Prolog. Głosy z prochu
PROLOG
Głosy z prochu
Thomas odnalazł dziennik trzy tygodnie po tym, jak skończył się świat.
Nadal go to zdumiewało. Jak? Kiedy? Kiedy i jak? Kiedy jego przyjaciel
zdążył zapisać wszystkie te strony i jakim cudem notatnik znalazł się w jednym z pudeł przesłanych Płaskim Przenosem, zanim jeszcze on sam i reszta przyjaciół wyruszyli w podróż? To sprawka Avy Paige, oczywiście,
tak samo jak wszystko inne. Ale i tak... Jak? Kiedy? Te dwa słowa krążyły
mu po głowie niczym goście, którzy nie chcą wyjść jeszcze długo po tym,
jak impreza dobiegła końca.
Usiadł na ulubionej krawędzi ulubionego klifu, wpatrując się w ogromną,
wieczną i nieskończoną pustkę oceanu. Powietrze było czyste i rześkie,
ze słabą wonią ryb i słodką nutą rozkładającego się życia. Delikatna
wodna mgiełka osiadała mu na skórze, chłodna w promieniach palącego
słońca. Zamknął oczy, odcinając się od onieśmielającego horyzontu, przez
który miał wrażenie, jakby był uwięziony na księżycu. Marsie. W innej
galaktyce. Niebie. Piekle. Czy to w ogóle miało jakieś znaczenie?
Poruszył się na nierównej powierzchni skały, by usiąść wygodniej, z nogami zwieszonymi nad huczącą poniżej czarno-niebieską wodą, tak daleko
od cywilizacji, jak tylko był w stanie to sobie wyobrazić.
Oczywiście dobrze, że tak się stało. Prawda? Tak, dobrze. Jednak
ucieczka przed chorobą, szaleństwem i śmiercią nie zdołała pokonać
smutku z powodu tego, co utracili. To ponownie zwróciło jego myśli ku
dziennikowi.
Otworzył oczy i podniósł wypaczony, wystrzępiony i pobrudzony błotem
dziennik z miejsca, gdzie wcześniej go odłożył - samotnej półki z piaskowca, która wyglądała, jakby została wyrzeźbiona dłutem czasu, by
spoczął na niej święty artefakt. Święty. Artefakt. To brzmiało
właściwie.
Otworzył notatnik, swobodnie, lecz ostrożnie, po czym przerzucił jego
liczne strony, z których każdą, od góry do dołu, wypełniało niestaranne
dziecięce pismo. Nachylenie wyrazów, ślad tuszu - mocny i ciemny, pisany
coraz grubszymi pociągnięciami - rozmiar liter... Każda kolejna strona
przedstawiała to, co z łamiącą serce wyrazistością ukazywała treść
zapisu - jego przyjaciel pogrążał się w całkowitym, dzikim szaleństwie.
Dziennik kończył się jakimiś trzydziestoma pustymi stronami. Na
ostatniej zapisanej widniało tylko jedno słowo, którego litery
wypełniały całą przestrzeń, nabazgrane brutalnie: PROSZĘ.
Jak rany, Newt, pomyślał Thomas. Czy nie było już wystarczająco źle? Czy
koniec nie był szczytem okropności? Dlaczego, do diabła, musiałeś dać
temu dziennikowi zaistnieć, a co dopiero trafić w ręce Avy Paige?
Dlaczego?
Jednakże, mimo tych nieprzyjemnych myśli krążących mu po głowie Thomas
wiedział, że nie miały one żadnego znaczenia. Uwielbiał ten dziennik. Tę
książkę. Słowa przyjaciela. Jakkolwiek były bolesne, ukazywały większy
obraz - były płótnem, na którym namalowano fragment życia Newta, który
mogli posiadać już zawsze. Który mogły posiadać ich dzieci. Przyszłe
pokolenia. Jak muzeum wspomnień, tych dobrych i tych złych.
Thomas ponownie przekartkował dziennik i na chybił trafił wybrał jedną
ze stron... Chociaż trochę oszukał i świadomie otworzył go gdzieś na
początku, kiedy objawy Newta dopiero zaczęły się pojawiać. Nikt
dokładnie nie wiedział, kiedy zaczął pisać, jako że nigdzie nie było dat
ani odniesień do konkretnych wydarzeń. Jednak wpis, który Thomas teraz
czytał, musiał powstać w dniu, w którym pozostawili przyjaciela w górolocie, podczas gdy sami wyruszyli do Denver.
Thomas pochłaniał wzrokiem każde słowo, smakował je i rozważał:
Mówiąc to, czuję się jak frajer, ale muszę się stąd wydostać. Dłużej
tego nie zniosę. Kocham tych ludzi. Kocham ich bardziej, niż
kiedykolwiek mógłbym kochać kogoś innego. Oczywiście mówię tak, bo nie
pamiętam mamy ani taty. Ale wyobrażam sobie, że to byłoby właśnie to.
Rodzina. Właśnie tym dla mnie są. Thomas. Minho. Wszyscy. Ale nie mogę z nimi dłużej być, nawet jednego dnia więcej. To mnie zabija, i to nie
jest żaden żart. Mam dość. Dla nich. To koniec. Już po mnie. I to też
nie jest żart. Zdaje się, że te słowa przychodzą naturalnie. Zabijanie.
Koniec. Muszę odłożyć ten dziennik. Muszę napisać jeszcze inną
wiadomość.
Thomas zamknął notatnik i odłożył go na skalną półkę nad głową, po czym
położył się na boku, podciągając nogi i kładąc ramię pod głową.
Wpatrywał się w mokre przestrzenie oceanu, rozciągające się bez kresu
dla myśli i wzroku. Wiedział, że pod tą burzliwą, falującą powierzchnią
żyją miliardy stworzeń, nieświadome takich rzeczy jak Poparzeńcy,
pustynie i labirynty. Pływały i jadły w swoim świecie, który również
uszkodziły rozbłyski słoneczne, a który zapewne uzdrawiał się szybciej.
Pewnego dnia porządek rzeczy w naturalnym świecie z pewnością wróci do
normy.
A co z nami? - pomyślał. Co z ludźmi?
W tej chwili, pomimo otwartych szeroko oczu, którymi wpatrywał się w bezmiar oceanu, jedynym, co widział, byli ludzie. Newt. Teresa. Alby.
Chuck. Tyle utraconych żyć.
Chłopie, jesteś dołujący, zganił siebie samego. W jakiś sposób -
przynajmniej dzisiaj - musiał przestać myśleć o tym całym szajsie.
Wstał, wziął dziennik Newta i ruszył ścieżką wijącą się wzdłuż klifu,
przez piaskową trawę, aż do nowej Strefy. Nie była jeszcze zbyt duża,
ale pewnego dnia mogła się taka stać. Trzeba dać ludziom szansę, prawda?
- Hej! - zawołał ktoś z daleka. Patelniak. - Wymyśliłem nowy sposób na
przyrządzenie tej cholernej ryby!
Thomas już czuł jej zapach.
Rozdział pierwszy. Trójca terroru
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Trójca terroru
1Alexandra
W miejscu zwanym Alaską Alexandra Romanow stała na balkonie swojego domu
i wpatrywała się w miasto - pogrążone w ciemności, oprószone
jasnożółtymi błyskami płomieni gazowych lamp w oknach i na ulicach. Ani
jedna chmura na niebie nie przesłaniała gwiazd, które lśniły doskonale
widoczne, a z których każda była niczym idealny grot świetlistej
włóczni. Czyste powietrze otaczało ją jak niewidzialna mgła, ciepłe i wilgotne, zraszając jej włosy, ubranie i skórę. Odetchnęła głęboko,
rozkoszując się widokiem leżącego poniżej świata.
Jej świat. Alaska. Gdzieś tam były też inne... światy. Naród Pozostałych,
gdzieś na równinach Nebraski. W Kaliforni byli szaleni doktorzy robiący
rzeczy, jakich nie zrobiłby nikt o zdrowych zmysłach. Ale oni wszyscy
byli daleko. Alaska należała do niej.
Nie szkodzi, że musiała dzielić ją z dwójką innych. Z Nicholasem. Z Michaiłem. Z Nicholasem i Michaiłem. Jednak czuła tę władzę, jakby
wszystko należało tylko do niej. I któregoś dnia możliwe, że tak właśnie
będzie. Do tego czasu będzie dopracowywać spotęgowanie Ewolucji, być
może krok po kroku sabotując pozostałych i pozwalając, by od czasu do
czasu odczuwali wagę ich strasznego celu. Zwalczanie terroru terrorem.
Kończenie tragedii tragedią.
Czy nie mówiło się, że wszystkie straszne rzeczy występują trójkami?
Śmierć, trzęsienia ziemi, tornada. W swoim życiu poznała zaledwie jedne
trojaczki, lecz te dzieci były diabłami na maleńkich nóżkach, a ich
przeszywające krzyki w noc Ewolucji stały się wspomnieniem, które nadal
nią wstrząsało. To nie ona położyła nagły kres tym wrzaskom, lecz
powiedzenie, że sama nie była zaledwie o krok od wykończenia całej
trójki, byłoby jednym z największych kłamstw. Och, z jak ogromną ulgą
odetchnęła w tej słodkiej ciszy, która później nastała.
Nieszczęścia chodzą trójkami. To filozofia stara jak sam czas. Ich
również było troje, Bogów... tych, którzy Ewoluowali - których myśli były
szybsze od wszystkich słów świata wypowiedzianych naraz, z niemal
mechaniczną kontrolą zmysłów, fizjologią, związkami chemicznymi,
endorfinami i wszystkim innym... ze zdolnościami umysłowymi wszechświata
zdolnego pochłonąć całą wiedzę i światło. Ewoluowali, co do tego nie
było najmniejszej wątpliwości. Ale ona - tak, ona - przewyższała ich obu
razem wziętych. To wiedziała na pewno. Na razie jednak było ich troje.
Jej umysł zalała fala wspomnień, jedno po drugim, w ułamku sekundy.
Pożoga miała wiele wariantów budujących umysły, by naprawić to, czego
nie można naprawić. Być może to wszystko służyło jakiemuś celowi,
tysiąclecia przerażających trójc przygotowujących ludzi na to, co
powstało, by raz na zawsze zwalczyć wszelki terror, i to wszelkimi
możliwymi środkami.
Bogowie. Do diabła, jej to pasowało.
- Bogini Romanow?
Niech to szlag. Miała nadzieję na nieco więcej czasu, na nieco więcej
zmarnowania go. Odwróciła się od pięknego widoku na miasto, do
człowieka, który wypowiedział jej imię. Był to wysoki, tyczkowaty
mężczyzna, który zawsze przypominał jej chodzący konar drzewa. Fakt, że
jego stawy nie trzeszczały, nie pękały i nie wystawały z nich drzazgi,
stanowił mały szok dla jej podświadomości.
- O co chodzi, Flint? - To nie było jego imię, ale nazywała go tak tylko
z tego powodu, że chciała. Sprawiał wrażenie, że to go... osłabiało, i tak
było w porządku. A nawet idealnie.
- Jest pewien problem z rotacją pielgrzymów - powiedział. Jego głos
brzmiał jak surowa ruda, która wysypała się z taczki. - Mam tutaj
dokładne dane, lecz do rana ubędzie ich dobre osiem procent w każdej
części miasta. Wszystko się zepsuje.
Alexandra przyglądała się mu, korzystając z treningu, jaki przeszła
podczas nauki kontroli nad Pożogą. Każde napięcie jego mięśni, każde
drgnięcie oczu, każdy ruch, nieważne jak subtelny, zostały
zarejestrowane w jej procesie hipermyślenia. Unikał tego, o czym
naprawdę przyszedł tu powiedzieć.
- Wyduś to, Flint. Co się, do diabła, stało?
Powoli opuścił powieki, po czym westchnął z rezygnacją, uświadamiając
sobie, jak głupia i bezskuteczna była próba ukrycia emocji pod maską,
która była dla niej przejrzysta.
- Siedmioro pielgrzymów zostało zabitych przy basenach barwiących.
Dokonano tego... z brutalnością.
- Z brutalnością?
- Niezwykłą brutalnością. - Powoli podnosił podkładkę z danymi, chcąc
się nimi podzielić, teraz jednak ponownie ją opuścił. - Czterech
mężczyzn. Dwie kobiety. Jedno dziecko. Chłopiec. Zostali...
- Wydrążeni - wtrąciła. - Zostali wydrążeni, prawda?
Mężczyzna zbladł odrobinę.
- Tak, Bogini. Całkiem profesjonalnie, mógłbym dodać. Do czysta.
Odpadków... uhm, nigdzie nie znaleziono. Pozostały tylko żebra.
- Niech go szlag trafi - szepnęła, a nagła fala furii zagroziła jej
ogarniętym Pożogą zmysłom. Zaczęła liczyć cyfry, w konkretnej sekwencji
matematycznej, którą opanowała jako akolitka, a która miała przynieść
spokój i opanowanie. Mózg nie miał wyboru i zaczął produkować
odpowiednie związki chemiczne. - Wiesz, gdzie teraz jest?
Flint doskonale wiedział, o kim mówiła - czytała w jego oczach równie
łatwo jak tabele i wykresy, które zawsze przy sobie nosił. Było jasne
jak słońce, że wiedziała, że wyobrażał sobie ofiary przy basenach
barwiących, jak ci ludzie zostali pokrojeni od góry do dołu, a wszelka
esencja życia została z nich usunięta z brutalną i profesjonalną
skutecznością. Krew, smród i horror takiego czynu... Jedynie pewien typ
ludzi mógł zrobić coś takiego i zachować poczytalność. I oboje, jak tu
stali, doszli do właściwego wniosku.
- Uhm, zdaje się, że udał się do... - Flint odchrząknął, najwyraźniej
czując się niekomfortowo, musząc dzielić się z Boginią informacją, którą
uzyskał od innego Boga.
Alexandra podeszła do niego, kontrolując się, dopóki nie stanęła przed
nim, sztywna jak zwłoki. W następnej chwili wbiła w niego wzrok,
wykorzystując techniki hipnozy optycznej, którą poznała w trakcie
treningu.
- Powiedz mi, gdzie on jest. - Odpowiednia modulacja głosu dopełniła
dzieła.
Flint posłusznie skinął głową, po czym odpowiedział, jakby pogrążony w transie:
- Michaił wyruszył do Strefy.
Alexandra starała się zdusić w sobie szok, lecz po raz pierwszy trening
w sposobach kontrolowania Pożogi ją zawiódł. W jej umyśle eksplodowała
oślepiająca furia, na kilka sekund przesłaniając cały świat dookoła.
Dlaczego? Dlaczego Michaił teraz to zrobił? Miała ochotę wrzeszczeć,
lecz pochwyciła ten krzyk, dosłownie wyrzucając przed siebie rękę, jakby
jej głos był czymś fizycznym. Jej gniew ucichł, a wzrok powrócił. Na
twarzy Flinta widniała duża krwawiąca rana, gdzie skóra została rozdarta
jej własnymi paznokciami. Irytujący czyn... Musiała lepiej nad sobą
panować.
Spojrzała na biednego mężczyznę, którego oczy wypełniało przerażenie.
- Opatrz to, szybko. Jeśli Michaił udał się do Strefy, musimy się
pośpieszyć.
2Isaac
Brzęk.
Brzęk.
Brzęk.
Isaacowi już od dobrej chwili śnił się ten dźwięk. Stałe, nieprzerwane i irytujące jak diabli brzęki, które wszelkimi możliwymi sposobami
wdzierały się do jego koszmarów. Najpierw był to ptak - czarne,
upierzone stworzenie, które przysiadło na drewnianym płocie otaczającym
pół hektara ziemi Starego Patelniaka po północnej stronie wyspy. Jego
ostry dziób otwierał się i zamykał, otwierał i zamykał, za każdym razem
wydając ten BRZĘK, który brzmiał jak szczekanie mechanicznego psa.
Wtedy ptak płynnie zmienił się w ogromną maszynę, o której opowiadano mu
przy ognisku, gdy snuto historie o starym świecie, a którą wyobraził
sobie teraz tak niedokładnie, jak to tylko możliwe. Nazywano ją
buldożerem. Z jakiegoś niewiadomego powodu bezskutecznie próbowała
przedrzeć się przez las metalowych drzew, nieruchomych i połyskujących
srebrem. Brzęk, brzęk, brzęk rozlegał się za każdym razem, gdy buldożer
niezłomnie parł naprzód, ze swoją ogromną łyżką pełną zarysowań i wgnieceń.
W następnej chwili stał przed nim mężczyzna, za którym było jedynie
niebo pełne gwiazd. Nie miał włosów ani oczu. Miał pół nosa i jedno
ucho. I chociaż trudno było to stwierdzić w skąpym świetle, jego skóra
lśniła strumieniami czegoś, co musiało być sączącą się z wielu ran
krwią. Ależ brzydki z niego sukinsyn, pomyślał Isaac.
Mężczyzna próbował coś powiedzieć, ale jedynym dźwiękiem wychodzącym z jego ust był ten dziwny odgłos.
Brzęk. Brzęk. Brzęk.
Gardło zjawy wybrzuszało się z każdym metalicznym zgrzytem, jakby
połknął śliwkę i teraz chciał ją odkrztusić. Isaac pamiętał więcej
koszmarów, niż potrafił zliczyć na palcach u rąk i nóg wszystkich ludzi
na wyspie, ale ten przeraził go do głębi. Obudził się z pełnym strachu
krzykiem, który aż tak bardzo nie różnił się od dźwięku z jego snu.
Co gorsza, odgłos ten nadal rozbrzmiewał wokół niego.
Z powracającą stopniowo świadomością wygramolił się z łóżka i zataczając
się, podszedł do okna, po czym wyjrzał zza zasłony uszytej przez jego
ojca jakąś dekadę wcześniej. Dzień był ponury - chmury kłębiły się,
zbite w gęstą masę, a światło było szare i smutne. Nie spadła ani jedna
kropla deszczu, lecz mgła opadła na rosnącą na podwórzu trawę, zebrała
się w dużych kępach przy ogrodzeniu i unosiła w powietrzu w przypadkowych smugach, jak rozciągnięta bawełna. A za domami po
wschodniej stronie wyspy, tuż przy plaży, ktoś ogromnym młotem bił w żelazo.
Kuźnia.
Isaac uwielbiał Kuźnię. Została postawiona przy plaży, by nieustająca
bryza podsycała buzujący w paleniskach ogień. Nie do końca rozumiał, jak
wydobywano różny chłam z gór, który potem zmieniano w czerwoną, stopioną
skałę, ale nie obchodziło go to. Pochłaniał go tylko ten moment w całym
procesie... i wszystko, co następowało po nim. Uwielbiał żar i parę,
głęboką rozżarzoną czerwień i oślepiający, biały błysk iskier. Kochał
woń ozonu i palonych węgli, dym i nieustanne uderzanie metalu o metal.
Tak. Chciał zostać kowalem i już od miesiąca szkolił się pod kierunkiem
kapitana Sparksa. Jeszcze nikt poza nim nie nazywał Rodriga tym
niedorzecznym przezwiskiem, lecz Isaac postawił sobie za cel, by
przyjęło się ono jeszcze przed zimą. Był to geniusz na wyższym poziomie
i nikt nie zdoła go przekonać, że jest inaczej.
Dzisiaj był dzień wolny Isaaca. Miał plany. Razem z Miyoko, Dominikiem,
Trish, Sadiną i kilkorgiem innych. Już od dwóch tygodni planowali wybrać
się kajakami do Kamiennego Punktu, przepłynąć tunelami, a potem poskakać
z klifu. Istniała możliwość, że Dominic rozbierze się do naga i skoczy
na dechę z miejsca, które nazywali Brwią Umarlaka, co wywołałoby ogólną
wesołość. Isaac nie mógł przegapić takiej zabawy; chciał dalej czuć się
jak porządny półgłówek. Bądź co bądź wyprawy na Kamienny Punkt zostały
zakazane po trzecim przypadku utonięcia w ciągu pięciu lat, a on sam
nigdy nie wybrał się tak daleko. To sprawiało, że wszystko było jeszcze
bardziej pociągające. Tak jakby.
Jednakże żadna z tych myśli nie stłumiła jego podekscytowania.
Metaliczne uderzenia, jak bicie żelaznego serca, przyciągały go do
siebie, jakby był związany niewidzialną liną. Uwielbiał oglądać kapitana
Sparksa w akcji, a wiosłowanie, pływanie i kilkugodzinne skakanie z klifu nagle wydało mu się ciężką pracą.
Jak marynarz poddający się urokliwej syreniej pieśni - historia, którą
dziadek opowiedział mu kiedyś przy ognisku wbrew protestom wszystkich
pozostałych - Isaac szybko wstał, ubrał się i wyszedł ze swojej jurty.
Ruszył w stronę płomieni i płynnego metalu.
Jego jurta. Nadal do tego nie przywykł. Miał swoją własną jurtę,
jednoizbową siedzibę, podobna do tych, w których mieszkała większość
ludzi na wyspie - poza tymi na tyle szalonymi, którzy mieli więcej
dzieci. Isaac zbudował własną jurtę i przeniósł się do niej zaledwie
trzy miesiące temu, i nadal pławił się w poczuciu tego dokonania.
Niemal w jednej chwili dzień stał się piękny. Promienie słońca lały się
z nieba, chmury się rozproszyły, a temperatura była idealna. Wszędzie,
gdzie tylko spojrzał, kręcili się ludzie - w drodze na swoje farmy, do
sklepów, młyna, magazynu, na targ rybny - z których większość była zbyt
zajęta, by zauważyć młodego mężczyznę w jego wolny dzień, na wpół
biegnącego w stronę plaży. Jednak pan Jerry, z brwiami krzaczastymi
niczym kępki wełny, pomachał do niego, a kilka jurt dalej panna Ariana
puściła do niego oko - niewinne pozdrowienie od kobiety, która jako
jedna z pierwszych urodziła się na wyspie, zaledwie rok po Płaskich
Przesyłach. Jej siwe włosy i zmarszczki wokół oczu zawsze przypominały
mu babcię z historii o Czerwonym Kapturku.
- Dokąd ci tak śpieszno, chłopcze?! - zawołała, stając na skraju swojego
niewielkiego trawnika. W rękach trzymała egzemplarz Wiadomości
Codziennych, które każdego ranka roznosiła jego przyjaciółka Sadina. -
Jest jakiś pożar, o którym nie wiem?
- Mam trochę pracy w Kuźni - odpowiedział Isaac, zwalniając kroku na
tyle, by lekko się jej ukłonić i energicznie pomachać ręką. - Jakie
plany na dziś? Ma pani kolejną randkę ze Starym Patelniakiem?
Roześmiała się drwiąco.
- Chciałby! Ten tani skurczybyk nie wiedziałby, jak się zalecać do
melona!
Isaac wybuchnął śmiechem i ponownie ruszył biegiem, machając do niej na
pożegnanie.
- Biegnij, chłopcze! - zawołała. - Biegnij jak wiatr!
Uwielbiał tę staruszkę.
3Minho
Sierota stał wyprostowany i nieruchomy za balustradą muru obronnego
fortecy, z opartą o ramię strzelbą, której lufa celowała w niebo.
Podobnie jak przez ostatnie jedenaście lat, wpatrywał się w nieskończone
pola, które służyły za pozbawioną wody fosę wokół jego ojczyzny. Była to
martwa ziemia, na której wszelkie życie i roślinność wybito trucizną, by
nic nie przesłaniało Sierotom widoku. Nieużytki ciągnęły się jałowe i szare niczym cmentarz bez nagrobków, ogromne jak ocean.
Sierota nie miał imienia.
Dziesięć metrów dalej na północ stała kolejna bezimienna statua. Była
wyprostowana, z ogoloną głową i ciałem odzianym w kombinezon bojowy.
Ludzki pocisk, w dosłownym sensie. Dziesięć metrów na południe od niego
znajdował się kolejny Sierota. Ten jednak nie stał. Siedział na
metalowej wieżyczce, maszynie o takiej sile rażenia, że mogła zniszczyć
mur identyczny jak ten, na którym stała. Ten Sierota nie miał imienia.
Przynajmniej tak mówiono im przez całe życie. Od dnia, w którym się
urodzili i zostali zabrani zarażonym Pożogą matkom. Chociaż nie mógł
tego pamiętać, Sierota wiedział, że był nieustannie testowany, w każdy
możliwy sposób, by mieć pewność, że on również nie jest zainfekowany.
Mimo to poddano go pięcioletniej kwarantannie, razem z innymi podobnymi
sobie, podczas której rósł, uczył się i trenował. Potem przyszły kolejne
testy. Te już pamiętał, chociaż dzień, w którym nadeszły wyniki, był
nieco zamglony w jego pamięci. Nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie.
Te wyniki również były negatywne. W innym przypadku już by nie istniał.
Zostałby wrzucony do tego samego dołu co jego matka, i palony przez sto
dni.
Sierota nazywał się Minho, chociaż Sierota nie miał imienia.
Oczywiście nikomu nie mógł o tym powiedzieć. Ani razu w całym jego życiu
nikt nie nazwał go Minho. Nawet teraz, kiedy o tym myślał, poczuł
dreszcz strachu, że ktoś się o tym dowie, że ktoś usłyszy jego myśli, że
Powiernicy Cierpienia zostaną powiadomieni, że znieważył swoje
powołanie, nadając sobie imię. Bez wątpienia spotkałaby go za to kara, i to szybka. Nie byłoby żadnego procesu. Dlatego to musiało pozostać
tajemnicą. Nikt nigdy nie mógł się o tym dowiedzieć. Mimo to palcami
mocniej uchwycił strzelbę, zacisnął usta i zaczął oddychać z trudem,
panując nad sobą dzięki tylko dzięki jednej myśli.
Nazywał się Minho.
Pomimo największych starań Narodu Pozostałych wśród Sierot krążyły
szepty o czasach, gdy Pożoga rozprzestrzeniła się na ziemi i zdewastowała ludzką rasę. Nikt nie potrafił określić, które z tych
opowieści były prawdziwe, a które bardziej przypominały legendy. Jak
większość takich historii, prawda leżała zapewne gdzieś pośrodku.
Opowieści o DRESZCZ-u, opowieści o Poparzeńcach, o lekach, o bohaterstwie i niecnych czynach. Opowieści o Labiryncie i tych, którzy
zdołali z niego uciec. Większość z nich była jak błotnisty rozmaz na
szybie, zza którego nie można było rozpoznać kształtów mających
jakikolwiek sens. Jednakże jedna opowieść była ponad wszystkie inne i to
właśnie z tej historii o bohaterstwie Minho zapożyczył swe sekretne
imię.
W swoim wyobrażeniu wyglądał dokładnie tak jak Minho z mitycznych
Streferów; myślał jak on, mówił jak on, śnił jak on. Walczył jak on. W swoim sercu był wart tego imienia. Minho.
Jednak to imię, odwaga czy nie, musiało pozostać tajemnicą, dopóki
sprawy nie ulegną zmianie.
Z najbliższej wieży dobiegł głęboki barytonowy pomruk rogu, przerywając
panującą ciszę i sprawiając, że szczęka Minho zadrżała od niskich
wibracji niosących się w powietrzu. Jego rozważania natychmiast się
rozwiały, zastąpione czujnością wpojoną mu przez trening. Zmienił
pozycję, ugiął kolano i ukląkł przy balustradzie, opierając strzelbę na
jej krawędzi. Oddychając w rytmie litanii, której uczono go, odkąd
skończył pięć lat, spojrzał na rozległe pola, czekając na to, co
wywołało sygnał z wieży.
Minęło kilka minut. Nie dostrzegał niczego prócz błota, ziemi i zgniłej
roślinności.
Cierpliwość. Nikt nie posiadał jej w takiej ilości, jak Sieroty.
Na horyzoncie pojawiła się jakaś postać. Zbliżała się szybko i nie
minęło wiele czasu, nim Minho zobaczył wystarczająco dużo, by wszystko
wiedzieć. Jakiś człowiek na koniu zbliżał się do nich galopem.
Mężczyzna, ubrany w łachmany, nieuzbrojony, z włosami powiewającymi
niczym gniazdo węży. Jechał najkrótszą drogą, kierując się do miejsca
dokładnie pod stanowiskiem Minho. Kiedy znalazł się pół kilometra od
niego, zwolnił do kłusa, a potem do stępa, aż w końcu zatrzymał się,
oddalony o jakieś osiemdziesiąt metrów. Obcy podniósł ręce, z pewnością
wiedząc o wycelowanej w niego broni, i krzyknął:
- Nie jestem zarażony! Byłem testowany i poddałem się półrocznej
kwarantannie! Nie mam objawów! Proszę! Przysięgam! Zostanę tutaj do
chwili, aż przekonacie się, że nie mam żadnych symptomów!
Minho słuchał jego słów, chociaż nie miały żadnego znaczenia.
Najmniejszego. Tak jak wszystko inne pod rządami Narodu Pozostałych,
zakończenie jego historii zostało już określone. Pożoga była diabłem, a Lek ich bogiem. Przygotował się, wiedząc, że nie ma na tyle odwagi, by
przeciwstawić się protokołowi, jeszcze nie... jeszcze przez długi czas
nie.
- Proszę! - błagał mężczyzna. - Jestem czysty jak...
Rozbrzmiał pojedynczy strzał, którego echo poniosło się na wszystkie
strony.
Z niewielkiej dziury w głowie mężczyzny uniosła się nieduża smuga dymu.
Obcy zsunął się z siodła i z mokrym plaśnięciem wylądował w błocie.
Rozległ się kolejny strzał i zwierzę również padło.
Minho oddychał w oparach prochu, czując dumę ze swej celności. I żal, że
musiał strzelić.
Sierota wstał, stanął na baczność i położył broń na ramieniu, jak to
robił posłusznie od jedenastu lat.
Sierota nie miał imienia.
Rozdział drugi. Wycieczka
ROZDZIAŁ DRUGI
Wycieczka
1Isaac
- O nie, nawet się nie waż.
Isaac był dwadzieścia metrów od płotu, który stanowił granicę Kuźni, gdy
jego przyjaciółka, Sadina, pojawiła się jakby znikąd i zagrodziła mu
drogę. Nie zrobiła niczego pretensjonalnego ani zuchwałego, jak
położenie rąk na biodrach czy pogrożenie mu palcem. Wystarczyło, że
zmarszczyła czoło i resztę zrobiła oczami. Te ciemne tęczówki, zagubione
w największych oczach, jakie kiedykolwiek widział, miały magiczną moc.
Nikt nie mógł temu zaprzeczyć.
Zatrzymał się gwałtownie, inaczej zderzyliby się głowami.
- Hej - powiedział, już szukając wymówki w wirujących mu w głowie
myślach. Zapach ozonu i drzewnego dymu niemal wystarczyły, by się
rozpłakał, i to nie tylko przez niesiony w powietrzu żar. Nienaturalne
wręcz było, jak bardzo kochał to miejsce, gdzie tworzono nowe rzeczy.
- Nawet mowy nie ma, żebyś nas dzisiaj olał - powiedziała Sadina głosem
równie twardym, jak stalowe pręty chłodzące się w kadziach kuźni. - W następnym miesiącu zacznie robić się już zimniej i każdy będzie nagle
zbyt wielkim mięczakiem, by popłynąć na Kamienny Punkt. Dziś jest ten
dzień. Ruszamy tam dzisiaj, a że to twój pierwszy raz, ty razem z nami.
- Uśmiechnęła się szeroko, by złagodzić nieco swoją apodyktyczność, ale
to nie znaczyło, że miała zamiar się wycofać.
- Płynę na Kamienny Punkt? - zapytał.
- Płyniesz na Kamienny Punkt. Albo zginiesz. Twój wybór.
Isaac niemal z paniką spojrzał nad jej ramieniem w stronę Kuźni. To było
naprawdę nienaturalne. Miał dzień wolny i powinien cieszyć się nim jak
normalny człowiek. Czuł jednak niepokój związany z wodą, którego inni...
Odsunął tę myśl. Kuźnia stała się jego jedyną ucieczką od rodzinnej
tragedii, a teraz potrzebował innej.
- Chciałem tylko, żebyś błagała mnie, bym z wami popłynął - powiedział.
- To żałosne, doprawdy.
Parsknęła udawanym śmiechem.
- Chciałbyś. Po prostu potrzebuję tam kogoś, kto boi się klifów bardziej
niż ja. Żebym nie wyglądała aż tak źle.
- Dzięki, że po mnie przyszłaś - powiedział. - To znaczy... no wiesz.
Dzięki.
Chociaż spodziewał się wybuchu sarkazmu i przewracania oczami, Sadina go
zaskoczyła.
- Daj spokój, chłopie. Mowy nie ma, żebyśmy bawili się nawet w połowie
tak dobrze, gdybyś utknął na cały dzień w Kuźni. Przynajmniej wiem, że
ja bym się dobrze nie bawiła.
Isaac przez chwilę nie potrafił znaleźć słów, w końcu myśląc o rzeczach,
których unikał od momentu, gdy przebudził się na dźwięk uderzeń. Jego
uczucia, ten gwałtowny napływ emocji, nie miały nic wspólnego z Sadiną -
miała dziewczynę, na litość boską. Ale jej dobroć przebudziła w nim
myśli o tragedii, która od kilku miesięcy dominowała w jego życiu i była
prawdziwym powodem, dla którego pragnął pogrążyć się w ciężkiej pracy w Kuźni. To uderzanie w metal, żar, syk, para i pot... cała ta ciężka praca
chroniła jego umysł przed drogą, którą chciał błądzić.
- Wiesz, że wszyscy cię kochamy - powiedziała Sadina. - Chcemy, żebyś
był z nami dzisiaj. Chrzanić wszystko inne. Popłyniemy tam i będziemy
się wygłupiać, a jeśli zachce nam się płakać, to będziemy płakać. Jeśli
będziemy chcieli się pośmiać, to się pośmiejemy. Ale przysięgam na
Starego Patelniaka, że będziemy się dobrze bawić.
Isaac skinął głową, tak pełen wdzięczności, że nadal nie mógł wydusić z siebie słowa. Sadina przyciągnęła go do siebie i uścisnęła,
prawdopodobnie dochodząc do wniosku, że więcej słów w tej chwili już nie
pomoże. Wzięła go za rękę, posłała mu jeden z najsłodszych uśmiechów,
jakie kiedykolwiek widział, po czym odciągnęła go od Kuźni, gdzie wysoki
słup dymu unosił się do samego nieba.
2
Szum oceanu był coraz głośniejszy, gdy zbliżali się do północnego krańca
wyspy. Fale tu były wyższe i biły mocniej o przyległe do plaży klify.
Kiedy rozbijały się o nie, powietrze wypełniał ryk wraz z milionem
przejrzystych kropel. Setki maleńkich wodospadów pojawiały się i zaraz
znikały na skale, a w niszach tworzyły się niewielkie baseny. Cała
okolica była piękna, wiecznie żywa, i Isaac poczuł, jak serce ściska mu
się na ten widok. To było ulubione miejsce jego mamy na całej wyspie...
lub na całym świecie, tak dla ścisłości.
Kiedy dotarli do ścieżki, która wiła się od szczytu klifu do wielu niżej
położonych, ciekawych miejsc, nadal trzymał Sadinę za rękę. Ich
przyjaciółka, Trish, właśnie dotarła do pierwszej serpentyny, lecz gdy
Sadina ją zawołała, odwróciła się i podbiegła do nich. Dziewczyny, od
dawna w związku, objęły się i pocałowały, lecz zaraz odwróciły się do
Isaaca. Dołączył do wspólnego uścisku i natychmiast poczuł na policzkach
ich usta. Przez pełną minutę nie padło nawet jedno słowo.
W końcu pojawił się Dominic, choć Isaac nie miał pojęcia, z której
strony przyszedł.
- A co to za wybuch miłości? - zapytał. - Powinienem odwrócić wzrok?
Dominic zawsze mówił rzeczy, przez które - teoretycznie - powinien być
bardzo nielubiany, lecz sposób, w jaki je mówił, za każdym razem
łagodził ten efekt. Była to umiejętność, której Isaac z chęcią by się
nauczył. Wszyscy uwielbiali Dominica, bez względu na to, jaką liczbą
obelg by ich obrzucił.
- Och, witaj, Dom-a-gnojku - powiedziała Trish obojętnie.
Przezwisko było okropne i nigdy nie wymawiała go swobodnie, ale
wykorzystywała każdą okazję, by go nim nazwać. Isaac doszedł do wniosku,
że miało taką samą szansę się przyjąć, jak jego "kapitan Sparks" dla
kowala.
Co do Dominica, postanowił obrać mądrą ścieżkę udawania, że go nie
usłyszał.
- Jak się masz, Trish? Cześć, Sadino. Isaac. - Przy każdym imieniu
skinął głową, lecz nie zdołał ukryć powagi, jaka przemknęła mu po twarzy
na widok Isaaca. Jednak trzeba mu przyznać, że szybko się ogarnął.
Jedyne, czego Isaac potrzebował na tym świecie, to tego, by pokazy
litości się skończyły.
- Jak zawsze dobrze cię widzieć - odparł Isaac, który był do bani, jeśli
chodzi o dorównanie przyjacielowi sarkazmem.
- Jasne, jasne. - Dominic przesadnie przewrócił oczami, jakby to była
najdziwniejsza rozmowa pod słońcem. Poniekąd tak właśnie było.
- Kto wziął kajaki? - zapytała Sadina.
Odpowiedziała jej Trish.
- Miyoko właśnie pociągnęła je na dół ścieżką. Miałam jej pomóc, więc...
Mam nadzieję, że nie spadła i nie złamała karku.
- Uuu - odparła Sadina. - Chodźmy.
Ruszyli.
3
Miyoko przeszła połowę drogi, po czym się poddała. Pięć kajaków związała
razem linką i szła w dół, ciągnąc je za sobą, ale jak na pracę jednej
osoby zaszła naprawdę daleko.
- Pewnie mieliście nadzieję, że sama odwalę całą robotę, co? - To było
właściwie stwierdzenie, nie pytanie.
- Jasne, że tak - rzuciła Trish. - Mogliśmy poczekać jeszcze dziesięć
minut. Żyć i uczyć się.
- Gdzie pozostali? - zapytała Miyoko. Sadina powiedziała Isaacowi, że
Carson i jeszcze kilka osób z zachodniego brzegu mieli do nich dołączyć.
Razem miało być ich dziesięcioro, po dwie osoby na każdy kajak.
- Być może już są na dole - odparła Sadina. - Albo się spóźnią, jak
zwykle. Kogo to obchodzi? Ruszmy te łódki. Dzień nie będzie trwał
wiecznie.
- Poza tym boli mnie ząb - dodał Dominic.
- Co to ma do... - Trish była tak zdumiona, że nie była w stanie dokończyć
zdania.
- I muszę siku.
Trzeba jednak przyznać, że był pierwszym, który chwycił za linę.
4
Minęła godzina. Isaac doszedł już do siebie po szoku, jakim było
ocalenie go przez Sadinę przed Kuźnią, kiedy prawda o jego ucieczce
uderzyła go z pełną mocą, wraz ze wspomnieniami, które ją wywołały.
Zadanie zaciągnięcia kajaków nad ocean, rozwiązanie ich, przygotowanie
do wypłynięcia, towarzyszące wszystkiemu rozmowy i śmiech... od wielu
tygodni nie czuł się tak dobrze.
- Koleś - powiedziała Trish. - Zdaje się, że bardzo chciałeś siku.
Dominic usiadł z przodu jednego z kajaków, jak uczeń czekający na
nauczyciela.
- Już nie - odparł z szerokim uśmiechem.
- Zdajesz sobie sprawę, że ocean to nie toaleta?
- Jestem pewien, że ryby uwielbiają coś takiego jak ludzka uryna. Dodaje
wszystkiemu smaczku.
- Wow. Zapomniałem już, jak wysoki jest poziom konwersacji u mieszkańców
wschodniego brzegu - powiedział Carson, który kilka minut wcześniej
pojawił się wraz z grupą kumpli z zachodniej strony wyspy. Był ogromnym
mężczyzną, z mięśniami prężącymi się w miejscach, o których Isaac nawet
nie wiedział, że istnieją. Carson zawsze wyglądał nieco
nieproporcjonalnie, jakby pracował tylko jedną stroną ciała, a potem
musiał wszystko wyrównywać różnymi ćwiczeniami. Gdy nadejdzie dzień,
kiedy osiągnie doskonałą figurę, skóra zapewne eksploduje mu ze stresu,
a on sam zginie w stercie krwawej miazgi.
- Przydałyby nam się te twoje buły... - Sadina wskazała jego bicepsy -
...gdy ciągnęliśmy te parszywe łódki w dół klifu.
- Taaak, przepraszam za to. Lacey tutaj miała pewne problemy z żołądkiem
i postanowiliśmy na nią zaczekać.
Lacey, o duchu tysiąckrotnie większym od jej drobnego ciała, uderzyła
Carsona w brzuch. Próbował to ukryć, ale tarcza mięśni nie do końca
zdołała go ochronić.
- Czy kłamię? - zapytał, na wpół ze śmiechem i na wpół z jękiem,
sięgając ręką do miejsca, w które uderzyła.
- Nie, ale nie musiałeś tego mówić całej grupie. Pikolony klump w gaciach.
Wszyscy w grupie prychnęli śmiechem. Lacey słynęła z nieużywania
tradycyjnych przekleństw, uważała bowiem, że przez nie ludzie wychodzą
na niewychowanych. Jednakże dziadek przekazał jej swoje zapiski z czasów
spędzonych z dawnymi Streferami, w których zawarł listę slangu
zapomnianego przez dziesięciolecia. Lacey robiła, co w jej mocy, by go
przywrócić. Nikt nie miał pojęcia dlaczego, ale stanowiło to dla nich
niezłą rozrywkę.
- To bolało, Lacey - powiedział z powagą Carson. - Nawet bardziej niż
twój prawy sierpowy w moje kichy.
- Następnym razem wyceluję niżej.
- W to nie wątpię.
Trish klasnęła w dłonie. W zgięciu łokcia trzymała dwustronne wiosło i wyglądała na gotową do drogi.
- Ludzie, działamy. Nie jestem pewna, w jaki sposób mają pomóc rozmowy
Dominica i Lacey o procedurach ludzkich odpadów, ale może wsiądziemy w końcu do kajaków i ruszymy do Punktu?
Grupa zakrzyknęła radośnie, Isaac również. Było ich dziesięcioro -
zjawił się każdy, kto został zaproszony. On sam, Sadina, Trish, Dominic
i Miyoko ze wschodniego brzegu, Carson, Lacey, Boris, Jackie i Shen z zachodniego. Isaac nie znał tych ostatnich tak dobrze, jak pozostałych,
ale wydawali się w porządku. Boris był milczącym chłopakiem w typie
myśliciela, z krótko ostrzyżonymi włosami i ogromnymi uszami. Jackie
miała najciemniejszą skórę, jaką Isaac kiedykolwiek widział, która
pasowała do długich i gęstych włosów, zawsze zaplecionych w gruby
warkocz. Shen był głośny, zuchwały i pełen energii, chociaż był równie
chudy, jak Carson napakowany. Z dziewięcioma takimi osobowościami, jakie
miał Isaac przed sobą, ten dzień z pewnością nie będzie nudny.
- Wsiadasz ze mną - powiedziała do niego Sadina, wskazując jeden z kajaków, do którego już zdążyła wrzucić swój plecak.
- Nie chcesz płynąć z Trish? - zapytał z pewnym zażenowaniem. Absolutnie
chciał być w parze z Sadiną, jako że sprawiała wrażenie najbardziej
godnej zaufania, jeśli chodzi o morze.
- Żartujesz sobie? - prychnęła. - Jeśli będziemy razem, pozabijamy się.
Trish wzruszyła ramionami na ten komentarz, ale nie zaprzeczyła.
- W takim razie w porządku - powiedział Dominic. - Przestańmy się obijać
i ruszajmy!
Isaac wsiadł do wskazanego przez Sadinę kajaka, zajmując miejsce z przodu, skoro swój plecak umieściła z tyłu. Przez jego szorty przesiąkło
wystarczająco dużo wody, by oddech uwiązł mu w gardle, a skóra ścierpła
z zimna. Jakim cudem ocean nie stawał się cieplejszy, pomimo prażącego
całymi dniami słońca? Każdym centymetrem jego ciała wstrząsnął dreszcz.
Sadina wskoczyła na swoje miejsce i odepchnęła ich wiosłem od brzegu. W następnej chwili zanurzyła jego koniec z prawej strony.
- Pamiętasz, jak to się robi?
Chciał odpowiedzieć, że nie jest idiotą, ale obawiał się, że jego słowa
zabrzmią, jakby się bał. Skinął głową i zanurzył koniec wiosła po swojej
lewej. Potem, podążając jej tempem, wypłynęli w morze. Nikt nie mógł ich
dogonić.
Wcale nie boję się wody, pomyślał. Nie boję się wody.
5
Kamienny Punkt leżał na samym końcu długiego, skalistego półwyspu, który
ciągnął się na północnym końcu wyspy, najpierw wychodząc na północ, a później łukiem skręcając na zachód. Wszystkie pięć kajaków wyruszyło z zachodniej strony tego półwyspu i teraz przecinało zatokę utworzoną
przez wyspę i długi ciąg skał. Chociaż w najdalszym punkcie byli
zaledwie kilka kilometrów od lądu, Isaac nadal czuł przypływ adrenaliny,
jakby wkrótce mieli zostać pochłonięci przez ogrom oceanu i było
zaledwie dziesięć i trzy dziesiąte procent szans, że zginą okropną
śmiercią. Tak, był praktycznie tak samo odważny, jak dawni Streferzy.
- Przed Kamiennym Punktem znajduje się przesmyk! - zawołała do niego
Sadina. - Musimy tam przybić i przywiązać kajaki, żeby nie uszkodziły
ich fale. Stamtąd możemy pieszo pójść na klify i do jaskiń.
- Brzmi nieźle - odparł Isaac, starając się zachować spokój.
Nagle uświadomił sobie, bez żadnych wątpliwości, że w ich
dziesięcioosobowej grupie był najmniej odważny. Skakać z klifu? Żadne z widniejących przed nimi zboczy nie wyglądało, jakby człowiek powinien z niego skakać. I nie mieli pojęcia, co takiego żyło w tych jaskiniach.
Nietoperze? Rekiny? Aligatory? Nigdy w życiu nie czuł się tak głupio.
Wkrótce potem dotarli do przesmyku, o którym mówiła Sadina. Czarne skały
klifu zwieszały się nad ich głowami. Wszyscy wyciągnęli kajaki na
niewielki żwirowy brzeg i przywiązali je do dużego drzewa, które
wyglądało, jakby było martwe od czasów najazdów Napoleona. Nigdzie
więcej nie było śladu jakiejkolwiek innej roślinności.
- No dobra - powiedziała Trish, gdy zgromadzili się przy wejściu do
jaskini, której Isaac sam nigdy by nie dostrzegł. Od prawej do lewej
zwieszał się przy nim fragment skały, w którego cieniu krył się wysoki
na niemal dwa metry, wiodący w ciemność otwór. - Plan jest taki:
przeciśniemy się przez tunel, który prowadzi na północną stronę. Jeśli
nagle nadejdzie fala, nie panikujcie albo nałykacie się słonej wody. Po
prostu przygotujcie się i przeczekajcie to.
Nikt nie roześmiał się na jej słowa, a z pewnością nie Isaac. Sadina
przypadkiem zapomniała podzielić się z nim informacją o tym, że gdy będą
w jaskini, mogła zalać ich gwałtowna fala wody.
Trish mówiła dalej:
- Jak już dotrzemy na drugą stronę, możemy poskakać z kilku fajnych
klifów. Jest tam też parę jaskiń, które warto zwiedzić. W niektórych z nich są niesamowite baseny, w których damy radę popływać. Będziemy się
świetnie bawić, dopóki ktoś nie spanikuje.
Isaac z każdą sekundą był coraz bardziej przekonany.
- Czy ktoś się obrazi, jeśli będę pływał goły? - odezwał się Dominic.
Odpowiedź, jaka natychmiast padła z ust wszystkich, była głośna i twierdząca.
- Tak myślałem - mruknął chłopak.
Isaacowi zrobiło się go trochę szkoda. Całe życie Dominica obracało się
wokół jego umiejętności rozśmieszania ludzi. Naprawdę się starał, chwała
mu.
- Poprowadzę was - powiedziała Trish, rozbawiona równie mocn, jak inni.
- Sadina pójdzie na końcu, żeby nikt się nie zgubił.
Rozejrzała się z uniesionymi brwiami, oczekując pytań. Kiedy nikt się
nie odezwał, odwróciła się, pochyliła nieco głowę, po czym weszła w ciemność jaskini.
- Widzimy się po drugiej stronie! - zawołała przez ramię, a echo jej
słów poniosło się wśród skał.
6
Isaac nie pamiętał, kiedy ostatni raz było mu tak zimno. Tunel
przecinający półwysep nie mógł mieć więcej niż sto metrów, ale tonął w ciemności. Nikt nie pomyślał o przyniesieniu pochodni, a latarki
istniały tylko w starym świecie. Nie miał pojęcia jak Trish była w stanie dostrzec drogę poprzez zakręty, spadki i pochyłości. Ale trzymali
się blisko siebie i każde z nich robiło dokładnie to samo, co osoba
przed nim. Mówiąc szczerze, kiedy już oczy przywykły mu do ciemności, z obu końców tunelu przesączało się akurat tyle światła, by co dziesięć
sekund nie musiał uderzać twarzą w ścianę.
Jednakże woda go wykańczała. Przy każdym kroku buty były w niej
całkowicie zanurzone, a często lodowata ciecz sięgała mu do krawędzi
spodenek. Plusk dziesięciu par butów, gdy brnęli przez płytki strumień,
przypomniał Isaacowi kapitana Sparksa, gdy ten zanurzał gorące żelazo w wiadrach z chłodziwem. Oddałby wszystko za odrobinę żaru buchającego z palenisk Kuźni. Każdy centymetr jego skóry drżał z zimna.
Odkąd pojął, że jest aż takim mięczakiem w kwestii tego typu przygód,
nie bawił się już tak dobrze.
Wszystko jest tu tylko zimne i mokre, pomyślał. Poradzę sobie, dopóki
będzie ciepło.
Przeszedł i wspinał się niemal w każdym miejscu na wyspie, lecz
zazwyczaj robił to w ciepłych promieniach słońca.
- Na pewno są tutaj jakieś rozkładające się ciała - powiedział Carson.
Szedł dwie lub trzy osoby za Isaakiem.
- Coś tu nie pachnie zbyt dobrze.
Isaac zrobił głęboki wdech przez nos, lecz nie wyczuł nic, prócz silnego
zapachu morza, które - pewnie wszyscy by się z tym zgodzili - pachniało,
jak zdechła ryba.
- To nie ja - odpowiedział Dominic, co nikogo nie zdziwiło.
Sadina odezwała się z tyłu:
- Przez siedemdziesiąt lat z pewnością zgubiło się tu kilku biedaków.
Pewnie nawet teraz depczemy po ich kościach.
- Przypomnijcie mi, żebym nigdy więcej nie szedł nigdzie z kimś ze
wschodniego brzegu - rzucił ktoś inny.
Isaac pomyślał, że to pewnie dziewczyna z długimi, zaplecionymi włosami,
Jackie.
- Nie pamiętam, żebym ciebie zapraszała - odparła Sadina.
- Auu! - padło w odpowiedzi.
Co do niego samego, był wdzięczny za ludzkie głosy - przypominało mu to,
że nie jest sam. Szli przed siebie, wlokąc się jeden za drugim, plusk za
pluskiem, rzucając mnóstwo kąśliwych komentarzy.
Wkrótce ciemność ustąpiła i przed nimi pojawiło się jasne wyjście z jaskini, na którego tle sylwetka Trish malowała się doskonałym cieniem.
Isaac poczuł ogromną falę ulgi i już zaczął zastanawiać się nad wymówką,
by pozostać na klifie, kiedy wszyscy inni wyruszą zwiedzać jaskinie.
Słyszał opowieści o dawnych żołnierzach, którzy strzelali sobie w stopy,
by uniknąć walki. Cóż, być może on przypadkiem się przewróci i skręci
kostkę... albo dwie.
Trish nie poruszyła się od chwili, gdy dotarła do wyjścia, a inni
zgromadzili się wokół niej. Wszyscy patrzyli na północ, w stronę oceanu.
Dziwne, że nikt z nich nie wychodził na zewnątrz, by ogrzać się
promieniami słońca. Isaac dotarł do grupy i poczuł nagłą chęć, by
odepchnąć ich wszystkich z drogi i przedrzeć się naprzód, by w końcu
zaczerpnąć świeżego powietrza. Lecz coś przykuło ich uwagę... coś, czego
on sam jeszcze nie widział. Nikt się nie poruszył ani nie odezwał nawet
słowem.
- Co się dzieje? - zapytała Sadina, strasząc go, gdyż nagle znalazła się
zaledwie kilkanaście centymetrów za nim. - Na co patrzycie?
Nikt jej nie odpowiedział. Trish w końcu wyszła z jaskini i stanęła na
szerokim występie skalnym, lecz jej ruchy były powolne i niepewne, a wzrok miała cały czas utkwiony w jednym, odległym punkcie. Wszyscy
powoli podążyli za nią i Isaac w końcu mógł opuścić przyprawiający o klaustrofobię, ciasny tunel. Kiedy wyszedł na zewnątrz, dostrzegł to, co
zobaczyli pozostali.
Dryfując na powierzchni oceanu, kilkaset metrów od nich, podskakując i kołysząc się na falach, w stronę Isaaca i jego przyjaciół zmierzało coś,
czego nikt z nich jeszcze nigdy nie widział. Mimo to wszyscy wiedzieli,
co to było.
Łódź. Wyprodukowana w starym świecie łódź.
Duża łódź. Większa od każdego budynku na wyspie.
Statek.
Kiedy tylko mózg Isaaca zarejestrował to, co chłopak uważał, że widzi,
na statku zawyła syrena - najgłośniejszy, najgłębszy i najbardziej
przerażający dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszał.