesienia nie złoży, bo wszyscy w strachu. Kiedy w zeszłym roku złapaliśmy Kamińszczaka na gorącym uczynku bójki w gospodzie, to co z tego wyszło?
- Dali mu osiemset złotych grzywny w kolegium orzekającym.
- No i co dla takiego osiemset złotych? Jakby przyfasowali mu przynajmniej pół roku w "pośpieszniaku", to może by trochę pomogło.
Milicjanci posiedzieli, odpoczęli i ogrzali się, po czym znowu naciągnęli peleryny i poszli w kierunku stacji. Wrócili po dwóch godzinach. W całym osiedlu panował spokój. Nasilenie deszczu nieco się zmniejszyło. Już tak nie lało, padał tylko miarowo drobny "kapuśniaczek".
Kapral dyżurował przy telefonie. Dwaj milicjanci przeszli do sąsiedniego pomieszczenia. Zjedli coś, podsuszyli się trochę, odpoczęli godzinę i wyszli z posterunku. Przed szóstą rano musieli znowu patrolować okolicę stacji kolejowej, aby pilnować porządku wśród tłumu oczekujących na pociągi dowożące ludzi do Warszawy, do pracy.
Nieco po siódmej zjawił się na posterunku komendant, porucznik Jan Panas. Odebrał od kaprala meldunek stwierdzający, że noc przeszła w całkowitym spokoju.
W kilka minut później wbiegła do budynku starsza, bardzo wzburzona kobieta. Długo łapała oddech, zanim wykrztusiła:
- Zabity leży! Sierżant Kalisiak! W moim ogródku!
- Kto zabity? Co pani opowiada?
- Wyszłam rano z domu, aby kupić mleka i chleba - kobieta mówiła nieco spokojniej. - Otworzyłam drzwi i idę ścieżką do furtki. Było jeszcze zupełnie ciemno, więc z daleka nic nie widziałam. Podchodzę bliżej, a pod żywopłotem, przy samej furtce leży jakiś człowiek. Myślałam, że pijany, ale nie! Mundur milicyjny. Leży bez ruchu. Czapka zsunęła mu się nieco z głowy, a na włosach pełno krwi. Na ziemi koło głowy też ślady krwi. Poznałam, że to nasz sierżant. Przecież znam go dobrze. Nieraz zachodził do nas z różnymi sprawami.
- Gdzie pani mieszka? Daleko? - pytał zdenerwowanym głosem porucznik.
- Nie. Tu zaraz. Na Kwiatowej, nie dochodząc do Wiśniowej.
Porucznik zerwał się zza stołu.
- Chodźmy!
- Inni milicjanci również się poderwali.
- Niech panowie przynajmniej płaszcze włożą, bo ciągle pada. Jemu tam, biedakowi, już nie pomożecie. Całkiem martwy...
- Kapralu! - porucznik odzyskał spokój - wy zostaniecie, a Wierzbicki i Figiel pójdą ze mną.
Po przejściu kilkuset metrów milicjanci doszli do posesji ogrodzonej siatką. Za siatką rósł gęsty, pozbawiony o tej porze liści żywopłot. Pośrodku ogrodzenia znajdowała się furtka, od której prowadził do stojącego w głębi ogrodu domu betonowy chodniczek. Kobieta otworzyła furtkę i weszła do środka. Milicjanci za nią.
Nieznajoma nie kłamała. Tuż za furtką, równolegle do żywopłotu, spoczywało ciało mężczyzny w milicyjnym płaszczu. Zabity leżał na brzuchu, z szeroko rozrzuconymi rękoma. Głowę miał zwróconą w prawą stronę. Ziemia koło głowy nosiła ślady krwi, częściowo już rozmyte deszczem. Krew zlepiała również włosy widoczne spod przekrzywionej czápki. Nie ulegało wątpliwości. To był sierżant Stefan Kalisiak.
Milicjanci pochylili się nad ciałem kolegi. Nie żył chyba od wielu godzin. Rysy twarzy wyrażały zupełny spokój. Na ziemi nie było jakichkolwiek śladów walki. Widocznie morderca zaskoczył milicjanta znienacka i jednym uderzeniem pozbawił życia.
- Brak pistoletu w kaburze - zauważył Figiel pokazując rozpięty, pusty futerał po broni - nie ma też zapasowego magazynka z amunicją.
- Trzeba natychmiast zawiadomić Komendę Wojewódzką - powiedział porucznik prostując się. - Wierzbicki! Zostaniecie przy zwłokach. A panią poprosimy na posterunek, bo musimy spisać protokół.
Oficer milicji starał się mówić spokojnym głosem. Jednak lekkie drżenie rąk zdradzało, jakim wielkim wysiłkiem uzyskiwał ten pozorny spokój.
- Trzeba jeszcze kogoś przysłać - dorzucił Figiel - jeśli w osiedlu rozniesie się wiadomość o zamordowaniu Kalisiaka, sam Wierzbicki nie da rady. Zleci się gapiów i żądnych sensacji z parę setek.
- Słusznie - zgodził się porucznik - przyślemy mu dwóch ludzi do pomocy. Przypuszczam, że z komendy przyjadą najdalej w ciągu dwóch godzin.
Ale nie minęła i godzina, gdy przed budynkiem posterunku MO zatrzymały się trzy samochody. W dwóch znajdowała się ekipa śledcza z Komendy Wojewódzkiej, w trzecim major Stanisław Makowski z Komendy Głównej MO. Po wstępnych czynnościach ekipy dalsze śledztwo miał przejąć major Makowski.
Kilka minut zajęły skąpe informacje o ustalonych do tej pory szczegółach zbrodni, po czym samochody pojechały na Kwiatową. Ekipa śledcza zabrała się do roboty.
Major Makowski stał nieco z boku. Dla niego sprawa była jasna. Nie pierwszy to milicjant ginął w czasie pełnienia służby, ponieważ jego pistolet potrzebny był bandycie do popełnienia dalszych zbrodni. Nie ruszono niczego więcej, nie rozpięto nawet płaszcza. Świadczyło to wyraźnie o tym, że mordercy chodziło wyłącznie o zdobycie broni. W jaki sposób dokonano zbrodni? To również major mógł wyobrazić sobie dokładnie. Korzystając z deszczu i ciemności, napastnik podszedł niepostrzeżenie do milicjanta i jakimś ciężkim narzędziem zadał mu silne uderzenie w tył głowy.
- Zbadajcie ulicę na całej długości siatki - polecił major. - Wygląda na to, że ciało zostało przyniesione i rzucone tutaj, a zbrodnię popełniono gdzie indziej.
Na ulicy zebrał się już spory tłumek gapiów. Teraz, na polecenie milicji, ludzie ci cofnęli się na drugą stronę jezdni. Milicjanci szczegółowo badali metr po metrze chodnik biegnący wzdłuż ogrodzenia.
- Nic nie znajdą - powątpiewał porucznik - całą noc padało. Poza tym ludzie rozdeptali. Rano, zaraz po znalezieniu Kalisiaka, też niczego nie było widać.
- No, dobrze. Ale przecież na pewno sierżant nie wszedł za furtkę. Bo i po co?
- Patrzcie, tutaj siatka jest nieco wgięta - zauważył jeden z członków ekipy - i to w taki sposób, jakby leżało na niej coś ciężkiego.
- Major zbliżył się do ogrodzenia.
- Tu jest jakiś rdzawy ślad - powiedział pokazując grudkę ziemi nieco innego koloru - weźcie próbkę i zbadajcie. Może to krew?
- O, tu drugi! Na pewno krew - pokazywał inny milicjant. - Ciągnęli go w stronę furtki.
Lekarz milicyjny stwierdził, że zgon nastąpił prawie natychmiast po uderzeniu w potylicę, zadanym tępym, ciężkim narzędziem. Cios był tak silny, że zdruzgotał kości czaszki i wgniótł je do mózgu. Sądząc po stanie zwłok, śmierć nastąpiła między dziewiątą a dwunastą wieczorem poprzedniego dnia.
- To by się zgadzało - potwierdził porucznik. - Kalisiak wyszedł z posterunku nieco po dziesiątej. Mieszkał na Grzybowej - to taka mała uliczka pod lasem. Tędy było mu najbliżej do domu.
Praca ekipy śledczej nie przyniosła wielkich rewelacji. Jeśli nawet morderca pozostawił ślady, to zmył je deszcz, który padał przez całą noc.
W trzy dni później przyjaciele, koledzy i grupka znajomych odprowadzali sierżanta Stefana Kalisiaka na cmentarz. Niesiono kilka wieńców - od miejscowego społeczeństwa, od kolegów, komendanta wojewódzkiego i Komendy Głównej MO. Na małym, wiejskim cmentarzu ktoś przemawiał nad otwartą mogiłą. Mówił o "śmierci na posterunku" i o "pełnieniu obowiązków aż do końca". Major Stanisław Makowski prowadził pod rękę zapłakaną kobietę w grubym, czarnym welonie. Przed nimi szło dwoje dzieci. Były jeszcze zbyt małe, żeby zdawać sobie sprawę z tragedii tych chwil.
Z głuchym łoskotem uderzały o trumnę bryły ziemi rzucane najpierw rękoma przyjaciół i bliskich, później wprawnymi ruchami łopat grabarzy. Tylko major nie schylił się i nie dopełnił tradycyjnego ceremoniału pogrzebowego. Stał wyprostowany i patrząc na mogiłę człowieka, tak pełnego życia i energii jeszcze przed czterema dniami, powtarzał w myśli twarde przyrzeczenie:
- Znajdę cię. Znajdę i zaprowadzę na szubienicę!
Sierżant Stefan Kalisiak został zamordowany w listopadzie 1965 roku.