Dzieje - Herodot
57.80 zł
37.57 zł
(50,36 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Za przykładem Cycerona zwie się zazwyczaj Herodota ojcem historii. Wielki mówca rzymski miał prawo tak go nazwać według pojęć starożytnych o historii, które różnią się od naszych. Nie możemy jednak oceniać Herodota na podstawie dzisiejszych kryteriów stosowanych do historycznych dzieł naukowych ani szukać u niego rzeczy, jakich jeszcze dać nie mógł. Znaczenie jego uwydatnia się dopiero przez porównanie z poprzednikami na polu kiełkującej historiografii greckiej i z wielkim następcą - Tukidydesem. Nadto poznanie twórczego talentu pisarza oraz środowiska, w jakim powstawało jego dzieło, pozwoli nam wyznaczyć mu odpowiednie miejsce w historii kultury helleńskiej.
Jonia. Logografowie. Wśród trzech plemion greckich: Eolów, Dorów i Jonów, niewątpliwie Jonowie od VIII do VI wieku p.n.e. byli głównymi przedstawicielami gospodarczego i kulturalnego rozwoju. Osiedliwszy się po wielkiej wędrówce Dorów na Wyspach Egejskich i na wybrzeżu Azji Mniejszej, "pobudowali - wedle słów Herodota - swe miasta w kraju z całego znanego nam świata najpiękniejszym ze względu na klimat i temperaturę. Albowiem ani wyżej położone okolice nie działają zdrowotnie w tym samym stopniu co Jonia, ani też niżej leżące, ile że jedne nękane są zimnem i wilgocią, drugie gorącem i posuchą" (księga I, rozdział 142). Jako najzapobiegliwszy, najruchliwszy i najbardziej ekspansywny z greckich szczepów, Jonowie przyczynili się w znacznym stopniu do rozszerzenia greckiego horyzontu w wielu kierunkach. Miał tu miejsce szybki rozwój wszystkich dziedzin życia gospodarczego, co pociągnęło za sobą zróżnicowanie i zmienność form ustroju politycznego poszczególnych miast; tu też, dzięki stosunkom handlowym z przednioazjatyckimi państwami, zwłaszcza z Lidią, najrychlej przyswojono sobie wpływy orientalne. W Jonii najwcześniej z krajów greckich zakwitło bujne życie społeczne, które wyładowało się w pędzie do dalekich wypraw handlowych lub do zakładania kolonii na wielu wybrzeżach Morza Śródziemnego i Czarnego - na północ aż do Krymu i stepów Ukrainy, na południe aż do Delty Nilu i wybrzeży północnej Afryki, na zachód daleko poza Półwysep Italski aż do ujścia Rodanu (Marsylia) i do wschodnich wybrzeży Półwyspu Iberyjskiego. Samijczycy przekroczyli nawet "Słupy Heraklesa"1 i dotarli w celach handlowych do odległego Tartessos2.
W tychże wiekach Jonowie stworzyli i utrwalili formy literackie poezji, a więc zarówno Homerycki epos, jak i gatunki liryczne (jamb, elegia); oni mieli najwięcej reprezentantów wśród "siedmiu mędrców", którzy głosili proste sentencje, oparte na doświadczeniu życiowym. U nich także najwcześniej pojawiają się ludowe opowieści, podania, baśnie, fraszki i zagadki, czyli to, co dziś nazywamy jońską nowelą; rozwija się ona najbujniej w wiekach VII, VI i V p.n.e.
Nowela ta, o tematyce historycznej, przedstawia z wyraźnym poczuciem rzeczywistości ludzkie losy, dążenia, namiętności, i w VI wieku przekształca się już w literacką prozę pseudohistoryczną, osnutą na podaniach z mitycznej przeszłości, w postaci kronik rodzin herosów (tzw. genealogie) albo miast od chwili ich założenia. Autorów tych opowiadań nazywano logografami, i nazwa ta - przypominająca logopojów, tj. baśniarzy ludowych, którzy na rynkach miast jońskich gawędzili przed zebranym ludem - świadczy o istocie tych wędrownych opowieści, wywodzących się zresztą z eposu genealogicznego. Lepsze od rzekomo historycznych były opisy geograficzne i etnograficzne, dowodzące iście jońskiego zainteresowania logografów tym, co nowe, nieznane i barwne. Jak jońscy filozofowie z VII i VI wieku (Tales, Anaksymander, Anaksymenes), powodowani żądzą wiedzy, szukali przyczyn powstania wszechświata, tak już logograf Hekatajos z Miletu (ok. roku 500), wiedziony ciekawością i żądzą poznania obcych krajów i ludów, odbywa dalekie podróże, których rezultaty utrwala w Opisie ziemi, wyzyskanym potem przez Herodota. Inne dzieło Hekatajosa nosiło tytuł Genealogie. Dzieje swych krajów ojczystych opisywali Kadmos z Miletu, Charon z Lampsakos i Ksantos z Lidii. Najdawniejszy zarys historii perskiej dał Dionizjos z Miletu. Wszystkich tych logografów znamy tylko z drobnych fragmentów; z czasem ich pierwsze próby wyrugowane zostały przez Dzieje Herodota, podobnie jak później pisma rocznikarzy rzymskich z epoki republikańskiej i cesarstwa musiały zaniknąć wobec artystycznych dzieł Liwiusza i Tacyta.
Jonia, dotychczasowa przewodniczka w duchowym życiu Hellady, ulega na przełomie VI i V wieku w zupełności perskiemu zdobywcy. Ucisk, już przedtem ciążący nad tym krajem, wzmógł się od czasu nieszczęsnego powstania jońskiego (500-494), którego skutkiem było zburzenie Miletu i upadek innych miast jońskich.
Odtąd nie Jonia, ale macierzysta Hellada przewodzić będzie w życiu politycznym, gospodarczym i kulturalnym. Ateny, czołowe państwo w walce wolnościowej przeciw Persom, mają słuszne pretensje do tej hegemonii, zdobytej ofiarną krwią swych obywateli. Stają się dziedzicem kulturalnego życia Jonii i dziedzictwo to wzbogacają i potęgują. Jednym z wykładników tego dziejowego procesu przejęcia przez Ateńczyków prymatu kulturalnego jest właśnie dzieło Herodota.
Żywot Herodota (ok. 485 - ok. 425). Nie był on Jończykiem z pochodzenia, lecz był nim ze skłonności i tradycji. Urodził się między pierwszą a drugą wojną perską w Halikarnasie, mieście założonym przez Dorów z Trojzeny w południowo-zachodnim zakątku Karii w Azji Mniejszej, niemal na samej granicy greckiego obszaru kolonizacyjnego. Karyjskie imiona ojca, Lyksesa, i krewnego, poety Panyassisa, autora dwóch epopei - Herakleis i Ionika (o kolonizacji Jonii), świadczą, że Herodot miał w sobie przymieszkę krwi karyjskiej. Z czasem do Karii przybyło wielu Jonów z sąsiedniej Jonii, tak że język joński stał się powszechnie używany i w nim właśnie napisał Herodot swe dzieło, które ma wybitne cechy umysłowości jońskiej. Sam nazywa siebie Halikarnasyjczykiem. Po podbiciu Karii przez Persów rządzili miastem tyrani karyjscy jako hołdownicy Persji. W okresie wojen perskich panowała w Halikarnasie Artemisja Starsza, która pod Salaminą na czele pięciu okrętów walczyła po stronie Kserksesa i wspierała go swą radą. Król miał się wyrazić, że kobiety walczyły tu jak mężowie, a mężowie jak kobiety. Herodot nie czuje do niej niechęci, owszem, podnosi jej prawdziwie męską odwagę i dzielność. Po Artemisji objął rządy jej syn Pisindelis, a następnie wnuk Lygdamis.
Herodot, uwikłany w walki polityczne przeciw temu tyranowi, musiał uchodzić z ojczystego miasta na jońską wyspę Samos, skąd później wrócił i wziął znowu czynny udział w ostatecznym obaleniu tyranii. W roku 454 miasto należy już do ateńskiego związku morskiego. Około roku 450 przenosi się Herodot z Halikarnasu do Aten, opromienionych niedawnymi zwycięstwy nad Persami.
Była to słynna epoka Peryklesa, za którego Ateny stały się pierwszym miastem w Grecji, głównym ośrodkiem życia umysłowego. Herodot żywił podziw dla wielkiego męża stanu: opowiada o śnie jego matki, że porodzi lwa, obrona zaś Alkmeonidów, z których rodu Perykles pochodził, a którzy stali pod zarzutem zdrady w wojnach perskich, świadczy o lojalności Herodota wobec Peryklesa. Czy był także zwolennikiem jego polityki pomnażania sił związku morskiego na wypadek przyszłej wojny między Atenami a Spartą, tego nie wiemy, bo Herodot nie wyszedł w swym dziele poza wojnę odporną z Persami, a walkę o hegemonię między Grekami uważał raczej za nieszczęście. W każdym razie uwielbiał ówczesną demokrację i ideał wolności, jaki ona głosiła.
Swobodę obywatelską określa Herodot dwoma wyrazami: isonomią (równouprawnieniem) i isegorią (wolnością słowa). Wolność i równość, jego zdaniem, wiodą do potęgi. W księdze V czytamy: "Pokazuje się nie na jednym tylko przykładzie, lecz w ogóle, że swoboda obywatelska jest znakomitą rzeczą. Bo i Ateńczycy, dopóki żyli pod tyranami, nie górowali w wojnie nad żadnym z okolicznych ludów; a uwolnieni od tyranów, stali się bezsprzecznie pierwszymi. Dowodzi to, że uciskani rządami rozmyślnie byli opieszali, gdyż pracowali dla pana; lecz skoro stali się wolnymi, każdy pragnął dla siebie samego pracować" (ks. V, rozdz. 78).
Oczywiście, mówiąc "każdy", Herodot nie ma na myśli całej ludności Attyki. Poza pełnoprawnymi obywatelami należeli do niej obcy, tzw. metojkowie, posiadający wolność cywilną, ale pozbawieni praw politycznych, oraz niewolnicy, traktowani jako własność państwa lub osób prywatnych. Ludność Attyki w czasach Herodota liczyła ćwierć miliona, w tej liczbie metojków było mało, niewolników mogło być z górą sto tysięcy. Pracowali oni w rzemiośle, które opierało się na drobnych warsztatach, pełnili służbę u zamożniejszych Ateńczyków, niewielka część zatrudniona była w gospodarstwie rolnym; niektórzy wreszcie pracowali w kopalniach - tym przypadł w udziale los najcięższy.
Na przeszło sto tysięcy wolnej ludności, po odliczeniu kobiet i dzieci, wypada około trzydziestu tysięcy obywateli uprawnionych do pełnego udziału w życiu politycznym. Taką statystyką nikt w starożytności nie zaprzątał sobie głowy, niewolnictwo było wówczas instytucją stałą i powszechną. Budziły natomiast zdumienie prawa, jakimi cieszyli się obywatele ateńscy, i Herodot ukazuje jaskrawe przeciwieństwo między ustrojem ateńskim a stosunkami perskimi, gdzie w ogóle nie było obywateli, ponieważ wszyscy byli poddanymi króla.
Suwerenną instytucją w ustroju ateńskim było zgromadzenie ludowe, w którym mogli brać udział wszyscy obywatele po ukończeniu dwudziestego roku życia. Zwoływano je, poza szczególnymi okolicznościami, raz na miesiąc w celu zatwierdzenia ustaw i rozporządzeń; ono decydowało o wojnie i pokoju. Właściwe rządy sprawowała Rada Pięciuset, wylosowana spośród ogółu obywateli na okres jednego roku. Ale i to liczne ciało nie mogło urzędować w permanencji, wyłaniano więc z niego jakby ściślejsze kolegium pięćdziesięciu prytanów, którzy zmieniali się dziesięć razy w ciągu roku. Prytanowie wylosowywali spośród siebie przewodniczącego na przeciąg jednego dnia. Jeśli w tym dniu było zgromadzenie ludowe, on na nim przewodniczył. Był więc przez dwadzieścia cztery godziny głową państwa i nazajutrz ustępował miejsca nowemu zwierzchnikowi.
Wszystkie stanowiska państwowe, z wyjątkiem wojskowych, obsadzano drogą losowania. Strategów, czyli dowódców, wybierano na rok i można było zostać ponownie wybranym: dzięki temu właśnie Perykles tak długo utrzymywał się u władzy. Mogło się zdarzyć, że obywatel, który w jednej kampanii był strategiem, w następnej służył jako żołnierz. W tym ustroju każdy obywatel miał bezpośredni udział w rządach, co było nie tylko prawem, ale i obowiązkiem. Aby ubóstwo nie stanowiło w tym przeszkody, obywatele otrzymywali wynagrodzenie za udział we wszelkich organach władzy, a nawet w okresie przedstawień teatralnych wypłacano dniówkę, by nikt nie był narażony na stratę zarobku dziennego, idąc do teatru.
Nic nie przejmowało Ateńczyków taką zgrozą, jak myśl o monarchii perskiej, gdzie poddani padają przed królem na twarz, a wyraz, którym tę czołobitność określano: proskynesis - nie do przetłumaczenia - wywoływał obraz psa z nosem przy ziemi. Persów natomiast przerażała swoboda obywateli ateńskich, co daje się odczuć w scenie, w której Herodot opowiada rozmowę Demarata z Kserksesem (ks. VII, rozdz. 101 i nast.). Król perski przypuszcza, że garstka Hellenów nie ośmieli się wystąpić przeciw jego olbrzymiej armii, i nie może zrozumieć, jak ludzie rozzuchwaleni tak nieograniczoną swobodą, nierządzeni przez samowładcę i nieprzynaglani batem mogą walczyć z przeważającymi siłami. Na to oświadcza Demarat, że w Grecji zamieszkało ubóstwo, ale mądrość i silne prawo zrodziły tam cnotę i męstwo. Dzięki nim Grecy odpierają zarówno biedę, jak i niewolę. Prawo każe im walczyć przeciw tysiącom i raczej zginąć niż ustąpić z pola, a słuchają tego prawa bardziej niż poddani swego pana.
Nad tyranię nie zna Herodot większego zła, gdyż poniża ona godność ludzką, gwałci wszelkie prawo, wyzyskuje pracę uciemiężonego ludu i prowadzi go do skrajnej nędzy, każąc mu w krwawym pocie wznosić pomniki chwały dla najnikczemniejszego władcy (ks. II, rozdz. 124 i nast.). Herodot nie waha się nawet w usta jednego z dostojników perskich włożyć takich oto słów: "Ludowładztwo zaś ma, naprzód, najpiękniejszą ze wszystkich nazwę, tj. równość wobec prawa; po wtóre, nie czyni nic takiego jak jedynowładca. Losowaniem rozdziela urzędy, jego władza jest odpowiedzialna, ze wszystkimi postanowieniami odnosi się do zgromadzenia ludu. Głosuję więc, abyśmy zaniechali jedynowładztwa i władzę ludu wywyższyli: bo na ludzie wszystko polega" (ks. III, rozdz. 80).
Łatwo rozumiemy, że takie słowa mógł napisać tylko ten, kto sam walczył przeciw tyranom, a potem z bliska poznał wartość i urok demokracji ateńskiej za rządów Peryklesa. Herodot obracał się w jego kole, stykał się z wielkimi ludźmi, których pełno było w owym czasie w Atenach, gdzie zbierało się wszystko, co było twórcze - słynny rzeźbiarz Fidiasz, malarz Polignot oraz genialny budowniczy Partenonu Iktinos, filozofowie: Anaksagoras, Protagoras; gdzie teatr święcił największe triumfy, gdy po niedawno zmarłym Ajschylosie wziął berło Sofokles, a młody Eurypides na rok przed Antygoną Sofoklesa otrzymał swą pierwszą nagrodę. Herodot żył w przyjaźni z Sofoklesem, który nawet ułożył odę na cześć historyka i w którego tragediach spotykamy echa lektury opowieści Herodotowych.
Słyszymy, że za swą recytację jakiegoś ustępu z wojen perskich, głoszącego sławę Aten, albo może za ustępy z pierwszych pięciu ksiąg Dziejów, odczytane publicznie, otrzymał Herodot w roku 446/445 arcyhojny dar honorowy - dziesięć talentów, co stanowiło fortunę. W czterech ostatnich księgach znajdujemy aluzje do wojny peloponeskiej, co dowodzi, że powstały one pod koniec życia pisarza. Poprzednie musiał napisać po swoich podróżach pozaeuropejskich, zanim przybył do Aten.
W roku 444/443 na gruzach dawnej Sybaris w południowej Italii założono miasto Turioj. Była to kolonia głównie ateńska, choć powołana przy udziale innych Greków. Herodot pojechał tam, zwiedził również Italię południową i Sycylię. Czy z Turioj wrócił do Aten, czy też tam umarł, nie wiemy.
Podróże. Herodot podróżował wiele w celach naukowych. Chciał poznać nowe kraje i ludy, jak przed nim Hekatajos z Miletu, który zwiedził Zachód i poświęcił mu więcej uwagi niż Północy i północnemu Wschodowi. Herodot także zbiera materiały do opisu znanego wówczas świata, a zwłaszcza tej jego części, która pozostawała w zasięgu wpływów perskich. Materiały te uzupełnia i wykańcza pod względem artystycznym w atmosferze ateńskiej. O podróżach historyka czerpiemy bezpośrednie wiadomości lub wnioskujemy z samego dzieła, lecz nie znamy dokładnie ich chronologii. Zapewne najpierw, mieszkając jeszcze w Halikarnasie, zwiedził prócz Wysp Egejskich Azję Mniejszą od Hellespontu po Likię (Lidię, Frygię i część Karii), poznał Cypr oraz wybrzeże fenickie. Dalej obejrzał zachodnie wybrzeża Morza Czarnego od Bizancjum aż po Olbię i ujście Bohu (Hypanis). Z Olbii zrobił czterodniową wycieczkę w górę Bohu przez kraj Scytów. Opłynął południowe wybrzeża Morza Czarnego aż po rzekę Rioni (Fasis) i Kolchidę. Prawdopodobnie ostatnimi większymi podróżami na Wschodzie były perska i egipska. W Persji poznał Babilon i Suzy. W Egipcie, którego kultura zrobiła na nim silne wrażenie, bawił około czterech miesięcy i dotarł aż do wyspy Elefantyny na Nilu. Na ten sam okres przypada jego podróż do Kyreny.
Za pośrednictwem tłumaczy i przebywających w obcych krajach Greków zasięgał wiadomości od uczonych perskich, kapłanów egipskich, stróżów świątynnych itp. Na północy miał punkt oparcia w koloniach greckich na wybrzeżu Morza Czarnego, zwłaszcza w Olbii. Grecję właściwą od Peloponezu aż po Macedonię i Trację poznał dopiero po przybyciu do Aten w roku 450; wtedy również zwiedził południową Italię oraz Sycylię. Z dzieła wynika, że Herodot wiele znał z autopsji, niejedno z wywiadu i tradycji. O Krymie i Kerczu wie tylko z opowiadania, w środkowej Europie wiadomości jego sięgają tylko do Dunaju, poza Donem słyszał, on i Hekatajos, jeszcze o Issedonach, mieszkających, być może, w okolicach południowego Uralu lub jeszcze nieco dalej na południowy wschód. Dalej miał być bajeczny kraj gryfów i Arimaspów.
Herodot a Hekatajos. Nasuwa się pytanie, jaki był stosunek Herodota do wspomnianego już geografa i etnografa Hekatajosa, pierwszego podróżnika naukowego na wielką skalę. W geograficzno-etnograficznych ekskursach pierwszej połowy dzieła Herodot niewątpliwie wzorował się na swoim poprzedniku, ale wiadomości jego kontrolował, rozszerzał i pogłębiał. On pierwszy uznał odrębność Morza Kaspijskiego; jego relacje o ludach nadczarnomorskich zasługują na baczną uwagę. Opowiada on o stepie bezleśnym i trawiastym na północ od Morza Czarnego, o potężnych rzekach, jak Dniestr, Boh, Dniepr, Don. Widział on liman Dniestru koło Akermanu, widział limany Bohu i Dniepru, przez cztery dni płynął Bohem w górę i podaje wiadomości wykraczające poza to, co sam ujrzał, zasięgnięte od kolonistów greckich w Olbii. Co do Bohu, są one dość obfite i cenne. Scytów umie odróżnić od plemion innego pochodzenia (np. Neurów i Androfagów). Zna pewne wyrazy scytyjskie, jak aschy, tj. sok do dziś używany przez Tatarów.
Obcy wszelkim spekulatywnym elementom jońskiej geografii, Herodot nie dba o konstrukcję, tylko o wiarogodne wiadomości, oparte na autopsji cudzej lub własnej. Interesuje go głównie życie ludów, klimat, właściwości gleby, produkty. W etnografii tworzył jakby system, mówiąc kolejno o pochodzeniu narodu, o języku, religii i kulturze. Jego lista ludów państwa perskiego w siódmej księdze stanowi podstawę dla poznania geografii i etnografii starożytnego Wschodu. Warto też przypomnieć "klasyczne" miejsca u Herodota o opłynięciu Afryki przez Fenicjan za faraona Necho II (609-595 p.n.e.; ks. IV, rozdz. 42) i o pochodzeniu Etrusków z Lidii (ks. I, rozdz. 94).
Herodota, w przeciwieństwie do Hekatajosa, interesują religijne poglądy i kultowe zwyczaje obcych ludów. Co go jednak najbardziej różni od poprzednika, to fakt, że ujął etnografię w ramy historii. Zmysł historyczny kierował nim już przy zbieraniu materiałów do pierwszej części dzieła. Mówiąc o Egipcie, poświęca niemal połowę księgi - historii ludu, a nawet przy opisie Libii daje prehistorię Kyreny i jej historię, w którą wkłada właściwą etnografię Libii. Etnografia traci swą samodzielną rolę, jaką posiadała u Hekatajosa, i występuje u Herodota tylko tam, gdzie po raz pierwszy dany lud styka się z perskim najeźdźcą i staje się ofiarą zdobywczej polityki Cyrusa, Kambizesa, Dariusza lub Kserksesa. O etnografii Zachodu nie mówi, bo nie miała ona związku z zamierzonym planem dzieła.
Herodot jako pisarz. Historię, czyli Dzieje Herodota znamy jako utwór w dziewięciu księgach, nazwanych imionami muz. Podział ten wprowadzili dopiero gramatycy aleksandryjscy. Osią całego dzieła są bohaterskie zapasy Hellenów z barbarzyńcami pod wodzą królów perskich Dariusza i Kserksesa. Wojny perskie były według historyka niejako ostatnim aktem w łańcuchu konfliktów między Wschodem a Zachodem, rozgrywających się już w czasach mitycznych. Te jednak spory mityczne niedługo zaprzątają uwagę autora. Wkracza on zaraz w czasy historyczne i opowiada o Krezusie, królu Lidii, który pierwszy napadł na Greków w Azji Mniejszej. Persowie, którzy pod wodzą Cyrusa ujarzmili Lidów, byli drugimi z kolei wrogami wolności greckiej. Tak więc po dziejach Lidii następują dzieje perskie. Stopniowy podbój przez Persów sąsiednich ludów (Medów, Babilończyków, Egipcjan) oraz wyprawy Dariusza dają autorowi sposobność do przedstawienia zaatakowanych krajów, ich przeszłości i tradycji. Cztery pierwsze księgi są poświęcone ludom obcym, piąta wprowadza nas w dzieje greckie, od nieudanego powstania Jonii przeciw Persji (500-494 p.n.e.) do końca drugiej wojny perskiej, z odpowiednim omówieniem dawniejszych dziejów Sparty i Aten. Dzieło kończy się zdobyciem Sestos na Chersonezie Trackim w roku 479. W tym roku rzeczywiście skończyła się wojna obronna, a zaczynała się wojna zaczepna przeciw pobitym Persom, tej zaś Herodot nie zamierzał już opisywać. Wypędzenie Persów z Europy, ukaranie ich buty, upadek moralny Kserksesa były stosownym zamknięciem wielkiego dzieła, które budzi podziw jednolitością kompozycji i uzgodnieniem tak różnorodnego materiału. Była to jakby historia powszechna, której główny motyw kompozycyjny stanowi zaborcza polityka perska.
Prozaicznego dzieła o takim rozmiarze i takiej konstrukcji nie było dotąd w Grecji. Można je było porównać tylko z poematami Homera. Już sama objętość pracy nastręczała niemałe trudności. Przede wszystkim trzeba było tak obszerny materiał opanować pamięciowo wobec nierozwiniętej jeszcze techniki pisania (nie dzielono poszczególnych słów ani zdań, tak jak nie znano rozdziałów ani ksiąg, tekst był nieprzenikliwy jak tkanina). W tym chaosie łatwo było stracić nić przewodnią. Tymczasem u Herodota pomyłek, niedopowiedzeń jest bardzo mało. To świadczy o niepospolitej pamięci i wielkiej dyscyplinie artystycznej, w czym przewyższa nawet Tukidydesa.
Misterna kompozycja dzieła wraz z ekskursami i rozmaitymi wkładkami przypomina kunsztowną budowę Odysei. Nie dziw, że ten pisarz-artysta chce nie tylko pouczać, ale i bawić czytelnika. Nie gardzi tradycją ludową, zbiera baśnie, nowele i powiastki, obok dłuższych ekskursów geograficzno-etnograficznych zamieszcza krótsze, o charakterze nowel. Często wiążą się one, tworzą jakby wieńce nowel i wiją się wokół centralnych osób (azjatyckich królów, greckich tyranów, mędrców), mówią np. o Krezusie, Cyrusie, Periandrze, Polikratesie itd. Herodot jest tu świetnym narratorem, a pomocna mu była nie tylko jońska nowelistyka, lecz i przykład Homera. Zresztą motywów w technice opowiadania podobnych Homerowym jest u niego sporo. Tak np. w Iliadzie zebranie rady poprzedza wspólne przedsięwzięcie wojenne (Iliada, pieśń II) - Herodot również opisuje radę koronną Kserksesa (ks. VII, rozdz. 8-11); tu i tam mówcy doradzają lub odradzają wojnę. Zwodnicze sny Kserksesa i Artabanosa (ks. VII) przypominają równie zwodniczy sen Agamemnona (Iliada, pieśń II). Podobnie przegląd wojska i floty Kserksesa (ks. VII) przypomina Homerowy katalog okrętów (Iliada, pieśń II, wers 484 i nast.). Herodot nawet porównywa siebie z Odyseuszem, który poznał liczne "miasta ludzi" (ks. I, rozdz. 5), i używa zwrotów Homerowych, np. "jakież to słowo wyrzekłeś?", wreszcie język nowojoński jego Dziejów posiada znaczną przymieszkę form czysto epickich. Może pisarz, przedstawiając bohaterskie zapasy Greków w wojnach perskich, chciał swoje dzieło zabarwić archaicznie i w ten sposób zbliżyć je do eposu bohaterskiego.
Styl Herodota jest gawędziarski, wzorowany na opowiadaniu ludowym jońskich baśniarzy (logopojów). Cechą jego jest jasność, pewna rozlewność i naturalny powab. Już starożytni podnosili w nim wdzięk i słodycz, a Cycero mówi o prozie Herodota (Orator, 39), że "płynie bez żadnych chropowatości, niby spokojna rzeka". W opowiadaniu nie spieszy się, obok ważnych rzeczy nie pomija zajmujących drobiazgów i anegdot, słowem, gwarzy z całą swobodą. Jednak styl partii czysto narracyjnych różni się nieco od stylu wywodów naukowo-badawczych i mów fikcyjnych, którymi autor charakteryzuje pewne osoby historyczne (np. Kserksesa w ks. VII) lub w których głosi swe poglądy religijne i etyczne. Czasami samą prostotą środków stylistycznych osiąga wysoką patetyczność, np. w opisie bitwy pod Termopilami lub w jednym zdaniu o Lacedemończykach, którzy spóźnili się z udzieleniem pomocy walczącym pod Maratonem Ateńczykom: "Przybywszy po bitwie, pragnęli mimo to zobaczyć Medów. Jakoż poszli do Maratonu i zobaczyli. Potem, sławiąc Ateńczyków i ich czyn, wrócili do domu" (ks. VI, rozdz. 120). Herodota możemy uważać za twórcę prozaicznego języka literackiego, złożonego z różnych elementów, jońskich i obcych, przewyższającego kunsztownością i gracją nieudolne jeszcze próby logografów.
Herodot jako historyk. Dziś historyk czerpie potrzebny do pracy materiał przede wszystkim z archiwów i bibliotek. W starożytności było inaczej. Tukidydes czerpał już z dokumentarnych notat, wyjętych z archiwów lub napisów kamiennych, choć dosłownie owych dokumentów nie przytaczał. Herodot jeszcze aktów i dokumentów gruntownie nie badał, ale też od nich nie stronił, tak np. miał przed sobą zbiór wyroczni, spisy perskich obwodów podatkowych (wysokość danin podaje w ks. III) oraz czterdziestu sześciu perskich plemion i ich wodzów (ks. VII), ponadto spis greckich okrętów (ks. VIII), itinerarium3 perskiej drogi królewskiej (ks. V) itp.
Z pism logografów (z wyjątkiem etnografii Hekatajosa) niewiele mógł się nauczyć, bo ci zajmowali się przygodnie czasami mitycznymi i wczesnohistorycznymi do roku 600 p.n.e. On pierwszy w dawniejszej historii greckiej nie sięgnął wstecz poza ten rok, a za główny przedmiot swego dzieła obrał czasy nowsze, lata swego dzieciństwa. Punktem wyjścia są dla niego świadectwa współczesnych o wojnach perskich; od tego punktu cofa się zaledwie o parę pokoleń, operując już materiałem historycznym, który musiał istnieć w postaci jakichś zapisków. Przeważnie zdany był na tradycję ustną, relacje współczesnych i własne spostrzeżenia, które zebrał, zwiedzając kraje obce i okolice Grecji, i którymi posługiwał się w pierwszej i drugiej części dzieła. Dzięki swym podróżom wschodnim dał nam żywy i barwny opis kultur dawnych, zwłaszcza egipskiej, która była, jego zdaniem, źródłem kultury greckiej. Brak znajomości języków obcych i konieczność posługiwania się tłumaczami utrudniały mu zadanie i spowodowały niejedną omyłkę, przy czym dużą też rolę odegrała chełpliwość barbarzyńców wobec odwiedzającego ich Greka. Pewniejsze informacje osiągnął w samej Grecji, zwłaszcza te, które zawdzięczał bliskim stosunkom z ateńskimi mężami stanu z koła Peryklesa. Herodot rzadko podaje imiona swych informatorów. To i owo słyszał zapewne od wygnańca ateńskiego Dikajosa (ks. VIII, rozdz. 65), który cieszył się poważaniem u Medów, i od potomków zbiegłego ze Sparty króla Demarata, który stał blisko dworu Dariusza i Kserksesa. Podając rodowód Scyty Anacharsisa, powołuje się na świadectwo ustne Tymnesa, męża zaufania króla Scytów Ariapejtesa (ks. IV, rozdz. 76).
Jak operuje zebranym skrzętnie materiałem? Odróżniając to, co sam widział, od tego, co słyszał od innych, zaznacza przez to mniejszą lub większą wiarogodność swych relacji. Tam, gdzie zamieszcza własne obserwacje lub opowiada o wypadkach współczesnych, zupełnie nas zadowala dokładnością i wiernością obrazu, nie ustępując w tym Tukidydesowi. Natomiast opisy zdarzeń odległej przeszłości zależne są od charakteru źródeł: tak np. wiadomości Herodota o Persji pewniejsze są od jego relacji o dawniejszych dziejach Egiptu i Babilonii, częściowo wierne są wiadomości o Arabii i Medii. Mimo wyraźnych braków jest przecież dzieło Herodota kopalnią informacji do dziejów Wschodu i Północy, informacji, z którymi dziś jeszcze liczą się egiptologowie i asyriologowie; o Scytach jedynie dzięki niemu zachowały się obszerniejsze wiadomości, dotyczące geografii kraju, obyczajów ludu, jego stosunków społecznych i gospodarczych, wreszcie pierwotnych dziejów Scytów. Dzieje przynoszą również wiele szczegółów o pierwotnych mieszkańcach Grecji, ich wędrówkach i najdawniejszych siedzibach. Herodot podał je tylko okolicznościowo w ekskursach i dlatego wiadomości te są fragmentaryczne. Ale tradycję wojen perskich on właśnie ukształtował i przekazał całej potomności.
Za swe główne zadanie uważał historyk wierne odtworzenie tego, co usłyszał z ust swoich świadków. Tam, gdzie relacje były sprzeczne, Herodot - w przeciwieństwie do Tukidydesa - ogranicza się do krótkiego zaznaczenia swojego zdania o ich wiarogodności, poza tym tylko je rejestruje, pozostawiając ocenę czytelnikowi: "Moim zadaniem w całym tym dziele jest, żeby opowiedziane przez wszystkich szczegóły tak spisać, jak je słyszałem" (ks. II, rozdz. 123). "Ja zaś muszę podać, co się opowiada, ale bynajmniej nie jestem zobowiązany w to wierzyć - i te słowa mają się odnosić do całych mych Dziejów" (ks. VII, rozdz. 152). Jego krytyka zacieśnia się do wyboru prawdopodobniejszej wersji, przy czym pewne rysy tradycyjne uznaje za zmyślone i wyraża przypuszczenie, jak było naprawdę. Nigdy jednak nie zmienia i nie prostuje podań i relacji, za co mu nawet w pewnych wypadkach jesteśmy wdzięczni. Co prawda, spotykamy miejsca, w których chwiejny gdzie indziej w swych sądach pisarz ze zdumiewającą pewnością siebie wygłasza swą opinię, zbija cudze poglądy, własne szczegółowo uzasadnia albo podkreśla, że zupełnie pewne przedstawienie faktu jest niemożliwe z powodu braku odpowiednich danych czy niemożności pogodzenia sprzecznych informacji. Pod tym względem, jak pod wielu innymi, dzieło Herodota okazuje jakby dwa różne oblicza i stanowi niekiedy przejście od zbioru interesujących materiałów do krytycznego ich opracowania.
Dotknął go już duch sofistyki, który wywołał krytykę historyczną, ale go jeszcze nie przepoił - jak Tukidydesa. Silniejszy jest w nim ów joński uniwersalizm, pragnący choćby pobieżnie poznać wszystko, co ciekawe, ów głód wiedzy, objawiający się w zbieraniu wszelakich wiadomości nie tylko z zakresu geografii i etnografii, ale i innych dziedzin specjalnych, jak inżynieria, mechanika, budownictwo, znawstwo sztuki, astronomia czy medycyna. Przypominam tylko zadziwiająco dokładny opis trojakiego balsamowania zwłok przez Egipcjan (ks. II). Autora zajmują nawet kwestie językowe: przytacza wyrazy perskie, egipskie, scytyjskie, bez należytej ich znajomości, ale dla żywego języka jońskiego ma subtelne wyczucie i wyróżnia w nim cztery grupy dialektów. Mimo wszystko jednak krytyka tradycji jest u niego subiektywna, a nie - jak u Tukidydesa - rzeczowa. Są natomiast u Herodota początki krytyki literackiej (mówi o literaturze orfickiej, o chronologii dzieł Homera i Hezjoda, o pseudo-Homerowych Kypria i Epigonoj).
Sam charakter dzieła wykluczał ścisłość chronologiczną. Do czasów dawniejszych stosuje Herodot system liczenia według generacji, których trzy przypadają zwykle na jeden wiek, i według lat rządów tego lub innego władcy. O dokładniejszą chronologię stara się w opisie wojen perskich: liczy tu według lat, miesięcy, pór roku, czasem podaje nazwę ateńskiego archonta albo stałych greckich uroczystości, jak Olimpie i Karneje. W rozstrzygających momentach wojny perskiej zapisuje nawet dnie. Dane statystyczne są u niego niepewne. Wyolbrzymia np. liczbę wojsk perskich, wierząc raczej legendzie. Na wojskowości widocznie mało się rozumie, bo przebieg bitew podaje niejasno, ale przede wszystkim brak mu znajomości spraw politycznych, którymi u niego rządzą jedynie pobudki czysto osobiste. Tu tkwi główna różnica między nim a Tukidydesem.
Sumienność każe mu nawet wobec wrogów być bezstronnym; choć jest Grekiem, wyraża się z uznaniem o zaletach Persów i mówi z szacunkiem o osiągnięciach i dziełach ludów Wschodu. Ateny były mu drugą ojczyzną, ma więc do wszystkiego, co ateńskie, specjalne upodobanie. Z czołowych osobistości czcił Peryklesa, wynosił Arystydesa, a tylko obraz Temistoklesa wypadł u niego opacznie, bo Herodot nie umiał przeprowadzić jednolitej charakterystyki osób. Woli wdawać się w szczegóły życia, losów i charakteru osób podrzędnych niż wybitnych. Dzieło jego jest w drugiej części gloryfikacją czynów dokonanych w wojnie perskiej głównie przez Ateńczyków. Idzie więc historyk za tradycją, którą osnuła już legenda, ale idzie też za głosem wewnętrznego przekonania o zasługach Aten w ocaleniu Grecji. A sławił Ateńczyków w chwili, gdy sympatie w Helladzie były już raczej po stronie Spartan niż Ateńczyków (ok. 450-430 p.n.e.). Jego stanowisko wobec innych państw greckich (np. Teb, których zdradę piętnuje) nie było uwarunkowane wyłącznie tylko sympatiami ateńskimi. Czyny Spartan ocenił sprawiedliwie.
Przeciwników miał już w starożytności. Jedni nazywali go bezkrytycznym "bajarzem", drudzy złośliwcem. Pierwszy epitet oficjalnie nadał mu Arystoteles; Tukidydes, choć nie wymienia poprzednika, widocznie z nim polemizuje, przeciwstawiając mu "niebajkowość" swojego dzieła, które ma być raczej dorobkiem po wieczne czasy niż błyskotką stworzoną dla chwili i dla przygodnych słuchaczy. Szydził z niewiarogodnych czy przesadnych relacji Herodota Arystofanes, a Ktesjas w swej Historii perskiej zarzucał mu kłamstwa. Wreszcie Plutarch, dotknięty w swym patriotyzmie lokalnym (Herodot potępił stanowisko Teb w wojnie perskiej), w pamflecie O złośliwości Herodota napadł na niego, zarzucając mu fałszowanie prawdy historycznej.
Na przedstawienie dziejów silny wpływ wywarł światopogląd religijny pisarza. Herodot wierzy w rządy boskiej opatrzności, która kieruje losami jednostek i ludów. Chętniej mówi o "bóstwie" niż o bogach, którym indywidualne rysy nadali sami ludzie. Działalność tego bóstwa ("porządkującego") objawia się w tym, że pilnuje ono równowagi we wszechświecie. Człowiek nie powinien sięgać zbyt wysoko w swych ambicjach: wszystko, co wyniosłe i co przekracza zwykłą miarę ludzką, bóg obala i strąca w przepaść. Pouczają o tym losy Krezusa, Polikratesa, Kserksesa. O szczęściu człowieka można mówić dopiero w chwili jego śmierci. Im bardziej umiarkowane jest szczęście ludzkie, tym lepszą daje gwarancję długotrwałości. Zresztą nieszczęścia są udziałem wszystkich ludzi, a większych dosięgają większe. Bóstwo bowiem jest zazdrosne o swą władzę i karze wszelką butę oraz chęć wywyższenia się.
To pesymistyczne wyobrażenie o krótkości i nędzy żywota ludzkiego, trapionego nieszczęściami i chorobami, o niestałości wszystkiego ("kołowrocie spraw ludzkich") i przemijaniu wszelkiej chwały - nieobce było już Homerowi. Ale bóstwo, które czuwa nad równowagą świata, nie postępuje u Herodota konsekwentnie. Według Herodota za winą idzie kara: lecz kto jest ulubieńcem bogów, temu nawet przestępstwo ujdzie czasem bezkarnie. Nadto bogowie sami popychają człowieka (np. Kserksesa) do przekroczenia granic wielkości, zsyłając nań zaślepienie po to, aby go zgubić. Pogląd ten spotykamy w attyckiej tragedii.
Religijność Herodota była niezbyt daleka od poetyckich fikcji Ajschylosa i Sofoklesa, a "zazdrość bóstwa" przejął on od Pindara - ową zazdrość, którą dopiero Platon wygnał z koła bogów. Ale ci bogowie czy bóstwo pozostają pod wyższą władzą: przeznaczenia. Stale powtarzają się u autora zwroty fatalistyczne: "coś nastąpić musiało". Wyrocznia delficka daje posłom Krezusa tę odpowiedź: "Przeznaczonego losu nawet bóg nie może uniknąć" (ks. I, rozdz. 91). Może on odwlec tylko nieszczęście, nie może go usunąć z drogi skazańca. Człowiek jest igraszką w ręku przeznaczenia i jego wykonawców, tj. bogów. Czasem wie z góry, że nieszczęście ma go spotkać, i nawet nie próbuje przed nim się uchronić. Także losy walk są z góry przesądzone i nieodmienne. Niestałość rzeczy ludzkich ilustruje pisarz również na przykładzie Persów i Kserksesa, którzy, osiągnąwszy najwyższe sukcesy w swych imperialistycznych zakusach, upadają wskutek swej buty i zaślepienia zesłanego na władcę przez bóstwo. Tym samym daje Herodot wojnie perskiej nie pragmatyczno-historyczną, lecz metafizyczną motywację. Widzi on wprawdzie istotne jej powody: zemstę za wspomaganie powstania jońskiego i za Maraton, zabiegi Pizystratydów i Aleuadów - ale ich nie pogłębia, nie wnika w polityczne motywy rządu perskiego, podobnie jak nie pogłębił ich w opowiadaniu o królu Krezusie i jego wojnie z Cyrusem.
Naiwność pojęć czerpana z wierzeń religijnych nie wyklucza u Herodota pewnych przejawów racjonalizmu. Mimo wiary w nieomylność wyroczni mówi o przekupstwie Pitii; choć przytacza sny i wizje jako wyraz woli bogów, to jednak uważa je czasem za odbicie myśli, które nas w dzień zaprzątają (ks. VII, rozdz. 16). Nie wierzy w rzeczywistą obecność boga w świątyni (ks. I, rozdz. 182), w cuda działane przez posągi (ks. V, rozdz. 86), w spotkanie Pana z Ateńczykiem Filippidesem (ks. VI, rozdz. 105), w możliwość zamawiania burzy (ks. VII, rozdz. 191). Są to wpływy budzącej się w Atenach sofistyki, która tradycyjne poglądy krytykowała i obalała. Na ogół jednak światopogląd Herodota jest staroświecki, stosowniejszy do utworów fikcji poetyckiej niż do właściwej historii.
Gdy Herodot umierał, tworzył już Tukidydes swe dzieło, oparte na innych poglądach i na innej metodzie badań. On dopiero dał pierwszą pragmatyczną historię współczesną, w której nie było miejsca dla bogów mieszających się do rzeczywistych wydarzeń historycznych, dla fatum, którego wyroki decydują o losach świata, wreszcie dla przepowiedni i wyroczni, które autor przytaczał raczej jako curiosa, szydząc z ich stronniczości. Szukał natomiast wszędzie naturalnego związku wypadków i starał się go wyświetlić w sposób krytyczny i ściśle obiektywny. W stosunku do swego poprzednika uczynił Tukidydes wielki krok naprzód, jak uczynił go Herodot w stosunku do logografów. Herodot mógł nawiązać tylko do geografii i etnografii Hekatajosa, a Tukidydes, choć Herodotowej metodzie badań przeciwstawia własną i czasem z nim polemizuje, to przecież w historycznym uzasadnieniu wojny peloponeskiej nawiązał bezpośrednio do dzieła poprzednika; było ono mimo wszelkich braków pierwszą historią grecką, a jednocześnie pierwszą historią w świecie starożytnym, w którym żaden naród nie wzniósł się wcześniej ponad fikcję, luźne zapiski i chaotyczne kroniki.
KSIĘGA PIERWSZA
Herodot z Halikarnasu przedstawia tu wyniki swych badań, żeby ani dzieje ludzkie z biegiem czasu nie zatarły się w pamięci, ani wielkie i podziwu godne dzieła, jakich bądź Hellenowie, bądź barbarzyńcy dokonali, nie przebrzmiały bez echa, między innymi szczególnie wyjaśniając, dlaczego oni nawzajem z sobą wojowali.
(1) Znawcy dziejów wśród Persów utrzymują, że Fenicjanie winni byli tej niezgody. Oni to bowiem przybyli od tak zwanego Morza Czerwonego nad nasze morze4 i osiedlili się w krainie, którą jeszcze teraz zamieszkują; zaraz też puścili się w dalekie podróże morskie; wywożąc zaś towary egipskie i asyryjskie, dotarli do różnych stron, między innymi także do Argos. Argos w owym czasie górowało pod każdym względem nad miastami kraju, który teraz nazywa się Helladą. Przybyli więc Fenicjanie do tego Argos i wyłożyli swój towar. Na piąty czy szósty dzień, kiedy już prawie wszystko wyprzedali, przyszła nad morze wraz z wielu innymi niewiastami królewna, której było na imię, jak to zgodnie również Hellenowie podają, Io, córa Inachosa. Stanęły przy rufie okrętu i kupowały towary, jakie im najbardziej przypadły do serca, a wtedy Fenicjanie porozumieli się z sobą i napadli na nie. Większość kobiet umknęła, Io jednak i jeszcze inne zostały porwane. Fenicjanie wrzucili je na okręt i odpłynęli do Egiptu.
(2) W ten sposób według opowiadania Persów, nie Hellenów, przybyła Io do Egiptu i to była pierwsza krzywda. Następnie kilku Hellenów (imion ich nie umieją Persowie podać) wylądowało w fenickim Tyros i porwało stamtąd królewską córkę, Europę. Byli to zapewne Kreteńczycy. - Tak zatem odpłacono tamtym równą tylko miarką, ale później Hellenowie stali się sprawcami drugiej krzywdy. Popłynęli bowiem na długim okręcie* do kolchidzkiej Aja nad rzeką Fasis i po załatwieniu innych spraw, które były celem ich podróży, porwali córkę królewską, Medeę. Król Kolchów wysłał herolda do Hellady, żądając odszkodowania za porwanie i zwrotu córki; Hellenowie jednak odpowiedzieli, że skoro nie otrzymali odszkodowania za uprowadzenie Iony z Argos, i oni go nie dadzą.
(3) Potem za drugiej generacji, jak mówią Persowie, Aleksander, syn Priama, który słyszał o tych zdarzeniach, zapragnął zdobyć sobie małżonkę w Helladzie drogą porwania, licząc na pewno, że odszkodowania nie da, skoro i tamci go nie dają. Tak tedy porwał on Helenę, a Hellenowie postanowili naprzód wysłać posłów i zażądać wydania Heleny jako też odszkodowania za jej porwanie. Ale Trojanie na to przytaczali im porwanie Medei: że sami odszkodowania nie dali ani na żądanie Kolchów jej nie zwrócili, a teraz chcą, żeby inni dawali im odszkodowanie.
(4) Aż dotąd więc były tylko wzajemne uprowadzenia, teraz jednak Hellenowie w wysokim stopniu zawinili: oni bowiem wprzód wyprawili się na Azję niż Azjaci na Europę. Zdaniem Persów, porywać niewiasty jest czynem ludzi niesprawiedliwych, ale z powodu porwanych zawzięcie uprawiać dzieło zemsty mogą tylko nierozumni; rozsądni ludzie zgoła nie troszczą się o porwane kobiety: boć przecie to jasne, że gdyby same nie chciały, nie zostałyby uprowadzone. Oni więc, Azjaci - powiadają Persowie - z porywania niewiast nic sobie nie robili. Hellenowie zaś z powodu lacedemońskiej kobiety zebrali wielkie wojsko, a potem przybyli do Azji i obalili potęgę Priama. Od tego czasu Persowie zawsze myśleli, że to, co helleńskie, jest im wrogie. Persowie bowiem Azję i zamieszkujące ją ludy barbarzyńskie uważają za swoje, Europę zaś i żywioł helleński za coś odrębnego.
(5) Tak opowiadają Persowie o przebiegu zdarzeń i w zdobyciu Troi doszukują się początku swej nieprzyjaźni z Hellenami. Co do Iony zaś, nie zgadzają się z Persami Fenicjanie. Twierdzą bowiem, że nie drogą porwania zawieźli ją do Egiptu, lecz że w Argos miała ona stosunek z kapitanem okrętu, a kiedy zauważyła, że jest brzemienna, z obawy, żeby jej sprawka nie wyszła na jaw przed rodzicami, sama dobrowolnie z Fenicjanami odpłynęła. Tak tedy mówią Persowie, a tak Fenicjanie. Ja zaś nie chcę tu rozstrzygać, czy rzecz miała się tak, czy inaczej; o kim jednak z pewnością wiem, że pierwszy zawinił przeciw Hellenom, tego wskażę*, a potem pójdę dalej w swoim opowiadaniu, kolejno przechodząc zarówno małe, jak i wielkie "miasta ludzi"*. Wszak wiele z tych, co były w dawnych czasach wielkie, stało się małymi, a te, które w moich czasach są wielkie, dawniej były małe. Wiedząc zatem, że szczęście ludzkie nigdy nie jest trwałe, wspomnę na równi o jednych i o drugich.
(6) Krezus był z rodu Lidyjczykiem, synem Alyattesa, władcą ludów z tej strony rzeki Halys*, która płynie od południa na północ między Syryjczykami* a Paflagonami i uchodzi do tak zwanego Pontu Euksyńskiego5. Ten Krezus był pierwszym, o ile wiemy, z barbarzyńców, który jednych Hellenów podbił i zmusił do płacenia haraczu, a z innymi zawarł przyjaźń. Podbił on Jonów, Eolów i Dorów w Azji, a przyjaźń zawarł z Lacedemończykami. Przed panowaniem Krezusa wszyscy Hellenowie byli wolni. Przedsięwzięta bowiem przeciw Jonii wyprawa Kimmeriów*, wcześniejsza od Krezusowej, nie doprowadziła do podboju miast, lecz tylko do zagonnego ich rabunku.
(7) Władza królewska, która przedtem należała do Heraklidów*, przeszła w taki sposób na rodzinę Krezusa, czyli na tzw. Mermnadów: Kandaules, którego Hellenowie nazywają Myrsilosem, król sardyjski, pochodził od Alkajosa, syna Heraklesa. Mianowicie Agron, syn Ninosa, syna Belosa, syna Alkajosa, był pierwszym Heraklidą, który został królem w Sardes, a Kandaules, syn Myrsosa - ostatnim. Ci, co królowali w tym kraju przed Agronem, pochodzili od Lydosa, syna Atysa*, od którego cały ten lud został nazwany lidyjskim, bo przedtem nazywał się majońskim*. Władzę poruczoną im przez tych Atydów posiedli na mocy wyroczni Heraklidzi. Pochodzili oni od niewolnicy Jardanosa* i od Heraklesa, a panowali w ciągu dwudziestu dwóch pokoleń przez pięćset pięć lat, tak że zawsze syn otrzymywał rządy z rąk ojca - aż do Kandaulesa, syna Myrsosa.
(8) Otóż ten Kandaules był tak bardzo rozmiłowany w swej małżonce, że sądził, iż posiada najpiękniejszą ze wszystkich kobiet. A miał wśród swoich kopijników niejakiego Gigesa, syna Daskylosa, który cieszył się jego szczególną łaską. Poruczał mu ważniejsze sprawy państwowe, a urodę swej żony sławił przed nim ponad wszelką miarę. Po upływie niedługiego czasu (miało bowiem wedle przeznaczenia spotkać Kandaulesa nieszczęście) odezwał się do Gigesa w te słowa: - Gigesie, zdaje mi się, że ty nie wierzysz w to, co ci opowiadam o wdziękach mojej żony, ponieważ uszy ludzi są bardziej niedowierzające niż ich oczy; dlatego staraj się ujrzeć ją nagą. - Ten jednak wydał okrzyk zgrozy i rzekł: - Panie, co za nierozumne wyrzekłeś słowo, każąc mi moją panią oglądać nagą! W chwili gdy niewiasta zdejmie szatę, zdejmuje też wstyd z siebie. Od dawna już wynaleźli ludzie mądre powiedzenia, z których należy czerpać naukę. A jedno z nich brzmi: "Niech każdy swego patrzy!". Ja chętnie wierzę, że ona jest najpiękniejszą ze wszystkich kobiet, a ciebie proszę, abyś nie żądał ode mnie rzeczy nieprzystojnych.
