OTCHŁAŃ PRZESZŁOŚCI?
Mamy zstąpić głęboko w przeszłość, żeby zrozumieć to, co się teraz dzieje, to, w czym żyjemy. Ale co to jest przeszłość? Co to jest czas? W naszej książce nieraz dotkniemy takich pytań.
I jeszcze: co znaczy "głęboko"? Jeśli mówimy o cywilizacji w Europie, o kulturze kreteńskiej, a potem greckiej, zstąpienie jest nie więcej niż w cztery i pół tysiąca lat. Jeśli myślimy o cywilizacji Bliskiego Wschodu, to o wiele głębiej, niemal w dziesięć tysięcy lat. Ale nawet to cóż jest w porównaniu z minionymi porami ziemi? Historia - w znaczeniu: historia cywilizacji - zaczęła się wczoraj.
Ta nasza historia. Nasza ludzka komedia. Gorzka? Najpierw przypatrzmy się faktom.
Z otchłani wyłania się homo sapiens
Badając przeszłość, antropologowie, jak sądzą, dostrzegają wyłonienie się, może czterdzieści tysięcy lat temu, istoty ludzkiej określanej mianem homo sapiens. Mówią, że stało się to wcale nie w aurze łagodnej i sprzyjającej narodzinom, lecz w srogim klimacie ostatniej (jak dotąd) epoki lodowcowej, która rozpoczęła się przed osiemdziesięcioma tysiącami lat, a zakończyła bardzo niedawno, zaledwie dziesięć tysięcy lat temu. Nie brak dziś gorzkich wróżbitów, którzy przewidują, że jeszcze wróci lodowe zimno i ogarnie ziemię.
Już wcześniej, jak to wyśledzili badacze szczątków i narzędzi, inny rodzaj ludzki, zwany (od znaleziska z roku 1856 w Neanderthal) neandertalskim, pojawił się na skraju Sahary i powoli rozchodził się stamtąd po północnej Afryce i południowej Eurazji, nie osiągając chyba większej mnogości niż liczonej w tysiące. Neandertalczycy mieli narzędzia całkiem kamienne (przynajmniej takie znamy, bo drewno, jeśli się nim posługiwali, musiało się w glebie rozpaść). Najpierw trzymali w rękach topory po prostu wygładzone przez wodę, potem "łupane". Co jeszcze ważniejsze, umieli jeśli nie wzniecać, to przynajmniej podtrzymywać ogień. I posiadali zaczątki mowy.
Tak prehistorycy sądzą. Nie przysięgniemy, że we wszystkim rację mają. Ale takie pojęcie rozwoju z ubogich początków jest dziś niemal powszechnie przyjmowane. Przeciwstawia się je tradycji o wiele starszej, ukazującej dzieje ludzkości zupełnie inaczej: nie jako rozwój, lecz jako upadek. Nieraz pojmowano go jako dekadencję stopniową, zstępowanie po stopniach w dół, na przykład (pamiętamy to z Hezjoda) od ery złotej przez srebrną i spiżową do żelaznej. Kto woli wobec dzisiejszej teorii albo wobec tamtej tradycji, albo wobec nich obu, być sceptyczny, niech będzie.
Lecz oto, powiadają prehistorycy, ową istotę, którą nazywamy homo sapiens i uważamy za naszego przodka, przedstawioną światu pono najpierw na Bliskim Wschodzie, niebawem widzimy i słyszymy w półmroku tysiącleci jako coś, czego wcześniej nie było: istotę nie tylko z narzędziami i z władzą nad ogniem, ale i w odzieniu, i z rozwiniętą mową w ustach. Człowiek ten rozprzestrzenił się szeroko, od wybrzeży Atlantyku do dzisiejszej Persji, potem do Azji Wschodniej i na półkulę zachodnią. Przypuszcza się, że jeszcze przed końcem ostatniej (powtórzmy: jak dotąd) epoki lodowcowej, czyli dawniej niż dziesięć tysięcy lat temu, homines sapientes tu, gdzie żyli najgęściej, w swojej ojczyźnie między Morzem Śródziemnym a Morzem Kaspijskim, przekroczyli liczbę miliona osób. Zaczęły się też, jak się zdaje, rysować cielesne różnice, z których kiedyś powstanie podział na rasy.
Cuda na skalnych ścianach
Już w drugiej połowie owej lodowcowej epoki, od pory odległej od nas o trzydzieści tysięcy lat, rodziły się wewnątrz jaskiń takie malowidła, jakie nas dziś olśniewają w pieczarach francuskich i hiszpańskich. Malowano dzikie zwierzęta, bezmiernie pięknie, nieraz przeszyte dzidami i strzałami, może więc był w tym cel rytualny i magiczny, szukanie nadnaturalnej pomocy w łowach. Ale był też podziw, zachwyt, uwielbienie kształtów i barw świata. Domyślamy się, że homines sapientes mieli teraz nie tylko farby, wywarzone z roślin. Z pewnością ulepszyli język, nadający się już do przekazywania wiedzy przyszłym pokoleniom. Archeologia pokazuje nam, że posiedli także nowe, bezcenne narzędzia: ostrze krzemienne, wnikliwsze i lżejsze od "łupanych" toporów, oraz kamienny rylec, którym można było obrabiać kości.
Z kości wykluła się igła, dzięki której odzienie, szyte, i szałasy, gdzie gałęzie uszczelniała płachta, stały się lepsze. Szyto też rybackie sieci, a one zachęcały do wyprawiania się na wodę na tratwach i w łodziach. Kamienia nie zaniedbano. Urabiano z niego naczynia, wśród nich pierwsze lampy, oliwne. Właśnie dzięki nim, spokojnie wspierającym rozjarzające się i niepewne światło pochodni, można się było pogrążać w głębokich, nieraz krętych jaskiniach i tu - chyba i w zachwycie, i w obrzędzie, który dzieje się poza czasem, niegdyś, teraz, zawsze - malować te cuda na skalnych ścianach, początki cudnej ballady dziejów ludzkiej sztuki.
Kiedy skończyła się, dziesięć tysięcy lat temu, epoka lodowcowa w przyrodzie, a w świecie ludzkim dobiegło kresu to, co prehistorycy nazywają starszą epoką kamienną, nowa era kamienna nie wszędzie, gdzie żyli ludzie, zaczęła się tak samo. Na niektórych obszarach badacze mówią do pewnego okresu o "średnim kamieniu", mezolicie. Wszędzie jednak narzędzia kamienne ulepszają się przez zmniejszenie, stają się bardziej poręczne, mogą być nawet sztyletami sprawnymi w walce. Wśród ludzi utrwalają się dwie główne funkcje: mężczyźni polują na dzikie zwierzęta, kobiety zbierają rosnące dziko rośliny. Ale wszystko to można nazwać tylko dalszym ciągiem "starszego kamienia".
Dopiero przekroczenie takiej egzystencji było początkiem kamienia naprawdę "nowego", neolitu.