Dziedzictwo dobra - Nora Roberts

Kup ebooka

37.90 zł
29.79 zł (26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

GEO­R­GE­TOWN

Kiedy Adriana Rizzo po raz pierw­szy spo­tkała swo­jego ojca, chciał ją zabić.

Gdy była sied­mio­latką, jej świat skła­dał się głów­nie z ruchu. Przez więk­szość czasu miesz­kała z matką - i Mimi, która trosz­czyła się o nie obie - w Nowym Jorku. Cza­sem jed­nak bawiła kilka tygo­dni w Los Ange­les albo w Chi­cago czy Miami.

Latem odwie­dzała swo­ich dziad­ków w Mary­land, jechała do nich na co naj­mniej dwa tygo­dnie. Było to według niej naj­przy­jem­niej­sze, ponie­waż mieli psy, duże podwórko, na któ­rym mogła się bawić, i oponę, na któ­rej mogła się huś­tać.

Kiedy miesz­kały na Man­hat­ta­nie, cho­dziła do szkoły i to było w porządku. Brała lek­cje tańca i gim­na­styki, co uwa­żała za coś o wiele lep­szego niż szkoła.

W trak­cie podróży zwią­za­nych z pracą matki Mimi udzie­lała jej lek­cji w domu; uwa­żano, że wykształ­ce­nie jest ważne. Mimi włą­czała do niego naukę o miej­scach, w któ­rych bywały. Ponie­waż zatrzy­mały się na cały mie­siąc w Waszyng­to­nie, ozna­czało to oglą­da­nie pomni­ków i zabyt­ków, wycieczkę do Bia­łego Domu i Insty­tutu Smi­th­sona, wiel­kiego kom­pleksu muze­alno-badaw­czego.

Cza­sem musiała pra­co­wać z mamą - i to też bar­dzo lubiła. Ile­kroć wystę­po­wała w jed­nym z mat­czy­nych nagrań wideo, zmu­szona była opa­no­wać pewne umie­jęt­no­ści, takie jak car­dio dance albo joga.

Lubiła tę naukę; lubiła tań­czyć.

W wieku pię­ciu lat nagrała z mamą kasetę wideo dla dzieci i rodzin. Z ćwi­cze­niami jogi, ponie­waż, bądź co bądź, była dziec­kiem w Yoga Baby, mat­czy­nej fir­mie.

Odczuła dumę i pod­nie­ce­nie, kiedy matka jej powie­działa, że nagrają następną kasetę. Może - jak będzie miała dzie­sięć lat - dla grupy wła­śnie w tym wieku.

Mama wszystko wie­działa o gru­pach wie­ko­wych, demo­gra­fii i innych podob­nych rze­czach. Adriana sły­szała, jak roz­ma­wia o tym ze swoim mene­dże­rem i pro­du­cen­tami.

Mama wie­działa też mnó­stwo o fit­ness, o więzi mię­dzy umy­słem i cia­łem, o medy­ta­cji i tego rodzaju spra­wach.

Nie wie­działa tylko, jak goto­wać - w prze­ci­wień­stwie do dziadka i babci, któ­rzy byli wła­ści­cie­lami restau­ra­cji. Nie lubiła się tylko bawić jak Mimi - była naprawdę zajęta swoją karierą.

Odby­wała wiele spo­tkań i prób, także sesji, wystę­po­wała też publicz­nie i udzie­lała wywia­dów.

Nawet w wieku sied­miu lat Adriana poj­mo­wała, że Lina Rizzo nie­wiele wie o tym, jak być mamą.

Mimo wszystko nie miała nic prze­ciwko temu, by dziew­czynka bawiła się jej kosme­ty­kami do maki­jażu - dopóki potem odkła­dała wszystko na swoje miej­sce. I ni­gdy się nie gnie­wała, jeśli ćwi­czyły, a mała popeł­niała jakieś błędy.

Pod­czas tej podróży naj­lep­sze ze wszyst­kiego było to, że zamiast pole­cieć z powro­tem do Nowego Jorku, gdzie mama miała dokoń­czyć wideo, prze­pro­wa­dzić wywiady i odbyć spo­tka­nia, zamie­rzały poje­chać w odwie­dziny do dziad­ków na długi week­end.

Pla­no­wała wyne­go­cjo­wać cały tydzień, chwi­lowo jed­nak sie­działa na pod­ło­dze w drzwiach i przy­glą­dała się, jak matka opra­co­wuje nową serię ćwi­czeń.

Lina wybrała ten wła­śnie dom na cały mie­siąc, bo miał salę gim­na­styczną z lustrza­nymi ścia­nami, rów­nie waż­nymi dla niej jak liczba sypialni.

Robiła przy­siady i wypady, pod­no­siła kolana, dosko­na­liła sekwen­cję: przy­siad, deska, pompka, wyskok - Adriana znała wszyst­kie te fachowe okre­śle­nia. A Lina prze­ma­wiała do lustra - swo­ich widzów - prze­ka­zu­jąc instruk­cje i wypo­wia­da­jąc słowa zachęty.

Od czasu do czasu wyry­wał się jej jakiś brzydki wyraz i zaczy­nała ćwi­cze­nie od nowa.

Adriana uwa­żała, że matka jest piękna, jak spo­cona księż­niczka, mimo że nie miała maki­jażu; nor­malne - nie było tu prze­cież kamer ani ludzi. Odzna­czała się zie­lo­nymi oczami, jak bab­cia, i skórą, która wyglą­dała tak, jakby się kąpała w pro­mie­niach słońca - choć tego nie robiła. Jej włosy - spięte teraz z tyłu głowy frotką - przy­po­mi­nały kasz­tany, któ­rych torebkę, pach­ną­cych i cie­płych, można było kupić pod­czas świąt Bożego Naro­dze­nia.

Była wysoka - choć nie tak jak dzia­dek - i dziew­czynka miała nadzieję, że ona też będzie taka wysoka, kiedy doro­śnie.

Nosiła obci­słe maleń­kie szorty i spor­towy biu­sto­nosz, ni­gdy jed­nak nie wło­ży­łaby niczego, co odsła­nia­łoby tak wiele w trak­cie nagry­wa­nia kasety czy poka­zów, ponie­waż, jak twier­dziła, byłoby to bez klasy.

Adriana, wycho­wy­wana wedle zasady "w zdro­wym ciele zdrowy duch", wie­działa, że jej mama jest sprawna, mocna i nie­sa­mo­wita.

Mru­cząc coś pod nosem, Lina prze­rwała ćwi­cze­nia, by spo­rzą­dzić kilka nota­tek potrzeb­nych do sce­na­riu­sza sesji. Ten skła­dał się z trzech czę­ści - tańca car­dio, tre­ningu siło­wego i jogi - każda trwała pół godziny, plus dodat­kowa pięt­na­sto­mi­nu­towa, poświę­cona całemu ciału.

Lina chwy­ciła ręcz­nik, żeby otrzeć twarz, i dostrze­gła córkę.

- Cho­lera, Adriano! Ależ mnie wystra­szy­łaś. Nie wie­dzia­łam, że tu sie­dzisz. Gdzie Mimi?

- W kuchni. Na kola­cję będzie kur­czak z ryżem i szpa­ra­gami.

- Wspa­niale. Może byś jej pomo­gła? Muszę wziąć prysz­nic.

- Dla­czego jesteś zła?

- Nie jestem zła.

- Byłaś zła, kiedy roz­ma­wia­łaś przez tele­fon z Har­rym. Krzy­cza­łaś, że nikomu nic nie mówi­łaś, zwłasz­cza jakie­muś cho­ler­nemu dzien­ni­ka­rzowi z tablo­idu.

Lina wyrwała frotkę z wło­sów w spo­sób, w jaki to zwy­kle robiła, ile­kroć bolała ją głowa.

- Nie powin­naś słu­chać pry­wat­nych roz­mów.

- Nie słu­cha­łam, tylko sły­sza­łam. Jesteś zła na Harry'ego?

Adriana lubiła mat­czy­nego agenta od reklamy. Prze­my­cał jej małe torebki m&m'sów albo skit­tle­sów i opo­wia­dał śmieszne żar­ciki.

- Nie, nie jestem zła na Harry'ego. Idź pomóc Mimi. Powiedz jej, że zejdę za pół godziny.

Tak, była zła, pomy­ślała Adriana, kiedy matka się odda­liła. Może nie na Harry'ego, ale na kogoś, gdyż popeł­niła w cza­sie ćwi­czeń mnó­stwo błę­dów i wypo­wie­działa sporo brzyd­kich słów.

A jej matka rzadko kiedy popeł­niała błędy.

A może zwy­czaj­nie bolała ją głowa? Mimi mówiła, że ludzi cza­sami boli głowa, gdy się za bar­dzo mar­twią.

Adriana wstała z pod­łogi. Ponie­waż jed­nak poma­ga­nie przy kola­cji było nudne, weszła do sali gim­na­stycz­nej. Sta­nęła przed lustrami, dziew­czynka wysoka jak na swój wiek, z krę­co­nymi wło­sami - czar­nymi, jakie kie­dyś miał dzia­dek - wymy­ka­ją­cymi się spod opa­ski. Jej oczy miały w sobie zbyt dużo złota, żeby ucho­dzić za praw­dzi­wie zie­lone, jak oczy matki, miała wszakże nadzieję, że z cza­sem się zmie­nią.

Ubrana w różowe szorty i pod­ko­szu­lek w kwiatki, przy­brała odpo­wied­nią pozę, po czym, włą­czyw­szy w gło­wie muzykę, zawi­ro­wała w tańcu.

Uwiel­biała lek­cje tańca i gim­na­styki, kiedy były w Nowym Jorku, teraz jed­nak wyobra­żała sobie, że nie uczest­ni­czy w nich, tylko je pro­wa­dzi.

Wiro­wała, wyma­chi­wała nogami, wyko­nała prze­rzut, a potem szpa­gat. Cross-step, salsa, skok! Impro­wi­zo­wała na żywo.

Bawiła się tak przez dwa­dzie­ścia minut. Ostat­nie nie­winne dwa­dzie­ścia minut jej życia.

A potem ktoś naci­snął dzwo­nek przy drzwiach wej­ścio­wych. Naci­snął i trzy­mał.

Był to wście­kły dźwięk, któ­rego ni­gdy nie zapo­mniała.

Nie wolno jej było otwie­rać drzwi samej, ale to nie zna­czyło, że nie może zoba­czyć, kto to taki. Poszła więc do salonu, a potem ruszyła w stronę kory­ta­rza. Z kuchni zdą­żyła już wkro­czyć Mimi.

Otarła dło­nie o jasno­czer­woną ścierkę, spie­sząc do drzwi.

- Na litość boską! Pali się?

Prze­wró­ciła wymow­nie oczami, patrząc na Adrianę, i wsu­nęła ścierkę za pasek dżin­sów.

- Chwila! - krzyk­nęła Mimi, drobna, lecz obda­rzona sil­nym gło­sem kobieta.

Adriana wie­działa, że Mimi jest w tym samym wieku, co mama, ponie­waż razem stu­dio­wały.

- Jaki masz pro­blem, czło­wieku? - wark­nęła, po czym prze­krę­ciła zamek i otwo­rzyła drzwi.

Z miej­sca, w któ­rym stała, Adriana mogła dostrzec, że iry­ta­cja malu­jąca się na twa­rzy Mimi - jak wtedy, gdy jej pod­opieczna nie posprzą­tała swo­jego pokoju - ustę­puje miej­sca prze­ra­że­niu.

A potem wszystko poto­czyło się w ułamku sekundy, o wiele za szybko.

Mimi pró­bo­wała jesz­cze ponow­nie zamknąć drzwi, ale męż­czy­zna popchnął je mocno i przy oka­zji popchnął też Mimi. Był duży, o wiele więk­szy od niej. Miał małą bródkę upstrzoną siwi­zną, i jesz­cze wię­cej jej miał we wło­sach; wyglą­dał tak, jakby miał sre­brzy­ste skrzy­dła na zło­cie, ale twarz mu pło­nęła czer­wie­nią jak po wyczer­pu­ją­cym biegu. Szok, jakiego Adriana doznała na widok owego męż­czy­zny odpy­cha­ją­cego Mimi, dosłow­nie przy­gwoź­dził ją do miej­sca.

- Gdzie ona, kurwa, jest?! - wrza­snął.

- Nie ma jej tutaj. Nie możesz tak tu wpa­dać. Wynoś się, Jon, bo wezwę poli­cję.

- Kłam­liwa suka. - Chwy­cił Mimi za ramię i potrzą­snął nią. - Gdzie ona jest? Myśli, że może chla­pać ozo­rem? I ruj­no­wać mi życie?

- Zabie­raj ręce. Jesteś pijany.

Kiedy pró­bo­wała mu się wyrwać, ude­rzył ją. Odgłos tego ciosu odbił się w gło­wie Adriany niczym wystrzał; rzu­ciła się bez zasta­no­wie­nia przed sie­bie.

- Nie bij jej! Zostaw ją w spo­koju!

- Adriano, idź na górę. Natych­miast! - krzyk­nęła Mimi.

Dziew­czynka jed­nak, czu­jąc przy­pływ gniewu, zwi­nęła dło­nie w pię­ści.

- Musi stąd wyjść! - oznaj­miła.

- Dla cze­goś takiego? - wark­nął męż­czy­zna, patrząc na Adrianę. - Dla cze­goś takiego znisz­czyła moje cho­lerne życie? W ogóle nie jest do mnie podobna. Pusz­czała się na lewo i prawo, a teraz pró­buje mi wci­snąć tego bękarta. Pie­przyć to. Pie­przyć ją.

- Adriano, na górę! - Mimi obró­ciła się do niej gwał­tow­nie, lecz mała nie dostrze­gła gniewu, jaki sama odczuła. Dostrze­gła za to strach. - Natych­miast.

- Ta suka jest na górze, zga­dza się? Kłam­czu­cha. Oto, co robię z kłam­czu­chami.

Tym razem nie trzep­nął Mimi, tylko użył pię­ści, raz, dwa, waląc kobietę w twarz.

Kiedy się osu­nęła na pod­łogę, Adrianę ogar­nął strach. Pomoc. Musiała wezwać pomocy.

Chwy­cił ją jed­nak na scho­dach i szarp­nął jej głowę, cią­gnąc za kucyk krę­co­nych wło­sów.

Krzyk­nęła, woła­jąc matkę.

- Tak, zawo­łaj ją. - Wymie­rzył jej poli­czek, który zapło­nął ją ogniem. - Chcemy z nią poga­dać.

Kiedy zaczął ją wlec po scho­dach na górę, z sypialni wybie­gła Lina w szla­froku, włosy wciąż miała mokre po prysz­nicu.

- Adriana Rizzo, co się...

Zatrzy­mała się i znie­ru­cho­miała, gdy jej wzrok napo­tkał spoj­rze­nie męż­czy­zny.

- Puść ją, Jon. Puść ją, żeby­śmy mogli spo­koj­nie poroz­ma­wiać.

- Dość się już naga­da­łaś. Znisz­czy­łaś mi życie, ty głu­pia wie­śniaczko.

- Nie roz­ma­wia­łam o tobie ani z dzien­ni­ka­rzami, ani z nikim innym. Ta histo­ria nie wyszła ode mnie.

- Kła­miesz! - Znowu szarp­nął Adrianę za włosy, mocno, na­dal miała wra­że­nie, że głowa jej pło­nie.

Lina postą­piła ostroż­nie dwa kroki do przodu.

- Puść ją, a zała­twimy to. Mogę wszystko napra­wić.

