Rozdział 2.
Prawie czternaście wieków później średniowieczna osada była już tylko legendą. W jej miejsce rozrosło się potężne miasto - Kraków.
Na tle skąpanych letnim słońcem budynków wyrastał majestatyczny Zamek Królewski na Wawelu. Elementy renesansowe, barokowe i klasycystyczne egzystowały tu w zgodzie i harmonii. Trzy skrzydła wraz z czwartą ścianą parawanową zamykały czworobokiem dziedziniec szczycący się pięknymi, arkadowymi krużgankami. Piaskowe elewacje kontrastowały z czerwonymi dachówkami. Zamek nie bytował na wzgórzu sam. Towarzyszyła mu bazylika archikatedralna zbudowana z cegły i białego kamienia, otoczona przez trzy wieże. Seledynowe zwieńczenia dwóch z nich górowały nie tylko nad bryłą rezydencji władców, ale też nad pozostałymi zabudowaniami i basztami, otaczającymi wianuszkiem rozległy dziedziniec zewnętrzny. Znajdujący się najbliżej zamku budynek Kuchni Królewskich piaskowymi ścianami i czerwoną dachówką harmonizował z bryłą siedziby królów. Niedaleko katedry przycupnęła Wikarówka, z piaskowymi elewacjami i seledynowym dachem. Pozostałe budynki przyodziały się w biały kamień, cegłę i czerwone zadaszenia. Całość otaczał solidny, kamienno-ceglany mur obronny, biegnący dookoła wzgórza.
U podnóża tego kompleksu, przy wyjściu z jaskini zwanej Smoczą Jamą, stał niewzruszenie pomnik smoka wawelskiego. Nie oddawał co prawda wiernie wyglądu gada, wzorując się na jego opisach skrzywionych ludzką percepcją, przekłamanymi wyobrażeniami, niedokładnymi przekazami czy choćby zwykłymi plotkami. Usilnie próbował jednak oddać grozę, jaką swego czasu budził smok. Rzeźba z brązu opierała się tylnymi łapami i ogonem o głaz. Jaszczuropodobne cielsko tkwiło wyprostowane, z uniesionymi trzema parami przednich kończyn. Rozwarta paszcza skierowała się ku niebu w niemym ryku. Kanciaste rysy figury przywodziły na myśl podobnie kanciasty charakter smoka. Całość powinna budzić trwogę i respekt. Tak się jednak nie działo.
Pomnik oblegała kolejna grupka dzieci. Co zwinniejsze wdrapywały się na głaz i z czułością przytulały się do podobizny bestii. Inne tuliły się do samego podestu. Niezależnie jednak, któremu gdzie udało się wepchnąć, wszystkie ustawiały się do zdjęcia z tak dumnymi minami, jakby rzeźba posiadała rangę co najmniej celebryty. Stojący dookoła rodzice pobłażliwymi uśmiechami reagowali na wyczyny swoich pociech. W ruch szły smartfony i aparaty fotograficzne, uwieczniając spotkanie z podobizną legendarnego smoka.
W pobliżu zatrzymała się grupka turystów. Otoczyła półkolem swoją przewodniczkę - kobietę młodą, o dziewczęcych, wdzięcznych rysach i drobnej sylwetce. Turyści mało jednak zważali na wyjątkową urodę oprowadzającej ich delikatnej, acz energicznej osóbki. Wszystkie oczy były wlepione w górującą nad nią rzeźbę smoka.
- Znajdujemy się obok jaskini zwanej Smoczą Jamą - melodyjnym głosem zaczęła przewodniczka. - Według legendy, około siódmego wieku to właśnie tutaj mieszkał smok wawelski, nazywany wówczas całożercą. Żył za czasów króla Kraka, legendarnego władcy Polski i założyciela Krakowa. Na pamiątkę legendy postawiono tę oto rzeźbę.
Z rozwartej paszczy pomnika buchnął ogień. Z otwartych ust turystów buchnęły ochy i achy. Ręce ze smartfonami i aparatami fotograficznymi powędrowały w górę, usilnie starając się złapać ten moment. Z ust dzieci buchnęły radosne piski, krzyki i śmiechy, a z ust rodziców - pomruki uznania. Nic tylko nie buchnęło z ust przewodniczki, jedynie kąciki powędrowały w górę, tworząc delikatny uśmiech.
***
Komisariat zdominowała atmosfera rozleniwienia. Pierwsze promienie letniego słońca, ślizgające się po biurkach, kusiły obietnicą urlopów i marzeniami o tym, że może kryminaliści też zrobią sobie wakacje.
