Dziedzic wojowników. Tom I. Kroniki dziedziców - Cinda Williams Chima


Reflow text when sidebars are open.
HRABSTWO COALTON, OHIO czerwiec 1870
Zapach palonego drewna i róż zawsze przypominał mu dzieciństwo, które utracił bezpowrotnie.
Różowcy przyszli po niego dziesiątej wiosny. W tamtym czasie Lee był drobnej budowy, lecz ojciec zawsze twierdził, że duże dłonie i stopy zapowiadają, iż kiedyś będzie wysoki i barczysty. Był najmłodszy, trochę rozpieszczony, jedyny z czworga rodzeństwa, który przejawiał oznaki obecności kamienia czarodziejów. Rodzice narzekali, że potrzebował dwóch dni na zrobienie tego, co dało się zrobić w jeden. Nie był leniwy, ale mało wydajny.
Zaledwie dwa tygodnie wcześniej wrócili do domu po miesięcznej tułaczce. Powrót był błędem. Lee przekonał się o tym później. Ojciec był jednak rolnikiem, a rolnik nie może sobie pozwolić na zbyt długi pobyt z dala od roli w sezonie siewnym. Zresztą poprzednie ataki Różowców odbywały się bez żadnej regularności. Sunęli jak rzeka przez wieś, przeszukiwali pobliskie gospodarstwa i znikali, czasem nawet na rok.
"Bandyci", mówili o nich sąsiedzi, podejrzewając, że to żołnierze z niedawnej wojny secesyjnej. Zaledwie siedem lat wcześniej przez góry południowego Ohio prowadził swoje oddziały generał konfederatów John Morgan.
Rodzina Lee wiedziała swoje. Wiedzieli, czego i z jakiego powodu szukają najeźdźcy. Różowcy napadali na domy na zachód od portowych miast. Poszukiwali potomków Srebrnego Niedźwiedzia, by ich sprzedać na Targu. Jego brata Jamiego porwali, gdy Lee był niemowlęciem, kiedy jeszcze mieszkali w Pensylwanii. Jamie był czarodziejem. Lee go nie pamiętał, ale zawsze w święta palili za niego świecę z wosku pszczelego.
Lee cieszył się z powrotu do tych zielonych, łagodnie zaokrąglonych gór, jakby specjalnie stworzonych dla takiego marzyciela jak on. Tego feralnego dnia wyszedł wcześniej ze szkoły, aby nie przydzielono mu żadnych dodatkowych zadań. Spędził ranek nad rzeką, gdzie złowił kilka sumów, które planował zaproponować na kolację. Wracał powoli do domu drogą, która w zasadzie była niczym więcej jak dwoma wyżłobionymi koleinami, i zbaczał za każdym razem, gdy coś przyciągnęło jego uwagę.
Kiedy zbliżał się do domu, poczuł silny zapach palonego drewna. Dziwne, bo przecież kamienne paleniska i opalane drewnem piece, którymi ogrzewali dom, od kwietnia nie były używane. Może ojciec sprzątał obejście i palił odpadki? Jeśli tak, to Lee powinien się pospieszyć, żeby mu pomóc. Po wysokości słońca na nieboskłonie poznał, że już się spóźnił na obiad. Matka nie będzie w dobrym humorze.
Wtedy zauważył ciemny słup dymu wzbijający się w niebo ponad szczytami drzew. Z miejsca, w którym się znajdował, poznał, że ten dym pochodzi z ich podwórza. Może w kuchni wybuchł pożar. Rzucił się biegiem przed siebie, niezdarnie wymachując rybami.
Jak się okazało, paliły się kuchnia, stodoła i szopa w ogrodzie. Drewniane, kryte strzechą budynki stały w płomieniach, już na wpół strawione przez ogień. Główna część domu była jednak kamienna, z łupkowym dachem, i nie paliła się tak szybko. By ją zbudować, ojciec znosił kamienie z okolicznych gór. Był to porządny dom jak na tę okolicę i może dlatego zwrócił czyjąś uwagę. Lee zatrzymał się na skraju lasu, nie wiedząc, co robić. Ryby wysunęły mu się z rąk.
Dlaczego nikt nie walczy z ogniem, nie ciągnie wody ze studni, nie podaje innym wiader ani nie zrasza drewna, które jeszcze się nie zapaliło? Rozejrzał się po obejściu. Nie zobaczył nikogo: ani ojca, ani brata.
Nie wychodząc poza linię drzew, okrążył dom. Wiedział, że ściany i żywopłot zapewniają mu dostateczną osłonę. Jego ojciec pochodził ze Starego Świata i ogrody stanowiły jego dumę. Były zadbane, otoczone kamiennym murkiem, jak te u ich przodków.
Instynkt podpowiadał mu, by nie wychodzić z ukrycia. Skradał się w cieniu kamiennej ściany biegnącej od strony lasu ku domowi. Czuł, jak skóra na twarzy napina mu się od gorąca, gdy przebiegał obok kuchni, przez warzywnik, w stronę tylnego wejścia. Drzwi były uchylone. Otworzył je szeroko.
Wewnątrz panował okropny nieład. Najwyraźniej rodzina siedziała przy stole, kiedy nastąpił atak. Gdyby wrócił na czas, byłby tu wraz z nimi. Jedzenie było porozrzucane po podłodze - chleb, kawałki owoców i małe babeczki cynamonowe, które tak lubił Martin. Wokół walały się kawałki mebli, które połamano i próbowano spalić niczym chrust, poprzewracane stoły, roztrzaskane naczynia. Ktoś albo był wyjątkowo wściekły, albo czegoś szukał. Lee ostrożnie omijał bosymi stopami kawałki szkła.
Wsuwał się dalej w głąb domu, wstrzymując dech, przywierając do ściany i nasłuchując, czy intruzi nadal są wewnątrz. Kiedy był niedaleko salonu, usłyszał jakiś dźwięk przypominający rytmiczne stukanie. Słyszał to coraz wyraźniej, w miarę jak zbliżał się do części frontowej budynku. Przesuwając ręką po ścianie, wyczuł coś wilgotnego. Przyłożył dłoń do twarzy i poczuł metaliczny zapach krwi. Ściany i podłogi były ochlapane krwią. Brunatne kałuże tężały pomiędzy kamieniami posadzki. Serce podskoczyło mu w piersi, z trudem łapał oddech, lecz zmusił się, by iść dalej.
W przejściu leżało ciało - mężczyzna odziany zbyt wytwornie jak na miejscowego, w kamizelce i jedwabnej koszuli z halsztukiem, nie ręcznie tkanej jak koszula Lee. Wyglądał na osobę w średnim wieku, lecz prawdopodobnie był starszy. Ktoś, kto nie nosił broni i jej nie potrzebował. Na pewno czarodziej.
Zaraz za progiem leżał na brzuchu Martin, brat Lee. Jego ciało było praktycznie rozerwane na dwie części. Większość krwi na ścianach zapewne była jego. Był o dziesięć lat starszy od Lee, wysoki, barczysty, pracowity. Nie bujał w obłokach jak jego młodszy brat. Nonwajdlota: brak w nim magii, więc nie interesuje czarodziejów.
- Mar... - Lee wygiął usta, lecz zabrakło mu tchu, by wymówić imię brata.
Wszedł do pokoju, czując lepką krew pod stopami. Minął dwa kolejne ciała czarodziejów i kawałek dalej zobaczył ojca, rozciągniętego w poprzek kominka, z nogami w palenisku, jakby go tam wrzucono.
Ojciec, który opowiadał mu historie o zamkach i dworach za oceanem. Który potrafił palcami wzniecić ogień i utkać tarczę z promieni słońca. Który nazywał go dziedzicem czarodziejów i zaczął uczyć magicznych zaklęć. Który był tak potężny i mądry, że umiał ich przed wszystkim ochronić. Do teraz.
Lee opadł na kolana i pozbył się z żołądka tego, co zjadł na śniadanie. Znowu usłyszał miarowy stukot.
Matka zastygła w fotelu bujanym przy kominku, z drutami w rękach. Słyszany wcześniej rytmiczny dźwięk był stukaniem biegunów o ścianę. Teraz, gdy znalazł się bliżej, Lee słyszał też równomierne uderzanie drutów o siebie. Nie znalazł jednak robótki. W koszyku i na kolanach leżała wełna, lecz rezultatu pracy matki nie było.
- Mamo? - szepnął, przysuwając się bliżej i z przestrachem spoglądając przez ramię. - To byli Różowcy?
Wpatrywała się w miejsce, gdzie leżał ojciec, zimny i połamany. Kołysała się tylko i ani nie robiła na drutach, ani nie odpowiadała. Nie musiała. Wiedział, że to Różowcy. Któżby inny?
- Mamo, jesteś ranna? - powiedział nieco głośniej. Ujął jej dłoń w swoją, lecz jej palce się nie zacisnęły, a w oczach wciąż była przerażająca pustka.
Z trudem powstrzymał szloch. Nie będzie płakał. Teraz on jest głową rodziny.
- Gdzie Carrie? - zapytał. Jego siostry nie było wśród ciał na podłodze, co miało sens, bowiem Różowcy chcieliby ją żywą.
Matka nie odpowiadała. Carrie mogła zostać porwana, mogła też się ukryć. Jeśli ją zabrali, to kierują się na południe, w stronę rzeki, i dalej na zachód do Cincinnati albo na południe do Portsmouth, gdzie mogą wsiąść na statek. Co powinien zrobić, jeśli wpadła w ich ręce?
A jeśli się ukrywa, to on wie, gdzie jej szukać. Wyszedł z domu tą samą drogą, którą wszedł.
Nazywali to piwnicą warzywną, ale w zasadzie była to tylko grota, która biegła w głąb wzgórza niedaleko podwórka. W tej chłodnej wilgotnej jamie przechowywali żywność: ziemniaki, rzepę, marchew, fasolę, groch.
Wejście było zasłonięte czerwonymi różami pnącymi oraz białymi i różowymi dzikimi różami. Wszystkie kwitły i silnie pachniały. Lee rozgarnął kolczaste łodygi i wszedł do groty.
- Carrie? - powiedział cicho. - To ja.
Przez chwilę panowała cisza, a potem coś się poruszyło w ciemnościach i jego siostra zarzuciła mu ramiona na szyję, szepcząc:
- Lee! Po co tu przyszedłeś?! To zbyt niebezpieczne. Trzeba było uciekać, jak zobaczyłeś, że wrócili.
- Carrie, oni zabili tatę i Martina, i coś się stało z mamą, nie odzywa się... - słowa płynęły z jego ust szybciej i głośniej, niżby chciał.
Carrie westchnęła głęboko i mocniej przytuliła się do niego, tak że resztę tego, co miał jej do powiedzenia, mówił w jej ramiona. Pocieszała go, lecz nie trwało to długo. Wreszcie wyprostowała się i chwyciła go za łokcie.
- Teraz mnie posłuchaj. - Odsunęła się na odległość wyciągniętych ramion. Miała na sobie spodnie i zgrzebną koszulę, a przy pasie nóż. Matka nie lubiła, gdy Carrie ubierała się jak chłopak, lecz ona mimo to raz na jakiś czas wkładała taki strój. - Musisz być bardzo dzielny - powiedziała.
- Nie martw się - odparł Lee, prostując się i starając się nadać głosowi niższy, bardziej dorosły ton. - Tata mnie uczył, jak was chronić przed czarodziejami.
Carrie z trudem przełknęła ślinę.
- Głuptasie, przecież ty sam jesteś czarodziejem. Musisz być na tyle dzielny, żeby pójść po pomoc.
Próbował jej przerwać, lecz ona ciągnęła:
- Chcę, żebyś udał się prosto na południe, ku rzece, i wzdłuż rzeki do miasta. Ukrywaj się, trzymaj się z dala od dróg. Gdy zobaczysz kogoś, kogo znasz, powiedz mu, co się stało, i poproś o pomoc dla mamy.
- Nie pójdziesz ze mną? - Jeszcze nie wyruszył, a już czuł się samotny. Starał się nie myśleć o Martinie ani o ojcu, bo wiedział, że zacząłby płakać.
- Ja na jakiś czas stąd odejdę - powiedziała. - Zbyt niebezpiecznie byłoby zostawać z tobą i mamą. Różowcy szukają wojowników. Nie czarodziejów ani Nonwajdlotów. Zostawią cię w spokoju, jeśli mnie tu nie będzie. - Widząc minę brata, szybko dodała: - Wrócę, jak tylko będzie bezpiecznie.
Lee pomyślał o matce, milczącej i przerażonej w pustym domu. Wiedział, że to złe, ale nie chciał tam wracać sam.
- Zabierz mnie ze sobą, Carrie. Proszę.
Dziewczyna potrząsnęła głową. Była już prawie dorosła, a jednak łzy spływały po jej policzkach.
- Musisz tu zostać, Lee. Mama jest Nonwajdlotką. Potrzebuje kogoś do opieki.
- No dobrze - powiedział pokornie, żeby nie dać jej poznać, jak bardzo się boi. Powinien już ruszać, bo czeka go długa droga do miasta. Znowu rozgarnął róże, wysunął się i wyszedł w światło dnia. Prosto w ramiona czekających tam czarodziejów.
- Carrie! - wrzasnął. Jakieś ręce trzymały go mocno i odciągały od wejścia do jaskini. Szamotał się, kopał, walił łokciem w czyjąś twarz, czując, jak chrząstki ustępują i w żyłach pulsuje krew. Wyginał się na wszystkie strony, lecz nie był w stanie się uwolnić.
Było ich zbyt wielu, pół tuzina. Brodaci, ubrani jak na niedzielę, tak jak ten martwy czarodziej w domu. Lee nie znał żadnych zaklęć atakujących, ale umiał wzniecać ogień, więc wysłał ognistą spiralę w kierunku napastników. Rozległy się ich przekleństwa, a potem opuścili go na ziemię.
Czarodziej z krwawiącym nosem wycelował w niego ręką i wymruczał zaklęcie. Lee poczuł okropny chłód, a po nim odrętwienie. Napastnik wsunął dłonie pod jego pachy i przytrzymywał go pionowo nad ziemią, tak że stopy zwisały mu jak u marionetki.
- Zawołaj ją - rozkazał ten z krwawiącym nosem i skierował w chłopca płomienie ze swych dłoni. Lee napiął mięśnie i krzyknął wbrew woli, lecz zaraz potem gniewnie zacisnął usta.
- Nie mamy całego dnia. Biali Różowcy są zaraz za nami. - Czarodziej znowu skierował w jego stronę moc, która niczym roztopiony metal wpłynęła w jego żyły, ale tym razem Lee był na to przygotowany. Zaczerpnął tchu, lecz nie wydał z siebie dźwięku.
- Wyłaź albo skręcimy chłopakowi kark! - krzyknął Krwawiący Nos.
Róże zasłaniające wejście do groty zaszeleściły i potrząsane zrzuciły część płatków. Carrie wyłoniła się skulona, z nożem w ręku. Zobaczywszy brata w szponach czarodziejów, wyprostowała się i upuściła broń.
Krwawiący Nos triumfalnie potrząsnął chłopcem.
- To ty nas do niej doprowadziłeś!
Carrie opadła na kolana i pokłoniła głowę.
- Proszę, moi panowie. Pójdę z wami, tylko puśćcie mojego brata.
Lee próbował się odezwać, powiedzieć Carrie, żeby wstała z klęczek, że wspólnie będą walczyć z czarodziejami.
- Carrie, nie... - jego protest zamienił się w krzyk bólu, gdy Krwawiący Nos posłał w niego wiązkę płomieni.
- Wylie. Dosyć! - przemówił siwowłosy czarodziej o pobrużdżonej twarzy, widocznie dowodzący grupą. - Daj wykrywacz.
Wylie odrzucił chłopca na bok, jakby Lee nic nie ważył, i zaczął grzebać w woreczku przy pasie. Wydobył zeń srebrną monetę, którą podał dowódcy. Dwaj czarodzieje stanęli po obu stronach Carrie, złapali ją za ramiona i postawili na nogi. Dowódca wyciągnął jej koszulę ze spodni i przyłożył monetę do skóry na klatce piersiowej. Carrie wzdrygnęła się, lecz odwróciła głowę, nic nie mówiąc. Po chwili mężczyzna skinął głową i cofnął dłoń.
- Jest kamień wojownika - oznajmił z akcentem Starego Świata. Zadowolony, zwrócił monetę Wyliemu. - Bóg wie, ile nas to kosztowało. Zabierajmy ją stąd, zanim dogoni nas Biała Róża.
Czarodzieje sprowadzili konie i wsiadali, podczas gdy ich dowódca związywał dłonie Carrie z przodu srebrnym łańcuchem.
Wylie odrzucił Lee na pień uschniętego drzewa. Ukląkł obok niego, wygiął mu brodę do góry i palcami objął szyję. Lee zajrzał w te wrogie szare oczy i zrozumiał, że za chwilę umrze.
Zauważył to dowódca.
- Zostaw chłopaka, Wylie - powiedział surowo, wciągając rękawice.
Wylie podniósł głowę.
- Jest świadkiem. Zabiliśmy czarodzieja i jeśli wieść o tym dotrze do Rady...
- Po naszej stronie też są trzej zabici - stwierdził przywódca. - Gdyby jego ojciec trzymał się swoich, nadal by żył. A to tylko dzieciak. Nie pogarszaj sprawy.
- To nie pan dokonał tych zabójstw. Ten tu może i jest czarodziejem, ale to mieszaniec - usta Wyliego zacisnęły się w wyrazie obrzydzenia. - Czarodzieje, wojownicy, guślarze, nawet Nonwajdloci żyjący wspólnie jak równi. To sprzeczne z naturą.
- Mogą coś wiedzieć. - Dowódca wskazał na Carrie. - Dziewczyna przynajmniej jest zdrowa. Czego nie da się powiedzieć o naszych wojownikach.
Palce Wyliego wciąż zaciskały się na gardle Lee, który czuł pulsującą w nich moc.
- Powiedziałem, żebyś go zostawił - powtórzył przywódca. - Już i tak za długo się tu grzebiemy.
Wylie w końcu wstał i odszedł szukać swego wierzchowca.
Carrie umieszczono na jednym z koni. Wpatrywała się przed siebie; usta miała zaciśnięte, policzki zaróżowione. Przywódca chwycił wodze jej konia, po czym wsiadł na swojego. Wskazał na Lee i zdjął rzucone na niego zaklęcie. Chłopiec jednak leżał nieruchomo, bojąc się poruszyć, wiedząc już teraz na pewno, że w głębi serca jest tchórzem.
Wtedy to się stało. Korony drzew przeszył błysk światła, błękitnobiały, złowieszczy, za którym podążały płonące gwiazdy - zupełnie jak fajerwerki, które Lee widział w Cincinnati. Powietrze naładowało się elektrycznością i mimo dużej odległości włosy chłopca stanęły dęba. Cios trafił dokładnie w cel - przez chwilę Carrie wraz z koniem byli otoczeni płomieniami niczym ciała niebieskie przesuwające się na tle słońca. Powietrze zamigotało, zawirowało i nagle wszystko zniknęło, koń i jeździec wyparowali, jakby nigdy nie istnieli.
- Biała Róża! - krzyknął jeden z czarodziejów. Zawrócił konia i ruszył przez las. Pozostali poszli w jego ślady, wrzeszcząc wniebogłosy, lecz Biali Różowcy zrobili już to, po co przybyli, i teraz się wycofywali. W ciągu kilku minut po koniach i jeźdźcach nie pozostał żaden ślad. W smugach światła widać było opadający powoli pył, na łące zapanowały spokój i cisza, jeśli nie liczyć szumu liści na wietrze.
Nim zapadła ciemność, Lee był już daleko. Siedział ze skrzyżowanymi nogami na brzegu rzeki. Księżyc wyłonił się zza drzew i w jego blasku rzeka Ohio lśniła przed nim niczym srebrna wstęga rozciągająca się w przeciwne strony. Na drugim brzegu leżało Kentucky, tajemnicza ciemność, którą przeszywały światła porozrzucanych ludzkich siedlisk.
Przed wyruszeniem w dalszą drogę Lee chwycił nóż siostry i zaczął coś kreślić na miękkim piasku na brzegu. Pisał po to, by wyryć sobie w pamięci.
Było to jedno słowo: "Wylie".
TRINITY, OHIO Ponad 100 lat później
Kiedy Jessamine odsłoniła pościel, dziecko się obudziło. Pomyślała, że mały zacznie płakać, ale on tylko spoglądał na nią poważnie jasnoniebieskimi oczyma, gdy rozchylała mu koszulkę i oglądała bliznę. Idealnie. Obawiała się, że ten zabieg go zabije, a tymczasem malec zdawał się rozkwitać. Zaledwie miesiąc po operacji pacjent przybierał na wadze, nabrał rumieńców, puls i oddech były w normie.
Nie widać przeszkód, by podróżował. Żadnych.
Zapięła mu koszulkę, zadowolona z siebie. Ci głupcy w szpitalu wszędzie widzieli problemy: nie podobały im się jej metody, to, że sprowadzała sobie własnych ludzi do pomocy, ani to, że nie pozwalała obserwować operacji.
Idioci. Może powinna była wpuścić kilku z nich na salę operacyjną. Warto by było zobaczyć ich miny przed wymazaniem im pamięci.
Oczywiście, na rezultaty tego eksperymentu trzeba będzie długo czekać. Jeśli się nie uda, to strata czasu będzie spora, ale można wiele zyskać, jeśli wszystko pójdzie po jej myśli. Może skończą się problemy z niedoborem wojowników. Nieograniczone zasoby dla potrzeb Gry. Ostateczne zwycięstwo Białej Róży.
Rozejrzała się po pokoju. Pełno w nim było dziecięcych rzeczy, więcej niż byłaby w stanie unieść. Zawsze może coś dokupić, gdy dotrą do celu. Czego potrzebuje takie małe dziecko w podróży? Pieluch i ubranek. Przenośnego fotelika. Co będzie jeść? Odżywkę? Wzruszyła ramionami. Pediatria nie była jej specjalnością.
Na dole szafy znalazła dużą torbę, w której były już pieluchy i pudełko z nawilżanymi chusteczkami. Ale żadnych butelek. Otworzyła szufladę komody i ujrzała równo ułożone stosiki maleńkich ubranek. Włożyła część z nich do torby, którą zdobiły wizerunki słoni i żyraf w pastelowych kolorach. Jessamine zmarszczyła brwi i przesunęła dłońmi po eleganckim kostiumie, a potem odsunęła z twarzy zasłonę ciemnych włosów. Nie była zachwycona tym, że będzie spacerować z torbą pieluch na ramieniu i dzieckiem na rękach. Powinna jak najszybciej wynająć kogoś do opieki nad tym brzdącem.
Wyciągnęła z szafy plastikowe nosidełko i położyła je na podłodze obok kołyski. Próbowała obniżyć jeden bok łóżeczka, lecz nie poddawał się, więc niezgrabnie się pochyliła i podniosła dziecko z materaca. Włożyła je do nosidełka i zaczęła manipulować przy zapięciu.
Jak się szuka opiekunki? Nie miała pojęcia.
- Co pani tu robi?
Jessamine podskoczyła. W drzwiach stała zaklinaczka Linda Downey. Była jeszcze dzieckiem, bosa, w dżinsach i podkoszulku. Linda to ciotka małego, przypomniała sobie Jessamine, a nie jego matka. Dobrze. Co prawda to nie miało wielkiego znaczenia, ale wolała uniknąć scen.
Jessamine wstała, zostawiwszy dziecko w foteliku z poplątanymi pasami.
- Nie wiedziałam, że ktoś jest w domu - stwierdziła, zamiast odpowiedzieć na pytanie.
Linda przechyliła głowę. Była ładna, miała długie ciemne włosy splecione w gruby warkocz. Poruszała się ze swobodnym wdziękiem, wzbudzającym w Jessamine zazdrość. Gdyby jednak lekarka miała wybierać, wybrałaby ten dar, który miała.
- Oczywiście, że ktoś jest w domu - powiedziała dziewczyna w ten zaczepny sposób typowy dla nastolatek. - Przecież nie zostawia się małego dziecka samego.
Nagłe i niespodziewane pojawienie się zaklinaczki przynajmniej rozwiązywało jeden problem.
- Cieszę się, że cię widzę - oświadczyła Jessamine władczym tonem, zataczając łuk ręką. - Potrzebuję cię, żebyś spakowała dla niego trochę rzeczy na kilka dni. Jedzenie, ubranka i tak dalej.
- Czemu? Czyżby się gdzieś wybierał?
Jessamine westchnęła, strzeliła palcami z długimi, pomalowanymi paznokciami.
- Skoro musisz wiedzieć, zabieram go.
- Co? - To pytanie zabrzmiało jak krzyk i dziecko rozrzuciło rączki, przerażone. Linda zrobiła krok naprzód. - Co to znaczy?
- Zabieram go z powrotem do Anglii. Nie martw się - dodała - będzie miał dobrą opiekę. Po prostu nie mogę pozwolić, żeby się tu marnował.
- O czym pani mówi?
- Od operacji jego... hm... wartość wzrosła - spokojnie powiedziała Jessamine.
Linda uklękła przy foteliku samochodowym i przyglądała się chłopcu, jakby w ten sposób chciała coś odkryć. Wyciągnęła palec, a dziecko go chwyciło. Podniosła wzrok na Jessamine.
- Co pani mu zrobiła?
- Potrzebował kamienia i mu go dałam. Cud. Coś, czego nikt wcześniej nie zrobił. Uratowałam mu życie. - Uśmiechnęła się, obróciła dłonie wnętrzem do góry. - Tylko że teraz jest Wajdlotwojem.
- Wojownikiem? - głos Lindy zabrzmiał jak szept. - Nie! Mówiłam pani! On jest czarodziejem! Potrzebował kamienia czarodziejów. - Linda kręciła głową, jakby zaprzeczając, mogła zmienić fakty. - Wszystko jest w jego Wajdlotksiędze. Jest czarodziejem - powtarzała z uporem.
Jessamine uśmiechnęła się.
- Już nie, o ile w ogóle nim był. Bądź rozsądna. Kamień czarodziejów bardzo trudno znaleźć. Czarodzieje żyją prawie wiecznie. Ale wojownicy... wojownicy umierają młodo, prawda?
To ostatnie zdanie zgodnie z zamierzeniem zabrzmiało okrutnie.
Teraz zaklinaczka wstała i zacisnęła pięści.
- Powinnam była wiedzieć, że nie należy ufać czarodziejce.
Jessamine wyprostowała się. Ta dziewczyna zaczynała ją już denerwować.
- Nie miałaś wielkiego wyboru, prawda? Gdyby nie ja, już by nie żył. Nie prowadzę działalności charytatywnej. Zrobiłam to, bo mam zamiar wprowadzić go do Gry. I nie zapominaj, z kim rozmawiasz, a wtedy może nie stracę cierpliwości.
Linda westchnęła głęboko i opuściła ramiona.
- Co ja powiem jego mamie?
- Nie moja sprawa. Powiedz, że umarł. - Nonwajdloci i ich problemy nie mieli dla niej żadnego znaczenia.
- Ale dlaczego musi pani zabierać go teraz? I tak nie może brać udziału w turnieju, dopóki nie dorośnie - głos dziewczyny złagodniał, stał się bardziej przekonujący. Jessamine poczuła delikatną presję, ślad mocy zaklinaczki. - Żyje, ale skąd wiadomo, że przejawi moc? I co pani zamierza z nim robić do tego czasu?
Jessamine wzruszyła ramionami.
- Może zabiorę cię ze sobą, żebyś go pilnowała - odparła. - Za rok czy dwa można by cię sprzedać na Targu. - Dziewczyna też powinna przynieść niezłą sumkę, w każdym razie gdyby to Jess o tym decydowała. Zaklinacze, tak jak i wojownicy, nie trafiali się często.
Linda zrobiła krok w tył.
- Nie zrobi pani tego!
- No to nie próbuj ze mną tych swoich sztuczek zaklinaczy. Poświęciłam mu już dostatecznie dużo czasu. Mam zamiar czuwać nad swoją inwestycją, póki nie dorośnie.
- Jeżeli dorośnie. O ile nikt inny wcześniej go nie znajdzie. - Linda błagalnie rozłożyła ręce. - Wszyscy wiedzą, że jest pani Prokurentem Wojowników dla Białej Róży. Jak długo przeżyje, jeśli będzie z panią?
Trafiła w sedno. Kamień, którego Jess użyła, pochodził od siedemnastoletniej wojowniczki, jej niedawnej podopiecznej, która już nie weźmie udziału w turnieju. Zabili ją agenci Czerwonej Róży, widząc, że nie uda im się jej uprowadzić. To wbrew regułom, ale przecież zasady dotyczące Wajdlotów nieczarodziejów powstały po to, by je łamać.
- Rozumiem, że masz dla mnie propozycję?
- Niech wychowają go rodzice. Pani wróci i zabierze go później.
Dziecko potarło oczy i wydało jękliwy pisk, a jego twarz stała się sinoczerwona. Dziwaczne istoty, te dzieci, pomyślała Jessamine. Dziwaczne, nieprzewidywalne i brudne.
- Może być trudno go potem opanować, jeśli nie zostanie odpowiednio przyuczony - odparła Jess.
Linda uniosła brwi.
- Chce pani powiedzieć, że czarodziej nie poradzi sobie z wojownikiem?
Jessamine skinęła głową na znak zgody.
- A jeśli ktoś inny wciągnie go do Gry?
- W Trinity? Nikomu nie przyjdzie do głowy go tu szukać. To idealne miejsce. Jest pani uzdrowicielką-lekarzem. Niech pani stłumi jego moc, żeby się nie wyróżniał. - Linda usiadła obok dziecka i przygładziła mu rudozłoty puszek na jego główce. - Może go pani z łatwością mieć na oku. Jego rodzice są Nonwajdlotami. Na nich łatwo wpływać. Powie im pani, że musi go regularnie widywać. Becka zrobi, cokolwiek pani każe. Przecież uratowała pani życie jej synowi.
Jessamine musiała przyznać, że propozycja zaklinaczki brzmiała kusząco. Lata upłyną, zanim chłopaka można będzie wykorzystać, a tymczasem byłyby z nim tylko kłopoty. To rozwiązanie pozwalało zneutralizować bachora i trzymać go z dala do chwili, gdy będzie się nadawał do szkolenia.
Spojrzała w błękitno-złote oczy zaklinaczki.
- A ty? Czy na ciebie łatwo wpływać? Będziesz w stanie go oddać, gdy nadejdzie pora?
Linda spojrzała w dół, na dziecko.
- Jak już pani mówiła, nie mam wielkiego wyboru, prawda?
- Jack!
Głos matki gwałtownie wdarł się w sen i Jack niechętnie otworzył oczy. Od razu poznał, że jest późno. Światło straciło już akwarelowe odcienie wczesnego ranka i silnym strumieniem wpadało przez okno. Poprzedniej nocy za długo wpatrywał się w gwiazdy. Był nów i niektóre konstelacje zniknęły za horyzontem dopiero po północy.
- Idę! - krzyknął. - Jestem prawie gotowy! - skłamał, stawiając stopy na drewnianej podłodze. Jego dżinsy leżały rzucone niedbale obok łóżka, tam gdzie zdjął je wczoraj wieczorem. Wciągnął je na siebie, wyjął z szuflady czysty podkoszulek i przerzucił sobie przez ramię parę skarpetek.
Szybko pomknął do łazienki. Nie miał czasu na prysznic. Umył twarz, zwilżył palce i przeczesał nimi włosy.
- Jack! - głos matki zdradzał coraz większe zniecierpliwienie.
Chłopak zbiegł po schodach i wpadł do kuchni.
Mama czekała na niego z płatkami i sokiem pomarańczowym. Wyraźnie była rozkojarzona, bo nalała mu też filiżankę kawy. Swoje płatki zostawiła niedokończone i grzebała w stercie papierów.
Cała Becka. Jego matka to kobieta tysiąca zainteresowań. Chociaż zrobiła doktorat ze średniowiecznej literatury i była magistrem prawa, z trudem ogarniała własne gospodarstwo domowe, takie rzeczy jak plan lekcji, pieniądze na obiady czy terminowe zwroty książek do biblioteki. Od najmłodszych lat Jack zajmował się organizowaniem tych spraw dla siebie i dla niej.
Becka spojrzała na zegarek i jęknęła.
- Muszę się ubrać! Za godzinę powinnam być na spotkaniu! - Przesunęła w jego stronę niebieską butelkę. - Nie zapomnij wziąć lekarstwa. - Włożyła papiery do dużej aktówki. - Rano będę w bibliotece, a po południu w sądzie.
- Pamiętasz, że po szkole mam trening piłki nożnej? - zapytał Jack. - Tak tylko ci przypominam, gdybyś wróciła do domu pierwsza.
Jego matka lubiła się martwić. Zawsze powtarzała, że to dlatego, że jako dziecko omal nie umarł. Jack uważał, że to już taka cecha charakteru. Jedni o wszystko się martwią, inni nie. Podejrzewał, że jego ojciec należał do tych drugich. Może trudno się o kogoś martwić, gdy dzieli cię od niego przestrzeń trzech stanów.
- Trening - powtórzyła Becka poważnie, jakby starając się to wryć sobie w pamięć. Po chwili pobiegła na górę.
Ktoś zapukał do drzwi. Jack podniósł wzrok, zdumiony.
- Cześć, Will. Wcześnie przyszedłeś.
Will Childers pochylał się, próbując zajrzeć przez szybę. Był wyższy od dość wysokiego Jacka, a przy tym tak solidnie zbudowany, że mógł grać blokiem w drużynie futbolowej. Futerał na trąbkę w jego ręku wyglądał jak zabawka.
- Jack! Musimy się spieszyć! Mamy dzisiaj próbę zespołu, bo w przyszłym tygodniu jest koncert.
Jack uderzył się dłonią w czoło i zaniósł miskę z płatkami do zlewu. Wsunąwszy stopy w buty, których nawet nie rozwiązał, chwycił plecak z książkami leżący przy drzwiach. Na szczęście jego saksofon był w szkole.
- I bez tego szkoła zaczyna się za wcześnie - mruknął, szybko idąc za Willem ulicą.
Przeszli przez trawnik i szli dalej między szkolnymi budynkami z piaskowca. Trinity to typowe studenckie miasteczko Środkowego Zachodu, niczym z widokówki; wzdłuż ulic ciągną się wiktoriańskie domy, stare dęby i klony. Wielu mieszkańców mogłoby wymienić każdy grzech, jaki Jack kiedykolwiek popełnił. W końcu mieszkał tu całe życie.
Dzięki Willowi spóźnili się na próbę tylko kilka minut. Dopiero kiedy Jack zasiadł w sali i usłyszał pierwszy dzwonek, przypomniał sobie, że zapomniał przed wyjściem wypić lekarstwo.
Zaskakujące było, że jeszcze nigdy dotąd mu się to nie zdarzyło. Ten imponujący wynik był zasługą jego matki. Zażywanie przez niego leku było jej priorytetem. Nigdy o tym nie zapomniała, nawet tym razem. To on nawalił.
Jack dobrze znał całą historię. Jessamine Longbranch, słynna londyńska kardiolożka, przybyła zza oceanu, by wyrwać go ze szponów śmierci. Nadal odwiedzała Stany raz albo dwa razy do roku i dokładnie go badała.
Te wizyty kontrolne były co najmniej dziwne. Jack rozbierał się do pasa, a ona pobieżnie go badała, przesuwając dłońmi po mięśniach jego ramion, nóg i klatki piersiowej, słuchała serca za pomocą nietypowego stetoskopu w kształcie stożka, mierzyła jego wzrost, wagę i ciśnienie krwi, po czym oświadczała, że jest zdrowy.
Zawsze podczas tych wizyt czuł się jak kawał mięsa, który się ogląda i obmacuje, by ocenić zawartość tłuszczu i kości. Wypytywała go również o to, czy uprawia sport. Dozorca domu, w którym mieszkali, Nick, mówił, że dziwne zachowanie jest częste u chirurgów: wolą mieć do czynienia z pacjentami uśpionymi do operacji.
Każda wizyta kończyła się przypomnieniem o zażywaniu leku. Doktor Longbranch zawsze przywoziła ze sobą nowy zapas, a później matka sprowadzała kolejne porcje z jej gabinetu w Londynie. To lekarstwo w niebieskiej butelce stało się czymś w rodzaju talizmanu, eliksirem, który chroni przed złem.
Wiedział, że w domu nie ma nikogo, kto mógłby mu je przynieść. Becka jest w bibliotece, potem pójdzie do sądu i w obu miejscach trudno się z nią skontaktować. Matka nie nosiła przy sobie komórki, bo uważała, że wywołują raka mózgu.
Może uda mu się złapać Nicka w domu albo w jego mieszkaniu. Nick odbierał telefony, kiedy wykonywał drobne prace remontowe, ale nigdy nie sprawdzał poczty głosowej. A może Penworthy pozwoli mu iść do domu i zażyć lek. Warto spróbować. Kiedy zadzwonił dzwonek kończący lekcję, Jack poprosił o formularz przepustki.
Leotis Penworthy, dyrektor gimnazjum w Trinity, stał na korytarzu i wyłapywał tych, którzy nie zdążyli wejść do klas, oraz nieszczęśników, którzy jeszcze wchodzili przez główne drzwi.
Penworthy był w spodniach do kostek i bladoniebieskiej, o trzy numery za małej sportowej marynarce z poliestru. Fałdy tłuszczu wylewającego się górą ze spodni przysłaniały pasek. Twarz miał zawsze zaróżowioną, jakby ucisk w pasie sprawiał, że krew uderza mu do głowy.
- Fitch! - krzyknął, łapiąc za kołnierz chłopca, który próbował się obok niego prześlizgnąć. - Wiesz, która godzina?
Ten widok był groteskowy. Strój Fitcha stanowiła chaotyczna zbieranina odzieży z drugiej ręki i za dużych ubrań z demobilu - rękawy miał podwinięte, spodnie spięte paskiem, żeby nie zsuwały się z jego szczupłej talii. Obrazu dopełniały jasne włosy tlenione na końcach i trzy kolczyki w jednym uchu.
- Przepraszam - powiedział Fitch. Spojrzał na Jacka ponad ramieniem Penworthy'ego i z powrotem wbił wzrok w podłogę. Kąciki jego ust lekko drgnęły, lecz głos miał poważny. - Musiałem rano zaktualizować stronę i chyba straciłem poczucie czasu. - Fitch był webmasterem szkolnej strony internetowej i nieoficjalnym administratorem systemów komputerowych. Tanie źródło wyspecjalizowanej wiedzy technicznej.
- Nie myśl sobie, że możesz wykorzystywać stronę internetową jako wymówkę. Daliśmy ci komputer, żebyś mógł wykonywać potrzebne prace w wolnym czasie.
Harmon Fitch zawsze się spóźniał. Jego matka pracowała na nocną zmianę i to on musiał wyprawiać do szkoły czworo młodszego rodzeństwa.
- Proszę pana - wtrącił Jack - przepraszam... Ja... yyy... zapomniałem czegoś w domu i chciałem zapytać, czy nie mógłbym po to pójść - starał się mówić obojętnym tonem.
Dyrektor przeniósł uwagę na Jacka. Penworthy wyraźnie nim pogardzał i okazywał to na setki sposobów.
- Jack Swift - powiedział, rozciągając usta w zdradzieckim uśmiechu. - To niewiarygodne, że chłopak o twojej inteligencji może być tak roztrzepany.
- Ma pan rację - odparł Jack uprzejmie - przepraszam. Jeśli pan pozwoli, to pójdę do domu i wrócę, zanim skończy się lekcja wychowawcza.
Fitch był już w połowie korytarza. Penworthy nie zwracał na niego uwagi. Miał teraz nowy, lepszy cel.
- Bardzo mi przykro - powiedział w sposób, który świadczył o czymś wręcz przeciwnym. - Uczniom nie wolno opuszczać budynku w godzinach zajęć. To kwestia odpowiedzialności.
Jack nie chciał mówić dyrektorowi o lekarstwie. Nie było to coś, czym lubił się dzielić. Wiedział jednak, że w tej informacji tkwi klucz do jego przepustki.
- Muszę zażyć lekarstwo. Na serce. Zapomniałem o tym rano.
Penworthy skrzywił się z niezadowoleniem i zaczął się kiwać na piętach jak nadmuchiwana lalka, która podnosi się po uderzeniu. Jack wiedział, że w takiej sytuacji dyrektorowi trudno będzie odmówić (kwestia odpowiedzialności). Penworthy jednak miał własną broń.
- Dobrze - warknął. - Weź przepustkę z sekretariatu i idź do domu. Ale zostaniesz po lekcjach, żeby odrobić ten czas.
- Nie mogę - zaprotestował Jack. - Dzisiaj są kwalifikacje do drużyny piłkarskiej.
- Cóż, Swift, niech to będzie nauczka na przyszłość. - Jasne oczy Penworthy'ego zalśniły triumfem. - Nic tak nie wzmacnia pamięci jak poniesienie konsekwencji.
Jack wiedział, że wpadł jak śliwka w kompot. Jeśli nie pójdzie na kwalifikacje, nie zostanie przyjęty do drużyny. A sądził, że ma w końcu szansę dostać się do juniorów.
- W takim razie nie pójdę - powiedział i odwrócił się w stronę automatów telefonicznych obok sekretariatu. Becka nie pozwalała mu nosić komórki. - Zadzwonię do domu i zobaczę, czy ktoś nie da rady mi tego przynieść.
- Tylko niech to będzie dorosły - upomniał go Penworthy. - Mamy tu politykę zero tolerancji dla narkotyków.
W domu nikt nie odbierał. Tak samo w mieszkaniu Nicka. Chyba nic się nie stanie, jeśli przyjmę lek kilka godzin później, pomyślał. Nie przypominał sobie, by w całym swoim szesnastoletnim życiu chociaż raz miał jakiekolwiek objawy choroby. O ile wiedział, operacja go wyleczyła. Longbranch nigdy nie wyjaśniła dokładnie, jak działa to lekarstwo. Jego matka, która w innych sprawach zawsze miała mnóstwo pytań, w tym wypadku bez cienia wątpliwości traktowała nieznaną miksturę niczym magiczny eliksir.
Zresztą czuł się dobrze. Gdyby wystąpiły jakieś objawy, powie, że źle się czuje, i będą musieli puścić go do domu. Odłożył słuchawkę na widełki i wrócił do klasy.
Siedział na miejscu nie dłużej niż minutę, kiedy Ellen Stephenson klepnęła go w ramię.
- Jakie wyniki ci wyszły w eksperymencie o oddychaniu? - szepnęła. - Robiłam to wczoraj wieczorem i coś nie chce mi się zgodzić.
Jack pogrzebał w tornistrze i podał jej teczkę z notatkami.
- Mnie też. Zastanawiałem się, czy maszyna była dobrze skalibrowana.
Ellen pochyliła się nad jego arkuszem. Czytała niechlujne notatki, odruchowo odgarniając za uszy brązowe włosy sięgające podbródka. Te jej włosy, proste i lśniące, otaczały głowę niczym hełm. Obróciła się na krześle, by wyciągnąć w bok długie nogi. Coś się w niej zmieniło, ale Jack nie potrafił stwierdzić co.
Szminka. Miała na ustach różową szminkę. Nie przypominał sobie, by wcześniej widział ją z makijażem. Cicho stukał palcami o blat, gdy ona przeglądała jego obliczenia. Od dawna nie dostrzegał wokół nikogo poza swoją byłą dziewczyną Leeshą.
- Twoje dane są tak samo zmienne jak moje - zgodziła się, zwracając mu teczkę. Ich dłonie dotknęły się na chwilę i Ellen gwałtownie cofnęła rękę. Teczka upadła na podłogę i wysypały się z niej kartki.
- Ojej, przepraszam. - Uklękła obok ławki i nerwowo zgarniała papiery. Podniosła wzrok i w milczeniu wyciągnęła w stronę Jacka zebrany plik. Jej oczy były jasnoszare, przysłonięte zwiewną zasłoną rzęs, nos miał niewielki wzgórek, jakby kiedyś był złamany. Jack z trudem oparł się pokusie, by wyciągnąć rękę i go dotknąć. Wsunął papiery z powrotem do teczki i pomógł Ellen wstać.
To znowu wprawiło ją w popłoch. Nerwowo gładziła spódnicę i bawiła się włosami.
- No to... może zapytamy pana Marshalla na lekcji?
- Zapytamy...? A tak, dobrze. - Chłopak odchrząknął. - Jak chcesz.
Dzwonek wydał mu się zaskakująco głośny. Jack zaczął pakować książki.
- Hm... Jack?
Podniósł głowę i zobaczył, że Ellen, z plecakiem przewieszonym przez ramię, stoi między nim a drzwiami.
- Może byśmy się dzisiaj razem pouczyli do testu z historii? - zaproponowała. - Mam dobre notatki - dorzuciła. - Moglibyśmy... porównać nasze notatki.
Jack patrzył na nią zdumiony. Ellen nigdy wcześniej nie okazywała mu zainteresowania. Zawsze był przeciętny. Ona była w tej szkole nowa, a już zdążyła sobie wyrobić reputację prymuski. Zwrócił już na nią uwagę na niektórych zajęciach dodatkowych.
Może nie ma nic lepszego do roboty, pomyślał. Ciężko jest zmieniać szkołę w drugiej klasie. Ellen nie była zbyt towarzyska. Nie widywał jej na dyskotekach ani w pubie Corcoran's po meczach.
Była całkiem miła, a Jack z nikim nie chodził, odkąd Leesha go rzuciła dla tego głupka Lobecka. On też pewnie będzie na kwalifikacjach...
Kwalifikacje...
- Bardzo bym chciał. To znaczy... szkoda, ale nie mogę - powiedział, zarzucając plecak na ramię. - Mam dzisiaj kwalifikacje do drużyny piłki nożnej i nie wiem, kiedy się skończą.
- Piłki nożnej? - powtórzyła, obrzucając spojrzeniem całą jego sylwetkę. - Naprawdę? Grasz w drużynie?
Jack wysłał cichą modlitwę bogom piłki nożnej.
- Mam nadzieję.
- W porządku - rzuciła, odrywając od niego wzrok i oblewając się rumieńcem. - Jasne, może innym razem. - Poprawiła sobie plecak na ramieniu i ruszyła ku drzwiom z taką gracją i gibkością, że Jackowi zaparło dech.
- Hej, Ellen! - zawołał. Zatrzymała się w drzwiach i obróciła. - Innym razem, obiecujesz? - Uśmiechnął się. Ona odpowiedziała nieśmiałym uśmiechem i wyszła.
Głupek, zganił się w myślach. Prawdziwy palant. Wiedział z doświadczenia, że dziewczyny nie proszą dwa razy. Miał dużo koleżanek, większość z nich znał jeszcze z czasów, kiedy w przedszkolu wspólnie pili sok jabłkowy i jedli ciasteczka owsiane. Niełatwo było znaleźć sposób, by coś zmienić w takich relacjach. Małe miasteczka są takie... niemal kazirodcze.
Leesha Middleton była inna. Sprowadziła się do Trinity w ubiegłym roku. Z nią się nie zaprzyjaźniało. Jej się poddawało. Mogła chodzić z każdym, ale wybrała Jacka. A teraz Lobecka.
Ellen też była nowa. Hm... chyba powinien zrobić następny krok.
W przerwie obiadowej Jack jeszcze raz próbował zadzwonić do domu. Potem dzwonił do biura mamy, ale Becka nie zjawiła się w Bernice. Wzruszył ramionami, wyobrażając sobie reakcję matki, gdy dostanie wiadomość późnym popołudniem. Jeśli wszystko się dobrze ułoży, on będzie w domu pierwszy. Zresztą czuł się dobrze. Nawet świetnie.
Gdy Jack i Will wyszli na boisko za szkołą, kilku wcześnie przybyłych pomagało Tedowi Slansky'emu, trenerowi, ustawiać bramki. Raz na jakiś czas zza chmur wyłaniało się słońce, lecz miało się wrażenie, że raczej odbiera ciepło, niż je dostarcza.
Na trybunach tu i ówdzie byli widzowie: zainteresowani rodzice, trenerzy, przyjaciele. Jack przysłonił oczy i rozejrzał się, ciekaw, czy zobaczy kogoś znajomego.
- Flaga na maszt! - odezwał się Fitch za jego plecami. - Oto królowa ze swoim dworem.
Jack ujrzał grupkę graczy z drużyny licealnej, otaczających półokręgiem jedną z trybun niczym planety krążące wokół Słońca. Leesha.
- Co ona tu robi? - Westchnął z irytacją. - Przecież nie znosi piłki nożnej. - Pytanie było czysto retoryczne.
- Nie naszą sprawą jest pytać, tylko służyć, podziwiać i pragnąć.
Fitch chyba nie zdawał sobie sprawy, jakie to było irytujące. Najwyraźniej.
- Zamknij się.
Uśmiech Fitcha zniknął.
- No co ty, chłopie. Nie masz czego żałować, wierz mi.
Jack stanął plecami do widowni. Przyszło sporo osób. Starał się myśleć pozytywnie. Był dobrym graczem, grał w środkowym polu i w ataku, ale nigdy nie był gwiazdą.
- Patrzcie, kto się wybrał na kwalifikacje! Toż to Jackson Downey Swift. A może Swift Downey Jackson? Nigdy nie wiem. - Jack od razu rozpoznał ten głos. Poczuł między łopatkami uderzenie piłki. Mocne uderzenie. - To się nazywa podanie - oświadczył Garrett Lobeck. - Lepiej uważaj, jeśli chcesz grać z mężczyznami.
Jack się obrócił. Lobeck uśmiechał się drwiąco, przekonany, że powiedział coś dowcipnego. Był jednym z czterech braci powszechnie uważanych za przystojnych, niewychowanych, ze skłonnością do wszczynania awantur na boisku i poza nim. Siedemnastoletni Garrett był najmłodszy i wiele wskazywało na to, że będzie najgorszy spośród rodzeństwa.
- Może wymaluj sobie nazwisko na tyłku, żeby trener wiedział, że twoja mama jest w radzie szkoły - ciągnął Lobeck. - To chyba jedyny sposób, żebyś się dostał do drużyny.
- Ja też się dziwię, że cię tu widzę - odpowiedział Jack. - Myślałem, że cię zdyskwalifikowali po tym meczu z Garfield w ubiegłym roku.
Rok wcześniej Lobeck złamał nogę bramkarzowi po nieczystej zagrywce w polu karnym. Wywołało to nieprzyjemne reperkusje. Garrett był jednak utalentowanym zawodnikiem, a jego ojciec posiadał pół miasteczka, pozwolono mu więc grać jesienią. Becka była jedynym członkiem rady szkoły głosującym przeciwko tej decyzji.
Jack podrzucił piłkę stopą, pożonglował nią chwilę i podał do Fitcha.
- Z tego wynika, że czynna napaść jest w porządku. Czy reguły dotyczące nauki też wyrzucili na śmietnik? A może jesteś na specjalnym toku nauczania dla idiotów?
Chwilę trwało, nim do Lobecka dotarło znaczenie tych słów. Widocznie jednak jasno zrozumiał określenie "idiota", bo jego twarz nabrała barwy głębokiej purpury, a on zrobił krok w stronę Jacka.
Wtem zjawił się przy nich Will.
- Co jest, Lobeck? Brakło już szóstoklasistów do zaczepek?
Lobeck był potężny, ale Will należał co najmniej do tej samej kategorii wagowej, a jego ciało składało się z samych mięśni. Lobeckowi nie spodobał się nowy układ sił.
- Daj spokój, Childers. Nie ma się co podniecać. - Lobeck popatrzył krzywo na Jacka i oddalił się.
Zaczęli od dryblowania, podań, rzutów i strzałów do bramki. Jack stał na linii bocznej, czekając na swoją kolej, gdy usłyszał kolejny znajomy głos.
- Jack-son - wymówiła jego imię w dwóch osobnych sylabach. - Nie masz zamiaru się przywitać?
Musiał się obrócić, bo wyraźnie zwracała się do niego.
- Cześć, Leesha.
Miała na sobie bladoróżową bluzę z kapturem, jej gęste ciemne loki obejmowała ozdobna spinka. Położyła mu dłoń na ramieniu. Wpatrywał się w jej palce, z trudem przełykając ślinę i starając się ignorować głośne pulsowanie w uszach.
- Czasem mi ciebie brak. - Brązowe oczy spoglądały niewinnie wprost na niego.
Nie dał się złapać w tę pułapkę.
- Nie wątpię - miał nadzieję, że udało mu się powiedzieć to spokojnie. Rozejrzał się po boisku, wiedząc, że kiedy Leesha się dąsa, między jej brwiami powstaje cienka zmarszczka, a dolna warga się wysuwa. Cały czas trzymała dłoń na jego ramieniu.
- Wciąż nie jestem pewna co do Garretta - stwierdziła. - On bywa taki... zaborczy. - Kiedy Jack nie odpowiadał, Leesha dodała: - Przyjdziesz na moje przyjęcie?
- Co? - nie ukrywał zaskoczenia.
- Przyjdziesz na moją imprezę? Będzie w klubie nad jeziorem.
Zbliżała się jego kolej w kwalifikacjach. Jack zdjął z ramienia rękę Leeshy. Ona jednak chwyciła go za bluzę, wspięła się na palce i pocałowała w policzek. Niewinny pocałunek, ale Jack odskoczył jak oparzony.
- Przyślę ci specjalne zaproszenie - obiecała, schodząc mu z drogi.
Coś kazało mu spojrzeć ponad jej głową na widownię. Zobaczył Ellen Stephenson, wpatrującą się w niego i Leeshę. Ellen odwróciła się i zwinnie zeskoczyła ze swojego miejsca. W kilku długich krokach dotarła do bramy i zniknęła za nią.
Klnąc pod nosem, Jack stanął twarzą do boiska... by napotkać wzrok Garretta Lobecka, wyglądającego jak gradowa chmura, która właśnie spadła na ziemię.
- Swift!
Przyszła jego kolej. Wreszcie. Rzucił piłkę.
Zaczęli serię potyczek, podczas których zmieniali się na różnych pozycjach.
Jack przesuwał się z obrony na środkowe pole i dalej, w kierunku ataku. Psychicznie był rozbity, ale fizycznie czuł się dobrze, w ogóle się nie męczył, mimo że cały czas pozostawał na boisku. Dobrze było znowu grać po długiej zimowej przerwie. Wieczorne słońce rzucało na murawę ukośne promienie, które oślepiały go, gdy podnosił głowę. Boisko wciąż było wilgotne, a po półtoragodzinnej grze stawało się śliskie.
Jack właśnie odebrał długie podanie od Harmona Fitcha i obrócił się, by przekazać je dalej, gdy nagle się poślizgnął. Upadł ciężko na wznak w błoto. Dopiero po chwili odzyskał oddech. Wsparłszy się na łokciach, zobaczył Lobecka posuwającego się z piłką w przeciwną stronę. Lobeck - król wślizgu.
Fitch pomógł mu się podnieść.
- Wszystko w porządku?
Jack odepchnął jego dłoń. Wpatrywał się w Lobecka. Chyba już czas dać mu nauczkę.
Fitch to zauważył.
- Nie, Jack. Na tej drodze grożą choroby i śmierć [1]. Musisz sam wybierać swoje bitwy. Poczekaj na jakiś maraton matematyczny albo coś takiego. Niech ma za swoje. - Uśmiechnął się. - Jeśli chcesz, włamię się do komputera i zmienię mu oceny... Chociaż wątpię, czy w tej dziedzinie można mu zaszkodzić.
Jack wytarł ubłocone dłonie w bluzę. Fitch miał rację. Nie wygrałby z Lobeckiem. Zresztą nic mu się nie stało. Był tylko przemoknięty, ale w ogóle nie zmarzł pomimo wiatru. Czuł mrowienie w kończynach, jakby po długiej przerwie wracało w nich krążenie. Rozejrzał się po boisku i miał dziwne wrażenie, że widzi wszystko wyraźniej niż zwykle - potrafi przewidywać ruchy zawodników, określać położenie przeszkód na swej drodze.
Drużyna Lobecka strzeliła gola. Już po chwili akcja przeniosła się pod przeciwną bramkę. Jack wprowadził piłkę do rogu, a wtedy przed nim jak spod ziemi wyrósł Garrett ze zjadliwym uśmieszkiem. Jack przeszedł z piłką w lewo i skierował się ku środkowi boiska. Wyczuwał Lobecka za sobą, kątem oka widział jego potężny cień, kiedy oddawał strzał. Zaraz potem wykonał pół obrotu z rękami w górze, z otwartymi dłońmi, i czekał na cios.
Nie umiał powiedzieć, co było potem. Gdy piłka minęła słupek, Jack rozrzucił ramiona, aby przyjąć na siebie rozpędzonego napastnika. Nagle poczuł w swoim wnętrzu detonację - coś przypominającego rozgrzany metal przepłynęło przez jego ręce i wystrzeliło z koniuszków palców. Lobeck wrzasnął i poleciał w ślad za piłką do siatki. Uderzył z taką siłą, że omal nie wystrzelił z powrotem na boisko. Leżał otumaniony przez dobre pięć sekund, aż wreszcie powoli obrócił się na brzuch i podparł na czworakach. Po minucie czy dwóch zaczął równomiernie oddychać. Wtedy, niczym z ponownie uruchamiającego się silnika, posypały się z niego przekleństwa.
- Sfaulowałeś mnie! - warknął, mierząc w Jacka grubym palcem. - Wepchnąłeś mnie do bramki. - Trząsł się ze złości i oburzenia.
- Nawet cię nie dotknąłem! - Jack miał wrażenie, że pot bucha z niego niczym para. Wciąż odczuwał mrowienie, lecz teraz krążący w nim płyn jakby wysychał. Podniósł wzrok na trybuny. Leesha pochyliła się naprzód i obserwowała ich z zainteresowaniem. O ile nudziła ją piłka nożna, o tyle uwielbiała bijatyki.
Lobeck z trudem się podnosił. Z przodu był cały utytłany w błocie, z rozciętej wargi sączyła się krew.
- Wrzuciłeś mnie do bramki! - Spojrzał w stronę bramkarza, szukając u niego wsparcia. - Prawda?
Bramkarz wzruszył ramionami. Nie widział tego, bo był skupiony na obronie gola.
Jack rozstawił nogi i uniósł ręce, szykując się na atak. Ku jego zdziwieniu Lobeck skrzywił się tylko i zrobił krok w tył. A przecież był co najmniej dwadzieścia kilo cięższy od Jacka!
- Daj spokój, Garrett - wtrącił Will. - Między tobą a Jackiem było mnóstwo miejsca. Musiałeś się potknąć. Strzał był czysty. W ogóle nie wyglądało, jakbyś szedł za piłką.
Trener Slansky stał przy samej linii, obserwując grę. Lobeck spojrzał na niego z grymasem niezadowolenia, po czym spiorunował wzrokiem Jacka.
- Dobrze, chłopcy, koniec na dzisiaj. Chyba już widziałem wszystko, co chciałem. Poza tym zanosi się na deszcz lub śnieg - oznajmił Slansky.
Lobeck złapał swoją torbę i butelkę z wodą i zszedł z boiska. Will, Jack oraz kilku innych zawodników pomogło Slansky'emu pozbierać sprzęt. Słońce skryło się za chmurami; niebo na zachodzie wyglądało złowieszczo. Will i Jack wzięli swoje rzeczy z szatni i ruszyli w stronę parkingu. Leeshy już nie było.
- Dziwne - powiedział Will. - Zapowiadali na dzisiaj ładną pogodę.
Wyszli na ulicę. Gdy przechodzili przez teren szkoły podstawowej, wiatr mocno targał huśtawkami i drzewami iglastymi wzdłuż parkingu. Na ziemi walał się gruz. Jacka przeszył dreszcz. Czuł się dziwnie bezbronny pod tym rozpalonym niebem.
- Dobry strzał, Jack - wesoło zauważył Will. - Szkoda, że nie miałem aparatu. Mina Lobecka była bezcenna.
Jack wzruszył ramionami i szczelniej owinął się kurtką.
- Naprawdę nie wiem, jak to się stało. Chyba rzeczywiście się potknął. - Uważnie przyglądał się ulicy przed sobą, która wyglądała jak pusty tunel pod coraz cięższymi drzewami. Szpaler rózg. Włosy mu się zjeżyły. Czemu jest taki niespokojny? Lobeck wyszedł wcześniej, ale raczej mało prawdopodobne, by przygotował jakąś zasadzkę. Nie w obecności Willa.
Obejrzał się za siebie akurat w chwili, gdy spomiędzy dwóch domów wyłoniła się jakaś postać, która szybko posuwała się w ich stronę, jakby płynąc ponad trawą. Ktoś ubrany w długą szatę powiewającą wokół nóg, zbyt wysoki i szczupły jak na Garretta Lobecka.
- Will! - Jack chwycił przyjaciela za ramię. Will obrócił się i spojrzał we wskazanym kierunku. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Dzień dobry, Nick! - krzyknął. - Skąd się tu wziąłeś?
Tajemnicza postać w jednej chwili nabrała znanych kształtów. Znajoma gładko przystrzyżona broda, przeszywający wzrok czarnych oczu, siwa grzywka. Czemu wydawał się taki obcy? Kiedy jednak Nick Śnieżnobrody się odezwał, jego głos brzmiał obco.
- Jack! - rozległo się niczym świśnięcie batem, po którym Jack posłusznie się obrócił. - Biegnij do domu zażyć lekarstwo! Pospiesz się! Matka na ciebie czeka.
- Nick? - zapytał Jack niepewnie.
- Powiedziałem, idź! Will, dopilnuj, żeby tam dotarł. Porozmawiamy później. - Nick odwrócił się od nich i spojrzał w głąb ulicy na budynek gimnazjum. Will chwycił Jacka za ramię i dosłownie ciągnął go do domu.
Puścili się pędem, ramię w ramię, miarowo uderzając butami o chodnik. Jack przypomniał sobie wiadomość pozostawioną na sekretarce. Widocznie Becka wysłała Nicka, żeby go odnalazł. Była zła, że poszedł na trening, zamiast jak najszybciej wrócić do domu. Jego sytuacja nie wyglądała najlepiej.
Zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście musi pędzić do domu, żeby zażyć lekarstwo, ale wtedy już skręcali w ulicę Jeffersona.
Pomimo brzydkiej pogody wielu sąsiadów kręciło się przy domach. Mercedes krzątała się po ogrodzie w grubej, bawełnianej japońskiej kurtce. Ze swoimi długimi, szczupłymi nogami i ostrymi rysami wyglądała jak egzotyczny ptak brodzący.
- Jackson! - zawołała na jego widok z wyraźną ulgą. - Idź szybko do domu. Matka cię szuka!
Iris Bolingame aż przechyliła się przez furtkę, żeby powiedzieć mu to samo. Była to wysoka, postawna kobieta z długimi jasnymi włosami splecionymi w gruby warkocz ozdobiony szklanymi koralikami, co sprawiało, że wyglądała niczym nordycka bogini. Nawet Blaise Highbourne z zaciekawieniem zaglądała w boczne uliczki. Jakby cała dzielnica była zainteresowana sprowadzeniem Jacka do domu.
Cóż, tak wygląda życie w małym miasteczku. Wszyscy wszystko wiedzą.
Gdy rozstawali się z Willem na chodniku, zacinał deszcz ze śniegiem. Jack wszedł do domu, żeby naprawić to, co zaniedbał.
Matka z twarzą pobladłą od płaczu siedziała przy stole w kuchni, otoczona wianuszkiem jednorazowych chusteczek niczym darami ofiarnymi w świątyni.
- Jack! - Zerwała się na równe nogi. - Dopiero godzinę temu wróciłam do domu. Kiedy odebrałam twoją wiadomość, tak bardzo się zaniepokoiłam. Długo nie przychodziłeś... - głos jej się załamał.
- Przepraszam, mamo. Chciałem przyjść i zażyć lekarstwo, ale pan Penworthy mnie nie puścił. No, może by mi pozwolił, ale musiałbym zostać po lekcjach. A wtedy nie poszedłbym na trening... - zawahał się, widząc, że tylko pogarsza sprawę - ... pamiętasz, mówiłem ci o tym treningu.
- Piłka nożna! Trzeba było wrócić od razu do domu! Ja już dzwoniłam do szkoły, do szpitala i na policję. Wszyscy sąsiedzi cię szukają - teraz była naprawdę wściekła.
Skinął głową, zaczerwieniony ze wstydu.
- Wiem, spotkałem Nicka.
- Nicka? - zapytała zaintrygowana. - Nawet z nim nie rozmawiałam. - Po chwili wróciła do tematu: - Dlaczego byłeś tak nierozsądny? Przecież twoje serce mogło nie wytrzymać...
- Mamo, czuję się bardzo dobrze, uwierz mi.
Mówił prawdę. Mimo trzygodzinnego treningu i upadku w błoto niemal w ogóle nie czuł zmęczenia. Trudno to było wytłumaczyć. Świat dookoła zdawał się niezwykle wyrazisty, o konturach ostrzejszych niż zazwyczaj. Wszystko było jasno zarysowane. Wiatr wył głośno, o dach uderzały kryształki lodu. Stare okna skrzypiały w drewnianych ramach. Jack miał ochotę wyjść na zewnątrz, na ten wiatr, zacisnąć pięści i wyć wraz z nim.
- Jak ty wyglądasz! Masz błoto we włosach! - westchnęła mama i przyciągnęła go do siebie, żeby przytulić. Sięgnęła po stojącą na stole butelkę. - Doktor Longbranch mówiła, że gdybyś kiedyś zapomniał, masz zażyć lekarstwo, kiedy tylko sobie przypomnisz.
Nalała na łyżkę stołową brązowego płynu i podała mu. Lek pachniał wilgotną piwnicą i starym papierem, jesiennymi liśćmi zgarniętymi z głębi zgrabionej sterty. Jack przełknął.
- A teraz weź prysznic. I może trochę się prześpij przed kolacją. Ja muszę dzisiaj jeszcze popracować. Co powiesz na tajskie jedzenie?
- Może być. Świetnie - odparł. Wciąż czuł w ustach smak zażytego lekarstwa. Były w nim jakieś stare troski, żale. Potarł palcami oczy, ogarnięty dziwnym poczuciem straty.
Becka wyjmowała rzeczy z torby.
- Jutro przyjeżdża ciocia Linda.
- Tak? - Jack poderwał głowę. Minął już ponad rok, odkąd Linda była u nich ostatnio. Dziwniejsze od samej wizyty było to, że zadzwoniła, by ich uprzedzić. - A co się dzieje?
- Nie wiem. Mówi, że chce się z tobą zobaczyć - odpowiedziała Becka.
Ted Slansky siedział przy zniszczonym stole w magazynku, popijał napój wiśniowy i przeglądał notatki z popołudniowego treningu. Pocierał podbródek, w myślach dopasowując graczy do pozycji, nie zważając na smród potu i skóry wypełniający całe pomieszczenie. Kiedy otworzyły się drzwi, nagły poryw wiatru poderwał leżące na stole papiery.
Trener podniósł głowę, spodziewając się zobaczyć któregoś z uczniów, kogoś, kto nie może się doczekać jego decyzji. W drzwiach stało dwóch mężczyzn. Ich długie płaszcze były rozpięte, jak gdyby nie odczuwali chłodu. Jeden z nich był wysoki i szczupły, z budzącą respekt brodą; drugi młody, wysportowany, z ostro zarysowaną szczęką i prostymi ciemnymi włosami. Szybko rozejrzeli się po pomieszczeniu i ponownie popatrzyli na Slansky'ego.
- Był tu jakiś chłopak? - zapytał starszy. To dziwne pytanie wymówił z wyraźnym akcentem, jakby europejskim.
Slansky mógł się roześmiać, ale tego nie zrobił. Nie wiedzieć czemu, nie wydało mu się to dobrym pomysłem.
- Było tu około trzydziestu chłopców, ale chyba wszyscy już poszli - odparł. - Sprawdziliście przed szkołą? Niektórzy może jeszcze czekają na autobus.
- Przed szkołą nikogo nie ma - oświadczył ten starszy takim tonem, jakby to była wina Slansky'ego.
Trener się wzdrygnął. W tych przybyszach było coś przerażającego.
- A kogo szukacie? Powiem wam, czy tu był. - Rozłożył przed nimi listę obecności.
- Nie wiemy dokładnie - syknął młodszy z mężczyzn. - Dlatego tu jesteśmy.
Po tych słowach starszy uniósł dłoń, by uspokoić swego kompana. Wziął ze stołu spis nazwisk, przejrzał szybko, złożył w kostkę i wsunął do kieszeni.
- Chwileczkę! - zaprotestował Slansky. - To jest mi potrzebne...- Chciał powiedzieć coś więcej, ale brodaty mężczyzna wyciągnął rękę i położył mu ją na ramieniu. Slansky wyraźnie widział i czuł tę obcą dłoń, jej żar przenikał przez jego bluzę. Zamilkł z otwartymi szeroko oczyma, zdjęty niczym nieuzasadnionym strachem.
Budynek zatrząsł się pod gwałtownym naporem wiatru. Młodszy mężczyzna przechylił głowę i nasłuchiwał.
- To nie powinno być trudne, jeśli chłopak nie jest szkolony - mruknął. - Zdarza się coś nieprzewidzianego, ktoś się wtrąca... - jego głos był coraz cichszy.
- Dlaczego było tu trzydziestu chłopców? - starszy z gości zwrócił się spokojnie do Slansky'ego. Wzmocnił uścisk i trener poczuł, jak serce mu podskakuje, jak gdyby ten człowiek mógł je zatrzymać swoim dotykiem. Pot spływał mu po plecach.
- Kwalifikacje do drużyny piłkarskiej - wyjaśnił i z trudem przełknął ślinę.
- Kwalifikacje - powtórzył nieznajomy tonem niedowierzania. - Doszło tu do uwolnienia mocy - ciągnął. - Czy zdarzyła się jakaś bójka?
Slansky pokręcił głową.
- Czasami bywa ostro, ale... nie, nie było żadnych bójek.
- Zauważył pan może coś niezwykłego? Czy któryś z graczy się wyróżniał? Może któryś dokonał jakiegoś wyczynu?
Trener rozpaczliwie poszukiwał w pamięci czegoś ciekawego.
- Było parę dobrych zagrywek, ale... Może jeśli mi powiecie, co... czego szukacie... mógłbym wam pomóc.
Brodacz machnął ręką ze zniecierpliwieniem. Wyjął z kieszeni listę zawodników i rzucił ją na stół.
- Niech pan zaznaczy pięciu najlepszych - rozkazał. - Od tego zaczniemy.
Kiedy trener zrobił, co mu kazano, nieznajomy ponownie wsunął listę do kieszeni. Młody mężczyzna przestępował niespokojnie z nogi na nogę, jakby chciał jak najszybciej się stąd wynieść. Brodacz przesunął rękę z ramienia Slansky'ego na jego głowę. Trener zadrżał z przerażenia, poczuł, jak wszystkie włosy stają mu dęba.
- Ana memorare - szepnął nieznajomy. Brzmiało to jak jakieś łacińskie przysłowie, które Slansky mógł pamiętać z katolickiej szkoły.
Ocknął się jakiś czas później i podniósł głowę z blatu. Widocznie się zdrzemnął, bo na zewnątrz było już ciemno i w magazynku zrobiło się zimno. Puszka po napoju była przewrócona. Slansky ze zdumieniem zauważył, że drzwi są otwarte i że gdzieś zniknęła lista obecności.
Po kolacji Jack wymknął się tylnymi drzwiami i pobiegł do garażu z książką do historii i zeszytem pod pachą. Wspiął się po schodach do mieszkania Nicka i właśnie podniósł rękę, żeby zapukać, kiedy usłyszał głos z wewnątrz:
- Wejdź, Jack.
Mieszkanie starego dozorcy było jak zawsze uporządkowane, chociaż na biurku leżało kilka otwartych książek. Składało się z trzech pomieszczeń, a wszędzie było pełno rzeczy: książki, modele samolotów, miniaturowa lokomotywa parowa, którą Nick i Jack zbudowali rok temu, słoiki z odczynnikami chemicznymi i wyciągami z ziół. Z sufitu zwisały ususzone bukiety tworzące coś w rodzaju egzotycznego ogrodu, odwróconego do góry nogami. Duży drewniany kredens z rzędami drobnych szufladek pełnych starych narzędzi i wygrzebanych nie wiedzieć skąd drobiazgów wyglądał jak półki sklepowe. Jeden cały pokój zajmowały książki, ustawione na regałach pokrywających wszystkie ściany od podłogi po sufit. W tym mieszkaniu zawsze pachniało farbami, lakierem, przyprawami i kurzem, podobnie jak na targu indyjskim w pobliżu uniwersytetu. Nick we własnym domu trochę przypominał Jackowi starego niedźwiedzia, który zaszył się w swojej kryjówce na zimę.
Gospodarz podniósł głowę znad talerza.
- Siadaj. Przyszedłeś w samą porę na deser.
Jack ostrożnie usiadł na wskazanym krześle. Nick krzątał się po mieszkaniu, ubrany w swój typowy strój: flanelową koszulę i spodnie robocze.
Na deser były lody czekoladowe. Jack zjadł zaledwie połowę, kiedy Nick zaczął go wypytywać:
- A więc zapomniałeś wziąć dzisiaj lekarstwo - stwierdził nagle. - Twoja matka musiała się strasznie zdenerwować. - Wciąż wydawał się Jackowi nadzwyczaj wyraźny.
- Chyba tak. - Jack odwrócił wzrok od Nicka i spojrzał w stronę okna. Na parapecie leżała płytka taca z piaskiem w różnych kolorach, który układał się w skomplikowany wzór przeplatany drobnymi metalowymi przedmiotami.
- Czemu nie wróciłeś do domu, gdy tylko sobie przypomniałeś? - drążył Nick.
- Penworthy powiedział, że będę musiał zostać po lekcjach, jeśli wyjdę z zajęć. A nie chciałem przegapić klasyfikacji do drużyny.
Nick pokręcił głową. Zmarszczył czoło, łącząc krzaczaste brwi.
- Tak czy inaczej, trzeba było przyjść do domu, bez względu na wszystko. Matka nie wymaga od ciebie zbyt wiele, tylko współpracy w takiej sprawie jak troska o twoje zdrowie. To, co dzisiaj zrobiłeś, mogło mieć poważne konsekwencje. Nie wyobrażasz sobie, jak to jest stracić dziecko.
Zabrzmiało to tak, jakby sam tego doświadczył. Jack westchnął z poczuciem bezsilności.
- Jesteś nastolatkiem. Wydaje ci się, że jesteś nieśmiertelny. - Nick zebrał talerze i włożył je do zlewu, po czym nastawił czajnik. - Jak poszły klasyfikacje?
Jack opowiedział mu o zdarzeniu z Lobeckiem. Kiedy skończył, mina Nicka znowu wyrażała niepokój.
- Garrett Lobeck przeleciał przez boisko? A ty go nie dotknąłeś?
Jack wzruszył ramionami.
- Właściwie nie wiem, jak to się stało. Był wściekły. Chyba po prostu szukał usprawiedliwienia dla swojej marnej gry.
- Stało mu się coś? - dociekał Nick.
Skąd to nagłe zainteresowanie Lobeckiem?
- Rozciął sobie wargę. Jutro będzie spuchnięta. Będzie pasować do jego wielkiej głowy.
- Myślisz, że będzie to rozgłaszał? Będzie rozpowiadał, że go zaatakowałeś? - Śnieżnobrody nachylił się i położył dłonie na blacie, jakby chciał go wcisnąć w ziemię. Jego ręce wydawały się gładkie, zadziwiająco młode jak na osobę w tym wieku. W jakimkolwiek był wieku.
- Kto wie? Mówił, że go sfaulowałem. Szczerze mówiąc, już dawno ktoś powinien dać mu wycisk.
Nick uśmiechnął się słabo.
- Nie zrozum mnie źle. Nie mam nic przeciwko drobnemu wyciskowi, jeśli ktoś na to zasłużył. - Podniósł się gwałtownie i podszedł do okna. Palcem wskazującym zaczął potrącać metalowe żetony na piasku.
- Co to jest? - zapytał Jack, pragnąc zmienić temat.
- Mhm? To? Nic takiego. Ochrona przeciwko złu. Stara magia. Dziwactwa starego człowieka. - Typowy Nick Śnieżnobrody. Mógł opowiadać niestworzone rzeczy i nikomu to nie przeszkadzało.
Kiedy Nick ułożył wszystko tak, jak uważał za stosowne, wrócił do stołu. I do tematu Lobecka.
- Czy ktoś widział, co się stało? Ktoś obserwował ten trening?
Jack pokręcił głową.
- Najbliżej był bramkarz, ale chyba nic nie widział. - Usiłował sobie przypomnieć, kto był na trybunach. Pomyślał o Leeshy. - I trochę ludzi na widowni. - Ze zdumieniem przyglądał się Nickowi. - A czemu... Myślisz, że mnie pozwie czy co?
Woda na herbatę zabulgotała. Nick wstał, zdjął czajnik z ognia i wlał wrzątek do dzbanka. Podał filiżanki, mleko i cukier.
Pogoda robiła się coraz bardziej nieprzyjemna. O szyby uderzał deszcz ze śniegiem, dęby za garażem skrzypiały w proteście. Chłód wymieszany z wilgocią najwyraźniej przedostał się przez setki niewidocznych szczelin i przesuwał swoje zimne palce po plecach Jacka.
Chłopak wciąż rozpamiętywał tę historię z lekarstwem. Nie zażył go dzisiaj i czuł się... inaczej. Bardziej żywy. Teraz stał się... znieczulony. Jakby go stłamszono.
- Nie rozumiem, o co tyle krzyku z tym lekarstwem. Doktor Longbranch mówi, że muszę je zażywać. Nigdy nie robi mi żadnych badań, więc skąd może wiedzieć? Czuję się dobrze i bez niego czułem się dzisiaj świetnie. Chyba powinniśmy poszukać innego lekarza, kogoś stąd. Zresztą, nigdy zbytnio nie lubiłem tej doktor Longbranch.
- Mówiłeś o tym mamie?
- Próbowałem, ale ona nie chce słuchać. Dla niej ta Longbranch jest jak jakaś... czarodziejka.
Nick zakrztusił się i opryskał herbatą stół.
- Wszystko w porządku? - zaniepokoił się Jack.
- Tak tak. - Mężczyzna wycierał sobie brodę serwetką. - Myślę, że powinieneś porozmawiać z Lindą, zanim zrobisz coś nieprzemyślanego.
Jack wpatrywał się w niego zdumiony. Ciocia Linda? Czemu miałby zasięgać jej rady? Becka często żartowała, że Nick jest prezentem od cioci Lindy, bo to ona go poleciła. Wszystkie jej prezenty były niezwykłe: od egzotycznych afrykańskich rzeźb, przez zestaw chemiczny, na który rodzice się nie zgodzili, gdy miał trzy lata, aż po kurs żeglarski i weekendy na plaży. Niektóre jej podarunki były niebezpieczne, inne ekstrawaganckie i niepraktyczne, ale wszystkie były ciekawe. Żadnych koszulek polo czy kart upominkowych.
Nick nigdy nie opowiadał o sobie, o swojej rodzinie ani o tym, skąd znał Lindę. Jakimś sposobem zawsze udawało mu się unikać odpowiedzi na takie pytania. Pochodził z północy Wielkiej Brytanii, studiował w Cambridge, ale nie skończył studiów. Ciocia Linda chodziła do prywatnej szkoły w Anglii, kiedy była w wieku Jacka. Może tam się poznali.
To bez znaczenia. Jack był już zmęczony tym, że traktowano go jak cud świata, dziecko, które cudem żyje. Ciągłe zażywanie lekarstwa tylko podkreślało tę wyjątkowość.
- Dobrze, pogadam z nią. Wiesz, że jutro przyjeżdża?
Czarne oczy Nicka zalśniły pod gęstymi brwiami.
- Naprawdę? To chyba dobrze - powiedział.
Jack z niecierpliwością chwycił podręcznik do historii i kartkował go chwilę, aż znalazł odpowiednią stronę.
- No to wróćmy do poważnych spraw. Jutro mam test z historii. Możesz mnie przepytać z wielkich odkryć geograficznych? - Dość obcesowo przesunął książkę w stronę Nicka. Historia była specjalnością Śnieżnobrodego. Czasami opowiadał o wydarzeniach z dalekiej przeszłości tak, jakby osobiście w nich uczestniczył.
Mężczyzna postukiwał koniuszkiem palca w swoje wargi. Westchnął i obrócił książkę do siebie. Wskazał palcem odpowiednie miejsce.
- Vasco da Gama - powiedział.
Jacka obudziły głosy dobiegające z dołu. Odrzucił kołdrę i leżał jeszcze przez chwilę z poczuciem rozżalenia. Znowu poszedł spać zbyt późno.
Coś jeszcze nie dawało mu spokoju, jakiś sen, który pozostawił po sobie niemiłe wspomnienie. Byli tam jacyś zmarli, ktoś go szukał. I był Nick. Zmarszczył czoło. Od dawna nie miewał złych snów. W każdym razie takich, które by pamiętał.
Pogoda się poprawiła. Wiatr w końcu ustał po całonocnym wyciu. Czyste niebo zapowiadało ładny dzień. Liście i źdźbła traw na podwórzu skrzyły się szronem.
Zszedł po schodach i gdy minął narożny filar, by wejść do kuchni, zobaczył kogoś siedzącego z jego mamą. Ciocia Linda.
Tym razem jej włosy były złocistoplatynowe, krótko obcięte, sterczące na wszystkie strony. Jej skóra wydawała się opalona, bez wątpienia po niedawnej podróży w tropiki. Była w dżinsach i dopasowanym podkoszulku, na nogach miała ciężkie skórzane buty.
Zapewne rozmawiały o nim, bo zamilkły, kiedy wszedł. Po krótkiej chwili niezręcznego milczenia Linda wstała, by się z nim przywitać. Jack przewyższał ją wzrostem, lecz ona tak nachyliła jego głowę, by patrzeć mu w twarz. Jej tęczówki były niebieskie ze złotymi plamkami, niczym egzotyczne klejnoty.
- Jack, jak ty wyrosłeś! - powiedziała, puszczając jego podbródek, lecz wciąż wpatrując mu się w oczy. - Chyba już przerosłeś ojca. No cóż, zdaje się, że chłopcy stają się mężczyznami, zanim ktokolwiek się zorientuje. - Wyglądała dziwnie smutno, ale on poczuł niewyjaśnione zadowolenie, jak gdyby te zmiany były zasługą jego samego.
- Właśnie opowiadałam Lindzie, co u nas słychać. Ale po tym, jak mnie wczoraj wystraszyłeś, zapomniałam o wszystkim innym. - Becka wyglądała na podekscytowaną jak dziecko w Boże Narodzenie. - Dostałam stypendium na badania średniowiecznej literatury angielskiej w Oksfordzie w te wakacje!
- W Oksfordzie? To znaczy... w Anglii? A co z twoją praktyką?
- Mike Mixon zgodził się zastąpić mnie w sądzie. Teraz akurat i tak nic się nie dzieje. Już dawno nie mieliśmy prawdziwych wakacji. Nie będę pracowała cały czas, a tyle rzeczy chciałabym ci pokazać - powiedziała Becka.
- Spodoba ci się Anglia - dodała Linda. - Stamtąd pochodzi nasza rodzina. W tamtej ziemi drzemie tyle głosów i taka długa historia - oświadczyła, jakby stwierdzała coś, co nie wymaga żadnych wyjaśnień.
- No... - ciekawość walczyła w nim z obawami - ale tata mówił, że moglibyśmy w końcu zbudować tę żaglówkę.
- Coś wymyślimy - skwitowała Becka beztrosko, udając, że dopuszcza możliwość negocjacji.
- Może dla odmiany teraz to my odwiedzimy ciebie - zwrócił się Jack do Lindy.
Unikała jego wzroku.
- Chciałabym was przyjąć, ale niestety, na lato wynajęłam swoje mieszkanie w Londynie, bo planuję dużo podróżować.
Źródło utrzymania Lindy zawsze było owiane tajemnicą. Ona sama twierdziła, że jest agentką nieruchomości i sprzedaje luksusowe posiadłości oraz zamki na terenie Wielkiej Brytanii. Jack zakładał, że jest w tym dobra, bo nigdy nie brakowało jej pieniędzy ani czasu na ich wydawanie.
- Mama mówiła, że przyjechałaś się ze mną zobaczyć - zauważył.
Linda skinęła głową i złożyła dłonie.
- Miałam nadzieję, że wybierzesz się ze mną w podróż.
- Podróż?
- Planowałam wygrzebać paru zmarłych przodków i dowiedzieć się, gdzie jest rodzinna spuścizna.
- Zmarłych przodków? - jego odpowiedzi sugerowały, że potrafi jedynie powtarzać jej słowa.
Roześmiała się.
- Wróciłam do Stanów, żeby zbadać naszą genealogię - oznajmiła. - Chcę pojechać do hrabstwa Coalton i pogrzebać w archiwach.
- Aha. - Jack starał się nie okazywać rozczarowania. Dziwne, że nigdy dotąd nie słyszał, by jego ciocia wspominała o genealogii.
- To powinno być ciekawe - powiedziała Becka z entuzjazmem. Uwielbiała grzebać w zakurzonych papierach, nie tylko prawniczych. - Szkoda, że nie mogę jechać z wami. Jack i ja byliśmy tam kiedyś, ale nie znaleźliśmy wiele. Może wam się bardziej poszczęści.
- Taaak - podsumował Jack sceptycznie.
- Słuchaj - powiedziała Linda z uśmiechem. - Właściwie to przydałoby się kilku silnych chłopców do kopania. Może byś zabrał swoich kolegów? Willa? Nie tak się nazywa? Albo Harmona Fitcha.
Jakim cudem pamiętała ich imiona? Nie przyjeżdżała zbyt często, a od jej ostatniej wizyty upłynął ponad rok.
- Na pewno podróż do południowego Ohio, by badać dzieje mojej rodziny, wyda im się bardzo interesująca. - Teraz pozwolił sobie na grymas.
- No co ty - nalegała Linda. - Zobaczysz, że będzie fajnie. Zatrzymamy się w hotelu z basenem. Będziecie mogli jeść niezdrowe jedzenie i chodzić późno spać. Ja stawiam. - Oboje wiedzieli, że ta rozmowa to zwykła formalność, rytuał, który muszą odbyć. Jeszcze nigdy niczego jej nie odmówił.
- Zadzwoń do nich - powiedziała Linda, odsuwając od siebie talerz. - Chciałabym wyjechać przed dziesiątą.
- Chcesz wyruszyć teraz? - Becka pokręciła głową. - No to Jack nie może jechać. Musi iść do szkoły.
- Naprawdę? - Ciotka Linda wyglądała na zakłopotaną, jakby to, że Jack chodzi do szkoły, w ogóle nie przyszło jej do głowy. - To faktycznie nieciekawie. Chciałam już dzisiaj iść do archiwum. Chyba nie pracują tam w weekendy. - Wsypała do swojej herbaty trzy czy cztery łyżeczki cukru i zamieszała. - To nic. - Odchrząknęła. - Pojedziemy po szkole. Wszystko już gotowe. Jack, zapytaj w szkole swoich kolegów, czy mogą się z nami wybrać.
Ku zaskoczeniu Jacka Will od razu wykazał chęć wzięcia udziału w wyprawie. Jego rodzice mieli po południu otrzymać dostawę zamówionego torfu z liści. Weekend wydawał się idealnym momentem na wyjazd z miasta. Decydującym czynnikiem był jednak udział Lindy Downey. Will zwykle był nieśmiały w kontaktach z płcią przeciwną, ale w obecności Lindy język mu się rozwiązywał.
- Wiesz, twoja ciocia jest super - powiedział kiedyś z wielką powagą, niemal nabożeństwem. Jack musiał przyznać mu rację.
Jack i Will kręcili się po korytarzu w pobliżu gabinetu dyrektora, licząc na to, że Fitch zjawi się przed ostatnim dzwonkiem.
Penworthy był na swoim stanowisku przy wejściu. Rozmawiał z jakimś mężczyzną, którego Jack nigdy wcześniej nie widział. Nieznajomy był wyższy od dyrektora, ubrany na czarno.
- Swift!
Jack obrócił się i zobaczył Garretta Lobecka wychodzącego z gabinetu dyrektora w otoczeniu swoich kumpli, Jaya Harknessa i Bruce'a Leonarda. Pewnie odbywali jakąś karę przed lekcjami. Każdy z nich był co najmniej dwa razy większy od Jacka.
Lobeck podszedł tak blisko, że niemal wpadł na Jacka.
- Musimy pogadać o tej nieczystej zagrywce z wczoraj - powiedział. Brzmiało to jak "niefyftej wagyfce" i "foraj", bo wargi Lobecka były tak spuchnięte, że niemal podwoiły objętość.
- Słuchaj. Strzeliłem gola. Nie moja wina, że stanąłeś mi na drodze. Pogódź się z tym.
- Jeszcze mnie popamiętasz, zobaczysz. Miej się na baczności, bo nie znasz dnia ani godziny. - Lobeck spróbował syknąć szyderczo, lecz mu się nie udało. Widocznie sprawiało mu to ból. Leonard i Harkness natomiast wyszczerzyli zęby. Lobeck występował dla swojej publiczności. W końcu musiał coś zrobić. Ta historia i tak będzie na ustach wszystkich, bo twarz Garretta była świadectwem zajścia.
Jack nie potrafiłby stwierdzić, co go podkusiło. Zapewne jakaś skłonność do samodestrukcji. Nachylił się tak, że zaledwie centymetry dzieliły go od twarzy Garretta. Byli podobnego wzrostu, choć Lobeck był potężniej zbudowany.
- Świetnie. Czekam. - Uśmiechnął się uprzejmie. - Następnym razem złamię ci nos i pożegnasz się z karierą modela.
Lobeck patrzył na niego, jakby nie wierząc własnym uszom. Wyciągnął rękę, najwyraźniej chcąc złapać rozmówcę za koszulę na piersiach. Rozmyślił się jednak i zamiast tego pokazał mu środkowy palec.
- Lobeck!
Wszyscy podskoczyli.
To Penworthy z wysokim nieznajomym, na którego Jack już wcześniej zwrócił uwagę.
Dyrektor wsunął Lobeckowi w dłoń kartkę z nakazem odbycia kary po lekcjach.
- Lobeck, widzę, że zbyt krótko siedziałeś w kozie w tym tygodniu. Kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć, że obsceniczne gesty są na terenie szkoły surowo zakazane.
Garrett trząsł się, jakby za chwilę miał wybuchnąć. Kiedy w końcu otworzył usta, wydostał się z nich długi potok wulgarnych przekleństw. Penworthy tylko odrywał kolejne bilety karne, póki Lobeck nie skończył.
- Panie dyrektorze - zaczął Will, widocznie obawiając się, że przy okazji i jemu się dostanie. - Właśnie szliśmy do klasy.
Lobeck i jego kumple też marzyli o tym, by jak najszybciej się oddalić.
Jack zauważył, że nieznajomy bacznie mu się przygląda. Ten wzrok paraliżował go do tego stopnia, że chłopak dosłownie nie mógł się poruszyć ani oderwać oczu od mężczyzny. Miał on wysokie kości policzkowe i arystokratyczne rysy, których regularność zakłócał jedynie nieco za duży nos. Blada skóra sugerowała, że mężczyzna to naukowiec, a w każdym razie ktoś, kto rzadko przebywa na świeżym powietrzu. Zielone oczy połyskiwały spod brwi, które były nadzwyczaj bujne i ciemne jak na osobę o tak jasnej cerze. Jack wyczuł u nieznajomego niezwykłą inteligencję i siłę fizyczną, zanim wtrącił się Penworthy:
- Nim odejdziecie, chłopcy, poznajcie pana Leandera Hastingsa, naszego nowego zastępcę dyrektora - powiedział szybko. - Zastępuje pana Brumfielda. - Po kolei kładł dłoń na ramionach każdego z uczniów. - Lobeck, Harkness, Leonard, Childers, Swift. Pan Hastings będzie czuwał nad przestrzeganiem dyscypliny i obecności w szkole.
- Nie będę spędzał całego czasu na wydawaniu wam biletów karnych. - Hastings wydął usta, jakby powiedział dobry dowcip. - Chcę za to wprowadzić pewien program dla niektórych uczniów... - przerwał, wyraźnie szukając odpowiednich słów - niektórych... z odpowiednimi predyspozycjami.
Hastings sprawiał wrażenie, jakby nie pasował do szkolnej biurokracji. Raczej przypominał... wilka.
- Tak... właśnie... z predyspozycjami... - bąknął Penworthy, jakby słowa mężczyzny całkowicie go zaskoczyły. - Wspaniały pomysł, zakładając, że ma pan na to czas.
- Ależ oczywiście. Znajdę czas - odparł Hastings. - Nie ma nic ważniejszego niż wykrycie talentu i jak najlepsze spożytkowanie go. - Zatrzymał wzrok na Jacku.
Jack nie wiedział, że Brumfield odchodzi. Chciał o to zapytać, ale nie był w stanie. Gdzieś za obojczykiem czuł silny chłód, który utrudniał mu oddychanie, a co dopiero mówienie. Zwiastun zbliżającego się niebezpieczeństwa. Kiedyś, gdy był jeszcze dzieckiem, bawił się z Willem na torach kolejowych i nagle zauważył nadjeżdżający pociąg. Czuł drżenie szyn pod podeszwami, słyszał gwizdek, lecz nie mógł się poruszyć. Wtedy Will złapał go za rękę i pociągnął na żużel przy torach.
- No cóż, musimy zdążyć do klasy przed ostatnim dzwonkiem - powiedział Will, pociągając Jacka za ramię tak samo jak wtedy.
Hastings jednak mówił dalej i nikt się nie ruszał.
- Chłopcy, gracie w nogę? Jesteście w drużynie?
- Wszyscy - Will wykonał gest obejmujący całą piątkę - próbowaliśmy się dostać do drużyny w tym tygodniu. - Jeszcze nie wiemy, komu się udało.
- Tam, skąd pochodzę, byłem asystentem trenera - stwierdził Hastings. - Mam zamiar i tutaj zająć się drużyną.
Jack nie miał wątpliwości, że tak będzie, niezależnie od woli trenera Slansky'ego.
Zabrzmiał ostatni dzwonek i nagle jakby opadł z nich jakiś czar. Rozeszli się w różne strony: Will i Jack do skrzydła dla pierwszoklasistów, Lobeck z kumplami dla drugoklasistów, a Penworthy i Hastings do gabinetu dyrektora.
Fitch chodził z Jackiem na matematykę, więc przed dużą przerwą Jackowi udało się z nim pomówić o wyjeździe. Chłopak z powagą pokiwał głową, jakby pokonywanie setek kilometrów po to, by obejrzeć stare dokumenty dotyczące krewnych Jacka, było atrakcyjnym wypoczynkiem. Fitch nigdy się nie przejmował tym, co ludzie powiedzą, i potrafił znaleźć coś ciekawego w każdej sytuacji. W przerwie obiadowej zadzwonił do mamy do pracy. Powiedziała, że może jechać, o ile to nic nie kosztuje.
Will miał trudniejsze zadanie, bo wyjazd łączył się z wymiganiem od zwożenia torfu.
- Ale to będzie kształcące - przekonywał rodziców w rozmowie telefonicznej. Ciocia Jacka jest geologiem. No... To znaczy... genealogiem... I napiszę o tym sprawozdanie do szkoły - dorzucił. To chyba wystarczyło, bo gdy się rozłączał, jego twarz rozjaśniał szeroki uśmiech.
Kiedy Jack wrócił do domu, na końcu podjazdu stał obcy biały land rover. Zaskakujący wybór jak na ciocię Lindę, która zwykle wypożyczała sportowe samochody. Becka była w kuchni i pakowała kanapki do torby.
- Linda jest u Nicka - powiedziała. - Kazała ci przekazać, żebyś zaczął się pakować.
Na łóżku Jacka leżała otwarta torba podróżna, a obok mała paczuszka owinięta w papier z jaskrawoniebieskimi wzorkami. Chłopak podniósł pakunek i obejrzał go z zainteresowaniem. Był lekki jak piórko.
- Mercedes zostawiła to dla ciebie - powiedziała ciocia Linda, niespodziewanie pojawiając się w drzwiach. Jack aż podskoczył. - Mówiła, że to się może przydać w podróży.
Skąd Mercedes wie o wyjeździe? Czyżby ich plany były już na stronie internetowej miasta? Albo na tablicy informacyjnej w akademiku? Jack parsknął ze wzgardą. Czasami nienawidził życia w małym miasteczku.
Rozdarł papier. Zobaczył kamizelkę zrobioną z jasnoszarego materiału, który wydał mu się znajomy. Z przodu były trzy lśniące guziki: srebrny, złoty i miedziany. Gdy Jack przyjrzał im się z bliska, zauważył, że każdy z nich ma kształt niedźwiedziej głowy.
- Nie w moim stylu - mruknął i odrzucił prezent na łóżko. - Nawet nie mam teraz urodzin. Ale i tak dziękuję.
Co z tą Mercedes? Przecież wie, jak on się ubiera. Dżinsy i podkoszulki. Widuje go niemal codziennie.
Linda nie ruszała się z miejsca. Stała w drzwiach z założonymi rękoma.
- Przymierz - powiedziała.
Jack spojrzał na nią zdumiony. Chciał zaprotestować, ale wiedział, że jeśli Linda czegoś chce, nie ma sensu się z nią spierać.
- Głupio się w tym czuję - burknął, kiedy włożył kamizelkę na podkoszulek. Pasowała idealnie. Nagle skojarzył, co mu przypomina. Była zrobiona z tego samego materiału co kocyk dziecięcy, który wiele lat temu dostał od Mercedes i który teraz leżał spakowany w pudle pod łóżkiem.
- Wygląda dobrze - stwierdziła Linda, bawiąc się kosmykiem. Była spięta; wcześniej tego nie zauważył. Przed chwilą wróciła od Nicka. Czyżby stary dozorca powiedział coś, co ją zaniepokoiło?
Kiedy zamierzał zdjąć kamizelkę, podniosła dłoń.
- Nie zdejmuj.
Chyba powinienem się cieszyć, że nie jest różowa w kropki, pomyślał. Will i Fitch będą mieli się z czego nabijać.
- Dziękuję. Najwidoczniej teraz taka moda. - Mrucząc pod nosem, otworzył dolną szufladę komody i zaczął się pakować.
Linda nie mogła nie zauważyć jego obrażonej miny.
- Nie chcę, żebyś się wstydził. Ale to naprawdę ma duże znaczenie dla... dla Mercedes... Możesz na wierzch włożyć bluzę, jeśli to ci poprawi humor. Zresztą, i tak jest dość chłodno. - Uśmiechnęła się tym uśmiechem, który sprawiał, że wszyscy jej ulegali.
Jackowi przyszło do głowy, że Mercedes nie byłaby zachwycona, wiedząc, że on zasłania podarunek od niej innymi ubraniami. Sięgnął po leżącą na podłodze bluzę z napisem Ohio State, wciągnął ją przez głowę i zasunął zamek pod szyję. Wtem przypomniało mu się, co chciał powiedzieć.
- A właśnie... Will i Fitch jadą z nami.
Myślał, że ją to ucieszy, tymczasem ona zmarszczyła czoło i westchnęła:
- Och... - jakby zupełnie zapomniała, że ich zapraszała. - Może powinniśmy jechać sami - dodała po chwili.
Jack spoglądał na nią z niedowierzaniem.
- No nie. Przecież sama kazałaś mi ich zaprosić.
Objęła go mocno i chwilę trzymała w uścisku, kołysząc się powoli.
- Ja... To tylko...
- Mama pakuje tyle jedzenia, że starczyłoby dla całej armii. Zrobiła nawet babeczki, więc nie będziemy musieli zabierać tych ohydnych batoników otrębowych.
- Dobra. To nic. Mam tylko nadzieję, że zaraz tu dotrą. Chciałabym wyjechać jak najszybciej.
Jest bardziej humorzasta, niż pamiętam, pomyślał Jack.
Gdy weszli do kuchni, Becka właśnie zamykała lodówkę.
- To wam powinno wystarczyć, nawet gdyby Linda nie chciała się zatrzymać. Naprawdę wygląda na to, że przejęła się swoją misją. Włożę ci jeszcze lekarstwo do torby - dodała znacząco i wcisnęła dużą niebieską butelkę pomiędzy jego ubrania. - Niech cię rodzinne dzieje nie wciągną aż tak, żebyś zapomniał o swoim zdrowiu...
Chwilę później przyszli Will i Fitch i w kuchni zrobiło się tłoczno. Will miał na sobie kurtkę licealnej drużyny, podkoszulek i dżinsy. Fitch był w wojskowej kurtce, żółtym podkoszulku z logo stacji radiowej nadającej muzykę country i szarozielonych spodniach ściągniętych czerwonym krawatem zamiast paska.
Jack uznał, że cokolwiek by założył, i tak nie dorówna ekscentrycznym strojom Fitcha. Chłopak stosował się do własnych reguł i nigdy mu nie przeszkadzało, że inni uczniowie mieli go za dziwaka.
- Dziwak to nic złego, nie to, co dziwny - mawiał.
Jack poczuł się trochę lepiej.