- Za późno, kurwa. Wła­dze uni­wer­sy­tetu zawie­siły mnie dzi­siaj. Moja żona czuje się upo­ko­rzona. Moje dzieci, a ni­gdy nie uwie­rzę, że ta mała suka jest moją córką, pła­czą. Wró­ci­łaś tutaj, z powro­tem do mojego mia­sta, żeby to zro­bić.

- Nie, Jon. Przy­je­cha­łam tu, żeby pra­co­wać. I nie roz­ma­wia­łam z tym dzien­ni­ka­rzem. Minęło ponad sie­dem lat, po co mia­ła­bym to robić aku­rat teraz? Po co? Krzyw­dzisz moją córkę. Prze­stań.

- Ude­rzył Mimi. - Adriana wyczu­wała woń mat­czy­nego mydła i szam­ponu - sub­telną sło­dycz kwiatu poma­rań­czy. I odór męż­czy­zny, nie wie­dząc, że to mie­sza­nina potu i bour­bona. - Ude­rzył ją w twarz, a ona upa­dła.

- Coś ty... - Lina ode­rwała od niego wzrok, by wyj­rzeć poza poręcz, która bie­gła wzdłuż pię­tra. Zoba­czyła Mimi, która miała zakrwa­wioną twarz i wpeł­zała za sofę. Znów skie­ro­wała spoj­rze­nie na Jona. - Musisz dać temu spo­kój, Jon, zanim komuś sta­nie się krzywda.

- To ja zosta­łem skrzyw­dzony, pie­przona dziwko!

Jego głos roz­pa­lił się do czer­wo­no­ści, tak jak jego twarz, przy­po­mi­nał ogień obej­mu­jący czaszkę Adriany.

- Przy­kro mi, że tak się stało, ale...

- Moja rodzina doznała krzywdy! Chcesz zoba­czyć, jak ktoś cierpi? Zacznijmy od two­jego bękarta.

Rzu­cił nią. Adriana przez chwilę poczuła, że leci w powie­trzu, chwilę krótką, lecz prze­ra­ża­jącą, nim ude­rzyła o kra­wędź szczy­to­wego stop­nia scho­dów. Ogień, który dotąd pło­nął w jej gło­wie, wybuchł teraz w nad­garstku i dłoni, po czym powę­dro­wał ku ramie­niu. Wresz­cie jej głowa wal­nęła o drewno, ona zaś sama widziała tylko matkę, ku któ­rej rzu­cił się tam­ten męż­czy­zna.

Ude­rzył ją, ale matka oddała cios i kop­nęła. I wkrótce roz­brzmiały kosz­marne odgłosy, tak kosz­marne, że Adriana chciała zakryć sobie uszy, nie mogła się jed­nak poru­szyć, mogła tylko leżeć jak długa na scho­dach i trząść się ze stra­chu.

Nawet gdy matka krzyk­nęła na nią, by ucie­kała, nie zdo­łała drgnąć.

Zaci­skał dło­nie na szyi matki, mio­ta­jąc nią na prawo i lewo, wresz­cie ude­rzyła go w twarz, tak jak on ude­rzył Mimi.

Teraz krew była i na mamie, i na tym męż­czyź­nie.

Trzy­mali się nawza­jem, jakby byli objęci, ale robili to z siłą i zawzię­to­ścią. Potem matka nadep­nęła mu na stopę i unio­sła gwał­tow­nym ruchem kolano. Gdy męż­czy­zna zato­czył się do tyłu, pchnęła go.

Ude­rzył o balu­stradę. A póź­niej pole­ciał w dół.

Adriana widziała, jak spada, wyma­chu­jąc rękami. Widziała, jak ude­rza cia­łem o stół, na któ­rym matka sta­wiała kwiaty i świeczki. Usły­szała te straszne dźwięki. Zoba­czyła krew ciek­nącą z jego głowy, uszu i nosa.

Zoba­czyła...

Wtedy matka ją pod­nio­sła, obró­ciła i przy­ci­snęła jej twarz do swo­jej piersi.

- Nie patrz, Adriano. Już wszystko dobrze.

- Boli...

- Wiem. - Lina ujęła ostroż­nie jej nad­gar­stek. - Zajmę się tym. Mimi. Och, Mimi.

- Poli­cja już jedzie. - Ze spuch­nię­tym okiem, do połowy zamknię­tym i już czer­nie­ją­cym, Mimi ruszyła chwiej­nym kro­kiem po scho­dach, a potem usia­dła i objęła je obie, matkę i córkę. - Nad­cho­dzi pomoc.

A w końcu Mimi nad głową Adriany wymó­wiła bez­gło­śnie dwa słowa:

- Nie żyje.

*

Adriana już na zawsze miała zapa­mię­tać ten ból i spo­kojne nie­bie­skie oczy ratow­nika medycz­nego, który unie­ru­cha­miał zła­ma­nie podo­kost­nowe w jej nad­garstku. Mówił też spo­koj­nym gło­sem, kiedy świe­cił jej w oczy małą latarką i pytał, ile pal­ców wska­zuje.

Miała też na zawsze zapa­mię­tać poli­cjan­tów, tych, któ­rzy zja­wili się pierwsi, gdy umil­kły syreny. Tych w gra­na­to­wych mun­du­rach.

Jed­nak nie­mal wszystko, nawet kiedy się działo, wyda­wało się odle­głe i nie­ostre.

Zebrali się w salo­nie na pię­trze z wido­kiem na tylne podwó­rze i mały staw z kar­piami koi. Poli­cjanci w mun­du­rach roz­ma­wiali głów­nie z mamą, bo Mimi zabrano do szpi­tala.

Matka powie­działa im, że męż­czy­zna nazy­wał się Jona­than Ben­nett i że wykła­dał lite­ra­turę angiel­ską na Uni­wer­sy­te­cie Geo­r­ge­town. Albo tak też było, kiedy go jesz­cze znała.

Opo­wie­działa, co się stało, albo tylko zaczęła mówić.

Potem do pokoju weszło dwoje ludzi, męż­czy­zna i kobieta. Męż­czy­zna był naprawdę wysoki i nosił brą­zowy kra­wat. Jego skóra wpa­dała w odcień głęb­szego brązu, a zęby odzna­czały się nie­ska­zi­telną bielą. Kobieta nosiła krótko obcięte włosy i miała piegi na całej twa­rzy.

Poka­zali odznaki, tak jak to się robi w seria­lach tele­wi­zyj­nych.

- Pani Rizzo, jestem detek­tyw Riley, a to mój part­ner, detek­tyw Can­non. - Kobieta znów przy­pięła odznakę do paska spodni. - Wiemy, że to trudne, ale musimy pani i córce zadać kilka pytań. - Uśmiech­nęła się do Adriany. - Masz na imię Adriana, prawda?

Kiedy dziew­czynka ski­nęła głową, Riley prze­nio­sła wzrok na Linę.

- Nie ma pani nic prze­ciwko temu, żeby córka poka­zała mi swój pokój i poroz­ma­wiała tam ze mną, a pani w tym cza­sie pomówi z detek­ty­wem Can­no­nem?

- Tak będzie szyb­ciej? Zabrali moją przy­ja­ciółkę, to zna­czy opie­kunkę córki, do szpi­tala. Zła­many nos, wstrzą­śnie­nie mózgu. A Adriana doznała zła­ma­nia podo­kost­no­wego lewego nad­garstka, tak twier­dził ratow­nik. Ude­rzyła się też w głowę.

- Pani też wygląda na nie­źle potur­bo­waną - zauwa­żył Can­non, a Lina wzru­szyła ramio­nami i skrzy­wiła się z bólu wywo­ła­nego tym ruchem.

- Poobi­jane żebra same się wyle­czą, tak jak twarz. Tak naprawdę to na niej się sku­pił.

- Możemy zabrać panią do szpi­tala i tam poroz­ma­wiać, jak już panią zbada lekarz.

- Wola­ła­bym poje­chać, jak... jak już skoń­czy­cie na dole.

- Rozu­miem. - Riley popa­trzyła na Adrianę. - Możemy poroz­ma­wiać w twoim pokoju?

- Chyba tak. - Wstała, przy­ci­ska­jąc mocno do piersi rękę na tem­blaku. - Nie pozwolę wam zabrać mamy do wię­zie­nia.

- Nie bądź nie­mą­dra, Adriano.

Nie zwra­ca­jąc uwagi na matkę, dziew­czynka spoj­rzała w oczy detek­tyw Riley. Były zie­lone, ale jaśniej­sze niż oczy mamy.

- Nie pozwolę wam - powtó­rzyła.

- Jasne. Chcemy tylko poroz­ma­wiać, okej? Twój pokój jest tu, na górze?

- Dru­gie drzwi po pra­wej stro­nie - wyja­śniła Lina. - Idź z detek­tyw Riley, Adriano. Potem spraw­dzimy, co się dzieje z Mimi. Wszystko będzie dobrze.

Adriana ruszyła przo­dem, a Riley znowu przy­wo­łała uśmiech, kiedy weszły do pokoju urzą­dzo­nego w bar­wach mięk­kiego różu i wio­sen­nej zie­leni. Na łóżku leżał duży plu­szowy pies.

- Ład­nie tu. I bar­dzo schlud­nie.

- Musia­łam posprzą­tać dziś rano, ina­czej nie poszła­bym zoba­czyć, jak kwitną cze­re­śnie, i nie byłoby deseru lodo­wego. - Skrzy­wiła się, zupeł­nie jak matka. - Niech pani nie mówi o tym dese­rze. Tak naprawdę to miał być mro­żony jogurt.

- Buzia na kłódkę. Mama tego bar­dzo pil­nuje, co jesz?

- Cza­sem. Na ogół. - W oczach dziew­czynki bły­snęły łzy. - Czy Mimi umrze, jak ten męż­czy­zna?

- Jest ranna, ale to nic groź­nego. I wiem, że ma dobrą opiekę. Może usią­dziemy z tym jego­mo­ściem?

Riley usa­do­wiła się na brzegu łóżka i pokle­pała wiel­kiego psa.

- Jak się wabi?

- Bar­kley. Harry dał mi go na Boże Naro­dze­nie. Nie możemy mieć praw­dzi­wego psa, bo miesz­kamy w Nowym Jorku i dużo podró­żu­jemy.

- Wygląda na wspa­nia­łego czwo­ro­noga. Możesz powie­dzieć mnie i Bar­kley­owi, co się wyda­rzyło?

Słowa zaczęły się z niej wyle­wać niczym stru­mień wody przez szcze­linę w tamie.

- Męż­czy­zna sta­nął pod drzwiami. Cią­gle naci­skał dzwo­nek, więc poszłam zoba­czyć, kto to. Ponie­waż nie wolno mi samej otwie­rać drzwi, zacze­ka­łam na Mimi. Wyszła z kuchni i otwo­rzyła drzwi. A potem pró­bo­wała znowu je zamknąć, bar­dzo szybko, ale on pchnął je, a potem pchnął i ją. Pra­wie prze­wró­cił.

- Znasz go?

- Nie, ale Mimi go znała, bo nazy­wała go Jonem i kazała mu odejść. Wpadł we wście­kłość, wrzesz­czał i mówił brzyd­kie wyrazy. Nie wolno mi takich mówić.

- W porządku. - Riley gła­skała Bar­kleya jak praw­dzi­wego psa. - Wiem, o co cho­dzi.

- Chciał zoba­czyć mamę, ale Mimi powie­działa, że jej nie ma, choć była. Sie­działa na górze i brała prysz­nic. Ten facet cały czas wrzesz­czał i ude­rzył ją w twarz. Zbił ją po pro­stu. Nie wolno nikogo bić. Bicie jest złe.

- Tak, to było złe.

- Krzyk­nę­łam na niego, żeby ją zosta­wił w spo­koju, bo wykrę­cał jej ręce i to ją bolało. Wtedy na mnie popa­trzył. Nie zauwa­żył mnie wcze­śniej, ale wów­czas utkwił we mnie wzrok, i ja się wystra­szy­łam, gdy się tak na mnie gapił. Ale Mimi bolało, więc się na niego roz­gnie­wa­łam. Powie­działa mi, żebym poszła na górę, to zna­czy powie­działa do mnie, ale wiem, że ją bolało. A potem on ją... ude­rzył... pię­ścią... - Adriana poka­zała to zdrową ręką, a po jej policz­kach zaczęły pły­nąć łzy. - Try­snęła krew, Mimi upa­dła, a ja pobie­głam. Chcia­łam pobiec do mamy, ale mnie zła­pał. Chwy­cił mnie mocno za włosy, i pocią­gnął po scho­dach, a ja wciąż woła­łam mamę.

- Chcesz chwilę odpo­cząć, kocha­nie? Możemy pocze­kać. Potem dokoń­czysz.

- Nie, nie. Mama wybie­gła i go zoba­czyła. I cały czas go pro­siła, żeby mnie puścił, ale on nie chciał. Powta­rzał tylko, że znisz­czyła mu życie, i mówił mnó­stwo brzyd­kich wyra­zów. Naprawdę brzyd­kich. Mówiła, że nic nikomu nie powie­działa i że to zała­twi, tylko żeby mnie puścił. A mnie bolało. Wyzy­wał mnie, naprawdę brzydko, i... rzu­cił mną.

- Rzu­cił tobą!?

- Na schody. Rzu­cił mnie na schody, ude­rzy­łam się w nad­gar­stek, poczu­łam, jakby się zapa­lił, i ude­rzy­łam się też w głowę, ale nie spa­dłam daleko ze scho­dów. Chyba ze dwa stop­nie. Mama krzy­czała i sko­czyła na niego, i zaczęła się z nim bić. Ude­rzył ją w twarz i zła­pał, o tak... - Poka­zała gest dusze­nia. - Nie mogłam się poru­szyć, a on ude­rzył ją w twarz, ale mama mu oddała, bar­dzo mocno, i kop­nęła go, i wciąż się bili, a potem... spadł przez balu­stradę. Mama go ode­pchnęła, żeby mi pomóc. Na twa­rzy miała krew i pchnęła go, a on prze­le­ciał przez balu­stradę. Ale to była jego wina.

- Okej.

- Mimi wczoł­gała się po scho­dach, kiedy mama mnie trzy­mała, i powie­działa, że nad­cho­dzi pomoc. Wszy­scy mieli na sobie krew. Nikt ni­gdy wcze­śniej mnie nie ude­rzył, nim on to zro­bił. To okropne, że był moim ojcem.

- Skąd wiesz, że był?

- Z tego, co krzy­czał i jak mnie wyzy­wał. Nie jestem głu­pia. Uczy w col­lege'u, do któ­rego mama cho­dziła; powie­działa mi, że wła­śnie tam poznała mojego ojca. - Adriana wypro­sto­wała się. - I już. Bił wszyst­kich i brzydko pach­niał, i pró­bo­wał mnie zrzu­cić ze scho­dów. Spadł, bo był wredny.

Riley objęła ramiona dziew­czynki i pomy­ślała: "Ponie­kąd słusz­nie".

*

Zatrzy­mali Mimi w szpi­talu do rana. Lina kupiła w skle­piku kwiaty - tyle przy­naj­mniej mogła uczy­nić - do pokoju przy­ja­ciółki. Adriana pierw­szy raz w życiu miała prze­świe­tle­nie rent­ge­nem i pierw­szy w życiu gips po zej­ściu opu­chli­zny.

Zamiast zre­ali­zo­wać kuli­narne plany Mimi na wie­czór, Lina zamó­wiła pizzę.

Dzie­ciak na to zasłu­żył, bez dwóch zdań. Tak jak ona zasłu­żyła na duży kie­li­szek wina.

Nalała sobie i kiedy Adriana jadła, zła­mała żela­zną zasadę i nalała drugi.

Miała do wyko­na­nia mnó­stwo tele­fo­nów, wszyst­kie jed­nak musiały pocze­kać. W ogóle wszystko musiało pocze­kać, póki się nie poczuje pew­niej.

Zja­dły na tyl­nym podwó­rzu, z jego cie­ni­stymi drze­wami i pło­tem zapew­nia­ją­cym pry­wat­ność. Czy też Adriana jadła, bo Lina tylko sku­bała poje­dyn­czy kawa­łe­czek pizzy mię­dzy jed­nym łykiem wina a dru­gim.

Może było tro­chę za chłodno jak na posi­łek na świe­żym powie­trzu i tro­chę za późno, by Adriana posi­lała się pizzą, ale ten dzień uspra­wie­dli­wiał wła­ści­wie wszystko.

Miała nadzieję, że córka zaśnie, ale musiała przy­znać, że brak jej bie­gło­ści w wie­czor­nym rytu­ale. Mimi się tym na co dzień zaj­mo­wała.

Pomy­ślała o kąpieli z bąbel­kami, pod warun­kiem że nie zmo­czyłby się tym­cza­sowy gips. Myśląc o opa­trunku i o tym, że mogło być znacz­nie gorzej, znów zapra­gnęła się napić wina. Oparła się jed­nak poku­sie. Samo­dy­scy­plina - oto jej spe­cjal­ność.

- Jak to się stało, że ten facet był moim ojcem?

Lina pod­nio­sła wzrok i napo­tkała spoj­rze­nie zło­to­zie­lo­nych oczu, które przy­pa­try­wały jej się uważ­nie.

- Byłam kie­dyś młoda i głu­pia. Przy­kro mi. Chcia­ła­bym powie­dzieć, że tego żałuję, ale wtedy nie byłoby tu cie­bie, prawda? Nie można zmie­nić tego, co już się stało, a jedy­nie to, co jest teraz i ma się zda­rzyć.

- Był mil­szy, jak byłaś młoda i głu­pia?

Lina par­sk­nęła śmie­chem i poczuła, że jej żebra pro­te­stują bole­śnie. Zasta­na­wiała się, ile można powie­dzieć sied­mio­latce.

- Tak mi się wtedy zda­wało.

- Ude­rzył cię wcze­śniej?

- Raz. Tylko raz, potem nie chcia­łam go już wię­cej widzieć. Jeśli męż­czy­zna ude­rzy cię raz, to praw­do­po­dob­nie zrobi to znowu i znowu.

- Mówi­łaś kie­dyś, że kocha­łaś mojego tatę, ale że nic z tego nie wyszło i że nas nie chciał, więc się już potem nie liczył.

- Myśla­łam, że go kocham. Powin­nam była tak ci powie­dzieć. Mia­łam tylko dwa­dzie­ścia lat, Adriano. Był star­szy ode mnie, przy­stojny, cza­ru­jący i inte­li­gentny. Młody pro­fe­sor. Zako­cha­łam się w kimś, kogo sobie wyobra­ża­łam. Do tej pory się w ogóle nie liczył.

- Dla­czego był dzi­siaj taki wście­kły?

- Bo ktoś, jakiś dzien­ni­karz, dowie­dział się o nas i napi­sał o tym arty­kuł. Nie wiem jak, nie mam poję­cia, kto mu o tym powie­dział. Ja tego nie zro­bi­łam.

- Nie zro­bi­łaś, bo się już nie liczył.

- Wła­śnie.

Ile nale­żało powie­dzieć? - zasta­na­wiała się Lina. W tych oko­licz­no­ściach może wszystko.

- Był żonaty, Adriano. Miał żonę i dwoje dzieci. Nie wie­dzia­łam o tym. To zna­czy okła­my­wał mnie, mówił, że jest w trak­cie roz­wodu. Wie­rzy­łam mu.

Naprawdę? - prze­mknęło jej przez głowę. Nie mogła sobie przy­po­mnieć.

- Może po pro­stu chcia­łam mu wie­rzyć. Miał swoje nie­wiel­kie miesz­ka­nie nie­opo­dal uczelni, więc wie­rzy­łam, że wła­ści­wie jest sam. Potem się dowie­dzia­łam, że nie tylko mnie okła­my­wał. Gdy odkry­łam prawdę, zakoń­czy­łam to wszystko. Nie prze­jął się spe­cjal­nie.

Nie do końca prawda, pomy­ślała. Wrzesz­czał, gro­ził, popy­chał.

- A potem zda­łam sobie sprawę, że jestem w ciąży. Wresz­cie póź­niej, o wiele póź­niej, niż powin­nam była to sobie uświa­do­mić, poczu­łam, że muszę powie­dzieć mu prawdę. Wtedy mnie ude­rzył. I nie był pijany tak jak dzi­siaj.

Pił wcze­śniej, pomy­ślała, ale pijany nie był. Nie tak jak tego dnia.

- Powie­dzia­łam mu, że nic od niego nie chcę ani nie potrze­buję, że się nie poniżę, mówiąc komu­kol­wiek, że jest bio­lo­gicz­nym ojcem. A potem ode­szłam.

Pomi­nęła groźby, żąda­nia, by usu­nęła ciążę, i wszel­kie kosz­mar­no­ści. Nie było sensu o tym wspo­mi­nać.

- Ukoń­czy­łam semestr, zro­bi­łam dyplom i wró­ci­łam do domu. Pomo­gli mi bab­cia i dzia­dek. Wiesz, co było dalej. Zaczę­łam pro­wa­dzić zaję­cia z jogi i fit­ness i nagry­wać kasety, kiedy byłam z tobą w ciąży - dla kobiet spo­dzie­wa­ją­cych się dziecka, a potem dla mło­dych mam i nie­mow­ląt.

- Yoga Baby.

- Zga­dza się.

- Ale zawsze był wredny. Czy to ozna­cza, że i ja będę wredna?

Boże, szło jej dość kiep­sko. Za wszelką cenę sta­rała się przy­po­mnieć sobie, co w takiej sytu­acji powie­dzia­łaby jej matka.

- Czu­jesz się wredna?

- Cza­sem się wście­kam.

- Opo­wiedz mi o tym. - Lina jed­nak, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, uśmiech­nęła się. - Wred­ność jest wybo­rem, jak sądzę, a nie musisz się decy­do­wać na taki wybór. I miał rację, mówiąc, że nie jesteś do niego podobna. Jest w tobie zbyt dużo Riz­zów.

Ujęła zdrową rękę córki. Może przy­po­mi­nało to za bar­dzo roz­mowę dwojga doro­słych ludzi, ale robiła, co w jej mocy.

- On się nie liczy, Adriano, dopóki nie pozwo­limy, by się liczył. A więc nie pozwo­limy.

- Będziesz musiała pójść do wię­zie­nia?

Lina unio­sła kie­li­szek.

- Nie dopu­ścisz do tego, pamię­tasz? - Dostrze­gła w oczach córki prze­lotny strach i ści­snęła jej dłoń. - Tylko żar­tuję. Nie, Adriano, nie pójdę. Poli­cja widziała, co się stało. Powie­dzia­łaś detek­ty­wom prawdę, tak?

- Powie­dzia­łam. Słowo.

- Ja też. Podob­nie jak Mimi. Możesz się o to nie mar­twić. To, co się sta­nie, będzie kon­se­kwen­cją tej histo­rii. I będzie ich jesz­cze wię­cej. Pomó­wię wkrótce z Har­rym, pomoże mi się z tym upo­rać.

- Na­dal możemy odwie­dzić bab­cię i dziadka?

- Tak. Gdy tylko Mimi się lepiej poczuje, ja zała­twię kilka spraw, a tobie założą gips, poje­dziemy do nich.

- A możemy to szybko zro­bić? Jak naj­prę­dzej?

- Gdy tylko będzie to moż­liwe. Pew­nie za kilka dni.

- No to szybko. Tam będzie o wiele lepiej.

Upły­nie sporo czasu, zanim będzie naprawdę lepiej, pomy­ślała Lina. Dopiła wino.

- Jasne.

Roz­dział 2

Kariera Liny zaczęła się od jej nie­pla­no­wa­nej ciąży. W ciągu dosłow­nie kilku mie­sięcy ze stu­dentki i instruk­torki fit­ness na nie­pełny etat prze­obra­ziła się w autorkę kaset wideo.

Potrwało to tro­chę, nim zie­lone pędy wyło­niły się z gleby, ale dzięki jej deter­mi­na­cji, upo­rowi i zmy­słowi biz­nesu w pełni roz­kwi­tły.

W ciągu tych kilku lat, nim Jon Ben­nett wtar­gnął do domu w Geo­r­ge­town, jej kariera roz­wi­nęła się, a sprze­daż pod nazwą Yoga Baby - kasety audio, DVD, pokazy na żywo, książka (wraz z pla­no­waną kolejną) - przy­nio­sły dwa miliony dochodu.

Atrak­cyjna, bystra kobieta, naj­czę­ściej wystę­po­wała w pro­gra­mach śnia­da­nio­wych, a potem wie­czor­nych. Pisy­wała przy tym arty­kuły do maga­zy­nów poświę­co­nych fit­nes­sowi i zamiesz­czała zdję­cia.

Była młodą, atrak­cyjną kobietą o smu­kłym, śnia­dym ciele i wie­działa, jak to odpo­wied­nio wyko­rzy­stać.

Udało jej się nawet wystą­pić gościn­nie w dwóch seria­lach.

Lubiła być w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia i nie wsty­dziła się tego, podob­nie jak swo­ich ambi­cji. Wie­rzyła bez zastrze­żeń w ofe­ro­wany przez sie­bie pro­dukt - zdro­wie, spraw­ność i rów­no­wagę - i ufała, że jest naj­od­po­wied­niej­szą osobą do jego pro­mo­wa­nia.

Ni­gdy nie bała się cięż­kiej pracy. Czer­pała z niej siłę - z podróży, napię­tych ter­mi­nów, z bez­u­stan­nego pla­no­wa­nia przy­szło­ści.

Pro­jek­to­wała wła­śnie nową linię stro­jów do ćwi­czeń i we współ­pracy z spe­cja­li­stą żywie­nia i leka­rzem zamie­rzała się zająć suple­men­tami diety.

A potem pchnęła do grobu czło­wieka, który nie­od­wra­cal­nie zmie­nił jej życie.

Samo­obrona. Poli­cja nie potrze­bo­wała wiele czasu, by usta­lić, że Lina wal­czyła o sie­bie, córkę i przy­ja­ciółkę.

Po wszyst­kim, w jakiś nie­po­jęty spo­sób, roz­głos towa­rzy­szący temu zda­rze­niu przy­niósł zwięk­sze­nie sprze­daży, więk­szą roz­po­zna­wal­ność i nowe oferty.

Nie wahała się pójść za cio­sem.

W tydzień po tym kosz­mar­nym incy­den­cie udała się samo­cho­dem z Geo­r­ge­town w wiej­skie oko­lice Mary­landu, zamie­rza­jąc wyko­rzy­stać sytu­ację do mak­si­mum.

Nosiła ogromne oku­lary; nawet jej mistrzow­ski maki­jaż nie mógł zakryć siń­ców. Wciąż ją bolały żebra, mimo to zaczęła serię odpo­wied­nich ćwi­czeń połą­czo­nych z medy­ta­cją.

Także i Mimi wciąż cier­piała na bóle głowy, jej zła­many nos z wolna przy­bie­rał pier­wotny kształt, a pod­bite na czarno oko zaczy­nało powle­kać się cho­ro­bliwą żół­cią.

Adrianę iry­to­wał gips, ale lubiła, gdy ktoś się na nim pod­pi­sy­wał. Jak twier­dził lekarz, po dwóch tygo­dniach cze­kało ją następne prze­świe­tle­nie. Harry kupił jej nowego game boya, więc miała się czym zająć na tyl­nym sie­dze­niu pod­czas jazdy samo­cho­dem.

Mogło być o wiele gorzej. Lina upo­mi­nała się bez­u­stan­nie w myślach, że mogło być znacz­nie gorzej. Roz­my­śla­jąc, widziała cie­nie gór Mary­landu i bladą lawendę na tle jaskra­wo­nie­bie­skiego nieba.

Chciała za wszelką cenę od tego uciec - od spo­koju, nie­spiesz­nego tempa - uciec do zmien­no­ści, do tłu­mów, ludzi, wszyst­kiego.

I ucie­kała.

Nie była stwo­rzona do małych mia­ste­czek ani pro­win­cjo­nal­nego życia. Bóg jeden wie­dział, że ni­gdy nie chciała przy­rzą­dzać klop­si­ków ani sosu do pizzy, ani też pro­wa­dzić restau­ra­cji - bez względu na rodzinną tra­dy­cję.

Pra­gnęła tłu­mów i mia­sta, i... ow­szem, bla­sku jupi­te­rów.

Zasta­na­wiała się, czy nie urzą­dzić w Nowym Jorku swej głów­nej kwa­tery, a może w niej nawet zamiesz­kać. Uwa­żała, że dom jest tam, gdzie się pra­cuje i gdzie czło­wiek się bez reszty oddaje dzia­ła­niu.

Gdy w końcu zje­chała z auto­strady, samo­chody znik­nęły. Droga wiła się teraz mię­dzy pofał­do­wa­nymi wzgó­rzami, zie­lo­nymi polami, sku­pi­skami sie­dlisk i farm.

No cóż, pomy­ślała, możesz znów wró­cić do domu, ale nie możesz tam zostać. Przy­naj­mniej nie jako Lina Teresa Rizzo.

- Już pra­wie doje­cha­li­śmy! - dobiegł z tyłu głos Adriany, przy­po­mi­na­jący wiwat. - Spójrz! Krowy! Konie! Szkoda, że bab­cia i dzia­dek nie mają koni. Albo kur­cząt. Z kur­czę­tami to byłby dopiero ubaw.

Opu­ściw­szy szybę, Adriana wychy­liła się przez okno wozu jak uszczę­śli­wiony psiak. Jej czarne loki tań­czyły w pory­wach wia­tru.

Lina wie­działa, że skoń­czy się to cha­osem koł­tu­nów.

A potem zalała ją fala pytań: Jak długo jesz­cze? Czy będę mogła się huś­tać na opo­nie? Czy bab­cia ma lemo­niadę? Czy będę mogła poba­wić się z psem?

Zamiast niej Mimi upo­rała się z pyta­niami dziew­czynki.

A nie­ba­wem Lina musiała odpo­wie­dzieć na wła­sne.

Skrę­ciła przy czer­wo­nej sto­dole, w któ­rej stra­ciła dzie­wic­two, na stryszku, w wieku nie­spełna sie­dem­na­stu lat. To był syn far­mera spe­cja­li­zu­ją­cego się w pro­duk­cji mleka. Fut­bo­li­sta na pozy­cji roz­gry­wa­ją­cego. Matt Weaver. Przy­stojny, dobrze zbu­do­wany, sym­pa­tyczny, ale nie popy­cha­dło.

Niby się kochali, tak jak to bywa, kiedy jest się nie­spełna sie­dem­na­sto­lat­kiem. Chciał się z nią oże­nić - któ­re­goś dnia - ale miała inne plany.

Dowie­działa się potem, że poślu­bił jakąś dziew­czynę, docze­kał się dzieci i wciąż pra­co­wał na ojcow­skiej far­mie.

Uwa­żała, że w jego przy­padku dobrze się stało. Dla niej tak by nie było. Ni­gdy.

Ponow­nie skrę­ciła, odda­la­jąc się od małego mia­sta Tra­ve­ler's Creek, gdzie na nie­wiel­kim pla­cyku stała wło­ska restau­ra­cja Riz­zów, niczym jakiś przy­by­tek ist­nie­jący od dwóch poko­leń.

Jej dziad­ko­wie, któ­rzy go wznie­śli, doszli osta­tecz­nie do wnio­sku, że potrze­bują cie­plej­szego kli­matu. Ale czy nie zało­żyli kolej­nej restau­ra­cji gdzie indziej?

Mieli to we krwi, jak powia­dali, lecz w jakiś spo­sób - szczę­śli­wie - ten gen się w niej nie poja­wił.

Jechała teraz wzdłuż stru­mie­nia, kie­ru­jąc się w stronę jed­nego z trzech kry­tych mostów, które przy­cią­gały foto­gra­fów, tury­stów i mło­do­żeń­ców.

Wydał jej się cza­ru­jący, usa­do­wiony na nie­wiel­kim wznie­sie­niu w zakolu stru­mie­nia. Mimi i Adriana wydały zgodny okrzyk zachwytu, jak zawsze, ile­kroć prze­jeż­dżały mię­dzy czer­wo­nymi ścia­nami, zwień­czo­nymi sko­śnym dachem.

Ponow­nie skrę­ciła, nie zwra­ca­jąc uwagi na Adrianę, która pod­sko­czyła jak gumowa piłka na tyl­nym sie­dze­niu, i wje­chała na krętą drogę, poko­nu­jąc kolejny most nad stru­mie­niem, któ­remu mia­sto zawdzię­czało swą nazwę. Aż w końcu skie­ro­wała się w stronę wiel­kiego domu na wzgó­rzu.

Na ich spo­tka­nie wybie­gły psy, duży żółty kun­del i mały, dłu­go­uchy ogar.

- Tom i Jerry! O rany! Cześć, psiaki, cześć!

- Nie odpi­naj pasa, dopóki się nie zatrzy­mam, Adriano.

- Mamo! - Zro­biła tak, jak jej kazano, pod­ska­ki­wała tylko z rado­ści. - Patrz, to bab­cia i dzia­dek!

Oboje wyszli na duży zada­szony ganek, trzy­ma­jąc się za ręce, Dom i Sophia. Kasz­ta­no­wo­włosa kobieta mie­rzyła sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów w swo­ich różo­wych adi­da­sach, lecz jej mąż i tak nad nią góro­wał przy swo­ich nie­mal stu dzie­więć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trach.

Oboje wciąż sprawni i silni, wyda­wali się o wiele młodsi, kiedy tak stali w cie­niu werandy na pię­trze. Ile teraz mieli lat? - zasta­na­wiała się Lina. Matka jakieś sześć­dzie­siąt sie­dem albo osiem, ojciec był chyba o cztery lata star­szy od niej. Połą­czyła ich miłość jesz­cze lice­alna, a potem prze­żyli w mał­żeń­stwie dłu­gich pięć­dzie­siąt lat.

Prze­żyli stratę syna, który żył nie­spełna czter­dzie­ści osiem godzin, trzy poro­nie­nia i roz­pacz zro­dzoną z lekar­skiej dia­gnozy, że nie będą mieć dzieci.

Aż do chwili, gdy - nie­spo­dzianka! - oboje byli już po czter­dzie­stce i poja­wiła się Lina The­resa.

Zapar­ko­wała pod sze­roką wiatą, obok lśnią­cego czer­wo­nego pic­kupa i mocar­nego czar­nego suv-a. Wie­działa, że uko­chana dzie­cinka jej matki - zgrabny, tur­ku­sowy kabrio­let - zaj­muje hono­rowe miej­sce w wolno sto­ją­cym garażu.

Led­wie naci­snęła hamu­lec, gdy Adriana wysko­czyła z samo­chodu.

- Bab­ciu! Dziadku! Witaj­cie, kochani!

Objęła psy, kiedy Tom oparł się o nią, a Jerry machał zawzię­cie ogo­nem i lizał ją po twa­rzy. A potem pobie­gła wprost w obję­cia dziadka.

- Wiem, że według cie­bie popeł­niam błąd, ale spójrz tylko na nią, Mimi - powie­działa Lina. - W tej chwili to dla niej naj­lep­sze roz­wią­za­nie.

- Każda dziew­czynka potrze­buje matki. - Oznaj­miw­szy to, Mimi wysia­dła z wozu, przy­wo­łała uśmiech na twarz i pode­szła do ganku.

- Jezu, nie wsa­dzam jej prze­cież do koszyka i nie pusz­czam na wodę jak matka Moj­że­sza. To tylko jedno cho­lerne lato.

Jej matka zeszła po scho­dach ganku, po czym dotknęła posi­nia­czo­nej twa­rzy córki i przy­tu­liła ją bez słowa.

Lina odnio­sła wra­że­nie, że nic innego w ciągu minio­nego kosz­mar­nego tygo­dnia nie poru­szyło nią tak bar­dzo.

- Nie mogę, mamo. Nie chcę, żeby Adriana widziała, jak pła­czę.

- Szczere łzy to nie powód do wstydu.

- Wszy­scy mamy ich chwi­lowo dość. - Odsu­nęła się od matki. - Dorze wyglą­dasz.

- Trudno mi to samo powie­dzieć o tobie.

Lina zmu­siła się do uśmie­chu.

- Powin­naś zoba­czyć tam­tego faceta.

Sophia par­sk­nęła śmie­chem.

- Cała ty. Chodź­cie, posie­dzimy na ganku, skoro jest tak ład­nie. Zgłod­nia­ły­ście pew­nie. Przy­go­to­wa­li­śmy dla was jedze­nie.

Wyni­kało to z wło­skiego cha­rak­teru albo z restau­ra­cyj­nych genów, w każ­dym razie rodzice Liny zakła­dali z góry, że każdy, kto zja­wia się w ich domu, musi być głodny.

Doro­śli zasie­dli przy okrą­głym stole na ganku, pod­czas gdy Adriana bawiła się na podwó­rzu z psami. Raczyli się chle­bem, serem, oliw­kami i przy­staw­kami. Stała też w dzbanku lemo­niada; Adriana bar­dzo na nią liczyła. Mimo że wybiła dwu­na­sta, pili też wino.

Połowa kie­liszka, na którą pozwo­liła sobie Lina, pomo­gła jej uwol­nić się od napię­cia wywo­ła­nego pro­wa­dze­niem samo­chodu.

Nie mówili o tym, co się zda­rzyło, gdyż Adriana przy­bie­gała do nich, żeby posie­dzieć - krótko - na kola­nach dziadka, a potem poka­zać nową grę albo napić się lemo­niady i poga­dać o psach.

Lina pomy­ślała, że jej ojciec jest cier­pliwy, jak zawsze w przy­padku dzieci; świet­nie sobie z nimi radził. I był wciąż taki przy­stojny z siwymi wło­sami i kurzymi łap­kami wokół zło­to­brą­zo­wych oczu.

Przez całe życie sobie uświa­da­miała, jak dosko­nałą two­rzą parę, on i Sophia - wysocy i sprawni, oboje tacy przy­stojni, tak bar­dzo zgrani. Czuła się przy nich zawsze tro­chę wyob­co­wana.

No cóż, było tak, prawda? Jakby do nich nie paso­wała, do tego miej­sca ani do tego mia­sta, które miesz­kańcy nazy­wali po pro­stu Creek.

Zna­la­zła swój rytm gdzie indziej.

Adriana zachi­cho­tała, kiedy dzia­dek pod­pi­sał się sumien­nie na jej gip­sie, a bab­cia naszki­co­wała syl­wetki psów, uzu­peł­nione o ich imiona.

- Przy­go­to­wa­li­śmy wam już pokoje - oznaj­miła Sophia. - Prze­nie­siemy wasze bagaże na górę, żeby­ście mogły się roz­pa­ko­wać i odpo­cząć, jeśli macie ochotę.

- Muszę jechać do restau­ra­cji - powie­dział Dom. - Ale wrócę na kola­cję.

- Adriana od wielu dni mówi o huś­tawce. Posłu­chaj, Mimi, może zapro­wa­dzisz ją na tyły domu i się tro­chę poba­wi­cie?

- W porządku. - Mimi wstała i choć spoj­rze­nie, które rzu­ciła Linie, było pełne dez­apro­baty, zawo­łała wesoło do Adriany: - Chodź, pohuś­tamy się.

- O, tak. No dalej, psiaki!

Ojciec zacze­kał, aż Adriana i Mimi znikną za naroż­ni­kiem domu.

- A teraz mów, o co cho­dzi.

- Mimi i ja nie zosta­jemy u was. Muszę wró­cić do Nowego Jorku dokoń­czyć pro­jekt, który zaczę­łam jesz­cze w Waszyng­to­nie. Tam sobie z nim nie pora­dzę, więc... mam nadzieję, że na jakiś czas przy­gar­nie­cie Adrianę.

- Lino - Sophia ujęła dłoń córki - potrze­bu­jesz co naj­mniej kilku dni, żeby odpo­cząć, dojść do sie­bie, zro­bić wszystko, żeby Adriana znów poczuła się bez­pieczna.

- Nie mam czasu na odpo­czy­nek, a gdzie ona będzie bez­piecz­niej­sza niż tu?

- Bez matki?

Lina przy­su­nęła się do ojca.

- Będzie miała was oboje. Muszę tę całą histo­rię zosta­wić za sobą. Nie pozwolę, by znisz­czyła mi karierę i biz­nes, biorę byka za rogi i ruszam przed sie­bie.

- Ten czło­wiek mógł cię zabić... cie­bie, Adrianę, Mimi.

- Wiem, tato, wierz mi. Prze­ży­łam to. Będzie tu szczę­śliwa, bar­dzo jej się tu podoba. Od paru dni nie mówi o niczym innym. Wzię­łam ze sobą wyniki badań, może tu pójść do leka­rza i zro­bić następne prze­świe­tle­nie. Dok­tor w Waszyng­to­nie uważa, że będzie mogła już za tydzień czy dwa nosić rękę na tem­blaku. To typowy uraz, nie­groźny, więc...

- Nie­groźny!

Widząc ojcow­ski gniew, Lina unio­sła dło­nie.

- Pró­bo­wał ją zrzu­cić ze scho­dów. Nie zdą­ży­łam chwy­cić jej dosta­tecz­nie szybko. Nie zdo­ła­łam go powstrzy­mać. Gdyby nie był taki głupi i taki w trupa pijany, dopro­wa­dziłby rzecz do końca, i wtedy skoń­czy­łaby ze zła­ma­nym kar­kiem, a nie tylko nad­garst­kiem. Wierz mi, ni­gdy tego nie zapo­mnę.

- Dom... - mruk­nęła Sophia i pokle­pała uspo­ka­ja­jąco mężow­ską dłoń. - Jak długo mia­łaby tu zostać?

- Przez całe lato. Tak, wiem, to dość długo. Zdaję sobie sprawę, że o wiele was pro­szę.

- Z rado­ścią się nią zaj­miemy - odparła Sophia. - Ale to nie­do­brze, Lino. Nie­do­brze, że zosta­wiasz ją wła­śnie teraz. Dopil­nu­jemy jed­nak, żeby się czuła bez­pieczna i zado­wo­lona.

- Doce­niam to, wierz­cie mi. Skoń­czyła już wła­ści­wie naukę, ale Mimi przy­go­to­wała jej kilka zadań do zro­bie­nia. Wszystko wam wyja­śni. Kiedy się zacznie nowy rok, naj­gor­sze będzie już za nią, za mną, za nami.

Rodzice nie odzy­wali się przez chwilę, spo­glą­dali tylko na nią bez słowa. Patrząc w brą­zo­wo­złote oczy ojca i w zie­lone matki, myślała o tym, jak wiele odzie­dzi­czyła po nich jej córka.

- Wie, że ją tutaj zosta­wiasz? - spy­tał Dom. - Że wra­casz do Nowego Jorku bez niej?

- Nic jej jesz­cze nie powie­dzia­łam, naj­pierw chcia­łam pomó­wić z wami. - Lina wstała. - Poga­dam z nią teraz. Musimy nie­długo wyjeż­dżać. - Mil­czała przez chwilę. - Wiem, że was znowu roz­cza­ro­wa­łam. Ale uwa­żam, że tak będzie naj­le­piej dla wszyst­kich. Potrze­buję czasu, żeby się sku­pić, a nie mogła­bym jej poświę­cić uwagi, jakiej w tej chwili wymaga. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że kiedy tu będzie, żaden repor­ter nie zrobi jej zdję­cia, które potem ukaże się w jakimś bru­kowcu w super­mar­ke­tach.

- Ale ty będziesz szu­kała roz­głosu - przy­po­mniał jej ojciec.

- Ow­szem. Ale takiego, który potra­fię kon­tro­lo­wać. Wiesz, tato, nie wszy­scy męż­czyźni są tacy jak ty, ser­deczni i pełni miło­ści. Wiele kobiet koń­czy z siń­cami na twa­rzy. - Postu­kała się pal­cem pod okiem. - I mnó­stwo dzieci koń­czy z ręką w gip­sie. Bądź pewien, że o tym powiem, kiedy tylko będę miała oka­zję.

Odda­liła się wście­kła, bo uwa­żała, że ma rację. I nie­za­do­wo­lona, bo podej­rze­wała, że się myli.

*

Godzinę póź­niej Adriana stała na ganku i patrzyła, jak jej matka i Mimi odjeż­dżają.

- Skrzyw­dził wszyst­kich z mojego powodu, więc nie chce, żebym z nią była.

Dzia­dek pochy­lił się, a kiedy jego oczy zna­la­zły się na wyso­ko­ści jej wzroku, poło­żył jej dło­nie na ramio­nach.

- To nie­prawda, Adriano. Za nic nie pono­sisz winy, a mama pozwala ci z nami zostać, bo będzie bar­dzo zajęta.

- Zawsze jest zajęta. Mimi i tak się mną opie­kuje.

- Wszy­scy myśle­li­śmy, że chcia­ła­byś spę­dzić z nami waka­cje. - Sophia prze­su­nęła dło­nią po wło­sach Adriany. - Jeśli nie będziesz zado­wo­lona, powiedzmy po tygo­dniu, odwie­ziemy cię do Nowego Jorku.

- Naprawdę?

- Tak. Ale przez ten czas chcemy mieć naszą ulu­bioną wnuczkę wyłącz­nie dla sie­bie. Naszą gioia - radość.

Adriana uśmiech­nęła się leciutko.

- Jestem waszą jedyną wnuczką.

- Mimo wszystko ulu­bioną. A jeśli będziesz zado­wo­lona, dzia­dek nauczy cię robić ravioli, a ja cię nauczę tira­misu.

- Będziesz jed­nak miała też obo­wiązki. - Dom postu­kał ją pal­cem po nosie. - Kar­mie­nie psów, pomoc w ogro­dzie.

- Wie­cie, że lubię to robić, kiedy tu jestem. To nie są obo­wiązki.

- Praca, która spra­wia przy­jem­ność, to wciąż praca.

- Mogę jechać z tobą do restau­ra­cji i popa­trzeć, jak pod­rzu­casz cia­sto na pizzę?

- Nauczę cię tego. Możemy zacząć, jak zdejmą ci gips. Teraz muszę już jechać. Idź umyj ręce, zabiorę cię ze sobą.

- Okej!

Kiedy wbie­gła do domu, Dom wypro­sto­wał się i wes­tchnął.

- Dzieci są wytrzy­małe. Będzie dobrze.

- Ow­szem, ale Lina ni­gdy nie odzy­ska tego stra­co­nego czasu z córką. No cóż. - Sophia pokle­pała męża po policzku. - I nie kupuj jej za dużo cukier­ków.

- Kupię jej tyle, ile trzeba.

*

Ray­lan Wells sie­dział przy dwu­oso­bo­wym sto­liku u Rizza i odra­biał głu­pią pracę domową. Uwa­żał w grun­cie rze­czy, że i tak już ma jej dosta­tecz­nie dużo, ponie­waż musiał wyko­ny­wać pewne prace w domu, dla­czego więc lek­cje nie mia­łyby się ogra­ni­czać wyłącz­nie do głu­piej szkoły?

O dzie­sią­tej poczuł się znę­kany i zdez­o­rien­to­wany przez świat ludzi doro­słych, a także przez zasady usta­no­wione z myślą o dzie­ciach.

Upo­rał się z mate­ma­tyką, co nie było według niego trudne, gdyż zawsze jawiła mu się jako sen­sowna. W prze­ci­wień­stwie do ist­nej kupy innego gówna. Jak na przy­kład koniecz­ność odpo­wia­da­nia na pyta­nia doty­czące wojny sece­syj­nej. Jasne, miesz­kali nie­da­leko Antie­tam i w ogóle, i pole bitewne było nie­sa­mo­wite, ale prze­cież to wszystko zda­rzyło się dawno temu. Unia wygrała, Kon­fe­de­ra­cja prze­grała. Jak się wyra­ził Stan Lee - a prze­cież był geniu­szem - "Nie ma o czym gadać".

Tak więc Ray­lan odpo­wie­dział na jedno pyta­nie, potem na następne, po czym zaczął sobie wyobra­żać epicką bitwę mię­dzy Spi­der­ma­nem i Dok­to­rem Octo­pu­sem.

Była aku­rat, jak to mawiała jego matka, mar­twa pora - po lun­chu, a przed obia­dem - więk­szość klien­teli sta­no­wili ucznio­wie szkoły śred­niej, któ­rzy przy­cho­dzili pograć na auto­ma­tach, a cza­sem zafun­do­wać sobie kanapkę lub colę.

Sam nie mógł się napić, dopóki nie skoń­czył głu­piej pracy domo­wej. Zasada usta­no­wiona przez mamę.

Prze­biegł wzro­kiem po pustej w więk­szo­ści jadalni, poza kon­tuar, i utkwił spoj­rze­nie w dużym otwar­tym oknie kuchni, w któ­rej pra­co­wała.

Pół roku wcze­śniej goto­wała wyłącz­nie w domu, we wła­snej kuchni. Ale to było jesz­cze przed ucieczką ojca.

Teraz mama goto­wała tutaj, ponie­waż musieli opła­cać rachunki i temu podobne. Nosiła duży, czer­wony far­tuch z napi­sem rizzo z przodu, a włosy cho­wała pod głup­ko­wa­tym bia­łym czep­kiem, który wkła­dali wszy­scy kucha­rze i pomoc­nicy.

Powie­działa, że lubi tu pra­co­wać, a on sądził, że to prawda, ponie­waż wyglą­dała na bar­dzo zado­wo­loną, gdy się krzą­tała przy gigan­tycz­nym piecu.

Potra­fił się na ogół zorien­to­wać, kiedy nie mówi prawdy.

Jak wtedy, gdy powie­działa jemu i jego sio­strze, że wszystko jest w porządku, ale jej oczy mówiły coś innego.

Tro­chę się bał na początku, lecz wma­wiał sobie, że wszystko jest okej. Maya pła­kała, ale miała tylko sie­dem lat, no i była dziew­czynką. A zresztą nawet i ona w końcu zdo­łała się jakoś pozbie­rać.

Z grub­sza.

Wyobra­żał sobie, że jest teraz panem domu, ale szybko się prze­ko­nał, że nie ozna­cza to wcale, że może daro­wać sobie pracę domową albo zosta­wać w szkole do wie­czora.

Więc odpo­wie­dział na następne durne pyta­nie o wojnę sece­syjną.

Maya mogła iść do swo­jej przy­ja­ciółki Cas­sie i tam odra­biać lek­cje. Co nie zna­czy, by jej kie­dy­kol­wiek ich dużo zada­wano. A on? Zde­cy­do­wana odmowa ze strony matki.

Może dla­tego, że poprzed­niego dnia jego naj­lep­szy przy­ja­ciel i dwaj naj­lepsi przy­ja­ciele przy­ja­ciela ćwi­czyli rzuty do kosza i obi­jali się, zamiast odra­biać lek­cje.

Podob­nie jak dzień wcze­śniej.

Dok­tor Octo­pus nie miał spo­sobu na Gniew Mamy, więc teraz musiał się mel­do­wać po szkole u Rizza, zamiast obi­jać się u Micka, Nate'a albo Spen­cera.

Nie byłoby nawet tak źle, gdyby Mick, Nate albo Spen­cer mogli obi­jać się wraz z nim w tym lokalu. Nie­stety, ich mamy też pałały gnie­wem.

Gdy Ray­lan zoba­czył wcho­dzą­cego pana Rizzo, tro­chę się oży­wił. Wia­domo było, że kiedy szef wkro­czy do kuchni, to zacznie pod­rzu­cać pla­cek do pizzy. Mama Ray­lana i kilku innych kucha­rzy też potra­fiło to robić, ale pan Rizzo znał różne sztuczki - pod­rzu­cał pla­cek, po czym obra­cał nim w powie­trzu i chwy­tał go za ple­cami.

I jeśli aku­rat nie byli zbyt zajęci, pozwa­lał Ray­la­nowi też tego spró­bo­wać, a nawet przy­rzą­dzić wła­sną pizzę z takimi dodat­kami, jakie tylko chciał - i to za darmo.

Nie zwró­cił szcze­gól­nej uwagi na dzie­ciaka, który zja­wił się z panem Rizzo, bo była to dziew­czyna. Ponie­waż jed­nak miała gips na ręku, wydała mu się odro­binę bar­dziej inte­re­su­jąca.

Prze­cho­dziły mu przez głowę różne powody nosze­nia tego gipsu, gdy zma­gał się z ostat­nimi pyta­niami pracy domo­wej.

Spa­dła w głąb studni, z drzewa albo z okna pod­czas pożaru domu.

Odpo­wie­dziaw­szy na pyta­nia - wresz­cie! - zabrał się do ostat­niego zada­nia.

Naj­pierw odro­bił mate­ma­tykę, bo była łatwa, a potem chłam histo­ryczny, bo zda­wał się nudny.

Na koniec zosta­wił sobie pisow­nię słów w wybra­nym zda­niu, ponie­waż się nimi bawił.

Słowa lubił jesz­cze bar­dziej niż mate­ma­tykę i nie­mal tak samo jak rysunki.

1. Pie­szy. Samo­chód ucie­ka­jący po napa­dzie na bank prze­je­chał pie­szego.

2. Sąsiedz­two. Kiedy obcy z pla­nety Zork naje­chali Zie­mię, świat mógł liczyć na jedyne życz­liwe sąsiedz­two Spi­der­mana.

3. Kosze­nie. Zły nauko­wiec pory­wał powią­za­nych w snopki ludzi i zaczął kosze­nie ich orga­nów w celu doko­ny­wa­nia sza­lo­nych eks­pe­ry­men­tów.

Wła­śnie upo­rał się z ostat­nim z dzie­się­ciu słów, kiedy przy­sia­dła się do niego matka.

- Odro­bi­łem tę całą głu­pią pracę domową.

Ponie­waż jej zmiana dobie­gła końca, Janet zdjęła już far­tuch i cze­pek. Zaczęła strzyc się na krótko po odej­ściu męża, uwa­żała, że fry­zura na chło­paka jej pasuje. Nie wyma­gała szcze­gól­nych zabie­gów.

Pomy­ślała, że Ray­lan też mógłby się tak strzyc. Jego nie­gdyś płowe blond włosy zaczy­nały przy­bie­rać ciem­no­mio­dową barwę, jak u niej. Dora­sta - pomy­ślała, pro­sząc gestem, by poka­zał jej pracę domową.

Obrzu­cił ją spoj­rze­niem tych wspa­nia­łych zie­lo­nych oczu - oczu jej taty - i pod­su­nął jej zeszyt.

Tak, dora­stał, jego włosy nie były już po dzie­cin­nemu rzad­kie ani jasne niczym wata cukrowa, tylko gęste, nieco pofa­lo­wane. Stra­cił też dzie­cięcą krą­głość twa­rzy - gdzie się podział ten czas? - a rysy nabrały ostro­ści, która miała go cecho­wać w doro­słym życiu.

Dosłow­nie na jej oczach prze­mie­nił się z uro­czego chłopca w przy­stoj­niaka.

Spraw­dziła jego pracę domową, bo choć mogła doj­rzeć w chłopcu męż­czy­znę, jakim stałby się pew­nego dnia, to jed­nak wciąż się lubił obi­jać.

Prze­czy­tała zda­nia doty­czące pisowni.

"Nie­dola. Nie­dola Mrocz­nego Ryce­rza to wola walki jak ulu­biona rola".

Uśmiech­nął się tylko.

- Pasuje.

- Jakim cudem ktoś tak cho­ler­nie bystry poświęca tyle czasu i wysiłku, żeby wykrę­cić się od pracy domo­wej, którą może wyko­nać w nie­spełna godzinę?

- Bo praca domowa jest do kitu.

- Ow­szem - przy­znała. - Ale to twój obo­wią­zek. Nie­źle ci dzi­siaj poszło.

- Mogę więc iść do Mike'a?

- Jak na kogoś tak dobrego z mate­ma­tyki masz pro­blem z poli­cze­niem dni tygo­dnia. Szla­ban aż do soboty. I jeśli znowu wykrę­cisz się od pracy domo­wej...

- ...szla­ban przez dwa tygo­dnie - dokoń­czył tonem raczej smutku niż roz­go­ry­cze­nia. - To co mam teraz robić? Przez całe godziny?

- Nie martw się, kocha­nie. - Oddała mu zeszyt. - Mam dla cie­bie mnó­stwo rze­czy do zro­bie­nia.

- Obo­wiąz­ków. - Na jego twa­rzy malo­wało się roz­go­ry­cze­nie. - Prze­cież odro­bi­łem wszyst­kie lek­cje.

- Och, spo­dzie­wasz się nagrody za to, co powi­nie­neś robić? Rozu­miem! - Z sze­ro­kim uśmie­chem i roz­tań­czo­nym wzro­kiem złą­czyła dło­nie. - A co powiesz na to, żebym wyca­ło­wała cię po twa­rzy? - Nachy­liła się ku niemu. - Po pro­stu wyca­łuję twoją twarz na oczach wszyst­kich. Mniam mniam, cmok cmok.

Wzdry­gnął się, nie potra­fił wszakże powstrzy­mać uśmie­chu.

- Prze­stań!

- Duże gło­śne poca­łunki nie wpra­wi­łyby cię w zakło­po­ta­nie, prawda, mój kochany maleńki chłop­czyku?

- Jesteś stuk­nięta, mamo.

- Tak jak ty. A teraz chodźmy po twoją sio­strę. I do domu.

Wsa­dził zeszyt z powro­tem do ple­caka.

Zaczęli się zja­wiać klienci, by napić się piwa albo wina, i spo­tkać się ze zna­jo­mymi na wcze­snym obie­dzie.

Pan Rizzo wło­żył cze­pek i far­tuch i teraz odsta­wiał swój numer z pod­rzu­ca­niem cia­sta. Dziew­czynka sie­działa przy kon­tu­arze i biła brawo.

- Do widze­nia, panie Rizzo! - krzyk­nął Ray­lan.

Szef chwy­cił pla­cek, obró­cił nim na palcu i mru­gnął.

- Ciao, Ray­lan. Opie­kuj się mamą.

- Tak, pro­szę pana.

Wyszli na kryty taras, gdzie kil­koro ludzi już posi­lało się przy sto­li­kach. Woń kwia­tów w donicz­kach mie­szała się z zapa­chem pie­czo­nych kal­ma­rów, pikant­nego sosu i tostów.

Rynek ota­czały duże beto­nowe kwiet­niki, sklepy też były ozdo­bione donicz­kami albo wiszą­cymi koszami.

Kiedy cze­kali oboje na zie­lone świa­tło przed przej­ściem, Jan z tru­dem się powstrzy­mała, by nie wziąć syna za rękę.

Dzie­sięć lat, upo­mniała się w myślach. Nie chciał trzy­mać już mat­czy­nej dłoni, prze­cho­dząc przez ulicę.

- Kim była ta dziew­czynka z panem Rizzo?

- Hm? Och, to jego wnuczka, ma na imię Adriana. Spę­dzi u nich lato.

- A skąd ten gips na jej ręce?

- Uszko­dziła sobie nad­gar­stek.

- Jak? - spy­tał, gdy ruszyli na drugą stronę ulicy.

- Upa­dła.

Poczuła na sobie wzrok syna, kiedy się zbli­żali do następ­nej prze­cznicy, i zer­k­nęła na niego.

- O co ci cho­dzi?

- Masz to spoj­rze­nie.

- Jakie spoj­rze­nie?

- Takie jak wtedy, gdy nie chcesz mi powie­dzieć cze­goś nie­do­brego.

Przy­pusz­czała, że oczy naprawdę ją zdra­dzają. I że w mie­ście tak małym jak Tra­ve­ler's Creek, gdzie rodzina Riz­zów sta­no­wiła nie­od­łączną część wspól­noty, Ray­lan - ze swoim wyostrzo­nym słu­chem - prę­dzej czy póź­niej się dowie.

- To wina jej ojca.

- Poważ­nie? - Jego wła­sny ojciec powie­dział wpraw­dzie i zro­bił mnó­stwo paskud­nych rze­czy, ale ni­gdy by nie uszko­dził swoim dzie­ciom rąk.

- Spo­dzie­wam się, że usza­nu­jesz pry­wat­ność pana i pani Rizzo, Ray­la­nie. A ponie­waż zamie­rzam przy­pro­wa­dzić do nich Mayę - jest w tym samym wieku, co Adriana, może się zaprzy­jaź­nią - nie chcę, żebyś mówił sio­strze cokol­wiek. Jeśli Adriana tak posta­nowi, sama jej powie.

- Okej, ale o Jezu, jej tata naprawdę zła­mał jej rękę!?

- Nad­gar­stek, ale to też nic przy­jem­nego.

- Sie­dzi w wię­zie­niu?

- Nie żyje.

- O kur­czę! - Zdu­miony i odro­binę pod­eks­cy­to­wany nie­mal pod­sko­czył. - Zabiła go, bro­niąc się przed nim? Coś w tym stylu?

- Nie opo­wia­daj głupstw, Ray­la­nie. To po pro­stu mała dziew­czynka, która prze­żyła kosz­mar. Nie życzę sobie, żebyś ją zamę­czał pyta­niami.

Dotarli do domu Cas­sie, sto­ją­cego naprze­ciw ich wła­snego.

Mogli w nim pozo­stać, ponie­waż Riz­zo­wie dali jej pracę, kiedy ojciec Ray­lana odszedł od nich, zabie­ra­jąc z banku więk­szość pie­nię­dzy.

To była naprawdę jedna z naj­pa­skud­niej­szych rze­czy, jaką zro­bił.

Ray­lan sły­szał potem, jak mama pła­cze, sądząc, że śpi - jesz­cze zanim dostała tę posadę.

Ni­gdy nie zro­biłby ani nie powie­dział niczego, co mogłoby ura­zić pana albo panią Rizzo.

Dziew­czynka jed­nak wyda­wała się teraz o wiele bar­dziej inte­re­su­jąca.

Roz­dział 3

Wszystko, co wią­zało się z tym latem, ule­gło zmia­nie, kiedy Adriana poznała Mayę. W jej świe­cie poja­wiły się odwie­dziny z noco­wa­niem, zabawy i wspólne sekrety.

Po raz pierw­szy w życiu miała praw­dziwą przy­ja­ciółkę.

Uczyła Mayę jogi i kro­ków tanecz­nych - i nie­mal prze­rzutu - a Maya z kolei uczyła ją krę­ce­nia batutą i gry w kości.

Miała psa imie­niem Jimbo, który potra­fił cho­dzić na tyl­nych łapach, i kotkę, Miss Priss, która lubiła się przy­tu­lać.

Miała też brata, Ray­lana, ale ten chciał się tylko bawić grami wideo, czy­tać komiksy albo włó­czyć się z kole­gami, więc rzadko go widy­wała.

Odzna­czał się jed­nak zie­lo­nymi oczami, bar­dziej zie­lo­nymi i ciem­niej­szymi niż jego matka i babka Adriany. Jakby wszy­scy oni dostali jakiś superza­strzyk zie­leni.

Maya mówiła, że to w dużej mie­rze idiota, Adriana jed­nak nie dostrze­gła żad­nych kon­kret­nych dowo­dów owego idio­ty­zmu, gdyż chło­pak trzy­mał się od nich z daleka.

No i naprawdę podo­bały jej się jego oczy.

Siłą rze­czy zasta­na­wiała się, jak by to było mieć brata lub sio­strę. Sio­stra byłaby lep­sza, no pew­nie, ale i tak prze­by­wa­nie w domu z kimś w tym samym wieku wyda­wało się fajne.

Mama Mai była naprawdę prze­miła. Bab­cia nazy­wała ją skar­bem, a dzia­dek powie­dział, że jest świetną kucharką i pra­co­witą osobą. Cza­sem, kiedy pani Wells miała aku­rat swoją zmianę, Maya przy­cho­dziła do Adriany i zosta­wała u nich na cały dzień, a jeśli popro­siły odpo­wied­nio wcze­śnie, inne dziew­czynki też mogły przyjść.

Po usu­nię­ciu gipsu musiała jesz­cze przez trzy tygo­dnie nosić rękę w spe­cjal­nym tem­blaku. Mogła go jed­nak zdej­mo­wać, jeśli chciała zro­bić sobie kąpiel z bąbel­kami albo popły­wać w base­nie na podwó­rzu z tyłu domu u Cas­sie, przy­ja­ciółki Mai.

Pew­nego dnia, pod koniec czerwca, poszła z Mayą na górę, żeby przy­go­to­wać wszystko, co było potrzebne do her­batki, którą zamie­rzały urzą­dzić sobie na dwo­rze, w cie­niu wiel­kiego drzewa.

Przy­sta­nęła pod otwar­tymi drzwiami sypialni Ray­lana. Wcze­śniej zawsze były zamknięte, wisiała na nich tabliczka wstęp wzbro­niony.

- Nie wolno nam tam wejść bez pozwo­le­nia - poin­for­mo­wała ją Maya. Tego dnia jej jasne włosy były sple­cione w war­ko­czyki, jej mama miała aku­rat wolne i dużo czasu. Pod­parła dło­nią bio­dro i prze­wró­ciła wymow­nie oczami. - I tak nie mia­ła­bym na to ochoty. Jest tam bała­gan i brzydko pach­nie.

Adriana nie wyczuła nic nie­przy­jem­nego, ale słowo "bała­gan" było rze­czy­wi­ście traf­nym okre­śle­niem. Ray­lan nawet nie zadał sobie trudu, by choć tro­chę poście­lić łóżko. Po pod­ło­dze walały się ubra­nia i buty, a tu i ówdzie wysta­wały z nich ruchome figurki.

Jej uwagę przy­cią­gnęły ściany pokryte rysun­kami.

Super­bo­ha­te­ro­wie, walki z potwo­rami albo zło­czyń­cami, statki kosmiczne, oso­bliwe budowle, wie­jące grozą lasy.

- On to wszystko nary­so­wał?

- Tak, robi to przez cały czas. Dobrze rysuje, ale zawsze coś głu­piego. Ni­gdy nie rysuje niczego ład­nego, wyją­tek zro­bił tylko na Dzień Matki. Nary­so­wał bukiet kwia­tów i poko­lo­ro­wał je. Mama się roz­pła­kała, ale dla­tego, że jej się to spodo­bało.

Adriana wcale nie uwa­żała, że te rysunki są głu­pie - nie­które budziły lęk, nie było w nich jed­nak nic nie­mą­drego. Mimo wszystko nie powie­działa tego gło­śno, ponie­waż Maya była jej przy­ja­ciółką.

Gdy wsu­nęła głowę w drzwi odro­binę głę­biej, po scho­dach na górę wbiegł Ray­lan. Zastygł na chwilę w miej­scu i zmru­żył oczy, a potem zablo­ko­wał sobą wej­ście do pokoju.

- Nie wolno wam tam wcho­dzić.

- Nie weszły­śmy, matołku. Nikt nie chce wcho­dzić do two­jego cuch­ną­cego pokoju. - Maya pocią­gnęła prze­sad­nie nosem i znów poło­żyła dłoń na bio­drze.

- Drzwi były otwarte - wyja­śniła Adriana, zanim Ray­lan zdą­żył odciąć się sio­strze. - Nie weszłam tam, słowo. Patrzy­łam tylko na rysunki. Są naprawdę dobre. Podoba mi się zwłasz­cza Iron Man. Ten - dodała i przy­brała jakby pozy­cję do lotu, z wycią­gniętą ręką i zaci­śniętą pię­ścią.

Teraz te pełne gniewu oczy napo­tkały jej wzrok. Cof­nęła się odru­chowo, a jej nad­gar­stek zapul­so­wał bólem fan­to­mo­wym.

Zauwa­żył, że objęła kon­tu­zjo­waną koń­czynę dło­nią, i przy­po­mniał sobie jej ojca. Każdy by się bał, gdyby jego wła­sny ojciec coś mu zła­mał.

Wzru­szył więc tylko ramio­nami, jakby go to wcale nie obcho­dziło. Może jed­nak był pod nie­ja­kim wra­że­niem, że ta dziew­czynka jed­nak wie­działa, kim jest Iron Man.

- Ujdzie. To było tylko ćwi­cze­nie. Potra­fię ryso­wać lepiej.

- Spi­der­man i Dok­tor Octo­pus też są nie­sa­mo­wici.

No dobrze, był bar­dziej niż pod wra­że­niem. Żadna z głu­pa­wych kole­ża­nek Mai nie odróż­niała Octo­pusa od Zie­lo­nego Goblina.

- Ow­szem, tak sądzę. - Uzna­jąc, że wystar­czy jak na jedną roz­mowę z dziew­czyną, uśmiech­nął się szy­der­czo do sio­stry. - Nie wchodź tutaj.

Z tymi sło­wami wszedł do pokoju i zatrza­snął drzwi.

Maya uśmiech­nęła się pro­mien­nie.

- Widzia­łaś? Tak jak mówi­łam. Idiota.

Po czym wzięła Adrianę za rękę i pospie­szyła do swo­jego pokoju po rekwi­zyty do her­batki.

Tego wie­czoru, przed pój­ściem do łóżka, Adriana wzięła kilka kar­tek papieru i ołó­wek, by nary­so­wać swoją ulu­bioną super­bo­ha­terkę, Czarną Wdowę.

Wszystko, co wycho­dziło spod jej ręki, wyglą­dało jak kleksy połą­czone z liniami albo... jesz­cze wię­cej klek­sów. Ze smut­kiem wró­ciła do swo­ich stan­dar­do­wych moty­wów - domu, drzew, kwia­tów i dużego, okrą­głego słońca.

Nawet to nie było dosta­tecz­nie dobre - i doty­czyło każ­dego rysunku - choć bab­cia zawsze je wie­szała na drzwiach lodówki.

Nie wycho­dziło jej ryso­wa­nie. Ani też goto­wa­nie, ani wypieki, choć bab­cia i dzia­dek ją zapew­niali, że szybko się uczy.

A co jej wycho­dziło?

Żeby się pocie­szyć, poćwi­czyła jogę - musiała jed­nak uwa­żać, by nie obcią­żać zbyt­nio nad­garstka.

Kiedy skoń­czyła wie­czorny rytuał, wyszo­ro­wała zęby i wło­żyła piżamę.

Już miała pójść do dziadka i powie­dzieć mu, że jest gotowa się poło­żyć - bab­cia miała zmianę w restau­ra­cji - kiedy zapu­kał do jej otwar­tych drzwi.

- No, grzeczna dziew­czynka. Wyką­pana i gotowa do snu. A co to takiego? - spy­tał, rzu­ciw­szy okiem na rysu­nek. - No, musi tra­fić do naszej gale­rii.

- To nic, bazgra­nina.

- Każdy widzi piękno po swo­jemu, a mnie się to podoba.

- Brat Mai, Ray­lan, naprawdę potrafi ryso­wać.

- O tak, rze­czy­wi­ście, jest bar­dzo uta­len­to­wany. - Spoj­rzał na nią i dostrzegł jej nadą­saną minę. - Ale ni­gdy nie widzia­łem, by cho­dził na rękach.

- Nie powin­nam tego chwi­lowo robić.

- Ale znowu będziesz. - Poca­ło­wał ją w czu­bek głowy, a potem popchnął deli­kat­nie w stronę łóżka. - Otu­limy teraz cie­bie i Bar­kleya, żeby­śmy mogli prze­czy­tać następny roz­dział Matyldy. Moja dziew­czynka czyta lepiej niż więk­szość nasto­la­tek.

Adriana opa­tu­liła się koł­drą wraz ze swoim plu­szo­wym psem.

- Aktywny umysł, aktywne ciało.

Kiedy Dom się roze­śmiał i usiadł obok niej na łóżku z książką, przy­su­nęła się do niego. Pach­niał trawą, którą sko­sił przed kola­cją.

- Myślisz, że mama za mną tęskni?

- Pew­nie. Dzwoni co tydzień, żeby z tobą poroz­ma­wiać i spraw­dzić, co robisz.

Chcia­ła­bym, żeby dzwo­niła czę­ściej, pomy­ślała Adriana. I rzadko pyta o to, co robię.

- Chyba nauczę cię jutro przy­rzą­dzać maka­ron, a potem ty mnie cze­goś nauczysz.

- Czego?

- Jed­nego z tych ćwi­czeń, które wymy­ślasz. - Postu­kał ją pal­cem po nosie. - Aktywny umysł, aktywne ciało.

Nie kryła zachwytu.

- Okej! Dla cie­bie wymy­ślę coś nowego.

- Byle nie było zbyt trudne. Nie mam wprawy. A teraz prze­czy­taj mi jakąś histo­rię.

*

Kiedy Adriana wra­cała pamię­cią do tam­tego lata, wyda­wało jej się idyl­liczne. Jakby uwol­niła się na chwilę od rze­czy­wi­sto­ści, odpo­wie­dzial­no­ści i rutyny dnia codzien­nego; ni­gdy wię­cej póź­niej tego nie doświad­czyła.

Dłu­gie, gorące, sło­neczne dni z lemo­niadą na weran­dzie, wesoły jazgot psów na podwó­rzu. Dreszcz wywo­łany przez nagłą burzę z pio­ru­nami, kiedy to powie­trze przy­bie­rało srebrną barwę, a drzewa koły­sały się i tań­czyły. Miała przy­ja­ciół, z któ­rymi mogła się bawić i śmiać. Miała try­ska­ją­cych zdro­wiem, peł­nych ener­gii, tro­skli­wych dziad­ków, któ­rzy na ten krótki czas uczy­nili z niej cen­trum swo­jego świata.

Opa­no­wała umie­jęt­no­ści potrzebne w kuchni, a nie­które mogła wyko­rzy­sty­wać przez resztę życia. Odkryła też radość, jaką daje zry­wa­nie świe­żych ziół i warzyw, które rosły tuż za pro­giem, i uśmiech babci, kiedy dzia­dek przy­no­sił jej bukiet sło­necz­ni­ków.

Tego lata nauczyła się, co tak naprawdę ozna­cza rodzina i wspól­nota. Zapa­mię­tała to już na zawsze i czę­sto za tym tęsk­niła.

Lecz dni mijały. Parada i sztuczne ognie w Dniu Nie­pod­le­gło­ści. Gorąca wil­gotna noc pełna kolo­ro­wych świa­teł i wiru­ją­cych dźwię­ków, gdy do Tra­ve­ler's Creek zawi­tało wesołe mia­steczko. Robaczki świę­to­jań­skie, które się łapało, a potem wypusz­czało na wol­ność, obser­wo­wa­nie koli­brów, delek­to­wa­nie się wiśnio­wym lodem na patyku na dużej, zada­szo­nej weran­dzie w dniu tak cichym, że sły­chać było nawet szem­ra­nie stru­mie­nia.

A potem wszy­scy mówili o ubran­kach szkol­nych i przy­bo­rach. Jej przy­ja­ciółki traj­ko­tały o tym, jakiego będą miały nauczy­ciela, i poka­zy­wały z dumą nowe tor­ni­stry i zeszyty.

I lato, pomimo upału, świa­tła, dłu­gich dni, zmie­rzało coraz szyb­ciej do końca.

Pró­bo­wała bez powo­dze­nia nie pła­kać, kiedy bab­cia poma­gała jej się pako­wać.

- Och, daj spo­kój, dzie­cinko. - Sophia wzięła ją w ramiona. - Nie wyjeż­dżasz na zawsze. Odwie­dzisz nas jesz­cze.

- To nie to samo.

- Ale będzie czymś wyjąt­ko­wym. Sama wiesz, jak tęsk­ni­łaś za mamą i Mimi.

- Ale teraz będę tęsk­nić za tobą i dziad­kiem, za Mayą, Cas­sie i panią Wells. Jak to jest, że zawsze muszę za kimś tęsk­nić?

- To trudne, wiem, bo ja i dzia­dek będziemy tęsk­nić za tobą.

- Chcia­ła­bym, żeby­śmy mogły tu miesz­kać. - W tym dużym domu, pomy­ślała, z ład­nym poko­jem, z któ­rego wycho­dziło się na ganek i widziało psy, ogrody i góry. - Nie musia­ła­bym za nikim tęsk­nić, gdy­by­śmy mogły tu być.

Sophia pogła­skała Adrianę po ple­cach i odsu­nęła się, żeby wło­żyć do walizki parę dżin­sów.

- To nie jest dom two­jej mamy, moje dziecko.

- Kie­dyś był. Uro­dziła się tutaj, cho­dziła prze­cież do szkoły i w ogóle.

- Ale teraz to nie jest jej dom. Każdy musi zna­leźć wła­sny.

- A jeśli chcę, żeby był mój? Jak to jest, że nie mogę mieć tego, czego chcę?

Sophia spoj­rzała na tę słodką, bun­tow­ni­czą twarz i poczuła, jak ści­ska jej się serce. Mała tak bar­dzo przy­po­mi­nała swoją matkę.

- Kiedy już będziesz dosta­tecz­nie duża, może zechcesz, by był to twój dom. Albo wybie­rzesz Nowy Jork czy inne miej­sce. I wtedy zde­cy­du­jesz.

- Dzie­ciom nie wolno o niczym decy­do­wać.

- I dla­tego ludzie, któ­rzy je kochają, sta­rają się za wszelką cenę podej­mo­wać za nie wła­ściwe decy­zje, dopóki same nie mogą tego zro­bić. Twoja mama bar­dzo się stara, Adriano. Wierz mi.

- Gdy­byś powie­działa, że mogła­bym tu miesz­kać, pew­nie by się zgo­dziła.

Sophia poczuła nagle, że serce jesz­cze moc­niej jej się ści­ska.

- Nie byłoby to dobre ani dla cie­bie, ani dla mamy. - Usia­dła na brzegu łóżka i ujęła w dło­nie zapła­kaną twarz Adriany. - Potrze­bu­je­cie się nawza­jem. Posłu­chaj - powie­działa, kiedy dziew­czynka pokrę­ciła głową. - Wie­rzysz, że zawsze mówię ci prawdę?

- Tak myślę. Ow­szem.

- I wła­śnie teraz mówię ci prawdę. Potrze­bu­je­cie się nawza­jem. Może w tej chwili, kiedy jesteś smutna i zagnie­wana, nie odczu­wasz tego w ten spo­sób, ale tak wła­śnie jest.

- Czy ty i dzia­dek mnie nie potrze­bu­je­cie?

- Och Boże, oczy­wi­ście, że cię potrze­bu­jemy. - Przy­cią­gnęła Adrianę do sie­bie i objęła ją mocno. - Gioia mia. Dla­tego będziesz do nas pisała, a my będziemy ci odpi­sy­wać.

- Listy? Ni­gdy nie napi­sa­łam listu.

- Teraz napi­szesz. I dam ci na począ­tek bar­dzo ładną pape­te­rię. Mam ją w biurku, zaraz przy­niosę. Spa­ku­jemy ją razem.

- I będziesz pisała listy tylko do mnie?

- Tylko do cie­bie. I raz w tygo­dniu będziesz do mnie dzwo­niła, żeby­śmy mogły poroz­ma­wiać.

- Obie­cu­jesz?

- Obie­cuję. - Sophia ujęła palu­szek dziew­czynki, przy­wo­łu­jąc jej uśmiech.

Nie pła­kała, kiedy pod­je­chał samo­chód - duża, lśniąca, czarna limu­zyna - tylko przy­warła do dłoni dziadka.

Ści­snął jej rękę.

- Oho, popatrz, jaki wóz! Będziesz podró­żo­wała w wiel­kim stylu. No, bie­gnij. - Znowu ści­snął jej dłoń. - Przy­wi­taj się z mamą.

Kie­rowca nosił gar­ni­tur i kra­wat i wysiadł pierw­szy, żeby otwo­rzyć drzwi. Z samo­chodu wysu­nęła się matka. Miała na sobie ładne, srebrne san­dały, Adriana zaś dostrze­gła, że poma­lo­wała paznok­cie u stóp na jasno­ró­żowo, pod kolor bluzki.

Mimi wysia­dła z dru­giej strony, cała w uśmie­chach, choć oczy jej błysz­czały.

Nawet w wieku nie­spełna ośmiu lat Adriana wie­działa, że nie powinna się witać naj­pierw z Mimi. Ruszyła więc przez traw­nik w stronę matki. Lina pochy­liła się, żeby objąć córkę.

- Wydaje mi się, że jesteś wyż­sza. - Pro­stu­jąc się, prze­su­nęła dło­nią po war­ko­czyku Adriany. Potem zmarsz­czyła brwi, jak zawsze, gdy jej się coś nie podo­bało. - Dużo się opa­la­łaś.

- Sma­ro­wa­łam się kre­mem z fil­trem. Bab­cia i dzia­dek pil­no­wali tego.

- Dobrze. Bar­dzo dobrze.

- Gdzie moja mała? - Mimi roz­po­starła ramiona, Adriana zaś pod­bie­gła do niej bez waha­nia. - Och, tęsk­ni­łam za tobą! - Pod­nio­sła dziew­czynkę, uca­ło­wała jej policzki, i mocno ją uści­skała. - Wyro­słaś. Cała jesteś złota i pach­niesz słoń­cem.

Wszy­scy się uści­skali, ale Lina oznaj­miła, że nie mogą zostać na posi­łek ani nawet na drinka.

- Przy­le­cia­ły­śmy z Chi­cago. Już teraz mi się zdaje, że to był długi dzień, a rano mam wywiad w Today. Dzię­kuję, że się nią opie­ko­wa­li­ście.

- Jest cudowna. - Sophia ujęła dło­nie Adriany i uca­ło­wała je. - Abso­lut­nie cudowna. Będę tęsk­niła za twoją śliczną buzią.

- Bab­ciu. - Adriana objęła star­szą kobietę.

Dom pod­niósł ją i przy­tu­lił.

- Bądź dobra dla mamy. - Poca­ło­wał ją w szyję, a potem uwol­nił z objęć.

Uści­skała Toma i Jerry'ego, tuląc zapła­kaną twarz do sier­ści psia­ków.

- Chodź, Adriano, można by pomy­śleć, że ni­gdy wię­cej ich nie zoba­czysz. Ani się obej­rzysz, gdy nadej­dzie następne lato.

- Mogły­by­ście przy­je­chać na Boże Naro­dze­nie - powie­działa Sophia.

- Zoba­czymy, jak się ułoży. - Lina poca­ło­wała w poli­czek matkę, a potem ojca. - Dzię­kuję wam. To była ogromna ulga wie­dzieć, że jest z dala od... tego wszyst­kiego. Przy­kro mi, że nie mogę zostać dłu­żej, ale muszę być o szó­stej rano w stu­dio.

Zer­k­nęła na samo­chód, w któ­rym Mimi pró­bo­wała zająć dziew­czynkę, poka­zu­jąc jej, jak dzia­łają świa­tła w wozie.

- To było dla niej dobre. Dobre dla wszyst­kich.

- Przy­jedź­cie na Boże Naro­dze­nie. - Sophia ujęła dłoń córki. - Albo na Święto Dzięk­czy­nie­nia.

- Spró­buję. Uwa­żaj­cie na sie­bie.

Wsia­dła do samo­chodu i zatrza­snęła drzwi.

Igno­ru­jąc mat­czyne pole­ce­nie zapię­cia pasa, Adriana uklę­kła na tyl­nym sie­dze­niu i zoba­czyła przez szybę dużego wozu, jak jej dziad­ko­wie, sto­jąc przed wiel­kim domem z psami u stóp, machają na poże­gna­nie.

- Usiądź, Adriano, Mimi cię przy­pnie. - Gdy limu­zyna prze­my­kała pod kry­tym mostem, roz­dzwo­niła się komórka Liny. - Muszę ode­brać. - Prze­su­nęła się na drugi koniec kanapy. - Tu Lina. Witaj, Mere­dith.

- Mamy wodę sodową i sok - oznaj­miła wesoło Mimi, przy­pi­na­jąc Adrianę pasami. - Tro­chę jagód i te wege­ta­riań­skie chipsy, które tak lubisz. Zro­bimy sobie samo­cho­dowy pik­nik.

- W porządku. - Adriana roz­pięła nie­wielki ple­ca­czek, który kupili jej dziad­ko­wie, i wyjęła game boya. - Nie jestem głodna.

NOWY JORK

Począw­szy od tych dawno minio­nych waka­cji, Adriana nabrała zwy­czaju pisa­nia listów. Dzwo­niła do dziad­ków przy­naj­mniej raz w tygo­dniu, wysy­łała cza­sem maila albo ese­mesa, ale coty­go­dniowe listy stały się tra­dy­cją.

Korzy­sta­jąc z cie­płego, wietrz­nego wrze­śnio­wego poranka, usia­dła na zewnętrz­nym tara­sie mat­czy­nego trzy­po­zio­mo­wego apar­ta­mentu w Upper East Side, żeby napi­sać o swoim pierw­szym tygo­dniu w szkole.

Mogła wystu­kać to na kom­pu­te­rze i prze­słać mailem, ale, jak pomy­ślała, sam akt odręcz­nego pisa­nia prze­mie­niał list w coś oso­bi­stego.

Wysy­łała ese­mesy, dość czę­sto, zwłasz­cza do Mai, ale nawet i do niej zdo­by­wała się cza­sem na pocz­tówkę.

Nie miała już opie­kunki - Mimi zako­chała się w Isa­acku, wyszła za mąż i uro­dziła dwójkę wła­snych dzieci. Poza tym, Adriana prze­cież miała za sześć tygo­dni skoń­czyć sie­dem­na­ście lat.

Mimi wciąż pra­co­wała dla Liny, ale jako asy­stentka od spraw admi­ni­stra­cyj­nych, czu­wała nad har­mo­no­gra­mem spo­tkań albo kon­tak­to­wała się z Har­rym w uma­wia­niu wywia­dów i orga­ni­za­cji even­tów.

Kariera matki nabrała nie­by­wa­łego tempa, jeśli cho­dzi o porad­niki i płyty DVD, imprezy poświę­cone fit­nes­sowi, wykłady moty­wa­cyjne, występy w tele­wi­zji (zagrała nawet w serialu Prawo i porzą­dek, sek­cja spe­cjalna).

Marka Yoga Baby świe­ciła peł­nym bla­skiem.

Fla­gowy pro­dukt, czyli siłow­nia Ever Fit na Man­hat­ta­nie, objął swoim zasię­giem cały kraj. Stroje do ćwi­czeń, pro­dukty odżyw­cze, olejki, świece, emul­sje, sprzęt gim­na­styczny - wszystko to w ciągu nie­spełna dzie­się­ciu lat prze­mie­niło się z jed­no­oso­bo­wej dzia­łal­no­ści w naro­dowe przed­się­wzię­cie warte miliard dola­rów.

Yoga Baby finan­so­wała obozy dla dzieci z ubo­gich rodzin i wspie­rała szczo­drze ośrodki dla samot­nych matek, więc Adriana nie mogła w żaden spo­sób twier­dzić, że jej matka nie jest hojna.

Jed­nak przez więk­szość dni wra­cała po szkole do pustego apar­ta­mentu. Żar­to­wała z Mayą, że łączy ją ści­ślej­szy zwią­zek z por­tie­rem niż z wła­sną matką.

Ich naj­ści­ślej­szy kon­takt spro­wa­dzał się do tego - jak uwa­żała - że pra­co­wały razem nad corocz­nym nagra­niem DVD, uwiecz­nia­ją­cym ćwi­cze­nia matki i córki.

Było to jed­nak jej życie; już zde­cy­do­wała, co z nim zrobi, gdy zyska prawo podej­mo­wa­nia wła­snych wybo­rów.

Już doko­nała jed­nego i teraz sie­działa w powie­wach cie­płego wia­tru, cze­ka­jąc na nie­uchronne.

Nie trwało to długo.

Posły­szała, jak oszklone drzwi za jej ple­cami roz­su­wają się i zatrzy­mują z gło­śnym stu­ko­tem.

- Adriano, na litość boską, co ty wypra­wiasz? Nie zaczę­łaś się nawet pako­wać. Za godzinę wyjeż­dżamy.

- Ty wyjeż­dżasz za godzinę - spro­sto­wała dziew­czyna, nie prze­ry­wa­jąc pisa­nia. - Nie muszę się pako­wać, bo nie wyjeż­dżam.

- Nie bądź dziec­kiem. Jutro, w Los Ange­les, mam zajęty cały dzień. Pakuj się.

Adriana odło­żyła pióro i prze­su­nęła się na krze­śle, by spoj­rzeć matce w oczy.

- Nie. Nie jadę. Nie pozwolę, żebyś cią­gnęła mnie ze sobą po całym kraju przez następne dwa i pół tygo­dnia. Nie zamie­rzam pomiesz­ki­wać w poko­jach hote­lo­wych i uczyć się przez inter­net. Zostanę tutaj i będę cho­dzić do tej prze­klę­tej pry­wat­nej szkoły, do któ­rej mnie wepchnę­łaś zeszłej wio­sny, kiedy kupi­łaś to miesz­ka­nie.

- Zro­bisz dokład­nie to, co mówię. Wciąż jesteś dziec­kiem, więc...

- Przed chwilą mi powie­dzia­łaś, żebym nim nie była. Albo tak, albo tak, mamo. Mam szes­na­ście lat - za kilka tygo­dni skoń­czę sie­dem­na­ście. Jestem led­wie od trzech tygo­dni w tej nowej szkole i z nikim się nie przy­jaź­nię. Nie zamie­rzam sie­dzieć przez cały dzień w pokoju hote­lo­wym albo jakimś stu­dio czy innym cen­trum even­to­wym. Rów­nie dobrze mogę sie­dzieć po lek­cjach tutaj.

- Nie jesteś na tyle doro­sła, żeby zostać tu sama.

- Ale jestem dosta­tecz­nie doro­sła, żeby zostać sama w jakimś mie­ście, kiedy ty będziesz pod­pi­sy­wała swoją nową książkę albo płytę, udzie­lała wywia­dów lub brała udział w róż­nych impre­zach.

- Nie będziesz tam sama. - Pode­ner­wo­wana i zbita z tropu, Lina usia­dła. - Zawsze mogę zadzwo­nić albo prze­słać ci ese­mesa.

- A ponie­waż Mimi nie jedzie z tobą, bo ma dwoje dzieci i nie chce się ni­gdzie ruszać na dwa tygo­dnie, też może zadzwo­nić. Potra­fię o sie­bie zadbać. Jeśli tego nie zauwa­ży­łaś, robię to już od jakie­goś czasu.

- Dopil­no­wa­łam, żebyś miała wszystko, czego potrze­bu­jesz albo chcesz. I nie mów do mnie takim tonem. - Pode­ner­wo­wa­nie prze­mie­niło się w szok i gniew. - Masz zapew­nioną moż­li­wie naj­lep­szą edu­ka­cję, która pozwoli ci wybrać każde stu­dia. Masz piękny, bez­pieczny dom. Pra­cuję, i to ciężko, żeby ci to wszystko zapew­nić.

Adriana obrzu­ciła Linę dłu­gim, nie­wzru­szo­nym spoj­rze­niem.

- Pra­cu­jesz ciężko, ponie­waż jesteś ambitną kobietą o okre­ślo­nej pasji. Nie wypo­mi­nam ci tego. Podo­bało mi się w szkole publicz­nej. Mia­łam tam przy­ja­ciół. Teraz pró­buję być zado­wo­lona i zna­leźć przy­ja­ciół tam, gdzie mnie posy­łasz. Nie będę mogła ich mieć, jeśli wyjadę na dwa tygo­dnie.

- Jeśli sądzisz, że zosta­wię nasto­latkę samą w Nowym Jorku, żeby mogła urzą­dzać przy­ję­cia, wiać ze szkoły i wycho­dzić z domu, kiedy jej się spodoba, to się grubo mylisz.

Adriana skrzy­żo­wała ręce na stole i pochy­liła się.

- Przy­ję­cia? Z kim? Nie piję, nie palę, nie zaży­wam nar­ko­ty­ków. Nie­wiele bra­ko­wało, żebym miała w zeszłym roku chło­paka, ale teraz muszę zacząć od nowa. Wiać ze szkoły? Jestem od dzie­sią­tego roku życia jedną z naj­lep­szych uczen­nic. A gdy­bym chciała wycho­dzić z domu o każ­dej porze, mogła­bym to robić pod twoją obec­ność. Nawet byś tego nie zauwa­żyła. Popatrz na mnie. - Adriana wysu­nęła dło­nie. - Jestem tak odpo­wie­dzialna, że samą mnie to iry­tuje. Zawsze musia­łam być odpo­wie­dzialna. Nauczasz o rów­no­wa­dze, no cóż, zapew­nię ją sobie. Nie dam się ponow­nie wyrwać ze swo­jego rytmu życia. Wyklu­czone.

- Jeśli jesteś zde­cy­do­wana zostać tu, spraw­dzę, czy dziad­ko­wie mogą zaopie­ko­wać się tobą przez dwa tygo­dnie.

- Odwie­dzi­ła­bym ich z rado­ścią, ale nijak nie mogę. Cho­dzę tu do szkoły. Jeśli mi nie ufasz, powiedz Mimi, żeby mnie codzien­nie kon­tro­lo­wała. Daj w łapę jed­nemu z por­tie­rów, żeby ci dono­sił, kiedy wycho­dzę i kiedy wra­cam, nie obcho­dzi mnie to. Zamie­rzam wra­cać do domu po szkole i odra­biać lek­cje. I będę tu ćwi­czyła, w tej przy­jem­nej siłowni, którą urzą­dzi­łaś. Zor­ga­ni­zuję sobie posiłki albo będę je zama­wiała. Nie inte­re­sują mnie imprezy, seks ani picie na umór. Inte­re­suje mnie nor­malny począ­tek roku szkol­nego. To wszystko.

Lina wstała, pode­szła do okna i wle­piła wzrok w East River.

- Mówisz jak... Robi­łam dla cie­bie wszystko, co mogłam, Adriano.

- Wiem.

Powró­ciły do niej słowa babki z tam­tego dawno minio­nego lata "Twoja mama robi dla cie­bie wszystko, co może, Adriano".

- Wiem - powtó­rzyła. - I powin­naś mi zaufać, i wie­rzyć, że nie zro­bię nic, co mogłoby być dla cie­bie powo­dem wstydu. A jeśli nie, to wiedz, że ni­gdy nie chcia­ła­bym w niczym zde­ner­wo­wać czy roz­cza­ro­wać dziadka i babci. Chcę tylko iść do tej cho­ler­nej szkoły.

Lina zamknęła oczy. Mogła posta­wić na swoim - ona tu usta­na­wiała zasady. Ale jakim kosz­tem? I w imię jakiej korzy­ści?

- Nie chcę, żebyś wycho­dziła po dzie­wią­tej wie­czo­rem albo opusz­czała to osie­dle, chyba że będziesz jechała do Mimi na Bro­oklyn.

- A jeśli zechcę pójść w pią­tek albo w sobotę wie­czo­rem do kina? Wrócę dopiero o dzie­sią­tej.

- Zgoda, ale wcze­śniej uprze­dzisz mnie albo Mimi. I nie chcę, żebyś pod moją nie­obec­ność wpusz­czała kogo­kol­wiek do miesz­ka­nia, z wyjąt­kiem Mimi i jej bli­skich. Albo Harry'ego. Jedzie ze mną, ale moż­liwe, że przy­leci tu na jeden dzień.

- Nie szu­kam towa­rzy­stwa. Szu­kam sta­bi­li­za­cji.

- Jedno z nas, to zna­czy ja, Harry albo Mimi, będzie dzwo­nić do cie­bie co wie­czór. Nie wyzna­czam godziny.

- Wyryw­kowa kon­trola?

- Zaufa­nie to jedno, a zakła­da­nie z góry, że ktoś będzie zacho­wy­wał się odpo­wie­dzial­nie, to dru­gie.

- Zgoda.

Po wło­sach Liny prze­mknął deli­katny wiatr; wydały leciutką woń palo­nych kasz­ta­nów.

- Myśla­łam... wyda­wało mi się, że lubisz te wspólne podróże.

- Nie­które. Nie­kiedy.

- Jeśli zmie­nisz zda­nie, prze­nie­siesz się do Mimi albo dziad­ków. Albo przy­le­cisz do mnie, gdzie­kol­wiek aku­rat będę.

Wie­działa, że matka zro­bi­łaby to wszystko, i to bez gada­nia w rodzaju "a nie mówi­łam"; poczuła, jak jej serce mięk­nie odro­binę.

- Dzięki, ale dam sobie radę. Szkoła nie pozo­stawi mi wiele wol­nego czasu, poza tym chcę się rozej­rzeć w uczel­niach. I jest jesz­cze pewien pro­jekt, na któ­rym chcę się sku­pić.

- Jaki pro­jekt?

- Muszę się jesz­cze nad nim zasta­no­wić.

W wieku szes­na­stu lat Adriana wie­działa, jak zro­bić odpo­wiedni unik i zgrab­nie zmie­nić temat.

- Poza tym muszę iść i kupić sobie duże pudełko m&m'sów, dzie­sięć litrów coli, z sześć tore­bek chip­sów ziem­nia­cza­nych. No wiesz, pod­sta­wowe zapasy.

Lina uśmiech­nęła się leciutko.

- Gdy­bym sądziła, że mówisz poważ­nie, mogła­bym cię zno­kau­to­wać i zabrać cię ze sobą siłą. Muszę lecieć. Nie­długo po mnie przy­jadą. Ufam ci, Adriano.

- Wiem.

Lina nachy­liła się i poca­ło­wała córkę w czoło.

- Wylą­duję w Los Ange­les dość późno, więc nie będę już dzwo­niła. Prze­ślę ci ese­mesa.

- W porządku. Bez­piecz­nej podróży i uda­nych spo­tkań.

Lina ski­nęła głową. Poczuła drgnie­nie w piersi, kiedy się odwró­ciła i zoba­czyła, jak Adriana znowu bie­rze do ręki pióro i zaczyna pisać, tak jakby to było zwy­czajne popo­łu­dnie.

Scho­dząc pię­tro niżej, Lina wyjęła komórkę i zadzwo­niła do Mimi.

- Hej, jedziesz już? - spy­tała jej przy­ja­ciółka.

- Za minutę. Słu­chaj, Adriana tu zostaje.

- Że co?

- Prze­ko­nała mnie. Wiem, że ty byś ina­czej postą­piła, ale praw­do­po­dob­nie sama nabra­ła­byś wąt­pli­wo­ści, pla­nu­jąc objazd całego kraju w trze­cim tygo­dniu jej nauki. W dodatku w nowej szkole. Zacze­kaj chwilę. - Zadzwo­niła przez wewnętrzny tele­fon do por­tiera. - Cześć, Ben, tu Lina Rizzo. Mógł­byś przy­słać tu kogoś po bagaże? Dzięki. Posłu­chaj, Mimi, muszę oka­zać jej zaufa­nie. Ni­gdy go nie zawio­dła. Jezu, jest tward­sza, niż mi się wyda­wało, więc chwała Bogu, jak sądzę. Zadzwo­nisz do niej potem, spraw­dzisz co i jak?

- Oczy­wi­ście. Jeśli chce zostać, to damy radę.

- Pod­jęła decy­zję... a jeśli zmieni zda­nie, da ci chyba znać. Ale teraz jest zde­ter­mi­no­wana.

- Nie­odrodna córka swo­jej matki?

- Naprawdę...?

Lina przy­sta­nęła przy lustrze, przyj­rzała się swoim wło­som i twa­rzy. Córka swo­jej matki? Ow­szem, z wyglądu, pomy­ślała. Dostrze­gała w Adria­nie wiele z samej sie­bie. Ale poza tym... może nie zawsze zwra­cała dosta­tecz­nej uwagi...

- Tak czy ina­czej będzie w porządku. Zadzwoń tylko do niej od czasu do czasu albo prze­ślij ese­mesa.

- Żaden pro­blem. Będę się z nią kon­tak­to­wała, z tobą też. Prze­pra­szam cię, Lino - dodała, kiedy w słu­chawce roz­le­gły się krzyki. - Jacob naj­wi­docz­niej posta­no­wił zamor­do­wać swoją sio­strę. Muszę koń­czyć. Szczę­śli­wej podróży. I o nic się nie martw.

- Dzięki. Nie­długo znów poga­damy.

Kiedy roz­legł się dźwięk domo­fonu, pode­szła do drzwi.

Wszystko inne odło­żyła na bok. Musiała przej­rzeć to i owo w samo­lo­cie. Jej har­mo­no­gram był wypeł­niony co do minuty.

Roz­dział 4

Sama w Nowym Jorku, Adriana zaczy­nała każdy ranek tak samo. Wsta­wała na dźwięk budzika i odda­wała się ćwi­cze­niom jogi. A potem brała prysz­nic, zaj­mo­wała się wło­sami - trak­tu­jąc to nie­odmien­nie jak przy­kry obo­wią­zek - i nakła­dała mini­malny maki­jaż, wczu­wa­jąc się w to, jak w przy­godę miło­sną.

Wło­żyła pogar­dzany strój szkolny - gra­na­towe spodnie i mary­narkę oraz białą bluzkę. Każ­dego dnia, ubie­ra­jąc się, przy­rze­kała sobie, że po ukoń­cze­niu szkoły ni­gdy już nie będzie go nosić.

Przy­rzą­dziła śnia­da­nie: mie­szanka owo­cowa z grec­kim jogur­tem, grzanka wie­lo­ziar­ni­stego chleba i sok.

Nauczona przez Mimi, pozmy­wała naczy­nia i poście­liła łóżko.

Szybki prze­gląd pro­gnozy pogody spraw­dzo­nej w tele­fo­nie zwia­sto­wał sło­neczny cie­pły dzień, nie zawra­cała więc sobie głowy kurtką.

Zarzu­ciła na ramiona ple­cak i zje­chała na dół pry­watną windą.

Nie mogła się skar­żyć na spa­cer do szkoły, od któ­rej dzie­liło ją tylko pięć prze­cznic, zwłasz­cza przy tak ład­nej aurze. Wyko­rzy­stała ten czas na prze­ana­li­zo­wa­nie swo­jego planu - odstęp­stwo od codzien­nej rutyny.

I jedy­nej zasady, którą zamie­rzała cał­ko­wi­cie naru­szyć.

Kiedy zadzwo­niła jej komórka, spraw­dziła, kto to.

- Cześć, Mimi.

- Wła­śnie speł­niam swój obo­wią­zek.

- Możesz powie­dzieć mamie, że szłam aku­rat do szkoły, kiedy mnie spraw­dza­łaś. Oczy­wi­ście, tak naprawdę zamie­rzam zła­pać pociąg do Jer­sey Shore i tro­chę się poopa­lać, posłu­żyć się fał­szy­wymi doku­men­tami, żeby kupić mnó­stwo piwa, a potem upra­wiać seks na całego z nie­zna­jo­mymi męż­czy­znami w jakimś tanim hotelu.

- Dobry plan, ale sądzę, że pominę to w swoim spra­woz­da­niu. Wiem, że wszystko u cie­bie w porządku, ale ta kon­trola to coś słusz­nego i miłego.

- Rozu­miem.

- Chcesz tu przy­je­chać na week­end?

- Dzięki, niczego mi nie bra­kuje. Jeśli to się zmieni, zasta­niesz mnie na swoim progu.

- Gdy­byś cze­goś potrze­bo­wała, zadzwoń do mnie.

- Jasne. Do usły­sze­nia.

Scho­wała tele­fon.

Dys­po­no­wała pla­nem awa­ryj­nym, gdyby ten pierw­szy nie wypa­lił. Ale przy­ło­żyła się do roboty i uwa­żała, że plan A ma szansę reali­za­cji.

Przy­pięła do mary­narki iden­ty­fi­ka­tor i ruszyła po krót­kich kamien­nych schod­kach do wej­ścia sza­cow­nego budynku z czer­wo­no­bru­nat­nego pia­skowca, słu­żą­cego uczniom klas od pierw­szej do czwar­tej - jeśli ktoś był dosta­tecz­nie bogaty i inte­li­gentny.

Weszła do środka i zna­la­zła się w nie­wiel­kim, strze­żo­nym przez ochronę westy­bulu.

Cisza, lśniąca drew­niana pod­łoga, nie­ska­zi­telne ściany kon­tra­sto­wały z gwa­rem, ruchli­wo­ścią i nie­ja­kim ubó­stwem jej daw­nej szkoły.

Tęsk­niła za wszyst­kim, co się z nią wią­zało.

Dwa lata, przy­po­mniała sobie, odda­la­jąc się od sze­ro­kiego wej­ścia do auli po lewej stro­nie. Dwa lata i będzie mogła podej­mo­wać wła­sne wybory.

Zamie­rzała, tytu­łem próby, doko­nać jed­nego wyboru tego wła­śnie dnia.

W dru­giej kla­sie więk­szość uczniów ufor­mo­wało wła­sne grupy. Akcep­ta­cja nowej dziew­czyny wyma­gała czasu, a ona była tu od nie­spełna trzech tygo­dni.

Wie­działa, że te nie­do­stępne grupy przy­glą­dają jej się, oce­niają ją, roz­wa­żają wszyst­kie za i prze­ciw. Adriana, choć ni­gdy nie odzna­czała się nie­śmia­ło­ścią, też cze­kała.

Zapa­leni spor­towcy mogli przez dwa następne lata wyda­wać się sen­sowni. Sport ni­gdy nie zali­czał się do jej pasji, ale lek­ko­atle­tyka ow­szem. Modne dziew­czyny mogły jej spra­wiać radość, ponie­waż lubiła ubra­nia (jesz­cze jeden powód, by nie zno­sić szkol­nego mun­durku).

Impre­zo­wi­cze nie inte­re­so­wali jej bar­dziej niż groź­nie poważni inte­lek­tu­ali­ści.

Jak zawsze, każda grupa miała swo­ich sno­bów i prze­śla­dow­ców - czę­sto ze sobą zwią­za­nych.

I jak zawsze i wszę­dzie były też nerdy, śmier­tel­nie nudni dla przed­sta­wi­cieli wszyst­kich warstw spo­łecz­nych.

Ale ze względu na jej pro­jekt, to wła­śnie oni sta­no­wili jej cel.

Doko­nała wyboru pod­czas prze­rwy na lunch, która z pew­no­ścią pogrze­ba­łaby jej szanse na akces do szkol­nej hie­rar­chii.

W sto­łówce, nio­sąc tacę - kur­czak z grilla z sałatą, owoce sezo­nowe, woda gazo­wana - minęła sto­lik spor­tow­ców, trzy­ma­jąc się też z dala od mod­nych dziew­czyn, i ruszyła ku tym z naj­niż­szego szcze­bla, ner­dom.

Uchwy­ciła krótką prze­rwę w gwa­rze roz­mów, a także iro­niczne uśmieszki, gdy się zatrzy­mała przy skrom­niut­kim sto­liku i trojgu ludziach, któ­rzy przy nim sie­dzieli.

Ponie­waż odpo­wied­nio się przy­ło­żyła - prze­czy­tała dawne numery gazetki szkol­nej, prze­cze­sała poprzedni rocz­nik - wybrała Hec­tora Sunga.

Azjata, chudy jak patyk, kwa­dra­towe oku­lary w czar­nych opraw­kach, za szkłami ciem­no­brą­zowe oczy. Teraz zamru­gały na nią, gdy ich wła­ści­ciel znie­ru­cho­miał, wgry­za­jąc się w kawa­łek pizzy wege­ta­riań­skiej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki