Dziedzictwo krwi (#2). Czerwona Tygrysica - Amelie Wen Zhao

Kup ebooka

37.90 zł
29.56 zł (20,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Nowo­myńsk cuch­nął śmier­cią.

Zawsze tak było. Dla Ram­sona Zło­to­ustego to mia­sto prze­peł­niał też smród wła­dzy, korup­cji, mor­der­stwa i walki o prze­trwa­nie - odu­rza­jąca mie­szanka, która nisz­czyła duszę. Dziś nie było ina­czej - pomimo nie­sa­mo­wi­tej ciem­no­ści i zasy­pu­ją­cego wszystko, cichego śniegu.

Ram­son prze­my­kał wąskimi ulicz­kami swo­jego dzie­ciń­stwa. Sta­wiał kroki szyb­kie, pre­cy­zyjne. Ostat­nim razem był tu z Ana­sta­zją Michaj­łowną, gdy jego dawny pan wypra­wiał w swo­ich wło­ściach Fierwy'sniech. Odkąd świę­to­wali Pierw­szy Śnieg, minęło nie­wiele ponad mie­siąc, a jed­nak świat zmie­nił się nie do pozna­nia.

Przez zale­d­wie cztery tygo­dnie Nowo­myńsk stał się mia­stem duchów, miej­scem opusz­czo­nym przez więk­szość miesz­kań­ców, któ­rzy zbie­gli przed nowym reżi­mem. Ulice, nie­gdyś roz­świe­tlane latar­niami, migo­czące klej­no­tami, któ­rymi obwie­szeni byli roz­krzy­czani bir­banci, teraz stra­szyły zamknię­tymi na cztery spu­sty drzwiami i pustymi oknami. Tam gdzie gangi wal­czyły o resztki, walały się trupy, które cier­pli­wie zasy­py­wał lito­ściwy śnieg, pozo­sta­wia­jąc na widoku jedy­nie skrawki ubrań czy czubki butów - maka­bryczne znaki cichych gro­bów.

Nie był to dla Ram­sona nowy widok. Odkąd na tro­nie zasia­dła Mor­ga­nia, pod jej wła­da­niem zna­la­zła się więk­szość pół­noc­nych tery­to­riów Cyri­lii, a on i Ana wędro­wali od jed­nego znisz­czo­nego mia­steczka do dru­giego. Ze zna­le­zio­nych w opusz­czo­nych wio­skach i mia­stach strzę­pów gazet i podar­tych pla­ka­tów dowie­dzieli się o inkwi­zy­cji cesar­skiej, czyli zakro­jo­nym na wielką skalę polo­wa­niu na nie­po­wi­no­wa­tych podej­rze­wa­nych o jakie­kol­wiek powią­za­nia z han­dlem powi­no­wa­tymi. Ruch ten - na któ­rego czele stali powi­no­waci bez­kry­tycz­nie lojalni wobec cesa­rzo­wej - szybko stał się sym­bo­lem reżimu.

Tym­cza­sem połu­dnie kraju - w tym także Zło­to­wody - wciąż bro­niło się przed wła­dzą Mor­ga­nii. Według Any wła­śnie w tym por­cie miały swoją bazę Czer­wone Pele­ryny i pozo­sta­wał on jedną z ostat­nich twierdz, w któ­rych mogli się schro­nić zarówno powi­no­waci, jak i niepowi­no­waci. To tam zmie­rzała Ana, by razem z Czer­wo­nymi Pele­ry­nami zor­ga­ni­zo­wać ruch oporu. I to tam - zaczy­nał powoli myśleć Ram­son - być może uda mu się odzy­skać jakąś namiastkę życia, gdy to wszystko się już skoń­czy. Kie­dyś był tam prze­cież, z woli swo­jego byłego pana i mistrza Ala­rica Ker­lana, kapi­ta­nem portu. To pod jego rzą­dami mia­sto stało się potęż­nym ośrod­kiem han­dlu, peł­nym prze­stęp­ców i pod­ziem­nych sia­tek, czyli dokład­nie takim miej­scem, o jakim marzył.

Nie powie­dział Anie wprost, dokąd się wybiera tego wie­czoru, bo ści­śle rzecz bio­rąc, nie było to zada­nie zwią­zane z jej... ich... misją. Ram­son poczuł po pro­stu cichy zew tego miej­sca, gdy tylko jego stopa znów sta­nęła w Nowo­myń­sku - przy­cią­ga­nie, któ­rego nie potra­fił jesz­cze zigno­ro­wać.

Chciał się dowie­dzieć, co się stało z Ala­ri­kiem Ker­la­nem i Zako­nem Kon­wa­lii. Raz na zawsze poże­gnać się ze strza­ska­nymi pozo­sta­ło­ściami swo­jej prze­szło­ści, by móc wresz­cie wkro­czyć na nową ścieżkę.

Lek­kie ude­rza­nie świeżo zaostrzo­nej mize­ry­kor­dii o bio­dro ustało rap­tow­nie, gdy wyszedł zza ostat­niego węgła i zwol­nił. Nagle był bar­dzo rad, że ma przy sobie ten ostry szty­let.

Posia­dłość Ker­lana trwała samot­nie na zaśnie­żo­nej ulicy, na wpół skryta pod bia­łymi zaspami. Mocno nad­we­rę­żone zło­cone bramy stały otwo­rem. Ślad nie został po sze­re­gach straż­ni­ków w libe­rii, dia­men­to­wych żyran­do­lach rzu­ca­ją­cych świa­tło na soczy­ście zie­lone traw­niki ani po jasnych oknach roz­świe­tla­ją­cych naj­ciem­niej­sze noce.

Ram­son musnął odzianą w skó­rzaną ręka­wiczkę dło­nią poła­maną bramę. Wahał się.

Nawet teraz widok posia­dło­ści Ker­lana nie­zmien­nie budził w nim tę samą dość mętną mie­szankę uczuć. To tu poznał, co to ból - mnó­stwo bólu, któ­rego znak wciąż miał wyci­śnięty w ciele w kształ­cie piętna Zakonu Kon­wa­lii. To tu urósł w siłę, tym szyb­ciej, że pchały go głód, strach i świa­do­mość, że musi zro­bić wszystko, byle tylko prze­trwać. I to tu posma­ko­wał szczę­ścia, rów­nie ulot­nego jak roz­bły­sku­jące na sza­rym nie­bo­skło­nie cesar­stwa kolory - w krwa­wych inte­re­sach, które ubi­jał, w hono­rach, które zdo­by­wał, pła­cąc za nie życiem innych ludzi i pod­trzy­mu­jąc pano­wa­nie Ala­rica Ker­lana.

Ruszył zaśnie­żoną ścieżką z duszą na ramie­niu. Gdy dotarł do budynku, zoba­czył, że jedna z kla­mek wiel­kich maho­nio­wych drzwi jest odła­mana, a drugą chyba ktoś odciął jakimś ząb­ko­wa­nym ostrzem. Drewno skrzyp­nęło, gdy pchnął wrota i wszedł do środka - dom otwo­rzył się przed nim niczym mroczna, mil­cząca pułapka.

Przed nim dotarli tu już sza­brow­nicy. Z mar­mu­ro­wych ścian zdarto obrazy w zło­tych ramach, znik­nęły lazu­rowe wazy i inne "egzo­tyczne" skarby, które kolek­cjo­no­wał Ker­lan. Ktoś potrza­skał szklany sufit, a jeden z krysz­ta­ło­wych żyran­doli rąb­nął w sam śro­dek sali ban­kie­to­wej, roz­sie­wa­jąc nie­zli­czone odłamki szkła i krysz­tału, które lśniły teraz w księ­ży­co­wej poświa­cie. Kory­ta­rze zaście­lone były zaspami śnież­nymi, a Ram­son widział przed sobą poja­wia­jące się na mro­zie obłoczki pary.

Gdy skrę­cił w kory­ta­rzu i mało nie potknął się o trupa, spiął się czuj­nie.

Ciało przy­sy­pał śnieg. Ram­son widział tylko rękaw i sczer­niałą dłoń. Przy­klęk­nął przy zmar­łym, odgar­nął świeży puch z jego lewej ręki. Tak jak podej­rze­wał, po wewnętrz­nej stro­nie nad­garstka wid­niał tatuaż kon­wa­lii. Czło­nek Zakonu.

Bez stra­chu, żalu czy choćby współ­czu­cia Ram­son przy­glą­dał się zamar­z­nię­tej dłoni z nie­mal kli­niczną uwagą. Takie rów­no­mierne zaczer­nie­nie naj­praw­do­po­dob­niej ozna­czało krwo­tok. Wyżej na przed­ra­mie­niu skóra była podraż­niona - ślad po wysypce.

Tego czło­wieka otruto.

Ram­son odsu­nął jesz­cze tro­chę śniegu, by spoj­rzeć tru­powi w twarz.

Wykrzy­wiona z bólu, posi­nia­czona i stę­żała zacho­wała się dosko­nale na mro­zie. Ram­son przy­glą­dał się jej kilka sekund, aż w końcu zyskał pew­ność, że tego aku­rat nie znał. A zatem jakiś sze­re­go­wiec, śmieć zosta­wiony na pastwę śniegu, a potem, gdy minie zima, zgni­li­zny.

I choć ich wspól­nego pana nie było obok, echo jego głosu wró­ciło do Ram­sona niczym duch.

Oba­wiam się jed­nak, że umrzesz śmier­cią kogoś nie­zna­nego, nie­waż­nego, a twoje ciało zgnije w ście­kach Tam.

Ram­son wstał rap­tow­nie. Szept z prze­szło­ści roz­mył się w powie­trzu, gdy jego zmy­sły pochwy­ciły coś innego.

Jed­nym szyb­kim ruchem wycią­gnął szty­let, zamach­nął się i obró­cił.

Krzyk zasko­cze­nia, jego ostrze oparło się na mięk­kiej, obna­żo­nej szyi. I... mignęły mu dłu­gie, krę­cone włosy.

Ram­son chwy­cił je mocno i przy­cią­gnął do sie­bie twarz intruzki. Jego nie­po­kój ustą­pił zdu­mie­niu.

- Olu­sza - powie­dział do wyry­wa­ją­cej się kobiety. - A niech to dia­bli.

- Pusz­czaj - wydy­szała, ale Ram­son przy­cią­gnął ją jesz­cze bli­żej, przy­ci­ska­jąc mize­ry­kor­dię do jej deli­kat­nej szyi.

- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł - mruk­nął. Niech to licho, nie sądził, że się tu na kogoś natknie. Choć z dru­giej strony Ram­son Zło­to­usty wie­dział aż za dobrze, że w życiu rzadko cokol­wiek idzie według planu. - Powi­nie­nem się domy­ślić, że to twoja sprawka. Wil­cza jagoda?

- Ole­an­der - wychar­czała. - Wysze­dłeś z wprawy, Zło­to­usty.

- Tylko spró­buj, a zoba­czymy, czy wysze­dłem z wprawy w zaba­wach ze szty­le­tem.

Olu­szę poznał, gdy jako powi­no­wata pra­co­wała w Kojcu. Spe­cja­li­zo­wała się w tru­ci­znach i igłach z tok­sy­nami. I choć o tym nie wie­działa, przy­dała mu się w nego­cja­cjach z Bog­da­nem, sym­pa­tycz­nym, acz dur­nym mistrzem Kojca, nie­sław­nego klubu Ala­rica Ker­lana, gdzie wystę­po­wali znie­wo­leni powi­no­waci.

To, że wpadł na nią przy zwło­kach noszą­cych ślady otru­cia... Ram­son zaczy­nał podej­rze­wać, że zna­lazł się nagle bar­dzo bli­sko odkry­cia, co się tak naprawdę stało z Zako­nem.

Olu­sza syk­nęła i prze­łknęła ślinę pod ostrzem.

- Może oboje dołą­czymy zaraz do tru­pów u naszych stóp - zakpiła. - Pusz­czaj. Nie przy­szłam tu, żeby cię zabić.

- Dla­czego więc tu jesteś? - spy­tał Ram­son grzecz­nie, wbi­ja­jąc ostrze nieco moc­niej w skórę, tak że nie było to pew­nie dla Olu­szy przy­jemne, ale jesz­cze nie gro­ziło zra­nie­niem.

- Żeby cię ostrzec. Ker­lan chce two­jej śmierci. Wyzna­czył pokaźną nagrodę za twoją głowę. Poluje na cie­bie cały Zakon... - Urwała. - A raczej to, co z niego zostało.

Pod­niósł wzrok, znowu spi­na­jąc się czuj­nie. Przed nim i za nim kory­tarz zda­wał się zupeł­nie pusty.

- I dla­czego mnie ostrze­gasz? Ty i ja jeste­śmy z tej samej gliny, Olu­szo, więc nie wci­skaj mi, że robisz to z dobrego serca.

- Potrze­buję two­jej pomocy. - Ostry ton nie zdo­łał skryć cza­ją­cej się na dnie roz­pa­czy. - Bog­dan znik­nął.

Tym go zasko­czyła.

- Jak to?

Odkąd Olu­sza zakoń­czyła pracę w Kojcu, za każ­dym razem, gdy ją widział, była cichą nie­wia­stą o oczach łani uwie­szoną na bogato zdo­bio­nym ramie­niu Bog­dana. Mistrz Kojca wycią­gnął ją z nie­woli... i poślu­bił. Zresztą to Ram­son sfał­szo­wał wów­czas księgi, żeby Ker­lan ni­gdy się nie dowie­dział o całej spra­wie.

- Znik­nął. To dla­tego cię tu szu­ka­łam. - Gar­dło Olu­szy drgnęło pod ostrzem. - A teraz puść mnie, to wszystko ci wytłu­ma­czę.

Zatem cze­goś od niego potrze­bo­wała. Ram­son natych­miast zmie­nił tak­tykę.

- Czyli Inte­res? - zapro­po­no­wał. - Wiesz, że niczego nie daję za darmo, Olu­szo.

- Niech ci będzie - zgo­dziła się, a on odsu­nął się na tyle daleko, żeby zna­leźć się poza zasię­giem ewen­tu­al­nych igieł i innych ostrych, zatru­tych narzę­dzi.

Wypro­sto­wała się, roz­ma­so­wała sobie szyję. Nie uszło jego uwagi, że dło­nie jej drżały, gdy odrzu­cała w tył war­ko­cze. Nagle wydała mu się bar­dzo mała w tym wiel­kim, zsza­rza­łym płasz­czu, który okres świet­no­ści wyraź­nie miał już za sobą. Ram­son pamię­tał ją odzianą w naj­lep­sze futra i jedwa­bie, z fry­zurą zdo­bioną per­łami, które poły­ski­wały, gdy krę­ciła głową i wybu­chała śmie­chem.

Postu­kał mize­ry­kor­dią w mar­mu­rową posadzkę. Odpo­wie­działo mu głu­che echo.

- Może zacznij od tego, co się stało z Zako­nem - rzu­cił. - Co mia­łaś na myśli, mówiąc: "to, co z niego zostało".

Olu­sza pocią­gnęła nosem.

- Zapo­mi­nam cza­sami, od jak dawna jesteś poza tym wszyst­kim, Zło­to­usty. Gdy Mor­ga­nia prze­jęła tron, Ker­lan zmu­sił mnie do wybi­cia wszyst­kich osób zwią­za­nych z han­dlem żywym towa­rem. Zamie­rza po pro­stu znisz­czyć dowody na to, że miał coś z tym wspól­nego. Boi się inkwi­zy­cji. - Oczy jej bły­snęły. - A potem zabrał kilku człon­ków z naj­wyż­szego kręgu i się zmył. Posta­no­wił sku­pić się na swoim nowym Inte­re­sie w Bre­go­nie.

To słowo było dla Ram­sona niczym ude­rze­nie obu­chem. Bre­gon - jego ojczy­zna. Nad­sta­wił uszu.

- Jaki znowu Inte­res? I dla­czego w Bre­go­nie?

- To jakiś jego nowy pomysł na powi­no­wa­tych. Poza tym nic mi o tym nie wia­domo. Pew­nie cho­dzi głów­nie o to, żeby skryć się przed inkwi­zy­cją cesar­ską i czystką wśród han­dla­rzy nie­wol­ni­ków, jaką zarzą­dziła nowa cesa­rzowa.

Ram­son chwilę tra­wił te infor­ma­cje. W prze­szło­ści Mor­ga­nia nie wahała się wyna­jąć Ker­lana, żeby zli­kwi­do­wał księ­cia koron­nego, brata Any, ale po koro­na­cji wpa­dła w szał zwal­cza­nia han­dla­rzy powi­no­wa­tymi za wszelką cenę. Nie­wy­klu­czone, że Ker­lan był jed­nak o dwa kroki przed nią i zdo­łał umknąć, nim zagro­ziło mu nie­bez­pie­czeń­stwo. A teraz zamie­rzał usta­no­wić nowe prze­stęp­cze impe­rium... w Bre­go­nie.

To ta część nie miała sensu. Bre­gon ni­gdy nie inte­re­so­wał się szcze­gól­nie powi­no­wa­tymi czy też magen, jak ich tam nazy­wano. Z tego, co pamię­tał Ram­son, w więk­szo­ści zosta­wiano ich w spo­koju i nie iden­ty­fi­ko­wano.

- Skąd to wiesz?

- Bo zabrał ze sobą Bog­dana. Bog­dan nie ode­zwał się do mnie od kilku tygo­dni - dokoń­czyła cicho. Jej wiel­kie oczy zalśniły w ciem­no­ści łzami.

Ram­son w końcu połą­czył kropki.

- Chcesz, żebym pomógł ci go odna­leźć.

- Obie­cał mi, że to będzie szybka robota. Powie­dział, że wróci w ciągu jed­nego księ­życa. - Olu­sza prze­łknęła ślinę. - Myślę... myślę, że coś poszło nie tak.

Ram­son tra­cił zain­te­re­so­wa­nie - prze­cież zaszedł tu tylko z przy­zwy­cza­je­nia, żeby się prze­ko­nać, co się stało z Zako­nem i jego byłym mistrzem. Może lepiej nie wywo­ły­wać wilka z lasu.

Zaczął się odwra­cać.

- Bar­dzo bym chciał pomóc, Olu­szo - powie­dział - ale skoro Ker­lan poluje na moją głowę, to chyba jed­nak lepiej będzie...

- Jest w Zło­to­wo­dach. - Na te słowa zamarł, potem powoli znów odwró­cił się w jej stronę. Przy­glą­dała mu się uważ­nie. Ana­li­zu­jąc jego reak­cję, cią­gnęła: - Powie­dział Bog­da­nowi, że odbije port i stam­tąd zacznie odbu­do­wy­wać swoje impe­rium. Na pewno chce wyko­rzy­stać trasy kupiec­kie do Bre­gonu, które wyzna­czy­łeś.

Mróz wsą­czył mu się do żył i nagle wszyst­kie plany, które Ram­son snuł od tygo­dni, roz­myły się na jego oczach niczym dym. Port Zło­to­wody znaj­do­wał się w cen­trum każ­dej jego wizji przy­szło­ści.

Tylko że Ker­lan dotarł tam pierw­szy.

Słowa Olu­szy sły­szał jakby z oddali.

- Tak myśla­łam, że cię to zain­te­re­suje. Moja pro­po­zy­cja jest taka: sojusz, żeby poko­nać Ala­rica Ker­lana raz na zawsze. Odszu­kać jego i Bog­dana, żebym mogła z nim wró­cić do domu. W zamian będziesz miał moją ochronę. Kogoś, kto będzie obsta­wiał twoje tyły od strony wroga. Kto­kol­wiek w Zako­nie będzie cię szu­kał, ja znajdę go pierw­sza.

Ram­son mil­czał, zasta­na­wiał się, myślami już wybie­gał do przodu, tka­jąc sytu­ację i moż­li­wo­ści, ana­li­zu­jąc plusy i minusy. Zamie­rzał zosta­wić Ker­lana w spo­koju, pozwo­lić, by on i Zakon wybla­kli z cza­sem, jak i cała jego prze­szłość, o któ­rej chciał po pro­stu zapo­mnieć... ale wyglą­dało na to, że tak łatwo się ich nie pozbę­dzie. Przej­mu­jąc port Zło­to­wody, Ker­lan zawład­nął naj­ko­rzyst­niej­szym polem w tej grze i zapę­dził Ram­sona w kozi róg.

Przez wybite okna sączyła się na pod­łogę księ­ży­cowa poświata. Nawet w tym pustym pałacu Ram­son wyczu­wał obec­ność byłego mistrza - niczym zimny cień cza­jący się tuż za jego ple­cami.

Dla Ker­lana wszystko było grą. Czas na ruch Ram­sona.

Miał już dość gra­nia pion­kiem.

- I? - usły­szał w końcu głos Olu­szy. - Ubi­jamy Inte­res?

- Czemu nie? - odparł. - Ale nie myśl, że uści­snę ci teraz dłoń.

Nie raz był świad­kiem, jakie nie­spo­dzianki potra­fiła wycza­ro­wać z rękawa, a żeby spa­ra­li­żo­wać czło­wieka, wystar­czyła kro­pla jej tru­cizn.

Uśmiech­nęła się. Ustami. Oczy pozo­stały czujne.

- Od początku wie­dzia­łam, że nie zgo­dzisz się wyru­szyć na ratu­nek Bog­da­nowi po pro­stu tak z dobrego serca, jeśli cze­goś na tym nie zyskasz. I mia­łam rację.

- Czyż­bym był aż tak prze­wi­dy­walny?

Olu­sza wzru­szyła ramio­nami.

- Nie mnie prze­chwa­lać się, jak dobrze cię znam, Zło­to­usty - mruk­nęła, sku­biąc skórkę przy paznok­ciu. - Lecz Bog­dan i ja nie prze­trwa­li­by­śmy tak długo w Zako­nie Ker­lana, gdyby ktoś nad nami nie czu­wał. Oczy­wi­ście mogłeś to robić we wła­snym inte­re­sie, ale wydaje mi się, że mimo wszystko masz skłon­no­ści do dobrych uczyn­ków... choć na swój podły spo­sób.

Te słowa znów wywo­łały w jego pamięci echo. Dziew­czyna, miękko sypiący śnieg, począ­tek zimy, jej oczy jaśniej­sze niż księ­życ. Możesz być dobrym czło­wie­kiem. Podej­mij słuszną decy­zję, Ram­so­nie.

Ze wspo­mnień wyrwał go głos Olu­szy.

- Nim się rozej­dziemy każde w swoją stronę, mam dla cie­bie jesz­cze jeden poda­ru­nek - powie­działa. - Znam w por­cie Zło­to­wody pewną osobę. Pły­wała już kilka razy do Bre­gonu dla Ker­lana. Będzie miała wię­cej infor­ma­cji.

Ram­son słu­chał uważ­nie, gdy poda­wała mu nazwi­sko. Zupeł­nie go nie koja­rzył, co go zasko­czyło. Być może port Zło­to­wody na­dal zacho­wał pewne tajem­nice, sekrety skryte głę­boko pod pia­skami przez czło­wieka, który spra­wił, że Ram­son był kie­dyś tym, kim był - a może na­dal był tą osobą.

Czas już, by sam wyty­czał sobie ścieżkę.

Odwró­cił się, uchy­lił kape­lu­sza.

- Miło było znów cię zoba­czyć, Olu­szo - powie­dział. - Nie wychy­laj się, tylko w spo­koju mor­duj sobie naszych byłych kole­gów. Nim się z tym upo­rasz, będę już z powro­tem z twoim dur­nym mężem.

Sły­szał jej gar­dłowy śmiech, któ­rego pogłos sta­no­wił mocne tło dla stu­ka­nia jego obca­sów, gdy odcho­dził.

- Jesz­cze nie stra­ci­łam w cie­bie wiary, Zło­to­usty. - Po chwili dodała: - Obie­caj, że kiedy już znaj­dziesz Ker­lana, to go ode mnie pozdro­wisz.

- Niczego nie obie­cuję - odparł. - W ten spo­sób ni­gdy nie łamię obiet­nic.

Lecz wbrew temu, co powie­dział, już czuł ostre kra­wę­dzie tej przy­sięgi zapa­da­ją­cej gdzieś głę­boko w serce.

Jonasz powie­dział mu kie­dyś, żeby żył dla sie­bie. Rzecz w tym, Ram­so­nie, że możesz osią­gnąć wszystko, ale jeśli robisz to dla kogoś, nie ma to sensu, mówił, a jego kru­czo­czarne oczy błysz­czały inte­li­gen­cją i mądro­ścią nie­ty­pową u dwu­na­sto­latka.

Gdy Ram­son brnął w śniegu, czu­jąc za sobą gma­szy­sko o pustych oczach okien i znisz­czo­nych, roz­dzia­wio­nych ustach drzwi, zro­zu­miał jed­nak, że ścieżka przed nim na­dal jest poza jego zasię­giem, bo blo­kuje ją cień, który z każ­dym kro­kiem staje się więk­szy i wyraź­niej­szy.

Ala­ric Ker­lan sym­bo­li­zo­wał wszystko, czego Ram­son nie­na­wi­dził w sobie, w swoim życiu i na tym świe­cie w ogóle. Póki żyje Ker­lan, Ram­son nie może być wolny.

A teraz, skoro dawny mistrz budo­wał nowe impe­rium w por­cie Zło­to­wody, posił­ku­jąc się wyzna­czo­nymi przez Ram­sona szla­kami do Bre­gonu, to on wła­śnie sta­no­wił prze­szkodę sto­jącą Ram­so­nowi na dro­dze do przy­szło­ści, na którą już zaczął mieć nadzieję. Marzyło mu się, że zapusz­czą z Aną korze­nie gdzieś na połu­dniu, żeby po wygra­nej woj­nie mógł stwo­rzyć sobie jakąś namiastkę życia.

Odchy­lił głowę w stronę bez­gwiezd­nego nieba. Jego oddech zmie­niał się w obło­czek pary, gdy mówił:

- Odnajdę wła­sną ścieżkę, Jona­szu. Ale naj­pierw dorwę Ala­rica Ker­lana. I go zabiję.

2

W Nowo­myń­sku zima wstrzy­mała oddech. Ostra nocna cisza spo­wi­jała Ana­sta­zję Michaj­łowną, która prze­cze­sy­wała ulice w poszu­ki­wa­niu krwi. Co jakiś czas jej powi­no­wac­two chwy­tało trop - jakaś plama wsiąk­nięta w zie­mię niczym farba, wytarty odcisk palca na potrza­ska­nej latarni.

Nie myślała, że kie­dy­kol­wiek wróci do miej­sca, gdzie doświad­czyła tyle bólu i na wła­sne oczy ujrzała okru­cień­stwo swo­jego cesar­stwa. Lecz kilka tygo­dni temu, gdy wciąż ukry­wała się przed Mor­ga­nią po tym, jak ciotka o mało jej nie zabiła, Ana wysłała jastrzę­bia śnież­nego do swo­jego sta­rego przy­ja­ciela Jurija, przy­wódcy Czer­wo­nych Pele­ryn, z prośbą o spo­tka­nie. Odpo­wiedź była dość enig­ma­tyczna, na wypa­dek gdyby wpa­dła w nie­po­wo­łane ręce: Spo­tkajmy się w dzie­wią­tej godzi­nie dwu­dzie­stego szó­stego dnia pierw­szego księ­życa zimy tam, gdzie widzie­li­śmy się ostat­nio. Szu­kaj w cie­niu.

W ciągu zale­d­wie jed­nego cyklu księ­życa Nowo­myńsk zmie­nił się w ruinę pięk­nego mia­sta, w któ­rym po latach spo­tkała się z Juri­jem. Dacze boga­czy stały puste, bo ich wła­ści­ciele ucie­kli przed reżi­mem Mor­ga­nii na połu­dnie. Ci, co zostali, kryli się w domach, ich krew drżała słabo za cien­kimi murami, które mijała Ana.

Nie był to jed­nak nie­ty­powy widok.

W minio­nych tygo­dniach Ana i Ram­son nie raz już wcho­dzili do opu­sto­sza­łych mia­ste­czek, w któ­rych wiatr świsz­czał przez wybite szyby i potrza­skane okien­nice. Ze strzę­pów ogło­szeń i ulo­tek wala­ją­cych się po uli­cach odtwo­rzyli plany Mor­ga­nii na jej nowe pano­wa­nie.

Pod rzą­dami naszej nowej cesa­rzo­wej Mor­ga­nii Michaj­łow­nej zatrium­fują wresz­cie prawo i spra­wie­dli­wość oraz Reformy cesar­skiego dworu począt­kiem nowego ładu w Cyri­lii gło­siły nagłówki. Inne poda­wały wię­cej kon­kre­tów: Obo­wią­zek reje­stra­cji dla nie­po­wi­no­wa­tych; Obo­wią­zek nosze­nia przy sobie dowo­dów toż­sa­mo­ści.

Powoli, wytrwale Mor­ga­nia odwra­cała porzą­dek rze­czy: los powi­no­wa­tych miał przy­paść nie­po­wi­no­wa­tym, ale szcze­gó­łów tego nowego układu Ana jesz­cze nie znała.

Kiedy wyszła zza węgła, zaparło jej dech w pier­siach. Zamarła.

Tam, gdzie nie­dawno stał Kojec, ujrzała zwę­glony szkie­let budynku. Gro­te­skowa imi­ta­cja cyri­lyj­skiej kate­dry została spa­lona do zglisz­czy, witraże przed­sta­wia­jące nie­skrom­nie odziane kobiety roz­bito w drobny mak. Pozo­stały po nich dziury niczym ślepe oczo­doły w znisz­czo­nej twa­rzy. Trudno było sobie nawet wyobra­zić, że led­wie nieco ponad księ­życ temu stał tu ten Kojec, w któ­rym Ana wpa­dła na Jurija - gwarny, pełen podry­gu­ją­cych ciał, parny, śmier­dzący potem i mdłymi per­fu­mami. Teraz pozła­cane maho­niowe drzwi były wybite. Pod jej butami zachrzę­ściły odłamki drewna, jej kroki nio­sły się echem w ciszy. Po zasło­nach z pacior­ków zostały tylko kora­liki roz­sy­pane na posadzce niczym perły z zerwa­nego sznura, a z powyw­ra­ca­nych sof wyła­ził puch.

Ana omio­tła miej­sce powi­no­wac­twem niczym świa­tłem pochodni - wyczu­wała zarys pomiesz­cze­nia dzięki krwi, którą ochla­pane były ściany i stop­nie pro­wa­dzące do ukry­tej na dole sali. Powoli wyła­pała gdzieś pod sobą poje­dyn­cze drże­nie.

Jej kon­takt.

Się­gnęła do wewnętrz­nej kie­szeni nowej pele­ryny - ciem­no­czer­wo­nej jak krew. Taką wła­śnie wybrała sobie w pew­nej odle­głej wio­sce w jakże rzad­kim u niej akcie roz­rzut­no­ści.

Wyjęła kulę ogniową, potrzą­snęła nią. Che­mi­ka­lia w środku zagrze­cho­tały i już po kilku sekun­dach w kuli roz­błysł mały, ale silny pło­mień. Roz­świe­tlił oto­cze­nie.

Trzy­ma­jąc kulę przed sobą, Ana zeszła po scho­dach i ruszyła dłu­gim kory­ta­rzem, który pro­wa­dził w stronę areny. Jej powi­no­wac­two się napięło, z każ­dym kro­kiem coraz wyraź­niej wyczu­wało drżącą krew.

Weszła na arenę, gdzie zale­d­wie kilka tygo­dni temu roz­brzmie­wał śmiech, huczały bębny, migo­tały świa­tła pochodni. Teraz miej­sce to przy­po­mi­nało raczej cmen­tarz. Potrza­skane kamienne kolumny leżały na pod­ło­dze, jedwa­bie i wstęgi, które je zdo­biły, kryły się pod gru­zami. Ściany były osma­lone po poża­rze, runęły posągi bóstw strze­gą­cych nie­gdyś sceny. Jakaś smutna kamienna twarz patrzyła bez­na­mięt­nie, gdy Ana szła przez rumosz.

Zatrzy­mała się przed samą areną. Wciąż walały się po niej kwiaty i resztki wszyst­kich tych żywio­łów, które tu pre­zen­to­wano, nim wszystko ule­gło znisz­cze­niu. Zbro­jona czar­nym kamie­niem szyba, którą zbiła Mei, lśniła jak śnieg. Nikt nawet nie pró­bo­wał tu sprzą­tać. Po rebe­lii Ker­lan pew­nie wszystko to po pro­stu zosta­wił.

Na chwilę w jej umy­śle zami­go­tał duch ze wspo­mnień. Znów sta­nęło jej przed oczami dziecko na sce­nie, rosnąca dzięki niemu roślina. Dziew­czynka pod­nio­sła wzrok, jej oczy jasne niczym ocean, wokół jej twa­rzy miękka czu­prynka.

Jeste­śmy pro­chem i gwiaz­dami.

Ana odwró­ciła się rap­tow­nie. Szloch bolał gdzieś w głębi piersi.

Było jed­nak coś jesz­cze. Zalana burzą emo­cji Ana nie­mal prze­oczyła ruch na krań­cach powi­no­wac­twa.

Pło­mień kuli ognio­wej zgasł nagle, pogrą­ża­jąc arenę w ciem­no­ściach.

Ana sły­szała wła­sny oddech, nie­równe bicie serca... i led­wie zauwa­żalny sze­lest gdzieś pod ruinami. Potrzą­snęła kulą ogniową, che­mi­ka­lia znów zagrze­cho­tały, szkło było cie­płe, jakby ogień wciąż pło­nął... lecz świa­tła nie było.

Kil­ka­na­ście kro­ków dalej wyczu­wała czy­jąś obec­ność.

Zro­biła gwał­towny wdech.

- Pokaż mi się - powie­działa.

W kuli ognio­wej zabły­sło świa­tełko. Nagle nabrało mocy i znów oświe­tlało całą arenę.

Przy pomniku łka­ją­cego Bóstwa stał mło­dzie­niec. Poja­wił się nagle jak złu­dze­nie i gdy tak wpa­try­wał się w nią, miała wra­że­nie, że nie tyle oświe­tla go świa­tło, ile jest wyryty w braku cie­nia.

- Przy­kro mi, jeśli cię prze­stra­szy­łem. - Jego głos był gładki, zimny, ciemny niczym aksa­mitna noc. - Musimy zacho­wy­wać naj­wyż­szą czuj­ność, gdy spo­ty­kamy się z nie­zna­jo­mymi.

Przy­glą­dała mu się, myśląc o tym, jak nagle znik­nęło świa­tło w kuli ognio­wej i jak cie­nie zdają się go wręcz otu­lać niczym pele­ryna.

Szu­kaj w cie­niu.

A więc powi­no­waty. Powi­no­waty cie­nia.

- Jestem przy­ja­ciółką - odparła. - Jurija.

- Bar­dzo w to wąt­pię.

Ruszył w jej stronę, pod wypa­sto­wa­nymi butami zachrzę­ścił gruz. Jego syl­wetka drżała, cie­nie lizały jej kra­wę­dzie i dopiero gdy pod­szedł bli­żej, Ana zdo­łała doj­rzeć rysy twa­rzy. Musiał być mniej wię­cej w wieku Ram­sona, led­wie kilka lat star­szy od niej. Pro­ste, czarne jak atra­ment włosy spły­wały swo­bod­nie na jego czoło, oka­la­jąc ude­rza­jąco piękną twarz o wyraź­nie aze­atyc­kich rysach. Odziany był w zupeł­nie białą tunikę, srebrne guziki zapięte były aż pod samą bladą szyję. Smu­kły i ele­gancki zda­wał się księ­ciem z bajki.

Tylko w jego oczach czaił się dziki mrok.

Prze­mknęło jej przez myśl, że może dostał się do nie­woli w cesar­stwie w tak mło­dym wieku jak jej przy­ja­ciółka Linn. I jak Mei.

Chło­pak zatrzy­mał się na skraju sceny. Zesko­czył z niej lekko.

- Seyin, zastępca dowódcy Czer­wo­nych Pele­ryn.

Nie uszło jej uwagi, że się jej nie pokło­nił. Ona jed­nak posta­no­wiła przy­wi­tać go z nale­żytą uprzej­mo­ścią, pochy­liła więc głowę.

- Ana­sta­zja Michaj­łowna. Dzie­dziczka Cesar­stwa Cyri­lyj­skiego.

Wydało jej się, że oczy Sey­ina zmru­żyły się na uła­mek sekundy, ale wystar­czyło, że mru­gnęła, a jego twarz znów była zupeł­nie pozba­wiona wyrazu.

- Cóż, meja damo - powie­dział i zauwa­żyła, że nie posłu­żył się należ­nymi jej tytu­łami. - Jestem tu na prośbę naszego dowódcy.

Nie­trudno było uchwy­cić dru­gie zna­cze­nie tych słów. Nie jestem tu z wła­snej woli.

Wszystko, co mówił, każdy jego ruch zda­wały się celowe i pod tą chłodną dyplo­ma­cją zaczy­nała wyczu­wać sub­telną wro­gość.

Zasta­na­wiała się, co takiego powie­dział swo­jemu zastępcy Jurij, że wywo­łało to taki chłód w jego obej­ściu. Minął już cały księ­życ, odkąd ostatni raz się z nim widziała, gdy ich ścieżki zbie­gły się w domku Shama?ry, by zaraz potem znów się rozejść.

Kiedy będziesz gotowa, wyślij jastrzę­bia śnież­nego do portu Zło­to­wody, powie­dział jej wów­czas, a jego oczy pełne były cie­pła. Teraz spo­glą­dała w zimne, ciemne oczy jego zastępcy. Czy coś się zmie­niło?

- Dzię­kuję, że się pofa­ty­go­wa­łeś - rze­kła. - Przejdę do sedna. Jestem tu, żeby wejść w sojusz z Czer­wo­nymi Pele­ry­nami.

Zapa­dła cisza i Ana miała dziwne uczu­cie, że cie­nie wokół niej się pogłę­biają i pul­sują, jakby żyły wła­snym życiem. Seyin spo­glą­dał na nią bez­na­mięt­nie.

- A dla­czego - zaczął powoli - Czer­wone Pele­ryny mia­łyby przy­stać na ten sojusz?

Na takie pyta­nie nie była przy­go­to­wana. Gdy żegnała się z Juri­jem, sojusz z Czer­wo­nymi Pele­ry­nami jawił się jej jako coś zupeł­nie natu­ral­nego.

Spoj­rzała mu w oczy.

- Roz­ma­wia­łeś z Juri­jem?

- Tak - rzu­cił.

- A zatem wiesz, że wal­czymy po tej samej stro­nie. Chcemy oba­lić rządy Mor­ga­nii. Pra­gnę stwo­rzyć świat bez­pieczny zarówno dla powi­no­wa­tych, jak i niepowi­no­wa­tych. - Jej oddech zawisł w lodo­wa­tej mgle. - Mogę poko­nać Mor­ga­nię. Odzy­skać tron.

Seyin zro­bił krok w jej stronę, a ciem­ność wokół nich nagle ustą­piła. Księ­życ zalał ich srebr­nym świa­tłem.

- Naj­wyż­szy czas, abyś zro­zu­miała, że wła­śnie dla­tego nie jeste­śmy i nie możemy być sojusz­ni­kami.

Te słowa pozba­wiły ją tchu.

- Nie, nie rozu­miem. Czy nie tego wła­śnie pra­gną Czer­wone Pele­ryny? Aby na świe­cie pano­wała rów­ność?

Uśmiech Sey­ina był lodo­waty.

- Rze­czy­wi­ście.

- Dla­czego więc...

- Bo on nie jest twój - prze­rwał jej Seyin, oczy mu bły­snęły. - Powiedz mi, na czym polega róż­nica mię­dzy tobą a Mor­ga­nią. Prze­cież obie jeste­ście powi­no­wa­tymi cesa­rzo­wymi, które obie­cują swoim ludziom lep­szy świat.

Ogar­nął ją szok, który zaraz zastą­piła odraza. W co on gra?

- Sey­inie - powie­działa, usi­łu­jąc zacho­wać spo­kój. - Widzia­łeś zglisz­cza wio­sek, spa­lone zwłoki, ślady krwi, które zostają po woj­skach Mor­ga­nii? Ona nie dąży do rów­no­ści. Prze­mocą wywraca do góry nogami porzą­dek w cesar­stwie, by zapew­nić sobie wła­dzę na zawsze.

- A ty nie to wła­śnie zro­bisz, gdy tylko odzy­skasz tron? - Seyin roz­ło­żył ręce i wzru­szył ramio­nami, po czym znów zło­żył dło­nie. - Widzę dwie powi­no­wate wal­czące o wła­dzę. Sły­szę, że obie obie­cują lep­szą przy­szłość bied­nym i wyzy­ski­wa­nym.

Jej pierś zapło­nęła gorącą, palącą furią.

- Mor­ga­nia chce rzezi nie­win­nych...

- Prze­pro­wa­dza czystkę, żeby pozbyć się tych, któ­rzy mieli do czy­nie­nia z han­dlem powi­no­wa­tymi, z wyzy­skiem.

- To nie jest rów­ność. To nie jest wol­ność. To masa­kra.

Na jego usta wypły­nął krzywy uśmie­szek.

- Czyż nie tego uczy nas histo­ria? Droga do tronu zawsze zalana jest krwią. Na tej dro­dze zawsze giną tysiące nie­win­nych. Mor­ga­nia także obie­cuje nam rów­ność i wol­ność. Czymże się od niej róż­nisz? Dla­czego mie­li­by­śmy sta­nąć po two­jej stro­nie z naszymi siłami? Jesteś tylko dziew­czyną uro­dzoną w luk­su­sach pałacu. Z tego nie należy wnio­sko­wać, że potra­fisz rzą­dzić.

Ogień, który nara­stał w jej piersi, nagle zgasł. Zadrżała z zimna.

- Widzisz - cią­gnął Seyin - nie obcho­dzi mnie nawet, która z was będzie lep­szą wład­czy­nią, Ana­sta­zjo. - Wzdry­gnęła się, gdy wypo­wie­dział jej imię, wład­czo, jakby odzie­ra­jąc ją do naga. - Mnie cho­dzi o sam sys­tem. Ostatni cesarz i jego poprzed­nik, i ten jesz­cze przed nim... wszy­scy oni obie­cy­wali ludowi wspa­niałe rze­czy. Lecz gdy pozwala się, by monar­cha rzą­dził bez żad­nej kon­troli, nic nie chroni ludzi na wypa­dek, gdyby władca zawiódł. - Miał poważną minę, roz­ło­żył ręce. - Może i jesteś miło­sierna. Może jesteś pełna łaski i rzą­dziłabyś spra­wie­dli­wie. Co się sta­nie po two­jej śmierci? Co będzie za następ­nego władcy i jesz­cze następ­nego, i za kolej­nych? Możesz zagwa­ran­to­wać, że oni także będą cenić sobie miło­sier­dzie i spra­wie­dli­wość, które jakoby cie­bie cechują?

Ana roz­pacz­li­wie usi­ło­wała coś odpo­wie­dzieć, ale słowa ją zawio­dły. Przy­po­mniała sobie, jak po raz pierw­szy natknęła się na Patrole Cesar­skie, które potrak­to­wały ją i Mei niczym prze­stęp­czy­nie, jak na wła­sne oczy widziała nie­rów­no­ści, które jej ojciec tole­ro­wał, aż roz­ple­niły się w cesar­stwie niczym cho­roba.

Chciała wal­czyć o tron, ponie­waż wie­rzyła, że jako wład­czyni zmieni wszystko - całym ser­cem ufała, że zapro­wa­dzi w swoim cesar­stwie rów­ność.

Ale ni­gdy dotąd nie zasta­na­wiała się nad sys­te­mem wła­dzy jako takim. To, co mówił Seyin... było dla niej w tej chwili nie do pomy­śle­nia.

- Mówisz, że wal­czysz prze­ciwko cesa­rzo­wej Mor­ga­nii - cią­gnął cicho Seyin. - Twier­dzisz, że chcesz stwo­rzyć równe spo­łe­czeń­stwo pod rzą­dami spra­wie­dli­wego monar­chy. Lecz to wła­śnie sama monar­chia jest tu winna. Ludzie, powi­no­waci i niepowi­no­waci, dość się już nacier­pieli przez tę mrzonkę o łaska­wym władcy. Nad­szedł czas, byśmy to my mieli coś do powie­dze­nia na temat tego, jak toczy się nasze życie. - Roz­ło­żył ręce. - Przy­szłość jest w rękach ludu. Taka jest misja Czer­wo­nych Pele­ryn.

Zupeł­nie jakby jej świat zadrżał w posa­dach - znaki, które prze­oczyła wcze­śniej, nagle stały się tak czy­telne. Jurij ją kochał, lecz ni­gdy niczego jej nie obie­cał - ani tronu, ani soju­szu, ani nawet wspól­nego celu. Pokła­dała wszyst­kie swoje nadzieje w nim i w jego rewo­lu­cji. We wła­snej walce o spra­wie­dli­wość, o rów­ność ni­gdy nawet nie zasta­no­wiła się, czy idą z Juri­jem tą samą ścieżką.

Zaznała jed­nak w życiu zarówno przy­wi­le­jów, jak i uci­sku. Była księż­niczką i powi­no­watą. Na pewno...

- Nie jestem taka jak inni monar­cho­wie - odpo­wie­działa ochry­płym gło­sem. - Wiem, jak to jest być powi­no­watą. Wiem, co się czuje, gdy spo­łe­czeń­stwo cię odpy­cha i lży. Wiem, co się dzieje ze sła­bymi i bied­nymi w naj­ciem­niej­szych zakąt­kach cesar­stwa. Chcę zmie­nić sys­tem.

- Pro­sta zmiana sys­temu nie wystar­czy - odpa­ro­wał Seyin. - Musimy go znisz­czyć. - Urwał. Zło­żył ręce w nie­mal prze­pra­sza­ją­cym geście. - Ale dość już tych wiel­kich poli­tycz­nych roz­wa­żań. Teraz już rozu­miesz, dla­czego Czer­wone Pele­ryny wejść z tobą w sojusz nie mogą i nie wejdą. Jesteś dzie­dziczką monar­chii, Ana­sta­zjo. Jesteś cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem naszego ruchu.

Znów wró­ciła myślami do tam­tej chwili, która teraz wyda­wała się tak odle­gła - zalana księ­ży­cową poświatą Tajga Sywer­neń­ska i syl­wetka rudego niczym pło­mie­nie chłopca, któ­rego nie­gdyś znała.

Czer­wone Pele­ryny były jej jedy­nym poten­cjal­nym sojusz­ni­kiem, a Jurij jed­nym z nie­wielu ludzi, któ­rych kochała, a jed­nak prawda była taka, że w tej woj­nie nie mogli wal­czyć po tej samej stro­nie.

Czer­wone Pele­ryny chcą rewo­lu­cji.

Ona chce tronu.

Ale...

Nie.

W tej chwili mie­rzyli się z o wiele więk­szym zagro­że­niem. To, kto i jak będzie rzą­dził, nie miało teraz zna­cze­nia. Mor­ga­nia zaci­skała swą żela­zną pięść na cesar­stwie i jesz­cze chwila, a zdusi wszel­kie moż­li­wo­ści oporu.

A zatem, ow­szem, znaj­do­wali się po tej samej stro­nie. Ana aż za dobrze wie­działa, że wróg wroga to przy­ja­ciel.

Jurij by to rozu­miał. Z Juri­jem naj­pierw oba­li­liby Mor­ga­nię, a dopiero potem ana­li­zo­wali dzie­lące ich róż­nice. Bo jeśli teraz się nie zjed­no­czą, myślała Ana, nie będzie już żad­nego potem.

Tam­tej nocy w taj­dze Jurij dogo­nił ją, żeby pro­sić, by wró­ciła. Powie­dział wtedy: I pamię­taj, że cię kocham, bez względu na twoje decy­zje.

Musi z nim poroz­ma­wiać. A tym­cza­sem mar­nuje czas na poga­duszki z jego zastępcą.

Gdy tak roz­my­ślała, nagle zauwa­żyła w oczach Sey­ina jakiś głód. Dło­nie opie­rał na bio­drach, tuż przy ręko­je­ści skry­tego w pochwie szty­letu.

- Monar­chia musi zgi­nąć, Ana­sta­zjo - powie­dział cicho.

Cie­nie wokół nich się pogłę­biły. Ana poczuła zimny oddech na ple­cach. Odru­chowo obu­dziła powi­no­wac­two.

Seyin zro­bił krok w jej stronę.

Nagle poja­wiła się druga pochod­nia krwi. Zbli­żała się szybko.

Oczy Sey­ina prze­su­nęły się na wej­ście na arenę, ich wyraz znów się zmie­nił. Świa­tło ema­nu­jące z kuli ognio­wej Any przy­ga­sło, cie­nie wstrzy­mały oddech.

Ana obró­ciła się, jej powi­no­wac­two się spięło.

Przez podwójne drzwi wpa­dła jakaś postać - dziew­czyna, włos roz­wiany, oczy sze­roko otwarte. Miała na sobie ciemną pele­rynę pod­szytą czer­wie­nią.

Seyin zmarsz­czył czoło.

- Jese­nia.

Jesz­cze ktoś z Czer­wo­nych Pele­ryn, pomy­ślała Ana, obser­wu­jąc, jak dziew­czyna zatrzy­muje się kil­ka­na­ście kro­ków od nich.

- Sey­inie - wysa­pała. - Inkwi­zy­cja cesar­ska.

Anę zmro­ziło. Odkąd ucie­kli z pałacu, umknęła już z wielu splą­dro­wa­nych wio­sek; inkwi­zy­cja cesar­ska ni­gdy nie poja­wiała się tak szybko.

- Roz­mieść oddziały - rzu­cił Seyin. - Nie wychy­lać się, kon­ty­nu­ujemy reko­ne­sans.

Jego ton był ostry, roz­ka­zu­jący i Ana zro­zu­miała, dla­czego Jurij wybrał go na swo­jego zastępcę. Nie zga­dzała się z nim co do wyty­czo­nej ścieżki, lecz nie miała wąt­pli­wo­ści, że jest sku­tecz­nym dowódcą.

Takim, który przede wszyst­kim zamie­rzał dogłęb­nie zro­zu­mieć zamiary Mor­ga­nii.

Gdy mu się przy­glą­dała, w gło­wie zaczął się jej ryso­wać pewien zamysł. Dotąd kon­cen­tro­wała się na prze­trwa­niu z dnia na dzień i umy­ka­niu siłom Mor­ga­nii. Nie mogła jed­nak wal­czyć z wro­giem, któ­rego nawet nie znała.

Jeśli miała poroz­ma­wiać z Juri­jem, jeśli miała go prze­ko­nać, że nadaje się na przy­wód­czy­nię w walce prze­ciwko Mor­ga­nii... potrze­bo­wała kon­kret­nego planu.

A to zawsze nale­żało zacząć od - jak by to ujął Ram­son - dobrego roze­zna­nia w tere­nie. Reko­ne­sansu.

Seyin odwró­cił się do niej, jego oczy czarne i nie­prze­nik­nione.

- Być może nasze ścieżki jesz­cze się spo­tkają - powie­dział. - Póki co nie mam już nic do powie­dze­nia dziew­czy­nie, któ­rej się wydaje, że ta wojna jest tylko grą dla kró­lów i kró­lo­wych.

I już bez słowa zastępca dowódcy Czer­wo­nych Pele­ryn wymi­nął ją, jakby była tylko jedną z wielu potrza­ska­nych rzeźb Bóstw. Patrzyła, jak syl­wetki Sey­ina i Jeseni roz­my­wają się i zni­kają w cie­niach.

Została sama w ciem­no­ściach, oparła się o ścianę. Słowa Sey­ina cięły jak noże wbite w naj­głęb­sze zaka­marki serca, jej lęki i nie­pew­no­ści nagle znów krwa­wiły jaskrawo.

Jesteś tylko dziew­czyną uro­dzoną w luk­su­sach pałacu.

Tak długo sku­piała się na odzy­ska­niu tytułu i prawa do tronu, że nie zasta­no­wiła się nawet, jak będzie rzą­dzić. Wyda­wało jej się, że spra­wie­dli­wość, trwa­łość i rów­ność wystar­czą, lecz oto Seyin obró­cił w pył wszystko, co brała dotąd za pew­nik.

Nie miała armii. Nie miała wła­dzy. Nie miała sojusz­ni­ków. Jej plan - jedyny plan - prysł w ciągu godziny. Prze­wi­działa tyle moż­li­wych pora­żek, ale nie tę.

Zmu­siła się do uspo­ko­je­nia odde­chu i umy­słu. Jeśli zyskała cokol­wiek na tym spo­tka­niu, to fakt, że Seyin wska­zał jej kie­ru­nek następ­nego kroku.

Musi zro­zu­mieć wroga na tyle, by móc przed­sta­wić plan Juri­jowi, gdy już sta­nie z nim oko w oko. Wię­cej, on musi zoba­czyć na wła­sne oczy, co spra­wia, że Ana jest inna - dzięki czemu to ona jest słusz­nym wybo­rem dla cesar­stwa.

Zacznie w tej chwili - od cesar­skiej inkwi­zy­cji.

Był tylko jeden pro­blem.

Ram­son, pomy­ślała i przez chwilę wyobra­ziła sobie, jak stoi, opie­ra­jąc się o potrza­skaną kolumnę, ze skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach ramio­nami, i patrzy na nią kpiąco. Umó­wili się, że odbyw­szy swoje spo­tka­nia, znajdą się w obe­rży Pod Zła­maną Strzałą, ale to było w zupeł­nie innej czę­ści mia­sta.

Zawa­hała się, spo­glą­da­jąc w kory­tarz, w któ­rym znik­nął Seyin. Natych­miast zbla­kły wszyst­kie inne myśli. Ram­son Zło­to­usty nie był - nie mógł być - jej prio­ry­te­tem. Dla niej naj­waż­niej­szym obo­wiąz­kiem było jej cesar­stwo, jej lud.

Tylko to się teraz liczyło.

Ram­son może pocze­kać.

Ana odwró­ciła się i pobie­gła za Sey­inem, a jej kroki ponio­sły się echem w pustce wokół. Osma­lone mury, puste kin­kiety, schody usłane odłam­kami szkła - wszystko to zlało się w jedno, gdy zbli­żała się do wyj­ścia z Kojca. Cel był o wiele jaśniej­szy i pew­niej­szy niż ota­cza­jąca ją ciem­ność - inkwi­zy­cja cesar­ska.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki