Dziedzictwo Jadeitu. Saga o Zielonych Kościach. Tom 3 - Fonda Lee


Reflow text when sidebars are open.
Klany zielonych kości
A także ich współpracownicy i wrogowie
Klan Bez Szczytów
Kaul Hiloshudon - filar
Kaul Shaelinsan - prognostyczka
Emery Anden - Kaul przez adopcję
Kaul Maik Wenruxian - żona Kaul Hila, kamiennooka
Kaul Lanshinwan - były filar klanu, starszy brat Hila; nie żyje
Kaul Nikoyan - syn Kaul Lana, adoptowany syn Hila i Wen
Kaul Rulinshin - syn Hila i Wen, kamiennooki
Kaul Jayalun - córka Hila i Wen
Juen Nurendo - róg
Juen Imriejin - żona rogu
Juen Ritto, Juen Din - bliźniaczy synowie rogu
Maik Tarmingu - filarowy
Maik Kehnugo - były róg; nie żyje
Maik Sho Linalin - wdowa po Kehnie
Maik Camiko - syn Kehna i Liny
Lott Jinrhu - pięść klanu
Woon Papidonwa - cień prognostyka
Woon Ro Kiyalin - żona Woon Papiego
Hami Tumashon - zaklinacz deszczu
Hami Yasuto - syn Hami Tumy
Terun Bintono - szczęściodawca
Luto Tagunin - szczęściodawca
Kaul Seningtun - Płomień Kekonu, patriarcha rodziny, nie żyje
Kaul Dushuron - syn Kaul Sena, ojciec Lana, Hila i Shae, nie żyje
Kaul Wan Riamasan - wdowa po Kaul Du, matka Lana, Hila i Shae
Yun Dorupon - były prognostyk, zdrajca; nie żyje
Haru Eynishun - była żona Kaul Lana; nie żyje
Kyanla - gosposia w rezydencji Kaulów
Sulima - gosposia w rezydencji Kaulów
Inne pięści i palce
Vuay Yuduo - pierwsza pięść Juen Nu
Iyn Roluan - pięść wysokiej rangi
Vin Solunu - pięść wysokiej rangi, mający talent do Postrzegania
Dudo, Tako - osobiści strażnicy Kaul Maik Wen
Hejo, Ton, Suyo, Toyi - pięści z klanu
Kitu, Kenjo, Sim - palce z klanu
Przyszłe zielone kości
Mal Ging - uczeń w Akademii Kaul Du, kolega z klasy Jai
Noyu Hanata - uczennica w Akademii Kaul Du, koleżanka z klasy Jai
Noyu Kaincau - starszy brat Noyu Hany
Eiten Ashasan - córka byłej pięści, dziedziczka gorzelni Przeklęte Piękno
Teije Inno - odległy kuzyn rodziny Kaulów
Ważni latarnicy
Pan Une - właściciel restauracji Podwójne Szczęście
Pani Sugo - właścicielka Klubu dla Dżentelmenów Boski Bez
Fuyin, Tino, Eho - latarnicy z branży detalicznej
Klan Góra
Ayt Madashi - filar
Iwe Kalundo - prognostyk
Nau Suenzen - róg
Ayt (Koben) Atosho - bratanek Ayt Mady
Koben Yirovu - głowa rodziny Kobenów
Koben Tin Bettana - żona Koben Yira
Koben Ashitin - pięść, syn Yira i Bett
Koben Oponyo - latarnik, wujek Ayt Ata
Sando Kintanin - pięść, kuzyn Ayt Ata
Aben Sorogun - pięść wysokiej rangi
Niru Vononu - pięść niskiej rangi
Gont Aschentu - były róg klanu; nie żyje
Ven Sandolan - były latarnik klanu; nie żyje
Ayt Yugontin - Włócznia Kekonu, adopcyjny ojciec Mady, Ima i Eoda; nie żyje
Ayt Imminsho - adoptowany starszy syn Ayt Yu; nie żyje
Ayt Eodoyatu - adoptowany drugi syn Ayt Yu; nie żyje
Tanku Ushijan - były róg z czasów Ayt Yugontina; nie żyje
Tanku Dingumin - pięść, syn Tanku Ushijana
Pomniejsze klany
Jio Wasujo - filar klanu Jedność Sześciu Dłoni
Jio Somusen - róg klanu Jedność Sześciu Dłoni
Tyne Retubin - prognostyk klanu Jedność Sześciu Dłoni
Sangun Yentu - filar klanu Jo Sun
Icho Danjin - szwagier Sangun Yena
Icho Tennsuno - pięść z klanu Jo Sun
Durn Soshunur - filar klanu Czarny Ogon
Ruch Bezklanowa Przyszłość
Bero - przestępca
Gurino - członek założyciel RBP
Otonyo - członek założyciel RBP
Tadino - członek RBP, właściciel baru w klubie Mała Persymona
Ema - nowa członkini RBP
Vasti Eya Molovni - nekolva, agent z Ygutanu
Inni na Kekonie
Jim Sunto - były Anioł Marynarki z Republiki Espenii
Guim Enmeno - kanclerz Rady Książęcej Kekonu, wierny Górze
Generał Ronu Yasugon - główny doradca wojskowy Rady Książęcej
Canto Pan - przewodniczący Kekońskiego Sojuszu Jadeitowego
Son Tomarho - były kanclerz Rady Książęcej; nie żyje
Ren Jirhuya - artysta
Sian Kugo - producent filmowy i współwłaściciel Wybrzeża Kin
Toh Kitaru - prezenter prowadzący wiadomości w Kekońskiej Stacji Państwowej
Dano - student z Królewskiego Uniwersytetu Jan
Lula - kurtyzana
Doktor Timo, Doktor Yon - lekarze zielonej kości
Mistrz Aido - prywatny nauczyciel jadeitowych dyscyplin
Wielki Instruktor Le - dyrektor Akademii Kaul Dushurona
Przedstawiciele rządu espeńskiego
Galo - agent wywiadu Republiki Espenii
Berglund - agent wywiadu Republiki Espenii
Ara Lonard - ambasador Republiki Espenii w Kekonie
Pułkownik Jorgen Basso - dowódca Bazy Marynarki Wojennej na Eumanie
W Espenii
Keko-Espeńczycy
Dauk Losunyin - filar Południowej Pułapki
Dauk Sanasan - żona Dauk Losuna, jego "prognostyczka"
Dauk Corujon - "Cory", syn Losuna i Sany, prawnik
Dauk Kelishon - "Kelly", siostra Cory'ego. Wicesekretarz Departamentu Przemysłu
Sammy, Kuno, Tod - zielone kości z Port Massy
Remi Jonjunin (Jon Remi) - przywódca zielonych kości w Resville
Migu Sunjiki - przywódca zielonych kości w Adamont Capita
Hasho Bakuta - przywódca zielonych kości w Evenfield
Pan i Pani Hian - rodzina goszcząca kiedyś Emery Andena
Rohn Torogon - dawny "róg" Południowej Pułapki: nie żyje
Danny Sinjo - sportowiec i aktor
Paczki
Willum "Chudziak" Reams - szef paczki z Południowego Brzegu
Joren "Mały Jo" Gasson - szef paczki z Baker Street
Rickart "Cwany Ricky" Slatter - szef paczki z Wormingwood; siedzi w więzieniu
Blaise "Byk" Kromner - były szef paczki z Południowego Brzegu; siedzi w więzieniu
Inni w Espenii
Doktor Elan Margen - starszy rangą naukowiec w Centrum Badań Medycznych Dempheya
Rigly Hollin - współudziałowiec i wiceprezes WBH Focus
Walford, Berrett - inni współudziałowcy WBH Focus
Art Wyles - prezes korporacji Anorco Global Resources
Deputowany Blake Sonnen - przewodniczący Narodowej Rady Zdrowia
Doktor Gilspar - sekretarz Espeńskiego Towarzystwa Lekarskiego.
W innych miejscach
Iyilo - przemytnik jadeitu, szef Ti Pasuiga; Wyspy Uwiwa
Guttano - kierownik Studia Filmowego Światło Diamentu; Szotar
Choyulo - szef barukańskiego gangu Faltów; Szotar
Batiyo - członek barukańskiego gangu Faltów; Szotar
Sel Lucanito - potentat przemysłu rozrywkowego, właściciel Spektaklu Numer Jeden; Marcucuo
Falston - espeński żołnierz
Hicks - espeński żołnierz
ROZDZIAŁ 1
BEZKLANOWI
Poczwórna Wygrana - kasyno połączone z hotelem - nie sprawiała wrażenia najlepszego miejsca na rozpoczęcie rewolucji. Była dogodnym celem wyłącznie dlatego, że Bero tu pracował i wiedział, jak ominąć straże. Cały Janloon drżał z zimna po nagłym nadejściu najchłodniejszej i najbardziej wilgotnej zimy od dziesięcioleci, ale jasne światła i zgiełk kasyna bez chwili przerwy wabiły grających o wysokie stawki hazardzistów oraz zagranicznych turystów, a ich pieniądze napełniały kufry klanu Bez Szczytów. Dzisiaj jednak tak nie będzie.
Dziesięć minut przed południem Bero pojawił się w kasynie z wózkiem bagażowym z trzema walizkami i wepchnął go do windy. Było w niej trzech biznesmenów pogrążonych w ożywionej rozmowie.
- Góra oferuje mi daninę niższą o piętnaście procent - mówił jeden z nich.
- Kaulowie nie mogą temu dorównać - poskarżył się łysy mężczyzna w granatowym garniturze. - A mimo to nadal oczekują ode mnie, że będę w stanie konkurować z zagranicznymi franczyzami, które wyrastają wszędzie jak chwasty z powodu umów handlowych, jakie narzucili krajowi.
Pierwszy biznesmen skrzywił się z niezadowoleniem.
- Zatem wolisz płacić daninę Ayt Madzie?
- To żądna władzy morderczyni, ale co z tego? Wszyscy oni tacy są. Zrobiła to, co musiała, żeby utrzymać kontrolę nad Górą - wtrącił trzeci z nich, mocno opalony. - Przynajmniej stawia na pierwszym miejscu interesy Kekonu, a teraz wreszcie wybrała następcę. Myślę, że...
Drzwi windy, które zaczęły już się zamykać, otworzyły się ponownie i do środka weszło dwóch cudzoziemców. Zajęli ostatnie wolne miejsce, obok wózka Bera. Byli ubrani po cywilnemu, ale nie wyglądali na turystów. Biznesmeni umilkli, spoglądając na obcych z uprzejmą podejrzliwością. W Janloonie roiło się ostatnio od przedstawicieli zagranicznych rządów i korporacji.
Winda zjechała na parking. Gdy wszyscy już z niej wyszli, Bero wytoczył swój wózek wraz z jego zawartością na zewnątrz i spojrzał na zegarek. Zielone kości z klanu Bez Szczytów uważnie obserwowały zyskowne kasyna na ulicy Dla Ubogich, ale w dzielnicy nie było ich aż tak wiele. Eitena, który dał Berowi zatrudnienie w Poczwórnej Wygranej, nie było dziś w robocie. Bero przez wiele tygodni obserwował harmonogram pracy ochroniarzy i wiedział, że w samo południe w kasynie nie będzie żadnego z jadeitowych wojowników klanu Bez Szczytów. Rzecz jasna, gdy już zacznie się zamieszanie, zaraz się zjawią. Dlatego szybkość miała kluczowe znaczenie.
Obok niego zatrzymała się furgonetka. Siedzący za kierownicą Tadino wyskoczył z niej błyskawicznie. Jadący z tyłu Otonyo i Guriho podążyli za nim. Bero raczej nie lubił trzech Oortokanów, za ich cudzoziemski akcent i brzydkie ygutańskie ubrania - zwłaszcza Tadina, który miał ostry, szczekliwy głos oraz wąską twarz kojarzącą się z polującym na szczury terierem. Niemniej byli to jedyni znani mu ludzie, którzy nienawidzili klanów zielonych kości równie mocno jak on i pragnęli ich całkowitego upadku.
- Nikt nas nie zatrzymywał ani nie zadawał żadnych pytań - pochwalił się Tadino.
Nawet gdyby ktoś się nimi zainteresował, w furgonetce nie było broni ani żadnych podejrzanych materiałów. Bero zdjął walizki z wózka i rzucił je na ziemię. Guriho, Otonyo i Tadino wyjęli ich zawartość - maski gazowe, pojemniki z farbą w aerozolu, łomy, pistolety oraz pojemniki z gazem łzawiącym.
Gdy już wyposażyli się w to wszystko, Bero otworzył kluczem dla pracowników drzwi na schody biegnące przy szybie windy. Po wejściu na górę otworzył kolejne drzwi. Za nimi znajdował się wyłożony dywanami korytarz biegnący za kuchnią kasyna.
Tadino uśmiechnął się i włożył maskę gazową. Guriho oraz Otonyo klepnęli się nawzajem po plecach i podążyli za jego przykładem. Ten pierwszy męczył się przez moment, nim zdołał wepchnąć do maski swą bujną brodę. Potem popędzili przed siebie, nie oglądając się na Bera. Otonyo wtoczył do kuchni jeden z pojemników z gazem łzawiącym, a Tadino rzucił drugi na podłogę kasyna. Jego zawartość zaczęła wydostawać się z sykiem na zewnątrz. Bero przycisnął się do drzwi, by nikt go nie zauważył. Rozległy się krzyki, a potem odgłosy kaszlu i wymiotów oraz tupot nóg.
Gdy padł strzał, hałasy zaczęły się na dobre - krzyki przerażenia na górze, spadające na podłogę talerze i przewracane meble, brzęk tłuczonego szkła, metaliczny łoskot drzwi ewakuacyjnych oraz szybki furkot obrotowych drzwi wejściowych. Klienci Poczwórnej Wygranej uciekali pośpiesznie przed gazem, wypadając w panice z ciepłej, wygodnej sali na ulicę Dla Ubogich.
Bero zasłonił bandaną nos i usta, a potem wyjrzał zza rogu na klatkę schodową. Nadal otaczało go okropnie dużo hałasu, ale kłęby dymu utrudniały mu obserwację. Trochę żałował, że nie sieje chaosu razem z innymi - nie strzela w powietrze, nie wymachuje łomem, tłukąc szyby, nie niszczy ścian ani mebli. Szkody się naprawi, ale koszty obciążą klan Bez Szczytów. Upokorzą go, a jednocześnie przedstawią swe stanowisko w sposób, którego nie można będzie zignorować. Bero skrzywił się z niezadowoleniem. Był odważniejszy od swoich towarzyszy i miał gęstszą krew. Robił rzeczy, na myśl o których te oortokańskie kundle zeszczałyby się ze strachu.
Cofnął głowę na klatkę schodową i zamknął drzwi. Niczego nie udowodni, stercząc tu dłużej. Jeśli zielone kości się zjawią, połamią nogi durniom, których uda im się złapać. Bero już zbyt wiele razy uniknął podobnego losu. Cenił własne kończyny. Kiedyś miał jadeit i tyle błysku, że mógł dobrze żyć z jego sprzedaży. Niestety te czasy minęły. Nienawidził klanów, ale potrzebował tej roboty.
Drzwi otworzyły się z hukiem i trzej mężczyźni wypadli chwiejnym krokiem na klatkę schodową. W ich oczach błyszczało szaleństwo, włosy mieli przepocone i dyszeli ciężko. Bero popędził razem z nimi na parking. Pierwszy dotarł na dół i schował się za rogiem, gdy otworzyły się drzwi pobliskiej windy i wybiegła z niej szóstka uciekających pracowników kasyna. Kiedy się oddalili, nacisnął alarm, by winda nie mogła wrócić na górę, po czym wyprowadził swych towarzyszy z klatki schodowej. Zdjęli maski gazowe i wrzucili ekwipunek do walizek.
- Przez dwa tygodnie siedźcie cicho. Potem spotkamy się w Małej Persymonie - przypomniał im Guriho, gdy wsiedli do furgonetki.
Pojazd opuścił parking i Bero został sam.
Podjechał wózkiem do zsypu i wrzucił do niego walizki z obciążającą go zawartością. Upewnił się, że jego służbowy uniform się nie pobrudził, i udał się na codzienną przerwę śniadaniową. Wrócił po trzydziestu minutach. Pod Poczwórną Wygraną stały dwa radiowozy i samochód strażacki, a po chodniku spacerowały trzy zielone kości z klanu Bez Szczytów. Zmuszeni do opuszczenia pokojów goście hotelowi marzli na chodniku, czekając, aż pozwolą im wrócić. Bero schował ręce do kieszeni i czekał razem z nimi, starannie ukrywając uśmiech. Po wewnętrznej stronie szklanych drzwi wejściowych kasyna napisano czerwoną farbą: PRZYSZŁOŚĆ JEST BEZKLANOWA.
ROZDZIAŁ 2
ZDRADA
Szósty rok, pierwszy miesiąc
Kaul Hiloshudon przyglądał się sześciu biznesmenom, jedzącym w jego towarzystwie kolację. Miał nadzieję, że nie będzie musiał zabić żadnego z nich. Spotkali się w największej prywatnej sali Podwójnego Szczęścia. Na stole nadal było mnóstwo jedzenia, ale Hilo nie miał apetytu. Wrogom mógł odbierać życie bez chwili wahania, ale to byli ludzie z jego klanu. Znał ich wszystkich, lepiej czy gorzej, i od lat utrzymywał z nimi kontakty. Klan Bez Szczytów potrzebował lojalnych członków.
- Jak zdrowie żony, Kaul-jen? - zapytał latarnik Fuyin Kan. Niezobowiązujące rozmowy toczone przy stole ustąpiły miejsca pełnej zażenowania ciszy.
Hilo nie przestał się uśmiechać, ale ciepło zniknęło z jego oczu, gdy spojrzał na siedzącego naprzeciwko mężczyznę.
- Rekonwalescencja wymaga wiele czasu, ale jest lepiej niż było. Dziękuję, że o to zapytałeś.
- Słyszę to z przyjemnością - odparł Fuyin. - W końcu nie ma nic ważniejszego niż zdrowie i bezpieczeństwo naszych rodzin. Niech bogowie opromienią klan Bez Szczytów swą łaską.
Wzniósł w toaście kieliszek hoji. Pozostali biznesmeni podążyli za jego przykładem.
Fuyin nie był typowym bezjadeitowym latarnikiem. Nosił dwa pierścienie z jadeitami, jadeitowe kolczyki w uszach, a do tego sprzączkę u paska. Był kiedyś pięścią, ale przed piętnastu laty opuścił militarną stronę klanu, by kierować rodzinną firmą zajmującą się handlem detalicznym. Słowa mężczyzny wyrażały uprzejme zainteresowanie, ale Hilo Postrzegał jego jadeitową aurę jako gęstą, skłębioną chmurę pełną łatwych do rozpoznania resentymentów oraz nieufności.
Odsunął talerz i oparł się wygodnie, podczas gdy kelnerzy zbierali talerze i napełniali filiżanki herbatą. Nie patrzył na siedzącą obok Shae, lecz wyczuwał w jej aurze nerwowość. Jego siostra również nie jadła zbyt wiele. Nie dało się już dłużej odwlekać rozmowy.
- Zaprosiłem was tutaj, ponieważ prognostyczka mówi mi, że są pewne kwestie, które musicie omówić bezpośrednio ze mną jako filarem - zaczął Hilo. - Wszyscy jesteście szanowanymi i cenionymi latarnikami naszego klanu i w związku z tym pragnę, rzecz jasna, porozmawiać z wami i rozwiązać wszelkie problemy, zanim staną się źródłem poważnych nieporozumień.
Pierwszym latarnikiem, który się odezwał, nie był Fuyin, lecz łysy mężczyzna siedzący obok niego, pan Tino. Zaliczał się do starszych członków klanu i kiedyś przyjaźnił się z nieżyjącym dziadkiem Hila.
- Kaul-jen, biorąc pod uwagę obecny stan gospodarki oraz fakt, że musimy konkurować nie tylko z naszymi rywalami z klanu Góra, lecz również z zagranicznymi firmami, wielokrotnie prosiliśmy Biuro Prognostyka o obniżenie daniny. Jak z pewnością sobie przypominasz, klan Bez Szczytów podniósł ją, by móc toczyć wojnę klanową, ale nie obniża jej znacząco już od sześciu lat.
- Ta wojna trwa, tyle że w ukryciu - przypomniał mu Hilo. - Góra zamierza prędzej czy później nas podbić. Staramy się utrzymać daniny na rozsądnym poziomie i wykorzystujemy pochodzące z nich pieniądze do wzmocnienia klanu, jak prognostyczka uzna za stosowne.
Shae wyprostowała się, usłyszawszy te słowa.
- Musimy zwiększyć możliwości klanu Bez Szczytów, jeśli pragniemy pokonać nieprzyjaciół. Udoskonaliliśmy naszą technologię, powiększyliśmy Akademię Kaul Dushurona, by mogła szkolić więcej zielonych kości. Otwieramy też biura i prowadzimy interesy za granicą. - Szef sztabu prognostyczki, Woon Papidonwa, natychmiast wręczył jej aktówkę. Otworzyła ją i wyjęła ze środka plik papierów. - Mogę was zapoznać z budżetem klanu na przyszły rok i pokazać, w których miejscach dochody z daniny...
Kolejny latarnik, opalony na brąz pan Eho, machnął niecierpliwie ręką.
- Nie wątpię, że wydajecie te pieniądze. Problem w tym, na co je poświęcacie. Klan Bez Szczytów ciągle próbuje prowadzić interesy w Espenii, co na dłuższą metę z pewnością zaszkodzi naszemu krajowi. - Nie chciał patrzeć na prognostyczkę, której nieraz już okazywał dezaprobatę. - Młodzież za bardzo ulega cudzoziemskim wpływom. Dlatego mamy teraz wyższą przestępczość i więcej problemów społecznych. Weźmy na przykład to, co wydarzyło się w zeszłym tygodniu w kasynie Poczwórna Wygrana. To był skandal. A odpowiedzialnych za atak chuliganów nadal nie złapano.
Hilo zmrużył powieki, poirytowany mentorskim tonem Eha.
