Dziedzictwo Jadeitu. Saga o Zielonych Kościach. Tom 3 - Fonda Lee

-
Proszę czekać

Klany zielonych kości

Klany zie­lo­nych kości

A także ich współ­pra­cow­nicy i wro­go­wie

Klan Bez Szczy­tów

Kaul Hilo­shu­don - filar

Kaul Sha­elin­san - pro­gno­styczka

Emery Anden - Kaul przez adop­cję

Kaul Maik Wenru­xian - żona Kaul Hila, kamien­no­oka

Kaul Lan­shin­wan - były filar klanu, star­szy brat Hila; nie żyje

Kaul Nikoyan - syn Kaul Lana, adop­to­wany syn Hila i Wen

Kaul Rulin­shin - syn Hila i Wen, kamien­no­oki

Kaul Jay­alun - córka Hila i Wen

Juen Nurendo - róg

Juen Imrie­jin - żona rogu

Juen Ritto, Juen Din - bliź­nia­czy syno­wie rogu

Maik Tar­mingu - fila­rowy

Maik Keh­nugo - były róg; nie żyje

Maik Sho Lina­lin - wdowa po Keh­nie

Maik Camiko - syn Kehna i Liny

Lott Jinrhu - pięść klanu

Woon Papi­donwa - cień pro­gno­styka

Woon Ro Kiy­alin - żona Woon Papiego

Hami Tuma­shon - zakli­nacz desz­czu

Hami Yasuto - syn Hami Tumy

Terun Bin­tono - szczę­ścio­dawca

Luto Tagu­nin - szczę­ścio­dawca

Kaul Sening­tun - Pło­mień Kekonu, patriar­cha rodziny, nie żyje

Kaul Dushu­ron - syn Kaul Sena, ojciec Lana, Hila i Shae, nie żyje

Kaul Wan Ria­ma­san - wdowa po Kaul Du, matka Lana, Hila i Shae

Yun Doru­pon - były pro­gno­styk, zdrajca; nie żyje

Haru Eyni­shun - była żona Kaul Lana; nie żyje

Kyanla - gospo­sia w rezy­den­cji Kau­lów

Sulima - gospo­sia w rezy­den­cji Kau­lów

Inne pię­ści i palce

Vuay Yuduo - pierw­sza pięść Juen Nu

Iyn Roluan - pięść wyso­kiej rangi

Vin Solunu - pięść wyso­kiej rangi, mający talent do Postrze­ga­nia

Dudo, Tako - oso­bi­ści straż­nicy Kaul Maik Wen

Hejo, Ton, Suyo, Toyi - pię­ści z klanu

Kitu, Kenjo, Sim - palce z klanu

Przy­szłe zie­lone kości

Mal Ging - uczeń w Aka­de­mii Kaul Du, kolega z klasy Jai

Noyu Hanata - uczen­nica w Aka­de­mii Kaul Du, kole­żanka z klasy Jai

Noyu Kain­cau - star­szy brat Noyu Hany

Eiten Asha­san - córka byłej pię­ści, dzie­dziczka gorzelni Prze­klęte Piękno

Teije Inno - odle­gły kuzyn rodziny Kau­lów

Ważni latar­nicy

Pan Une - wła­ści­ciel restau­ra­cji Podwójne Szczę­ście

Pani Sugo - wła­ści­cielka Klubu dla Dżen­tel­me­nów Boski Bez

Fuyin, Tino, Eho - latar­nicy z branży deta­licz­nej

Klan Góra

Ayt Mada­shi - filar

Iwe Kalundo - pro­gno­styk

Nau Suen­zen - róg

Ayt (Koben) Ato­sho - bra­ta­nek Ayt Mady

Koben Yirovu - głowa rodziny Kobe­nów

Koben Tin Bet­tana - żona Koben Yira

Koben Ashi­tin - pięść, syn Yira i Bett

Koben Opo­nyo - latar­nik, wujek Ayt Ata

Sando Kin­ta­nin - pięść, kuzyn Ayt Ata

Aben Soro­gun - pięść wyso­kiej rangi

Niru Vononu - pięść niskiej rangi

Gont Aschentu - były róg klanu; nie żyje

Ven San­do­lan - były latar­nik klanu; nie żyje

Ayt Yugon­tin - Włócz­nia Kekonu, adop­cyjny ojciec Mady, Ima i Eoda; nie żyje

Ayt Immin­sho - adop­to­wany star­szy syn Ayt Yu; nie żyje

Ayt Eodoy­atu - adop­to­wany drugi syn Ayt Yu; nie żyje

Tanku Ushi­jan - były róg z cza­sów Ayt Yugon­tina; nie żyje

Tanku Din­gu­min - pięść, syn Tanku Ushi­jana

Pomniej­sze klany

Jio Wasujo - filar klanu Jed­ność Sze­ściu Dłoni

Jio Somu­sen - róg klanu Jed­ność Sze­ściu Dłoni

Tyne Retu­bin - pro­gno­styk klanu Jed­ność Sze­ściu Dłoni

San­gun Yentu - filar klanu Jo Sun

Icho Dan­jin - szwa­gier San­gun Yena

Icho Ten­n­suno - pięść z klanu Jo Sun

Durn Soshu­nur - filar klanu Czarny Ogon

Ruch Bez­kla­nowa Przy­szłość

Bero - prze­stępca

Gurino - czło­nek zało­ży­ciel RBP

Oto­nyo - czło­nek zało­ży­ciel RBP

Tadino - czło­nek RBP, wła­ści­ciel baru w klu­bie Mała Per­sy­mona

Ema - nowa człon­kini RBP

Vasti Eya Molo­vni - neko­lva, agent z Ygu­tanu

Inni na Keko­nie

Jim Sunto - były Anioł Mary­narki z Repu­bliki Espe­nii

Guim Enmeno - kanc­lerz Rady Ksią­żę­cej Kekonu, wierny Górze

Gene­rał Ronu Yasu­gon - główny doradca woj­skowy Rady Ksią­żę­cej

Canto Pan - prze­wod­ni­czący Kekoń­skiego Soju­szu Jade­ito­wego

Son Tomarho - były kanc­lerz Rady Ksią­żę­cej; nie żyje

Ren Jir­huya - arty­sta

Sian Kugo - pro­du­cent fil­mowy i współ­wła­ści­ciel Wybrzeża Kin

Toh Kitaru - pre­zen­ter pro­wa­dzący wia­do­mo­ści w Kekoń­skiej Sta­cji Pań­stwo­wej

Dano - stu­dent z Kró­lew­skiego Uni­wer­sy­tetu Jan

Lula - kur­ty­zana

Dok­tor Timo, Dok­tor Yon - leka­rze zie­lo­nej kości

Mistrz Aido - pry­watny nauczy­ciel jade­ito­wych dys­cy­plin

Wielki Instruk­tor Le - dyrek­tor Aka­de­mii Kaul Dushu­rona

Przed­sta­wi­ciele rządu espeń­skiego

Galo - agent wywiadu Repu­bliki Espe­nii

Ber­glund - agent wywiadu Repu­bliki Espe­nii

Ara Lonard - amba­sa­dor Repu­bliki Espe­nii w Keko­nie

Puł­kow­nik Jor­gen Basso - dowódca Bazy Mary­narki Wojen­nej na Euma­nie

W Espe­nii

Keko-Espeń­czycy

Dauk Losu­nyin - filar Połu­dnio­wej Pułapki

Dauk Sana­san - żona Dauk Losuna, jego "pro­gno­styczka"

Dauk Coru­jon - "Cory", syn Losuna i Sany, praw­nik

Dauk Keli­shon - "Kelly", sio­stra Cory'ego. Wice­se­kre­tarz Depar­ta­mentu Prze­my­słu

Sammy, Kuno, Tod - zie­lone kości z Port Massy

Remi Jon­ju­nin (Jon Remi) - przy­wódca zie­lo­nych kości w Resville

Migu Sun­jiki - przy­wódca zie­lo­nych kości w Ada­mont Capita

Hasho Bakuta - przy­wódca zie­lo­nych kości w Even­field

Pan i Pani Hian - rodzina gosz­cząca kie­dyś Emery Andena

Rohn Toro­gon - dawny "róg" Połu­dnio­wej Pułapki: nie żyje

Danny Sinjo - spor­to­wiec i aktor

Paczki

Wil­lum "Chu­dziak" Reams - szef paczki z Połu­dnio­wego Brzegu

Joren "Mały Jo" Gas­son - szef paczki z Baker Street

Ric­kart "Cwany Ricky" Slat­ter - szef paczki z Wor­min­gwood; sie­dzi w wię­zie­niu

Bla­ise "Byk" Krom­ner - były szef paczki z Połu­dnio­wego Brzegu; sie­dzi w wię­zie­niu

Inni w Espe­nii

Dok­tor Elan Mar­gen - star­szy rangą nauko­wiec w Cen­trum Badań Medycz­nych Dem­pheya

Rigly Hol­lin - współ­udzia­ło­wiec i wice­pre­zes WBH Focus

Wal­ford, Ber­rett - inni współ­udzia­łowcy WBH Focus

Art Wyles - pre­zes kor­po­ra­cji Anorco Glo­bal Reso­ur­ces

Depu­to­wany Blake Son­nen - prze­wod­ni­czący Naro­do­wej Rady Zdro­wia

Dok­tor Gil­spar - sekre­tarz Espeń­skiego Towa­rzy­stwa Lekar­skiego.

W innych miej­scach

Iyilo - prze­myt­nik jade­itu, szef Ti Pasu­iga; Wyspy Uwiwa

Gut­tano - kie­row­nik Stu­dia Fil­mo­wego Świa­tło Dia­mentu; Szo­tar

Choy­ulo - szef baru­kań­skiego gangu Fal­tów; Szo­tar

Batiyo - czło­nek baru­kań­skiego gangu Fal­tów; Szo­tar

Sel Luca­nito - poten­tat prze­my­słu roz­ryw­ko­wego, wła­ści­ciel Spek­ta­klu Numer Jeden; Mar­cu­cuo

Fal­ston - espeń­ski żoł­nierz

Hicks - espeń­ski żoł­nierz

Rozdział 1. Bezklanowi

ROZ­DZIAŁ 1

BEZ­KLA­NOWI

Poczwórna Wygrana - kasyno połą­czone z hote­lem - nie spra­wiała wra­że­nia naj­lep­szego miej­sca na roz­po­czę­cie rewo­lu­cji. Była dogod­nym celem wyłącz­nie dla­tego, że Bero tu pra­co­wał i wie­dział, jak omi­nąć straże. Cały Jan­loon drżał z zimna po nagłym nadej­ściu naj­chłod­niej­szej i naj­bar­dziej wil­got­nej zimy od dzie­się­cio­leci, ale jasne świa­tła i zgiełk kasyna bez chwili prze­rwy wabiły gra­ją­cych o wyso­kie stawki hazar­dzi­stów oraz zagra­nicz­nych tury­stów, a ich pie­nią­dze napeł­niały kufry klanu Bez Szczy­tów. Dzi­siaj jed­nak tak nie będzie.

Dzie­sięć minut przed połu­dniem Bero poja­wił się w kasy­nie z wóz­kiem baga­żo­wym z trzema waliz­kami i wepchnął go do windy. Było w niej trzech biz­nes­me­nów pogrą­żo­nych w oży­wio­nej roz­mo­wie.

- Góra ofe­ruje mi daninę niż­szą o pięt­na­ście pro­cent - mówił jeden z nich.

- Kau­lo­wie nie mogą temu dorów­nać - poskar­żył się łysy męż­czy­zna w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze. - A mimo to na­dal ocze­kują ode mnie, że będę w sta­nie kon­ku­ro­wać z zagra­nicz­nymi fran­czy­zami, które wyra­stają wszę­dzie jak chwa­sty z powodu umów han­dlo­wych, jakie narzu­cili kra­jowi.

Pierw­szy biz­nes­men skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem.

- Zatem wolisz pła­cić daninę Ayt Madzie?

- To żądna wła­dzy mor­der­czyni, ale co z tego? Wszy­scy oni tacy są. Zro­biła to, co musiała, żeby utrzy­mać kon­trolę nad Górą - wtrą­cił trzeci z nich, mocno opa­lony. - Przy­naj­mniej sta­wia na pierw­szym miej­scu inte­resy Kekonu, a teraz wresz­cie wybrała następcę. Myślę, że...

Drzwi windy, które zaczęły już się zamy­kać, otwo­rzyły się ponow­nie i do środka weszło dwóch cudzo­ziem­ców. Zajęli ostat­nie wolne miej­sce, obok wózka Bera. Byli ubrani po cywil­nemu, ale nie wyglą­dali na tury­stów. Biz­nes­meni umil­kli, spo­glą­da­jąc na obcych z uprzejmą podejrz­li­wo­ścią. W Jan­lo­onie roiło się ostat­nio od przed­sta­wi­cieli zagra­nicz­nych rzą­dów i kor­po­ra­cji.

Winda zje­chała na par­king. Gdy wszy­scy już z niej wyszli, Bero wyto­czył swój wózek wraz z jego zawar­to­ścią na zewnątrz i spoj­rzał na zega­rek. Zie­lone kości z klanu Bez Szczy­tów uważ­nie obser­wo­wały zyskowne kasyna na ulicy Dla Ubo­gich, ale w dziel­nicy nie było ich aż tak wiele. Eitena, który dał Berowi zatrud­nie­nie w Poczwór­nej Wygra­nej, nie było dziś w robo­cie. Bero przez wiele tygo­dni obser­wo­wał har­mo­no­gram pracy ochro­nia­rzy i wie­dział, że w samo połu­dnie w kasy­nie nie będzie żad­nego z jade­ito­wych wojow­ni­ków klanu Bez Szczy­tów. Rzecz jasna, gdy już zacznie się zamie­sza­nie, zaraz się zja­wią. Dla­tego szyb­kość miała klu­czowe zna­cze­nie.

Obok niego zatrzy­mała się fur­go­netka. Sie­dzący za kie­row­nicą Tadino wysko­czył z niej bły­ska­wicz­nie. Jadący z tyłu Oto­nyo i Guriho podą­żyli za nim. Bero raczej nie lubił trzech Oor­to­ka­nów, za ich cudzo­ziem­ski akcent i brzyd­kie ygu­tań­skie ubra­nia - zwłasz­cza Tadina, który miał ostry, szcze­kliwy głos oraz wąską twarz koja­rzącą się z polu­ją­cym na szczury terie­rem. Nie­mniej byli to jedyni znani mu ludzie, któ­rzy nie­na­wi­dzili kla­nów zie­lo­nych kości rów­nie mocno jak on i pra­gnęli ich cał­ko­wi­tego upadku.

- Nikt nas nie zatrzy­my­wał ani nie zada­wał żad­nych pytań - pochwa­lił się Tadino.

Nawet gdyby ktoś się nimi zain­te­re­so­wał, w fur­go­netce nie było broni ani żad­nych podej­rza­nych mate­ria­łów. Bero zdjął walizki z wózka i rzu­cił je na zie­mię. Guriho, Oto­nyo i Tadino wyjęli ich zawar­tość - maski gazowe, pojem­niki z farbą w aero­zolu, łomy, pisto­lety oraz pojem­niki z gazem łza­wią­cym.

Gdy już wypo­sa­żyli się w to wszystko, Bero otwo­rzył klu­czem dla pra­cow­ni­ków drzwi na schody bie­gnące przy szy­bie windy. Po wej­ściu na górę otwo­rzył kolejne drzwi. Za nimi znaj­do­wał się wyło­żony dywa­nami kory­tarz bie­gnący za kuch­nią kasyna.

Tadino uśmiech­nął się i wło­żył maskę gazową. Guriho oraz Oto­nyo klep­nęli się nawza­jem po ple­cach i podą­żyli za jego przy­kła­dem. Ten pierw­szy męczył się przez moment, nim zdo­łał wepchnąć do maski swą bujną brodę. Potem popę­dzili przed sie­bie, nie oglą­da­jąc się na Bera. Oto­nyo wto­czył do kuchni jeden z pojem­ni­ków z gazem łza­wią­cym, a Tadino rzu­cił drugi na pod­łogę kasyna. Jego zawar­tość zaczęła wydo­sta­wać się z sykiem na zewnątrz. Bero przy­ci­snął się do drzwi, by nikt go nie zauwa­żył. Roz­le­gły się krzyki, a potem odgłosy kaszlu i wymio­tów oraz tupot nóg.

Gdy padł strzał, hałasy zaczęły się na dobre - krzyki prze­ra­że­nia na górze, spa­da­jące na pod­łogę tale­rze i prze­wra­cane meble, brzęk tłu­czo­nego szkła, meta­liczny łoskot drzwi ewa­ku­acyj­nych oraz szybki fur­kot obro­to­wych drzwi wej­ścio­wych. Klienci Poczwór­nej Wygra­nej ucie­kali pośpiesz­nie przed gazem, wypa­da­jąc w panice z cie­płej, wygod­nej sali na ulicę Dla Ubo­gich.

Bero zasło­nił ban­daną nos i usta, a potem wyj­rzał zza rogu na klatkę scho­dową. Na­dal ota­czało go okrop­nie dużo hałasu, ale kłęby dymu utrud­niały mu obser­wa­cję. Tro­chę żało­wał, że nie sieje cha­osu razem z innymi - nie strzela w powie­trze, nie wyma­chuje łomem, tłu­kąc szyby, nie nisz­czy ścian ani mebli. Szkody się naprawi, ale koszty obciążą klan Bez Szczy­tów. Upo­ko­rzą go, a jed­no­cze­śnie przed­sta­wią swe sta­no­wi­sko w spo­sób, któ­rego nie można będzie zigno­ro­wać. Bero skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem. Był odważ­niej­szy od swo­ich towa­rzy­szy i miał gęst­szą krew. Robił rze­czy, na myśl o któ­rych te oor­to­kań­skie kun­dle zeszcza­łyby się ze stra­chu.

Cof­nął głowę na klatkę scho­dową i zamknął drzwi. Niczego nie udo­wodni, ster­cząc tu dłu­żej. Jeśli zie­lone kości się zja­wią, poła­mią nogi dur­niom, któ­rych uda im się zła­pać. Bero już zbyt wiele razy unik­nął podob­nego losu. Cenił wła­sne koń­czyny. Kie­dyś miał jadeit i tyle bły­sku, że mógł dobrze żyć z jego sprze­daży. Nie­stety te czasy minęły. Nie­na­wi­dził kla­nów, ale potrze­bo­wał tej roboty.

Drzwi otwo­rzyły się z hukiem i trzej męż­czyźni wypa­dli chwiej­nym kro­kiem na klatkę scho­dową. W ich oczach błysz­czało sza­leń­stwo, włosy mieli prze­po­cone i dyszeli ciężko. Bero popę­dził razem z nimi na par­king. Pierw­szy dotarł na dół i scho­wał się za rogiem, gdy otwo­rzyły się drzwi pobli­skiej windy i wybie­gła z niej szóstka ucie­ka­ją­cych pra­cow­ni­ków kasyna. Kiedy się odda­lili, naci­snął alarm, by winda nie mogła wró­cić na górę, po czym wypro­wa­dził swych towa­rzy­szy z klatki scho­do­wej. Zdjęli maski gazowe i wrzu­cili ekwi­pu­nek do wali­zek.

- Przez dwa tygo­dnie siedź­cie cicho. Potem spo­tkamy się w Małej Per­sy­mo­nie - przy­po­mniał im Guriho, gdy wsie­dli do fur­go­netki.

Pojazd opu­ścił par­king i Bero został sam.

Pod­je­chał wóz­kiem do zsypu i wrzu­cił do niego walizki z obcią­ża­jącą go zawar­to­ścią. Upew­nił się, że jego służ­bowy uni­form się nie pobru­dził, i udał się na codzienną prze­rwę śnia­da­niową. Wró­cił po trzy­dzie­stu minu­tach. Pod Poczwórną Wygraną stały dwa radio­wozy i samo­chód stra­żacki, a po chod­niku spa­ce­ro­wały trzy zie­lone kości z klanu Bez Szczy­tów. Zmu­szeni do opusz­cze­nia poko­jów goście hote­lowi mar­zli na chod­niku, cze­ka­jąc, aż pozwolą im wró­cić. Bero scho­wał ręce do kie­szeni i cze­kał razem z nimi, sta­ran­nie ukry­wa­jąc uśmiech. Po wewnętrz­nej stro­nie szkla­nych drzwi wej­ścio­wych kasyna napi­sano czer­woną farbą: PRZY­SZŁOŚĆ JEST BEZ­KLA­NOWA.

Rozdział 2. Zdrada

ROZ­DZIAŁ 2

ZDRADA

Szó­sty rok, pierw­szy mie­siąc

Kaul Hilo­shu­don przy­glą­dał się sze­ściu biz­nes­me­nom, jedzą­cym w jego towa­rzy­stwie kola­cję. Miał nadzieję, że nie będzie musiał zabić żad­nego z nich. Spo­tkali się w naj­więk­szej pry­wat­nej sali Podwój­nego Szczę­ścia. Na stole na­dal było mnó­stwo jedze­nia, ale Hilo nie miał ape­tytu. Wro­gom mógł odbie­rać życie bez chwili waha­nia, ale to byli ludzie z jego klanu. Znał ich wszyst­kich, lepiej czy gorzej, i od lat utrzy­my­wał z nimi kon­takty. Klan Bez Szczy­tów potrze­bo­wał lojal­nych człon­ków.

- Jak zdro­wie żony, Kaul-jen? - zapy­tał latar­nik Fuyin Kan. Nie­zo­bo­wią­zu­jące roz­mowy toczone przy stole ustą­piły miej­sca peł­nej zaże­no­wa­nia ciszy.

Hilo nie prze­stał się uśmie­chać, ale cie­pło znik­nęło z jego oczu, gdy spoj­rzał na sie­dzą­cego naprze­ciwko męż­czy­znę.

- Rekon­wa­le­scen­cja wymaga wiele czasu, ale jest lepiej niż było. Dzię­kuję, że o to zapy­ta­łeś.

- Sły­szę to z przy­jem­no­ścią - odparł Fuyin. - W końcu nie ma nic waż­niej­szego niż zdro­wie i bez­pie­czeń­stwo naszych rodzin. Niech bogo­wie opro­mie­nią klan Bez Szczy­tów swą łaską.

Wzniósł w toa­ście kie­li­szek hoji. Pozo­stali biz­nes­meni podą­żyli za jego przy­kła­dem.

Fuyin nie był typo­wym bez­ja­de­ito­wym latar­ni­kiem. Nosił dwa pier­ście­nie z jade­itami, jade­itowe kol­czyki w uszach, a do tego sprzączkę u paska. Był kie­dyś pię­ścią, ale przed pięt­na­stu laty opu­ścił mili­tarną stronę klanu, by kie­ro­wać rodzinną firmą zaj­mu­jącą się han­dlem deta­licz­nym. Słowa męż­czy­zny wyra­żały uprzejme zain­te­re­so­wa­nie, ale Hilo Postrze­gał jego jade­itową aurę jako gęstą, skłę­bioną chmurę pełną łatwych do roz­po­zna­nia resen­ty­men­tów oraz nie­uf­no­ści.

Odsu­nął talerz i oparł się wygod­nie, pod­czas gdy kel­ne­rzy zbie­rali tale­rze i napeł­niali fili­żanki her­batą. Nie patrzył na sie­dzącą obok Shae, lecz wyczu­wał w jej aurze ner­wo­wość. Jego sio­stra rów­nież nie jadła zbyt wiele. Nie dało się już dłu­żej odwle­kać roz­mowy.

- Zapro­si­łem was tutaj, ponie­waż pro­gno­styczka mówi mi, że są pewne kwe­stie, które musi­cie omó­wić bez­po­śred­nio ze mną jako fila­rem - zaczął Hilo. - Wszy­scy jeste­ście sza­no­wa­nymi i cenio­nymi latar­ni­kami naszego klanu i w związku z tym pra­gnę, rzecz jasna, poroz­ma­wiać z wami i roz­wią­zać wszel­kie pro­blemy, zanim staną się źró­dłem poważ­nych nie­po­ro­zu­mień.

Pierw­szym latar­ni­kiem, który się ode­zwał, nie był Fuyin, lecz łysy męż­czy­zna sie­dzący obok niego, pan Tino. Zali­czał się do star­szych człon­ków klanu i kie­dyś przy­jaź­nił się z nie­ży­ją­cym dziad­kiem Hila.

- Kaul-jen, bio­rąc pod uwagę obecny stan gospo­darki oraz fakt, że musimy kon­ku­ro­wać nie tylko z naszymi rywa­lami z klanu Góra, lecz rów­nież z zagra­nicz­nymi fir­mami, wie­lo­krot­nie pro­si­li­śmy Biuro Pro­gno­styka o obni­że­nie daniny. Jak z pew­no­ścią sobie przy­po­mi­nasz, klan Bez Szczy­tów pod­niósł ją, by móc toczyć wojnę kla­nową, ale nie obniża jej zna­cząco już od sze­ściu lat.

- Ta wojna trwa, tyle że w ukry­ciu - przy­po­mniał mu Hilo. - Góra zamie­rza prę­dzej czy póź­niej nas pod­bić. Sta­ramy się utrzy­mać daniny na roz­sąd­nym pozio­mie i wyko­rzy­stu­jemy pocho­dzące z nich pie­nią­dze do wzmoc­nie­nia klanu, jak pro­gno­styczka uzna za sto­sowne.

Shae wypro­sto­wała się, usły­szaw­szy te słowa.

- Musimy zwięk­szyć moż­li­wo­ści klanu Bez Szczy­tów, jeśli pra­gniemy poko­nać nie­przy­ja­ciół. Udo­sko­na­li­li­śmy naszą tech­no­lo­gię, powięk­szy­li­śmy Aka­de­mię Kaul Dushu­rona, by mogła szko­lić wię­cej zie­lo­nych kości. Otwie­ramy też biura i pro­wa­dzimy inte­resy za gra­nicą. - Szef sztabu pro­gno­styczki, Woon Papi­donwa, natych­miast wrę­czył jej aktówkę. Otwo­rzyła ją i wyjęła ze środka plik papie­rów. - Mogę was zapo­znać z budże­tem klanu na przy­szły rok i poka­zać, w któ­rych miej­scach dochody z daniny...

Kolejny latar­nik, opa­lony na brąz pan Eho, mach­nął nie­cier­pli­wie ręką.

- Nie wąt­pię, że wyda­je­cie te pie­nią­dze. Pro­blem w tym, na co je poświę­ca­cie. Klan Bez Szczy­tów cią­gle pró­buje pro­wa­dzić inte­resy w Espe­nii, co na dłuż­szą metę z pew­no­ścią zaszko­dzi naszemu kra­jowi. - Nie chciał patrzeć na pro­gno­styczkę, któ­rej nie­raz już oka­zy­wał dez­apro­batę. - Mło­dzież za bar­dzo ulega cudzo­ziem­skim wpły­wom. Dla­tego mamy teraz wyż­szą prze­stęp­czość i wię­cej pro­ble­mów spo­łecz­nych. Weźmy na przy­kład to, co wyda­rzyło się w zeszłym tygo­dniu w kasy­nie Poczwórna Wygrana. To był skan­dal. A odpo­wie­dzial­nych za atak chu­li­ga­nów na­dal nie zła­pano.

Hilo zmru­żył powieki, poiry­to­wany men­tor­skim tonem Eha.

- Jeśli chcesz kogoś oskar­żać o wzrost prze­stęp­czo­ści, pomyśl, jak wielu człon­ków baru­kań­skich gan­gów spro­wa­dziła do kraju Góra, by powięk­szyć swoje sze­regi. Ale to nie ma zna­cze­nia. Wiem, że Góra pró­buje nas podejść, pro­po­nu­jąc niż­sze daniny, w związku z czym nagle docho­dzi­cie do wnio­sku, że to nie­spra­wie­dliwe, że pła­ci­cie tyle co zawsze, pod­czas gdy wydaje się wam, że mogli­by­ście zna­leźć korzyst­niej­szą ofertę.

Pełna zaże­no­wa­nia cisza, która nagle zapa­dła, była wystar­cza­ją­cym potwier­dze­niem. Kilku latar­ni­ków sta­ran­nie uni­kało jego spoj­rze­nia.

Ale Fuyin Kan nie odwró­cił wzroku.

- Przej­ście do innego klanu byłoby trudną i dra­styczną decy­zją - oznaj­mił. - Wpły­nę­łoby nie tylko na sytu­ację finan­sową danego czło­wieka, lecz rów­nież na to, gdzie może miesz­kać, do któ­rej szkoły sztuk walki mogą uczęsz­czać jego dzieci, na jego życie towa­rzy­skie i na to, kto jest jego przy­ja­cie­lem, a kto wro­giem. Nie chcemy się posu­wać tak daleko. Dla­tego przy­by­li­śmy tu całą grupą, licząc na osią­gnię­cie poro­zu­mie­nia.

Pozo­stali latar­nicy prze­su­nęli się ku przo­dowi na znak popar­cia dla tych słów. Fuyin pozwo­lił, by inni prze­mó­wili przed nim, było jed­nak oczy­wi­ste, że to on jest ich przy­wódcą, zgod­nie z podej­rze­niami Hila.

To skoń­czy się źle, pomy­ślał, nie dał jed­nak za wygraną.

- Nie możemy w tej chwili obni­żyć daniny. Mogę dać ci słowo jako filar, że w miarę jak nasze inte­resy za gra­nicą będą się roz­ra­stać, zaczniemy dzie­lić się zyskami z całym kla­nem. Biuro Pro­gno­styka będzie stop­niowo zmniej­szało jej wyso­kość przez pięć naj­bliż­szych lat.

Nie miał poję­cia, czy mia­łoby to sens pod wzglę­dem finan­so­wym, ale brzmiało roz­sąd­nie. W aurze Shae nie zapło­nął nagły gniew na niego, uznał więc, że pora­dzi­łaby sobie z tym zada­niem.

Fuyin potrzą­snął głową.

- To nie jest żaden kom­pro­mis. Wszy­scy tu zgo­dzi­li­śmy się, że spra­wie­dli­wość wymaga, by klan Bez Szczy­tów dorów­nał ofer­cie Góry. Wie­rzymy też głę­boko, że musi zajść zmiana w poli­tyce klanu. Trzeba skoń­czyć z inwe­sto­wa­niem za gra­nicą i sku­pić się na obro­nie naszych inte­re­sów w domu.

W jade­ito­wej aurze Shae poja­wiły się fale kon­ster­na­cji.

- Jeśli obni­żymy daninę, a jed­no­cze­śnie zre­zy­gnu­jemy z dzia­łal­no­ści, która przy­nosi nam naj­szyb­ciej rosnące dochody, klan będzie tra­cił pie­nią­dze na dwóch fron­tach. To droga do zagłady.

Nie­któ­rzy latar­nicy wymam­ro­tali coś pod nosem, ale Fuyin tylko roz­po­starł dło­nie.

- Góra radzi sobie dobrze. Chcesz powie­dzieć, że klan Bez Szczy­tów nie potrafi jej dorów­nać? Jeśli tak, czy możesz mieć do nas pre­ten­sję, jeśli wspól­nie podej­miemy dzia­ła­nia dla zabez­pie­cze­nia naszej przy­szło­ści?

Te słowa mogły nie brzmieć jak groźba, ale nią były. Fuyin zgro­ma­dził kilku nie­za­do­wo­lo­nych latar­ni­ków i oznaj­mił, że jeśli klan Bez Szczy­tów nie spełni ich żądań, wszy­scy przejdą do Góry. Nawet Shae nie potra­fiła zna­leźć odpo­wie­dzi na ten bez­czelny szan­taż.

Hila wypeł­nił gniew mie­sza­jący się z roz­cza­ro­wa­niem.

- Fuyin-jen... - zaczął, kon­cen­tru­jąc całą uwagę na byłej pię­ści i igno­ru­jąc pozo­sta­łych sie­dzą­cych za sto­łem męż­czyzn - po co przy­by­łeś tutaj, by pro­sić mnie o cokol­wiek, skoro już prze­sze­dłeś na stronę Góry? Czy Ayt Mada roz­ka­zała ci, byś pocią­gnął tych ludzi ku zgu­bie razem ze sobą?

Twarz Fuy­ina stała się nie­prze­nik­nioną maską.

- O czym ty gadasz?

- Już od mie­sięcy pła­cisz daninę Górze. Mogę poka­zać wszyst­kim dowód zna­le­ziony przez Maik Tara, ale może lepiej sam się przy­znasz, zamiast kła­mać mi pro­sto w oczy. - Hilo zacho­wy­wał spo­kój, lecz w jego gło­sie pobrzmie­wała zimna, zło­wroga nuta. - Nie jesteś zwy­kłym latar­ni­kiem, jak twoi towa­rzy­sze. Jesteś zie­loną kością, która zła­mała kla­nowe przy­sięgi.

Przy stole zapa­dła cał­ko­wita cisza. Cichy szum gło­sów dobie­ga­jący z pozo­sta­łej czę­ści lokalu, znaj­du­ją­cej się za suwa­nymi drzwiami, brzmiał jak kako­fo­nia. Reszta latar­ni­ków sku­liła się na krze­słach. Z ich twa­rzy odpły­nęły wszel­kie barwy.

- Oskar­żasz mnie o zdradę klanu? Byłem pię­ścią wyso­kiej rangi, kiedy ty jesz­cze byłeś nie­grzecz­nym chło­pa­kiem w Aka­de­mii. To ty zdra­dzi­łeś nas wszyst­kich, Kaul Hilo­shu­don.

Gorycz, którą filar wyczu­wał w aurze Fuy­ina, prze­ro­dziła się w gwał­towną burzę. Cienka war­stewka uprzej­mo­ści, jaką do tej pory utrzy­my­wał, znik­nęła.

- Mój ojciec zbu­do­wał z niczego kwit­nący inte­res, mając tylko wła­sny pot, nie­ustę­pli­wość oraz patro­nat klanu. Dzięki bogom, że już nie żyje i nie musi patrzeć, jak jego firma jest wypy­chana z rynku, bo otwo­rzy­łeś nasz kraj przed cudzo­ziem­cami, jak kurwa roz­kła­da­jąca nogi przed każ­dym. - Głos Fuy­ina stał się ochry­pły i drżący. - Mój syn tak bar­dzo cię podzi­wiał. Chciał się stać taki jak ty. Miał tylko dwa­dzie­ścia lat, był pal­cem dopiero od sze­ściu mie­sięcy, kiedy zabito go bez powodu, w woj­nie kla­nów, do któ­rej ni­gdy by nie doszło pod rzą­dami two­jego brata albo dziadka. Masz czel­ność żądać ode mnie wier­no­ści? Nie, Kaul-jen, jesteś tylko szcze­nia­kiem, a nie fila­rem, a twoja sio­stra liże buty Espeń­czy­kom. Nie jestem ci nic winien.

Hilo nie odpo­wia­dał mu przez nie­ty­powo długą chwilę. Postrze­gał łomo­ta­nie serc i wstrzy­my­wane odde­chy wszyst­kich ota­cza­ją­cych go ludzi, zwłasz­cza Shae, był to jed­nak jedy­nie dro­biazg w porów­na­niu z naci­skiem wzbie­ra­ją­cym w jego dło­niach i gło­wie.

- Fuyin-jen... - zaczął wresz­cie - widzę, że trud­no­ści, któ­rych doświad­czy­łeś, wzbu­dziły w tobie nie­na­wiść do mnie, ale popeł­ni­łeś błąd, pozwa­la­jąc, by wyko­rzy­stała cię Ayt Mada. - Wstał i spoj­rzał byłej pię­ści pro­sto w oczy. - Jeśli czu­łeś się tak bar­dzo nie­szczę­śliwy, w każ­dej chwili mogłeś poroz­ma­wiać ze mną. Bez względu na to, czy to kło­poty w inte­re­sach spo­wo­do­wały, że pra­gniesz się wyrzec życia, czy nie możesz wyba­czyć mi śmierci swego syna, mogłeś popro­sić, bym pozwo­lił ci odejść z hono­rem, a być może nawet zało­żyć swój mały klan w jakiejś innej czę­ści kraju. Zgo­dził­bym się na to z uwagi na wysoką pozy­cję two­jej rodziny i dawne poświę­ce­nia. Nie musia­łeś sprze­da­wać się Górze ani wcią­gać innych w tę pier­do­loną farsę, która miała zaszko­dzić kla­nowi Bez Szczy­tów.

Fuyin sta­nął na pal­cach. Był wyż­szy niż filar, prze­kro­czył już czter­dziestkę, ale na­dal był w świet­nej for­mie fizycz­nej. Czę­sto ćwi­czył z innymi zie­lo­nymi kośćmi.

- Miał­bym cię bła­gać o pozwo­le­nie na opusz­cze­nie mia­sta, w któ­rym się uro­dzi­łem, by żyć na wygna­niu jak bez­war­to­ściowy wyrzu­tek? Mam obciąć sobie ucho i skom­leć o daro­wa­nie życia? Ni­gdy. - Jego twarz zamarła w wyra­zie strasz­li­wej deter­mi­na­cji. - Kaul Hilo­shu­don, fila­rze klanu Bez Szczy­tów, ofe­ruję ci czy­stą klingę. - W pokoju roz­le­gły się szepty zdu­mie­nia i lęku. Od lat nikt nie wyzwał Kaula Hilo na poje­dy­nek. - Wybierz miej­sce i broń...

- Odma­wiam. - Odpo­wiedź Hila zmro­ziła wszyst­kich w pokoju. Na twa­rzy filaru dostrze­gało się jego sławną furię. - Jesteś zdrajcą. Nie zasłu­gu­jesz na poje­dy­nek. Przy­kro mi z powodu śmierci two­jego syna i nie­po­wo­dzeń w inte­re­sach, ale wielu z nas prze­żyło strasz­liwe tra­ge­die, a mimo to nie zła­mało przy­siąg.

Fuyin dał się na moment zbić z tropu. Nawet Shae i Woon patrzyli na Hila z zasko­cze­niem. Ni­gdy dotąd nie sły­szano, by Kaul Hilo­shu­don odrzu­cił oso­bi­ste wyzwa­nie. Opadł z nie­do­wie­rza­niem na pięty.

- Jesteś tchó­rzem - wark­nął.

- Jestem fila­rem klanu - odparł Hilo. - Postą­pił­bym głu­pio, gdy­bym wąt­pił, że na­dal pozo­sta­jesz groź­nym wojow­ni­kiem. - Być może nie masz już po co żyć, ale ja nie mogę się nara­zić na obra­że­nia, które odcią­gnę­łyby mnie na pewien czas od rodziny i obo­wiąz­ków. - Zmarsz­czył brwi. Zro­zu­miał, że tłu­ma­czy przy­czyny odmowy raczej sobie samemu niż Fuy­inowi. - Jeśli pra­gniesz zacho­wać życie, możesz oddać wszystko, co posia­dasz, kla­nowi i zaak­cep­to­wać wygna­nie z Kekonu. W prze­ciw­nym razie przy­znam ci śmierć kon­se­kwen­cji, z bro­nią w ręku. To wszystko.

Gdy Hilo wypo­wie­dział te słowa, drzwi pokoju otwo­rzyły się nagle i do środka wszedł Juen Nu, róg klanu Bez Szczy­tów. Towa­rzy­szyli mu Maik Tar i Iyn Ro. Trzy zie­lone kości cze­kały na dole. Hilo roz­ka­zał im wejść do środka, gdy tylko Postrzegą jakieś zagro­że­nie ze strony któ­re­goś z obec­nych. Pan Tino i pan Eho odsu­nęli się od Fuy­ina, otwie­ra­jąc sze­roko oczy, jakby nagle stał się tyka­jącą bombą zega­rową. Oskar­żony o zdradę rzu­cał spoj­rze­nia na wszyst­kie strony. Ręce mu drżały. Juen, Maik i Yin ruszyli ku niemu, okrą­ża­jąc wielki stół z obu stron. Żaden z latar­ni­ków nie odwa­żył się wstać z krze­sła.

Shae zaczęła się pod­no­sić. Jej aura iskrzyła się nie­spo­koj­nie. Pro­gno­styczka wezwała tych latar­ni­ków na obiad, który miał dopro­wa­dzić do pojed­na­nia, a teraz wyglą­dało na to, że zakoń­czy się egze­ku­cją.

- Hilo - wysy­czała, na tyle gło­śno, żeby ją usły­szał. - Nie rób tego w tym miej­scu. Lepiej...

Nikt nie usły­szał reszty jej suge­stii, ponie­waż Fuyin wyszarp­nął mały pisto­let z ukry­tej pod paskiem wszy­wa­nym kabury i zaczął strze­lać.

Tar zare­ago­wał natych­miast, wzno­sząc Odbi­ja­nie przed fila­rem. Mało­ka­li­browe poci­ski pomknęły ku sufi­towi. Fuyin Kan odrzu­cił broń, wark­nął wście­kle i posił­ku­jąc się Lek­ko­ścią, prze­sko­czył nad sto­łem. Wycią­gnął karam­bit i spró­bo­wał ciąć w gar­dło Hila.

Filar odpo­wie­dział na atak. Wsko­czył na stół, rów­nież poma­ga­jąc sobie Lek­ko­ścią, i zła­pał prze­ciw­nika za łokieć, powstrzy­mu­jąc tra­jek­to­rię jego broni. Potem pchnął z całej siły jego śro­dek cięż­ko­ści, pozba­wia­jąc go rów­no­wagi, gdy tylko Lek­kość zaczęła opusz­czać Fuy­ina i jego stopy dotknęły blatu. Napast­nik zachwiał się, ale ude­rzył śmier­tel­nie groź­nym Prze­no­sze­niem. Stal Hila led­wie zdo­łała odbić atak. Filar obró­cił się bły­ska­wicz­nie, pocią­ga­jąc dru­giego męż­czy­znę za sobą. Stopa Fuy­ina wpa­dła w wazę na wpół wypeł­nioną sty­gnącą zupą. Męż­czy­zna pole­ciał na łeb na szyję ku skra­jowi stołu. Tale­rze, fili­żanki i jedze­nie wyska­ki­wały na wszyst­kie strony spod stóp wal­czą­cych.

Wiele lat temu, gdy Hilo był jesz­cze nasto­lat­kiem i uczył się w Aka­de­mii, ćwi­czył rów­no­wagę i Lek­kość, ćwi­cząc ze spa­ring­part­ne­rami na wąskich pół­kach i chwie­ją­cych się plat­for­mach. Wtedy uwa­żał, że te ćwi­cze­nia są głu­pie. Walki toczono na asfal­cie i beto­nie, nie na kło­dach nad wodo­spa­dami, jak na fil­mach. Teraz, gdy wal­czył na stole w restau­ra­cji, przy­po­mniał sobie na moment, jak instruk­to­rzy uczyli go, że zie­lone kości, choćby nawet naj­le­piej przy­go­to­wane, nie mogą liczyć na to, że zawsze będą miały szansę wyboru, w jakich warun­kach chcą wal­czyć. Szar­pali się ze sobą, obaj pochy­leni, aż Hilo wycią­gnął bły­ska­wicz­nie lewą rękę i oto­czył głowę prze­ciw­nika od tyłu, jakby była piłką szta­fe­tową. Uniósł karam­bit, który poja­wił się nagle w jego pra­wej dłoni, i wbił w szyję Fuy­ina. Zła­pał go za włosy i pocią­gnął jego twarz ku sto­łowi. Karam­bit wbił się głę­biej. Gdy męż­czy­zna opadł na kolana, roz­legł się trzask roz­bi­ja­nych tale­rzy. Hilo pocią­gnął nóż ku górze, uży­wa­jąc całej swej Siły, i prze­ciął tcha­wicę.

Fuyin mio­tał się jesz­cze przez kró­ciutką chwilę, zrzu­ca­jąc na pod­łogę kolejne przed­mioty. Wresz­cie znie­ru­cho­miał. Pod jego pod­bród­kiem utwo­rzyła się kałuża krwi, ciem­niej­sza plama na czer­wo­nym obru­sie, mie­sza­jąca się z roz­la­nym roso­łem oraz kawał­kami jedze­nia. Wszystko to trwało nie­spełna minutę. Hilo na­dal sły­szał słabo, lekko ogłu­szony hukiem wystrza­łów w zamknię­tym pomiesz­cze­niu. Kiedy zwró­cił się do pię­ciu pozo­sta­łych latar­ni­ków, któ­rzy pod­no­sili się już z pod­łogi, nie był pewien, czy krzy­czy, czy mówi nor­mal­nie.

- Czy jest tu ktoś jesz­cze, kto ma jakieś oso­bi­ste pre­ten­sje, albo czuje się tak nie­za­do­wo­lony, że jest gotowy pod­trzy­mać żąda­nia Fuy­ina?

Latar­nicy wstali z potul­nymi minami. Pan Eho spoj­rzał na ciało i prze­łknął gło­śno ślinę, po czym dotknął czoła sple­cio­nymi dłońmi i pokło­nił się nisko, odda­jąc honory fila­rowi.

- Kaul-jen, muszę ze wsty­dem wyznać, że ule­głem namo­wom Fuy­ina wyłącz­nie z powodu finan­so­wej inte­re­sow­no­ści. Z rado­ścią akcep­tuję zapro­po­no­wany przez cie­bie kom­pro­mis. To cał­ko­wi­cie mnie zado­wala.

- Mnie rów­nież, Kaul-jen - dodał pośpiesz­nie pan Tino, otrze­pu­jąc spodnie. - Wybacz mi moją głu­potę. Sądzi­łem, że Fuyin repre­zen­tuje inte­resy nas wszyst­kich, ale teraz widzę, że popeł­ni­łem błąd, ufa­jąc mu. Mamy szczę­ście, że natych­miast go przej­rza­łeś.

Pozo­stali latar­nicy poki­wali gło­wami, wyraź­nie zawsty­dzeni, i rów­nież zapew­nili, że są wierni kla­nowi.

Hilo miał ochotę stłuc wszyst­kich na kwa­śne jabłko, a potem zażą­dać, by obcięli sobie uszy, jeśli pra­gną zacho­wać patro­nat klanu, powstrzy­mał jed­nak ten impuls. Nie sądził, by ci biz­nes­meni mieli wystar­cza­jąco gęstą krew, żeby wytrzy­mać coś takiego. Leżące na stole ciało Fuy­ina było wystar­cza­ją­cym argu­men­tem. Dal­sze zastra­sza­nie ich nie dałoby mu nic poza oso­bi­stą satys­fak­cją. Odwró­cił się z nie­sma­kiem.

- Zabierz­cie ich stąd - roz­ka­zał swoim pię­ściom.

Iyn wypro­wa­dziła skar­co­nych latar­ni­ków z budynku. Odda­lili się z wielką ochotą, rzu­ca­jąc ner­wowe spoj­rze­nia za sie­bie. Nie­któ­rych z nich szczere wyrzuty sumie­nia albo strach mogły rze­czy­wi­ście skło­nić do powrotu z uchem w szka­tułce, ale Hilo o to nie dbał. Uwa­żał, że bez­ja­de­ito­wym latar­ni­kom ni­gdy nie można ufać. Chro­niła ich aisho i zale­żało im wyłącz­nie na pie­nią­dzach. Ocze­ki­wali od klanu siły i ochrony, ale z łatwo­ścią mogli prze­nieść swą wier­ność na inny, dla zysku albo z chęci prze­trwa­nia. Nie można było mieć pre­ten­sji do Ayt o to, że ze wszyst­kich sił sta­rała się ich ukraść.

- Lepiej pójdę poroz­ma­wiać z panem Une, żeby uspo­koić sytu­ację - ode­zwał się Juen.

Huk strza­łów i odgłosy prze­mocy z pew­no­ścią zakłó­ciły atmos­ferę w lokalu i prze­stra­szyły sta­rego restau­ra­tora. Była wła­śnie pora obia­dowa. Po wyj­ściu rogu Tar objął ramie­niem barki Hila.

- Za szybko go zała­twi­łeś, Hilo-jen. Jestem twoim fila­ro­wym, czy nie mogłeś mi pozwo­lić zdo­być choć odro­biny jego zie­leni?

Hilo łyp­nął z kwa­śną miną na zwłoki Fuy­ina. Nie odpo­wie­dział na uśmiech szwa­gra.

- Zabierz jego jadeit dla klanu - roz­ka­zał. - Nie czuł­bym się dobrze, nosząc go, bo wiem, że jego syn zgi­nął za klan Bez Szczy­tów, kiedy byłem rogiem.

Ruszył ku drzwiom, ale Shae zagro­dziła mu drogę. Jej jade­itową aurę wypeł­niało nie­za­do­wo­le­nie.

- Chcesz po pro­stu sobie pójść i nie powie­dzieć nic wię­cej? - zapy­tała.

Noz­drza Hila roz­sze­rzyły się, gdy usły­szał ton jej głosu.

- Co jesz­cze miał­bym powie­dzieć? Chcia­łaś, żeby ten obiad roz­wią­zał pro­blem uskar­ża­ją­cych się latar­ni­ków. Już się nie uskar­żają, prawda?

- Nie sądzisz, że jeśli zamie­rza­łeś zli­kwi­do­wać Fuy­ina na oczach wszyst­kich, to powin­ni­śmy poroz­ma­wiać o tym wcze­śniej? Dla­czego mi nie powie­dzia­łeś, że masz dowody na to, że płaci daninę Górze?

- Bo ich nie mia­łem - wark­nął. - Mia­łem prze­czu­cie. Kiedy zoba­czy­łem jego reak­cję, byłem już pewny. Już przed­tem miał do mnie pre­ten­sje, nic więc dziw­nego, że Ayt do niego dotarła. Był zde­ter­mi­no­wany zgi­nąć i zabrać mnie ze sobą do grobu.

Mimo że Hilo rozu­miał to wszystko, uwa­żał zdradę byłej pię­ści za sprawę oso­bi­stą. Zarzuty Fuy­ina na­dal nio­sły się echem w jego gło­wie. Pra­gnął wyjść stąd, odda­lić się od ciała.

Spró­bo­wał ode­pchnąć Shae na bok, ale ona ponow­nie zagro­dziła mu drogę.

- To nie jest żadne wyj­ście, Hilo - nie ustę­po­wała. - Egze­ku­cja zdrajcy może uspo­koić ludzi na pewien czas, ale nie roz­wiąże pro­ble­mów, z powodu któ­rych ci latar­nicy zwró­cili się prze­ciwko nam. Nie roz­ma­wia­li­śmy ze sobą o tych spra­wach jak filar z pro­gno­styczką.

Hilo odsło­nił zęby, pochy­la­jąc się ku sio­strze.

- Chcesz roz­ma­wiać ze mną jak pro­gno­styczka? W takim razie rób to, co należy do pro­gno­styczki. Powiedz mi, jak to, do chuja, moż­liwe, że Góra wydaje wię­cej i krad­nie nasze biz­nesy, mimo że pobiera tak niską daninę? Powiedz mi, jak możemy ich powstrzy­mać i wygrać. A jeśli nie potra­fisz, oszczędź mi swo­ich cho­ler­nych wykła­dów.

Otwo­rzyła usta, żeby mu odpo­wie­dzieć, a potem zamknęła je tak gwał­tow­nie, że Hilo usły­szał trzask zębów. Łyp­nęła na niego ze zło­ścią. Jej twarz poczer­wie­niała z iry­ta­cji. Woon, który stał obok, poło­żył dłoń na ramie­niu pro­gno­styczki i odcią­gnął ją do tyłu. Hilo wypadł ze zło­ścią z pokoju.

Juen na­dal roz­ma­wiał z zanie­po­ko­jo­nym panem Une, dzięki czemu Hilo nie był nara­żony na zała­my­wa­nie rąk i ocie­ra­nie czoła w wyko­na­niu sta­rego restau­ra­tora. Nie­któ­rzy ze sta­łych gości Podwój­nego Szczę­ścia ulot­nili się pod­czas krót­kiego wybu­chu prze­mocy, być może oba­wia­jąc się, że roz­leje się ona na resztę restau­ra­cji. Nie­wy­klu­czone też, że prze­stra­szył ich atak anar­chi­stów na kasyno Poczwórna Wygrana, do któ­rego doszło w zeszłym tygo­dniu. Inni jed­nak sie­dzieli sobie spo­koj­nie w restau­ra­cji. Na widok Hila wymam­ro­tali pełne sza­cunku słowa i dotknęli czół, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie zer­kać do pomiesz­cze­nia, w któ­rym znaj­do­wały się zwłoki. Wycią­gali szyje z cho­ro­bliwą cie­ka­wo­ścią, jaką widzi się pod­czas spek­ta­ku­lar­nych zde­rzeń samo­cho­dów albo poża­rów budyn­ków. Wie­czo­rem cały Jan­loon będzie wie­dział, że Fuyin Kana zabito za zdradę klanu.

Filar opu­ścił restau­ra­cję głów­nym wej­ściem i usiadł za kie­row­nicą duchesse signa. Miał w Podwój­nym Szczę­ściu zare­zer­wo­wane miej­sce na par­kingu i zawsze, gdy odwie­dzał lokal, pil­no­wano jego samo­chodu. Tar podą­żył za nim i zastu­kał w okno po stro­nie pasa­żera. Gdy tylko Hilo opu­ścił szybę, oparł się o okno, wsa­dza­jąc ręce do środka.

- Dokąd się wybie­rasz? - zapy­tał bur­kli­wym tonem. Mogło to zna­czyć, że boi się o bez­pie­czeń­stwo Hila albo po pro­stu jest zły, bo go pomi­nięto.

- Muszę się tro­chę prze­je­chać, żeby prze­wie­trzyć sobie głowę - odpo­wie­dział Hilo, wsu­wa­jąc klu­czyk do sta­cyjki. - Pomóż Juenowi i Iyn wszystko posprzą­tać. - Hilo chwi­lami oba­wiał się zle­cać kla­nowe zada­nia Maik Tarowi i Iyn Ro jed­no­cze­śnie, z uwagi na ich burz­liwy zwią­zek, cią­gle waha­jący się mię­dzy żarem a chło­dem. W tej chwili jed­nak doga­dy­wali się nie­źle. - Przy­go­tuj się na podróż do Port Massy. O tej porze roku jest tam zimno. Weź ze sobą cie­płe ubra­nie. Masz wszystko, czego potrze­bu­jesz? Bilety, pasz­port i tak dalej?

- Jasne - odparł jego szwa­gier.

- Będę w domu za parę godzin - dodał Hilo i ruszył, zosta­wia­jąc Tara na par­kingu. Spoj­rzał jesz­cze we wsteczne lusterko i zauwa­żył, że jego fila­rowy jest wyraź­nie smutny i zagu­biony.

***

Jeź­dził pół godziny, nie zmie­rza­jąc wła­ści­wie ni­gdzie. Włą­czył ogrze­wa­nie, by ode­pchnąć od sie­bie mroźne powie­trze, dzia­ła­jące na mia­sto jak zimny ręcz­nik przy­ci­śnięty do ciała. Ulice wywie­rały wyjąt­kowo przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Jaskrawe kolory Jan­lo­onu wybla­kły pod sza­rym, bez­chmur­nym nie­bem. Ludzie byli pod­eks­cy­to­wani wia­do­mo­ścią, że w górach spadł śnieg.

Zdał sobie sprawę, że, nawet się nad tym nie zasta­na­wia­jąc, poje­chał do Dziel­nicy Por­to­wej i zatrzy­mał się przed Klu­bem dla Dżen­tel­me­nów Boski Bez. W ostat­nich latach wiele w Jan­lo­onie się zmie­niło, ale Boski Bez na­dal był taki sam. Hilo pomy­ślał z iro­nią, że to pewny inte­res, któ­remu nie zaszko­dzą nowo­cze­sność ani zagra­niczna kon­ku­ren­cja. Odźwierny odpro­wa­dził jego samo­chód, a gdy tylko Hilo wszedł do środka, pani Sugo, latar­niczka będąca wła­ści­cielką klubu, przy­wi­tała go ewi­dent­nie fał­szy­wym uśmie­chem. Rzecz jasna, ni­gdy nie była dla niego nie­uprzejma i zawsze pil­no­wała, by jego wizyty prze­bie­gały dokład­nie tak, jak sobie tego życzył. Z pew­no­ścią jed­nak nie przyj­mo­wała z entu­zja­zmem rzad­kich, nie­za­po­wie­dzia­nych odwie­dzin filaru.

- Kaul-jen - przy­wi­tała go. Oddała mu honory i zapro­wa­dziła go do luk­su­sowo urzą­dzo­nego pokoju, w któ­rym znaj­do­wała się kanapa. - Cie­szę się, że znowu cię widzę. Mam posłać po Sumi? Albo po Vinę?

Hilo pokrę­cił głową.

- Po jakąś inną.

Przy­kle­jony do twa­rzy pani Sugo uśmiech osłabł nieco.

- Czy mogę zapy­tać, Kaul-jen, tylko po to, żeby świad­czyć ci lep­sze usługi, czy coś ci się nie podo­bało u któ­rej­kol­wiek z kobiet, z któ­rymi spę­dza­łeś tu czas?

- To kurwy - odpo­wie­dział. Nie było w tym zło­ści, po pro­stu czuł się zmę­czony. Rzu­cił mary­narkę na opar­cie kanapy i nalał sobie szklankę cytru­so­wej wody ze sto­ją­cego na stole dzbanka. - Tylko nie przy­sy­łaj mi żad­nej, z któ­rej korzy­stał mój brat. Ta myśl mi się nie podoba.

Pani Sugo zaci­snęła mocno usta, masku­jąc nie­za­do­wo­le­nie uprzej­mym ukło­nem, i wyszła z pokoju. Hilo klap­nął na kanapę, zamknął oczy i potarł kciu­kami ich kąciki. Nie potra­fił zro­zu­mieć, dla­czego Lan odwie­dzał ten lokal. Doszedł do wnio­sku, że jego brat z pew­no­ścią czuł się roz­pacz­li­wie samotny. Raczej zasmu­ciła go myśl, że sam zna­lazł się teraz w podob­nej sytu­acji. Był fila­rem klanu już od sze­ściu lat. Dłu­żej niż Lan. Bra­cia nie byli zbyt­nio do sie­bie podobni, ale być może pozy­cja filaru wpły­wała tak samo na każ­dego męż­czy­znę - izo­lo­wała go i męczyła, aż wresz­cie go zabi­jała, szybko albo powoli.

Nie mógł się powstrzy­mać przed zada­wa­niem sobie pyta­nia, czy Ayt Mada, która zamor­do­wała wielu człon­ków wła­snego klanu, kie­dy­kol­wiek czuła się rów­nie głę­boko roz­cza­ro­wana i zra­niona jak on w tej chwili. Sam bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał ją zamor­do­wać, posłu­gu­jąc się rodziną Venów z klanu Góra, nie powi­nien się więc dzi­wić, że ona rów­nież w podobny spo­sób wyko­rzy­sty­wała nie­za­do­wo­le­nie czy słabe punkty w jego kla­nie. Shae miała rację, choć przy­zna­wał to z wielką nie­chę­cią. Zdrada Fuy­ina nie była izo­lo­wa­nym przy­pad­kiem, a jego śmierć nie roz­wiąże praw­dzi­wego pro­blemu. Po wielu nie­uda­nych zama­chach na życie Hila Góra roz­po­częła dłu­go­trwałą kam­pa­nię, mającą znisz­czyć eko­no­micz­nie klan Bez Szczy­tów.

Roz­le­gło się ciche puka­nie. Hilo wstał z kanapy, otwo­rzył drzwi i zna­lazł za nimi piękną kobietę. Miała ciem­niej­szą skórę i wię­cej krą­gło­ści niż ta, która usłu­gi­wała mu pod­czas poprzed­niej wizyty, jakieś dwa czy trzy mie­siące temu. Przy­nio­sła heba­nową tacę z butelką hoji i cia­stecz­kami dak­ty­lo­wymi uło­żo­nymi na deli­kat­nym gli­nia­nym tale­rzyku.

- Kaul-jen - rze­kła. Jej głos był pełen tro­ski, ale pobrzmie­wała w nim ner­wowa nuta, suge­ru­jąca, że pani Sugo i pozo­stałe dziew­czyny ostrze­gły ją, czego ma się spo­dzie­wać. - Czy mogę wejść?

Hilo przy­trzy­mał jej drzwi.

Posta­wiła tacę na niskim sto­liku przed kanapą, uklę­kła przed nim i sta­ra­nie pod­wi­nęła rękaw, po czym otwo­rzyła butelkę hoji i napeł­niła dwa kie­liszki. To był dobry, stary tru­nek o sil­nym, skom­pli­ko­wa­nym bukie­cie.

Hilo wypił kie­li­szek.

- Chodź do łóżka - zażą­dał.

- Kaul-jen - odparła kobieta suge­styw­nym, uspo­ka­ja­ją­cym tonem. - Ni­gdzie się nam nie śpie­szy. Możesz tu zostać całą noc. Czemu nie odprę­żysz się na moment i nie pozwo­lisz, bym dała ci wię­cej rado­ści? Z pew­no­ścią potrze­bu­jesz chwili ulgi od trud­nych zadań filaru. Wypijmy jesz­cze jedną kolejkę i będziesz mógł mi opo­wie­dzieć, jak ci minął dzień.

Hilo wykrzy­wił usta w iro­nicz­nym gry­ma­sie.

- Mam w domu żonę i dzieci. Nie potrze­buję roz­mów. - Wstał. - Jeśli będziesz współ­pra­co­wać, to nie potrwa długo.

Wle­piła w niego spoj­rze­nie. Otwo­rzyła usta, jakby chciała pod­jąć kolejną próbę prze­ko­na­nia go, ale potem z obu­rze­niem posta­no­wiła dać sobie z tym spo­kój. Skoń­czyła z uda­wa­niem, wypiła hau­stem kie­li­szek hoji, wypro­sto­wała się, roz­wią­zała pasek jedwab­nej szaty i pozwo­liła, by opa­dła na pod­łogę. Poło­żyła się nago na kana­pie z gry­ma­sem rezy­gna­cji na twa­rzy. Hilo pomy­ślał, że wygląda to atrak­cyj­niej niż jej wystu­dio­wany uśmiech, bo przy­naj­mniej jest auten­tyczne. Miała gładką skórę i zna­mię na brzu­chu, obok pępka.

Roze­brał się. Dziew­czyna otwo­rzyła sze­roko oczy, ujrzaw­szy plamy krwi na ręka­wach oraz karam­bit, który odpiął i poło­żył na sto­liku obok tacki. Potem otwo­rzyła je jesz­cze sze­rzej na widok błysz­czą­cych kawał­ków jade­itu na jego oboj­czy­kach, piersi i wokół pępka.

- Nie doty­kaj ich, a nic ci się nie sta­nie - uspo­koił ją Hilo, widząc strach w jej oczach. Pod­niósł jedną z dar­mo­wych pre­zer­wa­tyw leżą­cych na sto­liku.

- Odwróć się i oprzyj na rękach i kola­nach.

Kiedy skoń­czył z nią i poszła do łazienki, ubrał się, zabrał mary­narkę i nóż, a potem zjadł dwa cia­steczka z tacki. Zosta­wił na sto­liku hojny napi­wek. Kur­ty­zany z Nie­biań­skiego Bzu zara­biały przede wszyst­kim na sta­łych klien­tach, któ­rzy czę­sto kupo­wali im pre­zenty i pła­cili dodat­kowo za wyłączny dostęp. Ponie­waż nie spo­dzie­wał się, by miał jesz­cze kie­dyś ją zoba­czyć, uznał, że powi­nien dodat­kowo zapła­cić za jej zmar­no­wany czas.

Na dole pani Sugo życzyła mu dobrej nocy, uśmie­cha­jąc się kwa­śno. Rozu­miał jej iry­ta­cję. Nie­biań­ski Bez był przy­byt­kiem wyso­kiej klasy. Tutej­sze kur­ty­zany potra­fiły grać na róż­nych instru­men­tach, recy­to­wały poezję i towa­rzy­szyły klien­tom na ele­ganc­kich galach, a on zacho­wy­wał się jak w tanim bur­delu. Przed budyn­kiem cze­kała na niego duchesse. Odźwier­nemu nie chciało się zapar­ko­wać samo­chodu gdzie indziej. Poprzed­nie wizyty nauczyły go, że Hilo nie zosta­nie tu długo. Filar okrą­żył swój cenny samo­chód, pochy­lił się i zaj­rzał do środka. Odkąd Maik Kehn, jego szwa­gier i były róg, zgi­nął w zama­chu bom­bo­wym, Hilo z wielką ostroż­no­ścią pod­cho­dził do rodzin­nych samo­cho­dów i ich kie­row­ców, wystrze­ga­jąc się zagro­że­nia, któ­rego nie Postrzeże dzięki jade­ito­wym zmy­słom.

- Czy spu­ści­łeś go z oczu cho­ciaż na sekundę? - zapy­tał.

Odźwierny przy­siągł na swoje życie, że nie.

Usa­tys­fak­cjo­no­wany tymi sło­wami Hilo wsiadł do pojazdu, obró­cił klu­czyk w sta­cyjce i ruszył do domu.

***

Dotarł do rezy­den­cji przed kola­cją. Jego matka i Kyanla roz­ma­wiały w kuchni. Czuł zapach sma­żo­nych jarzyn. Na kana­pie sie­dział Niko. Wcze­śnie nauczył się czy­tać i tylko na moment ode­rwał wzrok od komiksu, by powie­dzieć:

- Cześć, wujku.

Nato­miast Ru i Jaya wybie­gli mu na spo­tka­nie, prze­krzy­ku­jąc się nawza­jem, by przy­cią­gnąć jego uwagę i coś mu opo­wie­dzieć. Hilo poca­ło­wał syna w głowę, pozwo­lił córce wdra­pać się na swoje plecy i zaniósł ją po scho­dach na górę.

- Tato, pokaż mi nowy jadeit! - zażą­dał Ru, idąc tuż za ojcem.

Hilo odwró­cił się na szczy­cie scho­dów i spoj­rzał z góry na chłopca.

- Jaki nowy jadeit?

- Ten, który zdo­by­łeś - nie ustę­po­wał Ru. Sta­nął na pal­cach i objął Hila w pasie - Wujek Tar mówił, że zabi­łeś dzi­siaj kogoś, kto kie­dyś był w kla­nie, ale stał się zły. Gdzie jest twój nowy jadeit?

Hilo wydał z sie­bie cichy, pełen dez­apro­baty pomruk. Jego szwa­gier z pew­no­ścią wró­cił do domu wcze­śniej i zdą­żył już opo­wie­dzieć dzie­ciom uprosz­czoną wer­sję tego, co się dziś wyda­rzyło. Tar ni­gdy nie ukry­wał przed sio­strzeń­cami i sio­strze­nicą, jak naprawdę wygląda życie zie­lo­nych kości. Uwa­żał, że powinny zro­zu­mieć, że Hilo jest nie tylko ich tatą, lecz rów­nież przy­wódcą wiel­kiego i potęż­nego klanu. Dla­tego czę­sto był zajęty i nie było go w domu. Miał wro­gów, któ­rzy chcieli go zabić, i cza­sami musiał pierw­szy ode­brać im życie, by móc wró­cić wie­czo­rem do rezy­den­cji i utu­lić ich do snu.

Hilo nie twier­dził, że się z nim nie zga­dza, nie chciał jed­nak, by chło­pa­kowi wypeł­niano głowę opo­wie­ściami o zie­lo­nych kościach. Przez nie będzie tylko gryzł się tym, czego mu bra­kuje, zamiast być dumny z tego, kim jest. Ru był kamien­no­okim. Ni­gdy nie będzie nosił jade­itu ani nie osią­gnie żad­nej zna­czą­cej pozy­cji w kla­nie Bez Szczy­tów. Hila zasmu­cała świa­do­mość, że jego syn ni­gdy nie sta­nie się jade­ito­wym wojow­ni­kiem, lecz jed­no­cze­śnie cie­szył się z tego, że przy­naj­mniej jedno z jego dzieci będzie miało prost­sze, bez­piecz­niej­sze życie.

- Nie mam żad­nego nowego jade­itu - odpo­wie­dział sta­now­czo. - Wystar­czy mi ten, który już noszę. Powin­ni­śmy zacho­wać nowo zdo­bytą zie­leń dla przy­szło­ści, bo los nie prze­staje się do nas uśmie­chać. Prze­stań słu­chać wszyst­kiego, co opo­wiada ci wujek Tar. - Hilo posta­wił Jayę na pod­ło­dze i czule pogła­skał dzieci po głów­kach. - Wra­caj­cie na dół i przy­go­tuj­cie się do kola­cji.

Kiedy zbie­gły na par­ter, wypro­sto­wał się i otwo­rzył drzwi sypialni. Wen odpo­czy­wała w łóżku, wspie­ra­jąc się na podusz­kach uło­żo­nych pod wez­gło­wiem. Wyglą­dała na zmę­czoną, jak zawsze po sesjach fizjo­te­ra­peu­tycz­nych. Musiała na nowo uczyć się pod­sta­wo­wych rze­czy - jak cho­dzić po pro­stej linii, prze­kła­dać kubek z jed­nej ręki do dru­giej, stać bez potrzeby opie­ra­nia się o coś. Wszystko to wyma­gało wiel­kiego wysiłku i czuła się potem zmę­czona fizycz­nie oraz emo­cjo­nal­nie.

Zatrzy­mał się w drzwiach na kilka sekund, a potem przy­siadł na skraju łóżka i poło­żył dłoń na wypro­sto­wa­nej nodze żony.

- Jak dzi­siaj poszło?

- Nie naj­go­rzej - odpo­wie­działa Wen. - Mogę d... dotknąć pal­ców u nóg i... wypro­sto­wać się i się nie prze­wró­cić. - Uśmiech­nęła się słabo. - To praw­dziwy s... suk­ces.

Hilo każ­dego dnia czuł, że serce mu pęka, gdy widział Wen tak słabą i bez­radną, mówiącą z tak wiel­kim tru­dem. Cza­sami musiał opusz­czać pokój, bo nie mógł patrzeć, jak pła­cze z fru­stra­cji wywo­ła­nej tym, że nie potrafi nawet dokoń­czyć zda­nia, które było w pełni ufor­mo­wane w jej umy­śle, ale nie chciało wyjść z jej ust w takiej for­mie, o jaką jej cho­dziło. Nie­mniej było teraz znacz­nie lepiej niż w zeszłym roku, gdy w ogóle nie była w sta­nie poru­szać jedną połową ciała i led­wie mogła powie­dzieć coś zro­zu­mia­łego. Wtedy nie miał nawet pew­no­ści, czy jej umysł i oso­bo­wość prze­trwały nie­na­ru­szone. Musiał ze wsty­dem przy­znać, że kil­ka­krot­nie popadł w roz­pacz tak głę­boką, że zada­wał sobie pyta­nie, czy nie byłoby mniej okrutne dla nich obojga, gdyby Ande­nowi nie udało się przy­wró­cić jej do życia.

Wen zawsze była pełna wdzięku i elo­kwentna, pewna sie­bie na swój łagodny spo­sób, spo­strze­gaw­cza i zde­ter­mi­no­wana. Kochał ją wtedy bar­dziej niż cokol­wiek innego na świe­cie, a teraz sam już nie był pewien, co czuje. Chwi­lami, gdy patrzył na żonę, wypeł­niało go gorącz­kowe, wszech­ogar­nia­jące pra­gnie­nie, by wziąć ją w obję­cia, kochać się z nią i za wszelką cenę bro­nić jej przed wszyst­kimi moż­li­wymi nie­bez­pie­czeń­stwami. Czę­ściej jed­nak czuł tępy, bole­sny gniew, zimne nie­do­wie­rza­nie i nie­prze­jed­naną furię. Nie posłu­chała jego roz­ka­zów, ukry­wała przed nim znaczną część swo­ich poczy­nań, nara­ziła się na nie­bez­pie­czeń­stwo i nie­mal uczy­niła go wdow­cem, a ich dzieci sie­ro­tami. Zro­bił, co tylko mógł, by zapew­nić jej bez­pie­czeń­stwo, dać wszystko, czego mogła zapra­gnąć, i być dla niej dobrym, a ona nara­ziła ich na tyle bólu.

- Czy Shae... przyj­dzie dzi­siaj? - zapy­tała Wen.

- Nie.

- Powi­nie­neś za... za... za... - Widział, jak wal­czy z tym sło­wem, pró­bu­jąc wypchnąć je z gar­dła, jakby zadła­wiła się kawał­kiem jedze­nia. - Powie­dzieć jej... żeby przy­cho­dziła czę­ściej.

Wstał, nie odpo­wia­da­jąc na jej słowa. Wycią­gnęła do niego rękę, ale odsu­nął się od niej. Widział ból w jej oczach. Z pew­no­ścią już przy­zwy­cza­iła się do tego... nie­zde­cy­do­wa­nia w jego uczu­ciach. Chwi­lami nie­na­wi­dził samego sie­bie z tego powodu. Ale inna część jego jaźni pra­gnęła ją uka­rać, zra­nić rów­nie mocno, jak ona zra­niła jego.

- Kola­cja gotowa - oznaj­mił, oglą­da­jąc się przez ramię. - Jeśli nie chce ci się scho­dzić na dół, popro­szę Kyanlę, żeby przy­nio­sła ci talerz do pokoju.

Rozdział 3. Nieczytelne chmury

ROZ­DZIAŁ 3

NIE­CZY­TELNE CHMURY

Gdy jej brat wyszedł z pokoju, Shae usia­dła ciężko na jed­nym z krze­seł sto­ją­cych naj­da­lej od ciała Fuyin Kana i wsparła czoło na dło­niach. Nie było jej winą, że na koniec obiadu wycią­gnięto noże i prze­lano krew. Powta­rzała to sobie raz po raz, ale te płyt­kie słowa pocie­sze­nia w niczym jej nie poma­gały.

Była pro­gno­styczką. Jej zada­niem było wyprze­dzać wszyst­kich o krok. Pro­gno­styk czyta w chmu­rach, jak mówiło stare powie­dze­nie. Dzi­siaj instynkt Hila oka­zał się traf­niej­szy niż jej prze­my­ślany osąd. Odczuła go bar­dzo bole­śnie. Było też prawdą, że umowy han­dlowe z Espe­nią, które zawarła, przy­nio­sły korzy­ści kla­nowi Bez Szczy­tów, lecz jed­no­cze­śnie nara­ziły kekoń­skie firmy na dodat­kową zagra­niczną kon­ku­ren­cję. Przy­czy­niła się do kło­po­tów Fuy­ina i nie mogła mieć do niego pre­ten­sji o nie­na­wiść, jaką czuł. Jej obo­wiąz­kiem było pod­trzy­my­wa­nie lojal­no­ści latar­ni­ków klanu, żeby jej brat nie musiał ich zabi­jać.

Woon przy­kuc­nął przy krze­śle Shae i poło­żył dłoń na jej kola­nie. Dzięki bogom nie został ranny pod­czas walki. Jej szef sztabu rzadko robił cokol­wiek bez zasta­no­wie­nia, ale w chwili gdy Fuyin wycią­gnął pisto­let, odru­chowo spró­bo­wał ją osła­niać, mimo że nosiła wię­cej jade­itu niż on. Nie była pewna, czy powinna mu za to dzię­ko­wać, czy raczej go skar­cić.

- Shae-jen, postą­pi­łaś wła­ści­wie, pró­bu­jąc zawrzeć kom­pro­mis - rzekł cicho cień pro­gno­styczki. - To Fuyin dopro­wa­dził do wybu­chu prze­mocy, zapewne w zamian za sporą zapłatę.

- To była pułapka typowa dla Ayt Mady - zgo­dziła się z przy­gnę­bie­niem w gło­sie. - Gdyby klan Bez Szczy­tów ustą­pił przed żąda­niami latar­ni­ków, cze­ka­łaby nas finan­sowa ruina. A gdy­by­śmy pozwo­lili im bez prze­szkód opusz­czać klan, nasz upa­dek nastą­piłby jesz­cze szyb­ciej. - Unio­sła głowę. Po śmierci Fuy­ina i ujaw­nie­niu jego zdrady otwo­rzyły się przed nimi inne opcje. - Na­dal możemy sko­rzy­stać na tej awan­tu­rze, jeśli będziemy dzia­łać szybko i dopil­nu­jemy, by mają­tek Fuy­ina pozo­stał wła­sno­ścią klanu.

Jej szef sztabu ski­nął głową.

- Na szczę­ście filar nie zgo­dził się na poje­dy­nek - stwier­dził. Zwy­cięzca poje­dynku czy­stej klingi mógł sobie wziąć jadeit poko­na­nego, ale nie miał prawa tknąć jego rodziny ani majątku. - Możemy opła­cić spad­ko­bier­ców Fuy­ina i sprze­dać frag­menty jego firmy za obni­żoną cenę innym naszym latar­ni­kom zaj­mu­ją­cym się han­dlem deta­licz­nym. To z pew­no­ścią ich udo­bru­cha. W tym tygo­dniu skon­tak­tuję się z naj­waż­niej­szymi z nich i poroz­ma­wiam z nimi oso­bi­ście.

To upewni ich, że pro­po­zy­cja jest auten­tyczna i pocho­dzi pro­sto z Biura Pro­gno­styka. Zdrajca nie żyje, a wszystko, co stwo­rzyli on i jego rodzina, przy­pad­nie tym, któ­rzy docho­wali wier­no­ści.

- Dzię­kuję, Papi-jen. - Shae poło­żyła dłoń na jego dłoni. - Nie wiem, co bym bez cie­bie zro­biła.

Mię­śnie jej ramion roz­luź­niły się nieco, choć na­dal czuła ucisk w klatce pier­sio­wej, wywo­łany ostrymi sło­wami Hila. Ataki ze strony brata nie były dla niej nowo­ścią, ale kiedy poprzed­nio było mię­dzy nimi aż tak źle, mogła uciec na dwa lata za gra­nicę. Teraz musiała współ­pra­co­wać z Hilem w kie­ro­wa­niu kla­nem, a jed­no­cze­śnie tole­ro­wać to, że jej unika i cią­gle ma o coś do niej pre­ten­sję. Nie mogła nawet twier­dzić, że na to nie zasłu­żyła. Ukry­wała tajem­nice przed fila­rem, sprze­ci­wiła się jego woli, roz­ka­zała Ande­nowi i Wen zre­ali­zo­wać plan zama­chu, co omal nie dopro­wa­dziło do ich śmierci.

Hilo miał rację rów­nież w innej spra­wie. Nie miała poję­cia, dla­czego Ayt wygrywa, i nie wie­działa, jak ją powstrzy­mać.

Per­so­nel restau­ra­cji zamknął dostęp do ich sali. Tar i Iyn wynie­śli ciało Fuy­ina drzwiami na zaple­cze, żeby nie nie­po­koić pozo­sta­łych gości, a pan Une zja­wił się tu w towa­rzy­stwie Juena, by pod­dać oglę­dzi­nom uszko­dze­nia ścian i opraw oświe­tle­nio­wych. Klan będzie musiał mu je zre­kom­pen­so­wać. Kel­ne­rzy pośpiesz­nie zabrali spla­miony krwią obrus i sprząt­nęli poroz­rzu­cane jedze­nie.

- Powin­ni­śmy wra­cać do biura. - Shae wstała z wysił­kiem. - Hami pew­nie już na nas czeka.

***

Hami Tuma­shon bar­dzo się zmie­nił od czasu ich ostat­niego spo­tka­nia. Po trzech i pół roku pobytu za gra­nicą przy­brał na wadze, przy­swoił też sobie pewne espeń­skie zwy­czaje. Zja­wił się w Biu­rze Pro­gno­styka w koszulce spor­to­wej pod mary­narką i popi­jał kawę z gałką musz­ka­to­łową z prze­sad­nie wiel­kiego kubka ter­micz­nego. Shae zauwa­żyła też natych­miast, że nie wło­żył z powro­tem jade­itu. Pod nie­obec­ność swej sil­nej aury przy­po­mi­nał wer­sję samego sie­bie ze świata rów­no­le­głego.

Przed laty Shae rów­nież zdjęła jadeit, potem znowu go wło­żyła, a następ­nie stra­ciła znaczną jego część w gwał­tow­nym star­ciu. Zadała sobie pyta­nie, czy przy każ­dym z tych trau­ma­tycz­nych zwro­tów w jej życiu rze­czy­wi­ście nie doszło do roz­sz­cze­pie­nia rze­czy­wi­sto­ści. Być może w jakimś alter­na­tyw­nym świe­cie inna Shae podą­żyła odmienną drogą, a kobieta, którą była ona, wyda­wa­łaby się miesz­kań­com owego świata nie­po­ko­jąco obcym zamien­ni­kiem.

Kiedy oboje z Woonem byli w Podwój­nym Szczę­ściu, do głów­nej sali kon­fe­ren­cyj­nej biura dostar­czono obiad, by wszy­scy pra­cow­nicy mogli uczcić trium­falny powrót Hamiego do Jan­lo­onu. Były pierw­szy szczę­ścio­dawca roz­bu­do­wał filię klanu w Port Massy. Zatrud­niał teraz dwu­dzie­stu pra­cow­ni­ków i nie­dawno prze­niósł jej sie­dzibę do więk­szego biura w śród­mie­ściu. Zyski z inte­re­sów pro­wa­dzo­nych w Espe­nii wzro­sły do impo­nu­ją­cych ośmiu pro­cent docho­dów klanu, pomi­ja­jąc nawet wzrost miej­sco­wych biz­ne­sów, które sko­rzy­stały na uła­twie­niach impor­towo-eks­por­to­wych wpro­wa­dzo­nych przez klan. Było gorzką iro­nią, że zli­kwi­do­wali dzi­siaj czło­wieka, który ucier­piał z powodu jedy­nego uśmie­chu losu, jaki spo­tkał ostat­nio klan Bez Szczy­tów.

- Terun Bin pra­cuje jak wół, a umysł ma bystry niczym gór­ski potok. Pora­dzi sobie w Espe­nii - oznaj­mił Hami i usiadł obok Shae w czę­ści wypo­czyn­ko­wej jej gabi­netu.

Terun Bin miał być następcą Hamiego. Choć miał dopiero dwa­dzie­ścia osiem lat, już zdo­łał osią­gnąć pozy­cję sza­no­wa­nego szczę­ścio­dawcy wyso­kiej rangi. Nie­stety miał bar­dzo nie­wiele talentu do jade­itu, być może dla­tego, że był w jed­nej czwar­tej Abu­kei, choć na to nie wyglą­dał i tylko nie­wiele osób o tym wie­działo. Nie uczył się w aka­de­mii sztuk walki, lecz w aka­de­mic­kim liceum, a jedyny jadeit, jaki nosił, zdo­był dzięki pry­wat­nemu szko­le­niu. Za radą Woona Shae awan­so­wała Teruna i wysłała go do Port Massy, gdzie fakt, że nie posia­dał zie­leni, nie będzie szko­dził jego repu­ta­cji. Hami poświę­cił ostat­nie dwa mie­siące na przy­go­to­wy­wa­nie go do prze­ję­cia po nim kie­row­nic­twa.

- Osią­gną­łeś nawet wię­cej, niż się spo­dzie­wa­łam - oznaj­miła. - Teru­nowi trudno będzie wejść w twoje buty.

Ski­nęła na sekre­tarkę, naka­zu­jąc jej przy­nieść her­batę. Nerwy na­dal miała zszar­gane i cie­szyła się, że bez jade­itu Hami nie zdoła Postrzec roz­dy­go­ta­nia jej aury. Woon zapewne je wyczu­wał, ale z pew­no­ścią nic nie zdra­dzi.

Jedy­nym, co się w Hamim nie zmie­niło, była jego szcze­rość.

- Pro­blem, przed jakim sto­imy w Espe­nii, polega na tym, że jadeit na­dal jest w tym kraju nie­le­galny. Terun tego nie zmieni, mimo że jest inte­li­gentny i pra­co­wity. A dopóki ta sytu­acja się utrzy­muje, wszystko, co zdo­ła­li­śmy tam zbu­do­wać, jest zagro­żone. Gdy­by­śmy mieli to stra­cić, na dłuż­szą metę mogłoby to dopro­wa­dzić do znisz­cze­nia całego klanu.

Woon sie­dział mię­dzy nimi, na fotelu po pra­wej stro­nie Shae.

- Sta­ramy się, by naszych inte­re­sów w Espe­nii nie można było połą­czyć ze zwią­zaną z jade­item dzia­łal­no­ścią czę­ści klanu nale­żą­cej do rogu - oznaj­mił. - Posta­ra­li­śmy się, by nie było żad­nych praw­nych związ­ków.

- Tak, ale to wymaga spo­rego wysiłku i dodat­ko­wych wydat­ków - zauwa­żył Hami. - W ciągu tych lat nie raz pró­bo­wa­łem ścią­gnąć do Port Massy szczę­ścio­daw­ców z Jan­lo­onu, ale nie­któ­rzy odrzu­cili tę szansę, bo oni albo człon­ko­wie ich rodzin byli zie­lo­nymi kośćmi i nie chcieli zdjąć jade­itu, żeby prze­nieść się do Espe­nii. Pro­blem nie ogra­ni­cza się przy tym do Biura Pro­gno­styka. Wiele pła­cą­cych nam daninę kekoń­skich firm chcia­łoby posze­rzyć swoją dzia­łal­ność, ale ich pra­cow­ni­kom trudno jest latać do Espe­nii, ponie­waż każda zie­lona kość musi sta­rać się o wizę i reje­stro­wać swój jadeit za każ­dym razem, gdy przy­bywa do tego kraju bądź go opusz­cza, a nawet po tym wszyst­kim mogą tam spę­dzić tylko dwa­dzie­ścia dni rocz­nie.

Shae wes­tchnęła. Wie­działa, że to trudny pro­blem.

- Wciąż wynaj­mu­jemy nowych praw­ni­ków, żeby zna­leźli coś, co pozwoli nam zmie­nić tę sytu­ację.

- Ilu spon­so­ro­wa­nych przez klan stu­den­tów, któ­rych wysła­li­śmy do Espe­nii, jest zie­lo­nymi kośćmi? Podej­rze­wam, że nie­zbyt wielu. Jaka rodzina chcia­łaby powie­rzyć na osiem lat syna albo córkę Aka­de­mii Kaul Dushu­rona, żeby opa­no­wali jade­itowe dys­cy­pliny, a potem wysłać ich do kraju, gdzie nosze­nie jade­itu jest prze­stęp­stwem? A prze­cież to zie­lone kości szcze­gól­nie chcie­li­by­śmy spon­so­ro­wać. To one są naj­bar­dziej lojalne wobec klanu. To one wrócą tu i wyko­rzy­stają zdo­byte za gra­nicą wykształ­ce­nie dla dobra klanu Bez Szczy­tów. - Wypu­ścił gło­śno powie­trze. - Bez­sen­sowne i oparte na igno­ran­cji espeń­skie prawo znacz­nie zwięk­sza dla nas koszty pro­wa­dze­nia inte­re­sów w tym kraju.

Shae oplo­tła dłońmi fili­żankę cie­płej her­baty, którą sekre­tarka posta­wiła na sto­liku przed nią. Czuła się znie­chę­cona sło­wami Hamiego, choć nic z tego, co mówił, nie było dla niej zasko­cze­niem. Ale były pierw­szy szczę­ścio­dawca jesz­cze nie skoń­czył.

- A może się zro­bić jesz­cze gorzej, Kaul-jen - oznaj­mił, sior­biąc kawę. - Krążą pogło­ski, że prawo może się znowu zmie­nić i wpro­wa­dzi się surowe kary dla espeń­skich firm pro­wa­dzą­cych inte­resy z pod­mio­tami, które rząd ich kraju uzna za "orga­ni­za­cje prze­stęp­cze". Ponie­waż posia­da­nie jade­itu przez cywi­lów jest w Espe­nii nie­le­galne, mogą ogło­sić, że klan Bez Szczy­tów jest taką orga­ni­za­cją. W ten spo­sób mogą nie tylko unie­moż­li­wić innym fir­mom han­dlo­wa­nie z nami, lecz w naj­gor­szym sce­na­riu­szu nawet cał­ko­wi­cie zaka­zać nam dzia­łal­no­ści w Espe­nii.

Woon odchy­lił z nie­do­wie­rza­niem głowę do tyłu.

- Rząd Espe­nii kupuje od Kekonu jadeit do celów mili­tar­nych. Jeśli ogło­szą nas prze­stęp­cami z powodu cze­goś, co jest ele­men­tem naszej kul­tury od tysiąc­leci, będą musieli uznać wła­sny rząd za nie­le­galny!

Hami roz­po­starł ręce.

- To Espeń­czycy - wyja­śnił. - Robią, co tylko zechcą. Czemu hipo­kry­zja mia­łaby im prze­szka­dzać? Uży­wają pie­nię­dzy i spryt­nie sfor­mu­ło­wa­nych praw w taki sam spo­sób, jak my jade­ito­wych dys­cy­plin. To dla nich rodzaj sztuki walki. Kiedy byłem w Espe­nii, sły­sza­łem opo­wieść o wła­ści­cielu ziem­skim sprzed kilku stu­leci, który zabro­nił czer­pa­nia wody z jakiejś rzeki, by móc powie­sić całą star­szy­znę pew­nego mia­steczka. Być może to tylko legenda, ale jestem skłonny w to uwie­rzyć.

Roz­le­gło się puka­nie do drzwi. Sekre­tarka Woona uchy­liła je i wsu­nęła głowę do środka.

- Wybacz­cie, że wam prze­ry­wam, ale dzwoni twoja żona, Woon-jen. Powie­dzia­łam jej, że jesteś na zebra­niu z pro­gno­styczką, ale uparła się, że muszę cię zna­leźć.

Woon skrzy­wił się z zaże­no­wa­nia i nie­ty­po­wej dla niego iry­ta­cji.

- Powiedz jej, że zadzwo­nię póź­niej, chyba że to coś bar­dzo pil­nego.

Sekre­tarka wyco­fała się, wyraź­nie nie­za­do­wo­lona, i zamknęła drzwi.

- Prze­pra­szam - rzekł do Shae i Hamiego.

- Nie ma za co. - Shae zer­k­nęła z tro­ską na swego zastępcę.

Chwi­lowa ner­wo­wość znik­nęła już z jego twa­rzy i mogłoby się wyda­wać, że wszystko jest w porządku, ale bar­dzo dobrze znała jego jade­itową aurę i Postrze­gała cichy szum nie­po­koju, który nagle poja­wił się w tle.

- I tak zaraz koń­czymy - oznaj­miła i zwró­ciła się w stronę Hamiego. - Słusz­nie postą­pi­łeś, poru­sza­jąc ten temat. Zga­dzam się, że to dłu­go­ter­mi­nowy pro­blem i musimy sta­wić mu czoło, jest jed­nak zbyt skom­pli­ko­wany, byśmy mogli pora­dzić sobie z nim w tej chwili. Czy uwa­żasz, że masz wszystko, czego potrze­bu­jesz, by urzą­dzić się z powro­tem w Jan­lo­onie i objąć nową pozy­cję, Hami-jen? - Z przy­zwy­cza­je­nia zwró­ciła się do niego hono­ro­wym tytu­łem przy­słu­gu­ją­cym zie­lo­nym kościom, mimo że nie nosił jade­itu. - Decy­zja, czy znowu wło­żysz jadeit, należy oczy­wi­ście do cie­bie - popra­wiła się pośpiesz­nie, uświa­da­mia­jąc sobie swój błąd.

Lepiej niż kto­kol­wiek inny zda­wała sobie sprawę, że to decy­zja o oso­bi­stym cha­rak­te­rze, która może się oka­zać trud­niej­sza, niżby się zda­wało.

Hami wydął wargi.

- Myślę, że to zro­bię, ale nie natych­miast. Potrze­buję tro­chę czasu na zała­twie­nie spraw rodzin­nych i ponowne wdro­że­nie się w rutynę pracy, nim będę gotowy znowu nosić jadeit. - Rodzina Hamiego prze­nio­sła się do nowego domu, a jego naj­star­szy syn miał wkrótce roz­po­cząć naukę w Aka­de­mii Kaul Dushu­rona. - Zapewne też na­dal będę regu­lar­nie latał do Port Massy, żeby zapo­biec praw­nym trud­no­ściom, o któ­rych roz­ma­wia­li­śmy, więc z prak­tycz­nego punktu widze­nia im mniej zie­lony będę, tym lepiej.

Od dziś Hami miał zostać kla­no­wym zakli­na­czem desz­czu. To było nowe, nie­zbędne sta­no­wi­sko stwo­rzone przez Shae. Jej dawni kole­dzy ze Szkoły Biz­nesu Bel­forte'a mogliby użyć nazwy dyrek­tor do spraw inwe­sty­cji zagra­nicz­nych. Hami i kilku jego pod­wład­nych będą odpo­wie­dzialni za komu­ni­ka­cję i koor­dy­na­cję dzia­łań mię­dzy Biu­rem Pro­gno­styka w Jan­lo­onie a filią klanu w Port Massy. Zajmą się też poszu­ki­wa­niem nowych szans biz­ne­so­wych za gra­nicą, co w tej chwili wyda­wało się waż­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek dotąd.

- Mia­łaś rację, Kaul-jen - przy­znał Hami. - Daleko od domu czło­wiek uczy się oby­wać bez jade­itu i po powro­cie czuje się dziw­nie. Pod pew­nymi wzglę­dami łatwiej jest nie być zie­lo­nym. Gdy włożę jadeit, będę musiał znowu stać się osobą pew­nego rodzaju. - Żach­nął się i wska­zał peł­nym iro­nii gestem na uwy­dat­nia­jący się brzuch. - Będę potrze­bo­wał wielu mie­sięcy, by wró­cić do daw­nej formy. I odzy­skać jade­itowe umie­jęt­no­ści po tak dłu­gim cza­sie.

- Tak czy ina­czej, jesteś dla klanu bez­cenny, Hami-jen - odparła Shae, tym razem celowo uży­wa­jąc hono­ro­wego tytułu. - Cie­szę się z two­jego powrotu.

- Potrze­bu­jesz ode mnie cze­goś jesz­cze, Shae-jen? - zapy­tał Woon po wyj­ściu Hamiego. - Jeśli nie, zajmę się sprawą majątku Fuy­ina, o któ­rej roz­ma­wia­li­śmy.

- Nie zapo­mnij naj­pierw zadzwo­nić do żony - powie­działa mu Shae, kiedy wstał, ale ten żar­to­bliwy komen­tarz nie wywo­łał nawet lek­kiego uśmieszku. - Papi-jen... czy wszystko w porządku? - zapy­tała. - W ostat­nim tygo­dniu nie byłeś sobą.

Nie zamie­rzała poru­szać tego tematu, ale jej cień spra­wiał wra­że­nie zmę­czo­nego, a na jego zwy­kle sta­ran­nie wygo­lo­nej żuchwie poja­wił się lekki zarost.

Woon skrzy­wił się i z zawsty­dze­niem potarł poli­czek. Jego aurę wypeł­nił impuls przy­gnę­bie­nia.

- Wybacz, Shae-jen. Zdaję sobie sprawę, że ostat­nio nieco zanie­dby­wa­łem obo­wiązki. Posta­ram się wyko­ny­wać je lepiej.

- Nie chcia­łam cię kry­ty­ko­wać - zapew­niła Shae. - Nie zauwa­żyła, by Woon ostat­nio spi­sy­wał się gorzej, a współ­pra­co­wała z nim na co dzień już od ponad sze­ściu lat. - Pyta­łam jako przy­ja­ciółka. Jeśli nie chcesz tym roz­ma­wiać, to nie ma sprawy.

Nagle zanie­po­ko­iła się, że nie sfor­mu­ło­wała tego dobrze - jakby jego pro­blemy jej nie obcho­dziły albo obcho­dziły ją w nie­wy­star­cza­ją­cym stop­niu. Zabrzmiało to, jakby się bro­niła albo pró­bo­wała go prze­pro­sić.

Woon się zawa­hał.

- Kiya znowu poro­niła - powie­dział cicho. Odwró­cił wzrok, jakby wsty­dził się przy­znać do tak oso­bi­stego nie­szczę­ścia. - Znio­sła to bar­dzo ciężko. I ja też.

Shae nie wie­działa, co na to odpo­wie­dzieć.

- Prze­pra­szam. Mogę ci jakoś pomóc? Potrze­bu­jesz urlopu?

Szef jej sztabu pokrę­cił głową.

- Prze­szli­śmy przez to już wcze­śniej i wiem, że nic, co powiem albo zro­bię, nie poprawi jej samo­po­czu­cia. W pracy mogę być uży­teczny dla cie­bie i dla klanu. Ale Kiya dzwoni do mnie kilka razy dzien­nie. Cza­sami się na mnie gniewa. Nie rozu­mie, że...

Prze­rwał nagle.

Shae mocno ści­snęła pustą fili­żankę i odsta­wiła ją pośpiesz­nie, by nie pękła w jej dło­niach. Woon zapra­co­wy­wał się dla niej nie­ustan­nie. Pole­gała na nim bar­dziej niż na kim­kol­wiek innym. Nie cho­dziło tylko o to, że poma­gał prze­ko­nać do jej pomy­słów biz­ne­sową stronę klanu. Był też dla niej doradcą, a przy tym nie­ustan­nie rzu­cał jej wyzwa­nia. Wie­działa też jed­nak, że jego żonie z pew­no­ścią nie jest łatwo. Rzadko spę­dzał z nią czas i nie poświę­cał jej tyle uwagi, na ile zasłu­gi­wała, a w dodatku nie­ustan­nie był bli­sko innej kobiety - nawet jeśli była ona pro­gno­styczką klanu.

Shae pra­gnęła powie­dzieć coś szcze­rego, co doda­łoby mu odwagi, ale pyta­nie o Kiyę byłoby krę­pu­jące. Podej­rze­wała, że żona Woona jej nie lubi. Wycią­gnęła rękę i uści­snęła ramię przy­ja­ciela. Miała nadzieję, że potrak­tuje to jako gest zro­zu­mie­nia.

Mię­śnie jego ramie­nia naprę­żyły się pod jej doty­kiem. Osu­nął się z powro­tem na fotel, z któ­rego przed chwilą wstał, wsparł łok­cie na kola­nach i przez chwilę wpa­try­wał się w pod­łogę, nim wresz­cie spoj­rzał jej w oczy. Kiedy się mar­twił albo głę­boko zamy­ślał, po pra­wej stro­nie jego czoła poja­wiał się nie­wielki dołe­czek. Shae czę­sto kusiło, by dotknąć go i wygła­dzić kciu­kiem.

- Shae-jen... ta praca... nie sprzyja życiu rodzin­nemu... Pro­gno­styk zawsze myśli o kla­nie, a jego cień musi przede wszyst­kim mu słu­żyć. - Przez jego silną jade­itową aurę prze­bie­gły lek­kie zmarszczki przy­gnę­bie­nia. - Nie chcia­łem mówić ci o tym w taki spo­sób, ale jeśli będę zwle­kał, to wcale nie sta­nie się łatwiej­sze. Myślę, że pora już, bym pomy­ślał o prze­nie­sie­niu się na inne sta­no­wi­sko.

Zmu­siła się do ski­nie­nia głową.

- Oczy­wi­ście, potra­fię to zro­zu­mieć. - Jej słowa nie zabrzmiały prze­ko­nu­jąco. Nie potra­fiła uda­wać, że cie­szy się z tej per­spek­tywy. - Wybacz, że nie uświa­do­mi­łam sobie, iż potrze­bu­jesz zmiany. Pro­si­łeś o nią kilka lat temu, ale w rezul­ta­cie zosta­łeś tutaj dłu­żej, niż mia­łam prawo tego ocze­ki­wać.

Jego twarz się zaczer­wie­niła.

- Sytu­acja była wtedy... inna. I nie cho­dzi o to, że chcę odejść. Zasta­na­wia­łem się nad tym, co będzie lep­sze dla mojego mał­żeń­stwa. Gdy­bym myślał tylko o sobie, ni­gdy nie przy­szłoby mi to do głowy.

Uśmiech­nęła się, choć kosz­to­wało ją to sporo wysiłku.

- Zasta­no­wimy się nad tym, jakie zaję­cie byłoby dla cie­bie naj­bar­dziej odpo­wied­nie. Cokol­wiek zde­cy­du­jesz, udzielę ci popar­cia. Mam tylko nadzieję, że oka­żesz jesz­cze tro­chę cier­pli­wo­ści, nim znaj­dziemy kogoś, kto będzie mógł cię zastą­pić na sta­no­wi­sku cie­nia pro­gno­styczki.

- Z pew­no­ścią nie odejdę wcze­śniej. - Woon odprę­żył się wyraź­nie po szyb­kiej zgo­dzie Shae, choć w jego oczach na­dal można było dostrzec zakło­po­ta­nie. - Dzię­kuję, że oka­za­łaś mi zro­zu­mie­nie, Shae-jen.

Wstał i zatrzy­mał się na chwilę, jakby chciał powie­dzieć coś jesz­cze. Wresz­cie uśmiech­nął się blado i opu­ścił jej gabi­net. Słu­chała dźwię­ków dobie­ga­ją­cych z sąsied­nich sal oraz bok­sów i zada­wała sobie pyta­nie, jak to moż­liwe, że choć ota­czają ją setki ludzi, czuje się samotna.

Rozdział 4. Filarowy za granicą

ROZ­DZIAŁ 4

FILA­ROWY ZA GRA­NICĄ

Maik Tar lubił mieć jakieś zaję­cie, nawet jeśli ozna­czało to, że musi wyru­szyć na drugi koniec świata i zna­leźć się na łódce w Zatoce Whit­tinga w samym środku espeń­skiej zimy. Kon­kretne zada­nia - zdo­by­cie fał­szy­wego pasz­portu, zała­twie­nie for­mal­no­ści, poroz­ma­wia­nie z odpo­wied­nimi ludźmi, pla­no­wa­nie, zała­twie­nie łódki i sprzętu - powstrzy­my­wały go przed nad­uży­wa­niem alko­holu i ule­ga­niem kosz­mar­nym nastro­jom. Wresz­cie, gdy wszystko było już gotowe, nad­cho­dziły ocze­ki­wa­nie, adre­na­lina i inten­sywny impuls gwał­tow­nej satys­fak­cji. Hilo-jen ufał mu bar­dziej niż komu­kol­wiek innemu. Zada­nie, które mu zle­cił, było trudne i wyma­gało bru­tal­no­ści, a nikt inny nie mógłby być tak wytrwały, sku­teczny i dys­kretny jak on. Ta świa­do­mość była dla Tara pocie­sze­niem nawet w naj­trud­niej­szych momen­tach.

Powie­dziano mu, że w ruchli­wych let­nich mie­sią­cach łodzie wyciecz­kowe i pry­watne sta­teczki wypeł­niają cały port i cią­gle pły­wają w górę i w dół Cam­res, ale póź­nym wie­czo­rem i po sezo­nie nie powinni spo­tkać na rzece żad­nych innych jed­no­stek. Przy­tu­py­wał i dmu­chał w zło­żone dło­nie, prze­kli­na­jąc absur­dalne zimno. Nie­wy­raźny zarys nabrzeża zni­kał już za nimi.

- Jeste­śmy wystar­cza­jąco daleko! - zawo­łał do sie­dzą­cego w kabi­nie Sammy'ego, gdy brzeg nie­mal znik­nął mu z oczu. - Wyłącz sil­nik.

Łódź koły­sała się lekko w ciem­no­ści. Tar zszedł pod pokład, pochy­la­jąc głowę i trzy­ma­jąc się porę­czy. Pod sufi­tem kabiny paliły się dwie poma­rań­czowe żarówki, a pod­łogę pokry­wały płachty z mate­riału i czar­nego pla­stiku. Pośrodku sie­dział męż­czy­zna przy­wią­zany do czar­nego alu­mi­nio­wego leżaka. Gdy Tar po raz pierw­szy zoba­czył Wil­luma "Chu­dziaka" Reamsa, był on ubrany w ciem­no­szary gar­ni­tur, na gło­wie miał fil­cowy kape­lusz i sie­dział u boku szefa Krom­nera w Rezy­den­cji Tho­ricka. Teraz był nagi do pasa, deli­katne ciemne wło­ski na piersi ster­czały mu od gęsiej skórki, twarz miał posi­nia­czoną po bru­tal­nym trans­por­cie i kne­blu, który teraz zdjęto. Ścią­gnięto mu też buty i skar­petki, a palce bosych stóp pod­ku­liły się z zimna.

- Jak leci? - zapy­tał Tar.

Kuno klę­czał przy wiel­kiej meta­lo­wej wan­nie, mie­sza­jąc beton małą łopatą. Przy­kuc­nął i otarł czoło urę­ka­wicz­nioną dło­nią.

- Przy takim zim­nie będzie dłu­żej schło - poskar­żył się.

- W szafce jest grzej­nik. Możemy go włą­czyć.

Tar wyjął urzą­dze­nie i pod­łą­czył do prądu. Wszystko poszłoby szyb­ciej, gdyby miał wię­cej ludzi do pomocy, ale zabrał ze sobą tylko Sammy'ego i Kuna. Im mniej świad­ków, tym lepiej. Nie znał tych keko-espeń­skich zie­lo­nych kości i nie ufał im tak jak wła­snym ludziom. Wolałby, żeby byli z nim Doun albo Tyin, ale wystar­cza­jąco wiele kło­po­tów przy­spo­rzyło im stwo­rze­nie jed­nej fał­szy­wej toż­sa­mo­ści. Co wię­cej, Kaul Hilo pra­gnął zmi­ni­ma­li­zo­wać ryzyko i zacho­wać dobre sto­sunki z Dauk Losu­ny­inem, miej­sco­wym fila­rem. Dla­tego nie chciał wywo­ły­wać wra­że­nia, że klan Bez Szczy­tów pró­buje roz­cią­gnąć swą wła­dzę na Port Massy.

Reams rozej­rzał się po pomiesz­cze­niu z zim­nym gnie­wem i cał­ko­wi­tym bra­kiem zasko­cze­nia.

- Skur­wy­syń­skie keczki.

Tar sta­nął przed pacz­kow­cem i spoj­rzał na niego z góry.

- Wiesz, dla­czego się tu zna­la­złeś? - zapy­tał po espeń­sku.

Nie wła­dał tym języ­kiem zbyt dobrze, ale to nie była jego pierw­sza wizyta w tym kraju. Był tu z fila­rem, ponad trzy lata temu, a potem wra­cał jesz­cze kilka razy, by szko­lić miej­scowe zie­lone kości albo zała­twiać inte­resy dla klanu Bez Szczy­tów, i opa­no­wał espeń­ski w wystar­cza­ją­cym stop­niu, by sobie pora­dzić. Nie musiał mówić zbyt wiele.

Chu­dziak Reams otwo­rzył dło­nie, przy­wią­zane w nad­garst­kach do porę­czy leżaka.

- Sam uto­pi­łem sporo ludzi w rzece - przy­znał ponu­rym tonem. - Bóg wie, że nie bra­kuje takich, któ­rzy twier­dzili, że też zasłu­guję na taki los. - Popa­trzył na Tara z nie­sma­kiem. - Ale nie spo­dzie­wa­łem się, że to będą keczki. Jeste­ście źli z powodu Rohn Tora, ale nie zdo­ła­li­by­ście zro­bić tego sami.

- Rohn Toro jest jed­nym z powo­dów, to prawda - zgo­dził się Tar.

Sammy i Kuno byli przy­ja­ciółmi i pro­te­go­wa­nymi Rohna w śro­do­wi­sku keko-espeń­skich zie­lo­nych kości i od lat byli świad­kami bru­tal­nego nęka­nia Kekoń­czy­ków z Połu­dnio­wej Pułapki przez paczki. To oni pierwsi zja­wili się na miej­scu, gdy zamor­do­wano Rohna. Dla­tego byli teraz tutaj, by wymie­rzyć spra­wie­dli­wość za zgodą Dauk Losuna. Reams miał jed­nak rację. Jako nowy szef paczki z Połu­dnio­wego Brzegu był zbyt ostrożny i za dobrze strze­żony, by kto­kol­wiek, nawet zie­lone kości, mógł go porwać bez pomocy z wewnątrz.

- Wszyst­kie spenki są takie same - skwi­to­wał Tar. - Nikt nie może im ufać, nawet swoi.

Kuno prze­rwał mie­sza­nie betonu, odwró­cił się i wska­zał więź­nia koń­cem łopaty.

- Inni sze­fo­wie nie będą się smu­cić, kiedy znik­niesz, Chu­dziak - rzekł w płyn­nym espeń­skim. - Mały Jo Gas­son i Slat­te­ro­wie domy­ślają się, że to ty pomo­głeś wsa­dzić Krom­nera do pudła, a po tym, jak spro­wa­dzi­łeś na wszyst­kich poli­cję z powodu zamor­do­wa­nia Rohna i próby zabój­stwa dwóch kekoń­skich oby­wa­teli, pozbędą się cie­bie z wielką rado­ścią i zawrą pokój z nami.

- Krót­ko­wzroczne pojeby. Zwró­cili się prze­ciwko pacz­ko­wemu bratu, kiedy to bez­boż­nych kecz­ków i ich tru­jące kamie­nie powinno się zetrzeć z powierzchni ziemi. - Splu­nął na pod­łogę. Palce jego nóg zro­biły się białe z zimna. - No to bierz­cie się do roboty.

Tar potrzą­snął głową.

- Zabi­łeś Rohn Tora. Naro­bi­łeś sobie wro­gów wśród pobra­tym­ców. Ale na tym nie koniec. Nie dla­tego tu jestem. - Zdjął płaszcz i odło­żył go na bok. Robiło się coraz cie­plej. Pod­wi­nął rękawy i wyjął karam­bit z pochwy wiszą­cej u pasa. - Omal nie zamor­do­wa­łeś mojej sio­stry. Teraz ma trud­no­ści z cho­dze­niem i mówie­niem. Nie masz poję­cia, kim jest, ani kim ja jestem, prawda? Nie­ważne. Wystar­czy, że wiesz, że dla klanu Bez Szczy­tów to sprawa oso­bi­sta.

Chu­dziak Reams był pacz­kow­cem przez całe doro­słe życie i wszy­scy w pół­światku Port Massy uwa­żali go wyjąt­ko­wego twar­dziela. Tar jed­nak Postrzegł jego zwie­rzęcy strach, gdy Reams prze­su­nął spoj­rze­nie z zakrzy­wio­nego noża na nazna­czoną sza­leń­stwem twarz zie­lo­nej kości.

- Kuno, idź na pokład, do Sammy'ego - roz­ka­zał Tar, prze­cho­dząc na kekoń­ski. - Wezwę was, kiedy będę was potrze­bo­wał.

Młod­szy męż­czy­zna się zawa­hał.

- Maik-jen - ode­zwał się nie­pew­nie, obli­zu­jąc suche wargi. - Dauk Losun powie­dział, że powin­ni­śmy być szybcy i ostrożni. Rohn-jen zawsze...

Tar odwró­cił gwał­tow­nie głowę. Sza­lony blask w jego roz­sze­rzo­nych źre­ni­cach i nóż, który trzy­mał w dłoni, powstrzy­mały Kuna przed dal­szymi sprze­ci­wami. Keko-Espeń­czyk odło­żył łopatę, zdjął robo­cze ręka­wice i nakrył meta­lową wannę wil­gotną płachtą, żeby beton nie zaschnął. Potem szybko wyszedł na pokład, tylko raz rzu­ca­jąc za sie­bie zalęk­nione spoj­rze­nie.

Tar zwró­cił się ku przy­wią­za­nemu do leżaka męż­czyź­nie, który nie był już dla niego Wil­lu­mem Ream­sem. Nie był nikim, tylko kolej­nym wro­giem klanu, jedną z wężo­wych głów wie­lo­gło­wej bestii. Klan miał bar­dzo wielu wro­gów i w umy­śle Tara wszy­scy oni byli jed­nym. Łączyła ich jedna strasz­liwa cecha i w pew­nym sen­sie wszy­scy byli tacy sami. Nie powinni być w sta­nie ranić i zabi­jać potęż­nych zie­lo­nych kości. Ludzi, któ­rzy byli lepsi od nich, takich jak Maik Kehn. Ale cza­sami ich zabi­jali. To oni byli odpo­wie­dzialni za pustkę, która podą­żała wszę­dzie za Tarem, odkąd sobie uświa­do­mił, że już ni­gdy nie zoba­czy brata ani z nim nie poroz­ma­wia. Kiedy męż­czy­zna na leżaku zaczął wrzesz­czeć, Tar miał wra­że­nie, że sły­szy wła­sne krzyki, wyra­ża­jące jego wła­sne uczu­cia.

Rozdział 5. Trzymanie fasonu

ROZ­DZIAŁ 5

TRZY­MA­NIE FASONU

Szó­sty rok, czwarty mie­siąc

Pod­czas Tygo­dnia Nowo­rocz­nego har­mo­no­gram zajęć rodziny Kau­lów wypeł­niały liczne świą­teczne zobo­wią­za­nia. Pierw­sze miej­sce na ich liście zaj­mo­wał ban­kiet dla naj­waż­niej­szych człon­ków klanu Bez Szczy­tów. Zjawi się całe jego przy­wódz­two, razem z naj­waż­niej­szymi pię­ściami i szczę­ścio­daw­cami, pro­mi­nent­nymi latar­ni­kami, a także powią­za­nymi z kla­nem przed­sta­wi­cie­lami rządu i oso­bami publicz­nymi. Wen już od kilku tygo­dni była zajęta two­rze­niem listy gości oraz zała­twia­niem jedze­nia, muzyki, deko­ra­cji i ochrony. Hilo musiał zle­cić część zadań pra­cow­ni­kom per­so­nelu domo­wego, a także wyna­jąć kilka dodat­ko­wych osób, żeby się nie prze­cią­żała, ale i tak upie­rała się, że musi wszystko nad­zo­ro­wać oso­bi­ście. Oba­wiała się, że coś może pójść źle, a klan nie mógł sobie w tej chwili pozwo­lić na oka­zy­wa­nie sła­bo­ści.

Wie­czo­rem w dzień przy­ję­cia przy­szła jej szwa­gierka Lina, by pomóc jej się ubrać, upiąć włosy i zro­bić maki­jaż. Po śmierci Kehna Lina wypro­wa­dziła się z domu rogu, ustę­pu­jąc miej­sca Juen Nu, i opu­ściła rezy­den­cję Kau­lów, by zamiesz­kać ze swą liczną rodziną. Mimo to pozo­stały z Wen bli­skimi przy­ja­ciół­kami.

- Wyglą­dasz pięk­nie w szczę­śli­wej zie­leni - oznaj­miła rado­śnie, zapi­na­jąc guziki na ple­cach Wen.

Być może zauwa­żyła napię­cie mię­śni jej ramion i szyi oraz mocno zaci­śnięte usta. Dzie­dzi­niec wypeł­niał się gośćmi i dobie­gały stam­tąd coraz gło­śniej­sze hałasy. Z okna na pię­trze widziała dro­gie samo­chody zatrzy­mu­jące się na ron­dzie jeden po dru­gim. Wysia­dali z nich męż­czyźni w gar­ni­tu­rach i kobiety w wie­czo­ro­wych suk­niach.

Do pokoju wszedł Hilo. Był ubrany w smo­king.

- Jesteś pewna, że chcesz zejść na dół? - zapy­tał. W ciągu kilku ostat­nich tygo­dni mieli mnó­stwo pracy i rzadko ze sobą roz­ma­wiali. Kiedy wra­cał do domu, czę­sto już spała. Nie­raz kładł się do łóżka, nie doty­ka­jąc jej, a kiedy się budziła, już go nie było. Teraz jed­nak przyj­rzał się jej uważ­nie, chyba po raz pierw­szy od kilku mie­sięcy, i jego mina zła­god­niała.

- Nie musisz tego robić. Wszystko będzie w porządku.

Uśmiech­nęła się blado.

- Wiesz, że... nie jest w porządku.

Czę­sto trudno jej było wyra­zić sło­wami uwię­zione w gło­wie myśli, spra­wić, by wycho­dziły z jej ust gładko i popraw­nie, potra­fiła jed­nak słu­chać wia­do­mo­ści oraz roz­mów toczo­nych w kla­nie. Zdrada i publiczna egze­ku­cja latar­nika będą­cego zie­loną kością, a także nie­dawny atak na kasyno Poczwórna Wygrana wywo­łały obawy, że pod­czas świąt może dojść do kolej­nych incy­den­tów spro­ku­ro­wa­nych przez anty­kla­no­wych eks­tre­mi­stów. Oba te wyda­rze­nia mogły świad­czyć o tym, że klan Bez Szczy­tów został zepchnięty do defen­sywy i musi roz­pacz­li­wie bro­nić swych pozy­cji. To nie był korzystny obraz w cza­sach, gdy nara­stały obawy, że Kekon może się stać miej­scem kolej­nej kon­fron­ta­cji w glo­bal­nym kon­flik­cie mię­dzy Espe­nią a Ygu­ta­nem. Tym­cza­sem klan Góra miał mnó­stwo pie­nię­dzy i jego człon­ko­wie byli usa­tys­fak­cjo­no­wani, bo Ayt Mada mia­no­wała swym następcą nasto­let­niego bra­tanka. Ich wro­go­wie nie szczę­dzili wydat­ków na nowo­roczne uro­czy­sto­ści.

Pode­szła do męża, a on ujął ją pod ramię. Zła­pała go mocno, żeby nie stra­cić rów­no­wagi. Nie mogła nosić wyso­kich obca­sów, a bez nich czuła się niż­sza niż zwy­kle w porów­na­niu z Hilem.

- Nie pozwól, żebym się p... prze­wró­ciła - popro­siła.

Dzi­siej­szego wie­czoru naj­waż­niej­sze było trzy­ma­nie fasonu. Rodzina Kau­lów musiała zade­mon­stro­wać, że jest silna i zjed­no­czona. Jako żona filaru powinna dziś grać rolę gospo­dyni. Gdyby się nie zja­wiła, uznano by to za dowód cho­roby. Hilo mil­czał, scho­dząc z nią cier­pli­wie po scho­dach. Usta­wił ją tak, by jej sil­niej­sza lewa strona była bli­sko porę­czy, co pozwa­lało jej scho­dzić naj­pierw słab­szą nogą, sto­pień po stop­niu.

- Dzi­siaj jest... rocz­nica naszego ślubu. Pamię­tasz? - zapy­tała, wypo­wia­da­jąc słowa bar­dzo powoli, żeby zabrzmiały wyraź­nie.

Wzięli ślub w wigi­lię Nowego Roku, dzień przed tym, w któ­rym Hilo miał sta­wić czoło śmierci kon­se­kwen­cji, by oca­lić klan.

- Jasne - zapew­nił.

W jego gło­sie nie sły­szało się zło­ści, ale Wen przy­gry­zła wargę, sły­sząc obo­jętną zwię­złość tej odpo­wie­dzi. Chwile, gdy oka­zy­wał jej praw­dziwe okru­cień­stwo, zda­rzały się rzadko i mijały szybko - zimne spoj­rze­nie, ostra odpo­wiedź, nagły roz­błysk gniewu lub urazy na każde przy­po­mnie­nie faktu, że oka­zała mu nie­po­słu­szeń­stwo i omal jej nie zabito z tego powodu. Każdy taki incy­dent ranił jej duszę, ale znacz­nie gor­szy był dystans mię­dzy nimi, jaki celowo utrzy­my­wał. Przez bar­dzo długi czas żyła w bla­sku bez­kom­pro­mi­so­wej miło­ści Hila i jej nagły brak był dla niej mar­twą, cią­gnącą się bez końca zimą.

Wen zawsze się spo­dzie­wała, że coś takiego prę­dzej czy póź­niej się wyda­rzy. Że Hilo się zorien­tuje, jak głę­boko i przez jak długi czas anga­żo­wała się w sprawy klanu za jego ple­cami i bez jego wie­dzy, wyko­rzy­stu­jąc fakt, że jest kamien­no­oką, do prze­wo­że­nia jade­itu i nara­ża­jąc wła­sne życie. Nie wąt­piła, że się roz­gniewa, ale wie­rzyła, że jeśli z nim poroz­ma­wia, zdoła mu wszystko wytłu­ma­czyć, jak zawsze dotąd. Była pewna, że z cza­sem Hilo to zro­zu­mie.

Ale nie otrzy­mała takiej szansy. Kiedy naj­bar­dziej potrze­bo­wała się z nim poro­zu­mieć, led­wie była w sta­nie cokol­wiek powie­dzieć. Gra­nicą jej moż­li­wo­ści było wykrztu­sze­nie kilku zro­zu­mia­łych słów. A gdyby Hilo mógł się na nią wście­kać, spu­ścić ze smy­czy ból i poczu­cie zdrady, być może jego gniew wypa­liłby się z cza­sem. Nie pozwa­lał mu jed­nak na to szok wywo­łany fak­tem, że led­wie unik­nęła śmierci, a także fakt, że potrze­bo­wała opieki.

Wen zatrzy­mała się u pod­stawy scho­dów, by głę­boko ode­tchnąć i się przy­go­to­wać. Hilo poło­żył rękę na jej krzyżu i przez moment opie­rała się na niej. Potem wyszli razem na dzie­dzi­niec, by spo­tkać się z kla­nem.

Przy­wi­tała ich fala sple­cio­nych dłoni uno­szo­nych do czół.

- Kaul-jen! - wołali goście. - Nasza krew dla filaru!

Wen prze­łknęła ślinę i przy­wi­tała uśmie­chem morze twa­rzy. Ważni ludzie ze wszyst­kich czę­ści klanu widzieli ją u boku Hila po raz pierw­szy od ponad pół­tora roku. Zaczęła sil­niej ści­skać ramię męża, ale powstrzy­mała się, nie chcąc wywo­łać wra­że­nia, że nie może utrzy­mać rów­no­wagi.

Hilo uniósł wolną rękę w geście pozdro­wie­nia i zawo­łał do tłumu pod­nie­sio­nym gło­sem:

- Bra­cia i sio­stry, jako filar roz­ka­zuję wam, żeby­ście wszystko zje­dli i wypili wszyst­kie beczułki hoji!

Roz­le­gły się śmie­chy, po czym ktoś, zapewne jeden z pię­ści, który zdą­żył już wypić za dużo, zawo­łał rado­śnie:

- Jestem gotowy oddać życie za klan!

Wen zauwa­żyła Shae. Miała na sobie czarną suk­nię - kon­wen­cjo­nalną, ale było jej w niej do twa­rzy. Usły­szaw­szy krzyk pię­ści, wznio­sła oczy ku niebu i pocią­gnęła łyk wina.

W innej sytu­acji doko­na­liby obchodu całego pięk­nie ozdo­bio­nego dzie­dzińca, wita­jąc człon­ków klanu i przyj­mu­jąc od nich honory, dzi­siaj jed­nak Hilo popro­wa­dził żonę ku głów­nemu sto­łowi i pomógł jej usiąść na prze­zna­czo­nym dla niej krze­śle. Zajął miej­sce obok niej i goście pod­cho­dzili do niego grup­kami, by z nim poroz­ma­wiać. Spra­wiał wra­że­nie, że jest w dobrym nastroju. Słu­chał wszyst­kich uważ­nie i uśmie­chał się swo­bod­nie w typowy dla niego spo­sób.

Wen odwza­jem­niała dobre życze­nia, kiwała głową i uśmie­chała się, ale mówiła nie­wiele. Gdy otwie­rała usta, za każ­dym razem bała się, że popełni błąd. Kie­dyś miała nie­mal abso­lutną pamięć do twa­rzy i nazwisk, co było bar­dzo uży­teczne w każ­dej sytu­acji wyma­ga­ją­cej kon­taktu z ludźmi. Teraz utra­ciła rów­nież tę umie­jęt­ność. "Jakoś to prze­trzy­masz" - powta­rzała sobie.

Fala chło­dów już minęła, ale na­dal było nie­ty­powo zimno jak na począ­tek wio­sny. Kobiety narzu­cały szale na gołe ramiona, a roz­sta­wione w rów­nych odstę­pach lampy gazowe dawały cie­pło i migo­tliwy blask, w któ­rym przed­mioty rzu­cały cie­nie na czer­wone bal­da­chimy osła­nia­jące stoły. Tuż przed poda­niem kola­cji zja­wiły się dzieci, przy­pro­wa­dzone przez bab­cię. Niko i Ru nosili gar­ni­tury z kra­wa­tami, a Jaya żółtą sukienkę i białe raj­tuzy, które w jakiś spo­sób zdo­łała pobru­dzić na kola­nach. Wybie­gła przed braci i usa­do­wiła się na kola­nach Wen.

- Jaya-se, siedź porząd­nie - skar­ciła ją matka, sta­ra­jąc się jakoś unie­ru­cho­mić swe naj­młod­sze dziecko. Ode­tchnęła z ulgą, gdy Lina zabrała dziew­czynkę na usta­wioną na traw­niku huś­tawkę, by poba­wiła się na niej ze swym małym kuzy­nem Camem.

- Dobrze wyglą­dasz, pani Kaul - ode­zwała się żona Woona, sia­da­jąc obok niej. Jej mąż pogrą­żył się w roz­mo­wie z grupką star­szych rangą szczę­ścio­daw­ców. - Modlę się, by bogo­wie obda­rzyli cię w tym roku dobrym zdro­wiem.

- Dzię­kuję... Kiya - odpo­wie­działa Wen, cie­sząc się, że nie zapo­mniała imie­nia kobiety. Mówiła powoli, ale pano­wała nad gło­sem. - Życzę ci... tego samego.

Uśmiech na twa­rzy kobiety zachwiał się nieco, ale szybko przy­wró­ciła go na miej­sce i wska­zała głową Hila, który spa­ce­ro­wał po dzie­dzińcu z Nikiem i Ru, z dumą pozwa­la­jąc, by goście ich podzi­wiali, a Ru popi­sy­wał się swą gada­tli­wo­ścią. Dał obu chłop­com torebki z cze­ko­la­do­wymi mone­tami i zle­cił im misję roz­da­nia ich wszyst­kim malu­chom.

- Masz piękne dzieci - ode­zwała się Kiya z tęsk­nym uśmie­chem. - Z pew­no­ścią jesteś bar­dzo dumna z przy­szło­ści klanu.

Wen zadała sobie pytane, jak wiele Woon Papi opo­wiada żonie o sytu­acji w kla­nie i czy Kiya zdaje sobie sprawę, w jak trud­nym poło­że­niu finan­so­wym się zna­leźli.

- Przy­szłość... klanu to... coś wię­cej - przy­po­mniała Kii, wska­zu­jąc głową zgro­ma­dzony tłum.

Każdy, kto zoba­czyłby licz­nych, ele­gancko ubra­nych gości, obfi­tość jedze­nia i hoji oraz blask jade­itu na set­kach nad­garst­ków i szyj, pomy­ślałby, że klan Bez Szczy­tów jest nie­zwy­cię­żony. Taki wła­śnie efekt chcieli wywo­łać. Wra­że­nia odno­szone przez ludzi można było kształ­to­wać - spra­wić, że mały pokój wyda się duży, a wady budynku zamie­nić w jego zalety. Dzi­siej­szego wie­czoru spra­wiła, że klan Bez Szczy­tów stał się zbyt wielki i potężny, by mógł upaść. Rze­czy­wi­stość była jed­nak bar­dziej skom­pli­ko­wana. Widziała w gaze­tach zdję­cia haseł wypi­sa­nych na szkla­nych drzwiach Poczwór­nej Wygra­nej. Choć zda­wała sobie sprawę, że nikt nie odwa­żyłby się zaata­ko­wać tak licz­nego zgro­ma­dze­nia zie­lo­nych kości, zwłasz­cza w przed­dzień święta, skie­ro­wała spoj­rze­nie na straż­ni­ków pil­nu­ją­cych cegla­nych murów ota­cza­ją­cych posia­dłość oraz jej żela­znych bram. Nikt nie mógł być niczego pewny - ani oni, ani ich wro­go­wie.

Gdy kel­ne­rzy zaczęli przy­no­sić główne dania, Shae zajęła swoje miej­sce przy stole, a Kiya wstała pośpiesz­nie.

- Powin­ni­śmy iść na swoje miej­sca. Lepiej zabiorę stąd męża - oznaj­miła i pocią­gnęła sta­now­czo za rękaw Woon Papiego, żeby go odpro­wa­dzić.

Juen Nu i jego żona zajęli miej­sca obok Hila. Tar, który nie­dawno wró­cił z Espe­nii, przy­szedł ze swoją kochanką Iyn Ro. Oboje wyraź­nie mieli już w sobie po kilka kole­jek hoji i obej­mo­wali się, śmie­jąc się gło­śno. Anden cicho usiadł obok Wen, ode­tchnął z ulgą i uśmiech­nął się do niej pół­gęb­kiem.

- Cie­szę się, że mam miej­sce obok cie­bie, sio­stro.

Ona rów­nież była zado­wo­lona z sąsiedz­twa Andena. Tylko on rozu­miał, przez co prze­szła owej strasz­li­wej nocy w Port Massy. Wyznał jej, że jego rów­nież cza­sami budzą nocą kosz­mary, w któ­rych nie może oddy­chać. Zawdzię­czała mu życie, ale on na­dal pozo­stał zwy­czaj­nym mło­dzień­cem, któ­rego znała od wielu lat. Kiedy się zaci­nała albo mówiła nie­wy­raź­nie, ni­gdy nie spo­glą­dał na nią z lito­ścią albo znie­cier­pli­wie­niem. Cały wysi­łek, który musiała wkła­dać w roz­mowę z innymi gośćmi, zni­kał bez śladu. Co dziwne, kiedy się uspo­ko­iła, miała znacz­nie mniej trud­no­ści.

- Jak ci idzie na stu­diach medycz­nych?

- Trzeba bar­dzo dużo pra­co­wać - przy­znał ze smut­kiem. - Ale nie zamie­rzam się uskar­żać.

- Sły­sza­łam, że na pierw­szym roku jest naj­trud­niej - spró­bo­wała go pocie­szyć.

Anden poki­wał głową.

- Jest strasz­nie dużo mate­riału i w dodatku trzeba się nauczyć myśleć o jade­ito­wych umie­jęt­no­ściach w zupeł­nie inny spo­sób. Mam nadzieję, że na dru­gim roku będzie tro­chę łatwiej. - Zauwa­żył, że Wen waha się, spo­glą­da­jąc na cho­chlę, i sam wypeł­nił jej miskę zupą z owo­ców morza. - Cza­sami zasta­na­wiam się, czy warto się tak tru­dzić, ale jeśli mi się nie uda, nie znajdę żad­nego innego uży­tecz­nego zaję­cia.

- Anden - sprze­ci­wiła się sta­now­czo. - N... nie powi­nie­neś tak mówić. Pomyśl, jak wiele doko­na­łeś, żyjąc bez... bez... jade­itu w obcym kraju. Przed­tem wszy­scy wokół powta­rzali ci, że twoja war­tość opiera się tylko na jade­ito­wych umie­jęt­no­ściach. Choć oczy... oczy­wi­ście ważne jest to, jakim czło­wie­kiem jesteś. Twoi kuzyni już o tym wie­dzą i to się nie zmieni, nawet gdy­byś jutro rzu­cił stu­dia.

Tak mocno pra­gnęła wyra­zić swą opi­nię, że led­wie zauwa­żyła triumf, jakim było wypo­wie­dze­nie kilku zdań z rzędu z tylko nie­licz­nymi drob­nymi prze­rwami.

Anden się zaczer­wie­nił i nagle skon­cen­tro­wał uwagę na prze­su­wa­niu kre­wetki w kałuży sosu czosn­ko­wego.

- Dzię­kuję ci za te słowa - rzekł po jakimś cza­sie. - Obyś miała rację.

- Pew­nie, że ją mam.

Wen rozu­miała, dla­czego Anden czuje się dzi­siaj nie­zbyt pew­nie. Hono­rowe miej­sce przy stole potwier­dzało w oczach wszyst­kich, że Hilo przy­wró­cił kuzyna do łask i znowu uważa go za członka rodziny, ale noszący mnó­stwo jade­itu wojow­nicy oraz bogaci biz­nes­meni na­dal spo­glą­dali na niego z lito­ścią i scep­ty­cy­zmem. Na nią zapewne rów­nież. Bar­dzo dużo pecha u szczytu, szep­tali z pew­no­ścią.

Pomimo żar­to­bli­wych roz­ka­zów Hila wyglą­dało na to, że kolejne potrawy napły­wają na stoły szyb­ciej, niż goście są w sta­nie je pochła­niać. Stoły ugi­nały się pod daniami takimi jak pie­czone pro­sięta, ryba goto­wana z imbi­rem, kiełki grosz­ków z czosn­kiem oraz sma­żone ośmior­nice. Zespół bęb­nia­rzy żegnał koń­czący się rok z ogłu­sza­ją­cym łosko­tem, a przy dwóch bocz­nych sto­łach pię­ści rzu­cały sobie wyzwa­nia na pijac­kie poje­dynki. Niko, Ru i Jaya uści­skali rodzi­ców na dobra­noc, po czym bab­cia odpro­wa­dziła je do łóżek. Oczy Wen zaszły mgłą ze zmę­cze­nia i wszystko wyda­wało się jej zama­zane. Znu­że­nie wni­kało też w jej wszyst­kie mię­śnie i spo­wal­niało myśli.

Zauwa­żyła, że Juen i jego żona odda­lili się już jakiś czas temu, teraz jed­nak róg poja­wił się nagle za jej krze­słem i pochy­lił się w stronę Hila.

- Kaul-jen, moja żona poszła poło­żyć dzieci spać, ale przy­bie­gła z powro­tem, żeby mnie zawia­do­mić, co usły­szała w radiu. - Mówił do ucha filaru, ale musiał pod­no­sić głos, żeby prze­krzy­czeć fajer­werki i Wen wyraź­nie sły­szała jego słowa. - Dwie godziny temu espeń­ski myśli­wiec zestrze­lił ygu­tań­ski samo­lot szpie­gow­ski nad Euma­nem. Maszyna spa­dła w pobliżu bazy. Pilot prze­żył, ale popeł­nił samo­bój­stwo, nim zdo­łano wziąć go do nie­woli. Rządy Ygu­tanu i Espe­nii prze­rzu­cają się nawza­jem oskar­że­niami i grożą wojną na Oce­anie Ama­ryc­kim.

Hilo słu­chał tych słów z nie­mal nie­ru­chomą twa­rzą, ale Wen zauwa­żyła, że wyraz jego oczu w kilka sekund prze­szedł ze spo­koj­nej weso­ło­ści, poprzez nie­do­wie­rza­nie, w gniew, niczym ogień, który naj­pierw jest czer­wony, przez chwilę poma­rań­czowy, a potem nie­bie­ski.

- Kurwa, nie mogli sobie zna­leźć lep­szej chwili - wydy­szał.

- Jutro odbę­dzie się pilne spo­tka­nie Rady Ksią­żę­cej.

Juen zer­k­nął na bawią­cych się świet­nie gości. Bęb­nia­rze zaczęli odli­cza­nie do pół­nocy i otwo­rzono kolejną beczułkę hoji. Nawet Shae spra­wiała wra­że­nie, że dobrze się bawi.

- Powiemy ludziom? - zapy­tał róg.

Hilo zaci­snął zęby.

- Nie - zde­cy­do­wał. - Wkrótce sami się dowie­dzą. Niech zaczną Nowy Rok w dobrym nastroju. To może być jedyna oka­zja, żeby przy­wo­łać szczę­ście, a możemy go cho­ler­nie potrze­bo­wać - mruk­nął.

- Zawia­do­mię dys­kret­nie tylko naj­waż­niej­sze pię­ści - zasu­ge­ro­wał Juen. - Żeby się przy­go­to­wały do obrony naszych tery­to­riów, na wypa­dek gdyby ludzie prze­stra­szyli się inwa­zji i wpa­dli w panikę.

Kiedy róg się odda­lił, Wen wycią­gnęła rękę, by dotknąć ramie­nia męża. Chciała mu powie­dzieć: "Powi­nie­neś też zawia­do­mić Shae. Biuro Pro­gno­styka musi poroz­ma­wiać z naszymi ludźmi w Radzie, zanim wydamy oświad­cze­nie". Nie­stety trą­ciła łok­ciem wypeł­nioną her­batą fili­żankę i roz­lała płyn na kolana ich obojga. A kiedy otwo­rzyła usta, nie była w sta­nie nic powie­dzieć, jakby coś wepchnęło słowa z powro­tem do płuc. Mogła tylko patrzeć bez­rad­nie na męża.

Hilo wytarł ser­wetką her­batę wsią­ka­jącą w ich ubra­nia.

- Jesteś zmę­czona.

Wstał i pocią­gnął Wen na nogi. Opie­rała się na nim, gdy szli w stronę domu. Przez chwilę nikt nie zwra­cał na nich uwagi. Nie­mal wszy­scy goście prze­nie­śli się na traw­nik, by obser­wo­wać sztuczne ognie, które miały zaraz roz­bły­snąć nad mia­stem. Gdy zna­leźli się wewnątrz, Hilo zapro­wa­dził ją na górę i pomógł poło­żyć się do łóżka. Jego dotyk był deli­katny, lecz wyzbyty wszel­kich uczuć. Roz­piął liczne guziki jej sukni, a potem uło­żył żonę pod kocami.

Oczy Wen wypeł­niły łzy bólu i upo­ko­rze­nia. Przed laty, gdy byli mło­dymi kochan­kami, całymi dniami ocze­ki­wała gorącz­kowo na jego przy­by­cie. Wresz­cie się zja­wiał - młody wojow­nik oszo­ło­miony nowym jade­item zdo­by­tym w jakiejś potyczce albo poje­dynku. Kiedy go roz­bie­rała, pro­siła, by wyli­czył swoje zwy­cię­stwa, cału­jąc jed­no­cze­śnie nowe klej­noty wsz­cze­pione nie­dawno w jego ciało. Potem kochali się do nie­przy­tom­no­ści, raz po raz. Ero­tyczna moc, z jaką na niego dzia­łała, przy­pra­wiała ją o oszo­ło­mie­nie.

Hilo ni­gdy nie przy­znał, że odwie­dza teraz kur­ty­zany, ale wła­ści­wie nie pró­bo­wał też tego ukry­wać. Kilka razy poczuła na jego ubra­niu zapach per­fum, znaj­do­wała też w jego kie­sze­niach zapałki albo papierki od cukier­ków z Klubu dla Dżen­tel­me­nów Boski Bez. Potra­fiła się pogo­dzić z tym, że zaspo­ka­jał gdzie indziej swe potrzeby pod­czas jej dłu­giej rekon­wa­le­scen­cji, ale myśl o tym, że nie potra­fią już znaj­do­wać pocie­sze­nia u sie­bie nawza­jem, była dla niej zbyt bole­sna. Od czasu do czasu pró­bo­wali się kochać, ale Hilo nie był sobą. Albo był bar­dzo deli­katny, naj­wy­raź­niej bojąc się, że zrobi jej krzywdę, albo po pro­stu kopu­lo­wał krótko i gniew­nie, jakby wyko­ny­wał nie­przy­jemny obo­wią­zek.

Teraz zga­sił lampę na sto­liku i usiadł na skraju łóżka, spo­glą­da­jąc na widoczne za oknem mia­sto. Wysoko nad dachem Gma­chu Mądro­ści i tara­so­wym stoż­kiem wieży Pałacu Trium­fal­nego poja­wiły się już pierw­sze fajer­werki. Świa­tło uwi­docz­niło na moment mroczny pro­fil Hila, zaostrzyło melan­cho­lijne bruzdy, nie­pa­su­jące do twa­rzy, w któ­rej się kie­dyś zako­chała. Na dwo­rze zagrzmiały bębny i goście gło­śnym okrzy­kiem przy­wi­tali począ­tek Nowego Roku.

Kiedy Wen miała sie­dem­na­ście lat, naostrzyła kuchenny nóż i prze­cięła opony w rowe­rze brata. Ni­gdy nie powie­działa o tym Keh­nowi, który spu­ścił z tego powodu łomot jed­nemu z chło­pa­ków z sąsiedz­twa. Potem Kaul Hilo codzien­nie przy­jeż­dżał do nich samo­cho­dem po Kehna i Tara i razem ruszali do mia­sta - trzy młode palce pra­gnące zdo­być jadeit i okryć się chwałą. Wen każ­dego dnia odpro­wa­dzała braci do duchesse, by poże­gnać się z nimi i przy­wi­tać ich po powro­cie. Hilo kie­dyś się roze­śmiał, gdy zatrzy­mał samo­chód i zoba­czył ją, jak stała w desz­czu. Powie­dział wtedy, że jest naj­lep­szą i naj­bar­dziej oddaną sio­strą, jaką kie­dy­kol­wiek widział, a jego wła­sna sio­stra ni­gdy nie zro­bi­łaby cze­goś takiego.

Wen musiała z żalem przy­znać, że była wtedy sza­loną z miło­ści nasto­latką, ale przy­naj­mniej nie wię­dła bez­u­ży­tecz­nie z żalu. Dro­biazg taki, jak uszko­dzony rower, mógł wpły­nąć na wyroki losu, podob­nie jak kamien­no­oka była w sta­nie zmie­nić rezul­tat wojny kla­nów. Szu­kała w myślach cze­goś, co mogłaby powie­dzieć, by ponow­nie zwró­cić serce Hila ku sobie, jak wtedy, gdy opusz­czał szybę i wychy­lał się z uśmie­chem z samo­chodu. Była jed­nak zbyt zmę­czona.

- Muszę tam wró­cić - oznaj­mił jej mąż.

Odwró­ciła się na bok. Poczuła, że jego cię­żar prze­stał naci­skać na mate­rac, a gdy do pokoju wpadł blask kolej­nej serii fajer­wer­ków, oświe­tlił tylko pustkę.

Rozdział 6. Wiatr się zmienia

ROZ­DZIAŁ 6

WIATR SIĘ ZMIE­NIA

Spe­cjalne spo­tka­nie udzia­łow­ców Kekoń­skiej Rady Jade­ito­wej odbyło się sześć dni póź­niej. Mimo powszech­nego poli­tycz­nego obu­rze­nia i potrzą­sa­nia sza­belką ze wszyst­kich stron dyplo­ma­tyczny kon­flikt mię­dzy Espe­nią a Ygu­ta­nem nie prze­ro­dził się w otwartą wojnę. Nie­mniej w Jan­lo­onie i innych kekoń­skich mia­stach doszło do panicz­nego wykupu żyw­no­ści i innych nie­zbęd­nych do życia towa­rów w okre­sie zwy­kle prze­zna­czo­nym na wypo­czy­nek i świę­to­wa­nie. Klany zie­lo­nych kości wyszły tłum­nie na ulice, by zapo­biec prze­stęp­czo­ści i gra­bie­żom, to jed­nak był tylko krót­ko­ter­mi­nowy pro­blem. Po raz pierw­szy od wojny wielu naro­dów Kekoń­czycy poważ­nie oba­wiali się moż­li­wo­ści cudzo­ziem­skiego najazdu. Nawet przy­wódcy kla­nów, któ­rzy nie­na­wi­dzili się nawza­jem, zda­wali sobie sprawę, że muszą się spo­tkać.

Shae przy­szła do głów­nego budynku posia­dło­ści wcze­śnie rano. Dzieci oglą­dały kre­skówki, a Kyanla sprzą­tała po śnia­da­niu.

- Cio­ciu Shae, oglą­damy Wojow­ni­czych poskra­mia­czy bestii - oznaj­mił Ru, cią­gnąc ją w stronę kanapy.

To był ani­mo­wany serial o zie­lo­nych kościach strze­gą­cych kró­lów z fik­cyj­nej dyna­stii z ery trzech koron, któ­rzy nie tylko posia­dali nie­praw­do­po­dob­nie prze­sa­dzone jade­itowe talenty, ale też potra­fili przy­wo­ły­wać ogromne magiczne bestie i ruszać na nich do walki. Na dywa­nie przed tele­wi­zo­rem walało się mnó­stwo figu­rek przed­sta­wia­ją­cych posta­cie z serialu.

Shae usia­dła na kana­pie, by spra­wić przy­jem­ność bra­tan­kowi.

- Gdzie twój tata? - zapy­tała.

Ru wzru­szył ramio­nami.

- Myślisz, że roz­wie­dzie się z mamą? - zapy­tał z nagłym nie­po­ko­jem Niko.

To zadane przez sze­ścio­latka pyta­nie poja­wiło się z pozoru zni­kąd. Nim zasko­czona Shae zdo­łała wymy­ślić jakąś odpo­wiedź, Ru rzu­cił się na brata i zaczął go okła­dać pię­ściami po bar­kach i brzu­chu.

- Prze­stań tak mówić! Nie roz­wiodą się, ty głu­pia psia mordo!

Jaya pode­szła do nich, chi­cho­cząc z zacie­ka­wie­niem.

Niko nie­cier­pli­wie ode­pchnął młod­szego brata, nie odwza­jem­nia­jąc jego cio­sów. Shae roz­dzie­liła chłop­ców i umie­ściła ich po prze­ciw­nych stro­nach kanapy.

- Ru, nie wolno nazy­wać brata psią mordą - skar­ciła dzie­ciaka.

Hilo zszedł na dół i zer­k­nął na ponure miny wszyst­kich obec­nych.

- Zga­ście tele­wi­zor - pole­cił. - Pora ubie­rać się do szkoły.

Ruszył ku drzwiom, a Shae podą­żyła za nim.

Zaufany kie­rowca zawie­zie ich duchesse do śród­mie­ścia. Hilo zapa­lił papie­rosa i opu­ścił tylną szybę.

Shae zmu­siła się do prze­rwa­nia głu­chej ciszy, która zawsze teraz zapa­dała, gdy zosta­wała sam na sam z bra­tem.

- Chłopcy mar­twią się o cie­bie i Wen.

- Niko mar­twi się wszyst­kim - odpo­wie­dział Hilo. - Kto kie­dy­kol­wiek widział takiego dzie­ciaka?

- To dla­tego, że jest spo­strze­gaw­czy - odparła Shae. Chło­piec czę­sto spra­wiał wra­że­nie roz­tar­gnio­nego, zato­pio­nego w myślach, ale nie­raz potra­fił nagle powie­dzieć coś, co dowo­dziło, że bar­dzo pil­nie słu­cha wszyst­kiego, co mówią doro­śli. - Wie, że trak­tu­jesz Wen ina­czej niż przed­tem.

- Trak­tuję ją bar­dzo dobrze - wark­nął Hilo. - Zawsze się nią opie­ko­wa­łem.

Miała ochotę przy­wa­lić bratu. Oboje z Hilem wyrzą­dzili sobie w życiu wiele krzywd i uod­por­niła się na jego gniew. Nato­miast jej szwa­gierka, jedna z naj­sil­niej­szych kobiet, jakie w życiu spo­tkała, potrze­bo­wała miło­ści Hila jak tlenu.

- Jeśli na­dal chcesz zrzu­cać winę na mnie, to pro­szę bar­dzo. Ale czy Wen nie wycier­piała już wystar­cza­jąco wiele? Wszystko, co zro­biła, zro­biła dla cie­bie i dla klanu. Czy nie potra­fisz nawet powie­dzieć jej, że to rozu­miesz?

Hilo prych­nął pogar­dli­wie i gniew­nie zga­sił papie­rosa w popiel­niczce.

- Kto jak kto, ale ty z pew­no­ścią nie powin­naś udzie­lać nikomu rad w spra­wach ser­co­wych, Shae. Co z tobą i Woonem?

Nagła zmiana tematu zasko­czyła Shae jak szyb­kie odpar­cie ataku i kon­tra w walce na noże.

- A co ma być? - zapy­tała, wsty­dząc się obron­nego tonu, jaki usły­szała we wła­snym gło­sie. - Jeste­śmy przy­ja­ciółmi i współ­pra­cow­ni­kami.

Śmiech Hila zabrzmiał okrut­nie.

- I to ja nie mówię tego, co trzeba powie­dzieć? Woon pod innymi wzglę­dami jest inte­li­gentny, ale nie potra­fię zro­zu­mieć, dla­czego się drę­czy, pra­cu­jąc dla cie­bie. Powin­naś powie­dzieć mu, co naprawdę czu­jesz, albo już dawno go wyrzu­cić.

Shae poczuła na twa­rzy ude­rze­nie gorąca.

- Nie każdy sieje swo­imi emo­cjami na wszyst­kie strony, jak szrap­ne­lami, Hilo - wark­nęła. - Oboje z Woonem jeste­śmy pro­fe­sjo­na­li­stami, a poza tym w przy­szłym tygo­dniu ma objąć inne sta­no­wi­sko.

- A jak ci się wydaje, dla­czego musiał popro­sić o prze­nie­sie­nie? - zapy­tał Hilo.

Nim zdą­żyła mu odpo­wie­dzieć, duchesse się zatrzy­mała. Przy­byli na miej­sce.

- Zapo­mnij o tym. Skupmy się na tym, żeby ukryć przed Ayt Madą i innymi fila­rami obec­nymi na spo­tka­niu, w jak fatal­nym sta­nie jeste­śmy.

Otwo­rzył drzwi i wysiadł z samo­chodu. Shae się wście­kła, bo to on miał ostat­nie słowo. Wypu­ściła z sykiem powie­trze, a potem podą­żyła za nim.

Sie­dziba Kekoń­skiego Soju­szu Jade­ito­wego mie­ściła się w dwu­pię­tro­wym beto­no­wym budynku w Dziel­nicy Finan­so­wej, nie­da­leko na zachód od kla­no­wego wie­żowa na Stat­ko­wej i tylko dwie prze­cznice na wschód od Świą­tyni Boskiego Powrotu. Jego masywna, bry­ło­wata syl­wetka koja­rzyła się z rzą­dową biu­ro­kra­cją. Na jego widok Shae nie mogła powstrzy­mać myśli, że bez względu na całe kul­tu­rowe, eko­no­miczne i duchowe zna­cze­nie jade­itu, jego wydo­by­cie i dys­try­bu­cję umoż­li­wiały tysiące ludzi wyko­nu­ją­cych pro­za­iczną pracę w swo­ich biu­ro­wych bok­sach. Przy wej­ściu oboje z Hilem oddali karam­bity dwóm war­tow­ni­kom noszą­cym kasz­kiety i szarfy klanu Tar­cza Haedo. Potem wsie­dli do windy i w mil­cze­niu poje­chali na górę. Postrze­gała szum aury brata, prze­cho­dzący w groźny war­kot. Nawet w naj­lep­szych momen­tach nie zno­sił spo­tkań KSJ.

Gdy weszli do sali obrad, Ayt Mada­shi była już na miej­scu. Roz­ma­wiała z fila­rem klanu Jed­ność Sze­ściu Dłoni, naj­więk­szym z len­ni­ków Góry. Nawet nie spoj­rzała na wie­lo­let­nich wro­gów, ale jej jade­itowa aura posze­rzyła się na moment, gdy Hilo i Shae ruszyli ku swoim krze­słom. Wszy­scy uczest­nicy spo­tka­nia mieli wyzna­czone miej­sca przy wiel­kim okrą­głym stole. Na bla­cie umiesz­czono pla­kietki z nazwami pięt­na­stu kla­nów zie­lo­nych kości, będą­cych obec­nie udzia­łow­cami kekoń­skiego kar­telu jade­ito­wego. Suge­ro­wało to, że w tej sali wszyst­kie klany zie­lo­nych kości są sobie równe i wspól­nie pono­szą odpo­wie­dzial­ność za opiekę nad kra­jo­wymi zaso­bami jade­itu oraz zarzą­dza­nie nimi. Nie­mniej Góra i klan Bez Szczy­tów, dwa naj­więk­sze klany zie­lo­nych kości w kraju, sie­działy naprze­ciwko sie­bie, a repre­zen­tanci pomniej­szych kla­nów zaj­mo­wali miej­sca bli­żej jed­nej ze stron zależ­nie od tego, wobec kogo byli lojalni. Przez umysł Shae prze­mknęła pełna iro­nii myśl, że ten, kto opty­mi­stycz­nie zapro­jek­to­wał salę z myślą o pro­mo­cji ega­li­tar­nej współ­pracy, nie doce­nił kekoń­skiej skłon­no­ści do demon­stro­wa­nia swego sta­tusu spo­łecz­nego oraz lojal­no­ści przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji. Pod ścia­nami stało czworo mil­czą­cych bogo­wier­czych pokut­ni­ków w tra­dy­cyj­nych dłu­gich, zie­lo­nych sza­tach. Zapew­niali łącz­ność z nie­bem i gwa­ran­to­wali dobre zacho­wa­nie człon­ków kla­nów nawet w tej naj­bar­dziej oczy­wi­stej stre­fie kon­fliktu.

Hilo pozdro­wił ski­nie­niem głowy przy­wód­ców kla­nów Kamienny Kubek oraz Jo Sun, len­ni­ków klanu Bez Szczy­tów. Obaj oddali mu honory, gdy sia­dał na krze­śle. Shae zajęła miej­sce obok niego. Sta­rała się patrzeć we wszyst­kie moż­liwe strony, uda­wała, że prze­gląda jakieś nie­po­trzebne papiery, lecz mimo to jej spoj­rze­nie nie­ustan­nie wędro­wało ku znie­kształ­co­nemu, czę­ściowo odcię­temu lewemu uchu Ayt Mady. Poczuła świerz­bie­nie w sta­rej bliź­nie na brzu­chu. Filar Góry zer­k­nęła w jej stronę. Ich spoj­rze­nia spo­tkały się na jedno mroźne mgnie­nie oka. Potem Ayt znowu zwró­ciła się ku swemu roz­mówcy.

W nor­mal­nej sytu­acji miej­sce po jej lewej stro­nie zaj­mo­wałby Iwe Kalundo, pro­gno­styk Góry, ale dzi­siaj sie­dział tam męż­czy­zna o potęż­nej klatce pier­sio­wej, siwych, kędzie­rza­wych, zacze­sa­nych do tyłu wło­sach i rumia­nej twa­rzy. Miał jadeit na lewym nad­garstku i w pra­wym uchu, a Shae Postrze­gała jego aurę jako gęstą niczym syrop. Miała wra­że­nie, że skądś go zna. Kim był? Gdyby Ayt mia­no­wała nowego pro­gno­styka, Shae z pew­no­ścią by o tym wie­działa.

- To jeden z Kobe­nów - mruk­nął Hilo, naj­wy­raź­niej zauwa­ża­jąc jej dez­orien­ta­cję. - Wujek chło­paka ze strony matki.

Wujek Koben Ata, czter­na­sto­let­niego pod­opiecz­nego Ayt Mady, któ­rego mia­no­wała swym następcą. Chło­pak nie­dawno zmie­nił z powro­tem nazwi­sko na Ayt Ato, z pew­no­ścią po to, by wzmoc­nić swe pre­ten­sje. Shae przy­po­mniała sobie, że nie­dawno czy­tała w jakimś cza­so­pi­śmie arty­kuł o rodzi­nie Kobe­nów, nie­mniej zdzi­wiła się, że Hilo poznaje ich po twa­rzach. Przy­po­mniała sobie jed­nak, że kilka lat temu jej brat sta­rał się wznie­cić wewnętrzne kon­flikty w Górze, roz­ka­zu­jąc zabić jed­nego z Kobe­nów. Z pew­no­ścią stu­dio­wał ich dokład­nie.

Czy obec­ność Kobena była kolej­nym dowo­dem na to, że Ayt posta­wiła na swego bra­tanka i jego rodzinę? Być może po wielu latach bory­ka­nia się z pro­ble­mem suk­ce­sji posta­no­wiła prze­ko­nać opi­nię publiczną, że jed­nak dba o przy­szłość klanu.

Hilo i Shae zja­wili się jako jedni z ostat­nich. Po kilku minu­tach wszyst­kie miej­sca były już zajęte i masywne drzwi zamknięto. Się­ga­jące od pod­łogi po sufit okna po jed­nej stro­nie sali wycho­dziły na połu­dnie i do środka wpa­dało mnó­stwo sło­necz­nego świa­tła, nie­mniej atmos­fera była tu duszna z powodu wiel­kiego nagro­ma­dze­nia jade­ito­wej ener­gii. Spo­tka­nia KSJ orga­ni­zo­wano co kwar­tał, ale więk­szość fila­rów zja­wiała się tylko raz w roku, gdy gło­so­wano nad budże­tem Soju­szu i uchwa­lano kwoty eks­por­towe i impor­towe, a także limity wydo­by­cia jade­itu oraz jego dys­try­bu­cję. Resztę spo­tkań zosta­wiali swoim pro­gno­sty­kom. Tylko w naprawdę wyjąt­ko­wych sytu­acjach kom­plet przy­wód­ców kla­nów mógł się spo­tkać na zebra­niu zapo­wie­dzia­nym z tak krót­kim wyprze­dze­niem.

Nie wszy­scy z obec­nych byli zie­lo­nymi kośćmi. Choć klany miały pakiet kon­tro­lny, kar­te­lem zarzą­dzało pań­stwo. Dla­tego na spo­tka­niach zawsze zja­wiali się przed­sta­wi­ciele rządu oraz inni dygni­ta­rze, razem ze swymi asy­sten­tami.

Jeden z bez­ja­de­ito­wych urzęd­ni­ków, Canto Pan, obecny dyrek­tor ope­ra­cyjny KSJ i prze­wod­ni­czący rady, wstał i zabrał głos:

- Dzię­kuję wam za to, że zgo­dzi­li­ście się tu zja­wić pod­czas świą­tecz­nego tygo­dnia. Niech bogo­wie opro­mie­nią swą łaską wszyst­kie wasze klany.

Shae pomy­ślała, że to z pew­no­ścią nie­moż­liwe. Wszelka boska łaska oka­zana Górze byłaby kata­strofą dla klanu Bez Szczy­tów i na odwrót. Zacho­wała jed­nak tę myśl dla sie­bie.

- Jak nie­wąt­pli­wie wie­cie, Rada Ksią­żęca wydała oświad­cze­nie i wszyst­kie klany zie­lo­nych kości w kraju udzie­liły mu popar­cia - kon­ty­nu­ował Canto.

Kekoń­ski rząd sta­now­czo potę­pił Ygu­tan za wysy­ła­nie szpie­gow­skich samo­lo­tów nad Euman, jed­no­znacz­nie oznaj­mia­jąc, że wyspa pozo­staje kekoń­skim tery­to­rium, mimo że od dawna sta­cjo­nują na niej cudzo­ziem­scy woj­skowi "goście". Nale­gał, by kon­flikt mię­dzy dwoma mocar­stwami powstrzy­mano za pomocą środ­ków dyplo­ma­tycz­nych, lecz jed­no­cze­śnie ostrze­gał, że jeśli któ­raś ze stron spró­buje doko­nać inwa­zji na Kekon bądź prze­jąć nad nim kon­trolę, napo­tka opór.

- Kekon pra­gnie pokoju, pozo­sta­jemy jed­nak naro­dem wojow­ni­ków nie­ma­ją­cych sobie rów­nych na całym świe­cie - oznaj­mił w Gma­chu Mądro­ści kanc­lerz Guim, stron­nik klanu Góra. - W naszej dłu­giej, dum­nej histo­rii prze­la­li­śmy rzeki krwi w obro­nie swej nie­pod­le­gło­ści i z całą pew­no­ścią jeste­śmy w sta­nie zro­bić to znowu.

Espeń­ski rząd nie był zado­wo­lony z ostrego tonu tego wystą­pie­nia, które - jak okre­ślił to Hilo - w prze­ga­dany, ele­gancki spo­sób mówiło: "Odpier­dol­cie się od nas jedni i dru­dzy".

- Wszy­scy popie­ramy słowa kanc­le­rza, ale entu­zja­styczna reak­cja opi­nii publicz­nej, jaką widzie­li­śmy w kilku ostat­nich dniach, dowo­dzi, że popar­cie, które mamy, nie ogra­ni­cza się do słów - cią­gnął prze­wod­ni­czący Canto. - Dla­tego oddaję teraz głos gene­ra­łowi Ronu Yasu­go­nowi, naj­wyż­szemu rangą doradcy woj­sko­wemu Rady Ksią­żę­cej, który pro­sił o pozwo­le­nie zwró­ce­nia się do was bez­po­śred­nio.

Ronu wstał i dotknął sple­cio­nymi dłońmi czoła, odda­jąc honory wszyst­kim przy­wód­com zie­lo­nych kości. Miał na ręka­wach mun­duru złote gene­ral­skie paski, a w sta­lową bran­so­letkę zegarka wpra­wił jade­ity. Shae spo­tkała go już kie­dyś i była pewna, że to czło­wiek honoru, wyko­nu­jący bar­dzo trudną pracę. Dawno już zamie­nił wysoką pozy­cję w kla­nie Góra na karierę w małej i nie­do­ce­nia­nej armii kekoń­skiej.

- W tym tygo­dniu Kekoń­czycy byli zmu­szeni sta­wić czoło rze­czy­wi­sto­ści, na którą dowódcy woj­skowi wska­zy­wali już od wielu lat. Jeste­śmy małym kra­jem i zna­leź­li­śmy się mię­dzy dwoma tygry­sami. Choć kanc­lerz Guim zapew­nia, że potra­fimy ode­przeć cudzo­ziem­ską agre­sję, prawda wygląda tak, że naszą nie­wielką armię można poko­nać z łatwo­ścią i w krót­kim cza­sie. Espe­nia i Ygu­tan co roku zwięk­szają wydatki na cele woj­skowe, a nasze siły zbrojne na­dal zaj­mują niską pozy­cję na liście prio­ry­te­tów pań­stwa. Wczo­raj sta­łem przed Radą Ksią­żęcą i sta­ra­łem się prze­ko­nać ją do uchwa­le­nia w pil­nym try­bie ustawy, która pozwo­li­łaby na zakup sprzętu, zwięk­sze­nie liczeb­no­ści armii i wyszko­le­nie nowych żoł­nie­rzy. Wszystko to są środki nie­zbędne dla zwięk­sze­nia naszej goto­wo­ści obron­nej.

- Nie zdo­łamy prze­ści­gnąć w wydat­kach na zbro­je­nia kra­jów znacz­nie więk­szych od nas - zauwa­żył San­gun Ye, wie­kowy, ale na­dal bystry filar klanu Jo Sun. - Nasze bez­pie­czeń­stwo zawsze opie­rało się na wyszko­lo­nych wojow­ni­kach zie­lo­nej kości, któ­rzy w każ­dej chwili są gotowi do walki. Dbają o to ich klany.

- Przed pra­wie stu­le­ciem ta sta­ro­żytna mądrość zawio­dła nas w star­ciu z prze­wa­ża­ją­cymi siłami nie­przy­ja­ciela, co dopro­wa­dziło do dzie­się­cio­leci szo­tar­skiej oku­pa­cji - zauwa­żył Ronu.

- Mie­li­śmy wtedy potul­nego, tchórz­li­wego króla i zbyt wiele małych, nie­sko­or­dy­no­wa­nych kla­nów - odpo­wie­dział San­gun. - To był mroczny okres w naszej histo­rii, ale w końcu poko­na­li­śmy najeźdź­ców. Cudzo­ziemcy mogą sobie potrzą­sać sza­belką, ale czy jaki­kol­wiek kraj, nawet tak wielki i potężny jak Ygu­tan, byłby na tyle lek­ko­myślny, by zary­zy­ko­wać inwa­zję na Kekon? Mieli wystar­cza­jąco wiele trud­no­ści w Oor­toko, gdzie wszy­scy ludzie są słabi. Nie powin­ni­śmy wpa­dać w panikę z powodu zwy­kłego samo­lotu szpie­gow­skiego.

Syn San­guna, pro­gno­styk ich klanu, poki­wał głową, podob­nie jak kilka innych zie­lo­nych kości. Shae czy­tała opi­nie licz­nych poli­tycz­nych i woj­sko­wych ana­li­ty­ków. Więk­szość z nich zga­dzała się, że choć Kekon ma klu­czowe zna­cze­nie dla espeń­skich inte­re­sów stra­te­gicz­nych na Ama­ryku i w związku z tym jest logicz­nym celem dla ygu­tań­skiej agre­sji, koszty pod­boju i utrzy­ma­nia histo­rycz­nie bar­dzo trud­nej do zdo­by­cia wyspy byłyby po pro­stu zbyt wyso­kie.

- Klany mogły się stać więk­sze i potęż­niej­sze, ale żyjemy teraz w zupeł­nie innym świe­cie niż nasi dziad­ko­wie - sprze­ci­wił się gene­rał Ronu. - Nie jeste­śmy już jedy­nym kra­jem, który ma jade­ito­wych wojow­ni­ków. Repu­blika Espe­nii wypo­saża swych dobo­ro­wych żoł­nie­rzy w jadeit, który sprze­da­jemy jej pod auspi­cjami KSJ. Ygu­tan i jego wasale zdo­by­wają zie­leń na czar­nym rynku. Od pew­nego czasu trwają prace nad udo­sko­na­loną wer­sją SN1, która będzie mniej nie­bez­pieczna dla zdro­wia. Espeń­czycy nazy­wają ją SN2. Z pew­no­ścią trafi ona rów­nież do innych kra­jów.

Shae zauwa­żyła, że sie­dzący naprze­ciwko niej męż­czy­zna z rodziny Kobe­nów kiwa ener­gicz­nie głową i wygląda, jakby chciał zerwać się z krze­sła i gło­śno wyra­zić zgodę.

Aura Ronu stała się ostrzej­sza i gęst­sza na brze­gach. Gene­rał mówił z wiel­kim prze­ko­na­niem.

- Oor­toko było tylko pierw­szym z zastęp­czych kon­flik­tów mię­dzy espe­nos­ferą a koali­cją ygu­tań­ską. Kekon nie zdoła unik­nąć wplą­ta­nia w powolną wojnę. Czasy się zmie­niły i musimy być teraz gotowi na kon­fron­ta­cję z żoł­nie­rzami, któ­rzy potra­fią się posłu­gi­wać jade­item tak samo jak my.

Zło­wro­gie słowa gene­rała wywo­łały serię poiry­to­wa­nych szep­tów. Kekoń­czycy bez opo­rów czer­pali zyski z kon­tro­lo­wa­nego przez KSJ eks­portu jade­itu, ale w głębi serca z lek­ce­wa­że­niem odno­sili się do myśli, że inne rasy mogą się nauczyć posłu­gi­wać zie­le­nią. Powta­rzali sobie, że zawsze będą w tym lepsi od innych i że noszący jadeit cudzo­ziemcy muszą brać uza­leż­nia­jące nar­ko­tyki i nara­żać się na przed­wcze­sną śmierć.

Ronu zauwa­żył, że tra­fił w czuły punkt. Uniósł rękę i kon­ty­nu­ował:

- Rada Ksią­żęca może uchwa­lić zwięk­sze­nie wydat­ków i zakup sprzętu, ale tylko klany zie­lo­nych kości są w sta­nie dostar­czyć jadeit i wojow­ni­ków. Pro­szę was, jako udzia­łow­ców KSJ i filary swych kla­nów, o wspar­cie kekoń­skiej armii. Obec­nie otrzy­mu­jemy nie­całe cztery pro­cent rocz­nego wydo­by­cia. Zwiększ­cie ten przy­dział do sze­ściu i pół pro­cent, zaczy­na­jąc od tego roku. Znie­ście też tra­dy­cyjne bariery rekru­ta­cji i pozwól­cie absol­wen­tom szkół sztuki walki zacią­gać się do armii natych­miast po ukoń­cze­niu szkoły.

Roz­le­gła się fala cichych pomru­ków, któ­rej towa­rzy­szyła iry­ta­cja wyczu­walna w licz­nych jade­ito­wych aurach. Ta prośba daleko wykra­czała poza wszystko, co suge­ro­wano do tej pory. Jej speł­nie­nie przy­zna­łoby maleń­kiej kekoń­skiej armii sta­tus porów­ny­walny z kla­nami zie­lo­nych kości.

- Sześć i pół pro­cent wydo­by­cia jade­itu to wię­cej, niż otrzy­muje więk­szość kla­nów obec­nych przy tym stole, a także naj­waż­niej­sze insty­tu­cje zaj­mu­jące się ochroną zdro­wia i oświatą - sprze­ci­wił się filar klanu Kamienny Kubek. - Komu mie­li­by­śmy ode­brać jadeit, który damy armii?

- Bar­dziej nie­po­koi mnie plan rekru­ta­cji - dodał Durn Soshu, filar Czar­nego Ogona. - Zgod­nie z tra­dy­cją wszy­scy absol­wenci skła­dają przy­sięgi swo­jemu kla­nowi. Rok czy dwa lata służby jako palec bar­dzo dobrze wpły­wają na mło­dzież.

Tym razem wielu obec­nych poki­wało gło­wami. Shae wie­działa jed­nak, że w rze­czy­wi­sto­ści wcale nie cho­dzi o tra­dy­cję ani o dobro mło­dzieży. Klany celowo przyj­mo­wały w swoje sze­regi wszyst­kich absol­wen­tów, pomi­ja­jąc tylko tych, któ­rzy wybie­rali szla­chetne zaję­cia, jakimi były medy­cyna, naucza­nie i reli­gijna pokuta.

Gene­rał Ronu roz­pro­sto­wał ramiona. Przy­wo­łał na twarz sta­now­czy wyraz. Z pew­no­ścią się spo­dzie­wał się, że napo­tka podobne sprze­ciwy.

- Nie­stety, to wła­śnie tra­dy­cja jest czę­ścią pro­blemu, Durn-jen - zaczął. - Każda z zie­lo­nych kości wstę­pu­ją­cych do armii ma inną ilość jade­itu. Otrzy­mują go po zakoń­cze­niu nauki, dostają w spadku od rodziny albo zdo­byli go jako palce. Nasiąk­nęli już kla­nową kul­turą i prze­no­szą wier­ność kla­nom do swo­ich oddzia­łów. Spo­dzie­wają się, że będą mogli nosić jadeit, kiedy tylko zechcą, i zdo­by­wać go wię­cej, wyzy­wa­jąc na poje­dynki innych żoł­nie­rzy. Trudno jest ich nauczyć, by sta­wiali dys­cy­plinę wyżej niż kla­nowe zwy­czaje, przed­kła­dali spój­ność oddziału nad popisy indy­wi­du­al­nej odwagi. Mówię to jako ktoś, kto sam musiał kie­dyś przejść przez podobną zmianę. Szcze­rze mówiąc, zie­lone kości wycho­wane i wyszko­lone w dużym kla­nie mogą być dziel­nymi wojow­ni­kami, ale są kiep­skimi żoł­nie­rzami. Kiedy wstą­pi­łem do armii, dwa­dzie­ścia lat temu, spo­tka­łem się z nie­do­wie­rza­niem oraz dez­apro­batą rodziny i innych zie­lo­nych kości - kon­ty­nu­ował Ronu. - Byłem pię­ścią śred­niej rangi i wszy­scy mi powta­rzali, że to dla mnie krok do tyłu. Minęło już z górą dwa­dzie­ścia lat, ale na­dal obo­wią­zuje takie samo podej­ście. Chciał­bym to zmie­nić i pro­szę was o pomoc w tej spra­wie. Jeśli pozwo­li­cie absol­wen­tom szkół walki zacią­gać się do armii, nim utrwalą się w nich kla­nowe zwy­czaje, dacie do zro­zu­mie­nia, że służba kra­jowi w mun­du­rze to hono­rowe zaję­cie, zasłu­gu­jące na sza­cu­nek, w takim samym stop­niu jak bycie zaprzy­się­żo­nym człon­kiem klanu.

Musimy dokład­nie poli­czyć, jak wpły­nie to na obie strony klanu - napi­sała pośpiesz­nie w notat­niku Shae. Zasu­ge­ruj odro­cze­nie gło­so­wa­nia do następ­nego cokwar­tal­nego spo­tka­nia.

Pod­su­nęła notatkę Hilowi. Zer­k­nął na nią, ale pierw­szy zabrał głos filar klanu Jed­ność Sze­ściu Dłoni.

- Gene­rał Ronu pro­po­nuje zmianę o poważ­nym zna­cze­niu. Potrze­bu­jemy czasu, by w pełni roz­wa­żyć jej kon­se­kwen­cje. Powin­ni­śmy pozwo­lić przy­wód­com kla­nów prze­dys­ku­to­wać tę pro­po­zy­cję z sojusz­ni­kami i zarzą­dzić kolejne spo­tka­nie za jakiś mie­siąc.

Prze­wod­ni­czący Canto zaczął wsta­wać z krze­sła.

- To brzmi roz...

- Z pew­no­ścią wła­śnie nade­szła chwila na sta­now­cze dzia­ła­nie, które zapewni opi­nię publiczną o naszej jed­no­ści - ode­zwała się Ayt Mada, prze­ry­wa­jąc mu w pół słowa. Wszy­scy spoj­rzeli na nią. - W pełni zga­dzam się z gene­ra­łem Ronu. Kekoń­ska armia potrze­buje wię­cej jade­itu, wię­cej ludzi i wię­cej sza­cunku.

Do tej chwili ani Ayt Mada, ani Kaul Hilo nie ode­zwali się ani sło­wem. Byli fila­rami dwóch naj­waż­niej­szych kla­nów i ich opi­nia miała naj­więk­sze zna­cze­nie. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku to oni roz­strzy­gną, jakie decy­zje zostaną tu dziś pod­jęte. Z reguły pozwa­lano, żeby eks­perci, urzęd­nicy pań­stwowi oraz przed­sta­wi­ciele mniej­szych kla­nów pierwsi zabie­rali głos, jeśli uwa­żali, że mają coś do powie­dze­nia, albo chcieli wpły­nąć na decy­zję Ayt bądź Kaula. Nie byłoby zasko­cze­niem, gdyby spo­tka­nie odro­czono, nim któ­reś z dwojga naj­waż­niej­szych przy­wód­ców wyrazi swą opi­nię. Nikt się nie spo­dzie­wał, że Ayt Mada­shi zabie­rze głos tak szybko.

- Ponie­waż mój pro­gno­styk musiał wyje­chać za gra­nicę w waż­nych spra­wach kla­no­wych i nie mógł być dzi­siaj obecny, przy­pro­wa­dzi­łam ze sobą Koben Yira - oznaj­miła Ayt. - Koben-jen jest sza­no­wa­nym biz­nes­me­nem, wła­ści­cie­lem licz­nych sta­cji radio­wych i ma też kuzy­nów w armii. W związku z tym lepiej niż więk­szość z nas rozu­mie pro­blemy, przed jakimi stają zwy­czajni cywile oraz żoł­nie­rze w tym nie­bez­piecz­nym cza­sie.

Otrzy­maw­szy pozwo­le­nie Ayt, Koben włą­czył się do dys­ku­sji jak koń, któ­remu polu­zo­wano wodze.

- Będzie dla mnie zaszczy­tem podzie­lić się swoją opi­nią z moją filar i Kekoń­skim Soju­szem Jade­ito­wym - zaczął niskim, dźwięcz­nym gło­sem. - Kobe­no­wie są liczną i dumną rodziną z klasy śred­niej. Jest wśród nas wiele zie­lo­nych kości, a także nie­no­szą­cych jade­itu kuzy­nów. Podob­nie jak wszy­scy ciężko pra­cu­jący, patrio­tyczni Kekoń­czycy dbamy przede wszyst­kim o bez­pie­czeń­stwo rodziny, środki do życia oraz nasze tra­dy­cje. To, co wyda­rzyło się w wigi­lię Nowego Roku, wzbu­dziło nie­na­wiść do Ygu­tanu, ale nie możemy rów­nież ufać Espe­nii, któ­rej obec­ność już od tak dawna rzuca cień na nasz kraj. - Pod­eks­cy­to­wany Koben uniósł palec wska­zu­jący. - Dla­tego ludzie spo­glą­dają z nadzieją na klany zie­lo­nych kości, któ­rym ufają, licząc na szybki i silny prze­kaz świad­czący o deter­mi­na­cji.

Ayt ski­nęła lekko dło­nią, uci­sza­jąc Kobena. Męż­czy­zna spra­wiał wra­że­nie, że chęt­nie powie­działby coś wię­cej, ale powstrzy­mał się i natych­miast usiadł.

- Powin­ni­śmy dać przy­kład Radzie Ksią­żę­cej i dzia­łać bez waha­nia - oznaj­miła Ayt, zwięźle i auto­ry­ta­tyw­nie. - Jako filar klanu Góra popie­ram zwięk­sze­nie przy­działu jade­itu dla sił zbroj­nych pod warun­kiem, że redy­stry­bu­cja będzie spra­wie­dliwa. Zga­dzam się też, że służba w kekoń­skiej armii powinna być jedną z opcji sto­ją­cych przed zie­lo­nymi kośćmi po ukoń­cze­niu nauki. - Prze­rwała na moment. - Pod warun­kiem, że reszta fila­rów wyrazi zgodę - dodała, jakby dopiero w tej chwili przy­szło jej to do głowy. - Tak ważne zmiany powinno się wpro­wa­dzać wyłącz­nie wtedy, gdy wszy­scy są tego samego zda­nia.

Nikt jej nie odpo­wie­dział. Nawet gene­rał Ronu spra­wiał wra­że­nie zdu­mio­nego natych­mia­sto­wym i bez­wa­run­ko­wym popar­ciem Ayt Mady. Wszy­scy odwró­cili głowy w stronę Hila, sie­dzą­cego w nie­dba­łej pozie naprze­ciwko rywalki. Shae napi­sała pośpiesz­nie w leżą­cym mię­dzy nimi notat­niku: GRAJ NA ZWŁOKĘ.

- Nie. - Odpo­wiedź Hila była jak ciężki głaz rzu­cony w sam śro­dek stru­mie­nia. - Nie mam nic prze­ciwko temu, by Ronu dostał jadeit, o który prosi. Więk­sza jego część może pocho­dzić z przy­działu, który zwy­kle otrzy­mują świą­ty­nie. W końcu ile jade­itu mogą potrze­bo­wać pokut­nicy, żeby roz­ma­wiać z bogami? Resztę pokryje Skar­biec Pań­stwowy. Nie zgo­dzę się jed­nak na zmianę przy­siąg, jakie skła­dają absol­wenci Aka­de­mii Kaul Dushu­rona. Jeśli chce­cie robić to ina­czej w Szkole Świą­tyn­nej Wie Lona, to wyłącz­nie wasza sprawa.

Ayt Mada nie tra­ciła czasu.

- Z pew­no­ścią tym razem powin­ni­śmy posta­wić jed­ność przed par­ty­ku­lar­nymi inte­re­sami, Kaul-jen - oznaj­miła wykal­ku­lo­wa­nym, mora­li­za­tor­skim tonem. - Spra­wie­dli­wość wymaga, by dwa klany mające naj­wię­cej człon­ków i jade­itu podzie­liły się tym, co mają.

- Armia jest tylko ręką kraju. Klany są jego krę­go­słu­pem. - Hilo przy­mru­żył powieki, wle­pia­jąc spoj­rze­nie w drugą stronę stołu. - Nie wszyst­kie klany mogą sobie pozwo­lić na poświę­ce­nie czę­ści zaso­bów. Nie wszyst­kie utu­czyły się na rekru­ta­cji baru­ka­nów i zyskach z czar­nego rynku.

Gęsta chmura jade­ito­wych aur prze­su­nęła się nie­spo­koj­nie, prze­no­sząc uwagę mię­dzy jed­nym a dru­gim z fila­rów.

- Bez­pod­stawne oskar­że­nia nie powstrzy­mają waszych latar­ni­ków przed roz­sąd­nym prze­nie­sie­niem swej lojal­no­ści w lep­sze miej­sce, Kaul-jen. Nie zama­skują też faktu, że sprze­ci­wia­cie się zaspo­ko­je­niu pil­nych potrzeb kraju.

Aura Ayt pro­mie­nio­wała gorą­cym samo­za­do­wo­le­niem. Spoj­rzała z żalem na gene­rała Ronu, ale mówiła do całej sali.

- Nie­stety, nie każdy filar potrafi sta­wiać na pierw­szym miej­scu inte­res kraju. Wygląda na to, że KSJ nie jest w sta­nie udzie­lić popar­cia twoim zasłu­gu­ją­cym na uzna­nie pla­nom zre­for­mo­wa­nia armii, gene­rale. Chyba że klan Bez Szczy­tów zmieni zda­nie.

Shae zro­zu­miała, dla­czego Ayt tak szybko i bez waha­nia poparła pro­po­zy­cję Ronu. Góra mogła sobie pozwo­lić na odda­nie czę­ści pal­ców armii, a klan Bez Szczy­tów nie. Strata czę­ści wojow­ni­ków unie­moż­li­wi­łaby im ochronę biz­ne­sów przed prze­stęp­cami i anty­kla­no­wymi agi­ta­to­rami, nie mogliby też bro­nić swych gra­nic przed Górą, któ­rej liczeb­ność ostat­nio wzro­sła. Zosta­wali już z tyłu pod wzglę­dem finan­so­wym, a dal­sza utrata zaufa­nia latar­ni­ków przy­śpie­szy­łaby zagładę klanu Bez Szczy­tów.

Ayt wie­działa, że Hilo musi zawe­to­wać pro­po­zy­cję Ronu i wnio­sek zosta­nie odrzu­cony. Wyko­rzy­stała tę oka­zję, by przed­sta­wić sie­bie i wspie­ra­jącą ją rodzinę Kobe­nów jako przy­wód­ców dba­ją­cych o inte­resy Kekonu, a klan Bez Szczy­tów jako inte­re­sowny i nie­pa­trio­tyczny. Rzu­cała to oskar­że­nie prze­ciwko nim już od dawna i nie zamie­rzała z tego zre­zy­gno­wać.

Shae scho­wała ręce pod stół i wygięła dłu­go­pis tak mocno, że roz­padł się na pla­sti­kowe frag­menty. Gnie­wały ją pułapki nie­ustan­nie zasta­wiane przez Ayt, ale była też wście­kła na Hila. Podob­nie jak w przy­padku zdrady Fuyin Kana w Podwój­nym Szczę­ściu dostrzegł nie­bez­pie­czeń­stwo prę­dzej od niej, ale dyplo­ma­cja nie leżała w jego natu­rze.

- Kaul-jen... - zaczął gene­rał Ronu - czy zechciał­byś może zmie­nić...

- Nie potrze­bu­jesz napływu absol­wen­tów szkół sztuki walki - prze­rwał mu Hilo. - Cudzo­ziemcy mają mniej jade­itu i rzad­szą krew, ale potra­fią przy­go­to­wać posi­łek z ochła­pów. Nie wma­wiaj mi, że nie możesz lepiej wyko­rzy­stać pie­nię­dzy i jade­itu, które już masz.

Nikt, nawet Ayt Mada, nie umiał prze­ma­wiać tonem nie­odwo­łal­nego roz­kazu tak, jak Hilo. Gene­rał Ronu umilkł jak młody palec skar­cony przez doświad­czoną pięść.

- Ta dys­ku­sja z pew­no­ścią wnio­sła bar­dzo wiele - stwier­dził prze­wod­ni­czący Canto Pan, dziar­sko zry­wa­jąc się na nogi, by roz­ła­do­wać napię­cie i zapo­biec dal­szym repli­kom. - Myślę, że powin­ni­śmy ją kon­ty­nu­ować na naj­bliż­szym cokwar­tal­nym spo­tka­niu, gdy roz­wa­żymy już wszyst­kie opcje i zasta­no­wimy się, jak naj­le­piej zaspo­koić potrzeby gene­rała Ronu, jako że wszy­scy się zga­dzamy, że powinno się to zro­bić, nawet jeśli róż­nimy się w kwe­stii metod pro­wa­dzą­cych do tego celu.

Nikt się nie sprze­ci­wiał, gdy Canto podzię­ko­wał Ronu i ogło­sił zakoń­cze­nie spo­tka­nia. Hilo natych­miast wstał i bez słowa opu­ścił salę.

Shae wsa­dziła papiery do torebki. Sły­szała niski głos Koben Yira, pogrą­żo­nego w przy­ja­ciel­skiej roz­mo­wie z len­ni­kami Góry. Pod­nio­sła się z krze­sła i wypa­dła z sali. Dogo­niła Hila na kory­ta­rzu i zła­pała go za łokieć.

- Mówi­łam ci, żebyś nie odma­wiał - wysy­czała. - Nie dałeś nam czasu na zło­że­nie kontr­pro­po­zy­cji. Góra wyko­rzy­sta to prze­ciwko nam. Posta­rają się, żeby prasa roz­szar­pała nas na kawałki.

Hilo wykrzy­wił twarz we wście­kłym gry­ma­sie.

- Wolę, żeby roz­szar­pała mnie prasa, niż żeby zabili mnie naprawdę, gdy wszyst­kie plany Ayt wresz­cie wyda­dzą owoce. - Zer­k­nął na idą­cych za nimi ludzi i pochy­lił się do ucha sio­stry. - Chcesz kłó­cić się teraz, na oczach naszych wro­gów? Pró­buję uga­sić każdy pożar, który wznie­cają, Shae, a ty mi w tym prze­szka­dzasz. Słowo filaru jest osta­teczne, ale ty ni­gdy nie potra­fi­łaś tego respek­to­wać, prawda?

Wyrwał się z jej uści­sku i ruszył ku scho­dom, chcąc unik­nąć wszel­kich roz­mów przy win­dach. Shae odpro­wa­dzała go wzro­kiem, zaci­ska­jąc mię­śnie z bez­sil­nej fru­stra­cji.

- Kaul-jen - ode­zwał się nagle ktoś za nią.

Odwró­ciła się i zoba­czyła wysoką zie­loną kość w dru­cia­nych oku­la­rach. Poznała pro­gno­styka klanu Jed­ność Sze­ściu Dłoni. Na spo­tka­niu sie­dział w odle­gło­ści dwóch krze­seł na lewo od Ayt Mady.

Zaczerp­nęła tchu, by oczy­ścić jade­itową aurę z eks­cy­ta­cji, i ski­nęła uprzej­mie głową, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć jego nazwi­sko. Naci­snął przy­cisk ze strzałką w dół.

- To było wyjąt­kowo oży­wione spo­tka­nie KSJ, nie­praw­daż? - zapy­tał. - Zupeł­nie nie­po­dobne do zwy­kłych debat budże­to­wych. Być może nasz kraj rze­czy­wi­ście zna­lazł się mię­dzy dwoma tygry­sami, jak powie­dział gene­rał Ronu, ale mamy też dwa wła­sne tygrysy, Górę i klan Bez Szczy­tów. Kiedy ryk­nie­cie, mniej­sze stwo­rze­nia, takie jak my, bie­gają w tę i we w tę, pró­bu­jąc odgad­nąć, przy któ­rym z was łatwiej unikną pożar­cia.

Winda przy­była i drzwi się otwo­rzyły. Pro­gno­styk Jed­no­ści Sze­ściu Dłoni ski­nął uprzej­mie na Shae, prze­pusz­cza­jąc ją przed sobą. Obrzu­ciła go nie­uf­nym spoj­rze­niem. Nie Postrze­gała nie­przy­ja­znych inten­cji, nie miała też powodu, by uwa­żać go za oso­bi­stego wroga, ale w końcu był sojusz­ni­kiem Góry.

Wszedł do windy za nią i natych­miast naci­snął przy­cisk, by nikt z wycho­dzą­cych nie podą­żył za nimi. Zostali tylko we dwoje w cia­snej kabi­nie. Postrze­ga­nie Shae roz­ja­rzyło się jasnym pło­mie­niem. Tętno męż­czy­zny przy­śpie­szyło. Był pode­ner­wo­wany, lecz nie uwi­dacz­niało się to na jego twa­rzy. Zjeż­dżali na par­ter.

- Gdzie jest twój filar? - zapy­tała Shae. - Czy nie wycho­dzi­cie razem?

- Wkrótce też wyj­dzie, jak już skoń­czy z roz­mo­wami - odpo­wie­dział. - Jutro rano wra­camy do Lukangu. - Jed­ność Sze­ściu Dłoni miała sie­dzibę w dru­gim co do wiel­ko­ści mie­ście Kekonu, na połu­dnio­wym wybrzeżu wyspy. Po czole męż­czy­zny spły­nęła kro­pelka potu. - Byłaś już tam kie­dyś, Kaul-jen?

- Tak, ale dość dawno temu - odpo­wie­działa.

- Bar­dzo się roz­ro­sło. Myślę, że będziesz pod wra­że­niem. Powin­naś nas odwie­dzić, gdy tylko znaj­dziesz czas.

Wycią­gnął wizy­tówkę z kie­szeni na piersi i wrę­czył ją Shae. Po jed­nej stro­nie na bia­łym tle napi­sano nazwi­sko Tyne Retu­bin oraz numer tele­fonu, a po dru­giej umiesz­czono czer­woną pie­częć klanu, znak sym­bo­li­zu­jący auto­ry­tet jego filaru.

- Jed­ność Sze­ściu Dłoni będzie zachwy­cona, jeśli zaszczy­cisz nas wizytą - zapew­nił Tyne. - Możesz do mnie zadzwo­nić. Poroz­ma­wiamy jak dwoje pro­gno­sty­ków.

Winda się zatrzy­mała. Drzwi się otwo­rzyły i Tyne wyszedł, nie odzy­wa­jąc się ani nie oglą­da­jąc. Shae zacze­kała chwilę, by nie widziano ich razem. Zda­wała sobie sprawę, że Tyne Retu wyko­nał nie­bez­pieczne zada­nie, zle­cone mu przez filar.

Scho­wała wizy­tówkę do kie­szeni, doty­ka­jąc pal­cem jej brzegu, jakby spraw­dzała ostrość noża. Nie wypusz­czała jej z dłoni, nim dotarła do odle­głego o pięć prze­cznic biura na Stat­ko­wej. Jej umysł pra­co­wał jak sza­lony. Pro­sto­kątny kar­to­nik mógł być kolejną pułapką Góry, ale mógł też ozna­czać, że karta się odwró­ciła i bogo­wie udzie­lili jej odpo­wie­dzi, która roz­wiąże naj­pil­niej­sze pro­blemy klanu Bez Szczy­tów i pozwoli mu wyprze­dzić wro­gów. Jed­ność Sze­ściu Dłoni, naj­więk­szy z kla­nów pod­po­rząd­ko­wa­nych Górze, była zain­te­re­so­wana przej­ściem na ich stronę.

***

Poże­gna­nie Woona było nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym spo­tka­niem urzą­dzo­nym po pracy w pry­wat­nej sali baru hoji Pijana Kaczka. Zja­wiło się wielu szczę­ścio­daw­ców z klanu, pra­gną­cych najeść się, napić i zło­żyć życze­nia Woonowi, ale żaden z nich nie sie­dział tam zbyt długo. Woon Papi­donwę ota­czano na Stat­ko­wej sza­cun­kiem, ale nie miał tam zbyt wielu przy­ja­ciół. To była cena, jaką musiał zapła­cić za to, że był zastępcą pro­gno­styczki, pod­wład­nym młod­szej od niego kobiety, nawet jeśli pocho­dziła ona z rodziny Kau­lów.

- To było bar­dzo przy­jemne spo­tka­nie, Shae-jen - oznaj­mił póź­niej. Dzię­kuję. - Zawa­hał się. - Odwió­zł­bym cię do domu jak zwy­kle, ale wypi­łem kilka kole­jek - wyznał. - Muszę chwilę zacze­kać.

- Ja popro­wa­dzę - zapro­po­no­wała. - Prze­czy­ścisz sobie głowę pod­czas jazdy.

Woon dał jej klu­czyki i poje­chali jego samo­cho­dem do rezy­den­cji Kau­lów. Gdy dotarli na miej­sce, pada­jący z prze­rwami desz­czyk prze­ro­dził się w pierw­szą wio­senną ulewę. Ski­nęła na straż­ni­ków, wje­chała do środka i zapar­ko­wała pod domem pro­gno­styka. Woon otwo­rzył para­sol i odpro­wa­dził ją do drzwi, uno­sząc go nad ich gło­wami. Wpu­ściła go do środka i zdjęła płaszcz. Woon potrzą­snął para­solem.

- Zacze­kaj, aż prze­sta­nie padać i poczu­jesz, że możesz już pro­wa­dzić - powie­działa.

Zapa­rzyła her­batę, a potem usie­dli razem na kana­pie. Woon wziął w ręce fili­żankę, którą mu podała.

- Pew­nie w przy­szłym tygo­dniu po pracy będę bez zasta­no­wie­nia jeź­dził tutaj - stwier­dził. - I budził się nocami, prze­ra­żony myślą, że zapo­mnia­łem ci przy­po­mnieć o waż­nym punk­cie two­jego har­mo­no­gramu.

- Nie rób tego. - Shae par­sk­nęła śmie­chem. - Cie­szę się, że przy­ją­łeś nowe wyzwa­nie - dodała poważ­niej­szym tonem. - Mam też nadzieję, że będziesz mógł spę­dzać wię­cej czasu z Kiyą.

Woon ski­nął głową i wypił łyk her­baty. Od tego pierw­szego razu ni­gdy już nie wspo­mi­nał o poro­nie­niu żony i nie mówił, czy spró­bują jesz­cze raz.

- Jak wam poszło dziś rano? - zapy­tał.

Gdy Shae opo­wie­działa mu, co się wyda­rzyło, zerwał się na nogi i zaczął spa­ce­ro­wać po salo­nie.

- Prze­cią­gnię­cie Jed­no­ści Sze­ściu Dłoni na naszą stronę byłoby ogrom­nym suk­ce­sem - stwier­dził. - Sama ich danina bar­dzo popra­wi­łaby naszą sytu­ację finan­sową, nie wspo­mi­na­jąc już o ich zie­lo­nych kościach w Lukangu. To mia­sto roz­wija się bar­dzo szybko i prze­ję­cie nad nim kon­troli zna­czy­łoby znacz­nie wię­cej niż zagar­nię­cie przez Górę Fuyin Kana czy nawet wielu naszych latar­ni­ków. - Woon zmarsz­czył brwi i po pra­wej stro­nie jego czoła poja­wił się dołe­czek. Jego umysł pra­co­wał inten­syw­nie, podą­ża­jąc tymi samymi dro­gami, co przed­tem umysł Shae. - Czy to może być pułapka? Próba skło­nie­nia nas do ujaw­nie­nia pew­nych infor­ma­cji albo odsło­nię­cia się w jakiś spo­sób?

- Też się nad tym zasta­na­wia­łam - przy­znała Shae. - Ale Tyne spra­wia wra­że­nie szcze­rego. Nie byłby taki ner­wowy w tej win­dzie, gdyby nie cho­dziło o los jego klanu.

Woon zaczął spa­ce­ro­wać w drugą stronę.

- Musimy dokład­nie wszystko spraw­dzić i posu­wać się naprzód bar­dzo ostroż­nie, żeby się upew­nić, że to auten­tyczna oferta, zanim zgo­dzimy się na spo­tka­nie z ich przy­wód­cami albo zobo­wią­żemy się do cze­go­kol­wiek. Oczy­wi­ście musimy też utrzy­my­wać wszystko w tajem­nicy. Zacznę zbie­rać wszel­kie dostępne infor­ma­cje o Jed­no­ści Sze­ściu Dłoni i poroz­ma­wiam dys­kret­nie z naszymi ludźmi w Lukangu.

Shae poki­wała głową. Otwo­rzyła usta, żeby wyra­zić na głos zgodę, ale powstrzy­mała się nagle.

- Nie - sprze­ci­wiła się.

Woon zatrzy­mał się gwał­tow­nie i spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem.

- To już nie jest twoje zada­nie - przy­po­mniała mu. - Masz teraz inne obo­wiązki. - Uśmiech­nęła się, sta­ra­jąc się nieco go pocie­szyć. - W pierw­szy dzień obej­miesz nowe sta­no­wi­sko i będziesz miał mnó­stwo roboty. Te sprawy zostaw Lutowi.

Woon będzie kla­no­wym dawcą pie­częci. To było nowe sta­no­wi­sko. Uznali, że jest potrzebne, ponie­waż uwolni Shae od koniecz­no­ści poświę­ca­nia czasu na nie­koń­czące się zebra­nia. Jako rzecz­nik klanu Bez Szczy­tów i łącz­nik do spraw poli­tycz­nych będzie odpo­wie­dzialny za kon­takty z Radą Ksią­żęcą, przed­sta­wi­cie­lami obcych rzą­dów, zhoł­do­wa­nymi kla­nami oraz prasą. To będzie dobre zaję­cie dla Woona, ponie­waż można było pole­gać, że wszystko dokład­nie prze­każe, zro­zu­mie, jakie są prio­ry­tety klanu i będzie postę­po­wał zgod­nie z nimi, zachowa ostroż­ność w roz­mo­wach z obcymi i ni­gdy nie powie im zbyt wiele.

Jej szef sztabu spra­wiał dotąd wra­że­nie zado­wo­lo­nego z nowej pozy­cji, ale tym razem sprze­ci­wił się nie­mal gniew­nie.

- To za trudne i zbyt ważne dla Luta.

- Sam przy­czy­ni­łeś się do tego, że dostał tę robotę, Papi-jen - przy­po­mniała mu. - Mówi­łeś, że jest bar­dzo bystry i poukła­dany, i że na pewno dobrze mi się będzie z nim współ­pra­co­wało.

- Tak, ale... - Woon zaciął się na chwilę. - Jest zupeł­nie nowy. Wyszko­li­łem go, na ile było to moż­liwe, ale na­dal potrze­buje czasu, by się nauczyć, jak być twoim cie­niem. Prze­ję­cie len­nego klanu to skom­pli­ko­wane i nie­bez­pieczne zada­nie. Nie możemy sobie pozwo­lić na żadne błędy. Pozwól mi w tym uczest­ni­czyć i przy­naj­mniej nad­zo­ro­wać dzia­ła­nia Luta.

Shae zaśmiała się słabo.

- Pamię­tasz, że sam pro­si­łeś o pozwo­le­nie odej­ścia? Mia­łeś od tej chwili pra­co­wać mniej, a nie wię­cej.

Nie była w sta­nie zapo­mnieć tego, co powie­dział jej Hilo dziś rano w samo­cho­dzie. "Nie potra­fię zro­zu­mieć, dla­czego się drę­czy, pra­cu­jąc dla cie­bie". Woon chciał pozo­stać jej pomoc­ni­kiem w jakiejś for­mie, ponie­waż był prze­ko­nany, że Shae go potrze­buje. I miał rację.

- W porządku - ustą­piła. - Ale pozwól Lutowi wyko­nać tyle roboty, ile tylko moż­liwe, i posta­raj się, żeby to nie odcią­gało cię od two­jej wła­ści­wej pracy.

Woon ski­nął z ulgą głową i usiadł obok niej na kana­pie.

- Bez względu na mój ofi­cjalny tytuł, moim głów­nym zada­niem zawsze będzie poma­ga­nie ci, Shae-jen.

Poczuła nagły ucisk w gar­dle. Przy­su­nęła się do przy­ja­ciela i objęła go ramio­nami.

- Zro­bi­łeś już wystar­cza­jąco wiele - zapew­niła, wspie­ra­jąc pod­bró­dek na jego ramie­niu. - Od sze­ściu lat pole­ga­łam na tobie bez chwili prze­rwy i dałam ci w zamian bar­dzo nie­wiele. Wszy­scy skła­damy przy­sięgi zie­lo­nych kości i zapew­niamy w nich, że jeste­śmy gotowi umrzeć za klan. Ale żyć dla klanu, poświę­cać mu każdy dzień, jak ty, Papi-jen... myślę, że to jesz­cze więk­sze poświę­ce­nie.

Jade­itową aurę Woona prze­szył impuls emo­cji. Oparł się o Shae i poło­żył dłoń na jej ramie­niu, doty­ka­ją­cym jego piersi.

- Oba­wiam się, że myślisz, że opusz­czam to sta­no­wi­sko, bo czuję się zmę­czony albo nie odpo­wiada mi pozy­cja two­jego cie­nia. Albo że... - zawa­hał się - ocze­kuję od cie­bie cze­goś wię­cej. Tak nie jest.

Wewnątrz klatki pier­sio­wej Shae nara­stało napię­cie. Nie mogła znieść myśli, że Hilo miał rację, oskar­ża­jąc ją, że nie mówi Woonowi tego, co trzeba mu powie­dzieć. Teraz jed­nak miała oka­zję to napra­wić, nim będzie za późno.

- Nie mogę mieć do cie­bie pre­ten­sji o to, że pra­gniesz odzy­skać wła­sne życie. To ja cie­bie wyko­rzy­sty­wa­łam - wyznała, cie­sząc się, że Woon nie widzi jej twa­rzy. Z pew­no­ścią jed­nak Postrze­gał łomo­ta­nie jej serca. - Po zamor­do­wa­niu Lana wyko­rzy­sta­łam twoją żałobę, by skło­nić cię do pracy dla mnie, mimo że oboje świet­nie wie­dzie­li­śmy, że gdyby wszystko uło­żyło się ina­czej, mógł­byś sam zostać pro­gno­sty­kiem. Bez cie­bie nie pora­dzi­ła­bym sobie na Stat­ko­wej, ale żałuję, że tak postą­pi­łam, a jesz­cze bar­dziej tego, że mówię ci o tym dopiero teraz.

Jej były zastępca mil­czał tak długo, że Shae zaczęła się oba­wiać, iż popeł­niła strasz­liwy błąd, wspo­mi­na­jąc o śmierci Lana. Oboje prze­ży­wali ten smu­tek, ale nie dzie­lili się nim ze sobą. Odsu­nęła ręce od Woona, ale on odwró­cił się do niej, ujął jej drobne dło­nie w swoje wiel­kie łap­ska i uści­snął je tak mocno, że wyczu­wała jego tętno.

- Ni­gdy nie stał­bym się takim pro­gno­sty­kiem jak ty, Shae-jen - oznaj­mił ochry­płym gło­sem, opusz­cza­jąc wzrok. - Nie byłem też fila­ro­wym, jakiego potrze­bo­wał Lan. Robi­łem wszystko, o co mnie pro­sił, i dotrzy­my­wa­łem jego tajem­nic, nie zada­jąc pytań. To był błąd. Powi­nie­nem był zabrać głos, sprze­ci­wić się mu. Pójść do Hilo-jena. Ale tego nie zro­bi­łem. Cie­szy­łem się z awansu i choć wie­dzia­łem, że Lan odniósł rany i bie­rze błysk, zosta­wi­łem go samego w chwili, gdy naj­bar­dziej mnie potrze­bo­wał.

Woon uniósł wzrok. Jego zwy­kle spo­kojne oczy wypeł­niała głę­boka roz­terka.

- Z powodu tego błędu zasłu­ży­łem na śmierć. Obie­ca­łem sobie, że zro­bię dla sio­stry Lana wszystko, czego nie zro­bi­łem dla niego, że będę ją wspie­rał na wszel­kie moż­liwe spo­soby, ale także sta­wiał jej wyzwa­nia i zawsze mówił jej to, co trzeba powie­dzieć, by mogła stać się pro­gno­sty­kiem, jakim ja nie potra­fił­bym być.

Uniósł rękę i otarł łzę spły­wa­jącą po boku nosa Shae.

- Nie minęło wiele czasu, nim rola two­jego cie­nia prze­szła z obo­wiązku w coś, co pra­gną­łem robić dla wła­snej, ego­istycz­nej przy­jem­no­ści. Wcale nie była łatwa i nie­kiedy oba­wia­łem się, że cię zawiodę, ale gdy­bym mógł zacząć od nowa, zgo­dził­bym się bez waha­nia. Klan jest moją krwią, ale dla mnie to pro­gno­styczka jest jego panią.

Shae nie potra­fiła mu odpo­wie­dzieć. Deszcz prze­stał padać i niebo zro­biło się bez­chmurne. Woon puścił jej ręce i odwró­cił się, by ukryć zawsty­dzoną minę.

- Powi­nie­nem już jechać - rzekł i zaczął wsta­wać.

Zła­pała go za nad­gar­stek i zerwała się na nogi, nim zdą­żył się wypro­sto­wać.

- Nie.

Przez ich jade­itowe aury prze­bie­gła zmarszczka dzie­lo­nego pra­gnie­nia.

- Shae... - zaczął Woon gło­sem o dziw­nej into­na­cji.

Nagle prze­strzeń dzie­ląca ich od sie­bie znik­nęła. Wpił się w jej usta - czy może ona zro­biła to pierw­sza, nie miała poję­cia, które z nich to zaini­cjo­wało. Wie­działa tylko, że dzie­lący ich kru­chy mur, który pra­co­wi­cie pod­trzy­my­wali z prze­ciw­nych stron, runął w jed­nej chwili. Wpięła się na palce i objęła jego szyję. Woon zanu­rzył dło­nie w jej włosy, przy­cią­gnął jej głowę bli­żej i ich języki odna­la­zły się nawza­jem z drżącą, pełną despe­ra­cji pasją, wypeł­nia­jącą każdy cen­ty­metr kwa­dra­towy powierzchni ciała Shae.

Wpa­dła w otchłań pożą­da­nia jak kamień wrzu­cony do spo­koj­nego stawu. Minęło wiele czasu, odkąd ostat­nio z kimś była, pra­wie cztery lata, a tam­ten zwią­zek zakoń­czył się strasz­liwą tra­ge­dią. Mimo to nie czuła waha­nia, cału­jąc Woona, nie pod­da­wała mu się świa­do­mie ani nie czuła szoku wywo­ła­nego nie­zwy­kło­ścią. To, co się działo, było dla niej zna­jome i natu­ralne jak gra­wi­ta­cja. Czuła żar pożą­da­nia wypeł­nia­jący jego aurę, jakby ktoś pod­pa­lił ben­zynę. Jego gorąco ośle­piało jej zmysł Postrze­ga­nia.

Z ust Woona wyrwał się cichy pomruk. Poca­ło­wał ją jesz­cze moc­niej i wsu­nął dło­nie pod jej bluzkę, doty­ka­jąc gołej skóry na brzu­chu i ple­cach. Ich odde­chy sta­wały się coraz gło­śniej­sze. Się­gnęła do jego paska, odpięła go i wycią­gnęła koszulę na zewnątrz.

Woon zła­pał gwał­tow­nie jej dłoń i ją unie­ru­cho­mił, cof­nął głowę i wle­pił w nią spoj­rze­nie, w któ­rym żądza mie­szała się ze zdu­mie­niem. Pierś mu falo­wała. Z wiel­kim wysił­kiem sta­rał się zapa­no­wać nad sobą. Jego aura kipiała. Shae patrzyła na niego, otwie­ra­jąc sze­roko oczy. Czuła się jak ptak zła­pany nagle w locie.

- Dla­czego? - zdo­łał zapy­tać. - Dla­czego teraz? - Shae nie potra­fiła okre­ślić, czy naprawdę liczył na odpo­wiedź. Odwró­cił głowę i nią pokrę­cił, jakby nie­spo­dzie­wa­nie otrzy­mał cios w poty­licę i pró­bo­wał się uwol­nić od mrocz­ków przed oczami. - Bogo­wie, dla­czego teraz, po tak dłu­gim cza­sie?

Pra­gnęła go objąć i znowu poca­ło­wać, ale odsu­nął się od niej, zapiął pasek i z powro­tem wci­snął koszulę w spodnie. Nie był w sta­nie spoj­rzeć jej w oczy. Wstrzą­snęło nią, jak bar­dzo zra­niona się czuje.

- Byłeś moim sze­fem sztabu - odpo­wie­działa. - Łączyły nas rela­cje służ­bowe. I... - Shae poczuła nagłe ukłu­cie wyrzu­tów sumie­nia. - Byli­śmy wtedy z innymi oso­bami.

- Jeste­śmy - popra­wił ją Woon. - Mam żonę.

Dotknął czoła kłę­bem dłoni i potarł dołe­czek. Shae widziała, jak to robił, kiedy był w biu­rze i dys­ku­to­wał z nią o jakimś trud­nym pro­ble­mie. Spe­szyło ją, gdy ujrzała ten zna­jomy gest u sie­bie w domu, gdy oboje mieli zaczer­wie­nione twa­rze i potar­gane ubra­nia. Tak bar­dzo przy­zwy­cza­iła się do tego, że Woon jest jej solid­nym, nie­za­wod­nym współ­pra­cow­ni­kiem, że po pro­stu nie potra­fiła uwie­rzyć, że kilka ostat­nich minut wyda­rzyło się naprawdę. Gdy jed­nak przyj­rzała się jego głę­boko osa­dzo­nym oczom, ostro zary­so­wa­nym ustom, sze­ro­kiej piersi i dłu­gim rękom, zadała sobie pyta­nie, dla­czego nie wyda­rzyło się wcze­śniej.

- Powi­nie­nem już jechać - powtó­rzył, tym razem z prze­ko­na­niem.

Odrę­twie­nie i strach sku­piły się w zimną kulę w brzu­chu Shae. Znisz­czyła ich przy­jaźń, utra­ciła jego sza­cu­nek i sym­pa­tię. Doszła do wnio­sku, że w ogóle nie radzi sobie z męż­czy­znami. Była w tym gor­sza niż kto­kol­wiek inny.

Bez słowa wyjęła klu­czyki z kie­szeni żakietu i podała mu. Kiedy ich palce się zetknęły, Postrze­gła tęsk­notę i dez­orien­ta­cję, które wypeł­niły jade­itową aurę Woona, nada­jąc temu przy­pad­ko­wemu doty­kowi nie­pro­por­cjo­nal­nie wiel­kie zna­cze­nie, bio­rąc pod uwagę, jakie bariery prze­kro­czyli przed chwilą.

- Wybacz - wyszep­tała z przy­gnę­bie­niem. - Nie powin­nam...

Prze­rwał jej gwał­tow­nym potrzą­śnię­ciem głowy.

- Nie - rzekł i wziął sto­jący przy drzwiach para­sol, nie oglą­da­jąc się na nią. Gar­bił się wyraź­nie. - Dobra­noc, Shae-jen - powie­dział jesz­cze, bez­sku­tecz­nie sta­ra­jąc się nadać swemu gło­sowi nor­malne brzmie­nie, po czym otwo­rzył drzwi.

- Jedź ostroż­nie - ostrze­gła go.

Gorącz­kowo sta­rała się wymy­ślić jakieś dal­sze słowa, które napra­wi­łyby sytu­ację przed jego odej­ściem, ale nic nie przy­szło jej do głowy.

Sta­nęła przy oknie, odpro­wa­dza­jąc wzro­kiem odda­la­jące się świa­tła jego samo­chodu. Gdy już znik­nęły za bramą posia­dło­ści, zarzu­ciła sobie koc na ramiona i długo sie­działa w mil­cze­niu, popi­ja­jąc gorzką, zimną, zbyt mocną her­batę.

Rozdział 7. Nowy przyjaciel

ROZ­DZIAŁ 7

NOWY PRZY­JA­CIEL

Zebra­nia Ruchu Bez­kla­nowa Przy­szłość odby­wały się dwa razy w tygo­dniu w sali Małej Per­sy­mony. Pół­tora roku temu, gdy Bero po raz pierw­szy wspiął się po wąskich scho­dach do słabo oświe­tlo­nego pomiesz­cze­nia na pię­trze, zna­lazł tam tylko trzech męż­czyzn gra­ją­cych w karty. Dzi­siaj przy barze i wokół małych sto­li­ków zebrało się około trzy­dzie­stu osób. Pili brandy, palili i prze­ka­zy­wali sobie nawza­jem ulotki wydru­ko­wane na cien­kim, sza­rym papie­rze gaze­to­wym.

Ni­gdy nie­milk­nące do końca odgłosy jan­lo­oń­skiego ruchu ulicz­nego prze­szły z cichego szmeru w gło­śny hałas, gdy ludzie skoń­czyli pracę i wyszli z rado­ścią w cie­pły wio­senny wie­czór. Jed­nakże nie­liczne okna w Małej Per­sy­mo­nie celowo pozo­sta­wiono zamknięte. Czer­wone lampy wiszące nad czar­nym barem i małym par­kie­tem rzu­cały słaby, klau­stro­fo­biczny blask na twa­rze o podejrz­li­wym wyra­zie. Śmiały atak na kasyno Poczwórna Wygrana prze­pro­wa­dzony przed czte­rema mie­sią­cami zwa­bił kan­dy­da­tów na rewo­lu­cjo­ni­stów, ale uczy­nił też podobne zebra­nia bar­dziej nie­bez­piecz­nymi. Klan Bez Szczy­tów nie zdo­łał dotąd ziden­ty­fi­ko­wać spraw­ców, ale sta­ran­nie spraw­dził wszyst­kie znane miej­sca spo­tkań prze­stęp­ców na swym tery­to­rium i obie­cał nagrodę każ­demu, kto wskaże win­nych. Suma była tak wysoka, że Bera kusiło, by wydać Guriha, Oto­nya, a nawet Tadina, ale zapewne wsy­pa­liby go, zanimby ich zabito.

Bero ruszył ku ławom z czer­wo­nym obi­ciem usta­wio­nym pod ścianą i usiadł mię­dzy Tadi­nem a młodą kobietą noszącą różową apaszkę. Posta­wił ple­cak mię­dzy swo­imi sto­pami, uwa­ża­jąc, by jego zawar­tość nie brzęk­nęła przy zetknię­ciu z pod­łogą. Tadino trą­cił go kości­stym łok­ciem.

- Przy­nio­słeś to? - wyszep­tał. - Pój­dziemy póź­niej naro­bić tro­chę syfu, tak?

Guriho i Oto­nyo nie pla­no­wali nowych, spek­ta­ku­lar­nych ata­ków. Oznaj­mili, że wszy­scy powinni na razie sie­dzieć cicho i sku­piać się na wer­bo­wa­niu nowych człon­ków RBP. Mimo to Bero i Tadino cza­sami wybie­rali się na mia­sto z łomami i pojem­ni­kami z farbą, by wyrzą­dzić tro­chę szkód w kla­no­wych biz­ne­sach. Zawsze prze­miesz­czali się mię­dzy dziel­ni­cami bez żad­nego regu­lar­nego wzorca. Byli jak ryby kąsa­jące wie­lo­ryba, ale życie Bera ni­gdy nie wyglą­dało ina­czej. Przy­zwy­czaił się do tego, że zawsze jest na dnie. Można było usu­nąć farbę i wpra­wić nowe szyby, ale za każ­dym razem klany pono­siły koszty i coraz wię­cej ludzi zaczy­nało rozu­mieć, że nawet małe rybki mogą zaszko­dzić zie­lo­nym kościom.

Guriho wyszedł na śro­dek pomiesz­cze­nia, trzy­ma­jąc w dłoni pod­kładkę do pisa­nia, i zaczął mówić do mikro­fonu. Bero zawsze uwa­żał, że oor­to­kań­ski mie­sza­niec wygląda jak kozioł w swe­trze. Miał małe oczka i długą, gęstą brodę. Dyszał ciężko i mówiąc, spa­ce­ro­wał w tę i we w tę, zawsze też spra­wiał wra­że­nie nieco zanie­dba­nego. Był jed­nak peł­nym pasji mówcą.

- Mówią, że jadeit jest darem nieba, ale w rze­czy­wi­sto­ści to klą­twa zesłana przez demony z pie­kła. Na całym świe­cie ludzie wyko­rzy­stują go do czy­nie­nia zła. Tutaj, na Keko­nie, wszy­scy muszą żyć pod tyrań­ską wła­dzą zie­lo­nych kości. W Szo­ta­rze noszący jadeit człon­ko­wie gan­gów baru­ka­nów dopusz­czają się wymu­szeń, mor­derstw i gwał­tów. Wypo­sa­żeni w jadeit espeń­scy żoł­nie­rze zmie­niają Oor­toko w znisz­czone wojną pust­ko­wie. A kto kon­tro­luje jadeit?! - zawo­łał Guriho. - Kto sie­dzi na szczy­cie tej pira­midy prze­mocy i korup­cji? Klany zie­lo­nych kości z Kekonu.

Słu­cha­cze poparli go gniew­nym pomru­kiem i zatu­pali w pod­łogę na znak aplauzu. Kobieta sie­dząca obok Bera pochy­liła się na kra­wę­dzi ławki, słu­cha­jąc z uwagą. Była ładna. Bar­dzo ładna. Zbyt ładna i za młoda na to towa­rzy­stwo. Miała krót­kie, sek­sowne włosy, białą jak mleko skórę i pełne, lekko roz­chy­lone wargi.

- Hej, jak masz na imię?

Spoj­rzała na niego, uno­sząc brwi z podejrz­li­wo­ścią i zacie­ka­wie­niem. Bero był przy­zwy­cza­jony do takiej reak­cji ze strony kobiet, ponie­waż był młody i miał znie­kształ­coną twarz - co czy­niło go brzyd­kim, lecz jed­no­cze­śnie suge­ro­wało, że jest w nim coś inte­re­su­ją­cego.

- Ema - odparła po chwili waha­nia dziew­czyna w apaszce.

Bero chciałby uwie­rzyć, że z nim flir­tuje, poda­jąc mu zdrob­nie­nie oso­bi­stego imie­nia zamiast nazwi­ska, wie­dział jed­nak, że cho­dzi o to, że nikt na tych zebra­niach nie chciał ujaw­niać swej toż­sa­mo­ści. Obecni sta­no­wili dziwną mie­szankę ludzi z podej­rza­nych śro­do­wisk z rady­ka­łami - "nowi zie­loni" noszący nie­le­galny jadeit, byli baru­kani, uza­leż­nieni od bły­sku, stu­denci i poli­tyczni eks­tre­mi­ści tacy, jak bojow­nicy o prawa Abu­kei, zwo­len­nicy zaka­za­nia poje­dyn­ków albo anar­chi­ści. Bero zauwa­żył nawet z zasko­cze­niem sie­dzą­cego z tyłu sali cudzo­ziemca. Wielu z tych ludzi nie­na­wi­dzi­łoby się nawza­jem, gdyby ich nie­na­wiść do kla­nów nie była sil­niej­sza.

- Jestem Bero - przed­sta­wił się kobie­cie, mimo że nie zapy­tała go o imię.

Wró­ciła do słu­cha­nia Guriha, więc trą­cił ją lekko łok­ciem.

- No wiesz, sam kie­dyś nosi­łem jadeit - dodał. - Bar­dzo dużo jade­itu. Cią­gle musia­łem się ukry­wać przed zie­lo­nymi kośćmi. Skur­wy­syny omal mnie nie zabiły. Kilka razy. Dla­tego moja twarz tak wygląda. Mia­łem szczę­ście, że usze­dłem z życiem.

Obrzu­ciła go krót­kim, poiry­to­wa­nym spoj­rze­niem, świad­czą­cym, że mu nie wie­rzy.

- To prawda. Napijmy się potem cze­goś, to wszystko ci opo­wiem.

Guriho łyp­nął wście­kle w kie­runku, z któ­rego dobie­gały szepty, i Bero zamknął się z nie­chę­cią.

- Mani­fest Ruchu Bez­kla­nowa Przy­szłość - oznaj­mił mówca i odchrząk­nął, nim zaczął czy­tać poważ­nym, peł­nym samo­za­do­wo­le­nia tonem. - W wiecz­nej walce o spra­wie­dliw­sze i rów­niej­sze spo­łe­czeń­stwo, wolne od prze­śla­do­wa­nia sła­bych przez potęż­nych, pierw­szym celem naszych szla­chet­nych wysił­ków musi być uwol­nie­nie świata od destruk­cyj­nego wpływu jade­itu i poło­że­nie kresu kla­ni­zmowi.

- Z filo­zo­ficz­nego punktu widze­nia to brzmi bar­dzo dobrze, ale co wła­ści­wie może­cie zdzia­łać w walce z kla­nami? - zapy­tał ktoś niskim gło­sem z wyraź­nym akcen­tem.

Wszy­scy się odwró­cili. Mówią­cym był jedyny w sali cudzo­zie­miec. Niski, musku­larny męż­czy­zna miał wielki nos, masywne czoło, oczy spo­glą­da­jące spod opa­da­ją­cych powiek oraz krę­cone włosy koloru rdzy. Mimo że nie paso­wał do reszty obec­nych, jego wygląd i inten­syw­ność spoj­rze­nia prze­ko­ny­wały przy­zwy­cza­jo­nych do zie­lo­nych kości Kekoń­czy­ków, że to nie­bez­pieczny czło­wiek, który umie wal­czyć. W tonie, z jakim zwró­cił się do Guriha, nie było agre­sji, lecz sły­szało się w nim wyzwa­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki