Dziedzictwo. (#2). Najstarszy - Christopher Paolini

Kup ebooka

34.10 zł
28.99 zł (27,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Roran

Roran wspiął się szybkim krokiem na wzgórze.

Zatrzymał się i mrużąc oczy, spojrzał przez opadające na twarz włosy na wiszące na niebie słońce. Pięć godzin do zachodu, nie będę mógł zostać długo. Z westchnieniem podjął wędrówkę wzdłuż rzędu wiązów. Każde z drzew otaczał pierścień nieskoszonej trawy.

Były to jego pierwsze odwiedziny na farmie od dnia, gdy wraz z Horstem i sześcioma innymi mężczyznami z Carvahall zabrali ze zniszczonego domu wszystko, co ocalało. Potrzebował pięciu miesięcy, by zebrać dość sił na powrót.

Na szczycie zatrzymał się, splatając ręce na piersi. Przed sobą widział pozostałości domu z dzieciństwa. Jeden z narożników wciąż stał - niszczejący, zwęglony - z reszty jednak pozostały tylko porośnięte trawą i chwastami szczątki. Nie dostrzegł nawet śladu stodoły. Na kilku akrach, które co roku udawało im się uprawiać, bujnie krzewiły się mlecze, gorczyca i wysoka trawa. Tu i ówdzie pozostały pojedyncze buraki bądź rzepa, ale nic więcej. Gęste pasmo drzew za farmą przesłaniało widok na rzekę Anorę.

Roran zacisnął dłoń, mięśnie szczęki napięły mu się boleśnie, gdy walczył z zalewającą go falą gniewu i rozpaczy. Tkwił tam jak przyrośnięty przez wiele długich minut, czasem drżał, gdy w jego umyśle pojawiało się kolejne miłe wspomnienie. To miejsce było całym jego życiem i nie tylko. Jego przeszłością... i przyszłością. Ojciec Rorana Garrow powiedział kiedyś:

- Ziemia to coś niezwykłego. Dbaj o nią, a ona zadba o ciebie. O niewielu innych rzeczach można to rzec.

Roran zamierzał postępować zgodnie z radą ojca - aż do chwili, gdy wiadomość od Baldora wywróciła jego świat do góry nogami.

Z jękiem odwrócił się i ruszył z powrotem ku drodze. Wciąż czuł wstrząs towarzyszący tamtej chwili. Jednoczesnej utracie wszystkich, których kochał, towarzyszył szok i Roran wiedział, że nigdy się z niego nie otrząśnie. Uczucie to na zawsze wsączyło się w każdy aspekt jego osoby i zachowania.

Zmusiło go także do intensywniejszego myślenia. Zupełnie jakby obejmy ściskające jego umysł nagle prysły, pozwalając mu rozważyć idee wcześniej zupełnie niewyobrażalne. Na przykład fakt, że być może nie zostanie farmerem. Albo że sprawiedliwość - największy pewnik w pieśniach i legendach - ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Czasami podobne myśli przepełniały jego świadomość do tego stopnia, że przytłoczony ich ciężarem, z trudem podnosił się rankiem z łóżka.

Dotarłszy do drogi, skręcił na północ, poprzez dolinę Palancar z powrotem do Carvahall. Zębate góry po obu stronach doliny wciąż pokrywała gruba warstwa śniegu, lecz tu, w dole, w ciągu ostatnich tygodni przyroda przebudziła się do życia. Samotna szara chmura płynęła wolno po niebie nad jego głową w stronę szczytów.

Roran przesunął dłonią po podbródku, pod palcami poczuł kłujący zarost. To wszystko przez Eragona i tę jego przeklętą ciekawość. Przez to, że przyniósł z Kośćca ów kamień. Roran potrzebował kilku tygodni, by dojść do tego wniosku. Wysłuchał uważnie relacji wszystkich. Na jego prośbę Gertrude, wioskowa uzdrowicielka, kilkanaście razy odczytała na głos zostawiony przez Broma list. Nie istniało inne wyjaśnienie. Czymkolwiek był ów kamień, musiał zwabić obcych. Już z tej i tylko tej przyczyny Roran obwiniał Eragona o śmierć Garrowa. Nie czuł jednak złości do kuzyna, a przynajmniej nie z tego powodu. Wiedział, że Eragon nie miał złych zamiarów. Nie. Złościł go wyłącznie fakt, że Eragon pozostawił Garrowa nie pogrzebanego i uciekł z doliny Palancar, porzucając swoje obowiązki, by wyruszyć w wariacką podróż ze starym bajarzem. Jak mógł zapomnieć o wszystkich, których tu zostawił? Czy uciekł, bo czuł się winny, bo się bał? Może Brom omamił go bajaniami o przygodach? Czemu jednak Eragon miałby słuchać podobnych historii w takiej chwili? Nie wiem nawet, czy jeszcze żyje.

Roran skrzywił się, uniósł i opuścił ramiona, próbując oczyścić umysł. List Broma... Ha! Nigdy w życiu nie słyszał śmieszniejszego i bzdurniejszego zbioru pomówień, mglistych bredni i złowieszczych aluzji. Tylko jedna zawarta w nich rada miała sens: unikać obcych. I to samo podpowiadał zdrowy rozsądek. Uznał w końcu, że stary zupełnie zwariował.

Jakiś ruch sprawił, że Roran odwrócił się gwałtownie i ujrzał dwanaście saren - wśród nich młodego samca o miękkich rogach - znikających wśród drzew. Zapamiętał szybko to miejsce, by móc znaleźć je jutro. Szczycił się tym, że potrafi polować dość zręcznie, by się utrzymać w domu Horsta, choć w tej dziedzinie nigdy nie dorównywał umiejętnościami Eragonowi.

Maszerując dalej, wciąż próbował uporządkować myśli. Po śmierci Garrowa porzucił pracę u Demptona w Therinsfordzie i wrócił do Carvahall. Horst zgodził się przyjąć go pod swój dach i przez następne miesiące zapewniał mu pracę w kuźni. Głęboki żal opóźniał decyzję Rorana co do przyszłości. Wszystko zmieniło się dwa dni temu, gdy w końcu ją podjął.

Chciał poślubić Katrinę, córkę rzeźnika. Po to przecież udał się do Therinsfordu - by zarobić dość pieniędzy na zapewnienie im spokojnego startu w życiu. Teraz jednak pozbawiony farmy, domu i środków pozwalających utrzymać żonę, Roran nie mógł z czystym sumieniem poprosić o rękę Katriny. Nie pozwoliłaby mu na to duma. Nie sądził też, by Sloan, jej ojciec, przyjął ciepło zalotnika o tak mizernych życiowych perspektywach. Nawet wcześniej Roran obawiał się, że niełatwo będzie mu przekonać Sloana do oddania Katriny. Nigdy za sobą nie przepadali. Nie mógł zaś poślubić dziewczyny bez zgody jej ojca. To oznaczałoby rozłam w jej rodzinie, oburzenie w wiosce z powodu złamania obyczajów i najprawdopodobniej krwawą waśń ze Sloanem. Po rozważeniu swojej sytuacji Roran uznał, że pozostaje mu jedynie odbudować farmę, nawet jeśli miałoby to oznaczać wzniesienie domu i stodoły własnymi rękami. Wiedział, że trudno będzie zacząć od zera, ale gdy uda mu się tego dokonać, zwróci się do Sloane'a z podniesionym czołem. Najwcześniej za rok, na wiosnę, pomyślał Roran i skrzywił się.

Wiedział, że Katrina zaczeka - przynajmniej jakiś czas.

Nie zwalniał kroku aż do wieczora, gdy ujrzał przed sobą wioskę. Pomiędzy ciasno stłoczonymi domami rozciągały się sznury, na których wisiało pranie. Mężczyźni zmierzali ku osadzie, schodząc z pól, na których szumiała ozimina. Za Carvahall połyskiwał w blasku słońca wysoki na pół mili wodospad Igualda, opadający z Kośćca w wody Anory. Zwyczajność tego widoku poruszyła serce Rorana. Nic nie dodaje otuchy bardziej niż fakt, że wszystko toczy się jak zwykle.

Szybko skręcił z drogi, wspinając się na pagórek, na którym stał dom Horsta. Z jego okien roztaczał się widok na Kościec. Drzwi stały otworem. Roran wmaszerował do środka i kierując się dźwiękiem głosów, poszedł wprost do kuchni.

Był tam już Horst; opierał się o chropowaty stół wciśnięty w kąt pomieszczenia. Podwinięte rękawy odsłaniały przedramiona. Obok niego siedziała jego żona Elain, od pięciu miesięcy brzemienna, uśmiechając się pogodnie. Naprzeciwko zasiedli synowie, Albriech i Baldor.

W chwili, gdy Roran przekroczył próg, Albriech mówił właśnie:

- ...a przecież nie wyszedłem jeszcze wtedy z kuźni! Thane przysięga, że mnie widział, ale byłem po drugiej stronie wsi.

- Co się dzieje? - spytał Roran, zsuwając z pleców worek.

Elain i Horst wymienili szybkie spojrzenia.

- Zaczekaj, dam ci coś do jedzenia. - Postawiła przed Roranem chleb i miskę zimnego gulaszu. Potem spojrzała mu prosto w oczy. - Jak to wygląda?

Roran wzruszył ramionami.

- Całe drewno albo spłonęło, albo spróchniało. Nie zostało nic, czego można by użyć. Studnia jest wciąż nietknięta, przynajmniej tyle dobrego. Jeśli do czasu siewów chcę mieć dach nad głową, muszę jak najszybciej zebrać drewno na budowę domu. A teraz powiedzcie, co się stało?

- Ha! - wykrzyknął Horst. - Doszło do potężnej kłótni. Thane'owi zginęła kosa. Uważa, że zabrał ją Albriech.

- Pewnie zostawił ją w trawie i zapomniał gdzie - prychnął Albriech.

- Prawdopodobnie - zgodził się z uśmiechem Horst.

Roran odgryzł potężny kęs chleba.

- Oskarżanie ciebie nie ma sensu. Gdybyś potrzebował kosy, mógłbyś ją sobie wykuć.

- Wiem. - Albriech opadł ciężko na krzesło. - Ale zamiast szukać narzędzi, Thane zaczyna gadać, że widział kogoś na swym polu, i ten ktoś wyglądał jak ja... A skoro nikt inny nie wygląda jak ja, to musiałem ukraść mu kosę.

Istotnie, nikt nie wyglądał podobnie jak Albriech. Młodzian odziedziczył krzepką budowę ojca i miodowozłote włosy Elain, co sprawiało, że wyróżniał się wśród innych mieszkańców Carvahall, gdzie dominowały włosy brązowe. W odróżnieniu od brata Baldor był chudszy i ciemnowłosy.

- Z pewnością kosa się znajdzie - rzekł cicho. - Tymczasem postaraj się zanadto nie złościć.

- Łatwo ci mówić.

- Będziesz mnie jutro potrzebował? - spytał Horsta Roran, kończąc chleb i zabierając się za mięso.

- Niespecjalnie. Muszę naprawić wóz Quimby'ego. Przeklęta rama wciąż się gnie.

Roran skinął z zadowoleniem głową.

- To dobrze. W takim razie wybiorę się na łowy. Widziałem w dolinie kilka nie najchudszych saren. No, przynajmniej nie dostrzegłem ich żeber.

Baldor rozpromienił się nagle.

- Masz ochotę na towarzystwo?

- Jasne. Możemy wyruszyć o świcie.

***

Po skończonym posiłku Roran wyszorował twarz i ręce, po czym wyszedł na dwór, by oczyścić umysł. Leniwym krokiem skierował się w stronę centrum wioski.

Gdy był w połowie drogi, jego uwagę przyciągnęły podniesione głosy dobiegające spod Siedmiu Snopów. Odwrócił się zaciekawiony i podążył do karczmy. Tam jego oczom ukazał się dziwny widok. Na werandzie siedział mężczyzna w średnim wieku, opatulony w połatany, skórzany płaszcz. Obok niego stał worek zwieńczony stalowymi szczękami paści, typowego narzędzia traperów. Kilkunastu wieśniaków słuchało przybysza, który machnął ręką i rzekł:

- Kiedy więc przybyłem do Therinsfordu, udałem się do tego człowieka, Neila. To porządny, uczciwy jegomość, wiosną i latem pomagam mu w polu.

Roran skinął głową. Traperzy zimę spędzali w górach, wiosną powracali, by sprzedać futra i skóry garbarzom takim jak Gedrik. Potem zatrudniali się w okolicy, zwykle pomagając na farmach. Ponieważ Carvahall leżał najdalej na północ wzdłuż Kośćca, odwiedzało go wielu traperów. Z tego właśnie powodu w wiosce mogli utrzymać się karczmarz, kowal i garbarz.

- Po paru kuflach piwa - no wiecie, chciałem nawilżyć gardło, po pół roku spędzonym samotnie w górach człek zapomina języka w gębie prócz paru przekleństw na czym świat stoi, gdy traci się wnyki - przyszedłem do Neila, mając wciąż na brodzie pianę, i zaczęliśmy plotkować. W czasie transakcji pytałem go ot tak, towarzysko, o wieści o imperium i królu, oby zeżarła go gangrena, a gardło zarosło wrzodami. Chciałem wiedzieć, czy ktoś się urodził, umarł, został wygnany, o czym powinienem wiedzieć. I wiecie co? Neil pochylił się ku mnie, całkiem spoważniał i oświadczył, że po całym kraju, od Dras Leony do Gil'eadu, krążą pogłoski o dziwnych wydarzeniach w Alagaësii. Urgale właściwie zniknęły z krajów cywilizowanych, i dzięki za to bogom, ale nikt nie potrafi wyjaśnić, dokąd i po co się udały. Połowa handlu w imperium zamarła z powodu napaści i ataków, i z tego co słyszałem nie jest to dzieło zwykłych rozbójników, bo ataki są zbyt powszechne, zbyt starannie zaplanowane. Napastnicy nie kradną towarów, palą je tylko i niszczą. Ale to jeszcze nie koniec, o nie, klnę się na wąsik mojej ukochanej babki. - Traper pokręcił głową i pociągnął łyk z bukłaka. - Ludzie szepczą o Cieniu nawiedzającym północne tereny. Widziano go na skraju Du Weldenvarden i w pobliżu Gil'eadu. Mówią, że zęby ma spiłowane w szpic, oczy pąsowe jak wino, a włosy czerwone niczym krew, którą pije. Co gorsza, coś najwyraźniej ugryzło w zadek naszego prześwietnego, szalonego monarchę. Pięć dni temu żongler z południa zatrzymał się w Therinsfordzie podczas samotnej wędrówki do Ceunon i powiedział, że wojska królewskie gromadzą się i maszerują, choć nie miał pojęcia po co. - Wzruszył ramionami. - Gdy byłem dzieckiem w kolebce, tato nauczył mnie, że nie ma dymu bez ognia. Może chodzi o Vardenów? W przeszłości boleśnie zaleźli za skórę staremu Żelaznokościstemu. A może Galbatorix uznał w końcu, że znudziło mu się tolerowanie Surdy. Przynajmniej wie, gdzie ją znaleźć, w odróżnieniu od buntowników. Rozdepcze Surdę niczym niedźwiedź mrówkę, zapamiętajcie moje słowa.

Roran zamrugał, słysząc deszcz spadających na trapera pytań. Był skłonny wątpić w pogłoski o Cieniu - zanadto przypominały historyjkę wymyśloną przez pijanego drwala - lecz reszta informacji brzmiała dość ponuro, by odpowiadać prawdzie. Surda... Do Carvahall nie docierało wiele informacji o owym odległym kraju, lecz Roran wiedział przynajmniej, że choć z pozoru między Surdą i imperium panuje pokój, Surdanie nieustannie żyją w lęku przed napaścią potężniejszego sąsiada z północy. Z tej przyczyny ich król Orrin ponoć popierał Vardenów.

Jeśli traper miał rację co do Galbatorixa, oznaczało to, że przyszłość przyniesie paskudną wojnę i towarzyszące jej inne wątpliwe atrakcje: podniesione podatki, przymusowy pobór. Wolałbym żyć w czasach pozbawionych historycznych wydarzeń. Zamęt utrudnia życie, a tacy jak my, którym i tak żyje się najtrudniej, cierpią najbardziej, pomyślał Roran.

- Co więcej, krążą też wieści o... - traper urwał i z mądrą miną postukał się palcem po nosie - opowieści o nowym Jeźdźcu w Alagaësii! - Roześmiał się głośno, serdecznie, klepiąc się w brzuch i kołysząc w przód i w tył.

Roran także wybuchnął śmiechem. Historie o Jeźdźcach pojawiały się co kilka lat. Pierwsze dwie czy trzy bardzo go zainteresowały. Wkrótce jednak nauczył się nie ufać podobnym relacjom, wszystkie bowiem okazywały się fałszywe. Pogłoski stanowiły jedynie odzwierciedlenie marzeń tych, którzy łaknęli lepszej przyszłości.

Już miał odejść, gdy z boku, pod ścianą karczmy, zauważył Katrinę, odzianą w długą rdzawą sukienkę ozdobioną zieloną wstążką. Dziewczyna spojrzała na niego z równie głębokim uczuciem, jak on na nią. Roran podszedł do niej szybko, dotknął jej ramienia i wymknęli się razem. Wkrótce dotarli na skraj wioski, gdzie zatrzymali się, patrząc w gwiazdy. Na czystym firmamencie migotały tysiące niebiańskich ogni, a dokładnie nad ich głowami, z północy na południe, ciągnął się cudowny, perłowy szlak, spinający horyzonty niczym pasmo diamentowego pyłu.

Katrina oparła głowę na ramieniu Rorana.

- Jak ci minął dzień?

- Wróciłem do domu.

Poczuł, jak zesztywniała.

- Jak było?

- Okropnie. - Głos mu się załamał. Roran umilkł, tuląc ją mocno. W nozdrzach czuł woń miedzianych włosów dziewczyny, zapach wina, korzeni i perfum, który rozlewał się głęboko w ciele Rorana, ciepły, kojący. - Dom, stodoła, pola, wszystko już zarosło. Nie znalazłbym ich, gdybym nie wiedział gdzie szukać.

Katrina odwróciła się ku niemu. W jej oczach zalśnił blask gwiazd, twarz zastygła w wyrazie współczucia.

- Och, Roranie. - Pocałowała go. - Tak wiele wycierpiałeś, tyle straciłeś, a jednak ani na chwilę nie zawiodła cię siła. Chcesz wrócić na swą farmę?

- Tak. Uprawa ziemi to jedyne na czym się znam.

- A co będzie ze mną?

Zawahał się. Odkąd zaczęli się spotykać, oboje, nigdy o tym nie wspominając, zakładali, że kiedyś się pobiorą. Nie musieli rozmawiać o swych zamiarach, były one dla nich jasne jak słońce, tak więc to pytanie wzbudziło niepokój Rorana. Czuł też, że nie powinni mówić o tym otwarcie, skoro nie jest jeszcze gotów, by się oświadczyć. To on powinien rozpocząć rozmowy - najpierw ze Sloanem, potem z Katriną - nie ona. Teraz jednak, gdy wyraziła swą troskę, musiał odpowiedzieć.

- Katrino... nie mogę zwrócić się do twego ojca tak szybko, jak zamierzałem. Wyśmiałby mnie, i słusznie. Musimy zaczekać. Gdy będę już miał dla nas dom i zakończę pierwsze żniwa, wówczas mnie wysłucha.

Dziewczyna jeszcze przez chwilę patrzyła w niebo. Szepnęła coś tak cicho, że nie dosłyszał.

- Co?

- Spytałam, czy się go boisz?

- Oczywiście, że nie! Ja...

- Musisz zatem uzyskać jego zgodę, już jutro, i ustalić termin zaręczyn. Musisz go przekonać, że choć teraz nic nie masz, zapewnisz mi dobry dom i będziesz zięciem, z którego może być dumny. Oboje wiemy co czujemy; nie ma sensu, żebyśmy marnowali całe lata.

- Nie mogę tego zrobić. - W jego głosie zadźwięczała rozpacz. Tak bardzo pragnął, by zrozumiała. - Nie zdołam cię utrzymać, nie mogę...

- Nie rozumiesz? - Cofnęła się o krok. - Kocham cię, Roranie, i chcę być z tobą, ale ojciec ma co do mnie inne plany. Jest wielu lepszych kandydatów od ciebie. Im dłużej zwlekasz, tym mocniej naciska na mnie, żebym zgodziła się na jednego z nich. Lęka się, że zostanę starą panną, i ja też się tego obawiam. Mam mało czasu, a w Carvahall nie ma wielkiego wyboru. Jeśli będę musiała wziąć innego mężczyznę, to wezmę.

W oczach Katriny zalśniły łzy. Spojrzała przenikliwie na Rorana, czekając na odpowiedź. Potem uniosła lekko sukienkę i pobiegła do domu.

Roran został na miejscu, wstrząśnięty. Jej nieobecność była równie bolesna jak utrata farmy. Otaczający go świat stał się nagle zimny, nieprzyjazny - zupełnie jakby Roran stracił część siebie.

Minęło kilka godzin, nim zdołał wrócić do domu Horsta i położyć się spać.

 

Myśliwi i ofiary

Żwir chrzęścił pod stopami Rorana, gdy ten podążał w głąb doliny, spowitej bladą poświatą i chłodnej o pierwszym brzasku. Na niebie wisiały chmury. Baldor szedł tuż za nim i obaj nieśli w dłoniach łuki. Bez słowa rozglądali się, szukając śladów saren.

- Tam - rzekł w końcu cicho Baldor, wskazując tropy wiodące w krzaki na brzegu Anory.

Roran kiwnął głową i ruszył w ich stronę. Wyglądały na zostawione co najmniej dzień wcześniej, toteż zaryzykował i powiedział:

- Czy mógłbym prosić cię o radę, Baldorze? Jak się zdaje, dobrze rozumiesz ludzi.

- Oczywiście. O co chodzi?

Przez długą chwilę milczeli.

- Sloan chce wydać za mąż Katrinę, i to nie za mnie. Każdy mijający dzień zwiększa niebezpieczeństwo, że zaaranżuje jej ślub z innym.

- Co na to Katrina?

Roran wzruszył ramionami.

- To jej ojciec. Nie może mu się sprzeciwiać, skoro nie zjawił się nikt inny, kto by o nią prosił.

- To znaczy ty?

- Tak.

- Dlatego tak wcześnie wstałeś.

W istocie Roran zanadto się martwił, by w ogóle zasnąć. Całą noc rozmyślał o Katrinie, szukając rozwiązania ich problemu.

- Nie zniosę utraty jej, ale nie sądzę, by Sloan dał nam błogosławieństwo, zważywszy na mizerny stan mojego majątku.

- Owszem, też w to wątpię - zgodził się Baldor, kątem oka zerkając na Rorana. - Po cóż ci zatem moja rada?

Roran zaśmiał się cicho.

- Jak mam przekonać Sloana, by zmienił zdanie? Jak rozwiązać ten dylemat, nie rozpoczynając krwawej waśni? - Rozłożył bezradnie ręce. - Co powinienem zrobić?

- Nie masz żadnego pomysłu?

- Nawet kilka, ale żaden nie jest dobry. Przyszło mi do głowy, że moglibyśmy z Katriną po prostu ogłosić nasze zaręczyny - choć jeszcze nie jesteśmy zaręczeni - i stawić czoło konsekwencjom. To zmusiłoby Sloana do udzielenia zgody na nasz ślub.

Baldor zmarszczył czoło.

- Może - rzekł ostrożnie. - Ale też wywołałoby powszechne oburzenie w całym Carvahall. Niewielu zaakceptowałoby coś takiego. Zresztą niemądrze byłoby zmuszać Katrinę do wyboru pomiędzy tobą i jej rodziną. W przyszłości mogłaby cię o to winić.

- Wiem, ale jakie mam wyjście?

- Nim zdecydujesz się na drastyczne środki, radzę, byś spróbował zyskać sobie przychylność Sloana. Istnieje spora szansa, że ci się uda, jeśli tylko Sloan zrozumie, że nikt inny nie zechce poślubić rozgniewanej Katriny, zwłaszcza gdy ty pozostaniesz pod ręką, by móc przyprawić mu rogi. - Roran skrzywił się, wbijając wzrok w ziemię, na co Baldor wybuchnął śmiechem. - Jeżeli ci się nie uda, wówczas, świadom, że wyczerpałeś wszelkie inne możliwości, zawsze możesz zrobić to co mówiłeś, a ludzie mniej chętnie spluną na ciebie za złamanie tradycji. Obwinią raczej Sloana o to, że swym uporem zmusił cię do tego.

- Żadne z tych wyjść nie jest łatwe.

- Wiedziałeś o tym od początku. - Baldor znów spoważniał. - Bez wątpienia, jeśli rzucisz wyzwanie Sloanowi, czeka cię wiele gorzkich słów, ale w końcu wszystko się uspokoi. Może nie do końca, ale zawsze. Oprócz Sloana urażeni poczują się tylko najwięksi świętoszkowie, tacy jak Quimby. Nie mam pojęcia, jak Quimby może warzyć tak świetny trunek, bo jest przecież taki sztywny i zgorzkniały.

Roran kiwnął głową. W Carvahall spory nie wygasały łatwo.

- Cieszę się, że mogliśmy porozmawiać. To było... - Umilkł, wspominając niegdysiejsze dyskusje z Eragonem. Eragon powiedział kiedyś, że są braćmi we wszystkim poza krwią. Świadomość, że istnieje ktoś, kto zawsze go wysłucha, niezależnie od okoliczności, niezmiernie dodawała sił. Jak również pewność, że ów człowiek zawsze mu pomoże, nie bacząc na koszty.

Brak podobnej więzi pozostawił w duszy Rorana nieznośną pustkę.

Baldor nie naciskał go, by kontynuował. Zamiast tego przystanął i pociągnął łyk wody z bukłaka. Roran przeszedł jeszcze parę kroków i zamarł, uderzyła go bowiem dziwna woń.

Był to ciężki smród przypiekanego mięsa i zwęglonych sosnowych gałęzi.

- Kto tu jest oprócz nas?

Oddychając głęboko, obrócił się wokół własnej osi, próbując odnaleźć źródło zapachu. Jego twarz musnął lekki powiew znad drogi, niosący gorący, ciężki dym. Towarzysząca mu woń jedzenia była wystarczająco silna, by do ust Rorana napłynęła ślinka.

Gestem wezwał Baldora, który pośpieszył naprzód.

- Czujesz?

Baldor przytaknął. Razem wrócili na drogę i ruszyli na południe. Jakieś sto stóp dalej szlak skręcał, wymijając gęstą kępę topoli, i znikał im z oczu. Gdy się zbliżyli, dotarły do nich głosy, stłumione przez gęstą poranną mgłę zasnuwającą dolinę.

Na skraju zagajnika Roran przystanął. Niemądrze jest zaskakiwać innych ludzi, zwłaszcza gdy również ruszyli na łowy. Poza tym coś nie dawało mu spokoju. Być może była to liczba głosów - wyglądało na to, że jest ich więcej, niż liczyła jakakolwiek rodzina w dolinie. Bez namysłu skręcił i wśliznął się pod gęste krzaki zagajnika.

- Co robisz? - zapytał szeptem Baldor.

Roran przycisnął palec do ust i zaczął skradać się naprzód równolegle do drogi. Starał się stąpać jak najciszej. Gdy pokonali zakręt, zamarł.

Na trawie przy trakcie obozowali żołnierze. Trzydzieści hełmów lśniło w promieniach porannego słońca, podczas gdy ich właściciele pochłaniali ptactwo i mięso upieczone nad kilkoma ogniskami. Stroje żołnierzy pokrywały błoto i kurz, lecz na czerwonych tunikach wciąż było widać symbol Galbatorixa, skręcony płomień obszyty złotą nicią. Pod tunikami widniały brygantyny, kolczugi i skórzane, wyściełane kubraki. Większość była uzbrojona w ciężkie miecze, choć pół tuzina miało łuki, a kolejne pół ostre halabardy.

Pośrodku obozu przycupnęły dwie zdeformowane czarne postaci, które Roran rozpoznał natychmiast z licznych opisów mieszkańców wioski, usłyszanych po powrocie z Therinsfordu: to byli obcy, którzy zniszczyli jego farmę. Ich widok zmroził mu krew w żyłach. To słudzy imperium! Ruszył naprzód, powoli sięgając po strzałę, Baldor jednak chwycił go mocno i pociągnął na ziemię.

- Stój! Przez ciebie zginiemy obydwaj.

Roran spojrzał na niego gniewnie.

- To... to ci dranie - warknął i nagle umilkł, dostrzegając, że trzęsą mu się ręce. - Wrócili!

- Roranie - wyszeptał z napięciem Baldor - nic nie możesz zrobić. Posłuchaj, oni pracują dla króla. Nawet gdybyś zdołał uciec, zostałbyś uznany za banitę i sprowadził nieszczęście na Carvahall.

- Czego oni chcą?

Króla? Czemu Galbatorix rozkazał im torturować mojego ojca? - myślał gorączkowo Roran.

- Jeśli nie wydusili z Garrowa tego, co ich interesowało, a Eragon umknął z Bromem, to musi im chodzić o ciebie. - Baldor zawiesił głos, pozwalając, by znaczenie jego słów w pełni dotarło do Rorana. - Musimy wrócić i ostrzec wszystkich. Potem się ukryjesz. Tylko ci dwaj obcy mają konie; jeżeli pobiegniemy, zdążymy pierwsi.

Roran wpatrywał się przez krzaki w nieświadomych niczego żołnierzy. Serce tłukło mu się w piersi. Łaknął zemsty, rozpaczliwie pragnął rzucić się do walki, zaatakować, ujrzeć dwóch zwiastunów nieszczęścia naszpikowanych strzałami, dopilnować, by spotkała ich sprawiedliwość. Nieważne, że mógłby zginąć, byle tylko w jednej szaleńczej chwili uwolnić się od bólu i smutku. Wystarczy jedynie wyjść z ukrycia, a dalej wydarzenia potoczą się same.

Tylko jeden maleńki krok.

Dławiąc szloch, zacisnął pięści i odwrócił spojrzenie. Nie mogę zostawić Katriny. Na chwilę zesztywniał, mrugając, aż w końcu boleśnie powoli się cofnął.

- Wracajmy zatem.

Nie czekając na reakcję Baldora, zaczął jak najszybciej przemykać między drzewami. Gdy stracił z oczu obóz, wybiegł na drogę i puścił się pędem, gnany frustracją, złością i strachem.

Baldor wygramolił się za nim, doganiając go na prostej. W końcu Roran zwolnił, biegnąc swobodnie, i zaczekał, aż towarzysz się z nim zrówna.

- Powiadom wszystkich. Ja porozmawiam z Horstem.

Baldor kiwnął głową i znów przyśpieszyli kroku.

Po dwóch milach zatrzymali się, by chwilę odpocząć i zaspokoić pragnienie. Gdy przestali dyszeć, znów ruszyli naprzód przez niskie wzgórza, otaczające Carvahall. Droga pod górę i w dół zmusiła ich do zwolnienia tempa, wkrótce jednak ujrzeli przed sobą wioskę.

Roran natychmiast skręcił do kuźni, pozostawiając Baldora na drodze. Mijając w pędzie dom, gorączkowo kreślił plany uniknięcia bądź zabicia obcych bez wzbudzenia gniewu imperium.

Gdy wpadł do kuźni, Horst wbijał akurat kołek w ramę wozu Quimby'ego, śpiewając głośno:

Hej, ho!

Brzęczy i dźwięczy na kowadle młot,

kapryśny metal i stali grzmot,

z hukiem i brzękiem trzymam w garści młot

i biję niesforne żelazo!

Na widok Rorana Horst zamarł z uniesioną ręką.

- Co się stało, chłopcze? Baldor jest ranny?

Roran pokręcił głową i pochylił się, głośno chwytając powietrze. Krótkimi zdaniami zrelacjonował wszystko co widzieli i powtórzył ich wnioski, w tym najważniejszy: że obcy to bez wątpienia agenci imperium.

Horst przeczesał palcami brodę.

- Musisz opuścić Carvahall. Weź z domu jedzenie na drogę, potem zabierz moją klacz od Ivora - pożyczył ją do karczowania pniaków - i jedź na pogórze. Gdy się dowiemy, czego chcą żołnierze, przyślę do ciebie Albriecha bądź Baldora.

- Co powiesz, jeśli spytają o mnie?

- Że wyruszyłeś na łowy i nie wiemy kiedy wrócisz. Zresztą to prawda. Wątpię, by zaryzykowali wyprawę do lasu. Będą się bali, że cię przeoczą. Zakładając oczywiście, że to o ciebie im chodzi.

Roran skinął głową, odwrócił się i pobiegł do domu Horsta. W środku zerwał ze ściany uprząż i juki klaczy, szybko przygotował prowiant -rzepę, buraki, suszone mięso i bochen chleba - złapał kociołek i wypadł na dwór. Zatrzymał się tylko na moment, by wyjaśnić Elaine, jak wygląda sytuacja.

Dźwigając w objęciach niewygodne zawiniątko z zapasami, pobiegł na wschód z Carvahall na farmę Ivora. Zastał farmera obok domu. Poganiał wierzbową witką klacz, która usiłowała wyciągnąć z ziemi rozgałęzione korzenie wiązu.

- No dalej! - krzyczał farmer. - Przyłóż się, przyłóż! - Koń zadrżał z wysiłku, wokół wędzidła pokazała się piana. W końcu pień uniósł się po gwałtownym szarpnięciu i runął na bok; korzenie skierowały się ku niebu niczym pokrzywione palce. Ivor pociągnął lekko wodze klaczy i poklepał ją dobrodusznie. - Już dobrze, dobrze.

Roran pomachał mu z daleka, a gdy się zbliżył, wskazał dłonią konia.

- Muszę ją pożyczyć. - Szybko wyjaśnił dlaczego.

Ivor zaklął i mamrocząc pod nosem, zaczął wyprzęgać klacz.

- Zawsze ktoś przeszkadza mi w chwili, gdy na dobre zabiorę się do roboty. Nigdy wcześniej.

Splótł ręce na piersiach i marszcząc brwi, przyglądał się Roranowi, który w skupieniu siodłał konia.

Gdy skończył, wskoczył na grzbiet klaczy, trzymając w dłoni łuk.

- Przepraszam, że ci przeszkodziłem, ale nic nie mogłem na to poradzić.

- Nie przejmuj się. Uważaj tylko i nie daj się złapać.

- Spróbuję.

Wbijając pięty w boki klaczy, Roran usłyszał jeszcze krzyk Ivora:

- I nie ukrywaj się nad moim strumykiem!

Uśmiechnął się szeroko i pokręcił głową, pochylony nisko nad końską szyją. Wkrótce dotarł do podnóża Kośćca i wjechał w góry, stanowiące północną granicę doliny Palancar. Po jakimś czasie odnalazł miejsce na zboczu, z którego mógł niezauważony obserwować Carvahall. Uwiązał wierzchowca i siadł na ziemi, czekając.

Powiódł wzrokiem po ciemnych koronach sosen i zadrżał. Nie lubił przebywać tak blisko Kośćca. Niemal nikt z Carvahall nie śmiał zapuszczać się w góry, a ci, którzy to robili, często nie wracali.

Wkrótce Roran ujrzał żołnierzy maszerujących parami drogą. Na przodzie jechały dwie złowieszcze czarne postaci. Naprędce zebrana grupka mężczyzn, niektórzy z kilofami w dłoniach, zatrzymała ich na skraju wioski. Obie strony zaczęły rozmawiać, a potem stanęły naprzeciwko siebie niczym warczące psy, czekające kto uderzy pierwszy. Po długiej chwili mężczyźni z Carvahall rozstąpili się, przepuszczając intruzów.

Co teraz? - myślał Roran, huśtając się na piętach.

***

Do wieczora żołnierze rozbili obóz na polu obok wioski. Ich namioty tworzyły niski, szary czworobok, wewnątrz którego migały powykrzywiane cienie wartowników patrolujących obrzeża. Pośrodku czworoboku wielkie ognisko wysyłało w powietrze obłoki dymu.

Roran także rozbił obóz. Teraz mógł już tylko patrzeć i rozmyślać. Zawsze zakładał, że gdy obcy zniszczyli jego dom, dostali to po co przyszli, to znaczy kamień znaleziony przez Eragona w Kośćcu. Może jednak go nie znaleźli? Może Eragon zdołał z nim uciec? Uznał, że powinien odejść, by go ochronić? Roran zmarszczył brwi. To w znacznej mierze tłumaczyło przyczynę ucieczki kuzyna, jednakże nadal wydawało się dość naciągane. Niezależnie od powodów, król musi uważać ów kamień za fantastyczny skarb, skoro przysłał po niego tak wielu ludzi. Nie pojmuję, czemu miałby być taki cenny? Może chodzi o magię? - zastanawiał się.

Wciągnął głęboko w płuca haust chłodnego wieczornego powietrza, słuchając pohukiwania sowy. Nagle jego uwagę przyciągnął niespodziewany ruch. Jakiś człowiek przedzierał się przez las poniżej. Roran ukrył się szybko za głazem, naciągając cięciwę łuku. Odczekał i upewniwszy się, że to Albriech, zagwizdał cicho.

Syn kowala wkrótce dotarł do głazu, dźwigając na plecach wypchany worek. Stęknął i rzucił go na ziemię.

- Myślałem już, że nigdy cię nie znajdę.

- Dziwię się, że znalazłeś.

- Nie mogę powiedzieć, że podobał mi się marsz po lesie po zachodzie słońca. Cały czas spodziewałem się, że natknę się na niedźwiedzia albo coś jeszcze gorszego. Jeśli chcesz znać moje zdanie, Kościec to niedobre miejsce dla ludzi.

Roran znów spojrzał w stronę Carvahall.

- Po co właściwie przyszli?

- Żeby cię zabrać. Są gotowi czekać ile tylko trzeba na twój powrót z polowania.

Roran usiadł. Czuł się, jakby wokół jego żołądka zacisnęła się lodowata dłoń.

- Podali jakiś powód? Wspominali o kamieniu?

Albriech pokręcił głową.

- Mówili tylko, że to sprawa króla. Cały dzień zadawali pytania o ciebie i Eragona, nic więcej ich nie interesowało. Zostałbym z tobą, ale rano zauważyliby moją nieobecność. Przyniosłem ci jedzenie i koce oraz maści Gertrude na wypadek gdybyś się zranił. Dasz sobie radę.

Przywołując na pomoc wszystkie swe siły, Roran uśmiechnął się.

- Dzięki.

- Każdy postąpiłby tak samo. - Albriech, lekko zażenowany, wzruszył ramionami. Zawrócił, przeszedł parę kroków, po czym obejrzał się przez ramię.

- A przy okazji, ci dwaj obcy... Nazywają ich Ra'zacami.

 

Przyrzeczenie Saphiry

Rankiem po spotkaniu z Radą Starszych Eragon czyścił właśnie i natłuszczał siodło Saphiry, starając się nie nadwyrężać pleców, gdy złożył mu wizytę Orik. Krasnolud odczekał cierpliwie, aż Eragon skończy oliwić pasek, po czym zapytał:

- Czujesz się dziś lepiej?

- Odrobinę.

- To dobrze, potrzebna nam twoja siła. Przychodzę po części dlatego, żeby zobaczyć jak się miewasz, a po części dlatego, że jeśli nie masz innych zajęć, Hrothgar chciałby z tobą pomówić.

Eragon uśmiechnął się cierpko.

- Dla niego zawsze znajdę czas. Musi o tym wiedzieć.

Orik roześmiał się.

- Owszem, ale grzeczniej jest spytać.

Gdy Eragon odłożył siodło, Saphira wyłoniła się z wyściełanego kąta i powitała Orika przyjacielskim warknięciem.

- Tobie też życzę dobrego dnia - odparł, składając głęboki ukłon.

Krasnolud poprowadził ich jednym z czterech głównych korytarzy Tronjheimu w stronę środkowej komnaty i rozgałęzienia schodów wiodących pod ziemię do sali tronowej króla. Nim dotarli do okrągłej komnaty, skręcił na inne schody.

Dopiero po chwili Eragon zrozumiał, że Orik zrobił to, by nie musieć oglądać strzaskanego Isidar Mithrimu.

Wkrótce zatrzymali się przed granitowymi drzwiami ozdobionymi koroną o siedmiu szczytach. Siedmiu zbrojnych krasnoludów stojących po obu stronach wejścia jednocześnie uderzyło o ziemię drzewcami swych kilofów. Do wtóru łomotu drewna o kamień drzwi otwarły się do środka.

Eragon pozdrowił Orika skinieniem głowy, po czym wraz z Saphirą weszli do mrocznej sali. Maszerowali razem w stronę odległego tronu, mijając po drodze nieruchome posągi, hírny, dawnych krasnoludzkich królów. Dotarłszy do stóp ciężkiego, czarnego tronu, Eragon ukłonił się. Krasnoludzki władca pochylił w odpowiedzi srebrzystą głowę i osadzone w złotym hełmie rubiny zalśniły krwawym blaskiem niczym odłamki rozżarzonej stali. Na jego okrytych kolczugą kolanach spoczywał Volund, młot bojowy.

- Cieniobójco - przemówił Hrothgar - witaj w moim dworze. Wiele uczyniłeś od naszego ostatniego spotkania. Dowiodłeś też, że myliłem się co do Zar'roca. Ostrze Morzana będzie mile widziane w Tronjheimie, dopóki zostanie u twego boku.

- Dziękuję - odparł Eragon.

- Chcemy także, byś zatrzymał zbroję, którą nosiłeś w bitwie o Farthen D?r. Teraz naprawiają ją nasi najlepsi kowale. To samo czynią ze smoczą zbroją i gdy ją zreperują, Saphira może używać jej, jak długo zechce, bądź do chwili, gdy z niej wyrośnie. Chociaż w taki sposób możemy okazać naszą wdzięczność. Gdyby nie wojna z Galbatorixem, wyprawilibyśmy uczty i święta na waszą cześć... Będą jednak musiały zaczekać do spokojniejszych czasów.

- Wasza hojność przekracza wszystko, o czym mogliśmy marzyć - odparł Eragon w imieniu swoim i Saphiry. - Będziemy dumni z tak szlachetnych darów.

Wyraźnie zadowolony Hrothgar mimo to skrzywił się, ściągając krzaczaste brwi.

- Nie możemy, niestety, dłużej wymieniać uprzejmości. Wszystkie klany nękają mnie, bym coś zrobił w sprawie następcy Ajihada. Gdy Rada Starszych ogłosiła wczoraj, że poprze Nasuadę, wśród mego ludu wybuchły dyskusje, jakich nie oglądałem, odkąd wstąpiłem na tron. Przywódcy klanów musieli zadecydować, czy przyjmą Nasuadę, czy też poszukają innego kandydata. Większość uznała, że Nasuada winna poprowadzić Vardenów. Ja jednak, nim skłonię się ku którejś ze stron, chcę poznać twoje zdanie, Eragonie. Żaden król nie może sobie pozwolić, by wyjść na głupca.

Ile możemy mu powiedzieć? - spytał Saphirę Eragon.

Zawsze traktował nas uczciwie, ale nie mamy pojęcia, co obiecał innym. Lepiej zachowajmy ostrożność do chwili, gdy Nasuada w pełni przejmie władzę.

Zgoda.

- Saphira i ja zgodziliśmy się pomóc Nasuadzie. Nie sprzeciwimy się jej powołaniu. I - Eragon zastanawiał się, czy nie posuwa się za daleko - proszę, byś uczynił to samo. Vardeni nie mogą sobie pozwolić na wewnętrzne spory. Potrzebują jedności.

- Oeí. - Hrothgar odchylił się. - Przemawiasz z nowym autorytetem. Twoja sugestia brzmi dobrze, rodzi się jednak pytanie: Czy sądzisz, że Nasuada będzie mądrym przywódcą, czy też twym wyborem kierują inne motywy?

To próba - ostrzegła Saphira. Chce wiedzieć, czemu ją poparliśmy.

Eragon poczuł, jak jego usta wyginają się w lekkim uśmiechu.

- Uważam, że jest mądra i przebiegła nad swój wiek. Będzie dobrym przywódcą Vardenów.

- I dlatego ją popierasz?

- Tak.

Hrothgar przytaknął i jego długa śnieżnobiała broda zafalowała.

- Z ulgą przyjmuję twoje słowa. Ostatnio zbyt mało troszczono się o to, co jest słuszne i dobre, a stanowczo za wiele o kwestie władzy dla poszczególnych osób. Trudno obserwować bez gniewu podobną głupotę.

W sali tronowej zapadła niezręczna cisza. W końcu Eragon odezwał się, by ją przerwać.

- Co zamierzacie zrobić ze smoczą twierdzą? Czy położycie nową posadzkę?

Po raz pierwszy dostrzegł w oczach króla przejmujący smutek, który pogłębił jeszcze okalające je, niczym szprychy kół, zmarszczki. Eragon nie widział dotąd krasnoluda równie bliskiego płaczu.

- Wielu trzeba rozmów, nim podejmiemy jakieś kroki. Saphira i Arya dokonały straszliwego czynu. Może koniecznego, ale i straszliwego. Być może lepiej byłoby, gdyby urgale nas pokonały, nim we dwie strzaskały Isidar Mithrim. Serce Tronjheimu pękło, podobnie nasze serca. - Hrothgar przyłożył pięść do piersi, powoli rozprostował dłoń i wyciągnął ją, chwytając owinięte w skórę drzewce Volunda.

Saphira dotknęła umysłu Eragona. Wyczuł w niej wiele emocji; najbardziej zaskoczyły go smutek i poczucie winy. Szczerze żałowała zniszczenia Gwiaździstej Róży, mimo że musiało do tego dojść.

Mój mały - rzekła - pomóż mi. Muszę pomówić z Hrothgarem. Spytaj go, czy krasnoludy potrafią odbudować Isidar Mithrim z odłamków?

Gdy Eragon powtórzył jej słowa, Hrothgar wymamrotał coś we własnym języku.

- Mamy niezbędne umiejętności - dodał. - Ale co nam po nich? Zadanie to zabrałoby nam miesiące, nawet lata i w końcu otrzymalibyśmy tylko żałosną parodię piękna, które niegdyś zdobiło Tronjheim! Nie pozwolę na podobną kpinę.

Saphira ani na moment nie spuszczała wzroku z króla.

Teraz powiedz mu, że jeśli złożą Isidar Mithrim tak, by nie zabrakło nawet jednego kawałka, wierzę, że zdołam go scalić.

Eragon zachłysnął się. W swym zdumieniu zapomniał zupełnie o obecności Hrothgara.

Saphiro, to wymagałoby niewiarygodnej energii! Sama mi mówiłaś, że nie potrafisz swobodnie posługiwać się magią. Skąd pewność, że zdołasz to zrobić?

Zdołam, jeśli potrzeba stanie się wystarczająco wielka. To będzie mój dar dla krasnoludów. Przypomnij sobie grobowiec Broma i niechaj to przegna twe wątpliwości. I zamknij usta. Rozchylanie ich jest nieprzystojne, zwłaszcza przed królem.

Gdy Eragon przekazał propozycję Saphiry, Hrothgar wyprostował się gwałtownie.

- Czy to możliwe?! - wykrzyknął. - Nawet elfy nie podjęłyby się takiego dzieła.

- Jest pewna swoich zdolności.

- Zatem odbudujemy Isidar Mithrim, nieważne, czy zajmie to dziesięć, czy sto lat. Stworzymy szkielet klejnotu i osadzimy na pierwotnych miejscach wszystkie odłamki, nie zapomnimy nawet o najmniejszym. Choćbyśmy mieli rozbijać na części większe kawałki, dokonamy tego, dokładając wszelkich wysiłków, korzystając ze wszystkich zdolności do pracy w kamieniu, by nie uronić nawet pyłku. A kiedy skończymy, przybędziecie tu i uleczycie Gwiaździstą Różę.

- Przybędziemy. - Eragon ukłonił się.

Hrothgar uśmiechnął się, zupełnie jakby na ich oczach pękł granitowy mur.

- Ogromną radość sprawiłaś mi, Saphiro. Znów mam powód, by żyć i władać. Jeśli to zrobisz, krasnoludy na całym świecie będą czcić twoje imię przez niezliczone pokolenia. Idźcie teraz z moim błogosławieństwem, a ja powiadomię klany o naszej rozmowie. Nie zachowujcie milczenia, czekając na moje słowa, bo każdy krasnolud winien jak najprędzej usłyszeć tę wieść. Powtórzcie ją wszystkim, których spotkacie.

Skłoniwszy się raz jeszcze, Eragon i Saphira odeszli, pozostawiając uśmiechniętego władcę krasnoludów. Za drzwiami Eragon opowiedział o wszystkim Orikowi. Krasnolud natychmiast pokłonił się i ucałował posadzkę u stóp Saphiry. Potem wstał z szerokim uśmiechem i uścisnął dłoń Eragona.

- To doprawdy cud. Daliście nam dokładnie tę nadzieję, jakiej potrzebowaliśmy, by pogodzić się z tym co zaszło. Założę się, że dziś wieczór miód popłynie strumieniami.

- A jutro jest pogrzeb.

Orik spoważniał.

- Jutro tak, lecz do tego czasu nie pozwolimy się dręczyć nieszczęśliwym myślom. Chodźcie.

Nie wypuszczając dłoni Eragona, krasnolud pociągnął go w głąb Tronjheimu, do wielkiej sali biesiadnej, w której wokół kamiennych stołów zasiadało mnóstwo krasnoludów. Orik wskoczył na pierwszy z brzegu, zrzucając na podłogę naczynia, i gromkim głosem powtórzył wieści o Isidar Mithrimie. Odpowiedziały mu wiwaty i krzyki, które niemal ogłuszyły Eragona. Każdy z krasnoludów upierał się, by podejść do Saphiry i ucałować posadzkę, tak jak to uczynił Orik. Gdy skończyli, odstawili talerze i napełnili kamienne kufle piwem i miodem.

Eragon dołączył do zabawy z zapałem, który zaskoczył nawet jego. Powszechna radość pomagała przegnać melancholię, jaka zagnieździła się mu w sercu. Próbował jednak nie oddawać się pijaństwu, świadom obowiązków oczekujących go następnego dnia. Zdecydowanie wolał zachować wówczas trzeźwy umysł.

Nawet Saphira skosztowała miodu, a gdy odkryła, że jej smakuje, krasnoludy wytoczyły dla niej całą beczkę. Wsuwając potężne szczęki do środka, opróżniła ją trzema długimi łykami, po czym uniosła głowę do sufitu i beknęła, wyrzucając z paszczy olbrzymi jęzor ognia. Eragon przez kilkanaście minut przekonywał krasnoludy, że mogą bezpiecznie zbliżyć się do smoczycy, a gdy mu się to udało, natychmiast - wbrew protestom kucharza - postawiły przed nią drugą beczkę i z podziwem patrzyły, jak i tę opróżniła.

W miarę, jak Saphira się upijała, jej uczucia i myśli z coraz większą siłą zalewały Eragona. Miał coraz większe trudności z poleganiem na własnych myślach. Oglądał świat jednocześnie swoimi i jej oczami, a wzrok smoczycy sprawiał, że otoczenie zamazywało się, nabierało innych kolorów. Nawet zapachy co chwila ulegały zmianie, stawały się ostrzejsze, mocniejsze.

Krasnoludy zaczęły śpiewać. Saphira, wijąc się w miejscu, nuciła im do wtóru, podkreślając każdy wers rykiem. Eragon otworzył usta, by dołączyć do chóru, i ze zdumieniem odkrył, że zamiast słów wydobył się z nich ochrypły smoczy warkot. To już za wiele, pomyślał, kręcąc głową. A może po prostu jestem pijany? W końcu uznał, że to nie ma znaczenia i nie zważając na swój głos, podjął radosną pieśń. W miarę rozchodzenia się wieści o Isidar Mithrimie coraz więcej krasnoludów przybywało do sali. Wkrótce setki stłoczyły się przy stołach, tworząc ciasny pierścień wokół Eragona i Saphiry. Orik wezwał muzyków, którzy ustawili się w kącie i ściągnęli z instrumentów pokrowce z zielonego aksamitu. Wkrótce rozbrzmiały dźwięki harf, lutni i srebrnych fletów.

Minęło wiele godzin, nim w końcu zgiełk zaczął cichnąć. Wówczas Orik ponownie wgramolił się na stół. Stanął tam w rozkroku, próbując zachować równowagę, z kuflem w ręku i przekrzywioną, okutą żelazem czapką na głowie.

- Słuchajcie! - wykrzyknął. - W końcu uczciliśmy wszystko tak jak należy. Urgale odeszły, Cień nie żyje, a my zwyciężyliśmy! - Krasnoludy zabębniły pięściami o blaty. To była świetna mowa, krótka i do rzeczy, lecz Orik jeszcze nie skończył. - Za Eragona i Saphirę! - huknął, unosząc kufel. Toast także spotkał się z ogólną aprobatą.

Eragon wstał i skłonił się do wtóru kolejnych okrzyków. Obok niego Saphira ryknęła i uniosła przednią nogę, przyciskając ją do piersi i próbując go naśladować. Zachwiała się, a krasnoludy, dostrzegając niebezpieczeństwo, umknęły na boki. Ledwie zdążyły. Z głośnym hukiem Saphira runęła w tył, lądując na jednym ze stołów.

Plecy Eragona przeszyła gwałtowna błyskawica bólu. Bez zmysłów runął na ogon smoczycy.

 

Requiem

- Obudź się, Knurlhiem, nie możesz teraz spać. Potrzebują nas przy bramie, bez nas nie zaczną.

Eragon uniósł z wysiłkiem ciężkie powieki, świadom bólu głowy i całego ciała. Leżał na zimnym, kamiennym stole.

- Co? - Skrzywił się, czując niesmak na języku.

Orik szarpnął swą brązową brodę.

- Kondukt Ajihada. Musimy do niego dołączyć.

- Nie, nie, jak mnie nazwałeś?

Wciąż przebywali w sali bankietowej, lecz prócz niego, Orika i Saphiry była pusta. Smoczyca leżała na boku między dwoma stołami. Teraz poruszyła się i uniosła głowę, rozglądając się przekrwionymi oczami.

- Kamiennogłowy! Nazwałem cię kamiennogłowym, bo od prawie godziny usiłuję cię obudzić.

Eragon usiadł z trudem i zsunął się ze stołu. W jego umyśle pojawiły się przebłyski wspomnień z poprzedniego wieczoru. Saphiro, jak się czujesz? - spytał, podchodząc do niej chwiejnie.

Smoczyca obróciła głowę, raz po raz przesuwając szkarłatnym językiem po zębach, niczym kot, który zjadł coś bardzo niesmacznego.

Jestem cała... tak myślę. Coś dziwnego stało się z mym lewym skrzydłem; chyba je sobie przygniotłam, a głowę wypełniają mi setki rozpalonych strzał.

- Czy zraniła kogoś, gdy upadła? - spytał zatroskany Eragon.

Potężna pierś krasnoluda uniosła się w serdecznym śmiechu.

- Tylko tych, co z radości pospadali z krzeseł. Smok, który pije i pada bez zmysłów! Z pewnością przez wiele lat będą o tym śpiewać pieśni.

Saphira rozprostowała skrzydła i z nadąsaną miną odwróciła głowę.

- Uznaliśmy, że najlepiej będzie was tu zostawić, a zresztą i tak nie mogliśmy cię poruszyć, Saphiro - kontynuował krasnolud. - Kucharz strasznie protestował; lękał się, że wypijesz więcej niż cztery beczki jego najlepszego miodu.

I ty miałaś do mnie pretensje o picie? Gdybym opróżnił cztery beczki, padłbym trupem.

Dlatego właśnie nie jesteś smokiem.

Orik wepchnął mu w ręce naręcze ubrań.

- Masz, włóż to. Nadaje się na pogrzeb bardziej niż twój strój. Ale szybko, mamy niewiele czasu.

Eragon pośpiesznie naciągnął nowe ubranie - zwiewną białą koszulę z wiązaniami przy mankietach, czerwoną kamizelę ozdobioną złotymi szamerunkami i haftami, ciemne spodnie, lśniące, wysokie czarne buty, stukające głośno o posadzkę, i obszerną pelerynę spinaną pod szyją wysadzaną klejnotami broszą. Zar'roc zawisł na ozdobnym pasie.

Eragon ochlapał twarz zimną wodą i spróbował przeczesać potargane włosy. Potem Orik wyprowadził go wraz z Saphirą z sali i poganiając, powiódł korytarzami w stronę południowej bramy Tronjheimu.

- Musimy zacząć stamtąd - wyjaśnił, poruszając się ze zdumiewającą prędkością na swych krótkich nogach - bo tam właśnie zatrzymała się trzy dni temu procesja z ciałem Ajihada. Jego podróż do grobu musi się odbywać płynnie, inaczej duch nie zazna spokoju.

Osobliwy zwyczaj - zauważyła Saphira.

Eragon zgodził się, dostrzegając, że smoczyca ma mały kłopot z utrzymaniem równowagi. W Carvahall ludzi zwykle grzebano na ich farmach albo, jeśli mieszkali w wiosce, na niewielkim cmentarzu. Towarzyszyła temu jedynie garstka prostych rytuałów - recytacje fragmentów pewnych ballad i stypa urządzana później dla krewnych i przyjaciół.

Czy wytrzymasz cały pogrzeb? - spytał po kolejnym potknięciu Saphiry.

Smoczyca skrzywiła się.

Pogrzeb i mianowanie Nasuady. Ale potem muszę się przespać. Zaraza na ten miód!

Eragon powrócił do rozmowy z Orikiem.

- Gdzie zostanie pochowany Ajihad?

Krasnolud zwolnił i ostrożnie spojrzał na swego towarzysza.

- To kwestia sporna wśród klanów. Gdy krasnolud umiera, uważamy, że należy zamknąć go w kamieniu, w przeciwnym razie nigdy nie dołączy do swych przodków. To skomplikowane, nie mogę powiedzieć więcej komuś z zewnątrz, ale dokładamy wszelkich starań, by zapewnić mu podobny pogrzeb. Spoczynek ciała w gorszym żywiole przynosi hańbę rodzinie lub klanom. Pod Farthen D?rem istnieje komora stanowiąca dom wszystkich knurlan, krasnoludów, którzy tu umarli. Tam właśnie trafi Ajihad. Nie może zostać pogrzebany z nami, jest bowiem człowiekiem. Przygotowano mu jednak wydrążoną niszę. Vardeni będą go odwiedzać, nie naruszając naszych uświęconych grot, a Ajihad otrzyma godny pochówek, na jaki zasłużył.

- Wasz król wiele zrobił dla Vardenów - zauważył Eragon.

- Niektórzy twierdzą, że zbyt wiele.

***

Przed bramą - podniesioną na ukrytych łańcuchach i ukazującą słabe światło dnia sączące się do Farthen D?ru - zastali już ustawiony i gotowy do drogi orszak. Na przodzie leżał Ajihad, zimny i blady na płycie z białego marmuru, dźwiganej przez sześciu mężów w czarnych zbrojach. Na głowie miał hełm wysadzany drogocennymi kamieniami, dłonie splecione tuż pod obojczykami spoczywały na kościanej rękojeści nagiego miecza wystającego spod tarczy zakrywającej pierś i nogi. Srebrna kolczuga, jakby utkana z pierścieni księżycowego światła, spływała na marmur.

Tuż za ciałem stała Nasuada, poważna i odziana w żałobną czerń. Twarz miała mokrą od łez. U jej boku czekał Hrothgar w ciemnych szatach, dalej Arya, Rada Starszych ze stosownie smutnymi minami i wreszcie szereg żałobników, ciągnący się na milę poza Tronjheim.

Wszystkie drzwi i przejścia w czteropiętrowym korytarzu wiodącym do środkowej komnaty Tronjheimu, leżącej pół mili dalej, stały otworem. Tłoczyli się w nich ludzie i krasnoludy. Pomiędzy szarymi plamami twarzy długie gobeliny kołysały się unoszone setkami westchnień i szeptów, gdy pojawili się Saphira i Eragon.

Jörmundur wezwał ich gestem. Starając się nie naruszyć kolumny, Eragon i Saphira przesunęli się naprzód w ślad za nim, ścigani nieprzychylnym spojrzeniem Sabrae. Orik stanął obok swego króla.

Eragon nie wiedział na co wszyscy czekają.

Latarnie były na wpół przesłonięte, toteż wokół panował chłodny półmrok, nadając otoczeniu nierzeczywistą aurę. Nikt się nie poruszał, nawet nie oddychał. Przez krótką chwilę Eragon wyobraził sobie, że otaczają go posągi zastygłe na całą wieczność. Z noszy unosiła się samotna smużka dymu z kadzidła i leniwie wspinała się ku pogrążonym w mgiełce sufitom, niosąc woń cedru i janowca. W całej sali poruszała się tylko ona - cienka linia wijąca się niczym wąż i kołysząca z boku na bok.

Głęboko w Tronjheimie odezwał się bęben. Bum. Donośny basowy łoskot odbił się echem, przenikając do kości, wstrząsając miastem-górą i sprawiając, że zadźwięczało całe niczym wielki kamienny dzwon.

Postąpili krok naprzód.

Bum. Przy drugim uderzeniu do pierwszego bębna dołączył kolejny, o jeszcze niższym tonie. Ich zgodne głosy wstrząsnęły korytarzem. Siła dźwięku popychała procesję w majestatycznym tempie, nadawała każdemu krokowi znaczenie, cel, powagę stosowną do okoliczności. Żadna myśl nie mogła przetrwać wibrujących wokół dźwięków, jedynie wezbranie emocji, które bębny podsycały, zręcznie przywołując jednocześnie łzy i gorzko-słodką radość.

Bum.

Gdy tunel dobiegł końca, niosący Ajihada mężczyźni zatrzymali się pomiędzy onyksowymi kolumnami. W końcu ruszyli w głąb środkowej sali. Eragon ujrzał, jak krasnoludy poważnieją jeszcze bardziej na widok Isidar Mithrimu.

Bum.

Wędrowali przez kryształowy cmentarz. Krąg potężnych odłamków leżał pośrodku olbrzymiej komnaty, otaczając połyskliwy wzór w posadzce: młot i gwiazdy. Wiele kawałków rozmiarami przewyższało Saphirę. W ich głębi wciąż połyskiwały promienie gwiaździstego szafiru, na niektórych było widać płatki rzeźbionej róży.

Bum.

Niosący nosze wędrowali naprzód pomiędzy niezliczonymi ostrymi jak brzytwa krawędziami. Potem procesja skręciła i zeszła po szerokich stopniach, zagłębiając się w tunele poniżej. Maszerowali przez wiele grot, mijając kamienne chaty, w których krasnoludzkie dzieci tuliły się do matek, odprowadzających kondukt spojrzeniami wielkich zdumionych oczu.

Bum. Do wtóru końcowego crescendo zatrzymali się pod karbowanymi stalaktytami zwieszającymi się ze sklepienia olbrzymich katakumb, pełnych niewielkich nisz. W każdej z nich krył się grobowiec, ozdobiony imieniem i herbem klanu. Spoczywały tu tysiące - setki tysięcy. Jedyne światło rzucały rozmieszczone z rzadka czerwone latarnie, blade pośród cieni.

Po chwili niosący ciało przeszli do niewielkiego pomieszczenia, sąsiadującego z główną komorą. Pośrodku, na platformie czekała wielka krypta, wypełniona ciemnością.

Na jej szczycie widniał runiczny napis:

Niechaj wszyscy Knurlan, Ludzie i Elfy

Pamiętają

Tego człowieka.

Był bowiem szlachetny, silny i mądry

G?ntera Ar?na

Na oczach zgromadzonych wokół żałobników ciało Ajihada opuszczono w głąb krypty. Ci, którzy znali go osobiście, mogli podejść bliżej. Eragon i Saphira stali tuż za Aryą. Wspinając się po marmurowych schodach, Eragon poczuł obezwładniający smutek. Jego rozpacz wzmacniał jeszcze fakt, że miał wrażenie, iż obok Ajihada chowa też symbolicznie Murtagha.

Zatrzymując się obok grobu, spojrzał na Ajihada. Martwy przywódca Vardenów wydawał się znacznie spokojniejszy i bardziej pogodny niż za życia, jakby dopiero śmierć dostrzegła jego wielkość i uczciła, zmazując wszystkie ślady codziennych trosk. Eragon znał go bardzo krótko, lecz w tym czasie Ajihad zyskał sobie jego szacunek. Był wspaniałym człowiekiem i przez całe życie dążył do osiągnięcia wyznaczonego celu - wolności od tyranii. Poza tym przywódca Vardenów jako pierwszy po ucieczce z doliny Palancar ofiarował mu i Saphirze bezpieczne schronienie.

Pogrążony w smutku Eragon szukał w myślach największej możliwej pochwały. W końcu, poprzez ściśnięte gardło wyszeptał:

- Będą o tobie pamiętać, Ajihadzie, przysięgam. Spoczywaj w pokoju i bądź pewien, że Nasuada podejmie twoje dzieło, a imperium zostanie obalone dzięki temu, co osiągnąłeś.

Świadom dotyku Saphiry na ramieniu, Eragon zszedł z platformy wraz ze smoczycą i podążył za Jörmundurem na swoje miejsce.

Gdy w końcu wszyscy się pożegnali, Nasuada skłoniła się nad Ajihadem i dotknęła dłoni ojca, przytrzymując ją przez chwilę. W końcu jęknęła boleśnie i zaczęła śpiewać.

A potem zjawiło się dwanaście krasnoludów, które zakryły marmurową płytą twarz Ajihada. I tak odszedł.

 

Hołd

Ludzie powoli wypełniali podziemny amfiteatr. Nad wielką areną unosił się szmer głosów, omawiających przebieg pogrzebu.

Eragon ziewnął, zasłaniając usta dłonią. Siedział w najniższym rzędzie, na poziomie podium. Miejsca obok niego zajęli Orik, Arya, Hrothgar, Nasuada i członkowie Rady Starszych. Saphira stała na schodach wiodących ku wyższym poziomom. Orik nachylił się ku Eragonowi.

- Od czasów Korgana wybierano tu wszystkich naszych królów. Słusznie zatem, by i Vardeni postąpili podobnie.

Przekonamy się jeszcze, pomyślał Eragon, czy przekazanie władzy przebiegnie spokojnie. Potarł ręką oko, przeganiając łzy. Ceremonia pogrzebowa wstrząsnęła nim do głębi.

W końcu zdenerwowanie zwyciężyło w walce ze smutkiem i ścisnęło mu trzewia. Martwił się o swą rolę w zbliżającej się uroczystości. Nawet jeśli wszystko pójdzie dobrze, mieli wraz z Saphirą wkrótce zyskać sobie potężnych wrogów. Na oślep sięgnął po Zar'roca i mocno ścisnął rękojeść miecza.

Po kilkunastu minutach amfiteatr był już wypełniony publicznością. Wtedy Jörmundur wystąpił na podium.

- Ludu Vardenów, staliśmy tu po raz ostatni piętnaście lat temu, po śmierci Deynora. Jego następca, Ajihad, uczynił przeciw imperium i Galbatorixowi więcej niż ktokolwiek wcześniej. Zwyciężył w niezliczonych bitwach z przeważającymi siłami. O mało nie zabił Durzy i zadrapał klingę Cienia. A co najważniejsze, powitał w Tronjheimie Jeźdźca Eragona i Saphirę. Teraz jednak musimy wybrać nowego przywódcę.

Ktoś w górze krzyknął:

- Cieniobójca!

Eragon powstrzymał się od reakcji. Ucieszyło go, że Jörmundur nawet nie mrugnął.

- Może w przyszłości - rzekł. - Teraz jednak ma inne obowiązki. Nie, Rada Starszych długo rozmyślała. Potrzebujemy kogoś, kto rozumie nasze potrzeby i pragnienia. Kogoś, kto żył i cierpiał obok nas. Kogoś, kto odmówił ucieczki w obliczu bitwy.

W tym momencie Eragon wyczuł, że zebrani zaczynają rozumieć. Z tysięcy gardeł wyrwało się jedno imię. Jörmundur także je wymówił.

- Nasuada.

To rzekłszy, skłonił się i odszedł na bok.

Następna była Arya. Powiodła wzrokiem po zebranych.

- Elfy oddają dziś cześć Ajihadowi. W imieniu królowej Islanzadí uznaję powołanie Nasuady i proponuję jej to samo wsparcie i przyjaźń, jakim darzyliśmy jej ojca. Oby gwiazdy czuwały nad nią.

Miejsce na podium zajął Hrothgar.

- Ja też popieram Nasuadę - rzekł szorstko. - Podobnie klany.

Nadeszła kolej Eragona. Stając przed tłumem, czując na sobie i Saphirze wzrok wszystkich, oświadczył:

- My również popieramy Nasuadę. - Saphira warknęła z aprobatą.

Po tych słowach poparcia członkowie Rady Starszych, z Jörmundurem na czele, ustawili się po obu stronach podium. Nasuada podeszła z dumnie uniesioną głową i uklękła przed nimi wśród kruczych fałd sukni. Jörmundur podniósł głos:

- Kierując się prawem dziedziczenia, wybraliśmy Nasuadę. Kierując się czynami jej ojca i błogosławieństwem współbraci, wybraliśmy Nasuadę. Teraz pytam was, czy wybraliśmy mądrze?

Odpowiedział mu ogłuszający chór:

- Tak!

Jörmundur skinął głową.

- Zatem mocą przypisaną tej radzie, przekazujemy przypadające Ajihadowi przywileje i obowiązki jego jedynej dziedziczce, Nasuadzie. - Ostrożnie złożył na jej głowie srebrny diadem. Następnie ujął rękę dziewczyny, uniósł wysoko i wykrzyknął: - Daję wam nową przywódczynię!

Przez dziesięć minut Vardeni i krasnoludy wiwatowali, dając wyraz swej akceptacji. W sali zapanował zgiełk. W końcu, gdy krzyki ucichły, Sabrae skinęła dłonią na Eragona.

- Czas wypełnić obietnicę - szepnęła.

W tym momencie odniósł wrażenie, że wszystkie odgłosy umilkły. Jego zdenerwowanie także zniknęło. Dobrze wiedział, jak wielkie znaczenie ma ta chwila. Odetchnął głęboko, po czym wraz z Saphirą ruszyli w stronę Jörmundura i Nasuady. Wydawało mu się, że każdy krok trwa wieczność. Po drodze przyglądał się kolejno Sabrae, Elessari, Umérthowi i Falberdowi - dostrzegając ich półuśmieszki, pyszałkowatą pewność siebie i, u Sabrae, otwartą wzgardę. Za plecami członków rady stała Arya. Skinęła głową na znak poparcia.

Zaraz zmienimy historię - oznajmiła Saphira.

Rzucamy się z urwiska, nie widząc, w jak głęboką wpadniemy wodę.

Ach, ale cóż za wspaniały czeka nas najpierw lot!

Zerknąwszy przelotnie na spokojną twarz Nasuady, Eragon pokłonił się i ukląkł. Wysunął Zar'roca z pochwy i ułożył płasko na dłoniach, po czym uniósł, jakby chciał ofiarować miecz Jörmundurowi. Przez moment klinga zawisła między Jörmundurem i Nasuadą, na granicy dwóch różnych przeznaczeń. Eragon wstrzymał oddech. Jakiż prosty wybór miał zadecydować o życiu, i o czymś więcej - losach smoka, króla i imperium.

A potem odetchnął głęboko i obrócił się ku Nasuadzie.

- Wiedziony najwyższym szacunkiem... i zrozumieniem czekających cię trudności, ja, Eragon, pierwszy Jeździec Vardenów, Cieniobójca i Argetlam, daję ci me ostrze i składam hołd, Nasuado.

Vardeni i krasnoludy patrzyli wstrząśnięci. W jednej chwili triumf Rady Starszych przerodził się w pełną wściekłości niemoc. W ich spojrzeniach płonęła siła i nienawiść ludzi zdradzonych. Nawet Elessari poddała się tym uczuciom. Tylko Jörmundur - po krótkim oszołomieniu - wyglądał, jakby przyjął jego słowa ze spokojem.

Nasuada uśmiechnęła się i chwyciła Zar'roca, przykładając czubek miecza do czoła Eragona, dokładnie tak jak dzień wcześniej.

- To zaszczyt, że wybrałeś mnie, by mi służyć, Jeźdźcze Eragonie. Przyjmuję go, tak jak ty przyjmujesz wszystkie obowiązki z tym związane. Powstań jako mój wasal i weź swój miecz.

Eragon posłuchał i cofnął się z Saphirą. Tłum, krzycząc entuzjastycznie, zerwał się z miejsc. Krasnoludy tupały rytmicznie swymi podkutymi buciorami, ludzie tłukli mieczami o tarcze.

Nasuada odwróciła się w stronę podium i chwyciła je obiema rękami, patrząc w górę na zgromadzonych ludzi. Jej twarz rozjaśnił czysty radosny uśmiech.

- Ludu Vardenów!

Cisza.

- Jak mój ojciec przede mną, oddaję swoje życie wam i waszej sprawie. Nigdy nie ustanę w walce, dopóki nie pokonamy urgali, nie zabijemy Galbatorixa i nie uwolnimy całej Alagaësii.

Odpowiedziała jej kolejna fala wiwatów.

- Mówię wam tedy, że nastał czas, byście się przygotowali. Tu, w Farthen D?rze, po niezliczonych potyczkach, zwyciężyliśmy w największej z bitew. Nadeszła nasza kolej. Musimy uderzyć. Galbatorix jest słaby po utracie sporej liczby oddziałów. Podobna okazja może się nie przydarzyć nigdy więcej. Powtarzam zatem, czas się przygotować, abyśmy ponownie mogli cieszyć się zwycięstwem!

***

Po wielu przemówieniach najróżniejszych osób, w tym wciąż kipiącego wściekłością Falberda, amfiteatr zaczął pustoszeć. Gdy Eragon wstał, by odejść, Orik chwycił go za rękę. Krasnolud wciąż sprawiał wrażenie oszołomionego.

- Eragonie, czy zaplanowałeś to wszystko?

Eragon przez chwilę zastanowił się, czy rozsądnie będzie wyznać prawdę. W końcu skinął głową.

- Tak.

Orik głośno wypuścił ustami powietrze.

- To bardzo śmiałe posunięcie. Zapewniłeś Nasuadzie silną pozycję. Ale też, sądząc po reakcjach członków Rady Starszych, nie był to najbezpieczniejszy pomysł. Czy Arya go zaaprobowała?

- Zgodziła się, że to konieczne.

Krasnolud przyjrzał mu się z namysłem.

- Z pewnością. Właśnie odmieniłeś równowagę sił, Eragonie. Odtąd nikt już cię nie zlekceważy. Lękaj się jednak przegniłego kamienia. Zyskałeś sobie dziś potężnych wrogów.

Klepnął Eragona w ramię i odszedł. Saphira odprowadziła go wzrokiem.

Powinniśmy przygotować się do odejścia z Farthen D?ru. Rada będzie szukać zemsty. Im szybciej znajdziemy się poza jej zasięgiem, tym lepiej.

 

Wizyta, wąż i wiadomość

Gdy tego wieczoru Eragon po kąpieli wracał do swej komnaty, zdumiał się, zastawszy czekającą przed drzwiami wysoką kobietę. Miała ciemne włosy, niezwykłe błękitne oczy i usta wykrzywione w cierpkim uśmiechu. Jej przegub okalała złota bransoleta przedstawiająca syczącego węża. Eragon miał nadzieję, że nie jest to jedna z Vardenów przychodząca z prośbą o radę.

- Argetlamie. - Kobieta dygnęła z wdziękiem.

W odpowiedzi skłonił głowę.

- Mogę czymś służyć?

- Mam nadzieję. Jestem Trianna, czarodziejka z Du Vrang Gata.

- Naprawdę czarodziejka? - Spojrzał na nią, zaintrygowany.

- A także magiczna wojowniczka, szpieg i cokolwiek, czym powinnam być dla Vardenów. Brakuje nam władających magią, toteż każdy z nas pełni różne role. - Uśmiechnęła się, odsłaniając równe, białe zęby. - Dlatego właśnie dziś tu przyszłam. Bylibyśmy zaszczyceni, gdybyś zechciał objąć przywództwo nad naszą grupą. Tylko ty możesz zastąpić Bliźniaków.

Eragon niemal nieświadomie uśmiechnął się w odpowiedzi. Była taka miła i czarująca, że naprawdę nie chciał odmawiać.

- Niestety, nie mogę. Wkrótce opuszczamy z Saphirą Tronjheim. Poza tym i tak musiałbym najpierw zasięgnąć opinii Nasuady. - I nie chcę mieszać się głębiej w politykę, zwłaszcza w sprawy grupy, którą kierowali Bliźniacy.

Trianna przygryzła wargę.

- Przykro mi to słyszeć. - Zbliżyła się o krok. - Może przed twym odejściem zdołalibyśmy spędzić razem nieco czasu? Pokazałabym ci, jak przyzywać i poskramiać duchy. Dla obojga z nas byłoby to bardzo pouczające.

Eragon poczuł, jak pieką go policzki.

- Jestem niezmiernie wdzięczny za tę propozycję, ale w tej chwili mam zbyt wiele zajęć.

W oczach Trianny rozbłysła iskierka gniewu, po czym zniknęła tak szybko, że zastanawiał się, czy naprawdę ją dostrzegł. Czarodziejka westchnęła.

- Rozumiem.

Sprawiała wrażenie bardzo zawiedzionej i wyglądała tak żałośnie, że Eragon poczuł wyrzuty sumienia. Kilka minut rozmowy mi nie zaszkodzi, uznał.

- Ciekaw jestem, jak nauczyłaś się władać magią?

Trianna rozpromieniła się.

- Pochodzę z Surdy, moja matka była tam uzdrowicielką. Miała odrobinę mocy i zdołała udzielić mi nauk, przekazać tradycję. Oczywiście nie dorównuję siłą Jeźdźcowi. Nikt z Du Vrang Gata nie pokonałby w pojedynkę Durzy. To czyn godny bohatera.

Zakłopotany Eragon zaszurał nogami.

- Gdyby nie Arya, nie przeżyłbym.

- Jesteś zbyt skromny, Argetlamie - upomniała go. - To ty zadałeś ostateczny cios. Powinieneś być dumny ze swych osiągnięć. Nie powstydziłby się ich sam Vrael. - Trianna nachyliła się ku niemu. Serce Eragona zabiło szybciej, nozdrza wypełniła mu woń perfum, ciężka, piżmowa, z odrobiną egzotycznych korzeni. - Słyszałeś układane o tobie pieśni? Vardeni śpiewają je co wieczór przy ogniskach. Twierdzą, że przybyłeś, by odebrać Galbatorixowi tron.

- Nie - uciął szybko, ostro; akurat tej pogłoski nie zamierzał tolerować. - Może i tak twierdzą, ale to nieprawda. Nieważne jaki czeka mnie los, nie chcę nikim rządzić.

- To bardzo mądre z twojej strony. Bo kimże jest król, jeśli nie człowiekiem uwięzionym w klatce obowiązków? Kiepska to nagroda dla ostatniego swobodnego Jeźdźca i jego smoka. Nie, tobie przypada zdolność robienia tego, co zechcesz, i przez to kształtowania przyszłości Alagaësii. - Urwała i dodała po chwili: - Czy pozostawiłeś w imperium rodzinę?

Co takiego?

- Tylko kuzyna - odparł.

- Zatem nie jesteś zaręczony?

Pytanie to całkowicie go zaskoczyło. Nigdy wcześniej nikogo to nie interesowało.

- Nie, nie jestem.

- Z pewnością musi istnieć ktoś, na kim ci zależy. - Znów zbliżyła się o krok i ozdobiony wstążkami rękaw musnął jego ramię.

- W Carvahall nie byłem z nikim blisko... - Zająknął się. - A później cały czas podróżowałem.

Trianna cofnęła się odrobinę, po czym uniosła przegub i wężowa bransoleta znalazła się na poziomie jego oczu.

- Podoba ci się? - spytała. Eragon zamrugał i kiwnął głową, choć w istocie wąż niezbyt go zachwycił. - Nazywam go Lorga, to mój obrońca i towarzysz. - Pochyliła się i dmuchnęła na bransoletkę, mamrocząc: - Sé orúm thornessa, hávr sharjalví lífs.

Z cichym szelestem wąż ożył. Eragon patrzył zafascynowany, jak maleńki gad wije się wokół bladej ręki czarodziejki, a potem unosi głowę i spogląda na niego rubinowymi źrenicami, poruszając szybko językiem. Jego oczy wyglądały, jakby rosły i się powiększały, aż w końcu stały się równie wielkie jak pięści Eragona. Miał wrażenie, że zapada się w ich ognistą głębię, jak zahipnotyzowany.

A potem na krótką komendę wąż zesztywniał i wrócił do pierwotnej pozycji. Trianna westchnęła ciężko i oparła się o ścianę.

- Niewielu ludzi rozumie to co robimy, my, znający magię. Ale chciałam, byś pojął, że są inni tacy jak ty, i jeśli będziemy mogli, na pewno ci pomożemy.

Eragon położył rękę na jej dłoni. Nigdy wcześniej nie próbował się tak zbliżyć do kobiety, lecz zbudzony instynkt kazał mu nie ustawać, zaryzykować. Było to przerażające i jednocześnie upajające.

- Jeśli chcesz, możemy pójść coś zjeść. Niedaleko stąd jest kuchnia.

Trianna musnęła wierzch jego dłoni gładkimi, chłodnymi palcami, jakże innymi od szorstkich twardych rąk, do których przywykł.

- Bardzo chętnie. Czy... - Zachwiała się nagle, gdy za jej plecami gwałtownie otwarły się drzwi. Czarodziejka odwróciła się i zachłysnęła własnym krzykiem, ujrzawszy Saphirę.

Smoczyca pozostała bez ruchu, jedynie jej warga uniosła się, odsłaniając rząd ostrych zębów. A potem warknęła. Było to doprawdy wspaniałe warknięcie - przesycone głęboką pogardą i groźbą. Przez ponad minutę wznosiło się i opadało w korytarzu, przypominając nieco wściekłą, złowieszczą tyradę.

Eragon tymczasem mierzył ją gniewnym spojrzeniem.

Gdy Saphira umilkła, Trianna wciąż zaciskała obie ręce na fałdach sukni, mimowolnie szarpiąc materiał. Twarz miała bladą i przerażoną. Szybko dygnęła przed smoczycą, po czym, ledwie panując nad sobą, odwróciła się i uciekła. Zachowując się jak gdyby nigdy nic, Saphira uniosła nogę i polizała szpon. Ledwie zdołałam otworzyć te drzwi - powiedziała i pociągnęła nosem.

Eragon nie zdołał dłużej zapanować nad sobą.

Czemu to zrobiłaś?! - wybuchnął. Nie miałaś powodów, by się wtrącać!

Potrzebowałeś mojej pomocy - odparła, niewzruszona.

Gdybym jej potrzebował, wezwałbym cię!

Nie krzycz na mnie - ucięła Saphira, kłapiąc głośno szczękami. Czuł kipiące w niej emocje, równie potężne jak jego własne. Nie pozwolę, żebyś prowadzał się z dziewką, która dba bardziej o Eragona Jeźdźca niż o ciebie jako człowieka.

Ona nie była dziewką! - ryknął Eragon i z wściekłością walnął pięścią w ścianę. Jestem mężczyzną, Saphiro, nie pustelnikiem. Nie możesz oczekiwać, że z powodu tego, kim się stałem, przestanę dostrzegać... dostrzegać kobiety. Ta decyzja nie należy do ciebie. Mogłem przynajmniej zakosztować rozmowy, zająć myśli czymś innym niż tragedie, z którymi ostatnio mamy do czynienia. Przebywasz w mojej głowie, wiesz, co czuję. Czemu nie mogłaś zostawić mnie w spokoju? Co by się stało?

Ty nie rozumiesz. Unikała jego wzroku.

Nie rozumiem! Czy kiedyś zabronisz mi mieć żonę i dzieci, rodzinę?

Eragonie. W końcu spojrzało na niego zielone oko smoczycy. Jesteśmy silnie złączeni.

Oczywiście!

I jeśli zwiążesz się z kimś, z moim błogosławieństwem lub bez niego, i się... zaangażujesz... poruszysz też moje uczucia. Powinieneś to wiedzieć. Zatem, i ostrzegę cię tylko jeden raz, bardzo uważaj kogo wybierzesz, bo będzie to dotyczyło nas obojga.

Przez moment zastanawiał się nad jej słowami.

Nasza więź działa w obie strony. Jeśli ty kogoś znienawidzisz, ja także to odczuję. Pojmuję twoją troskę. Nie byłaś zatem po prostu zazdrosna?

Ponownie oblizała szpon.

Może odrobinę.

Tym razem to Eragon warknął. Minął smoczycę, wpadł do komnaty, chwycił Zar'roca i odszedł szybko, przypinając po drodze miecz.

Godzinami włóczył się po Tronjheimie, unikając kontaktu z kimkolwiek. To, co zaszło, sprawiło mu ból, choć nie mógł zaprzeczyć prawdzie zawartej w słowach Saphiry. Ze wszystkich wspólnych spraw, ta była najdelikatniejsza i co do niej najmniej się zgadzali. Tej nocy po raz pierwszy od dnia schwytania w Gil'eadzie, spał z dala od Saphiry, w koszarach krasnoludzkich.

Następnego ranka powrócił do ich komnaty. W ramach niewypowiedzianej zgody unikali rozmów o tym co zaszło. Dalsze spory nie miały sensu, skoro żadna ze stron nie zamierzała ustąpić. Poza tym oboje odczuli tak wielką ulgę, gdy znów się połączyli, że nie chcieli raz jeszcze narażać na szwank swojej przyjaźni.

Jedli właśnie drugie śniadanie i Saphira z zapałem szarpała zębami krwawy udziec, gdy w drzwiach stanął Jarsha. Jak zwykle, zapatrzył się na smoczycę szeroko otwartymi oczami, śledząc każdy jej ruch, gdy w skupieniu obgryzała główkę kości.

- Tak? - spytał Eragon, wycierając podbródek i zastanawiając się, czy to Rada Starszych posłała po niego. Od czasu pogrzebu nie miał od nich żadnych wieści.

Jarsha na moment odwrócił wzrok od Saphiry.

- Nasuada chce cię widzieć, panie. Czeka w gabinecie swego ojca.

Panie! Eragon omal nie wybuchnął śmiechem. Jeszcze niedawno to on nazywał tak ludzi, nie oni jego. Zerknął na smoczycę.

Skończyłaś czy mam zaczekać parę minut?

Saphira wywróciła oczami, pochłonęła resztkę mięsa i z donośnym hukiem wypluła kość. Jestem gotowa.

- W porządku. - Eragon wstał. - Możesz odejść, Jarsho, znamy drogę.

Rozmiary miasta-góry sprawiły, że do gabinetu dotarli po niemal półgodzinie. Tak jak za czasów rządów Ajihada, pod drzwiami zastali straże, lecz zamiast dwóch mężów, tym razem wartę pełnił cały oddział zahartowanych w bojach wojowników, wyczulonych na nawet najlżejszą oznakę niebezpieczeństwa. Było wyraźnie widać, że są gotowi poświęcić życie, byle tylko ochronić nową przywódczynię przed zasadzką bądź atakiem. I choć z całą pewnością poznali Eragona i Saphirę, zagrodzili im drogę, chcąc najpierw powiadomić o przybyciu gości Nasuadę. Dopiero potem pozwolili im wejść do środka.

Eragon natychmiast dostrzegł drobną zmianę w gabinecie, a mianowicie obecność wazonu z kwiatami. Niewielkie, fioletowe kwiatki nie rzucały się w oczy, napełniały jednak powietrze miłym aromatem, który sprawił, że Eragon przypomniał sobie lato na wsi, świeże, dojrzałe maliny i skoszone pola, brązowiejące w promieniach słońca. Odetchnął głęboko, doceniając zręczność, z jaką Nasuada nadała komnacie własne piętno, nie zacierając wspomnienia Ajihada.

Siedziała za szerokim biurkiem, wciąż odziana w żałobną czerń. Gdy Eragon zajął miejsce z Saphirą u boku, Nasuada pozdrowiła go, wypowiadając jego imię. Uczyniła to z prostotą, ani przyjaźnie, ani wrogo. Na moment odwróciła głowę, po czym skupiła na nim uważne, badawcze spojrzenie.

- Przez ostatnie kilka dni sprawdzałam sytuację Vardenów i to, jak się mają ich sprawy. A mają się katastrofalnie. Jesteśmy biedni, wyczerpani, brak nam zapasów i niewielu rekrutów z imperium wstępuje w nasze szeregi. Zamierzam to zmienić. Krasnoludy nie zdołają nas dłużej utrzymywać, tego lata zbiory były kiepskie, a zresztą klany także poniosły duże straty. Z tej przyczyny postanowiłam przenieść Vardenów do Surdy. To trudna decyzja, ale wierzę, że niezbędna dla naszego bezpieczeństwa. Gdy znajdziemy się w Surdzie, będziemy w końcu dość blisko, by móc bezpośrednio stawić czoło imperium.

Nawet Saphira poruszyła się, zdumiona. Jakiej ogromnej to wymaga pracy! - rzekł w myślach Eragon. Przeniesienie całego dobytku do Surdy może trwać miesiącami, nie mówiąc o ludziach. A po drodze zapewne będą musieli walczyć.

- Sądziłem, że król Orrin nie odważy się otwarcie przeciwstawić Galbatorixowi - zaprotestował głośno.

Nasuada uśmiechnęła się ponuro.

- Gdy pokonaliśmy urgale, zmienił zdanie. Da nam schronienie, strawę i będzie walczył u naszego boku. Wielu Vardenów już przebywa w Surdzie, głównie kobiety i dzieci, które nie mogą bądź nie chcą walczyć. Udzielą nam wsparcia albo pozbawię ich miana Vardenów.

- Jakim sposobem tak szybko nawiązałaś łączność z królem Orrinem? - spytał Eragon.

- Krasnoludy korzystają z systemu zwierciadeł i lamp, dzięki którym przekazują wiadomości poprzez tunele. W niecały dzień mogą wysłać wiadomość stąd na zachodni skraj Gór Beorskich. Stamtąd kurierzy zanoszą ją do Aberonu, stolicy Surdy. Jednakże, choć szybka, ta metoda wciąż okazuje się zbyt powolna, gdy Galbatorix może zaskoczyć nas, wysyłając armię urgali, i mamy niecały dzień na przygotowanie się do walki. Nim wyruszymy, zamierzam przygotować coś skuteczniejszego pomiędzy Du Vrang Gata i magami Hrothgara.

Nasuada otworzyła szufladę biurka i wyjęła gruby zwój.

- Vardeni w ciągu miesiąca opuszczą Farthen D?r. Hrothgar zgodził się zapewnić nam bezpieczną przeprawę przez tunele. Co więcej, wysłał oddziały do Orthíadu, by zlikwidować ostatnie grupki urgali i zablokować tunele, żeby nikt już nie zdołał tą drogą napaść na krasnoludy. Ponieważ jednak to może nie wystarczyć do zapewnienia przetrwania Vardenów, chcę cię prosić o przysługę.

Eragon skinął głową. Spodziewał się prośby bądź polecenia. Po cóż innego miałaby go wzywać?

- Jestem na twoje rozkazy.

- Może. - Wzrok Nasuady powędrował na moment ku Saphirze. - Ale to nie jest rozkaz i zanim odpowiesz, dobrze się zastanów. Aby zyskać poparcie dla Vardenów, chciałabym rozpuścić w imperium pogłoski, że do naszej sprawy przyłączył się nowy Jeździec, zwany Eragonem Cieniobójcą, i jego smoczyca Saphira. Ale nim to uczynię, pragnę uzyskać twoją zgodę.

To zbyt niebezpieczne - zaprotestowała Saphira.

Wiadomość o naszej obecności i tak dotrze do imperium - zauważył Eragon. Vardeni będą chcieli przechwalać się swym zwycięstwem i śmiercią Durzy. Skoro i tak do tego dojdzie bez względu na nasze zdanie, powinniśmy się zgodzić.

Smoczyca prychnęła cicho. Martwi mnie Galbatorix. Do tej pory nie ujawniliśmy publicznie, gdzie leżą nasze sympatie.

Nasze czyny przemawiały dość wyraźnie - stwierdził Eragon.

Owszem, ale nawet gdy Durza walczył z tobą w Tronjheimie, nie próbował cię zabić. Jeśli zaczniemy otwarcie głosić sprzeciw wobec imperium, Galbatorix przestanie być pobłażliwy. Kto wie, jakie siły i spiski miał na podorędziu, gdy próbował nas schwytać. Póki żywi wątpliwości co do nas, nie wie jak postąpić.

Czas wątpliwości minął - oznajmił Eragon. Walczyliśmy z urgalami, zabiliśmy Durzę, a ja złożyłem hołd przywódczyni Vardenów. Wszelkie wątpliwości zniknęły. Nie. Za twoim pozwoleniem zgodzę się na tę propozycję.

Długą chwilę smoczyca milczała. W końcu pochyliła głowę. Jak sobie życzysz.

Położył dłoń na jej boku i skupił wzrok na Nasuadzie.

- Rób co uznasz za stosowne. Jeśli w ten sposób zdołamy pomóc Vardenom, niechaj tak będzie.

- Dziękuję. Wiem, że proszę o wiele. Teraz, zgodnie z tym co ustaliliśmy przed pogrzebem, oczekuję, że wyruszysz do Ellesméry i zakończysz szkolenie.

- Z Aryą?

- Oczywiście. Od czasu jej schwytania elfy zerwały kontakty z ludźmi i krasnoludami. Tylko Arya zdoła je przekonać, by wyszły z ukrycia.

- Nie mogłaby posłużyć się magią, żeby je powiadomić o swym ocaleniu?

- Niestety, nie. Gdy po upadku Jeźdźców elfy wycofały się w głąb Du Weldenvarden, wzniosły wokół puszczy magiczne ściany, które nie dopuszczają do niej żadnych myśli, przedmiotów bądź istot posługujących się metodami nadprzyrodzonymi, choć z tego, co zrozumiałam z wyjaśnień Aryi, nie wzbraniają im opuszczenia lasu. Arya zatem musi sama odwiedzić Du Weldenvarden, by królowa Islanzadí dowiedziała się, że wciąż żyje, usłyszała o istnieniu twoim i Saphiry oraz wszystkim, co spotkało Vardenów przez ostatnie miesiące. - Nasuada wręczyła Eragonowi zwój ozdobiony woskową pieczęcią. - To list do królowej Islanzadí opowiadający o sytuacji Vardenów i moich własnych planach. Strzeż go jak własnego życia, bo w niewłaściwych rękach wyrządziłby wielkie szkody. Mam nadzieję, że po tym, co się stało, Islanzadí zechce odnowić kontakty dyplomatyczne. Jej wsparcie może przeważyć szalę zwycięstwa lub klęski. Arya o tym wie i zgodziła się poprzeć naszą sprawę. Chcę jednak, abyś orientował się w sytuacji. Jeśli nadarzy się jakakolwiek okazja, wykorzystaj ją.

Eragon ukrył zwój pod tuniką.

- Kiedy wyruszamy?

- Jutro rano, chyba że już coś zaplanowałeś.

- Nie.

- To dobrze. - Splotła dłonie. - Powinieneś też wiedzieć, że będzie wam towarzyszyć jeszcze ktoś. - Eragon spojrzał na nią pytająco. - Król Hrothgar nalega, by gwoli sprawiedliwości przy twym szkoleniu był obecny także przedstawiciel krasnoludów, bo wpłynie ono również na ich rasę. Wysyła zatem Orika.

Z początku Eragon zareagował irytacją. Saphira mogła zanieść ich z Aryą wprost do Du Weldenvarden, oszczędzając tygodni zbędnej podróży. Trzech pasażerów jednak nie zmieściłoby się na jej grzbiecie. Obecność Orika oznaczała, że pozostaną przykuci do ziemi.

Po dłuższym namyśle dostrzegł jednak mądrość kryjącą się w żądaniu Hrothgara. Ważne było, żeby Eragon i Saphira zachowali pozory równości w swych kontaktach z różnymi rasami. Uśmiechnął się.

- No cóż, to nas spowolni, ale musimy ugłaskać Hrothgara. Prawdę mówiąc, cieszę się, że Orik pojedzie z nami. Przeprawa przez Alagaësię w towarzystwie samej Aryi to dość onieśmielająca perspektywa. Ona jest...

Nasuada także się uśmiechnęła.

- Inna.

- Właśnie. - Znów spoważniał. - Naprawdę zamierzasz zaatakować imperium? Sama mówiłaś, że Vardeni są słabi. To nie wygląda na najmądrzejsze wyjście. Jeśli zaczekamy...

- Jeśli zaczekamy - odparła surowo - Galbatorix tylko wzrośnie w siłę. W tej chwili, po raz pierwszy od czasu śmierci Morzana, istnieje choćby cień szansy, by go zaskoczyć. Nie ma powodów sądzić, że zdołaliśmy pokonać urgale. Udało nam się tylko dzięki tobie, toteż Galbatorix nie przygotował imperium na możliwość inwazji.

Inwazji! - wykrzyknęła Saphira. A jak Nasuada zamierza zabić Galbatorixa, kiedy przyfrunie, by unicestwić ich armię swoją magią?

Gdy Eragon powtórzył głośno obiekcje smoczycy, Nasuada pokręciła głową.

- Z tego, co o nim wiemy, nie stanie do walki, jeśli coś nie zagrozi bezpośrednio Ur?'baenowi. Galbatorixa nie obchodzi, czy zniszczymy pół imperium. To my musimy przyjść do niego, a nie on do nas. Czemu miałby się tym przejmować? Jeśli zdołamy doń dotrzeć, będziemy wyczerpani i zdziesiątkowani, a wtedy tym łatwiej nas zniszczy.

- Wciąż nie odpowiedziałaś na pytanie Saphiry.

- To dlatego że jeszcze nie potrafię. Czeka nas długa kampania. Być może pod jej koniec staniesz się dość silny, by pokonać Galbatorixa, może dołączą do nas elfy... a ich magowie są najsilniejsi w Alagaësii. W żadnym wypadku nie możemy sobie pozwolić na zwłokę. Nadszedł czas, by podjąć ryzyko i odważyć się uczynić coś, o co nikt by nas nie podejrzewał. Vardeni zbyt długo żyli wśród cieni. Musimy albo rzucić wyzwanie Galbatorixowi, albo się poddać i przeminąć.

Ogrom tego, co sugerowała Nasuada, wstrząsnął Eragonem. Wiązało się z tym tak wiele nieznanych zagrożeń, tak olbrzymie ryzyko, że sama myśl o podobnym przedsięwzięciu wydawała się niemal absurdalna. Nie on jednak podejmował w tej sprawie decyzje i pogodził się z tym faktem. Nie zamierzał dłużej o tym dyskutować. Teraz musimy ufać jej osądowi, pomyślał.

- Ale co z tobą, Nasuado? Czy podczas naszej nieobecności będziesz bezpieczna? Muszę myśleć o mojej przysiędze. Teraz moim obowiązkiem jest dopilnowanie, żeby zbyt szybko nie odbył się twój pogrzeb.

Twarz Nasuady stężała. Dziewczyna gestem wskazała drzwi i czekających za nimi wojowników.

- Nie lękaj się, jestem dobrze strzeżona. - Spuściła wzrok. - Przyznam jednak, że jedną z przyczyn przenosin do Surdy jest to, że Orrin zna mnie od dawna i zapewni mi ochronę. Po wyjeździe twoim i Aryi nie mogę tu zostać. Rada Starszych wciąż ma sporą władzę i nie pogodzi się z moim przywództwem, póki nie dowiodę bez cienia wątpliwości, że to ja kontroluję Vardenów, nie oni.

Nagle Eragonowi wydało się, że sięgnęła do ukrytego źródła wewnętrznej siły. Wyprostowała ramiona i uniosła głowę z wyniosłą, dumną miną.

- Idź już, Eragonie. Przygotuj konia, zbierz zapasy i czekaj o świcie przy północnej bramie.

Eragon skłonił się nisko, po czym odszedł z Saphirą.

***

Po obiedzie polecieli razem, szybując wysoko nad Tronjheimem, gdzie ząbkowane sople zwisały z krawędzi Farthen D?ru, tworząc wokół nich olbrzymi, biały pierścień. Choć od zmierzchu dzieliło ich wciąż kilka godzin, wewnątrz krateru zapadł już zmrok.

Eragon odchylił głowę, napawając się powiewami wiatru na twarzy. Tęsknił za nim - za wiatrem pędzącym wśród traw i goniącym chmury, przynoszącym zamęt i świeżość. Wiatrem, który niósł ze sobą deszcz i burze, i smagał drzewa tak, że pochylały się ku ziemi. Szczerze mówiąc, tęsknię też za drzewami - pomyślał. Farthen D?r to niesamowite miejsce, ale tyle w nim zwierząt i roślin co w grobie Ajihada.

Krasnoludy najwyraźniej uważają, że kwiaty można zastąpić klejnotami - zgodziła się z nim Saphira. Światło wokół przygasało. Gdy zrobiło się zbyt ciemno i Eragon musiał wytężyć wzrok, by cokolwiek widzieć, smoczyca orzekła: Już późno, powinniśmy wracać.

W porządku.

Popłynęła ku ziemi, zataczając szerokie, leniwe spirale, zacieśniające się wokół Tronjheimu, który lśnił niczym pochodnia w samym sercu Farthen D?ru. Wciąż byli daleko od miasta-góry, gdy przekrzywiła głowę. Patrz.

Podążył za jej wzrokiem, widział jednak tylko szarą, monotonną równinę w dole. Na co?

Zamiast odpowiedzieć, opuściła skrzydło i poszybowała w lewo, opadając ku jednej z czterech dróg wychodzących promieniście z Tronjheimu - na północ, południe, wschód i zachód. Gdy lądowali, dostrzegł plamę bieli na pobliskim pagórku. Plama ta falowała lekko w mroku, niczym płomyk świecy, po czym zamieniła się w Angelę, odzianą w jasną, wełnianą tunikę.

Czarownica dźwigała wiklinowy kosz o średnicy niemal czterech stóp, wypełniony bogatą kolekcją grzybów. Eragon nie rozpoznał większości z nich. Gdy się zbliżyła, wskazał je ręką.

- Zbierasz psiary i ropuszaki?

- Halo! - Angela roześmiała się, odkładając kosz. - O nie, ropuszaki to zbyt ogólna nazwa. Zresztą tak naprawdę powinny nazywać się żabiaki. - Rozgarnęła grzyby dłonią. - Ten to kępka siarkowa, a ten czarniaczek. Tu masz pępniaczka, krasnoludzką tarczkę, rudego trzoniaka, krwistego pierścieniaka, a to kłamczuch nakrapiany. Uroczy, prawda? - Wskazywała je kolejno, kończąc na grzybie o kapeluszu pokrytym plamami różu, fioletu i żółci.

- A ten? - spytał Eragon, pokazując grzyb o jaskrawobłękitnym trzonku, ognistopomarańczowych blaszkach i lśniącym, czarnym, dwuwarstwowym kapeluszu.

Czarownica spojrzała na niego czule.

- Fricai Andlát, jak go nazywają elfy. Trzonek zawiera śmiertelną truciznę, natomiast kapelusz leczy większość zatruć. Z niego właśnie sporządza się nektar tunivor. Fricai Andlát rośnie wyłącznie w jaskiniach w Du Weldenvarden i Farthen D?rze, a i tu by wymarł, gdyby krasnoludy zaczęły wywozić swoje łajno gdzie indziej.

Eragon przyjrzał się raz jeszcze pagórkowi i uświadomił sobie, że istotnie widzi przed sobą stertę łajna.

- Witaj, Saphiro. - Angela wyminęła go i poklepała Saphirę po nosie. Smoczyca zamrugała i z zadowoloną miną zamachała koniuszkiem ogona. W tym samym momencie pojawił się Solembum, ściskający mocno w szczękach martwego szczura. Nie poruszywszy nawet wąsikiem, kotołak usiadł na ziemi i zaczął skubać gryzonia, demonstracyjnie ignorując całą trójkę.

- A zatem - Angela odgarnęła za ucho kręcony kosmyk swych bujnych włosów - wyruszacie do Ellesméry? - Eragon kiwnął głową. Nie pytał nawet, skąd o tym wie; zawsze wiedziała o wszystkim co się dzieje. Gdy nic nie odpowiedział, czarownica skrzywiła się. - Nie bądź taki ponury, nie idziesz przecież na szafot.

- Wiem.

- Uśmiechnij się zatem, bo skoro nie idziesz na szafot, powinieneś się cieszyć. Jesteś równie oklapły jak szczur Solembuma. Oklapły. Cóż za cudowne słowo, nie sądzisz?

To w końcu zmusiło go do uśmiechu, a Saphira zachichotała w głębi gardła.

- Nie jestem pewien, czy aż tak cudowne jak sądzisz, ale owszem, rozumiem co masz na myśli.

- Cieszę się, że rozumiesz. Dobrze jest rozumieć. - Unosząc brwi, zaczepiła paznokciem jeden z grzybów i wywróciła go, oglądając uważnie blaszki. - Szczęśliwie się składa, że cię dziś spotkałam, bo jutro odjeżdżacie, a ja... ja zamierzam towarzyszyć Vardenom do Surdy. Jak już mówiłam, lubię przebywać tam gdzie coś się dzieje. I to jest właśnie takie miejsce.

Eragon uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- To musi oznaczać, że czeka nas bezpieczna podróż, inaczej wyruszyłabyś z nami.

Angela wzruszyła ramionami i spoważniała.

- Bądź bardzo ostrożny w Du Weldenvarden. Fakt, że elfy nie ujawniają uczuć, nie oznacza, że nie podlegają namiętnościom, tak jak my, śmiertelnicy. Najgroźniejsze jednak jest to, że potrafią je ukrywać, nieraz całymi latami.

- Byłaś tam kiedyś?

- Dawno temu.

- Co myślisz o planach Nasuady? - spytał po chwili.

- Mhm, jest skazana! Ty też jesteś skazany, oni wszyscy są skazani. - Zaśmiała się głośno, zgięta wpół, po czym nagle się wyprostowała. - Zauważ, że nie określiłam, na co jesteście skazani, więc, cokolwiek się stanie, przepowiedziałam prawdę. Jakież to mądre z mojej strony. - Dźwignęła swój kosz, opierając go o biodro. - Przypuszczam, że przez jakiś czas się nie zobaczymy, więc żegnaj, powodzenia, unikaj pieczonej kapusty, nie jedz woszczyny z uszu i zawsze patrz na jasną stronę życia.

Mrugnąwszy wesoło do Eragona, odeszła, pozostawiając go oszołomionego i oniemiałego.

Po krótkiej chwili Solembum podniósł z ziemi swój obiad i odmaszerował z godną miną.

 

Dar Hrothgara

Gdy Eragon i Saphira zjawili się pod północną bramą Tronjheimu, do świtu pozostało pół godziny. Była podniesiona dostatecznie wysoko, by Saphira mogła się pod nią przecisnąć, toteż wymknęli się szybko na zewnątrz, czekając w zagłębieniu tuż przed wrotami, pod wyniosłymi kolumnami z czerwonego jaspisu i wśród rzeźb groźnie szczerzących kły bestii. Za nimi, na skraju Tronjheimu, przycupnęły dwa wysokie na trzydzieści stóp złote gryfy. Identyczne pary strzegły każdej z bram miasta-góry. Wokół nie było nikogo. Eragon trzymał w dłoni wodze Śnieżnego Płomienia. Ogier został wyszczotkowany, na nowo podkuty i osiodłany, jego juki pękały w szwach. Niecierpliwie uderzył kopytem o ziemię; Eragon nie dosiadał go od ponad tygodnia.

Wkrótce z bramy wynurzył się Orik, dźwigający na plecach spory tobół. W rękach trzymał zawiniątko.

- Nie masz konia? - spytał zdumiony Eragon. Czyżbyśmy mieli iść pieszo aż do Du Weldenvarden?

Orik odchrząknął.

- Zatrzymamy się w Tarnagu, na północ stąd. Stamtąd spłyniemy tratwami rzeką Az Ragni do Hedarth, przyczółka do handlu z elfami. Aż do Hedarth nie będziemy potrzebowali wierzchowców, zatem do tego czasu wystarczą mi moje nogi.

Z brzękiem złożył na ziemi zawiniątko i odpakował je, odsłaniając zbroję Eragona. Tarczę pomalowano na nowo, tak że umieszczony pośrodku dąb znów nabrał życia, usunięto też wszystkie wgniecenia i zadrapania. Pod nią tkwiła długa kolczuga, wypolerowana i naoliwiona tak, że lśniła jasnym blaskiem. Eragon nie dostrzegł żadnego śladu w miejscu, w którym uszkodził ją zadany w plecy cios Durzy. Kaptur, rękawice, nałokietniki, nagolenniki i hełm także starannie naprawiono.

- Pracowali nad nią nasi najlepsi kowale - wyjaśnił Orik. - Podobnie nad twoją zbroją, Saphiro. Ponieważ jednak nie możemy zabrać jej ze sobą, oddaliśmy ją Vardenom, którzy będą strzegli zbroi do twego powrotu.

Podziękuj mu w moim imieniu - rzekła Saphira.

Eragon zrobił to, po czym przysznurował nagolenniki i karwasze, resztę ukrył w jukach. Na ostatku sięgnął po hełm i odkrył, że Orik obraca go w dłoniach.

- Nie śpiesz się z wkładaniem tego hełmu, Eragonie - rzekł. - Najpierw musisz dokonać wyboru.

- Jakiego wyboru?

Orik uniósł hełm i odsłonił lśniącą przyłbicę. Eragon dostrzegł na niej zmianę: w stali wytrawiono młot i gwiazdy, symbol klanu Ingeitum, do którego należeli Hrothgar i Orik. Orik skrzywił się, jednocześnie zadowolony i dziwnie zaniepokojony, po czym rzekł uroczystym tonem:

- Król mój Hrothgar pragnie, bym wręczył ci ten hełm jako dowód przyjaźni, którą dla ciebie żywi. A wraz z nim Hrothgar proponuje ci przyjęcie na jednego z D?rgrimst Ingeitum, członka jego własnej rodziny.

Eragon wpatrywał się w hełm, zaskoczony gestem Hrothgara. Czy to oznacza, że zacznę podlegać jego władzy? Jeśli w tym tempie nadal będę gromadził podległości i powiązania, wkrótce stanę się zupełnie bezsilny. Cokolwiek zrobię, złamię którąś przysięgę.

Nie musisz go wkładać - zauważyła Saphira.

I miałbym urazić Hrothgara? Znów znaleźliśmy się w pułapce.

Może to po prostu ma być dar? Kolejny odwód otho, nie pułapka. Przypuszczam, że w ten sposób król dziękuje nam za moją obietnicę naprawienia Isidar Mithrimu.

Eragon w ogóle na to nie wpadł; zanadto skupił się na rozważaniach, jak krasnoludzki król mógłby zyskać nad nimi przewagę. To prawda. Myślę jednak, że stanowi także próbę naprawy zmienionej równowagi sił, która powstała, gdy złożyłem hołd Nasuadzie. Krasnoludów z pewnością to nie ucieszyło.

Spojrzał na czekającego niecierpliwie Orika.

- Jak często robicie coś takiego?

- Z człowiekiem? Nigdy. Hrothgar dzień i noc spierał się z członkami rodów Ingeitum, nim zgodzili się ciebie przyjąć. Jeśli zechcesz nosić nasze godło, będziesz miał pełne prawa członka klanu. Możesz uczestniczyć w naszych obradach, wyrażać opinie w każdej kwestii. I - spoważniał jeszcze bardziej - jeśli zechcesz, zyskasz prawo do pogrzebania z naszymi bliskimi.

Po raz pierwszy do Eragona dotarł w pełni ogrom tego, co uczynił Hrothgar. Dla krasnoludów nie istniał większy zaszczyt. Szybkim ruchem wziął od Orika hełm i wcisnął go na głowę.

- Jestem zaszczycony, że mogę dołączyć do D?rgrimst Ingeitum.

Orik skinął głową.

- Weź zatem ten Knurlnien, to jest Kamienne Serce. Ujmij go między dłonie, o tak. Teraz musisz otworzyć własną żyłę, żeby zmoczyć kamień, kilka kropel wystarczy. Na koniec powtórz za mną: Os il dom qirân? carn d?r thargen, zeitmen, oen grimst vor formv edaris rak skilfz. Narho is belgond... - Była to długa formuła, a fakt, że Orik co parę zdań przerywał i tłumaczył, czynił ją jeszcze dłuższą. Po wszystkim Eragon szybkim zaklęciem zaleczył skaleczenie przegubu.

- Cokolwiek powiedzą o tym klany - stwierdził Orik - zachowałeś się godnie i z powagą. Nie mogą tego zlekceważyć. - Uśmiechnął się szeroko. - Teraz należymy do tego samego klanu, jesteś moim przybranym bratem! W zwykłych okolicznościach Hrothgar sam wręczyłby ci hełm, a potem urządzilibyśmy długą ceremonię, świętując twoje przyjęcie do D?rgrimst Ingeitum. Teraz jednak wydarzenia toczą się zbyt wartko, abyśmy zwlekali. Nie obawiaj się jednak, bo to nie afront! Gdy powrócicie z Saphirą do Farthen D?ru, uczcimy właściwie twoje przyjęcie. Weźmiecie wtedy udział w ucztach i tańcach, i podpiszecie wiele dokumentów, by sformalizować swą nową pozycję.

- Nie mogę się już doczekać - odparł Eragon. W myślach wciąż rozważał możliwe konsekwencje przynależności do D?rgrimst Ingeitum.

Orik usiadł, opierając się plecami o jedną z kolumn, zsunął z pleców tobół i dobył topora. Zaczął wywijać nim w dłoniach. Po kilku minutach pochylił się, patrząc gniewnie w stronę Tronjheimu.

- Barz?l knurlar! Gdzie oni się podziewają? Arya mówiła, że tu będzie. Ha, elfy w ogóle nie mają poczucia upływu czasu.

- Często miewałeś z nimi do czynienia? - Eragon przykucnął, a Saphira obserwowała ich z zainteresowaniem.

Krasnolud roześmiał się.

- Eta. Tylko z Aryą, a i to z rzadka, bo najczęściej podróżowała. Przez siedem dziesięcioleci nauczyłem się tylko jednego: nie można ponaglać elfa. To tak, jakby próbować przekuć młotem pilnik: może pęknąć, lecz nigdy się nie zegnie.

- Czyż krasnoludy nie są takie same?

- Ach, ale nawet kamień się z czasem zmienia. - Orik westchnął i pokręcił głową. - Ze wszystkich ras elfy zmieniają się najmniej. To jeden z powodów, dla których niechętnie ruszam w drogę.

- Ale też poznamy królową Islanzadí, zobaczymy Ellesmérę i kto wie co jeszcze. Kiedy po raz ostatni krasnolud został zaproszony do Du Weldenvarden?

Orik zmarszczył brwi.

- Otoczenie niewiele znaczy. W Tronjheimie i innych naszych miastach pozostaje wiele pilnych spraw, a ja muszę wędrować przez Alagaësię, by wymienić grzeczne słówka z elfami. Potem będę siedzieć, obrastać w tłuszcz i czekać aż skończysz nauki. To może potrwać całe lata.

Lata! Jeśli jednak tego właśnie trzeba, by pokonać Cienie i Ra'zaców, zrobię to.

Saphira dotknęła umysłu Eragona: Wątpię, by Nasuada pozwoliła nam zostać w Ellesmérze dłużej niż kilka miesięcy. Z tego, co nam mówiła, wynika, że wkrótce będziemy tu potrzebni.

- Nareszcie! - Orik dźwignął się z ziemi.

W bramie pojawiła się Nasuada - jej stopy pod suknią śmigały niczym wyglądające z nory myszy - Jörmundur i Arya, dźwigająca tłumok podobny do Orikowego. Na sobie miała ten sam strój z czarnej skóry, w którym Eragon ujrzał ją po raz pierwszy, przypasała też miecz.

W tym momencie Eragona uderzyła myśl, że Arya i Nasuada mogą nie zaaprobować tego, że dołączył do Ingeitum. Z nagłym lękiem i poczuciem winy pojął, że miał obowiązek zasięgnąć najpierw opinii Nasuady. I Aryi! Wzdrygnął się, wspomniawszy, z jakim gniewem powitała go po pierwszym spotkaniu z Radą Starszych.

Kiedy zatem Nasuada stanęła przed Eragonem, zawstydzony, odwrócił wzrok. Ona jednak rzekła tylko:

- Zgodziłeś się. - Głos miała łagodny, opanowany.

Kiwnął głową, wciąż patrząc pod nogi.

- Zastanawiałam się, czy to zrobisz. Teraz znów jesteś związany ze wszystkimi trzema rasami. Krasnoludy mogą się powołać na obowiązki członka D?rgrimst Ingeitum. Elfy wyszkolą cię i ukształtują; ich wpływ może być najsilniejszy, bo wraz z Saphirą wiąże was ich magia. Mnie zaś, człowiekowi, złożyłeś swój hołd. Masz obowiązki względem nas wszystkich i może tak jest najlepiej. - Uśmiechnęła się, widząc jego zaskoczenie. Potem wcisnęła mu do ręki niewielką sakiewkę pełną monet i cofnęła się.

Jörmundur wyciągnął dłoń. Eragon ujął ją, wciąż lekko oszołomiony.

- Spokojnej podróży, Eragonie. Pilnujcie się.

- Chodźcie. - Arya przepłynęła obok nich w mroku Farthen D?ru. - Czas ruszać. Aiedail zaszedł, a przed nami daleka droga.

- O tak - zgodził się Orik, odczepiając od swego tłumoka czerwoną latarnię.

Nasuada raz jeszcze zmierzyła ich wzrokiem.

- No dobrze. Eragonie i Saphiro, macie błogosławieństwo Vardenów i moje. Oby wasza podróż upłynęła bezpiecznie. Pamiętajcie, spoczywa na was brzemię naszych nadziei i oczekiwań. Przynieście nam zaszczyt.

- Dołożymy wszelkich starań - przyrzekł Eragon.

Mocno ściskając wodze Śnieżnego Płomienia, ruszył za Aryą, która zdążyła już oddalić się o kilkanaście kroków. Orik podążył za nim, a na końcu szła Saphira. Gdy smoczyca mijała Nasuadę, Eragon dostrzegł, że zatrzymała się na moment i lekko polizała dziewczynę po policzku. Potem wydłużyła krok, doganiając grupę.

Maszerowali w milczeniu na północ. Brama za ich plecami malała coraz bardziej, aż w końcu zamieniła się w plamę światła, przed którą pozostały dwie drobiny cienia - Nasuada i Jörmundur odprowadzali ich wzrokiem.

Gdy grupa w końcu dotarła do podstawy Farthen D?ru, zastała czekające już otwarte olbrzymie odrzwia, wysokie na trzydzieści stóp. Trzech krasnoludzkich strażników skłoniło się i odeszło na bok, przepuszczając podróżnych. Za drzwiami zaczynał się tunel równie olbrzymich rozmiarów. Przez pierwsze pięćdziesiąt stóp wzdłuż jego ścian ciągnęły się zwieńczone latarniami kolumny. Potem była już tylko pustka i cisza, jak w mauzoleum.

Wyglądało to dokładnie jak zachodnie wejście do Farthen D?ru, lecz Eragon wiedział, że ten tunel jest inny. Miast przebijać się przez szeroką na milę podstawę góry i wychodzić z drugiej strony, ciągnął się pod całym łańcuchem, aż do krasnoludzkiego miasta Tarnagu.

- Oto nasza droga - oznajmił Orik, unosząc latarnię.

Wraz z Aryą przekroczyli próg, Eragon jednak zatrzymał się, powodowany nagłym zwątpieniem. Choć nie bał się ciemności, nie zachwycała go myśl o tym, że za chwilę otoczy go wieczna noc i pozostanie z nim aż do Tarnagu. Gdy postawi stopę w zimnym tunelu, ponownie wkroczy w nieznane, porzucając pewne przyzwyczajenia i zamieniając je na niepewną przyszłość.

Co się stało? - spytała Saphira.

Nic.

Odetchnął głęboko, po czym ruszył naprzód, pozwalając, by pochłonęła ich góra.

 

Szczypce i młot

Trzy dni po przybyciu Ra'zaców Roran przechadzał się nerwowo tu i tam skrajem swojego obozowiska w Kośćcu. Od czasu odwiedzin Albriecha nie dotarły do niego żadne wieści. Obserwacja Carvahall także niczego nie przyniosła. Spojrzał gniewnie w stronę namiotów, w których spali żołnierze, po czym podjął przerwaną wędrówkę.

W południe zjadł skromny zimny posiłek. Ocierając usta wierzchem dłoni, zastanawiał się, jak długo Ra'zacowie zechcą czekać. Jeśli miała to być próba cierpliwości, zamierzał odnieść w niej zwycięstwo.

Dla zabicia czasu ćwiczył strzelanie z łuku, celując w spróchniały pień. Przerwał dopiero wtedy, gdy strzała złamała się na wbitym w korę kamieniu. Potem nie miał już nic do roboty. Znów zaczął przechadzać się tam i z powrotem wąską ścieżką łączącą głaz z miejscem, w którym nocował.

Nadal spacerował, gdy w lesie poniżej rozległy się kroki. Roran chwycił łuk i ukrył się szybko. Na widok twarzy Baldora odczuł ogromną ulgę. Podniósł się i pomachał.

- Czemu nikt wcześniej nie przyszedł? - spytał, gdy usiedli.

- Nie mogliśmy. - Baldor otarł spocone czoło. - Żołnierze nas pilnowali. Dziś pierwszy raz miałem okazję się im wymknąć. I nie mogę zostać zbyt długo. - Odwrócił głowę, spojrzał w górę ku wyniosłemu szczytowi i zadrżał. - Jesteś odważniejszy niż ja, skoro zatrzymałeś się tutaj. Miałeś jakieś kłopoty z wilkami, niedźwiedziami, górskimi kotami?

- Nie, nic z tych rzeczy. Czy żołnierze powiedzieli cokolwiek nowego?

- Jeden z nich przechwalał się wczoraj Mornowi, że cały oddział wybrano specjalnie do tej misji. - Roran zmarszczył czoło. - Trochę rozrabiają. Każdego wieczoru co najmniej dwóch lub trzech się upija. Pierwszego dnia kilku z nich zdemolowało salę w karczmie Morna.

- Zapłacili za szkody?

- Oczywiście, że nie.

Roran poruszył się, patrząc w stronę wioski.

- Wciąż nie mogę uwierzyć, że imperium zadało sobie tyle trudu, żeby mnie schwytać. Co niby mógłbym im dać? Co według nich mają ode mnie wyciągnąć?

Baldor podążył za jego wzrokiem.

- Dziś przesłuchali Katrinę. Ktoś wspomniał, że jesteście sobie bliscy, i Ra'zacowie uznali, że może wiedzieć, gdzie się podziałeś.

Roran wbił wzrok w twarz towarzysza.

- Nic jej nie jest? - zapytał.

- Trzeba kogoś więcej niż ci dwaj, by ją przerazić - zapewnił go szybko Baldor. Jego następne zdanie zabrzmiało ostrożnie, badawczo: - Może powinieneś zastanowić się nad poddaniem?

- Prędzej powieszę się sam i ich ze sobą! - Roran zerwał się z ziemi i podążył swą zwykłą trasą. - Jak możesz to proponować, wiedząc, że zamęczyli mi ojca?

- A co się stanie, jeśli pozostaniesz w ukryciu, a żołnierze nie zrezygnują? Założą, że skłamaliśmy, by pomóc ci uciec. Imperium nie wybacza zdrady.

Roran powoli się obrócił, tupnął lekko i usiadł gwałtownie. Jeśli się nie pokażę, Ra'zacowie będą winić tych, których mają pod ręką. A gdybym spróbował ich odciągnąć...? - zastanowił się. Roran nie czuł się dość swobodnie w lesie, by uniknąć trzydziestu ludzi i Ra'zaców. Eragon dałby radę, on nie. Mimo wszystko, o ile sytuacja nie ulegnie zmianie, to mogło być jedyne dostępne wyjście. Spojrzał na Baldora.

- Nie chcę, by ktokolwiek cierpiał z mojego powodu. Jeszcze trochę zaczekam. Jeśli Ra'zacowie zaczną się niecierpliwić i grozić... wówczas pomyślę o czymś innym.

- Paskudna sytuacja - mruknął Baldor.

- Ale zamierzam ją przeżyć.

Baldor odszedł wkrótce potem, pozostawiając Rorana sam na sam z myślami. Roran znów podjął przerwaną wędrówkę. Maszerował tam i z powrotem, mila za milą, przygnieciony ciężarem trosk, a jego stopy żłobiły w ziemi coraz głębszą koleinę.

Gdy nadszedł mroźny wieczór, Roran zdjął buty, lękając się, że przetrze podeszwy.

Kiedy na niebie zajaśniał rosnący księżyc, przeganiający nocne cienie promieniami białego jak marmur światła, Roran dostrzegł w Carvahall jakieś zamieszanie. Dziesiątki latarni poruszały się między ciemnymi domami, mrugając i migocząc z daleka. Żółte punkciki światła skupiły się w samym środku wsi niczym stadko świetlików, a potem ruszyły falą na skraj Carvahall, gdzie na spotkanie wyszła im linia pochodni z obozu żołnierzy.

Przez dwie godziny Roran obserwował stojące naprzeciw siebie światełka - latarnie obijające się bezradnie o mur pochodni. W końcu obie grupy rozproszyły się i powróciły do domów i namiotów.

Ponieważ nie zdarzyło się nic więcej, Roran rozwinął siennik i wsunął się pod koc.

***

W ciągu następnego dnia w Carvahall panowało nietypowe poruszenie. Postaci krążyły między domami, a nawet, jak odkrył ze zdumieniem, wyjechały konno w głąb doliny Palancar, kierując się na pobliskie farmy. W południe ujrzał dwóch ludzi wchodzących do obozu żołnierzy i znikających na niemal godzinę w namiocie Ra'zaców. Tak bardzo zaabsorbowało go to wszystko, że aż do wieczora tkwił w miejscu jak kołek, zapatrzony w to, co działo się na dole.

Właśnie jadł obiad, gdy spełniły się jego nadzieje i znów pojawił się Baldor.

- Głodny? - spytał Roran, wskazując gestem jedzenie.

Baldor pokręcił głową i usiadł, wyraźnie wyczerpany. Ciemne kręgi pod oczami sprawiały, że jego skóra wydawała się cienka i posiniaczona.

- Quimby nie żyje.

Miska Rorana z brzękiem uderzyła o ziemię. Zaklął, ścierając z uda zimny gulasz.

- Jak?

- Wczoraj wieczorem paru żołnierzy zaczęło niepokoić Tarę. - Czyli żonę Morna. - Nawet jej to nie przeszkadzało, ale obaj wdali się w bójkę o to, komu pierwszemu ma służyć. Był tam Quimby, sprawdzał baryłkę piwa, które według Morna skwaśniało. Próbował ich rozdzielić.

Roran kiwnął głową. Cały Quimby - zawsze wtrącał się do wszystkiego, pilnując, by inni zachowywali się jak należy.

- Tyle że jeden z żołnierzy rzucił w niego dzbankiem i trafił go w skroń. Quimby zginął na miejscu.

Roran wbił wzrok w ziemię i oparł dłonie na biodrach, ze wszystkich sił próbując opanować przyśpieszony oddech. Zupełnie jakby Baldor wymierzył mu ogłuszający cios. To niemożliwe... Quimby umarł? Farmer i okazjonalny piwowar stanowił równie nieodłączną część krajobrazu, jak otaczające Carvahall góry. Jego obecność była jednym z filarów, na których wspierała się społeczność wioski.

- Czy zostali ukarani?

Baldor uniósł rękę.

- Tuż po śmierci Quimby'ego Ra'zacowie ukradli ciało z karczmy i zawlekli do swoich namiotów. Wczoraj w nocy próbowaliśmy je odzyskać, ale nie chcieli z nami rozmawiać.

- Widziałem.

Jego rozmówca odchrząknął, potarł dłońmi twarz.

- Dziś ojciec i Loring spotkali się z Ra'zacami i zdołali ich przekonać, by oddali zwłoki. Żołnierze jednak nie poniosą żadnych konsekwencji. Miałem właśnie odejść, gdy przekazano nam Quimby'ego. Wiesz, co dostała jego żona? Kości.

- Kości?

- W dodatku starannie ogryzione, widać na nich ślady zębów. Większość rozszczepiono, żeby dostać się do szpiku.

Na myśl o losie Quimby'ego Rorana ogarnęło dogłębne obrzydzenie i groza. Wiadomo było powszechnie, że duch człowieka nie może spocząć, póki ciało nie zostanie właściwie pogrzebane. Tak wielkie świętokradztwo poruszyło go do głębi.

- Co...? Kto go pożarł?

- Żołnierze byli tak samo wstrząśnięci jak my. To musieli zrobić Ra'zacowie.

- Ale czemu? Po co?

- Wątpię - rzekł Baldor - by Ra'zacowie byli ludźmi. Ty nigdy nie widziałeś ich z bliska, ja mogę ci powiedzieć, że mają cuchnący oddech i zawsze zasłaniają twarze czarnymi szalami. Ich plecy są zgarbione i powykręcane. Porozumiewają się, klekocząc. Nawet żołnierze się ich boją.

- Skoro nie są ludźmi, to co to za stwory? - spytał ostro Roran. - Przecież nie urgale.

- Kto wie?

Teraz do obrzydzenia Rorana dołączył strach, lęk przed siłami nadprzyrodzonymi. Dostrzegł podobne uczucia na twarzy Baldora. Szybko uścisnęli sobie dłonie. Mimo wszystkich opowieści o występkach Galbatorixa zagnieżdżenie się królewskiego zła pośród ich własnych domów wstrząsnęło Roranem. Przygniotło go też brzemię nowej odpowiedzialności. Uświadomił sobie, że ma do czynienia z mocami, o których wcześniej opowiadały tylko pieśni i legendy.

- Coś trzeba z tym zrobić - wymamrotał.

***

Po nocy zrobiło się cieplej i następnego dnia dolina Palancar pojaśniała i rozkwitła w promieniach nieoczekiwanie ciepłej wiosny. Wyglądało na to, że w Carvahall panuje spokój, Roran jednak wyczuwał przejmującą wrogość ściskającą w swych szponach wszystkich mieszkańców. Ów spokój przypominał prześcieradło naciągnięte do granic wytrzymałości podmuchami wiatru.

Mimo atmosfery wyczekiwania dzień okazał się przeraźliwie nudny. Roran poświęcił go niemal w całości na dokładne szczotkowanie klaczy Horsta. W końcu położył się spać, spoglądając pomiędzy gałęziami wyniosłych sosen w gwiazdy ozdabiające niebo. Wydawały się takie bliskie, że miał wrażenie, jakby leciał pośród nich, opadając w głąb najczarniejszej otchłani.

***

Zachodził księżyc, gdy Roran obudził się nagle. Gardło piekło go od dymu. Rozkasłał się i zerwał z ziemi, mrugając. Miał załzawione oczy. Ostry dym dusił go, uniemożliwiając oddychanie.

Roran zgarnął z ziemi posłanie, osiodłał spłoszoną klacz i pognał w górę zbocza w nadziei, że wydostanie się na świeże powietrze. Szybko dostrzegł, że dym podąża jego śladem, skręcił więc ostro, pędząc przez las. Po kilkunastu minutach manewrów w ciemności w końcu zostawili za sobą chmurę dymu i wyjechali na skalną półkę omiataną powiewami wiatru. Roran odetchnął kilkanaście razy, by oczyścić płuca, i zaczął szukać wzrokiem ognia. Dostrzegł go natychmiast.

Wielka wspólna stodoła w Carvahall zamieniła się w rozszalały cyklon białych płomieni, obracających bezcenne plony w snopy bursztynowych iskier. Zadrżał, obserwując zniszczenie zapasów żywności całej wsi. Tak bardzo chciał zacząć krzyczeć i popędzić przez las, by pomóc w próbach ugaszenia stodoły, ale nie mógł się zmusić do porzucenia bezpiecznej kryjówki.

Jedna z iskier wylądowała na dachu Delwina. W ciągu paru sekund słomiana strzecha zajęła się falą ognia. Roran zaklął, szarpiąc włosy. Po twarzy spływały mu łzy. To dlatego nieostrożne obchodzenie się z ogniem w Carvahall karano powieszeniem. Czy to był wypadek? A może żołnierze? Czy Ra'zacowie karzą w ten sposób wieśniaków za to, że mnie chronią? Czyżbym był za to odpowiedzialny?

Wkrótce pożar dotarł także do domu Fiska. Ogarnięty grozą Roran mógł tylko odwrócić twarz. Nienawidził siebie i swego tchórzostwa.

***

O świcie wszystkie ognie zostały zgaszone bądź wypaliły się same. Jedynie łut szczęścia i bezwietrzna noc ocaliły Carvahall przed zniszczeniem. Roran czuwał do samego końca, potem wycofał się do swego starego obozowiska i padł na ziemię. Od rana do wieczora leżał pogrążony w nieświadomości, postrzegając świat jedynie poprzez pryzmat niespokojnych snów.

Gdy w końcu się ocknął, zaczął wyczekiwać gościa. Był pewien, że ktoś się zjawi. Tym razem owym kimś okazał się Albriech. Przybył o zmierzchu z ponurą, zmęczoną miną.

- Chodź ze mną - polecił.

Roran spiął się.

- Czemu?

Czy postanowili mnie wydać? - pomyślał. Jeśli istotnie to przez niego wybuchł pożar, mógł zrozumieć czemu wieśniacy pragną się go pozbyć. Może nawet by się zgodził, że to konieczne. Trudno przypuszczać, że wszyscy w Carvahall mieliby się poświęcić dla niego. Nie oznaczało to jednak, że zgodzi się, by tak po prostu oddali go Ra'zacom. Po tym, co owe potwory zrobiły z Quimbym, Roran walczyłby na śmierć, byle tylko nie stać się ich więźniem.

- Ponieważ - Albriech zacisnął szczęki - to żołnierze zaprószyli ogień. Morn zakazał im wstępu pod Siedem Snopów, ale upili się własnym piwem i w drodze do obozu jeden z nich rzucił pochodnię pod ścianę stodoły.

- Czy komuś coś się stało?

- Kilka oparzeń. Gertrude się nimi zajęła. Próbowaliśmy negocjować z Ra'zacami. Splunęli z pogardą, słysząc nasze prośby, by imperium wyrównało nam straty i ukarało winnych. Odmówili nawet zatrzymania żołnierzy w namiotach.

- Po co więc mam wracać?

Albriech zaśmiał się głucho.

- Po szczypce i młot. Potrzebujemy cię. Musisz pomóc usunąć Ra'zaców.

- Zrobicie to dla mnie?

- Nie narażamy życia wyłącznie dla ciebie. Teraz dotyczy to już całej wioski. Chodź, przynajmniej porozmawiaj z ojcem i pozostałymi. Myślę, że chętnie opuścisz te przeklęte góry.

Roran zastanawiał się długą chwilę nad propozycją Albriecha. W końcu zgodził się mu towarzyszyć. Albo to, albo ucieczka, a uciec zawsze zdążę, pomyślał. Zabrał klacz, przywiązał worki do siodła i podążył w ślad za Albriechem w głąb doliny.

Gdy zbliżyli się do wioski, zwolnili i poruszali się teraz powoli od drzewa do drzewa. Albriech pierwszy wśliznął się za beczkę z deszczówką i sprawdził ulicę. Potem dał sygnał Roranowi. Razem skradali się wśród cieni, cały czas wypatrując sług imperium. Gdy dotarli do kuźni, Albriech otworzył jedno skrzydło drzwi dość szeroko, by Roran i klacz mogli cicho wejść do środka.

Wewnątrz samotna świeca rzucała migotliwy blask na pierścień czekających w ciemności twarzy. Był tam Horst - w blasku świecy jego gęsta broda sterczała w przód niczym półka pomiędzy surowymi obliczami Delwina, Gedrica i Loringa. Na resztę grupy składali się młodsi mężczyźni: Baldor, trzej synowie Loringa, Parr i syn Quimby'ego, Nolfavrell, zaledwie trzynastolatek.

Gdy Roran wszedł do kuźni, wszyscy spojrzeli na niego.

- Ach, udało ci się - rzekł Horst. - Uniknąłeś pecha, który czyha w Kośćcu.

- Miałem szczęście.

- Możemy zatem zaczynać.

- Co dokładnie? - Roran przywiązał klacz do kowadła.

Odpowiedział mu Loring. Ogorzałą, twardą jak pergamin twarz szewca pokrywała gęsta sieć zmarszczek.

- Próbowaliśmy rozsądnie rozmawiać z tymi Ra'zacami, tymi najeźdźcami. - Urwał. Jego szczupła postacią wstrząsnął nieprzyjemny metaliczny kaszel dobiegający z głębi piersi. - Ale oni odrzucili rozsądek. Narazili nas wszystkich. Bez cienia skruchy ani wyrzutów sumienia. - Odchrząknął, po czym podjął, starannie podkreślając każde słowo: - Muszą... stąd... odejść... Takie stwory...

- Nie - wtrącił Roran. - Nie stwory. Świętokradcy. Bezcześciciele.

Mężczyźni skrzywili się i pokiwali głowami. Delwin podjął przerwany wątek:

- Chodzi o to, że zagrożone jest życie wszystkich. Gdyby ogień się rozprzestrzenił, zginęłyby dziesiątki ludzi, a ocaleni straciliby wszystko. Ustaliliśmy zatem, że musimy przegnać Ra'zaców z Carvahall. Dołączysz do nas?

Roran zawahał się.

- A jeśli tu wrócą albo sprowadzą posiłki? Nie pokonamy całego imperium.

- Nie - rzekł uroczystym tonem Horst. - Ale nie możemy też milczeć i pozwalać żołnierzom, by nas zabijali i niszczyli nasz dobytek. Jest granica, poza którą mężczyzna musi stanąć do walki.

Loring roześmiał się, odrzucając głowę w tył. Blask płomyka padł na pieńki jego zębów.

- Najpierw się ufortyfikujemy - wyszeptał radośnie. - Potem staniemy do walki. Sprawimy, że pożałują, że spojrzenie ich ropiejących parszywych oczu kiedykolwiek spoczęło na Carvahall. Ha, ha!

 

Zapłata

Gdy Roran zgodził się na ich plan, Horst zaczął rozdawać zebranym szpadle, widły, cepy - wszystko, co nadawało się do przegnania żołnierzy i Ra'zaców.

Roran zważył w dłoni kilof i odłożył go na bok. Choć nigdy nie przepadał za opowieściami Broma, jedna z nich, "Pieśń o Gerandzie", poruszyła w nim jakąś strunę, gdy usłyszał ją po raz pierwszy. Opowiadała o Gerandzie, największym wojowniku swych czasów, który zamienił miecz na żonę i farmę, nie znalazł jednak spokoju, bo zazdrosny miejscowy pan rozpoczął krwawą waśń z jego rodziną. To zmusiło Geranda, by znów zaczął zabijać. Nie stanął jednak do walki z mieczem w dłoni, tylko ze zwykłym młotem.

Roran podszedł do ściany i zdjął z niej średni młot z długim drzewcem. Z jednej strony młot kończył się zaokrąglonym ostrzem. Podrzucając go, podszedł do Horsta.

- Mogę go wziąć?

Horst zmierzył wzrokiem narzędzie i Rorana.

- Używaj go mądrze. - Odwrócił się do reszty grupy. - Posłuchajcie, chcemy ich wystraszyć, nie zabić. Złamcie parę kości, jeśli trzeba, ale niech was nie poniesie. I cokolwiek zrobicie, nie stawajcie do walki. Może czujecie się jak bohaterowie, ale pamiętajcie, że mamy do czynienia z wyszkolonymi żołnierzami.

Gdy wszyscy znaleźli sobie broń, opuścili kuźnię i przekradli się przez Carvahall na skraj obozowiska Ra'zaców. Żołnierze w większości już spali, pozostawili tylko czterech wartowników okrążających szare namioty. Dwa konie Ra'zaców stały przywiązane do kołków obok dymiącego ogniska.

Horst cicho wydał rozkazy. Posłał Albriecha i Delwina, by z zaskoczenia zaatakowali dwóch strażników. Parr i Roran mieli zająć się pozostałą dwójką.

Roran wstrzymał oddech, skradając się w stronę nieświadomego niczego żołnierza. Serce zadrżało mu, a w kończynach poczuł ukłucia energii. Rozdygotany, ukrył się za narożnikiem domu, czekając na sygnał Horsta. Czekaj.

Czekaj.

Horst wyskoczył z wrzaskiem z ukrycia, prowadząc atak na namioty. Roran śmignął naprzód i zamachnął się. Młot trafił z upiornym chrzęstem w ramię wartownika. Żołnierz zawył i upuścił halabardę. Zachwiał się, gdy Roran rąbnął go w żebra i plecy. Znów uniósł młot i mężczyzna uciekł, wzywając pomocy.

Roran pobiegł za nim, krzycząc bez ładu i składu. Jednym ciosem zwalił bok wełnianego namiotu, depcząc wszystkich, którzy zostali w środku. Walnął wyłaniający się z innego namiotu hełm; metal zadźwięczał niczym dzwon. Roran ledwie dostrzegł przebiegającego obok Loringa - stary piekarz zanosił się śmiechem i wydawał radosne okrzyki, dźgając żołnierzy widłami. Wokół panował zamęt.

Obróciwszy się, Roran ujrzał żołnierza próbującego nałożyć cięciwę na łuk. Podbiegł do niego i uderzył drzewce stalowym młotem, przełamując je na dwoje. Żołnierz uciekł. Skrzeczący upiornie Ra'zacowie wygramolili się ze swego namiotu z mieczami w dłoniach. Nim zdążyli zaatakować, Baldor odwiązał ich konie i pogonił je w stronę dwóch zniekształconych postaci. Ra'zacowie rozdzielili się i przegrupowali - tylko po to, by dać się porwać żołnierzom, którzy w panice rzucili się do ucieczki.

Walka dobiegła końca.

Roran stał w ciszy, zdyszany, zaciskając kurczowo palce na trzonku młota. Po chwili ruszył naprzód, wymijając powalone namioty i rozrzucone koce. Horst uśmiechał się pod wąsem.

- To najlepsza bójka, w jakiej uczestniczyłem od lat.

Wioska za ich plecami ożyła; ludzie próbowali odkryć źródło hałasu. Roran patrzył, jak za okiennicami rozbłyskują lampy. Odwrócił się, słysząc cichy płacz.

Nolfavrell klęczał obok ciała żołnierza, raz po raz dźgając go w pierś. Po brodzie spływały mu łzy. Gedric i Albriech podbiegli i odciągnęli chłopaka od trupa.

- Nie powinien był iść z nami - mruknął Roran.

Horst wzruszył ramionami.

- Miał do tego prawo.

Mimo wszystko zabicie jednego z ludzi Ra'zaców tylko utrudni nam pozbycie się bezcześcicieli, pomyślał Roran.

- Powinniśmy zabarykadować drogę i prześwity między domami, żeby nie mogli zaatakować nas znienacka. - Roran rozejrzał się po swych towarzyszach, sprawdzając ich obrażenia. Dostrzegł, że przedramię Delwina przecina długie skaleczenie. Farmer zabandażował je pasem tkaniny oddartym z zakrwawionej koszuli.

Kilkoma krótkimi okrzykami Horst przywrócił porządek w grupie. Wysłał Albriecha i Baldora, by przyprowadzili stojący w kuźni wóz Quimby'ego. Synowie Loringa i Parra mieli przeczesać Carvahall w poszukiwaniu przedmiotów, które mogły się przydać do zabarykadowania wioski.

Tymczasem na skraju pola zaczęli gromadzić się ludzie. Patrzyli na to, co zostało z obozu Ra'zaców, i na martwego żołnierza.

- Co się stało?! - krzyknął Fisk.

Loring podbiegł naprzód i spojrzał prosto w oczy cieśli.

- Co się stało? Powiem ci co się stało. Przegnaliśmy tych łajnobrodych, złapaliśmy ze spuszczonymi portkami i wysmagaliśmy jak psy.

- Cieszę się - powiedziała Birgit. Rudowłosa kobieta tuliła do łona Nolfavrella, nie zważając na pokrywającą jego twarz krew. - Zasłużyli, by zginąć jak tchórze. To oni zabili mi męża.

Mieszkańcy wioski zaszemrali z aprobatą, wówczas jednak odezwał się Thane:

- Oszalałeś, Horst? Nawet jeśli przepłoszyłeś Ra'zaców i ich żołnierzy, Galbatorix po prostu przyśle kolejnych ludzi. Imperium nigdy nie zrezygnuje, póki nie schwyta Rorana.

- Powinniśmy go im oddać - warknął Sloan.

Horst uniósł ręce.

- Zgadzam się, nikt nie jest wart więcej niż całe Carvahall. Ale jeśli oddamy im Rorana, myślicie, że Galbatorix nie ukarze nas za nasz opór? W jego oczach nie jesteśmy lepsi od Vardenów.

- To czemu zaatakowaliście obóz? - chciał wiedzieć Thane. - Kto dał wam prawo podjęcia takiej decyzji? Skazaliście nas wszystkich.

Tym razem odpowiedziała Birgit:

- Pozwoliłbyś, żeby zabili ci żonę? - Przycisnęła ręce do obu stron twarzy syna i oskarżycielskim gestem pokazała Thane'owi zakrwawione dłonie. - Pozwoliłbyś im nas spalić, ziemiobijco?

Spuścił wzrok, niezdolny stawić czoła jej surowemu spojrzeniu.

- Spalili moją farmę - oznajmił Roran. - Pożarli Quimby'ego i o mało nie zniszczyli Carvahall. Podobne zbrodnie nie mogą ujść płazem. Czyżbyśmy stali się spłoszonymi królikami, które bez walki przyjmują swój los? Nie! Mamy prawo się bronić. - Urwał, widząc Albriecha i Baldora, ciągnących ulicą wóz. - Możemy dyskutować później, teraz musimy się przygotować. Kto nam pomoże?

Natychmiast zgłosiło się ponad czterdziestu mężczyzn. Razem zabrali się do pracy. Czekało ich trudne zadanie: zamiana Carvahall w twierdzę. Roran pracował bez wytchnienia, przybijając między domami sztachety, ustawiając zaimprowizowane barykady z pełnych kamieni beczek i wlokąc kłody na główną drogę, którą zablokowali dwoma przewróconymi wozami.

W pewnym momencie Katrina zdybała go w bocznej alejce i uściskała.

- Cieszę się, że wróciłeś i że jesteś bezpieczny.

Ucałował ją lekko.

- Katrino... porozmawiam z tobą, gdy tylko skończymy. - Uśmiechnęła się niepewnie, z iskierką nadziei. - Miałaś rację, to niemądre z mojej strony, że zwlekałem. Każda chwila spędzona razem jest cenna i nie zamierzam marnować pozostałego nam czasu, gdy kaprys losu w każdej chwili może rozłączyć nas na zawsze.

***

Oblewał właśnie wodą strzechę domu Kiselta, by nie zajęła się płomieniami, gdy Parr krzyknął.

- Ra'zacowie!

Roran upuścił wiadro i podbiegł do wozów, gdzie zostawił młot. Chwytając broń, ujrzał jednego z Ra'zaców. Siedział na koniu, daleko na drodze, poza zasięgiem strzał. Trzymana w lewej dłoni pochodnia oświetlała stwora, prawą odchylił w tył, jakby szykował się do rzutu.

Roran wybuchnął śmiechem.

- Zamierza ciskać w nas kamieniami? Jest zbyt daleko, żeby trafić w... - Urwał, bo Ra'zac wziął potężny zamach. W powietrzu poszybowała szklana fiolka i roztrzaskała się o wóz po prawej. W sekundę później kula ognia wyrzuciła go w górę, a niewidzialna pięść rozpalonego powietrza cisnęła Roranem o ścianę.

Oszołomiony, upadł na czworaki, dysząc gwałtownie. Przez dźwięczący w uszach huk przebił się rytmiczny tętent galopującego konia. Roran dźwignął się z trudem z ziemi i spojrzał w stronę źródła dźwięku tylko po to, by odskoczyć gwałtownie, gdy Ra'zacowie wpadli do Carvahall przez ognistą wyrwę między wozami.

Błyskawicznie ściągnęli wodze i błysnęły klingi, gdy zaatakowali otaczających ich ludzi. Roran ujrzał śmierć trzech z nich - a potem Horst i Loring dotarli na miejsce i zaczęli dźgać Ra'zaców widłami. Nim wieśniacy zdążyli zareagować, przez wyrwę wlali się żołnierze, zabijając w ciemności wszystkich bez wyboru.

Roran wiedział, że muszą ich zatrzymać, w przeciwnym razie Carvahall padnie. Skoczył z boku na nieświadomego niczego żołnierza i uderzył go w twarz ostrzem młota. Mężczyzna, nie wydając z siebie najlżejszego głosu, runął na ziemię. Gdy pozostali żołnierze popędzili ku nim, Roran zerwał z bezwładnej ręki trupa tarczę. W ostatniej chwili zdążył ją unieść, zasłaniając się przed pierwszym ciosem.

Szybko odparował pchnięcie miecza i cofając się w stronę Ra'zaców, zamachnął się młotem, uderzając napastnika pod brodę i posyłając na ziemię.

- Do mnie! - krzyknął. - Brońcie swoich domów! - Uskoczył przed cięciem; pięciu żołnierzy próbowało go okrążyć. - Do mnie!

Pierwszy na wezwanie odpowiedział Baldor, potem Albriech. W kilka sekund później dołączyli do nich synowie Loringa, a po nich kilkunastu innych. Z bocznych uliczek kobiety i dzieci zasypywały żołnierzy kamieniami.

- Trzymajcie się razem - polecił Roran, nie ustępując. - Nas jest więcej.

Żołnierze zatrzymali się na widok gęstniejącej linii wieśniaków. Gdy za plecami Rorana zebrała się ich ponad setka, powoli ruszył naprzód.

- Atakujcccie, głupcccy! - wrzasnął Ra'zac, uskakując przed widłami Loringa.

Samotna strzała śmignęła ku Roranowi. Odtrącił ją tarczą i roześmiał się. Ra'zacowie zrównali się już z żołnierzami, sycząc z wściekłości. Spod czarnych kapturów spoglądali gniewnie na wieśniaków. Nagle Roran poczuł, jak ogarnia go dziwna senność, poczucie niemocy. Nie miał siły się ruszyć, nawet myślenie przychodziło mu z trudem. Zmęczenie zdawało się przykuwać do ziemi ręce i nogi.

I wówczas z głębi Carvahall dobiegł go ochrypły okrzyk Birgit. W sekundę później nad jego głową przeleciał kamień i pomknął ku pierwszemu z Ra'zaców, który z nadludzką szybkością uchylił się przed pociskiem. Ta chwila dekoncentracji, choć krótka, wystarczyła, by umysł Rorana uwolnił się spod usypiającego wpływu. Czy to była magia?

Odrzucił tarczę, chwycił oburącz młot i wzniósł go wysoko nad głowę, tak jak czynił to Horst, gdy przekuwał świeżą sztabę metalu. Roran uniósł się na palcach, wyginając do tyłu całe ciało, po czym z rozmachem opuścił ręce. Młot obrócił się w powietrzu i uderzył z hukiem o tarczę Ra'zaca, pozostawiając potężne wgniecenie.

Te dwa ataki wystarczyły, by rozproszyć resztki dziwnych mocy Ra'zaców. Stwory zaczęły klekotać do siebie. Tymczasem wieśniacy ruszyli z głośnym okrzykiem naprzód. Wówczas Ra'zacowie szarpnęli wodze i zawrócili wierzchowce.

- Wycofać sssię! - wrzasnęli, wymijając żołnierzy. Odziani w szkarłat wojownicy wymaszerowali tyłem z Carvahall, dźgając mieczami wszystkich, którzy zanadto się zbliżyli. Dopiero gdy odeszli spory kawałek od płonących wozów, odważyli się odwrócić plecami.

Roran westchnął i podniósł młot. Pomacał ręką stłuczone miejsca, czując ból w boku i na plecach, pamiątki zderzenia ze ścianą. Pochylił głowę, odkrywszy, że wybuch zabił Parra. Zginęło też dziewięciu innych mężczyzn. Żony i matki zaczęły już zawodzić z rozpaczy i ich głosy wzlatywały ku nocnemu niebu.

Jak mogło do tego dojść? - zastanawiał się Roran.

- Chodźcie tu wszyscy! - krzyknął Baldor.

Roran zamrugał i wybiegł na środek drogi, dołączając do niego. Zaledwie dwadzieścia jardów dalej, na grzbiecie konia przycupnął Ra'zac; tkwił na nim niczym olbrzymi żuk. Stwór skinął palcem na Rorana.

- Ty... pachnieszszsz jak twój kuzzzyn. Nigdy nie zzapominamy zzapachu.

- Czego ode mnie chcecie?! - krzyknął Roran. - Po co tu przyszliście?!

Ra'zac zachichotał upiornie, nieludzko.

- Chcemy... informacccji. - Obejrzał się przez ramię za swymi znikającymi towarzyszami, po czym wrzasnął: - Oddajcie Rorana, a sssprzedamy wasss w niewolę! Chrońcie go, a pożremy wasss wszszyssstkich. Nassstępnym razem wysssłuchamy odpowiedzi. Oby była właściwa!

 

Az Sweldn rak Anh?in

Drzwi otwarły się ciężko i do tunelu wtargnęło światło. Eragon skrzywił się - po długim pobycie pod ziemią jego oczy odwykły od blasku dnia. Saphira syknęła i wygięła szyję, by lepiej przyjrzeć się otoczeniu.

Pokonanie podziemnego szlaku z Farthen D?ru zajęło im pełne dwa dni. Eragonowi jednak zdawało się, że minęło znacznie więcej czasu. Sprawił to otaczający ich zewsząd mrok i milczenie, jakie narzucił wędrowcom. Przez cały ten czas zamienili ze sobą najwyżej kilka słów.

Miał nadzieję, że podczas wspólnej podróży dowie się czegoś więcej o Aryi, lecz jedyne dotąd informacje stanowiły efekt zwykłej obserwacji. Wcześniej nie posilał się z nią i ze zdumieniem odkrył, że zabrała własny prowiant i nie jadła mięsa. Spytał ją nawet, dlaczego.

- Gdy zakończysz szkolenie, nigdy więcej nie spożyjesz ciała zwierząt, a jeśli nawet, to bardzo, bardzo rzadko.

- Czemu miałbym rezygnować z mięsa? - prychnął.

- Nie potrafię ci tego wytłumaczyć. Zrozumiesz, gdy dotrzemy do Ellesméry.

Teraz, śpiesząc przez próg, zapomniał o wszystkim, nie mogąc się już doczekać chwili, gdy ujrzy cel wędrówki. Odkrył, że stoi na granitowej półce ponad sto stóp nad fioletowymi wodami jeziora, połyskującego w promieniach wschodzącego słońca. Podobnie jak Kóstha-mérna, tu także woda rozlewała się między górami, wypełniając dokładnie kraniec doliny. Z drugiej strony jeziora wypływała na północ rzeka Az Ragni, wijąca się między szczytami aż do miejsca, gdzie w oddali wylewała się na wschodnie równiny.

Po jego prawej wznosiły się nagie góry, oprócz kilku niewyraźnych szlaków pozbawione śladów życia. Natomiast po lewej... Po lewej ujrzał krasnoludzkie miasto Tarnag. Tu krasnoludy przekształciły pozornie niezmienne Beory w serię tarasów. Na niższych mieściły się głównie farmy - ciemne półkola ziemi czekającej na obsianie. Tu i tam wyrastały z niej przysadziste chaty, z tego co widział Eragon zbudowane wyłącznie z kamienia. Nad tymi pustymi poziomami piętrzyły się kolejne warstwy połączonych budynków, zwieńczonych gigantyczną kopułą w złocie i bieli - zupełnie jakby całe miasto stanowiło jedynie wiodące do niej schody. W promieniach słońca połyskiwała, niczym wypolerowany kamień księżycowy, mleczna kula osadzona na szczycie piramidy z szarego łupku.

Orik odgadł pytanie Eragona.

- To Celbedeil - oznajmił. - Największa świątynia krasnoludzka i dom D?rgrimst Quan, klanu Quan, sług i posłańców bogów.

Czy oni władają Tarnagiem? - spytała Saphira. Eragon powtórzył jej słowa.

- Nie. - Arya wyminęła ich szybko. - Choć Quan są silni, jest ich niewielu. Mimo władzy, jaką dzierżą nad zaświatami... i złotem, to Ragni Hefthyn - Straż Rzeczna - włada Tarnagiem. Podczas pobytu tutaj zamieszkamy u ich przywódcy, ?ndina.

Gdy w ślad za elfką zeskoczyli z półki i zaczęli przedzierać się przez karłowaty las porastający górę, Orik odwrócił się do Eragona.

- Nie przejmuj się nią - wyszeptał. - Od wielu lat spiera się z Quan. Za każdym razem, gdy odwiedza Tarnag i rozmawia z kapłanem, kończy się to kłótnią wystarczająco zaciętą, by wystraszyć Kulla.

- Arya?

Orik przytaknął z ponurą miną.

- Niewiele o tym wiem, ale słyszałem, że zdecydowanie nie zgadza się z wieloma praktykami Quan. Najwyraźniej elfy nie wierzą w szeptanie w powietrze próśb o pomoc.

Eragon zapatrzył się w plecy Aryi, zastanawiając się, czy Orik mówi prawdę, a jeśli tak, to w co wierzy sama elfka. Odetchnął głęboko, przeganiając te myśli. Cudownie było znów znaleźć się pod gołym niebem, poczuć zapach mchu, paproci i leśnych drzew, i ciepłe dotknięcie słońca na twarzy, usłyszeć brzęk pszczół i innych owadów.

Ścieżka zawiodła ich na skraj jeziora, a potem znów w górę, w stronę Tarnagu i jego otwartych bram.

- Jak udało się wam ukryć Tarnag przed Galbatorixem? - spytał Eragon. - Rozumiem, Farthen D?r, ale to... Nigdy nie widziałem czegoś podobnego.

Orik zaśmiał się cicho.

- Ukryć? To byłoby niemożliwe. Nie, po upadku Jeźdźców musieliśmy porzucić wszystkie nasze miasta na powierzchni i wycofać się do tuneli; tylko tak mogliśmy umknąć Galbatorixowi i Zaprzysiężonym. Często przelatywali nad Beorami, zabijając każdego, kogo spotkali.

- Sądziłem, że krasnoludy zawsze żyły pod ziemią.

Orik ściągnął brwi.

- Niby czemu? Owszem, łączy nas pokrewieństwo z kamieniem, ale lubimy otwartą przestrzeń tak samo jak elfy i ludzie. Jednak dopiero przez ostatnie półtora dziesięciolecia od śmierci Morzana ośmieliliśmy się wrócić do Tarnagu i innych starożytnych miast. Galbatorix dysponuje nienaturalną potęgą, ale nawet on nie zaatakowałby sam całego miasta. Oczywiście wraz ze swym smokiem mogliby wyrządzić nam olbrzymie szkody, gdyby tylko chcieli, lecz w dzisiejszych czasach rzadko opuszczają Ur?'baen, nie wyjeżdżają nawet na krótkie wycieczki. Nie zdołałby też sprowadzić tu armii, nie pokonawszy najpierw Buraghu bądź Farthen D?ru.

I omal tego nie zrobił - skomentowała Saphira.

Gdy dotarli na szczyt niewielkiego pagórka, Eragon wzdrygnął się, zaskoczony widokiem zwierzęcia, które wypadło z krzaków wprost na ścieżkę. Kudłate stworzenie przypominało górską kozę z Kośćca, tyle że większą o jedną trzecią i obdarzoną olbrzymimi prążkowanymi rogami, zakręconymi wokół głowy. W porównaniu z nimi rogi urgala wydawały się małe niczym jaskółcze gniazda. Jeszcze dziwniejsze było siodło przypięte do grzbietu kozy i siedzący w nim krasnolud, celujący w powietrze z na wpół naciągniętego łuku.

- Hert d?rgrimst? Fild rastn?! - krzyknął krasnolud.

- Orik Thrifkz menthiv oen Hrethcarach Eragon rak D?rgrimst Ingeitum - odparł Orik. - Wharn, az vanyali-carhar?g Arya. Né oc ?ndinz grimstbelardn.

Koza przyglądała się czujnie Saphirze. Eragon dostrzegł w jej spojrzeniu inteligencję, choć zakończony kędzierzawą brodą smutny pysk sprawiał raczej zabawne wrażenie. Skojarzył mu się z Hrothgarem i Eragon z trudem powstrzymał uśmiech, myśląc, jak bardzo krasnoludzko wygląda to zwierzę.

- Azt jok jordn rast - padła odpowiedź.

Bez żadnego słyszalnego polecenia krasnoluda koza skoczyła naprzód, pokonując tak wielki dystans, że przez moment zdawało się, że leci. A potem jeździec i wierzchowiec zniknęli wśród drzew.

- Co to było? - Eragon odprowadził ich zdumionym wzrokiem.

Orik ruszył naprzód.

- Feld?nost, jedno ze zwierząt żyjących wyłącznie w tych górach. Każde z nich dało imię naszemu klanowi. Lecz D?rgrimst Feld?nost to chyba najodważniejszy i najbardziej szanowany klan.

- Czemu?

- Feld?nosty dają nam mleko, wełnę i mięso. Bez nich nie przeżylibyśmy w Beorach. Gdy Galbatorix i jego zdradzieccy Jeźdźcy siali wśród nas terror, to właśnie D?rgrimst Feld?nost ryzykowali życie, i wciąż ryzykują, doglądając stad i pól. Wszyscy jesteśmy ich dłużnikami.

- Czy wszystkie krasnoludy dosiadają feld?nostów? - Z trudem wymówił to osobliwe słowo.

- Tylko w górach. Feld?nosty są zręczne i wytrzymałe, ale bardziej nadają się na skały niż na otwarte przestrzenie.

Saphira trąciła nosem Eragona, sprawiając, że Śnieżny Płomień cofnął się spłoszony. Cóż za wspaniała zwierzyna. To byłyby lepsze łowy, lepsze niż jakiekolwiek w Kośćcu czy później. Gdybym miała dość czasu w Tarnagu...

Nie - uciął Eragon. Nie możemy sobie pozwolić na obrażanie krasnoludów.

Smoczyca parsknęła z irytacją. Mogłabym najpierw poprosić je o zgodę.

Ścieżka kryjąca się dotąd w cieniu czarnych gałęzi dotarła na wielką polanę otaczającą miasto. Grupki obserwatorów zaczęły już zbierać się na polach. Z miasta wyjechało siedem feld?nostów w wysadzanych klejnotami uprzężach. Ich jeźdźcy trzymali w dłoniach lance zwieńczone proporcami, które łopotały w powietrzu niczym bicze. Ściągając wodze niezwykłego wierzchowca, jadący na czele krasnolud odezwał się pierwszy.

- Witajcie, mieście Tarnag. Mocą otho ?ndina i Gannela ja, Thorv, syn Brokka, ofiaruję wam w pokoju schronienie w naszych progach. - Jego akcent był szorstki, zgrzytliwy, zupełnie niepodobny do Orikowego.

- Mocą otho Hrothgara my z Ingeitum przyjmujemy waszą gościnę - odparł Orik.

- Ja także, w imieniu Islanzadí - dodała Arya.

Najwyraźniej usatysfakcjonowany Thorv wezwał gestem swych towarzyszy, którzy ustawili feld?nosty w formacji wokół czwórki przybyszów. Z dumnymi minami krasnoludy ruszyły naprzód, prowadząc ich do Tarnagu i dalej przez bramy miasta.

Zewnętrzny mur liczył sobie czterdzieści stóp grubości. Mroczny tunel wiódł na pierwszą z wielu farm okalających Tarnag. Po pokonaniu pięciu kolejnych poziomów, z których każdego strzegła ufortyfikowana brama, zostawili za sobą pola i znaleźli się w mieście.

W odróżnieniu od masywnych fortyfikacji budynki wewnątrz murów, choć wzniesione z kamienia, ukształtowano tak zręcznie, że wydawały się lekkie i pełne wdzięku. Sklepy i domy ozdabiały mocarne, śmiałe rzeźby. Lecz większe wrażenie robił sam kamień, pokrywały go bowiem warstwy glazury w żywych barwach, od jaskrawego szkarłatu po najdelikatniejszą zieleń.

W całym mieście wisiały na ścianach pozbawione płomieni krasnoludzkie lampy. Ich wielobarwne światła zwiastowały nadejście długiego, górskiego zmierzchu i nocy.

W odróżnieniu od Tronjheimu Tarnag wzniesiono wyłącznie z myślą o krasnoludach, bez żadnych ustępstw na rzecz ludzi, elfów bądź smoków. W najlepszym razie drzwi miały pięć stóp wysokości, a zazwyczaj cztery i pół. Eragon mimo swego średniego wzrostu czuł się niczym olbrzym, który trafił na scenę dla lalek.

Na szerokich ulicach panował tłok; krasnoludy z najróżniejszych klanów krzątały się, doglądając swych spraw, albo targowały zacięcie w kramach. Wiele miało na sobie osobliwe, egzotyczne stroje - choćby grupka groźnych czarnowłosych krasnoludów noszących srebrne hełmy wykute na kształt wilczych łbów.

Eragon głównie przyglądał się krasnoludzkim kobietom. Wcześniej w Tronjheimie widywał je zaledwie przelotnie. Były bardziej przysadziste od mężczyzn, twarze miały okrągłe, rysy toporne, lecz ich oczy błyszczały, włosy opadały na plecy pysznymi kaskadami, a dłonie delikatnie podtrzymywały maleńkie dzieci. Nie uznawały ozdóbek, prócz niewielkich, misternie wykutych brosz z żelaza i kamienia.

Słysząc ostry tętent feld?nostów, krasnoludy odwracały głowy, przyglądając się przybyszom. Wbrew oczekiwaniom Eragona nie wiwatowały, lecz raczej skłaniały głowy, mamrocząc: "Cieniobójca"; gdy zaś dostrzegały młot i gwiazdy na hełmie Eragona, podziw znikał, zastąpiony szokiem i w wielu przypadkach oburzeniem. Pierścień rozgniewanych krasnoludów zacisnął się wokół feld?nostów; zebrani wodzili wściekłym wzrokiem pomiędzy zwierzętami i Eragonem, wykrzykując nieprzychylne komentarze.

Eragon poczuł mrowienie na karku. Najwyraźniej przyjęcie mnie do klanu nie było najpopularniejszą decyzją w życiu Hrothgara.

Owszem - zgodziła się Saphira. Być może wzmocnił swą władzę nad tobą, ale kosztem zniechęcenia wielu krasnoludów. Lepiej zejdźmy z widoku, nim poleje się krew.

Thorv i pozostali strażnicy jechali naprzód i nie zważając na tłum, prowadzili ich przez kolejne siedem poziomów. W końcu tylko jedna brama dzieliła przybyszów od olbrzymiego masywu Celbedeilu. Wówczas Thorv skręcił w lewo, w stronę wielkiego dworu, przytulonego do zbocza góry i strzeżonego przez barbakan z dwiema zębatymi wieżami.

Gdy się zbliżyli, spomiędzy domów wysypała się grupka uzbrojonych krasnoludów, tworząc zwarty szereg blokujący ulicę. Długie, fioletowe chusty osłaniały ich twarze i opadały na ramiona.

Strażnicy natychmiast zatrzymali feld?nosty, a ich twarze przybrały wrogi wyraz.

- Co się dzieje? - spytał Orika Eragon, ale krasnolud tylko pokręcił głową i ruszył naprzód z dłonią na toporze.

- Etzil nithgech! - krzyknął zamaskowany krasnolud, unosząc pięść. - Formv Hrethcarach... formv Jurgencarmeitder nos eta goroth bahst Tarnag, d?r encesti rak kythn! Jok is warrev as barz?leg?r d?r d?rgrimst, Az Sweldn rak Anh?in, môgh tor rak Jurgenvren? Né ?dim etal os rast knurlag. Knurlag ana... - przemawiał przez długą chwilę z rosnącym podnieceniem.

- Vrron! - warknął Thorv, przerywając mu i dwa krasnoludy zaczęły się kłócić. Mimo ostrej wymiany zdań Eragon dostrzegł, że Thorv żywi szacunek dla swego rozmówcy.

Eragon przesunął się na bok, próbując wyjrzeć zza feld?nosta Thorva, i zamaskowany krasnolud umilkł gwałtownie, ze zgrozą wskazując palcem jego hełm.

- Knurlag qana qirânu D?rgrimst Ingeitum! - wrzasnął. - Qarz?l ana Hrotghar oen volfild...

- Jok is frekk d?rgrimstvren? - przerwał mu cicho Orik, dobywając topora.

Eragon z niepokojem zerknął na Aryę, elfka jednak w zbytnim napięciu słuchała wymiany zdań, by to zauważyć. Ukradkiem opuścił dłoń i odszukał owiniętą drutem rękojeść Zar'roca.

Obcy krasnolud wbił w Orika groźne spojrzenie, po czym wyjął z kieszeni żelazny pierścień, wyrwał z brody trzy włosy, owinął je wokół pierścienia i cisnął wyniośle na ulicę, spluwając w ślad za nim. Następnie odziane w fiolet krasnoludy odeszły bez słowa.

Thorv, Orik i pozostali wojownicy wzdrygnęli się, gdy pierścień z brzękiem wylądował na granitowym chodniku. Nawet Arya wyglądała na wstrząśniętą. Dwa młodsze krasnoludy zbladły i sięgnęły po miecze. Thorv jednak warknął: "Eta!" i natychmiast opuściły ręce.

Ich reakcje zaniepokoiły Eragona znacznie bardziej niż dziwaczne spotkanie. Gdy Orik ruszył samotnie naprzód i schował pierścień do sakiewki, Eragon nie zdołał dłużej kryć ciekawości.

- Co to znaczy?

- To znaczy - odparł Thorv - że masz wrogów.

Pośpieszyli przez barbakan na szeroki dziedziniec, na którym ustawiono trzy stoły bankietowe, przystrojone proporcami i latarniami. Przed stołami czekała grupa gospodarzy, a na ich czele siwobrody krasnolud w narzuconej na ramiona wilczej skórze. Szeroko rozłożył ręce.

- Witajcie w Tarnagu, ojczystym mieście D?rgrimst Ragni Hefthyn. Słyszeliśmy o tobie wiele dobrego, Eragonie Cieniobójco. Jestem ?ndin, syn Der?nda i przywódca klanu.

Kolejny krasnolud wystąpił naprzód. Miał barki i pierś wojownika, spojrzenie ciemnych oczu pod wypukłym czołem wbił w twarz Eragona.

- Ja jestem Gannel, syn Orma Krwawego Topora i przywódca klanu D?rgrimst Quan.

- To zaszczyt gościć u was. - Eragon skłonił głowę. Poczuł irytację zignorowanej Saphiry. Cierpliwości - mruknął, zmuszając się do uśmiechu.

Smoczyca prychnęła.

Przywódcy klanów powitali kolejno Aryę i Orika, ten jednak całkowicie zlekceważył ich gościnność i w odpowiedzi tylko wyciągnął dłoń, na której spoczywał żelazny pierścień.

Oczy ?ndina rozszerzyły się. Ostrożnie ujął pierścień, trzymając go w dwóch palcach niczym jadowitą żmiję.

- Kto ci to dał?

- Az Sweld rak Anh?in. I nie mnie, tylko Eragonowi.

Na widok troski widocznej na twarzach krasnoludów wcześniejsze obawy Eragona powróciły. Widział, jak samotne krasnoludy z mniejszym lękiem stawiały czoło całym oddziałom Kullów. Pierścień musiał symbolizować coś naprawdę strasznego, skoro tak bardzo nimi wstrząsnął jego widok.

?ndin zmarszczył brwi, słuchając szeptów doradców.

- Musimy naradzić się w tej sprawie - rzekł w końcu. - Cieniobójco, przygotowaliśmy na twą cześć ucztę. Jeśli pozwolisz, moi słudzy zaprowadzą cię do komnat. Tam możesz się odświeżyć i wówczas zaczniemy.

- Oczywiście.

Eragon oddał wodze Śnieżnego Płomienia czekającemu krasnoludowi i podążył za przewodnikiem w głąb dworu. Mijając drzwi, obejrzał się i ujrzał Aryę i Orika naradzających się gorączkowo z przywódcami klanów. Zaraz wrócę - przyrzekł Saphirze.

Pokonawszy w kucki krasnoludzkie korytarze, z ulgą przekonał się, że przydzielony mu pokój jest dość przestronny, by mógł stanąć swobodnie. Służący ukłonił się nisko.

- Wrócę. gdy Grimstborith ?ndin będzie gotów.

Kiedy służący zniknął, Eragon odetchnął głęboko, napawając się ciszą. Spotkanie z zamaskowanymi krasnoludami wciąż nękało mu umysł, utrudniając odpoczynek. Na szczęście, niedługo zabawimy w Tarnagu, i dzięki temu raczej nie zdołają nam przeszkodzić.

Zdjął rękawicę i podszedł do marmurowej misy, osadzonej w podłodze obok niskiego łoża. Wsunął dłonie do wody i z cichym krzykiem cofnął gwałtownie. Była bliska wrzenia. To pewnie krasnoludzki zwyczaj, uznał. Zaczekał, aż trochę wystygnie, potem umył twarz i szyję, szorując je energicznie w obłokach pary.

Odświeżony, ściągnął nogawice i tunikę, i przebrał się w strój z pogrzebu Ajihada. Sięgnął po Zar'roca, uznał jednak, że w ten sposób uraziłby ?ndina. Zamiast tego przypasał nóż myśliwski.

A potem wyjął z worka powierzony przez Nasuadę zwój, przeznaczony dla Islanzadí. Zważył go w dłoni, szukając dla niego najlepszej kryjówki. Wiadomość była zbyt ważna, żeby pozostawić ją w komnacie, gdzie ktoś mógłby odczytać ją bądź ukraść. W końcu, ponieważ nic lepszego nie przyszło mu do głowy, wepchnął zwój w rękaw. Powinien być tu bezpieczny, o ile nie wdam się w walkę, a wtedy będę miał na głowie ważniejsze problemy.

***

Gdy w końcu służący wrócił, minęło zaledwie południe, lecz słońce zniknęło już za wyniosłymi górami, pogrążając Tarnag w półmroku. Po wyjściu z budynku, Eragona uderzyła przemiana, jakiej uległo miasto. Przedwczesny zmierzch ujawnił prawdziwą moc krasnoludzkich lamp - ich czysty, jasny blask zalał ulice, sprawiając, że cała dolina lśniła.

?ndin i pozostałe krasnoludy czekały na dziedzińcu wraz z Saphirą, która usadowiła się u szczytu stołu. Nikt nie przejawiał ochoty, by dyskutować z wyborem przez nią miejsca.

Stało się coś? - spytał Eragon, śpiesząc ku niej.

?ndin wezwał dodatkowych żołnierzy i kazał zaryglować bramy.

Spodziewa się ataku?

Przynajmniej obawia się takiej możliwości.

- Eragonie, proszę, dołącz do mnie. - Przywódca klanu wskazał gestem stojące po jego prawicy krzesło. Zaczekał, aż Eragon zajmie miejsce, po czym usiadł. Reszta kompanii pośpiesznie podążyła w ich ślady.

Eragona ucieszył fakt, że Orik zasiadł u jego boku, a Arya dokładnie naprzeciwko. Oboje mieli ponure miny. Nim zdążył spytać Orika o pierścień, ?ndin klepnął głośno w stół.

- Ignh az voth! - huknął.

Z dworu wysypali się służący, dźwigający półmiski z kutego złota, na których piętrzyły się stosy mięsiw, ciast i owoców. Rozdzielili się na trzy kolumny, jedną na każdy stół, i zamaszystym ruchem ustawili półmiski na blatach.

Wkrótce stoły uginały się pod ciężarem zup i gulaszy z najróżniejszymi bulwami, pieczonej dziczyzny, długich, gorących bochnów chleba na zakwasie i rzędów miodowych ciastek ociekających konfiturą malinową. Pośród zieleni spoczywały filety z pstrągów przybrane pietruszką, a obok z serowej urny wystawała smętna głowa marynowanego węgorza, jakby w nadziei, że jakimś cudem zdoła umknąć do rzeki. Na każdym stole posadzono łabędzia otoczonego stadkiem faszerowanych kuropatw, gęsi i kaczek.

Grzyby były wszędzie, pokrojone w pasma i smażone, nasadzane na łebki ptaków niczym czepki, bądź wyrzezane na kształt zamków pośród fos pełnych gęstego sosu. Eragon chłonął oczami niewiarygodną różnorodność odmian, od białych puszystych bryłek wielkości jego pięści, poprzez grzyby, które mógłby pomylić ze sfalowaną korą, i delikatne ropuszaki, przekrojone na pół, by widać było błękitne wnętrze.

W końcu wniesiono najważniejsze danie uczty: olbrzymiego pieczonego dzika, lśniącego od sosu. Eragon uznał, że to dzik, zwierzę jednak dorównywało wielkością Śnieżnemu Płomieniowi. Trzeba było sześciu krasnoludów, by je unieść. Kły miało dłuższe niż jego przedramię, ryj szeroki jak głowa Eragona, a zapach pieczeni przesłaniał wszystko, zalewał stoły ostrymi falami woni tak mocnej, że łzawiły od niej oczy.

- Nagra - wyszeptał Orik. - Olbrzymi dzik. ?ndin naprawdę chce cię dziś uczcić, Eragonie. Jedynie najdzielniejsze krasnoludy mają odwagę polować na nagry, a podają je tylko tym, których darzą ogromnym szacunkiem. Myślę też, że gest ten ma świadczyć, że będzie cię popierał w sporze z D?rgrimst Nagra.

Eragon nachylił się ku niemu tak, by nikt nie słyszał ich rozmowy.

- Zatem to jest kolejne zwierzę żyjące tylko w Beorach? Mógłbyś wymienić mi pozostałe?

- Leśne wilki tak wielkie, że polują na nagry, i dość zręczne, by schwytać feld?nosta. Niedźwiedzie jaskiniowe, które my nazywamy urzhadn, a elfy beorn. Od nich to nazwali tutejsze szczyty, choć my używamy innej nazwy. Nazwa gór to sekret, którym nie dzielimy się z żadną inną rasą. I...

- Smer voth - polecił ?ndin, uśmiechając się do gości. Słudzy natychmiast dobyli niewielkich zakrzywionych noży i ukroili porcje nagry, które umieścili na talerzach wszystkich z wyjątkiem Aryi - w tym solidny kawałek dla Saphiry. ?ndin uśmiechnął się ponownie, ujął sztylet i odciął kęs mięsa. Eragon sięgnął po własny nóż, lecz Orik chwycił go za rękę.

- Zaczekaj.

?ndin przeżuwał powoli, wywracając oczami i przesadnie kiwając głową. W końcu przełknął.

- Ilf gauhnith! - wykrzyknął.

- Teraz - rzucił Orik, wracając do przerwanego posiłku.

Eragon nigdy nie jadł nic podobnego. Mięso dzika było soczyste, miękkie i dziwnie korzenne, jakby je namoczono w miodzie i jabłeczniku. Mięta, którą zostało przyprawione, jeszcze to podkreślała.

Zastanawiam się, jak zdołali upiec coś tak wielkiego - przesłał myśl Eragon.

Bardzo wolno - skomentowała Saphira, skubiąc swoją porcję nagry.

- Pochodzący z czasów, gdy wśród klanów powszechnie zdarzało się trucicielstwo, zwyczaj - wyjaśnił Orik pomiędzy kęsami - nakazuje gospodarzowi pierwszemu kosztować jedzenia, by pokazać, że goście mogą częstować się bezpiecznie.

W czasie bankietu Eragon sprawiedliwie dzielił czas pomiędzy próbowanie różnych potraw i rozmowy z Orikiem, Aryą i siedzącymi nieco dalej krasnoludami. Godziny płynęły szybko, uczta zaś była tak bogata, że dopiero późnym popołudniem podano ostatnią potrawę, spożyto ostatnie kęsy i opróżniono kielichy. Gdy służba zaczęła sprzątać ze stołów, ?ndin odwrócił się do Eragona.

- Odpowiadał ci ten posiłek?

- Był przepyszny.

?ndin skinął głową.

- Cieszę się, że ci smakowało. Kazałem wczoraj wynieść na dwór stoły, by smok mógł zjeść z nami. - Ani na moment nie spuszczał wzroku z Eragona.

Eragon poczuł ogarniający go lodowaty chłód. Świadomie bądź nie, ?ndin potraktował Saphirę jak zwyczajne zwierzę. Wcześniej zamierzał na osobności spytać go o zamaskowane krasnoludy, teraz jednak zapragnął zbić gospodarza z pantałyku.

- Dziękujemy ci z Saphirą - rzekł. - Panie, czemu rzucono nam pierścień?

Na dziedzińcu zapadła cisza. Eragon kątem oka dostrzegł, jak Orik krzywi się gwałtownie, Arya natomiast uśmiechnęła się, jakby rozumiała, o co mu chodzi.

?ndin zmarszczył groźnie brwi i odłożył sztylet.

- Knurlagn, których spotkałeś, należą do klanu mającego tragiczną historię. Przed upadkiem Jeźdźców byli jednym z najstarszych i najbogatszych rodów w naszym królestwie. Jednakże dwa błędy przypieczętowały ich los. Mieszkali na zachodnim skraju Gór Beorskich, a ich najlepsi wojownicy wstępowali na służbę u Vraela.

W jego głosie zadźwięczała ostra gniewna nuta.

- Galbatorix i jego na wieki przeklęci Zaprzysiężeni wymordowali ich w waszym mieście Ur?'baenie. Potem nadlecieli tutaj i zabili wielu. Z całego klanu przeżyła tylko Grimstcarvlorss Anh?in i jej straż przyboczna. Anh?in wkrótce zmarła ze smutku, mężczyźni zaś przyjęli miano Az Sweldn rak Anh?in, Łzy Anh?in, i zakryli twarze, by na zawsze pamiętać o stracie i pragnieniu zemsty.

Eragon poczuł, że pieką go policzki. Czuł ogromny wstyd i z trudem walczył, by jego twarz go nie zdradziła.

- W miarę upływu lat - podjął ?ndin, wpatrując się gniewnie w pozostałe na półmisku ciastko - odbudowali swój klan, czekając i szukając sposobności zapłaty. A teraz zjawiłeś się ty, ze znakiem Hrothgara na czole. To dla nich najgorsza możliwa obelga. Nieważne, jak bardzo przysłużyłeś się nam w Farthen D?rze. Stąd pierścień, ostateczne wyzwanie. Oznacza on, że D?rgrimst Az Sweldn rak Anh?in będą sprzeciwiać ci się ze wszystkich sił i środków, w każdej sprawie, małej czy dużej. Ogłosili się twymi najgorszymi przeciwnikami, wrogami krwi.

- Czy życzą mi śmierci? - spytał sztywno Eragon.

?ndin na moment odwrócił wzrok. Zerknął na Gannela, po czym pokręcił głową i zaśmiał się gardłowo.

- Nie, Cieniobójco. Nawet oni nie ośmieliliby się skrzywdzić gościa. To zabronione. Chcą tylko, abyś odszedł stąd jak najdalej. - Gdy Eragon wciąż patrzył na niego wyczekująco, ?ndin dodał: - Proszę, nie rozmawiajmy dłużej o tych przykrych sprawach. Wraz z Gannelem ofiarowaliśmy ci na znak przyjaźni jadło i miód, czyż to się nie liczy?

Kapłan mruknął z aprobatą.

- Doceniam to - ustąpił w końcu Eragon.

Saphira spojrzała na niego poważnie.

Oni się boją, Eragonie. Boją się i czują złość, bo zmuszono ich do przyjęcia pomocy Jeźdźca.

Tak. Może i walczą u naszego boku, ale nie dla nas.

 

Celbedeil

Pozbawiony świtu ranek zastał Eragona we dworze ?ndina. Przywódca klanu rozmawiał właśnie z Orikiem po krasnoludzku. Na widok Eragona podszedł do niego.

- Cieniobójco, dobrze spałeś?

- Tak.

- To świetnie. - Gestem wskazał Orika. - Zastanawialiśmy się nad tym, kiedy wyruszycie w drogę. Miałem nadzieję, że zdołacie spędzić z nami trochę czasu, lecz w tych okolicznościach chyba będzie najlepiej, jeśli podejmiecie podróż jutro wczesnym rankiem, gdy niewiele krasnoludów wychodzi na ulice i mogłoby stawić wam czoło. Służba szykuje już dla ciebie zapasy i transport. Na rozkaz Hrothgara strażnicy mają towarzyszyć ci aż do Ceris. Pozwoliłem sobie zwiększyć ich liczbę z trzech do siedmiu.

- A co z dzisiejszym dniem?

?ndin wzruszył okrytymi futrem ramionami.

- Zamierzałem ci pokazać cuda Tarnagu, ale teraz byłoby niemądrze, gdybyś wędrował po ulicach miasta. Jednakże Grimstborith Gannel zaprosił cię na cały dzień do Celbedeilu. Zgódź się, jeśli chcesz. Z nim będziesz bezpieczny.

Przywódca klanu jakby zapomniał o swych wcześniejszych zapewnieniach, że Az Sweldn rak Anh?in nie skrzywdzą gościa.

- Dziękuję, chętnie to zrobię.

Wychodząc z dworu, Eragon odciągnął na bok Orika.

- Jak poważny jest ten spór? - spytał. - Muszę znać prawdę.

Krasnolud odpowiedział z wyraźną niechęcią.

- W przeszłości zdarzało się często, że krwawa waśń trwała całe pokolenia. Waśnie doprowadziły do śmierci całych rodów. Az Sweldn rak Anh?in zbytnio się pośpieszyli, przywołując dawne zwyczaje. Nie robiono tego od czasu ostatnich wojen klanów. Dopóki nie odwołają przysięgi, musisz strzec się ich zdrady; nieważne, czy to będzie trwało rok, czy wiek. Przykro mi, że przyjaźń z Hrothgarem ściągnęła to na ciebie, Eragonie. Ale nie jesteś sam. D?rgrimst Ingeitum stoją u twego boku.

***

Gdy Eragon znalazł się na zewnątrz, pośpieszył do Saphiry, która spędziła noc zwinięta w kłebek na dziedzińcu. Nie masz nic przeciwko temu, bym odwiedził Celbedeil?

Idź, jeśli musisz. Ale zabierz Zar'roca.

Posłuchał jej, po czym wsunął za tunikę zwój Nasuady.

Gdy Eragon podszedł do zewnętrznych bram dworu, pięć krasnoludów pchnięciem otworzyło odrzwia z ledwo ociosanych pni, a potem ustawiło się wokół niego, kładąc dłonie na toporach i mieczach. Jego eskorta szybko sprawdziła okolicę. Strażnicy pozostali z Eragonem, który cofał się śladem wczorajszych kroków aż do strzeżonego wejścia na najwyższy poziom Tarnagu.

Zadrżał. Miasto wydawało się nienaturalnie puste - zamknięte drzwi, zaryglowane okiennice. Nieliczni przechodnie osłaniali twarze i skręcali w boczne uliczki, by nie przechodzić obok niego. Nie chcą, by ich widziano blisko mnie. Może to świadomość, że Az Sweldn rak Anh?in zemści się na wszystkich, którzy mi pomogą, wywołuje takie zachowanie, myślał. Nie mogąc się doczekać opuszczenia ulicy, Eragon uniósł rękę, by zastukać we wrota. Jednakże, nim to uczynił, jedne z odrzwi ze zgrzytem uchyliły się na zewnątrz. Krasnolud w czarnej szacie wezwał go gestem. Zaciągając ciaśniej pas od miecza, Eragon wszedł do środka, pozostawiając na ulicy swoją eskortę.

Najpierw uderzyła go barwa. Kolumny dźwigające Celbedeil otaczała zgryźliwie zielona murawa, niczym płaszcz zarzucony na wierzchołek symetrycznego wzgórza. Zwoje bluszczu wiły się wokół starożytnych ścian budynku, dusiły je w swych uściskach. Na szpiczastych liściach wciąż migotały kropelki rosy. A ponad wszystkim, prócz gór, wznosiła się wielka biała kopuła ze złotymi żebrami.

Następnie zareagował zmysł węchu. Kwiaty i kadzidło pachniały oszałamiająco, a ich wonie mieszały się, tworząc aromat tak natchniony i zwiewny, że Eragon odniósł wrażenie, iż mógłby żywić się owym zapachem.

Jako ostatni dotarł do niego dźwięk, mimo bowiem obecności grupek kapłanów wędrujących po wykładanych mozaikami ścieżkach i rozległych trawnikach, Eragon słyszał jedynie cichy łopot skrzydeł przelatującego nad głową gawrona.

Krasnolud ponownie wezwał go gestem i ruszył główną aleją w stronę Celbedeilu. Po drodze Eragon mógł zachwycać się bogactwem i mistrzowskim rzemiosłem, którego ślady widział wszędzie wokół. W mury wprawiono klejnoty wszelkich barw i szlifów, lecz wszystkie bez skazy. Kamienne sufity, ściany i posadzki pokrywała koronka kutego czerwonego złota, tu i ówdzie akcentowanego perłami i srebrem. Od czasu do czasu mijali fragmenty muru wyrzeźbione całkowicie z jadeitu.

W świątyni nie dostrzegł ani jednej ozdobnej tkaniny, ale za to wciąż spotykał ustawione pod ścianami posągi. Wiele z nich przedstawiało potwory i bóstwa w scenach bitewnych.

Pokonawszy kilka pięter, przeszli przez miedziane drzwi, powleczone zielonkawą śniedzią i ozdobione misternymi plecionkami, i znaleźli się w pustej komnacie o drewnianej podłodze. Na ścianach wisiały zbroje, a obok nich półki z zakończonymi ostrzami kijami, identycznymi jak ten, którym Angela walczyła w Farthen D?rze.

W tej komnacie był Gannel i ćwiczył właśnie walkę z trzema młodszymi krasnoludami. Przywódca klanu zakasał szatę, by poruszać się swobodnie. Miał wykrzywione usta, a w jego dłoniach wirowało drzewce, tępe ostrza świszczały niczym rozgniewane szerszenie.

Dwa krasnoludy rzuciły się na Gannela tylko po to, by runąć w brzęku metalu i drewna, gdy w piruecie wyminął je, trafiając w kolana i głowy, i posyłając na ziemię. Eragon uśmiechnął się, obserwując, jak Gannel rozbraja ostatniego przeciwnika i zasypuje go gradem ciosów.

W końcu przywódca klanu zauważył Eragona i odprawił swych towarzyszy.

- Czy wszyscy Quan tak świetnie władają tym ostrzem? - spytał Eragon, patrząc, jak Gannel odkłada broń. - To niezwykła umiejętność jak na kapłana.

Gannel odwrócił się do niego.

- Musimy być gotowi do obrony, nieprawdaż? Wielu wrogów krąży po tej krainie.

Eragon skinął głową.

- To niezwykłe miecze. Tylko raz widziałem podobny, posługiwała się nim pewna zielarka w bitwie o Farthen D?r.

Krasnolud gwałtownie wciągnął w płuca powietrze, po czym wypuścił je z sykiem przez zęby.

- Angela. - Jego oblicze zachmurzyło się. - Wygrała swą broń od kapłana w grze w zagadki. To był niegodny podstęp, bo tylko nam wolno posługiwać się h?thvírnami. Ona i Arya... - Wzruszył ramionami i podszedł do niewielkiego stolika. Tam napełnił dwa kamienne kufle piwem. Jeden wręczył Eragonowi. - Zaprosiłem cię dziś tutaj na prośbę Hrothgara. Powiedział, że skoro przyjąłeś jego ofertę i stałeś się jednym z Ingeitum, mam cię zaznajomić z tradycjami krasnoludzkimi.

Eragon pociągnął łyk piwa. Milczał, patrząc, jak promienie słońca oświetlają gęste brwi Gannela, rzucając na jego twarz długie cienie, skapujące powoli ku brodzie.

- Nigdy wcześniej - ciągnął przywódca klanu - nikt z zewnątrz nie poznał naszych tajemnych wierzeń. Nie wolno ci o nich rozmawiać z ludźmi i elfami. Bez tej wiedzy jednak nie zdołasz zrozumieć w pełni, co to znaczy być knurla. Jesteś Ingeitum, z naszej krwi, naszego ciała, naszego honoru. Rozumiesz?

- Tak.

- Chodź. - Gannel zabrał piwo i poprowadził Eragona z pokoju ćwiczeń przez pięć pysznych korytarzy aż do wejścia wiodącego do pogrążonej w mroku komory. W powietrzu unosiła się ciężka woń kadzidła. Naprzeciwko nich przysadzista sylwetka posągu wznosiła się dumnie od podłogi aż po sufit. Słaby blask oświetlał zamyślone krasnoludzkie oblicze, wyciosane zdumiewająco prymitywnie z brązowego granitu.

- Kto to? - spytał oszołomiony Eragon. Poczuł się nagle bardzo mały.

- G?ntera, król bogów. To wojownik i uczony, choć wpada w kapryśne nastroje. Składamy mu zatem całopalne ofiary, w każdą równonoc przed zasiewami, a także z okazji śmierci i narodzin. Prosimy wówczas, by dalej darzył nas swą łaską. - Gannel obrócił dłoń w jakimś niezwykłym geście i skłonił się przed posągiem. - To do niego modlimy się przed bitwą, on bowiem wykuł ten świat z kości olbrzyma i zaprowadził na nim porządek. Wszystkie krainy należą do G?ntery.

Następnie poinstruował Eragona, jak właściwie okazać cześć bogu, opisując gesty i słowa do tego stosowane. Opowiedział o znaczeniu kadzidła, o tym jak symbolizuje życie i szczęście, i przez wiele minut powtarzał legendy o G?nterze, o tym jak bóg urodził się w pełni sprawny matce wilczycy u zarania gwiazd; jak walczył z potworami i olbrzymami, żeby zdobyć w Alagaësii miejsce dla swych pobratymców, i jak wziął sobie za żonę Kílf, boginię rzeki.

Następnie przeszli do posągu Kílf, wyrzeźbionego niezwykle misternie z jasnobłękitnego kamienia. Jej włosy opadały łagodnymi falami, spływając po szyi i okalając wesołe ametystowe oczy. W dłoniach trzymała lilię wodną i kawałek porowatego czerwonego kamienia, którego Eragon nie znał.

- Co to? - spytał, wskazując ręką.

- Koral wydobyty z głębin morza graniczącego z Beorami.

- Koral?

Gannel pociągnął łyk piwa.

- Nasi nurkowie znaleźli go, szukając pereł. Wygląda na to, że w słonej wodzie pewne kamienie rosną jak rośliny.

Eragon patrzył zachwycony. Nigdy nie myślał o kamykach i głazach jak o czymś żywym, oto jednak miał przed sobą dowód, że potrzebują tylko wody i soli, by się rozrastać. W końcu wyjaśniało to, skąd kamienie biorą się ciągle na polach w dolinie Palancar, choć każdej wiosny wieśniacy starannie je wybierali. One rosły!

Przeszli do Ur?ra, władcy powietrza i niebios, i jego brata Morgothala, boga ognia. Przed karminową rzeźbą Morgothala kapłan wyjaśnił, że bracia kochali się tak bardzo, że żaden nie mógł istnieć niezależnie. Dlatego na dziennym niebie widać płonący pałac Morgothala, a nocą nad głowami rozbłyskują iskry z jego kuźni. Stąd też wieczna troska Ur?ra, który karmi swego brata, by nie umarł.

Pozostało im już tylko dwoje bogów: Sindri - matka ziemi - i Helzvog.

Posąg Helzvoga różnił się od pozostałych. Nagi bóg stał zgięty wpół nad bryłą szarego krzemienia wielkości krasnoluda, gładząc ją czubkiem palca. Mięśnie jego twarzy napinały się w nadludzkim wysiłku, lecz samo oblicze miało nieskończenie czuły wyraz, jakby bóg przypatrywał się nowo narodzonemu dziecku.

Głos Gannela opadł do cichego szeptu.

- Owszem, G?ntera jest królem bogów, lecz to Helzvog panuje w naszych sercach. To on uznał, że po pokonaniu olbrzymów należy zasiedlić ten świat. Reszta bogów nie zgadzała się, ale Helzvog puścił ich słowa mimo uszu i w tajemnicy ukształtował pierwszego krasnoluda z korzeni góry.

Gdy odkryto jego czyn, zazdrość ogarnęła bogów i G?ntera stworzył elfy, by w jego imieniu zawładnęły Alagaësią. Wówczas Sindri ulepiła z ziemi ludzi, a Ur?r i Morgothal połączyli swoją wiedzę i powołali do życia smoki. Tylko Kílf się powstrzymała. Tak właśnie na świat przybyły pierwsze rasy.

Eragon chłonął słowa Gannela. Wierzył w szczerość przywódcy klanu, nie potrafił jednak opędzić się od jednego prostego pytania: "Skąd on to wie?". Czuł podświadomie, że zadanie go nie byłoby zbyt uprzejme, toteż jedynie kiwał głową i słuchał.

- To - oznajmił Gannel, opróżniając do końca kufel - prowadzi nas do najważniejszego rytuału. Wiem, że Orik rozmawiał o nim z tobą. Wszystkie krasnoludy muszą po śmierci spocząć w kamieniu. W przeciwnym razie nasze dusze nie dołączą do Helzvoga, nie trafią na jego dwór. Nie jesteśmy dziećmi ziemi, powietrza czy ognia, lecz kamienia. Jako Ingeitum masz obowiązek zapewnić stosowne miejsce spoczynku każdemu krasnoludowi, który zginie w twym towarzystwie. Jeśli zawiedziesz, a nie będziesz ranny bądź zajęty walką z wrogiem, Hrothgar wygna cię i aż do śmierci żaden krasnolud nie dostrzeże twojej obecności. - Wyprostował plecy, wbijając wzrok w Eragona. - Musisz się jeszcze wiele nauczyć. Przestrzegaj zwyczajów, które ci dziś opisałem, a nie stanie się nic złego.

- Nie zapomnę - obiecał Eragon.

Zadowolony Gannel poprowadził ich krętymi schodami, oddalając się od posągów. Podczas wspinaczki przywódca klanu wsadził rękę pod szatę i wyjął prosty naszyjnik - łańcuszek z wisiorkiem w kształcie miniaturowego srebrnego młota. Wręczył go Eragonowi.

- To kolejna przysługa, o którą prosił mnie Hrothgar - wyjaśnił Gannel. - Martwi się, że Galbatorix mógł wydobyć z umysłów Durzy, Ra'zaców bądź żołnierzy, których spotkałeś podczas swych wędrówek, twoją podobiznę.

- Czemu miałbym się tego bać?

- Bo wówczas Galbatorix mógłby cię postrzegać. Może już to uczynił.

Po plecach Eragona przepełzł lodowaty wąż strachu.

Powinienem był o tym pomyśleć, upomniał się w duchu.

- Naszyjnik nie pozwoli nikomu postrzegać ciebie ani twego smoka. Aby działał, musisz go mieć na szyi. Rzuciłem zaklęcie osobiście, powinno więc zachować moc nawet w obliczu najpotężniejszego umysłu. Ostrzegam jednak, po uruchomieniu naszyjnik będzie czerpał z twojej siły, do czasu aż go zdejmiesz albo minie niebezpieczeństwo.

- A jeśli będę spał? Czy naszyjnik mógłby pochłonąć całą moją energię, nim się ocknę?

- Nie, po prostu by cię obudził.

Eragon przesunął w palcach młot. Trudno jest odeprzeć cudze zaklęcia, a co dopiero zaklęcia Galbatorixa. Jeśli Gannel jest tak zręcznym magiem, to jakie jeszcze czary może kryć jego dar? Zauważył linijkę runów wyciętych wzdłuż rękojeści młota. Układały się w słowa Astim Hefthyn.

- Czemu krasnoludy piszą tymi samymi runami, co ludzie? - zapytał, stając u szczytu schodów.

Po raz pierwszy, odkąd się poznali, Gannel się zaśmiał. Jego głos zabrzmiał gromko w świątyni. Potężne ramiona zadrżały.

- Jest dokładnie odwrotnie. To ludzie piszą naszymi runami. Gdy twoi przodkowie wylądowali w Alagaësii, byli równie wielkimi analfabetami jak króliki. Wkrótce jednak przyjęli nasz alfabet i dopasowali go do swego języka. Niektóre wasze słowa pochodzą nawet z naszej mowy, na przykład ojciec, pater. Pierwotnie słowo to brzmiało farthen.

- Zatem Farthen D?r to znaczy... - Eragon przełożył przez głowę naszyjnik i schował go pod tunikę.

- Nasz Ojciec.

Gannel zatrzymał się przy drzwiach i wyprowadził Eragona na kolistą galerię, umiejscowioną bezpośrednio pod kopułą. Galeria okrążała Celbedeil; spomiędzy łuków roztaczał się widok na góry za Tarnagiem i tarasy miasta w dole.

Eragon nie poświęcił większej uwagi widokom, bo zafascynowała go wewnętrzna ściana galerii, pokryta w całości jednym wielkim obrazem, olbrzymią barwną historią rozpoczynającą się od wizerunku przedstawiającego stworzenie krasnoludów przez Helzvoga. Wypukłe postaci i przedmioty odcinały się od powierzchni, nadając panoramie hiperrealistyczny wygląd. Kolory lśniły żywo, wszystko było doskonałe do najmniejszego szczegółu.

- Jak to zrobiono? - spytał z zachwytem Eragon.

- Każdą ze scen wyryto w niewielkich marmurowych płytach, które wypalono wraz z emalią i złożono w jedną całość.

- Nie łatwiej byłoby użyć zwykłej farby?

- Owszem - odrzekł Gannel. - Ale nie dbając o to, by obraz przetrwał wieki, tysiące lat bez żadnych zmian. Emalia nigdy nie blaknie, nie traci barw w odróżnieniu od farb olejnych. Tę pierwszą część wyrzeźbiono zaledwie dziesięć lat po odkryciu Farthen D?ru, na długo, zanim elfy postawiły stopę w Alagaësii.

Krasnolud ujął rękę Eragona i poprowadził go wzdłuż obrazu. Za każdym krokiem pokonywali niezliczone lata historii.

Eragon ujrzał, że krasnoludy były niegdyś nomadami wędrującymi po bezkresnej równinie, w końcu jednak ziemia stała się tak gorąca i jałowa, że musieli przenieść się na południe w Góry Beorskie. Tak właśnie powstała Pustynia Hadaracka, uświadomił sobie ze zdumieniem.

Podczas wędrówki wzdłuż muralu oglądał kolejne ważne wydarzenia, od oswojenia feld?nostów, po wyrzeźbienie Isidar Mithrimu, pierwsze spotkanie krasnoludów i elfów, i koronację każdego krasnoludzkiego króla. Wśród wizerunków często pojawiały się smoki, palące i mordujące bez litości. Przy tych fragmentach Eragon z trudem powstrzymywał się od komentarzy.

Po chwili zwolnił kroku, bo dotarł do wydarzenia, które miał nadzieję ujrzeć - wojny pomiędzy elfami i smokami. Krasnoludy poświęciły wiele miejsca zniszczeniom poczynionym w Alagaësii przez obie rasy. Zadrżał ze zgrozy na widok elfów i smoków zabijających się nawzajem. Walki ciągnęły się przez wiele jardów, każda z nich bardziej krwawa niż poprzednia. Aż w końcu ciemność zniknęła i Eragon ujrzał młodego elfa klęczącego na skraju urwiska i trzymającego w objęciach białe smocze jajo.

- Czy to...? - wyszeptał.

- O tak, to Eragon, Pierwszy Jeździec. Całkiem wierna podobizna, zgodził się bowiem pozować naszym mistrzom.

Zafascynowany Eragon zapatrzył się w twarz swego imiennika. Zawsze wyobrażałem go sobie starszego, pomyślał. Elf miał skośne oczy osadzone nad haczykowatym nosem i wąski podbródek. Wszystko to sprawiało, że wyglądał groźnie i drapieżnie. Była to obca twarz, całkowicie odmienna od jego własnej... a jednak układ ramion, uniesionych, spiętych, przypomniał Eragonowi, jak on sam się czuł, gdy znalazł jajo Saphiry. Nie jesteśmy aż tacy różni, ty i ja, pomyślał, muskając palcami chłodną emalię. A kiedy moje uszy upodobnią się do twoich, naprawdę staniemy się braćmi w otchłani czasu. Ciekawe, czy podobałoby ci się moje postępowanie? Wiedział, że dokonali co najmniej jednego identycznego wyboru - obaj zatrzymali jaja.

Usłyszał odgłos otwieranych i zamykanych drzwi, i odwróciwszy się, ujrzał Aryę zbliżającą się z drugiego końca galerii. Elfka powiodła wzrokiem po ścianie z tą samą obojętną miną, którą Eragon dostrzegł u niej podczas konfrontacji z Radą Starszych. Choć nie potrafił rozpoznać emocji Aryi, wyczuwał, że cała ta sytuacja budzi w niej niesmak.

Elfka skłoniła głowę.

- Grimstborith.

- Aryo.

- Udzielałeś Eragonowi lekcji waszej mitologii?

Gannel uśmiechnął się niezbyt przyjaźnie.

- Każdy winien rozumieć wiarę społeczeństwa, do którego należy.

- Lecz pojąć nie znaczy uwierzyć. - Pogładziła ręką jedną z kolumn. - I nie oznacza, że ci, którzy strzegą podobnych wierzeń, czynią to dla czegoś więcej niż materialnego zysku.

- Zaprzeczasz ofiarom, które ponosi mój klan, by zapewnić dostatek naszym braciom?

- Niczemu nie zaprzeczam. Pytam jedynie, ile dobrego moglibyście zdziałać, gdybyście rozdali swe bogactwa potrzebującym, głodującym, bezdomnym, czy nawet kupili zapasy dla Vardenów. Zamiast tego usypaliście z nich pomnik swych własnych pobożnych życzeń.

- Dosyć! - Krasnolud zacisnął pięści. Na jego twarz wystąpiły ciemne plamy. - Bez nas susza wypaliłaby zbiory, rzeki i jeziora wylałyby, nasze stada zrodziłyby jednookie potworki. Same niebiosa runęłyby, strzaskane gniewem bogów! - Arya uśmiechnęła się. - Tylko nasze modły i obrzędy zapobiegają temu wszystkiemu. Gdyby nie Helzvog, gdzie...

Eragon wkrótce pogubił się w dyskusji. Nie rozumiał ogólnikowej krytyki D?rgrimst Quan wygłoszonej przez Aryę, lecz z reakcji Gannela wywnioskował, że w mocno oględny sposób zasugerowała, iż bogowie krasnoludzcy nie istnieją, zakwestionowała sprawność umysłową każdego krasnoluda, który odwiedza świątynię, i wskazała argumenty w ich rozumowaniu, które uznała za błędne - a wszystko to powiedzia miłym i uprzejmym tonem.

Po kilku minutach Arya uniosła dłoń, powstrzymując Gannela.

- Na tym właśnie polega różnica między nami, Grimstborith. Ty poświęcasz się temu, w co wierzysz, ale nie umiesz tego dowieść. Musimy zatem pogodzić się z tym, że mamy odmienne poglądy. - Odwróciła się do Eragona. - Az Sweldn rak Anh?in podburzyli mieszkańców Tarnagu przeciwko tobie. ?ndin uważa, i ja także, że najlepiej byłoby, gdybyś do odjazdu pozostał we dworze.

Eragon zawahał się. Bardzo chciał zwiedzić Celbedeil, jeśli jednak szykowały się kłopoty, jego miejsce było u boku Saphiry. Skłonił się przed Gannelem i przeprosił go, wyjaśniając, że musi odejść.

- Nie musisz przepraszać, Cieniobójco - rzekł przywódca klanu, posyłając nieprzychylne spojrzenie Aryi. - Rób to co konieczne i niechaj towarzyszy ci błogosławieństwo G?ntery.

Eragon i Arya razem opuścili świątynię i pod eskortą tuzina wojowników przeszli przez miasto. Gdy znaleźli się na ulicach, Eragon usłyszał krzyki rozgniewanego tłumu zebranego na niższym poziomie. Od najbliższego dachu odbił się kamień. Ruch przyciągnął wzrok Eragona; obróciwszy głowę, ujrzał czarny pióropusz dymu wznoszący się ze skraju miasta.

Gdy dotarli do dworu, Eragon pośpieszył do swojej komnaty. Tam naciągnął kolczugę, przypiął do łydek nagolenniki, a do przedramion karwasze, założył na głowę skórzaną czapkę, kaptur z kolczugi i wreszcie hełm, a na końcu chwycił tarczę. Zgarniając juki i swój worek, wybiegł na dziedziniec, gdzie usiadł przy prawej przedniej nodze Saphiry.

Tarnag przypomina kopnięte mrowisko - zauważyła.

Miejmy nadzieję, że nic nas nie pogryzie.

Wkrótce dołączyła do nich Arya oraz oddział pięćdziesięciu uzbrojonych po zęby krasnoludów, które usiadły pośrodku dziedzińca. Krasnoludy czekały spokojnie, porozumiewając się cichymi pomrukami. Cały czas obserwowały zamkniętą na głucho bramę i wznoszącą się za nimi górę.

- Boją się - oznajmiła Arya, siadając obok Eragona - że tłumy mogą nie dopuścić nas do tratew.

- Zawsze może nas przenieść Saphira.

- Śnieżnego Płomienia także? I strażników ?ndina? Nie, jeśli nas zatrzymają, będziemy musieli zaczekać, dopóki wzburzenie w mieście nie osłabnie. - Spojrzała w ciemniejące niebo. - Wielka szkoda, że zdołałeś urazić tak wiele krasnoludów. Zapewne jednak nie dałoby się tego uniknąć. Klany zawsze toczyły spory. To, co raduje jeden, rozwściecza inne.

Ścisnął w palcach skraj kolczugi.

- Teraz żałuję, że przyjąłem ofertę Hrothgara.

- A, tak. Podobnie jak z Nasuadą, uważam że dokonałeś jedynego możliwego wyboru. Nie masz się za co winić. Jeśli ktokolwiek jest tu winien, to Hrothgar, dlatego że w ogóle ci to zaproponował. Musiał przecież zdawać sobie sprawę z konsekwencji.

Przez kilkanaście minut milczeli. Grupa krasnoludów chodziła wokół dziedzińca, by rozprostować nogi.

W końcu Eragon odezwał się pierwszy.

- Masz w Du Weldenvarden rodzinę?

Minęła długa chwila.

- Nikogo, z kim byłabym blisko - odparła w końcu elfka.

- Dlaczego?

Znów się zawahała.

- Nie byli zachwyceni moją decyzją zostania ambasadorem królowej. Uznali to za niestosowne. Gdy zignorowałam ich obiekcje i pozwoliłam sobie wytatuować na łopatce yawë, co oznacza, że poświęcam się większemu dobru naszej rasy - to samo zresztą znaczy twój pierścień, który dostałeś od Broma - moja rodzina mnie odtrąciła. Nie chcą się ze mną widywać.

- Ale to było ponad siedemdziesiąt lat temu! - zaprotestował.

Arya odwróciła wzrok, ukrywając twarz pod zasłoną włosów. Eragon próbował sobie wyobrazić, co musiała czuć wygnana z rodziny elfka, mieszkająca w otoczeniu dwóch zupełnie innych ras. Nic dziwnego, że tak bardzo zamknęła się w sobie, pomyślał.

- Czy poza Du Weldenvarden są jeszcze jakieś elfy?

- Naszą trójkę wysłano z Ellesméry. - Wciąż nie odsłaniała twarzy. - Fäolin i Glenwing zawsze podróżowali ze mną, gdy przewoziliśmy jajo Saphiry pomiędzy Tronjheimem i Du Weldenvarden. Tylko ja przeżyłam zasadzkę Durzy.

- Jacy oni byli?

- Dumni i wojowniczy. Glenwing uwielbiał rozmawiać w myślach z ptakami. Stawał w lesie otoczony przez stadko rozśpiewanych ptaków i godzinami słuchał ich muzyki. Potem czasami śpiewał nam najpiękniejsze melodie.

- A Fäolin?

Tym razem Arya nie odpowiedziała, choć jej dłonie zacisnęły się na łuku. Nie zrażony Eragon poszukał szybko innego tematu.

- Czemu tak bardzo nie lubisz Gannela?

Niespodziewanie spojrzała na niego i miękko pogładziła policzek Eragona, który wzdrygnął się, zdumiony.

- Ta rozmowa - oznajmiła - musi zaczekać na inną okazję.

Następnie wstała i spokojnie przeniosła się na drugą stronę dziedzińca.

Oszołomiony Eragon wbijał wzrok w jej plecy.

Nic nie rozumiem - rzekł, opierając się o brzuch Saphiry.

Smoczyca parsknęła z rozbawieniem, a potem owinęła go szyją i ogonem, po czym natychmiast zasnęła.

W dolinie szybko zapadał zmrok. Eragon walczył z nadchodzącą sennością. Zdjął naszyjnik Gannela i kilkanaście razy zbadał go magicznie, ale znalazł tylko zaklęcie ochronne kapłana. W końcu poddał się, z powrotem włożył naszyjnik i ukrył go pod tuniką, nasunął na siebie tarczę i usiadł wygodnie, czekając na świt.

***

O pierwszym brzasku, który rozjaśnił niebo nad ich głowami - choć dolinę wciąż skrywał cień i miała w nim pozostać aż do południa - Eragon obudził Saphirę. Krasnoludy już wstały i krzątały się, owijając szmatami broń, by móc bezszelestnie przekraść się przez Tarnag; ?ndin kazał nawet obwiązać szmatami szpony Saphiry i kopyta Śnieżnego Płomienia.

Gdy wszystko było gotowe, ?ndin i jego żołnierze ustawili się w czworobok wokół Eragona, Saphiry i Aryi. Ostrożnie otwarto wrota, które przesunęły się bezdźwięcznie na naoliwionych zawiasach, po czym cały oddział wyruszył w stronę jeziora.

Tarnag wyglądał na kompletnie opustoszały. Wzdłuż pustych ulic stały domy, mieszkańcy których leżeli pogrążeni w snach. Nieliczne napotykane po drodze krasnoludy przyglądały im się w milczeniu, po czym odchodziły niczym duchy, znikając wśród cieni.

Przy bramie każdego poziomu strażnicy przepuszczali ich bez słowa. Wkrótce grupa zostawiła za sobą budynki. Maszerowali teraz przez puste pola u podstawy Tarnagu. W końcu dotarli do kamiennego nabrzeża tuż nad nieruchomą szarą wodą. Czekały już tam na nich dwie szerokie tratwy zacumowane przy nadbrzeżu. Trzy krasnoludy przykucnęły na pierwszej tratwie, cztery na drugiej. Na widok ?ndina wstały pośpiesznie. Eragon pomógł im spętać Śnieżnego Płomienia i przesłonić mu oczy, a potem zwabić konia na drugą tratwę, gdzie zmusili go, by ukląkł, i przywiązali. Tymczasem Saphira ześlizgnęła się z brzegu do jeziora i nad powierzchnią była widoczna tylko jej głowa.

?ndin ścisnął ramię Eragona.

- Tu się rozstajemy. Masz moich najlepszych ludzi, będą cię chronić aż do samego Du Weldenvarden.

Eragon próbował mu dziękować, lecz przywódca klanu pokręcił głową.

- Nie, to nie kwestia wdzięczności. To mój obowiązek. Wstyd mi tylko, że nienawiść Az Sweldn rak Anh?in rzuciła cień na twój pobyt u nas.

Eragon pokłonił się. Potem wszedł na pierwszą tratwę wraz z Orikiem i Aryą. Rozwiązano cumy i krasnoludy odepchnęły tratwę od brzegu długimi tyczkami. Zbliżał się świt, gdy obie tratwy popłynęły w stronę ujścia Az Ragni. Saphira podążała między nimi.

 

Streszczenie Eragona, Księgi pierwszej Dziedzictwa

Eragon, piętnastoletni chłopiec z farmy, przeżywa wstrząs, gdy w górach zwanych Kośćcem znajduje lśniący błękitny kamień. Chłopiec zabiera go na farmę, na której mieszka wraz z wujem Garrowem i kuzynem Roranem. Garrow i jego już teraz nieżyjąca żona, Marian, wychowali Eragona. Nic nie wiadomo o ojcu chłopaka; jego matka, Serena, była siostrą Garrowa. Od czasu przyjścia na świat Eragona już jej nie widziano.

W pewnym momencie kamień pęka i wychodzi z niego maleńki smok. Gdy Eragon dotyka smoczycy, na jego dłoni pojawia się srebrzyste znamię i powstaje nierozerwalna więź łącząca ich umysły i czyniąca z Eragona jednego z legendarnych Smoczych Jeźdźców.

Jeźdźcy Smoków pojawili się tysiące lat wcześniej, po wielkiej wojnie elfów ze smokami, chcąc dopilnować, aby nigdy już nie doszło do podobnego konfliktu pomiędzy dwiema rasami. Z czasem Jeźdźcy stali się strażnikami pokoju, nauczycielami, uzdrowicielami, filozofami naturalnymi i największymi z magów, jako że złączenie ze smokiem ujawnia talent magiczny. Pod ich przywództwem i czujnym okiem w Alagaësii nastała złota era.

Gdy ludzie przybyli do tej krainy, także dołączyli do elitarnego zakonu. Po wielu latach pokoju potworne wojownicze urgale zabiły smoka młodego człowieka, Galbatorixa. Oszalały po tej stracie i odmowie starszych przyznania mu drugiego smoka Galbatorix postanowił obalić Jeźdźców.

Ukradł innego smoka - którego nazwał Shruikan i zmusił do służby za pomocą czarnej magii - i zgromadził wokół siebie grupę trzynastu zdrajców: Zaprzysiężonych. Z pomocą owych okrutnych uczniów Galbatorix wymordował Jeźdźców, zabił ich przywódcę Vraela i ogłosił się królem Alagaësii. W tym jednak tylko częściowo mu się powiodło, elfy i krasnoludy pozostały bowiem bezpieczne w swych kryjówkach, a część ludzi założyła na południu Alagaësii niezależne królestwo Surdę. Od dwudziestu lat między frakcjami panuje równowaga poprzedzona osiemdziesięcioma latami otwartego konfliktu, jaki nastąpił po zniszczeniu Jeźdźców.

Tę właśnie kruchą polityczną równowagę zakłóca pojawienie się Eragona. Eragon lęka się, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo - powszechnie wiadomo, że Galbatorix zabił wszystkich Jeźdźców, którzy nie przysięgli mu posłuszeństwa - toteż ukrywa przed rodziną smoczycę i sam ją wychowuje. Nadaje jej imię Saphira, po smoczycy wspomnianej przez wioskowego bajarza, Broma. Wkrótce Roran opuszcza farmę, przyjmując pracę, która pozwoli mu zarobić dość pieniędzy, by mógł poślubić córkę rzeźnika, Katrinę.

Gdy Saphira jest już wyższa od Eragona, w Carvahall pojawiają się dwa złowrogie, przypominające chrząszcze stwory, Ra'zacowie. Szukają kamienia, który był jej jajem. Przerażona Saphira porywa Eragona i odlatuje z nim w głąb Kośćca. Eragonowi udaje się przekonać ją, by zawróciła, do tego czasu jednak jego dom zostaje zniszczony przez Ra'zaców. W ruinach Eragon odnajduje Garrowa, torturowanego i ciężko rannego.

Wkrótce potem Garrow umiera i Eragon przysięga wyśledzić i zabić Ra'zaców. Pomaga mu Brom, który wie o istnieniu Saphiry i chce towarzyszyć Eragonowi w jego podróży. Gdy Eragon się na to zgadza, Brom daje mu miecz, Zar'roca, należący kiedyś do Jeźdźca. Odmawia jednak odpowiedzi na pytanie, jak go zdobył.

Podczas podróży Eragon uczy się wiele od Broma, między innymi walki mieczem i posługiwania magią. W końcu gubią ślad Ra'zaców i odwiedzają miasto Teirm, bo Brom uważa, że jego stary przyjaciel Jeod może pomóc im odnaleźć kryjówkę potworów.

W Teirmie ekscentryczna zielarka Angela przepowiada Eragonowi przyszłość. Uprzedza, że największe potęgi będą zmagać się, by zawładnąć jego przeznaczeniem, przewiduje epicki romans z panną szlachetnego rodu, fakt, że pewnego dnia Eragon opuści Alagaësię, by już nie powrócić, oraz zdradę kogoś z jego rodziny. Jej towarzysz, kotołak Solembum, także przekazuje mu kilka rad. Następnie Eragon, Brom i Saphira wyruszają do Dras-Leony, gdzie mają nadzieję odszukać Ra'zaców.

Brom ujawnia w końcu, że jest agentem Vardenów - grupy buntowników dążących do obalenia Galbatorixa - i że ukrywał się w wiosce Eragona, czekając na pojawienie się nowego Smoczego Jeźdźca. Wyjaśnia też, że dwadzieścia lat wcześniej, wraz z Jeodem, wykradli jajo Saphiry Galbatorixowi. W czasie ucieczki Brom zabił Morzana, pierwszego i ostatniego z Zaprzysiężonych. Na świecie istnieją już tylko dwa smocze jaja, i oba pozostają nadal w rękach Galbatorixa.

W pobliżu Dras-Leony Ra'zacowie zastawiają pułapkę na Eragona i jego towarzysza. Chroniący Eragona Brom zostaje śmiertelnie ranny. Tajemniczy młodzieniec imieniem Murtagh przegania Ra'zaców. Twierdzi, że on sam także ich tropi. Następnej nocy Brom umiera. Tuż przed śmiercią wyznaje, że kiedyś był Jeźdźcem, a jego zabita smoczyca również nosiła imię Saphira. Eragon chowa Broma w grobowcu z piaskowca, który Saphira przemienia w czysty diament.

Już bez Broma, Eragon i Saphira postanawiają dołączyć do Vardenów. Pechowym zrządzeniem losu Eragon zostaje schwytany w mieście Gil'ead i sprowadzony przed oblicze Cienia Durzy, prawej ręki Galbatorixa. Z pomocą Murtagha udaje mu się uciec z więzienia, zabierają też ze sobą nieprzytomną elfkę Aryę, również wcześniej uwięzioną. W tym momencie Murtagh i Eragon są już wielkimi przyjaciółmi.

Arya nawiązuje w myślach kontakt z Eragonem i mówi mu, że przewoziła jajo Saphiry pomiędzy elfami i Vardenami w nadziei, że może wykluje się dla jednego z ich dzieci. Jednakże podczas ostatniej podróży wpadła w pułapkę zastawioną prze Durzę i musiała odesłać gdzieś jajo magią. W ten sposób trafiło do Eragona. Teraz została ciężko ranna, wymaga medycznej pomocy Vardenów. Dzięki myślowym obrazom pokazuje Eragonowi, jak odnaleźć buntowników. Rozpoczyna się heroiczny wyścig. Eragon i jego przyjaciele w ciągu ośmiu dni pokonują niemal czterysta mil. Ściga ich oddział urgali, który dogania uciekinierów w olbrzymich Górach Beorskich. Murtagh, odmawiający wcześniej dołączenia do Vardenów, musi wyznać Eragonowi, że jest synem Morzana. On sam jednak potępił czyny ojca i umknął opiece Galbatorixa, by samodzielnie wykuć swój los. Pokazuje Eragonowi wielką bliznę przecinającą mu plecy, ślad po tym jak Morzan cisnął w niego swym mieczem, Zar'rokiem, gdy Murtagh był jeszcze dzieckiem. W ten sposób Eragon dowiaduje się, że jego miecz należał kiedyś do ojca Murtagha, tego samego, który zdradził Jeźdźców Galbatorixowi i zabił wielu dawnych kompanów.

W ostatniej chwili Vardeni atakują urgale i ratują życie Eragona i jego towarzyszy. Okazuje się, że buntownicy mają swą bazę w Farthen D?rze, wydrążonej górze wysokiej na dziesięć mil i szerokiej na dziesięć. Mieści się w niej także stolica krasnoludów, Tronjheim. Wewnątrz góry Eragon staje przed obliczem Ajihada, przywódcy Vardenów, a Murtagh zostaje uwięziony z powodu swojego ojca. Ajihad wyjaśnia Eragonowi wiele spraw, także to, że Vardeni, elfy i krasnoludy zgodzili się, że kiedy pojawi się nowy Jeździec, najpierw przejdzie przeszkolenie u Broma, a potem zostanie wysłany do elfów, aby zakończyć naukę. Teraz Eragon musi podjąć decyzję co począć dalej.

Poznaje króla krasnoludów Hrothgara i córkę Ajihada, Nasuadę. Zostaje poddany próbie przez Bliźniaków, dwóch zdecydowanie niesympatycznych magów służących Ajihadowi. Walczy z Aryą, która tymczasem odzyskała siły, i ponownie spotyka Angelę i Solembuma, żyjących teraz wśród Vardenów.

Eragon i Saphira błogosławią także jedną z sierot Vardenów.

Nagle do Farthen D?ru docierają wieści, że krasnoludzkimi tunelami zbliża się do nich armia urgali. Dochodzi do bitwy. Eragon zostaje rozdzielony z Saphirą i musi sam walczyć z Durzą. Durza, przewyższający siłą każdego człowieka, z łatwością pokonuje Eragona i rozcina mu plecy od ramienia po biodro. W tym momencie Arya i Saphira rozbijają sufit komnaty, szeroki na sześćdziesiąt stóp gwiaździsty szafir - odwracając uwagę Durzy dostatecznie długo, by Eragon mógł pchnąć go mieczem prosto w serce. Uwolnione od zaklęcia Durzy urgale zostają wyparte do tuneli.

W czasie, gdy Eragon leży nieprzytomny po bitwie, telepatycznie kontaktuje się z nim istota, która przedstawia się jako Togira Ikonoka - Kaleka Uzdrowiony. Proponuje, że udzieli odpowiedzi na wszystkie pytania Eragona i nalega, by odnalazł go w Ellesmérze, gdzie żyją elfy.

Gdy Eragon się budzi, odkrywa, że mimo wysiłków Angeli została mu po walce rozległa blizna, podobna do tej Murtagha. Zrozpaczony, pojmuje także, iż zabił Durzę wyłącznie dzięki łutowi szczęścia i że rozpaczliwie potrzebuje szkolenia.

Pod koniec księgi pierwszej Eragon postanawia odnaleźć Togirę Ikonokę i zostać jego uczniem. Los snuje swą nić, w Alagaësii słychać pierwsze zwiastuny wojny i zbliża się dzień, gdy Eragon będzie musiał stawić czoło swemu jedynemu, prawdziwemu wrogowi: królowi Galbatorixowi.

 

Bliźniacze klęski

Pieśni umarłych to lamenty żywych.

Tak właśnie pomyślał Eragon, przekraczając rozrąbane truchło urgala i słuchając zawodzenia kobiet, zbierających szczątki ukochanych z mokrej od krwi ziemi Farthen D?ru. Za jego plecami Saphira delikatnie okrążyła zwłoki. Jej lśniące błękitne łuski stanowiły jedyną barwną plamę pośród mroku wypełniającego wydrążoną górę.

Minęły trzy dni od czasu, gdy Vardeni i krasnoludy stanęli do walki z urgalami o Tronjheim, wysokie na milę stożkowe miasto przycupnięte pośrodku Farthen D?ru, lecz na polu bitwy wciąż pozostało mnóstwo trupów. Było ich po prostu za dużo, by pogrzebać wszystkie od razu. W oddali, pod murem Farthen D?ru, płonął wielki ogień, do którego wrzucano martwe urgale. Nie dla nich pogrzeby i zaszczytne miejsca spoczynku.

Od chwili, gdy ocknął się i odkrył, że Angela uleczyła mu ranę, Eragon trzykrotnie próbował pomagać w zbieraniu zwłok. Za każdym razem atakował go straszliwy ból, eksplodujący gdzieś w kręgosłupie. Uzdrowiciele podawali mu najróżniejsze mikstury, Arya i Angela twierdziły, że całkiem wrócił do zdrowia, Eragon jednak wciąż cierpiał. Nawet Saphira nie potrafiła mu pomóc i tylko dzieliła z nim ból, który odczuwała poprzez łączącą ich umysłową więź.

Eragon przesunął dłonią po twarzy i uniósł wzrok ku gwiazdom widocznym w odległym otworze krateru Farthen D?ru. Po niebie snuły się pasma tłustego dymu. Trzy dni. Trzy dni minęły od zabicia przezeń Durzy; trzy dni, odkąd ludzie zaczęli nazywać go Cieniobójcą; trzy dni, odkąd resztki świadomości czarownika opanowały mu umysł. Wówczas ocalił go tajemniczy Togira Ikonoka, Kaleka Uzdrowiony. Eragon nie opowiedział o tej wizji nikomu prócz Saphiry. Walka z Durzą i mrocznymi duchami, które nim zawładnęły, odmieniła go, choć sam nie wiedział jeszcze, czy na lepsze, czy też na gorsze. Czuł się dziwnie kruchy, jak gdyby nagły wstrząs mógł strzaskać jego ciało i umysł.

Teraz zaś, wiedziony niezdrową ciekawością, przybył na miejsce walki. Niestety, nie ujrzał tam chwały, którą zapowiadały pieśni o bohaterach, lecz jedynie aurę śmierci i rozkładu.

Dawniej, jeszcze wiele miesięcy wcześniej, nim Ra'zacowie zabili jego wuja Garrowa, widok podobnie brutalnego starcia ludzi, krasnoludów i urgali zniszczyłby Eragona. Teraz czuł jedynie odrętwienie. Z pomocą Saphiry zrozumiał, że jedyną metodą zachowania rozumu pośród morza bólu jest działanie. Poza tym nie wierzył już, by życie miało jakikolwiek głębszy sens. Nie po tym, jak widział ludzi rozszarpywanych na strzępy przez Kullów, rasę gigantycznych urgali; ziemię zasłaną wciąż drgającymi członkami, piasek tak mokry od krwi, że nasiąkały nią podeszwy butów. Jeśli na wojnie istniał jakikolwiek honor, to krył się wyłącznie w walce w obronie innych.

Eragon schylił się i podniósł z ziemi ząb trzonowy. Ruszył dalej, podrzucając go na dłoni. Wraz z Saphirą powoli okrążyli zdeptaną równinę. Zatrzymali się na jej skraju, bo dostrzegli Jörmundura - pierwszego zastępcę dowódcy Vardenów, Ajihada - śpieszącego ku nim od strony Tronjheimu. Gdy się zbliżył, mężczyzna ukłonił się nisko. Eragon wiedział, że jeszcze parę dni temu nie okazałby mu podobnego szacunku.

- Cieszę się, że zdążyłem cię odnaleźć, Eragonie. - Jörmundur ściskał w dłoni zwinięty pergamin. - Ajihad wraca i chce, byś go powitał. Pozostali czekają już przy zachodniej bramie Tronjheimu. Musimy się pośpieszyć, żeby zdążyć na czas.

Eragon skinął głową i skierował się ku bramie, lekko wsparty o bok Saphiry. Ajihad spędził ostatnie trzy dni, polując na urgale, które zdołały umknąć w głąb krasnoludzkich tuneli, rozciągających się gęstą siecią w skałach pod Górami Beorskimi. W tym czasie Eragon widział go tylko raz. Ajihad wpadł wówczas we wściekłość, odkrywszy, że jego córka Nasuada wbrew rozkazom nie odeszła przed bitwą z resztą kobiet i dzieci. Zamiast tego dołączyła do łuczników Vardenów i wraz z nimi stanęła do walki.

Ajihadowi towarzyszyli Murtagh i Bliźniacy: Bliźniacy, ponieważ łowy były niebezpieczne i przywódca Vardenów potrzebował magicznej ochrony, a Murtagh, bo pragnął z całych sił dowieść, że nie życzy Vardenom źle. Odkrycie, jak bardzo zmienił się stosunek ludzi do Murtagha, zdumiało Eragona, zważywszy na fakt, że ojcem Murtagha był Smoczy Jeździec Morzan, który zdradził Jeźdźców i przeszedł na stronę Galbatorixa. Choć Murtagh nienawidził ojca i był wiernym towarzyszem Eragona, Vardeni mu nie ufali. Teraz jednak najwyraźniej nikt nie zamierzał tracić energii na urazy i zaszłości; pozostało przecież tyle pracy. Eragonowi brakowało rozmów z Murtaghiem. Nie mógł się już doczekać chwili, gdy po powrocie towarzysza usiądą razem i pomówią o wszystkim, co się zdarzyło.

Gdy Eragon i Saphira okrążyli Tronjheim, ich oczom ukazała się niewielka grupka czekająca w rzucanej przez latarnię plamie światła obok drewnianych wrót. Wśród zebranych byli Orik - krasnolud przestępujący niecierpliwie z nogi na nogę - i Arya. Biały bandaż wokół jej ramienia połyskiwał w ciemności, rzucając jasne plamy na koniuszki długich włosów. Jak zawsze, widok elfki wzbudził ogromny zachwyt u Eragona. Spojrzała na niego i Saphirę, jej zielone oczy błysnęły, a potem odwróciła się, wypatrując Ajihada.

Rozbijając Isidar Mithrim - wielki gwiaździsty szafir, liczący sześćdziesiąt stóp średnicy i wyrzeźbiony na kształt róży - Arya pomogła Eragonowi zabić Durzę i tym samym rozstrzygnąć bitwę. Mimo to krasnoludy były na nią wściekłe za zniszczenie ich najcenniejszego skarbu. Odmówiły uprzątnięcia szczątków szafiru, które wciąż zaściełały posadzkę centralnej komnaty Tronjheimu, tworząc na niej olbrzymi krąg. Eragon, stąpając pośród kryształowych drzazg, wraz z krasnoludami opłakiwał utracone piękno.

Przystanęli z Saphirą obok Orika i powiedli wzrokiem po otaczających Tronjheim pustkowiach, sięgających do podstawy Farthen D?ru, pięć mil w każdą stronę.

- Skąd przybędzie Ajihad? - spytał Eragon.

Orik wskazał ręką grono latarni wiszących na palach wokół wylotu sporego tunelu parę mil dalej.

- Wkrótce powinien tu być.

Eragon czekał cierpliwie z pozostałymi. Udzielał zwięzłych odpowiedzi na kierowane do niego uwagi, wolał jednak rozmawiać z Saphirą w głębi umysłu. Odpowiadał mu spokój panujący w Farthen D?rze.

Minęło pół godziny, nim dostrzegli poruszenie w odległym tunelu. Grupka dziesięciu ludzi wyłoniła się z niego, po czym odwróciła, pomagając wyjść tyluż krasnoludom. Jeden z ludzi - Eragon założył, że to Ajihad - uniósł dłoń i wojownicy ustawili się za nim w dwóch prostych szeregach. Na sygnał dowódcy oddziałek ruszył dumnie w stronę Tronjheimu.

Nim jednak żołnierze pokonali choćby pięć jardów, w tunelu za plecami wybuchło gwałtowne zamieszanie. Wyskoczyły z niego kolejne postaci. Eragon zmrużył oczy; nie widział dokładnie z tak daleka.

To urgale! - wykrzyknęła Saphira. Jej mięśnie napięły się niczym naciągnięta cięciwa.

Eragon wiedział, że smoczyca się nie myli.

- Urgale! - krzyknął i wskoczył na grzbiet Saphiry, czyniąc sobie wyrzuty, że zostawił w komnacie swój miecz Zar'roc. Nikt jednak nie spodziewał się ataku teraz, kiedy przegnali armię urgali.

Zabolała go rana. Saphira tymczasem rozłożyła lazurowe skrzydła, uderzyła nimi gwałtownie i skoczyła naprzód, z każdą sekundą nabierając szybkości i wysokości. W dole Arya puściła się biegiem w stronę tunelu, niemal dotrzymując kroku Saphirze. Orik biegł za nią wraz z kilkoma mężczyznami. Tymczasem Jörmundur popędził z powrotem do koszar.

Eragon musiał patrzeć bezsilnie, jak urgale atakują od tyłu żołnierzy Ajihada. Z takiej odległości nie mógł posłużyć się magią. Potwory miały po swojej stronie przewagę zaskoczenia. Szybko powaliły czterech mężczyzn, zmuszając resztę ludzi i krasnoludów, by zbili się w ciasną grupkę wokół Ajihada, próbując go chronić. Miecze i topory szczękały donośnie. Z dłoni jednego z Bliźniaków wystrzeliło światło i urgal runął na ziemię, ściskając kikut pozostały po oderwanej ręce.

Przez minutę wydawało się, że obrońcy zdołają dać odpór urgalom, potem jednak w powietrzu pojawiło się coś dziwnego, jakby wąskie pasmo mgły, które na moment spowiło walczących. Gdy zniknęło, na nogach pozostało zaledwie czterech: Ajihad, Bliźniacy i Murtagh. Urgale rzuciły się na nich, przesłaniając Eragonowi widok. On jednak patrzył dalej z narastającą grozą.

Nie! Nie! Nie!

Nim Saphira dotarła na miejsce walki, grupa urgali wycofała się z powrotem w głąb tuneli i zniknęła pod ziemią, pozostawiając po sobie tylko nieruchome ciała. W chwili, gdy Saphira dotknęła ziemi, Eragon zeskoczył z jej grzbietu. Przez sekundę zawahał się, ogarnięty falą wściekłości i smutku. Nie mogę tego zrobić. Przypomniał sobie dzień, gdy powrócił na farmę i znalazł umierającego wuja, Garrowa. Z każdym krokiem walcząc z rosnącą paniką, zaczął szukać niedobitków.

Miejsce to w osobliwy sposób przypominało pole walki, które zwiedzał nieco wcześniej, tyle że tutaj krew była świeża.

Pośrodku zwału trupów spoczywał Ajihad, jego napierśnik nosił ślady potężnych ciosów. Wokół leżało pięć urgali, które padły z jego ręki. Oddychał głośno, z trudem. Eragon ukląkł przy nim i opuścił głowę, by łzy nie kapały na zmiażdżoną pierś wodza. Nikt nie zdołałby uleczyć podobnych ran. Arya, która do nich biegła, zatrzymała się gwałtownie. Jej twarz posmutniała, Arya bowiem pojęła, że Ajihada nie da się ocalić.

- Eragon. - Imię to uleciało spomiędzy warg Ajihada, niewiele głośniejsze od szeptu.

- Tak, jestem tu.

- Posłuchaj mnie, Eragonie... Mam dla ciebie ostatni rozkaz. - Eragon pochylił się bardziej, by uchwycić słowa umierającego. - Musisz mi coś obiecać. Przyrzeknij, że... że nie pozwolisz, by wśród Vardenów zapanował chaos. Tylko oni mogą stawić opór imperium. Muszą zachować swą siłę. Przyrzeknij mi...

- Przyrzekam.

- Zatem pokój z tobą, Eragonie Cieniobójco.

Ajihad odetchnął po raz ostatni, zamknął oczy i jego szlachetna twarz stężała. Umarł. Eragon pochylił głowę. Gardło ściskało mu się tak mocno, że każdy oddech sprawiał nieznośny ból. Arya pobłogosławiła Ajihada w pradawnej mowie, po czym zwróciła się do Eragona:

- Niestety, jego śmierć wywoła wielki zamęt. Miał rację. Musisz zrobić wszystko co zdołasz, by zapobiec walce o władzę. Pomogę ci, jak tylko będę mogła.

Niezdolny wymówić choć słowa, Eragon powiódł wzrokiem po reszcie trupów. Oddałby wszystko, byle tylko móc znaleźć się gdzie indziej. Saphira trąciła nosem jednego z urgali i rzekła:

To nie powinno się było wydarzyć. To sprawka złych sił, tym gorsza, że nadeszła, gdy winniśmy czuć się bezpieczni i radować ze zwycięstwa. Obejrzała kolejne zwłoki i obróciła głowę. Gdzie są Bliźniacy i Murtagh? Nie ma ich wśród poległych.

Eragon rozejrzał się szybko.

Rzeczywiście. Masz rację!

Podbiegł do wylotu tunelu, czując falę ogarniającego go podniecenia. Kałuże gęstniejącej krwi wypełniały zagłębienia w starych marmurowych stopniach niczym seria czarnych zwierciadeł, szklistych i owalnych; wyglądało to, jakby ktoś wlókł po nich kilka rozszarpanych trupów.

Urgale musiały ich zabrać! Ale czemu? Nie biorą przecież jeńców ani zakładników. Rozpacz powróciła błyskawicznie. Trudno. Nie możemy ich ścigać bez posiłków, a ty nie zmieścisz się w tunelu.

Może wciąż żyją? Zostawisz ich?

Co niby mam zrobić? Krasnoludzkie tunele tworzą nieskończony labirynt. Tylko bym się w nich zgubił. I nie zdołam doścignąć urgali pieszo, choć Aryi mogłoby się to udać.

To ją poproś.

Aryę? Eragon zawahał się, rozdarty między pragnieniem działania i niechęcią do narażania elfki. Mimo wszystko jednak, jeśli ktokolwiek z Vardenów mógł poradzić sobie z urgalami, to właśnie ona. Wyjaśnił jej, co odkryli.

Arya zmarszczyła swe ukośne brwi.

- To nie ma sensu.

- Wyruszysz w pościg?

Długą chwilę przyglądała mu się bez słowa.

- Wiol ono. - "Dla ciebie".

Gdy skoczyła naprzód, w jej dłoni błysnął miecz. Zanurkowała we wnętrzności ziemi.

Walcząc z ogarniającą go frustracją, Eragon usiadł obok Ajihada, krzyżując nogi. Czuwał przy zwłokach, starając się oswoić z myślą, że Ajihad nie żyje, a Murtagh zaginął. Murtagh. Syn jednego z Zaprzysiężonych - trzynastu Jeźdźców, którzy pomogli Galbatorixowi zniszczyć swój zakon i przywdziać koronę króla Alagaësii - i przyjaciel Eragona. Czasami Eragon marzył o tym, by Murtagh odszedł. Teraz jednak, gdy rozłączono ich siłą, poczucie straty pozostawiło w nim niespodziewaną pustkę. Siedział bez ruchu, patrząc, jak zbliża się Orik wraz z ludźmi.

Gdy krasnolud ujrzał Ajihada, tupnął głośno i zaklął w swym języku, po czym z rozmachem wbił topór w truchło urgala. Mężczyźni stali oszołomieni. Orik roztarł między dłońmi szczyptę ziemi.

- Do licha, poruszyli gniazdo szerszeni. Po tym, co tu nastąpiło, możemy się pożegnać ze spokojem wśród Vardenów. Barz?ln, to wszystko komplikuje. Czy przybyłeś na czas, by usłyszeć jego ostatnie słowa?

Eragon zerknął na Saphirę.

- Mogę je powtórzyć tylko właściwej osobie.

- Rozumiem. A gdzie jest Arya?

Eragon wskazał ręką.

Krasnolud zaklął ponownie, po czym pokręcił głową i przysiadł na piętach.

Wkrótce potem zjawił się Jörmundur prowadzący dwanaście szeregów po sześciu żołnierzy. Gestem nakazał im czekać poza pierścieniem trupów. Sam ruszył naprzód, pochylił się i dotknął ramienia Ajihada.

- Jak los może być tak okrutny, stary druhu? Przybyłbym wcześniej, gdyby nie ogrom tej przeklętej góry. Wówczas może zdołałbym cię ocalić. Zamiast tego w godzinie naszego triumfu odnieśliśmy ciężką ranę.

Eragon cicho powiedział mu o Aryi i zniknięciu Bliźniaków i Murtagha.

- Nie powinna była tam iść. - Jörmundur wyprostował się szybko. - Ale teraz nic na to nie poradzimy. Ustawimy tu straże, lecz minie co najmniej godzina, nim zdołamy znaleźć krasnoludzkich przewodników mogących poprowadzić wycieczkę w głąb tuneli.

- Chętnie nią pokieruję - zaproponował Orik.

Jörmundur obejrzał się z namysłem na Tronjheim.

- Nie, Hrothgar będzie cię teraz potrzebował. To musi być ktoś inny. Przykro mi, Eragonie, ale każdy kto się liczy musi tu zostać aż do wyboru następcy Ajihada. Arya będzie musiała radzić sobie sama... Zresztą i tak nie zdołamy jej doścignąć.

Eragon przytaknął, godząc się z tym.

Jörmundur raz jeszcze rozejrzał się wokół, po czym podniósł głos tak, żeby wszyscy go słyszeli.

- Ajihad zginął śmiercią wojownika. Spójrzcie, zabił pięć urgali, choć ktoś o mniejszym duchu mógł paść z ręki jednego. Oddamy mu wszelkie honory i miejmy nadzieję, że bogowie z radością przyjmą jego duszę. Ponieście go na tarczach wraz z towarzyszami... I nie wstydźcie się pokazywać łez, bo nastał dzień smutku, który zapamiętamy wszyscy. Obyśmy wkrótce mogli zatopić ostrza mieczy w ciałach potworów, które zabiły naszego wodza!

Wojownicy jak jeden mąż uklękli, odsłaniając głowy w hołdzie dla Ajihada. Potem wstali i z głęboką czcią unieśli go na tarczach, tak że legł między ich ramionami. Wielu Vardenów płakało otwarcie i łzy wsiąkały im w brody. Nie przynieśli jednak hańby swojej służbie, nie pozwolili Ajihadowi upaść. Stąpając z powagą, ruszyli do Tronjheimu. Saphira i Eragon wędrowali pośrodku procesji.

 

Podziękowania

Kvetha Fricäya.

Odkryłem wielu autorów, którzy wcześniej podjęli pracę nad epickimi historiami o rozmiarach porównywalnych z trylogią Dziedzictwo, a przy okazji tworzenie Eragona oraz Najstarszego stało się moją prywatną misją, podczas której uległem równie wielkiej przemianie, jak sam Eragon.

Gdy wymyśliłem Eragona, miałem piętnaście lat. Nie byłem już chłopcem, ale jeszcze nie mężczyzną, skończyłem właśnie szkołę i nie wiedziałem, co chcę robić w życiu. Uzależniłem się też od fascynującej magii literatury fantasy, wypełniającej moje półki. Podczas długiego procesu pisania Eragona, promowania go na całym świecie i długotrwałej pracy nad właśnie ukończonym Najstarszym, przebyłem granicę dzielącą mnie od dorosłości. Mam teraz dwadzieścia jeden lat i, ku mojemu nieustającemu zdumieniu, wydałem już dwie powieści. Z pewnością zdarzały się dziwniejsze rzeczy, ale nie mnie.

Przebyłem podobną drogę jak Eragon - zostałem wyrwany ze spokojnego wiejskiego życia i zmuszony do szaleńczej podróży i wyścigu z czasem; przeszedłem intensywną i mozolną naukę; odniosłem sukces, przekraczający wszelkie oczekiwania, musiałem nauczyć się radzić sobie ze skutkami sławy i w końcu odnalazłem spokój.

W literaturze zdecydowanemu i pełnemu dobrych zamiarów bohaterowi - który tak naprawdę, przyznajmy to szczerze, nie jest wcale przesadnie mądry - pomaga wiele mądrzejszych osób, i tak samo dzieje się w życiu, gdzie drogę wskazywali mi liczni, niezwykle uzdolnionieni ludzie. Oto oni:

W domu: mama, która słuchała, kiedy chciałem porozmawiać o problemach związanych z postaciami bądź akcją, i dodawała mi odwagi, by wyrzucić dwanaście stron i na nowo opisać przyjazd Eragona do Ellesméry (bolało); ojciec, jak zawsze, błyskotliwy redaktor, i moja kochana siostra Angela, która zgodziła się ponownie zagrać rolę wiedźmy i dołożyła swoje trzy grosze do dialogów książkowej sobowtórki.

W Writers House: mój agent, wielki i potężny Mistrz Przecinków, Simon Lipskar, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych (Mervyn Peake!); i jego dzielny asystent, Daniel Lazar, dzięki któremu Mistrz Przecinków nie zginął dotąd pod lawiną niezamówionych rękopisów, z których, wiele jak się obawiam, to dzieci Eragona.

U Knopfa: moja redaktorka, Michelle Frey, która w swojej pracy wykroczyła dalece poza zwykły zakres obowiązków i uczyniła Najstarszego znacznie lepszą książką, niż byłby bez niej; dyrektorka reklamy Judith Haut, która raz jeszcze dowiodła, że nie jest obca jej żadna sztuczka promocyjna (gdybyście usłyszeli jej krzyk!); Isabel Warren-Lynch, niezrównana dyrektor graficzna, która, pracując nad Najstarszym, pobiła swe wszystkie poprzednie dokonania; John Jude Palancar, twórca okładki, która podoba mi się nawet bardziej niż okładka Eragona; szef korekty, Artie Bennett, który sprawdził z mozołem wszystkie dziwaczne słowa w tej trylogii i zapewne zna lepiej ode mnie pradawną mowę, choć jego urgalski mocno kuleje; Chip Gibson, udzielny władca działu dziecięcego Random House; Nancy Hinkel, nadzwyczajna dyrektor wydawnictwa; Joan DeMayo, dyrektor sprzedaży (oklaski i wiwaty!) i jej zespół; Daisy Kline, która wraz ze swoją grupą zaprojektowała wspaniałe materiały marketingowe; Linda Palladino, Rebecca Price i Timothy Terhune, zespół produkcyjny; podziękowania i ukłony dla Pam White i jej ludzi, którzy umieli rozsławić Eragona w najdalszych zakątkach świata; Melissa Nelson, projektantka; Alison Kolani, korektorka; oddana, ciężko pracująca asystentka Michele Frey, Michelle Burke i wszyscy inni u Knopfa, którzy tak bardzo mi pomogli.

W Listening Library: Gerard Doyle, który tchnął życie w świat Alagaësii; Taro Meyer, strzegący właściwej wymowy wszystkich słów; Jacob Bronstein, dzierżący w garści wszystkie sznurki i Tom Ditlow, wydawca.

Dziękuję wam wszystkim.

Przed nami jeszcze jeden tom i poznamy koniec opowieści. Jeszcze jeden rękopis pełen udręki, ekstazy i wytrwałości... Jeszcze jeden kodeks snów.

Zostańcie ze mną, jeśli wola, i przekonajmy się razem, dokąd zawiodą nas kręte ścieżki, zarówno w tym świecie, jak i w Alagaësii.

Sé onr sverdar sitja hvass!

Christopher Paolini23 sierpnia 2005

 

Rada Starszych

Eragon ocknął się i przekręcił na skraju łóżka, wodząc wzrokiem po pokoju oświetlonym słabym blaskiem zasłoniętej lampy. Usiadł, patrząc na śpiącą Saphirę. Jej umięśnione boki unosiły się i opadały, gdy wielkie miechy płuc wciągały powietrze przez łuskowate nozdrza. Pomyślał o szalejącym ognistym piekle, jakie umiała teraz przywoływać i wyrzucać z paszczy. Był to doprawdy niesamowity widok: płomienie dość gorące, by stopić metal, spływające bez szkody po języku i między potężnymi zębami. Odkąd pierwszy raz zionęła ogniem - podczas walki z Durzą, gdy opadała ku niemu ze szczytu Tronjheimu - Saphira wciąż przechwalała się swym nowym talentem. Często wypuszczała z paszczy niewielkie strużki ognia i korzystała z każdej sposobności, by coś podpalić.

Po strzaskaniu Isidar Mithrimu, Eragon i Saphira nie mogli już pozostać dłużej w smoczej twierdzy. Krasnoludy znalazły im kwaterę w starej strażnicy na najniższym poziomie Tronjheimu. Było to duże pomieszczenie, miało jednak niski sufit i ciemne ściany.

Eragon przypomniał sobie z bólem serca wydarzenia poprzedniego dnia. Do oczu napłynęły mu łzy i ściekły po policzkach. Chwycił jedną w dłoń. Arya dopiero późnym wieczorem dała znak życia. Wynurzyła się wtedy z tunelu zmęczona, stąpając ciężko na obolałych stopach. Mimo wszelkich wysiłków - wspartych dodatkowo magią - urgale zdołały jej uciec.

- Znalazłam to - oznajmiła i pokazała im jedną z fioletowych szat Bliźniaków, podartą i zakrwawioną, oraz tunikę Murtagha i jego skórzane rękawice. - Leżały rozrzucone na skraju czarnej otchłani, której dna nie sięga żaden tunel. Urgale musiały ukraść ich zbroje i broń, a potem cisnąć ciała w przepaść. Próbowałam postrzegać Murtagha i Bliźniaków, ujrzałam jednak tylko cienie w głębi ziemi. - Spojrzała na Eragona. - Przykro mi, ale oni nie żyją.

Teraz, w bezpiecznym schronieniu umysłu, Eragon opłakiwał Murtagha. Straszliwe, przejmujące poczucie straty i zgrozy pogarszał jeszcze fakt, że przez ostatnie miesiące poznał je aż za dobrze.

Gdy tak wpatrywał się w maleńką lśniącą kopułkę łzy na swej dłoni, postanowił, że sam spróbuje postrzec trzech mężczyzn. Wiedział, że to rozpaczliwa, bezsensowna próba, ale musiał to zrobić, by przekonać samego siebie, że Murtagh naprawdę odszedł. Z drugiej strony nie był pewien, czy chce, by powiodło mu się tam, gdzie Arya poniosła klęskę. Czy poczuje się lepiej, widząc strzaskane ciało Murtagha leżące u podstawy urwiska głęboko pod Farthen D?rem?

- Draumr kópa - wyszeptał.

Przejrzysty płyn pociemniał gwałtownie; przypominał teraz kroplę nocy leżącą na srebrzystej dłoni. Coś się w niej poruszyło, niczym ptak przelatujący na tle zasnutej chmurami tarczy księżyca... ale po chwili ów ruch zamarł.

Kolejna łza dołączyła do pierwszej.

Eragon odetchnął głęboko, odchylił się i pozwolił, by ogarnął go spokój. Odkąd ocknął się uleczony z zadanej przez Durzę rany, pojął upokarzającą prawdę, że do tej pory zwyciężał dzięki czystemu szczęściu. Jeśli jeszcze kiedyś stawię czoło innemu Cieniowi, Ra'zacom lub Galbatorixowi, muszę być silniejszy, o ile chcę wygrać. Brom mógł nauczyć mnie więcej, wiem, że mógł. Ale bez niego pozostaje mi tylko jedno wyjście: elfy.

Oddech Saphiry przyśpieszył, a potem otworzyła oczy i ziewnęła szeroko.

Dzień dobry, mój mały.

Naprawdę dobry? Spuścił wzrok i oparł się na rękach, przygniatając siennik. Raczej straszny... Murtagh i Ajihad... Czemu wartownicy w tunelach nie ostrzegli nas przed urgalami? Nie powinny móc niepostrzeżenie podążać tropem oddziału Ajihada. Arya miała rację, to nie ma sensu.

Być może nigdy nie poznamy prawdy - odparła łagodnie Saphira. Wstała, muskając skrzydłami sufit. Musisz coś zjeść, a potem dowiemy się, co planują Vardeni. Nie powinniśmy tracić czasu. Za kilka godzin mogą już wybrać nowego przywódcę.

Eragon zgodził się z nią. Przypomniał sobie, jak wczoraj rozstali się ze wszystkimi: Orik odbiegł, by przekazać wieści królowi Hrothgarowi, Jörmundur zabrał ciało Ajihada w miejsce, gdzie miało spocząć do czasu pogrzebu, a Arya stała samotnie, odprowadzając wzrokiem ich wszystkich.

Wstał, przypiął do pasa Zar'roca, na plecy zarzucił łuk, potem pochylił się i podniósł siodło Śnieżnego Płomienia. Nagle jego tułów przeszyła szpila palącego bólu, który powalił go na posadzkę, gdzie Eragon zwijał się, sięgając niezgrabnie do tyłu. Miał wrażenie, jakby ktoś próbował rozpiłować go na pół. Saphira warknęła, gdy dotarło do niej echo bólu. Próbowała ukoić go własnym umysłem, nie zdołała jednak zmniejszyć cierpienia swego Jeźdźca. Jej ogon uniósł się instynktownie, jak do walki.

Atak skończył się po kilku minutach. Ostatnia fala bólu zniknęła. Eragon leżał na ziemi zdyszany, z twarzą mokrą od potu. Włosy lepiły mu się do czaszki, w uszach dzwoniło. Sięgnął do tyłu i ostrożnie przesunął palcami po szczycie blizny. Była gorąca, opuchnięta i wrażliwa. Saphira opuściła pysk i dotknęła jego ramienia.

Och, mój mały...

Tym razem było gorzej - odparł, dźwigając się chwiejnie na nogi. Pozwoliła mu oprzeć się o siebie, gdy wycierał pot kawałkiem czystego materiału. Potem ostrożnie ruszył do drzwi.

Jesteś dość silny, by iść?

Musimy. Jako smok i Jeździec mamy obowiązek udzielić publicznego wsparcia nowo wybranemu przywódcy Vardenów, a może nawet wpłynąć na ów wybór. Nie zamierzam lekceważyć znaczenia naszej pozycji. Cieszymy się teraz wśród Vardenów wielkim autorytetem. Przynajmniej nie ma tu Bliźniaków, którzy sami próbowaliby przechwycić przywództwo. To jedyna dobra strona obecnej sytuacji.

No dobrze, ale Durza powinien cierpieć tysiąc lat tortur za to, co ci zrobił.

Eragon odchrząknął.

Trzymaj się blisko mnie.

Ruszyli przez Tronjheim w stronę najbliższej kuchni. Napotykani w korytarzach i przejściach ludzie zatrzymywali się i skłaniali głowy, mamrocząc "Argetlam" bądź "Cieniobójca". Pozdrawiały ich nawet krasnoludy, choć nie tak często. Eragona uderzyły poważne udręczone miny ludzi i ciemne stroje, które przywdziali, by okazać smutek. Wiele kobiet ubrało się w czerń, ich twarze przesłaniały koronkowe welony.

W kuchni Eragon zaniósł kamienny talerz z jedzeniem na jeden z niskich stołów. Saphira obserwowała go uważnie, na wypadek gdyby atak się powtórzył. Kilka osób próbowało podejść, ona jednak uniosła górną wargę i warknęła, tak że rozpierzchli się w popłochu. Eragon skubał jedzenie, udając, że niczego nie dostrzega. W końcu, próbując odwrócić myśli od Murtagha, spytał:

Jak myślisz, kto może teraz kontrolować Vardenów, skoro nie ma już Ajihada i Bliźniaków?

Smoczyca zawahała się.

Może ty, jeśli ostatnie słowa Ajihada zinterpretujemy jako błogosławieństwo dla nowego wodza. Prawie nikt by się nie sprzeciwił. Nie uważam jednak, żeby to było najmądrzejsze wyjście. Wiedzie wyłącznie ku kłopotom - odpowiedziała.

Zgadzam się. Poza tym Arya by tego nie zaakceptowała, a nie chciałbym sobie robić z niej wroga. Elfy nie mogą kłamać w pradawnej mowie, w naszej jednak nie znają podobnych ograniczeń. Gdyby służyło to jej celom, mogłaby zaprzeczyć, że Ajihad powiedział cokolwiek. Nie, nie chcę tego stanowiska... Co powiesz na Jörmundura?

Ajihad nazywał go swoją prawą ręką. Niestety, niewiele o nim wiemy, podobnie jak o innych wodzach Vardenów. Tak niewiele czasu minęło od dnia, gdy tu przybyliśmy. Będziemy musieli ocenić ich sami, ufając naszemu osądowi, przeczuciom i wrażeniom. Nie znając przeszłości.

Eragon przesuwał po talerzu kawałek ryby wokół stosu gniecionych bulw.

Nie zapominaj o Hrothgarze i klanach krasnoludzkich. Nie będą przecież milczeć. Poza Aryą elfy nie będą miały nic do powiedzenia o sukcesji - nim dotrą do nich wieści, decyzja dawno zdąży zapaść. Ale krasnoludów nie można i nie należy lekceważyć. Hrothgar łaskawie patrzy na Vardenów, jeśli jednak zbyt wiele klanów mu się sprzeciwi, mogą go wymanewrować i zmusić do poparcia kogoś nie nadającego się na dowódcę.

Kogóż takiego?

Osoby, którą łatwo manipulować. Zamknął oczy i wyprostował się. To może być każdy w Farthen D?rze. Ktokolwiek.

Długą chwilę oboje rozmyślali nad najnowszymi problemami. Saphira odezwała się pierwsza: Eragonie, ktoś chce się z tobą widzieć. Nie mogę go przepłoszyć.

Hę? Szybko uniósł powieki i zmrużył oczy, czekając, by przywykły do światła. Przy stole stał bardzo blady młodzik. Czujnie obserwował Saphirę, jakby się bał, że smoczyca zechce go pożreć.

- O co chodzi? - spytał uprzejmie Eragon.

Chłopak wzdrygnął się, zarumienił i skłonił głowę.

- Argetlamie, zostałeś wezwany przed oblicze Rady Starszych.

- Co takiego?

Pytanie jeszcze bardziej zamąciło chłopcu w głowie.

- Ra-rada to... to... ludzie, których my, to znaczy Vardeni, wybraliśmy, by w naszym imieniu przemawiali do Ajihada. Byli jego zaufanymi doradcami. Teraz chcą cię widzieć. To wielki zaszczyt - zakończył z szerokim uśmiechem.

- A ty mnie do nich zaprowadzisz?

- Tak.

Saphira spojrzała pytająco na Eragona, który wzruszył ramionami i wstał, pozostawiając niedojedzony posiłek. Gestem polecił chłopcu, by pokazał im drogę. Podczas marszu chłopak podziwiał ze lśniącymi oczami Zar'roca, potem nieśmiało spuścił wzrok.

- Jak masz na imię? - spytał Eragon.

- Jarsha, panie.

- To dobre imię. Doskonale przekazałeś wiadomość. Powinieneś być dumny.

Jarsha rozpromienił się i lekkim krokiem ruszył naprzód.

Szybko dotarli do pokrytych wypukłymi rzeźbami kamiennych drzwi. Jarsha pchnął je i ich oczom ukazała się okrągła komnata zwieńczona błękitną jak niebo kopułą, ozdobioną malunkami konstelacji. Okrągły marmurowy stół oznaczony godłem D?rgrimst Ingeitum - pionowo ustawionym młotem w otoczeniu dwunastu gwiazd - stał pośrodku komnaty. Przy stole siedział Jörmundur i dwaj inni mężczyźni, jeden wysoki i jeden gruby, kobieta o zaciśniętych wargach, wąsko osadzonych oczach i starannie wymalowanych policzkach, i druga, nad której dobroduszną twarzą piętrzyła się kępa siwych włosów; wrażeniu łagodności zaprzeczała jednak rękojeść sztyletu wystająca spomiędzy jej szat.

- Możesz odejść - rzekł do Jarshy Jörmundur. Chłopak ukłonił się i szybko odszedł.

Świadom tego, że obserwują go wszystkie oczy w komnacie, Eragon rozejrzał się i usiadł na krześle stojącym w takim miejscu, by członkowie rady musieli odwrócić głowy, jeśli chcieli wciąż na niego patrzeć. Saphira przycupnęła tuż za nim; we włosach czuł gorący oddech smoczycy.

Jörmundur uniósł się z miejsca, skłonił lekko i znów usiadł.

- Dziękuję, że przybyłeś, Eragonie, choć także poniosłeś bolesną stratę. To jest Umérth - wysoki mężczyzna - Falberd - tęgi - oraz Sabrae i Elessari - kobiety.

Eragon skłonił głowę.

- A Bliźniacy? Czy także byli częścią tej rady? - zapytał, a Sabrae gwałtownie zaprzeczyła, postukując w stół długim paznokciem.

- Nie mieli z nami nic wspólnego. Byli jak mierzwa, nie, jeszcze gorzej: niczym pijawki działające zawsze wyłącznie dla własnej korzyści. Nie pragnęli służyć Vardenom, nie mieli zatem miejsca w tej radzie.

Eragon nawet z drugiej strony stołu czuł zapach jej perfum, ciężki i oleisty niczym woń gnijącego kwiatu. Z trudem powstrzymał się od uśmiechu na to skojarzenie.

- Wystarczy. Nie przyszliśmy tu po to, by rozmawiać o Bliźniakach - uciął Jörmundur. - Stoimy w obliczu kryzysu, który należy rozwiązać szybko i sprawnie. Jeśli my nie wybierzemy następcy Ajihada, zrobi to ktoś inny. Hrothgar przysłał nam już kondolencje. A choć zachował się niezwykle uprzejmie, to z pewnością, podczas gdy my tu rozmawiamy, on snuje własne plany. Musimy też mieć na względzie Du Vrangr Gata, znających magię. Większość z nich jest oddana Vardenom, lecz nawet w najlepszych okolicznościach trudno przewidzieć jak postąpią. Mogą zechcieć sprzeciwić się naszemu wyborowi, by poprawić własną pozycję. Dlatego właśnie potrzeba nam twego wsparcia i pomocy, Eragonie. Chcemy, żebyś swym autorytetem wsparł tego, kto zajmie miejsce Ajihada.

Falberd oparł na stole mięsiste dłonie i dźwignął się z krzesła.

- Cała nasza piątka podjęła już decyzję, kogo poprze. Nie mamy wątpliwości, że to właściwa osoba. Ale - uniósł gruby palec - nim ujawnimy ci kto to, musisz nam dać słowo honoru, że niezależnie, czy się z nami zgodzisz, czy nie, nic z tego, co usłyszysz, nie opuści tej komnaty.

Dlaczego tego żądają? - spytał Saphirę Eragon.

Nie wiem. Smoczyca prychnęła. To może być pułapka. Ale musisz zaryzykować. Pamiętaj też, że ode mnie nie wymagają słowa. W razie potrzeby mogę powtórzyć wszystko Aryi. To bardzo niemądrze z ich strony zapomnieć, że inteligencją dorównuję ludziom.

Ta myśl bardzo go ucieszyła.

- Zgoda. Macie moje słowo. A teraz mów, kto według was winien przewodzić Vardenom.

- Nasuada.

Zaskoczony Eragon spuścił wzrok, myśląc gorączkowo. Nie brał pod uwagę kandydatury Nasuady, z powodu jej młodego wieku - była zaledwie kilka lat starsza od niego. Oczywiście nie istniała żadna przyczyna, dla której nie mogłaby zostać przywódcą, ale dlaczego Rada Starszych wybrała właśnie ją? Co na tym zyskają? Przypomniał sobie wszystkie dobre rady Broma i próbował przyjrzeć się tej zagadce z każdej strony, wiedząc, że musi zdecydować szybko.

Nasuada ma w sobie siłę stali - zauważyła Saphira. Będzie taka jak ojciec.

Może, ale czemu to ją wybrali?

- Czemu nie ty, Jörmundurze? - spytał, usiłując zyskać na czasie. - Ajihad nazwał cię swoją prawą ręką. Czy to nie oznacza, że powinieneś zająć jego miejsce?

Wśród członków rady rozszedł się szmer niepokoju. Sabrae wyprostowała się jeszcze bardziej, splatając mocno dłonie, Umérth i Falberd spojrzeli po sobie posępnie, natomiast Elessari tylko się uśmiechnęła. Rękojeść sztyletu falowała na jej piersi.

- Ponieważ - odparł Jörmundur, starannie dobierając słowa - Ajihad mówił wówczas o sprawach wojskowych i o niczym więcej. Poza tym jestem członkiem tej rady, a nasza siła polega na wsparciu, jakiego sobie udzielamy. Niemądrze i niebezpiecznie byłoby, gdyby jedno z nas usiłowało wybić się ponad resztę.

Pozostali odprężyli się, gdy skończył. Elessari poklepała go lekko po przedramieniu.

Ha! - wykrzyknęła Saphira. Zapewne chętnie przejąłby władzę, gdyby zdołał zmusić pozostałych, żeby go poparli. Zauważ, jak na niego patrzą. Jest wśród nich niczym wilk.

Może wilk pośród stada szakali - zastanowił się Eragon.

- Czy Nasuada ma dość doświadczenia? - spytał głośno.

Elessari pochyliła się mocno, przyciśnięta do krawędzi stołu.

- Przebywałam tu już siedem lat, kiedy Ajihad dołączył do Vardenów. Na moich oczach Nasuada stała się z uroczej dziewczynki kobietą, którą jest dzisiaj: od czasu do czasu nieco lekkomyślną, lecz doskonałą, by poprowadzić Vardenów. Ludzie ją pokochają. Ja natomiast - poklepała się czule po gorsie - i moi przyjaciele wspomożemy ją w tych trudnych czasach. Zawsze będzie miała kogoś, kto wskaże jej właściwą drogę. Brak doświadczenia nie może przeszkodzić w tym, by zajęła przeznaczoną dla niej pozycję.

Eragon nagle wszystko zrozumiał.

Chcą mieć marionetkę!

- Pogrzeb Ajihada odbędzie się za dwa dni - wtrącił Umérth. - Tuż po nim zamierzamy ogłosić Nasuadę nową przywódczynią. Najpierw oczywiście musimy ją zapytać, ale z pewnością się zgodzi. Chcemy, żebyś był obecny podczas mianowania - wówczas nikt, nawet Hrothgar, nie będzie mógł się sprzeciwić - i żebyś złożył hołd Vardenom. To przywróci ludziom pewność, której pozbawiła ich śmierć Ajihada, i zniweczy wszelkie próby rozbicia naszej jedności.

Hołd!

Saphira szybko dotknęła umysłu Eragona.

Zauważ, że nie chcą, byś przysiągł Nasuadzie, tylko Vardenom.

Tak, i zamierzają sami mianować Nasuadę, co pokaże wyraźnie, że rada ma większą władzę niż ona. Mogliby poprosić Aryę, żeby to zrobiła, ale oznaczałoby to uznanie, że stoi ponad Vardenami. W ten sposób pokażą swą przewagę nad Nasuadą, zyskają kontrolę nad nami poprzez hołd, a publiczne uznanie przez Jeźdźca przywództwa Nasuady zwiększy ich autorytet.

- Co się stanie - spytał - jeśli nie przyjmę waszej oferty?

- Oferty? - Falberd sprawiał wrażenie szczerze zaskoczonego. - Ależ oczywiście nic. Tyle że twoja nieobecność podczas wyboru Nasuady stałaby się wielką obrazą. Jeśli bohater bitwy o Farthen D?r ją zlekceważy, Nasuada z pewnością pomyśli, że Jeździec gardzi nią i uważa Vardenów za niegodnych służby. Czy zdoła znieść podobne poniżenie?

Znaczenie tych słów było całkiem jasne. Eragon ścisnął pod stołem rękojeść Zar'roca. Miał ochotę krzyczeć, że nie trzeba zmuszać go do poparcia Vardenów, że i tak by to zrobił. Teraz jednak instynktownie pragnął się sprzeciwić, uniknąć kajdan, w które próbowali go zakuć.

- Skoro Jeźdźcy cieszą się tak znamienitą opinią, mógłbym uznać, że najlepiej będzie, jeśli sam poprowadzę Vardenów.

Nastrój w komnacie pogorszył się gwałtownie.

- To nie byłoby mądre - oznajmiła Sabrae.

Eragon zastanawiał się, rozpaczliwie próbując znaleźć jakieś wyjście.

Po śmierci Ajihada - rzekła Saphira - być może nie zdołamy pozostać niezależni od wszystkich, tak jak pragnął. Nie możemy narazić się na gniew Vardenów. Jeśli ta rada ma przejąć nad nimi kontrolę po mianowaniu Nasuady, musimy ich ugłaskać. Pamiętaj, podobnie jak my, oni także muszą myśleć o sobie.

Ale kiedy chwycą nas w garść, czego sobie zażyczą? Czy uszanują pakt wiążący Vardenów z elfami i wyślą nas do Ellesméry na szkolenie, czy też wydadzą inny rozkaz? Jörmundur wydaje mi się człowiekiem honoru, lecz pozostali? Nie potrafię orzec.

Saphira musnęła krańcem szczęki czubek jego głowy.

Zgódź się przyjść na ceremonię mianowania Nasuady. Uważam, że to musimy zrobić. Co do hołdu, zobacz, czy uda ci się uniknąć zgody. Może do tego czasu wydarzy się coś, co odmieni naszą pozycję. Może Arya znajdzie rozwiązanie.

Eragon skinął głową.

- Jak sobie życzycie. Przybędę na mianowanie Nasuady.

Jörmundur odetchnął z ulgą.

- To dobrze. Pozostało nam zatem do załatwienia tylko jedno - zgoda Nasuady. Skoro wszyscy już tu jesteśmy, nie ma co zwlekać. Natychmiast po nią poślę. Poproszę też Aryę. Przed publicznym ogłoszeniem decyzji potrzebna nam zgoda elfów. Nie powinno być trudno ją uzyskać; Arya nie może sprzeciwić się woli rady i twojej, Eragonie. Będzie musiała zgodzić się z naszym osądem.

- Zaczekaj. - Oczy Elessari błysnęły groźnie. - Twoje słowo, Jeźdźcze. Czy podczas ceremonii złożysz hołd?

- O tak, musisz to zrobić - zawtórował jej Falberd. - Musisz to zrobić. Vardeni byliby zhańbieni, gdybyś uznał, że nie zdołamy zapewnić ci wszelkiej możliwej opieki.

Nieźle to ujął!

Warto było spróbować - mruknęła Saphira. Lękam się, że nie masz innego wyjścia.

Nie ośmielą się na skrzywdzić, jeśli odmówię.

Nie, ale mogą nam bardzo uprzykrzyć życie. Nie mówię, żebyś zgodził się dla mnie, lecz dla twego dobra. Istnieje wiele niebezpieczeństw, przed którymi nie mogę cię chronić, Eragonie. Galbatorix chce nas zniszczyć, trzeba zatem, by otaczali cię sprzymierzeńcy, nie wrogowie. Nie możemy sobie pozwolić na walkę ani z imperium, ani z Vardenami.

- Złożę hołd - odparł po dłuższej przerwie Eragon.

Członkowie Rady Starszych wyraźnie się odprężyli. Umérth wręcz odetchnął z ulgą i nieudolnie usiłował to zamaskować.

Oni się nas boją!

I powinni - warknęła Saphira.

Jörmundur wezwał Jarshę i przemówił do niego krótko. Chłopak natychmiast pobiegł po Nasuadę i Aryę. Podczas jego nieobecności w komnacie zapadła niezręczna cisza. Eragon całkowicie ignorował członków rady, szukając rozpaczliwie wyjścia z pułapki. Żadnego nie znalazł.

Gdy drzwi otwarły się ponownie, wszyscy wyczekująco unieśli głowy. Pierwsza przekroczyła próg Nasuada, spoglądając ze spokojem na obecnych w komnacie. Haftowana suknia miała odcień najgłębszej czerni, głębszej nawet niż jej skóra, rozjaśnionej tylko szarfą barwy królewskiej purpury, sięgającą od ramienia po biodro. Za nią kroczyła Arya, stąpając gibko i gładko jak kotka, oraz wyraźnie oszołomiony Jarsha.

Jörmundur odprawił chłopaka, po czym przysunął krzesło Nasuadzie. Eragon pośpieszył, by uczynić to samo dla Aryi, elfka jednak zignorowała podsunięte krzesło i zatrzymała się parę kroków od stołu.

Saphiro - rzekł - powtórz jej wszystko, co się tu stało. Mam przeczucie, że członkowie rady nie powiadomią jej, że zmusili mnie do przysięgi wierności wobec Vardenów.

- Aryo. - Jörmundur pozdrowił ją skinieniem głowy, po czym skupił wzrok na Nasuadzie. - Nasuado, córko Ajihada, Rada Starszych pragnie oficjalnie złożyć ci najszczersze kondolencje z powodu straty, która dotknęła cię bardziej niż kogokolwiek... - Zniżając głos, dodał: - Bardzo ci współczujemy. Wszyscy wiemy, jak to jest stracić kogoś z rodziny w walce z imperium.

- Dziękuję - mruknęła Nasuada, mrużąc migdałowe oczy.

Siedziała tam, nieśmiała i skromna, i sprawiała wrażenie tak bezbronnej, że Eragon zapragnął ją pocieszyć. Jakże teraz różniła się od energicznej młodej kobiety, która odwiedziła jego i Saphirę w Smoczej Twierdzy przed bitwą.

- Choć mamy teraz czas żałoby, pozostała kwestia, którą musisz rozstrzygnąć. Nasza rada nie może przewodzić Vardenom. Po pogrzebie ktoś musi zastąpić twojego ojca. Prosimy, byś przyjęła to stanowisko. Należy ci się prawnie jako jego dziedziczce. Vardeni oczekują tego po tobie.

Nasuada skłoniła głowę, jej oczy lśniły. W końcu przemówiła pełnym bólu głosem.

- Nigdy nie przypuszczałam, że w tak młodym wieku będę musiała zająć miejsce mego ojca. Jednakże... skoro twierdzicie, że to mój obowiązek... przyjmę go.

 

Prawda pośród przyjaciół

Członkowie Rady Starszych rozpromienili się w tryumfalnych uśmiechach. Nasuada zrobiła to, czego chcieli.

- Nalegamy - oznajmił Jörmundur - zarówno dla twojego dobra, jak i wszystkich Vardenów.

Pozostali dodali słowa wsparcia, a Nasuada przyjęła je ze smutnym uśmiechem. Gdy Eragon nie dołączył do chóru, Sabrae posłała mu gniewne spojrzenie.

On tymczasem nie spuszczał wzroku z Aryi, szukając jakiejkolwiek reakcji na przekazane jej przez Saphirę wieści bądź na słowa rady. Jednakże oblicze elfki pozostało niewzruszone. Saphira natomiast poinformowała go: Po wszystkim chcę z tobą pomówić.

Nim Eragon zdążył odpowiedzieć, Falberd odwrócił się do Aryi.

- Czy elfy zaakceptują ten wybór?

Elfka patrzyła na niego w milczeniu i po chwili mężczyzna poruszył się niespokojnie pod jej przeszywającym spojrzeniem. Wówczas uniosła jedną brew.

- Nie mogę mówić w imieniu mojej królowej, ale osobiście nie widzę powodów do sprzeciwu. Nasuada ma moje błogosławieństwo.

Jak inaczej mogła odpowiedzieć, skoro wie już o wszystkim - pomyślał z goryczą Eragon. Przyparli nas do muru.

Błogosławieństwo Aryi wyraźnie ucieszyło radę. Nasuada podziękowała jej, po czym zwróciła się do Jörmundura:

- Czy o czymś jeszcze musimy pomówić? Jestem bardzo zmęczona.

Jörmundur pokręcił głową.

- Poczynimy wszystkie przygotowania. Obiecuję, że nikt nie będzie cię niepokoił aż do pogrzebu.

- Raz jeszcze dziękuję. A teraz zechciejcie odejść. Potrzebuję czasu, by się zastanowić, jak najlepiej uczcić pamięć ojca i służyć Vardenom. Daliście mi wiele do myślenia. - Nasuada złożyła szczupłe dłonie na okrytych ciemną materią kolanach.

Umérth wyglądał, jakby chciał zaprotestować przeciwko takiej odprawie, lecz Falbert uciszył go machnięciem ręki.

- Oczywiście, zrobimy wszystko, byle zapewnić ci spokój. Jeśli będziesz potrzebować pomocy, jesteśmy gotowi ci służyć. - Wzywając gestem pozostałych, wyminął Aryę i ruszył ku drzwiom.

- Eragonie, mógłbyś zostać?

Zaskoczony Eragon opadł z powrotem na krzesło, nie dbając o pytające, czujne spojrzenia członków rady. Falbert przez chwilę ociągał się przy drzwiach, jakby nagle zapragnął zostać w komnacie, ale w końcu i on wyszedł. Jako ostatnia opuściła ich Arya. Nim zamknęła drzwi, spojrzała na Eragona; w jej oczach wyraźnie dostrzegł skrywaną wcześniej troskę i obawę.

Nasuada siedziała częściowo odwrócona plecami do Eragona i Saphiry.

- A zatem znów się spotykamy, Jeźdźcze. Nie powitałeś mnie. Czyżbym cię uraziła?

- Nie, Nasuado, lękałem się przemówić w obawie, że mogłoby to zostać uznane za niegrzeczne. Obecna sytuacja nie sprzyja pochopnym słowom. - Nagle ogarnął go paniczny lęk przed podsłuchującymi szpiegami. Sięgając poprzez barierę w umyśle, zaczerpnął magii i zaintonował: - Atra nosu waíse vardo fra eld hórnya... Już. Teraz możemy rozmawiać swobodnie, bez obaw, że podsłucha nas człowiek, krasnolud bądź elf.

Z ciała Nasuady odpłynęło częściowo napięcie.

- Dziękuję, Eragonie. Nie wiesz nawet, jak wielki to dar. - W jej słowach zabrzmiała większa niż dotąd siła i pewność siebie.

Siedząca za krzesłem Eragona Saphira poruszyła się, po czym ostrożnie okrążyła stół i stanęła na wprost Nasuady. Opuściła wielką głowę, aż w końcu szafirowe oko spojrzało w czarne oczy dziewczyny. Smoczyca przyglądała się jej pełną minutę, w końcu parsknęła cicho i wyprostowała się. Powiedz jej - rzekła - że wraz z nią opłakuję jej stratę. Powiedz też, że musi użyczyć swej siły Vardenom, gdy zajmie miejsce Ajihada. Będą potrzebowali stanowczego przewodnika.

Eragon powtórzył jej słowa i dodał:

- Ajihad był wielkim człowiekiem, jego imię nigdy nie zostanie zapomniane... Jest coś, o czym muszę ci powiedzieć. Przed śmiercią Ajihad polecił mi przyrzec, że nie pozwolę, by wśród Vardenów zapanował chaos. To były jego ostatnie słowa, Arya też je słyszała. Z powodu ich implikacji zamierzałem je zachować w tajemnicy, ale masz prawo wiedzieć. Nie jestem pewien, co miał na myśli Ajihad i czego dokładnie pragnął, ale wiem jedno: zawsze będę bronił Vardenów całą swoją mocą. Chcę, byś to zrozumiała, a także to, że nie pragnę uzurpować sobie władzy nad Vardenami.

Nasuada roześmiała się z goryczą.

- Ale ta władza nie ma przypaść mnie, prawda? - Jej rezerwa zniknęła, pozostawiając jedynie opanowanie i determinację. - Wiem, czemu znalazłeś się tu przede mną i co próbuje zrobić rada. Sądzisz, że przez te lata, podczas których pomagałam ojcu, nigdy nie dyskutowaliśmy o takiej ewentualności? Spodziewałam się, że rada postąpi dokładnie tak, jak to uczyniła. Teraz wszystko jest gotowe do tego, bym objęła dowództwo.

- Nie zamierzasz pozwolić, by tobą sterowali - rzekł Eragon w nagłym olśnieniu.

- Nie. Zachowaj instrukcje Ajihada w tajemnicy. Niemądrze byłoby je rozgłaszać, bo ludzie mogliby uznać, że chciał, abyś to ty go zastąpił. To zaś podminowałoby mój autorytet i zdestabilizowało Vardenów. Ojciec powiedział to co musiał, by chronić Vardenów. Na jego miejscu zrobiłabym to samo. Mój ojciec... - Głos Nasuady załamał się lekko. - Dopełnię jego dzieła, nawet gdyby miało mnie to zaprowadzić do grobu. Chcę, żebyś zrozumiał to jako Jeździec. Wszystkie plany Ajihada, jego strategie i cele są teraz moimi. Nie zawiodę go, nie okażę słabości. Imperium runie w gruzy, Galbatorix straci tron, a władzę obejmie prawowity rząd.

Gdy skończyła, po jej policzku spłynęła łza. Eragon słuchał w milczeniu. Doskonale rozumiał, w jak trudnym znalazła się położeniu, i dostrzegł u niej głębię charakteru, jakiej wcześniej nie zauważał.

- A co ze mną, Nasuado? Co ja mam zrobić dla Vardenów?

Spojrzała mu prosto w oczy.

- Możesz robić co zechcesz. Członkowie rady to głupcy, jeśli sądzą, że zdołają nad tobą zapanować. Dla Vardenów i krasnoludów jesteś bohaterem. Nawet elfy będą opiewać twoje zwycięstwo nad Durzą, gdy tylko o nim usłyszą. Jeśli sprzeciwisz się radzie bądź mnie, będziemy musieli ustąpić, bo ludzie poprą cię całym sercem. W tej chwili jesteś najpotężniejszym człowiekiem wśród Vardenów. Jeśli jednak uznasz moje przywództwo, nie zboczę z wyznaczonej przez Ajihada ścieżki. Udasz się z Aryą do elfów, odbierzesz nauki i powrócisz do Vardenów.

Czemu jest z nami taka szczera? - zastanawiał się Eragon. Jeśli ma rację, to czy mogliśmy sprzeciwić się żądaniom rady?

Saphira zastanowiła się przez moment.

Tak czy inaczej, jest już za późno. Zgodziłeś się spełnić ich prośby. Myślę, że Nasuada jest szczera, bo pozwala jej na to twoje zaklęcie. A także dlatego że ma nadzieję, iż w ten sposób zaskarbi sobie naszą lojalność.

Nagle Eragonowi przyszedł do głowy pewien pomysł. Nim jednak podzielił się nim ze smoczycą, spytał: Czy możemy jej zaufać? Uwierzyć, że postąpi tak jak mówi? To bardzo ważne.

Tak - odparła Saphira. Jej słowa płynęły prosto z serca.

Wówczas Eragon powiedział smoczycy o swoim pomyśle. Gdy się zgodziła, dobył Zar'roca i podszedł do Nasuady. Zbliżając się, dostrzegł w jej oczach błysk strachu. Spojrzenie dziewczyny powędrowało ku drzwiom, a jej dłoń zniknęła w fałdach sukni. Eragon przystanął przed nią i ukląkł, oburącz unosząc Zar'roca.

- Nasuado, Saphira i ja przebywamy tu od niedawna. Przez ten czas jednak zdążyliśmy obdarzyć szacunkiem Ajihada i teraz ciebie. Walczyłaś pod Farthen D?rem, gdy inni uciekli, w tym dwie członkinie rady, i traktowałaś nas uczciwie, nie imając się podstępów. Ofiaruję ci zatem moje ostrze... i mój hołd Jeźdźca.

Wymówił te słowa z głęboką powagą, świadom, że nie zdobyłby się na nie przed bitwą. Widok tak wielu ginących wokół ludzi odmienił jego spojrzenie. Sprzeciw wobec imperium nie był już tylko czymś osobistym - walczył teraz dla Vardenów i wszystkich ludzi wciąż tkwiących pod jarzmem Galbatorixa. Nieważne jak długo to potrwa, poświęcił się temu zadaniu. Na razie służba pozostawała dla niego najlepszym wyjściem.

Mimo wszystko podjęli z Saphirą ogromne ryzyko, składając hołd Nasuadzie. Rada nie mogła zaprotestować, bo Eragon obiecał im jedynie, że złoży przysięgę, ale nie określił komu. Nie mieli jednak z Saphirą żadnych gwarancji, że Nasuada będzie dobrym przywódcą. Cóż, lepiej złożyć przysięgę uczciwemu głupcowi niż kłamliwemu mędrcowi - zdecydował Eragon.

Na twarzy Nasuady odbiło się zdumienie. Chwyciła rękojeść Zar'roca i uniosła go, wbijając wzrok w szkarłatną klingę, po czym czubkiem miecza dotknęła głowy Eragona.

- Przyjmuję twój hołd, Jeźdźcze, jak i ty przyjmujesz towarzyszące mu obowiązki. Powstań jako mój wasal i weź swój miecz.

Eragon posłuchał.

- Teraz mogę ci jako mojej suwerence powiedzieć otwarcie, że rada zmusiła mnie, bym się zgodził złożyć przysięgę Vardenom po twoim mianowaniu. To był jedyny sposób, w jaki mogliśmy z Saphirą zniweczyć ich plany.

Nasuada roześmiała się, nie skrywając radości.

- Ach, widzę, że nauczyłeś się już grać w naszą grę. Doskonale. Jako mój najnowszy i jedyny wasal, czy zgodzisz się ponownie złożyć mi hołd, tym razem publicznie, kiedy rada będzie oczekiwać twej przysięgi?

- Oczywiście.

- Świetnie, w ten sposób załatwimy problem rady. Do tego czasu zostaw mnie, muszę wszystko zaplanować i przygotować się do pogrzebu. Pamiętaj, Eragonie, więź, którą właśnie stworzyliśmy, wiąże nas jednako. Odpowiadam za twe czyny, ty zaś zgadzasz się mi służyć. Nie przynieś mi hańby.

- Ani ty mnie.

Nasuada zawahała się, potem spojrzała mu w oczy i dodała łagodniejszym tonem:

- Przyjmij wyrazy współczucia, Eragonie. Wiem, że nie ja jedna opłakuję tych, którzy zginęli. Podczas gdy ja straciłam ojca, ty utraciłeś przyjaciela. Bardzo lubiłam Murtagha i żałuję, że zginął... Żegnaj, Eragonie.

Eragon skinął głową. W ustach czuł gorzki smak. Bez słowa wyszedł z Saphirą z komnaty. Szary korytarz na zewnątrz był pusty. Eragon podparł się pod boki, odchylił głowę i odetchnął głośno. Dzień ledwie się zaczął, a jego już wyczerpały wszystkie dzisiejsze emocje.

Saphira trąciła go nosem. Tędy - mruknęła. Bez dalszych wyjaśnień ruszyła naprzód prawą stroną tunelu; lśniące szpony stukały na twardej posadzce.

Eragon zmarszczył brwi, ale ruszył w ślad za nią. Dokąd idziemy? Nie odpowiedziała. Saphiro, proszę. Smoczyca tylko machnęła ogonem. Spójrz, jak wszystko się zmieniło - powiedział, zmieniając temat. Nie wiem już, co przyniesie każdy następny dzień, prócz smutku i rozlewu krwi.

Nie jest tak źle - upomniała go. Odnieśliśmy wielkie zwycięstwo. Powinniśmy to uczcić, nie opłakiwać.

Cała ta bzdurna sprawa nie nastraja mnie radośnie.

Smoczyca parsknęła gniewnie. Z jej nozdrzy wystrzelił wąski jęzor ognia i przypalił ramię Eragona, który odskoczył z krzykiem, zagryzając wargę, by nie odpowiedzieć wiązką przekleństw.

Ups. - Saphira pokręciła głową, by rozgonić dym.

Ups? O mało mnie nie przypiekłaś!

Nie spodziewałam się tego. Wciąż zapominam, że jeśli nie będę ostrożna, może się pojawić ogień. Wyobraź sobie, że za każdym razem, gdy unosisz rękę, w ziemię uderza piorun. Łatwo byłoby wtedy wykonać nieostrożny gest i niechcący coś zniszczyć.

Masz rację... przepraszam, że na ciebie krzyknąłem.

Koścista powieka smoczycy szczęknęła, gdy Saphira mrugnęła do niego.

Nieważne. Próbowałam tylko powiedzieć, że nawet Nasuada nie może cię do niczego zmusić.

Ale przecież dałem jej moje słowo Jeźdźca!

Możliwe. Jeśli jednak będę musiała je złamać, by cię uchronić albo zrobić to co należy, nie zawaham się. To brzemię z łatwością udźwignę. Ponieważ jesteśmy złączeni, honor nakazuje mi cię wspierać, lecz twoja przysięga mnie nie obowiązuje. W razie potrzeby porwę cię. Wówczas nikt nie będzie mógł cię winić o nieposłuszeństwo - stwierdziła Saphira.

Nie powinno do tego dojść. Jeśli będziemy musieli uciec się do takich sztuczek, by zrobić to co należy, Nasuada i Vardeni stracą wszelką wiarygodność.

Saphira zatrzymała się. Stanęli przed łukowatymi drzwiami biblioteki Tronjheimu. Olbrzymia, pogrążona w ciszy sala wydawała się pusta, choć rzędy ustawionych gęsto regałów i nieregularnie rozmieszczone kolumny mogły ukrywać wiele osób. Lampy rzucały łagodny blask na pokryte zwojami ściany i oświetlały znajdujące się pod nimi wnęki.

Manewrując między regałami, Saphira poprowadziła go do jednej z nich, w której czekała Arya. Eragon przystanął, przyglądając się elfce. Sprawiała wrażenie bardziej poruszonej niż kiedykolwiek wcześniej, choć zdradzało to wyłącznie widoczne w jej ruchach napięcie. Zdążyła także przypasać miecz o zgrabnej rękojeści. Położyła na niej dłoń.

Eragon usiadł naprzeciwko przy marmurowym stole. Saphira ustawiła się między nimi tak, by móc obserwować oboje.

- Co ty zrobiłeś? - spytała Arya z nieoczekiwaną wrogością.

- Słucham?

Uniosła wyżej brodę.

- Co obiecałeś Vardenom? Co ty zrobiłeś?!

Ostatnie słowa zadźwięczały bezpośrednio w umyśle Eragona, który wstrząśnięty, pojął, że jego rozmówczyni jest bliska utraty panowania nad sobą. Poczuł ukłucie strachu.

- Zrobiliśmy tylko to co musieliśmy. Nie znam zwyczajów elfów. Jeśli więc nasze działania cię zmartwiły, wybacz, proszę. Nie ma powodów do gniewu.

- Głupcze! Nic o mnie nie wiesz. Przez siedem dziesięcioleci przemawiałam tu w imieniu mojej królowej, a przez piętnaście z tych lat przewoziłam jajo Saphiry pomiędzy Vardenami i elfami. Cały czas dokładałam wszelkich starań, by Vardeni mieli silnych przywódców, którzy mogli stawić czoło Galbatorixowi i uszanować nasze życzenia. Brom mi pomógł, zawierając układ dotyczący nowego Jeźdźca - ciebie. Ajihad szczerze chciał, byś pozostał niezależny, zachował równowagę sił. Teraz widzę, jak, chętnie czy nie, sprzymierzasz się z Radą Starszych, by kontrolować Nasuadę! Zniszczyłeś całą moją pracę! Co ty zrobiłeś?!

Wstrząśnięty Eragon odrzucił wszelkie pozory. Krótkimi, treściwymi zdaniami wyjaśnił, czemu zgodził się na żądania rady i w jaki sposób próbowali je z Saphirą podminować.

- Ach tak - rzekła Arya, gdy skończył.

- Tak.

Siedemdziesiąt lat! Choć wiedział, że elfy żyją bardzo długo, nigdy nie podejrzewał, że Arya jest aż tak stara, wyglądała bowiem, jakby dopiero co przekroczyła dwudziestkę. Jedyną oznakę wieku w jej gładkiej twarzy stanowiły szmaragdowe oczy - głębokie, mądre i spoglądające z nieludzką powagą.

Arya odchyliła się, przyglądając mu się uważnie.

- Twoja pozycja nie jest taka, jakbym sobie życzyła, ale lepsza, niż sądziłam. Byłam niegrzeczna. Saphira... i ty rozumiecie więcej, niż przypuszczałam. Elfy zaakceptują twój kompromis, choć nigdy nie możesz zapomnieć, że jesteś naszym dłużnikiem. Daliśmy ci Saphirę. Bez naszych wysiłków nie byłoby Jeźdźców.

- Dług ten odcisnął się piętnem na dłoni i w samej krwi - odparł Eragon. W ciszy, która zapadła, zaczął pośpiesznie szukać nowego tematu, łaknąc dłuższej rozmowy. Miał nadzieję, że może dowie się o niej czegoś więcej. - Tak długo nie było cię w domu. Czy tęsknisz za Ellesmérą? A może żyłaś gdzie indziej?

- Ellesméra była i zawsze pozostanie moim domem - odparła elfka, patrząc w dal, gdzieś poza niego. - Nie mieszkałam w domu rodzinnym, odkąd opuściłam go, wyruszając do Vardenów. Ściany i okna okrywał wtedy płaszcz pierwszych wiosennych kwiatów. Nawet gdy wracałam, to zawsze na krótko. Wedle naszej miary to tylko mgnienia oka, ulotne przebłyski pamięci.

Ponownie zauważył, że Arya pachnie świeżymi, sosnowymi igłami. Była to słaba, cierpka woń, pobudzająca zmysły i odświeżająca umysł.

- Musi być ci ciężko żyć pośród wszystkich tych krasnoludów i ludzi, bez nikogo z twych pobratymców.

Przekrzywiła głowę.

- Mówisz o ludziach, jakbyś nie był jednym z nich.

- Być może... - Zawahał się. - Być może jestem czymś innym, połączeniem dwóch ras. Saphira żyje we mnie, tak jak ja w niej. Mamy wspólne uczucia, zmysły, myśli, do tego stopnia, że czasem stajemy się jednym umysłem zamiast dwoma. - Saphira pochyliła z aprobatą głowę, omal nie trącając stołu długim pyskiem.

- Tak właśnie być powinno - odparła Arya. - Łączy was pakt starszy i potężniejszy, niż przypuszczacie. Nie zrozumiesz w pełni, co to znaczy być Jeźdźcem, dopóki nie zakończysz szkolenia. To jednak musi poczekać do pogrzebu. Tymczasem niechaj gwiazdy czuwają nad tobą.

To rzekłszy, odeszła, znikając wśród bibliotecznych cieni. Eragon zamrugał. Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy też wszyscy są dziś podenerwowani? Choćby Arya. W jednej chwili się złości, w drugiej obdarza mnie błogosławieństwem - zapytał Saphirę.

Nikt nie poczuje się lepiej, dopóki wszystko nie wróci do normy.

Zdefiniuj normę.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Mapa cz.1

Mapa cz.2

Streszczenie Eragona

Bliźniacze klęski

Rada Starszych

Prawda pośród przyjaciół

Roran

Myśliwi i ofiary

Przyrzeczenie Saphiry

Requiem

Hołd

Wizyta, wąż i wiadomość

Dar Hrothgara

Szczypce i młot

Zapłata

Az Sweldn rak Anh?in

Celbedeil

Diamenty wśród nocy

Pod mrocznym niebem

Hen, w dół, dokąd wiedzie bystry nurt

Spływ

Arya Svit'kona

Ceris

Rany z przeszłości

I obecne rany

Twarz jego wroga

Strzała w serce

Inwokacja Dagshelgr

Miasto sosen

Królowa Islanzadí

Z przeszłości

Przemowa

Reperkusje

Exodus

Na skałach Tel'naeír

Sekretne życie mrówek

Pod drzewem Menoa

W labiryncie przeciwności

Po nitce do kłębka

Elva

Powrót bólu

Dlaczego walczysz?

Czarny wilec

Natura zła

Obraz doskonałości

Unicestwiacz

Narda

Młot opada

Początki mądrości

Strzaskane jaja, zniszczone gniazda

Dar smoków

Na rozgwieżdżonej polanie

Lądowanie

Teirm

Jeod Laskonogi

Nieoczekiwany sojusznik

Ucieczka

Dziecięca igraszka

Zwiastuny wojny

Czerwona klinga, biała klinga

Wizje dalekie i bliskie

Dary

Paszcza oceanu

Przeprawa przez Oko Dzika

Do Aberonu

Płonące Równiny

Chmury wojny

Nar Garzhvog

Mikstura wiedźmy

Nadejście burzy

Spotkanie

Najstarszy

Dziedzictwo

Znów razem

O pochodzeniu nazw

Podziękowania

O autorze