W pomieszczeniu służbowym siedziało kilku policjantów. Jedni niespiesznie przeglądali dokumentację, inni gapili się mętnie w monitory i niemrawo stukali w klawiatury. Tylko jeden, przystojny, trzydziestoletni, pilnie pracował, świdrując niebieskimi oczami to dokumenty, to ekran komputera tak intensywnie, że gdyby te przedmioty były żywe, na pewno czułyby się bardzo skrępowane.
Drzwi otworzyły się gwałtownie i rąbnęły z hukiem o ścianę, wywołując lekkie poruszenie wśród funkcjonariuszy. Do pokoju wmaszerował komendant. Wyglądał na czterdzieści pięć lat. I tyle właśnie miał. Mina groźniejsza niż chmura burzowa przyćmiła słoneczną atmosferę.
Na widok szefa stróże prawa rzucili się do energicznego wypełniania swoich obowiązków. Komendant jawnie ich olał. Zatrzymał się przy wejściu, jakby godność nie pozwalała mu zrobić ani kroku więcej w stronę adresata swojej wizyty. Przeciągnął ręką po zaczesanych do tyłu, trochę już przerzedzonych włosach. Fryzura lśniła od żelu. Szef skrzywił się, patrząc na resztki tego kosmetyku, które zostały mu na dłoni. Dyskretnie wytarł je o spodnie. Znów przybrał burzowy wyraz twarzy.
- Keler! Jarczak! - zahuczał.
Zza biurka zerwał się niebieskooki policjant-pracuś. Michał Keler, od niedawna cieszący się stopniem starszego sierżanta. Jego szczupła, wysoka, nieprzesadnie umięśniona sylwetka wyprostowała się jak struna. Sekundę po nim, z ukrywanym ociąganiem, z krzesła podniósł się sierżant Jarczak, niewysoki i chudy dwudziestoośmiolatek, daremnie próbujący ukryć znudzenie widoczne na kilometr w jego piwnych oczach. Z konsternacją poczochrał się po krótko ostrzyżonych ciemnoblond włosach.
- Tak jest, panie komendancie! - Na ten służbowy ton Michała kilku gliniarzy wzniosło oczy ku niebu i zerknęło po sobie z ironicznymi uśmieszkami.
- Co wy tu jeszcze robicie, do cholery?! - zagrzmiał szef.
Dwaj siedzący dalej policjanci podnieśli zdezorientowany wzrok znad wypełnianych formularzy. Gdy zdali sobie sprawę, że to komunikat nie do nich, odetchnęli cicho i z ulgą wrócili do swoich zajęć.
- Zgłoszenie przyszło dziesięć cholernych minut temu! - ryczał komendant.
- Pasiasty? - niepewnie zapytał Michał.
- No a kto?! - fuknął szef. - Widziano go, jak wchodził do tej nowej knajpy na Floriańskiej. Zbierajcie dupska, bo mnie zaraz szlag trafi!
Michał pognał do drzwi, aż jego czarne włosy zafalowały, poruszone pędem powietrza. Na szczęście nienaganna fryzura nie ucierpiała na tym. Minął komendanta i wypadł na korytarz. Jarczak cicho westchnął i potruchtał za nim.
Szefa nagle olśniło i wyleciał za swoimi podwładnymi.
- Obserwować, nic nie robić, czekać na kryminalnych! - wrzasnął za nimi.
Michał, pędząc korytarzem, tylko uniósł rękę, potwierdzając, że polecenie dotarło. Komendant ciężko westchnął. Poprawił spodnie, które przy nagłym ruchu zsunęły mu się pod brzuch. Na tle ogólnie postawnej sylwetki ta część jego ciała dobitnie świadczyła o tym, że całkiem nieźle mu się powodzi, odkąd awansował na młodszego inspektora policji.
***
Radiowóz wyjechał od strony Bazyliki Mariackiej i skręcił w ulicę Floriańską. Zaparkował na chodniku. Siedzący za kierownicą Michał wlepił zmrużone oczy w drzwi wejściowe pubu, nad którymi dumnie usadowił się szyld z nazwą lokalu: "Adwokat". Wpatrywał się zawzięcie, gdy tuż przed jego twarzą wyrósł jak spod ziemi ekran smartfona.
- Patrz! Rekord! - rzucił beztrosko Jarczak.
Michał potrzebował ułamka sekundy na akomodację oczu do nagle zmienionej odległości od znajdującego się przed nimi przedmiotu. Wyświetlony na ekranie tytuł - "Smok Wawelski" - jednoznacznie określał tematykę gry. Informacja o liczbie zjedzonych owiec dawała pewne pojęcie o tym, że to prosta zręcznościówka.
Michał spojrzał z politowaniem na kolegę. Cicho westchnął i pokręcił głową z niedowierzaniem. Jarczak cofnął rękę ze smartfonem, rozbrajającym uśmiechem reagując na to milczące oburzenie. Poskrobał się po gładko ogolonym policzku. Stuknął w przycisk "Nowa gra" i już po chwili zawzięcie sterował sylwetką lecącego smoka, próbując złapać jak największą liczbę pojawiających się na łące owiec.
- Fajna gra, mówię ci - ciągnął, nie zważając na minę Michała. - Powinieneś kiedyś spróbować, wtedy docenisz mistrza. - Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
Keler wzniósł oczy ku górze i ciężko westchnął.
- Jarczak, zostaw te gierki, to nie biwak - rzucił lekko zrezygnowanym tonem.
- Przecież nic się nie dzieje. - Odpowiedzi towarzyszyło szybkie zerknięcie przez przednią szybę i wzruszenie ramionami.
W tym momencie z pubu wyszedł około czterdziestoletni, wysportowany mężczyzna. Pasiasty. Człowiek oferujący pełny pakiet zbrodni. Pewny siebie, okazujący swoją wyższość nonszalanckim uśmieszkiem. Wszystko, co miał na sobie, było drogie: koszulka polo, jeansy, skórzany pasek ze złotą sprzączką, skórzane buty, zegarek. Nawet jego uśmiech wyglądał jak milion dolarów, mimo że za śnieżnobiałe nakładki robione w USA zapłacił jednak trochę mniej.
Oczy Michała otworzyły się tak szeroko, jakby zobaczył wygrany kupon na loterii.
- To on. Biegiem!
- Mamy czekać na kryminalnych! Szef kazał! - jęknął z pretensją w głosie Jarczak.
- Zanim tu dotrą, jego już nie będzie! - rzucił Michał, wyskakując z samochodu.
Jarczak wydał z siebie pomruk niezadowolenia. Wygramolił się z auta, nadal wpatrzony w ekran smartfona. Jeszcze tylko kilka kliknięć... uśmiechnął się dumnie i schował telefon do kieszeni.
Pasiasty zauważył maszerujących w jego stronę policjantów. Skrzywił się z niesmakiem. Rzucił się do ucieczki, rozpychając łokciami przechodniów, którzy akurat mu się pod te łokcie nawinęli.
- Stój! Policja! - wrzasnął Michał.
Zbir nie raczył zareagować. Zareagowało natomiast kilkoro przechodniów, odwracając głowy w stronę zamieszania i komentując je stłumionymi okrzykami. Keler rzucił się w pościg niczym spieszący się do pracy osobnik, któremu właśnie ucieka autobus.
- O masz... - szepnął pod nosem Jarczak. Mrucząc jakieś niewyraźne złorzeczenia, popędził za kolegą.
Młody, wysportowany mężczyzna zastąpił drogę Pasiastemu. Złapał go za ramiona, chcąc go zatrzymać. Nagły, silny cios w krtań pozbawił niedoszłego bohatera złudzeń o heroicznych czynach. Śmiałek wybałuszył tylko oczy, krztusząc się i łapiąc za szyję.
Pasiasty odepchnął mężczyznę i zerknął za siebie. Policjanci doganiali go. Zgrabnym ruchem wydobył zza paska spodni Glocka. Strzelił w ich stronę. Skulili się odruchowo. Krzyki ludzi zwróciły uwagę Michała. Dostrzegł siedzącą na chodniku dziewczynę. Płakała, trzymając się za zranione ramię. Dwoje młodych ludzi pochylało się nad nią, próbując zatamować krwotok. Ktoś już dzwonił po pogotowie. Twarz Michała wykrzywił grymas złości. Spojrzał za uciekającym bandziorem, groźnie mrużąc oczy. Wyszarpnął z kabury Walthera i pognał za zbirem.
Pasiasty zwinnie mknął między przechodniami, którzy z krzykami oburzenia i grozy odskakiwali na boki. Spluwę cały czas trzymał w dłoni. Drugą ręką wygrzebał smartfon z kieszeni spodni. Kilka szybkich kliknięć. Przyłożył telefon do ucha. Skręcił, wpadając na ulicę Świętego Marka i mijając budkę z obwarzankami, stojącą na rogu.
Sprzedawca obwarzanków, widząc broń, błyskawicznie zanurkował za stosy pieczywa ułożone w szklanych pojemnikach. Obwarzanki nie były co prawda na tyle twarde, żeby uchronić go od zabłąkanej kuli. Cóż wszakże innego mógł zrobić, gnany instynktem samozachowawczym? Pierwotny odruch został jednak przyćmiony przez ciekawość. Handlarz wynurzył więc głowę, obserwując sytuację z przerażeniem, ale i zainteresowaniem.