(9) Takimi słowy bronił się Giges przed żądaniem króla, w obawie, że z tego wyniknie dlań jakieś nieszczęście. Ale ten odpowiedział: - Nabierz otuchy, Gigesie, i nie lękaj się, że ja tak mówię, aby cię tylko wystawić na próbę, ani się nie bój, że ze strony mej małżonki spotka cię jakaś przykrość. Albowiem z góry tak urządzę, żeby ona zupełnie nie zauważyła, żeś ją widział. Mianowicie ustawię cię w komnacie, w której sypiamy, w tyle za otwartymi drzwiami. Zaraz po mnie przyjdzie moja żona, aby udać się na spoczynek. Blisko wejścia stoi krzesło; na nim przy rozbieraniu się będzie składała poszczególne części swego odzienia i tak da ci sposobność, żebyś się jej z całym spokojem przyjrzał. Kiedy potem od krzesła będzie szła ku łożu i do ciebie odwróci się tyłem, twoją już będzie rzeczą, żeby cię nie zobaczyła uchodzącego spoza drzwi.
(10) Giges, widząc, że nie może się od tego uchylić, oświadczył swą gotowość. Skoro więc Kandaules uważał, że nadeszła pora udania się na spoczynek, wprowadził go do komnaty, zaraz zaś potem zjawiła się także jego małżonka. I Giges przyglądał się, jak po wejściu rozbierała się z szat. Gdy zaś niewiasta, idąc ku łożu, odwróciła się doń tyłem, wysunął się spoza drzwi i wyszedł. Wtedy ona wychodzącego zobaczyła i zrozumiała, że jest to sprawka męża. Ale jakkolwiek wstyd jej było, nie wydała żadnego okrzyku i zachowała pozory, jak gdyby niczego nie zauważyła; w duchu jednak postanowiła zemścić się na Kandaulesie. U Lidyjczyków bowiem, i prawie u wszystkich innych barbarzyńców, nawet dla mężczyzny wielką jest hańbą, jeśli się go zobaczy nagiego.
(11) Wtedy więc nie dała po sobie nic poznać i zachowała się spokojnie. Skoro jednak dzień nastał, zapewniła sobie gotowość tych sług, których za najwierniejszych sobie uważała, i kazała przywołać Gigesa. On myślał, że królowa nie wie nic o tym, co zaszło, i przybył na wezwanie, tak jak zawsze, ilekroć go powoływała. Kiedy więc zjawił się Giges, odezwała się do niego w te słowa: - Teraz, Gigesie, daję ci dwie drogi do wyboru; którą z nich zechcesz pójść. Albo zabijesz Kandaulesa i posiądziesz mnie wraz z królestwem Lidyjczyków, albo sam musisz zaraz na miejscu umrzeć, abyś na przyszłość nie słuchał we wszystkim Kandaulesa i nie widywał tego, czego ci nie godzi się widzieć. Przeto albo on musi zginąć, ponieważ wpadł na taki pomysł, albo ty, ponieważ ujrzałeś mnie nagą i tym samym uczyniłeś to, co jest nieprzystojne. - Z początku był Giges zdumiony tą mową, potem błagał królową, aby go nie zmuszała do takiego wyboru. Ale ona nie dała się zmiękczyć. Skoro więc widział, że istotnie ma przed sobą tę konieczność, że albo zgładzi swego pana, albo sam przez innych będzie zgładzony, wolał pozostać przy życiu i zadał królowej takie pytanie: - Jeśli mnie zmuszasz, abym wbrew woli zabił mojego pana, pozwól mi usłyszeć, w jaki sposób podniesiemy na niego rękę? - A ona odpowiedziała: - Z tego samego miejsca nastąpić ma zamach, skąd on pokazał mnie nagą; kiedy więc będzie spał, należy nań uderzyć.
(12) Tak obmyślili zamach i z nastaniem nocy Giges (którego na chwilę nie puszczano i nie było dlań żadnego wyjścia, lecz albo on sam musiał zginąć, albo Kandaules) poszedł za niewiastą do sypialni. Ona wręczyła mu sztylet i ukryła go za tymi samymi drzwiami. A kiedy Kandaules zasnął, Giges wychylił się spoza drzwi, zabił go i posiadł jego małżonkę wraz z królestwem. Wspomina o nim w sześciostopowym jambie także Archiloch z Paros, który żył w tym samym czasie.
(13) Zdobył więc Giges władzę królewską i został w niej utwierdzony przez wyrocznię delficką. Kiedy bowiem Lidyjczycy, rozgoryczeni zabójstwem Kandaulesa, chwycili za broń, stanęła taka umowa między stronnikami Gigesa a resztą Lidyjczyków: jeżeli wyrocznia odpowie, że Giges jest królem Lidyjczyków, to niech im króluje, jeżeli nie, to niech z powrotem odda Heraklidom panowanie. Otóż wyrocznia oświadczyła się za nim, i tak Giges został królem. Tyle jednak wypowiedziała się Pitia, że Heraklidzi doczekają się zemsty na potomku Gigesa w piątym pokoleniu*. Na tę wypowiedź Lidyjczycy i ich królowie zgoła nie zwracali uwagi, aż się spełniła.
(14) W ten sposób doszli Mermnadzi do władzy, którą wydarli Heraklidom. A Giges, zostawszy władcą, wysłał niemało darów wotywnych do Delf, bo ile tam jest srebrnych wotów, przeważnie od niego pochodzą. Prócz srebra ofiarował także niezmierzoną ilość złota, między innymi zaś, co szczególnie zasługuje na wzmiankę, poświęcił sześć złotych mieszalników. Te stoją w skarbcu Koryntyjczyków i mają wagę trzydziestu talentów; po prawdzie jednak mówiąc, nie jest to skarbiec korynckiego ludu, lecz Kypselosa, syna Eetiona. Ów Giges był pierwszym, o ile wiemy, barbarzyńcą, który ofiarował dary wotywne do Delf - po Midasie, synu Gordiasa, królu Frygii. Bo także Midas poświęcił tamże swoje królewskie krzesło, na którym zasiadał, kiedy sprawował sądy, a jest ono godne widzenia. Stoi tam właśnie, gdzie i mieszalniki Gigesa. Owo złoto i srebro, które ofiarował Giges, nazywają Delfijczycy od imienia ofiarodawcy "gigadejskim". Już po dojściu do władzy urządził on wyprawę na Milet i Smyrnę i zdobył dolną część miasta Kolofonu. Skoro jednak żadnego innego wielkiego czynu za swych trzydziestoośmioletnich rządów nie dokonał, wystarcza o nim ta wzmianka.
(15) Teraz wspomnę o Ardysie, synu Gigesa, który po Gigesie był królem. Ten zdobył Prienę i napadł na Milet, za jego też panowania w Sardes przybyli do Azji Kimmeriowie, wygnani ze swych siedzib przez Scytów-koczowników - i zajęli Sardes prócz twierdzy.
(16) Po Ardysie, który czterdzieści dziewięć lat panował, nastąpił Sadyattes, jego syn, i władał przez dwanaście lat, a po Sadyattesie Alyattes. Ten prowadził wojnę z Kyaksaresem, wnukiem Dejokesa, i z Medami, wypędził Kimmeriów z Azji, zdobył Smyrnę, założoną przez Kolofon, i napadł na okręg Klazomen. Stąd jednak musiał ustąpić, i to z wielkimi stratami. Z innych przedsięwzięć, jakich za swego panowania dokonał, to najbardziej zasługuje na uwagę.
(17) Prowadził on wojnę z Milezyjczykami, którą przejął w spadku po swoim ojcu. Ruszył więc na nich i oblegał Milet w następujący sposób: Ilekroć plony na polu były dojrzałe, wpadał tam z wojskiem, a maszerował przy dźwięku piszczałek, lutni, cieńszych i pełniejszych fletów. Kiedy zaś przybywał do okręgu milezyjskiego, nie burzył i nie palił domów po wsiach ani drzwi nie wyłamywał, lecz zostawiał wszystko na swoim miejscu; natomiast drzewa i plony ziemne niszczył, a potem znów się oddalał. Bo Milezyjczycy byli panami na morzu, tak że obleganie nie było dla wojska korzystne. Domów zaś dlatego Lidyjczyk nie burzył, żeby Milezyjczycy, mając w nich oparcie, mogli ziemię obsiewać i uprawiać, a on sam dzięki ich pracy miał co pustoszyć w razie napadu.
(18) Tak wojował przez jedenaście lat, w ciągu których ponieśli Milezyjczycy dwie wielkie klęski: jedną, walcząc w swoim własnym kraju pod Limenejon, a drugą na równinie Meandra. Przez sześć z owych jedenastu lat panował jeszcze nad Lidyjczykami syn Ardysa, Sadyattes, który także napadał wtedy z wojskiem na ziemię milezyjską: on bowiem był właśnie tym, który wojnę rozpoczął; przez pięć zaś następnych lat prowadził wojnę Alyattes, syn Sadyattesa. Przejął ją, jak już wyżej wspomniałem, od swego ojca i gorliwie nią się zajmował. A Milezyjczyków żaden joński szczep w wojnie tej nie wspierał, z wyjątkiem Chiotów. Ci, pomagając im, płacili równą miarką: boć przedtem Milezyjczycy wspólnie z Chiotami doprowadzili do końca wojnę przeciw Erytrejczykom.
(19) Otóż kiedy w dwunastym roku wojsko nieprzyjacielskie podpalało zasiane pola, zdarzył się taki wypadek: Skoro tylko plony zajęły się od ognia, pędzony gwałtownym wiatrem płomień objął świątynię Ateny z przydomkiem Assesja. Ogarnięta nim świątynia zgorzała. W pierwszej chwili nie zwracano na to uwagi, kiedy jednak później wojsko wróciło do Sardes, Alyattes zachorował. Wobec przedłużania się choroby wysłał on posłów do Delf, czy to że mu ktoś doradził, czy też sam postanowił zapytać boga w sprawie tej choroby. Posłom po przybyciu do Delf oświadczyła Pitia, że nie wprzód udzieli im odpowiedzi, aż odbudują świątynię Ateny, którą spalili w Assessos na terytorium milezyjskim.
(20) Tak słyszałem i wiem o tym zajściu od samych Delfijczyków; Milezyjczycy zaś do tego dodają, że Periander, syn Kypselosa, najbardziej zaufany przyjaciel Trazybula, ówczesnego tyrana Miletu, na wieść o danej Alyattesowi wyroczni doniósł o niej Trazybulowi przez wysłanego gońca, aby, wprzód powiadomiony, mógł powziąć odpowiednie postanowienie. Tak opowiadają Milezyjczycy.
(21) Alyattes zaś, gdy mu to oznajmiono, wysłał natychmiast herolda do Miletu, mając zamiar z Trazybulem i Milezyjczykami zawrzeć układ na przeciąg czasu, w którym będzie budował świątynię. Wysłaniec więc udał się do Miletu, a Trazybul, który o całej sprawie dokładnie wprzód był powiadomiony i wiedział, co Alyattes zrobi, wymyśla taki podstęp: Ile było w mieście zboża, które należało do niego lub do osób prywatnych, cały ten zapas kazał znieść na rynek i zapowiedział Milezyjczykom, ażeby na dany przez niego znak wszyscy popijali i w wesołym orszaku nawzajem się odwiedzali.
(22) To uczynił i polecił Trazybul celowo, żeby sardyjski herold, ujrzawszy usypaną wielką kupę zboża i ludzi płużących w dobrobycie, oznajmił o tym Alyattesowi. Tak się też stało. Kiedy bowiem herold temu się przypatrzył i przekazał zlecenia Lidyjczyka Trazybulowi, a potem wrócił do Sardes, z tego tylko powodu, jak słyszę, nastąpiło pojednanie. Alyattes bowiem spodziewał się, że w Milecie panuje dotkliwy brak zboża, a lud trawiony jest ostateczną nędzą; tymczasem usłyszał od herolda, który wrócił z Miletu, coś wręcz przeciwnego, niż przypuszczał. Wobec tego przyszło między nimi do pojednania w tym duchu, że zostaną nawzajem przyjaciółmi i sprzymierzeńcami; Alyattes zaś wybudował Atenie w Assessos dwie świątynie zamiast jednej i sam dźwignął się z choroby. Tak powiodło się Alyattesowi w jego wojnie przeciw Milezyjczykom i Trazybulowi.
(23) Ten właśnie Periander, który Trazybulowi udzielił wskazówki co do wyroczni, był synem Kypselosa i władał Koryntem. Ujrzał on, jak opowiadają Koryntyjczycy, a potwierdzają Lesbijczycy*, największy w swym życiu cud, kiedy to Ariona z Metymny delfin wysadził na ląd na Tajnaronie. Był on cytrzystą, który żadnemu z wówczas żyjących nie ustępował, a zarazem pierwszym, o ile wiemy, człowiekiem, który stworzył dytyramb*, nazwał go i wystawił w Koryncie.
(24) Otóż ten Arion, który przez długi czas bawił u Periandra, zapragnął raz, jak opowiadają, pojechać do Italii i na Sycylię. Kiedy tam zdobył wielkie skarby, chciał znowu wrócić do Koryntu. Wypłynął więc z Tarentu na wynajętym od korynckich mężów okręcie, albowiem do nikogo nie miał większego zaufania niż do Koryntyjczyków. Ci jednak na pełnym morzu powzięli plan, żeby Ariona zrzucić w topiel i tak posiąść jego skarby. On to zauważył i kornie ich błagał, aby mu tylko życie darowali w zamian za wydanie skarbów. Ale żeglarze nie dali się zmiękczyć, tylko rozkazali mu, żeby albo sam sobie życie odebrał, po czym na lądzie otrzyma grób, albo bezzwłocznie wskoczył do morza. Wobec takiego wyroku, przyciśnięty do muru, prosił Arion, żeby mu pozwolili przynajmniej w pełnym stroju stanąć na pokładzie okrętu i raz jeszcze zanucić pieśń; po tej pieśni przyrzekał odebrać sobie życie. Żeglarzom przyszła ochota posłyszeć najlepszego na świecie pieśniarza, więc przeszli z tylnej części na środek okrętu. Arion zaś przywdział cały swój strój i wstąpił z lutnią w ręce na pokład; tam zaśpiewał w wysokim i uroczystym tonie pieśń pochwalną na cześć Apollona, a kiedy skończył, rzucił się jak stał, w pełnym stroju, do morza. Ci potem odpłynęli do Koryntu, a pieśniarza delfin podobno wziął na grzbiet i zaniósł na Tajnaron. Tam Arion wysiadł na ląd i podążył w swym stroju do Koryntu, gdzie opowiedział o całym zdarzeniu. Periander jednak z początku w to nie wierzył, więc trzymał Ariona pod strażą i nigdzie nie wypuszczał, a równocześnie baczne miał oko na żeglarzy. Skoro tylko przybyli, wezwał ich i zapytał, czy mogliby coś o Arionie powiedzieć. Kiedy oni oświadczyli, że żyje zdrów w Italii i że dobrze mu się powodziło w chwili, gdy Tarent opuszczali - wtedy zjawił się przed nimi Arion w tym stroju, w jakim skoczył do morza, a oni, przerażeni, nie mogli się już wypierać wobec jawnego dowodu zbrodni. Tak opowiadają Koryntyjczycy i Lesbijczycy, a stoi też na przylądku Tajnaron spiżowy dar wotywny Ariona, niezbyt duży, który przedstawia człowieka siedzącego na delfinie.
(25) Lidyjczyk zaś Alyattes, który ukończył wojnę z Milezyjczykami, umarł dopiero po pięćdziesięciu siedmiu latach panowania. Wyszedłszy z choroby, poświęcił, jako drugi w tej rodzinie, dla Delf wielki srebrny mieszalnik wraz z żelazną podstawą, której poszczególne części były zlutowane; mieszalnik ten jest godzien widzenia przed wszystkimi innymi darami wotywnymi w Delfach. Jest on dziełem Glaukosa z Chios, który jedyny ze wszystkich ludzi wynalazł sztukę lutowania żelaza.
(26) Po śmierci Alyattesa objął rządy Krezus, syn Alyattesa, w wieku lat trzydziestu pięciu. Pierwszymi z Hellenów, których zaczepił, byli Efezjanie. Ci tedy, oblegani przez niego, poświęcili swe miasto Artemidzie w ten sposób, że od świątyni przeciągnęli linę aż do murów miejskich. Przestrzeń zaś między starym miastem, które wtedy było oblegane, a świątynią wynosi siedem stadiów*. Ich więc naprzód zaatakował Krezus, potem kolejno wszystkich Jonów i Eolów, przytaczając wobec różnych ludów różne pozory: ważniejszymi zasłaniał się wobec takich, u których ważniejsze zdołał wynaleźć, wobec innych wystarczały mu nawet błahe.
(27) Skoro zatem podbił Hellenów w Azji i zmusił ich do płacenia haraczu, zamyślał dalej wybudować sobie okręty i dobrać się do wyspiarzy. W chwili gdy już wszystko do budowy okrętów miał w pogotowiu, przybył do Sardes Bias z Prieny według jednych, według innych zaś Pittakos z Mityleny, i na zapytanie Krezusa, czy słychać coś nowego w Helladzie - położył kres budowie okrętów dzięki następującym słowom: - Królu, mieszkańcy wysp najmują niezliczoną ilość konnicy, bo mają zamiar na Sardes i przeciw tobie zbrojno wyruszyć. - Krezus, sądząc, że ów mówi prawdę, tak się odezwał: - Oby tylko bogowie natchnęli wyspiarzy tą myślą, żeby przybyli z konnicą* przeciw synom Lidii! - Na to tamten, przerywając mu, odrzekł: - Królu, ty widocznie gorąco sobie życzysz spotkać się z jazdą wyspiarzy na lądzie stałym, i twoje nadzieje mają słuszną podstawę, ale jakież inne życzenie, zdaniem twym, ożywiało mieszkańców wysp, gdy się tylko dowiedzieli, że zamierzasz przeciw nim okręty pobudować, niż to właśnie, żeby z Lidyjczykami spotkać się na morzu i pomścić zamieszkałych na lądzie Hellenów, których ujarzmiłeś i w mocy swej trzymasz? - Bardzo się spodobał Krezusowi koniec tej mowy; usłuchał więc jej, bo wydała mu się rozsądną, i zaniechał budowy okrętów. Tak zawarł on z Jonami, mieszkającymi na wyspach, przymierze i przyjaźń.
