Dziedziczka guślarzy - Cinda Williams Chima

Reflow text when sidebars are open.
- Dokąd to się wybierasz, Alicio? - zapytała ciocia Millisandra, gdy Leesha Middleton przemykała obok niej w stronę drzwi.
- Na imprezę - odparła Leesha wymijająco. - Wrócę późno.
- A ta impreza jest tutaj w mieście? Będzie tam alkohol? Będziesz ostrożna? - dopytywała ciocia.
Nie było to jej typowe zachowanie. Ciocia Millie nie najlepiej sprawdzała się w roli dociekliwej przyzwoitki, zważywszy na to, że dobrze pamiętała swoją młodość, a nie była w stanie sobie przypomnieć, co się zdarzyło w ubiegłym roku.
- To przyjęcie u Sepha McCauleya - powiedziała Leesha. - Nie wiem, czy będzie alkohol, a co do ostrożności, to ostatnio zawsze jestem czujna.
Ciocia Millisandra spojrzała sponad okularów, które - pozbawione szkieł - i tak nie spełniały swojej funkcji. Pozbyła się szkieł, bo przeszkadzały jej refleksy światła, ale nie chciała rezygnować z wyglądu, który nadawały jej oprawki.
- Wyglądasz wspaniale. To musi być naprawdę eleganckie przyjęcie. Nie widziałam cię wcześniej w tej sukience. I te skórzane gogle... to jakaś nowa moda?
- To kostium - odpowiedziała Leesha, gładząc wytworną szatę. - Na Halloween.
- Kostium - westchnęła ciocia Millie, z zachwytu rozsiewając iskry. - To naprawdę Halloween?! - Rozejrzała się z przejęciem. - Noc żebraków? Powinnam przygotować cukierki? Ojej! - zawołała radośnie. - Niedawno zrobiłam muffinki. Może byśmy...
- Nie, ciociu. - Leesha gasiła iskry spadające na kanapę. - To nie noc żebraków. Nie przejmuj się. Ja... zaraz przyniosę jakieś słodycze. - Ciocia Millie miała wiele zalet, ale nie była najlepszą kucharką. Jej muffinki mogłyby służyć jako krążki do hokeja. Leesha niemal od razu wyrzuciła je do śmieci. Życie z czarodziejką, która ma nierówno pod sufitem, nie było łatwe.
Ciocia na szczęście nie ciągnęła tego wątku.
- Za kogo się przebrałaś?
- Za... coś w rodzaju... wiktoriańskiej wampirzycy - odparła Leesha.
- Wyglądasz... uroczo, kochanie - zauważyła ciocia Millie. - Zwłaszcza ten dekolt. Ale... - Zacisnęła wargi z dezaprobatą. - Masz tyle ładnej biżuterii, dlaczego ciągle nosisz ten wisiorek z wężem?
Leesha dotknęła wisiorka spoczywającego na jej piersiach. Wąż pożerający swój ogon. Talizman chroniący przed złem.
- Przypomina mi, żeby uważać, z kim się zadaję.
Przypominał jej też o tym, jaka jest cena zdrady. Wydała Jacka Swifta opiekunce wojowników Białej Róży, Jessamine Longbranch. Weszła w układ z czarodziejem Warrenem Barberem, którego nienawidziła, i zdradziła Jasona Haleya, którego kochała. Teraz Jason nie żył. Zginął w bitwie między gildiami, zabity przez czarodzieja Claude'a D'Orsaya.
Minęły już prawie dwa lata, a ona wciąż nie mogła się pogodzić z tym, że czasu nie da się cofnąć.
Na szczęście ciocia Millie znowu zmieniła temat:
- Warto być wybredną, zwłaszcza jeśli planujesz kogoś ukąsić. Albo dać się ukąsić. Ludzkie usta są naj...
- Do tego nie dojdzie - rzekła Leesha, czując, że się rumieni. - To tylko spotkanie z przyjaciółmi.
Na twarzy cioci Millie pojawiło się rozczarowanie.
- Już miałam nadzieję - westchnęła. - Nie miałaś żadnego kawalera, odkąd odtrąciłaś tego młodzieńca, którego ci znalazłam.
- Nie odtrąciłam go - ostro odparła Leesha. - Mówiłam ci przecież. Zniknął, kiedy spacerowaliśmy po Londynie. Może nie jestem tak czarująca, jak myślałam.
- Alicio Ann Middleton, jesteś najbardziej czarującą młodą damą, jaką znam. Żaden młodzieniec nie opuściłby z własnej woli twego boku.
Chyba że zostałby zaatakowany i rozczłonkowany przez chodzące trupy. Leesha wzruszyła ramionami.
Nie! Nie chcę o tym myśleć! To się nigdy nie zdarzyło. Czemu nie dosięgnie mnie amnezja, tak jak wszystkie inne ofiary traum?
- Jego rodzina też go nie widziała od tamtej pory - stwierdziła ciocia Millie. - Strasznie mnie naciskają. Nawet rzucają nieprzyjemne oskarżenia pod twoim adresem. Chyba powinni szukać winnych bliżej domu. Londyn potrafi być niebezpieczny, z tymi wszystkimi cmentarzami, kopcami i ugorami.
No tak. Ugory.
- Nie mówmy o tym, ciociu. Nie ma sensu rozwodzić się nad czymś, czego i tak nie można zmienić.
To była jej nowa zasada, która zdawała się mieć zastosowanie do tylu rzeczy z przeszłości. Byłam taka bezwzględna i wyrachowana. Co się ze mną stało?
Jakby czytając w jej myślach, ciocia Millie powiedziała:
- Martwię się o ciebie. Odkąd wróciłaś z Londynu, nie jesteś sobą.
Nie jestem sobą od śmierci Jasona, pomyślała Leesha.
- Nic mi nie jest - oznajmiła, osłaniając ramiona czarną aksamitną narzutką. - Nie czekaj na mnie. Wrócę późno.
Trinity w Ohio było niewielkim miasteczkiem, więc Leesha poszła pieszo do domu Sepha McCauleya. Właściwie ten dom należał do jego matki, Lindy Downey, ale ostatnio jego rodzice, Downey i czarodziej Leander Hastings, większość czasu spędzali w Europie. Dawniej Leesha zazdrościłaby Sephowi tego, że mieszka sam i może robić, na co ma ochotę, ale teraz była nawet zadowolona, że towarzystwo cioci Millie zaprząta jej myśli i uwagę. Nieustające ryzyko, że ciocia spowoduje pożar, sprawiało, że Leesha stale musiała się mieć na baczności.
Musisz mieć coś do roboty, żeby się nie zadręczać, pomyślała. Może wystarczyłby krótki romans? Serce zabiło jej szybciej. Może naprawdę spotka na tym przyjęciu kogoś ciekawego? Kogoś, kto jeszcze nie słyszał o żałosnej Leeshy Middleton. Kto nie będzie chciał wyciągać jej starych brudów i wygrzebywać trupów z szafy.
Potrzebowała kogoś świeżego.
Dom McCauleya-Downey-Hastingsa stał nad jeziorem, w dzielnicy wiktoriańskich letnich rezydencji, zbudowanych w epoce, kiedy domy bogatych wyrastały jak grzyby po deszczu. Prawie wszystkie boczne uliczki między domem cioci Millie a miejscem imprezy były zastawione samochodami. Na długo przed tym, jak dotarła na miejsce, Leesha już słyszała odgłosy zabawy. Zazwyczaj to dobry znak.
Jej były chłopak, wojownik Jack Swift, witał gości w holu. Był współgospodarzem imprezy, wraz ze swoją bratnią duszą i sparingpartnerką Ellen Stephenson. Jack był w skórzanej kurtce, aksamitnych pantalonach i rajtuzach, które pozwalały podziwiać jego umięśnione nogi.
- Dobrze wyglądasz - powiedziała Leesha, szeleszcząc suknią i obnażając zaczarowane kły. Gładko weszła w swoją zwykłą rolę. - Może pozwolisz mi się wgryźć w tętnicę?
Jack zrobił krok w tył i wysunął przed siebie broń - instrument strunowy w kształcie gruszki.
Leesha nie mogła się powstrzymać od śmiechu.
- Kim niby masz być?
- Minstrelem - westchnął Jack. - To nie mój pomysł.
Leesha dobrze wiedziała, czyja to sprawka.
- Hmm. Może jesteś wojownikiem udającym minstrela - zauważyła. Wiedziała, że to mu się spodoba.
Przywitała się z kilkoma Nonwajdlotami, z którymi kiedyś chodziła do szkoły i którzy teraz albo mieszkali w okolicy, albo przyjechali specjalnie na tę imprezę, zapowiadającą się na towarzyskie wydarzenie sezonu. Znała większość obecnych: garstka niemagicznych mieszała się z młodszym pokoleniem obdarzonych mocą z całego świata. Wajdloci należeli do pięciu magicznych gildii: wojowników, czarodziejów, guślarzy, wróżbitów i zaklinaczy. Byli jak pięć wrogich gangów połączonych zależnością od Smoczego Serca, źródła mocy kontrolowanego przez Madison Moss, zwaną Smokiem. Sprawowała ona rządy zaocznie, zajęta studiami w akademii sztuki w Chicago.
Ja też mogłabym iść na studia, pomyślała Leesha. Ciocia Millie coraz częściej o tym wspominała jako o kontrpropozycji dla podróży po Europie czy rocznego pobytu w indyjskiej pustelni. Tylko czy Leesha potrafiłaby się zintegrować z ludźmi z pierwszego roku?
Pytanie: Co? Kiedy skończyłaś szkołę średnią? To co robiłaś tyle czasu?
Odpowiedź: Przeszkadzałam żądnym władzy czarodziejom w zawładnięciu światem. O, i jeszcze zdradzałam prawie wszystkich, którzy coś dla mnie znaczyli. Straciłam jedynego chłopaka, którego kiedykolwiek kochałam. A ty?
Przeszła do oranżerii. Goście w wyszukanych przebraniach tańczyli do różnorodnej muzyki. Na prowizorycznej scenie kilka osób przeciągało kable, przygotowując miejsce dla kapeli. Jeden z nich był w dziwacznym stroju jak na dźwigacza sprzętu: miał czapkę, kurtkę i krawat.
- Fitch! - zawołała Leesha. - Nie wiedziałam, że tu będziesz. Co to, w Cambridge nie ma imprez na Halloween?
- Takiej nie ma - odparł Fitch, podrywając się znad gniazdka, przy którym coś majstrował. Zakłopotani, uścisnęli sobie dłonie i niezgrabnie się objęli. - Will też tu jest - powiedział Fitch. - Przyjechał specjalnie z Columbus. Chyba jest gdzieś w kuchni. Jack od razu go zagnał do roboty.
Will Childers i Harmon Fitch nie ufali Leeshy i nie można było mieć do nich o to pretensji. Wydała ich przyjaciela Jacka handlarzom ludzkim towarem. Do tego jeszcze doszło porwanie w Wielkiej Brytanii. Mimo to walczyli po jednej stronie w bitwie o Trinity i wszyscy dobrze wiedzieli, jaką stratę poniosła Leesha w tej wojnie.
Fitch chwycił cylinder ze sceny i nacisnął sobie na głowę. Prawdopodobnie był to element kostiumu, ale w przypadku Fitcha równie dobrze mógł to być jego codzienny strój.
- Dobrze ci w rudych włosach - skomentowała Leesha ostrożnie. - I ładny masz garnitur. Gdzie go znalazłeś?
- Sklep z używaną odzieżą w Bostonie. Second-handy na wschodnim wybrzeżu to najwyższa półka. - Obrzucił ją wzrokiem. - Ty też wyglądasz niczego sobie.
- Niczego sobie? - Uniosła brew.
- To znaczy, wyglądasz zabójczo - szybko się poprawił.
- Już lepiej. Przyjechałeś na weekend?
Przez jego twarz przemknął grymas bólu.
- Nie, na czas nieokreślony. Zrobiłem sobie przerwę w nauce.
- Przerwę? - Leesha przechyliła głowę. - Teraz? Przecież jesteś na drugim roku. I jest połowa semestru.
- Racja, ale moja mama znowu jest w szpitalu i właśnie teraz moje rodzeństwo potrzebuje silnej ręki i mądrych rad starszego brata. - Fitch był najstarszy z sześciorga dzieci. Ich matka cierpiała na zaburzenia autoimmunologiczne i od wielu lat z dłuższymi i krótszymi przerwami przebywała w szpitalach. To jej utrudniało pracę zarobkową, więc rodzinie się nie przelewało.
Leesha położyła mu dłoń na ramieniu.
- To naprawdę niewesoło. - Domyślała się, jak ciężko musiało być Fitchowi zrezygnować ze stypendium w Harvardzie.
- Nie ma o czym mówić. Jeszcze tam wrócę. Teraz znowu pracuję w dziale komputeryzacji uczelni w Trinity. Pozwolili mi prowadzić badania i chodzić na niektóre zajęcia. - Wsunął ręce do kieszeni. - Myślałem, że ty już będziesz w jakimś miejscu dużo bardziej ekscytującym niż Trinity.
- Pomagam cioci Millie w różnych rzeczach. To całkiem duża dawka wrażeń jak na mnie, wierz mi. - Rozejrzała się. - Czy Rosie też przyjechała?
- Nie. - Po chwili dodał: - Zerwaliśmy.
- Och. - Zrobiło się miejsce dla mnie, pomyślała. Chrząknęła. - Przykro mi.
Fitch wzruszył ramionami.
- W przyszłym roku jedzie do jakiejś szkoły w Nepalu z alternatywnym programem. Chciała, żebym składał papiery razem z nią, a jak odmówiłem, powiedziała, że stwarzam problemy. Potem już wszystko szybko się toczyło. Albo pogarszało, zależnie od punktu widzenia.
Zza rogu wybiegła dziewczyna przebrana za kota, ściskając w ręce dużą rolkę taśmy klejącej.
- Fitch? Przykleiłam kabel do ściany. Czy jest jakiś... - Urwała na widok Leeshy. - O! Cześć, Leesha.
- Cześć, Grace - odparła Leesha z uśmiechem. - Świetny kostium.
- Tak myślisz? - Grace owinęła sobie ogon wokół talii. - Tyle udało mi się sklecić z tego, co miałam pod ręką.
- Takie przebrania są najlepsze - stwierdziła Leesha. Potrząsnęła swoimi falbanami. - To moja sukienka z balu maturalnego.
- Pozwolili ci iść w czymś takim na bal?! - wykrzyknęła Grace i zaraz wybuchnęła śmiechem, widząc, że Leesha żartuje.
Leesha lubiła tę zrzędliwą młodszą siostrę Madison Moss - może dlatego, że sama często bywała w podobnym nastroju. Madison wyrwała dwunastoletnią Grace z jakiejś dziury w Ohio i sprowadziła do Trinity, a sama wyjechała do szkoły w Chicago. Nic dziwnego, że Grace czuła się obco i nie umiała znaleźć sobie miejsca.
Zupełnie jak Leesha.
Obok przeszedł Jack ze wzmacniaczem pod pachą, a za nim pojawiła się Ellen z grupką nieznajomych. Przeciskali się przez tłum w kierunku tarasu. Wszyscy nieśli sprzęt muzyczny i Leesha się domyśliła, że to muszą być Brakoodporni, zespół, którym Ellen tak się zachwycała, odkąd zobaczyła ich w klubie w Cleveland.
Członkowie zespołu chodzili do "szkoły specjalnej" Gabriela Mandrake'a dla magicznych mutantów (poprawne politycznie określenie to sawant). Dawniej należeli do normalnych gildii magicznych, ale masowe zatrucie w komunie w Brazylii zmieniło ich Wajdlotkamienie, dając im nietypowe i czasem groźne moce. Może dlatego ich muzyka była taka niezwykła. Leesha z ciekawością czekała na ten występ.
Podeszła bliżej i przyglądała się, jak przygotowują się do koncertu. Nagle się zorientowała, że rozpoznaje jednego z nich, wysokiego, barczystego chłopaka z kruczoczarnymi włosami i niebieskimi oczami. Był naprawdę atrakcyjny, a tacy zawsze zapadali jej w pamięć. Spotkała go na pokazie walk podczas Jarmarku Średniowiecznego w Trinity. Walczył z Jackiem i Ellen jednocześnie. Przegrał, ale nie miał najmniejszych powodów do wstydu. Właściwie to wolałabym patrzeć, jak on przegrywa, zamiast oglądać wielu innych, jak wygrywają, pomyślała Leesha.
Jak on się nazywał?
- Jonah! - krzyknęła do niego perkusistka. - Mówiłeś, że wysłałeś mi playlistę! - Wpatrywała się w tablet umieszczony obok jej stanowiska.
- Wysłałem! - odkrzyknął. - Mogę ci wysłać jeszcze raz.
Jonah. No tak. Jonah Kinlock.
Leesha nie potrafiłaby dokładnie określić, co w nim było tak pociągającego. Nie przykładał wielkiej wagi do wyglądu: znoszony podkoszulek wyglądał, jakby chłopak go nigdy nie zdejmował, i był wetknięty do wyświechtanych dżinsów, takich, co kurczą się po praniu i tracą kolor. Na podkoszulek włożył flanelową koszulę z podwiniętymi rękawami, na dłonie czarne rękawiczki, a na nogach miał adidasy.
Może to sposób, w jaki się ruszał, to, jak przygryzał dolną wargę, strojąc gitarę, a może gra świateł i cieni na jego twarzy - było w nim coś dzikiego, pierwotnego i feralnego. To, że był sawantem, jeszcze dodawało pikanterii.
Ja to mam słabość do niegrzecznych chłopców, pomyślała Leesha.
- Nie wpatruj się tak - powiedział Fitch niemal prosto do jej ucha. - Zwłaszcza że nie jesteś jedyna.
Leesha obróciła się gwałtownie w jego stronę i zobaczyła, że Grace także nie spuszcza z Jonaha wzroku.
- Poznałam go na Jarmarku Średniowiecznym - wyjaśniła, lecz Fitch nic nie powiedział, tylko przerzucił wzrok z Leeshy na Jonaha z tajemniczym wyrazem twarzy. - No... - szybko dodała - zobaczę, czy Will nie potrzebuje pomocy w kuchni. - Niezbyt znała się na gotowaniu, za to dobrze sobie radziła w roli rozkazodawcy.
Jak się okazało, w kuchni było aż nadto takich, którzy wydawali polecenia. Gdy Leesha weszła, Will robił właśnie sałatkę w ilości, która zaspokoiłaby małą armię, udając przy tym, że nie słyszy podniesionych głosów dobiegających z jadalni. Był tam Seph McCauley z rodzicami.
Leesha przywitała się z Willem, stanęła obok i chwyciła obieraczkę do warzyw. Wyostrzyła słuch.
- Seph, przecież wiesz, że zależy nam na dobrych stosunkach między gildiami - mówiła Linda Downey - ale twój tata i ja uważamy, że to zbyt ryzykowne łączyć wszystkie te elementy akurat teraz.
- Jeśli nie teraz, to kiedy? - odparł Seph. Leesha mogła w ciemno stwierdzić, jaki wyraz przybrała jego twarz, bo dobrze znała to uparte spojrzenie, które go tak upodabniało do ojca. - Zresztą, teraz już i tak za późno na krytykę. Rozesłałem zaproszenia miesiąc temu.
- To było przed zebraniem rady. Słyszałeś, co mówił DeVries - odezwał się Hastings. - Obwinia ciebie i Madison o śmierć swojej siostry i zabójstwa pozostałych Wajdlotów. Groził ci.
- Rozumiem - powiedział Seph - ale jesteśmy na terenie azylu, a to najbezpieczniejsze z możliwych miejsc.
- Odkąd to azyl jest bezpieczny? - głos Downey brzmiał niespokojnie. - Sam wiesz najlepiej.
- Nie możecie ode mnie oczekiwać, że będę się przed nim ukrywał - protestował Seph. - Zwłaszcza że nie mam nic wspólnego ze śmiercią jego siostry.
- Wiesz przecież, że jego ojciec był najokrutniejszym skrytobójcą w Czarnej Róży - zauważył Hastings. - Jeżeli syn wdał się w ojca, to ochrona azylu nie jest dostateczna. DeVries senior nigdy nie ograniczał się do użycia magii. Wykorzystywał wszystko, co tylko nadawało się w danej sytuacji: truciznę, broń palną, ostrza, uduszenie, zaklęcia...
- Może senior wrócił jako duch zemsty - wtrącił Seph. - Może to on stoi za tymi wszystkimi morderstwami.
- Docierają też do nas różne pogłoski o tym porwaniu dzieci z przedszkola Montessori - stwierdziła Downey. - Zdaje się, że wielu rodziców jest skłonnych obwiniać o to uczniów ze szkoły Gabriela Mandrake'a.
Mówili o niedawnym incydencie, kiedy to grupka obdarzonych mocą dzieci została podczas wycieczki uwięziona na moście w przemysłowej części Cleveland. Maluchy twierdziły, że zostały zaatakowane przez zombi. Ponieważ most znajduje się w pobliżu Ostoi, szkoły Mandrake'a, w której uczą się sawanci, niektórzy rodzice oskarżyli o tę napaść "potwory Mandrake'a". Jako współprzewodnicząca Rady Międzygildyjnej badająca sprawę przedszkola, Leesha także wysłuchiwała takich oskarżeń pod adresem sawantów.
- I oto dowiadujemy się, że będą tu także uczniowie Mandrake'a - dodał Hastings.
- Nie wszyscy - odparował Seph. - Może pięcioro. Zdaje się, że są w mniejszości. - Po chwili przerwy (na tyle długiej, by wywrócić oczami) ciągnął: - Nie chcę bagatelizować waszej troski, ale chyba nie powinniśmy ulegać bandzie hipokrytów marzących o linczu.
- To zaniepokojeni rodzice - sprostowała Downey. - Chociaż przyznaję, że niektórzy są hipokrytami.
- Oni nie są zaproszeni - oznajmił Seph. - To nasza impreza. Madison i ja uważamy, że już czas na prawdziwą integrację między gildiami. Zawieszenie broni to jedno, a faktyczne ułożenie normalnych stosunków to coś zupełnie innego. Musimy też przestać traktować sawantów jak jakieś potwory i uznać, że to, co się wydarzyło w Thorn Hill, nie było ich winą.
- Tutaj się zgadzamy i wiesz o tym - powiedział Hastings.
- Skoro się zgadzacie, to powinniście popierać to, co robimy - zauważył Seph. - Jedynym sposobem, żeby nakłonić ludzi do zmiany poglądów, jest zachęcanie ich do wzajemnych kontaktów. Poza tym, czy mam rozumieć, że chcecie, żebym wyprosił naszych gości? Jak by to zostało odebrane?
- Ja wyproszę DeVriesa - stwierdził Hastings tym swoim głosem, który zwaliłby z nóg każdego. - Wy nie musicie się w to mieszać.
- No tak, i tak jest zawsze - burknął Seph. - Żadne z was nie jest już w radzie, ale jak tylko się tu zjawiacie, wszyscy omijają radę i idą bezpośrednio do was. To naprawdę utrudnia mnie i Madison wykonywanie naszych obowiązków.
- Prawdziwym utrudnieniem jest to, że Madison więcej czasu spędza w Chicago niż tutaj - zauważył Hastings. - Władza pociąga za sobą obowiązki... których ona nie wypełnia.
Potem nastąpiła długa, ciężka cisza. Następnie rozległ się głos Sepha:
- Maddie nie prosiła się o ten obowiązek. I nie musi być tutaj i grozić kijem, żeby ludzie zachowywali się jak należy. Staramy się to zorganizować na swój sposób.
- Tak, ale musisz zrozumieć, że... - zaczął Hastings, lecz Seph natychmiast mu przerwał:
- Chodzi mi o to, że nie możecie się tu zjawiać i od razu przejmować inicjatywy za każdym razem, gdy jesteście w kraju. Albo się tym zajmujcie, albo nie. - Drzwi wahadłowe między kuchnią a jadalnią trzasnęły z hukiem. Seph znieruchomiał na moment, widząc Leeshę i Willa, po czym przeszedł obok nich i wyszedł do holu.
Leesha spojrzała na Willa porozumiewawczo.
- On ma rację - powiedziała Downey w sąsiednim pomieszczeniu. - Jeśli mamy zamiar mieszkać w Anglii, musimy przestać się wtrącać.
- Ale chyba drobne rady nie...
- Ty nie doradzasz, Lee, ale raczej zastraszasz. I właśnie napotkałeś opór. Teraz już chodźmy się pożegnać, zanim całkowicie zepsujemy im to przyjęcie.
Leesha i Will popatrzyli po sobie, wepchnęli sałatkę do lodówki i uciekli.
Tańce już się rozpoczęły, chociaż zespół muzyczny jeszcze nie był na scenie. Nie mam nic do stracenia, pomyślała Leesha i rozejrzała się za Jonahem. Odnalazła go na tarasie w towarzystwie wysokiej dziewczyny ubranej jak piosenkarka klubowa z lat trzydziestych, aż po koronkowe rękawiczki, włosy ufryzowane w loki i czerwoną gardenię. Leesha nigdy wcześniej jej nie widziała.
Widok ich razem - to, w jaki sposób stali, oparci o ścianę, z głowami nachylonymi ku sobie, pogrążeni w rozmowie - niemal kazał jej zrezygnować.
Nie do końca jednak. Nie była osobą, która cofa się przed wyzwaniem. Nie mam nic do stracenia, powtórzyła sobie w myślach.
- Jonah? - odezwała się. - Nazywasz się Jonah, prawda? Pamiętasz mnie? Leesha Middleton. Poznaliśmy się na Jarmarku Średniowiecznym.
Jonah odwrócił się od ściany i spojrzał na nią tak, że poczuła lodowate zimno.
- Ach, tak. Miło cię znów widzieć - powiedział w taki sposób, jakby to była nieprawda.
Leesha miała kompletną pustkę w głowie. W końcu zapytała:
- A gdzie twój kostium?
- Jestem w kapeli.
- Ja też - wtrąciła dziewczyna, bo Jonah jej nie przedstawił. - Emma Lee.
- Aha, rozumiem. - Jesteście... razem?
Emma i Jonah popatrzyli na siebie.
- Nie - oznajmili jednocześnie.
- Aha. - Leesha nie była przekonana. - Ale widać, że jesteście zgrani.
Świetnie, skarciła się w myślach. Naprawdę gładko poszło.
- A ty? - zapytała Emma. - Za kogo jesteś przebrana? - Południowy akcent w jej głosie zabrzmiał wręcz ostentacyjnie. Tak samo jak kąśliwość tonu.
Leesha wydęła wargi.
- Jestem wiktoriańskim steampunkowym wampirem. Niektórzy nie pochwalają takiego łączenia stylów, ale...
- Łączenia stylów? - Emma przyjrzała się jej z niedowierzaniem.
- No wiesz... czarodzieje przebrani za wampiry. Niektórzy myślą, że to perwersyjne. - Uśmiechnęła się do Emmy, a ta, chociaż niechętnie, odpowiedziała tym samym. Jej uśmiech zniknął, kiedy Leesha ponownie zwróciła się do Jonaha:
- Zatańczysz?
- Nie, dzięki - odparł. - Mówiłem, że jestem w pracy.
Rozum mówił jej: zamknij się, nie ryzykuj więcej i się wycofaj. Jednak odezwała się:
- Teraz nie pracujesz.
- I też nie tańczę. - Jonah obrócił się do niej plecami i spojrzał na jezioro.
Leesha przez chwilę wpatrywała się w jego plecy, po czym powiedziała:
- Dobra, nie ma sprawy. - Odeszła, czerwieniąc się ze wstydu.
To do ciebie niepodobne, myślała. To zupełnie nie ty. To ty zwykle odtrącasz zalotników, a nie na odwrót.
Tak było, póki nie poznała Jasona. On ją odtrącił, bo sobie na to zasłużyła. A potem nie miał już drugiej szansy, żeby powiedzieć "tak". Leesha poczuła na twarzy łzy, więc rzuciła się w kierunku toalety. Po drodze jednak wpadła na Harmona Fitcha. W każdym razie na jego nogi.
Podtrzymał ją za łokcie, żeby się nie przewróciła. Dziwne. Nagle sobie uświadomiła, że jego palce nie wydzielają żaru. Ani trochę. W jakiś sposób wydało jej się to czymś dobrym.
Fitch zauważył jej zapłakaną twarz - wiedziała, że tak - ale nic nie powiedział. Zaproponował natomiast:
- Hej, fajnie, że na ciebie wpadłem. Zatańczysz?
- Co? - Leesha zareagowała, jakby usłyszała język japoński.
- Czy zatańczymy? - powtórzył Fitch. - No wiesz, przesuwanie się po parkiecie, zastanawianie się, jak ułożyć głowę, a do tego cały czas gra muzyka. W Cambridge nieczęsto miałem okazję potańczyć.
- Prosisz mnie do tańca? - Leesha przyglądała mu się uważnie, próbując odgadnąć jego intencje.
- Wiem, że dzieli nas duża różnica wzrostu, ale chyba możemy to jakoś przeboleć podczas jednego tańca - stwierdził Fitch.
Widział, jak dostałam kosza, pomyślała zażenowana. Stara się być miły. Mimo to uznała, że woli tańczyć, niż zejść z placu boju poniżona.
- Z przyjemnością - odparła.
Przez kilka minut kręcili się po parkiecie. Potem Fitch powiedział:
- Brakowało mi tego.
- Tańca ze mną? Popatrz, a ja myślałam, że tańczymy pierwszy raz. - Tak było i oboje o tym wiedzieli.
- Nie. Bycia tutaj, gdzie to wszystko się dzieje. Ciągła adrenalina, wysokie stawki. Ratowanie świata, obrona demokracji, no wiesz. Chyba przywykłem do życia na krawędzi.
- Życie na krawędzi? - Leesha zmusiła się do uśmiechu. - To byłoby dla mnie życie w Harvardzie. Nie, dziękuję, wolę się trzymać jak najdalej od krawędzi.
Fitch skrzywił się i zaczerwienił zawstydzony.
- To było głupie, przepraszam.
- Nie przepraszaj. Ty zrobiłeś krok naprzód. Jak każdy. Ja od dwóch lat żyję spokojnie i chyba mi się to podoba.
- Mimo wszystko - nalegał Fitch - gdy się pomyśli, jak było przedtem, kiedy czarodzieje ustawiali wszystkich jak chcieli, to czy nie jest lepiej? Chociaż nie byłem głównym graczem, czułem, że to, co robimy, jest ważne.
- Tak. Tak jest lepiej. - Musiała tak myśleć... Inaczej śmierć Jasona byłaby bez sensu. - Ale nie lekceważ tego, co robisz. To jest naprawdę ważne. Nauka, zarabianie na życie, stawanie się wykształconym geniuszem, który może naprawdę coś zmienić. Tacy ludzie zbawiają świat. Wybuchy, pożary... to jest przeceniane.
Zmrużył oczy i patrzył na nią z uwagą. Wyraźnie się wahał, czy jeszcze coś powiedzieć.
- Zmieniłaś się od... Jesteś inna niż dawniej.
- Późno dojrzałam - odpowiedziała, przypominając sobie, że kiedyś porównała Fitcha do karalucha. Dlaczego właśnie te wspomnienia wciąż do niej wracają?
A jednak gdy tańczyli, poniżenie i ból stopniowo się rozpływały. Czasami życie rzuca nam podkręcone piłki. Tak jak zło, tak i dobro może nas nagle oślepić. Może i był to taniec z litości, ale Leesha przyjęła go z przyjemnością.
Każda rozsądna dziewczyna, dowiedziawszy się, że chłopak, którego kocha, jest seryjnym zabójcą, opracowałaby jakiś plan. I nie byłoby to pozostawienie go w altance, a potem włóczenie się w ciemnościach po lesie, żeby mógł skończyć to, co zaczął.
Nie. Rozsądna dziewczyna uciekłaby jak najdalej od Jonaha Kinlocka, i to jak najszybciej. Przynajmniej tak szybko, jak pozwoliłaby jej pulsująca bólem łydka. Rozsądna dziewczyna oglądałaby się za siebie, idąc żwirowaną alejką, w obawie, że on ją dopadnie. Rozsądna dziewczyna nie płakałaby, nie wylewałaby łez za chłopcem z magią w głosie i z bluesem w oczach, za utratą czegoś, co było mrzonką, kłamstwem... kłamstwem... od początku do końca.
Rozsądna dziewczyna wróciłaby od razu do domu, gdzie duża liczba osób zapewniała bezpieczeństwo. O ile było jej wiadomo, Rowan DeVries wciąż czaił się gdzieś w pobliżu. Jego słowa wciąż brzmiały jej w uszach: "A teraz pójdziemy gdzieś, gdzie nikt nas nie znajdzie, i tym razem nie chcę słyszeć odmowy".
Teraz nareszcie znała prawdę. To Jonah był tym zamaskowanym włamywaczem, który wdarł się do domu jej ojca. Zostawił ją związaną na podłodze w piwnicy, a sam poszedł szukać Tylera. Prawie się przyznał do zabicia Tylera i kto wie ilu jeszcze osób w tamtą straszliwą jesienną noc.
A dzisiaj? Dzisiaj Jonah gotów był zabić Rowana DeVriesa, żeby ten go nie zdradził. Widziała to w jego oczach. Co miała robić: wracać z nim na scenę i grać na przyjęciu Sepha McCauleya jakby nigdy nic?
Tyle na temat rozsądku. Ale Emma Greenwood nigdy nie była rozsądna. Nie chciała wracać do pełnego gości domu i z kimkolwiek rozmawiać. Wszystkie emocje zawsze były widoczne na jej twarzy. Pokuśtykała więc wzdłuż jeziora do miejsca, gdzie kończyła się żwirowana ścieżka, a przy hangarze przycumowana była żaglówka.
Nagle odezwał się jej telefon. Wiadomość od Jonaha. Nie mogła się powstrzymać. Przeczytała.
"Nie będzie mnie na drugiej części. Bardzo przepraszam za wszystko". Wysłane do Emmy, Natalie, Rudy'ego i Alison.
- Dlaczego o tym nie pomyślałam? - mruknęła. Mogła udać chorą i pojechać do Ostoi. I co tam robić? Spakować się? Dokąd pójść? Miała pieniądze, ale były przeznaczone na otwarcie warsztatu lutniczego. Nie chciała ich roztrwonić na czynsz i wyżywienie. Zresztą, kto by coś wynajął szesnastolatce?
Poza tym, jakkolwiek by się starała, wciąż nie mogła poskładać tych puzzli w logiczną całość. Te drobne niekonsekwencje nie dawały jej spokoju.
Dlaczego przeżyła tamtą noc pełną morderstw? Czyżby Jonaha coś przegoniło, zanim zdążył dokończyć dzieła? Nawet jeśli tak było, to od tamtej pory miał mnóstwo okazji, by ją zabić. Łatwo mógł ją utopić wtedy, gdy uciekali od Rowana DeVriesa. Nikt by się nawet nie dowiedział. I dlaczego po uratowaniu jej życia sprowadził ją do Ostoi? Czy chciał mieć ją w pobliżu, żeby móc szybko zadziałać, gdyby odzyskała pamięć?
W końcu odzyskała. Czemu więc jeszcze żyje? Czy on nie wiedział, że jedynym sposobem utrzymania wszystkiego w tajemnicy było usunięcie ostatniego świadka?
Owszem, to, co jej się przypomniało, nie było kompletne - zaledwie strzępy wrażeń i obrazów. Z największą siłą powracało wyraźne wspomnienie Jonaha Kinlocka, który ją całuje: jego usta zbliżające się do jej ust, jego umięśnione, sprężyste ciało, jego serce bijące w kontrapunkcie do rytmu jej serca, jej ciało topnieje, wszystko ma piekąco-słodki smak. I nagle... nicość.
Pocałował ją! Jak śmiał?
Może to się nigdy nie stało. Może to tylko życzenie, które przybrało formę snu.
Niezależnie od tego, jak bardzo by się starała, nie mogła wydobyć z pamięci żadnego wspomnienia Jonaha Kinlocka zabijającego kogokolwiek. A przecież się przyznał. W zasadzie.
"Nie poszedłem do domu twojego ojca, żeby kogoś zabić. To była ostatnia rzecz, jakiej chciałem".
Czyżby? No cóż, stracić głowę dla mordercy mojego ojca to ostatnia rzecz, jakiej ja chciałam.
I co teraz? Czy powinna pójść do Gabriela? Nie ma powodów, by mu ufać. Z tego, co wiedziała, Gabriel też zlecał zabójstwa.
Iść na policję? Jakie ma dowody? Niejasne wyznanie w altance, któremu można zaprzeczyć. Tego właśnie Emma nie mogła zrozumieć: czemu Jonah w ogóle coś powiedział? Przecież nie jest głupi.
Tak czy inaczej, ona nie była osobą, która chodziłaby z problemami na policję.
Czy powinna się zbratać z Rowanem DeVriesem? DeVries miał nadzieję, że to, co widziała, pomoże mu wyjaśnić serię niedawnych zabójstw czarodziejów, w tym zabójstwo jego siostry. Więził ją, groził, że będzie ją torturował, jeśli nie dostarczy mu potrzebnych informacji. Na pewno chętnie wróciłby do tego, gdyby tylko miał okazję.
A więc ta opcja też odpadała.
Jednak DeVries był jedyną osobą, która mogła potwierdzić, że w ogóle doszło do morderstwa. Widział ciała tam, gdzie upadły. Stracił siostrę, tak jak Emma straciła ojca, którego dopiero co odzyskała. DeVries był jedyną osobą poza Jonahem, która mogła jej pomóc poskładać to wszystko i zebrać dowody, by znaleźć winowajcę.
Tyle że De Vries nie chciał czekać na dowody. Nie musiał udowadniać swoich podejrzeń, bo przecież nie miał zamiaru iść z tym na policję. On i skrytobójcy Czarnej Róży sami się tym zajmą.
Walka skrytobójców. Czemu w ogóle miałoby ją to obchodzić? Powinna po prostu opuścić pole walki i zostawić ich, żeby się pozabijali.
Przeszył ją dreszcz. Wiatr się wzmagał, a kurtka Tylera nie była wystarczająco ciepła na taką pogodę. Emma mogła iść do domu albo zostać tu i marznąć. Jej buty zostały w altance, ale nie miała zamiaru tam wracać. Będzie musiała poradzić sobie bez nich.
Pokuśtykała pod górę, do lasu, sycząc z bólu za każdym razem, gdy obciążała zwichniętą kostkę. Zdawało jej się, że drzewa rosną coraz gęściej, gałęzie biły ją po głowie. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że ktoś ją obserwuje. Czuła ciarki i pot na karku i z trudem powstrzymywała się przed rozpuszczeniem włosów, by zakryć całą szyję.
Poprzez szum wiatru słyszała coś jeszcze - skrzypienie żwiru, drobne kamyki osuwające się po zboczu. Delikatne kroki, które zatrzymały się, gdy i ona stanęła.
Znowu przeszył ją dreszcz, a może raczej zadrżała z przerażenia, kiedy dotarło do niej, że jest śledzona.
Serce zaczęło jej bić mocniej. Nie oglądając się za siebie, rzuciła się naprzód przez las w kierunku domu, przeklinając ten głupi strój i siebie samą, zwichniętą kostkę i każdy kamień, który ranił jej głupie bose stopy. Kroki przyspieszyły, a Emma kuśtykała coraz szybciej. Teraz słyszała już za sobą czyjś oddech i biegła na oślep przez krzaki, byle jak najprędzej dotrzeć do rezydencji. To było jak sen, w którym ucieka się przed potworem, a nogi kleją się do ziemi.
W końcu przedarła się przez zarośla i gwałtownie wpadła na kogoś, omal się nie przewracając.
- Hej! Uważaj, jak idziesz!
To była ta wiktoriańska wampirzyca, Leesha Middleton. A z nią wysoki rudy chłopak, z którym wcześniej tańczyła.
Leesha przytrzymała Emmę za ręce, by nie upadła.
- Hej, nic ci nie jest? - Zmrużyła szare oczy, by uważnie zlustrować Emmę: jej bose stopy, ubranie w nieładzie, potargane włosy. - Co się stało?
- Ja... hmm... zdawało mi się, że ktoś mnie śledził... Biegłam i... coś mnie goniło. - Zamilkła, rozumiejąc, jak niedorzecznie to brzmi. Nie była to wymiana zdań, jaką chciałaby przeprowadzić z Leeshą.
- Pewnie dzieci ze szkoły próbują zepsuć imprezę - powiedziała Leesha i ścisnęła ją za ramię. - Wiesz, Halloween w małym miasteczku. A przy okazji, gdzie twój czarujący i zgryźliwy przyjaciel?
Umysł Emmy na chwilę przestał pracować.
- Mój... co?
- Ten piosenkarz o boskim wyglądzie. Ten, który wcześniej dał mi kosza. Czy nie pora na drugą część występu?
- O... On... eee... poszedł. Źle się poczuł.
- Aha. - Leesha wpatrywała się w Emmę przez chwilę, aż wreszcie zmieniła temat: - Poznałaś już Harmona Fitcha? - Wskazała swojego towarzysza.
Emma pokręciła głową, próbując skupić się na Harmonie Fitchu.
- Jestem Emma Gr... Emma Lee - powiedziała. Leesha lśniła tak jak wszyscy czarodzieje, ale Fitch nie. To znaczyło, że był Nonwajdlotą. Leesha była niska, Fitch wysoki. Zdecydowanie dziwaczna para.
Rudowłosy chłopak uchylił cylindra.
- Mów mi Fitch - powiedział i spojrzał na Leeshę - ofiara steampunkowego wampira. - Miał na sobie elegancki garnitur i cylinder, a w ręce ściskał laskę ze srebrną gałką. Ściągnął z siebie pelerynę i okrył nią Emmę.
- Trochę pogryziona przez mole, ale ciepła.
Emma otuliła się szczelniej, lecz wciąż drżała.
Leesha chwyciła ją za łokieć i poprowadziła w stronę domu.
- Idź do środka i ogrzej się. My za chwilę wrócimy.
Emma zatrzymała się.
- Gdzie idziecie?
- Seph trzyma zapas napojów w hangarze - odparła Leesha. - Idziemy je przynieść.
- Nie! Nie idźcie tam sami! - zawołała Emma. - Tam był... tam może być...
- Hej, jesteśmy w azylu - spokojnie oznajmiła Leesha. - Tutaj nie ma potworów. Zresztą - uśmiechnęła się - nie jesteśmy zupełnie bezbronni.
Są rzeczy, przed którymi nie można się obronić, pomyślała Emma.
- Lepiej, żebyście tam nie szli - upierała się.
Fitch i Leesha wymienili spojrzenia, jakby każde liczyło na to, że drugie spacyfikuje tę wariatkę.
- Będziemy uważać - obiecała Leesha. Odwrócili się i ruszyli w dół w kierunku jeziora.
Mimo dręczących ją wątpliwości Emma powlokła się do domu, gdzie grzejniki na tarasie zapewniały przyjemne ciepło. Obok jednego z nich przycupnęli Natalie i Rudy, pogrążeni w rozmowie.
- Emma! - zawołała Natalie, wyraźnie ucieszona jej widokiem. - Widziałaś Jonaha? Dostałaś od niego esemes? Co się dzieje?
Sama chciałabym wiedzieć, pomyślała Emma i pokręciła głową.
- Nie mam pojęcia.
- Jeśli źle się poczuł, to czemu nie przyszedł do mnie? - zastanawiała się Natalie. - Zwykle jestem w stanie pomóc w drobnych... - urwała.
- Pisaliśmy do niego, ale nie odpowiada - dodał Rudy. - Mam nadzieję, że nic mu się nie stało. Jeśli pojechał, to musiał wziąć drugą furgonetkę. Dziwne tylko, że zostawił tu cały swój sprzęt.
Emma tylko patrzyła bezmyślnie na nich oboje. Nie znała odpowiedzi, miała jedynie masę pytań. Przez jej umysł przebiegała wciąż ta sama myśl: Czy braliście udział w tym, co przytrafiło się mojemu tacie?
Czyżby tak zaślepiło ją ich wspólne zamiłowanie do muzyki, że nie dostrzegła tak ważnych rzeczy?
- Alison też nie odpowiada. - Natalie obróciła się, by ogarnąć wzrokiem taras i trawnik. - Czemu jeszcze jej tu nie ma? Musimy opracować plan B na drugą część występu.
Emma oblizała wargi. Myśli kotłowały się jej w głowie jak ławica ryb w oceanie.
- Może darujmy sobie tę drugą część.
- Nie! - oświadczyła Natalie, zadzierając głowę. - Pamiętaj o nazwie kapeli: Brakoodporni. Działamy nawet wtedy, gdy brakuje którejś części. Zresztą, już nam zapłacili, a nie chciałabym zwracać połowy kasy.
Nieco zawstydzona, Emma zdjęła z siebie pelerynę Fitcha, złożyła ją starannie i położyła obok siebie na kamiennym murku. Nic nikomu nie mów, myślała. Nie wyróżniaj się, nie zdradzaj swoich sekretów, a będzie dobrze. Nic już nie przywróci Tylerowi życia. Nie wiesz nawet, kto jest twoim wrogiem. Niczego, co raz powiedziane, nie da się cofnąć. Uważaj. Nie spiesz się z decyzją, co robić.
- Hej, co się dzieje?
Emma wzdrygnęła się i obróciła. Zobaczyła Alison.
- Czy już nie pora na drugą część? - zapytała, wpychając sobie ostatni kawałek pizzy do ust.
- Gdzieś ty była? - przywitała ją Natalie. - Już się zastanawialiśmy, co robić.
- Co robić? A z czym? - Alison zmarszczyła brwi.
Natalie, poirytowana, syknęła przez zęby:
- Nie masz telefonu?
Alison wyjęła komórkę z kieszeni.
- No tak, wyłączyłam go na pierwszą część i zapomniałam włączyć. - Przeczytała wiadomość i zaklęła pod nosem. - Jonaha nie ma? - Wyglądała, jakby dostała obuchem w głowę. - To... to niemożliwe. - Wymachiwała komórką przed sobą.
- No nic, skoro go nie ma, to potrzebny nam jakiś plan - podsumowała Natalie.
Alison rzuciła komórkę na podłogę z taką siłą, że roztrzaskała ją na kawałki.
- Ja cię, Alison - odezwał się Rudy. - Panowanie nad złością się kłania. Jeśli jest chory, to trudno.
- Emma, będziesz musiała sama prowadzić gitarę - oznajmiła Natalie. - Ja śpiewam to, co zawsze, a Rudy, ty przejmiesz wokal wiodący po Jonahu. Mam gdzieś taką próbną listę, którą moglibyśmy...
Urwała, gdy nagle przez oszklone drzwi na taras wpadła Madison Moss, a za nią pojawili się Seph i jakiś Nonwajdlota o wyglądzie futbolisty. Madison obrzuciła wzrokiem patio i teren wokół domu.
- Czy ktoś widział Grace? - zapytała, marszcząc czoło.
Emma poczuła ciarki na karku.
- Nie - powiedziała. - A kiedy ostatnio ją widziałaś?
- Razem słuchaliśmy waszego występu, a potem ona powiedziała, że pójdzie sprawdzić, czy lampiony wciąż się świecą. To już było dość dawno. Kazałam jej od razu wrócić... - głos Madison zadrżał, gdy spojrzała na twarz Emmy. - Czy coś się stało?
- Ja... nie... nic.
- Grace to twoja młodsza siostra? - zapytał Rudy.
Madison skinęła głową.
- Ma dwanaście lat, wygląda prawie na osiemnaście. - Madison wyciągnęła rękę przed siebie. - Mniej więcej takiego wzrostu, z jasnobrązowymi włosami. Była przebrana za czarnego kota.
- Może się rozejdziemy i jej poszukamy? - zaproponował Rudy, zawsze skory do działania.
Madison zawahała się, ale zaraz pokręciła głową.
- Seph i ja jeszcze raz sprawdzimy dom, zanim wszyscy wpadniemy w panikę. Grace by mi nigdy nie wybaczyła, gdybym zorganizowała na nią obławę. Will, mógłbyś się rozejrzeć na zewnątrz? - zwróciła się do swojego towarzysza Nonwajdloty.
- Jasne.
- Dzwoniłaś na jej komórkę? - zapytał Rudy.
Madison zacisnęła wargi.
- Tam, skąd pochodzę, nie daje się komórek dwunastolatkom. - Już miała wejść do domu, gdy od strony lasu dobiegły ich krzyki i spośród drzew wyłoniły się dwie postaci.
- To Leesha i Fitch - zauważył Will. - Zobaczę, co się dzieje. - Przeskoczył przez murek na skraju tarasu i pobiegł w ich kierunku.
Emma z coraz większym niepokojem obserwowała, jak trzy osoby szybko rozmawiają, a potem biegną w stronę domu. Seph i Madison ruszyli ku nim, ale Emma została z resztą zespołu na tarasie, niepewna, czy chce słyszeć te wiadomości.
I tak się dowiedziała.
- To jakiś napad - powiedział Fitch. - Jakby... ich zadźgano. Albo zastrzelono. Nie wiemy. Ale w lesie są co najmniej trzy ciała między domem a jeziorem. - Rzucił ukradkowe spojrzenie na Madison.
Madison zrobiła się biała jak kreda, jej niebieskie oczy zalśniły intensywnie na tle bladej cery.
- Kto? - zapytała, zaciskając pięści i ruszając w jego stronę. - Kto nie żyje?
- Czekaj - wtrąciła Leesha. - Niczego nie jesteśmy pewni.
- Zadzwoniłem na 911 - powiedział Fitch. - Zaraz powinni tu być. Poczekajmy, aż przyjadą.
- KTO TO JEST? - powtórzyła Madison. Pod jej skórą zapłonęło niezwykłe światło, kosmyki włosów oplotły głowę niczym węże.
- Jestem uzdrowicielką - powiedziała Natalie, wstając. - Czy ktoś... czy coś mogę zrobić, zanim przyjedzie karetka?
Leesha tylko patrzyła na nią w milczeniu, a po jej twarzy spływały łzy.
Madison Moss rzuciła się biegiem przed siebie. Długie spódnice plątały się jej wokół kostek, a Seph McCauley biegł za nią, prosząc, by poczekała, zwolniła, a przynajmniej nie szła tam sama. Ten pościg zakończył się zaraz za granicą lasu. Seph objął Madison i mocno do siebie przytulił. Magia emanowała z niej z taką siłą, że blask sięgał okolicznych drzew i przeszywał ciemność w głębi lasu.
Emma i pozostali otoczyli ich niczym ćmy ciągnące do światła i czekali w milczeniu.
Seph i Madison powoli podeszli bliżej. Madison osunęła się na kolana obok ciemnego kształtu leżącego na liściach. Serce Emmy zamarło. Poczuła na języku metaliczny smak krwi i rozpaczy. Nie mogła na to patrzeć, ale też nie była w stanie otrzeć łez.
Wtedy rozległ się krzyk Madison Moss. Zdawał się trwać w nieskończoność, połączony z głosem Sepha McCauleya, który przygarnął dziewczynę do siebie i zlał się wraz z nią w jedną ciemną postać.
Emma powinna była odejść, zanim przyjechała policja. Ale ciężko jest myśleć trzeźwo, kiedy człowiek próbuje w ogóle nie myśleć. Dlatego wciąż tuliła się do Alison i Rudy'ego na tarasie, kiedy samochody policyjne i karetki pogotowia zagradzały cały podjazd. Po chwili wróciła Natalie z ponurą miną, niechętna do jakichkolwiek rozmów.
Policja zgromadziła wszystkich w domu i na tarasie. Zdenerwowany młody oficer wydawał komendy przez mikrofon Jonaha.
- Niech nikt nie wychodzi. Proszę, żeby wszyscy pozostali na miejscach, dopóki nie zabezpieczymy miejsca zbrodni. Przeszukamy w tym czasie teren i przesłuchamy ewentualnych świadków. Nie rozmawiajcie ze sobą, bo będę musiał was porozdzielać - burknął jeszcze. - Chcemy usłyszeć szczere zeznania. Ktoś z was mógł widzieć coś, co nam pomoże.
Na pewno nie ja, pomyślała Emma. Ja nic nie widziałam. Nic nie wiem. W pewnym momencie tego zamieszania wrócili Hastings i Downey. Seph z rodzicami namówili Madison, by weszła do środka. Normatywni przeszli do kuchni i zbudowali barierę ochronną przed intruzami.
Policjanci zorganizowali w salonie punkt dowodzenia. Żółtą taśmą ogrodzili teren zbrodni. Zaznaczyli na ziemi możliwe drogi dojścia i włączyli ogromne reflektory, które praktycznie zamieniły noc w dzień. Idąc do lasu, stąpali ostrożnie, oświetlając każdą ciemną szczelinę światłem potężnych latarek.
Uwięziona w tej pułapce policyjnych procedur, Emma zaczęła zbierać swoje rzeczy, by w razie czego móc szybko się stąd wydostać. Rudy i Natalie - widocznie chcąc się czymś zająć - poszli w jej ślady. Złożyli sprzęt i wszystko zapakowali. Alison siedziała na podłodze w rogu, obejmując kolana rękami, z głową opartą o ścianę i zamkniętymi oczami, jakby pragnęła być zupełnie gdzie indziej.
Emma przesunęła palcami po gitarze Jonaha, pozostawionej samotnie w stojaku. To musiał być on, pomyślała. Musiał mieć coś wspólnego z tymi morderstwami. Inaczej czemu zostawiłby ją tutaj? Delikatnie włożyła instrument do pokrowca, zamknęła wieko i zacisnęła zatrzaski. Znajome ruchy. Automatyczne. Uspokajające.
Wszędzie wokół normatywni zbierali się w małe grupki, w których w nienaturalny sposób milczeli. Część stanęła przy krawędzi tarasu, by obserwować policjantów przeszukujących las. Inni szeptali między sobą, spoglądając niepewnie na muzyków.
- Czy ktoś oprócz mnie ma wrażenie, że cokolwiek dobrego miało wyniknąć z tego występu, to już przepadło? - zapytał Rudy, wskazując ruchem głowy grupkę imprezowiczów.
- Nie mogą uważać nas za winnych - mruknęła Natalie.
- Właśnie że mogą - odparł Rudy, pocierając oczy. - Właściwie to chyba możemy być tego pewni. Założę się, że tu, w Trinity, nie było żadnego morderstwa, póki myśmy się nie zjawili. Pewnie nikt tu nawet nie przeszedł przez jezdnię w niedozwolonym miejscu.
Uwagę Emmy przykuło zwiększone poruszenie w lesie. Podniesione głosy, chrobot krótkofalówek, pośpiech ratowników medycznych biegających po ścieżce. Po chwili rozległ się warkot i duży żółty helikopter osiadł w parku przy końcu dzielnicy.
- Chyba znaleźli jeszcze kogoś - szepnęła Natalie. Jej ciało w jednej chwili napięło się jak struna. - Kogoś, kto jeszcze żyje, bo inaczej nie wzywaliby pogotowia lotniczego.
Jest uzdrowicielką zawsze i wszędzie, pomyślała Emma. Nie może znieść bezczynności, gdy ktoś potrzebuje pomocy.
Natalie ustawiła się przy trasie, którą powinni iść ratownicy. Emma przysunęła się do niej. Chwilę później na ścieżce pojawiło się czterech ratowników z noszami. Jeden podtrzymywał worek z płynem wysoko nad głową chorego. Nawet Alison poderwała się, żeby spojrzeć na nosze.
To był Rowan DeVries. Twarz miał bladą, wargi pozbawione koloru, rzęsy zdawały się bardzo ciemne na tle tak jasnej skóry. Pled termiczny, którym go owinięto, zdążył już przesiąknąć krwią. Mężczyzna wyglądał na nieżywego, ale - jak zauważyła Natalie - musiał żyć, bo inaczej nie byłoby tego pośpiechu.
Natalie wpatrywała się w niego w zamyśleniu, ściągnąwszy brwi. Musnęła nawet palcami jego nagie ramię, kiedy ją mijał. Najbliższy ratownik spojrzał na nią gniewnie i pokręcił głową.
- Hej! - krzyknęła za nimi. - Poczekajcie chwilę!
Nie zwolnili kroku.
- O co chodzi, Natalie? - zapytał ktoś z tyłu. Natalie i Emma się obejrzały. Zobaczyły uzdrowicielkę guślarkę Mercedes Foster.
- Ma poważny krwotok, prawy górny kwadrant - oznajmiła Natalie bez cienia wątpliwości. - Naczynie krwionośne, tętnica, coś takiego. Jeśli natychmiast nie operują, wykrwawi się. Ale mnie na pewno nie posłuchają.
Mercedes skinęła głową.
- Rozumiem. W dodatku, jeśli nie uda mi się wlać w niego Wajdlotblokera, szpital będzie miał mnóstwo pytań, na które nie znamy odpowiedzi. - Pobiegła za ratownikami. Jej szczupłe nogi odbijały się od ziemi niczym tłoki w trąbce, ubrania powiewały jak u stracha na wróble. - Rowan! - wrzasnęła. - Czekajcie! Jadę z wami. To mój syn!
Natalie rozmawiała przez telefon z Gabrielem i Emma słyszała fragmenty tej rozmowy.
- Wiem, wiem... nie wiem... Alison i Rudy, i Emma są tutaj ze mną... Jonah? Przysłał esemesa po pierwszej części. Napisał, że źle się czuje i wraca do siebie... Nie, potem już się nie odezwał. Przeszukali cały dom i teren, nie ma go tu. Pisałam do niego kilka razy i nawet dzwoniłam, ale od razu włącza się poczta głosowa... Dobrze. Na razie. - Rozłączyła się i włożyła telefon do kieszeni. - Gabriel już tu jedzie. Wiezie swojego prawnika.
- Mam nadzieję, że z Jonahem wszystko w porządku - mruknął Rudy.
- Siadaj i zamknij się - syknęła Alison. Otworzyła usta, jakby chciała coś dodać, ale wyraźnie zmieniła zamiar.
Emma wsunęła sobie dłonie pod pachy, by je ogrzać.
- Chciałabym już stąd iść - westchnęła, szczękając zębami. - Bardzo, bardzo chcę się stąd wydostać.
I dokąd pójdzie? Nie chciała wracać do Ostoi, gdzie sama już nie wiedziała, komu może ufać. Nie chciała rozmawiać z policją. Gdyby ją zapytali, kim jest i skąd pochodzi, szybko skojarzyliby ją z Memphis.
A jednak trzy osoby uznano za zmarłe. Dwóch czarodziejów obecnych na przyjęciu. I młodszą siostrę Madison Moss. Czarnego kota. Grace.
Jak to mówili w filmach kryminalnych? Jonah Kinlock miał możliwości, motyw i okazję, żeby zabić te trzy osoby. Gdyby Emma wcześniej podniosła alarm w sprawie Jonaha Kinlocka, może nie doszłoby do tego.
Mimo wszystko głos w jej głowie powtarzał: Nie. Owszem, od początku dostrzegała w Jonahu Kinlocku coś morderczego. Był niebezpieczny, ale nie pozbawiony skrupułów. Był niczym nadzwyczaj precyzyjna broń. Emma mogła go sobie wyobrazić, jak zabija czarodziejów. Łącznie z Rowanem DeVriesem. Ale nie wyobrażała sobie, by zabił dziecko. Zwłaszcza tak zbliżone wiekiem do jego brata.
Przypomniała sobie zbuntowaną młodą dziewczynę w kostiumie czarnego kota z wystającymi kolanami. To, jak nadstawiała twarz do muzyki, jak kot wygrzewający się w słońcu. Jej obgryzione paznokcie i rozmarzone spojrzenie, którym śledziła Jonaha. Czemu ktoś miałby skrzywdzić taką dziewczynę? Czy Grace natknęła się na coś, czego nie powinna była widzieć?
Za kamiennym murem w ciemnościach błyskały latarki. Przypominało to blask robaczków świętojańskich, bo chwilami światełka gromadziły się w grupę, potem się rozdzielały i oświetlały pnie i gałęzie drzew. Samochody policyjne zajmowały obie strony ulicy. Policja w Trinity wezwała posiłki z sąsiednich miejscowości.
Czy będą pobierać wszystkim świadkom odciski palców? Sprawdzać ich przeszłość? Emma znowu poczuła strach. Obróciła się, rozejrzała i zauważyła Fitcha i Leeshę siedzących na skraju tarasu.
- Zaraz wracam. - Podeszła do Fitcha i Leeshy i powiedziała: - Hej.
Obrócili się w jej stronę. Fitch trzymał rękę na ramionach Leeshy, a ona miała oczy pełne łez.
Emma zaniemówiła.
- Nie chcę wam przeszkadzać.
Leesha otarła oczy wierzchem dłoni.
Po chwili wahania Fitch powiedział:
- Nie, tylko... tyle tutaj wspomnień... - Spojrzał na Leeshę, jakby się spodziewał, że coś powie, lecz ona milczała. - Dwa lata temu odbyła się tu bitwa - ciągnął - między czarodziejami a pozostałymi gildiami. Zginęło wiele osób, które były nam bliskie.
On wie o gildiach, pomyślała Emma, chociaż sam do żadnej nie należy. Ona, mimo że była Wajdlotką, dowiedziała się o tym dopiero kilka miesięcy temu, gdy zamieszkała z Tylerem. Czasami czuła się, jakby jako jedyna poruszała się w ciemnościach.
Fitch wciąż patrzył na nią wyczekująco i Emma straciła odwagę.
- Przepraszam. Tak mi przykro. Zostawię was - powiedziała i już miała odejść, gdy Fitch zawołał:
- Poczekaj!
Obróciła się w ich stronę.
- Możemy ci w czymś pomóc? - zapytał.
- Hmm... - Obejrzała się przez ramię, by się upewnić, że nikt ich nie słyszy, a potem powiedziała: - Nie chcę rozmawiać z policją. A ponieważ właściwie nic nie widziałam, pomyślałam, że może byście mnie stąd wydostali.
- Przykro mi - odparł Fitch, przestępując z nogi na nogę - ale chyba już na to za późno. Myśmy już z nimi rozmawiali... no wiesz... tak krótko. I wspomnieliśmy o tobie.
- A niech to. - Emma rozprostowała plecy, by zaraz na powrót się przygarbić.
Leesha i Fitch wymienili spojrzenia.
- Masz kłopoty? - zapytał Fitch łagodnie.
No tak, pomyślała. W ciągu ostatniego pół roku straciłam całą rodzinę - tatę i dziadka - i teraz jestem sierotą, a nie chcę znaleźć się pod opieką państwa.
Oni jednak mieli własne problemy, nie chciała więc jeszcze dodawać im swoich.
- Nie - skłamała. - Ja tylko... Po prostu nie chcę być w to wmieszana.
Leesha owijała kosmyk włosów na palcu.
- A może coś, co widziałaś, pomoże złapać zabójcę?
Emma zacisnęła dłonie w pięści.
- Nie wiem, jakim sposobem, skoro nic nie widziałam i nic nie słyszałam.
- No dobrze już, dobrze. - Fitch podniósł ręce. - Powiesz im to i tyle.
Leesha wciąż wpatrywała się w Emmę, lecz jej spojrzenie nie było oskarżycielskie i podejrzliwe, ale raczej... współczujące. Wyjęła komórkę z małej torebki.
- Jaki masz numer telefonu? - zapytała, gotowa wybrać go na klawiaturze. - Zadzwonię do ciebie, żebyś miała mój numer.
- Po co? - zapytała Emma niepewnie. - Po co mi twój numer?
- Żebyśmy mogły pogadać o modzie - burknęła Leesha. Potarła się po karku, jakby ją rozbolał. - Przepraszam. Cięty język to przyzwyczajenie, z którym próbuję zerwać. - Spojrzała na Emmę smutnym wzrokiem. - Czasami człowiek potrzebuje do kogoś zadzwonić. Nie mówię, że jestem tą osobą, ale możesz mieć mój numer na wszelki wypadek. - Po chwili dodała: - A jeśli nie chcesz mi podać swojego numeru, to weź mój.
Emma podała jej numer.
- Panna Lee? - głos dobiegł zza jej pleców tak nagle, że Emma omal nie spadła z tarasu przez niski murek. Ale to dobrze. Lepiej, niż gdyby w ogóle nie zareagowała na to obce nazwisko.
Obróciła się i ujrzała przysadzistego jasnowłosego mężczyznę z rękami w kieszeniach, w znoszonej marynarce i koszuli z rozpiętym ostatnim guzikiem. Emma dostatecznie długo włóczyła się po ulicach, by nie zmylił jej ten swobodny wygląd. Potrafiła rozpoznać przedstawiciela organów ścigania na odległość.
- Emma Lee? - Policjant podał jej rękę, a Emma niechętnie ją uścisnęła. - Jestem Ross Childers, komendant policji i szef biura śledczego w Trinity. Odsłonił skórzaną klapkę, by pokazać odznakę, która wyglądała na autentyczną.
- Jest pan komendantem? - wybąkała Emma.
Ross Childers wzruszył ramionami.
- To mały posterunek. Tak czy siak, lubię trzymać rękę na pulsie. Może usiądziemy na chwilę w samochodzie, żebym mógł zadać ci parę pytań na temat tego, co tu dzisiaj zaszło?
Emma stanęła w rozkroku, jakby chciała zapuścić korzenie.
- A nie może mnie pan zapytać tutaj?
Childers pocierał podbródek.
- W moim wieku człowiek zawsze szuka okazji, żeby usiąść - odpowiedział. - Zresztą mój laptop jest w samochodzie.
Emma nie chciała wsiadać do policyjnego wozu, ale nie potrafiła znaleźć powodu, żeby odmówić. Poszła więc za komendantem Childersem wokół budynku i dalej kamienną ścieżką na podjazd. Karetki już odjechały.
Childers otworzył drzwi po stronie pasażera w nieoznakowanym samochodzie i gestem zaprosił Emmę do środka. Usiadła i poczuła się osaczona przez sprzęty - wielkie radio i pełną guzików deskę rozdzielczą. Od razu uderzyła łokciem w laptop umieszczony na obrotowej podkładce.
- Aj!
- Przepraszam - powiedział Childers, zaglądając do wnętrza. Na podłodze były porozrzucane opakowania po jedzeniu na wynos i wydruki z bankomatów. - Straszny tu bałagan. Nie spodziewałem się gości. - Zdjął marynarkę, rzucił ją na tylne siedzenie i usiadł za kierownicą. Pochylił się, by zebrać śmieci z podłogi, i wetknął je do plastikowej torebki umieszczonej po wewnętrznej stronie drzwi. Był wyraźnie przejęty tym sprzątaniem, jakby naprawdę czuł się zawstydzony.
Emma oddychała niespokojnie. Wracały do niej wspomnienia. Samochody policyjne zawsze pachniały tak samo: słodkawym, nieprzyjemnym odorem. Wnętrza radiowozów to miejsca, w których takim jak ona przytrafiają się złe rzeczy.
Miewała już zatargi z prawem, kiedy mieszkała z dziadkiem, Sonnym Lee, w Memphis. Zanim został zabity. Może zamordowany. Zdawało się, że to było wieki temu, a jednocześnie, jakby zaledwie wczoraj przesiadywała z muzykami w małych klubach bluesowych. Pracowała w warsztacie dziadka, rozprawiała o gitarach z muzykami i właścicielami klubów takimi jak Mickey Munroe czy Scott Somerville.
Childers zauważył, że Emma drży.
- Zimno ci? - Podkręcił ogrzewanie na maksimum, chociaż jego koszula była już przepocona pod pachami. Ściszył radio policyjne, które trzeszczało jak oszalałe, i obrócił laptop w swoją stronę.
- Emma Lee, tak? - zapytał.
Gdy przytaknęła, zaczął pisać jednym palcem z zadziwiającą prędkością.
- Adres?
Nie miała pojęcia. Powinnaś wiedzieć takie rzeczy, pomyślała. Miała ochotę powiedzieć: "Jestem tu nowa", ale to by tylko sprowokowało pytanie o jej poprzednie miejsce zamieszkania.
- Hmm. Mieszkam w Ostoi - powiedziała. - W internacie. Nie pamiętam adresu. To w centrum Cleveland.
Przerwał pisanie i przyglądał się jej spod krzaczastych brwi.
- W Ostoi? Słyszałem o tym miejscu. Czy to nie szkoła dla artystów? Ta, którą prowadzi ten animator muzyki... Jak on się nazywa?
- Gabriel Mandrake. Tak, to ta szkoła.
Stuk, stuk. Stuk, stuk - uderzał w klawiaturę.
- A skąd pochodzisz?
- Moi rodzice zginęli w katastrofie chemicznej w Ameryce Południowej - odparła.
Dłonie Childersa zatrzymały się, policjant podniósł głowę.
- Bardzo mi przykro.
- To było dawno temu. - Odczekała chwilę, ale on się nie odzywał, więc ciągnęła: - Wszyscy uczniowie Ostoi stracili rodziców w tamtej katastrofie. No więc, wie pan, dużo nas łączy.
Podała swój numer komórki, wiek, datę urodzenia. Potem dodała:
- Wiem, że niektórzy myślą, że coś widziałam, ale to nieprawda. Myślę, że traci pan czas.
Komendant Childers wzruszył ramionami.
- Nie spieszy mi się, panno Lee.
- Może pan mi mówić Emma.
- Nie spieszy mi się, Emmo. Zawsze działam lepiej, kiedy przestrzegam procedur. Mamy wzór postępowania i muszę zrealizować wszystkie punkty. Tak się prowadzi dochodzenia... Nigdy nie wiadomo, co będzie przydatne, do chwili, gdy to się okaże.
- Chyba nie macie tu w okolicy wielu morderstw - zauważyła Emma. Przygryzła wargę, żałując, że nie może cofnąć tych słów. On pewnie myśli, że gram panienkę z wielkiego miasta. Czy wie coś o gildiach magicznych w tym miasteczku?
Childers jednak nie stracił pewności siebie.
- O nie, mieliśmy tu sporo incydentów - powiedział i podwinął rękawy, obnażając umięśnione przedramiona. Był lepiej zbudowany, niż można było sądzić. - Zwłaszcza w ostatnim czasie. A więc, po pierwsze, czy rozmawiałaś już z kimś o tym, co się stało? Porównywaliście swoje wersje i tak dalej?
- Nie! - natychmiast odparła Emma. - To znaczy... nie po tym, jak gliny... policjanci... nam zabronili.
- Skąd znasz Sepha i Maddie?
- Nie znam ich. Tak właściwie. - Przesunęła się na siedzeniu, przytrzymując rąbek sukienki.
- W takim razie kto cię zaprosił na imprezę?
- Jestem... z zespołem. Gram na gitarze - odpowiedziała.
- Tak? - Childers wyraźnie się ożywił. - Kiedyś też trochę grałem.
- Naprawdę? - Każdy kiedyś trochę grał na gitarze, pomyślała.
Childers jednak ciągnął ten temat:
- Jaką muzykę gracie?
- Bluesa, rock and rolla, tego typu. Dużo własnych kawałków.
- Jak się nazywa wasz zespół? Może coś o was słyszałem.
- Brakoodporni.
Childers zamyślił się na chwilę, po czym pokręcił głową.
- Nie. Nie słyszałem, ale ja pewnie nie jestem waszą grupą docelową. Kto jeszcze tu był z waszego zespołu?
Emma podała nazwiska.
- Jak to się stało, że dawaliście tu koncert?
- Cleveland nie jest daleko - powiedziała. - Zdaje mi się, że przyjaciółka organizatorów imprezy, Ellen Stephenson, słyszała nas w mieście. I potem nas zaprosiła.
- Ellen? Hmm... - Childers skrupulatnie wszystko notował.
- Zna ją pan?
Skinął głową.
- To małe miasto. A teraz opowiedz, co się tam stało. Dlaczego wyszłaś na zewnątrz?
Poczucie winy sprawiło, że odczytała to pytanie jak oskarżenie.
- Mieliśmy przerwę. Ja... chciałam się przewietrzyć.
- I dokąd poszłaś?
Gdyby umiała kłamać tak jak Jonah!
- Spacerowałam nad jeziorem.
- Czy widziałaś tam kogoś? Kogoś, kto też spacerował?
On wie! Musi skądś wiedzieć. Teraz tylko próbuje mnie przyłapać. Emma czuła żar w piersiach, oblizała zaschnięte wargi.
Nie. Skąd by wiedział? Trzymaj się swojej wersji. Nic nie widziałaś, nic nie słyszałaś, nic nie wiesz. Znała ten mechanizm. Przyznanie się do czegokolwiek było jak pociągnięcie za nić, której delikatne sploty tworzyły całe jej życie.
- Słyszałam innych młodych ludzi - powiedziała. - Słyszałam, jak spacerowali, śmiali się, rozmawiali. Ale nie miałam ochoty z nikim rozmawiać.
- Dlaczego?
- Przez godzinę byłam na scenie. Potrzebowałam trochę czasu dla siebie. No więc nie widziałam nikogo, a nawet gdybym widziała, to i tak bym nie rozpoznała, bo nie jestem stąd.
- A skąd jesteś?
Po co to mówiłaś? Rozpaczliwie szukała odpowiedzi.
- Ja... ee... jestem z Cleveland. Już mówiłam.
Childers pocierał podbródek.
- Hmm. A z twojego akcentu wnioskowałbym, że gdzieś dalej na południe.
- Mój tata był z Tennessee. Chyba podłapałam akcent od niego.
Childers czekał, jakby liczył na to, że ona powie coś jeszcze, ale Emma zamilkła.
- No tak. Fitch mówił, że coś cię tam wystraszyło. Co to było i gdzie się znajdowałaś?
- Teraz czuję się jak idiotka - powiedziała. Childers uniósł brew, więc szybko wyjaśniła: - Myślałam, że coś słyszę, i spanikowałam. To wszystko.
- Gdzie wtedy byłaś?
- Wracałam do budynku.
- A co dokładnie słyszałaś? - nalegał Childers.
- Zdawało mi się, że ktoś mnie śledzi. - Childers siedział nieruchomo, z dłońmi uniesionymi nad klawiaturą, więc Emma dodała: - Słyszałam kroki, trzask gałązek, coś takiego.
- Ale nie bałaś się wcześniej, kiedy słyszałaś tam innych ludzi?
- Nie. Chyba... może nagle zdałam sobie sprawę, że jestem tam sama i w ogóle.
Stuk, stuk, stuk, stuk.
- Czy miałaś podstawy przypuszczać, że jest tam coś niebezpiecznego?
Emma oblizała wargi.
- Nie wiem... było ciemno. I... no wie pan... to Halloween.
- Co było potem?
- Wpadłam na tę dziewczynę, Leeshę Middleton, i jej kolegę. Poszli po jakieś napoje, a ja wróciłam do domu.
- Panna Middleton twierdzi, że próbowałaś powstrzymać ją i Fitcha, żeby nie szli tam sami. - Komendant zamilkł, a gdy Emma nic nie powiedziała, dodał: - Dlaczego?
- Nie wiem. Może teraz to nie ma sensu, bo świecą się te wszystkie światła, ale wtedy... jakoś się bałam. Jestem z miasta... chyba nie jestem przyzwyczajona do lasu. Myślałam, że to może niedźwiedź albo coś.
- Czy widziałaś ciała? - zapytał wprost detektyw.
- Nie.
- Czy znałaś Grace Moss?
- Nie - powiedziała, czując bolesny ucisk w sercu. - To znaczy w zasadzie nie. Poznałam ją dzisiaj.
Childers westchnął, bruzdy na jego twarzy się pogłębiły.
- Wiesz, że nie żyje.
Emma ze smutkiem kiwnęła głową.
- Ktoś przeciął tej małej gardło. Przynajmniej zmarła szybko. - Broda detektywa drżała. - Widywałem ją czasem w miasteczku. - Chrząknął. Dłonie wciąż trzymał na klawiaturze. - Nie widziałaś jej przypadkiem? Może nad jeziorem?
Emma pokręciła głową.
- Widziałam ją wśród publiczności, kiedy występowaliśmy. Wtedy widziałam ją ostatni raz. Po prostu nie mogę.... - urwała i opuściła wzrok na swoje dłonie. Chciała powiedzieć, że nie może sobie wyobrazić, jak ktoś mógł zrobić coś takiego, ale jaki sens miało takie stwierdzenie? Ktoś to zrobił.
- A gdzie twoje buty? - Childers wskazał na podłogę w samochodzie.
Emma spojrzała na swoje stopy w pończochach.
- Ściągnęłam je, jak zaczęłam biec - odparła. - Nie wiem, gdzie są.
- Czy to te? - Childers uniósł plastikową torebkę zawierającą jej czarne pantofle. Musiała leżeć obok niej, ale Emma wcześniej jej nie zauważyła.
- Znaleźliście je! - Sięgnęła po swoje buty.
Policjant cofnął torebkę poza jej zasięg. Wtedy Emma zauważyła przyczepioną etykietkę z opisem.
- Zostały już wprowadzone do materiału dowodowego - wyjaśnił, obserwując jej twarz. - Widzisz, są poplamione krwią. Znaleźliśmy je w altanie. Jest tam też sporo krwi, jakby odbyła się tam jakaś walka.
Przez chwilę czekał na jej reakcję.
- Tak? - Emma zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć. Tak się właśnie kończą kłamstwa: człowiek zostaje przyłapany. - Ciekawe, jak się tam znalazły.
- Ciekawe - powiedział Childers cicho. Zmrużył oczy, wpatrując się w jej kurtkę. - A co to takiego na twojej kurtce?
Emma spojrzała w dół. Na podniszczonej skórzanej kurtce Tylera były brunatnoczerwone plamy. Natychmiast zrozumiała, co to jest. Krew Rowana. Ktoś przebił Rowana nożem. I teraz to ona wyglądała na najbardziej podejrzaną.
Wbiła paznokieć w jedną z plam.
- Nie wiem - szepnęła. - To była kurtka mojego taty. Jakoś nigdy nie zauważyłam tych plam. - To przynajmniej była prawda.
Mina Childersa mówiła, że nie dał się zwieść, ale mimo to zachowywał spokój, jakby cała ta sprawa była problemem, który muszą rozwiązać wspólnie.
- Będę musiał pożyczyć od ciebie tę kurtkę, Emmo, i oddać ją do badania. Sprawdzić, czy krew na twoich butach pasuje do krwi na kurtce.
- Myśli pan, że to krew? - szepnęła Emma.
- Na to mi wygląda - stwierdził Childers rzeczowo.
Emma bez słowa zdjęła kurtkę i podała ją policjantowi, a ten włożył ją do dużej foliowej torby. Napisał coś flamastrem na etykiecie, którą następnie przypiął do torebki.
Gdy owionęło ją chłodne powietrze, Emma zadrżała z zimna. A może tak podziałała na nią świadomość, że jeśli nie powie prawdy, znajdzie się w większych opałach niż kiedykolwiek dotąd. A ta dziewczynka, Grace Moss, może nigdy nie doczeka się sprawiedliwości.
Mimo włączonego ogrzewania Emma miała gęsią skórkę. Childers sięgnął do deski rozdzielczej.
- Zwiększę...
- Czy mogę zacząć od nowa? - przerwała mu, wpatrzona w swoje dłonie. - Mogę zmienić to, co powiedziałam?
- To twoje słowa, Emmo. Ja chcę się tylko dowiedzieć prawdy. - Po chwili milczenia dodał: - Ale pamiętaj, że nie musisz ze mną rozmawiać, jeśli nie chcesz.
- W porządku - powiedziała. - Ja nie mam nic na sumieniu, tylko własną głupotę.
Potem opowiedziała mu prawdę, a w każdym razie większość. O tym, jak Rowan DeVries zaskoczył ją w altanie i jak złamała mu nos, o interwencji Jonaha i o tym, że potem każdy poszedł w swoją stronę. Nie wspomniała o śmierci swojego ojca, jej porwaniu i uratowaniu. Oddzieliła wszystko, co dotyczyło tego morderstwa. Nie chciała zachęcać policji do wyciągania pochopnych wniosków. Childers większość czasu milczał, niekiedy wtrącał pytanie i wstukiwał jej zeznanie do komputera.
- Skąd znasz DeVriesa? - zapytał, gdy skończyła.
W tym miejscu musiała skłamać, i to rozsądnie.
- Nie znam go.
- Nie spotkaliście się nigdy wcześniej?
Pokręciła głową.
- Nie, nie przypominam sobie.
- I nie domyślasz się, dlaczego...?
- Nie. - Childers wpatrywał się w nią, z mnóstwem pytań wypisanych na twarzy, więc dodała: - Nie wiem na pewno, ale... No wie pan... Niektórzy mają utartą opinię o dziewczynach z kapel muzycznych. Zwykle nie mam problemów z wyprostowaniem takich sytuacji.
- Mówisz więc, że on...?
- Nie! Nic takiego się nie stało. Kiedy uderzyłam go w nos, od razu się uspokoił. A potem przyszedł Jonah.
Emma zdała sobie sprawę, że to zabrzmiało, jakby Jonah i Rowan bili się o nią. Jakby coś takiego w ogóle było możliwe.
- Jak byś opisała swoje relacje z Jonahem Kinlockiem?
- Jesteśmy razem w zespole. Chodzimy do tej samej szkoły.
- Czy DeVries w jakiś sposób cię skrzywdził? - Childers pochylił się nad nią. - Jeśli tak, to musimy to odnotować w raporcie.
Emma się zastanowiła. Próbował rzucić na mnie czar, ale jego zaklęcie nie zadziałało.
- Nie, w zasadzie nie. Przewróciłam się i zwichnęłam kostkę.
- Nie popchnął cię?
- Nie pamiętam. Próbowałam zejść mu z drogi.
- Nie masz żadnych siniaków, zadrapań, obrażeń, które moglibyśmy zgłosić?
- Nie.
- Czyli DeVries wyszedł pierwszy?
Emma skinęła głową.
- I nikt nikogo nie pchnął nożem do tego momentu?
- Nie - wyszeptała. - O ile wiem, nie był ranny, z wyjątkiem... z wyjątkiem nosa.
- I to ty go uderzyłaś. - Emma zauważyła, że komendant spogląda na jej dłonie, szukając śladów.
- Uderzyłam go głową - wyjaśniła.
- Co ty i Kinlock zrobiliście potem?
- Ja wyszłam - oświadczyła Emma.
- Nie rozmawialiście?
- Prawdę mówiąc, byłam zła na nich obu, więc poszłam sama. I właśnie wtedy miałam wrażenie, że ktoś za mną idzie.
- Czy któryś z nich wydawał ci się na tyle rozgniewany, żeby... żeby chcieć kontynuować tę bójkę później? To znaczy doprowadzić ją do końca?
Johan był gotów zabić DeVriesa, ale Emma go od tego odwiodła. Przynajmniej tak jej się wydawało.
Wzruszyła ramionami i podstawiła dłonie pod strumień ciepłego powietrza płynącego z grzejnika.
- Nie umiem powiedzieć. Chyba nie najlepiej oceniam ludzi.
- Emma? Tu jesteś!
Tym razem głos dobiegł spoza samochodu. Emma podniosła głowę i zobaczyła Gabriela Mandrake'a w towarzystwie Natalie i jakiegoś obcego mężczyzny.
- Co tu się, u diabła, wyrabia?! - Gabriel otworzył drzwi po stronie pasażera i dał Emmie znak ręką, by wysiadła. Zastosowała się do jego polecenia.
Ross Childers wysiadł z samochodu i wyprostował się. Rozmawiał z Gabrielem ponad dachem pojazdu.
- Jestem Ross Childers, komendant policji, panie...
- Gabriel Mandrake, dyrektor szkoły i opiekun panny Lee - oświadczył Gabriel. - A to mój prawnik Matt Green.
- Zawsze porusza się pan w towarzystwie prawnika? - Childers pocierał sobie kark, jakby odczuwał tam ból.
- A czy pan zawsze przesłuchuje nieletnich bez obecności ich opiekunów? - odburknął Green.
- To nie jest przesłuchanie, panie Green - stwierdził Childers. - Emma... panna Lee... jest możliwym świadkiem przestępstwa i chciałem zadać jej tylko kilka pytań, to wszystko.
- I musiał pan w tym celu zaciągnąć ją aż tutaj, do swojego samochodu? - zapytał Gabriel. - Nie sądzi pan, że jest w tym element zastraszania?
Childers zdawał się nie dostrzegać agresywnego tonu Gabriela.
- To standardowa procedura, panie Mandrake, zabrać świadka w ustronne miejsce, gdzie może mówić śmiało, bez obawy, że ktoś to usłyszy. Dobrze też jest zbierać zeznania od każdego z osobna, żeby świadkowie nie ingerowali wzajemnie w swoje wersje. W każdym razie przyszła z własnej woli. Rzecz w tym, że troje młodych ludzi nie żyje, jeden mężczyzna jest w krytycznym stanie, a nie bardzo mamy od czego zacząć. Panna Lee wykazała wolę pomocy.
- Mam nadzieję, że pan rozumie, iż panna Lee jest jedną z osób, za które jestem odpowiedzialny - oznajmił Gabriel. - Nie wiem, ile pan wie o mojej pracy w Fundacji Thorn Hill i w Ostoi, ale te dzieci są wyjątkowo delikatne.
- Delikatne?
- Wielu z naszych uczniów ma za sobą traumatyczne przeżycia, czy to psychiczne, czy fizyczne - wyjaśnił Gabriel.
- Ach tak? - Childers ponownie spojrzał na Emmę. - Nie wiedziałem.
- Wiedziałby pan, gdyby pan postępował zgodnie z procedurami.
Nie jestem kaleką, miała ochotę krzyczeć Emma, ale skoro Gabriel chciał wyrwać ją z tej sieci kłamstw, w której się znalazła, nie mogła narzekać. Rozcierała sobie ramiona, bo brak kurtki dawał jej się we znaki.
- Rozumiem pańskie zastrzeżenia, panie Mandrake, ale im szybciej zdobędziemy wstępne informacje, tym bliżej będziemy rozwiązania sprawy - powiedział Childers, opierając ręce na samochodzie.
- Zdaje mi się, że powinien pan się raczej zająć dokładnym przeszukaniem terenu i zebraniem materiału do badań niż zastraszaniem wrażliwej młodej dziewczyny - powiedział Green.
- Moi ludzie przeszukują teren - odparł Childers i przeniósł wzrok na Emmę. - Czujesz się zastraszana, Emmo?
- Ja tylko chcę już jechać do domu - szepnęła, a z jej oczu pociekły łzy.
Childers skinął głową.
- Panno Lee, dziękuję za to, że ze mną porozmawiałaś. Mam twoje dane kontaktowe i kiedy już przyjdą wyniki wszystkich analiz, pewnie będę chciał z tobą porozmawiać na posterunku, żebyś odpowiedziała jeszcze na kilka pytań i podpisała zeznanie.
Emma tylko kiwała głową.
Childers pogrzebał w kieszeni i wyjął podniszczony wizytownik. Wydobył jedną wizytówkę i wręczył ją Emmie.
- Gdyby jeszcze coś ci się przypomniało... cokolwiek, co może być pomocne... Zadzwonisz?
- Jasne. Dobrze.
Przyglądała mu się, gdy odchodził. Szef policji w Trinity w stanie Ohio wyglądał na człowieka, którego chciałoby się mieć po swojej stronie, gdy się wpadnie w tarapaty: solidnego, metodycznego i dokładnego. Na pewno nie była to osoba, z którą chce się mieć do czynienia, kiedy próbuje się coś ukryć. Albo gdy po prostu chce się mieć święty spokój.