Michał pędził za gangsterem, kurczowo ściskając pistolet. Minął budkę z obwarzankami, odprowadzany wzrokiem sprzedawcy, w którym strach mieszał się z zaintrygowaniem.
- Na Basztową, kurwa! Już! - ryknął do smartfona Pasiasty, galopując na złamanie karku.
Przebiegający obok budki z obwarzankami Jarczak zerknął tęsknie na pieczywo, westchnął rzewnie i potruchtał dalej. W innych okolicznościach pewnie skomentowałby odpowiednio swój stan psychiczny na widok ulubionej przekąski, na którą w tej sytuacji nie może sobie pozwolić. Jego płuca były jednak całkowicie pochłonięte ciężką pracą filtrowania powietrza, co objawiało się dyszeniem, uniemożliwiającym jakąkolwiek słowną komunikację.
Pasiasty skręcił w ulicę Szpitalną. Śmignął przez jezdnię tuż przed nadjeżdżającym autem, jak jeleń wieczorową porą na drodze wiodącej przez las. Tyle że zwierzyny leśnej policja nie goni. Opony zapiszczały, a usta kierowcy wydały na świat niewyszukaną, acz treściwą wiązankę epitetów pod adresem "tego bezmózgiego idioty".
Pasiasty, na szczęście dla posiadacza pojazdu, nie usłyszał ani słowa z tego najeżonego przekleństwami komunikatu. Zresztą w obecnej sytuacji nie w głowie mu było przejmować się opiniami przypadkowo spotkanych osób. Zerknął przez ramię i ze zgrozą stwierdził, że gliniarz go dogania. Wepchnął smartfon do kieszeni, wbiegając pod rusztowanie ustawione przy budynku przeznaczonym do renowacji. Wykonując półobrót, którego nie powstydziłby się zawodowy tancerz, wyrzucił przed siebie rękę ze spluwą i wycelował w natarczywego funkcjonariusza. W tym momencie z policyjnego Walthera padł strzał. Kula ze świstem przeszyła powietrze. Trafiła w dłoń zbira. Glock runął na chodnik. Pasiasty syknął z bólu, skulił się i złapał za zranioną rękę. Łypnął z nienawiścią na gliniarza. Michał zwolnił i idąc w jego stronę, cały czas trzymał go na muszce.
Ten właśnie moment wybrał sobie robotnik, żeby wyjść z drzwi remontowanego budynku. Cicho pogwizdując, nieświadomy akcji, która rozgrywała się na zewnątrz, wlazł prosto na linię strzału. Michał błyskawicznie uniósł broń, sycząc przy tym pod nosem ciche, ale dobitne słowa. Pasiasty po mistrzowsku skorzystał z sytuacji i rzucił się do ucieczki. Robotnik przetoczył wzrok z uciekającego osobnika na kałużę krwi, po czym coraz szerzej otwarte oczy wlepił w pędzącego już za bandziorem policjanta dzierżącego pistolet. Po tych ewidentnych znakach dotarło do niego, co się dzieje. Do szeroko otwartych oczu dołączyły szeroko otwarte usta. Z tą niesłabnącą miną przerażenia pracownik budowy prędko wycofał się i zniknął w drzwiach budynku. Podobno nie wyszedł stamtąd aż do wieczora. Albo to tylko złośliwe plotki kolegów przedstawiły taką wersję.
Pasiasty gnał jak gazela po sawannie. Bez pardonu przepychał się między ludźmi. Tego rąbnął barkiem, tamtemu przywalił łokciem, jeszcze inny zerwał pięścią. Tym sposobem całkiem nieźle torował sobie drogę, ku oburzeniu tak poszkodowanych, jak i obserwatorów zajścia. Skutkiem ubocznym jego poczynań było to, że przecierał szlak także ścigającemu go Michałowi.
Obaj przelecieli jak burza przez Szpitalną i wpadli na Planty. Na alejce nie było żywej duszy. Michał w biegu wycelował w nogi bandziora. Strzelił. Pasiasty o włos uniknął trafienia, sekundę wcześniej gwałtownie skręcając w boczną alejkę. Przeskoczył przez ławkę, jakby to był bieg przez płotki, wylądował na trawniku i już lawirował między drzewami.
Kolejna kula z Walthera trafiła w pień. Kawałki kory rozbryznęły się na wszystkie strony. Michał przeskoczył przez ogrodzenie trawnika i pognał za bandziorem.
Pasiasty dotarł do ulicy Basztowej. Wtargnął na jezdnię. Auta hamowały przed nim z piskiem opon i złorzeczeniami kierowców. Dopadł do otwartych drzwi czarnego BMW, które przed sekundą zatrzymało się na chodniku. Wskoczył do środka. Samochód błyskawicznie ruszył, wyjąc silnikiem.
Michał wyhamował na chodniku. Wycelował w BMW. Auto było już za daleko. Skręciło w boczną uliczkę i zniknęło z pola tak widzenia, jak i strzału.
- Kurwa! Jasny szlag by to! - Michał opuścił Walthera z takim zamachem, jakby chciał nim rzucić o chodnik.
Do ulicy dotruchtał zdyszany Jarczak. Widząc, że już po akcji, zwolnił i spokojniejszym krokiem doczłapał do Kelera. Pochylił się, opierając dłonie na kolanach. Sapał, z trudem łapiąc oddech. Spojrzał na kolegę, który sprawiał takie wrażenie, jakby zaraz miał wybuchnąć od nadmiaru złości.
- Luzuj, stary. Co mogłeś zrobić - wydyszał.
Michał totalnie zignorował te słowa. Nadal wpatrywał się z wściekłością i bezsilnością w róg ulicy, za którym zniknęło BMW. Zagryzł gniewnie zęby, przez co jego nienagannie ogolona szczęka nabrała ostrych rysów. Te tymczasowe kanty w połączeniu z nader pochmurnym spojrzeniem nadały mroczny wyraz jego zwykle łagodnej twarzy.
***
Wątpliwi bohaterowie pościgu za Pasiastym wsunęli się do pomieszczenia służbowego. Michał spuścił głowę, starając się unikać wzroku kolegów. Nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu. Gdy tylko przekroczył próg pokoju, wlokąc się za Jarczakiem, jeden ze stróżów prawa powitał ich obu szyderczym uśmieszkiem. Przy swoim niskim wzroście i wielkim, okrągłym brzuchu wyglądał trochę tak, jak położona na krześle piłka plażowa.
- Co, Keler, nie taka tu nuda, jak mówią w tej twojej Warszawce, co? - zaskrzeczał grubiutki gliniarz.
Siedzący w pokoju policjanci zachichotali pod nosem.
- Daj spokój - burknął Michał, kierując się do swojego biurka.
Grubiutki gliniarz dźwignął się z krzesła. Przeciskał się bokiem między biurkiem a ścianą, podążając za trzymaną w wyciągniętej ręce teczką z dokumentami.
- Było więcej piechotką, a nie się wozić tym waszym cudnym metrem wte i wewte, to może byś kolesia złapał - ironizował dalej, dusząc się przy tym ze śmiechu.
- Jeszcze słowo... - warknął Michał.
- To co, wyjdziesz na dwór? - Szydzący gliniarz z wyraźną satysfakcją podkreślił końcówkę zdania.
Pomieszczeniem zatrząsł wybuch śmiechu rozbawionych funkcjonariuszy.
Michał błyskawicznie, niczym wąż atakujący ofiarę, złapał leżący na jednym z biurek metalowy nóż do papieru. Z niezwykłą wprawnością rzucił nim w stronę kpiącego kolegi. Ostrze uderzyło w teczkę z dokumentami, wytrącając ją z pulchnych palców. Grubiutki gliniarz lekko pobladł.
- Odbiło ci?! - zapiszczał wyższym niż zwykle głosem.
Michał bez słowa doczłapał do swojego biurka. Osunął się na krzesło. Ukrył twarz w dłoniach.
Jarczak uniósł kącik ust w półuśmiechu. Opadł na swoje krzesło i z jadowitą satysfakcją łypał na szydercę, dokonującego akrobacji mających na celu wydobycie teczki spod biurka.
Grubiutki gliniarz z trudem się zgiął. Łupnął na kolana i wlazł pod blat. Sapiąc i dysząc, sięgnął po leżącą na podłodze teczkę.
Do pokoju wmaszerował komendant. Zerknął na gramolącego się spod biurka podwładnego, którego czerwona, spocona twarz przypominała dojrzałego pomidora, okraszonego kroplami deszczu. Uniósł oczy w górę, mrucząc coś pod nosem. Podszedł do Michała. Rzucił na blat stos dokumentów. Spojrzał na podwładnego z wyraźną dezaprobatą.
- Na jutro rano.
Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się na pięcie i dumnym krokiem podążył do wyjścia.
Michał ciężko westchnął. Obrzucił zrezygnowanym wzrokiem stertę papierów. Z niechęcią zabrał się za ich wypełnianie.