(28) Gdy po jakimś czasie prawie wszystkie ludy z tej strony rzeki Halys zostały podbite - bo prócz Cylicyjczyków i Licyjczyków wszystkie inne Krezus zawojował i pod władzą swą dzierżył; a są to: Lidyjczycy, Frygowie, Myzowie, Mariandynowie, Chalibowie, Paflagonowie, tyńscy i bityńscy Trakowie, Karowie, Jonowie, Dorowie, Eolowie, Pamfylowie -
(29) gdy więc te ludy były podbite, a Krezus przysparzał Lidyjczykom coraz to nowych zdobyczy, przybywali do Sardes, stolicy, która opływała w bogactwa, wszyscy helleńscy mędrcy owego czasu, jeden po drugim, a między nimi także Ateńczyk Solon. Ten ustanowił prawa Ateńczykom na ich żądanie, a potem na dziesięć lat wyjechał* z kraju w daleką podróż morską, aby świat zwiedzić, jak mówił, w rzeczywistości jednak dlatego, żeby go nie zmuszono do zniesienia jakiegoś z praw, które nadał. Na własną rękę nie mogli Ateńczycy tego uczynić, ponieważ zobowiązali się uroczystą przysięgą posługiwać się przez dziesięć lat prawami, jakie im Solon nada.
(30) Otóż z tego powodu, a zarazem dla zwiedzenia świata, wyjechał Solon i przybył naprzód do Egiptu do Amazysa, a wreszcie także do Sardes do Krezusa, który przybysza gościnnie przyjął w swoim pałacu. W trzy albo cztery dni później na rozkaz Krezusa oprowadzali Solona słudzy królewscy po skarbcach i pokazywali mu wszystkie wielkie i bogate zasoby króla. Kiedy to wszystko zobaczył i do syta się napatrzył, zadał mu Krezus takie pytanie: - Mój gościu ateński, doszła już do nas niejedna wiadomość o twojej osobie, twojej mądrości i o twoich wędrówkach, jak ty z żądzy wiedzy liczne kraje zwiedziłeś, aby się w nich rozejrzeć; dlatego teraz zebrała mnie ochota zapytać ciebie, czyś już widział najszczęśliwszego ze wszystkich ludzi? - A zapytał go tak w przekonaniu, że sam jest tym najszczęśliwszym człowiekiem. Solon jednak bynajmniej mu nie schlebiał, lecz oddał cześć prawdzie i rzekł: - Królu, jest nim Tellos z Aten. - Zdumiony tymi słowy, Krezus z żywością zapytał: - Dlaczego uważasz Tellosa za najszczęśliwszego? - A Solon odrzekł: - Przede wszystkim Tellos żył w mieście znajdującym się w rozkwicie, miał pięknych i zacnych synów i widział pochodzące od nich wszystkich dzieci, które wszystkie pozostały przy życiu. A po drugie, spędziwszy żywot, jak na naszą miarę, w pomyślnych warunkach, doczekał się jeszcze wspaniałego końca. Kiedy bowiem Ateńczycy wydali bitwę swoim sąsiadom w Eleusis*, Tellos pospieszył z pomocą, zmusił nieprzyjaciół do ucieczki i zginął najpiękniejszą śmiercią. Ateńczycy pochowali go na koszt państwa na tym samym miejscu, gdzie padł, i wysoko go uczcili.
Solon
(31) Tym jednak opowiadaniem o Tellosie i jego wielkim szczęściu Solon jeszcze więcej podrażnił Krezusa, tak że król zapytał go, czy zna po Tellosie kogoś, kogo by nazwał szczęśliwym; sądził bowiem, że w każdym razie przynajmniej drugą otrzyma nagrodę. Ale Solon powiedział: - Kleobis i Biton. - Byli to dwaj młodzieńcy z Argos, którzy mieli wystarczające środki do życia, a do tego taką siłę fizyczną, że obydwaj, jeden jak drugi, zdobywali palmy zwycięstwa. Ponadto opowiadano o nich następującą historię: Raz obchodzili Argiwowie święto Hery, a matka młodzieńców* musiała bezwarunkowo pojechać zaprzęgiem do chramu tej bogini. Tymczasem woły nie wróciły w porę z pola. Otóż oni, ponieważ czas już naglił, sami wprzęgli się pod jarzmo i ciągnęli wóz, na którym siedziała matka. Tak wieźli ją przez czterdzieści pięć stadiów*, aż przybyli przed świątynię. A kiedy tego dokonali na oczach całego świątalnego zebrania, przypadł im najlepszy koniec życia: na ich przykładzie pokazał bóg, że o wiele lepsza dla człowieka jest śmierć niż życie. Albowiem podczas gdy stojący dokoła Argiwowie sławili jako szczęśliwych młodzieńców z powodu ich siły, Argiwki zaś ich matkę, że takie posiada dzieci - matka, niezmiernie uradowana czynem i sławą synów, stanęła przed obrazem bogini i modliła się, żeby ta Kleobisowi i Bitonowi, jej synom, którzy ją tak wysoko uczcili, użyczyła największego dobra, jakie człowiek osiągnąć może. Taka była jej modlitwa, a młodzieńcy, złożywszy ofiarę i wziąwszy udział w biesiadzie, ułożyli się w samej świątyni do snu, z którego już nie wstali, gdyż to był koniec ich życia. Argiwowie kazali sporządzić ich posągi i ofiarowali je Delfom, w przekonaniu, że byli to najzacniejsi mężowie.
(32) Solon więc tym młodzieńcom przyznał drugą palmę szczęśliwości, a rozgoryczony Krezus zawołał: - Ależ moje szczęście, gościu ateński, ty sobie jakby nic odrzucasz i nawet mnie tak nie cenisz jak ludzi bez urzędu i stanowiska? - Lecz Solon odrzekł: - Krezusie, mnie, który wiem, jak dalece bóstwo jest zmienne i zazdrosne, ty zapytujesz o los ludzi. Otóż w długim okresie naszego życia musi się wiele zobaczyć, czego się nie chce, wiele też wycierpieć. Albowiem do siedemdziesięciu lat stanowię granicę życia ludzkiego; tych siedemdziesiąt lat daje dwadzieścia pięć tysięcy i dwieście dni, nie licząc miesięcy przestępnych. Jeżeli jednak co drugi rok ma być przedłużany o jeden miesiąc, aby nastanie pór roku zgadzało się z odpowiednim czasem kalendarzowym*, w takim razie w ciągu lat siedemdziesięciu daje to trzydzieści pięć miesięcy przestępnych, a liczba dni w tych miesiącach wynosi tysiąc pięćdziesiąt. Ze wszystkich tych dni w ciągu siedemdziesięciu lat, a jest ich dwadzieścia sześć tysięcy i dwieście pięćdziesiąt, ani jeden nie jest podobny do drugiego. Tak więc, Krezusie, człowiek jest całkowicie igraszką przypadku. Widzę wprawdzie, że ty jesteś bardzo bogaty i królujesz nad wielu ludźmi. Ale tego, o co mnie pytasz, jeszcze o tobie nie wypowiadam, zanim się dowiem, że życie swoje dobrze zakończyłeś. Wszak bardzo bogaty człowiek wcale nie jest szczęśliwszy od tego, którego stać tylko na chleb powszedni, chyba że los pozwoli mu w pełnym dobrobycie i szczęściu życie zakończyć. Wielu bowiem nadmiernie bogatych ludzi jest nieszczęśliwych, a wielu jest szczęśliwych, choć majątek ich jest umiarkowany. Bardzo zaś bogaty, lecz zarazem nieszczęśliwy człowiek ma tylko pod dwoma względami wyższość nad takim, który jest szczęśliwy; ten natomiast nad bogaczem, a zarazem nieszczęśliwcem - ma ją pod wielu względami. Pierwszy posiada większą możliwość zaspokojenia swej chuci i zniesienia twardego losu, jaki nań spadnie, drugi jednak przewyższa go następującymi dary: wprawdzie nie może znosić ciosu i zaspokajać żądzy w podobny jak tamten sposób, ale jego szczęście chroni go przed nimi; za to wolny jest od kalectwa, choroby i cierpień, ma zacne dzieci i dorodną postać. Jeśli do tego wszystkiego jeszcze życie swe dobrze zakończy, wtedy on właśnie będzie tym, którego szukasz, i zasługującym na nazwę człowieka szczęśliwego. Zanim jednak dobieży swego kresu, należy się wstrzymać z sądem i nie mówić: "Jest szczęśliwy", lecz tylko: "Dobrze mu się wiedzie". Oczywiście, wszystko to naraz osiągnąć jest dla człowieka rzeczą niemożliwą, podobnie jak żaden kraj sam sobie nie starcza i nie wszystkie płody dla siebie wydaje, lecz jedne posiada, drugich mu nie dostaje; ale który ma ich najwięcej, ten jest najlepszy. Tak też żadna ludzka jednostka sama dla siebie nie wystarcza, bo jedno posiada, drugiego jej brak. Ale kto przez całe życie ma najwięcej, a potem jeszcze osiągnie szczęśliwy koniec, ten w moich oczach, o królu, jest uprawniony otrzymać ową nazwę. Przy każdej jednak sprawie należy patrzeć na koniec, jak on wypadnie: wszak wielu ludziom bóg tylko ukazał szczęście, aby ich potem strącić w przepaść.
(33) Tak powiedział Solon, ale jego słowa Krezusowi bynajmniej nie przypadły do smaku, i odprawił go, nie poświęcając mu zgoła żadnej uwagi: wydawał mu się po prostu głupcem, ponieważ nie uwzględniając szczęścia teraźniejszego, radził mu, aby patrzał na koniec każdej sprawy.
(34) Po odjeździe Solona zemsta boga ciężko dotknęła Krezusa, prawdopodobnie dlatego, że uważał siebie za najszczęśliwszego ze wszystkich ludzi. Nagle podczas spoczynku nawiedził go sen, który mu zgodnie z prawdą objawił przyszłe nieszczęście jego syna. Miał Krezus dwóch synów, z których jeden, jako głuchoniemy, był fizycznie upośledzony, drugi, imieniem Atys, pod każdym względem znacznie przewyższał swych rówieśników. O tym więc Atysie przepowiedziała Krezusowi mara senna, że padnie, ugodzony żelazną lancą. Kiedy król się obudził i zdał sobie sprawę ze snu, ogarnęła go trwoga. Syna swego ożenił i nie wysyłał go odtąd na wyprawy wojenne, w których ów zwykł był Lidyjczykami dowodzić; kazał też pociski, lance i wszelką tego rodzaju broń, jaką ludzie posługują się na wojnie, usunąć z komnat męskich i skupić w zbrojowniach, aby nic z tego, co wisi na ścianach, nie spadło na jego syna.
(35) Kiedy Atys obchodził właśnie gody weselne, przybył do Sardes pewien Frygijczyk z królewskiego rodu, człowiek uwikłany w nieszczęście, jako że ręce swe krwią splamił. Ten człowiek wszedł do pałacu Krezusa i prosił o oczyszczenie go z winy według krajowego zwyczaju, a Krezus go oczyścił (sposób zaś oczyszczenia jest u Lidyjczyków i u Hellenów podobny). Skoro więc Krezus zwykłych obrzędów dokonał, chciał się dowiedzieć, skąd on przybywa i kim jest, i tak się odezwał: - Mój przyjacielu, coś ty za jeden i z jakiej części Frygii przybyłeś tu do mojego ogniska? Jakiego męża lub jaką niewiastę uśmierciłeś? - Cudzoziemiec odpowiedział: - Królu, jestem synem Gordiasa, wnukiem Midasowym, i nazywam się Adrastos. Zabiłem nieumyślnie własnego brata i tu teraz jestem, wygnany przez ojca i pozbawiony całego mienia. - Wobec tego jesteś potomkiem zaprzyjaźnionego rodu - odrzekł Krezus - i do przyjaciół przybyłeś. Zostań u nas, a niczego ci nie zabraknie. To zaś nieszczęście znoś tak lekko, jak tylko możesz, a wyjdziesz na tym najlepiej.
(36) Adrastos zatem przebywał odtąd w domu Krezusa. W tym samym czasie pojawił się na myzyjskim Olimpie odyniec, olbrzymi potwór, który wypadając z tej góry, pustoszył pola Myzów. Często wprawdzie Myzowie urządzali na niego obławę, ale nic mu złego zrobić nie mogli, podczas gdy on dawał się im we znaki. W końcu przybyli wysłańcy Myzów do Krezusa i tak rzekli: - Królu, zjawił się w naszym kraju odyniec, olbrzymi potwór, który pustoszy nasze pola. Mimo gorliwych wysiłków nie możemy go ubić. Prosimy więc teraz ciebie, wyślij z nami swego syna i doborową młódź wraz z psami, abyśmy uwolnili kraj od zwierza. - Tak tedy oni prosili, ale Krezus, pamiętając o marze sennej, w te słowa do nich przemówił: - O moim synu więcej nie wspominajcie, gdyż jego z wami nie poślę; niedawno pojął żonę i to teraz leży mu na sercu. Ale doborową młódź lidyjską i całą sforę psów łowczych wyślę, a wyruszającym w pole polecę, żeby jak najbardziej starali się wespół z wami uwolnić kraj od zwierza.
(37) Tak brzmiała jego odpowiedź, a Myzowie byli z niej zadowoleni. Wtedy wszedł syn Krezusa, który o ich prośbie zasłyszał. Gdy Krezus oświadczył, że wraz z nimi syna nie pośle, młodzieniec odezwał się do niego w ten sposób: - Mój ojcze, niegdyś było dla nas najwspanialszym i najszlachetniejszym czynem wyruszać na wojny i łowy i tam zdobywać sobie sławę. Teraz jednak wykluczasz mnie od obu tych zajęć, aczkolwiek nie zauważyłeś we mnie ani tchórzostwa, ani braku odwagi. A zatem z jakim czołem mam się ludziom pokazać, kiedy idę na zgromadzenie albo z niego wychodzę? Jakim wydam się moim współziomkom, jakim mojej świeżo poślubionej małżonce? Co ona pomyśli sobie o mężu, z którym razem mieszka? Dlatego albo pozwól mi pójść na łowy, albo dowodami przekonaj mnie, że tak jest dla mnie lepiej.
(38) Na to odrzekł Krezus: - Mój synu, nie dlatego tak postępuję, że zauważyłem w tobie tchórzostwo lub w ogóle coś nieprzystojnego; ale miałem objawienie senne, które zwiastowało mi, że ty tylko przez krótki czas żyć będziesz, bowiem żelazna lanca przyniesie ci zgubę. Wobec takiego objawienia przyspieszyłem twoje małżeństwo, a także nie wysyłam cię na żadną wyprawę, czuwając nad tym, jakbym mógł od ciebie za mego życia uchylić niebezpieczeństwo. Jesteś wszakże jedynym moim synem, bo drugiego, który jest upośledzony, nie biorę w rachubę.
(39) Wtedy młodzieniec tak odpowiedział: - Mój ojcze, należy ci co prawda wybaczyć, że po takim widzeniu sennym roztaczasz nade mną straż. Snu jednak nie zrozumiałeś i nie pojąłeś jego istotnego znaczenia; dlatego pozwól, żebym ja ci go wyjaśnił. Sen, jak utrzymujesz, powiada, że zginę od żelaznej lancy. Gdzież jednak odyniec ma ręce, gdzież żelazną lancę, której tak się obawiasz? Gdyby on ci powiedział, że zginę od kła albo od czegoś podobnego, wtedy, oczywiście, musiałbyś postąpić, jak postępujesz; ale on powiedział: od lancy! Skoro więc nie z mężami czeka nas walka, pozwól mi iść.
(40) A Krezus na to: - Mój synu, muszę ulec twojemu wyjaśnieniu snu. Pokonany, zmieniam postanowienie i pozwalam ci wyruszyć na łowy.
(41) Po tych jednak słowach posyła Krezus po Frygijczyka Adrasta, a skoro ten przybył, tak do niego mówi: - Adraście, kiedy zły los, którego ci nie wymawiam, w ciebie ugodził, oczyściłem cię z winy i przyjąłem w mój dom, gdzie daję ci całe utrzymanie. Jest twoją powinnością odpłacić mi dobrem za to, co wprzód dobrego ci uczyniłem. Dlatego teraz cię proszę, abyś był stróżem mego syna, który wyrusza na łowy, gdyby przypadkiem po drodze pojawili się niecni zbójcy na waszą zgubę. A i tobie wypada pójść tam, gdzie czynami mógłbyś pozyskać sławę: bo taka jest tradycja twych przodków, a nadto odznaczasz się siłą.
(42) Adrast odpowiada: - Królu, w innych okolicznościach nie wyruszyłbym na taką przygodę. Bo ani nie przystoi komuś, kogo takie nieszczęście spotkało, przyłączać się do szczęśliwych rówieśników, ani nie jest to moje osobiste życzenie, a także z wielu innych względów powstrzymałbym się od tego. Teraz jednak, kiedy na mnie nalegasz, a ja muszę ci być powolnym (jest bowiem moją powinnością odwzajemnić ci się dobrem za dobre), gotów jestem to uczynić, i możesz być pewnym, że twój syn, którego każesz mi strzec, o ile to od strzegącego zależy, nienaruszony wróci do domu.
(43) Tak odpowiedział Adrastos Krezusowi. Potem wyruszyli z zastępem doborowych młodzieńców i z psami. Kiedy dostali się na górę Olimp, tropili zwierza, a znalazłszy go, osaczyli dokoła i zarzucali pociskami. Wtedy to ów gość Adrastos, ten właśnie, którego Krezus oczyścił od mordu, ciskając włócznię, chybił odyńca, a trafił w syna Krezusa. Tak tedy Atys, ugodzony lancą, spełnił przepowiednię snu. Zaraz ktoś pobiegł, aby donieść o tym Krezusowi, przybył do Sardes i opowiedział mu o przebiegu walki i o śmiertelnym wypadku jego syna.
(44) Krezus głęboko był wstrząśnięty śmiercią syna, a jeszcze gwałtowniej na to się uskarżał, że zabił go ten, którego on sam od mordu oczyścił. Szalejąc z bólu, strasznymi słowy wzywał Zeusa Oczyściciela, biorąc go na świadka cierpień, jakie mu gość zadał, wzywał go też jako opiekuna ogniska domowego i przyjaźni. A zwracał się do tego samego boga jako do boga ogniska, ponieważ przyjął cudzoziemca do swego domu i, nie przeczuwając, żywił mordercę własnego syna, i jako do boga przyjaźni, ponieważ chciał mieć w Adrastosie stróża, a znalazł w nim najgorszego nieprzyjaciela.
(45) Potem przybyli Lidyjczycy, niosąc zwłoki, a za nimi szedł zabójca. Ten, stanąwszy przed martwym, sam oddał się w moc Krezusa, wyciągnął do niego ręce i prosił, żeby jeszcze i jego zabił nad zwłokami; wspomniał o poprzednim swoim nieszczęściu i jak w dodatku przywiódł do zguby tego, który go z winy oczyścił: nie masz już dla niego dalszego życia. Gdy Krezus to usłyszał, zdjęła go litość nad Adrastem, mimo ogromu nieszczęścia we własnym domu, i tak do niego przemówił: - Przyjacielu, mam z twojej strony pełne zadośćuczynienie, skoro sam siebie na śmierć skazujesz. Ale nie ty jesteś w moich oczach sprawcą tego nieszczęścia - chyba tylko o tyle, żeś niedobrowolnie czyn popełnił; winowajcą jest zapewne jakiś bóg, który mi już dawno przepowiedział, co ma się stać. - Krezus więc pochował syna, jak się godziło. A Adrastos, syn Gordiasa i wnuk Midasa, ten sam, co zabił własnego brata, a teraz stał się zabójcą syna tego, który go oczyścił, poczekał, aż ludzie odejdą i uciszy się koło grobu, a potem, zdając sobie sprawę, że spośród wszystkich znanych mu ludzi najciężej jego los dotknął, sam sobie nad mogiłą odebrał życie.
(46) Dwa lata przeżył Krezus w głębokim smutku po stracie syna. Potem jednak, gdy Cyrus, syn Kambizesa, obalił rządy Astiagesa, syna Kyaksaresa, a potęga Persów stale się wzmagała, zaniechał smutku i zaczął przemyśliwać, czy mógłby powstrzymać rozwój ich potęgi, zanimby Persowie zbytnio wzrośli w siłę. Po tych rozważaniach zaraz wystawił na próbę wyrocznie w Helladzie, a także wyrocznię w Libii, rozesławszy do rozmaitych miejscowości posłów: jedni mieli pójść do Delf, drudzy do Abaj w Fokidzie, inni do Dodony, jeszcze innych wysłano do Amfiaraosa i Trofoniosa, innych wreszcie do Branchidów w milezyjskim kraju. To były siedziby helleńskich wyroczni, do których Krezus posłał po przepowiednię; ale także do Libii, do Ammona, wysłał innych mężów, aby boga zapytać. Tak więc ich porozsyłał, aby wybadać, co wyrocznie wiedzą: gdyby się pokazało, że znają prawdę, zamierzał do nich posłać po raz drugi i zapytać, czy ma przedsięwziąć wyprawę przeciw Persom.
(47) Lidyjczykom zaś, których posłał celem wypróbowania wyroczni, dał takie zlecenie, żeby, począwszy od dnia swego wymarszu z Sardes, liczyli dalej czas według dni, a w setnym dniu zwrócili się do wyroczni z zapytaniem: Co lidyjski król Krezus, syn Alyattesa, teraz właśnie robi? Potem mieli odpowiedzi poszczególnych wyroczni kazać sobie spisać i jemu przynieść. Otóż co odpowiedziały inne wyrocznie, tego nikt nie podaje, w Delfach jednak, ledwie weszli Lidyjczycy w głąb świętego przybytku, aby boga zapytać, i zadali zlecone im pytanie, Pitia odpowiedziała im w heksametrach, co następuje:
Liczbę zaiste ziarn piasku poznałam i morza wymiary,
Także niemego rozumiem i słyszę głos tego, co milczy.
Zapach owiewa mnie właśnie, jak gdyby wraz z mięsem jagnięcym
W kotle gotował się żółw, opancerzon swą twardą skorupą;
Pod nim jest spiż podłożony i w spiż on otulon jest cały.
(48) Tę przepowiednię Pitii kazali sobie Lidyjczycy spisać i wybrali się w drogę powrotną do Sardes. Kiedy także inni posłańcy ze swoimi przepowiedniami nadeszli, Krezus rozwinął i odczytał wszystkie pisma. Z tych żadne go nie zadowoliło; usłyszawszy jednak przepowiednię delficką, przyjął ją zaraz z pobożną modlitwą i uwierzył, że delficka wyrocznia jest jedyną, ponieważ zgadła to, co on właśnie uczynił. Gdy bowiem rozesłał był posłów do wyroczni, czekał na rozstrzygający dzień i taki plan wykonał: obmyślił coś, na co nie można było wpaść ani tego odgadnąć, mianowicie żółwia i jagnię pokrajał na kawałki i razem je sam uwarzył w spiżowym kotle, na który nałożył spiżową pokrywkę.
(49) Tak zatem brzmiała wyrocznia, którą Krezus otrzymał z Delf. Co się zaś tyczy odpowiedzi wyroczni Amfiaraosa, nie umiem powiedzieć, co ta obwieściła Lidyjczykom po dokonaniu przez nich w świątyni zwyczajnych obrzędów (bo o tym też milczy tradycja), wiadomo tylko, że Krezus sądził, iż ten bóg również posiada niezawodną wyrocznię.
(50) Potem starał się wielkimi ofiarami zjednać boga delfickiego: z każdego rodzaju bydląt, nadających się do ofiar, złożył trzy tysiące sztuk, nadto kazał złote i srebrne łoża, złote czary, purpurowe płaszcze i chitony spiętrzyć na wielkim stosie i spalić, w tej nadziei, że przez to jeszcze bardziej pozyska sobie boga. A wszystkim Lidyjczykom wydał rozkaz, żeby każdy swym mieniem uczestniczył w tej ofierze. Kiedy ofiarę spełniono, polecił stopić niezmierzoną ilość złota i wykuć z tego półcegły, długie na sześć piędzi, szerokie na trzy, a na jedną piędź wysokie, w ogólnej liczbie stu siedemnastu; z tych były cztery z oczyszczonego złota, każda o wadze półtrzecia talentu*; inne półcegły były z białego złota* i ważyły po dwa talenty. Kazał też sporządzić posąg lwa z oczyszczonego złota, ważący dziesięć talentów. Lew ten podczas pożaru świątyni delfickiej* spadł z półcegieł, na których był ustawiony, i znajduje się teraz w skarbcu Koryntyjczyków; waży on jeszcze sześć i pół talentu, bo trzy i pół talentu ubyło mu wskutek stopienia.
(51) Kiedy wszystko było gotowe, posłał Krezus te dary wotywne do Delf, a do tego dołożył jeszcze dwa ogromne mieszalniki - jeden ze złota, a drugi ze srebra; złoty stał na prawo od wejścia do świątyni, srebrny na lewo. Ale i one, w czasie kiedy świątynia zgorzała, zmieniły swe miejsce, i złoty, ważący osiem i pół talentu i jeszcze dwanaście min, stoi teraz w skarbcu Klazomeńczyków, srebrny zaś w kącie przedsionka świątyni; ten mieści w sobie sześćset amfor*, bo Delfijczycy używają go do mieszania wina podczas świąt objawienia*. Utrzymują oni, że jest to dzieło Teodorosa z Samos*, i ja tak sądzę, bo nie wygląda mi na pierwszą lepszą robotę. Dalej posłał tam cztery srebrne beczki, które stoją w skarbcu Koryntyjczyków, i ofiarował dwie kropielnice, złotą i srebrną. Na złotej znajduje się napis: "Lacedemończyków", ile że ci uważają ją za swój dar wotywny, co niezgodne jest z prawdą: albowiem i to od Krezusa pochodzi. Napis zaś umieścił pewien Delfijczyk, który chciał przypodobać się Lacedemończykom; imię jego znam, ale nie wymienię. Wprawdzie statua chłopca, przez którego rękę przepływa woda, pochodzi od Lacedemończyków, ale z kropielnic żadna. Nadto wiele innych, mniej znacznych darów wotywnych wysłał Krezus razem z tymi do Delf, i tak, prócz kilku odlewanych w srebrze, okrągłych naczyń do picia, wysoki na trzy łokcie posąg niewiasty ze złota, który według Delfijczyków wyobrażał piekarkę* Krezusa. Na koniec ofiarował Krezus także naszyjnik i pas swojej małżonki.
(52) Te zatem dary wysłał do Delf; Amfiaraosowi zaś, o którego zacności i smutnym losie zasłyszał, poświęcił tarczę i mocną lancę, obie w całości z masywnego złota, także i drzewce lancy, i oba jej ostrza były złote. Te przedmioty były jeszcze za moich czasów złożone w Tebach, a mianowicie w świątyni Ismeńskiego Apollona.
(53) Lidyjczykom, którzy mieli te dary zanieść do świątyń, polecił Krezus zapytać się wyroczni, czy ma wyprawić się przeciw Persom i czy może jeszcze pozyskać jakąś sprzymierzoną armię. Skoro więc Lidyjczycy przybyli do celu swej podróży i złożyli dary wotywne, zadali wyroczniom takie pytanie: - Krezus, król Lidyjczyków i innych ludów, przekonawszy się, że te są jedynie prawdziwe wyrocznie na świecie, dał wam godne dary za wasze objawienia, a teraz was zapytuje, czy ma wyprawić się przeciw Persom i czy może jeszcze pozyskać jakąś sprzymierzoną armię. - Tak brzmiało ich pytanie, a odpowiedzi obu wyroczni* były z sobą zgodne, bo obie obwieszczały Krezusowi, że jeżeli wyprawi się na Persów, to zniweczy wielkie państwo. Zarazem radziły mu, żeby wyszukał najpotężniejszych spośród Hellenów i pozyskał ich sobie na przyjaciół.
(54) Kiedy Krezus poznał osnowę przyniesionych mu boskich przepowiedni, był nimi niezmiernie ucieszony; mając zaś całkiem pewną nadzieję zniweczenia królestwa Cyrusa, posyła znów do Delf i obdarowuje Delfijczyków, których liczbę zbadał: każdemu z osobna daje po dwa statery złota. Delfijczycy w zamian za to nadali Krezusowi i Lidyjczykom przywilej zapytywania wyroczni bez kolejności, zwolnili ich od danin, przyznali im honorowe miejsca na publicznych igrzyskach, tudzież każdemu z nich, kto zechce, prawo obywatelstwa w Delfach po wieczne czasy.
(55) Obdarowawszy tak Delfijczyków, zapytał Krezus po raz trzeci wyroczni, bo nie miał jej nigdy dosyć, odkąd poznał jej prawdomówność. Tym razem zapytał, czy jedynowładztwo jego długo będzie trwało. A Pitia tak mu przepowiedziała:
Ale jeżeli Medowie za króla dostaną raz muła,
Wtedy nad Herm żwironośny uciekaj już ty, zniewieściały
Lidzie, nie czekaj i nie wstydź się tego, żeś tchórzem podszyty.
(56) Gdy te słowa doszły do wiadomości Krezusa, ucieszył się nimi w najwyższym stopniu, tusząc sobie, że nigdy muł w miejsce męża nie będzie królem Medów, i dlatego ani on sam, ani jego potomkowie nie utracą panowania. Potem starał się zbadać, jacy to są najpotężniejsi z Hellenów, których mógłby pozyskać na przyjaciół, i doszedł do wniosku, że przodujące stanowisko zajmują Lacedemończycy i Ateńczycy, jedni w doryckim, drudzy w jońskim szczepie. To bowiem były główne szczepy, mianowicie jeden6 pierwotnie pelazgijski, drugi7 helleński. Joński nigdy nie puszczał się na wędrówki, dorycki zaś wiele się tułał. Albowiem za króla Deukaliona zamieszkiwał Ftiotis, a za Dorosa, syna Hellena, krainę u stóp Ossy i Olimpu, zwaną Histiajotis. Z Histiajotis wywędrował wypędzony przez Kadmejczyków i osiadł w górach Pindos, pod nazwą Makedonów. Stąd znowu przesiedlił się do Dryopis, a z Dryopis przybył jeszcze na Peloponez i nazywał się odtąd doryckim.
(57) Jakim językiem mówili Pelazgowie, tego nie umiem dokładnie powiedzieć. Jeżeli jednak wolno snuć wnioski z języka dziś jeszcze istniejących Pelazgów, co powyżej Tyrrenów zamieszkują miasto Kreston, a niegdyś graniczyli z tymi, których dziś nazywa się Dorami (wtedy bowiem mieszkali w kraju zwanym dziś Tessaliotis), jako też z języka tych Pelazgów, którzy osiedlili się w Plakii i Skylake nad Hellespontem i mieszkali razem z Ateńczykami, wreszcie z języka mieszkańców wszystkich innych miast, które były pelazgijskie, ale nazwy swe zmieniły - jeżeli więc z tego można wnioski wyciągać, to Pelazgowie posługiwali się językiem barbarzyńskim. Jeśli zatem cały żywioł pelazgijski był taki, to lud attycki, który był pochodzenia pelazgijskiego, wraz z przejściem do Hellenów przyjął też inny język. Boć przecie i Krestoniaci, i Plakianie nie mówią tym samym językiem, co obecni ich sąsiedzi, między sobą jednak mają wspólny język, co dowodzi, że zachowują jeszcze dialekt, jaki z sobą przynieśli, przesiedlając się do tych okolic.
(58) Helleński zaś żywioł, jak mnie się wydaje, od chwili swego powstania posługuje się zawsze tym samym językiem. Po oddzieleniu się od Pelazgów był wprawdzie słaby, bo wyszedł z dość nieznacznych początków, urósł jednak w wielką mnogość ludów, zwłaszcza kiedy Pelazgowie i inne liczne ludy barbarzyńskie do niego się przyłączyły. Prócz tego zdaje mi się, że pelazgijski lud, jak długo był barbarzyński, nigdy pokaźnie się nie powiększył.
(59) Otóż z tych ludów, jak się dowiedział Krezus, attycki był uciskany i rozdarty na stronnictwa przez Pizystrata, syna Hippokratesa, który wówczas był tyranem Aten*. Hippokratesowi, gdy raz jako człowiek prywatny brał udział w igrzyskach olimpijskich, zdarzył się wielki dziw. Kiedy bowiem złożył ofiarę, zaczęły kotły, stojące obok ołtarza i pełne mięsa i wody, bez ognia kipieć i przelewać się. Chilon z Lacedemonu, który właśnie był obecny i oglądał ten dziw, radził Hippokratesowi, żeby przede wszystkim nie wprowadzał w dom płodnej niewiasty jako żony, a po wtóre, jeżeli już taką posiada, żeby ją od siebie oddalił, jeśli zaś przypadkiem ma syna, żeby się go wyrzekł. Ale Hippokrates, jak opowiadają, nie chciał tej rady usłuchać, a później urodził mu się ów Pizystrat. Ten, widząc, że mieszkańcy wybrzeża i lud ateński z równiny wiodą z sobą spór (tamci pod wodzą Megaklesa, syna Alkmeona, a ludzie z równiny pod przywództwem Likurga, syna Aristolaidesa), zamyślił zostać jedynowładcą i dlatego założył trzecie stronnictwo. Zebrał swoich stronników, pozornie stanął na czele górali i uknuł taki podstęp: Zranił siebie i swoje muły, popędził z zaprzęgiem na rynek, rzekomo uciekając przed wrogami, którzy go niby jadącego na pole chcieli zgładzić, i prosił lud o przydzielenie mu straży przybocznej, ile że przedtem już odznaczył się jako wódz w czasie wyprawy przeciw Megarejczykom*, zdobył Nizaję i innych wielkich czynów dokonał. Tak oszukany lud ateński dał mu wybranych spośród obywateli mężów, którzy nie zostali wprawdzie kopijnikami Pizystrata, ale jego maczużnikami - bo szli za nim z drewnianymi maczugami w ręku. Ci razem z Pizystratem wzniecili powstanie i obsadzili akropolis. Odtąd panował Pizystrat nad Ateńczykami, nie znosząc jednak istniejących urzędów ani nie zmieniając praw; raczej według obowiązującego ustroju zarządzał on miastem, utrzymując w nim ład piękny i dobry.
(60) Ale rychło potem porozumieli się z sobą stronnicy Megaklesa i Likurga i wypędzili go. Tak Pizystrat po raz pierwszy posiadł Ateny i tak utracił posiadaną tyranię, która jeszcze silnych nie zapuściła korzeni. A ci, którzy wygnali Pizystrata, na nowo spór między sobą wszczęli. Gdy spór ten Megaklesowi dawał się już we znaki, kazał przez herolda zapytać Pizystrata, czy chce za cenę tyranii wziąć jego córkę za żonę. Pizystrat przyjął propozycję i za tę cenę z nim się pogodził, a wtedy celem powrotu obmyślili plan, który, moim zdaniem, był niezwykle naiwny. Boć helleński lud odróżnia się już z dawien dawna od barbarzyńców jako sprytniejszy i od naiwnej głupoty o wiele dalszy, a owi mężowie jeszcze wtedy u Ateńczyków, którzy uchodzą za pierwszych z Hellenów w dowcipie, wymyślili, co następuje: W gminie pajanijskiej żyła niewiasta imieniem Fye, która była wysoka na cztery łokcie mniej trzy palce, a zresztą i pięknie zbudowana. Tę niewiastę zaopatrzyli w pełny rynsztunek, wprowadzili na wóz i wyuczyli postawy, w jakiej najdostojniej miała się przedstawiać, po czym zawieźli ją do miasta. Przed nią zaś wysłali heroldów, którzy po przybyciu do miasta stosownie do zlecenia tak ogłaszali: - Ateńczycy, przyjmijcie z życzliwym sercem Pizystrata, którego sama Atena najbardziej wśród ludzi zaszczyca i sprowadza z powrotem do swej akropolis. - Ci tedy, przebiegając tu i tam, słowa te wypowiadali, i natychmiast do przedmieść dotarła wieść, że Atena sprowadza Pizystrata, a w mieście uwierzono, że niewiasta jest samą boginią, modlono się do ludzkiej istoty i przyjęto Pizystrata.
(61) Kiedy więc Pizystrat w opowiedziany właśnie sposób wrócił do jedynowładztwa, stosownie do zawartej z Megaklesem umowy ożenił się z jego córką. Miał już jednak dorosłych synów*, Alkmeonidzi zaś uchodzili za obciążonych klątwą*; przeto nie chciał mieć dzieci z nowo poślubioną małżonką i żył z nią w nienaturalnym stosunku. Żona z początku to ukrywała, później jednak opowiedziała swej matce (czy to przez nią badana, czy też sama z siebie), a ta swemu mężowi. On oburzył się, że Pizystrat nim pogardza, i w porywie gniewu pojednał się z wrogimi dotąd powstańcami. Pizystrat, zauważywszy, co przeciw niemu się knuje, usunął się zupełnie z kraju*, udał się do Eretrii i odbył tu naradę z synami. Jakoż zwyciężyło zdanie Hippiasza, że należy z powrotem odzyskać jedynowładztwo. Wtedy zaczęli zbierać dary z miast, które wobec nich zobowiązane były do jakiejś wdzięczności. Wśród wielu, którzy znacznych dostarczyli pieniędzy, wyróżnili się datkami Tebanie. Potem, żeby długo się nie rozwodzić, upłynął jakiś czas i wszystko było do powrotu gotowe. Albowiem także argiwscy najemnicy przybyli z Peloponezu, a nawet z Naksos dobrowolnie przybył do nich mąż imieniem Lygdamis, który bardzo wielkiej dowiódł gorliwości, przywożąc pieniądze i ludzi.
(62) Wyruszyli więc z Eretrii i tak w jedenastym roku* wrócili do ojczyzny. Pierwszą w Attyce miejscowością, którą zajęli, był Maraton. Kiedy tam stanęli obozem, przybywali do nich stronnicy ich z miasta, inni też napływali z gmin, ludzie, którym tyrania bardziej była pożądana niż wolność. Ci więc tam się gromadzili. Dopóki Pizystrat zbierał pieniądze, i potem, kiedy obsadził Maraton, Ateńczycy z miasta nie zwracali nań uwagi; dopiero gdy się dowiedzieli, że z Maratonu maszeruje na miasto, wtedy przeciw niemu ruszyli. Szli tedy z całą siłą zbrojną przeciw powracającym, a stronnicy Pizystrata, wyruszywszy z Maratonu, ciągnęli na miasto, aż spotkali się z przeciwnikami przy świątyni palleńskiej Ateny i zajęli silną pozycję. Wtedy to z boskiego zrządzenia zjawił się przed Pizystratem Akarnańczyk Amfilytos, wróżbita, który doń przystąpił i obwieścił mu w heksametrach następującą wyrocznię:
Teraz jest sieć zarzucona, i już rozpostarty jest niewód,
Rychło napłyną do niego tuńczyki przez noc księżycową.
(63) Tak on przepowiedział w swym boskim natchnieniu; a Pizystrat zrozumiał wyrocznię, oświadczył, że wróżbę pomyślną przyjmuje, i powiódł wojsko do bitwy. Ateńczycy z miasta byli właśnie przy śniadaniu, a po śniadaniu jedni z nich zajęli się grą w kości, drudzy poszli spać. Wtedy Pizystrat ze swoimi ludźmi napadł na Ateńczyków i zmusił ich do ucieczki. Kiedy oni uciekali, wymyśla Pizystrat bardzo rozumny plan, żeby Ateńczycy nie mogli już się zebrać, lecz pozostali rozproszeni. Kazał wsiąść na konie swoim synom i wysłał ich przodem. Ci dopadli uciekających i oświadczyli im według zlecenia Pizystrata, że mają być dobrej myśli i każdy ma wrócić do swego domu.
(64) Ateńczycy usłuchali, i tak Pizystrat po raz trzeci* posiadł Ateny i umocnił teraz swoje panowanie dzięki licznym wojskom posiłkowym i dochodom pieniężnym, z których jedne napływały z kraju, inne znad rzeki Strymon*. Synów zaś owych Ateńczyków, którzy dotrzymali placu i nie zaraz uciekli, wziął jako zakładników i przesiedlił do Naksos (bo także tę wyspę podbił w wyprawie wojennej i oddał w zarząd Lygdamisowi). Prócz tego oczyścił jeszcze wyspę Delos stosownie do orzeczenia wyroczni, a mianowicie w taki sposób: Jak daleko sięgał widok ze świątyni, kazał z całej tej okolicy wykopać trupy i przenieść w inną stronę wyspy. - Tak panował Pizystrat w Atenach, a z Ateńczyków część padła w bitwie, część z Alkmeonidami uciekła z ojczyzny.
(65) Tak więc stały, jak się dowiedział Krezus, w owym czasie sprawy Ateńczyków. O Lacedemończykach zaś dowiedział się, że wydobyli się z wielkich nieszczęść i pokonali już w wojnie Tegeatów*. Albowiem za królewskich rządów Leona i Hegesiklesa w Sparcie Lacedemończycy, mając powodzenie w innych wojnach, jedynie przez Tegeatów zostali zwyciężeni. W jeszcze dawniejszych czasach mieli oni najgorsze prawa spośród wszystkich niemal Hellenów i nie utrzymywali ani między sobą, ani z obcymi żadnych stosunków. Zwrot ku lepszemu ustrojowi prawnemu nastąpił u nich w ten sposób: Kiedy Likurg, poważany wśród Spartiatów mąż, przybył do Delf po wyrocznię i wkroczył do najświętszego miejsca, Pitia natychmiast wypowiedziała te słowa:
O Likurgosie, przybyłeś do mojej bogatej świątyni,
Miły Zeusowi i wszystkim mieszkańcom pałaców Olimpu.
Waham się, czy ci mam wróżyć jak bogu, czy jak człowiekowi:
Ale już raczej jak bogu, spodziewam się, o Likurgosie!
Niektórzy utrzymują, że Pitia prócz tego jeszcze podyktowała mu istniejący dziś u Spartiatów ustrój państwa; jak jednak utrzymują sami Lacedemończycy, przyniósł go Likurg z Krety, kiedy był opiekunem Leobotesa, swego siostrzeńca i króla Spartiatów. Skoro bowiem tylko został opiekunem, przekształcił cały ustrój prawny i pilnował, żeby go nie przekraczano. Potem ustalił Likurg to, co ma związek z wojną, mianowicie bractwa przysięgłe, trzydziestki i wspólne biesiady; nadto ustanowił eforów i gerontów.
(66) Po dokonaniu takich zmian cieszyli się Lacedemończycy dobrymi prawami, a Likurgowi po śmierci wznieśli świątynię i wysoko go czcili. Ponieważ zaś mieszkali w kraju żyznym, a liczba ludu była niemała, przeto rychło się wzmogli i doszli do wielkiego dobrobytu. I już im nie wystarczało wieść spokojny żywot, lecz przekonani, że lepsi są od Arkadyjczyków, pytali w Delfach wyroczni o los całego kraju arkadyjskiego. Pitia zaś dała im taką odpowiedź:
Żądasz Arkadii ode mnie? Za wiele ty żądasz, więc nie dam.
Wielu w Arkadii jest mężów jedzących żołędzie, co ciebie
Stamtąd odeprą. Lecz ja ci wszystkiego odmawiać nie będę:
Dam ci zatańczyć w Tegei, przytupniesz nogami w tej ziemi
Oraz tę piękną równinę rozmierzysz swą liną mierniczą.
Gdy Lacedemończycy usłyszeli te powtórzone im słowa, wyrzekli się wprawdzie reszty Arkadyjczyków, ruszyli jednak z kajdanami* na wojnę przeciw Tegeatom, ufając dwuznacznej wyroczni, jakoby już mieli Tegeatów ujarzmić. Ale ulegli w starciu z wrogiem, a ilu z nich żywcem ujęto, wszyscy ci musieli sami pracować w kajdanach, które z sobą przynieśli, oraz liną rozmierzać pole Tegeatów. A te kajdany, w które ich zakuto, jeszcze do moich czasów dochowały się w Tegei i wisiały dokoła w świątyni Ateny Alea.
(67) W pierwszej więc wojnie przeciw Tegeatom stale nie mieli szczęścia; ale za czasów Krezusa, kiedy Anaksandridas i Ariston byli królami Lacedemonu, Spartiaci wyszli już z wojny zwycięsko, a mianowicie w następujący sposób: Ponieważ zawsze w bitwie ulegali Tegeatom, wysłali posłów do Delf, aby się zapytać, jakiego boga mają sobie zjednać, żeby wziąć górę nad Tegeatami. Pitia odpowiedziała im, że zwyciężą, jeżeli sprowadzą do siebie kości Orestesa, syna Agamemnona. Gdy jednak nie mogli odnaleźć grobu Orestesa, posłali znowu do boga, zapytując o miejsce, gdzie leży Orestes. Na to pytanie dała Pitia posłańcom taką odpowiedź:
W miejscu równinnym Arkadii znajduje się pewna Tegea;
Wieją tam wiatry dwa, które potężnym są gnane naporem:
Cios parowany jest ciosem i szkoda na szkodę się wali.
Agamemnona tu syn w życiodajnej pogrzebion jest ziemi;
Jeśli go do dom sprowadzisz, Tegei zostaniesz piastunem.
Skoro i to usłyszeli Lacedemończycy, nie mniej niż przedtem dalecy byli mimo wszelkich poszukiwań od odnalezienia grobu, aż go wreszcie odkrył Liches, jeden z tak zwanych "dobroczyńców" Sparty. Dobroczyńcy są to obywatele, którzy wychodzą z rycerzy*, zawsze najstarsi, co rok po pięciu. W tym roku, w którym występują z rycerzy, muszą oni w celach państwowych Spartiatów być wysyłani bezustannie do rozmaitych miejsc.
(68) Z tych więc mężów jednym był Liches, który odnalazł grób w Tegei dzięki przypadkowi i własnej roztropności. Wtedy właśnie była dozwolona komunikacja z Tegeatami, poszedł więc do kuźni i przypatrywał się, jak obrabiano żelazo, a ta praca budziła jego podziw. Kowal, zauważywszy, że on się tak dziwi, przerwał pracę i rzekł: - Gościu lakoński, zaiste byłbyś ty mocno zdziwiony, gdybyś to widział, co ja widziałem, skoro teraz już taki okazujesz podziw z powodu obróbki żelaza. Ja bowiem chciałem sobie tu na podwórzu zrobić studnię i natrafiłem przy kopaniu na trumnę długą na siedem łokci; ponieważ nie wierzyłem, żeby kiedyś byli ludzie więksi niż teraz, otworzyłem ją i ujrzałem zwłoki tej samej długości co trumna. Odmierzyłem je i znów zasypałem. - Tak mu ten człowiek opowiedział, co widział, a Liches całe opowiadanie rozważył i doszedł do wniosku, że są to, zgodnie z boską przepowiednią, zwłoki Orestesa. Wnioskował zaś w ten sposób: dwa miechy kowalskie, które widział, są to dwa wiatry; kowadło i młot objaśniał jako cios i cios przeciwny, a kowane żelazo uznał za szkodę, która na szkodę się wali - na podstawie tej analogii, że żelazo na szkodę ludzi wynaleziono. Tak kombinując, wrócił do Sparty i opowiedział o całej sprawie Lacedemończykom. Ci na mocy zmyślonego powodu obwinili go i wygnali. A on wtedy poszedł do Tegei, opowiedział kowalowi o swoim nieszczęściu i próbował wynająć od niego podwórze, ale ten nie chciał mu go odstąpić. Po jakimś czasie wreszcie zdołał go namówić; tam więc zamieszkał, rozkopał grób, pozbierał kości i wrócił z nimi do Sparty. I od tego czasu, ilekroć mierzyli się nawzajem w boju, znacznie górowali Lacedemończycy nad wrogami, a także większa część Peloponezu była im już podległa.
(69) Skoro o tym wszystkim dowiedział się Krezus, wysłał do Sparty posłów z darami, aby ubiegali się o przymierze, i przykazał im, co mieli powiedzieć. Ci przybyli i tak oświadczyli: - Przysłał nas Krezus, król Lidyjczyków i innych ludów, tak mówiąc: Lacedemończycy, ponieważ bóg przez wyrocznię swą poradził mi, żebym w Helladzie pozyskał sobie przyjaciela, wy zaś, jak słyszę, przodujecie w Helladzie, przeto was wedle wyroczni wzywam, bo chcę stać się waszym przyjacielem i sprzymierzeńcem bez podstępu i oszukaństwa. - Tak przez swych posłów obwieszczał Krezus, a Lacedemończycy, którzy także już słyszeli o udzielonej Krezusowi boskiej przepowiedni, ucieszyli się przybyciem Lidyjczyków i zawarli z nimi zaprzysiężoną przyjaźń i przymierze: czuli się bowiem zobowiązani także pewnymi dobrodziejstwami, jakie im Krezus już przedtem wyświadczył. Kiedy mianowicie Lacedemończycy posłali byli do Sardes po zakup złota, chcąc go użyć do budowy posągu Apollona, który teraz wznosi się na Tornaks w ziemi lakońskiej, dał im je Krezus nie za cenę kupna, lecz za darmo.
(70) Lacedemończycy przyjęli sojusz i z tej przyczyny, i jeszcze dlatego, że ich spośród wszystkich Hellenów wyróżniając, Krezus wybrał na przyjaciół. Nie tylko więc osobiście gotowi byli stanąć na jego wezwanie, lecz kazali nadto sporządzić mieszalnik spiżowy, którego brzeg od zewnątrz był ozdobiony dookoła figurami zwierząt; a był on tak wielki, że mieścił w sobie trzysta amfor. Z tym pojechali, aby się odwzajemnić takim upominkiem Krezusowi. Ale ów mieszalnik nie dotarł do Sardes z przyczyny, którą w dwojaki sposób podają: Lacedemończycy mówią, że kiedy odwożony do Sardes mieszalnik znalazł się w okolicy Samos, Samijczycy na tę wiadomość nadpłynęli na swych okrętach wojennych i zabrali go; sami natomiast Samijczycy opowiadają, że Lacedemończycy, wioząc mieszalnik, przybyli za późno, a skoro się dowiedzieli o zdobyciu Sardes i wzięciu Krezusa do niewoli, sprzedali na Samos ów mieszalnik; odkupili go od nich prywatni ludzie i ofiarowali do świątyni Hery; może też sprzedawcy po powrocie do Sparty opowiedzieli, że odebrali im go Samijczycy.
(71) Tak się miała sprawa z mieszalnikiem. Krezus jednak fałszywie tłumaczył sobie sens wyroczni i chciał przedsięwziąć wyprawę na Kapadocję, spodziewając się, że zniweczy Cyrusa i perską potęgę. W chwili gdy on zajęty był przygotowaniami wojennymi przeciw Persom, jeden z Lidyjczyków, imieniem Sandanis, który już przedtem uchodził za rozumnego człowieka, ale zwłaszcza od następującej rady pozyskał wśród Lidyjczyków rozgłos, tak doradzał Krezusowi: - Królu, szykujesz się do kampanii przeciw mężom, którzy noszą skórzane spodnie, a także reszta ich odzieży jest ze skóry; którzy jedzą nie tyle, ile zechcą, lecz ile mają, gdyż zamieszkują kraj skalisty. Prócz tego nie piją wina, lecz wodę, a nawet fig nie mają na wety ani w ogóle nic dobrego. Jeżeli więc zwyciężysz, cóż im zabierzesz, skoro nic nie posiadają? Z drugiej strony rozważ, ile stracisz w razie przegranej. Bo jeżeli zakosztują naszych dóbr, będą się ich kurczowo trzymali i nie da się ich wypędzić. Co do mnie, wdzięczny jestem bogom, że nie poddają Persom myśli o wyprawie wojennej przeciw Lidyjczykom. - Taką mową nie przekonał Krezusa. Istotnie Persowie przed podbojem Lidii nie znali nic z wykwintu i wygód życiowych.
(72) Kapadokowie nazywani są przez Hellenów Syryjczykami*. Przed panowaniem Persów byli ci Syryjczycy poddanymi Medów, wtedy zaś Cyrusa. Granicę bowiem między medyjskim a lidyjskim państwem stanowiła rzeka Halys, która od armeńskich gór począwszy płynie przez kraj Cylicyjczyków, potem z prawej strony ma Matienów, z lewej Frygów, następnie, mijając ich, biegnie w górę na północ, przy czym odgranicza na prawo Syrokapadoków, na lewo Paflagonów. Tak rzeka Halys przecina prawie całą dolną część Azji* od morza leżącego naprzeciw Cypru aż do Morza Czarnego. Jest to najwęższa część tego całego pasma ziemi, a co się tyczy długości drogi, to krzepki człowiek zużywa na nią pięć dni marszu*.
(73) Wyruszył zaś Krezus przeciw Kapadocji naprzód dlatego, że, chciwy ziemi, chciał ją do swego terytorium przyłączyć, a potem głównie z tego powodu, że ufał wyroczni i zamierzał wywrzeć zemstę na Cyrusie za Astiagesa. Albowiem Astiagesa, syna Kyaksaresa, a zarazem szwagra Krezusa i króla Medów, obalił Cyrus, syn Kambizesa, i w moc swą dostał. A szwagrem Krezusa został w ten sposób. Gromada Scytów-koczowników, wznieciwszy u siebie bunt, wyszła do kraju medyjskiego. Panował wtedy nad Medami Kyaksares, syn Fraortesa, a wnuk Dejokesa. Z początku obchodził się on dobrotliwie z tymi Scytami jako z podopiecznymi, a ponieważ wielce ich sobie cenił, oddał im swoich synów, żeby wyuczyli się ich języka i sztuki strzelania z łuku. Po jakimś czasie zdarzyło się, że Scytowie, którzy zawsze, ilekroć szli na polowanie, coś z sobą przynosili, pewnego razu nic nie upolowali, a Kyaksares, widząc ich wracających z próżnymi rękami, obszedł się z nimi bardzo szorstko i nieprzystojnie (był bowiem, jak sam tego dowiódł, w wysokim stopniu porywczy). Ci więc, potraktowani w tak niegodny sposób przez Kyaksaresa, postanowili jednego z oddanych im do nauki chłopców zabić, przyrządzić go tak samo, jak zwykli byli przyrządzać dziczyznę, i podać Kyaksaresowi niby upolowaną zwierzynę, a potem jak najprędzej wynieść się do Alyattesa, syna Sadyattesa, do Sardes. Tak się też stało; bo Kyaksares i jego goście mięso to jedli, a Scytowie po tym czynie przeszli pod opiekę Alyattesa.
(74) Następnie, ponieważ Alyattes mimo żądania Kyaksaresa nie chciał wydać mu Scytów, wybuchła pięcioletnia wojna między Lidyjczykami a Medami, w ciągu której nieraz Medowie zwyciężyli Lidyjczyków, nieraz też Lidyjczycy Medów, a wśród tego raz nawet było coś na kształt nocnej potyczki. Kiedy mianowicie przy równych szansach przedłużali wojnę, zdarzyło się w szóstym roku wrogich ich zmagań, że podczas walki dzień nagle ustąpił* przed nocą. Tę przemianę dnia przepowiedział był Jończykom Tales z Miletu, a jako termin ustalił właśnie ten rok, w którym istotnie ona nastąpiła. Lidyjczycy jednak i Medowie, widząc, że z dnia zrobiła się noc, zaniechali walki i obie strony tym bardziej się pospieszyły, żeby zawrzeć pokój. Tymi zaś, którzy skłonili ich do układów, byli Syennesis z Cylicji i Labynetos z Babilonu. Zabiegali oni koło zawarcia przymierza i doprowadzili do skutku związek małżeński; postanowili mianowicie, żeby Alyattes dał za żonę Astiagesowi, synowi Kyaksaresa, córkę swą Aryenis: boć bez mocnych węzłów pokrewieństwa nie zwykły trwać mocno układy. Przymierza zawierają te ludy tak jak Hellenowie, prócz tego nacinają skórę na ramionach i zlizują jeden drugiemu krew.
(75) Tego więc Astiagesa, swego dziadka ze strony matki, Cyrus obalił i w moc swą dostał - z przyczyny, którą wskażę w dalszym ciągu opowiadania. Dlatego Krezus zagniewany był na Cyrusa i posłał do wyroczni, zapytując, czy ma wyprawić się przeciw Persom. A skoro nadeszła dwuznaczna przepowiednia, przypuszczał, że wyrocznia stoi po jego stronie, i wyruszył na terytorium Persów*. Kiedy zaś przybył nad rzekę Halys, przeprowadził stąd sam, jak sądzę, wojsko przez istniejące tam mosty; jak jednak mocno rozpowszechniona wśród Hellenów wieść głosi, uczynił to Tales z Miletu. Podobno bowiem Krezus nie wiedział, jak jego wojsko zdoła przeprawić się przez rzekę (bo w owym czasie jeszcze tych mostów nie było); wtedy, jak opowiadają, Tales, który znajdował się w obozie, sprawił, że rzeka, która dotąd płynęła po lewej stronie wojska*, teraz także po prawej stronie płynąć zaczęła. A miał to uczynić w ten sposób: Kazał wykopać głęboki rów, zaczynający się powyżej obozu, i dalej poprowadzić go w kształcie półksiężyca, tak żeby objął obóz od tyłu. W ten sposób rzeka, skierowana do kanału z dawnego łożyska i przepływając obok obozu, miała znów wpadać do dawnego łożyska. Skoro więc rzeka istotnie podzieliła się, można było oba jej ramiona przekroczyć. Niektórzy jeszcze utrzymują, że stare łożysko całkowicie zostało osuszone. Ale ja w to nie wierzę; bo jakżeż w drodze powrotnej mogliby byli rzekę przekroczyć?
(76) Kiedy więc Krezus ze swoim wojskiem przeszedł rzekę i przybył do miejscowości, która nazywa się Pteria i jest najsilniejszą twierdzą w Kapadocji (położoną prawie w pobliżu miasta Synope nad Morzem Czarnym), rozbił tam obóz i pustoszył pola Syryjczyków. Miasto Pteria zajął i mieszkańców jego zaprzedał w niewolę; zdobył też wszystkie okoliczne miasta, a Syryjczyków, którzy całkiem byli niewinni, wypędził z ich siedzib. Ale Cyrus zgromadził swoją armię, wciągnął do niej wszystkie mieszkające w pośrodku ludy i wyszedł na spotkanie Krezusa. Zanim jednak wyruszył z wojskiem, posłał heroldów do Jończyków i próbował ich nakłonić, aby opuścili Krezusa; lecz Jończycy nie dali się namówić. Kiedy więc Cyrus przybył w okolicę Pterii i stanął obozem naprzeciw Krezusa, wtedy zmierzyli się z sobą całą siłą. Przyszło do gwałtownej walki i po obu stronach wielu padło, aż wreszcie nadeszła noc i rozdzieliła walczących, przy czym ani jedni, ani drudzy nie odnieśli zwycięstwa. Taki przebieg miała walka obu wojsk.
(77) Krezus jednak nie był zadowolony z liczby swego wojska (istotnie to wojsko, które walczyło, było znacznie mniejsze od Cyrusowego); z tego więc niezadowolony, skoro nadto Cyrus następnego dnia nie próbował nowego ataku - zarządził odmarsz do Sardes. Zamiarem jego było wezwać Egipcjan stosownie do układu (bo także z Amazysem, królem Egiptu, zawarł był jeszcze wcześniej niż z Lacedemończykami przymierze), potem też po Babilończyków posłać (bo i z nimi istniało przymierze, a ich władcą w owym czasie był Labynetos), a tak samo Lacedemończykom oznajmić, aby stawili się w oznaczonym terminie. Gdyby tych wszystkich zjednoczył i swoje własne wojsko zgromadził, zamyślał, po przeczekaniu zimy, wyprawić się z nastaniem wiosny przeciw Persom. Z takimi nosząc się myślami, wysłał po swym przybyciu do Sardes heroldów do sprzymierzeńców, którym ci mieli zapowiedzieć, aby na piąty miesiąc zebrali się w Sardes. Z wojska zaś, które miał przy sobie, a które biło się z Persami, kazał wszystkim zaciężnym żołnierzom ustąpić i rozejść się, bo bynajmniej nie oczekiwał, żeby Cyrus po tak nierozstrzygniętej walce miał istotnie pomknąć na Sardes.
(78) Podczas gdy Krezus takie snuł myśli, napełniło się całe przedmieście wężami. Z ich pojawieniem się przestały konie paść się na pastwiskach, lecz pobiegły tam i zjadały węże. Krezus, widząc to zjawisko, uznał je za cudowny znak, jak też istotnie było. Natychmiast więc wysłał posłów do telmessyjskich wyjaśniaczy. Posłańcy przybyli i dowiedzieli się od Telmessyjczyków, co to zjawisko ma oznaczać, ale nie było im już dane donieść o tym Krezusowi; zanim bowiem z powrotem odpłynęli do Sardes, Krezus został pojmany. Otóż Telmessyjczycy tak rzecz wyjaśnili, że Krezus ma oczekiwać obcego wojska w kraju i że ono po swym przybyciu podbije krajowców; wąż, zdaniem ich, jest dzieckiem ziemi, koń zaś nieprzyjacielem i przybyszem. Takiej odpowiedzi udzielili Telmessyjczycy pojmanemu już Krezusowi, nie wiedząc jeszcze nic o tym, co stało się z Sardes i z samym Krezusem.
(79) A Cyrus, który zaraz przy odwrocie Krezusa po bitwie pteryjskiej dowiedział się, że ten zamierza potem wojsko swe rozproszyć, doszedł po namyśle do przekonania, iż jest dlań korzystniej pomaszerować, o ile możności jak najspieszniej, na Sardes, zanim jeszcze po raz drugi zbierze się potęga Lidyjczyków. I jak postanowił, tak też szybko rzecz wykonał: powiódł swoje wojsko do Lidii i sam z tą wiadomością przybył do Krezusa. Wtedy Krezus znalazł się w bardzo trudnym położeniu, ponieważ okoliczności wbrew oczekiwaniu całkiem inaczej się ukształtowały, niż sam przewidywał; mimo to poprowadził Lidyjczyków do walki. A w owym czasie nie było w Azji ludu mężniejszego i silniejszego niż lidyjski; walczyli oni konno, mieli długie lance i byli z natury wybornymi jeźdźcami.
(80) Oba wojska spotkały się na wielkiej i płaskiej równinie, która rozciąga się przed miastem Sardes. Przez nią płynie wraz z innymi rzekami także Hyllos i z szumem zlewają się one z największą rzeką, zwaną Hermos, która - wypływając ze świętej góry Dindymeńskiej Matki* - uchodzi do morza koło miasta Fokai. Kiedy Cyrus ujrzał tam Lidyjczyków, ustawionych w szyku bojowym, wtedy z obawy przed ich jazdą, za radą Meda Harpagosa, tak postąpił: Wszystkie wielbłądy, jakie z ładunkiem prowiantu i bagaży szły za wojskiem, zebrał razem, kazał im zdjąć ciężary i wsadził na nie mężów w mundurach jazdy; ci, odpowiednio uzbrojeni, musieli przed resztą wojska ruszyć przeciw jeździe Krezusa, za wielbłądami miała iść piechota, a dopiero za nią ustawił całą jazdę. Skoro uszeregował wszystkich, wydał rozkaz, aby nie szczędząc, zabijali każdego Lidyjczyka, który im wejdzie w drogę, tylko samego Krezusa żeby nie uśmiercali, nawet gdyby się bronił przed wzięciem go do niewoli. To im surowo nakazał. Wielbłądy zaś dlatego ustawił naprzeciw konnicy, że koń lęka się wielbłąda i nie znosi ani jego widoku, gdy go spostrzeże, ani odoru, gdy mu ten do nozdrzy zaleci. Otóż właśnie w tym celu to wymyślił, żeby Krezusowi na nic nie przydała się jego jazda, którą właśnie Lidyjczyk chciał zabłysnąć. I rzeczywiście, kiedy wojska ruszyły przeciw sobie do bitwy, konie, zwietrzywszy i ujrzawszy wielbłądy, zawróciły w tył, i tak poszły wniwecz nadzieje Krezusa. Lidyjczycy, co prawda, nawet wtedy nie stchórzyli, lecz zmiarkowawszy, co zaszło, zeskoczyli z koni i pieszo dalej walczyli z Persami. Dopiero po wielkich obustronnych stratach zaczęli uciekać, po czym zepchnięto ich do twierdzy, którą oblegli Persowie.
(81) Zaczęło się więc oblężenie. Krezus, sądząc, że ono długo potrwa, wysłał z twierdzy nowe poselstwo do swoich sprzymierzeńców: poprzednie miało ich wezwać, aby się na piąty miesiąc w Sardes zebrali; teraz przesyłał prośbę o jak najszybszą pomoc, gdyż jest oblegany.
(82) Zarówno więc do innych sprzymierzeńców, jak i do Lacedemonu wiadomość tę przekazał. Ale właśnie w tym czasie* sami Spartiaci uwikłani byli w spór z Argiwami z powodu krainy zwanej Tyrea. Tę bowiem Tyreę, która należała do terytorium Argolidy, odcięli dla siebie i zajęli Lacedemończycy. Do Argiwów zaś należał też cały kraj na zachód aż do Malei, na lądzie stałym, a także wyspa Kytera i reszta wysp. Kiedy więc Argiwowie stanęli w obronie wydzieranego im obszaru, przyszło do układów i zgodzono się, żeby walczyło po trzystu mężów z obu stron, a którzy z nich zwyciężą, do tych ma kraina należeć; główne zaś wojska miały się oddalić, każde do swego kraju, a nie pozostawać podczas tych zapasów, bo gdyby były obecne, a jedna strona widziała, że jej ludzie ulegają, mogłaby im przyjść na pomoc. Po tej umowie oddalili się, a pozostawieni z obu stron wybrańcy starli się z sobą. Gdy oni z równym walczyli skutkiem, ostało się z sześciuset mężów trzech, mianowicie z Argiwów Alkenor i Chromios, z Lacedemończyków - Otryades. Ci jeszcze się ostali, kiedy noc nadeszła. Otóż dwaj Argiwowie myśleli, że są zwycięzcami, i pobiegli do Argos, a Lacedemończyk Otryades odarł ze zbroi zwłoki Argiwów, zaniósł ich broń do swego obozu, potem zaś stanął na swoim miejscu. Na drugi dzień zjawiły się obie strony, aby zasięgnąć języka. Przez jakiś czas jedni i drudzy twierdzili, że są zwycięzcami, bo jedni mówili, że więcej ich ludzi pozostało przy życiu, drudzy oświadczali, że tamci uciekli, a tylko ich człowiek pozostał na miejscu i trupy argiwskie odarł ze zbroi. Wreszcie od kłótni przyszło do wzajemnej walki, a kiedy po obu stronach wielu padło, zwycięzcami zostali Lacedemończycy. Od tego czasu Argiwowie strzygli sobie głowy, choć przedtem musieli nosić długie włosy, a nadto ustanowili prawo i obciążyli je klątwą, że żaden z Argiwów wprzód włosów nie zapuści i żadna niewiasta złotych ozdób nosić nie będzie, aż z powrotem odzyskają Tyreę. Lacedemończycy zaś ustanowili przeciwne temu prawo, bo choć nie nosili przedtem długich włosów, odtąd je zapuszczali. A jedyny, co ocalał z owych trzystu mężów, Otryades, jak mówią, wstydząc się wrócić do Sparty, skoro padli jego druhowie, tam w Tyrei odebrał sobie życie.
(83) W takim położeniu znajdowali się Spartiaci w chwili, kiedy przybył z Sardes herold z prośbą o udzielenie pomocy obleganemu Krezusowi. Mimo to po wysłuchaniu herolda byli zdecydowani pomoc tę wysłać. I już ukończyli swe zbrojenia, a okręty były do odjazdu gotowe, kiedy nadeszła inna wiadomość: że twierdzę Lidyjczyków zdobyto, Krezus zaś dostał się do niewoli. To ku wielkiemu ich ubolewaniu położyło koniec wyprawie.
(84) Sardes zaś w ten sposób zostało zdobyte*: Kiedy już czternaście dni przeciągało się oblężenie, kazał Cyrus przez konnych posłańców obwieścić swojemu wojsku, że hojnie obdaruje tego, kto pierwszy wejdzie na mury. Przedsiębrane przez wielu wojowników próby zawodziły, także inni ich zaniechali; ale pewien Mardyjczyk, imieniem Hyrojades, spróbował wspiąć się z tej strony zamku, gdzie żadnego posterunku nie ustawiono; nie żywiono bowiem obawy, żeby zamek kiedyś od tej strony mógł być zdobyty: tak stromo i niedostępnie opada tam ku dołowi. Toteż było to jedyne miejsce, które Meles, dawniejszy król Sardes, ominął, obnosząc zrodzonego mu przez nałożnicę lwa; Telmessyjczycy bowiem obwieścili, że Sardes będzie niezdobyte, jeżeli lwa obniesie się dokoła jego murów. Meles więc obniósł go wprawdzie wkoło muru wszędzie, gdzie zamek wystawiony był na ataki, lecz tego punktu nie wziął w rachubę, jako nie do zdobycia; a jest to część miasta zwrócona ku Tmolos. Otóż ten Mardyjczyk Hyrojades widział, jak poprzedniego dnia pewien Lidyjczyk z tego miejsca zamku zszedł w dół, aby podnieść swój hełm, który stoczył mu się z góry; to zauważył i wbił sobie w pamięć. Teraz sam się tam wdrapał, za nim zaś spróbowali też inni Persowie. A kiedy całe ich mnóstwo weszło na górę, Sardes zostało zdobyte i doszczętnie spustoszone.
(85) Samemu zaś Krezusowi zdarzyło się, co następuje. Miał on, jak już przedtem wspomniałem, syna, który nie posiadał żadnej innej wady, tylko tę, że był głuchoniemy. W okresie swojego dobrobytu Krezus czynił dla niego, co mógł, różne środki wymyślał, a także do Delf posłał, aby poradzić się wyroczni. Pitia dała mu taką odpowiedź:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki