Klany zielonych kości. A także ich współpracownicy i wrogowie
Klany zielonych kości
A także ich współpracownicy i wrogowie
Klan Bez Szczytów
Kaul Hiloshudon -?filar
Kaul Shaelinsan -?prognostyczka
Emery Anden -?Kaul przez adopcję
Kaul Maik Wenruxian -?żona Kaul Hila, kamiennooka
Kaul Lanshinwan -?były filar klanu, starszy brat Hila; nie żyje
Kaul Nikoyan -?syn Kaul Lana, adoptowany syn Hila i Wen
Kaul Rulinshin -?syn Hila i Wen, kamiennooki
Kaul Jayalun -?córka Hila i Wen
Juen Nurendo -?róg
Juen Imriejin -?żona rogu
Juen Ritto, Juen Din -?bliźniaczy synowie rogu
Maik Tarmingu -?filarowy
Maik Kehnugo -?były róg; nie żyje
Maik Sho Linalin -?wdowa po Kehnie
Maik Camiko -?syn Kehna i Liny
Lott Jinrhu -?pięść klanu
Woon Papidonwa -?cień prognostyka
Woon Ro Kiyalin -?żona Woon Papiego
Hami Tumashon -?zaklinacz deszczu
Hami Yasuto -?syn Hami Tumy
Terun Bintono -?szczęściodawca
Luto Tagunin -?szczęściodawca
Kaul Seningtun -?Płomień Kekonu, patriarcha rodziny, nie żyje
Kaul Dushuron -?syn Kaul Sena, ojciec Lana, Hila i Shae, nie żyje
Kaul Wan Riamasan -?wdowa po Kaul Du, matka Lana, Hila i Shae
Yun Dorupon -?były prognostyk, zdrajca; nie żyje
Haru Eynishun -?była żona Kaul Lana; nie żyje
Kyanla -?gosposia w rezydencji Kaulów
Sulima -?gosposia w rezydencji Kaulów
Inne pięści i palce
Vuay Yuduo -?pierwsza pięść Juen Nu
Iyn Roluan -?pięść wysokiej rangi
Vin Solunu -?pięść wysokiej rangi, mający talent do Postrzegania
Dudo, Tako -?osobiści strażnicy Kaul Maik Wen
Hejo, Ton, Suyo, Toyi -?pięści z klanu
Kitu, Kenjo, Sim -?palce z klanu
Przyszłe zielone kości
Mal Ging -?uczeń w Akademii Kaul Du, kolega z klasy Jai
Noyu Hanata -?uczennica w Akademii Kaul Du, koleżanka z klasy Jai
Noyu Kaincau -?starszy brat Noyu Hany
Eiten Ashasan -?córka byłej pięści, dziedziczka gorzelni Przeklęte
Piękno
Teije Inno -?odległy kuzyn rodziny Kaulów
Ważni latarnicy
Pan Une -?właściciel restauracji Podwójne Szczęście
Pani Sugo -?właścicielka Klubu dla Dżentelmenów Boski Bez
Fuyin, Tino, Eho -?latarnicy z branży detalicznej
Klan Góra
Ayt Madashi -?filar
Iwe Kalundo -?prognostyk
Nau Suenzen -?róg
Ayt (Koben) Atosho -?bratanek Ayt Mady
Koben Yirovu -?głowa rodziny Kobenów
Koben Tin Bettana -?żona Koben Yira
Koben Ashitin -?pięść, syn Yira i Bett
Koben Oponyo -?latarnik, wujek Ayt Ata
Sando Kintanin -?pięść, kuzyn Ayt Ata
Aben Sorogun -?pięść wysokiej rangi
Niru Vononu -?pięść niskiej rangi
Gont Aschentu -?były róg klanu; nie żyje
Ven Sandolan -?były latarnik klanu; nie żyje
Ayt Yugontin -?Włócznia Kekonu, adopcyjny ojciec Mady, Ima i Eoda; nie
żyje
Ayt Imminsho -?adoptowany starszy syn Ayt Yu; nie żyje
Ayt Eodoyatu -?adoptowany drugi syn Ayt Yu; nie żyje
Tanku Ushijan -?były róg z czasów Ayt Yugontina; nie żyje
Tanku Dingumin -?pięść, syn Tanku Ushijana
Pomniejsze klany
Jio Wasujo -?filar klanu Jedność Sześciu Dłoni
Jio Somusen -?róg klanu Jedność Sześciu Dłoni
Tyne Retubin -?prognostyk klanu Jedność Sześciu Dłoni
Sangun Yentu -?filar klanu Jo Sun
Icho Danjin -?szwagier Sangun Yena
Icho Tennsuno -?pięść z klanu Jo Sun
Durn Soshunur -?filar klanu Czarny Ogon
Ruch Bezklanowa Przyszłość
Bero -?przestępca
Gurino -?członek założyciel RBP
Otonyo -?członek założyciel RBP
Tadino -?członek RBP, właściciel baru w klubie Mała Persymona
Ema -?nowa członkini RBP
Vasti Eya Molovni -?nekolva, agent z Ygutanu
Inni na Kekonie
Jim Sunto -?były Anioł Marynarki z Republiki Espenii
Guim Enmeno -?kanclerz Rady Książęcej Kekonu, wierny Górze
Generał Ronu Yasugon -?główny doradca wojskowy Rady Książęcej
Canto Pan -?przewodniczący Kekońskiego Sojuszu Jadeitowego
Son Tomarho -?były kanclerz Rady Książęcej; nie żyje
Ren Jirhuya -?artysta
Sian Kugo -?producent filmowy i współwłaściciel Wybrzeża Kin
Toh Kitaru -?prezenter prowadzący wiadomości w Kekońskiej Stacji
Państwowej
Dano -?student z Królewskiego Uniwersytetu Jan
Lula -?kurtyzana
Doktor Timo, Doktor Yon -?lekarze zielonej kości
Mistrz Aido -?prywatny nauczyciel jadeitowych dyscyplin
Wielki Instruktor Le -?dyrektor Akademii Kaul Dushurona
Przedstawiciele rządu espeńskiego
Galo -?agent wywiadu Republiki Espenii
Berglund -?agent wywiadu Republiki Espenii
Ara Lonard -?ambasador Republiki Espenii w Kekonie
Pułkownik Jorgen Basso -?dowódca Bazy Marynarki Wojennej na Eumanie
W Espenii Keko-Espeńczycy
Dauk Losunyin -?filar Południowej Pułapki
Dauk Sanasan -?żona Dauk Losuna, jego "prognostyczka"
Dauk Corujon -?"Cory", syn Losuna i Sany, prawnik
Dauk Kelishon -?"Kelly", siostra Cory'ego. Wicesekretarz Departamentu
Przemysłu
Sammy, Kuno, Tod -?zielone kości z Port Massy
Remi Jonjunin (Jon Remi) -?przywódca zielonych kości w Resville
Migu Sunjiki -?przywódca zielonych kości w Adamont Capita
Hasho Bakuta -?przywódca zielonych kości w Evenfield
Pan i Pani Hian -?rodzina goszcząca kiedyś Emery Andena
Rohn Torogon -?dawny "róg" Południowej Pułapki: nie żyje
Danny Sinjo -?sportowiec i aktor
Paczki
Willum "Chudziak" Reams -?szef paczki z Południowego Brzegu
Joren "Mały Jo" Gasson -?szef paczki z Baker Street
Rickart "Cwany Ricky" Slatter -?szef paczki z Wormingwood; siedzi w więzieniu
Blaise "Byk" Kromner -?były szef paczki z Południowego Brzegu; siedzi w więzieniu
Inni w Espenii
Doktor Elan Margen -?starszy rangą naukowiec w Centrum Badań Medycznych
Dempheya
Rigly Hollin -?współudziałowiec i wiceprezes WBH Focus
Walford, Berrett -?inni współudziałowcy WBH Focus
Art Wyles -?prezes korporacji Anorco Global Resources
Deputowany Blake Sonnen -?przewodniczący Narodowej Rady Zdrowia
Doktor Gilspar -?sekretarz Espeńskiego Towarzystwa Lekarskiego.
W innych miejscach
Iyilo -?przemytnik jadeitu, szef Ti Pasuiga; Wyspy Uwiwa
Guttano -?kierownik Studia Filmowego Światło Diamentu; Szotar
Choyulo -?szef barukańskiego gangu Faltów; Szotar
Batiyo -?członek barukańskiego gangu Faltów; Szotar
Sel Lucanito -?potentat przemysłu rozrywkowego, właściciel Spektaklu
Numer Jeden; Marcucuo
Falston -?espeński żołnierz
Hicks -?espeński żołnierz
Rozdział 1. Bezkłanowi
ROZDZIAŁ 1
Bezkłanowi
Poczwórna Wygrana -?kasyno połączone z hotelem -?nie sprawiała wrażenia
najlepszego miejsca na rozpoczęcie rewolucji. Była dogodnym celem
wyłącznie dlatego, że Bero tu pracował i wiedział, jak ominąć straże.
Cały Janloon drżał z zimna po nagłym nadejściu najchłodniejszej i najbardziej wilgotnej zimy od dziesięcioleci, ale jasne światła i zgiełk
kasyna bez chwili przerwy wabiły grających o wysokie stawki hazardzistów
oraz zagranicznych turystów, a ich pieniądze napełniały kufry klanu Bez
Szczytów. Dzisiaj jednak tak nie będzie.
Dziesięć minut przed południem Bero pojawił się w kasynie z wózkiem
bagażowym z trzema walizkami i wepchnął go do windy. Było w niej trzech
biznesmenów pogrążonych w ożywionej rozmowie.
-?Góra oferuje mi daninę niższą o piętnaście procent -?mówił jeden z nich.
-?Kaulowie nie mogą temu dorównać -?poskarżył się łysy mężczyzna w granatowym garniturze. -?A mimo to nadal oczekują ode mnie, że będę w stanie konkurować z zagranicznymi franczyzami, które wyrastają wszędzie
jak chwasty z powodu umów handlowych, jakie narzucili krajowi.
Pierwszy biznesmen skrzywił się z niezadowoleniem.
-?Zatem wolisz płacić daninę Ayt Madzie?
-?To żądna władzy morderczyni, ale co z tego? Wszyscy oni tacy są.
Zrobiła to, co musiała, żeby utrzymać kontrolę nad Górą -?wtrącił trzeci
z nich, mocno opalony. -?Przynajmniej stawia na pierwszym miejscu
interesy Kekonu, a teraz wreszcie wybrała następcę. Myślę, że...
Drzwi windy, które zaczęły już się zamykać, otworzyły się ponownie i do
środka weszło dwóch cudzoziemców. Zajęli ostatnie wolne miejsce, obok
wózka Bera. Byli ubrani po cywilnemu, ale nie wyglądali na turystów.
Biznesmeni umilkli, spoglądając na obcych z uprzejmą podejrzliwością. W Janloonie roiło się ostatnio od przedstawicieli zagranicznych rządów i korporacji.
Winda zjechała na parking. Gdy wszyscy już z niej wyszli, Bero wytoczył
swój wózek wraz z jego zawartością na zewnątrz i spojrzał na zegarek.
Zielone kości z klanu Bez Szczytów uważnie obserwowały zyskowne kasyna
na ulicy Dla Ubogich, ale w dzielnicy nie było ich aż tak wiele. Eitena,
który dał Berowi zatrudnienie w Poczwórnej Wygranej, nie było dziś w robocie. Bero przez wiele tygodni obserwował harmonogram pracy
ochroniarzy i wiedział, że w samo południe w kasynie nie będzie żadnego
z jadeitowych wojowników klanu Bez Szczytów. Rzecz jasna, gdy już
zacznie się zamieszanie, zaraz się zjawią. Dlatego szybkość miała
kluczowe znaczenie.
Obok niego zatrzymała się furgonetka. Siedzący za kierownicą Tadino
wyskoczył z niej błyskawicznie. Jadący z tyłu Otonyo i Guriho podążyli
za nim. Bero raczej nie lubił trzech Oortokanów, za ich cudzoziemski
akcent i brzydkie ygutańskie ubrania -?zwłaszcza Tadina, który miał
ostry, szczekliwy głos oraz wąską twarz kojarzącą się z polującym na
szczury terierem. Niemniej byli to jedyni znani mu ludzie, którzy
nienawidzili klanów zielonych kości równie mocno jak on i pragnęli ich
całkowitego upadku.
-?Nikt nas nie zatrzymywał ani nie zadawał żadnych pytań -?pochwalił się
Tadino.
Nawet gdyby ktoś się nimi zainteresował, w furgonetce nie było broni ani
żadnych podejrzanych materiałów. Bero zdjął walizki z wózka i rzucił je
na ziemię. Guriho, Otonyo i Tadino wyjęli ich zawartość -?maski gazowe,
pojemniki z farbą w aerozolu, łomy, pistolety oraz pojemniki z gazem
łzawiącym.
Gdy już wyposażyli się w to wszystko, Bero otworzył kluczem dla
pracowników drzwi na schody biegnące przy szybie windy. Po wejściu na
górę otworzył kolejne drzwi. Za nimi znajdował się wyłożony dywanami
korytarz biegnący za kuchnią kasyna.
Tadino uśmiechnął się i włożył maskę gazową. Guriho oraz Otonyo klepnęli
się nawzajem po plecach i podążyli za jego przykładem. Ten pierwszy
męczył się przez moment, nim zdołał wepchnąć do maski swą bujną brodę.
Potem popędzili przed siebie, nie oglądając się na Bera. Otonyo wtoczył
do kuchni jeden z pojemników z gazem łzawiącym, a Tadino rzucił drugi na
podłogę kasyna. Jego zawartość zaczęła wydostawać się z sykiem na
zewnątrz. Bero przycisnął się do drzwi, by nikt go nie zauważył.
Rozległy się krzyki, a potem odgłosy kaszlu i wymiotów oraz tupot nóg.
Gdy padł strzał, hałasy zaczęły się na dobre -?krzyki przerażenia na
górze, spadające na podłogę talerze i przewracane meble, brzęk
tłuczonego szkła, metaliczny łoskot drzwi ewakuacyjnych oraz szybki
furkot obrotowych drzwi wejściowych. Klienci Poczwórnej Wygranej
uciekali pośpiesznie przed gazem, wypadając w panice z ciepłej, wygodnej
sali na ulicę Dla Ubogich.
Bero zasłonił bandaną nos i usta, a potem wyjrzał zza rogu na klatkę
schodową. Nadal otaczało go okropnie dużo hałasu, ale kłęby dymu
utrudniały mu obserwację. Trochę żałował, że nie sieje chaosu razem z innymi -?nie strzela w powietrze, nie wymachuje łomem, tłukąc szyby, nie
niszczy ścian ani mebli. Szkody się naprawi, ale koszty obciążą klan Bez
Szczytów. Upokorzą go, a jednocześnie przedstawią swe stanowisko w sposób, którego nie można będzie zignorować. Bero skrzywił się z niezadowoleniem. Był odważniejszy od swoich towarzyszy i miał gęstszą
krew. Robił rzeczy, na myśl o których te oortokańskie kundle zeszczałyby
się ze strachu.
Cofnął głowę na klatkę schodową i zamknął drzwi. Niczego nie udowodni,
stercząc tu dłużej. Jeśli zielone kości się zjawią, połamią nogi
durniom, których uda im się złapać. Bero już zbyt wiele razy uniknął
podobnego losu. Cenił własne kończyny. Kiedyś miał jadeit i tyle błysku,
że mógł dobrze żyć z jego sprzedaży. Niestety te czasy minęły.
Nienawidził klanów, ale potrzebował tej roboty.
Drzwi otworzyły się z hukiem i trzej mężczyźni wypadli chwiejnym krokiem
na klatkę schodową. W ich oczach błyszczało szaleństwo, włosy mieli
przepocone i dyszeli ciężko. Bero popędził razem z nimi na parking.
Pierwszy dotarł na dół i schował się za rogiem, gdy otworzyły się drzwi
pobliskiej windy i wybiegła z niej szóstka uciekających pracowników
kasyna. Kiedy się oddalili, nacisnął alarm, by winda nie mogła wrócić na
górę, po czym wyprowadził swych towarzyszy z klatki schodowej. Zdjęli
maski gazowe i wrzucili ekwipunek do walizek.
-?Przez dwa tygodnie siedźcie cicho. Potem spotkamy się w Małej
Persymonie -?przypomniał im Guriho, gdy wsiedli do furgonetki.
Pojazd opuścił parking i Bero został sam.
Podjechał wózkiem do zsypu i wrzucił do niego walizki z obciążającą go
zawartością. Upewnił się, że jego służbowy uniform się nie pobrudził, i udał się na codzienną przerwę śniadaniową. Wrócił po trzydziestu
minutach. Pod Poczwórną Wygraną stały dwa radiowozy i samochód
strażacki, a po chodniku spacerowały trzy zielone kości z klanu Bez
Szczytów. Zmuszeni do opuszczenia pokojów goście hotelowi marzli na
chodniku, czekając, aż pozwolą im wrócić. Bero schował ręce do kieszeni
i czekał razem z nimi, starannie ukrywając uśmiech. Po wewnętrznej
stronie szklanych drzwi wejściowych kasyna napisano czerwoną farbą:
PRZYSZŁOŚĆ JEST BEZKLANOWA.
Rozdział 2. Zdrada
ROZDZIAŁ 2
Zdrada
Szósty rok, pierwszy miesiąc
Kaul Hiloshudon przyglądał się sześciu biznesmenom jedzącym w jego
towarzystwie kolację. Miał nadzieję, że nie będzie musiał zabić żadnego
z nich. Spotkali się w największej prywatnej sali Podwójnego Szczęścia.
Na stole nadal było mnóstwo jedzenia, ale Hilo nie miał apetytu. Wrogom
mógł odbierać życie bez chwili wahania, ale to byli ludzie z jego klanu.
Znał ich wszystkich, lepiej czy gorzej, i od lat utrzymywał z nimi
kontakty. Klan Bez Szczytów potrzebował lojalnych członków.
-?Jak zdrowie żony, Kaul-jen? -?zapytał latarnik Fuyin Kan.
Niezobowiązujące rozmowy toczone przy stole ustąpiły miejsca pełnej
zażenowania ciszy.
Hilo nie przestał się uśmiechać, ale ciepło zniknęło z jego oczu, gdy
spojrzał na siedzącego naprzeciwko mężczyznę.
-?Rekonwalescencja wymaga wiele czasu, ale jest lepiej niż było.
Dziękuję, że o to zapytałeś.
-?Słyszę to z przyjemnością -?odparł Fuyin. -?W końcu nie ma nic
ważniejszego niż zdrowie i bezpieczeństwo naszych rodzin. Niech bogowie
opromienią klan Bez Szczytów swą łaską.
Wzniósł w toaście kieliszek hoji. Pozostali biznesmeni podążyli za jego
przykładem.
Fuyin nie był typowym bezjadeitowym latarnikiem. Nosił dwa pierścienie z jadeitami, jadeitowe kolczyki w uszach, a do tego sprzączkę u paska. Był
kiedyś pięścią, ale przed piętnastu laty opuścił militarną stronę klanu,
by kierować rodzinną firmą zajmującą się handlem detalicznym. Słowa
mężczyzny wyrażały uprzejme zainteresowanie, ale Hilo Postrzegał jego
jadeitową aurę jako gęstą, skłębioną chmurę pełną łatwych do rozpoznania
resentymentów oraz nieufności.
Odsunął talerz i oparł się wygodnie, podczas gdy kelnerzy zbierali
talerze i napełniali filiżanki herbatą. Nie patrzył na siedzącą obok
Shae, lecz wyczuwał w jej aurze nerwowość. Jego siostra również nie
jadła zbyt wiele. Nie dało się już dłużej odwlekać rozmowy.
-?Zaprosiłem was tutaj, ponieważ prognostyczka mówi mi, że są pewne
kwestie, które musicie omówić bezpośrednio ze mną jako filarem -?zaczął
Hilo. -?Wszyscy jesteście szanowanymi i cenionymi latarnikami naszego
klanu i w związku z tym pragnę, rzecz jasna, porozmawiać z wami i rozwiązać wszelkie problemy, zanim staną się źródłem poważnych
nieporozumień.
Pierwszym latarnikiem, który się odezwał, nie był Fuyin, lecz łysy
mężczyzna siedzący obok niego, pan Tino. Zaliczał się do starszych
członków klanu i kiedyś przyjaźnił się z nieżyjącym dziadkiem Hila.
-?Kaul-jen, biorąc pod uwagę obecny stan gospodarki oraz fakt, że musimy
konkurować nie tylko z naszymi rywalami z klanu Góra, lecz również z zagranicznymi firmami, wielokrotnie prosiliśmy Biuro Prognostyka o obniżenie daniny. Jak z pewnością sobie przypominasz, klan Bez Szczytów
podniósł ją, by móc toczyć wojnę klanową, ale nie obniża jej znacząco
już od sześciu lat.
-?Ta wojna trwa, tyle że w ukryciu -?przypomniał mu Hilo. -?Góra
zamierza prędzej czy później nas podbić. Staramy się utrzymać daniny na
rozsądnym poziomie i wykorzystujemy pochodzące z nich pieniądze do
wzmocnienia klanu, jak prognostyczka uzna za stosowne.
Shae wyprostowała się, usłyszawszy te słowa.
-?Musimy zwiększyć możliwości klanu Bez Szczytów, jeśli pragniemy
pokonać nieprzyjaciół. Udoskonaliliśmy naszą technologię, powiększyliśmy
Akademię Kaul Dushurona, by mogła szkolić więcej zielonych kości.
Otwieramy też biura i prowadzimy interesy za granicą. -?Szef sztabu
prognostyczki, Woon Papidonwa, natychmiast wręczył jej aktówkę.
Otworzyła ją i wyjęła ze środka plik papierów. -?Mogę was zapoznać z budżetem klanu na przyszły rok i pokazać, w których miejscach dochody z daniny...
Kolejny latarnik, opalony na brąz pan Eho, machnął niecierpliwie ręką.
-?Nie wątpię, że wydajecie te pieniądze. Problem w tym, na co je
poświęcacie. Klan Bez Szczytów ciągle próbuje prowadzić interesy w Espenii, co na dłuższą metę z pewnością zaszkodzi naszemu krajowi. -?Nie
chciał patrzeć na prognostyczkę, której nieraz już okazywał dezaprobatę.
-?Młodzież za bardzo ulega cudzoziemskim wpływom. Dlatego mamy teraz
wyższą przestępczość i więcej problemów społecznych. Weźmy na przykład
to, co wydarzyło się w zeszłym tygodniu w kasynie Poczwórna Wygrana. To
był skandal. A odpowiedzialnych za atak chuliganów nadal nie złapano.
Hilo zmrużył powieki poirytowany mentorskim tonem Eha.
-?Jeśli chcesz kogoś oskarżać o wzrost przestępczości, pomyśl, jak wielu
członków barukańskich gangów sprowadziła do kraju Góra, by powiększyć
swoje szeregi. Ale to nie ma znaczenia. Wiem, że Góra próbuje nas
podejść, proponując niższe daniny, w związku z czym nagle dochodzicie do
wniosku, że to niesprawiedliwe, że płacicie tyle co zawsze, podczas gdy
wydaje się wam, że moglibyście znaleźć korzystniejszą ofertę.
Pełna zażenowania cisza, która nagle zapadła, była wystarczającym
potwierdzeniem. Kilku latarników starannie unikało jego spojrzenia.
Ale Fuyin Kan nie odwrócił wzroku.
-?Przejście do innego klanu byłoby trudną i drastyczną decyzją -
oznajmił. -?Wpłynęłoby nie tylko na sytuację finansową danego człowieka,
lecz również na to, gdzie może mieszkać, do której szkoły sztuk walki
mogą uczęszczać jego dzieci, na jego życie towarzyskie i na to, kto jest
jego przyjacielem, a kto wrogiem. Nie chcemy się posuwać tak daleko.
Dlatego przybyliśmy tu całą grupą, licząc na osiągnięcie porozumienia.
Pozostali latarnicy przesunęli się ku przodowi na znak poparcia dla tych
słów. Fuyin pozwolił, by inni przemówili przed nim, było jednak
oczywiste, że to on jest ich przywódcą, zgodnie z podejrzeniami Hila.
To skończy się źle, pomyślał, nie dał jednak za wygraną.
-?Nie możemy w tej chwili obniżyć daniny. Mogę dać ci słowo jako filar,
że w miarę jak nasze interesy za granicą będą się rozrastać, zaczniemy
dzielić się zyskami z całym klanem. Biuro Prognostyka będzie stopniowo
zmniejszało jej wysokość przez pięć najbliższych lat.
Nie miał pojęcia, czy miałoby to sens pod względem finansowym, ale
brzmiało rozsądnie. W aurze Shae nie zapłonął nagły gniew na niego,
uznał więc, że poradziłaby sobie z tym zadaniem.
Fuyin potrząsnął głową.
-?To nie jest żaden kompromis. Wszyscy tu zgodziliśmy się, że
sprawiedliwość wymaga, by klan Bez Szczytów dorównał ofercie Góry.
Wierzymy też głęboko, że musi zajść zmiana w polityce klanu. Trzeba
skończyć z inwestowaniem za granicą i skupić się na obronie naszych
interesów w domu.
W jadeitowej aurze Shae pojawiły się fale konsternacji.
-?Jeśli obniżymy daninę, a jednocześnie zrezygnujemy z działalności,
która przynosi nam najszybciej rosnące dochody, klan będzie tracił
pieniądze na dwóch frontach. To droga do zagłady.
Niektórzy latarnicy wymamrotali coś pod nosem, ale Fuyin tylko
rozpostarł dłonie.
-?Góra radzi sobie dobrze. Chcesz powiedzieć, że klan Bez Szczytów nie
potrafi jej dorównać? Jeśli tak, czy możesz mieć do nas pretensję, jeśli
wspólnie podejmiemy działania dla zabezpieczenia naszej przyszłości?
Te słowa mogły nie brzmieć jak groźba, ale nią były. Fuyin zgromadził
kilku niezadowolonych latarników i oznajmił, że jeśli klan Bez Szczytów
nie spełni ich żądań, wszyscy przejdą do Góry. Nawet Shae nie potrafiła
znaleźć odpowiedzi na ten bezczelny szantaż.
Hila wypełnił gniew mieszający się z rozczarowaniem.
-?Fuyin-jen... -?zaczął, koncentrując całą uwagę na byłej pięści i ignorując pozostałych siedzących za stołem mężczyzn -?po co przybyłeś
tutaj, by prosić mnie o cokolwiek, skoro już przeszedłeś na stronę Góry?
Czy Ayt Mada rozkazała ci, byś pociągnął tych ludzi ku zgubie razem ze
sobą?
Twarz Fuyina stała się nieprzeniknioną maską.
-?O czym ty gadasz?
-?Już od miesięcy płacisz daninę Górze. Mogę pokazać wszystkim dowód
znaleziony przez Maik Tara, ale może lepiej sam się przyznasz, zamiast
kłamać mi prosto w oczy. -?Hilo zachowywał spokój, lecz w jego głosie
pobrzmiewała zimna, złowroga nuta. -?Nie jesteś zwykłym latarnikiem, jak
twoi towarzysze. Jesteś zieloną kością, która złamała klanowe przysięgi.
Przy stole zapadła całkowita cisza. Cichy szum głosów dobiegający z pozostałej części lokalu, znajdującej się za suwanymi drzwiami, brzmiał
jak kakofonia. Reszta latarników skuliła się na krzesłach. Z ich twarzy
odpłynęły wszelkie barwy.
-?Oskarżasz mnie o zdradę klanu? Byłem pięścią wysokiej rangi, kiedy ty
jeszcze byłeś niegrzecznym chłopakiem w Akademii. To ty zdradziłeś nas
wszystkich, Kaul Hiloshudon.
Gorycz, którą filar wyczuwał w aurze Fuyina, przerodziła się w gwałtowną
burzę. Cienka warstewka uprzejmości, jaką do tej pory utrzymywał,
zniknęła.
-?Mój ojciec zbudował z niczego kwitnący interes, mając tylko własny
pot, nieustępliwość oraz patronat klanu. Dzięki bogom, że już nie żyje i nie musi patrzeć, jak jego firma jest wypychana z rynku, bo otworzyłeś
nasz kraj przed cudzoziemcami, jak kurwa rozkładająca nogi przed każdym.
-?Głos Fuyina stał się ochrypły i drżący. -?Mój syn tak bardzo cię
podziwiał. Chciał być taki jak ty. Miał tylko dwadzieścia lat, był
palcem dopiero od sześciu miesięcy, kiedy zabito go bez powodu w wojnie
klanów, do której nigdy by nie doszło pod rządami twojego brata albo
dziadka. Masz czelność żądać ode mnie wierności? Nie, Kaul-jen, jesteś
tylko szczeniakiem, a nie filarem, a twoja siostra liże buty
Espeńczykom. Nie jestem ci nic winien.
Hilo nie odpowiadał mu przez nietypowo długą chwilę. Postrzegał
łomotanie serc i wstrzymywane oddechy wszystkich otaczających go ludzi,
zwłaszcza Shae, był to jednak jedynie drobiazg w porównaniu z naciskiem
wzbierającym w jego dłoniach i głowie.
-?Fuyin-jen... -?zaczął wreszcie -?widzę, że trudności, których
doświadczyłeś, wzbudziły w tobie nienawiść do mnie, ale popełniłeś błąd,
pozwalając, by wykorzystała cię Ayt Mada. -?Wstał i spojrzał byłej
pięści prosto w oczy. -?Jeśli czułeś się tak bardzo nieszczęśliwy, w każdej chwili mogłeś porozmawiać ze mną. Bez względu na to, czy to
kłopoty w interesach spowodowały, że pragniesz się wyrzec życia, czy nie
możesz wybaczyć mi śmierci swego syna, mogłeś poprosić, bym pozwolił ci
odejść z honorem, a być może nawet założyć swój mały klan w jakiejś
innej części kraju. Zgodziłbym się na to z uwagi na wysoką pozycję
twojej rodziny i dawne poświęcenia. Nie musiałeś sprzedawać się Górze
ani wciągać innych w tę pierdoloną farsę, która miała zaszkodzić klanowi
Bez Szczytów.
Fuyin stanął na palcach. Był wyższy niż filar, przekroczył już
czterdziestkę, ale nadal był w świetnej formie fizycznej. Często ćwiczył
z innymi zielonymi kośćmi.
-?Miałbym cię błagać o pozwolenie na opuszczenie miasta, w którym się
urodziłem, by żyć na wygnaniu jak bezwartościowy wyrzutek? Mam obciąć
sobie ucho i skomleć o darowanie życia? Nigdy. -?Jego twarz zamarła w wyrazie straszliwej determinacji. -?Kaul Hiloshudon, filarze klanu Bez
Szczytów, oferuję ci czystą klingę. -?W pokoju rozległy się szepty
zdumienia i lęku. Od lat nikt nie wyzwał Kaula Hilo na pojedynek. -
Wybierz miejsce i broń...
-?Odmawiam. -?Odpowiedź Hila zmroziła wszystkich w pokoju. Na twarzy
filaru dostrzegało się jego sławną furię. -?Jesteś zdrajcą. Nie
zasługujesz na pojedynek. Przykro mi z powodu śmierci twojego syna i niepowodzeń w interesach, ale wielu z nas przeżyło straszliwe tragedie,
a mimo to nie złamało przysiąg.
Fuyin dał się na moment zbić z tropu. Nawet Shae i Woon patrzyli na Hila
z zaskoczeniem. Nigdy dotąd nie słyszano, by Kaul Hiloshudon odrzucił
osobiste wyzwanie. Opadł z niedowierzaniem na pięty.
-?Jesteś tchórzem -?warknął.
-?Jestem filarem klanu -?odparł Hilo. -?Postąpiłbym głupio, gdybym
wątpił, że nadal pozostajesz groźnym wojownikiem. Być może nie masz już
po co żyć, ale ja nie mogę się narazić na obrażenia, które odciągnęłyby
mnie na pewien czas od rodziny i obowiązków. -?Zmarszczył brwi.
Zrozumiał, że tłumaczy przyczyny odmowy raczej sobie samemu niż
Fuyinowi. -?Jeśli pragniesz zachować życie, możesz oddać wszystko, co
posiadasz, klanowi i zaakceptować wygnanie z Kekonu. W przeciwnym razie
przyznam ci śmierć konsekwencji, z bronią w ręku. To wszystko.
Gdy Hilo wypowiedział te słowa, drzwi pokoju otworzyły się nagle i do
środka wszedł Juen Nu, róg klanu Bez Szczytów. Towarzyszyli mu Maik Tar
i Iyn Ro. Trzy zielone kości czekały na dole. Hilo rozkazał im wejść do
środka, gdy tylko Postrzegą jakieś zagrożenie ze strony któregoś z obecnych. Pan Tino i pan Eho odsunęli się od Fuyina, otwierając szeroko
oczy, jakby nagle stał się tykającą bombą zegarową. Oskarżony o zdradę
rzucał spojrzenia na wszystkie strony. Ręce mu drżały. Juen, Maik i Yin
ruszyli ku niemu, okrążając wielki stół z obu stron. Żaden z latarników
nie odważył się wstać z krzesła.
Shae zaczęła się podnosić. Jej aura iskrzyła się niespokojnie.
Prognostyczka wezwała tych latarników na obiad, który miał doprowadzić
do pojednania, a teraz wyglądało na to, że zakończy się egzekucją.
-?Hilo -?wysyczała, na tyle głośno, żeby ją usłyszał. -?Nie rób tego w tym miejscu. Lepiej...
Nikt nie usłyszał reszty jej sugestii, ponieważ Fuyin wyszarpnął mały
pistolet z ukrytej pod paskiem wszywanej kabury i zaczął strzelać.
Tar zareagował natychmiast, wznosząc Odbijanie przed filarem.
Małokalibrowe pociski pomknęły ku sufitowi. Fuyin Kan odrzucił broń,
warknął wściekle i posiłkując się Lekkością, przeskoczył nad stołem.
Wyciągnął karambit i spróbował ciąć w gardło Hila.
Filar odpowiedział na atak. Wskoczył na stół, również pomagając sobie
Lekkością, i złapał przeciwnika za łokieć, powstrzymując trajektorię
jego broni. Potem pchnął z całej siły jego środek ciężkości, pozbawiając
go równowagi, gdy tylko Lekkość zaczęła opuszczać Fuyina i jego stopy
dotknęły blatu. Napastnik zachwiał się, ale uderzył śmiertelnie groźnym
Przenoszeniem. Stal Hila ledwie zdołała odbić atak. Filar obrócił się
błyskawicznie, pociągając drugiego mężczyznę za sobą. Stopa Fuyina
wpadła w wazę na wpół wypełnioną stygnącą zupą. Mężczyzna poleciał na
łeb na szyję ku skrajowi stołu. Talerze, filiżanki i jedzenie
wyskakiwały na wszystkie strony spod stóp walczących.
Wiele lat temu, gdy Hilo był jeszcze nastolatkiem i uczył się w Akademii, ćwiczył równowagę i Lekkość, ćwicząc ze sparingpartnerami na
wąskich półkach i chwiejących się platformach. Wtedy uważał, że te
ćwiczenia są głupie. Walki toczono na asfalcie i betonie, nie na kłodach
nad wodospadami, jak na filmach. Teraz, gdy walczył na stole w restauracji, przypomniał sobie na moment, jak instruktorzy uczyli go, że
zielone kości, choćby nawet najlepiej przygotowane, nie mogą liczyć na
to, że zawsze będą miały szansę wyboru, w jakich warunkach chcą walczyć.
Szarpali się ze sobą, obaj pochyleni, aż Hilo wyciągnął błyskawicznie
lewą rękę i otoczył głowę przeciwnika od tyłu, jakby była piłką
sztafetową. Uniósł karambit, który pojawił się nagle w jego prawej
dłoni, i wbił w szyję Fuyina. Złapał go za włosy i pociągnął jego twarz
ku stołowi. Karambit wbił się głębiej. Gdy mężczyzna opadł na kolana,
rozległ się trzask rozbijanych talerzy. Hilo pociągnął nóż ku górze,
używając całej swej Siły, i przeciął tchawicę.
Fuyin miotał się jeszcze przez króciutką chwilę, zrzucając na podłogę
kolejne przedmioty. Wreszcie znieruchomiał. Pod jego podbródkiem
utworzyła się kałuża krwi, ciemniejsza plama na czerwonym obrusie
mieszająca się z rozlanym rosołem oraz kawałkami jedzenia. Wszystko to
trwało niespełna minutę. Hilo nadal słyszał słabo, lekko ogłuszony
hukiem wystrzałów w zamkniętym pomieszczeniu. Kiedy zwrócił się do
pięciu pozostałych latarników, którzy podnosili się już z podłogi, nie
był pewien, czy krzyczy, czy mówi normalnie.
-?Czy jest tu ktoś jeszcze, kto ma jakieś osobiste pretensje, albo czuje
się tak niezadowolony, że jest gotowy podtrzymać żądania Fuyina?
Latarnicy wstali z potulnymi minami. Pan Eho spojrzał na ciało i przełknął głośno ślinę, po czym dotknął czoła splecionymi dłońmi i pokłonił się nisko, oddając honory filarowi.
-?Kaul-jen, muszę ze wstydem wyznać, że uległem namowom Fuyina wyłącznie
z powodu finansowej interesowności. Z radością akceptuję zaproponowany
przez ciebie kompromis. To całkowicie mnie zadowala.
-?Mnie również, Kaul-jen -?dodał pośpiesznie pan Tino, otrzepując
spodnie. -?Wybacz mi moją głupotę. Sądziłem, że Fuyin reprezentuje
interesy nas wszystkich, ale teraz widzę, że popełniłem błąd, ufając mu.
Mamy szczęście, że natychmiast go przejrzałeś.
Pozostali latarnicy pokiwali głowami, wyraźnie zawstydzeni, i również
zapewnili, że są wierni klanowi.
Hilo miał ochotę stłuc wszystkich na kwaśne jabłko, a potem zażądać, by
obcięli sobie uszy, jeśli pragną zachować patronat klanu, powstrzymał
jednak ten impuls. Nie sądził, by ci biznesmeni mieli wystarczająco
gęstą krew, żeby wytrzymać coś takiego. Leżące na stole ciało Fuyina
było wystarczającym argumentem. Dalsze zastraszanie ich nie dałoby mu
nic poza osobistą satysfakcją. Odwrócił się z niesmakiem.
-?Zabierzcie ich stąd -?rozkazał swoim pięściom.
Iyn wyprowadziła skarconych latarników z budynku. Oddalili się z wielką
ochotą, rzucając nerwowe spojrzenia za siebie. Niektórych z nich szczere
wyrzuty sumienia albo strach mogły rzeczywiście skłonić do powrotu z uchem w szkatułce, ale Hilo o to nie dbał. Uważał, że bezjadeitowym
latarnikom nigdy nie można ufać. Chroniła ich aisho i zależało im
wyłącznie na pieniądzach. Oczekiwali od klanu siły i ochrony, ale z łatwością mogli przenieść swą wierność na inny, dla zysku albo z chęci
przetrwania. Nie można było mieć pretensji do Ayt o to, że ze wszystkich
sił starała się ich ukraść.
-?Lepiej pójdę porozmawiać z panem Une, żeby uspokoić sytuację -?odezwał
się Juen.
Huk strzałów i odgłosy przemocy z pewnością zakłóciły atmosferę w lokalu
i przestraszyły starego restauratora. Była właśnie pora obiadowa. Po
wyjściu rogu Tar objął ramieniem barki Hila.
-?Za szybko go załatwiłeś, Hilo-jen. Jestem twoim filarowym, czy nie
mogłeś mi pozwolić zdobyć choć odrobiny jego zieleni?
Hilo łypnął z kwaśną miną na zwłoki Fuyina. Nie odpowiedział na uśmiech
szwagra.
-?Zabierz jego jadeit dla klanu -?rozkazał. -?Nie czułbym się dobrze,
nosząc go, bo wiem, że jego syn zginął za klan Bez Szczytów, kiedy byłem
rogiem.
Ruszył ku drzwiom, ale Shae zagrodziła mu drogę. Jej jadeitową aurę
wypełniało niezadowolenie.
-?Chcesz po prostu sobie pójść i nie powiedzieć nic więcej? -?zapytała.
Nozdrza Hila rozszerzyły się, gdy usłyszał ton jej głosu.
-?Co jeszcze miałbym powiedzieć? Chciałaś, żeby ten obiad rozwiązał
problem uskarżających się latarników. Już się nie uskarżają, prawda?
-?Nie sądzisz, że jeśli zamierzałeś zlikwidować Fuyina na oczach
wszystkich, to powinniśmy porozmawiać o tym wcześniej? Dlaczego mi nie
powiedziałeś, że masz dowody na to, że płaci daninę Górze?
-?Bo ich nie miałem -?warknął. -?Miałem przeczucie. Kiedy zobaczyłem
jego reakcję, byłem już pewny. Już przedtem miał do mnie pretensje, nic
więc dziwnego, że Ayt do niego dotarła. Był zdeterminowany zginąć i zabrać mnie ze sobą do grobu.
Mimo że Hilo rozumiał to wszystko, uważał zdradę byłej pięści za sprawę
osobistą. Zarzuty Fuyina nadal niosły się echem w jego głowie. Pragnął
wyjść stąd, oddalić się od ciała.
Spróbował odepchnąć Shae na bok, ale ona ponownie zagrodziła mu drogę.
-?To nie jest żadne wyjście, Hilo -?nie ustępowała. -?Egzekucja zdrajcy
może uspokoić ludzi na pewien czas, ale nie rozwiąże problemów, z powodu
których ci latarnicy zwrócili się przeciwko nam. Nie rozmawialiśmy ze
sobą o tych sprawach jak filar z prognostyczką.
Hilo odsłonił zęby, pochylając się ku siostrze.
-?Chcesz rozmawiać ze mną jak prognostyczka? W takim razie rób to, co
należy do prognostyczki. Powiedz mi, jak to, do chuja, możliwe, że Góra
wydaje więcej i kradnie nasze biznesy, mimo że pobiera tak niską daninę?
Powiedz mi, jak możemy ich powstrzymać i wygrać. A jeśli nie potrafisz,
oszczędź mi swoich cholernych wykładów.
Otworzyła usta, żeby mu odpowiedzieć, a potem zamknęła je tak
gwałtownie, że Hilo usłyszał trzask zębów. Łypnęła na niego ze złością.
Jej twarz poczerwieniała z irytacji. Woon, który stał obok, położył dłoń
na ramieniu prognostyczki i odciągnął ją do tyłu. Hilo wypadł ze złością
z pokoju.
Juen nadal rozmawiał z zaniepokojonym panem Une, dzięki czemu Hilo nie
był narażony na załamywanie rąk i ocieranie czoła w wykonaniu starego
restauratora. Niektórzy ze stałych gości Podwójnego Szczęścia ulotnili
się podczas krótkiego wybuchu przemocy, być może obawiając się, że
rozleje się ona na resztę restauracji. Niewykluczone też, że
przestraszył ich atak anarchistów na kasyno Poczwórna Wygrana, do
którego doszło w zeszłym tygodniu. Inni jednak siedzieli sobie spokojnie
w restauracji. Na widok Hila wymamrotali pełne szacunku słowa i dotknęli
czół, próbując jednocześnie zerkać do pomieszczenia, w którym znajdowały
się zwłoki. Wyciągali szyje z chorobliwą ciekawością, jaką widzi się
podczas spektakularnych zderzeń samochodów albo pożarów budynków.
Wieczorem cały Janloon będzie wiedział, że Fuyin Kana zabito za zdradę
klanu.
Filar opuścił restaurację głównym wejściem i usiadł za kierownicą
duchesse signa. Miał w Podwójnym Szczęściu zarezerwowane miejsce na
parkingu i zawsze, gdy odwiedzał lokal, pilnowano jego samochodu. Tar
podążył za nim i zastukał w okno po stronie pasażera. Gdy tylko Hilo
opuścił szybę, oparł się o okno, wsadzając ręce do środka.
-?Dokąd się wybierasz? -?zapytał burkliwym tonem. Mogło to znaczyć, że
boi się o bezpieczeństwo Hila albo po prostu jest zły, bo go pominięto.
-?Muszę się trochę przejechać, żeby przewietrzyć sobie głowę -
odpowiedział Hilo, wsuwając kluczyk do stacyjki. -?Pomóż Juenowi i Iyn
wszystko posprzątać. -?Hilo chwilami obawiał się zlecać klanowe zadania
Maik Tarowi i Iyn Ro jednocześnie, z uwagi na ich burzliwy związek,
ciągle wahający się między żarem a chłodem. W tej chwili jednak
dogadywali się nieźle. -?Przygotuj się na podróż do Port Massy. O tej
porze roku jest tam zimno. Weź ze sobą ciepłe ubranie. Masz wszystko,
czego potrzebujesz? Bilety, paszport i tak dalej?
-?Jasne -?odparł jego szwagier.
-?Będę w domu za parę godzin -?dodał Hilo i ruszył, zostawiając Tara na
parkingu. Spojrzał jeszcze we wsteczne lusterko i zauważył, że jego
filarowy jest wyraźnie smutny i zagubiony.
***
Jeździł pół godziny, nie zmierzając właściwie nigdzie. Włączył
ogrzewanie, by odepchnąć od siebie mroźne powietrze działające na miasto
jak zimny ręcznik przyciśnięty do ciała. Ulice wywierały wyjątkowo
przygnębiające wrażenie. Jaskrawe kolory Janloonu wyblakły pod szarym,
bezchmurnym niebem. Ludzie byli podekscytowani wiadomością, że w górach
spadł śnieg.
Zdał sobie sprawę, że, nawet się nad tym nie zastanawiając, pojechał do
Dzielnicy Portowej i zatrzymał się przed Klubem dla Dżentelmenów Boski
Bez. W ostatnich latach wiele w Janloonie się zmieniło, ale Boski Bez
nadal był taki sam. Hilo pomyślał z ironią, że to pewny interes, któremu
nie zaszkodzą nowoczesność ani zagraniczna konkurencja. Odźwierny
odprowadził jego samochód, a gdy tylko Hilo wszedł do środka, pani Sugo,
latarniczka będąca właścicielką klubu, przywitała go ewidentnie
fałszywym uśmiechem. Rzecz jasna, nigdy nie była dla niego nieuprzejma i zawsze pilnowała, by jego wizyty przebiegały dokładnie tak, jak sobie
tego życzył. Z pewnością jednak nie przyjmowała z entuzjazmem rzadkich,
niezapowiedzianych odwiedzin filaru.
-?Kaul-jen -?przywitała go. Oddała mu honory i zaprowadziła go do
luksusowo urządzonego pokoju, w którym znajdowała się kanapa. -?Cieszę
się, że znowu cię widzę. Mam posłać po Sumi? Albo po Vinę?
Hilo pokręcił głową.
-?Po jakąś inną.
Przyklejony do twarzy pani Sugo uśmiech osłabł nieco.
-?Czy mogę zapytać, Kaul-jen, tylko po to, żeby świadczyć ci lepsze
usługi, czy coś ci się nie podobało u którejkolwiek z kobiet, z którymi
spędzałeś tu czas?
-?To kurwy -?odpowiedział. Nie było w tym złości, po prostu czuł się
zmęczony. Rzucił marynarkę na oparcie kanapy i nalał sobie szklankę
cytrusowej wody ze stojącego na stole dzbanka. -?Tylko nie przysyłaj mi
żadnej, z której korzystał mój brat. Ta myśl mi się nie podoba.
Pani Sugo zacisnęła mocno usta, maskując niezadowolenie uprzejmym
ukłonem, i wyszła z pokoju. Hilo klapnął na kanapę, zamknął oczy i potarł kciukami ich kąciki. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Lan
odwiedzał ten lokal. Doszedł do wniosku, że jego brat z pewnością czuł
się rozpaczliwie samotny. Raczej zasmuciła go myśl, że sam znalazł się
teraz w podobnej sytuacji. Był filarem klanu już od sześciu lat. Dłużej
niż Lan. Bracia nie byli zbytnio do siebie podobni, ale być może pozycja
filaru wpływała tak samo na każdego mężczyznę -?izolowała go i męczyła,
aż wreszcie go zabijała, szybko albo powoli.
Nie mógł się powstrzymać przed zadawaniem sobie pytania, czy Ayt Mada,
która zamordowała wielu członków własnego klanu, kiedykolwiek czuła się
równie głęboko rozczarowana i zraniona jak on w tej chwili. Sam
bezskutecznie próbował ją zamordować, posługując się rodziną Venów z klanu Góra, nie powinien się więc dziwić, że ona również w podobny
sposób wykorzystywała niezadowolenie czy słabe punkty w jego klanie.
Shae miała rację, choć przyznawał to z wielką niechęcią. Zdrada Fuyina
nie była izolowanym przypadkiem, a jego śmierć nie rozwiąże prawdziwego
problemu. Po wielu nieudanych zamachach na życie Hila Góra rozpoczęła
długotrwałą kampanię mającą zniszczyć ekonomicznie klan Bez Szczytów.
Rozległo się ciche pukanie. Hilo wstał z kanapy, otworzył drzwi i znalazł za nimi piękną kobietę. Miała ciemniejszą skórę i więcej
krągłości niż ta, która usługiwała mu podczas poprzedniej wizyty, jakieś
dwa czy trzy miesiące temu. Przyniosła hebanową tacę z butelką hoji i ciasteczkami daktylowymi ułożonymi na delikatnym glinianym talerzyku.
-?Kaul-jen -?rzekła. Jej głos był pełen troski, ale pobrzmiewała w nim
nerwowa nuta, sugerująca, że pani Sugo i pozostałe dziewczyny ostrzegły
ją, czego ma się spodziewać. -?Czy mogę wejść?
Hilo przytrzymał jej drzwi.
Postawiła tacę na niskim stoliku przed kanapą, uklękła przed nim i starannie podwinęła rękaw, po czym otworzyła butelkę hoji i napełniła
dwa kieliszki. To był dobry, stary trunek o silnym, skomplikowanym
bukiecie.
Hilo wypił kieliszek.
-?Chodź do łóżka -?zażądał.
-?Kaul-jen -?odparła kobieta sugestywnym, uspokajającym tonem. -?Nigdzie
się nam nie śpieszy. Możesz tu zostać całą noc. Czemu nie odprężysz się
na moment i nie pozwolisz, bym dała ci więcej radości? Z pewnością
potrzebujesz chwili ulgi od trudnych zadań filaru. Wypijmy jeszcze jedną
kolejkę i będziesz mógł mi opowiedzieć, jak ci minął dzień.
Hilo wykrzywił usta w ironicznym grymasie.
-?Mam w domu żonę i dzieci. Nie potrzebuję rozmów. -?Wstał. -?Jeśli
będziesz współpracować, to nie potrwa długo.
Wlepiła w niego spojrzenie. Otworzyła usta, jakby chciała podjąć kolejną
próbę przekonania go, ale potem z oburzeniem postanowiła dać sobie z tym
spokój. Skończyła z udawaniem, wypiła haustem kieliszek hoji,
wyprostowała się, rozwiązała pasek jedwabnej szaty i pozwoliła, by
opadła na podłogę. Położyła się nago na kanapie z grymasem rezygnacji na
twarzy. Hilo pomyślał, że wygląda to atrakcyjniej niż jej wystudiowany
uśmiech, bo przynajmniej jest autentyczne. Miała gładką skórę i znamię
na brzuchu, obok pępka.
Rozebrał się. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, ujrzawszy plamy krwi na
rękawach oraz karambit, który odpiął i położył na stoliku obok tacki.
Potem otworzyła je jeszcze szerzej na widok błyszczących kawałków
jadeitu na jego obojczykach, piersi i wokół pępka.
-?Nie dotykaj ich, a nic ci się nie stanie -?uspokoił ją Hilo, widząc
strach w jej oczach. Podniósł jedną z darmowych prezerwatyw leżących na
stoliku.
-?Odwróć się i oprzyj na rękach i kolanach.
Kiedy skończył z nią i poszła do łazienki, ubrał się, zabrał marynarkę i nóż, a potem zjadł dwa ciasteczka z tacki. Zostawił na stoliku hojny
napiwek. Kurtyzany z Niebiańskiego Bzu zarabiały przede wszystkim na
stałych klientach, którzy często kupowali im prezenty i płacili
dodatkowo za wyłączny dostęp. Ponieważ nie spodziewał się, by miał
jeszcze kiedyś ją zobaczyć, uznał, że powinien dodatkowo zapłacić za jej
zmarnowany czas.
Na dole pani Sugo życzyła mu dobrej nocy, uśmiechając się kwaśno.
Rozumiał jej irytację. Niebiański Bez był przybytkiem wysokiej klasy.
Tutejsze kurtyzany potrafiły grać na różnych instrumentach, recytowały
poezję i towarzyszyły klientom na eleganckich galach, a on zachowywał
się jak w tanim burdelu. Przed budynkiem czekała na niego duchesse.
Odźwiernemu nie chciało się zaparkować samochodu gdzie indziej.
Poprzednie wizyty nauczyły go, że Hilo nie zostanie tu długo. Filar
okrążył swój cenny samochód, pochylił się i zajrzał do środka. Odkąd
Maik Kehn, jego szwagier i były róg, zginął w zamachu bombowym, Hilo z wielką ostrożnością podchodził do rodzinnych samochodów i ich kierowców,
wystrzegając się zagrożenia, którego nie Postrzeże dzięki jadeitowym
zmysłom.
-?Czy spuściłeś go z oczu chociaż na sekundę? -?zapytał.
Odźwierny przysiągł na swoje życie, że nie.
Usatysfakcjonowany tymi słowami Hilo wsiadł do pojazdu, obrócił kluczyk
w stacyjce i ruszył do domu.
***
Dotarł do rezydencji przed kolacją. Jego matka i Kyanla rozmawiały w kuchni. Czuł zapach smażonych jarzyn. Na kanapie siedział Niko. Wcześnie
nauczył się czytać i tylko na moment oderwał wzrok od komiksu, by
powiedzieć:
-?Cześć, wujku.
Natomiast Ru i Jaya wybiegli mu na spotkanie, przekrzykując się
nawzajem, by przyciągnąć jego uwagę i coś mu opowiedzieć. Hilo pocałował
syna w głowę, pozwolił córce wdrapać się na swoje plecy i zaniósł ją po
schodach na górę.
-?Tato, pokaż mi nowy jadeit! -?zażądał Ru, idąc tuż za ojcem.
Hilo odwrócił się na szczycie schodów i spojrzał z góry na chłopca.
-?Jaki nowy jadeit?
-?Ten, który zdobyłeś -?nie ustępował Ru. Stanął na palcach i objął Hila
w pasie. -?Wujek Tar mówił, że zabiłeś dzisiaj kogoś, kto kiedyś był w klanie, ale stał się zły. Gdzie jest twój nowy jadeit?
Hilo wydał z siebie cichy, pełen dezaprobaty pomruk. Jego szwagier z pewnością wrócił do domu wcześniej i zdążył już opowiedzieć dzieciom
uproszczoną wersję tego, co się dziś wydarzyło. Tar nigdy nie ukrywał
przed siostrzeńcami i siostrzenicą, jak naprawdę wygląda życie zielonych
kości. Uważał, że powinny zrozumieć, że Hilo jest nie tylko ich tatą,
lecz również przywódcą wielkiego i potężnego klanu. Dlatego często był
zajęty i nie było go w domu. Miał wrogów, którzy chcieli go zabić, i czasami musiał pierwszy odebrać im życie, by móc wrócić wieczorem do
rezydencji i utulić ich do snu.
Hilo nie twierdził, że się z nim nie zgadza, nie chciał jednak, by
chłopakowi wypełniano głowę opowieściami o zielonych kościach. Przez nie
będzie tylko gryzł się tym, czego mu brakuje, zamiast być dumny z tego,
kim jest. Ru był kamiennookim. Nigdy nie będzie nosił jadeitu ani nie
osiągnie żadnej znaczącej pozycji w klanie Bez Szczytów. Hila zasmucała
świadomość, że jego syn nigdy nie stanie się jadeitowym wojownikiem,
lecz jednocześnie cieszył się z tego, że przynajmniej jedno z jego
dzieci będzie miało prostsze, bezpieczniejsze życie.
-?Nie mam żadnego nowego jadeitu -?odpowiedział stanowczo. -?Wystarczy
mi ten, który już noszę. Powinniśmy zachować nowo zdobytą zieleń dla
przyszłości, bo los nie przestaje się do nas uśmiechać. Przestań słuchać
wszystkiego, co opowiada ci wujek Tar. -?Hilo postawił Jayę na podłodze
i czule pogłaskał dzieci po główkach. -?Wracajcie na dół i przygotujcie
się do kolacji.
Kiedy zbiegły na parter, wyprostował się i otworzył drzwi sypialni. Wen
odpoczywała w łóżku, wspierając się na poduszkach ułożonych pod
wezgłowiem. Wyglądała na zmęczoną, jak zawsze po sesjach
fizjoterapeutycznych. Musiała na nowo uczyć się podstawowych rzeczy -
jak chodzić po prostej linii, przekładać kubek z jednej ręki do drugiej,
stać bez potrzeby opierania się o coś. Wszystko to wymagało wielkiego
wysiłku i czuła się potem zmęczona fizycznie oraz emocjonalnie.
Zatrzymał się w drzwiach na kilka sekund, a potem przysiadł na skraju
łóżka i położył dłoń na wyprostowanej nodze żony.
-?Jak dzisiaj poszło?
-?Nie najgorzej -?odpowiedziała Wen. -?Mogę d... dotknąć palców u nóg i...
wyprostować się i się nie przewrócić. -?Uśmiechnęła się słabo. -?To
prawdziwy s... sukces.
Hilo każdego dnia czuł, że serce mu pęka, gdy widział Wen tak słabą i bezradną, mówiącą z tak wielkim trudem. Czasami musiał opuszczać pokój,
bo nie mógł patrzeć, jak płacze z frustracji wywołanej tym, że nie
potrafi nawet dokończyć zdania, które było w pełni uformowane w jej
umyśle, ale nie chciało wyjść z jej ust w takiej formie, o jaką jej
chodziło. Niemniej było teraz znacznie lepiej niż w zeszłym roku, gdy w ogóle nie była w stanie poruszać jedną połową ciała i ledwie mogła
powiedzieć coś zrozumiałego. Wtedy nie miał nawet pewności, czy jej
umysł i osobowość przetrwały nienaruszone. Musiał ze wstydem przyznać,
że kilkakrotnie popadł w rozpacz tak głęboką, że zadawał sobie pytanie,
czy nie byłoby mniej okrutne dla nich obojga, gdyby Andenowi nie udało
się przywrócić jej do życia.
Wen zawsze była pełna wdzięku i elokwentna, pewna siebie na swój łagodny
sposób, spostrzegawcza i zdeterminowana. Kochał ją wtedy bardziej niż
cokolwiek innego na świecie, a teraz sam już nie był pewien, co czuje.
Chwilami, gdy patrzył na żonę, wypełniało go gorączkowe,
wszechogarniające pragnienie, by wziąć ją w objęcia, kochać się z nią i za wszelką cenę bronić jej przed wszystkimi możliwymi
niebezpieczeństwami. Częściej jednak czuł tępy, bolesny gniew, zimne
niedowierzanie i nieprzejednaną furię. Nie posłuchała jego rozkazów,
ukrywała przed nim znaczną część swoich poczynań, naraziła się na
niebezpieczeństwo i niemal uczyniła go wdowcem, a ich dzieci sierotami.
Zrobił, co tylko mógł, by zapewnić jej bezpieczeństwo, dać wszystko,
czego mogła zapragnąć, i być dla niej dobrym, a ona naraziła ich na tyle
bólu.
-?Czy Shae... przyjdzie dzisiaj? -?zapytała Wen.
-?Nie.
-?Powinieneś za... za... za... -?Widział, jak walczy z tym słowem, próbując
wypchnąć je z gardła, jakby zadławiła się kawałkiem jedzenia. -
Powiedzieć jej... żeby przychodziła częściej.
Wstał, nie odpowiadając na jej słowa. Wyciągnęła do niego rękę, ale
odsunął się od niej. Widział ból w jej oczach. Z pewnością już
przyzwyczaiła się do tego... niezdecydowania w jego uczuciach. Chwilami
nienawidził samego siebie z tego powodu. Ale inna część jego jaźni
pragnęła ją ukarać, zranić równie mocno, jak ona zraniła jego.
-?Kolacja gotowa -?oznajmił, oglądając się przez ramię. -?Jeśli nie chce
ci się schodzić na dół, poproszę Kyanlę, żeby przyniosła ci talerz do
pokoju.
Rozdział 3. Nieczytelne chmury
ROZDZIAŁ 3
Nieczytelne chmury
Gdy jej brat wyszedł z pokoju, Shae usiadła ciężko na jednym z krzeseł
stojących najdalej od ciała Fuyin Kana i wsparła czoło na dłoniach. Nie
było jej winą, że na koniec obiadu wyciągnięto noże i przelano krew.
Powtarzała to sobie raz po raz, ale te płytkie słowa pocieszenia w niczym jej nie pomagały.
Była prognostyczką. Jej zadaniem było wyprzedzać wszystkich o krok.
Prognostyk czyta w chmurach, jak mówiło stare powiedzenie. Dzisiaj
instynkt Hila okazał się trafniejszy niż jej przemyślany osąd. Odczuła
go bardzo boleśnie. Było też prawdą, że umowy handlowe z Espenią, które
zawarła, przyniosły korzyści klanowi Bez Szczytów, lecz jednocześnie
naraziły kekońskie firmy na dodatkową zagraniczną konkurencję.
Przyczyniła się do kłopotów Fuyina i nie mogła mieć do niego pretensji o nienawiść, jaką czuł. Jej obowiązkiem było podtrzymywanie lojalności
latarników klanu, żeby jej brat nie musiał ich zabijać.
Woon przykucnął przy krześle Shae i położył dłoń na jej kolanie. Dzięki
bogom nie został ranny podczas walki. Jej szef sztabu rzadko robił
cokolwiek bez zastanowienia, ale w chwili gdy Fuyin wyciągnął pistolet,
odruchowo spróbował ją osłaniać, mimo że nosiła więcej jadeitu niż on.
Nie była pewna, czy powinna mu za to dziękować, czy raczej go skarcić.
-?Shae-jen, postąpiłaś właściwie, próbując zawrzeć kompromis -?rzekł
cicho cień prognostyczki. -?To Fuyin doprowadził do wybuchu przemocy,
zapewne w zamian za sporą zapłatę.
-?To była pułapka typowa dla Ayt Mady -?zgodziła się z przygnębieniem w głosie. -?Gdyby klan Bez Szczytów ustąpił przed żądaniami latarników,
czekałaby nas finansowa ruina. A gdybyśmy pozwolili im bez przeszkód
opuszczać klan, nasz upadek nastąpiłby jeszcze szybciej. -?Uniosła
głowę. Po śmierci Fuyina i ujawnieniu jego zdrady otworzyły się przed
nimi inne opcje. -?Nadal możemy skorzystać na tej awanturze, jeśli
będziemy działać szybko i dopilnujemy, by majątek Fuyina pozostał
własnością klanu.
Jej szef sztabu skinął głową.
-?Na szczęście filar nie zgodził się na pojedynek -?stwierdził.
Zwycięzca pojedynku czystej klingi mógł sobie wziąć jadeit pokonanego,
ale nie miał prawa tknąć jego rodziny ani majątku. -?Możemy opłacić
spadkobierców Fuyina i sprzedać fragmenty jego firmy za obniżoną cenę
innym naszym latarnikom zajmującym się handlem detalicznym. To z pewnością ich udobrucha. W tym tygodniu skontaktuję się z najważniejszymi z nich i porozmawiam z nimi osobiście.
To upewni ich, że propozycja jest autentyczna i pochodzi prosto z Biura
Prognostyka. Zdrajca nie żyje, a wszystko, co stworzyli on i jego
rodzina, przypadnie tym, którzy dochowali wierności.
-?Dziękuję, Papi-jen. -?Shae położyła dłoń na jego dłoni. -?Nie wiem, co
bym bez ciebie zrobiła.
Mięśnie jej ramion rozluźniły się nieco, choć nadal czuła ucisk w klatce
piersiowej, wywołany ostrymi słowami Hila. Ataki ze strony brata nie
były dla niej nowością, ale kiedy poprzednio było między nimi aż tak
źle, mogła uciec na dwa lata za granicę. Teraz musiała współpracować z Hilem w kierowaniu klanem, a jednocześnie tolerować to, że jej unika i ciągle ma o coś do niej pretensję. Nie mogła nawet twierdzić, że na to
nie zasłużyła. Ukrywała tajemnice przed filarem, sprzeciwiła się jego
woli, rozkazała Andenowi i Wen zrealizować plan zamachu, co omal nie
doprowadziło do ich śmierci.
Hilo miał rację również w innej sprawie. Nie miała pojęcia, dlaczego Ayt
wygrywa, i nie wiedziała, jak ją powstrzymać.
Personel restauracji zamknął dostęp do ich sali. Tar i Iyn wynieśli
ciało Fuyina drzwiami na zaplecze, żeby nie niepokoić pozostałych gości,
a pan Une zjawił się tu w towarzystwie Juena, by poddać oględzinom
uszkodzenia ścian i opraw oświetleniowych. Klan będzie musiał mu je
zrekompensować. Kelnerzy pośpiesznie zabrali splamiony krwią obrus i sprzątnęli porozrzucane jedzenie.
-?Powinniśmy wracać do biura. -?Shae wstała z wysiłkiem. -?Hami pewnie
już na nas czeka.
***
Hami Tumashon bardzo się zmienił od czasu ich ostatniego spotkania. Po
trzech i pół roku pobytu za granicą przybrał na wadze, przyswoił też
sobie pewne espeńskie zwyczaje. Zjawił się w Biurze Prognostyka w koszulce sportowej pod marynarką i popijał kawę z gałką muszkatołową z przesadnie wielkiego kubka termicznego. Shae zauważyła też natychmiast,
że nie włożył z powrotem jadeitu. Pod nieobecność swej silnej aury
przypominał wersję samego siebie ze świata równoległego.
Przed laty Shae również zdjęła jadeit, potem znowu go włożyła, a następnie straciła znaczną jego część w gwałtownym starciu. Zadała sobie
pytanie, czy przy każdym z tych traumatycznych zwrotów w jej życiu
rzeczywiście nie doszło do rozszczepienia rzeczywistości. Być może w jakimś alternatywnym świecie inna Shae podążyła odmienną drogą, a kobieta, którą była ona, wydawałaby się mieszkańcom owego świata
niepokojąco obcym zamiennikiem.
Kiedy oboje z Woonem byli w Podwójnym Szczęściu, do głównej sali
konferencyjnej biura dostarczono obiad, by wszyscy pracownicy mogli
uczcić triumfalny powrót Hamiego do Janloonu. Były pierwszy
szczęściodawca rozbudował filię klanu w Port Massy. Zatrudniał teraz
dwudziestu pracowników i niedawno przeniósł jej siedzibę do większego
biura w śródmieściu. Zyski z interesów prowadzonych w Espenii wzrosły do
imponujących ośmiu procent dochodów klanu, pomijając nawet wzrost
miejscowych biznesów, które skorzystały na ułatwieniach
importowo-eksportowych wprowadzonych przez klan. Było gorzką ironią, że
zlikwidowali dzisiaj człowieka, który ucierpiał z powodu jedynego
uśmiechu losu, jaki spotkał ostatnio klan Bez Szczytów.
-?Terun Bin pracuje jak wół, a umysł ma bystry niczym górski potok.
Poradzi sobie w Espenii -?oznajmił Hami i usiadł obok Shae w części
wypoczynkowej jej gabinetu.
Terun Bin miał być następcą Hamiego. Choć miał dopiero dwadzieścia osiem
lat, już zdołał osiągnąć pozycję szanowanego szczęściodawcy wysokiej
rangi. Niestety miał bardzo niewiele talentu do jadeitu, być może
dlatego, że był w jednej czwartej Abukei, choć na to nie wyglądał i tylko niewiele osób o tym wiedziało. Nie uczył się w akademii sztuk
walki, lecz w akademickim liceum, a jedyny jadeit, jaki nosił, zdobył
dzięki prywatnemu szkoleniu. Za radą Woona Shae awansowała Teruna i wysłała go do Port Massy, gdzie fakt, że nie posiadał zieleni, nie
będzie szkodził jego reputacji. Hami poświęcił ostatnie dwa miesiące na
przygotowywanie go do przejęcia po nim kierownictwa.
-?Osiągnąłeś nawet więcej, niż się spodziewałam -?oznajmiła. -?Terunowi
trudno będzie wejść w twoje buty.
Skinęła na sekretarkę, nakazując jej przynieść herbatę. Nerwy nadal
miała zszargane i cieszyła się, że bez jadeitu Hami nie zdoła Postrzec
rozdygotania jej aury. Woon zapewne je wyczuwał, ale z pewnością nic nie
zdradzi.
Jedynym, co się w Hamim nie zmieniło, była jego szczerość.
-?Problem, przed jakim stoimy w Espenii, polega na tym, że jadeit nadal
jest w tym kraju nielegalny. Terun tego nie zmieni, mimo że jest
inteligentny i pracowity. A dopóki ta sytuacja się utrzymuje, wszystko,
co zdołaliśmy tam zbudować, jest zagrożone. Gdybyśmy mieli to stracić,
na dłuższą metę mogłoby to doprowadzić do zniszczenia całego klanu.
Woon siedział między nimi na fotelu po prawej stronie Shae.
-?Staramy się, by naszych interesów w Espenii nie można było połączyć ze
związaną z jadeitem działalnością części klanu należącej do rogu -
oznajmił. -?Postaraliśmy się, by nie było żadnych prawnych związków.
-?Tak, ale to wymaga sporego wysiłku i dodatkowych wydatków -?zauważył
Hami. -?W ciągu tych lat nie raz próbowałem ściągnąć do Port Massy
szczęściodawców z Janloonu, ale niektórzy odrzucili tę szansę, bo oni
albo członkowie ich rodzin byli zielonymi kośćmi i nie chcieli zdjąć
jadeitu, żeby przenieść się do Espenii. Problem nie ogranicza się przy
tym do Biura Prognostyka. Wiele płacących nam daninę kekońskich firm
chciałoby poszerzyć swoją działalność, ale ich pracownikom trudno jest
latać do Espenii, ponieważ każda zielona kość musi starać się o wizę i rejestrować swój jadeit za każdym razem, gdy przybywa do tego kraju bądź
go opuszcza, a nawet po tym wszystkim mogą tam spędzić tylko dwadzieścia
dni rocznie.
Shae westchnęła. Wiedziała, że to trudny problem.
-?Wciąż wynajmujemy nowych prawników, żeby znaleźli coś, co pozwoli nam
zmienić tę sytuację.
-?Ilu sponsorowanych przez klan studentów, których wysłaliśmy do
Espenii, jest zielonymi kośćmi? Podejrzewam, że niezbyt wielu. Jaka
rodzina chciałaby powierzyć na osiem lat syna albo córkę Akademii Kaul
Dushurona, żeby opanowali jadeitowe dyscypliny, a potem wysłać ich do
kraju, gdzie noszenie jadeitu jest przestępstwem? A przecież to zielone
kości szczególnie chcielibyśmy sponsorować. To one są najbardziej
lojalne wobec klanu. To one wrócą tu i wykorzystają zdobyte za granicą
wykształcenie dla dobra klanu Bez Szczytów. -?Wypuścił głośno powietrze.
-?Bezsensowne i oparte na ignorancji espeńskie prawo znacznie zwiększa
dla nas koszty prowadzenia interesów w tym kraju.
Shae oplotła dłońmi filiżankę ciepłej herbaty, którą sekretarka
postawiła na stoliku przed nią. Czuła się zniechęcona słowami Hamiego,
choć nic z tego, co mówił, nie było dla niej zaskoczeniem. Ale były
pierwszy szczęściodawca jeszcze nie skończył.
-?A może się zrobić jeszcze gorzej, Kaul-jen -?oznajmił, siorbiąc kawę.
-?Krążą pogłoski, że prawo może się znowu zmienić i wprowadzi się surowe
kary dla espeńskich firm prowadzących interesy z podmiotami, które rząd
ich kraju uzna za "organizacje przestępcze". Ponieważ posiadanie jadeitu
przez cywilów jest w Espenii nielegalne, mogą ogłosić, że klan Bez
Szczytów jest taką organizacją. W ten sposób mogą nie tylko uniemożliwić
innym firmom handlowanie z nami, lecz w najgorszym scenariuszu nawet
całkowicie zakazać nam działalności w Espenii.
Woon odchylił z niedowierzaniem głowę do tyłu.
-?Rząd Espenii kupuje od Kekonu jadeit do celów militarnych. Jeśli
ogłoszą nas przestępcami z powodu czegoś, co jest elementem naszej
kultury od tysiącleci, będą musieli uznać własny rząd za nielegalny!
Hami rozpostarł ręce.
-?To Espeńczycy -?wyjaśnił. -?Robią, co tylko zechcą. Czemu hipokryzja
miałaby im przeszkadzać? Używają pieniędzy i sprytnie sformułowanych
praw w taki sam sposób, jak my jadeitowych dyscyplin. To dla nich rodzaj
sztuki walki. Kiedy byłem w Espenii, słyszałem opowieść o właścicielu
ziemskim sprzed kilku stuleci, który zabronił czerpania wody z jakiejś
rzeki, by móc powiesić całą starszyznę pewnego miasteczka. Być może to
tylko legenda, ale jestem skłonny w to uwierzyć.
Rozległo się pukanie do drzwi. Sekretarka Woona uchyliła je i wsunęła
głowę do środka.
-?Wybaczcie, że przerywam, ale dzwoni twoja żona, Woon-jen. Powiedziałam
jej, że jesteś na zebraniu z prognostyczką, ale uparła się, że muszę cię
znaleźć.
Woon skrzywił się z zażenowania i nietypowej dla niego irytacji.
-?Powiedz jej, że zadzwonię później, chyba że to coś bardzo pilnego.
Sekretarka wycofała się, wyraźnie niezadowolona, i zamknęła drzwi.
-?Przepraszam -?rzekł do Shae i Hamiego.
-?Nie ma za co. -?Shae zerknęła z troską na swego zastępcę.
Chwilowa nerwowość zniknęła już z jego twarzy i mogłoby się wydawać, że
wszystko jest w porządku, ale bardzo dobrze znała jego jadeitową aurę i Postrzegała cichy szum niepokoju, który nagle pojawił się w tle.
-?I tak zaraz kończymy -?oznajmiła i zwróciła się w stronę Hamiego. -
Słusznie postąpiłeś, poruszając ten temat. Zgadzam się, że to
długoterminowy problem i musimy stawić mu czoło, jest jednak zbyt
skomplikowany, byśmy mogli poradzić sobie z nim w tej chwili. Czy
uważasz, że masz wszystko, czego potrzebujesz, by urządzić się z powrotem w Janloonie i objąć nową pozycję, Hami-jen? -?Z przyzwyczajenia
zwróciła się do niego honorowym tytułem przysługującym zielonym kościom,
mimo że nie nosił jadeitu. -?Decyzja, czy znowu włożysz jadeit, należy
oczywiście do ciebie -?poprawiła się pośpiesznie, uświadamiając sobie
swój błąd.
Lepiej niż ktokolwiek inny zdawała sobie sprawę, że to decyzja o osobistym charakterze, która może się okazać trudniejsza, niżby się
zdawało.
Hami wydął wargi.
-?Myślę, że to zrobię, ale nie natychmiast. Potrzebuję trochę czasu na
załatwienie spraw rodzinnych i ponowne wdrożenie się w rutynę pracy, nim
będę gotowy znowu nosić jadeit. -?Rodzina Hamiego przeniosła się do
nowego domu, a jego najstarszy syn miał wkrótce rozpocząć naukę w Akademii Kaul Dushurona. -?Zapewne też nadal będę regularnie latał do
Port Massy, żeby zapobiec prawnym trudnościom, o których rozmawialiśmy,
więc z praktycznego punktu widzenia im mniej zielony będę, tym lepiej.
Od dziś Hami miał zostać klanowym zaklinaczem deszczu. To było nowe,
niezbędne stanowisko stworzone przez Shae. Jej dawni koledzy ze Szkoły
Biznesu Belforte'a mogliby użyć nazwy dyrektor do spraw inwestycji
zagranicznych. Hami i kilku jego podwładnych będą odpowiedzialni za
komunikację i koordynację działań między Biurem Prognostyka w Janloonie
a filią klanu w Port Massy. Zajmą się też poszukiwaniem nowych szans
biznesowych za granicą, co w tej chwili wydawało się ważniejsze niż
kiedykolwiek dotąd.
-?Miałaś rację, Kaul-jen -?przyznał Hami. -?Daleko od domu człowiek uczy
się obywać bez jadeitu i po powrocie czuje się dziwnie. Pod pewnymi
względami łatwiej jest nie być zielonym. Gdy włożę jadeit, będę musiał
znowu stać się osobą pewnego rodzaju. -?Żachnął się i wskazał pełnym
ironii gestem na uwydatniający się brzuch. -?Będę potrzebował wielu
miesięcy, by wrócić do dawnej formy. I odzyskać jadeitowe umiejętności
po tak długim czasie.
-?Tak czy inaczej, jesteś dla klanu bezcenny, Hami-jen -?odparła Shae,
tym razem celowo używając honorowego tytułu. -?Cieszę się z twojego
powrotu.
-?Potrzebujesz ode mnie czegoś jeszcze, Shae-jen? -?zapytał Woon po
wyjściu Hamiego. -?Jeśli nie, zajmę się sprawą majątku Fuyina, o której
rozmawialiśmy.
-?Nie zapomnij najpierw zadzwonić do żony -?powiedziała mu Shae, kiedy
wstał, ale ten żartobliwy komentarz nie wywołał nawet lekkiego
uśmieszku. -?Papi-jen... czy wszystko w porządku? -?zapytała. -?W ostatnim
tygodniu nie byłeś sobą.
Nie zamierzała poruszać tego tematu, ale jej cień sprawiał wrażenie
zmęczonego, a na jego zwykle starannie wygolonej żuchwie pojawił się
lekki zarost.
Woon skrzywił się i z zawstydzeniem potarł policzek. Jego aurę wypełnił
impuls przygnębienia.
-?Wybacz, Shae-jen. Zdaję sobie sprawę, że ostatnio nieco zaniedbywałem
obowiązki. Postaram się wykonywać je lepiej.
-?Nie chciałam cię krytykować -?zapewniła Shae. -?Nie zauważyła, by Woon
ostatnio spisywał się gorzej, a współpracowała z nim na co dzień już od
ponad sześciu lat. -?Pytałam jako przyjaciółka. Jeśli nie chcesz o tym
rozmawiać, to nie ma sprawy.
Nagle zaniepokoiła się, że nie sformułowała tego dobrze -?jakby jego
problemy jej nie obchodziły albo obchodziły ją w niewystarczającym
stopniu. Zabrzmiało to, jakby się broniła albo próbowała go przeprosić.
Woon się zawahał.
-?Kiya znowu poroniła -?powiedział cicho. Odwrócił wzrok, jakby wstydził
się przyznać do tak osobistego nieszczęścia. -?Zniosła to bardzo ciężko.
I ja też.
Shae nie wiedziała, co na to odpowiedzieć.
-?Przepraszam. Mogę ci jakoś pomóc? Potrzebujesz urlopu?
Szef jej sztabu pokręcił głową.
-?Przeszliśmy przez to już wcześniej i wiem, że nic, co powiem albo
zrobię, nie poprawi jej samopoczucia. W pracy mogę być użyteczny dla
ciebie i dla klanu. Ale Kiya dzwoni do mnie kilka razy dziennie. Czasami
się na mnie gniewa. Nie rozumie, że...
Przerwał nagle.
Shae mocno ścisnęła pustą filiżankę i odstawiła ją pośpiesznie, by nie
pękła w jej dłoniach. Woon zapracowywał się dla niej nieustannie.
Polegała na nim bardziej niż na kimkolwiek innym. Nie chodziło tylko o to, że pomagał przekonać do jej pomysłów biznesową stronę klanu. Był też
dla niej doradcą, a przy tym nieustannie rzucał jej wyzwania. Wiedziała
też jednak, że jego żonie z pewnością nie jest łatwo. Rzadko spędzał z nią czas i nie poświęcał jej tyle uwagi, na ile zasługiwała, a w dodatku
nieustannie był blisko innej kobiety -?nawet jeśli była ona
prognostyczką klanu.
Shae pragnęła powiedzieć coś szczerego, co dodałoby mu odwagi, ale
pytanie o Kiyę byłoby krępujące. Podejrzewała, że żona Woona jej nie
lubi. Wyciągnęła rękę i uścisnęła ramię przyjaciela. Miała nadzieję, że
potraktuje to jako gest zrozumienia.
Mięśnie jego ramienia naprężyły się pod jej dotykiem. Osunął się z powrotem na fotel, z którego przed chwilą wstał, wsparł łokcie na
kolanach i przez chwilę wpatrywał się w podłogę, nim wreszcie spojrzał
jej w oczy. Kiedy się martwił albo głęboko zamyślał, po prawej stronie
jego czoła pojawiał się niewielki dołeczek. Shae często kusiło, by
dotknąć go i wygładzić kciukiem.
-?Shae-jen... ta praca... nie sprzyja życiu rodzinnemu... Prognostyk zawsze
myśli o klanie, a jego cień musi przede wszystkim mu służyć. -?Przez
jego silną jadeitową aurę przebiegły lekkie zmarszczki przygnębienia. -
Nie chciałem mówić ci o tym w taki sposób, ale jeśli będę zwlekał, to
wcale nie stanie się łatwiejsze. Myślę, że pora już, bym pomyślał o przeniesieniu się na inne stanowisko.
Zmusiła się do skinienia głową.
-?Oczywiście, potrafię to zrozumieć. -?Jej słowa nie zabrzmiały
przekonująco. Nie potrafiła udawać, że cieszy się z tej perspektywy. -
Wybacz, że nie uświadomiłam sobie, iż potrzebujesz zmiany. Prosiłeś o nią kilka lat temu, ale w rezultacie zostałeś tutaj dłużej, niż miałam
prawo tego oczekiwać.
Jego twarz się zaczerwieniła.
-?Sytuacja była wtedy... inna. I nie chodzi o to, że chcę odejść.
Zastanawiałem się nad tym, co będzie lepsze dla mojego małżeństwa.
Gdybym myślał tylko o sobie, nigdy nie przyszłoby mi to do głowy.
Uśmiechnęła się, choć kosztowało ją to sporo wysiłku.
-?Zastanowimy się nad tym, jakie zajęcie byłoby dla ciebie najbardziej
odpowiednie. Cokolwiek zdecydujesz, udzielę ci poparcia. Mam tylko
nadzieję, że okażesz jeszcze trochę cierpliwości, nim znajdziemy kogoś,
kto będzie mógł cię zastąpić na stanowisku cienia prognostyczki.
-?Z pewnością nie odejdę wcześniej. -?Woon odprężył się wyraźnie po
szybkiej zgodzie Shae, choć w jego oczach nadal można było dostrzec
zakłopotanie. -?Dziękuję, że okazałaś mi zrozumienie, Shae-jen.
Wstał i zatrzymał się na chwilę, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze.
Wreszcie uśmiechnął się blado i opuścił jej gabinet. Słuchała dźwięków
dobiegających z sąsiednich sal oraz boksów i zadawała sobie pytanie, jak
to możliwe, że choć otaczają ją setki ludzi, czuje się samotna.
Rozdział 4. Filarowy za granicą
ROZDZIAŁ 4
Filarowy za granicą
Maik Tar lubił mieć jakieś zajęcie, nawet jeśli oznaczało to, że musi
wyruszyć na drugi koniec świata i znaleźć się na łódce w Zatoce
Whittinga w samym środku espeńskiej zimy. Konkretne zadania -?zdobycie
fałszywego paszportu, załatwienie formalności, porozmawianie z odpowiednimi ludźmi, planowanie, załatwienie łódki i sprzętu -
powstrzymywały go przed nadużywaniem alkoholu i uleganiem koszmarnym
nastrojom. Wreszcie, gdy wszystko było już gotowe, nadchodziły
oczekiwanie, adrenalina i intensywny impuls gwałtownej satysfakcji.
Hilo-jen ufał mu bardziej niż komukolwiek innemu. Zadanie, które mu
zlecił, było trudne i wymagało brutalności, a nikt inny nie mógłby być
tak wytrwały, skuteczny i dyskretny jak on. Ta świadomość była dla Tara
pocieszeniem nawet w najtrudniejszych momentach.
Powiedziano mu, że w ruchliwych letnich miesiącach łodzie wycieczkowe i prywatne stateczki wypełniają cały port i ciągle pływają w górę i w dół
Camres, ale późnym wieczorem i po sezonie nie powinni spotkać na rzece
żadnych innych jednostek. Przytupywał i dmuchał w złożone dłonie,
przeklinając absurdalne zimno. Niewyraźny zarys nabrzeża znikał już za
nimi.
-?Jesteśmy wystarczająco daleko! -?zawołał do siedzącego w kabinie
Sammy'ego, gdy brzeg niemal zniknął mu z oczu. -?Wyłącz silnik.
Łódź kołysała się lekko w ciemności. Tar zszedł pod pokład, pochylając
głowę i trzymając się poręczy. Pod sufitem kabiny paliły się dwie
pomarańczowe żarówki, a podłogę pokrywały płachty z materiału i czarnego
plastiku. Pośrodku siedział mężczyzna przywiązany do czarnego
aluminiowego leżaka. Gdy Tar po raz pierwszy zobaczył Willuma
"Chudziaka" Reamsa, był on ubrany w ciemnoszary garnitur, na głowie miał
filcowy kapelusz i siedział u boku szefa Kromnera w Rezydencji Thoricka.
Teraz był nagi do pasa, delikatne ciemne włoski na piersi sterczały mu
od gęsiej skórki, twarz miał posiniaczoną po brutalnym transporcie i kneblu, który teraz zdjęto. Ściągnięto mu też buty i skarpetki, a palce
bosych stóp podkuliły się z zimna.
-?Jak leci? -?zapytał Tar.
Kuno klęczał przy wielkiej metalowej wannie, mieszając beton małą
łopatą. Przykucnął i otarł czoło urękawicznioną dłonią.
-?Przy takim zimnie będzie dłużej schło -?poskarżył się.
-?W szafce jest grzejnik. Możemy go włączyć.
Tar wyjął urządzenie i podłączył do prądu. Wszystko poszłoby szybciej,
gdyby miał więcej ludzi do pomocy, ale zabrał ze sobą tylko Sammy'ego i Kuna. Im mniej świadków, tym lepiej. Nie znał tych keko-espeńskich
zielonych kości i nie ufał im tak jak własnym ludziom. Wolałby, żeby
byli z nim Doun albo Tyin, ale wystarczająco wiele kłopotów przysporzyło
im stworzenie jednej fałszywej tożsamości. Co więcej, Kaul Hilo pragnął
zminimalizować ryzyko i zachować dobre stosunki z Dauk Losunyinem,
miejscowym filarem. Dlatego nie chciał wywoływać wrażenia, że klan Bez
Szczytów próbuje rozciągnąć swą władzę na Port Massy.
Reams rozejrzał się po pomieszczeniu z zimnym gniewem i całkowitym
brakiem zaskoczenia.
-?Skurwysyńskie keczki.
Tar stanął przed paczkowcem i spojrzał na niego z góry.
-?Wiesz, dlaczego się tu znalazłeś? -?zapytał po espeńsku.
Nie władał tym językiem zbyt dobrze, ale to nie była jego pierwsza
wizyta w tym kraju. Był tu z filarem, ponad trzy lata temu, a potem
wracał jeszcze kilka razy, by szkolić miejscowe zielone kości albo
załatwiać interesy dla klanu Bez Szczytów, i opanował espeński w wystarczającym stopniu, by sobie poradzić. Nie musiał mówić zbyt wiele.
Chudziak Reams otworzył dłonie, przywiązane w nadgarstkach do poręczy
leżaka.
-?Sam utopiłem sporo ludzi w rzece -?przyznał ponurym tonem. -?Bóg wie,
że nie brakuje takich, którzy twierdzili, że też zasługuję na taki los.
-?Popatrzył na Tara z niesmakiem. -?Ale nie spodziewałem się, że to będą
keczki. Jesteście źli z powodu Rohn Tora, ale nie zdołalibyście zrobić
tego sami.
-?Rohn Toro jest jednym z powodów, to prawda -?zgodził się Tar.
Sammy i Kuno byli przyjaciółmi i protegowanymi Rohna w środowisku
keko-espeńskich zielonych kości i od lat byli świadkami brutalnego
nękania Kekończyków z Południowej Pułapki przez paczki. To oni pierwsi
zjawili się na miejscu, gdy zamordowano Rohna. Dlatego byli teraz tutaj,
by wymierzyć sprawiedliwość za zgodą Dauk Losuna. Reams miał jednak
rację. Jako nowy szef paczki z Południowego Brzegu był zbyt ostrożny i za dobrze strzeżony, by ktokolwiek, nawet zielone kości, mógł go porwać
bez pomocy z wewnątrz.
-?Wszystkie spenki są takie same -?skwitował Tar. -?Nikt nie może im
ufać, nawet swoi.
Kuno przerwał mieszanie betonu, odwrócił się i wskazał więźnia końcem
łopaty.
-?Inni szefowie nie będą się smucić, kiedy znikniesz, Chudziak -?rzekł w płynnym espeńskim. -?Mały Jo Gasson i Slatterowie domyślają się, że to
ty pomogłeś wsadzić Kromnera do pudła, a po tym, jak sprowadziłeś na
wszystkich policję z powodu zamordowania Rohna i próby zabójstwa dwóch
kekońskich obywateli, pozbędą się ciebie z wielką radością i zawrą pokój
z nami.
-?Krótkowzroczne pojeby. Zwrócili się przeciwko paczkowemu bratu, kiedy
to bezbożnych keczków i ich trujące kamienie powinno się zetrzeć z powierzchni ziemi. -?Splunął na podłogę. Palce jego nóg zrobiły się
białe z zimna. -?No to bierzcie się do roboty.
Tar potrząsnął głową.
-?Zabiłeś Rohn Tora. Narobiłeś sobie wrogów wśród pobratymców. Ale na
tym nie koniec. Nie dlatego tu jestem. -?Zdjął płaszcz i odłożył go na
bok. Robiło się coraz cieplej. Podwinął rękawy i wyjął karambit z pochwy
wiszącej u pasa. -?Omal nie zamordowałeś mojej siostry. Teraz ma
trudności z chodzeniem i mówieniem. Nie masz pojęcia, kim jest, ani kim
ja jestem, prawda? Nieważne. Wystarczy, że wiesz, że dla klanu Bez
Szczytów to sprawa osobista.
Chudziak Reams był paczkowcem przez całe dorosłe życie i wszyscy w półświatku Port Massy uważali go wyjątkowego twardziela. Tar jednak
Postrzegł jego zwierzęcy strach, gdy Reams przesunął spojrzenie z zakrzywionego noża na naznaczoną szaleństwem twarz zielonej kości.
-?Kuno, idź na pokład, do Sammy'ego -?rozkazał Tar, przechodząc na
kekoński. -?Wezwę was, kiedy będę was potrzebował.
Młodszy mężczyzna się zawahał.
-?Maik-jen -?odezwał się niepewnie, oblizując suche wargi. -?Dauk Losun
powiedział, że powinniśmy być szybcy i ostrożni. Rohn-jen zawsze...
Tar odwrócił gwałtownie głowę. Szalony blask w jego rozszerzonych
źrenicach i nóż, który trzymał w dłoni, powstrzymały Kuna przed dalszymi
sprzeciwami. Keko-Espeńczyk odłożył łopatę, zdjął robocze rękawice i nakrył metalową wannę wilgotną płachtą, żeby beton nie zaschnął. Potem
szybko wyszedł na pokład, tylko raz rzucając za siebie zalęknione
spojrzenie.
Tar zwrócił się ku przywiązanemu do leżaka mężczyźnie, który nie był już
dla niego Willumem Reamsem. Nie był nikim, tylko kolejnym wrogiem klanu,
jedną z wężowych głów wielogłowej bestii. Klan miał bardzo wielu wrogów
i w umyśle Tara wszyscy oni byli jednym. Łączyła ich jedna straszliwa
cecha i w pewnym sensie wszyscy byli tacy sami. Nie powinni być w stanie
ranić i zabijać potężnych zielonych kości. Ludzi, którzy byli lepsi od
nich, takich jak Maik Kehn. Ale czasami ich zabijali. To oni byli
odpowiedzialni za pustkę, która podążała wszędzie za Tarem, odkąd sobie
uświadomił, że już nigdy nie zobaczy brata ani z nim nie porozmawia.
Kiedy mężczyzna na leżaku zaczął wrzeszczeć, Tar miał wrażenie, że
słyszy własne krzyki wyrażające jego własne uczucia.
Rozdział 5. Trzymanie fasonu
ROZDZIAŁ 5
Trzymanie fasonu
Szósty rok, czwarty miesiąc
Podczas Tygodnia Noworocznego harmonogram zajęć rodziny Kaulów
wypełniały liczne świąteczne zobowiązania. Pierwsze miejsce na ich
liście zajmował bankiet dla najważniejszych członków klanu Bez Szczytów.
Zjawi się całe jego przywództwo, razem z najważniejszymi pięściami i szczęściodawcami, prominentnymi latarnikami, a także powiązanymi z klanem przedstawicielami rządu i osobami publicznymi. Wen już od kilku
tygodni była zajęta tworzeniem listy gości oraz załatwianiem jedzenia,
muzyki, dekoracji i ochrony. Hilo musiał zlecić część zadań pracownikom
personelu domowego, a także wynająć kilka dodatkowych osób, żeby się nie
przeciążała, ale i tak upierała się, że musi wszystko nadzorować
osobiście. Obawiała się, że coś może pójść źle, a klan nie mógł sobie w tej chwili pozwolić na okazywanie słabości.
Wieczorem w dzień przyjęcia przyszła jej szwagierka Lina, by pomóc jej
się ubrać, upiąć włosy i zrobić makijaż. Po śmierci Kehna Lina
wyprowadziła się z domu rogu, ustępując miejsca Juen Nu, i opuściła
rezydencję Kaulów, by zamieszkać ze swą liczną rodziną. Mimo to
pozostały z Wen bliskimi przyjaciółkami.
-?Wyglądasz pięknie w szczęśliwej zieleni -?oznajmiła radośnie,
zapinając guziki na plecach Wen.
Być może zauważyła napięcie mięśni jej ramion i szyi oraz mocno
zaciśnięte usta. Dziedziniec wypełniał się gośćmi i dobiegały stamtąd
coraz głośniejsze hałasy. Z okna na piętrze widziała drogie samochody
zatrzymujące się na rondzie jeden po drugim. Wysiadali z nich mężczyźni
w garniturach i kobiety w wieczorowych sukniach.
Do pokoju wszedł Hilo. Był ubrany w smoking.
-?Jesteś pewna, że chcesz zejść na dół? -?zapytał. W ciągu kilku
ostatnich tygodni mieli mnóstwo pracy i rzadko ze sobą rozmawiali. Kiedy
wracał do domu, często już spała. Nieraz kładł się do łóżka, nie
dotykając jej, a kiedy się budziła, już go nie było. Teraz jednak
przyjrzał się jej uważnie, chyba po raz pierwszy od kilku miesięcy, i jego mina złagodniała.
-?Nie musisz tego robić. Wszystko będzie w porządku.
Uśmiechnęła się blado.
-?Wiesz, że... nie jest w porządku.
Często trudno jej było wyrazić słowami uwięzione w głowie myśli,
sprawić, by wychodziły z jej ust gładko i poprawnie, potrafiła jednak
słuchać wiadomości oraz rozmów toczonych w klanie. Zdrada i publiczna
egzekucja latarnika będącego zieloną kością, a także niedawny atak na
kasyno Poczwórna Wygrana wywołały obawy, że podczas świąt może dojść do
kolejnych incydentów sprokurowanych przez antyklanowych ekstremistów.
Oba te wydarzenia mogły świadczyć o tym, że klan Bez Szczytów został
zepchnięty do defensywy i musi rozpaczliwie bronić swych pozycji. To nie
był korzystny obraz w czasach, gdy narastały obawy, że Kekon może się
stać miejscem kolejnej konfrontacji w globalnym konflikcie między
Espenią a Ygutanem. Tymczasem klan Góra miał mnóstwo pieniędzy i jego
członkowie byli usatysfakcjonowani, bo Ayt Mada mianowała swym następcą
nastoletniego bratanka. Ich wrogowie nie szczędzili wydatków na
noworoczne uroczystości.
Podeszła do męża, a on ujął ją pod ramię. Złapała go mocno, żeby nie
stracić równowagi. Nie mogła nosić wysokich obcasów, a bez nich czuła
się niższa niż zwykle w porównaniu z Hilem.
-?Nie pozwól, żebym się p... przewróciła -?poprosiła.
Dzisiejszego wieczoru najważniejsze było trzymanie fasonu. Rodzina
Kaulów musiała zademonstrować, że jest silna i zjednoczona. Jako żona
filaru powinna dziś grać rolę gospodyni. Gdyby się nie zjawiła, uznano
by to za dowód choroby. Hilo milczał, schodząc z nią cierpliwie po
schodach. Ustawił ją tak, by jej silniejsza lewa strona była blisko
poręczy, co pozwalało jej schodzić najpierw słabszą nogą, stopień po
stopniu.
-?Dzisiaj jest... rocznica naszego ślubu. Pamiętasz? -?zapytała,
wypowiadając słowa bardzo powoli, żeby zabrzmiały wyraźnie.
Wzięli ślub w wigilię Nowego Roku, dzień przed tym, w którym Hilo miał
stawić czoło śmierci konsekwencji, by ocalić klan.
-?Jasne -?zapewnił.
W jego głosie nie słyszało się złości, ale Wen przygryzła wargę, słysząc
obojętną zwięzłość tej odpowiedzi. Chwile, gdy okazywał jej prawdziwe
okrucieństwo, zdarzały się rzadko i mijały szybko -?zimne spojrzenie,
ostra odpowiedź, nagły rozbłysk gniewu lub urazy na każde przypomnienie
faktu, że okazała mu nieposłuszeństwo i omal jej nie zabito z tego
powodu. Każdy taki incydent ranił jej duszę, ale znacznie gorszy był
dystans między nimi, jaki celowo utrzymywał. Przez bardzo długi czas
żyła w blasku bezkompromisowej miłości Hila i jej nagły brak był dla
niej martwą, ciągnącą się bez końca zimą.
Wen zawsze się spodziewała, że coś takiego prędzej czy później się
wydarzy. Że Hilo się zorientuje, jak głęboko i przez jak długi czas
angażowała się w sprawy klanu za jego plecami i bez jego wiedzy,
wykorzystując fakt, że jest kamiennooką, do przewożenia jadeitu i narażając własne życie. Nie wątpiła, że się rozgniewa, ale wierzyła, że
jeśli z nim porozmawia, zdoła mu wszystko wytłumaczyć, jak zawsze dotąd.
Była pewna, że z czasem Hilo to zrozumie.
Ale nie otrzymała takiej szansy. Kiedy najbardziej potrzebowała się z nim porozumieć, ledwie była w stanie cokolwiek powiedzieć. Granicą jej
możliwości było wykrztuszenie kilku zrozumiałych słów. A gdyby Hilo mógł
się na nią wściekać, spuścić ze smyczy ból i poczucie zdrady, być może
jego gniew wypaliłby się z czasem. Nie pozwalał mu jednak na to szok
wywołany faktem, że ledwie uniknęła śmierci, a także fakt, że
potrzebowała opieki.
Wen zatrzymała się u podstawy schodów, by głęboko odetchnąć i się
przygotować. Hilo położył rękę na jej krzyżu i przez moment opierała się
na niej. Potem wyszli razem na dziedziniec, by spotkać się z klanem.
Przywitała ich fala splecionych dłoni unoszonych do czół.
-?Kaul-jen! -?wołali goście. -?Nasza krew dla filaru!
Wen przełknęła ślinę i przywitała uśmiechem morze twarzy. Ważni ludzie
ze wszystkich części klanu widzieli ją u boku Hila po raz pierwszy od
ponad półtora roku. Zaczęła silniej ściskać ramię męża, ale powstrzymała
się, nie chcąc wywołać wrażenia, że nie może utrzymać równowagi.
Hilo uniósł wolną rękę w geście pozdrowienia i zawołał do tłumu
podniesionym głosem:
-?Bracia i siostry, jako filar rozkazuję wam, żebyście wszystko zjedli i wypili wszystkie beczułki hoji!
Rozległy się śmiechy, po czym ktoś, zapewne jeden z pięści, który zdążył
już wypić za dużo, zawołał radośnie:
-?Jestem gotowy oddać życie za klan!
Wen zauważyła Shae. Miała na sobie czarną suknię -?konwencjonalną, ale
było jej w niej do twarzy. Usłyszawszy krzyk pięści, wzniosła oczy ku
niebu i pociągnęła łyk wina.
W innej sytuacji dokonaliby obchodu całego pięknie ozdobionego
dziedzińca, witając członków klanu i przyjmując od nich honory, dzisiaj
jednak Hilo poprowadził żonę ku głównemu stołowi i pomógł jej usiąść na
przeznaczonym dla niej krześle. Zajął miejsce obok niej i goście
podchodzili do niego grupkami, by z nim porozmawiać. Sprawiał wrażenie,
że jest w dobrym nastroju. Słuchał wszystkich uważnie i uśmiechał się
swobodnie w typowy dla niego sposób.
Wen odwzajemniała dobre życzenia, kiwała głową i uśmiechała się, ale
mówiła niewiele. Gdy otwierała usta, za każdym razem bała się, że
popełni błąd. Kiedyś miała niemal absolutną pamięć do twarzy i nazwisk,
co było bardzo użyteczne w każdej sytuacji wymagającej kontaktu z ludźmi. Teraz utraciła również tę umiejętność. "Jakoś to przetrzymasz" -
powtarzała sobie.
Fala chłodów już minęła, ale nadal było nietypowo zimno jak na początek
wiosny. Kobiety narzucały szale na gołe ramiona, a rozstawione w równych
odstępach lampy gazowe dawały ciepło i migotliwy blask, w którym
przedmioty rzucały cienie na czerwone baldachimy osłaniające stoły. Tuż
przed podaniem kolacji zjawiły się dzieci, przyprowadzone przez babcię.
Niko i Ru nosili garnitury z krawatami, a Jaya żółtą sukienkę i białe
rajtuzy, które w jakiś sposób zdołała pobrudzić na kolanach. Wybiegła
przed braci i usadowiła się na kolanach Wen.
-?Jaya-se, siedź porządnie -?skarciła ją matka, starając się jakoś
unieruchomić swe najmłodsze dziecko. Odetchnęła z ulgą, gdy Lina zabrała
dziewczynkę na ustawioną na trawniku huśtawkę, by pobawiła się na niej
ze swym małym kuzynem Camem.
-?Dobrze wyglądasz, pani Kaul -?odezwała się żona Woona, siadając obok
niej. Jej mąż pogrążył się w rozmowie z grupką starszych rangą
szczęściodawców. -?Modlę się, by bogowie obdarzyli cię w tym roku dobrym
zdrowiem.
-?Dziękuję... Kiya -?odpowiedziała Wen, ciesząc się, że nie zapomniała
imienia kobiety. Mówiła powoli, ale panowała nad głosem. -?Życzę ci...
tego samego.
Uśmiech na twarzy kobiety zachwiał się nieco, ale szybko przywróciła go
na miejsce i wskazała głową Hila, który spacerował po dziedzińcu z Nikiem i Ru, z dumą pozwalając, by goście ich podziwiali, a Ru popisywał
się swą gadatliwością. Dał obu chłopcom torebki z czekoladowymi monetami
i zlecił im misję rozdania ich wszystkim maluchom.
-?Masz piękne dzieci -?odezwała się Kiya z tęsknym uśmiechem. -?Z pewnością jesteś bardzo dumna z przyszłości klanu.
Wen zadała sobie pytane, jak wiele Woon Papi opowiada żonie o sytuacji w klanie i czy Kiya zdaje sobie sprawę, w jak trudnym położeniu finansowym
się znaleźli.
-?Przyszłość... klanu to... coś więcej -?przypomniała Kii, wskazując głową
zgromadzony tłum.
Każdy, kto zobaczyłby licznych, elegancko ubranych gości, obfitość
jedzenia i hoji oraz blask jadeitu na setkach nadgarstków i szyj,
pomyślałby, że klan Bez Szczytów jest niezwyciężony. Taki właśnie efekt
chcieli wywołać. Wrażenia odnoszone przez ludzi można było kształtować -
sprawić, że mały pokój wyda się duży, a wady budynku zamienić w jego
zalety. Dzisiejszego wieczoru sprawiła, że klan Bez Szczytów stał się
zbyt wielki i potężny, by mógł upaść. Rzeczywistość była jednak bardziej
skomplikowana. Widziała w gazetach zdjęcia haseł wypisanych na szklanych
drzwiach Poczwórnej Wygranej. Choć zdawała sobie sprawę, że nikt nie
odważyłby się zaatakować tak licznego zgromadzenia zielonych kości,
zwłaszcza w przeddzień święta, skierowała spojrzenie na strażników
pilnujących ceglanych murów otaczających posiadłość oraz jej żelaznych
bram. Nikt nie mógł być niczego pewny -?ani oni, ani ich wrogowie.
Gdy kelnerzy zaczęli przynosić główne dania, Shae zajęła swoje miejsce
przy stole, a Kiya wstała pośpiesznie.
-?Powinniśmy iść na swoje miejsca. Lepiej zabiorę stąd męża -?oznajmiła
i pociągnęła stanowczo za rękaw Woon Papiego, żeby go odprowadzić.
Juen Nu i jego żona zajęli miejsca obok Hila. Tar, który niedawno wrócił
z Espenii, przyszedł ze swoją kochanką Iyn Ro. Oboje wyraźnie mieli już
w sobie po kilka kolejek hoji i obejmowali się, śmiejąc się głośno.
Anden cicho usiadł obok Wen, odetchnął z ulgą i uśmiechnął się do niej
półgębkiem.
-?Cieszę się, że mam miejsce obok ciebie, siostro.
Ona również była zadowolona z sąsiedztwa Andena. Tylko on rozumiał,
przez co przeszła owej straszliwej nocy w Port Massy. Wyznał jej, że
jego również czasami budzą nocą koszmary, w których nie może oddychać.
Zawdzięczała mu życie, ale on nadal pozostał zwyczajnym młodzieńcem,
którego znała od wielu lat. Kiedy się zacinała albo mówiła niewyraźnie,
nigdy nie spoglądał na nią z litością albo zniecierpliwieniem. Cały
wysiłek, który musiała wkładać w rozmowę z innymi gośćmi, znikał bez
śladu. Co dziwne, kiedy się uspokoiła, miała znacznie mniej trudności.
-?Jak ci idzie na studiach medycznych?
-?Trzeba bardzo dużo pracować -?przyznał ze smutkiem. -?Ale nie
zamierzam się uskarżać.
-?Słyszałam, że na pierwszym roku jest najtrudniej -?spróbowała go
pocieszyć.
Anden pokiwał głową.
-?Jest strasznie dużo materiału i w dodatku trzeba się nauczyć myśleć o jadeitowych umiejętnościach w zupełnie inny sposób. Mam nadzieję, że na
drugim roku będzie trochę łatwiej. -?Zauważył, że Wen waha się,
spoglądając na chochlę, i sam wypełnił jej miskę zupą z owoców morza. -
Czasami zastanawiam się, czy warto się tak trudzić, ale jeśli mi się nie
uda, nie znajdę żadnego innego użytecznego zajęcia.
-?Anden -?sprzeciwiła się stanowczo. -?N... nie powinieneś tak mówić.
Pomyśl, jak wiele dokonałeś, żyjąc bez... bez... jadeitu w obcym kraju.
Przedtem wszyscy wokół powtarzali ci, że twoja wartość opiera się tylko
na jadeitowych umiejętnościach. Choć oczy... oczywiście ważne jest to,
jakim człowiekiem jesteś. Twoi kuzyni już o tym wiedzą i to się nie
zmieni, nawet gdybyś jutro rzucił studia.
Tak mocno pragnęła wyrazić swą opinię, że ledwie zauważyła triumf, jakim
było wypowiedzenie kilku zdań z rzędu z tylko nielicznymi drobnymi
przerwami.
Anden się zaczerwienił i nagle skoncentrował uwagę na przesuwaniu
krewetki w kałuży sosu czosnkowego.
-?Dziękuję ci za te słowa -?rzekł po jakimś czasie. -?Obyś miała rację.
-?Pewnie, że ją mam.
Wen rozumiała, dlaczego Anden czuje się dzisiaj niezbyt pewnie. Honorowe
miejsce przy stole potwierdzało w oczach wszystkich, że Hilo przywrócił
kuzyna do łask i znowu uważa go za członka rodziny, ale noszący mnóstwo
jadeitu wojownicy oraz bogaci biznesmeni nadal spoglądali na niego z litością i sceptycyzmem. Na nią zapewne również. Bardzo dużo pecha u szczytu, szeptali z pewnością.
Pomimo żartobliwych rozkazów Hila wyglądało na to, że kolejne potrawy
napływają na stoły szybciej, niż goście są w stanie je pochłaniać. Stoły
uginały się pod daniami takimi jak pieczone prosięta, ryba gotowana z imbirem, kiełki groszków z czosnkiem oraz smażone ośmiornice. Zespół
bębniarzy żegnał kończący się rok z ogłuszającym łoskotem, a przy dwóch
bocznych stołach pięści rzucały sobie wyzwania na pijackie pojedynki.
Niko, Ru i Jaya uściskali rodziców na dobranoc, po czym babcia
odprowadziła je do łóżek. Oczy Wen zaszły mgłą ze zmęczenia i wszystko
wydawało się jej zamazane. Znużenie wnikało też w jej wszystkie mięśnie
i spowalniało myśli.
Zauważyła, że Juen i jego żona oddalili się już jakiś czas temu, teraz
jednak róg pojawił się nagle za jej krzesłem i pochylił się w stronę
Hila.
-?Kaul-jen, moja żona poszła położyć dzieci spać, ale przybiegła z powrotem, żeby mnie zawiadomić, co usłyszała w radiu. -?Mówił do ucha
filaru, ale musiał podnosić głos, żeby przekrzyczeć fajerwerki i Wen
wyraźnie słyszała jego słowa. -?Dwie godziny temu espeński myśliwiec
zestrzelił ygutański samolot szpiegowski nad Eumanem. Maszyna spadła w pobliżu bazy. Pilot przeżył, ale popełnił samobójstwo, nim zdołano wziąć
go do niewoli. Rządy Ygutanu i Espenii przerzucają się nawzajem
oskarżeniami i grożą wojną na Oceanie Amaryckim.
Hilo słuchał tych słów z niemal nieruchomą twarzą, ale Wen zauważyła, że
wyraz jego oczu w kilka sekund przeszedł ze spokojnej wesołości, poprzez
niedowierzanie, w gniew, niczym ogień, który najpierw jest czerwony,
przez chwilę pomarańczowy, a potem niebieski.
-?Kurwa, nie mogli sobie znaleźć lepszej chwili -?wydyszał.
-?Jutro odbędzie się pilne spotkanie Rady Książęcej.
Juen zerknął na bawiących się świetnie gości. Bębniarze zaczęli
odliczanie do północy i otworzono kolejną beczułkę hoji. Nawet Shae
sprawiała wrażenie, że dobrze się bawi.
-?Powiemy ludziom? -?zapytał róg.
Hilo zacisnął zęby.
-?Nie -?zdecydował. -?Wkrótce sami się dowiedzą. Niech zaczną Nowy Rok w dobrym nastroju. To może być jedyna okazja, żeby przywołać szczęście, a możemy go cholernie potrzebować -?mruknął.
-?Zawiadomię dyskretnie tylko najważniejsze pięści -?zasugerował Juen. -
Żeby się przygotowały do obrony naszych terytoriów, na wypadek gdyby
ludzie przestraszyli się inwazji i wpadli w panikę.
Kiedy róg się oddalił, Wen wyciągnęła rękę, by dotknąć ramienia męża.
Chciała mu powiedzieć: "Powinieneś też zawiadomić Shae. Biuro
Prognostyka musi porozmawiać z naszymi ludźmi w Radzie, zanim wydamy
oświadczenie". Niestety trąciła łokciem wypełnioną herbatą filiżankę i rozlała płyn na kolana ich obojga. A kiedy otworzyła usta, nie była w stanie nic powiedzieć, jakby coś wepchnęło słowa z powrotem do płuc.
Mogła tylko patrzeć bezradnie na męża.
Hilo wytarł serwetką herbatę wsiąkającą w ich ubrania.
-?Jesteś zmęczona.
Wstał i pociągnął Wen na nogi. Opierała się na nim, gdy szli w stronę
domu. Przez chwilę nikt nie zwracał na nich uwagi. Niemal wszyscy goście
przenieśli się na trawnik, by obserwować sztuczne ognie, które miały
zaraz rozbłysnąć nad miastem. Gdy znaleźli się wewnątrz, Hilo
zaprowadził ją na górę i pomógł położyć się do łóżka. Jego dotyk był
delikatny, lecz wyzbyty wszelkich uczuć. Rozpiął liczne guziki jej
sukni, a potem ułożył żonę pod kocami.
Oczy Wen wypełniły łzy bólu i upokorzenia. Przed laty, gdy byli młodymi
kochankami, całymi dniami oczekiwała gorączkowo na jego przybycie.
Wreszcie się zjawiał -?młody wojownik oszołomiony nowym jadeitem
zdobytym w jakiejś potyczce albo pojedynku. Kiedy go rozbierała,
prosiła, by wyliczył swoje zwycięstwa, całując jednocześnie nowe
klejnoty wszczepione niedawno w jego ciało. Potem kochali się do
nieprzytomności, raz po raz. Erotyczna moc, z jaką na niego działała,
przyprawiała ją o oszołomienie.
Hilo nigdy nie przyznał, że odwiedza teraz kurtyzany, ale właściwie nie
próbował też tego ukrywać. Kilka razy poczuła na jego ubraniu zapach
perfum, znajdowała też w jego kieszeniach zapałki albo papierki od
cukierków z Klubu dla Dżentelmenów Boski Bez. Potrafiła się pogodzić z tym, że zaspokajał gdzie indziej swe potrzeby podczas jej długiej
rekonwalescencji, ale myśl o tym, że nie potrafią już znajdować
pocieszenia u siebie nawzajem, była dla niej zbyt bolesna. Od czasu do
czasu próbowali się kochać, ale Hilo nie był sobą. Albo był bardzo
delikatny, najwyraźniej bojąc się, że zrobi jej krzywdę, albo po prostu
kopulował krótko i gniewnie, jakby wykonywał nieprzyjemny obowiązek.
Teraz zgasił lampę na stoliku i usiadł na skraju łóżka, spoglądając na
widoczne za oknem miasto. Wysoko nad dachem Gmachu Mądrości i tarasowym
stożkiem wieży Pałacu Triumfalnego pojawiły się już pierwsze fajerwerki.
Światło uwidoczniło na moment mroczny profil Hila, zaostrzyło
melancholijne bruzdy, niepasujące do twarzy, w której się kiedyś
zakochała. Na dworze zagrzmiały bębny i goście głośnym okrzykiem
przywitali początek Nowego Roku.
Kiedy Wen miała siedemnaście lat, naostrzyła kuchenny nóż i przecięła
opony w rowerze brata. Nigdy nie powiedziała o tym Kehnowi, który
spuścił z tego powodu łomot jednemu z chłopaków z sąsiedztwa. Potem Kaul
Hilo codziennie przyjeżdżał do nich samochodem po Kehna i Tara i razem
ruszali do miasta -?trzy młode palce pragnące zdobyć jadeit i okryć się
chwałą. Wen każdego dnia odprowadzała braci do duchesse, by pożegnać się
z nimi i przywitać ich po powrocie. Hilo kiedyś się roześmiał, gdy
zatrzymał samochód i zobaczył ją, jak stała w deszczu. Powiedział wtedy,
że jest najlepszą i najbardziej oddaną siostrą, jaką kiedykolwiek
widział, a jego własna siostra nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego.
Wen musiała z żalem przyznać, że była wtedy szaloną z miłości
nastolatką, ale przynajmniej nie więdła bezużytecznie z żalu. Taki
drobiazg jak uszkodzony rower, mógł wpłynąć na wyroki losu, podobnie jak
kamiennooka była w stanie zmienić rezultat wojny klanów. Szukała w myślach czegoś, co mogłaby powiedzieć, by ponownie zwrócić serce Hila ku
sobie, jak wtedy, gdy opuszczał szybę i wychylał się z uśmiechem z samochodu. Była jednak zbyt zmęczona.
-?Muszę tam wrócić -?oznajmił jej mąż.
Odwróciła się na bok. Poczuła, że jego ciężar przestał naciskać na
materac, a gdy do pokoju wpadł blask kolejnej serii fajerwerków,
oświetlił tylko pustkę.
Rozdział 6. Wiatr się zmienia
ROZDZIAŁ 6
Wiatr się zmienia
Specjalne spotkanie udziałowców Kekońskiej Rady Jadeitowej odbyło się
sześć dni później. Mimo powszechnego politycznego oburzenia i potrząsania szabelką ze wszystkich stron dyplomatyczny konflikt między
Espenią a Ygutanem nie przerodził się w otwartą wojnę. Niemniej w Janloonie i innych kekońskich miastach doszło do panicznego wykupu
żywności i innych niezbędnych do życia towarów w okresie zwykle
przeznaczonym na wypoczynek i świętowanie. Klany zielonych kości wyszły
tłumnie na ulice, by zapobiec przestępczości i grabieżom, to jednak był
tylko krótkoterminowy problem. Po raz pierwszy od wojny wielu narodów
Kekończycy poważnie obawiali się możliwości cudzoziemskiego najazdu.
Nawet przywódcy klanów, którzy nienawidzili się nawzajem, zdawali sobie
sprawę, że muszą się spotkać.
Shae przyszła do głównego budynku posiadłości wcześnie rano. Dzieci
oglądały kreskówki, a Kyanla sprzątała po śniadaniu.
-?Ciociu Shae, oglądamy Wojowniczych poskramiaczy bestii -?oznajmił
Ru, ciągnąc ją w stronę kanapy.
To był animowany serial o zielonych kościach strzegących królów z fikcyjnej dynastii z ery trzech koron, którzy nie tylko posiadali
nieprawdopodobnie przesadzone jadeitowe talenty, ale też potrafili
przywoływać ogromne magiczne bestie i ruszać na nich do walki. Na
dywanie przed telewizorem walało się mnóstwo figurek przedstawiających
postacie z serialu.
Shae usiadła na kanapie, by sprawić przyjemność bratankowi.
-?Gdzie twój tata? -?zapytała.
Ru wzruszył ramionami.
-?Myślisz, że rozwiedzie się z mamą? -?zapytał z nagłym niepokojem Niko.
To zadane przez sześciolatka pytanie pojawiło się z pozoru znikąd. Nim
zaskoczona Shae zdołała wymyślić jakąś odpowiedź, Ru rzucił się na brata
i zaczął go okładać pięściami po barkach i brzuchu.
-?Przestań tak mówić! Nie rozwiodą się, ty głupia psia mordo!
Jaya podeszła do nich, chichocząc z zaciekawieniem.
Niko niecierpliwie odepchnął młodszego brata, nie odwzajemniając jego
ciosów. Shae rozdzieliła chłopców i umieściła ich po przeciwnych
stronach kanapy.
-?Ru, nie wolno nazywać brata psią mordą -?skarciła dzieciaka.
Hilo zszedł na dół i zerknął na ponure miny wszystkich obecnych.
-?Zgaście telewizor -?polecił. -?Pora ubierać się do szkoły.
Ruszył ku drzwiom, a Shae podążyła za nim.
Zaufany kierowca zawiezie ich duchesse do śródmieścia. Hilo zapalił
papierosa i opuścił tylną szybę.
Shae zmusiła się do przerwania głuchej ciszy, która zawsze teraz
zapadała, gdy zostawała sam na sam z bratem.
-?Chłopcy martwią się o ciebie i Wen.
-?Niko martwi się wszystkim -?odpowiedział Hilo. -?Kto kiedykolwiek
widział takiego dzieciaka?
-?To dlatego, że jest spostrzegawczy -?odparła Shae. Chłopiec często
sprawiał wrażenie roztargnionego, zatopionego w myślach, ale nieraz
potrafił nagle powiedzieć coś, co dowodziło, że bardzo pilnie słucha
wszystkiego, co mówią dorośli. -?Wie, że traktujesz Wen inaczej niż
przedtem.
-?Traktuję ją bardzo dobrze -?warknął Hilo. -?Zawsze się nią
opiekowałem.
Miała ochotę przywalić bratu. Oboje z Hilem wyrządzili sobie w życiu
wiele krzywd i uodporniła się na jego gniew. Natomiast jej szwagierka,
jedna z najsilniejszych kobiet, jakie w życiu spotkała, potrzebowała
miłości Hila jak tlenu.
-?Jeśli nadal chcesz zrzucać winę na mnie, to proszę bardzo. Ale czy Wen
nie wycierpiała już wystarczająco wiele? Wszystko, co zrobiła, zrobiła
dla ciebie i dla klanu. Czy nie potrafisz nawet powiedzieć jej, że to
rozumiesz?
Hilo prychnął pogardliwie i gniewnie zgasił papierosa w popielniczce.
-?Kto jak kto, ale ty z pewnością nie powinnaś udzielać nikomu rad w sprawach sercowych, Shae. Co z tobą i Woonem?
Nagła zmiana tematu zaskoczyła Shae jak szybkie odparcie ataku i kontra
w walce na noże.
-?A co ma być? -?zapytała, wstydząc się obronnego tonu, jaki usłyszała
we własnym głosie. -?Jesteśmy przyjaciółmi i współpracownikami.
Śmiech Hila zabrzmiał okrutnie.
-?I to ja nie mówię tego, co trzeba powiedzieć? Woon pod innymi
względami jest inteligentny, ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego się
dręczy, pracując dla ciebie. Powinnaś powiedzieć mu, co naprawdę
czujesz, albo już dawno go wyrzucić.
Shae poczuła na twarzy uderzenie gorąca.
-?Nie każdy sieje swoimi emocjami na wszystkie strony, jak szrapnelami,
Hilo -?warknęła. -?Oboje z Woonem jesteśmy profesjonalistami, a poza tym
w przyszłym tygodniu ma objąć inne stanowisko.
-?A jak ci się wydaje, dlaczego musiał poprosić o przeniesienie? -
zapytał Hilo.
Nim zdążyła mu odpowiedzieć, duchesse się zatrzymała. Przybyli na
miejsce.
-?Zapomnij o tym. Skupmy się na tym, żeby ukryć przed Ayt Madą i innymi
filarami obecnymi na spotkaniu, w jak fatalnym stanie jesteśmy.
Otworzył drzwi i wysiadł z samochodu. Shae się wściekła, bo to on miał
ostatnie słowo. Wypuściła z sykiem powietrze, a potem podążyła za nim.
Siedziba Kekońskiego Sojuszu Jadeitowego mieściła się w dwupiętrowym
betonowym budynku w Dzielnicy Finansowej, niedaleko na zachód od
klanowego wieżowa na Statkowej i tylko dwie przecznice na wschód od
Świątyni Boskiego Powrotu. Jego masywna, bryłowata sylwetka kojarzyła
się z rządową biurokracją. Na jego widok Shae nie mogła powstrzymać
myśli, że bez względu na całe kulturowe, ekonomiczne i duchowe znaczenie
jadeitu, jego wydobycie i dystrybucję umożliwiały tysiące ludzi
wykonujących prozaiczną pracę w swoich biurowych boksach. Przy wejściu
oboje z Hilem oddali karambity dwóm wartownikom noszącym kaszkiety i szarfy klanu Tarcza Haedo. Potem wsiedli do windy i w milczeniu
pojechali na górę. Postrzegała szum aury brata przechodzący w groźny
warkot. Nawet w najlepszych momentach nie znosił spotkań KSJ.
Gdy weszli do sali obrad, Ayt Madashi była już na miejscu. Rozmawiała z filarem klanu Jedność Sześciu Dłoni, największym z lenników Góry. Nawet
nie spojrzała na wieloletnich wrogów, ale jej jadeitowa aura poszerzyła
się na moment, gdy Hilo i Shae ruszyli ku swoim krzesłom. Wszyscy
uczestnicy spotkania mieli wyznaczone miejsca przy wielkim okrągłym
stole. Na blacie umieszczono plakietki z nazwami piętnastu klanów
zielonych kości, będących obecnie udziałowcami kekońskiego kartelu
jadeitowego. Sugerowało to, że w tej sali wszystkie klany zielonych
kości są sobie równe i wspólnie ponoszą odpowiedzialność za opiekę nad
krajowymi zasobami jadeitu oraz zarządzanie nimi. Niemniej Góra i klan
Bez Szczytów, dwa największe klany zielonych kości w kraju, siedziały
naprzeciwko siebie, a reprezentanci pomniejszych klanów zajmowali
miejsca bliżej jednej ze stron zależnie od tego, wobec kogo byli
lojalni. Przez umysł Shae przemknęła pełna ironii myśl, że ten, kto
optymistycznie zaprojektował salę z myślą o promocji egalitarnej
współpracy, nie docenił kekońskiej skłonności do demonstrowania swego
statusu społecznego oraz lojalności przy każdej nadarzającej się okazji.
Pod ścianami stało czworo milczących bogowierczych pokutników w tradycyjnych, długich, zielonych szatach. Zapewniali łączność z niebem i gwarantowali dobre zachowanie członków klanów nawet w tej najbardziej
oczywistej strefie konfliktu.
Hilo pozdrowił skinieniem głowy przywódców klanów Kamienny Kubek oraz Jo
Sun, lenników klanu Bez Szczytów. Obaj oddali mu honory, gdy siadał na
krześle. Shae zajęła miejsce obok niego. Starała się patrzeć we
wszystkie możliwe strony, udawała, że przegląda jakieś niepotrzebne
papiery, lecz mimo to jej spojrzenie nieustannie wędrowało ku
zniekształconemu, częściowo odciętemu lewemu uchu Ayt Mady. Poczuła
świerzbienie w starej bliźnie na brzuchu. Filar Góry zerknęła w jej
stronę. Ich spojrzenia spotkały się na jedno mroźne mgnienie oka. Potem
Ayt znowu zwróciła się ku swemu rozmówcy.
W normalnej sytuacji miejsce po jej lewej stronie zajmowałby Iwe
Kalundo, prognostyk Góry, ale dzisiaj siedział tam mężczyzna o potężnej
klatce piersiowej, siwych, kędzierzawych, zaczesanych do tyłu włosach i rumianej twarzy. Miał jadeit na lewym nadgarstku i w prawym uchu, a Shae
Postrzegała jego aurę jako gęstą niczym syrop. Miała wrażenie, że skądś
go zna. Kim był? Gdyby Ayt mianowała nowego prognostyka, Shae z pewnością by o tym wiedziała.
-?To jeden z Kobenów -?mruknął Hilo, najwyraźniej zauważając jej
dezorientację. -?Wujek chłopaka ze strony matki.
Wujek Koben Ata, czternastoletniego podopiecznego Ayt Mady, którego
mianowała swym następcą. Chłopak niedawno zmienił z powrotem nazwisko na
Ayt Ato, z pewnością po to, by wzmocnić swe pretensje. Shae przypomniała
sobie, że niedawno czytała w jakimś czasopiśmie artykuł o rodzinie
Kobenów, niemniej zdziwiła się, że Hilo poznaje ich po twarzach.
Przypomniała sobie jednak, że kilka lat temu jej brat starał się
wzniecić wewnętrzne konflikty w Górze, rozkazując zabić jednego z Kobenów. Z pewnością studiował ich dokładnie.
Czy obecność Kobena była kolejnym dowodem na to, że Ayt postawiła na
swego bratanka i jego rodzinę? Być może po wielu latach borykania się z problemem sukcesji postanowiła przekonać opinię publiczną, że jednak dba
o przyszłość klanu.
Hilo i Shae zjawili się jako jedni z ostatnich. Po kilku minutach
wszystkie miejsca były już zajęte i masywne drzwi zamknięto. Sięgające
od podłogi po sufit okna po jednej stronie sali wychodziły na południe i do środka wpadało mnóstwo słonecznego światła, niemniej atmosfera była
tu duszna z powodu wielkiego nagromadzenia jadeitowej energii. Spotkania
KSJ organizowano co kwartał, ale większość filarów zjawiała się tylko
raz w roku, gdy głosowano nad budżetem Sojuszu i uchwalano kwoty
eksportowe i importowe, a także limity wydobycia jadeitu oraz jego
dystrybucję. Resztę spotkań zostawiali swoim prognostykom. Tylko w naprawdę wyjątkowych sytuacjach komplet przywódców klanów mógł się
spotkać na zebraniu zapowiedzianym z tak krótkim wyprzedzeniem.
Nie wszyscy z obecnych byli zielonymi kośćmi. Choć klany miały pakiet
kontrolny, kartelem zarządzało państwo. Dlatego na spotkaniach zawsze
zjawiali się przedstawiciele rządu oraz inni dygnitarze, razem ze swymi
asystentami.
Jeden z bezjadeitowych urzędników, Canto Pan, obecny dyrektor operacyjny
KSJ i przewodniczący rady, wstał i zabrał głos:
-?Dziękuję wam za to, że zgodziliście się tu zjawić podczas świątecznego
tygodnia. Niech bogowie opromienią swą łaską wszystkie wasze klany.
Shae pomyślała, że to z pewnością niemożliwe. Wszelka boska łaska
okazana Górze byłaby katastrofą dla klanu Bez Szczytów i na odwrót.
Zachowała jednak tę myśl dla siebie.
-?Jak niewątpliwie wiecie, Rada Książęca wydała oświadczenie i wszystkie
klany zielonych kości w kraju udzieliły mu poparcia -?kontynuował Canto.
Kekoński rząd stanowczo potępił Ygutan za wysyłanie szpiegowskich
samolotów nad Euman, jednoznacznie oznajmiając, że wyspa pozostaje
kekońskim terytorium, mimo że od dawna stacjonują na niej cudzoziemscy
wojskowi "goście". Nalegał, by konflikt między dwoma mocarstwami
powstrzymano za pomocą środków dyplomatycznych, lecz jednocześnie
ostrzegał, że jeśli któraś ze stron spróbuje dokonać inwazji na Kekon
bądź przejąć nad nim kontrolę, napotka opór.
-?Kekon pragnie pokoju, pozostajemy jednak narodem wojowników
niemających sobie równych na całym świecie -?oznajmił w Gmachu Mądrości
kanclerz Guim, stronnik klanu Góra. -?W naszej długiej, dumnej historii
przelaliśmy rzeki krwi w obronie swej niepodległości i z całą pewnością
jesteśmy w stanie zrobić to znowu.
Espeński rząd nie był zadowolony z ostrego tonu tego wystąpienia, które
-?jak określił to Hilo -?w przegadany, elegancki sposób mówiło:
"Odpierdolcie się od nas jedni i drudzy".
-?Wszyscy popieramy słowa kanclerza, ale entuzjastyczna reakcja opinii
publicznej, jaką widzieliśmy w kilku ostatnich dniach, dowodzi, że
poparcie, które mamy, nie ogranicza się do słów -?ciągnął przewodniczący
Canto. -?Dlatego oddaję teraz głos generałowi Ronu Yasugonowi,
najwyższemu rangą doradcy wojskowemu Rady Książęcej, który prosił o pozwolenie zwrócenia się do was bezpośrednio.
Ronu wstał i dotknął splecionymi dłońmi czoła, oddając honory wszystkim
przywódcom zielonych kości. Miał na rękawach munduru złote generalskie
paski, a w stalową bransoletkę zegarka wprawił jadeity. Shae spotkała go
już kiedyś i była pewna, że to człowiek honoru wykonujący bardzo trudną
pracę. Dawno już zamienił wysoką pozycję w klanie Góra na karierę w małej i niedocenianej armii kekońskiej.
-?W tym tygodniu Kekończycy byli zmuszeni stawić czoło rzeczywistości,
na którą dowódcy wojskowi wskazywali już od wielu lat. Jesteśmy małym
krajem i znaleźliśmy się między dwoma tygrysami. Choć kanclerz Guim
zapewnia, że potrafimy odeprzeć cudzoziemską agresję, prawda wygląda
tak, że naszą niewielką armię można pokonać z łatwością i w krótkim
czasie. Espenia i Ygutan co roku zwiększają wydatki na cele wojskowe, a nasze siły zbrojne nadal zajmują niską pozycję na liście priorytetów
państwa. Wczoraj stałem przed Radą Książęcą i starałem się przekonać ją
do uchwalenia w pilnym trybie ustawy, która pozwoliłaby na zakup
sprzętu, zwiększenie liczebności armii i wyszkolenie nowych żołnierzy.
Wszystko to są środki niezbędne dla zwiększenia naszej gotowości
obronnej.
-?Nie zdołamy prześcignąć w wydatkach na zbrojenia krajów znacznie
większych od nas -?zauważył Sangun Ye, wiekowy, ale nadal bystry filar
klanu Jo Sun. -?Nasze bezpieczeństwo zawsze opierało się na wyszkolonych
wojownikach zielonej kości, którzy w każdej chwili są gotowi do walki.
Dbają o to ich klany.
-?Przed prawie stuleciem ta starożytna mądrość zawiodła nas w starciu z przeważającymi siłami nieprzyjaciela, co doprowadziło do dziesięcioleci
szotarskiej okupacji -?zauważył Ronu.
-?Mieliśmy wtedy potulnego, tchórzliwego króla i zbyt wiele małych,
nieskoordynowanych klanów -?odpowiedział Sangun. -?To był mroczny okres
w naszej historii, ale w końcu pokonaliśmy najeźdźców. Cudzoziemcy mogą
sobie potrząsać szabelką, ale czy jakikolwiek kraj, nawet tak wielki i potężny jak Ygutan, byłby na tyle lekkomyślny, by zaryzykować inwazję na
Kekon? Mieli wystarczająco wiele trudności w Oortoko, gdzie wszyscy
ludzie są słabi. Nie powinniśmy wpadać w panikę z powodu zwykłego
samolotu szpiegowskiego.
Syn Sanguna, prognostyk ich klanu, pokiwał głową, podobnie jak kilka
innych zielonych kości. Shae czytała opinie licznych politycznych i wojskowych analityków. Większość z nich zgadzała się, że choć Kekon ma
kluczowe znaczenie dla espeńskich interesów strategicznych na Amaryku i w związku z tym jest logicznym celem dla ygutańskiej agresji, koszty
podboju i utrzymania historycznie bardzo trudnej do zdobycia wyspy
byłyby po prostu zbyt wysokie.
-?Klany mogły się stać większe i potężniejsze, ale żyjemy teraz w zupełnie innym świecie niż nasi dziadkowie -?sprzeciwił się generał
Ronu. -?Nie jesteśmy już jedynym krajem, który ma jadeitowych
wojowników. Republika Espenii wyposaża swych doborowych żołnierzy w jadeit, który sprzedajemy jej pod auspicjami KSJ. Ygutan i jego wasale
zdobywają zieleń na czarnym rynku. Od pewnego czasu trwają prace nad
udoskonaloną wersją SN1, która będzie mniej niebezpieczna dla zdrowia.
Espeńczycy nazywają ją SN2. Z pewnością trafi ona również do innych
krajów.
Shae zauważyła, że siedzący naprzeciwko niej mężczyzna z rodziny Kobenów
kiwa energicznie głową i wygląda, jakby chciał zerwać się z krzesła i głośno wyrazić zgodę.
Aura Ronu stała się ostrzejsza i gęstsza na brzegach. Generał mówił z wielkim przekonaniem.
-?Oortoko było tylko pierwszym z zastępczych konfliktów między
espenosferą a koalicją ygutańską. Kekon nie zdoła uniknąć wplątania w powolną wojnę. Czasy się zmieniły i musimy być teraz gotowi na
konfrontację z żołnierzami, którzy potrafią się posługiwać jadeitem tak
samo jak my.
Złowrogie słowa generała wywołały serię poirytowanych szeptów.
Kekończycy bez oporów czerpali zyski z kontrolowanego przez KSJ eksportu
jadeitu, ale w głębi serca z lekceważeniem odnosili się do myśli, że
inne rasy mogą się nauczyć posługiwać zielenią. Powtarzali sobie, że
zawsze będą w tym lepsi od innych i że noszący jadeit cudzoziemcy muszą
brać uzależniające narkotyki i narażać się na przedwczesną śmierć.
Ronu zauważył, że trafił w czuły punkt. Uniósł rękę i kontynuował:
-?Rada Książęca może uchwalić zwiększenie wydatków i zakup sprzętu, ale
tylko klany zielonych kości są w stanie dostarczyć jadeit i wojowników.
Proszę was, jako udziałowców KSJ i filary swych klanów, o wsparcie
kekońskiej armii. Obecnie otrzymujemy niecałe cztery procent rocznego
wydobycia. Zwiększcie ten przydział do sześciu i pół procent, zaczynając
od tego roku. Znieście też tradycyjne bariery rekrutacji i pozwólcie
absolwentom szkół sztuki walki zaciągać się do armii natychmiast po
ukończeniu szkoły.
Rozległa się fala cichych pomruków, której towarzyszyła irytacja
wyczuwalna w licznych jadeitowych aurach. Ta prośba daleko wykraczała
poza wszystko, co sugerowano do tej pory. Jej spełnienie przyznałoby
maleńkiej kekońskiej armii status porównywalny z klanami zielonych
kości.
-?Sześć i pół procent wydobycia jadeitu to więcej, niż otrzymuje
większość klanów obecnych przy tym stole, a także najważniejsze
instytucje zajmujące się ochroną zdrowia i oświatą -?sprzeciwił się
filar klanu Kamienny Kubek. -?Komu mielibyśmy odebrać jadeit, który damy
armii?
-?Bardziej niepokoi mnie plan rekrutacji -?dodał Durn Soshu, filar
Czarnego Ogona. -?Zgodnie z tradycją wszyscy absolwenci składają
przysięgi swojemu klanowi. Rok czy dwa lata służby jako palec bardzo
dobrze wpływają na młodzież.
Tym razem wielu obecnych pokiwało głowami. Shae wiedziała jednak, że w rzeczywistości wcale nie chodzi o tradycję ani o dobro młodzieży. Klany
celowo przyjmowały w swoje szeregi wszystkich absolwentów, pomijając
tylko tych, którzy wybierali szlachetne zajęcia, jakimi były medycyna,
nauczanie i religijna pokuta.
Generał Ronu rozprostował ramiona. Przywołał na twarz stanowczy wyraz. Z pewnością się spodziewał się, że napotka podobne sprzeciwy.
-?Niestety, to właśnie tradycja jest częścią problemu, Durn-jen -
zaczął. -?Każda z zielonych kości wstępujących do armii ma inną ilość
jadeitu. Otrzymują go po zakończeniu nauki, dostają w spadku od rodziny
albo zdobyli go jako palce. Nasiąknęli już klanową kulturą i przenoszą
wierność klanom do swoich oddziałów. Spodziewają się, że będą mogli
nosić jadeit, kiedy tylko zechcą, i zdobywać go więcej, wyzywając na
pojedynki innych żołnierzy. Trudno jest ich nauczyć, by stawiali
dyscyplinę wyżej niż klanowe zwyczaje, przedkładali spójność oddziału
nad popisy indywidualnej odwagi. Mówię to jako ktoś, kto sam musiał
kiedyś przejść przez podobną zmianę. Szczerze mówiąc, zielone kości
wychowane i wyszkolone w dużym klanie mogą być dzielnymi wojownikami,
ale są kiepskimi żołnierzami. Kiedy wstąpiłem do armii, dwadzieścia lat
temu, spotkałem się z niedowierzaniem oraz dezaprobatą rodziny i innych
zielonych kości -?kontynuował Ronu. -?Byłem pięścią średniej rangi i wszyscy mi powtarzali, że to dla mnie krok do tyłu. Minęło już z górą
dwadzieścia lat, ale nadal obowiązuje takie samo podejście. Chciałbym to
zmienić i proszę was o pomoc w tej sprawie. Jeśli pozwolicie absolwentom
szkół walki zaciągać się do armii, nim utrwalą się w nich klanowe
zwyczaje, dacie do zrozumienia, że służba krajowi w mundurze to honorowe
zajęcie, zasługujące na szacunek w takim samym stopniu jak bycie
zaprzysiężonym członkiem klanu.
Musimy dokładnie policzyć, jak wpłynie to na obie strony klanu -
napisała pośpiesznie w notatniku Shae. Zasugeruj odroczenie głosowania
do następnego cokwartalnego spotkania.
Podsunęła notatkę Hilowi. Zerknął na nią, ale pierwszy zabrał głos filar
klanu Jedność Sześciu Dłoni.
-?Generał Ronu proponuje zmianę o poważnym znaczeniu. Potrzebujemy
czasu, by w pełni rozważyć jej konsekwencje. Powinniśmy pozwolić
przywódcom klanów przedyskutować tę propozycję z sojusznikami i zarządzić kolejne spotkanie za jakiś miesiąc.
Przewodniczący Canto zaczął wstawać z krzesła.
-?To brzmi roz...
-?Z pewnością właśnie nadeszła chwila na stanowcze działanie, które
zapewni opinię publiczną o naszej jedności -?odezwała się Ayt Mada,
przerywając mu w pół słowa. Wszyscy spojrzeli na nią. -?W pełni zgadzam
się z generałem Ronu. Kekońska armia potrzebuje więcej jadeitu, więcej
ludzi i więcej szacunku.
Do tej chwili ani Ayt Mada, ani Kaul Hilo nie odezwali się ani słowem.
Byli filarami dwóch najważniejszych klanów i ich opinia miała największe
znaczenie. W ostatecznym rozrachunku to oni rozstrzygną, jakie decyzje
zostaną tu dziś podjęte. Z reguły pozwalano, żeby eksperci, urzędnicy
państwowi oraz przedstawiciele mniejszych klanów pierwsi zabierali głos,
jeśli uważali, że mają coś do powiedzenia, albo chcieli wpłynąć na
decyzję Ayt bądź Kaula. Nie byłoby zaskoczeniem, gdyby spotkanie
odroczono, nim któreś z dwojga najważniejszych przywódców wyrazi swą
opinię. Nikt się nie spodziewał, że Ayt Madashi zabierze głos tak
szybko.
-?Ponieważ mój prognostyk musiał wyjechać za granicę w ważnych sprawach
klanowych i nie mógł być dzisiaj obecny, przyprowadziłam ze sobą Koben
Yira -?oznajmiła Ayt. -?Koben-jen jest szanowanym biznesmenem,
właścicielem licznych stacji radiowych i ma też kuzynów w armii. W związku z tym lepiej niż większość z nas rozumie problemy, przed jakimi
stają zwyczajni cywile oraz żołnierze w tym niebezpiecznym czasie.
Otrzymawszy pozwolenie Ayt, Koben włączył się do dyskusji jak koń,
któremu poluzowano wodze.
-?Będzie dla mnie zaszczytem podzielić się swoją opinią z moją filar i Kekońskim Sojuszem Jadeitowym -?zaczął niskim, dźwięcznym głosem. -
Kobenowie są liczną i dumną rodziną z klasy średniej. Jest wśród nas
wiele zielonych kości, a także nienoszących jadeitu kuzynów. Podobnie
jak wszyscy ciężko pracujący, patriotyczni Kekończycy dbamy przede
wszystkim o bezpieczeństwo rodziny, środki do życia oraz nasze tradycje.
To, co wydarzyło się w wigilię Nowego Roku, wzbudziło nienawiść do
Ygutanu, ale nie możemy również ufać Espenii, której obecność już od tak
dawna rzuca cień na nasz kraj. -?Podekscytowany Koben uniósł palec
wskazujący. -?Dlatego ludzie spoglądają z nadzieją na klany zielonych
kości, którym ufają, licząc na szybki i silny przekaz świadczący o determinacji.
Ayt skinęła lekko dłonią, uciszając Kobena. Mężczyzna sprawiał wrażenie,
że chętnie powiedziałby coś więcej, ale powstrzymał się i natychmiast
usiadł.
-?Powinniśmy dać przykład Radzie Książęcej i działać bez wahania -
oznajmiła Ayt, zwięźle i autorytatywnie. -?Jako filar klanu Góra
popieram zwiększenie przydziału jadeitu dla sił zbrojnych pod warunkiem,
że redystrybucja będzie sprawiedliwa. Zgadzam się też, że służba w kekońskiej armii powinna być jedną z opcji stojących przed zielonymi
kośćmi po ukończeniu nauki. -?Przerwała na moment. -?Pod warunkiem, że
reszta filarów wyrazi zgodę -?dodała, jakby dopiero w tej chwili
przyszło jej to do głowy. -?Tak ważne zmiany powinno się wprowadzać
wyłącznie wtedy, gdy wszyscy są tego samego zdania.
Nikt jej nie odpowiedział. Nawet generał Ronu sprawiał wrażenie
zdumionego natychmiastowym i bezwarunkowym poparciem Ayt Mady. Wszyscy
odwrócili głowy w stronę Hila siedzącego w niedbałej pozie naprzeciwko
rywalki. Shae napisała pośpiesznie w leżącym między nimi notatniku: GRAJ
NA ZWŁOKĘ.
-?Nie. -?Odpowiedź Hila była jak ciężki głaz rzucony w sam środek
strumienia. -?Nie mam nic przeciwko temu, by Ronu dostał jadeit, o który
prosi. Większa jego część może pochodzić z przydziału, który zwykle
otrzymują świątynie. W końcu ile jadeitu mogą potrzebować pokutnicy,
żeby rozmawiać z bogami? Resztę pokryje Skarbiec Państwowy. Nie zgodzę
się jednak na zmianę przysiąg, jakie składają absolwenci Akademii Kaul
Dushurona. Jeśli chcecie robić to inaczej w Szkole Świątynnej Wie Lona,
to wyłącznie wasza sprawa.
Ayt Mada nie traciła czasu.
-?Z pewnością tym razem powinniśmy postawić jedność przed partykularnymi
interesami, Kaul-jen -?oznajmiła wykalkulowanym, moralizatorskim tonem.
-?Sprawiedliwość wymaga, by dwa klany mające najwięcej członków i jadeitu podzieliły się tym, co mają.
-?Armia jest tylko ręką kraju. Klany są jego kręgosłupem. -?Hilo
przymrużył powieki, wlepiając spojrzenie w drugą stronę stołu. -?Nie
wszystkie klany mogą sobie pozwolić na poświęcenie części zasobów. Nie
wszystkie utuczyły się na rekrutacji barukanów i zyskach z czarnego
rynku.
Gęsta chmura jadeitowych aur przesunęła się niespokojnie, przenosząc
uwagę między jednym a drugim z filarów.
-?Bezpodstawne oskarżenia nie powstrzymają waszych latarników przed
rozsądnym przeniesieniem swej lojalności w lepsze miejsce, Kaul-jen. Nie
zamaskują też faktu, że sprzeciwiacie się zaspokojeniu pilnych potrzeb
kraju.
Aura Ayt promieniowała gorącym samozadowoleniem. Spojrzała z żalem na
generała Ronu, ale mówiła do całej sali.
-?Niestety, nie każdy filar potrafi stawiać na pierwszym miejscu interes
kraju. Wygląda na to, że KSJ nie jest w stanie udzielić poparcia twoim
zasługującym na uznanie planom zreformowania armii, generale. Chyba że
klan Bez Szczytów zmieni zdanie.
Shae zrozumiała, dlaczego Ayt tak szybko i bez wahania poparła
propozycję Ronu. Góra mogła sobie pozwolić na oddanie części palców
armii, a klan Bez Szczytów nie. Strata części wojowników uniemożliwiłaby
im ochronę biznesów przed przestępcami i antyklanowymi agitatorami, nie
mogliby też bronić swych granic przed Górą, której liczebność ostatnio
wzrosła. Zostawali już z tyłu pod względem finansowym, a dalsza utrata
zaufania latarników przyśpieszyłaby zagładę klanu Bez Szczytów.
Ayt wiedziała, że Hilo musi zawetować propozycję Ronu i wniosek zostanie
odrzucony. Wykorzystała tę okazję, by przedstawić siebie i wspierającą
ją rodzinę Kobenów jako przywódców dbających o interesy Kekonu, a klan
Bez Szczytów jako interesowny i niepatriotyczny. Rzucała to oskarżenie
przeciwko nim już od dawna i nie zamierzała z tego zrezygnować.
Shae schowała ręce pod stół i wygięła długopis tak mocno, że rozpadł się
na plastikowe fragmenty. Gniewały ją pułapki nieustannie zastawiane
przez Ayt, ale była też wściekła na Hila. Podobnie jak w przypadku
zdrady Fuyin Kana w Podwójnym Szczęściu dostrzegł niebezpieczeństwo
prędzej od niej, ale dyplomacja nie leżała w jego naturze.
-?Kaul-jen... -?zaczął generał Ronu -?czy zechciałbyś może zmienić...
-?Nie potrzebujesz napływu absolwentów szkół sztuki walki -?przerwał mu
Hilo. -?Cudzoziemcy mają mniej jadeitu i rzadszą krew, ale potrafią
przygotować posiłek z ochłapów. Nie wmawiaj mi, że nie możesz lepiej
wykorzystać pieniędzy i jadeitu, które już masz.
Nikt, nawet Ayt Mada, nie umiał przemawiać tonem nieodwołalnego rozkazu
tak, jak Hilo. Generał Ronu umilkł jak młody palec skarcony przez
doświadczoną pięść.
-?Ta dyskusja z pewnością wniosła bardzo wiele -?stwierdził
przewodniczący Canto Pan, dziarsko zrywając się na nogi, by rozładować
napięcie i zapobiec dalszym replikom. -?Myślę, że powinniśmy ją
kontynuować na najbliższym cokwartalnym spotkaniu, gdy rozważymy już
wszystkie opcje i zastanowimy się, jak najlepiej zaspokoić potrzeby
generała Ronu, jako że wszyscy się zgadzamy, że powinno się to zrobić,
nawet jeśli różnimy się w kwestii metod prowadzących do tego celu.
Nikt się nie sprzeciwiał, gdy Canto podziękował Ronu i ogłosił
zakończenie spotkania. Hilo natychmiast wstał i bez słowa opuścił salę.
Shae wsadziła papiery do torebki. Słyszała niski głos Koben Yira,
pogrążonego w przyjacielskiej rozmowie z lennikami Góry. Podniosła się z krzesła i wypadła z sali. Dogoniła Hila na korytarzu i złapała go za
łokieć.
-?Mówiłam ci, żebyś nie odmawiał -?wysyczała. -?Nie dałeś nam czasu na
złożenie kontrpropozycji. Góra wykorzysta to przeciwko nam. Postarają
się, żeby prasa rozszarpała nas na kawałki.
Hilo wykrzywił twarz we wściekłym grymasie.
-?Wolę, żeby rozszarpała mnie prasa, niż żeby zabili mnie naprawdę, gdy
wszystkie plany Ayt wreszcie wydadzą owoce. -?Zerknął na idących za nimi
ludzi i pochylił się do ucha siostry. -?Chcesz kłócić się teraz, na
oczach naszych wrogów? Próbuję ugasić każdy pożar, który wzniecają,
Shae, a ty mi w tym przeszkadzasz. Słowo filaru jest ostateczne, ale ty
nigdy nie potrafiłaś tego respektować, prawda?
Wyrwał się z jej uścisku i ruszył ku schodom, chcąc uniknąć wszelkich
rozmów przy windach. Shae odprowadzała go wzrokiem, napinając mięśnie z bezsilnej frustracji.
-?Kaul-jen -?odezwał się nagle ktoś za nią.
Odwróciła się i zobaczyła wysoką zieloną kość w drucianych okularach.
Poznała prognostyka klanu Jedność Sześciu Dłoni. Na spotkaniu siedział w odległości dwóch krzeseł na lewo od Ayt Mady.
Zaczerpnęła tchu, by oczyścić jadeitową aurę z ekscytacji, i skinęła
uprzejmie głową, próbując sobie przypomnieć jego nazwisko. Nacisnął
przycisk ze strzałką w dół.
-?To było wyjątkowo ożywione spotkanie KSJ, nieprawdaż? -?zapytał. -
Zupełnie niepodobne do zwykłych debat budżetowych. Być może nasz kraj
rzeczywiście znalazł się między dwoma tygrysami, jak powiedział generał
Ronu, ale mamy też dwa własne tygrysy, Górę i klan Bez Szczytów. Kiedy
rykniecie, mniejsze stworzenia, takie jak my, biegają w tę i we w tę,
próbując odgadnąć, przy którym z was łatwiej unikną pożarcia.
Winda przybyła i drzwi się otworzyły. Prognostyk Jedności Sześciu Dłoni
skinął uprzejmie na Shae, przepuszczając ją przed sobą. Obrzuciła go
nieufnym spojrzeniem. Nie Postrzegała nieprzyjaznych intencji, nie miała
też powodu, by uważać go za osobistego wroga, ale w końcu był
sojusznikiem Góry.
Wszedł do windy za nią i natychmiast nacisnął przycisk, by nikt z wychodzących nie podążył za nimi. Zostali tylko we dwoje w ciasnej
kabinie. Postrzeganie Shae rozjarzyło się jasnym płomieniem. Tętno
mężczyzny przyśpieszyło. Był podenerwowany, lecz nie uwidaczniało się to
na jego twarzy. Zjeżdżali na parter.
-?Gdzie jest twój filar? -?zapytała Shae. -?Czy nie wychodzicie razem?
-?Wkrótce też wyjdzie, jak już skończy z rozmowami -?odpowiedział. -
Jutro rano wracamy do Lukangu. -?Jedność Sześciu Dłoni miała siedzibę w drugim co do wielkości mieście Kekonu, na południowym wybrzeżu wyspy. Po
czole mężczyzny spłynęła kropelka potu. -?Byłaś już tam kiedyś,
Kaul-jen?
-?Tak, ale dość dawno temu -?odpowiedziała.
-?Bardzo się rozrosło. Myślę, że będziesz pod wrażeniem. Powinnaś nas
odwiedzić, gdy tylko znajdziesz czas.
Wyciągnął wizytówkę z kieszeni na piersi i wręczył ją Shae. Po jednej
stronie na białym tle napisano nazwisko Tyne Retubin oraz numer
telefonu, a po drugiej umieszczono czerwoną pieczęć klanu, znak
symbolizujący autorytet jego filaru.
-?Jedność Sześciu Dłoni będzie zachwycona, jeśli zaszczycisz nas wizytą
-?zapewnił Tyne. -?Możesz do mnie zadzwonić. Porozmawiamy jak dwoje
prognostyków.
Winda się zatrzymała. Drzwi się otworzyły i Tyne wyszedł, nie odzywając
się ani nie oglądając. Shae zaczekała chwilę, by nie widziano ich razem.
Zdawała sobie sprawę, że Tyne Retu wykonał niebezpieczne zadanie zlecone
mu przez filar.
Schowała wizytówkę do kieszeni, dotykając palcem jej brzegu, jakby
sprawdzała ostrość noża. Nie wypuszczała jej z dłoni, nim dotarła do
odległego o pięć przecznic biura na Statkowej. Jej umysł pracował jak
szalony. Prostokątny kartonik mógł być kolejną pułapką Góry, ale mógł
też oznaczać, że karta się odwróciła i bogowie udzielili jej odpowiedzi,
która rozwiąże najpilniejsze problemy klanu Bez Szczytów i pozwoli mu
wyprzedzić wrogów. Jedność Sześciu Dłoni, największy z klanów
podporządkowanych Górze, była zainteresowana przejściem na ich stronę.
***
Pożegnanie Woona było niezobowiązującym spotkaniem urządzonym po pracy w prywatnej sali baru hoji Pijana Kaczka. Zjawiło się wielu
szczęściodawców z klanu pragnących najeść się, napić i złożyć życzenia
Woonowi, ale żaden z nich nie siedział tam zbyt długo. Woon Papidonwę
otaczano na Statkowej szacunkiem, ale nie miał tam zbyt wielu
przyjaciół. To była cena, jaką musiał zapłacić za to, że był zastępcą
prognostyczki, podwładnym młodszej od niego kobiety, nawet jeśli
pochodziła ona z rodziny Kaulów.
-?To było bardzo przyjemne spotkanie, Shae-jen -?oznajmił później.
Dziękuję. -?Zawahał się. -?Odwiózłbym cię do domu jak zwykle, ale
wypiłem kilka kolejek -?wyznał. -?Muszę chwilę zaczekać.
-?Ja poprowadzę -?zaproponowała. -?Przeczyścisz sobie głowę podczas
jazdy.
Woon dał jej kluczyki i pojechali jego samochodem do rezydencji Kaulów.
Gdy dotarli na miejsce, padający z przerwami deszczyk przerodził się w pierwszą wiosenną ulewę. Skinęła na strażników, wjechała do środka i zaparkowała pod domem prognostyka. Woon otworzył parasol i odprowadził
ją do drzwi, unosząc go nad ich głowami. Wpuściła go do środka i zdjęła
płaszcz. Woon potrząsnął parasolem.
-?Zaczekaj, aż przestanie padać i poczujesz, że możesz już prowadzić -
powiedziała.
Zaparzyła herbatę, a potem usiedli razem na kanapie. Woon wziął w ręce
filiżankę, którą mu podała.
-?Pewnie w przyszłym tygodniu po pracy będę bez zastanowienia jeździł
tutaj -?stwierdził. -?I budził się nocami, przerażony myślą, że
zapomniałem ci przypomnieć o ważnym punkcie twojego harmonogramu.
-?Nie rób tego. -?Shae parsknęła śmiechem. -?Cieszę się, że przyjąłeś
nowe wyzwanie -?dodała poważniejszym tonem. -?Mam też nadzieję, że
będziesz mógł spędzać więcej czasu z Kiyą.
Woon skinął głową i wypił łyk herbaty. Od tego pierwszego razu nigdy już
nie wspominał o poronieniu żony i nie mówił, czy spróbują jeszcze raz.
-?Jak wam poszło dziś rano? -?zapytał.
Gdy Shae opowiedziała mu, co się wydarzyło, zerwał się na nogi i zaczął
spacerować po salonie.
-?Przeciągnięcie Jedności Sześciu Dłoni na naszą stronę byłoby ogromnym
sukcesem -?stwierdził. -?Sama ich danina bardzo poprawiłaby naszą
sytuację finansową, nie wspominając już o ich zielonych kościach w Lukangu. To miasto rozwija się bardzo szybko i przejęcie nad nim
kontroli znaczyłoby znacznie więcej niż zagarnięcie przez Górę Fuyin
Kana czy nawet wielu naszych latarników. -?Woon zmarszczył brwi i po
prawej stronie jego czoła pojawił się dołeczek. Jego umysł pracował
intensywnie, podążając tymi samymi drogami, co przedtem umysł Shae. -
Czy to może być pułapka? Próba skłonienia nas do ujawnienia pewnych
informacji albo odsłonięcia się w jakiś sposób?
-?Też się nad tym zastanawiałam -?przyznała Shae. -?Ale Tyne sprawia
wrażenie szczerego. Nie byłby taki nerwowy w tej windzie, gdyby nie
chodziło o los jego klanu.
Woon zaczął spacerować w drugą stronę.
-?Musimy dokładnie wszystko sprawdzić i posuwać się naprzód bardzo
ostrożnie, żeby się upewnić, że to autentyczna oferta, zanim zgodzimy
się na spotkanie z ich przywódcami albo zobowiążemy się do czegokolwiek.
Oczywiście musimy też utrzymywać wszystko w tajemnicy. Zacznę zbierać
wszelkie dostępne informacje o Jedności Sześciu Dłoni i porozmawiam
dyskretnie z naszymi ludźmi w Lukangu.
Shae pokiwała głową. Otworzyła usta, żeby wyrazić na głos zgodę, ale
powstrzymała się nagle.
-?Nie -?sprzeciwiła się.
Woon zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na nią ze zdziwieniem.
-?To już nie jest twoje zadanie -?przypomniała mu. -?Masz teraz inne
obowiązki. -?Uśmiechnęła się, starając się nieco go pocieszyć. -?W pierwszy dzień obejmiesz nowe stanowisko i będziesz miał mnóstwo roboty.
Te sprawy zostaw Lutowi.
Woon będzie klanowym dawcą pieczęci. To było nowe stanowisko. Uznali, że
jest potrzebne, ponieważ uwolni Shae od konieczności poświęcania czasu
na niekończące się zebrania. Jako rzecznik klanu Bez Szczytów i łącznik
do spraw politycznych będzie odpowiedzialny za kontakty z Radą Książęcą,
przedstawicielami obcych rządów, zhołdowanymi klanami oraz prasą. To
będzie dobre zajęcie dla Woona, ponieważ można było polegać, że wszystko
dokładnie przekaże, zrozumie, jakie są priorytety klanu i będzie
postępował zgodnie z nimi, zachowa ostrożność w rozmowach z obcymi i nigdy nie powie im zbyt wiele.
Jej szef sztabu sprawiał dotąd wrażenie zadowolonego z nowej pozycji,
ale tym razem sprzeciwił się niemal gniewnie.
-?To za trudne i zbyt ważne dla Luta.
-?Sam przyczyniłeś się do tego, że dostał tę robotę, Papi-jen -
przypomniała mu. -?Mówiłeś, że jest bardzo bystry i poukładany i że na
pewno dobrze mi się będzie z nim współpracowało.
-?Tak, ale... -?Woon zaciął się na chwilę. -?Jest zupełnie nowy.
Wyszkoliłem go, na ile było to możliwe, ale nadal potrzebuje czasu, by
się nauczyć, jak być twoim cieniem. Przejęcie lennego klanu to
skomplikowane i niebezpieczne zadanie. Nie możemy sobie pozwolić na
żadne błędy. Pozwól mi w tym uczestniczyć i przynajmniej nadzorować
działania Luta.
Shae zaśmiała się słabo.
-?Pamiętasz, że sam prosiłeś o pozwolenie odejścia? Miałeś od tej chwili
pracować mniej, a nie więcej.
Nie była w stanie zapomnieć tego, co powiedział jej Hilo dziś rano w samochodzie. "Nie potrafię zrozumieć, dlaczego się dręczy, pracując dla
ciebie". Woon chciał pozostać jej pomocnikiem w jakiejś formie, ponieważ
był przekonany, że Shae go potrzebuje. I miał rację.
-?W porządku -?ustąpiła. -?Ale pozwól Lutowi wykonać tyle roboty, ile
tylko możliwe, i postaraj się, żeby to nie odciągało cię od twojej
właściwej pracy.
Woon skinął z ulgą głową i usiadł obok niej na kanapie.
-?Bez względu na mój oficjalny tytuł, moim głównym zadaniem zawsze
będzie pomaganie ci, Shae-jen.
Poczuła nagły ucisk w gardle. Przysunęła się do przyjaciela i objęła go
ramionami.
-?Zrobiłeś już wystarczająco wiele -?zapewniła, wspierając podbródek na
jego ramieniu. -?Od sześciu lat polegałam na tobie bez chwili przerwy i dałam ci w zamian bardzo niewiele. Wszyscy składamy przysięgi zielonych
kości i zapewniamy w nich, że jesteśmy gotowi umrzeć za klan. Ale żyć
dla klanu, poświęcać mu każdy dzień, jak ty, Papi-jen... myślę, że to
jeszcze większe poświęcenie.
Jadeitową aurę Woona przeszył impuls emocji. Oparł się o Shae i położył
dłoń na jej ramieniu dotykającym jego piersi.
-?Obawiam się, że myślisz, że opuszczam to stanowisko, bo czuję się
zmęczony albo nie odpowiada mi pozycja twojego cienia. Albo że... -
zawahał się -?oczekuję od ciebie czegoś więcej. Tak nie jest.
Wewnątrz klatki piersiowej Shae narastało napięcie. Nie mogła znieść
myśli, że Hilo miał rację, oskarżając ją, że nie mówi Woonowi tego, co
trzeba mu powiedzieć. Teraz jednak miała okazję to naprawić, nim będzie
za późno.
-?Nie mogę mieć do ciebie pretensji o to, że pragniesz odzyskać własne
życie. To ja ciebie wykorzystywałam -?wyznała, ciesząc się, że Woon nie
widzi jej twarzy. Z pewnością jednak Postrzegał łomotanie jej serca. -
Po zamordowaniu Lana wykorzystałam twoją żałobę, by skłonić cię do pracy
dla mnie, mimo że oboje świetnie wiedzieliśmy, że gdyby wszystko ułożyło
się inaczej, mógłbyś sam zostać prognostykiem. Bez ciebie nie
poradziłabym sobie na Statkowej, ale żałuję, że tak postąpiłam, a jeszcze bardziej tego, że mówię ci o tym dopiero teraz.
Jej były zastępca milczał tak długo, że Shae zaczęła się obawiać, iż
popełniła straszliwy błąd, wspominając o śmierci Lana. Oboje przeżywali
ten smutek, ale nie dzielili się nim ze sobą. Odsunęła ręce od Woona,
ale on odwrócił się do niej, ujął jej drobne dłonie w swoje wielkie
łapska i uścisnął je tak mocno, że wyczuwała jego tętno.
-?Nigdy nie stałbym się takim prognostykiem jak ty, Shae-jen -?oznajmił
ochrypłym głosem, opuszczając wzrok. -?Nie byłem też filarowym, jakiego
potrzebował Lan. Robiłem wszystko, o co mnie prosił, i dotrzymywałem
jego tajemnic, nie zadając pytań. To był błąd. Powinienem był zabrać
głos, sprzeciwić się mu. Pójść do Hilo-jena. Ale tego nie zrobiłem.
Cieszyłem się z awansu i choć wiedziałem, że Lan odniósł rany i bierze
błysk, zostawiłem go samego w chwili, gdy najbardziej mnie potrzebował.
Woon uniósł wzrok. Jego zwykle spokojne oczy wypełniała głęboka
rozterka.
-?Z powodu tego błędu zasłużyłem na śmierć. Obiecałem sobie, że zrobię
dla siostry Lana wszystko, czego nie zrobiłem dla niego, że będę ją
wspierał na wszelkie możliwe sposoby, ale także stawiał jej wyzwania i zawsze mówił jej to, co trzeba powiedzieć, by mogła stać się
prognostykiem, jakim ja nie potrafiłbym być.
Uniósł rękę i otarł łzę spływającą po boku nosa Shae.
-?Nie minęło wiele czasu, nim rola twojego cienia przeszła z obowiązku w coś, co pragnąłem robić dla własnej, egoistycznej przyjemności. Wcale
nie była łatwa i niekiedy obawiałem się, że cię zawiodę, ale gdybym mógł
zacząć od nowa, zgodziłbym się bez wahania. Klan jest moją krwią, ale
dla mnie to prognostyczka jest jego panią.
Shae nie potrafiła mu odpowiedzieć. Deszcz przestał padać i niebo
zrobiło się bezchmurne. Woon puścił jej ręce i odwrócił się, by ukryć
zawstydzoną minę.
-?Powinienem już jechać -?rzekł i zaczął wstawać.
Złapała go za nadgarstek i zerwała się na nogi, nim zdążył się
wyprostować.
-?Nie.
Przez ich jadeitowe aury przebiegła zmarszczka dzielonego pragnienia.
-?Shae... -?zaczął Woon głosem o dziwnej intonacji.
Nagle przestrzeń dzieląca ich od siebie zniknęła. Wpił się w jej usta -
czy może ona zrobiła to pierwsza, nie miała pojęcia, które z nich to
zainicjowało. Wiedziała tylko, że dzielący ich kruchy mur, który
pracowicie podtrzymywali z przeciwnych stron, runął w jednej chwili.
Wpięła się na palce i objęła jego szyję. Woon zanurzył dłonie w jej
włosy, przyciągnął jej głowę bliżej i ich języki odnalazły się nawzajem
z drżącą, pełną desperacji pasją, wypełniającą każdy centymetr
kwadratowy powierzchni ciała Shae.
Wpadła w otchłań pożądania jak kamień wrzucony do spokojnego stawu.
Minęło wiele czasu, odkąd ostatnio z kimś była, prawie cztery lata, a tamten związek zakończył się straszliwą tragedią. Mimo to nie czuła
wahania, całując Woona, nie poddawała mu się świadomie ani nie czuła
szoku wywołanego niezwykłością. To, co się działo, było dla niej znajome
i naturalne jak grawitacja. Czuła żar pożądania wypełniający jego aurę,
jakby ktoś podpalił benzynę. Jego gorąco oślepiało jej zmysł
Postrzegania.
Z ust Woona wyrwał się cichy pomruk. Pocałował ją jeszcze mocniej i wsunął dłonie pod jej bluzkę, dotykając gołej skóry na brzuchu i plecach. Ich oddechy stawały się coraz głośniejsze. Sięgnęła do jego
paska, odpięła go i wyciągnęła koszulę na zewnątrz.
Woon złapał gwałtownie jej dłoń i ją unieruchomił, cofnął głowę i wlepił
w nią spojrzenie, w którym żądza mieszała się ze zdumieniem. Pierś mu
falowała. Z wielkim wysiłkiem starał się zapanować nad sobą. Jego aura
kipiała. Shae patrzyła na niego, otwierając szeroko oczy. Czuła się jak
ptak złapany nagle w locie.
-?Dlaczego? -?zdołał zapytać. -?Dlaczego teraz? -?Shae nie potrafiła
określić, czy naprawdę liczył na odpowiedź. Odwrócił głowę i nią
pokręcił, jakby niespodziewanie otrzymał cios w potylicę i próbował się
uwolnić od mroczków przed oczami. -?Bogowie, dlaczego teraz, po tak
długim czasie?
Pragnęła go objąć i znowu pocałować, ale odsunął się od niej, zapiął
pasek i z powrotem wcisnął koszulę w spodnie. Nie był w stanie spojrzeć
jej w oczy. Wstrząsnęło nią, jak bardzo zraniona się czuje.
-?Byłeś moim szefem sztabu -?odpowiedziała. -?Łączyły nas relacje
służbowe. I... -?Shae poczuła nagłe ukłucie wyrzutów sumienia. -?Byliśmy
wtedy z innymi osobami.
-?Jesteśmy -?poprawił ją Woon. -?Mam żonę.
Dotknął czoła kłębem dłoni i potarł dołeczek. Shae widziała, jak to
robił, kiedy był w biurze i dyskutował z nią o jakimś trudnym problemie.
Speszyło ją, gdy ujrzała ten znajomy gest u siebie w domu, gdy oboje
mieli zaczerwienione twarze i potargane ubrania. Tak bardzo
przyzwyczaiła się do tego, że Woon jest jej solidnym, niezawodnym
współpracownikiem, że po prostu nie potrafiła uwierzyć, że kilka
ostatnich minut wydarzyło się naprawdę. Gdy jednak przyjrzała się jego
głęboko osadzonym oczom, ostro zarysowanym ustom, szerokiej piersi i długim rękom, zadała sobie pytanie, dlaczego nie wydarzyło się
wcześniej.
-?Powinienem już jechać -?powtórzył, tym razem z przekonaniem.
Odrętwienie i strach skupiły się w zimną kulę w brzuchu Shae. Zniszczyła
ich przyjaźń, utraciła jego szacunek i sympatię. Doszła do wniosku, że w ogóle nie radzi sobie z mężczyznami. Była w tym gorsza niż ktokolwiek
inny.
Bez słowa wyjęła kluczyki z kieszeni żakietu i podała mu. Kiedy ich
palce się zetknęły, Postrzegła tęsknotę i dezorientację, które wypełniły
jadeitową aurę Woona, nadając temu przypadkowemu dotykowi
nieproporcjonalnie wielkie znaczenie, biorąc pod uwagę, jakie bariery
przekroczyli przed chwilą.
-?Wybacz -?wyszeptała z przygnębieniem. -?Nie powinnam...
Przerwał jej gwałtownym potrząśnięciem głowy.
-?Nie -?rzekł i wziął stojący przy drzwiach parasol, nie oglądając się
na nią. Garbił się wyraźnie. -?Dobranoc, Shae-jen -?powiedział jeszcze,
bezskutecznie starając się nadać swemu głosowi normalne brzmienie, po
czym otworzył drzwi.
-?Jedź ostrożnie -?ostrzegła go.
Gorączkowo starała się wymyślić jakieś dalsze słowa, które naprawiłyby
sytuację przed jego odejściem, ale nic nie przyszło jej do głowy.
Stanęła przy oknie, odprowadzając wzrokiem oddalające się światła jego
samochodu. Gdy już zniknęły za bramą posiadłości, zarzuciła sobie koc na
ramiona i długo siedziała w milczeniu, popijając gorzką, zimną, zbyt
mocną herbatę.
Rozdział 7. Nowy przyjaciel
ROZDZIAŁ 7
Nowy przyjaciel
Zebrania Ruchu Bezklanowa Przyszłość odbywały się dwa razy w tygodniu w sali Małej Persymony. Półtora roku temu, gdy Bero po raz pierwszy wspiął
się po wąskich schodach do słabo oświetlonego pomieszczenia na piętrze,
znalazł tam tylko trzech mężczyzn grających w karty. Dzisiaj przy barze
i wokół małych stolików zebrało się około trzydziestu osób. Pili brandy,
palili i przekazywali sobie nawzajem ulotki wydrukowane na cienkim,
szarym papierze gazetowym.
Nigdy niemilknące do końca odgłosy janloońskiego ruchu ulicznego
przeszły z cichego szmeru w głośny hałas, gdy ludzie skończyli pracę i wyszli z radością w ciepły wiosenny wieczór. Jednakże nieliczne okna w Małej Persymonie celowo pozostawiono zamknięte. Czerwone lampy wiszące
nad czarnym barem i małym parkietem rzucały słaby, klaustrofobiczny
blask na twarze o podejrzliwym wyrazie. Śmiały atak na kasyno Poczwórna
Wygrana przeprowadzony przed czterema miesiącami zwabił kandydatów na
rewolucjonistów, ale uczynił też podobne zebrania bardziej
niebezpiecznymi. Klan Bez Szczytów nie zdołał dotąd zidentyfikować
sprawców, ale starannie sprawdził wszystkie znane miejsca spotkań
przestępców na swym terytorium i obiecał nagrodę każdemu, kto wskaże
winnych. Suma była tak wysoka, że Bera kusiło, by wydać Guriha, Otonya,
a nawet Tadina, ale zapewne wsypaliby go, zanimby ich zabito.
Bero ruszył ku ławom z czerwonym obiciem ustawionym pod ścianą i usiadł
między Tadinem a młodą kobietą noszącą różową apaszkę. Postawił plecak
między swoimi stopami, uważając, by jego zawartość nie brzęknęła przy
zetknięciu z podłogą. Tadino trącił go kościstym łokciem.
-?Przyniosłeś to? -?wyszeptał. -?Pójdziemy później narobić trochę syfu,
tak?
Guriho i Otonyo nie planowali nowych, spektakularnych ataków. Oznajmili,
że wszyscy powinni na razie siedzieć cicho i skupiać się na werbowaniu
nowych członków RBP. Mimo to Bero i Tadino czasami wybierali się na
miasto z łomami i pojemnikami z farbą, by wyrządzić trochę szkód w klanowych biznesach. Zawsze przemieszczali się między dzielnicami bez
żadnego regularnego wzorca. Byli jak ryby kąsające wieloryba, ale życie
Bera nigdy nie wyglądało inaczej. Przyzwyczaił się do tego, że zawsze
jest na dnie. Można było usunąć farbę i wprawić nowe szyby, ale za
każdym razem klany ponosiły koszty i coraz więcej ludzi zaczynało
rozumieć, że nawet małe rybki mogą zaszkodzić zielonym kościom.
Guriho wyszedł na środek pomieszczenia, trzymając w dłoni podkładkę do
pisania, i zaczął mówić do mikrofonu. Bero zawsze uważał, że oortokański
mieszaniec wygląda jak kozioł w swetrze. Miał małe oczka i długą, gęstą
brodę. Dyszał ciężko i mówiąc, spacerował w tę i we w tę, zawsze też
sprawiał wrażenie nieco zaniedbanego. Był jednak pełnym pasji mówcą.
-?Mówią, że jadeit jest darem nieba, ale w rzeczywistości to klątwa
zesłana przez demony z piekła. Na całym świecie ludzie wykorzystują go
do czynienia zła. Tutaj, na Kekonie, wszyscy muszą żyć pod tyrańską
władzą zielonych kości. W Szotarze noszący jadeit członkowie gangów
barukanów dopuszczają się wymuszeń, morderstw i gwałtów. Wyposażeni w jadeit espeńscy żołnierze zmieniają Oortoko w zniszczone wojną
pustkowie. A kto kontroluje jadeit?! -?zawołał Guriho. -?Kto siedzi na
szczycie tej piramidy przemocy i korupcji? Klany zielonych kości z Kekonu.
Słuchacze poparli go gniewnym pomrukiem i zatupali w podłogę na znak
aplauzu. Kobieta siedząca obok Bera pochyliła się na krawędzi ławki,
słuchając z uwagą. Była ładna. Bardzo ładna. Zbyt ładna i za młoda na to
towarzystwo. Miała krótkie, seksowne włosy, białą jak mleko skórę i pełne, lekko rozchylone wargi.
-?Hej, jak masz na imię?
Spojrzała na niego, unosząc brwi z podejrzliwością i zaciekawieniem.
Bero był przyzwyczajony do takiej reakcji ze strony kobiet, ponieważ był
młody i miał zniekształconą twarz -?co czyniło go brzydkim, lecz
jednocześnie sugerowało, że jest w nim coś interesującego.
-?Ema -?odparła po chwili wahania dziewczyna w apaszce.
Bero chciałby uwierzyć, że z nim flirtuje, podając mu zdrobnienie
osobistego imienia zamiast nazwiska, wiedział jednak, że chodzi o to, że
nikt na tych zebraniach nie chciał ujawniać swej tożsamości. Obecni
stanowili dziwną mieszankę ludzi z podejrzanych środowisk z radykałami -
"nowi zieloni" noszący nielegalny jadeit, byli barukani, uzależnieni
od błysku, studenci i polityczni ekstremiści, tacy jak bojownicy o prawa
Abukei, zwolennicy zakazania pojedynków albo anarchiści. Bero zauważył
nawet z zaskoczeniem siedzącego z tyłu sali cudzoziemca. Wielu z tych
ludzi nienawidziłoby się nawzajem, gdyby ich nienawiść do klanów nie
była silniejsza.
-?Jestem Bero -?przedstawił się kobiecie, mimo że nie zapytała go o imię.
Wróciła do słuchania Guriha, więc trącił ją lekko łokciem.
-?No wiesz, sam kiedyś nosiłem jadeit -?dodał. -?Bardzo dużo jadeitu.
Ciągle musiałem się ukrywać przed zielonymi kośćmi. Skurwysyny omal mnie
nie zabiły. Kilka razy. Dlatego moja twarz tak wygląda. Miałem
szczęście, że uszedłem z życiem.
Obrzuciła go krótkim, poirytowanym spojrzeniem, świadczącym, że mu nie
wierzy.
-?To prawda. Napijmy się potem czegoś, to wszystko ci opowiem.
Guriho łypnął wściekle w kierunku, z którego dobiegały szepty, i Bero
zamknął się z niechęcią.
-?Manifest Ruchu Bezklanowa Przyszłość -?oznajmił mówca i odchrząknął,
nim zaczął czytać poważnym, pełnym samozadowolenia tonem. -?W wiecznej
walce o sprawiedliwsze i równiejsze społeczeństwo, wolne od
prześladowania słabych przez potężnych, pierwszym celem naszych
szlachetnych wysiłków musi być uwolnienie świata od destrukcyjnego
wpływu jadeitu i położenie kresu klanizmowi.
-?Z filozoficznego punktu widzenia to brzmi bardzo dobrze, ale co
właściwie możecie zdziałać w walce z klanami? -?zapytał ktoś niskim
głosem z wyraźnym akcentem.
Wszyscy się odwrócili. Mówiącym był jedyny w sali cudzoziemiec. Niski,
muskularny mężczyzna miał wielki nos, masywne czoło, oczy spoglądające
spod opadających powiek oraz kręcone włosy koloru rdzy. Mimo że nie
pasował do reszty obecnych, jego wygląd i intensywność spojrzenia
przekonywały przyzwyczajonych do zielonych kości Kekończyków, że to
niebezpieczny człowiek, który umie walczyć. W tonie, z jakim zwrócił się
do Guriha, nie było agresji, lecz słyszało się w nim wyzwanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki