Słowo od autorki
Drogi Czytelniku zapraszam Cię do świata emocji młodego pisarza. Czując się nieakceptowany, odrzucony przez środowisko autorów, ogólnie ludzi, wśród których przyszło mu żyć, dorastać, usiłuje zrozumieć, gdzie i czy w ogóle popełnia błąd. Czy błędem można nazwać pragnienie tworzenia? Chęci przekazania innym tego, co jest ważne? Czy błędem jest szukanie akceptacji, zrozumienia, jak i ogólnie pojętej tolerancji? Nie sądzę.
Alan odbywa wędrówkę nie tylko w głąb siebie, ale poznaje historię przodków. Zwłaszcza jeden z nich okaże się dla niego najważniejszy. Pradziadek Perry i jego historia życia oraz tajemnice, którymi się otaczał, staną się dla niego odpowiedzią na nurtujące pytania.
Jak przeszłość zdoła zaznaczyć się aż tak zdecydowanie w psychice młodego twórcy? Odpowiedź znajdziecie w powieści.
Nieprzespane noce. Poczucie odrzucenia. Brak akceptacji. Niezrozumienie, wręcz izolacja... Czy to jest Ci znane? Te słowa? A emocje? Sądzę, że tak.
Każdy z nas boryka się z własnymi lękami. Każdy szuka - mniej lub bardziej podświadomie - akceptacji i przeżywa rozczarowanie, gdy orientuje się, że jest to nierealne. Dlaczego tak bardzo zależy nam na znalezieniu zrozumienia? Bo człowiek nie potrafi być samotny. Bo nasz umysł jest jak rzeka, płynie, rwie brzegi naszej psyche, tylko po to by mimo wszystko zmieścić się w ramach, które są narzucane. Jak rzeka trzyma się koryta, tak my dbamy o zachowanie norm, o ujarzmienie naszej natury... Bo co... inaczej nie wypada postępować?
A może tak?
Uwolnijmy własną moc. Stańmy się żywiołem słów, emocji i działań... Pokonajmy brzegi, pokonajmy ograniczenia. Nie trzymajmy się schematów, ram ni opinii ludzi. Bądźmy sobą, cokolwiek to znaczy... Zawsze sobą!
Alan odkrywając tajemnicę przeszłości pradziadka poznaje siebie. Droga, którą do tej pory pokonał wiedzie go przez samotność, świadomą, dobrowolną izolację i cierpienie. Lecz wie gdzie szukać ratunku. Wyjeżdża tam, gdzie przez pięć lat mieszkał Perry. Dom, który zbudował pradziadek nad rzeką Missouri stanie się dla niego enklawą. Ale nie tylko. To tu odkryje pewną tajemnicę. Tajemnicę mapy i inną bardzo bolesną prawdę. Prawdę, która zdominuje jego pragnienie trwania.
Co takiego wydarzy się w życiu Alana? Jakie wydarzenia z Maron-City i Green-House spowodują, że straci grunt pod nogami? Kim są kobiety: Alice, Lilii i Diana? Jaki wpływ wywrą na jego życie?
Jaką porażającą prawdę odkryje Alan? Prawdę, która go zmieni. Czy to klątwa? Jakie otrzymał dziedzictwo, ten młody pisarz?
W baśniowych krajobrazach w parku Glazier rozgrywa się dramat samotnego człowieka.
Ile może znieść człowiek? Na to pytanie usiłuję odpowiedzieć w książce.
To nie jest historia jakich wiele, to historia ludzi, którzy żyjąc na granicy społeczeństwa usiłują przetrwać. A do tego muszą zmierzyć się z własnymi lękami, obawami. Muszą stawić czoła sekretom, mogącym zrujnować życie. Czy tak stanie się z tytułowym bohaterem?
Drogi Czytelniku zapraszam Cię do czytania.
Początek końca
Za niewielkim wzniesieniem widoczny był biały dom z czerwonym spadzistym dachem. W pobliżu rosły cztery sosny, które pięły się ku niebu, a dwa karłowate cisy wtuliły się w jego ściany. Stał na uboczu drogi i rzadko kto do niego zaglądał. Mieszkała tam rodzina Malarkey. Mieli dwóch synów - Alana i Mirona.
"Jeden do roli, drugi do pióra", jak mawiała Tess Malarkey.
Jej mąż Charles, z dziada pradziada farmer, zazwyczaj na te słowa smutno kiwał głową. Miał nadzieję, że synowie kiedyś przejmą po nim schedę, a tu jak żalił się sąsiadom; "syn pisarz mu się trafił". Nie od razu zaakceptowali ten fakt, ale z czasem... cóż... i do syna, który jest pisarzem można się przyzwyczaić. Zwłaszcza jak ten - po jakimś czasie - zaczął zarabiać. Co prawda nie tyle, ile Miron, będąc właścicielem warsztatu samochodowego i komisu, ale zawsze to było coś...
Zmieniały się pory roku, zmieniała okolica...
Miron skończył dwadzieścia osiem lat, Alan dwadzieścia cztery, ale w rodzinie Malarkey życie toczyło się utartym rytmem. U nich wszystko było jak dawniej. Ubyła tylko jedna sosna. Ta, która stała najbliżej domostwa. Jej korzenie zaczęły zagrażać zabudowaniu i trzeba było ją ściąć. Tess Malarkey martwiła się czymś jeszcze. Żaden z synów nie myślał o ożenku. Sama swatała ich z dziewczynami, lecz nie trafiała w ich gust. Kolejna panna odjeżdżała z niczym, a było ich w miasteczku, położonym kilkadziesiąt kilometrów od ich farmy, coraz mniej. Mijały miesiące, a oni wciąż trwali w stanie kawalerskim. Na Alana zbytnio nie liczyła, ale Mironowi dziwiła się.
"Chłopcy jak malowani", mówiła do męża, "a oni nic - tylko... jeden siedzi nad książkami, drugi szuka sobie roboty."
Mijały miesiące...
I przyszło kolejne lato. Upalne, piękne. W domu "Trzech sosen" - jak nazywali ludzie z miasteczka, Tess krzątała się w kuchni. Charles z najstarszym synem kończyli cięcie drzewa. Stara sosna miała stać się opałem na zimę. Było sporo roboty... Ale tylko dla nich, bo Alan siedząc na poddaszu, w swojej "pisarskiej dziupli" odbywał kolejną podróż do świata jakże odległego od tego, który rozpościerał się za małym strychowym oknem. Gdy uniósł głowę, by spojrzeć na błękit nieba, zamyślił się.
- Cholera, czy ja naprawdę robię coś niezwykłego...? Przecież piszę jak każdy. Chyba jak każdy? - Słowa wypowiedziane niezbyt głośno rozeszły się echem po strychu.
Młody pisarz... no, w sumie nie znów taki młody (byli młodsi) raczej chodziło o tak zwany staż pisarski - siedział w swoim małym pokoju na poddaszu i grzązł w kolejne myśli. Wciągały go jak rekin wciąga ofiarę w głębię. Właśnie docierał do dna rozważań. Nie miał już sił. Nie mógł pojąć dlaczego prawie całe środowisko pisarskie go odrzuca. Byli i tacy, którzy w stosunku do niego zachowywali się jeszcze okrutniej. Nazywali go grafomanem. I nie tak to słowo mu doskwierało, czy spędzało sen z powiek, a nie zrozumienie owych mechanizmów, które rządzą tymi pisarzami. Przecież nic im nie zawinił, nic złego nie uczynił, dlaczego więc obrzucają go kalumniami? Owszem zdawał sobie sprawę z faktu, że jego książki mogą się nie podobać. Miał swoich zwolenników, jak i przeciwników. Pierwsza powieść wydana prawie dziesięć lat temu stała się bestsellerem. Miał wtedy szesnaście lat i myślał, że wygrał los na loterii. Stał się sławny i wierzył, że dzięki talentowi osiągnie sukces. Wierzył w siebie. Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata, a on nabierał pokory. Woda sodowa wyparowała. Kolejne powieści nie cieszyły się już takim uznaniem. Zrozumiał, że jeśli ktoś pisze, sprzedaje to co stworzył, zdaje się automatycznie na krytykę. Zrozumiał również, że podlega ocenie jak każdy, kto istnieje z czymkolwiek na rynku wydawniczym. Ale by od razu... błotem w niego? I za co? Za to, że ma czelność mieć swój styl? Być po prostu inny? I co dziwne, to nie czytelnicy go atakowali, a część kolegów po piórze. I to bolało. Nie rościł sobie prawa do nieomylności, ani nie uważał, że ma znaleźć się na panteonie. Wierzył, że to co i jak pisze trafia do czytelników, a przecież pisarze też nimi bywają. Tak jak i on. Marzył o tym by kiedyś spotkać się z nimi, by (nie poprzez Internet) a prosto w oczy powiedzieli mu to, co tak bezkarnie zamieszczają w sieci. Czasem nawet jako anonimy. Bo tak łatwiej? Prościej? Lecz nie dla niego. Dążył podświadomie do konfrontacji. Pogrążał się w rozmyślaniach dotyczących tego jak bywa traktowany, dziś, teraz... w sumie od dwóch lat.
Przecież to niedorzeczne - myślał, nie odrywając oczu od okna, za którym białe chmury układały się w przeróżne kształty.
Najwięcej krytyki zbierał za to, że potrafił niemal w dwa dni napisać konspekt całej powieści, a w miesiąc ją skończyć. Sam nie rozumiał jak to się dzieje, lecz wiedział jakim odbywa się to kosztem. Czasem zbyt wielkim, a jednak nie umiał z tego zrezygnować. Nie jadł, nawet nie miał czasu by pić, tylko siedział nad klawiaturą pogrążony, a raczej porwany w ten literacki świat przez bohaterów. To nie on go tworzył, lecz to oni zabierali go i pozwalali łaskawie wejść do własnego świata do życia.
Alan i dziś nie mógł oderwać się od pisania. Dopiero, gdy postawił ostatnią kropkę i pochwalił się tym na Facebooku zaczął myśleć. Czy aby dobrze zrobił? Czy zostanie zrozumiany?
I okazało się, że choć - dziś - nikt go nie zaatakował, to też i nie zrozumiał. I to właśnie usiłował pojąć. Dla niego pisanie było jak oddech, bez którego nie mógł żyć. Nie traktował tego, ani nie myślał o sobie, że robi coś wielkiego, coś niebywałego. On zawsze tak pracował. To była normalka.
- Alan! Synku, kiedy w końcu zjesz?! - doszedł go głos matki, która stojąc na półpiętrze zadzierała głowę ku klapie prowadzącej na poddasze.
- Nie wiem... Nie mam ochoty mamo!
Wiedział, że musi coś odpowiedzieć. Nie wiedział tylko co. Łatwiej przychodziło konstruowanie dialogów w powieści niż prawdziwa rozmowa, choćby z mamą. Był outsiderem. Bynajmniej tak myślał o sobie. To było smutne i dziwne zarazem.
On, kiedyś w czasach dzieciństwa, popularny, wręcz uwielbiany przez rówieśników, z czasem został zepchnięty na margines. W grę wchodziły dwie opcje: zazdrość kolegów lub jego działania... Bo być może sam to uczynił? Sam odsunął się, bo dostrzegł własną inność? Tak, bez wątpienia był inny. On dzięki słowom tworzył obrazy. Mama nazwała go malarzem słów. A starszy brat mówił do niego maestro wizji. Tak, to prawda, miewał wizje. W jego głowie rodziły się historie. Jedna po drugiej...
- Alan! Synku, ale ty od wczoraj nic nie jadłeś! Tak nie można. Zjedz proszę. - Głos mamy wzmagał się. Jego siła przerażenia była niemal namacalna w tych wibrujących pod sufitem dźwiękach. Alan spojrzał w górę. Sufit stromy, z desek stał się dla nich bańką pełną kumulującego się echa.
- Tak mamo. Dobrze. Rozumiem...! - zawołał równie zdecydowanie. Ruszył się. Niechętnie wstał. Zerknął w monitor. Tam pośród czerni liter sunęły zielone linie, które świadczyły o tym, że musi pod szlifować tekst. Zauważył też, że są w nim błędy gramatyczne. Nie chciał odrywać się od pracy, lecz musiał w końcu zejść na dół. Tam, gdzie wciąż stojąca mama nerwowo pokrzykiwała:
- Idziesz? Czekam! Zupa stygnie!
- Tak idę!
I podniósł klapę. Zobaczył jej zniecierpliwione spojrzenie. Na dnie źrenicy dostrzegł zmartwienie. Pojął, że tym razem granie na zwłokę jest przez nią nie do zaakceptowania. Dziś musiał jej posłuchać i w końcu zejść. Odwrócił się i krok za krokiem pokonywał kolejne szczeble drabiny. Zrobił ją specjalnie dla niego starszy brat Miron. Była mocna, stabilna i bardzo wysoka. Dlatego mama nie odważyła się nigdy wejść na górę. Nie tylko z racji tuszy, ale przede wszystkim faktu, że rok temu przeszła operację biodra.
- Siedzisz w tej jaskini jak odludek. Nie jesz, z nikim nie pogadasz... Cały czas tylko piszesz i piszesz. Synku tak nie można.
- Mamo, gdybyś tylko wiedziała ile słów na minutę wymawiam.
- Tak, wiem, ale nie z ludźmi... tylko z nimi, tymi swoimi bohaterami - spojrzała karcąco.
Wszedł do kuchni. Otoczyła go gama zapachów. Od wysokiego po najniższy z akordów. Pomidorowa i lekko podpieczona pieczeń, a do tego ogórki i piure ziemniaczane oraz kukurydza stały się etiudą. Spontanicznie pociągnął nosem. Odczuł głód. Usiadł przy stole i nie czekając na pozostałych domowników zaczął szybko jeść.
- No tak... człowiek z buszu. - W głosie mamy brzmiały nuty nagany. - Nie poczekasz na tatę i brata? - spytała, spoglądając na niego.
- Oj, rzeczywiście. Przepraszam, ale zapomniałem - odparł z pełnymi ustami. Długi, cienki makaron zawisł w kąciku ust. - Nagle poczułem głód - dodał na swoje usprawiedliwienie.
- No, dobrze. Rozumiem - powiedziała, siadając obok.
- A gdzie brat? - Alan zerknął badawczo na mamę. Nagle uświadomił sobie, że wygląda na zmęczoną, spracowaną, i że w jej oczach widoczna jest troska. Siwe włosy układały się falami. Między brwiami dwie zmarszczki podkreślały fakt nie tylko wieku, ale i ciągłego niepokoju. Inne gromadnie okalały oczy. Twarz ogorzała od wiatru. Usta przyblakłe i ręce zryte siecią linii. Ułożone teraz jedna na drugiej spoczywały nieruchomo na stole. Pojął, że tkwiąc od kilku lat w oderwaniu od rzeczywistości zupełnie nie dostrzegł tego, że się postarzała. Że choroba również odcisnęła na niej swoje piętno.
- Do stodoły poszedł. Ojcu pomaga drzewo rąbać. Ty się jakoś do tego nie kwapisz - zabrzmiała z wyrzutem w głosie.
A on tylko spuścił głowę.
- No tak, przepraszam. Jutro pomogę. - Poczuł wyrzuty sumienia. To prawda, od tygodnia był nieobecny. Owszem był w domu, ale nie wiedział co się w nim dzieje. Wciąż pisał.
- Nie obiecuj, nie obiecuj synku. - Kobieta machnęła ręką. Wstała, podeszła do kuchenki, zmniejszyła gaz i zaczęła mieszać sos.
Kilka minut później na progu dużej, widnej kuchni stanęli dwaj mężczyźni.
- Mamuśka! Co dziś jemy? - Szpakowaty, starszy, ale postawny mężczyzna spoglądał z zainteresowaniem na żonę. Za nim stał młody, dobrze zbudowany jasnowłosy chłopak. Zaciekawiony zerkał przez jego ramię.
- A co ma być? Siadajcie do stołu. - Kobieta odwróciła się. - Umyjcie ręce - poprosiła. Jej oczy nagle złagodniały. Usta lekko drgnęły układając się w uśmiech.
- Oj nie wiem, co tam twoje rączęta upichciły? - Mężczyzna podszedł i usiłował ucałować dłoń kobiety. Ta machnęła ręką, odsunęła się i będąc nieco skrępowaną odparła:
- Pomidorowa i pieczeń. Miron, Charles umyjcie ręce - powtórzyła prośbę.
Obaj posłusznie wykonali polecenie. Po kilku minutach wszyscy zasiedli przy stole.
Zza okna dochodził szum wiatru, śpiew ptaków i odgłosy szczekających psów.
A w domu "Trzech sosen" domownicy właśnie kończyli posiłek.