Dziedziczka Jasadu - Sara Hashem

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Między mną a przespaną nocą stały dwie rzeczy, a wolno mi było zabić tylko jedną z nich.

Przedzierałam się przez omszałe brzegi rzeki Hirun, wypatrując ruchu. Brud, późna pora - tego się spodziewałam. Każdy praktykant we wsi musiał sobie z tym radzić. Po prostu nie spodziewałam się żab.

- Pożegnajcie się z życiem, wy bezwartościowe szkodniki - zawołałam.

Żaby wypracowały strategię obronną, którą wcielały w życie za każdym razem, gdy się zbliżałam. Najpierw strażnik stojący na czatach rechotem podnosił alarm. Wtedy pozostałe rzucały się do rzeki. Na koniec dzielny wartownik uciekał ile sił, żeby ratować życie. Wysiłek równie godny podziwu, co daremny.

Brud wgryzł się głęboko pod moje paznokcie. Poprzez sklepienie szkieletowych gałęzi drzew sączyło się światło księżyca i przez chwilę moje dłonie wyglądały jak nienależące do mnie. O wiele bardziej zadbane i trochę słabsze. Dłonie Niphran. Dłonie, które potrafiły władać siekierą ramię w ramię z najbardziej krzepkim drwalem, spleść burzę loków w delikatne warkocze, wbijać włócznie w paszcze potworów. Przez kilka pierwszych lat mojego życia, nim żałoba po zabójstwie ojca rozpełzła się po Niphran niczym zgnilizna, nim jej rozum nie ugiął się od całego tego naporu, nie było rzeczy, której nie potrafiły dokonać dłonie mojej matki.

Och, gdyby mogła mnie teraz zobaczyć. Umazaną jakimś paskudztwem i przechytrzoną przez rechoczące rzeczne karaluchy.

Hirun wydychał swą nieprzejrzystą mgłę, napełniając życiem zimowe kości lasów Essam. Umyłam ręce w rzece i stanowczo odsunęłam od siebie myśli o zmarłych.

Za korzeniem drzewa rozległo się zaciekłe kumkanie. Skoczyłam naprzód i zgarnęłam wierzgającego strażnika. Ach, ci odważni nigdy nie uciekają. Przysunęłam go sobie do twarzy.

- Twoi przyjaciele gonią za świerszczami, a ty jesteś tutaj. Byli tego warci?

Wrzuciłam oklapłą żabę do wiadra i westchnęłam. Jeszcze dziesięć, co oznaczało kolejną rundę biegania w kółko z nadzieją, że błoto nie wleje mi się przez dziurę w prawym bucie. To, że Rory był uznanym chemikiem, nie robiło na mnie wrażenia, podobnie jak ta upragniona praktyka. Przed porzuceniem wiadra i udaniem się do przytułku Rai, gdzie czekały na mnie ciepły posiłek i wygodne łóżko, powstrzymywała mnie kwestia wygody.

Rory nie zadawał pytań. Kiedy zjawiłam się na jego progu pięć lat temu, cała we krwi i rozdygotana, opatrzył moje rany i zaprowadził do Rai. Ocalił pozbawioną jakiejkolwiek opowieści i przeszłości piętnastoletnią sierotę od losu włóczęgi.

Nagły trzask gałęzi sprawił, że wszystkie moje mięśnie się napięły. Sięgnęłam do kieszeni i zacisnęłam palce na rękojeści sztyletu. Ze względu na upodobanie nizahlskich żołnierzy do losowego przeszukiwania nas, zwykle nosiłam ostrze przypięte w bucie, ale wcześniej użyłam go, żeby uwolnić stopę ze splątanych paproci, i zostawiłam w kieszeni.

Szybkie oględziny drżących gałęzi niczego nie ujawniły. Starałam się nie zatrzymywać wzroku na pustych plamach czerni między drzewami. Widziałam zbyt wiele koszmarów wyłaniających się z mroku, by kiedykolwiek zaufać jego bezruchowi.

Mój wzrok powędrował do miejsca, którego obawiałam się najbardziej - rzędu drzew za mną, z których każde naznaczone było identycznymi, przerażająco precyzyjnymi czarnymi śladami. Na pniach okalających granicę Mahairu wyryto symbol kruka rozpościerającego skrzydła. W leśnym mroku ich sylwetki pozostawały nieskalane. Przekroczenie bez pozwolenia linii drzew oznaczonych krukiem było występkiem karanym uwięzieniem albo nawet czymś gorszym. W niżej położonych wsiach, gdzie przywódcy królestwa już i tak skłonni byli przymykać oko na swobodne decyzje nizahlskich żołnierzy, gorszy los był zazwyczaj dopiero początkiem.

Schowałam sztylet do kieszeni i podeszłam do granicy. Paznokciem przesunęłam po wyciągniętym skrzydle jednego z kruków. Oddałabym wszystkie żaby ze swojego wiadra, żeby być dość odważną, by podrapać paznokciami symbol, by go wydłubać. Może ten sam przypływ odwagi mógłby sprawić, że mój sztylet wyciąłby linię w korze, oszpecając symbole władzy Nizahlu. To nie mury ani miecze trzymały nas w zagrodzie niczym zwierzęta, lecz zwykłe znaki wyryte w korze drzew. Władza innego królestwa kłębiła się nad nami jak zatrute powietrze, kontrolując wszystko, czego się tknęła.

Zerknęłam na wartownika w wiadrze i opuściłam rękę. Odwaga nie była warta swojej ceny. Ani drzazg.

Drogę prowadzącą z powrotem do Mahairu pokrywała gruba warstwa szronu. Naciągnęłam kaptur niemal po sam nos, gdy tylko przekroczyłam mur oddzielający wioskę od Essam. Skręciłam w zaułek i ruszyłam krętą ścieżką do sklepu Rory'ego, zamiast ryzykować wybór odsłoniętej - i regularnie patrolowanej - głównej drogi. Ledwie weszłam w zaułek, a ciemność okryła mnie płaszczem. Położyłam dłoń na murze, by utrzymać równowagę, i pozwoliłam, by ostry odór nawozu prowadził moje stopy naprzód. Spod stosu skrzyń syknęła na mnie kotka, wyginając obronnie grzbiet nad napoczętym truchłem szczura.

- Już jadłam kolację, ale dziękuję za propozycję - szepnęłam, odskakując poza zasięg jej pazurów.

Dwadzieścia minut później z łoskotem postawiłam pełne wiadro u stóp Rory'ego.

- Żądam renegocjacji wynagrodzenia.

Mężczyzna nie podniósł wzroku znad swojej listy.

- Żądaj sobie. Będę tam. - Zniknął w pomieszczeniu na tyłach.

Skrzywiłam się, rozważając pójście za nim za zasłonę i okaleczenie go żabimi trupami. Zapach błota i stęchlizny na stałe wsiąkł w moją skórę. Mógłby przynajmniej dopłacić za mydło, którego potrzebowałam, żeby go zamaskować.

Ułożyłam okłady i starannie zamknęłam każdy słoik, nim włożyłam go do kosza. Kiedyś miałam okazję doświadczyć gniewu Rory'ego, bo zapomniałam zamknąć maści przed wysłaniem ich poprzez jednego z chłopców Yulego. Tego dnia nauczyłam się tyle samo o rozprzestrzenianiu chorób, ile o niezłomnych zasadach Rory'ego.

Mężczyzna wrócił.

- Idź już stąd. Prześpij się. Nie chcę, żeby widok twojej gęby odstraszał jutro moich klientów. - Pogrzebał w wiadrze, przewracając kilka żab. Wiek wyraźnie odznaczył się na jego wąskiej brązowej twarzy. Długie palce miał wiecznie splamione barwą najnowszego toniku, a między krzaczastymi brwiami niezmiennie tkwiła bruzda. Określiłam to mianem "miny oględziny", bo zawsze mogłam ocenić poziom jego wściekłości po liczbie zmarszczek tworzących się nad nosem. Mimo starego urazu biodra jego szczupłość nie była oznaką kruchości, a w rzadkich chwilach, kiedy się uśmiechał, dało się dostrzec, że w młodości był przystojny.

- Jeśli odkryję, że znowu wyłożyłaś dno ziemią, przyprawię ci herbatę trucizną.

Wcisnął mi w ramiona niedbale owinięty pakunek.

- Masz.

Zdezorientowana, obróciłam paczkę.

- Dla mnie?

Machnął laską po pustym sklepie.

- Czy myślenie boli, dziecko?

Ostrożnie odwinęłam tkaninę, na wpół spodziewając się, że zawartość wybuchnie mi w twarz, i odsłoniłam parę pięknych złotych rękawiczek. Były bardziej miękkie niż skrzydło gołębicy i zapewne kosztowały więcej niż cokolwiek, co mogłabym sobie kupić. Uniosłam jedną z nich z nabożeństwem.

- Rory, to zbyt wiele.

Ledwie powstrzymałam się przed ich wciągnięciem. Odłożyłam je delikatnie na ladę i pospieszyłam wyszorować poplamione dłonie. Nie zostały już żadne czyste szmatki, więc wytarłam ręce w tunikę Rory'ego, czym zasłużyłam na pstryczek w ucho.

Rękawiczki pasowały idealnie. Miękkie i elastyczne, ustępujące podczas zginania palców.

Uniosłam dłonie do latarni, by przyjrzeć się im bliżej. Z pewnością przyniosłyby mi niezłą sumkę na targu. Nie żebym miała je sprzedać od razu, rzecz jasna. Rory lubił udawać, że ma głębię emocjonalną łyżki, ale poczułby się zraniony, gdybym wymieniła jego dar zaledwie dzień później. W Omalu nietrudno znaleźć targ. Niżej położone wsie zawsze potrzebowały jedzenia i zapasów. Handel z nimi był łatwiejszy niż żebranie o ochłapy z pałacu.

Starzec uśmiechnął się przelotnie.

- Wszystkiego dobrego z okazji urodzin, Sylvio.

Sylvia. Moje pierwsze i ulubione kłamstwo. Ścisnęłam dłonie.

- Podarunek pocieszenia dla starej panny?

Przez pięć ostatnich lat Rory ani razu nie zapomniał mojej zmyślonej daty urodzenia.

- Nie sądzę, by próg staropanieństwa wynosił marne dwadzieścia lat.

W istocie byłam już w połowie drogi do dwudziestu jeden. Kolejne kłamstwo.

- Jesteś stary jak świat. Wszyscy poniżej stu lat muszą wyglądać dla ciebie tak samo.

Dźgnął mnie laską.

- Już zbyt późna godzina, by stare panny kręciły się po okolicy.

Wyszłam ze sklepu w lepszym nastroju. Mocno opatuliłam się płaszczem i zawiązałam kaptur pod brodą. Miałam jeszcze jedno zadanie do wykonania, zanim wreszcie będę mogła zaszyć się w łóżku, a to oznaczało zapuszczenie się głębiej w cichą wieś. Były to godziny, gdy myśli płynęły wolno, gdy echo pustych murów brzmiało jak szepty głodnych shaiateenów, a cykanie przemykającego robactwa - jak odgłosy niespokojnych zmarłych.

Wiedziałam, z jaką wprawą strach układa cienie w potworne kształty. Od wielu lat nie przespałam całej nocy i bywały dni, gdy nie ufałam niczemu poza oddechem w piersi i ziemi pod stopami. Różnica między wieśniakami a mną była taka, że znałam imiona swoich potworów. Wiedziałam, jak będą wyglądać, jeśli mnie znajdą, i nie musiałam sobie wyobrażać, jaki los mnie wówczas spotka.

Mahair był maleńką wsią, lecz jego historia sięgała daleko. Dzieci znały opowieści przekazywane przez matki, ojców i dziadków. Przesądy utrzymywały się jeszcze długo po tym, jak czas otworzył nową kartę dla mieszkańców.

Mnie zaś to miejsce zapewniało robotę.

Zamiast skręcić w prawo w stronę przytułku Rai, czmychnęłam na drogę włóczęgów. Kawałki ciasta nasączonego miodem i tłuszcz znaczyły miejsce, w którym córki halawany 1 podjadały między sprawunkami, siedząc na betonowym progu cukierni rodziców. Wymijając psy węszące przy tłuszczu, sprawdziłam, czy nie ma tu kogoś, kto mógłby donieść Rory'emu o moich poczynaniach.

Dla mnie i Rory'ego wybaczanie sobie stało się tradycją. Gdyby dowiedział się, że leczę Omalczyków, wykorzystując jego nazwisko, i wciskam bezużyteczne mikstury tym, którzy są dość przesądni, by je kupować - cóż, wątpiłam, by potrafił darować mi takie wykroczenie. "Leki", które mieszałam dla swoich klientów, były nieszkodliwe. Rozgniecione zioła i spreparowane trunki. Na ogół dolegliwości, przed którymi miały chronić, były bardziej niedorzeczne niż cokolwiek, co wcisnęłabym do buteleczki.

Dom, którego szukałam, znajdował się dziesięć minut marszu za przytułkiem Rai. Zbyt blisko, by czuć się swobodnie. Woda kapała z krawędzi obwisłego dachu, gdzie od haka do haka ciągnęła się pusta linka na pranie. Bielizna spadła na ziemię. Kopnęłam ją na bok. Raya nauczyła mnie przed laty, jak ukrywać bieliznę na sznurze, przypinając ją za większą sztuką odzienia. Wtedy nie rozumiałam potrzeby takiej ostrożności. Nadal tego nie pojmowałam. Ale dziś miałam ograniczony czas i nie zamierzałam tracić go na uspokajanie zażenowania Omalczyków moim ostatecznym dowodem na to, że noszą bieliznę.

Drzwi otworzyły się gwałtownie.

- Sylvia, dzięki niebiosom - rzuciła Zeinab. - Dziś jest gorzej.

Otrzepałam oblepione błotem buty na progu i weszłam do środka.

- Gdzie ona jest?

Podążyłam za Zeinab do ostatniego pokoju na końcu krótkiego korytarza. Kiedy otworzyła drzwi, owiała nas fala dymu z kadzidła. Rozgarnęłam dłonią białawą mgłę wiszącą w powietrzu. Na podłodze pomarszczona staruszka kołysała się w przód i w tył, a na jej rękach widniały krwawe ślady w miejscach, w których paznokcie wbiły się głęboko. Zeinab zamknęła drzwi, zachowując bezpieczną odległość. W jej wielkich piwnych oczach stały łzy.

- Próbowałam ją wykąpać, a ona zrobiła to. - Podciągnęła rękaw swojej abai, odsłaniając mnóstwo czerwonych zadrapań.

- Dobrze. - Położyłam torbę na stole. - Zawołam cię, kiedy skończę.

Obezwładnienie staruszki tonikiem wymagało niewielkiego wysiłku. Zaszłam ją od tyłu i zarzuciłam rękę na szyję. Szarpała mój rękaw i rozchylała usta, by zaczerpnąć tchu. Wlałam jej tonik do gardła i rozluźniłam uścisk na tyle, by mogła przełknąć. Kiedy upewniłam się, że go nie wypluje, puściłam ją i poprawiłam rękaw. Splunęła mi pod nogi i wyszczerzyła zęby, brudne od krwi z rozciętej wargi.

Wszystko zajęło mi zaledwie kilka minut. Moje talenty, jakkolwiek wątpliwe, skupiały się na skutecznym i drobnym oszustwie. Przy drzwiach pozwoliłam Zeinab wsunąć kilka monet do kieszeni mojego płaszcza i udałam zaskoczenie. Nigdy nie zrozumiem Omalczyków i ich udawanej skromności.

- Pamiętaj...

Zeinab niecierpliwie pokiwała głową.

- Tak, tak, nikomu ani słowa. To już kilka lat, Sylvio. Jeśli chemik kiedykolwiek się dowie, to nie ode mnie.

Była nader pewna siebie jak na kobietę, która nigdy nie zadała sobie trudu, by zapytać, co znajduje się w toniku, który regularnie wlewam do gardła jej matki. Odpowiedziałam roztargnionym machnięciem ręki na jej gest i przełożyłam sztylet do tej samej kieszeni, w której miałam teraz monety. Kałuże cuchnącego deszczu marszczyły się na wyboistej, ziemistej drodze. Większość domów przy ulicy można było opisać jako rudery - ich strzechy trzęsły się nad ścianami wzniesionymi z błota i nierównych skupisk cegły. Wyminęłam pas zielonego mulego łajna, które nasiąkło wodą. Trawiasty zapach szczypał mnie w nos.

Czy w górnych miastach Omalu odchody też zalegały na ulicach?

Sąsiadka Zeinab rozsypała przed drzwiami kurze pióra, by pochwalić się innym swoim powodzeniem. Ich córka poślubiła kupca z Dawaru, a posag przyniósł im dość, by jeść kurczaka przez cały miesiąc. Odtąd jej ciało będą okrywać najładniejsze szaty. Na talerzu znajdą się najdelikatniejsze mięsa i najstaranniej wyhodowane warzywa. Nigdy więcej nie będzie musiała omijać mulego łajna w Mahairze.

Skręciłam w uliczkę, bezwiednie licząc monety w kieszeni, kiedy nagle na kogoś wpadłam.

Potknęłam się i przytrzymałam stosu popękanych glinianych cegieł. Nizahlski żołnierz nawet się nie zachwiał, ale jego twarz stężała.

- Przedstaw się.

W gardle poczułam trzepotanie paniki. Choć nasze poruszanie się po mieście nie było ograniczone oficjalną godziną strażniczą, mało kto odważał się na nocne przechadzki. Nizahlscy żołnierze zwykle patrolowali parami, co oznaczało, że partner tego człowieka zapewne nękał kogoś po drugiej stronie wsi.

Zdusiłam panikę, łamiąc jej trzepoczące skrzydła. Panika była zarazą. Jej jedynym celem było rozprzestrzenianie się dookoła, aż przebije się przez każdą myśl, każdy zamiar.

Natychmiast spuściłam wzrok. Utrzymywanie kontaktu z nizahlskim żołnierzem było proszeniem się o kłopoty.

- Nazywam się Sylvia. Mieszkam w przytułku Rai i jestem praktykantką chemika Rory'ego. Przepraszam, że pana przestraszyłam. Starsza kobieta pilnie potrzebowała opieki, a mój pracodawca jest niedysponowany.

Sądząc po zmarszczkach na twarzy, żołnierz miał koło czterdziestki. Gdyby był omalskim strażnikiem, jego wiek niewiele by znaczył. Ale nizahlscy żołnierze zwykle umierali młodo i krwawo. Skoro ten człowiek przeżył dość długo, by na jego czole pojawiły się zmarszczki, był albo śmiercionośnym przeciwnikiem, albo tchórzem.

- Jak brzmi imię twojego ojca?

- Jestem wychowanką przytułku Rai - powtórzyłam. Musiał być nowy w Mahairze. Wszyscy znali dom sierot Rai na wzgórzu. - Nie mam ani matki, ani ojca.

Nie drążył.

- Czy byłaś świadkiem działań, które mogłyby doprowadzić do schwytania jakiegoś Jasadczyka? - Choć było to standardowe pytanie żołnierzy, mające zachęcić do czujności wobec wszelkich przejawów magii, w środku drgnęłam.

Do ostatniego aresztowania Jasadki doszło w sąsiedniej wsi zaledwie miesiąc temu. Z szeptów wywnioskowałam, że jakaś dziewczyna doniosła, iż jej przyjaciółka naprawiła pęknięcie w desce podłogi machnięciem ręki. Słyszałam wszelkiego rodzaju pochwały spływające na dziewczynę za odwagę w wydaniu piętnastolatki. Pochwały i zazdrość - inni nie mogli doczekać się, aż sami na kogoś doniosą i zostaną bohaterami.

- Nie. - Nie widziałam innego Jasadczyka od pięciu lat.

Zacisnął usta.

- Imię starszej kobiety?

- Aya, lecz jej córka Zeinab jest jej opiekunką. Mogłabym wskazać panu drogę do nich, jeśli pan chce. - Kobieta była sprytna. Miałaby przygotowane kłamstwo na taką chwilę.

- Nie trzeba. - Machnął ręką przez ramię. - Idź. Trzymaj się z dala od drogi włóczęgów.

Jedna korzyść ze starszych nizahlskich żołnierzy - mieli mniejszą skłonność do puszenia się i przesłuchań od swoich młodszych odpowiedników. Skinęłam głową z wdzięcznością i pospiesznie go wyminęłam.

Kilka minut później wślizgnęłam się do przytułku Rai. Po zapachu stygnącego wosku poznałam, że niedawno ostatnia dziewczyna poszła spać. Z ulgą odkryłam, że zapomniano o moich urodzinach, i zdjęłam buty przy drzwiach. Raya spotkała się dziś z handlarzami tkanin. Targowanie zawsze wprawiało ją w paskudny nastrój. Moje urodziny zostaną odnotowane rano, jedynie w formie śniadania składającego się z kruchego, maślanego fiteeru 2 i melasy.

Kiedy pchnęłam drzwi do swojego pokoju, uderzyła mnie fala ciepła. Na błogosławione włosy Bairy, nie znowu.

- Raya obedrze was ze skóry. Waleema jest za tydzień.

Marek zdawał się pochłonięty paleniskiem, szturchając węgle cienkim prętem. Jego złote włosy lśniły w blasku ognia. Pod przyborami krawieckimi Sefy leżały sterta materiału i zaczątki czegoś, co wyglądało na suknię.

- Właśnie - powiedziała Sefa, maczając kawałek zwęglonej wołowiny w rosole. - Topię smutki w skradzionym rosole z powodu tej przeklętej waleemy. Spójrz na tę suknię! Śmieją się z niej wszystkie inne suknie.

- Co on robi z ogniem? - spytałam, postanawiając zignorować jej odzieżowe narzekania.

Rankiem Sefa z czarującym uśmiechem i przekrwionymi oczami wręczy Rai doskonałą suknię. Praktykowanie u najlepszej szwaczki w Omalu nie było dla tych, którzy załamują się pod presją.

- Próbuje uprażyć te swoje przeklęte nasiona. - Sefa pociągnęła nosem. - Przez nas w twoim pokoju śmierdzi jak w kuchni w tawernie. Przepraszam. Na naszą obronę powiem, że zebraliśmy się tu, by opłakiwać straszliwe odejście.

- Odejście? - Usiadłam przy kamiennym palenisku i ogrzałam dłonie nad trzaskającymi płomieniami.

Marek podał mi jeden z prywatnych kielichów Rai. Ta kobieta obedrze nas ze skóry jak jelenie.

- Nie zwracaj na nią uwagi. Chcieliśmy tylko wykorzystać twoje palenisko - stwierdził. - Jestem przekonany, że Yuli uczy swoje stado, jak mnie zabić. Dzisiaj jego woły omal nie wpędziły mnie prosto do kanału.

- A zrobiłeś coś, żeby rozgniewać Yulego albo te zwierzęta?

- Nie - powiedział żałośnie.

Zmrużyłam oczy, obracając kielich w dłoniach.

- Marek.

- Być może skorzystałem z końskich boksów, żeby... zabawić się z... - Wypuścił przeciągłe, udręczone westchnienie. - Jego córką.

Sefa i ja wydałyśmy zgodny jęk. Nie był to bynajmniej pierwszy raz, kiedy Marek wpakował się w kłopoty, goniąc za nieśmiałym uśmiechem albo dobrym słowem. Był absurdalnie ładny - jasnowłosy, zielonooki i szczupły w sposób, który nie oddawał jego siły. Mimo urody postanowił odbywać praktykę u Yulego, najbardziej wymagającego rolnika w Mahairze. Spędzanie dni na ładowaniu wozów i zaganianiu wołów sprawiło, że Marek stał się niezbędny dla każdego rzemieślnika we wsi. Pracował, by zyskać ich szacunek, bo niewiele było rzeczy, które Mahair cenił bardziej niż zrogowaciałe dłonie i pot na czole.

I dlatego też znosili sznur złamanych serc, które zostawiał za sobą.

Sefa, której nie dało się długo ignorować, ciągnęła dalej:

- Twoją młodość, Sylvia. Opłakujemy odejście twojej młodości! Masz dwadzieścia lat, a przeżywasz mniej przygód niż wiejskie bachory.

Wypiłam wodę do dna i podałam kielich Markowi, żeby nalał więcej.

- Mam dość przygód.

- Nie mówię o tym, ile razy zdołasz zabić swojego figowca, zanim ten już się nie podniesie - prychnęła Sefa. - Gdybyś po prostu poszła ze mną w zeszłym tygodniu wypuścić koguty w norze Nadii...

- Nadia całkowicie zakazała ci wstępu do swojego sklepu - wtrącił Marek. Odważnie, przerywać tak Sefie w samym środku tyrady. Podniósł sczerniałe nasiono i zaczął przerzucać je z dłoni na dłoń, żeby ostygło. - Zostaw Sylvię w spokoju. Przygoda niejedno ma imię.

Nozdrza Sefy rozszerzyły się gwałtownie, ale Marek nawet nie drgnął. Porozumiewali się w ten dziwny, milczący sposób, typowy dla ludzi związanych czymś gęstszym niż krew i silniejszym niż wspólne wychowanie. Wiedziałam to, bo przez ostatnich pięć lat byłam świadkiem setek ich niewypowiedzianych rozmów.

- Nie zabijam swojego figowca. - Podniosłam się. - Hoduję w nim ducha wojownika.

- Przestań się na mnie gapić - powiedział Marek do Sefy z westchnieniem. - Przepraszam, że przerwałem. - Wyciągnął w jej stronę popękane nasiono.

Dziewczyna pozwoliła jego ręce wisieć w powietrzu przez czterdzieści sekund, po czym w końcu je wzięła.

- Pomożesz mi podszyć ten rękaw? - Z nieśmiałym uśmiechem Marek pokazał okopcone dłonie.

Sefa przewróciła oczami.

Obserwowałam tę najnowszą wymianę zdań w osłupieniu. Nigdy nie przestawało mnie zdumiewać, z jaką łatwością żyli przy sobie nawzajem. Ich niezwykłe oddanie wzbudzało pytania wśród innych podopiecznych w przytułku. Marek zaczął śmiać się do rozpuku, kiedy młodsza dziewczynka zapytała kiedyś, czy on i Sefa planują się pobrać.

- Sefa nie poślubi nikogo. Kochamy się w inny sposób.

Podopieczna zatrzepotała rzęsami, ponieważ Marek był jedynym chłopcem w przytułku, a jego twarz skazywała go na życie wśród tęsknych westchnień, gdziekolwiek się udał.

- A ty? - zapytała podopieczna.

Sefa, która uśmiechała się, dziergając w kącie, spoważniała. Tylko Raya i ja zobaczyłyśmy pełne smutku spojrzenie, które posłała Marekowi. W jej brązowych oczach czaiło się poczucie winy.

- Jestem związany z Sefą duchem, nie małżeństwem. - Marek poczochrał włosy dziewczynki. Ta pisnęła, klepiąc go po rękach. - Idę tam, dokąd ona idzie.

Gdy Rory zostawił mnie na progu Rai, tych dwoje natychmiast mnie polubiło. Co tylko potwierdza ich szaleństwo. Byłam niemal dzika, ledwie zdatna do przyjaźni, ale ich to nie odstraszyło. Przystosowanie się do tej omalskiej wioski szło mi marnie, bo zbijały mnie z tropu najprostsze obyczaje. Potrzyj miejsce między łopatkami, a umrzesz młodo. Jedz lewą ręką pierwszego dnia miesiąca; nie zakładaj nogi na nogę w obecności starszych; siadaj do stołu jako ostatnia i jako pierwsza od niego odchodź. Nie pomagało też to, że moja brązowa skóra była o kilka tonów ciemniejsza od typowego dla nich oliwkowego odcienia. Lepiej wtapiałam się w rój Orbańczyków, bo ludzie z królestwa na północy większość dni spędzali w słońcu. Kiedy Sefa zauważyła, że unikam noszenia bieli, przyłożyła swoją ciemniejszą dłoń do mojej i powiedziała:

- Są zazdrośni, że wchłonęłyśmy cały ich kolor.

W domu sprawy nie były wcale łatwiejsze. W przytułku każdy miał przykrą historię, która nawiedzała go we śnie. A ja wcale nie ułatwiłam sobie życia, kiedy nieomal zmiażdżyłam nos innej podopiecznej, gdy ta próbowała mnie objąć. Mimo dwugodzinnego wykładu, którego musiałam wysłuchać od Rai, to zdarzenie trwale obwieściło moją niechęć do dotyku.

Z jakiegoś niepojętego powodu Sefy i Mareka to nie odstraszyło. Sefa czuła się jednak urażona z powodu swojego nosa.

Starannie odwiesiłam płaszcz w szafie i przesunęłam kciukiem po kołnierzu podziurawionym przez mole. Nie przetrwałby kolejnej zimy, ale myśl o wyrzuceniu go ścisnęła mnie za gardło. Tacy jak ja nie mogli sobie pozwolić na zbyt wiele emocjonalnych przywiązań. W każdej chwili ktoś mógłby wymierzyć we mnie miecz, a okrzyk "Jasadka" zakończyłby wymyśloną tożsamość i życie, które wokół niej zbudowałam. Odeszłam od płaszcza, zaciskając palce w pięść. Niezwłocznie wyrwałam korzenie smutku, nim zdążył się rozrosnąć. Zwykła sierota z Mahairu mogłaby czuć się przywiązana do tego znoszonego okrycia, pierwszej rzeczy, którą kiedykolwiek kupiła za własną, ciężko zarobioną monetę.

Uciekinierka ze spalonego królestwa nie mogła.

Odwróciłam dłonie wnętrzem do góry, sprawdzając srebrne obręcze wokół nadgarstków. Choć były niewidzialne dla każdego poza mną, minęło sporo czasu, zanim paranoja zelżała, gdy czyjeś przypadkowe spojrzenie zatrzymywało się w tym miejscu. Podczas ruchu pracowały jak druga skóra. Jedynie uwięziona we mnie moc mogła je poruszyć, a one zaczęłyby się zaciskać wedle własnego kaprysu.

Magia naznaczyła mnie jako Jasadkę. To z jej powodu Nizahl wytyczał granice w lasach i wysyłał żołnierzy, by przeczesywali inne królestwa. Przez większość życia nienawidziłam swoich obręczy. Czy to sprawiedliwe, że Jasadczyków skazywano za ich magię, a ja nie mogłam nawet skorzystać z mocy, która mnie zgubiła? Była uwięziona za tymi obręczami od dzieciństwa. Przypuszczam, że dziadkowie nie przewidzieli, że umrą, a one zostaną na mnie na zawsze.

Ukryłam podarek Rory'ego w szafie, pod fałdami najdłuższej sukni. Dziewczęta rzadko dopuszczały się kradzieży, by nie narażać się na gniew Rai, lecz ciężka zima mogła zmienić w złodzieja każdego. Pogładziłam jedną z rękawiczek i zrobiło mi się ciepło na sercu. Ile Rory na nie wydał, choć przecież wiedział, że będę miała mało okazji, by je nosić?

- Chcieliśmy ci coś pokazać - oznajmił Marek.

Jego głos przywrócił mnie do rzeczywistości. Zatrzasnęłam drzwi szafy, krzywiąc się do siebie. Jakie znaczenie miało to, ile Rory wydał? Wszystko, czego nie potrzebowałam do przetrwania, zostanie porzucone albo sprzedane, i z tymi rękawiczkami będzie tak samo.

Sefa wstała, strzepując z kolan luźne nitki. Prychnęła na mój wyraz twarzy.

- Na skażony grobowiec Roviala, spójrz tylko na nią, Marek. Można by pomyśleć, że planowaliśmy pogrzebać ją w lesie.

Marek zmarszczył brwi.

- A nie planowaliśmy?

- Oboje macie zakaz wstępu do mojego pokoju. Po wsze czasy.

Podążyłam za nimi na zewnątrz. Minęliśmy rząd trzepoczących sznurów z praniem i marny ogródek ziołowy. Przytułek Rai, wzniesiony na szczycie trawiastego zbocza, górował nad całą wioską, aż po główną drogę. Większość domów w Mahairze była ciasno stłoczona jeden na drugim, tworząc przysadziste, trzypiętrowe budynki z kruszącymi się ścianami i pęknięciami w glinie. Wieśniacy hodowali drób na dachach, dbając o stały zapas kur i królików, które pozwalały im przetrwać comiesięczne niedobory jedzenia. Po polach stykających się z lasami błąkało się bydło, otoczone ogrodzeniem i długim na mile murem okalającym wioskę.

Za nim rozciągał się spowity w mroku bezmiar lasów Essam. Blask księżyca znikał nad drzewami ciągnącymi się aż po czarny horyzont.

Idący przede mną Marek i Sefa odwrócili wzrok od drzew. Przybyli do Mahairu, kiedy mieli szesnaście lat - dwa lata wcześniej niż ja. Nie umiałam stwierdzić, czy po prostu przejęli osobliwe zwyczaje tego miejsca, czy też były one powszechniejsze, niż sądziłam.

Dzień po tym, jak wyłoniłam się z Essam, całą noc spędziłam na wzgórzu i wpatrywałam w miejsce, w którym latarnie Mahairu znikały w otchłani lasu. Ucieczka z lasu niemal mnie zabiła. Chciałam się upewnić, że ta wioska i dach nad głową nie są okrutnym snem. Że gdy zamknę oczy, nie otworzę ich ponownie pośród szumiących gałęzi pod niebem pozbawionym gwiazd...

Raya wybiegła wtedy z przytułku w koszuli nocnej i zaciągnęła mnie do środka, gdzie musiałam słuchać, jak łaje mnie za wpatrywanie się w Essam i ryzyko zaproszenia psotnych duchów z ciemności. Jak gdyby sama moja uwaga mogła powołać je do istnienia.

Spędziłam w tych lasach pięć lat. Nie bałam się ich ciemności. Nie ufałam za to wszystkiemu poza Essam.

- Patrzcie! - oznajmiła Sefa, wskazując ręką w stronę plątaniny roślin.

Zatrzymaliśmy się za przytułkiem, gdzie nielegalnie wkopałam figowiec kupiony od lukubskiego handlarza. Nie byłam pewna, dlaczego to zrobiłam. Pielęgnowanie rośliny, która przypominała mi Jasad, coś mocno zakorzenionego, czego nie mogłam zabrać ze sobą w razie nagłego wypadku - to było żenujące. Kolejna oznaka słabości, na którą sobie pozwoliłam.

Liście mojego figowca smętnie opadały. Sprawdziłam ziemię. Czy kpili z mojej techniki sadzenia?

- Nie podoba jej się. Mówiłem ci, że powinniśmy kupić jej nowy płaszcz - westchnął Marek.

- Za czyje pieniądze? Od kiedy jesteś bogaty? - Sefa przyjrzała mi się uważnie. - Nie podoba ci się?

Zmrużyłam oczy na roślinę. Czy podlewali ją, kiedy mnie nie było? Co miało mi się podobać? Twarz Sefy posmutniała, więc pośpiesznie powiedziałam:

- Jestem zachwycona! Jest, eee, cudowna, naprawdę. Dziękuję.

- Och. Nie widzisz tego, prawda? - Marek zaczął się śmiać. - Sefa zapomniała, że jest rozmiaru naparstka, i ukryła to przed tobą.

- Mam najzupełniej standardowy wzrost! Nie można mnie winić za to, że zaprzyjaźniłam się z kobietą dość wysoką, że mogłaby połaskotać księżyc - zaprotestowała Sefa.

Przykucnęłam przy roślinie. Zauważyłam wciśnięty za zasłonę żółknących liści pleciony słomiany koszyk, w którym znajdował się tuzin sezamków. Uwielbiałam te kruche, łamiące zęby kwadraciki. Zawsze wypatrywałam ich na targu, jeśli zdołałam odłożyć dość, by pozwolić sobie na ich kupno.

- Użyli dobrego miodu, nie tego o kredowym posmaku - dodał Marek.

- Wszystkiego najlepszego, Sylvio - powiedziała Sefa. - Z uprzejmości powstrzymam się od przytulenia cię.

Najpierw Rory, a teraz to? Odchrząknęłam. W wiosce pustych żołądków i nieobradzających pól każda dobroć miała swoją cenę.

- Chcieliście tylko zobaczyć, jak uśmiecham się z sezamem między zębami.

Marek prychnął.

- Ach tak, nasz wielki spisek został ujawniony. Chcieliśmy zepsuć twój uśmiech, który pojawia się raz na piętnaście lat.

Klepnęłam go w potylicę. Był to jeden z niewielu przejawów kontaktu fizycznego, jaki mogłam znieść, ale wyrażał moją wdzięczność.

Wróciliśmy do przytułku i rozsiedliśmy się wokół wygasłego paleniska. Marek grzebał w popiele w poszukiwaniu ocalałych nasion. Sefa położyła się na ziemi, opierając stopy na nodze chłopaka.

- Arin czy Felix?

Opadłam na łóżko i rozpoczęłam żmudne zadanie uwalniania loków z poplątanego warkocza. Cukierki z ziarnami sezamu spoczywały bezpiecznie w mojej szafie. Te podarunki pojawiły się w najlepszym możliwym momencie. Gdy tylko Sefa i Marek zasną, zbiorę to, czego potrzebowałam na drogę powrotną do lasu.

- To imiona Dziedziców Nizahlu i Omalu.

- Sylvia - rzuciła proszącym tonem Sefa, ciskając nasionem w moje czoło. - Zostałaś wybrana, by uczestniczyć w Balu Zwycięzców u boku Dziedzica. Arin czy Felix?

Marek jęknął, zasłaniając oczy łokciem. Sadza rozmazała się w kącikach jego ust. Żadne z nas nie rozumiało, dlaczego Sefa tak uwielbia wymyślać intrygi odległych dworów. Twierdziła, że podoba jej się atmosfera romansu, nawet jeśli sama w niego nie wierzyła. Poświęciła się przygodzie w młodym wieku, gdy pojęła, że kaprysy żądzy i miłości nie mają nad nią władzy.

Westchnęłam, poddając się jej grze. Felix z Omalu nie rozpoznałby ciężkiego dnia pracy, nawet gdyby klęczał u jego wypucowanych bucików. Słuchałam jego przemowy po szczególnie bezlitosnych zbiorach. Przywiózł swoje ręcznie przędzione szaty i pozłacane powozy, a zostawił po sobie słowa równie puste jak przestrzeń między jego uszami. Co gorsza, dawał żołnierzom Nizahlu wolną rękę, rezerwując swój opór przed intruzami dla wyższych klas omalskiego społeczeństwa.

- Felix jest niekompetentny, tchórzliwy i sądzi, że niższe wioski są pełne brutali - prychnął Marek, powtarzając moją niewypowiedzianą opinię. - Wahałbym się, czy powierzyć mu zagotowanie wody. Pozostali Dziedzice są przynajmniej sprytni, choć nadal równie nikczemni.

Przy słowie "nikczemni" moje myśli pomknęły do Arina z Nizahlu, jedynego syna Najwyższego Rawaina.

Srebrnowłosy, bezwzględny, Dziedzic i Dowódca niezrównanych wojsk Nizahlu. Szkolił żołnierzy dwa razy starszych od siebie, odkąd miał trzynaście lat. Zawsze uważałam, że krwiożerczość Najwyższego Rawaina nie ma sobie równych, skoro to nie jego dobre serce odpowiadało za wymordowanie mojej rodziny, spalenie Jasadu do gołej ziemi i wygnanie wszystkich ocalałych do kryjówek. Ale jeśli plotki o Dziedzicu były prawdziwe, mogłam się tylko cieszyć, że podczas oblężenia Arin był ledwie nastolatkiem. Gdyby to on prowadził marsz, wątpię, by pozostał choć jeden żywy Jasadczyk.

Nieustanna obecność żołnierzy Nizahlu była powszechna we wszystkich czterech królestwach - nieuleczalny objaw ich militarnej przewagi. Widok Dziedzica poza jego własnymi ziemiami zwiastował jednak zgubę: oznaczał, że odkryto skupisko Jasadczyków albo magię o wielkiej potędze. Z trudem powstrzymałam dreszcz. Gdyby Arin z Nizahlu kiedykolwiek znalazł się choćby o dzień jazdy konnej od Mahairu, zniknęłabym szybciej niż trunek na pogrzebie.

- Sylvia? - odezwał się Marek.

Mieli z Sefą na twarzach znajomy wyraz troski. Pojedyncze czarne pasmo włosów opadło mi na kolana, kiedy rozplatałam warkocz. Zwinęłam je i wrzuciłam kłąb do ognia, a potem patrzyłam, jak zmienia się w popiół.

- Przepraszam - odparłam. - Zapomniałam, jakie było pytanie.

Jak zawsze myśl o Nizahlu wbiła w mój brzuch szpony nienawiści. Nie byłam już zdolna posyłać magii w powietrze w porywach emocji. Została mi tylko fantazja. Wyobraziłam sobie, że spotykam Najwyższego Rawaina w królestwie, które spustoszył. Wbiłabym należące do niego berło w miękką część jego brzucha i patrzyła, jak okrucieństwo odpływa z błękitnych oczu. Posadziłabym go na stopniach upadłego pałacu, by duchy zmarłych Jasadczyków mogły się nim pożywić.

- Ach tak, Dziedzic. - Urwałam. - Sorn.

- Dziedzic Orbanu? - Sefa uniosła brwi. - Twoje upodobania skłaniają się w stronę brutali? Czyżbyś pragnęła niebezpieczeństwa?

Puściłam do niej oczko.

- Jakie niebezpieczeństwo stanowi brutal?

ROZDZIAŁ DRUGI

Długo po tym, jak porządni ludzie zdążyli już zasnąć, wymknęłam się z twierdzy.

Obejmując kosz oburącz, pędziłam w dół wzgórza. Kaptur wisiał mi nisko nad czołem. Luźne loki zebrały się u nasady szyi, chroniąc przed wiatrem. Nie znosiłam opuszczać przytułku bez włosów zaplecionych w warkocz. Kurtyna loków była doskonałą bronią dla wroga pragnącego złapać mnie jak bydło za obręcz. Niespodziewana wizyta Mareka i Sefy przyspieszyła moje plany.

Nad Mahairem zapadła noc, a gęsta mgła wisiała nad zamkniętymi okiennicami sklepów. Za trzy godziny Yuli zbudzi chłopców śpiących w stodole, by uprzątnęli teren i wypuścili krowy na karmienie. Dzieci ustawią się w kolejce przed piekarnią, z drewnianymi tacami opartymi na ramionach, by zanieść śniadanie rodzinom. Mahair, jak reszta Omalu, rozkwitał za dnia.

Zatrzymałam się u stóp wzgórza i omiotłam wzrokiem ścieżkę. Mieszkaliśmy tuż za drogą włóczęgów, lecz oni dobrze wiedzieli, że lepiej mnie nie niepokoić. Prawdziwy problem stanowili żołnierze. Nie mogłam ryzykować, że znów wpadnę na patrol. Zmieniali warty tylko dwa razy: o świcie i o zmierzchu.

Upewniwszy się, że droga jest pusta, podniosłam kosz i ruszyłam dalej. Koła wozu wyżłobiły ogromne koleiny. Szłam ich śladem, ukrywając własne odciski w spulchnionej ziemi. Głupi środek ostrożności, zważywszy na sztywny rytm snu Mahairu. Bardzo niewiele domów czy zakładów zawracało sobie głowę inwestowaniem w zewnętrzne latarnie, a jeśli już to robiły, używały takich w kształcie muszli, wypełnionych zaledwie odrobiną oliwy, co pozwalało rozświetlić najbliższe otoczenie. Jedyna latarnia na całej tej drodze wisiała na balkonie sześć budynków dalej.

To, co pamiętałam z dzieciństwa w Jasadzie, nie wypełniłoby kieszeni biedaka, jednak wiedziałam, że byliśmy ludem nocy. Tak jak w Omalu nie było dwóch jednakowych wiosek, tak każdy wilayah 3 w Jasadzie wykazywał nieco odmienne zwyczaje. Wieczorami córki zamożnych rodzin porzucały swoje odświętne stroje na rzecz prostych ubrań i goniły jedna drugą przez wiele mil. Mężczyźni zbierali się przy herbacie i grach stołowych, a ich śmiech i dobroduszne okrzyki niosły się po ulicy. I w każdym wilayahu magia wypełniała powietrze. Ożywiała niebo, pulsowała w ziemi. Urodziłam się w miejscu, w którym magia oznaczała radość. Świętowanie i bezpieczeństwo.

Pogrążona w myślach przeszłam przez ulicę. Spod koca, którym nakryłam kosz, wypadła opuncja.

- Niech to krwawy topór Danii - zaklęłam, zgarniając mściwy owoc rąbkiem tuniki.

Sezamki zwiększyły objętość zapasów awaryjnych na ten tydzień. Po co w ogóle włożyłam je do kosza? Zupełnie jakby miała mnie najść ochota na słodycze, jeśli będę musiała uciekać z Mahairu. Wyobraziłam sobie, jak pozwalam sobie na mały smakołyk, ukrywając się w jarze pełnym prochów umarłych.

Rozpadający się mur z błotno-słomianych cegieł oddzielał Mahair od lasu. Ostrożnie przesunęłam dłonią wzdłuż kamienia węgielnego. Pod wpływem nacisku buchały z niego obłoki pyłu. Niech Awaleeni będą przeklęci, czasem nienawidziłam tej wioski.

Mur był reliktem przeszłości. Czasów, kiedy między granicami królestw grasowały bestie żywiące się śladami magii rozsianymi po lesie. Straszliwe stworzenia z rogami dłuższymi niż moje ramię i ogonami niczym wypolerowany miecz. I bardziej zmyślne istoty, o ślicznych twarzach, przyzywające uroczo gestem, wabiące w stronę krwawego końca. Magia przenikała Essam przez większą część jego istnienia, a tam, gdzie osiadała, rodziły się potwory.

Mur z trudem by je powstrzymał, gdyby zechciały wejść do wioski, ale przypuszczam, że jego obecność dawała Mahairowi pewną dozę spokoju. Starłam pył pokrywający słowa wyryte w wapieniu:

Obyśmy wiedli życia, których odmówiono naszym przodkom.

Moja babka mawiała, że potwory wymierały już trzydzieści trzy lata temu, kiedy Nizahl rzucił się na lasy potężnymi, miażdżącymi falami. Oblężenie było długie i śmiercionośne. Bestie uciekły do wiosek na skrajach lasów i wyżynały wszystkich w pień.

Przywarłam blisko do muru i ruszyłam dalej. Wytrzebienie potworów nie było pierwszą częścią kampanii Nizahlu przeciwko magii, lecz z pewnością najskuteczniejszą. W oczach innych królestw grzebali swoich zmarłych nie wskutek źle zaplanowanego oblężenia poprzedniego Najwyższego, lecz przez moc. Magia tworzyła potwory, a one zabijały wszystkich bez wyjątku

Był to pierwszy prawdziwy cios wymierzony w reputację Jasadu.

Oderwałam się od muru, by przecisnąć się obok stosów słomy blokujących ścieżkę. Dzieci potrafiły uciekać się do sprytnych manewrów, by dostać się do Essam, więc wokół wioski wzniesiono przypadkowe blokady, aby zatrzymać je w środku.

Osioł leniwie strzepnął muchę z ucha i na mój widok rozszerzył ogromne nozdrza. Nareszcie! Odetchnęłam, gdy dostrzegłam szczelinę w rzędach cegieł. Wolałam korzystać z muru za drogą włóczęgów, lecz spotkanie z żołnierzem Nizahlu wytrąciło mnie z równowagi. O tej godzinie trudniej było zgubić patrol niż pozbyć się pcheł z psa. Mój kosz ledwo mieścił się w otworze, jednak ta droga gwarantowała mi bezpieczne przedostanie się do lasu bez konieczności skorzystania z głównego szlaku.

Osioł zaryczał, zirytowany moją przedłużającą się obecnością. Serce podeszło mi do gardła i pośpiesznie przepchnęłam kosz przez szczelinę. W każdej chwili ktoś mógł wyjrzeć na zewnątrz, by sprawdzić, czy nie ma intruzów, i nakryć mnie skradającą się po jego terenie.

To wymówka, którą dałam sobie, kiedy niemal wyrwałam własne ramię, by przecisnąć się przez dziurę. Nie miało to nic wspólnego ze starym przesądem Jasadczyków, mówiącym, że osły ryczą na widok złych duchów. Absolutnie nie.

Chwyciłam kosz i ruszyłam dalej w las. Omijałam gałązki i kałuże błota, ledwie unikając zderzenia z drzewem. Nie znosiłam comiesięcznych wypraw do jaru, obładowana jedzeniem, które uznałam za najmniej podatne na zepsucie w wilgotnym poszyciu. Zwłaszcza zimą, kiedy wiatr mścił się na moim cienkim płaszczu.

Dotarłam do rzędu drzew oznaczonych krukiem Nizahlu. Przekraczanie tej linii bez wyraźnego pozwolenia było wbrew zasadom. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaryzykowałby jej przejścia i dania znudzonym oraz żądnym krwi żołnierzom pretekstu, by go zgładzić.

Kruk wpatrywał się we mnie. Poczułam ścisk w żołądku. Nagle dotkliwie uświadomiłam sobie panującą tu ciszę. Nieprzeniknioną ciemność.

Gdybym nie spędziła pięciu lat w tych lasach, mogłabym zawrócić i pobiec prosto do Mahairu.

- Myślisz, że jesteś najbardziej przerażającym stworzeniem w tym miejscu, ale to nieprawda - powiedziałam do kruka. - Ja nim jestem.

Zaciskając dłonie na koszu, przekroczyłam linię drzew oznaczonych przez Nizahl i szłam dalej. Ta wyprawa - i moje wtargnięcie do lasu - były konieczne. Żyłam wbrew woli tych, którzy chcieliby zobaczyć mnie martwą z powodu magii płynącej w moich żyłach. Nieważne, że były one jedynym miejscem, w którym istniała. Obręcze oznaczały, że nie mogłam rozgnieść swoimi mocami nawet komara, a co dopiero użyć ich do obrony.

Spojrzałam na nadgarstki. Obręcze arogancko lśniły srebrem.

Kiedy ominęłam kępkę mokrego mchu, moja stopa nie znalazła oparcia. Krzyk wezbrał mi w gardle i zamarł na ustach, gdy ziemia się zapadła.

- Fuj. - Wyciągnęłam z błota ociekający sandał.

Do jaru wciąż pozostawały trzy mile. Wzdychając, przełożyłam kosz na drugie ramię. Musiałam się pośpieszyć, jeśli chciałam wrócić, zanim Raya przeprowadzi poranną rewizję łóżek.

Im głębiej wchodziłam w las, tym bardziej moje mięśnie zaczynały się rozluźniać. Zmarszczki na czole i zaciśnięte usta złagodniały. Te lasy... znały mnie, tak jak ja znałam je. Gałęzie nad głową zdawały się machać na powitanie. Banda białych jaszczurek przemknęła mi po stopie i pniu drzewa. We mgle unosiła się słaba woń zgnilizny, podkreślona cieplejszymi nutami drewna i rosy.

Nuciłam skoczną melodię z Lukubu, którą podsłuchałam w dukanie 4, i przeglądałam w myślach zadania na następny dzień. Przygotowania do waleemy sprawiły, że w Mahairze zapanował chaos. Świętowanie Alcalahu nie było błahostką. Zadrżałam, myśląc o napływie obcych, którzy zalali wioskę podczas ostatniej waleemy trzy lata temu. Tylko opanowanie powstrzymało mnie wtedy przed zaszyciem się w lesie aż do jej końca.

Poczułam plusk na kostce, gdy sezamek wypadł z kosza i wylądował w kałuży. Na kręcone rogi Kapastry, te cukierki to istne przekleństwo. Pochyliłam się, marszcząc nos od zapachu odchodów i deszczu. Może ten jeden zostawię muchom.

Wyprostowałam się, sięgnęłam po kosz - i stanęłam twarzą w twarz z żołnierzem Nizahlu z ulicy Zeinab.

Serce mi zwolniło. Każde uderzenie grzmiało w uszach.

- Sylvia, praktykantka chemika Rory'ego, uzdrowicielka biednej, starej Ayi. Zgadza się?

Na ułamek sekundy, gdy bezpieczeństwo lasu i groza odkrycia zderzyły się ze sobą, pomyślałam: Kim jest Sylvia?

Na jego ustach igrał uśmieszek. Czekał, aż skłamię. Mój wygląd nie wystarczał, by uznać mnie za Jasadkę. Potrzebował czegoś więcej, a ja przeczołgałam się przez dziurę w murze i mu to dałam. Teraz chciał usłyszeć nieporadną wymówkę co do tego, dlaczego w środku nocy zapuściłam się poza drzewa oznaczone krukiem, z koszem jedzenia pod ręką.

Gdy już powzięłam postanowienie, poczułam ulgę. Strach ustąpił. Dawno nie zabiłam w tych lasach niczego większego od żaby.

Wyprostowałam się i stanęłam z żołnierzem oko w oko.

- A więc nie tchórz.

Zamrugał.

- Co powiedziałaś?

Przybrałam lekki, konwersacyjny ton.

- Nie byłam pewna. Jedyną przyzwoitą rzeczą, jaką mogę powiedzieć o ludziach twojego pokroju, jest to, że umieracie młodo. A jednak stoisz tu, z wiekiem zapisanym w zmarszczkach na skórze. Byłeś więc albo zbyt tchórzliwy, albo zbyt sprytny. - Mówiąc to, rozwiązałam zapięcie płaszcza. Złożyłam go starannie i położyłam na koszu. - Obserwowałeś mnie. Szedłeś za mną dość daleko, by nikt nie usłyszał mojego krzyku.

Żołnierz Nizahlu pozostał niewzruszony.

- Nawet gdyby mogli usłyszeć twój krzyk, nie przyszliby ci z pomocą. Nikogo nie obchodzą skomlenia jasadzkiego ścierwa.

Zamknęłam na chwilę oczy. Tymi dwoma słowami żołnierz przekreślił wszelką szansę na to, że opuści te lasy żywy. Udawanie niewinności nie miało już znaczenia. Gdy tylko padało oskarżenie o bycie Jasadczykiem, jedynie nizahlski sąd mógł od niego uwolnić. Ten żołnierz wsadziłby mnie na tył wozu i zaciągnął do swojego królestwa. Nie potrzebowałam ani jednego palca, by policzyć Jasadczyków, którzy przetrwali proces. Przez te wszystkie lata nauczyłam się, że większość nie przeżywała nawet podróży. Zatrzymani ginęli w "nieszczęśliwych wypadkach" albo w odwecie za "niesprowokowane ataki".

Dłoń żołnierza ani na moment nie zsunęła się z rękojeści ostrza.

- Nawet nie spróbujesz zaprzeczyć?

Przesunęłam stopy. Nieznacznie, tylko po to, by upewnić się, że chłodna rękojeść sztyletu wciąż przylega do mojej kostki.

- A miałoby to znaczenie?

Uwolnił miecz z zapięcia i wycelował go w moją pierś.

- Poddaj się dobrowolnie, a staniesz przed uczciwym i sprawiedliwym sądem Jego Mądrości, Najwyższego Rawaina.

- Czyżby? - Roześmiałam się. - Zaledwie dwa miesiące temu orbański kupiec, nielegalnie handlujący częściami ciał Jasadczyków, został postawiony przed uczciwymi i sprawiedliwymi sądami waszego Najwyższego. Przyznał się do kruszenia i sprzedawania ich kości tym, którzy pragnęli spożywać magię w śladowych ilościach. Jego klienci, obdarzeni rozumem koziej pchły, wierzyli, że te szczątki mają zbawienny wpływ na zdrowie. Wasz szanowany trybunał wypuścił kupca z ostrzeżeniem i serdecznym śmiechem. Pomagał ludziom jeść Jasadczyków i odszedł wolny.

Twarz żołnierza nawet nie drgnęła. Oczywiście, że nie. Słyszał tylko kolejne skomlenie jasadzkiego ścierwa.

Rozciągnęłam mięśnie szyi.

- Przedstaw się, żołnierzu. Chciałabym wiedzieć, jakie imię wyryć na twoim nagrobku.

- To ostatnie ostrzeżenie. Poddaj się. A jeśli spróbujesz użyć wobec mnie swojej magii, wiedz, że skończy się to usankcjonowaną egzekucją.

- A zatem niech będzie "nizahlski idiota".

Rzucił się na mnie, zataczając potężny łuk szerokim końcem miecza. Imponujące. Gdyby trafił, natychmiast odciąłby mi głowę.

Dawno nie walczyłam, by zabić, lecz instynkty we mnie pozostały. Przetoczyłam się w jego stronę, chwyciłam go za rękę, w której dzierżył miecz, i trzasnęłam nią o swoje kolano. Palce drgnęły mu spazmatycznie. Nim zdążył upuścić oręż, poczułam cios w brzuch i poleciałam na bok. Oparłam się o drzewo i zakaszlałam. Grobowce by to pochłonęły, nie zamierzał mi nic ułatwić.

Nie miałam czasu, by dojść do siebie. Miecz świsnął zaledwie kilka cali od mojego ucha, niemal rozcinając mi ramię. Uskoczyłam w ostatniej sekundzie, a broń wbiła się w korę. Wydobyłam sztylet z cholewy buta, podczas gdy on wyszarpywał oręż z drzewa.

Rzuciliśmy się do ataku jednocześnie.

Poruszałam się z szybkością mściwej osy, unikając śmiercionośnych zamachów. Za każdym razem, gdy udawało mi się zbliżyć, on mi się wymykał. Co za irytujący taniec. Za blisko, by rzucić sztyletem, za daleko, by wbić ostrze. Miecz zahaczył o krawędź mojej tuniki, a dźwięk rozdzierającego się rękawa przebił się przez nasze ciężkie oddechy.

- Dlaczego nie używasz magii? - warknął. - Wasz gatunek ma jedną przewagę, a ty ją marnujesz. Nie uznam cię za cnotliwą tylko dlatego, że się powstrzymujesz.

- Spokojnie, z radością użyłabym magii, żeby obedrzeć cię ze skóry i ugotować ci oczy. Cnota. Ha! Mam wiele słabości, ale cnota do nich nie należy.

Zacisnął obie dłonie na rękojeści miecza i wykonał zamach. Rzuciłam się w bok i wylądowałam na jednym kolanie. Zanim zdążyłam wstać, ostrze znalazło się przy moim gardle. Strażnik chwycił garść moich włosów, szarpiąc dość mocno, by łzy stanęły mi w oczach. Gorący oddech owiał mój policzek.

- Jak długo żyłaś w tej obrzydliwej małej wiosce, zwodząc wszystkich, by wierzyli, że jesteś zwykłą praktykantką? Zobaczyłem plugawe piętno twojej magii. To, że wasz rodzaj nadal istnieje, jest dowodem na to, jak podstępnie przeniknęliście do społeczeństwa. Jasadczycy są zgnilizną w naszych szeregach.

Moje obręcze zacisnęły się mocniej. Czasem reagowały na pewne zniewagi albo emocje. Było to zbyt przypadkowe i zmienne, bym zdołała odgadnąć wzór. Ale to tylko przypominało mi, że moja magia istniała, muskała mnie od środka, lecz pozostawała niemożliwa do dosięgnięcia.

Gdybym miała wybór, by sięgnąć do własnego ciała i ją wyrwać, nie siedziałabym tutaj, przełykając ślinę mimo ostrza przy szyi.

- W takim razie radzę ci się bardziej postarać - powiedziałam i wbiłam zęby w dłoń trzymającą miecz.

- Aaa! - Odepchnął mnie od siebie, a ja poderwałam się na nogi.

Z jego pięści zwisały pasma moich włosów.

Wbiłam spojrzenie w niebo. Za dwie godziny świt rozjaśni horyzont. Mahair zacznie nowy dzień i przybędzie inna para żołnierzy Nizahlu, by zmienić nocny patrol. Kiedy ten żołnierz się nie zjawi, zamieszanie w wiosce będzie kwestią minut.

Nie jestem gotowa odejść. Zdradziecka myśl wypełniła moje gardło popiołem. Gromadziłam jedzenie w cuchnącym jarze po to, by przygotować się na sytuację taką jak ta. Wahanie było luksusem, któremu rzadko ulegałam. Mahair nie miał być czymś na stałe. Pięć lat temu uciekłam z tych lasów z krwią na rękach i jednym wyraźnym celem: nigdy więcej nie dać się uwięzić.

Ale to nie ten żołnierz wypędzi mnie z wioski.

Nie przypadnie mu ten zaszczyt.

Kopnęłam mocno i szybko, trafiając w zgięcie jego ramienia. Zawył, gdy mój but uderzył w kość. Miecz upadł. Silnym ciosem próbował uderzyć mnie w skroń, lecz zawczasu obróciłam głowę. Rzuciłam się naprzód i wbiłam sztylet głęboko w dolną część jego brzucha. Kąt okazał się tragiczny. Szybko szarpnęłam ostrzem przez skórę i stawiające opór mięśnie, rozcinając go od biodra do biodra. Gdyby rana na brzuchu była mniejsza, wiłby się w agonii przez wiele godzin, a tortury nie sprawiały mi przyjemności.

Zachwiał się z krzykiem pieniącym się krwią na ustach. Przysunął ręce do strumienia czerwieni płynącego z rany, po czym osunął się na kolana.

- Bądź wdzięczny, że po śmierci nikt nie spróbuje sprzedać twoich kości na pożywny rosół. - Skrzywiłam się na widok zakrwawionego sztyletu. Dawno nie zaznał tyle entuzjazmu.

- Z... znajdą moje... ciało. - Splunął krwią na mój but. - Nie... uciekniesz przed sądem.

Suche oczy zapiekły, kiedy je zamknęłam. Nawet w agonii ten żołnierz uważał się za moralnie lepszego ode mnie. Bo nie miał magii? Bo urodził się w nizahlskim domu, a ja w jasadzkim?

Gdyby tylko znał prawdę. Gdyby tylko był zdolny w nią uwierzyć.

- Ilu innych... z-zabiłaś? Ilu? - zachrypiał.

Sekret napierał na wewnętrzną stronę moich zębów, rwąc się do ataku.

Wytarłam sztylet kawałkiem rękawa, który rozerwał i wsunęłam oba do buta.

- Nie tak wielu, jak się spodziewasz. Myślisz, że lękam się sądu Nizahlu? - Zrobiłam krok w jego stronę, odtrącając słabe próby powstrzymania mnie. Moje dłonie spoczęły po obu stronach jego twarzy. - Żołnierze nie mogą zabrać mnie do waszego królestwa i postawić przed sądem, ponieważ nie istnieję. Według waszych podręczników historii umarłam prawie jedenaście lat temu. Spłonęłam żywcem u boku moich dziadków i tuzina innych. Sądzę, że moja korona została zabrana, żeby prezentowała się na pomniku wojennym. Powiedz mi, jak zmarli mogą stanąć przed sądem żywych?

Patrzył na mnie przez sekundę bez zrozumienia, nim reszta krwi odpłynęła z jego twarzy.

- Niemożliwe. Kłamiesz.

- Często. - Uśmiechnęłam się bez cienia wesołości.

- Dziedziczka Jasadu zginęła podczas Krwawego Szczytu. Wszyscy widzieli, jak płomienie zabrały ją oraz Malika 5 i Malikę 6. Nie możesz nią być. Ona spłonęła.

- Masz rację, żołnierzu - powiedziałam. - Dziedziczka Jasadu rzeczywiście spłonęła podczas Krwawego Szczytu. Była lepszym człowiekiem. Wierzyła w takie pojęcia jak honor i cnota. Próbowałaby ocalić swój lud. Chronić go przed takimi jak ty, nawet gdyby oznaczało to jej zgubę. Ale wasz Najwyższy ją zabił. - Przesunęłam palcem po jego policzku. - A Sylvia ją zastąpiła. Ja nie uzdrawiam. Nikomu nie przewodzę.

Zacisnęłam dłonie i mocno szarpnęłam. Trzask karku żołnierza odbił się echem w cichym lesie.

- I w przeciwieństwie do niej pozostanie przy życiu idzie mi świetnie.

Runął naprzód, a jego ciało uderzyło o ziemię głuchym łomotem.

Stałam nad nim, dopóki mój oddech się nie uspokoił. Był martwy. Nie wyda mnie. Zabiłam go.

Na skażony grobowiec Roviala, zabiłam żołnierza Nizahlu.

Spojrzałam w niebo i omal nie krzyknęłam. Miałam najwyżej półtorej godziny, zanim stracę osłonę ciemności.

Wiatr przewiał suche liście na nieruchome plecy żołnierza. Brakowało mi właściwych narzędzi i czasu, by wykopać grób, a nie mogłam go tu zostawić - żołnierze Nizahlu przeczesaliby każdą niższą wioskę w Omalu w poszukiwaniu zabójcy. Nawet jar, dobrze ukryty, byłby zagrożony. Przychodził mi do głowy tylko jeden sposób, by powstrzymać ich przed zaatakowaniem nas niczym rój śmierci.

Chwyciłam żołnierza za ramię i przewróciłam go na plecy.

- Wczoraj wieczorem przesadziłeś z piwem. Zapuściłeś się za daleko w las i natrafiłeś na rzekę. Wszyscy wiedzą, że jej brzegi wymagają ostrożności, a tobie jej zabrakło. Wystarczy jeden fałszywy krok. Znaleziono cię dryfującego z nurtem, zapewne przy południowych nasypach, z ciałem potrzaskanym przez głazy tkwiące pod wodą.

Nie był to najgorszy plan, ale też nienajlepszy. Kucnęłam i zacisnęłam usta. Potrzebowałam czasu, by ukryć jego rany i zawlec ciało do rzeki. Od najbliższego brzegu dzieliły nas co najmniej dwie mile. Nawet jeśli jakimś sposobem zdołałabym skończyć układać go na skałach przed zmianą warty żołnierzy, nie wróciłabym do Mahairu na czas. Złapaliby mnie za linią kruczych drzew i wrzucili na tył najbliższego wozu jadącego do Nizahlu.

Żołądek mi się ścisnął. Nie mogłam zrobić tego sama. Potrzebowałam pomocy.

Zarzuciłam płaszcz na ramiona, podniosłam kosz i rzuciłam ostatnie spojrzenie na ciało.

- Wrócę.

Potem puściłam się biegiem. Pędziłam szybciej niż ponad pięci lat temu. Żyłam w tych lasach, owszem, ale nie byłam sama. Mieszkałam z kobietą, która ocaliła mnie po Krwawym Szczycie i wyszkoliła, bym przetrwała. Qayida, która niegdyś prowadziła armię Jasadczyków w niezliczonych bitwach, zanim została wygnana. Hanim dodałaby tuzin nowych blizn na moich plecach, gdyby wiedziała, jakie ryzyko podejmuję.

Lawirując między drzewami, dyszałam ciężko przez nos. Tym razem nie zaprzątałam sobie głowy omijaniem głównego szlaku, skoro tej nocy los wyraźnie postanowił napluć na moje wysiłki. Przemknęłam sprintem pod górę do przytułku i okrążyłam ogród. Proszę, proszę, oby Marek zostawił otwarte okno. Miewał kłopoty ze snem, jeśli nie czuł powiewu powietrza, ale noc była chłodna jak na tę porę roku.

Okno od haczyka dzielił cal. Nie zatrzymując się, by przetrawić ulgę, popchnęłam szybę i wspięłam się przez wąski otwór najciszej, jak mogłam. Moje buty zostawiły błotniste ślady na dywanie ze skóry dzika.

W duchu cieszyłam się, kiedy odkryłam, że rzucił upojoną Sefę na łóżko, a sam zasnął na stosie płaszczów. Próba obudzenia Sefy bez zrywania innych dziewcząt dzielących z nią pokój przyprawiłaby mnie o siwiznę. Drżącymi rękami odstawiłam kosz na bok

Ścisnęło mnie w sercu, gdy spojrzałam na śpiące postacie. Przyjaźń z tą dwójką narodziła się wbrew mojej woli. Ciężko pracowałam nad tym, by nie nawiązać żadnej więzi, której nie dałoby się zerwać w jednej chwili. Ta noc miała wszystko zmienić. Tej nocy musiałam im zaufać.

A jeśli się myliłam, stracę Mahair na zawsze.

Wyszarpnęłam poduszkę spod głowy Sefy. Jej brązowe oczy rozszerzyły się w przerażeniu i rozluźniła się dopiero, gdy rozpoznała moją twarz pod kapturem. Kopnęłam Mareka w kostkę i miałam przed sobą dwuosobową, zdezorientowaną, senną widownię.

- Jak szybko potraficie biec?

ROZDZIAŁ TRZECI

Marek i Sefa wpatrywali się w ciało żołnierza. Po zaschniętej krwi na jego brodzie biegały mrówki.

Przyjaciółka odezwała się pierwsza.

- Znakomicie władasz nożem.

- Sefa! - warknął Marek.

- Bo tak jest! Pracujesz ze zwierzętami; wiesz, jak trudno jest zrobić tak głębokie i długie cięcie w podbrzuszu. Ona zrobiła to, gdy była atakowana. To imponujące.

- A byłaś? - Marek zwrócił się do mnie. Jego złote włosy sterczały we wszystkie strony. - Atakowana, mam na myśli?

Nie zadawali pytań, kiedy wyciągnęłam ich z łóżek i zmusiłam, by pognali za mną do lasu. Nawet gdy minęliśmy linię drzew oznaczonych krukiem, ruszyli moim śladem bez chwili wahania. Byłam im winna choć część prawdy. Przynajmniej tyle, ile mogłam im wyjawić.

- Tak. Zabiłby mnie, gdybym ja nie zabiła jego. Przekroczyłam linię oznaczoną krukiem, żeby zebrać kilka składników dla Rory'ego, a on nie chciał przyjąć mojego wyjaśnienia. - Wskazałam na leżący na ziemi miecz. - Postawią mnie przed sądem, jeśli nie upozoruję jego śmierci tak, by wyglądała na przypadkowy upadek do Hirunu.

Brutalność żołnierzy Nizahlu nie wymagała wielu wyjaśnień. Każdy choć raz odczuł na własnej skórze smagnięcie ich straszliwej władzy. Przyjaciele, niebędący Jasadczykami, nie musieli wiedzieć, że oskarżył mnie o coś więcej niż zwykłe wtargnięcie. Mogliby poczuć wobec żołnierza więcej współczucia, gdyby wiedzieli, czyja ręka go powaliła.

Opisałam swój plan, świadoma wyścigu z nadchodzącym świtem. Mój instynkt buntował się przeciw temu, by przystać na ich pomoc. Jeśli popełnią błąd, zapłacę za to głową. Współpraca była jednak złem koniecznym, by przetrwać tę noc.

- Przygotowanie go nie będzie przyjemne. Jeśli wątpicie w swoją wytrzymałość, możecie poczekać za tamtymi drzewami. Potrzebuję waszej pomocy tylko przy zaniesieniu ciała do rzeki.

- To zły omen. Bardzo, bardzo zły omen. Do Alcalahu zostało tylko siedem tygodni. Czy nie ma przynosić pomyślności i szczęścia? - Sefa zdawała się zahipnotyzowana nienaturalnym wygięciem szyi żołnierza. - A jeśli to znaczy, że Awaleeni są bliżej przebudzenia ze snu?

- Nie bądź głupia. - Marek zbierał gałęzie, by rozrzucić je po ziemi wilgotnej od krwi. Godna podziwu przezorność. - Sen Awaleenów jest wieczny. Gdyby turniej tak krwawy i przypadkowy jak Alcalah mógł na nich wpłynąć, wydostaliby się z grobowców i pozabijali nas całe stulecia temu. - Rozrzucił gałęzie z większą siłą, niż było to konieczne. Wspomnienie o wydarzeniu musiało trącić starą ranę. Zastanawiałam się, czy Marek dołączył kiedyś do legionów zawodników walczących o pozycję przedstawiciela swojego królestwa. - Zastanów się, Sefo. Gdyby Alcalah albo jego czempioni mieli moc sprowadzania szczęścia, Najwyższy nazwałby to magią i zniszczył po wojnie. To, czego jesteśmy tu świadkami, jest skutkiem pychy żołnierza Nizahlu.

Sefa zadrżała. Ona i Marek w pośpiechu opuścili przytułek bez żadnej osłony przed wiatrem. Wyglądała krucho, wręcz żałośnie. Tak nie mogło być - potrzebowałam jej gotowości do działania.

Wepchnęłam jej płaszcz w ramiona.

- Tylko nie ubrudź go krwią.

Kiedy ruszyłam w stronę żołnierza, czyjaś dłoń zagrodziła mi drogę.

- Sylvio, chyba nie sądzisz, że masz dość siły, by złamać temu mężczyźnie kręgosłup. - Marek skrzyżował ramiona na piersi. - Widziałem, jak męczyłaś się z podniesieniem skrzyni jabłek.

Zakrztusiłam się śmiechem. Cóż, nie było żadnej satysfakcji w wygrywaniu gry, w której druga strona nie brała udziału.

- Widziałeś to, co chciałam ci pokazać. Sefo, proszę, znajdź tyle małych, ostrych kamieni, ile zdołasz zmieścić w kieszeniach płaszcza.

- Pozwól, że ja się tym zajmę - upierał się Marek.

Wzięłam pokrzepiający oddech i wypuściłam go nosem. Próbował pomóc, przypomniałam sobie.

- Poradzę sobie. Sama.

Przewróciwszy ciało twarzą do ziemi, chwyciłam je za ramiona i lekko uniosłam. Sefa zrobiła się zielona na twarzy. Nie mogłam jej za to winić. Ciało klęczało, odgięte do tyłu, z okaleczonym i ubłoconym tułowiem skierowanym w jej stronę. Bez wątpienia był to makabryczny widok.

- Przynajmniej nie planujemy go zjeść - mruknęłam do siebie.

Marek rzucił mi osłupiałe spojrzenie.

Mocno trzymając trupa za łokcie, przyłożyłam but do podstawy jego pleców. Sefa pomknęła między drzewa, zasłaniając uszy. Marek obserwował mnie sceptycznie.

W głowie rozbrzmiał mi złowrogi głos. W ciągu kilku godzin mogłaś zniszczyć tożsamość, którą budowałaś latami. Nie potrafisz nawet ochronić własnego żałosnego, bezsensownego życia, wyszeptała mi do ucha Hanim. Najmroczniejsze myśli zawsze przemawiały jej głosem. Minęły lata, odkąd ostatnio słyszałam dawną oprawczynię. To, że teraz wróciła, na pewno nie oznaczało niczego dobrego.

Szarpnęłam ramiona trupa w swoją stronę. Złamanie kręgosłupa dorosłego mężczyzny pod takim kątem wymagało znacznej siły. Hanim porównywała to do próby przebicia się stopą przez ciało ofiary i wbicia buta w ziemię tuż przed nią. Ramiona trzeba było odciągnąć daleko i trzymać mocno, w przeciwnym razie barki wyskoczyłyby ze stawów, a plecy pozostałyby nienaruszone.

Uderzyłam butem prosto w plecy żołnierza. Grzmiący trzask sprawił, że Marek uniósł brwi aż po same włosy. Zadowolona, opuściłam połamane ciało i wskazałam rozcięcie na brzuchu.

- To cięcie jest zbyt czyste. Chciałabym, żebyś sprawił, by wyglądało tak, jakby doznał tych obrażeń od głazów w Hirunie.

Marek przyjął mój sztylet z powolnym uśmiechem.

- Nie złamię kręgosłupa dorosłemu mężczyźnie, ale z pewnością potrafię wykroić bardziej niechlujną ranę.

Zostawiłam go kucającego obok żołnierza i poszłam znaleźć Sefę. Natknęłam się na nią, gdy przepraszała kolonię mrówek za kradzież kamieni, za którymi się ukrywały.

- Prawie skończyłam - oznajmiła.

Wezbrała we mnie podejrzliwość. Poza wcześniejszym przejawem zabobonnej paranoi zdawała się zupełnie rozluźniona. Marek także. Wyciągnęłam ich z wioski w środku nocy, by pomogli mi zbezcześcić zwłoki żołnierza i zanieść je do rzeki. Widziałam, jak z większą grozą reagowali na odkrycie, że nieustannie zapominam podlewać mojego figowca.

Podeszłam bliżej i przykucnęłam, krzywiąc się na widok płaszcza ciągnącego się po ziemi. Materiał całkowicie pochłonął drobną sylwetkę Sefy.

- Bądź szczera. Dlaczego to dla mnie robisz?

Niezrażona ostrym tonem, delikatnie dmuchnęła na kamienie w dłoni, by strącić z nich luźne okruchy.

- Mimo twojego silnego oporu naprawdę jesteśmy przyjaciółmi.

- Przyjaźń ma swoje granice.

- Być może.

- Nie zrobiłabym tego dla ciebie ani dla Mareka.

Kącik jej ust uniósł się, jakbym powiedziała coś zabawnego.

- Wiem.

- Jeśli mnie złapią, zostanę stracona. A was rzucą na łaskę nizahlskiego trybunału za pomaganie mi.

- Jeśli masz nadzieję, że rozniecisz we mnie strach, spóźniłaś się. Ten ogień płonie we mnie od dawna. - Sefa wsunęła kamienie do kieszeni. - Bądź spokojna, Sylvio. Zanim w ogóle doszłoby do tego, że stanęłabym przed trybunałem, natychmiast poszłabym za tobą w objęcia śmierci.

Wstałyśmy jednocześnie. Tylko Jasadczycy mogli czuć potrzebę złożenia tak niepokojących przyrzeczeń, ale Marek i Sefa nie wykazywali ani śladu magii. Żyjąc tak blisko nich, na pewno bym ją dostrzegła. Z jakiego więc powodu bali się Nizahlu? Obrzuciłam dziewczynę spojrzeniem, jakbym widziała ją po raz pierwszy.

- Czego mi nie mówisz?

- W tej chwili, Sylvio, moją lojalność masz za darmo. - Wrzuciła resztę kamyków do kieszeni. - Ale na moje sekrety musisz zasłużyć. - Uśmiechnęła się, a biel jej zębów wyraźnie odcięła się na tle skóry.

Zaparło mi dech, gdy wstrząsnęła mną ta nieprawdopodobna myśl. Myśl, która splatała się ze wszystkim, co - jak sądziłam - wiedziałam o Sefie i Mareku. Przyjaciel, który w gniewie przeciągał głoski "a" i "l". Który narzekał na pogodę w Mahairze tak, jakby była inna niż w reszcie Omalu.

- Marek nazwał pomidora niewłaściwym słowem - przypomniałam sobie nagle. - Tydzień po tym, jak trafiłam do przytułku, zobaczyłam was w kuchni. Poprosił cię, żebyś podała mu oota. Omalianie nazywają pomidory "tamatim". Uznałam to za dziwne i przez następny miesiąc miałam go na oku. Słyszałam, jak określał mnóstwo warzyw innymi słowami. Lukubskimi, orbańskimi, nizahlskimi. Powiedział, że Yuli każe mu ćwiczyć dla przyjezdnych, którzy pojawiają się w dni targowe. Ale on po prostu próbował to zatuszować, prawda? Próbował ukryć pierwszą wpadkę.

Sefa gwałtownie otrzepała dłonie z pyłu. Jej twarz była nieodgadniona.

- Gdy zwłoki zesztywnieją, trudniej będzie je nieść. Powinnyśmy już iść.

Byłaś tak zajęta własnymi sekretami, że nie zadałaś sobie trudu, by dostrzec ich tajemnice, mruknęła Hanim. Żałosne.

Chciałam przyciągnąć Sefę z powrotem i potrząsać nią, aż wyciągnę z niej prawdę. Jeśli miałam rację... ale nie, nie mogłam tego zrobić. I nie zrobię. Nie rozmawia się o życiu, które wiedliśmy przed zamieszkaniem w przytułku Rai. Dopóki ich sekrety nie mogły mi zaszkodzić, nie zamierzałam o nie pytać. Ciekawość zawsze spotykała się z wzajemnością.

Marek wykonał godną pochwały robotę, bo rana stała się teraz poszarpana i nierówna. Wrzuciliśmy kamienie w otwarte ciało. Miejmy nadzieję, że zanim ktoś znajdzie żołnierza, ryby zdążą uporać się z odsłoniętym płatem skóry.

Bieg do rzeki zdawał się trwać wiecznie. Niosłam przód, podczas gdy Marek i Sefa podtrzymywali resztę ciała. Drzewa napierały na nas z każdej strony, a ziemia opadała niżej co kilkanaście kroków. Dostrzegłam, jak Marek zadrżał. Im głębiej zapuszczaliśmy się w Essam, tym bardziej czuliśmy, jakby zamykały się wokół nas zęby bestii, zbyt potężnej, by pojąć jej ogrom.

Zatrzymaliśmy się tylko dwa razy, by złapać oddech, aż nadto świadomi rześkiego porannego wiatru i różowiejącego nieba.

Sefa zaczęła śpiewać, a jej drżący głos zagłuszył chlupot naszych kroków.

- Awaleeni przybyli niezauważeni, by zbadać pusty ląd. Niech rozkwita!

- Sefo, proszę - jęknął Marek.

Nie rozpoznawałam melodii, ale on najwyraźniej tak.

- Ponad wzgórzami i dolinami na zachodzie Kapastra złożyła swą koronę. Matka Omalu, Błękitna Pogromczyni Bestii, niech rozkwita!

- Ona nie przestanie - ostrzegłam go.

Mój but przebił się przez spróchniały pień. Z dziury wypadły świerszcze, które zaczęły skakać mi po nodze. Ich oburzone cykanie dołączyło do nieustającej pieśni Sefy.

- Promień piękna, ostrzejszy niż rubin, Baira, Baira, Baira - zaintonował niechętnie Marek. - Do Lukubu zaniosła swe światło, niech rozkwita!

- Bitewny rytm dudnił w kościach Danii, gdy w Orbanie zaśpiewała swą krwawą pieśń. Niech rozkwita, niech rozkwita!

Świerszcz wskoczył na policzek trupa. Patrzyłam, jak wpełza do jego nosa, i się skrzywiłam. Wiedziałam, co pojawi się dalej w pieśni. A raczej czego zabraknie.

Na początku cztery pierwotne królestwa - Lukub, Omal, Orban i Jasad - były pełne magii. Nizahl pojawił się po zaśnięciu Awaleenów w grobowcach, stworzony po to, by utrzymywać pokój między pozostałymi czterema królestwami. Stulecia mijały, a każde z nich zabierało ze sobą odrobinę mocy, aż uchowała się ona tylko w Jasadzie. Armie Nizahlu rosły w siłę, budząc lęk Lukubu i Omalu, a nawet łaknącego bitew Orbanu. Ale nie w Jasadzie. Nawet nizahlskie armie nie miały szans przeciw jego niezdobytej twierdzy.

A przynajmniej nie powinny były mieć.

Ku mojemu zaskoczeniu pieśń Sefy trwała dalej, choć ciszej i powściągliwiej.

- Rovial usłyszał szept Jasadu i oddał swą duszę, by nie pozwolić mu zasnąć. Niech rozkwita, niech...

- Cicho. - Zatrzymałam się i nastawiłam ucha.

Usłyszałam najlepszą pieśń ze wszystkich - bulgot Hirunu. Przedarliśmy się przez drzewa i zatrzymaliśmy gwałtownie na skraju urwistego brzegu rzeki.

- Och - westchnęła Sefa. - Nigdy nie widziałam Hirunu z tak oddalonymi od siebie brzegami.

Hirun wił się przez każde królestwo niczym potężny wąż, podtrzymując życie w całej krainie. W niektórych rejonach Essam rzeka rozciągała się nie szerzej niż na grubość pnia drzewa. Tutaj przeciwległy brzeg znajdował się co najmniej pół mili dalej. Odbicie pełni księżyca falowało na ciemnej tafli wody.

- Zajmę się nim. - Marek stoczył ciało po zboczu, uważając, by nie zapaść się w wilgotną ziemię pod własnym ciężarem.

Chrząkając, nanosił głazów, by umieścić je pod ciałem i wokół niego.

Czułam, jak spojrzenie Sefy wwierca się w bok mojej głowy.

- Mogę zadać ci pytanie?

Zęby bolały mnie od wstrzymywania odpowiedzi, której chciałam jej udzielić.

- Przypuszczam, że tak.

- Dlaczego musiałaś złamać mu kręgosłup? Czy złamany kark nie wystarczyłby, żeby wyglądało to na nieszczęśliwy upadek? - zapytała Sefa.

Słyszałam w jej głosie tylko ciekawość, lecz i tak zawahałam się przed odpowiedzią.

- Jeśli postanowią zbadać jego śmierć pod kątem zabójstwa, złamany kręgosłup zasugeruje, że powinni szukać mężczyzny.

Jej wargi się rozchyliły.

- Z powodu siły potrzebnej do spowodowania takiego złamania.

- Tak. - Dzielenie się tą częścią siebie było wyjątkowo dziwne. Równowaga w naszych relacjach się zmieniła i nie wiedziałam już, na czym stoimy.

Gdybyś była dziewczyną, na którą cię wychowałam, skończyłabyś z nimi w tym miejscu, powiedziała Hanim. Przesunęłam dłonią po twarzy. Kiedy ona odejdzie?

Gdy Marek skończył układać ciało, Sefa pomogła mu zejść z brzegu rzeki. Trzymałam się na uboczu. W tej chwili jakikolwiek dotyk zniszczyłby resztki mojego i tak już wątłego spokoju.

- Musimy biec. Tak szybko, jak zdołacie. Nie dotrzemy do Mahairu przed zmianą warty, ale musimy znaleźć się w granicy drzew oznaczonych krukiem. - Skubałam nadgarstek ze wzrokiem skupionym gdzieś ponad ich głowami. - Dziękuję. Nie zapomnę tej przysługi.

Ścigaliśmy się ze świtem. Sefa potknęła się więcej niż raz, ale Marek trzymał się blisko, gotowy podtrzymać ją pewną dłonią. Skupiłam się na omijaniu kałuż. Nie sposób było ocenić ich głębokości, a i tak przysporzyły nam już dość kłopotów. Podczas tej katastrofalnej nocy nie potrzebowałam dodatkowo złamanej kostki.

Próbowałam wyrzucić z głowy podejrzenia dotyczące przeszłości Sefy i Mareka. Była to zbyt skomplikowana nić, by rozplątywać ją w obecnym stanie umysłu.

Bez przeszkód minęliśmy drzewa naznaczone symbolem kruka. Między nami rozległo się zbiorowe westchnienie ulgi.

- Resztę drogi powinniśmy pokonać powoli - powiedział Marek. - Nosimy na sobie zapach winy.

- Żadne z was nie jest winne - powiedziałam zaciekle. - Jeśli przyjdzie wybierać wam między chronieniem mnie a siebie, podejmijcie mądrzejszą decyzję niż ta, której dokonaliście tej nocy.

- Ona próbuje nas chronić czy obrazić? - zapytała Sefa. - Nigdy nie umiem rozpoznać.

- Chyba jedno i drugie.

- Wszyscy słyszeliśmy plotki o przypadkowych zaginięciach, do których dochodziło w królestwach w ciągu ostatniego roku - przypomniałam. - To był po prostu kolejny taki incydent.

- Te plotki nie są prawdziwe. - Sefa rozejrzała się, bardziej czujna niż przed chwilą.

- Może nie, ale ich istnienie może kupić nam trochę czasu.

Gdy dotarliśmy do końca szlaku, obok nas przetoczył się wóz załadowany wieżami skrzyń związanych sznurem z wodnej łodygi. Z głównej drogi unosił się zapach świeżego aish baladi, kiedy dzieci wrzucały bochenki ciężkiego płaskiego chleba do koszy albo na drewniane kratownice wsparte na ramionach.

Ciepły zapach pszenicy obudził moje wspomnienie. Ile poranków w Usr Jasad spędziłam z okruchami na ubraniu, parząc sobie język aish baladi wyciągniętym prosto z pałacowych pieców? Chleb był powszechniejszy w wiejskich społecznościach Jasadu, ale matka prosiła piekarzy, by każdego ranka przygotowywali nam po dwa bochenki. Tak wiele jasadzkich zwyczajów zostało przejętych przez inne królestwa. Jedzenie, sztuka, tradycje - ładne łupy wojenne dla czyhających grabieżców.

Odwróciłam się od piekarni. Jasad przepadł. Opłakiwanie królestwa, które ledwie znałam, było krzywdzeniem życia, które zbudowałam.

- Moja kolej odebrać f?l na śniadanie - powiedziała Sefa. - Jeśli wrócę do domu bez niego, Raya wytrze przytułek moją szyją.

- Nie mamy garnka - skomentował Marek.

- Hamada jest miły. Pozwoli mi pożyczyć swój zapasowy garnek.

- Miły - powtórzył z drwiną Marek. - Tym razem tylko oliwa, sól i czarny pieprz, dobra? Nikt nie lubi cytryny na swoim f?lu prócz ciebie i Fairel.

Sefa przewróciła oczami.

- Poproszę o zwykły, żebyś mógł doprawić go po swojemu. Czyli niewłaściwie, muszę dodać.

Zatrzymaliśmy się przy wózku z pieczywem. Hamada odprawił Mareka i mnie jednym spojrzeniem, skupiając się na Sefie. Kiedy przelewał parującą fasolę z ogromnego metalowego dzbana do garnka z pokrywką, rozejrzałam się po okolicy. Zmiana warty nastąpiła dwadzieścia minut temu. Nawet jeśli pozwolili żołnierzowi na kilka minut spóźnienia, nie czekaliby aż tyle, zanim wezwaliby posiłki. Strach wezbrał mi w piersi. Dlaczego wróciłam? Powinnam była zostawić żołnierza i biec dalej. Wiedziałam, jak ukryć się w dziczy Essam. Miałam kosz jedzenia i przewagę. Mogłabym w końcu odnaleźć drogę do niższych wiosek Lukubu albo Orbanu i zacząć od nowa. Jak głupia musiałam być, że wróciłam do klatki i miałam nadzieję, że jej nie zatrzasną?

Zabarykadują każde wejście i wyjście w Mahairze. Przeszukają każdy dom pod kątem Jasadczyków. Wstrzymają handel. Mogą nawet odwołać waleemę, jedno z największych źródeł dochodu dla wioski.

- Żołnierze często znikają - mruknął Marek. Wzdrygnęłam się zaskoczona, że otwarcie mi się przygląda. - Nie zmarnują zasobów na średnią omalską wioskę, dopóki nie będą pewni, że został zabity.

- Mają mnóstwo zasobów.

- Nie, kiedy do Alcalahu zostało tylko kilka miesięcy. Kierują ogromny orszak żołnierzy do lasów, by chronić Dziedzica Nizahlu, podczas gdy ten szuka czempiona.

Wpatrywałam się w niego. Blizny na moich plecach świadczyły o tym, jak rygorystycznie szkoliła mnie Hanim. Dopilnowała, bym studiowała dialekty każdego królestwa, wspólny język, który je łączył, ich zwyczaje i historię. A jednak miałam ledwie garstkę informacji o Dziedzicu Nizahlu. Nie opowiadała o nim nic poza tym, że zabije mnie bez mrugnięcia okiem, chyba że zmuszę magię do działania. Biorąc pod uwagę jej żarliwą nienawiść do moich dziadków i Najwyższego Rawaina, domyślałam się, że bolało ją oglądanie sukcesów Najwyższego tam, gdzie ona zawiodła. On wychował wojownika, a ona... ona wychowała osobę, którą wypatrzono by z wieży strażniczej, jak ucieka z pola bitwy z prowiantem innych żołnierzy.

Część mojego żalu zelżała. Gdybym pobiegła w las i natknęła się na Arina z Nizahlu, kwestia mojego losu zostałaby rozstrzygnięta natychmiast. Jasadczycy nie wychodzili żywi ze spotkania z Dziedzicem.

Skąd Marek wiedział, ilu żołnierzy Nizahl oddelegowuje, gdy jego Dziedzic wybiera swojego czempiona do Alcalahu? Moje wcześniejsze podejrzenia powróciły ze zdwojoną siłą.

- Zdajesz się obeznany z nizahlskimi zwyczajami.

Wymownie uniósł brew.

- Tak jak ty.

- Jesteś pewien, że nie podniosą alarmu, jeśli nie znajdą ciała? - Bardzo chciałam mu uwierzyć.

- Całkiem pewien.

- Czy któreś z was może złapać za uchwyt? - wydyszała Sefa.

Hamada wypełnił garnek f?lem po brzegi. Sefa zachwiała się, a część fasoli spłynęła bokiem. Razem z Marekiem chwyciliśmy za rączki i wróciliśmy do przytułku bez szwanku.

Raya krzyczała na nas przez dziesięć minut z powodu brudnych ubrań. Gdy tylko skończyła, rozeszliśmy się. Ja, by się wykąpać, Sefa, by pomóc przy śniadaniu, a Marek, by przebrać się i przygotować na dzień ciężkiej pracy.

Kiedy przeciągałam ręcznikiem po ciele, pragnęłam zetrzeć napięcie z kończyn samą siłą. Byłam spięta gorzej niż podczas pierwszych kilku miesięcy w Mahairze. Owinęłam mokre loki lnianymi spodniami i zawiązałam ich końce na karku. Nawet opadnięcie na łóżko nie pomogło mi się odprężyć. Natłok kroków i rozmów za drzwiami zwiastował początek nowego dnia.

Młodsze dziewczęta w przytułku zbytnio za mną nie przepadały. Brakowało mi delikatności i opiekuńczości, które Sefie przychodziły naturalnie. Choć próbowałam być wobec nich łagodniejsza, posiadałam instynkty macierzyńskie krwiożerczego karalucha. A jednak z niewiadomego powodu ich obecność działała na mnie kojąco, ilekroć strach zaciskał wokół mnie swą pętlę. Raya wolałaby umrzeć niż pozwolić tym dzieciom poczuć ciężar odpowiedzialności, którą dźwigała w ich imieniu. Dbała, by mogły swobodnie zamartwiać się ważniejszymi problemami, takimi jak to, która zdoła zagarnąć najładniejszą sukienkę z comiesięcznych wozów z darami albo która najdalej zaniesie największą kozę. Te osierocone dziewczęta były tak bliskie szczęścia, jak tylko pozwalały im na to okoliczności.

- Nie powinnaś ukrywać przed nimi realiów życia, które czeka je poza tym przytułkiem - powiedziałam kiedyś, kilka dni po swoich szesnastych urodzinach. Ostrzyłam kuchenne noże przy ogniu, podczas gdy Raya po raz szósty przeliczała swój tygodniowy zarobek. - Im większą odpowiedzialność położysz im na barkach, tym lepiej nauczą się ją dźwigać.

Patrzyła na mnie tak długo, że zaczęłam się napinać, mocniej zaciskając dłoń na jednym z noży. Pod jej oczami odznaczały się ciemne kręgi.

- Dzieci nie powinny dźwigać doczesnych trosk, Sylvio. To je niszczy. A potem spędzają dorosłe życie, robiąc wszystko, co w ich mocy, by już nigdy więcej nie poczuć ciężaru świata.

Dopadło mnie wyczerpanie. Nie spałam od dwóch dni, lecz za każdym razem, gdy zamykałam oczy, widziałam żołnierzy Nizahlu wjeżdżających do Mahairu z mieczami i pochodniami.

Wszelkie złudzenie bezpieczeństwa w tym miejscu się posypało.

Jesteś Dziedziczką Jasadu. Bezpieczeństwo nie jest ci pisane, powiedziała Hanim.

Wcisnęłam twarz w twardą poduszkę. W myślach wyliczałam zioła, które spakuję dla Rory'ego, i planowałam najlepsze miejsce na ustawienie naszego stołu podczas waleemy.

Kiedy nic innego nie podziałało, uciekłam się do praktyki starej jak blizny na moich plecach. Przycisnęłam zimną dłoń do serca i liczyłam uderzenia.

Raz, dwa. Żyję. Trzy, cztery. Jestem bezpieczna. Pięć, sześć. Nie pozwolę im mnie złapać.

***

Stoję samotnie u szczytu ogromnej sali balowej. Widownia składająca się z pozbawionych twarzy Jasadczyków wstrzymuje oddech, czekając na moje przemówienie. Mój gorset ma kształt kwiatu lotosu, wywija się na zewnątrz i wokół żeber. Na spódnicy widnieje opalizujący symbol Jasadu. Głowa sokoła i złote skrzydła wieńczące smukłe ciało czarnego kota. Złocony kitmer, stworzenie utkane z czystej magii i legend. Wije się na sukni, niespokojny.

Na mojej głowie spoczywa korona.

- Królowa Essiya! Zaginiona Dziedziczka powróciła, by zjednoczyć Jasad! - woła mężczyzna składający się z wijących cieni i dymu.

- Magia znów rozkwitnie!

Próbuję uciec, lecz jestem unieruchomiona pod ciężarem korony. Złota nić zszywa mi usta. W milczeniu znoszę ich zachwyt i ulgę, gdy napierają na mnie ze wszystkich stron. Zbawicielka. Bohaterka. Królowa.

Czerwień kapie mi po brodzie, gdy siłą rozchylam wargi, napinając szwy. W ustach czuję żelazny posmak, który zdaje się dławić moje słowa, zanim jeszcze wybrzmią.

- Proszę, nie jestem tą, której szukacie! Nie mogę wam pomóc! - Opadam na kolana.

Szwy pękają, a piękne złote nici lądują na ziemi w krwawym stosie. Mój uwolniony głos dźwięczy w pustej sali balowej.

Ktoś łapie mnie mocno i podnosi na nogi.

- Essiyo, pognieciesz sobie suknię.

Przeszywa mnie fala szoku. Góruję nad matką niemal o głowę. Ramiona, po których kiedyś się wspinałam, są o połowę węższe od moich. Mam krągłości, w przeciwieństwie do jej szczupłego ciała, i jestem silna tam, gdzie ona pozostaje miękka.

- Jestem od ciebie wyższa. - To jedyne, co przychodzi mi na myśl w odpowiedzi na słowa martwej matki.

Śmiech Niphran brzmi jak muzyka.

- Tylko trochę. Posturę odziedziczyłaś po babce.

Sala balowa wokół nas znika. Stoimy na powierzchni zamarzniętego jeziora, rozciągającego się milami w każdą stronę.

Pomarańczowe płomienie tańczą przy nogach Niphran.

- Królestwo nie może upaść, gdy jego Dziedziczka wciąż trwa. Nie możesz uciec przed swoim obowiązkiem, ya umri 7. To dziedzictwo krwi. - Szukam źródła ognia, który nieustannie pożera jej ciało. Nie ma go. - Co więcej - ciągnie Niphran, jakby nie płonęła żywcem dwie stopy ode mnie - masz prawo do tego dziedzictwa. Czy to, kim jesteśmy, kim mogliśmy być, nasza tożsamość jako królestwa i ludzie, którzy utracili dom, nic dla ciebie nie znaczą?

Uderzam stopą w twardą powierzchnię pod nami, lecz ta nie pęka. Otacza nas woda, a jednak moja matka płonie.

- Nie zostawiaj mnie - dyszę.

Już raz mi ją odebrali. Wyciągam rękę do Niphran, ale cofam się, gdy ogień bucha wyżej.

- Więc mnie ocal.

- Nie pęka! - Opadam i tłukę pięściami w lód.

Moje kłykcie krwawią na próżno. Warstwy lodu są zbyt grube, zbyt głębokie.

Pożoga ryczy, pochłaniając Niphran w całości, lecz jej słowa są wyraźne.

- Roztrzaskaj go.

- Nie wiem jak! - Podnoszę pięści, by znów uderzyć w lód... i zamieram.

Moje nadgarstki są nagie. Tam, gdzie powinny znajdować się obręcze, jest tylko gładka skóra.

Ogień liże niebo, spowijając noc w swej potwornej poświacie. Oświetla tysiące ludzi-cieni stojących nieruchomo na brzegu. Patrzących. Osądzających.

- Essiyo! - wrzeszczy Niphran.

Cofam się gwałtownie, zasłaniając twarz ramieniem.

Płomienie wybuchają. Pochłaniają nas.