- Jeśli chcesz kogoś oskarżać o wzrost przestępczości, pomyśl, jak wielu członków barukańskich gangów sprowadziła do kraju Góra, by powiększyć swoje szeregi. Ale to nie ma znaczenia. Wiem, że Góra próbuje nas podejść, proponując niższe daniny, w związku z czym nagle dochodzicie do wniosku, że to niesprawiedliwe, że płacicie tyle co zawsze, podczas gdy wydaje się wam, że moglibyście znaleźć korzystniejszą ofertę.
Pełna zażenowania cisza, która nagle zapadła, była wystarczającym potwierdzeniem. Kilku latarników starannie unikało jego spojrzenia.
Ale Fuyin Kan nie odwrócił wzroku.
- Przejście do innego klanu byłoby trudną i drastyczną decyzją - oznajmił. - Wpłynęłoby nie tylko na sytuację finansową danego człowieka, lecz również na to, gdzie może mieszkać, do której szkoły sztuk walki mogą uczęszczać jego dzieci, na jego życie towarzyskie i na to, kto jest jego przyjacielem, a kto wrogiem. Nie chcemy się posuwać tak daleko. Dlatego przybyliśmy tu całą grupą, licząc na osiągnięcie porozumienia.
Pozostali latarnicy przesunęli się ku przodowi na znak poparcia dla tych słów. Fuyin pozwolił, by inni przemówili przed nim, było jednak oczywiste, że to on jest ich przywódcą, zgodnie z podejrzeniami Hila.
To skończy się źle, pomyślał, nie dał jednak za wygraną.
- Nie możemy w tej chwili obniżyć daniny. Mogę dać ci słowo jako filar, że w miarę jak nasze interesy za granicą będą się rozrastać, zaczniemy dzielić się zyskami z całym klanem. Biuro Prognostyka będzie stopniowo zmniejszało jej wysokość przez pięć najbliższych lat.
Nie miał pojęcia, czy miałoby to sens pod względem finansowym, ale brzmiało rozsądnie. W aurze Shae nie zapłonął nagły gniew na niego, uznał więc, że poradziłaby sobie z tym zadaniem.
Fuyin potrząsnął głową.
- To nie jest żaden kompromis. Wszyscy tu zgodziliśmy się, że sprawiedliwość wymaga, by klan Bez Szczytów dorównał ofercie Góry. Wierzymy też głęboko, że musi zajść zmiana w polityce klanu. Trzeba skończyć z inwestowaniem za granicą i skupić się na obronie naszych interesów w domu.
W jadeitowej aurze Shae pojawiły się fale konsternacji.
- Jeśli obniżymy daninę, a jednocześnie zrezygnujemy z działalności, która przynosi nam najszybciej rosnące dochody, klan będzie tracił pieniądze na dwóch frontach. To droga do zagłady.
Niektórzy latarnicy wymamrotali coś pod nosem, ale Fuyin tylko rozpostarł dłonie.
- Góra radzi sobie dobrze. Chcesz powiedzieć, że klan Bez Szczytów nie potrafi jej dorównać? Jeśli tak, czy możesz mieć do nas pretensję, jeśli wspólnie podejmiemy działania dla zabezpieczenia naszej przyszłości?
Te słowa mogły nie brzmieć jak groźba, ale nią były. Fuyin zgromadził kilku niezadowolonych latarników i oznajmił, że jeśli klan Bez Szczytów nie spełni ich żądań, wszyscy przejdą do Góry. Nawet Shae nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na ten bezczelny szantaż.
Hila wypełnił gniew mieszający się z rozczarowaniem.
- Fuyin-jen... - zaczął, koncentrując całą uwagę na byłej pięści i ignorując pozostałych siedzących za stołem mężczyzn - po co przybyłeś tutaj, by prosić mnie o cokolwiek, skoro już przeszedłeś na stronę Góry? Czy Ayt Mada rozkazała ci, byś pociągnął tych ludzi ku zgubie razem ze sobą?
Twarz Fuyina stała się nieprzeniknioną maską.
- O czym ty gadasz?
- Już od miesięcy płacisz daninę Górze. Mogę pokazać wszystkim dowód znaleziony przez Maik Tara, ale może lepiej sam się przyznasz, zamiast kłamać mi prosto w oczy. - Hilo zachowywał spokój, lecz w jego głosie pobrzmiewała zimna, złowroga nuta. - Nie jesteś zwykłym latarnikiem, jak twoi towarzysze. Jesteś zieloną kością, która złamała klanowe przysięgi.
Przy stole zapadła całkowita cisza. Cichy szum głosów dobiegający z pozostałej części lokalu, znajdującej się za suwanymi drzwiami, brzmiał jak kakofonia. Reszta latarników skuliła się na krzesłach. Z ich twarzy odpłynęły wszelkie barwy.
- Oskarżasz mnie o zdradę klanu? Byłem pięścią wysokiej rangi, kiedy ty jeszcze byłeś niegrzecznym chłopakiem w Akademii. To ty zdradziłeś nas wszystkich, Kaul Hiloshudon.
Gorycz, którą filar wyczuwał w aurze Fuyina, przerodziła się w gwałtowną burzę. Cienka warstewka uprzejmości, jaką do tej pory utrzymywał, zniknęła.
- Mój ojciec zbudował z niczego kwitnący interes, mając tylko własny pot, nieustępliwość oraz patronat klanu. Dzięki bogom, że już nie żyje i nie musi patrzeć, jak jego firma jest wypychana z rynku, bo otworzyłeś nasz kraj przed cudzoziemcami, jak kurwa rozkładająca nogi przed każdym. - Głos Fuyina stał się ochrypły i drżący. - Mój syn tak bardzo cię podziwiał. Chciał się stać taki jak ty. Miał tylko dwadzieścia lat, był palcem dopiero od sześciu miesięcy, kiedy zabito go bez powodu, w wojnie klanów, do której nigdy by nie doszło pod rządami twojego brata albo dziadka. Masz czelność żądać ode mnie wierności? Nie, Kaul-jen, jesteś tylko szczeniakiem, a nie filarem, a twoja siostra liże buty Espeńczykom. Nie jestem ci nic winien.
Hilo nie odpowiadał mu przez nietypowo długą chwilę. Postrzegał łomotanie serc i wstrzymywane oddechy wszystkich otaczających go ludzi, zwłaszcza Shae, był to jednak jedynie drobiazg w porównaniu z naciskiem wzbierającym w jego dłoniach i głowie.
- Fuyin-jen... - zaczął wreszcie - widzę, że trudności, których doświadczyłeś, wzbudziły w tobie nienawiść do mnie, ale popełniłeś błąd, pozwalając, by wykorzystała cię Ayt Mada. - Wstał i spojrzał byłej pięści prosto w oczy. - Jeśli czułeś się tak bardzo nieszczęśliwy, w każdej chwili mogłeś porozmawiać ze mną. Bez względu na to, czy to kłopoty w interesach spowodowały, że pragniesz się wyrzec życia, czy nie możesz wybaczyć mi śmierci swego syna, mogłeś poprosić, bym pozwolił ci odejść z honorem, a być może nawet założyć swój mały klan w jakiejś innej części kraju. Zgodziłbym się na to z uwagi na wysoką pozycję twojej rodziny i dawne poświęcenia. Nie musiałeś sprzedawać się Górze ani wciągać innych w tę pierdoloną farsę, która miała zaszkodzić klanowi Bez Szczytów.
Fuyin stanął na palcach. Był wyższy niż filar, przekroczył już czterdziestkę, ale nadal był w świetnej formie fizycznej. Często ćwiczył z innymi zielonymi kośćmi.
- Miałbym cię błagać o pozwolenie na opuszczenie miasta, w którym się urodziłem, by żyć na wygnaniu jak bezwartościowy wyrzutek? Mam obciąć sobie ucho i skomleć o darowanie życia? Nigdy. - Jego twarz zamarła w wyrazie straszliwej determinacji. - Kaul Hiloshudon, filarze klanu Bez Szczytów, oferuję ci czystą klingę. - W pokoju rozległy się szepty zdumienia i lęku. Od lat nikt nie wyzwał Kaula Hilo na pojedynek. - Wybierz miejsce i broń...
- Odmawiam. - Odpowiedź Hila zmroziła wszystkich w pokoju. Na twarzy filaru dostrzegało się jego sławną furię. - Jesteś zdrajcą. Nie zasługujesz na pojedynek. Przykro mi z powodu śmierci twojego syna i niepowodzeń w interesach, ale wielu z nas przeżyło straszliwe tragedie, a mimo to nie złamało przysiąg.
Fuyin dał się na moment zbić z tropu. Nawet Shae i Woon patrzyli na Hila z zaskoczeniem. Nigdy dotąd nie słyszano, by Kaul Hiloshudon odrzucił osobiste wyzwanie. Opadł z niedowierzaniem na pięty.
- Jesteś tchórzem - warknął.
- Jestem filarem klanu - odparł Hilo. - Postąpiłbym głupio, gdybym wątpił, że nadal pozostajesz groźnym wojownikiem. - Być może nie masz już po co żyć, ale ja nie mogę się narazić na obrażenia, które odciągnęłyby mnie na pewien czas od rodziny i obowiązków. - Zmarszczył brwi. Zrozumiał, że tłumaczy przyczyny odmowy raczej sobie samemu niż Fuyinowi. - Jeśli pragniesz zachować życie, możesz oddać wszystko, co posiadasz, klanowi i zaakceptować wygnanie z Kekonu. W przeciwnym razie przyznam ci śmierć konsekwencji, z bronią w ręku. To wszystko.
Gdy Hilo wypowiedział te słowa, drzwi pokoju otworzyły się nagle i do środka wszedł Juen Nu, róg klanu Bez Szczytów. Towarzyszyli mu Maik Tar i Iyn Ro. Trzy zielone kości czekały na dole. Hilo rozkazał im wejść do środka, gdy tylko Postrzegą jakieś zagrożenie ze strony któregoś z obecnych. Pan Tino i pan Eho odsunęli się od Fuyina, otwierając szeroko oczy, jakby nagle stał się tykającą bombą zegarową. Oskarżony o zdradę rzucał spojrzenia na wszystkie strony. Ręce mu drżały. Juen, Maik i Yin ruszyli ku niemu, okrążając wielki stół z obu stron. Żaden z latarników nie odważył się wstać z krzesła.
Shae zaczęła się podnosić. Jej aura iskrzyła się niespokojnie. Prognostyczka wezwała tych latarników na obiad, który miał doprowadzić do pojednania, a teraz wyglądało na to, że zakończy się egzekucją.
- Hilo - wysyczała, na tyle głośno, żeby ją usłyszał. - Nie rób tego w tym miejscu. Lepiej...
Nikt nie usłyszał reszty jej sugestii, ponieważ Fuyin wyszarpnął mały pistolet z ukrytej pod paskiem wszywanym kabury i zaczął strzelać.
Tar zareagował natychmiast, wznosząc Odbijanie przed filarem. Małokalibrowe pociski pomknęły ku sufitowi. Fuyin Kan odrzucił broń, warknął wściekle i posiłkując się Lekkością, przeskoczył nad stołem. Wyciągnął karambit i spróbował ciąć w gardło Hila.
Filar odpowiedział na atak. Wskoczył na stół, również pomagając sobie Lekkością, i złapał przeciwnika za łokieć, powstrzymując trajektorię jego broni. Potem pchnął z całej siły jego środek ciężkości, pozbawiając go równowagi, gdy tylko Lekkość zaczęła opuszczać Fuyina i jego stopy dotknęły blatu. Napastnik zachwiał się, ale uderzył śmiertelnie groźnym Przenoszeniem. Stal Hila ledwie zdołała odbić atak. Filar obrócił się błyskawicznie, pociągając drugiego mężczyznę za sobą. Stopa Fuyina wpadła w wazę na wpół wypełnioną stygnącą zupą. Mężczyzna poleciał na łeb na szyję ku skrajowi stołu. Talerze, filiżanki i jedzenie wyskakiwały na wszystkie strony spod stóp walczących.
Wiele lat temu, gdy Hilo był jeszcze nastolatkiem i uczył się w Akademii, ćwiczył równowagę i Lekkość, ćwicząc ze sparingpartnerami na wąskich półkach i chwiejących się platformach. Wtedy uważał, że te ćwiczenia są głupie. Walki toczono na asfalcie i betonie, nie na kłodach nad wodospadami, jak na filmach. Teraz, gdy walczył na stole w restauracji, przypomniał sobie na moment, jak instruktorzy uczyli go, że zielone kości, choćby nawet najlepiej przygotowane, nie mogą liczyć na to, że zawsze będą miały szansę wyboru, w jakich warunkach chcą walczyć. Szarpali się ze sobą, obaj pochyleni, aż Hilo wyciągnął błyskawicznie lewą rękę i otoczył głowę przeciwnika od tyłu, jakby była piłką sztafetową. Uniósł karambit, który pojawił się nagle w jego prawej dłoni, i wbił w szyję Fuyina. Złapał go za włosy i pociągnął jego twarz ku stołowi. Karambit wbił się głębiej. Gdy mężczyzna opadł na kolana, rozległ się trzask rozbijanych talerzy. Hilo pociągnął nóż ku górze, używając całej swej Siły, i przeciął tchawicę.
Fuyin miotał się jeszcze przez króciutką chwilę, zrzucając na podłogę kolejne przedmioty. Wreszcie znieruchomiał. Pod jego podbródkiem utworzyła się kałuża krwi, ciemniejsza plama na czerwonym obrusie, mieszająca się z rozlanym rosołem oraz kawałkami jedzenia. Wszystko to trwało niespełna minutę. Hilo nadal słyszał słabo, lekko ogłuszony hukiem wystrzałów w zamkniętym pomieszczeniu. Kiedy zwrócił się do pięciu pozostałych latarników, którzy podnosili się już z podłogi, nie był pewien, czy krzyczy, czy mówi normalnie.
- Czy jest tu ktoś jeszcze, kto ma jakieś osobiste pretensje, albo czuje się tak niezadowolony, że jest gotowy podtrzymać żądania Fuyina?
Latarnicy wstali z potulnymi minami. Pan Eho spojrzał na ciało i przełknął głośno ślinę, po czym dotknął czoła splecionymi dłońmi i pokłonił się nisko, oddając honory filarowi.
- Kaul-jen, muszę ze wstydem wyznać, że uległem namowom Fuyina wyłącznie z powodu finansowej interesowności. Z radością akceptuję zaproponowany przez ciebie kompromis. To całkowicie mnie zadowala.
- Mnie również, Kaul-jen - dodał pośpiesznie pan Tino, otrzepując spodnie. - Wybacz mi moją głupotę. Sądziłem, że Fuyin reprezentuje interesy nas wszystkich, ale teraz widzę, że popełniłem błąd, ufając mu. Mamy szczęście, że natychmiast go przejrzałeś.
Pozostali latarnicy pokiwali głowami, wyraźnie zawstydzeni, i również zapewnili, że są wierni klanowi.
Hilo miał ochotę stłuc wszystkich na kwaśne jabłko, a potem zażądać, by obcięli sobie uszy, jeśli pragną zachować patronat klanu, powstrzymał jednak ten impuls. Nie sądził, by ci biznesmeni mieli wystarczająco gęstą krew, żeby wytrzymać coś takiego. Leżące na stole ciało Fuyina było wystarczającym argumentem. Dalsze zastraszanie ich nie dałoby mu nic poza osobistą satysfakcją. Odwrócił się z niesmakiem.
- Zabierzcie ich stąd - rozkazał swoim pięściom.
Iyn wyprowadziła skarconych latarników z budynku. Oddalili się z wielką ochotą, rzucając nerwowe spojrzenia za siebie. Niektórych z nich szczere wyrzuty sumienia albo strach mogły rzeczywiście skłonić do powrotu z uchem w szkatułce, ale Hilo o to nie dbał. Uważał, że bezjadeitowym latarnikom nigdy nie można ufać. Chroniła ich aisho i zależało im wyłącznie na pieniądzach. Oczekiwali od klanu siły i ochrony, ale z łatwością mogli przenieść swą wierność na inny, dla zysku albo z chęci przetrwania. Nie można było mieć pretensji do Ayt o to, że ze wszystkich sił starała się ich ukraść.
- Lepiej pójdę porozmawiać z panem Une, żeby uspokoić sytuację - odezwał się Juen.
Huk strzałów i odgłosy przemocy z pewnością zakłóciły atmosferę w lokalu i przestraszyły starego restauratora. Była właśnie pora obiadowa. Po wyjściu rogu Tar objął ramieniem barki Hila.
- Za szybko go załatwiłeś, Hilo-jen. Jestem twoim filarowym, czy nie mogłeś mi pozwolić zdobyć choć odrobiny jego zieleni?
Hilo łypnął z kwaśną miną na zwłoki Fuyina. Nie odpowiedział na uśmiech szwagra.
- Zabierz jego jadeit dla klanu - rozkazał. - Nie czułbym się dobrze, nosząc go, bo wiem, że jego syn zginął za klan Bez Szczytów, kiedy byłem rogiem.
Ruszył ku drzwiom, ale Shae zagrodziła mu drogę. Jej jadeitową aurę wypełniało niezadowolenie.
- Chcesz po prostu sobie pójść i nie powiedzieć nic więcej? - zapytała.
Nozdrza Hila rozszerzyły się, gdy usłyszał ton jej głosu.
- Co jeszcze miałbym powiedzieć? Chciałaś, żeby ten obiad rozwiązał problem uskarżających się latarników. Już się nie uskarżają, prawda?
- Nie sądzisz, że jeśli zamierzałeś zlikwidować Fuyina na oczach wszystkich, to powinniśmy porozmawiać o tym wcześniej? Dlaczego mi nie powiedziałeś, że masz dowody na to, że płaci daninę Górze?
- Bo ich nie miałem - warknął. - Miałem przeczucie. Kiedy zobaczyłem jego reakcję, byłem już pewny. Już przedtem miał do mnie pretensje, nic więc dziwnego, że Ayt do niego dotarła. Był zdeterminowany zginąć i zabrać mnie ze sobą do grobu.
Mimo że Hilo rozumiał to wszystko, uważał zdradę byłej pięści za sprawę osobistą. Zarzuty Fuyina nadal niosły się echem w jego głowie. Pragnął wyjść stąd, oddalić się od ciała.
Spróbował odepchnąć Shae na bok, ale ona ponownie zagrodziła mu drogę.
- To nie jest żadne wyjście, Hilo - nie ustępowała. - Egzekucja zdrajcy może uspokoić ludzi na pewien czas, ale nie rozwiąże problemów, z powodu których ci latarnicy zwrócili się przeciwko nam. Nie rozmawialiśmy ze sobą o tych sprawach jak filar z prognostyczką.
Hilo odsłonił zęby, pochylając się ku siostrze.
- Chcesz rozmawiać ze mną jak prognostyczka? W takim razie rób to, co należy do prognostyczki. Powiedz mi, jak to, do chuja, możliwe, że Góra wydaje więcej i kradnie nasze biznesy, mimo że pobiera tak niską daninę? Powiedz mi, jak możemy ich powstrzymać i wygrać. A jeśli nie potrafisz, oszczędź mi swoich cholernych wykładów.
Otworzyła usta, żeby mu odpowiedzieć, a potem zamknęła je tak gwałtownie, że Hilo usłyszał trzask zębów. Łypnęła na niego ze złością. Jej twarz poczerwieniała z irytacji. Woon, który stał obok, położył dłoń na ramieniu prognostyczki i odciągnął ją do tyłu. Hilo wypadł ze złością z pokoju.
Juen nadal rozmawiał z zaniepokojonym panem Une, dzięki czemu Hilo nie był narażony na załamywanie rąk i ocieranie czoła w wykonaniu starego restauratora. Niektórzy ze stałych gości Podwójnego Szczęścia ulotnili się podczas krótkiego wybuchu przemocy, być może obawiając się, że rozleje się ona na resztę restauracji. Niewykluczone też, że przestraszył ich atak anarchistów na kasyno Poczwórna Wygrana, do którego doszło w zeszłym tygodniu. Inni jednak siedzieli sobie spokojnie w restauracji. Na widok Hila wymamrotali pełne szacunku słowa i dotknęli czół, próbując jednocześnie zerkać do pomieszczenia, w którym znajdowały się zwłoki. Wyciągali szyje z chorobliwą ciekawością, jaką widzi się podczas spektakularnych zderzeń samochodów albo pożarów budynków. Wieczorem cały Janloon będzie wiedział, że Fuyin Kana zabito za zdradę klanu.
Filar opuścił restaurację głównym wejściem i usiadł za kierownicą duchesse signa. Miał w Podwójnym Szczęściu zarezerwowane miejsce na parkingu i zawsze, gdy odwiedzał lokal, pilnowano jego samochodu. Tar podążył za nim i zastukał w okno po stronie pasażera. Gdy tylko Hilo opuścił szybę, oparł się o okno, wsadzając ręce do środka.
- Dokąd się wybierasz? - zapytał burkliwym tonem. Mogło to znaczyć, że boi się o bezpieczeństwo Hila albo po prostu jest zły, bo go pominięto.
- Muszę się trochę przejechać, żeby przewietrzyć sobie głowę - odpowiedział Hilo, wsuwając kluczyk do stacyjki. - Pomóż Juenowi i Iyn wszystko posprzątać. - Hilo chwilami obawiał się zlecać klanowe zadania Maik Tarowi i Iyn Ro jednocześnie, z uwagi na ich burzliwy związek, ciągle wahający się między żarem a chłodem. W tej chwili jednak dogadywali się nieźle. - Przygotuj się na podróż do Port Massy. O tej porze roku jest tam zimno. Weź ze sobą ciepłe ubranie. Masz wszystko, czego potrzebujesz? Bilety, paszport i tak dalej?
- Jasne - odparł jego szwagier.
- Będę w domu za parę godzin - dodał Hilo i ruszył, zostawiając Tara na parkingu. Spojrzał jeszcze we wsteczne lusterko i zauważył, że jego filarowy jest wyraźnie smutny i zagubiony.
***
Jeździł pół godziny, nie zmierzając właściwie nigdzie. Włączył ogrzewanie, by odepchnąć od siebie mroźne powietrze, działające na miasto jak zimny ręcznik przyciśnięty do ciała. Ulice wywierały wyjątkowo przygnębiające wrażenie. Jaskrawe kolory Janloonu wyblakły pod szarym, bezchmurnym niebem. Ludzie byli podekscytowani wiadomością, że w górach spadł śnieg.
Zdał sobie sprawę, że, nawet się nad tym nie zastanawiając, pojechał do Dzielnicy Portowej i zatrzymał się przed Klubem dla Dżentelmenów Boski Bez. W ostatnich latach wiele w Janloonie się zmieniło, ale Boski Bez nadal był taki sam. Hilo pomyślał z ironią, że to pewny interes, któremu nie zaszkodzą nowoczesność ani zagraniczna konkurencja. Odźwierny odprowadził jego samochód, a gdy tylko Hilo wszedł do środka, pani Sugo, latarniczka będąca właścicielką klubu, przywitała go ewidentnie fałszywym uśmiechem. Rzecz jasna, nigdy nie była dla niego nieuprzejma i zawsze pilnowała, by jego wizyty przebiegały dokładnie tak, jak sobie tego życzył. Z pewnością jednak nie przyjmowała z entuzjazmem rzadkich, niezapowiedzianych odwiedzin filaru.
- Kaul-jen - przywitała go. Oddała mu honory i zaprowadziła go do luksusowo urządzonego pokoju, w którym znajdowała się kanapa. - Cieszę się, że znowu cię widzę. Mam posłać po Sumi? Albo po Vinę?
Hilo pokręcił głową.
- Po jakąś inną.
Przyklejony do twarzy pani Sugo uśmiech osłabł nieco.
- Czy mogę zapytać, Kaul-jen, tylko po to, żeby świadczyć ci lepsze usługi, czy coś ci się nie podobało u którejkolwiek z kobiet, z którymi spędzałeś tu czas?
- To kurwy - odpowiedział. Nie było w tym złości, po prostu czuł się zmęczony. Rzucił marynarkę na oparcie kanapy i nalał sobie szklankę cytrusowej wody ze stojącego na stole dzbanka. - Tylko nie przysyłaj mi żadnej, z której korzystał mój brat. Ta myśl mi się nie podoba.
Pani Sugo zacisnęła mocno usta, maskując niezadowolenie uprzejmym ukłonem, i wyszła z pokoju. Hilo klapnął na kanapę, zamknął oczy i potarł kciukami ich kąciki. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Lan odwiedzał ten lokal. Doszedł do wniosku, że jego brat z pewnością czuł się rozpaczliwie samotny. Raczej zasmuciła go myśl, że sam znalazł się teraz w podobnej sytuacji. Był filarem klanu już od sześciu lat. Dłużej niż Lan. Bracia nie byli zbytnio do siebie podobni, ale być może pozycja filaru wpływała tak samo na każdego mężczyznę - izolowała go i męczyła, aż wreszcie go zabijała, szybko albo powoli.
Nie mógł się powstrzymać przed zadawaniem sobie pytania, czy Ayt Mada, która zamordowała wielu członków własnego klanu, kiedykolwiek czuła się równie głęboko rozczarowana i zraniona jak on w tej chwili. Sam bezskutecznie próbował ją zamordować, posługując się rodziną Venów z klanu Góra, nie powinien się więc dziwić, że ona również w podobny sposób wykorzystywała niezadowolenie czy słabe punkty w jego klanie. Shae miała rację, choć przyznawał to z wielką niechęcią. Zdrada Fuyina nie była izolowanym przypadkiem, a jego śmierć nie rozwiąże prawdziwego problemu. Po wielu nieudanych zamachach na życie Hila Góra rozpoczęła długotrwałą kampanię, mającą zniszczyć ekonomicznie klan Bez Szczytów.
Rozległo się ciche pukanie. Hilo wstał z kanapy, otworzył drzwi i znalazł za nimi piękną kobietę. Miała ciemniejszą skórę i więcej krągłości niż ta, która usługiwała mu podczas poprzedniej wizyty, jakieś dwa czy trzy miesiące temu. Przyniosła hebanową tacę z butelką hoji i ciasteczkami daktylowymi ułożonymi na delikatnym glinianym talerzyku.
- Kaul-jen - rzekła. Jej głos był pełen troski, ale pobrzmiewała w nim nerwowa nuta, sugerująca, że pani Sugo i pozostałe dziewczyny ostrzegły ją, czego ma się spodziewać. - Czy mogę wejść?
Hilo przytrzymał jej drzwi.
Postawiła tacę na niskim stoliku przed kanapą, uklękła przed nim i staranie podwinęła rękaw, po czym otworzyła butelkę hoji i napełniła dwa kieliszki. To był dobry, stary trunek o silnym, skomplikowanym bukiecie.
Hilo wypił kieliszek.
- Chodź do łóżka - zażądał.
- Kaul-jen - odparła kobieta sugestywnym, uspokajającym tonem. - Nigdzie się nam nie śpieszy. Możesz tu zostać całą noc. Czemu nie odprężysz się na moment i nie pozwolisz, bym dała ci więcej radości? Z pewnością potrzebujesz chwili ulgi od trudnych zadań filaru. Wypijmy jeszcze jedną kolejkę i będziesz mógł mi opowiedzieć, jak ci minął dzień.
Hilo wykrzywił usta w ironicznym grymasie.
- Mam w domu żonę i dzieci. Nie potrzebuję rozmów. - Wstał. - Jeśli będziesz współpracować, to nie potrwa długo.
Wlepiła w niego spojrzenie. Otworzyła usta, jakby chciała podjąć kolejną próbę przekonania go, ale potem z oburzeniem postanowiła dać sobie z tym spokój. Skończyła z udawaniem, wypiła haustem kieliszek hoji, wyprostowała się, rozwiązała pasek jedwabnej szaty i pozwoliła, by opadła na podłogę. Położyła się nago na kanapie z grymasem rezygnacji na twarzy. Hilo pomyślał, że wygląda to atrakcyjniej niż jej wystudiowany uśmiech, bo przynajmniej jest autentyczne. Miała gładką skórę i znamię na brzuchu, obok pępka.
Rozebrał się. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, ujrzawszy plamy krwi na rękawach oraz karambit, który odpiął i położył na stoliku obok tacki. Potem otworzyła je jeszcze szerzej na widok błyszczących kawałków jadeitu na jego obojczykach, piersi i wokół pępka.
- Nie dotykaj ich, a nic ci się nie stanie - uspokoił ją Hilo, widząc strach w jej oczach. Podniósł jedną z darmowych prezerwatyw leżących na stoliku.
- Odwróć się i oprzyj na rękach i kolanach.
Kiedy skończył z nią i poszła do łazienki, ubrał się, zabrał marynarkę i nóż, a potem zjadł dwa ciasteczka z tacki. Zostawił na stoliku hojny napiwek. Kurtyzany z Niebiańskiego Bzu zarabiały przede wszystkim na stałych klientach, którzy często kupowali im prezenty i płacili dodatkowo za wyłączny dostęp. Ponieważ nie spodziewał się, by miał jeszcze kiedyś ją zobaczyć, uznał, że powinien dodatkowo zapłacić za jej zmarnowany czas.
Na dole pani Sugo życzyła mu dobrej nocy, uśmiechając się kwaśno. Rozumiał jej irytację. Niebiański Bez był przybytkiem wysokiej klasy. Tutejsze kurtyzany potrafiły grać na różnych instrumentach, recytowały poezję i towarzyszyły klientom na eleganckich galach, a on zachowywał się jak w tanim burdelu. Przed budynkiem czekała na niego duchesse. Odźwiernemu nie chciało się zaparkować samochodu gdzie indziej. Poprzednie wizyty nauczyły go, że Hilo nie zostanie tu długo. Filar okrążył swój cenny samochód, pochylił się i zajrzał do środka. Odkąd Maik Kehn, jego szwagier i były róg, zginął w zamachu bombowym, Hilo z wielką ostrożnością podchodził do rodzinnych samochodów i ich kierowców, wystrzegając się zagrożenia, którego nie Postrzeże dzięki jadeitowym zmysłom.
- Czy spuściłeś go z oczu chociaż na sekundę? - zapytał.
Odźwierny przysiągł na swoje życie, że nie.
Usatysfakcjonowany tymi słowami Hilo wsiadł do pojazdu, obrócił kluczyk w stacyjce i ruszył do domu.
***
Dotarł do rezydencji przed kolacją. Jego matka i Kyanla rozmawiały w kuchni. Czuł zapach smażonych jarzyn. Na kanapie siedział Niko. Wcześnie nauczył się czytać i tylko na moment oderwał wzrok od komiksu, by powiedzieć:
- Cześć, wujku.
Natomiast Ru i Jaya wybiegli mu na spotkanie, przekrzykując się nawzajem, by przyciągnąć jego uwagę i coś mu opowiedzieć. Hilo pocałował syna w głowę, pozwolił córce wdrapać się na swoje plecy i zaniósł ją po schodach na górę.
- Tato, pokaż mi nowy jadeit! - zażądał Ru, idąc tuż za ojcem.
Hilo odwrócił się na szczycie schodów i spojrzał z góry na chłopca.
- Jaki nowy jadeit?
- Ten, który zdobyłeś - nie ustępował Ru. Stanął na palcach i objął Hila w pasie - Wujek Tar mówił, że zabiłeś dzisiaj kogoś, kto kiedyś był w klanie, ale stał się zły. Gdzie jest twój nowy jadeit?
Hilo wydał z siebie cichy, pełen dezaprobaty pomruk. Jego szwagier z pewnością wrócił do domu wcześniej i zdążył już opowiedzieć dzieciom uproszczoną wersję tego, co się dziś wydarzyło. Tar nigdy nie ukrywał przed siostrzeńcami i siostrzenicą, jak naprawdę wygląda życie zielonych kości. Uważał, że powinny zrozumieć, że Hilo jest nie tylko ich tatą, lecz również przywódcą wielkiego i potężnego klanu. Dlatego często był zajęty i nie było go w domu. Miał wrogów, którzy chcieli go zabić, i czasami musiał pierwszy odebrać im życie, by móc wrócić wieczorem do rezydencji i utulić ich do snu.
Hilo nie twierdził, że się z nim nie zgadza, nie chciał jednak, by chłopakowi wypełniano głowę opowieściami o zielonych kościach. Przez nie będzie tylko gryzł się tym, czego mu brakuje, zamiast być dumny z tego, kim jest. Ru był kamiennookim. Nigdy nie będzie nosił jadeitu ani nie osiągnie żadnej znaczącej pozycji w klanie Bez Szczytów. Hila zasmucała świadomość, że jego syn nigdy nie stanie się jadeitowym wojownikiem, lecz jednocześnie cieszył się z tego, że przynajmniej jedno z jego dzieci będzie miało prostsze, bezpieczniejsze życie.
- Nie mam żadnego nowego jadeitu - odpowiedział stanowczo. - Wystarczy mi ten, który już noszę. Powinniśmy zachować nowo zdobytą zieleń dla przyszłości, bo los nie przestaje się do nas uśmiechać. Przestań słuchać wszystkiego, co opowiada ci wujek Tar. - Hilo postawił Jayę na podłodze i czule pogłaskał dzieci po główkach. - Wracajcie na dół i przygotujcie się do kolacji.
Kiedy zbiegły na parter, wyprostował się i otworzył drzwi sypialni. Wen odpoczywała w łóżku, wspierając się na poduszkach ułożonych pod wezgłowiem. Wyglądała na zmęczoną, jak zawsze po sesjach fizjoterapeutycznych. Musiała na nowo uczyć się podstawowych rzeczy - jak chodzić po prostej linii, przekładać kubek z jednej ręki do drugiej, stać bez potrzeby opierania się o coś. Wszystko to wymagało wielkiego wysiłku i czuła się potem zmęczona fizycznie oraz emocjonalnie.
Zatrzymał się w drzwiach na kilka sekund, a potem przysiadł na skraju łóżka i położył dłoń na wyprostowanej nodze żony.
- Jak dzisiaj poszło?
- Nie najgorzej - odpowiedziała Wen. - Mogę d... dotknąć palców u nóg i... wyprostować się i się nie przewrócić. - Uśmiechnęła się słabo. - To prawdziwy s... sukces.
Hilo każdego dnia czuł, że serce mu pęka, gdy widział Wen tak słabą i bezradną, mówiącą z tak wielkim trudem. Czasami musiał opuszczać pokój, bo nie mógł patrzeć, jak płacze z frustracji wywołanej tym, że nie potrafi nawet dokończyć zdania, które było w pełni uformowane w jej umyśle, ale nie chciało wyjść z jej ust w takiej formie, o jaką jej chodziło. Niemniej było teraz znacznie lepiej niż w zeszłym roku, gdy w ogóle nie była w stanie poruszać jedną połową ciała i ledwie mogła powiedzieć coś zrozumiałego. Wtedy nie miał nawet pewności, czy jej umysł i osobowość przetrwały nienaruszone. Musiał ze wstydem przyznać, że kilkakrotnie popadł w rozpacz tak głęboką, że zadawał sobie pytanie, czy nie byłoby mniej okrutne dla nich obojga, gdyby Andenowi nie udało się przywrócić jej do życia.
Wen zawsze była pełna wdzięku i elokwentna, pewna siebie na swój łagodny sposób, spostrzegawcza i zdeterminowana. Kochał ją wtedy bardziej niż cokolwiek innego na świecie, a teraz sam już nie był pewien, co czuje. Chwilami, gdy patrzył na żonę, wypełniało go gorączkowe, wszechogarniające pragnienie, by wziąć ją w objęcia, kochać się z nią i za wszelką cenę bronić jej przed wszystkimi możliwymi niebezpieczeństwami. Częściej jednak czuł tępy, bolesny gniew, zimne niedowierzanie i nieprzejednaną furię. Nie posłuchała jego rozkazów, ukrywała przed nim znaczną część swoich poczynań, naraziła się na niebezpieczeństwo i niemal uczyniła go wdowcem, a ich dzieci sierotami. Zrobił, co tylko mógł, by zapewnić jej bezpieczeństwo, dać wszystko, czego mogła zapragnąć, i być dla niej dobrym, a ona naraziła ich na tyle bólu.
- Czy Shae... przyjdzie dzisiaj? - zapytała Wen.
- Nie.
- Powinieneś za... za... za... - Widział, jak walczy z tym słowem, próbując wypchnąć je z gardła, jakby zadławiła się kawałkiem jedzenia. - Powiedzieć jej... żeby przychodziła częściej.
Wstał, nie odpowiadając na jej słowa. Wyciągnęła do niego rękę, ale odsunął się od niej. Widział ból w jej oczach. Z pewnością już przyzwyczaiła się do tego... niezdecydowania w jego uczuciach. Chwilami nienawidził samego siebie z tego powodu. Ale inna część jego jaźni pragnęła ją ukarać, zranić równie mocno, jak ona zraniła jego.
- Kolacja gotowa - oznajmił, oglądając się przez ramię. - Jeśli nie chce ci się schodzić na dół, poproszę Kyanlę, żeby przyniosła ci talerz do pokoju.
ROZDZIAŁ 3
NIECZYTELNE CHMURY
Gdy jej brat wyszedł z pokoju, Shae usiadła ciężko na jednym z krzeseł stojących najdalej od ciała Fuyin Kana i wsparła czoło na dłoniach. Nie było jej winą, że na koniec obiadu wyciągnięto noże i przelano krew. Powtarzała to sobie raz po raz, ale te płytkie słowa pocieszenia w niczym jej nie pomagały.
Była prognostyczką. Jej zadaniem było wyprzedzać wszystkich o krok. Prognostyk czyta w chmurach, jak mówiło stare powiedzenie. Dzisiaj instynkt Hila okazał się trafniejszy niż jej przemyślany osąd. Odczuła go bardzo boleśnie. Było też prawdą, że umowy handlowe z Espenią, które zawarła, przyniosły korzyści klanowi Bez Szczytów, lecz jednocześnie naraziły kekońskie firmy na dodatkową zagraniczną konkurencję. Przyczyniła się do kłopotów Fuyina i nie mogła mieć do niego pretensji o nienawiść, jaką czuł. Jej obowiązkiem było podtrzymywanie lojalności latarników klanu, żeby jej brat nie musiał ich zabijać.
Woon przykucnął przy krześle Shae i położył dłoń na jej kolanie. Dzięki bogom nie został ranny podczas walki. Jej szef sztabu rzadko robił cokolwiek bez zastanowienia, ale w chwili gdy Fuyin wyciągnął pistolet, odruchowo spróbował ją osłaniać, mimo że nosiła więcej jadeitu niż on. Nie była pewna, czy powinna mu za to dziękować, czy raczej go skarcić.
- Shae-jen, postąpiłaś właściwie, próbując zawrzeć kompromis - rzekł cicho cień prognostyczki. - To Fuyin doprowadził do wybuchu przemocy, zapewne w zamian za sporą zapłatę.
- To była pułapka typowa dla Ayt Mady - zgodziła się z przygnębieniem w głosie. - Gdyby klan Bez Szczytów ustąpił przed żądaniami latarników, czekałaby nas finansowa ruina. A gdybyśmy pozwolili im bez przeszkód opuszczać klan, nasz upadek nastąpiłby jeszcze szybciej. - Uniosła głowę. Po śmierci Fuyina i ujawnieniu jego zdrady otworzyły się przed nimi inne opcje. - Nadal możemy skorzystać na tej awanturze, jeśli będziemy działać szybko i dopilnujemy, by majątek Fuyina pozostał własnością klanu.
Jej szef sztabu skinął głową.
- Na szczęście filar nie zgodził się na pojedynek - stwierdził. Zwycięzca pojedynku czystej klingi mógł sobie wziąć jadeit pokonanego, ale nie miał prawa tknąć jego rodziny ani majątku. - Możemy opłacić spadkobierców Fuyina i sprzedać fragmenty jego firmy za obniżoną cenę innym naszym latarnikom zajmującym się handlem detalicznym. To z pewnością ich udobrucha. W tym tygodniu skontaktuję się z najważniejszymi z nich i porozmawiam z nimi osobiście.
To upewni ich, że propozycja jest autentyczna i pochodzi prosto z Biura Prognostyka. Zdrajca nie żyje, a wszystko, co stworzyli on i jego rodzina, przypadnie tym, którzy dochowali wierności.
- Dziękuję, Papi-jen. - Shae położyła dłoń na jego dłoni. - Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
Mięśnie jej ramion rozluźniły się nieco, choć nadal czuła ucisk w klatce piersiowej, wywołany ostrymi słowami Hila. Ataki ze strony brata nie były dla niej nowością, ale kiedy poprzednio było między nimi aż tak źle, mogła uciec na dwa lata za granicę. Teraz musiała współpracować z Hilem w kierowaniu klanem, a jednocześnie tolerować to, że jej unika i ciągle ma o coś do niej pretensję. Nie mogła nawet twierdzić, że na to nie zasłużyła. Ukrywała tajemnice przed filarem, sprzeciwiła się jego woli, rozkazała Andenowi i Wen zrealizować plan zamachu, co omal nie doprowadziło do ich śmierci.
Hilo miał rację również w innej sprawie. Nie miała pojęcia, dlaczego Ayt wygrywa, i nie wiedziała, jak ją powstrzymać.
Personel restauracji zamknął dostęp do ich sali. Tar i Iyn wynieśli ciało Fuyina drzwiami na zaplecze, żeby nie niepokoić pozostałych gości, a pan Une zjawił się tu w towarzystwie Juena, by poddać oględzinom uszkodzenia ścian i opraw oświetleniowych. Klan będzie musiał mu je zrekompensować. Kelnerzy pośpiesznie zabrali splamiony krwią obrus i sprzątnęli porozrzucane jedzenie.
- Powinniśmy wracać do biura. - Shae wstała z wysiłkiem. - Hami pewnie już na nas czeka.
***
Hami Tumashon bardzo się zmienił od czasu ich ostatniego spotkania. Po trzech i pół roku pobytu za granicą przybrał na wadze, przyswoił też sobie pewne espeńskie zwyczaje. Zjawił się w Biurze Prognostyka w koszulce sportowej pod marynarką i popijał kawę z gałką muszkatołową z przesadnie wielkiego kubka termicznego. Shae zauważyła też natychmiast, że nie włożył z powrotem jadeitu. Pod nieobecność swej silnej aury przypominał wersję samego siebie ze świata równoległego.
Przed laty Shae również zdjęła jadeit, potem znowu go włożyła, a następnie straciła znaczną jego część w gwałtownym starciu. Zadała sobie pytanie, czy przy każdym z tych traumatycznych zwrotów w jej życiu rzeczywiście nie doszło do rozszczepienia rzeczywistości. Być może w jakimś alternatywnym świecie inna Shae podążyła odmienną drogą, a kobieta, którą była ona, wydawałaby się mieszkańcom owego świata niepokojąco obcym zamiennikiem.
Kiedy oboje z Woonem byli w Podwójnym Szczęściu, do głównej sali konferencyjnej biura dostarczono obiad, by wszyscy pracownicy mogli uczcić triumfalny powrót Hamiego do Janloonu. Były pierwszy szczęściodawca rozbudował filię klanu w Port Massy. Zatrudniał teraz dwudziestu pracowników i niedawno przeniósł jej siedzibę do większego biura w śródmieściu. Zyski z interesów prowadzonych w Espenii wzrosły do imponujących ośmiu procent dochodów klanu, pomijając nawet wzrost miejscowych biznesów, które skorzystały na ułatwieniach importowo-eksportowych wprowadzonych przez klan. Było gorzką ironią, że zlikwidowali dzisiaj człowieka, który ucierpiał z powodu jedynego uśmiechu losu, jaki spotkał ostatnio klan Bez Szczytów.
- Terun Bin pracuje jak wół, a umysł ma bystry niczym górski potok. Poradzi sobie w Espenii - oznajmił Hami i usiadł obok Shae w części wypoczynkowej jej gabinetu.
Terun Bin miał być następcą Hamiego. Choć miał dopiero dwadzieścia osiem lat, już zdołał osiągnąć pozycję szanowanego szczęściodawcy wysokiej rangi. Niestety miał bardzo niewiele talentu do jadeitu, być może dlatego, że był w jednej czwartej Abukei, choć na to nie wyglądał i tylko niewiele osób o tym wiedziało. Nie uczył się w akademii sztuk walki, lecz w akademickim liceum, a jedyny jadeit, jaki nosił, zdobył dzięki prywatnemu szkoleniu. Za radą Woona Shae awansowała Teruna i wysłała go do Port Massy, gdzie fakt, że nie posiadał zieleni, nie będzie szkodził jego reputacji. Hami poświęcił ostatnie dwa miesiące na przygotowywanie go do przejęcia po nim kierownictwa.
- Osiągnąłeś nawet więcej, niż się spodziewałam - oznajmiła. - Terunowi trudno będzie wejść w twoje buty.
Skinęła na sekretarkę, nakazując jej przynieść herbatę. Nerwy nadal miała zszargane i cieszyła się, że bez jadeitu Hami nie zdoła Postrzec rozdygotania jej aury. Woon zapewne je wyczuwał, ale z pewnością nic nie zdradzi.
Jedynym, co się w Hamim nie zmieniło, była jego szczerość.
- Problem, przed jakim stoimy w Espenii, polega na tym, że jadeit nadal jest w tym kraju nielegalny. Terun tego nie zmieni, mimo że jest inteligentny i pracowity. A dopóki ta sytuacja się utrzymuje, wszystko, co zdołaliśmy tam zbudować, jest zagrożone. Gdybyśmy mieli to stracić, na dłuższą metę mogłoby to doprowadzić do zniszczenia całego klanu.
Woon siedział między nimi, na fotelu po prawej stronie Shae.
- Staramy się, by naszych interesów w Espenii nie można było połączyć ze związaną z jadeitem działalnością części klanu należącej do rogu - oznajmił. - Postaraliśmy się, by nie było żadnych prawnych związków.
- Tak, ale to wymaga sporego wysiłku i dodatkowych wydatków - zauważył Hami. - W ciągu tych lat nie raz próbowałem ściągnąć do Port Massy szczęściodawców z Janloonu, ale niektórzy odrzucili tę szansę, bo oni albo członkowie ich rodzin byli zielonymi kośćmi i nie chcieli zdjąć jadeitu, żeby przenieść się do Espenii. Problem nie ogranicza się przy tym do Biura Prognostyka. Wiele płacących nam daninę kekońskich firm chciałoby poszerzyć swoją działalność, ale ich pracownikom trudno jest latać do Espenii, ponieważ każda zielona kość musi starać się o wizę i rejestrować swój jadeit za każdym razem, gdy przybywa do tego kraju bądź go opuszcza, a nawet po tym wszystkim mogą tam spędzić tylko dwadzieścia dni rocznie.
Shae westchnęła. Wiedziała, że to trudny problem.
- Wciąż wynajmujemy nowych prawników, żeby znaleźli coś, co pozwoli nam zmienić tę sytuację.
- Ilu sponsorowanych przez klan studentów, których wysłaliśmy do Espenii, jest zielonymi kośćmi? Podejrzewam, że niezbyt wielu. Jaka rodzina chciałaby powierzyć na osiem lat syna albo córkę Akademii Kaul Dushurona, żeby opanowali jadeitowe dyscypliny, a potem wysłać ich do kraju, gdzie noszenie jadeitu jest przestępstwem? A przecież to zielone kości szczególnie chcielibyśmy sponsorować. To one są najbardziej lojalne wobec klanu. To one wrócą tu i wykorzystają zdobyte za granicą wykształcenie dla dobra klanu Bez Szczytów. - Wypuścił głośno powietrze. - Bezsensowne i oparte na ignorancji espeńskie prawo znacznie zwiększa dla nas koszty prowadzenia interesów w tym kraju.
Shae oplotła dłońmi filiżankę ciepłej herbaty, którą sekretarka postawiła na stoliku przed nią. Czuła się zniechęcona słowami Hamiego, choć nic z tego, co mówił, nie było dla niej zaskoczeniem. Ale były pierwszy szczęściodawca jeszcze nie skończył.
- A może się zrobić jeszcze gorzej, Kaul-jen - oznajmił, siorbiąc kawę. - Krążą pogłoski, że prawo może się znowu zmienić i wprowadzi się surowe kary dla espeńskich firm prowadzących interesy z podmiotami, które rząd ich kraju uzna za "organizacje przestępcze". Ponieważ posiadanie jadeitu przez cywilów jest w Espenii nielegalne, mogą ogłosić, że klan Bez Szczytów jest taką organizacją. W ten sposób mogą nie tylko uniemożliwić innym firmom handlowanie z nami, lecz w najgorszym scenariuszu nawet całkowicie zakazać nam działalności w Espenii.
Woon odchylił z niedowierzaniem głowę do tyłu.
- Rząd Espenii kupuje od Kekonu jadeit do celów militarnych. Jeśli ogłoszą nas przestępcami z powodu czegoś, co jest elementem naszej kultury od tysiącleci, będą musieli uznać własny rząd za nielegalny!
Hami rozpostarł ręce.
- To Espeńczycy - wyjaśnił. - Robią, co tylko zechcą. Czemu hipokryzja miałaby im przeszkadzać? Używają pieniędzy i sprytnie sformułowanych praw w taki sam sposób, jak my jadeitowych dyscyplin. To dla nich rodzaj sztuki walki. Kiedy byłem w Espenii, słyszałem opowieść o właścicielu ziemskim sprzed kilku stuleci, który zabronił czerpania wody z jakiejś rzeki, by móc powiesić całą starszyznę pewnego miasteczka. Być może to tylko legenda, ale jestem skłonny w to uwierzyć.
Rozległo się pukanie do drzwi. Sekretarka Woona uchyliła je i wsunęła głowę do środka.
- Wybaczcie, że wam przerywam, ale dzwoni twoja żona, Woon-jen. Powiedziałam jej, że jesteś na zebraniu z prognostyczką, ale uparła się, że muszę cię znaleźć.
Woon skrzywił się z zażenowania i nietypowej dla niego irytacji.
- Powiedz jej, że zadzwonię później, chyba że to coś bardzo pilnego.
Sekretarka wycofała się, wyraźnie niezadowolona, i zamknęła drzwi.
- Przepraszam - rzekł do Shae i Hamiego.
- Nie ma za co. - Shae zerknęła z troską na swego zastępcę.
Chwilowa nerwowość zniknęła już z jego twarzy i mogłoby się wydawać, że wszystko jest w porządku, ale bardzo dobrze znała jego jadeitową aurę i Postrzegała cichy szum niepokoju, który nagle pojawił się w tle.
- I tak zaraz kończymy - oznajmiła i zwróciła się w stronę Hamiego. - Słusznie postąpiłeś, poruszając ten temat. Zgadzam się, że to długoterminowy problem i musimy stawić mu czoło, jest jednak zbyt skomplikowany, byśmy mogli poradzić sobie z nim w tej chwili. Czy uważasz, że masz wszystko, czego potrzebujesz, by urządzić się z powrotem w Janloonie i objąć nową pozycję, Hami-jen? - Z przyzwyczajenia zwróciła się do niego honorowym tytułem przysługującym zielonym kościom, mimo że nie nosił jadeitu. - Decyzja, czy znowu włożysz jadeit, należy oczywiście do ciebie - poprawiła się pośpiesznie, uświadamiając sobie swój błąd.
Lepiej niż ktokolwiek inny zdawała sobie sprawę, że to decyzja o osobistym charakterze, która może się okazać trudniejsza, niżby się zdawało.
Hami wydął wargi.
- Myślę, że to zrobię, ale nie natychmiast. Potrzebuję trochę czasu na załatwienie spraw rodzinnych i ponowne wdrożenie się w rutynę pracy, nim będę gotowy znowu nosić jadeit. - Rodzina Hamiego przeniosła się do nowego domu, a jego najstarszy syn miał wkrótce rozpocząć naukę w Akademii Kaul Dushurona. - Zapewne też nadal będę regularnie latał do Port Massy, żeby zapobiec prawnym trudnościom, o których rozmawialiśmy, więc z praktycznego punktu widzenia im mniej zielony będę, tym lepiej.
Od dziś Hami miał zostać klanowym zaklinaczem deszczu. To było nowe, niezbędne stanowisko stworzone przez Shae. Jej dawni koledzy ze Szkoły Biznesu Belforte'a mogliby użyć nazwy dyrektor do spraw inwestycji zagranicznych. Hami i kilku jego podwładnych będą odpowiedzialni za komunikację i koordynację działań między Biurem Prognostyka w Janloonie a filią klanu w Port Massy. Zajmą się też poszukiwaniem nowych szans biznesowych za granicą, co w tej chwili wydawało się ważniejsze niż kiedykolwiek dotąd.
- Miałaś rację, Kaul-jen - przyznał Hami. - Daleko od domu człowiek uczy się obywać bez jadeitu i po powrocie czuje się dziwnie. Pod pewnymi względami łatwiej jest nie być zielonym. Gdy włożę jadeit, będę musiał znowu stać się osobą pewnego rodzaju. - Żachnął się i wskazał pełnym ironii gestem na uwydatniający się brzuch. - Będę potrzebował wielu miesięcy, by wrócić do dawnej formy. I odzyskać jadeitowe umiejętności po tak długim czasie.
- Tak czy inaczej, jesteś dla klanu bezcenny, Hami-jen - odparła Shae, tym razem celowo używając honorowego tytułu. - Cieszę się z twojego powrotu.
- Potrzebujesz ode mnie czegoś jeszcze, Shae-jen? - zapytał Woon po wyjściu Hamiego. - Jeśli nie, zajmę się sprawą majątku Fuyina, o której rozmawialiśmy.
- Nie zapomnij najpierw zadzwonić do żony - powiedziała mu Shae, kiedy wstał, ale ten żartobliwy komentarz nie wywołał nawet lekkiego uśmieszku. - Papi-jen... czy wszystko w porządku? - zapytała. - W ostatnim tygodniu nie byłeś sobą.
Nie zamierzała poruszać tego tematu, ale jej cień sprawiał wrażenie zmęczonego, a na jego zwykle starannie wygolonej żuchwie pojawił się lekki zarost.
Woon skrzywił się i z zawstydzeniem potarł policzek. Jego aurę wypełnił impuls przygnębienia.
- Wybacz, Shae-jen. Zdaję sobie sprawę, że ostatnio nieco zaniedbywałem obowiązki. Postaram się wykonywać je lepiej.
- Nie chciałam cię krytykować - zapewniła Shae. - Nie zauważyła, by Woon ostatnio spisywał się gorzej, a współpracowała z nim na co dzień już od ponad sześciu lat. - Pytałam jako przyjaciółka. Jeśli nie chcesz tym rozmawiać, to nie ma sprawy.
Nagle zaniepokoiła się, że nie sformułowała tego dobrze - jakby jego problemy jej nie obchodziły albo obchodziły ją w niewystarczającym stopniu. Zabrzmiało to, jakby się broniła albo próbowała go przeprosić.
Woon się zawahał.
- Kiya znowu poroniła - powiedział cicho. Odwrócił wzrok, jakby wstydził się przyznać do tak osobistego nieszczęścia. - Zniosła to bardzo ciężko. I ja też.
Shae nie wiedziała, co na to odpowiedzieć.
- Przepraszam. Mogę ci jakoś pomóc? Potrzebujesz urlopu?
Szef jej sztabu pokręcił głową.
- Przeszliśmy przez to już wcześniej i wiem, że nic, co powiem albo zrobię, nie poprawi jej samopoczucia. W pracy mogę być użyteczny dla ciebie i dla klanu. Ale Kiya dzwoni do mnie kilka razy dziennie. Czasami się na mnie gniewa. Nie rozumie, że...
Przerwał nagle.
Shae mocno ścisnęła pustą filiżankę i odstawiła ją pośpiesznie, by nie pękła w jej dłoniach. Woon zapracowywał się dla niej nieustannie. Polegała na nim bardziej niż na kimkolwiek innym. Nie chodziło tylko o to, że pomagał przekonać do jej pomysłów biznesową stronę klanu. Był też dla niej doradcą, a przy tym nieustannie rzucał jej wyzwania. Wiedziała też jednak, że jego żonie z pewnością nie jest łatwo. Rzadko spędzał z nią czas i nie poświęcał jej tyle uwagi, na ile zasługiwała, a w dodatku nieustannie był blisko innej kobiety - nawet jeśli była ona prognostyczką klanu.
Shae pragnęła powiedzieć coś szczerego, co dodałoby mu odwagi, ale pytanie o Kiyę byłoby krępujące. Podejrzewała, że żona Woona jej nie lubi. Wyciągnęła rękę i uścisnęła ramię przyjaciela. Miała nadzieję, że potraktuje to jako gest zrozumienia.
Mięśnie jego ramienia naprężyły się pod jej dotykiem. Osunął się z powrotem na fotel, z którego przed chwilą wstał, wsparł łokcie na kolanach i przez chwilę wpatrywał się w podłogę, nim wreszcie spojrzał jej w oczy. Kiedy się martwił albo głęboko zamyślał, po prawej stronie jego czoła pojawiał się niewielki dołeczek. Shae często kusiło, by dotknąć go i wygładzić kciukiem.
- Shae-jen... ta praca... nie sprzyja życiu rodzinnemu... Prognostyk zawsze myśli o klanie, a jego cień musi przede wszystkim mu służyć. - Przez jego silną jadeitową aurę przebiegły lekkie zmarszczki przygnębienia. - Nie chciałem mówić ci o tym w taki sposób, ale jeśli będę zwlekał, to wcale nie stanie się łatwiejsze. Myślę, że pora już, bym pomyślał o przeniesieniu się na inne stanowisko.
Zmusiła się do skinienia głową.
- Oczywiście, potrafię to zrozumieć. - Jej słowa nie zabrzmiały przekonująco. Nie potrafiła udawać, że cieszy się z tej perspektywy. - Wybacz, że nie uświadomiłam sobie, iż potrzebujesz zmiany. Prosiłeś o nią kilka lat temu, ale w rezultacie zostałeś tutaj dłużej, niż miałam prawo tego oczekiwać.
Jego twarz się zaczerwieniła.
- Sytuacja była wtedy... inna. I nie chodzi o to, że chcę odejść. Zastanawiałem się nad tym, co będzie lepsze dla mojego małżeństwa. Gdybym myślał tylko o sobie, nigdy nie przyszłoby mi to do głowy.
Uśmiechnęła się, choć kosztowało ją to sporo wysiłku.
- Zastanowimy się nad tym, jakie zajęcie byłoby dla ciebie najbardziej odpowiednie. Cokolwiek zdecydujesz, udzielę ci poparcia. Mam tylko nadzieję, że okażesz jeszcze trochę cierpliwości, nim znajdziemy kogoś, kto będzie mógł cię zastąpić na stanowisku cienia prognostyczki.
- Z pewnością nie odejdę wcześniej. - Woon odprężył się wyraźnie po szybkiej zgodzie Shae, choć w jego oczach nadal można było dostrzec zakłopotanie. - Dziękuję, że okazałaś mi zrozumienie, Shae-jen.
Wstał i zatrzymał się na chwilę, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze. Wreszcie uśmiechnął się blado i opuścił jej gabinet. Słuchała dźwięków dobiegających z sąsiednich sal oraz boksów i zadawała sobie pytanie, jak to możliwe, że choć otaczają ją setki ludzi, czuje się samotna.
ROZDZIAŁ 4
FILAROWY ZA GRANICĄ
Maik Tar lubił mieć jakieś zajęcie, nawet jeśli oznaczało to, że musi wyruszyć na drugi koniec świata i znaleźć się na łódce w Zatoce Whittinga w samym środku espeńskiej zimy. Konkretne zadania - zdobycie fałszywego paszportu, załatwienie formalności, porozmawianie z odpowiednimi ludźmi, planowanie, załatwienie łódki i sprzętu - powstrzymywały go przed nadużywaniem alkoholu i uleganiem koszmarnym nastrojom. Wreszcie, gdy wszystko było już gotowe, nadchodziły oczekiwanie, adrenalina i intensywny impuls gwałtownej satysfakcji. Hilo-jen ufał mu bardziej niż komukolwiek innemu. Zadanie, które mu zlecił, było trudne i wymagało brutalności, a nikt inny nie mógłby być tak wytrwały, skuteczny i dyskretny jak on. Ta świadomość była dla Tara pocieszeniem nawet w najtrudniejszych momentach.
Powiedziano mu, że w ruchliwych letnich miesiącach łodzie wycieczkowe i prywatne stateczki wypełniają cały port i ciągle pływają w górę i w dół Camres, ale późnym wieczorem i po sezonie nie powinni spotkać na rzece żadnych innych jednostek. Przytupywał i dmuchał w złożone dłonie, przeklinając absurdalne zimno. Niewyraźny zarys nabrzeża znikał już za nimi.
- Jesteśmy wystarczająco daleko! - zawołał do siedzącego w kabinie Sammy'ego, gdy brzeg niemal zniknął mu z oczu. - Wyłącz silnik.
Łódź kołysała się lekko w ciemności. Tar zszedł pod pokład, pochylając głowę i trzymając się poręczy. Pod sufitem kabiny paliły się dwie pomarańczowe żarówki, a podłogę pokrywały płachty z materiału i czarnego plastiku. Pośrodku siedział mężczyzna przywiązany do czarnego aluminiowego leżaka. Gdy Tar po raz pierwszy zobaczył Willuma "Chudziaka" Reamsa, był on ubrany w ciemnoszary garnitur, na głowie miał filcowy kapelusz i siedział u boku szefa Kromnera w Rezydencji Thoricka. Teraz był nagi do pasa, delikatne ciemne włoski na piersi sterczały mu od gęsiej skórki, twarz miał posiniaczoną po brutalnym transporcie i kneblu, który teraz zdjęto. Ściągnięto mu też buty i skarpetki, a palce bosych stóp podkuliły się z zimna.
- Jak leci? - zapytał Tar.
Kuno klęczał przy wielkiej metalowej wannie, mieszając beton małą łopatą. Przykucnął i otarł czoło urękawicznioną dłonią.
- Przy takim zimnie będzie dłużej schło - poskarżył się.
- W szafce jest grzejnik. Możemy go włączyć.
Tar wyjął urządzenie i podłączył do prądu. Wszystko poszłoby szybciej, gdyby miał więcej ludzi do pomocy, ale zabrał ze sobą tylko Sammy'ego i Kuna. Im mniej świadków, tym lepiej. Nie znał tych keko-espeńskich zielonych kości i nie ufał im tak jak własnym ludziom. Wolałby, żeby byli z nim Doun albo Tyin, ale wystarczająco wiele kłopotów przysporzyło im stworzenie jednej fałszywej tożsamości. Co więcej, Kaul Hilo pragnął zminimalizować ryzyko i zachować dobre stosunki z Dauk Losunyinem, miejscowym filarem. Dlatego nie chciał wywoływać wrażenia, że klan Bez Szczytów próbuje rozciągnąć swą władzę na Port Massy.
Reams rozejrzał się po pomieszczeniu z zimnym gniewem i całkowitym brakiem zaskoczenia.
- Skurwysyńskie keczki.
Tar stanął przed paczkowcem i spojrzał na niego z góry.
- Wiesz, dlaczego się tu znalazłeś? - zapytał po espeńsku.
Nie władał tym językiem zbyt dobrze, ale to nie była jego pierwsza wizyta w tym kraju. Był tu z filarem, ponad trzy lata temu, a potem wracał jeszcze kilka razy, by szkolić miejscowe zielone kości albo załatwiać interesy dla klanu Bez Szczytów, i opanował espeński w wystarczającym stopniu, by sobie poradzić. Nie musiał mówić zbyt wiele.
Chudziak Reams otworzył dłonie, przywiązane w nadgarstkach do poręczy leżaka.
- Sam utopiłem sporo ludzi w rzece - przyznał ponurym tonem. - Bóg wie, że nie brakuje takich, którzy twierdzili, że też zasługuję na taki los. - Popatrzył na Tara z niesmakiem. - Ale nie spodziewałem się, że to będą keczki. Jesteście źli z powodu Rohn Tora, ale nie zdołalibyście zrobić tego sami.
- Rohn Toro jest jednym z powodów, to prawda - zgodził się Tar.
Sammy i Kuno byli przyjaciółmi i protegowanymi Rohna w środowisku keko-espeńskich zielonych kości i od lat byli świadkami brutalnego nękania Kekończyków z Południowej Pułapki przez paczki. To oni pierwsi zjawili się na miejscu, gdy zamordowano Rohna. Dlatego byli teraz tutaj, by wymierzyć sprawiedliwość za zgodą Dauk Losuna. Reams miał jednak rację. Jako nowy szef paczki z Południowego Brzegu był zbyt ostrożny i za dobrze strzeżony, by ktokolwiek, nawet zielone kości, mógł go porwać bez pomocy z wewnątrz.
- Wszystkie spenki są takie same - skwitował Tar. - Nikt nie może im ufać, nawet swoi.
Kuno przerwał mieszanie betonu, odwrócił się i wskazał więźnia końcem łopaty.
- Inni szefowie nie będą się smucić, kiedy znikniesz, Chudziak - rzekł w płynnym espeńskim. - Mały Jo Gasson i Slatterowie domyślają się, że to ty pomogłeś wsadzić Kromnera do pudła, a po tym, jak sprowadziłeś na wszystkich policję z powodu zamordowania Rohna i próby zabójstwa dwóch kekońskich obywateli, pozbędą się ciebie z wielką radością i zawrą pokój z nami.
- Krótkowzroczne pojeby. Zwrócili się przeciwko paczkowemu bratu, kiedy to bezbożnych keczków i ich trujące kamienie powinno się zetrzeć z powierzchni ziemi. - Splunął na podłogę. Palce jego nóg zrobiły się białe z zimna. - No to bierzcie się do roboty.
Tar potrząsnął głową.
- Zabiłeś Rohn Tora. Narobiłeś sobie wrogów wśród pobratymców. Ale na tym nie koniec. Nie dlatego tu jestem. - Zdjął płaszcz i odłożył go na bok. Robiło się coraz cieplej. Podwinął rękawy i wyjął karambit z pochwy wiszącej u pasa. - Omal nie zamordowałeś mojej siostry. Teraz ma trudności z chodzeniem i mówieniem. Nie masz pojęcia, kim jest, ani kim ja jestem, prawda? Nieważne. Wystarczy, że wiesz, że dla klanu Bez Szczytów to sprawa osobista.
Chudziak Reams był paczkowcem przez całe dorosłe życie i wszyscy w półświatku Port Massy uważali go wyjątkowego twardziela. Tar jednak Postrzegł jego zwierzęcy strach, gdy Reams przesunął spojrzenie z zakrzywionego noża na naznaczoną szaleństwem twarz zielonej kości.
- Kuno, idź na pokład, do Sammy'ego - rozkazał Tar, przechodząc na kekoński. - Wezwę was, kiedy będę was potrzebował.
Młodszy mężczyzna się zawahał.
- Maik-jen - odezwał się niepewnie, oblizując suche wargi. - Dauk Losun powiedział, że powinniśmy być szybcy i ostrożni. Rohn-jen zawsze...
Tar odwrócił gwałtownie głowę. Szalony blask w jego rozszerzonych źrenicach i nóż, który trzymał w dłoni, powstrzymały Kuna przed dalszymi sprzeciwami. Keko-Espeńczyk odłożył łopatę, zdjął robocze rękawice i nakrył metalową wannę wilgotną płachtą, żeby beton nie zaschnął. Potem szybko wyszedł na pokład, tylko raz rzucając za siebie zalęknione spojrzenie.
Tar zwrócił się ku przywiązanemu do leżaka mężczyźnie, który nie był już dla niego Willumem Reamsem. Nie był nikim, tylko kolejnym wrogiem klanu, jedną z wężowych głów wielogłowej bestii. Klan miał bardzo wielu wrogów i w umyśle Tara wszyscy oni byli jednym. Łączyła ich jedna straszliwa cecha i w pewnym sensie wszyscy byli tacy sami. Nie powinni być w stanie ranić i zabijać potężnych zielonych kości. Ludzi, którzy byli lepsi od nich, takich jak Maik Kehn. Ale czasami ich zabijali. To oni byli odpowiedzialni za pustkę, która podążała wszędzie za Tarem, odkąd sobie uświadomił, że już nigdy nie zobaczy brata ani z nim nie porozmawia. Kiedy mężczyzna na leżaku zaczął wrzeszczeć, Tar miał wrażenie, że słyszy własne krzyki, wyrażające jego własne uczucia.
ROZDZIAŁ 5
TRZYMANIE FASONU
Szósty rok, czwarty miesiąc
Podczas Tygodnia Noworocznego harmonogram zajęć rodziny Kaulów wypełniały liczne świąteczne zobowiązania. Pierwsze miejsce na ich liście zajmował bankiet dla najważniejszych członków klanu Bez Szczytów. Zjawi się całe jego przywództwo, razem z najważniejszymi pięściami i szczęściodawcami, prominentnymi latarnikami, a także powiązanymi z klanem przedstawicielami rządu i osobami publicznymi. Wen już od kilku tygodni była zajęta tworzeniem listy gości oraz załatwianiem jedzenia, muzyki, dekoracji i ochrony. Hilo musiał zlecić część zadań pracownikom personelu domowego, a także wynająć kilka dodatkowych osób, żeby się nie przeciążała, ale i tak upierała się, że musi wszystko nadzorować osobiście. Obawiała się, że coś może pójść źle, a klan nie mógł sobie w tej chwili pozwolić na okazywanie słabości.
Wieczorem w dzień przyjęcia przyszła jej szwagierka Lina, by pomóc jej się ubrać, upiąć włosy i zrobić makijaż. Po śmierci Kehna Lina wyprowadziła się z domu rogu, ustępując miejsca Juen Nu, i opuściła rezydencję Kaulów, by zamieszkać ze swą liczną rodziną. Mimo to pozostały z Wen bliskimi przyjaciółkami.
- Wyglądasz pięknie w szczęśliwej zieleni - oznajmiła radośnie, zapinając guziki na plecach Wen.
Być może zauważyła napięcie mięśni jej ramion i szyi oraz mocno zaciśnięte usta. Dziedziniec wypełniał się gośćmi i dobiegały stamtąd coraz głośniejsze hałasy. Z okna na piętrze widziała drogie samochody zatrzymujące się na rondzie jeden po drugim. Wysiadali z nich mężczyźni w garniturach i kobiety w wieczorowych sukniach.
Do pokoju wszedł Hilo. Był ubrany w smoking.
- Jesteś pewna, że chcesz zejść na dół? - zapytał. W ciągu kilku ostatnich tygodni mieli mnóstwo pracy i rzadko ze sobą rozmawiali. Kiedy wracał do domu, często już spała. Nieraz kładł się do łóżka, nie dotykając jej, a kiedy się budziła, już go nie było. Teraz jednak przyjrzał się jej uważnie, chyba po raz pierwszy od kilku miesięcy, i jego mina złagodniała.
- Nie musisz tego robić. Wszystko będzie w porządku.
Uśmiechnęła się blado.
- Wiesz, że... nie jest w porządku.
Często trudno jej było wyrazić słowami uwięzione w głowie myśli, sprawić, by wychodziły z jej ust gładko i poprawnie, potrafiła jednak słuchać wiadomości oraz rozmów toczonych w klanie. Zdrada i publiczna egzekucja latarnika będącego zieloną kością, a także niedawny atak na kasyno Poczwórna Wygrana wywołały obawy, że podczas świąt może dojść do kolejnych incydentów sprokurowanych przez antyklanowych ekstremistów. Oba te wydarzenia mogły świadczyć o tym, że klan Bez Szczytów został zepchnięty do defensywy i musi rozpaczliwie bronić swych pozycji. To nie był korzystny obraz w czasach, gdy narastały obawy, że Kekon może się stać miejscem kolejnej konfrontacji w globalnym konflikcie między Espenią a Ygutanem. Tymczasem klan Góra miał mnóstwo pieniędzy i jego członkowie byli usatysfakcjonowani, bo Ayt Mada mianowała swym następcą nastoletniego bratanka. Ich wrogowie nie szczędzili wydatków na noworoczne uroczystości.
Podeszła do męża, a on ujął ją pod ramię. Złapała go mocno, żeby nie stracić równowagi. Nie mogła nosić wysokich obcasów, a bez nich czuła się niższa niż zwykle w porównaniu z Hilem.
- Nie pozwól, żebym się p... przewróciła - poprosiła.
Dzisiejszego wieczoru najważniejsze było trzymanie fasonu. Rodzina Kaulów musiała zademonstrować, że jest silna i zjednoczona. Jako żona filaru powinna dziś grać rolę gospodyni. Gdyby się nie zjawiła, uznano by to za dowód choroby. Hilo milczał, schodząc z nią cierpliwie po schodach. Ustawił ją tak, by jej silniejsza lewa strona była blisko poręczy, co pozwalało jej schodzić najpierw słabszą nogą, stopień po stopniu.
- Dzisiaj jest... rocznica naszego ślubu. Pamiętasz? - zapytała, wypowiadając słowa bardzo powoli, żeby zabrzmiały wyraźnie.
Wzięli ślub w wigilię Nowego Roku, dzień przed tym, w którym Hilo miał stawić czoło śmierci konsekwencji, by ocalić klan.
- Jasne - zapewnił.
W jego głosie nie słyszało się złości, ale Wen przygryzła wargę, słysząc obojętną zwięzłość tej odpowiedzi. Chwile, gdy okazywał jej prawdziwe okrucieństwo, zdarzały się rzadko i mijały szybko - zimne spojrzenie, ostra odpowiedź, nagły rozbłysk gniewu lub urazy na każde przypomnienie faktu, że okazała mu nieposłuszeństwo i omal jej nie zabito z tego powodu. Każdy taki incydent ranił jej duszę, ale znacznie gorszy był dystans między nimi, jaki celowo utrzymywał. Przez bardzo długi czas żyła w blasku bezkompromisowej miłości Hila i jej nagły brak był dla niej martwą, ciągnącą się bez końca zimą.
Wen zawsze się spodziewała, że coś takiego prędzej czy później się wydarzy. Że Hilo się zorientuje, jak głęboko i przez jak długi czas angażowała się w sprawy klanu za jego plecami i bez jego wiedzy, wykorzystując fakt, że jest kamiennooką, do przewożenia jadeitu i narażając własne życie. Nie wątpiła, że się rozgniewa, ale wierzyła, że jeśli z nim porozmawia, zdoła mu wszystko wytłumaczyć, jak zawsze dotąd. Była pewna, że z czasem Hilo to zrozumie.
Ale nie otrzymała takiej szansy. Kiedy najbardziej potrzebowała się z nim porozumieć, ledwie była w stanie cokolwiek powiedzieć. Granicą jej możliwości było wykrztuszenie kilku zrozumiałych słów. A gdyby Hilo mógł się na nią wściekać, spuścić ze smyczy ból i poczucie zdrady, być może jego gniew wypaliłby się z czasem. Nie pozwalał mu jednak na to szok wywołany faktem, że ledwie uniknęła śmierci, a także fakt, że potrzebowała opieki.
Wen zatrzymała się u podstawy schodów, by głęboko odetchnąć i się przygotować. Hilo położył rękę na jej krzyżu i przez moment opierała się na niej. Potem wyszli razem na dziedziniec, by spotkać się z klanem.
Przywitała ich fala splecionych dłoni unoszonych do czół.
- Kaul-jen! - wołali goście. - Nasza krew dla filaru!
Wen przełknęła ślinę i przywitała uśmiechem morze twarzy. Ważni ludzie ze wszystkich części klanu widzieli ją u boku Hila po raz pierwszy od ponad półtora roku. Zaczęła silniej ściskać ramię męża, ale powstrzymała się, nie chcąc wywołać wrażenia, że nie może utrzymać równowagi.
Hilo uniósł wolną rękę w geście pozdrowienia i zawołał do tłumu podniesionym głosem:
- Bracia i siostry, jako filar rozkazuję wam, żebyście wszystko zjedli i wypili wszystkie beczułki hoji!
Rozległy się śmiechy, po czym ktoś, zapewne jeden z pięści, który zdążył już wypić za dużo, zawołał radośnie:
- Jestem gotowy oddać życie za klan!
Wen zauważyła Shae. Miała na sobie czarną suknię - konwencjonalną, ale było jej w niej do twarzy. Usłyszawszy krzyk pięści, wzniosła oczy ku niebu i pociągnęła łyk wina.
W innej sytuacji dokonaliby obchodu całego pięknie ozdobionego dziedzińca, witając członków klanu i przyjmując od nich honory, dzisiaj jednak Hilo poprowadził żonę ku głównemu stołowi i pomógł jej usiąść na przeznaczonym dla niej krześle. Zajął miejsce obok niej i goście podchodzili do niego grupkami, by z nim porozmawiać. Sprawiał wrażenie, że jest w dobrym nastroju. Słuchał wszystkich uważnie i uśmiechał się swobodnie w typowy dla niego sposób.
Wen odwzajemniała dobre życzenia, kiwała głową i uśmiechała się, ale mówiła niewiele. Gdy otwierała usta, za każdym razem bała się, że popełni błąd. Kiedyś miała niemal absolutną pamięć do twarzy i nazwisk, co było bardzo użyteczne w każdej sytuacji wymagającej kontaktu z ludźmi. Teraz utraciła również tę umiejętność. "Jakoś to przetrzymasz" - powtarzała sobie.
Fala chłodów już minęła, ale nadal było nietypowo zimno jak na początek wiosny. Kobiety narzucały szale na gołe ramiona, a rozstawione w równych odstępach lampy gazowe dawały ciepło i migotliwy blask, w którym przedmioty rzucały cienie na czerwone baldachimy osłaniające stoły. Tuż przed podaniem kolacji zjawiły się dzieci, przyprowadzone przez babcię. Niko i Ru nosili garnitury z krawatami, a Jaya żółtą sukienkę i białe rajtuzy, które w jakiś sposób zdołała pobrudzić na kolanach. Wybiegła przed braci i usadowiła się na kolanach Wen.
- Jaya-se, siedź porządnie - skarciła ją matka, starając się jakoś unieruchomić swe najmłodsze dziecko. Odetchnęła z ulgą, gdy Lina zabrała dziewczynkę na ustawioną na trawniku huśtawkę, by pobawiła się na niej ze swym małym kuzynem Camem.
- Dobrze wyglądasz, pani Kaul - odezwała się żona Woona, siadając obok niej. Jej mąż pogrążył się w rozmowie z grupką starszych rangą szczęściodawców. - Modlę się, by bogowie obdarzyli cię w tym roku dobrym zdrowiem.
- Dziękuję... Kiya - odpowiedziała Wen, ciesząc się, że nie zapomniała imienia kobiety. Mówiła powoli, ale panowała nad głosem. - Życzę ci... tego samego.
Uśmiech na twarzy kobiety zachwiał się nieco, ale szybko przywróciła go na miejsce i wskazała głową Hila, który spacerował po dziedzińcu z Nikiem i Ru, z dumą pozwalając, by goście ich podziwiali, a Ru popisywał się swą gadatliwością. Dał obu chłopcom torebki z czekoladowymi monetami i zlecił im misję rozdania ich wszystkim maluchom.
- Masz piękne dzieci - odezwała się Kiya z tęsknym uśmiechem. - Z pewnością jesteś bardzo dumna z przyszłości klanu.
Wen zadała sobie pytane, jak wiele Woon Papi opowiada żonie o sytuacji w klanie i czy Kiya zdaje sobie sprawę, w jak trudnym położeniu finansowym się znaleźli.
- Przyszłość... klanu to... coś więcej - przypomniała Kii, wskazując głową zgromadzony tłum.
Każdy, kto zobaczyłby licznych, elegancko ubranych gości, obfitość jedzenia i hoji oraz blask jadeitu na setkach nadgarstków i szyj, pomyślałby, że klan Bez Szczytów jest niezwyciężony. Taki właśnie efekt chcieli wywołać. Wrażenia odnoszone przez ludzi można było kształtować - sprawić, że mały pokój wyda się duży, a wady budynku zamienić w jego zalety. Dzisiejszego wieczoru sprawiła, że klan Bez Szczytów stał się zbyt wielki i potężny, by mógł upaść. Rzeczywistość była jednak bardziej skomplikowana. Widziała w gazetach zdjęcia haseł wypisanych na szklanych drzwiach Poczwórnej Wygranej. Choć zdawała sobie sprawę, że nikt nie odważyłby się zaatakować tak licznego zgromadzenia zielonych kości, zwłaszcza w przeddzień święta, skierowała spojrzenie na strażników pilnujących ceglanych murów otaczających posiadłość oraz jej żelaznych bram. Nikt nie mógł być niczego pewny - ani oni, ani ich wrogowie.
Gdy kelnerzy zaczęli przynosić główne dania, Shae zajęła swoje miejsce przy stole, a Kiya wstała pośpiesznie.
- Powinniśmy iść na swoje miejsca. Lepiej zabiorę stąd męża - oznajmiła i pociągnęła stanowczo za rękaw Woon Papiego, żeby go odprowadzić.
Juen Nu i jego żona zajęli miejsca obok Hila. Tar, który niedawno wrócił z Espenii, przyszedł ze swoją kochanką Iyn Ro. Oboje wyraźnie mieli już w sobie po kilka kolejek hoji i obejmowali się, śmiejąc się głośno. Anden cicho usiadł obok Wen, odetchnął z ulgą i uśmiechnął się do niej półgębkiem.
- Cieszę się, że mam miejsce obok ciebie, siostro.
Ona również była zadowolona z sąsiedztwa Andena. Tylko on rozumiał, przez co przeszła owej straszliwej nocy w Port Massy. Wyznał jej, że jego również czasami budzą nocą koszmary, w których nie może oddychać. Zawdzięczała mu życie, ale on nadal pozostał zwyczajnym młodzieńcem, którego znała od wielu lat. Kiedy się zacinała albo mówiła niewyraźnie, nigdy nie spoglądał na nią z litością albo zniecierpliwieniem. Cały wysiłek, który musiała wkładać w rozmowę z innymi gośćmi, znikał bez śladu. Co dziwne, kiedy się uspokoiła, miała znacznie mniej trudności.
- Jak ci idzie na studiach medycznych?
- Trzeba bardzo dużo pracować - przyznał ze smutkiem. - Ale nie zamierzam się uskarżać.
- Słyszałam, że na pierwszym roku jest najtrudniej - spróbowała go pocieszyć.
Anden pokiwał głową.
- Jest strasznie dużo materiału i w dodatku trzeba się nauczyć myśleć o jadeitowych umiejętnościach w zupełnie inny sposób. Mam nadzieję, że na drugim roku będzie trochę łatwiej. - Zauważył, że Wen waha się, spoglądając na chochlę, i sam wypełnił jej miskę zupą z owoców morza. - Czasami zastanawiam się, czy warto się tak trudzić, ale jeśli mi się nie uda, nie znajdę żadnego innego użytecznego zajęcia.
- Anden - sprzeciwiła się stanowczo. - N... nie powinieneś tak mówić. Pomyśl, jak wiele dokonałeś, żyjąc bez... bez... jadeitu w obcym kraju. Przedtem wszyscy wokół powtarzali ci, że twoja wartość opiera się tylko na jadeitowych umiejętnościach. Choć oczy... oczywiście ważne jest to, jakim człowiekiem jesteś. Twoi kuzyni już o tym wiedzą i to się nie zmieni, nawet gdybyś jutro rzucił studia.
Tak mocno pragnęła wyrazić swą opinię, że ledwie zauważyła triumf, jakim było wypowiedzenie kilku zdań z rzędu z tylko nielicznymi drobnymi przerwami.
Anden się zaczerwienił i nagle skoncentrował uwagę na przesuwaniu krewetki w kałuży sosu czosnkowego.
- Dziękuję ci za te słowa - rzekł po jakimś czasie. - Obyś miała rację.
- Pewnie, że ją mam.
Wen rozumiała, dlaczego Anden czuje się dzisiaj niezbyt pewnie. Honorowe miejsce przy stole potwierdzało w oczach wszystkich, że Hilo przywrócił kuzyna do łask i znowu uważa go za członka rodziny, ale noszący mnóstwo jadeitu wojownicy oraz bogaci biznesmeni nadal spoglądali na niego z litością i sceptycyzmem. Na nią zapewne również. Bardzo dużo pecha u szczytu, szeptali z pewnością.
Pomimo żartobliwych rozkazów Hila wyglądało na to, że kolejne potrawy napływają na stoły szybciej, niż goście są w stanie je pochłaniać. Stoły uginały się pod daniami takimi jak pieczone prosięta, ryba gotowana z imbirem, kiełki groszków z czosnkiem oraz smażone ośmiornice. Zespół bębniarzy żegnał kończący się rok z ogłuszającym łoskotem, a przy dwóch bocznych stołach pięści rzucały sobie wyzwania na pijackie pojedynki. Niko, Ru i Jaya uściskali rodziców na dobranoc, po czym babcia odprowadziła je do łóżek. Oczy Wen zaszły mgłą ze zmęczenia i wszystko wydawało się jej zamazane. Znużenie wnikało też w jej wszystkie mięśnie i spowalniało myśli.
Zauważyła, że Juen i jego żona oddalili się już jakiś czas temu, teraz jednak róg pojawił się nagle za jej krzesłem i pochylił się w stronę Hila.
- Kaul-jen, moja żona poszła położyć dzieci spać, ale przybiegła z powrotem, żeby mnie zawiadomić, co usłyszała w radiu. - Mówił do ucha filaru, ale musiał podnosić głos, żeby przekrzyczeć fajerwerki i Wen wyraźnie słyszała jego słowa. - Dwie godziny temu espeński myśliwiec zestrzelił ygutański samolot szpiegowski nad Eumanem. Maszyna spadła w pobliżu bazy. Pilot przeżył, ale popełnił samobójstwo, nim zdołano wziąć go do niewoli. Rządy Ygutanu i Espenii przerzucają się nawzajem oskarżeniami i grożą wojną na Oceanie Amaryckim.
Hilo słuchał tych słów z niemal nieruchomą twarzą, ale Wen zauważyła, że wyraz jego oczu w kilka sekund przeszedł ze spokojnej wesołości, poprzez niedowierzanie, w gniew, niczym ogień, który najpierw jest czerwony, przez chwilę pomarańczowy, a potem niebieski.
- Kurwa, nie mogli sobie znaleźć lepszej chwili - wydyszał.
- Jutro odbędzie się pilne spotkanie Rady Książęcej.
Juen zerknął na bawiących się świetnie gości. Bębniarze zaczęli odliczanie do północy i otworzono kolejną beczułkę hoji. Nawet Shae sprawiała wrażenie, że dobrze się bawi.
- Powiemy ludziom? - zapytał róg.
Hilo zacisnął zęby.
- Nie - zdecydował. - Wkrótce sami się dowiedzą. Niech zaczną Nowy Rok w dobrym nastroju. To może być jedyna okazja, żeby przywołać szczęście, a możemy go cholernie potrzebować - mruknął.
- Zawiadomię dyskretnie tylko najważniejsze pięści - zasugerował Juen. - Żeby się przygotowały do obrony naszych terytoriów, na wypadek gdyby ludzie przestraszyli się inwazji i wpadli w panikę.
Kiedy róg się oddalił, Wen wyciągnęła rękę, by dotknąć ramienia męża. Chciała mu powiedzieć: "Powinieneś też zawiadomić Shae. Biuro Prognostyka musi porozmawiać z naszymi ludźmi w Radzie, zanim wydamy oświadczenie". Niestety trąciła łokciem wypełnioną herbatą filiżankę i rozlała płyn na kolana ich obojga. A kiedy otworzyła usta, nie była w stanie nic powiedzieć, jakby coś wepchnęło słowa z powrotem do płuc. Mogła tylko patrzeć bezradnie na męża.
Hilo wytarł serwetką herbatę wsiąkającą w ich ubrania.
- Jesteś zmęczona.
Wstał i pociągnął Wen na nogi. Opierała się na nim, gdy szli w stronę domu. Przez chwilę nikt nie zwracał na nich uwagi. Niemal wszyscy goście przenieśli się na trawnik, by obserwować sztuczne ognie, które miały zaraz rozbłysnąć nad miastem. Gdy znaleźli się wewnątrz, Hilo zaprowadził ją na górę i pomógł położyć się do łóżka. Jego dotyk był delikatny, lecz wyzbyty wszelkich uczuć. Rozpiął liczne guziki jej sukni, a potem ułożył żonę pod kocami.
Oczy Wen wypełniły łzy bólu i upokorzenia. Przed laty, gdy byli młodymi kochankami, całymi dniami oczekiwała gorączkowo na jego przybycie. Wreszcie się zjawiał - młody wojownik oszołomiony nowym jadeitem zdobytym w jakiejś potyczce albo pojedynku. Kiedy go rozbierała, prosiła, by wyliczył swoje zwycięstwa, całując jednocześnie nowe klejnoty wszczepione niedawno w jego ciało. Potem kochali się do nieprzytomności, raz po raz. Erotyczna moc, z jaką na niego działała, przyprawiała ją o oszołomienie.
Hilo nigdy nie przyznał, że odwiedza teraz kurtyzany, ale właściwie nie próbował też tego ukrywać. Kilka razy poczuła na jego ubraniu zapach perfum, znajdowała też w jego kieszeniach zapałki albo papierki od cukierków z Klubu dla Dżentelmenów Boski Bez. Potrafiła się pogodzić z tym, że zaspokajał gdzie indziej swe potrzeby podczas jej długiej rekonwalescencji, ale myśl o tym, że nie potrafią już znajdować pocieszenia u siebie nawzajem, była dla niej zbyt bolesna. Od czasu do czasu próbowali się kochać, ale Hilo nie był sobą. Albo był bardzo delikatny, najwyraźniej bojąc się, że zrobi jej krzywdę, albo po prostu kopulował krótko i gniewnie, jakby wykonywał nieprzyjemny obowiązek.
Teraz zgasił lampę na stoliku i usiadł na skraju łóżka, spoglądając na widoczne za oknem miasto. Wysoko nad dachem Gmachu Mądrości i tarasowym stożkiem wieży Pałacu Triumfalnego pojawiły się już pierwsze fajerwerki. Światło uwidoczniło na moment mroczny profil Hila, zaostrzyło melancholijne bruzdy, niepasujące do twarzy, w której się kiedyś zakochała. Na dworze zagrzmiały bębny i goście głośnym okrzykiem przywitali początek Nowego Roku.
Kiedy Wen miała siedemnaście lat, naostrzyła kuchenny nóż i przecięła opony w rowerze brata. Nigdy nie powiedziała o tym Kehnowi, który spuścił z tego powodu łomot jednemu z chłopaków z sąsiedztwa. Potem Kaul Hilo codziennie przyjeżdżał do nich samochodem po Kehna i Tara i razem ruszali do miasta - trzy młode palce pragnące zdobyć jadeit i okryć się chwałą. Wen każdego dnia odprowadzała braci do duchesse, by pożegnać się z nimi i przywitać ich po powrocie. Hilo kiedyś się roześmiał, gdy zatrzymał samochód i zobaczył ją, jak stała w deszczu. Powiedział wtedy, że jest najlepszą i najbardziej oddaną siostrą, jaką kiedykolwiek widział, a jego własna siostra nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego.
Wen musiała z żalem przyznać, że była wtedy szaloną z miłości nastolatką, ale przynajmniej nie więdła bezużytecznie z żalu. Drobiazg taki, jak uszkodzony rower, mógł wpłynąć na wyroki losu, podobnie jak kamiennooka była w stanie zmienić rezultat wojny klanów. Szukała w myślach czegoś, co mogłaby powiedzieć, by ponownie zwrócić serce Hila ku sobie, jak wtedy, gdy opuszczał szybę i wychylał się z uśmiechem z samochodu. Była jednak zbyt zmęczona.
- Muszę tam wrócić - oznajmił jej mąż.
Odwróciła się na bok. Poczuła, że jego ciężar przestał naciskać na materac, a gdy do pokoju wpadł blask kolejnej serii fajerwerków, oświetlił tylko pustkę.
ROZDZIAŁ 6
WIATR SIĘ ZMIENIA
Specjalne spotkanie udziałowców Kekońskiej Rady Jadeitowej odbyło się sześć dni później. Mimo powszechnego politycznego oburzenia i potrząsania szabelką ze wszystkich stron dyplomatyczny konflikt między Espenią a Ygutanem nie przerodził się w otwartą wojnę. Niemniej w Janloonie i innych kekońskich miastach doszło do panicznego wykupu żywności i innych niezbędnych do życia towarów w okresie zwykle przeznaczonym na wypoczynek i świętowanie. Klany zielonych kości wyszły tłumnie na ulice, by zapobiec przestępczości i grabieżom, to jednak był tylko krótkoterminowy problem. Po raz pierwszy od wojny wielu narodów Kekończycy poważnie obawiali się możliwości cudzoziemskiego najazdu. Nawet przywódcy klanów, którzy nienawidzili się nawzajem, zdawali sobie sprawę, że muszą się spotkać.
Shae przyszła do głównego budynku posiadłości wcześnie rano. Dzieci oglądały kreskówki, a Kyanla sprzątała po śniadaniu.
- Ciociu Shae, oglądamy Wojowniczych poskramiaczy bestii - oznajmił Ru, ciągnąc ją w stronę kanapy.
To był animowany serial o zielonych kościach strzegących królów z fikcyjnej dynastii z ery trzech koron, którzy nie tylko posiadali nieprawdopodobnie przesadzone jadeitowe talenty, ale też potrafili przywoływać ogromne magiczne bestie i ruszać na nich do walki. Na dywanie przed telewizorem walało się mnóstwo figurek przedstawiających postacie z serialu.
Shae usiadła na kanapie, by sprawić przyjemność bratankowi.
- Gdzie twój tata? - zapytała.
Ru wzruszył ramionami.
- Myślisz, że rozwiedzie się z mamą? - zapytał z nagłym niepokojem Niko.
To zadane przez sześciolatka pytanie pojawiło się z pozoru znikąd. Nim zaskoczona Shae zdołała wymyślić jakąś odpowiedź, Ru rzucił się na brata i zaczął go okładać pięściami po barkach i brzuchu.
- Przestań tak mówić! Nie rozwiodą się, ty głupia psia mordo!
Jaya podeszła do nich, chichocząc z zaciekawieniem.
Niko niecierpliwie odepchnął młodszego brata, nie odwzajemniając jego ciosów. Shae rozdzieliła chłopców i umieściła ich po przeciwnych stronach kanapy.
- Ru, nie wolno nazywać brata psią mordą - skarciła dzieciaka.
Hilo zszedł na dół i zerknął na ponure miny wszystkich obecnych.
- Zgaście telewizor - polecił. - Pora ubierać się do szkoły.
Ruszył ku drzwiom, a Shae podążyła za nim.
Zaufany kierowca zawiezie ich duchesse do śródmieścia. Hilo zapalił papierosa i opuścił tylną szybę.
Shae zmusiła się do przerwania głuchej ciszy, która zawsze teraz zapadała, gdy zostawała sam na sam z bratem.
- Chłopcy martwią się o ciebie i Wen.
- Niko martwi się wszystkim - odpowiedział Hilo. - Kto kiedykolwiek widział takiego dzieciaka?
- To dlatego, że jest spostrzegawczy - odparła Shae. Chłopiec często sprawiał wrażenie roztargnionego, zatopionego w myślach, ale nieraz potrafił nagle powiedzieć coś, co dowodziło, że bardzo pilnie słucha wszystkiego, co mówią dorośli. - Wie, że traktujesz Wen inaczej niż przedtem.
- Traktuję ją bardzo dobrze - warknął Hilo. - Zawsze się nią opiekowałem.
Miała ochotę przywalić bratu. Oboje z Hilem wyrządzili sobie w życiu wiele krzywd i uodporniła się na jego gniew. Natomiast jej szwagierka, jedna z najsilniejszych kobiet, jakie w życiu spotkała, potrzebowała miłości Hila jak tlenu.
- Jeśli nadal chcesz zrzucać winę na mnie, to proszę bardzo. Ale czy Wen nie wycierpiała już wystarczająco wiele? Wszystko, co zrobiła, zrobiła dla ciebie i dla klanu. Czy nie potrafisz nawet powiedzieć jej, że to rozumiesz?
Hilo prychnął pogardliwie i gniewnie zgasił papierosa w popielniczce.
- Kto jak kto, ale ty z pewnością nie powinnaś udzielać nikomu rad w sprawach sercowych, Shae. Co z tobą i Woonem?
Nagła zmiana tematu zaskoczyła Shae jak szybkie odparcie ataku i kontra w walce na noże.
- A co ma być? - zapytała, wstydząc się obronnego tonu, jaki usłyszała we własnym głosie. - Jesteśmy przyjaciółmi i współpracownikami.
Śmiech Hila zabrzmiał okrutnie.
- I to ja nie mówię tego, co trzeba powiedzieć? Woon pod innymi względami jest inteligentny, ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego się dręczy, pracując dla ciebie. Powinnaś powiedzieć mu, co naprawdę czujesz, albo już dawno go wyrzucić.
Shae poczuła na twarzy uderzenie gorąca.
- Nie każdy sieje swoimi emocjami na wszystkie strony, jak szrapnelami, Hilo - warknęła. - Oboje z Woonem jesteśmy profesjonalistami, a poza tym w przyszłym tygodniu ma objąć inne stanowisko.
- A jak ci się wydaje, dlaczego musiał poprosić o przeniesienie? - zapytał Hilo.
Nim zdążyła mu odpowiedzieć, duchesse się zatrzymała. Przybyli na miejsce.
- Zapomnij o tym. Skupmy się na tym, żeby ukryć przed Ayt Madą i innymi filarami obecnymi na spotkaniu, w jak fatalnym stanie jesteśmy.
Otworzył drzwi i wysiadł z samochodu. Shae się wściekła, bo to on miał ostatnie słowo. Wypuściła z sykiem powietrze, a potem podążyła za nim.
Siedziba Kekońskiego Sojuszu Jadeitowego mieściła się w dwupiętrowym betonowym budynku w Dzielnicy Finansowej, niedaleko na zachód od klanowego wieżowa na Statkowej i tylko dwie przecznice na wschód od Świątyni Boskiego Powrotu. Jego masywna, bryłowata sylwetka kojarzyła się z rządową biurokracją. Na jego widok Shae nie mogła powstrzymać myśli, że bez względu na całe kulturowe, ekonomiczne i duchowe znaczenie jadeitu, jego wydobycie i dystrybucję umożliwiały tysiące ludzi wykonujących prozaiczną pracę w swoich biurowych boksach. Przy wejściu oboje z Hilem oddali karambity dwóm wartownikom noszącym kaszkiety i szarfy klanu Tarcza Haedo. Potem wsiedli do windy i w milczeniu pojechali na górę. Postrzegała szum aury brata, przechodzący w groźny warkot. Nawet w najlepszych momentach nie znosił spotkań KSJ.
Gdy weszli do sali obrad, Ayt Madashi była już na miejscu. Rozmawiała z filarem klanu Jedność Sześciu Dłoni, największym z lenników Góry. Nawet nie spojrzała na wieloletnich wrogów, ale jej jadeitowa aura poszerzyła się na moment, gdy Hilo i Shae ruszyli ku swoim krzesłom. Wszyscy uczestnicy spotkania mieli wyznaczone miejsca przy wielkim okrągłym stole. Na blacie umieszczono plakietki z nazwami piętnastu klanów zielonych kości, będących obecnie udziałowcami kekońskiego kartelu jadeitowego. Sugerowało to, że w tej sali wszystkie klany zielonych kości są sobie równe i wspólnie ponoszą odpowiedzialność za opiekę nad krajowymi zasobami jadeitu oraz zarządzanie nimi. Niemniej Góra i klan Bez Szczytów, dwa największe klany zielonych kości w kraju, siedziały naprzeciwko siebie, a reprezentanci pomniejszych klanów zajmowali miejsca bliżej jednej ze stron zależnie od tego, wobec kogo byli lojalni. Przez umysł Shae przemknęła pełna ironii myśl, że ten, kto optymistycznie zaprojektował salę z myślą o promocji egalitarnej współpracy, nie docenił kekońskiej skłonności do demonstrowania swego statusu społecznego oraz lojalności przy każdej nadarzającej się okazji. Pod ścianami stało czworo milczących bogowierczych pokutników w tradycyjnych długich, zielonych szatach. Zapewniali łączność z niebem i gwarantowali dobre zachowanie członków klanów nawet w tej najbardziej oczywistej strefie konfliktu.
Hilo pozdrowił skinieniem głowy przywódców klanów Kamienny Kubek oraz Jo Sun, lenników klanu Bez Szczytów. Obaj oddali mu honory, gdy siadał na krześle. Shae zajęła miejsce obok niego. Starała się patrzeć we wszystkie możliwe strony, udawała, że przegląda jakieś niepotrzebne papiery, lecz mimo to jej spojrzenie nieustannie wędrowało ku zniekształconemu, częściowo odciętemu lewemu uchu Ayt Mady. Poczuła świerzbienie w starej bliźnie na brzuchu. Filar Góry zerknęła w jej stronę. Ich spojrzenia spotkały się na jedno mroźne mgnienie oka. Potem Ayt znowu zwróciła się ku swemu rozmówcy.
W normalnej sytuacji miejsce po jej lewej stronie zajmowałby Iwe Kalundo, prognostyk Góry, ale dzisiaj siedział tam mężczyzna o potężnej klatce piersiowej, siwych, kędzierzawych, zaczesanych do tyłu włosach i rumianej twarzy. Miał jadeit na lewym nadgarstku i w prawym uchu, a Shae Postrzegała jego aurę jako gęstą niczym syrop. Miała wrażenie, że skądś go zna. Kim był? Gdyby Ayt mianowała nowego prognostyka, Shae z pewnością by o tym wiedziała.
- To jeden z Kobenów - mruknął Hilo, najwyraźniej zauważając jej dezorientację. - Wujek chłopaka ze strony matki.
Wujek Koben Ata, czternastoletniego podopiecznego Ayt Mady, którego mianowała swym następcą. Chłopak niedawno zmienił z powrotem nazwisko na Ayt Ato, z pewnością po to, by wzmocnić swe pretensje. Shae przypomniała sobie, że niedawno czytała w jakimś czasopiśmie artykuł o rodzinie Kobenów, niemniej zdziwiła się, że Hilo poznaje ich po twarzach. Przypomniała sobie jednak, że kilka lat temu jej brat starał się wzniecić wewnętrzne konflikty w Górze, rozkazując zabić jednego z Kobenów. Z pewnością studiował ich dokładnie.
Czy obecność Kobena była kolejnym dowodem na to, że Ayt postawiła na swego bratanka i jego rodzinę? Być może po wielu latach borykania się z problemem sukcesji postanowiła przekonać opinię publiczną, że jednak dba o przyszłość klanu.
Hilo i Shae zjawili się jako jedni z ostatnich. Po kilku minutach wszystkie miejsca były już zajęte i masywne drzwi zamknięto. Sięgające od podłogi po sufit okna po jednej stronie sali wychodziły na południe i do środka wpadało mnóstwo słonecznego światła, niemniej atmosfera była tu duszna z powodu wielkiego nagromadzenia jadeitowej energii. Spotkania KSJ organizowano co kwartał, ale większość filarów zjawiała się tylko raz w roku, gdy głosowano nad budżetem Sojuszu i uchwalano kwoty eksportowe i importowe, a także limity wydobycia jadeitu oraz jego dystrybucję. Resztę spotkań zostawiali swoim prognostykom. Tylko w naprawdę wyjątkowych sytuacjach komplet przywódców klanów mógł się spotkać na zebraniu zapowiedzianym z tak krótkim wyprzedzeniem.
Nie wszyscy z obecnych byli zielonymi kośćmi. Choć klany miały pakiet kontrolny, kartelem zarządzało państwo. Dlatego na spotkaniach zawsze zjawiali się przedstawiciele rządu oraz inni dygnitarze, razem ze swymi asystentami.
Jeden z bezjadeitowych urzędników, Canto Pan, obecny dyrektor operacyjny KSJ i przewodniczący rady, wstał i zabrał głos:
- Dziękuję wam za to, że zgodziliście się tu zjawić podczas świątecznego tygodnia. Niech bogowie opromienią swą łaską wszystkie wasze klany.
Shae pomyślała, że to z pewnością niemożliwe. Wszelka boska łaska okazana Górze byłaby katastrofą dla klanu Bez Szczytów i na odwrót. Zachowała jednak tę myśl dla siebie.
- Jak niewątpliwie wiecie, Rada Książęca wydała oświadczenie i wszystkie klany zielonych kości w kraju udzieliły mu poparcia - kontynuował Canto.
Kekoński rząd stanowczo potępił Ygutan za wysyłanie szpiegowskich samolotów nad Euman, jednoznacznie oznajmiając, że wyspa pozostaje kekońskim terytorium, mimo że od dawna stacjonują na niej cudzoziemscy wojskowi "goście". Nalegał, by konflikt między dwoma mocarstwami powstrzymano za pomocą środków dyplomatycznych, lecz jednocześnie ostrzegał, że jeśli któraś ze stron spróbuje dokonać inwazji na Kekon bądź przejąć nad nim kontrolę, napotka opór.
- Kekon pragnie pokoju, pozostajemy jednak narodem wojowników niemających sobie równych na całym świecie - oznajmił w Gmachu Mądrości kanclerz Guim, stronnik klanu Góra. - W naszej długiej, dumnej historii przelaliśmy rzeki krwi w obronie swej niepodległości i z całą pewnością jesteśmy w stanie zrobić to znowu.
Espeński rząd nie był zadowolony z ostrego tonu tego wystąpienia, które - jak określił to Hilo - w przegadany, elegancki sposób mówiło: "Odpierdolcie się od nas jedni i drudzy".
- Wszyscy popieramy słowa kanclerza, ale entuzjastyczna reakcja opinii publicznej, jaką widzieliśmy w kilku ostatnich dniach, dowodzi, że poparcie, które mamy, nie ogranicza się do słów - ciągnął przewodniczący Canto. - Dlatego oddaję teraz głos generałowi Ronu Yasugonowi, najwyższemu rangą doradcy wojskowemu Rady Książęcej, który prosił o pozwolenie zwrócenia się do was bezpośrednio.
Ronu wstał i dotknął splecionymi dłońmi czoła, oddając honory wszystkim przywódcom zielonych kości. Miał na rękawach munduru złote generalskie paski, a w stalową bransoletkę zegarka wprawił jadeity. Shae spotkała go już kiedyś i była pewna, że to człowiek honoru, wykonujący bardzo trudną pracę. Dawno już zamienił wysoką pozycję w klanie Góra na karierę w małej i niedocenianej armii kekońskiej.
- W tym tygodniu Kekończycy byli zmuszeni stawić czoło rzeczywistości, na którą dowódcy wojskowi wskazywali już od wielu lat. Jesteśmy małym krajem i znaleźliśmy się między dwoma tygrysami. Choć kanclerz Guim zapewnia, że potrafimy odeprzeć cudzoziemską agresję, prawda wygląda tak, że naszą niewielką armię można pokonać z łatwością i w krótkim czasie. Espenia i Ygutan co roku zwiększają wydatki na cele wojskowe, a nasze siły zbrojne nadal zajmują niską pozycję na liście priorytetów państwa. Wczoraj stałem przed Radą Książęcą i starałem się przekonać ją do uchwalenia w pilnym trybie ustawy, która pozwoliłaby na zakup sprzętu, zwiększenie liczebności armii i wyszkolenie nowych żołnierzy. Wszystko to są środki niezbędne dla zwiększenia naszej gotowości obronnej.
- Nie zdołamy prześcignąć w wydatkach na zbrojenia krajów znacznie większych od nas - zauważył Sangun Ye, wiekowy, ale nadal bystry filar klanu Jo Sun. - Nasze bezpieczeństwo zawsze opierało się na wyszkolonych wojownikach zielonej kości, którzy w każdej chwili są gotowi do walki. Dbają o to ich klany.
- Przed prawie stuleciem ta starożytna mądrość zawiodła nas w starciu z przeważającymi siłami nieprzyjaciela, co doprowadziło do dziesięcioleci szotarskiej okupacji - zauważył Ronu.
- Mieliśmy wtedy potulnego, tchórzliwego króla i zbyt wiele małych, nieskoordynowanych klanów - odpowiedział Sangun. - To był mroczny okres w naszej historii, ale w końcu pokonaliśmy najeźdźców. Cudzoziemcy mogą sobie potrząsać szabelką, ale czy jakikolwiek kraj, nawet tak wielki i potężny jak Ygutan, byłby na tyle lekkomyślny, by zaryzykować inwazję na Kekon? Mieli wystarczająco wiele trudności w Oortoko, gdzie wszyscy ludzie są słabi. Nie powinniśmy wpadać w panikę z powodu zwykłego samolotu szpiegowskiego.
Syn Sanguna, prognostyk ich klanu, pokiwał głową, podobnie jak kilka innych zielonych kości. Shae czytała opinie licznych politycznych i wojskowych analityków. Większość z nich zgadzała się, że choć Kekon ma kluczowe znaczenie dla espeńskich interesów strategicznych na Amaryku i w związku z tym jest logicznym celem dla ygutańskiej agresji, koszty podboju i utrzymania historycznie bardzo trudnej do zdobycia wyspy byłyby po prostu zbyt wysokie.
- Klany mogły się stać większe i potężniejsze, ale żyjemy teraz w zupełnie innym świecie niż nasi dziadkowie - sprzeciwił się generał Ronu. - Nie jesteśmy już jedynym krajem, który ma jadeitowych wojowników. Republika Espenii wyposaża swych doborowych żołnierzy w jadeit, który sprzedajemy jej pod auspicjami KSJ. Ygutan i jego wasale zdobywają zieleń na czarnym rynku. Od pewnego czasu trwają prace nad udoskonaloną wersją SN1, która będzie mniej niebezpieczna dla zdrowia. Espeńczycy nazywają ją SN2. Z pewnością trafi ona również do innych krajów.
Shae zauważyła, że siedzący naprzeciwko niej mężczyzna z rodziny Kobenów kiwa energicznie głową i wygląda, jakby chciał zerwać się z krzesła i głośno wyrazić zgodę.
Aura Ronu stała się ostrzejsza i gęstsza na brzegach. Generał mówił z wielkim przekonaniem.
- Oortoko było tylko pierwszym z zastępczych konfliktów między espenosferą a koalicją ygutańską. Kekon nie zdoła uniknąć wplątania w powolną wojnę. Czasy się zmieniły i musimy być teraz gotowi na konfrontację z żołnierzami, którzy potrafią się posługiwać jadeitem tak samo jak my.
Złowrogie słowa generała wywołały serię poirytowanych szeptów. Kekończycy bez oporów czerpali zyski z kontrolowanego przez KSJ eksportu jadeitu, ale w głębi serca z lekceważeniem odnosili się do myśli, że inne rasy mogą się nauczyć posługiwać zielenią. Powtarzali sobie, że zawsze będą w tym lepsi od innych i że noszący jadeit cudzoziemcy muszą brać uzależniające narkotyki i narażać się na przedwczesną śmierć.
Ronu zauważył, że trafił w czuły punkt. Uniósł rękę i kontynuował:
- Rada Książęca może uchwalić zwiększenie wydatków i zakup sprzętu, ale tylko klany zielonych kości są w stanie dostarczyć jadeit i wojowników. Proszę was, jako udziałowców KSJ i filary swych klanów, o wsparcie kekońskiej armii. Obecnie otrzymujemy niecałe cztery procent rocznego wydobycia. Zwiększcie ten przydział do sześciu i pół procent, zaczynając od tego roku. Znieście też tradycyjne bariery rekrutacji i pozwólcie absolwentom szkół sztuki walki zaciągać się do armii natychmiast po ukończeniu szkoły.
Rozległa się fala cichych pomruków, której towarzyszyła irytacja wyczuwalna w licznych jadeitowych aurach. Ta prośba daleko wykraczała poza wszystko, co sugerowano do tej pory. Jej spełnienie przyznałoby maleńkiej kekońskiej armii status porównywalny z klanami zielonych kości.
- Sześć i pół procent wydobycia jadeitu to więcej, niż otrzymuje większość klanów obecnych przy tym stole, a także najważniejsze instytucje zajmujące się ochroną zdrowia i oświatą - sprzeciwił się filar klanu Kamienny Kubek. - Komu mielibyśmy odebrać jadeit, który damy armii?
- Bardziej niepokoi mnie plan rekrutacji - dodał Durn Soshu, filar Czarnego Ogona. - Zgodnie z tradycją wszyscy absolwenci składają przysięgi swojemu klanowi. Rok czy dwa lata służby jako palec bardzo dobrze wpływają na młodzież.
Tym razem wielu obecnych pokiwało głowami. Shae wiedziała jednak, że w rzeczywistości wcale nie chodzi o tradycję ani o dobro młodzieży. Klany celowo przyjmowały w swoje szeregi wszystkich absolwentów, pomijając tylko tych, którzy wybierali szlachetne zajęcia, jakimi były medycyna, nauczanie i religijna pokuta.
Generał Ronu rozprostował ramiona. Przywołał na twarz stanowczy wyraz. Z pewnością się spodziewał się, że napotka podobne sprzeciwy.
- Niestety, to właśnie tradycja jest częścią problemu, Durn-jen - zaczął. - Każda z zielonych kości wstępujących do armii ma inną ilość jadeitu. Otrzymują go po zakończeniu nauki, dostają w spadku od rodziny albo zdobyli go jako palce. Nasiąknęli już klanową kulturą i przenoszą wierność klanom do swoich oddziałów. Spodziewają się, że będą mogli nosić jadeit, kiedy tylko zechcą, i zdobywać go więcej, wyzywając na pojedynki innych żołnierzy. Trudno jest ich nauczyć, by stawiali dyscyplinę wyżej niż klanowe zwyczaje, przedkładali spójność oddziału nad popisy indywidualnej odwagi. Mówię to jako ktoś, kto sam musiał kiedyś przejść przez podobną zmianę. Szczerze mówiąc, zielone kości wychowane i wyszkolone w dużym klanie mogą być dzielnymi wojownikami, ale są kiepskimi żołnierzami. Kiedy wstąpiłem do armii, dwadzieścia lat temu, spotkałem się z niedowierzaniem oraz dezaprobatą rodziny i innych zielonych kości - kontynuował Ronu. - Byłem pięścią średniej rangi i wszyscy mi powtarzali, że to dla mnie krok do tyłu. Minęło już z górą dwadzieścia lat, ale nadal obowiązuje takie samo podejście. Chciałbym to zmienić i proszę was o pomoc w tej sprawie. Jeśli pozwolicie absolwentom szkół walki zaciągać się do armii, nim utrwalą się w nich klanowe zwyczaje, dacie do zrozumienia, że służba krajowi w mundurze to honorowe zajęcie, zasługujące na szacunek, w takim samym stopniu jak bycie zaprzysiężonym członkiem klanu.
Musimy dokładnie policzyć, jak wpłynie to na obie strony klanu - napisała pośpiesznie w notatniku Shae. Zasugeruj odroczenie głosowania do następnego cokwartalnego spotkania.
Podsunęła notatkę Hilowi. Zerknął na nią, ale pierwszy zabrał głos filar klanu Jedność Sześciu Dłoni.
- Generał Ronu proponuje zmianę o poważnym znaczeniu. Potrzebujemy czasu, by w pełni rozważyć jej konsekwencje. Powinniśmy pozwolić przywódcom klanów przedyskutować tę propozycję z sojusznikami i zarządzić kolejne spotkanie za jakiś miesiąc.
Przewodniczący Canto zaczął wstawać z krzesła.
- To brzmi roz...
- Z pewnością właśnie nadeszła chwila na stanowcze działanie, które zapewni opinię publiczną o naszej jedności - odezwała się Ayt Mada, przerywając mu w pół słowa. Wszyscy spojrzeli na nią. - W pełni zgadzam się z generałem Ronu. Kekońska armia potrzebuje więcej jadeitu, więcej ludzi i więcej szacunku.
Do tej chwili ani Ayt Mada, ani Kaul Hilo nie odezwali się ani słowem. Byli filarami dwóch najważniejszych klanów i ich opinia miała największe znaczenie. W ostatecznym rozrachunku to oni rozstrzygną, jakie decyzje zostaną tu dziś podjęte. Z reguły pozwalano, żeby eksperci, urzędnicy państwowi oraz przedstawiciele mniejszych klanów pierwsi zabierali głos, jeśli uważali, że mają coś do powiedzenia, albo chcieli wpłynąć na decyzję Ayt bądź Kaula. Nie byłoby zaskoczeniem, gdyby spotkanie odroczono, nim któreś z dwojga najważniejszych przywódców wyrazi swą opinię. Nikt się nie spodziewał, że Ayt Madashi zabierze głos tak szybko.
- Ponieważ mój prognostyk musiał wyjechać za granicę w ważnych sprawach klanowych i nie mógł być dzisiaj obecny, przyprowadziłam ze sobą Koben Yira - oznajmiła Ayt. - Koben-jen jest szanowanym biznesmenem, właścicielem licznych stacji radiowych i ma też kuzynów w armii. W związku z tym lepiej niż większość z nas rozumie problemy, przed jakimi stają zwyczajni cywile oraz żołnierze w tym niebezpiecznym czasie.
Otrzymawszy pozwolenie Ayt, Koben włączył się do dyskusji jak koń, któremu poluzowano wodze.
- Będzie dla mnie zaszczytem podzielić się swoją opinią z moją filar i Kekońskim Sojuszem Jadeitowym - zaczął niskim, dźwięcznym głosem. - Kobenowie są liczną i dumną rodziną z klasy średniej. Jest wśród nas wiele zielonych kości, a także nienoszących jadeitu kuzynów. Podobnie jak wszyscy ciężko pracujący, patriotyczni Kekończycy dbamy przede wszystkim o bezpieczeństwo rodziny, środki do życia oraz nasze tradycje. To, co wydarzyło się w wigilię Nowego Roku, wzbudziło nienawiść do Ygutanu, ale nie możemy również ufać Espenii, której obecność już od tak dawna rzuca cień na nasz kraj. - Podekscytowany Koben uniósł palec wskazujący. - Dlatego ludzie spoglądają z nadzieją na klany zielonych kości, którym ufają, licząc na szybki i silny przekaz świadczący o determinacji.
Ayt skinęła lekko dłonią, uciszając Kobena. Mężczyzna sprawiał wrażenie, że chętnie powiedziałby coś więcej, ale powstrzymał się i natychmiast usiadł.
- Powinniśmy dać przykład Radzie Książęcej i działać bez wahania - oznajmiła Ayt, zwięźle i autorytatywnie. - Jako filar klanu Góra popieram zwiększenie przydziału jadeitu dla sił zbrojnych pod warunkiem, że redystrybucja będzie sprawiedliwa. Zgadzam się też, że służba w kekońskiej armii powinna być jedną z opcji stojących przed zielonymi kośćmi po ukończeniu nauki. - Przerwała na moment. - Pod warunkiem, że reszta filarów wyrazi zgodę - dodała, jakby dopiero w tej chwili przyszło jej to do głowy. - Tak ważne zmiany powinno się wprowadzać wyłącznie wtedy, gdy wszyscy są tego samego zdania.
Nikt jej nie odpowiedział. Nawet generał Ronu sprawiał wrażenie zdumionego natychmiastowym i bezwarunkowym poparciem Ayt Mady. Wszyscy odwrócili głowy w stronę Hila, siedzącego w niedbałej pozie naprzeciwko rywalki. Shae napisała pośpiesznie w leżącym między nimi notatniku: GRAJ NA ZWŁOKĘ.
- Nie. - Odpowiedź Hila była jak ciężki głaz rzucony w sam środek strumienia. - Nie mam nic przeciwko temu, by Ronu dostał jadeit, o który prosi. Większa jego część może pochodzić z przydziału, który zwykle otrzymują świątynie. W końcu ile jadeitu mogą potrzebować pokutnicy, żeby rozmawiać z bogami? Resztę pokryje Skarbiec Państwowy. Nie zgodzę się jednak na zmianę przysiąg, jakie składają absolwenci Akademii Kaul Dushurona. Jeśli chcecie robić to inaczej w Szkole Świątynnej Wie Lona, to wyłącznie wasza sprawa.
Ayt Mada nie traciła czasu.
- Z pewnością tym razem powinniśmy postawić jedność przed partykularnymi interesami, Kaul-jen - oznajmiła wykalkulowanym, moralizatorskim tonem. - Sprawiedliwość wymaga, by dwa klany mające najwięcej członków i jadeitu podzieliły się tym, co mają.
- Armia jest tylko ręką kraju. Klany są jego kręgosłupem. - Hilo przymrużył powieki, wlepiając spojrzenie w drugą stronę stołu. - Nie wszystkie klany mogą sobie pozwolić na poświęcenie części zasobów. Nie wszystkie utuczyły się na rekrutacji barukanów i zyskach z czarnego rynku.
Gęsta chmura jadeitowych aur przesunęła się niespokojnie, przenosząc uwagę między jednym a drugim z filarów.
- Bezpodstawne oskarżenia nie powstrzymają waszych latarników przed rozsądnym przeniesieniem swej lojalności w lepsze miejsce, Kaul-jen. Nie zamaskują też faktu, że sprzeciwiacie się zaspokojeniu pilnych potrzeb kraju.
Aura Ayt promieniowała gorącym samozadowoleniem. Spojrzała z żalem na generała Ronu, ale mówiła do całej sali.
- Niestety, nie każdy filar potrafi stawiać na pierwszym miejscu interes kraju. Wygląda na to, że KSJ nie jest w stanie udzielić poparcia twoim zasługującym na uznanie planom zreformowania armii, generale. Chyba że klan Bez Szczytów zmieni zdanie.
Shae zrozumiała, dlaczego Ayt tak szybko i bez wahania poparła propozycję Ronu. Góra mogła sobie pozwolić na oddanie części palców armii, a klan Bez Szczytów nie. Strata części wojowników uniemożliwiłaby im ochronę biznesów przed przestępcami i antyklanowymi agitatorami, nie mogliby też bronić swych granic przed Górą, której liczebność ostatnio wzrosła. Zostawali już z tyłu pod względem finansowym, a dalsza utrata zaufania latarników przyśpieszyłaby zagładę klanu Bez Szczytów.
Ayt wiedziała, że Hilo musi zawetować propozycję Ronu i wniosek zostanie odrzucony. Wykorzystała tę okazję, by przedstawić siebie i wspierającą ją rodzinę Kobenów jako przywódców dbających o interesy Kekonu, a klan Bez Szczytów jako interesowny i niepatriotyczny. Rzucała to oskarżenie przeciwko nim już od dawna i nie zamierzała z tego zrezygnować.
Shae schowała ręce pod stół i wygięła długopis tak mocno, że rozpadł się na plastikowe fragmenty. Gniewały ją pułapki nieustannie zastawiane przez Ayt, ale była też wściekła na Hila. Podobnie jak w przypadku zdrady Fuyin Kana w Podwójnym Szczęściu dostrzegł niebezpieczeństwo prędzej od niej, ale dyplomacja nie leżała w jego naturze.
- Kaul-jen... - zaczął generał Ronu - czy zechciałbyś może zmienić...
- Nie potrzebujesz napływu absolwentów szkół sztuki walki - przerwał mu Hilo. - Cudzoziemcy mają mniej jadeitu i rzadszą krew, ale potrafią przygotować posiłek z ochłapów. Nie wmawiaj mi, że nie możesz lepiej wykorzystać pieniędzy i jadeitu, które już masz.
Nikt, nawet Ayt Mada, nie umiał przemawiać tonem nieodwołalnego rozkazu tak, jak Hilo. Generał Ronu umilkł jak młody palec skarcony przez doświadczoną pięść.
- Ta dyskusja z pewnością wniosła bardzo wiele - stwierdził przewodniczący Canto Pan, dziarsko zrywając się na nogi, by rozładować napięcie i zapobiec dalszym replikom. - Myślę, że powinniśmy ją kontynuować na najbliższym cokwartalnym spotkaniu, gdy rozważymy już wszystkie opcje i zastanowimy się, jak najlepiej zaspokoić potrzeby generała Ronu, jako że wszyscy się zgadzamy, że powinno się to zrobić, nawet jeśli różnimy się w kwestii metod prowadzących do tego celu.
Nikt się nie sprzeciwiał, gdy Canto podziękował Ronu i ogłosił zakończenie spotkania. Hilo natychmiast wstał i bez słowa opuścił salę.
Shae wsadziła papiery do torebki. Słyszała niski głos Koben Yira, pogrążonego w przyjacielskiej rozmowie z lennikami Góry. Podniosła się z krzesła i wypadła z sali. Dogoniła Hila na korytarzu i złapała go za łokieć.
- Mówiłam ci, żebyś nie odmawiał - wysyczała. - Nie dałeś nam czasu na złożenie kontrpropozycji. Góra wykorzysta to przeciwko nam. Postarają się, żeby prasa rozszarpała nas na kawałki.
Hilo wykrzywił twarz we wściekłym grymasie.
- Wolę, żeby rozszarpała mnie prasa, niż żeby zabili mnie naprawdę, gdy wszystkie plany Ayt wreszcie wydadzą owoce. - Zerknął na idących za nimi ludzi i pochylił się do ucha siostry. - Chcesz kłócić się teraz, na oczach naszych wrogów? Próbuję ugasić każdy pożar, który wzniecają, Shae, a ty mi w tym przeszkadzasz. Słowo filaru jest ostateczne, ale ty nigdy nie potrafiłaś tego respektować, prawda?
Wyrwał się z jej uścisku i ruszył ku schodom, chcąc uniknąć wszelkich rozmów przy windach. Shae odprowadzała go wzrokiem, zaciskając mięśnie z bezsilnej frustracji.
- Kaul-jen - odezwał się nagle ktoś za nią.
Odwróciła się i zobaczyła wysoką zieloną kość w drucianych okularach. Poznała prognostyka klanu Jedność Sześciu Dłoni. Na spotkaniu siedział w odległości dwóch krzeseł na lewo od Ayt Mady.
Zaczerpnęła tchu, by oczyścić jadeitową aurę z ekscytacji, i skinęła uprzejmie głową, próbując sobie przypomnieć jego nazwisko. Nacisnął przycisk ze strzałką w dół.
- To było wyjątkowo ożywione spotkanie KSJ, nieprawdaż? - zapytał. - Zupełnie niepodobne do zwykłych debat budżetowych. Być może nasz kraj rzeczywiście znalazł się między dwoma tygrysami, jak powiedział generał Ronu, ale mamy też dwa własne tygrysy, Górę i klan Bez Szczytów. Kiedy rykniecie, mniejsze stworzenia, takie jak my, biegają w tę i we w tę, próbując odgadnąć, przy którym z was łatwiej unikną pożarcia.
Winda przybyła i drzwi się otworzyły. Prognostyk Jedności Sześciu Dłoni skinął uprzejmie na Shae, przepuszczając ją przed sobą. Obrzuciła go nieufnym spojrzeniem. Nie Postrzegała nieprzyjaznych intencji, nie miała też powodu, by uważać go za osobistego wroga, ale w końcu był sojusznikiem Góry.
Wszedł do windy za nią i natychmiast nacisnął przycisk, by nikt z wychodzących nie podążył za nimi. Zostali tylko we dwoje w ciasnej kabinie. Postrzeganie Shae rozjarzyło się jasnym płomieniem. Tętno mężczyzny przyśpieszyło. Był podenerwowany, lecz nie uwidaczniało się to na jego twarzy. Zjeżdżali na parter.
- Gdzie jest twój filar? - zapytała Shae. - Czy nie wychodzicie razem?
- Wkrótce też wyjdzie, jak już skończy z rozmowami - odpowiedział. - Jutro rano wracamy do Lukangu. - Jedność Sześciu Dłoni miała siedzibę w drugim co do wielkości mieście Kekonu, na południowym wybrzeżu wyspy. Po czole mężczyzny spłynęła kropelka potu. - Byłaś już tam kiedyś, Kaul-jen?
- Tak, ale dość dawno temu - odpowiedziała.
- Bardzo się rozrosło. Myślę, że będziesz pod wrażeniem. Powinnaś nas odwiedzić, gdy tylko znajdziesz czas.
Wyciągnął wizytówkę z kieszeni na piersi i wręczył ją Shae. Po jednej stronie na białym tle napisano nazwisko Tyne Retubin oraz numer telefonu, a po drugiej umieszczono czerwoną pieczęć klanu, znak symbolizujący autorytet jego filaru.
- Jedność Sześciu Dłoni będzie zachwycona, jeśli zaszczycisz nas wizytą - zapewnił Tyne. - Możesz do mnie zadzwonić. Porozmawiamy jak dwoje prognostyków.
Winda się zatrzymała. Drzwi się otworzyły i Tyne wyszedł, nie odzywając się ani nie oglądając. Shae zaczekała chwilę, by nie widziano ich razem. Zdawała sobie sprawę, że Tyne Retu wykonał niebezpieczne zadanie, zlecone mu przez filar.
Schowała wizytówkę do kieszeni, dotykając palcem jej brzegu, jakby sprawdzała ostrość noża. Nie wypuszczała jej z dłoni, nim dotarła do odległego o pięć przecznic biura na Statkowej. Jej umysł pracował jak szalony. Prostokątny kartonik mógł być kolejną pułapką Góry, ale mógł też oznaczać, że karta się odwróciła i bogowie udzielili jej odpowiedzi, która rozwiąże najpilniejsze problemy klanu Bez Szczytów i pozwoli mu wyprzedzić wrogów. Jedność Sześciu Dłoni, największy z klanów podporządkowanych Górze, była zainteresowana przejściem na ich stronę.
***
Pożegnanie Woona było niezobowiązującym spotkaniem urządzonym po pracy w prywatnej sali baru hoji Pijana Kaczka. Zjawiło się wielu szczęściodawców z klanu, pragnących najeść się, napić i złożyć życzenia Woonowi, ale żaden z nich nie siedział tam zbyt długo. Woon Papidonwę otaczano na Statkowej szacunkiem, ale nie miał tam zbyt wielu przyjaciół. To była cena, jaką musiał zapłacić za to, że był zastępcą prognostyczki, podwładnym młodszej od niego kobiety, nawet jeśli pochodziła ona z rodziny Kaulów.
- To było bardzo przyjemne spotkanie, Shae-jen - oznajmił później. Dziękuję. - Zawahał się. - Odwiózłbym cię do domu jak zwykle, ale wypiłem kilka kolejek - wyznał. - Muszę chwilę zaczekać.
- Ja poprowadzę - zaproponowała. - Przeczyścisz sobie głowę podczas jazdy.
Woon dał jej kluczyki i pojechali jego samochodem do rezydencji Kaulów. Gdy dotarli na miejsce, padający z przerwami deszczyk przerodził się w pierwszą wiosenną ulewę. Skinęła na strażników, wjechała do środka i zaparkowała pod domem prognostyka. Woon otworzył parasol i odprowadził ją do drzwi, unosząc go nad ich głowami. Wpuściła go do środka i zdjęła płaszcz. Woon potrząsnął parasolem.
- Zaczekaj, aż przestanie padać i poczujesz, że możesz już prowadzić - powiedziała.
Zaparzyła herbatę, a potem usiedli razem na kanapie. Woon wziął w ręce filiżankę, którą mu podała.
- Pewnie w przyszłym tygodniu po pracy będę bez zastanowienia jeździł tutaj - stwierdził. - I budził się nocami, przerażony myślą, że zapomniałem ci przypomnieć o ważnym punkcie twojego harmonogramu.
- Nie rób tego. - Shae parsknęła śmiechem. - Cieszę się, że przyjąłeś nowe wyzwanie - dodała poważniejszym tonem. - Mam też nadzieję, że będziesz mógł spędzać więcej czasu z Kiyą.
Woon skinął głową i wypił łyk herbaty. Od tego pierwszego razu nigdy już nie wspominał o poronieniu żony i nie mówił, czy spróbują jeszcze raz.
- Jak wam poszło dziś rano? - zapytał.
Gdy Shae opowiedziała mu, co się wydarzyło, zerwał się na nogi i zaczął spacerować po salonie.
- Przeciągnięcie Jedności Sześciu Dłoni na naszą stronę byłoby ogromnym sukcesem - stwierdził. - Sama ich danina bardzo poprawiłaby naszą sytuację finansową, nie wspominając już o ich zielonych kościach w Lukangu. To miasto rozwija się bardzo szybko i przejęcie nad nim kontroli znaczyłoby znacznie więcej niż zagarnięcie przez Górę Fuyin Kana czy nawet wielu naszych latarników. - Woon zmarszczył brwi i po prawej stronie jego czoła pojawił się dołeczek. Jego umysł pracował intensywnie, podążając tymi samymi drogami, co przedtem umysł Shae. - Czy to może być pułapka? Próba skłonienia nas do ujawnienia pewnych informacji albo odsłonięcia się w jakiś sposób?
- Też się nad tym zastanawiałam - przyznała Shae. - Ale Tyne sprawia wrażenie szczerego. Nie byłby taki nerwowy w tej windzie, gdyby nie chodziło o los jego klanu.
Woon zaczął spacerować w drugą stronę.
- Musimy dokładnie wszystko sprawdzić i posuwać się naprzód bardzo ostrożnie, żeby się upewnić, że to autentyczna oferta, zanim zgodzimy się na spotkanie z ich przywódcami albo zobowiążemy się do czegokolwiek. Oczywiście musimy też utrzymywać wszystko w tajemnicy. Zacznę zbierać wszelkie dostępne informacje o Jedności Sześciu Dłoni i porozmawiam dyskretnie z naszymi ludźmi w Lukangu.
Shae pokiwała głową. Otworzyła usta, żeby wyrazić na głos zgodę, ale powstrzymała się nagle.
- Nie - sprzeciwiła się.
Woon zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- To już nie jest twoje zadanie - przypomniała mu. - Masz teraz inne obowiązki. - Uśmiechnęła się, starając się nieco go pocieszyć. - W pierwszy dzień obejmiesz nowe stanowisko i będziesz miał mnóstwo roboty. Te sprawy zostaw Lutowi.
Woon będzie klanowym dawcą pieczęci. To było nowe stanowisko. Uznali, że jest potrzebne, ponieważ uwolni Shae od konieczności poświęcania czasu na niekończące się zebrania. Jako rzecznik klanu Bez Szczytów i łącznik do spraw politycznych będzie odpowiedzialny za kontakty z Radą Książęcą, przedstawicielami obcych rządów, zhołdowanymi klanami oraz prasą. To będzie dobre zajęcie dla Woona, ponieważ można było polegać, że wszystko dokładnie przekaże, zrozumie, jakie są priorytety klanu i będzie postępował zgodnie z nimi, zachowa ostrożność w rozmowach z obcymi i nigdy nie powie im zbyt wiele.
Jej szef sztabu sprawiał dotąd wrażenie zadowolonego z nowej pozycji, ale tym razem sprzeciwił się niemal gniewnie.
- To za trudne i zbyt ważne dla Luta.
- Sam przyczyniłeś się do tego, że dostał tę robotę, Papi-jen - przypomniała mu. - Mówiłeś, że jest bardzo bystry i poukładany, i że na pewno dobrze mi się będzie z nim współpracowało.
- Tak, ale... - Woon zaciął się na chwilę. - Jest zupełnie nowy. Wyszkoliłem go, na ile było to możliwe, ale nadal potrzebuje czasu, by się nauczyć, jak być twoim cieniem. Przejęcie lennego klanu to skomplikowane i niebezpieczne zadanie. Nie możemy sobie pozwolić na żadne błędy. Pozwól mi w tym uczestniczyć i przynajmniej nadzorować działania Luta.
Shae zaśmiała się słabo.
- Pamiętasz, że sam prosiłeś o pozwolenie odejścia? Miałeś od tej chwili pracować mniej, a nie więcej.
Nie była w stanie zapomnieć tego, co powiedział jej Hilo dziś rano w samochodzie. "Nie potrafię zrozumieć, dlaczego się dręczy, pracując dla ciebie". Woon chciał pozostać jej pomocnikiem w jakiejś formie, ponieważ był przekonany, że Shae go potrzebuje. I miał rację.
- W porządku - ustąpiła. - Ale pozwól Lutowi wykonać tyle roboty, ile tylko możliwe, i postaraj się, żeby to nie odciągało cię od twojej właściwej pracy.
Woon skinął z ulgą głową i usiadł obok niej na kanapie.
- Bez względu na mój oficjalny tytuł, moim głównym zadaniem zawsze będzie pomaganie ci, Shae-jen.
Poczuła nagły ucisk w gardle. Przysunęła się do przyjaciela i objęła go ramionami.
- Zrobiłeś już wystarczająco wiele - zapewniła, wspierając podbródek na jego ramieniu. - Od sześciu lat polegałam na tobie bez chwili przerwy i dałam ci w zamian bardzo niewiele. Wszyscy składamy przysięgi zielonych kości i zapewniamy w nich, że jesteśmy gotowi umrzeć za klan. Ale żyć dla klanu, poświęcać mu każdy dzień, jak ty, Papi-jen... myślę, że to jeszcze większe poświęcenie.
Jadeitową aurę Woona przeszył impuls emocji. Oparł się o Shae i położył dłoń na jej ramieniu, dotykającym jego piersi.
- Obawiam się, że myślisz, że opuszczam to stanowisko, bo czuję się zmęczony albo nie odpowiada mi pozycja twojego cienia. Albo że... - zawahał się - oczekuję od ciebie czegoś więcej. Tak nie jest.
Wewnątrz klatki piersiowej Shae narastało napięcie. Nie mogła znieść myśli, że Hilo miał rację, oskarżając ją, że nie mówi Woonowi tego, co trzeba mu powiedzieć. Teraz jednak miała okazję to naprawić, nim będzie za późno.
- Nie mogę mieć do ciebie pretensji o to, że pragniesz odzyskać własne życie. To ja ciebie wykorzystywałam - wyznała, ciesząc się, że Woon nie widzi jej twarzy. Z pewnością jednak Postrzegał łomotanie jej serca. - Po zamordowaniu Lana wykorzystałam twoją żałobę, by skłonić cię do pracy dla mnie, mimo że oboje świetnie wiedzieliśmy, że gdyby wszystko ułożyło się inaczej, mógłbyś sam zostać prognostykiem. Bez ciebie nie poradziłabym sobie na Statkowej, ale żałuję, że tak postąpiłam, a jeszcze bardziej tego, że mówię ci o tym dopiero teraz.
Jej były zastępca milczał tak długo, że Shae zaczęła się obawiać, iż popełniła straszliwy błąd, wspominając o śmierci Lana. Oboje przeżywali ten smutek, ale nie dzielili się nim ze sobą. Odsunęła ręce od Woona, ale on odwrócił się do niej, ujął jej drobne dłonie w swoje wielkie łapska i uścisnął je tak mocno, że wyczuwała jego tętno.
- Nigdy nie stałbym się takim prognostykiem jak ty, Shae-jen - oznajmił ochrypłym głosem, opuszczając wzrok. - Nie byłem też filarowym, jakiego potrzebował Lan. Robiłem wszystko, o co mnie prosił, i dotrzymywałem jego tajemnic, nie zadając pytań. To był błąd. Powinienem był zabrać głos, sprzeciwić się mu. Pójść do Hilo-jena. Ale tego nie zrobiłem. Cieszyłem się z awansu i choć wiedziałem, że Lan odniósł rany i bierze błysk, zostawiłem go samego w chwili, gdy najbardziej mnie potrzebował.
Woon uniósł wzrok. Jego zwykle spokojne oczy wypełniała głęboka rozterka.
- Z powodu tego błędu zasłużyłem na śmierć. Obiecałem sobie, że zrobię dla siostry Lana wszystko, czego nie zrobiłem dla niego, że będę ją wspierał na wszelkie możliwe sposoby, ale także stawiał jej wyzwania i zawsze mówił jej to, co trzeba powiedzieć, by mogła stać się prognostykiem, jakim ja nie potrafiłbym być.
Uniósł rękę i otarł łzę spływającą po boku nosa Shae.
- Nie minęło wiele czasu, nim rola twojego cienia przeszła z obowiązku w coś, co pragnąłem robić dla własnej, egoistycznej przyjemności. Wcale nie była łatwa i niekiedy obawiałem się, że cię zawiodę, ale gdybym mógł zacząć od nowa, zgodziłbym się bez wahania. Klan jest moją krwią, ale dla mnie to prognostyczka jest jego panią.
Shae nie potrafiła mu odpowiedzieć. Deszcz przestał padać i niebo zrobiło się bezchmurne. Woon puścił jej ręce i odwrócił się, by ukryć zawstydzoną minę.
- Powinienem już jechać - rzekł i zaczął wstawać.
Złapała go za nadgarstek i zerwała się na nogi, nim zdążył się wyprostować.
- Nie.
Przez ich jadeitowe aury przebiegła zmarszczka dzielonego pragnienia.
- Shae... - zaczął Woon głosem o dziwnej intonacji.
Nagle przestrzeń dzieląca ich od siebie zniknęła. Wpił się w jej usta - czy może ona zrobiła to pierwsza, nie miała pojęcia, które z nich to zainicjowało. Wiedziała tylko, że dzielący ich kruchy mur, który pracowicie podtrzymywali z przeciwnych stron, runął w jednej chwili. Wpięła się na palce i objęła jego szyję. Woon zanurzył dłonie w jej włosy, przyciągnął jej głowę bliżej i ich języki odnalazły się nawzajem z drżącą, pełną desperacji pasją, wypełniającą każdy centymetr kwadratowy powierzchni ciała Shae.
Wpadła w otchłań pożądania jak kamień wrzucony do spokojnego stawu. Minęło wiele czasu, odkąd ostatnio z kimś była, prawie cztery lata, a tamten związek zakończył się straszliwą tragedią. Mimo to nie czuła wahania, całując Woona, nie poddawała mu się świadomie ani nie czuła szoku wywołanego niezwykłością. To, co się działo, było dla niej znajome i naturalne jak grawitacja. Czuła żar pożądania wypełniający jego aurę, jakby ktoś podpalił benzynę. Jego gorąco oślepiało jej zmysł Postrzegania.
Z ust Woona wyrwał się cichy pomruk. Pocałował ją jeszcze mocniej i wsunął dłonie pod jej bluzkę, dotykając gołej skóry na brzuchu i plecach. Ich oddechy stawały się coraz głośniejsze. Sięgnęła do jego paska, odpięła go i wyciągnęła koszulę na zewnątrz.
Woon złapał gwałtownie jej dłoń i ją unieruchomił, cofnął głowę i wlepił w nią spojrzenie, w którym żądza mieszała się ze zdumieniem. Pierś mu falowała. Z wielkim wysiłkiem starał się zapanować nad sobą. Jego aura kipiała. Shae patrzyła na niego, otwierając szeroko oczy. Czuła się jak ptak złapany nagle w locie.
- Dlaczego? - zdołał zapytać. - Dlaczego teraz? - Shae nie potrafiła określić, czy naprawdę liczył na odpowiedź. Odwrócił głowę i nią pokręcił, jakby niespodziewanie otrzymał cios w potylicę i próbował się uwolnić od mroczków przed oczami. - Bogowie, dlaczego teraz, po tak długim czasie?
Pragnęła go objąć i znowu pocałować, ale odsunął się od niej, zapiął pasek i z powrotem wcisnął koszulę w spodnie. Nie był w stanie spojrzeć jej w oczy. Wstrząsnęło nią, jak bardzo zraniona się czuje.
- Byłeś moim szefem sztabu - odpowiedziała. - Łączyły nas relacje służbowe. I... - Shae poczuła nagłe ukłucie wyrzutów sumienia. - Byliśmy wtedy z innymi osobami.
- Jesteśmy - poprawił ją Woon. - Mam żonę.
Dotknął czoła kłębem dłoni i potarł dołeczek. Shae widziała, jak to robił, kiedy był w biurze i dyskutował z nią o jakimś trudnym problemie. Speszyło ją, gdy ujrzała ten znajomy gest u siebie w domu, gdy oboje mieli zaczerwienione twarze i potargane ubrania. Tak bardzo przyzwyczaiła się do tego, że Woon jest jej solidnym, niezawodnym współpracownikiem, że po prostu nie potrafiła uwierzyć, że kilka ostatnich minut wydarzyło się naprawdę. Gdy jednak przyjrzała się jego głęboko osadzonym oczom, ostro zarysowanym ustom, szerokiej piersi i długim rękom, zadała sobie pytanie, dlaczego nie wydarzyło się wcześniej.
- Powinienem już jechać - powtórzył, tym razem z przekonaniem.
Odrętwienie i strach skupiły się w zimną kulę w brzuchu Shae. Zniszczyła ich przyjaźń, utraciła jego szacunek i sympatię. Doszła do wniosku, że w ogóle nie radzi sobie z mężczyznami. Była w tym gorsza niż ktokolwiek inny.
Bez słowa wyjęła kluczyki z kieszeni żakietu i podała mu. Kiedy ich palce się zetknęły, Postrzegła tęsknotę i dezorientację, które wypełniły jadeitową aurę Woona, nadając temu przypadkowemu dotykowi nieproporcjonalnie wielkie znaczenie, biorąc pod uwagę, jakie bariery przekroczyli przed chwilą.
- Wybacz - wyszeptała z przygnębieniem. - Nie powinnam...
Przerwał jej gwałtownym potrząśnięciem głowy.
- Nie - rzekł i wziął stojący przy drzwiach parasol, nie oglądając się na nią. Garbił się wyraźnie. - Dobranoc, Shae-jen - powiedział jeszcze, bezskutecznie starając się nadać swemu głosowi normalne brzmienie, po czym otworzył drzwi.
- Jedź ostrożnie - ostrzegła go.
Gorączkowo starała się wymyślić jakieś dalsze słowa, które naprawiłyby sytuację przed jego odejściem, ale nic nie przyszło jej do głowy.
Stanęła przy oknie, odprowadzając wzrokiem oddalające się światła jego samochodu. Gdy już zniknęły za bramą posiadłości, zarzuciła sobie koc na ramiona i długo siedziała w milczeniu, popijając gorzką, zimną, zbyt mocną herbatę.
ROZDZIAŁ 7
NOWY PRZYJACIEL
Zebrania Ruchu Bezklanowa Przyszłość odbywały się dwa razy w tygodniu w sali Małej Persymony. Półtora roku temu, gdy Bero po raz pierwszy wspiął się po wąskich schodach do słabo oświetlonego pomieszczenia na piętrze, znalazł tam tylko trzech mężczyzn grających w karty. Dzisiaj przy barze i wokół małych stolików zebrało się około trzydziestu osób. Pili brandy, palili i przekazywali sobie nawzajem ulotki wydrukowane na cienkim, szarym papierze gazetowym.
Nigdy niemilknące do końca odgłosy janloońskiego ruchu ulicznego przeszły z cichego szmeru w głośny hałas, gdy ludzie skończyli pracę i wyszli z radością w ciepły wiosenny wieczór. Jednakże nieliczne okna w Małej Persymonie celowo pozostawiono zamknięte. Czerwone lampy wiszące nad czarnym barem i małym parkietem rzucały słaby, klaustrofobiczny blask na twarze o podejrzliwym wyrazie. Śmiały atak na kasyno Poczwórna Wygrana przeprowadzony przed czterema miesiącami zwabił kandydatów na rewolucjonistów, ale uczynił też podobne zebrania bardziej niebezpiecznymi. Klan Bez Szczytów nie zdołał dotąd zidentyfikować sprawców, ale starannie sprawdził wszystkie znane miejsca spotkań przestępców na swym terytorium i obiecał nagrodę każdemu, kto wskaże winnych. Suma była tak wysoka, że Bera kusiło, by wydać Guriha, Otonya, a nawet Tadina, ale zapewne wsypaliby go, zanimby ich zabito.
Bero ruszył ku ławom z czerwonym obiciem ustawionym pod ścianą i usiadł między Tadinem a młodą kobietą noszącą różową apaszkę. Postawił plecak między swoimi stopami, uważając, by jego zawartość nie brzęknęła przy zetknięciu z podłogą. Tadino trącił go kościstym łokciem.
- Przyniosłeś to? - wyszeptał. - Pójdziemy później narobić trochę syfu, tak?
Guriho i Otonyo nie planowali nowych, spektakularnych ataków. Oznajmili, że wszyscy powinni na razie siedzieć cicho i skupiać się na werbowaniu nowych członków RBP. Mimo to Bero i Tadino czasami wybierali się na miasto z łomami i pojemnikami z farbą, by wyrządzić trochę szkód w klanowych biznesach. Zawsze przemieszczali się między dzielnicami bez żadnego regularnego wzorca. Byli jak ryby kąsające wieloryba, ale życie Bera nigdy nie wyglądało inaczej. Przyzwyczaił się do tego, że zawsze jest na dnie. Można było usunąć farbę i wprawić nowe szyby, ale za każdym razem klany ponosiły koszty i coraz więcej ludzi zaczynało rozumieć, że nawet małe rybki mogą zaszkodzić zielonym kościom.
Guriho wyszedł na środek pomieszczenia, trzymając w dłoni podkładkę do pisania, i zaczął mówić do mikrofonu. Bero zawsze uważał, że oortokański mieszaniec wygląda jak kozioł w swetrze. Miał małe oczka i długą, gęstą brodę. Dyszał ciężko i mówiąc, spacerował w tę i we w tę, zawsze też sprawiał wrażenie nieco zaniedbanego. Był jednak pełnym pasji mówcą.
- Mówią, że jadeit jest darem nieba, ale w rzeczywistości to klątwa zesłana przez demony z piekła. Na całym świecie ludzie wykorzystują go do czynienia zła. Tutaj, na Kekonie, wszyscy muszą żyć pod tyrańską władzą zielonych kości. W Szotarze noszący jadeit członkowie gangów barukanów dopuszczają się wymuszeń, morderstw i gwałtów. Wyposażeni w jadeit espeńscy żołnierze zmieniają Oortoko w zniszczone wojną pustkowie. A kto kontroluje jadeit?! - zawołał Guriho. - Kto siedzi na szczycie tej piramidy przemocy i korupcji? Klany zielonych kości z Kekonu.
Słuchacze poparli go gniewnym pomrukiem i zatupali w podłogę na znak aplauzu. Kobieta siedząca obok Bera pochyliła się na krawędzi ławki, słuchając z uwagą. Była ładna. Bardzo ładna. Zbyt ładna i za młoda na to towarzystwo. Miała krótkie, seksowne włosy, białą jak mleko skórę i pełne, lekko rozchylone wargi.
- Hej, jak masz na imię?
Spojrzała na niego, unosząc brwi z podejrzliwością i zaciekawieniem. Bero był przyzwyczajony do takiej reakcji ze strony kobiet, ponieważ był młody i miał zniekształconą twarz - co czyniło go brzydkim, lecz jednocześnie sugerowało, że jest w nim coś interesującego.
- Ema - odparła po chwili wahania dziewczyna w apaszce.
Bero chciałby uwierzyć, że z nim flirtuje, podając mu zdrobnienie osobistego imienia zamiast nazwiska, wiedział jednak, że chodzi o to, że nikt na tych zebraniach nie chciał ujawniać swej tożsamości. Obecni stanowili dziwną mieszankę ludzi z podejrzanych środowisk z radykałami - "nowi zieloni" noszący nielegalny jadeit, byli barukani, uzależnieni od błysku, studenci i polityczni ekstremiści tacy, jak bojownicy o prawa Abukei, zwolennicy zakazania pojedynków albo anarchiści. Bero zauważył nawet z zaskoczeniem siedzącego z tyłu sali cudzoziemca. Wielu z tych ludzi nienawidziłoby się nawzajem, gdyby ich nienawiść do klanów nie była silniejsza.
- Jestem Bero - przedstawił się kobiecie, mimo że nie zapytała go o imię.
Wróciła do słuchania Guriha, więc trącił ją lekko łokciem.
- No wiesz, sam kiedyś nosiłem jadeit - dodał. - Bardzo dużo jadeitu. Ciągle musiałem się ukrywać przed zielonymi kośćmi. Skurwysyny omal mnie nie zabiły. Kilka razy. Dlatego moja twarz tak wygląda. Miałem szczęście, że uszedłem z życiem.
Obrzuciła go krótkim, poirytowanym spojrzeniem, świadczącym, że mu nie wierzy.
- To prawda. Napijmy się potem czegoś, to wszystko ci opowiem.
Guriho łypnął wściekle w kierunku, z którego dobiegały szepty, i Bero zamknął się z niechęcią.
- Manifest Ruchu Bezklanowa Przyszłość - oznajmił mówca i odchrząknął, nim zaczął czytać poważnym, pełnym samozadowolenia tonem. - W wiecznej walce o sprawiedliwsze i równiejsze społeczeństwo, wolne od prześladowania słabych przez potężnych, pierwszym celem naszych szlachetnych wysiłków musi być uwolnienie świata od destrukcyjnego wpływu jadeitu i położenie kresu klanizmowi.
- Z filozoficznego punktu widzenia to brzmi bardzo dobrze, ale co właściwie możecie zdziałać w walce z klanami? - zapytał ktoś niskim głosem z wyraźnym akcentem.
Wszyscy się odwrócili. Mówiącym był jedyny w sali cudzoziemiec. Niski, muskularny mężczyzna miał wielki nos, masywne czoło, oczy spoglądające spod opadających powiek oraz kręcone włosy koloru rdzy. Mimo że nie pasował do reszty obecnych, jego wygląd i intensywność spojrzenia przekonywały przyzwyczajonych do zielonych kości Kekończyków, że to niebezpieczny człowiek, który umie walczyć. W tonie, z jakim zwrócił się do Guriha, nie było agresji, lecz słyszało się w nim wyzwanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki