Wysiadłem z zaparkowanego samochodu i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Podniosłem głowę na rozciągający się przede mną zamek i omiotłem go wzrokiem. Ogarnęło mnie dziwne uczucie, gdy po tylu latach powróciłem w to miejsce. Poczułem, jak tężeją mi mięśnie na plecach, jakby moje ciało również nie chciało tu być.
Z ociąganiem zrobiłem krok w stronę drzwi, kiedy te same otworzyły się przede mną. W progu pojawiła się Magdalena - kobieta, którą pamiętałem jeszcze z czasów dzieciństwa. Twarz gospodyni przypominała maskę wykutą z kamienia. Tylko z oczu kobiety bił przeraźliwy smutek. A te utkwione były we mnie.
- Panie - powiedziała, lekko chyląc przede mną głowę.
Ruszyłem w jej stronę.
- Witaj - rzuciłem, przekraczając próg. - Gdzie on jest?
Rozejrzałem się pobieżnie, tłumiąc kpiący uśmiech cisnący mi się na usta. Nic się tu nie zmieniło. Starannie i gustownie udekorowane kamienne wnętrze samo mówiło wystarczająco o właścicielu. Zerknąłem w lewo, w kierunku krętych schodów prowadzących na górę. Jak się spodziewałem, tam właśnie znajdował się teraz dziadek.
- Pański dziadek jest w swojej sypialni, towarzyszy mu małżonka - wyjaśniła, na co lekko skinąłem głową. Zrobiłem raptem parę kroków w stronę kamiennych schodów, kiedy Magdalena powiedziała coś jeszcze: - Jest bardzo słaby.
- Rozumiem - odparłem cicho. - Dziękuję.
Zacząłem wspinać się po stopniach. Z każdym kolejnym krokiem serce w piersi waliło mi coraz mocniej. Gdy znalazłem się u szczytu schodów, które prowadziły do głównej sypialni, zawahałem się na moment.
Dorastałem w tym miejscu. Rodzice zmarli niedługo po moim urodzeniu i dziadkowie mieszkający w Stanach ściągnęli mnie do siebie. W naszych żyłach płynie błękitna krew, stąd zamek i cały ten pretensjonalizm. Nigdy nie pozwolili mi o tym zapomnieć.
Teraz, gdy babcia swoim telefonem przekazała tragiczną wiadomość i ponownie mnie tu ściągnęła, wróciłem do zamku. Tylko wiedziałem jednak, że nie na długo. Wznowiłem wędrówkę, aż dotarłem do potężnych drewnianych drzwi. W chwili, w której dotknąłem klamki, po drugiej stronie rozległ się przerażający wrzask.
Nie zdążyłem.
To była pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy. Nie zwlekając dłużej, pchnąłem je mocno i moim oczom ukazała się urządzona w jasnych barwach sypialnia. Na jej środku znajdował się podest, a na nim ustawione ogromne łoże. Z tego miejsca widziałem, jak pochylającą się nad ciałem kobietą wstrząsał szloch.
- Babciu? - Zrobiłem krok w przód.
Kobieta podniosła głowę znad pościeli i zapłakanym spojrzeniem odnalazła moją twarz.
- Leonardzie... - wyszeptała. Jej dolna warga drżała. - On...
Po pomarszczonych policzkach babci spływały niekontrolowane łzy. Wspiąłem się po stopniach i znalazłem przy łóżku, na którym leżał dziadek. Omiotłem spojrzeniem jego bezwładne ciało, aż dotarłem do zastygłej w czasie twarzy. Miał zamknięte oczy i lekko rozchylone usta. Przez krótką chwilę wyczekiwałem oddechu mężczyzny, ale ten nie nastąpił.
Umarł.
- Leonardzie - załkała babcia.
Otrząsnąłem się, odrywając wzrok od martwego dziadka. Obszedłem łóżko, zatrzymałem się przy babci i wziąłem ją w ramiona. Elisabeth wsparła głowę na moim ramieniu.
- Przykro mi, że nie zdążyłem - powiedziałem cicho, głaszcząc ją po plecach. Nie odpowiedziała. - Chodźmy.
Pomogłem jej wstać. Nic nie widziała przez łzy. Poprowadziłem ją do schodów, zanim jednak zeszliśmy, po raz ostatni obejrzałem się przez ramię na ciało dziadka. Myślałem, że coś poczuję w związku z jego śmiercią, jednak tak się nie stało. Zastygła twarz starszego mężczyzny nie wywarła na mnie żadnego wrażenia.
Przy drzwiach sypialni czekała na nas Magdalena. Przekazałem jej babcię i we trójkę zeszliśmy do głównego salonu na dole. Gospodyni zniknęła w kuchni, aby przygotować jej jakieś zioła na uspokojenie. Podałem babci chusteczkę i sam usiadłem na fotelu pod oknem. Mój wzrok sam uciekł w kierunku rozciągającego się za moimi plecami jeziora. Widok z tego miejsca był przepiękny i z pewnością niejednej osobie zapierał dech w piersiach.
Jezioro, którego horyzont znikał wśród linii zielonych drzew, działało na mnie uspokajająco.
- Będziesz musiał zostać na trochę - wydusiła Elisabeth.
Przeniosłem na nią spojrzenie, marszcząc przy tym brwi.
- Dlaczego?
- Dziadek spisał testament.
- Wiem. - Skinąłem głową.
Mówił mi o tym przed laty.
Widziałem, że chciała dodać coś jeszcze, ale nie dane nam było dokończyć tej rozmowy. W zamku pojawił się lekarz i musiałem dopilnować wszystkich formalności związanych ze śmiercią dziadka. Po nim pojawił się również adwokat rodziny. Nakazałem Magdalenie, aby zaopiekowała się babcią, podczas gdy ja zamknąłem się z nim w gabinecie.
- Moje kondolencje, panie. - Mężczyzna po sześćdziesiątce podszedł do biurka i patrzył na mnie wyczekująco.
- Dziękuję.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Drewniane biurko znajdowało się pod oknem wychodzącym na jezioro.
- Jestem tu na rozkaz pańskiego dziadka - przyznał.
Prychnąłem pod nosem. Spojrzałem w kierunku kominka, nad którym wisiał obraz Winstona Nicholsona. Dziadek był dumny z naszego pochodzenia, żył jak prawdziwy arystokrata. Jeszcze nie zdążył dobrze ostygnąć, a już pociągał za sznurki zza grobu.
- Mów, Philipie, co się tu sprowadza - zachęciłem go.
- Odziedziczyłeś tytuł, panie.
Westchnąłem ciężko.
- Nie chcę go.
- A wraz z nim pewne obowiązki - kontynuował.
Skrzywiłem się. Stanąłem plecami do okna i spojrzałem na adwokata.
- Nie zamierzam ich wypełniać - oznajmiłem. Mężczyzna pozostał niewzruszony. - Poprowadzę firmę, która należy do rodziny od długiego czasu. Zajmuję to stanowisko przez ostatnie pięć lat i przy tym zostanę.
Philip uśmiechnął się smutno, wzbudzając tym moje wątpliwości.
- O co chodzi? - Zmarszczyłem brwi.
- Książę spisał testament, który zostanie odczytany po weekendzie. Musisz zostać, panie, i go wysłuchać. Prawidłowo byłoby również spotkać się z królową...
Spiorunowałem go wzrokiem. Nie miałem zamiaru bawić się w te durne arystokratyczne zwyczaje. Prowadziłem zupełnie inny tryb życia i to przy nim wolałem pozostać.
- Gabinet należy teraz do pana.
Skinąłem krótko głową. Nie uznawałem niczego, co się tu znajdowało, za swoje. Nie chciałem zamku ani tytułu. Tym bardziej żadnych innych zobowiązań.
- Zaczekam do rozpieczętowania testamentu, potem wyjadę - oświadczyłem.
Mecenas wstał z fotela.
- Nie składałbym tak pochopnych obietnic, panie - powiedział zagadkowym tonem.
Zmarszczyłem brwi. Zanim jednak odpowiedziałem na tę niedorzeczną uwagę, mężczyzna opuścił gabinet, zostawiając mnie w nim samego. Po raz kolejny podszedłem do okna i wyjrzałem na spokojną wodę. Powietrze pozbawione było nawet grama wiatru, nie drgnął najmniejszy listeczek na terenie posiadłości. Jakby ziemia żegnała swojego pana ciszą.
Potrząsnąłem głową nad swoimi durnymi myślami. Było już późno, kiedy zajrzałem do babci. Lekarz zabrał ciało dziadka, aby rozpocząć przygotowania do pogrzebu. Kobieta leżała na pustym łóżku zwinięta w kłębek. Zatrzymałem się w progu sypialni i chciałem do niej podejść, ale dostrzegłem, że zasnęła. Postanowiłem jej nie przeszkadzać. Wyglądała tak spokojnie...
Zająłem pokój po drugiej stronie zamku. Wielkie drewniane łóżko z czterema kolumnami zajmowało środek pomieszczenia. Wziąłem szybki prysznic w przydzielonej do niej łazience i wycierając się ręcznikiem, spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Zawsze byłem wysoki, nawet jako dzieciak, teraz jednak zmężniałem. Spędzałem godziny tygodniowo na treningu, lubiłem walczyć. Każdy, nawet najmniejszy mięsień rysował się pod moją opaloną skórą. Miałem ciemne włosy, które rosły w zaskakująco szybkim tempie, dlatego trzymałem je zawsze tej samej długości. Ani krótkie, ani też długie. Kilkudniowy zarost pokrywał moją szczękę, nie lubiłem się bez niego.
Ciemne, błyszczące oczy patrzyły na mnie twardym spojrzeniem. Westchnąłem cicho, opuściłem łazienkę i położyłem się na materacu. Satynowa pościel dotykała bezpośrednio mojej skóry. Zawsze spałem nago, nie potrafiłem inaczej.
Zwaliłem to na natłok obowiązków, ale w głębi duszy wiedziałem, że to powrót w te mury nie pozwolił mi długo zasnąć.
***
Następnego dnia, aby uniknąć ciągłego siedzenia w zamku, pojechałem do miasta. Zatrzymałem się przed kawiarnią na rogu. Nie musiałem w ogóle wychodzić, Philip zdążył już mnie uświadomić, jak wiele obowiązków na mnie czekało, ale ja nie mogłem tam wytrzymać. Świadomość tego, że dziadek wszystko dla mnie zaplanował, doprowadzała mnie do szaleństwa.
Pobyt w tych zimnych ścianach przywoływał niemiłe wspomnienia. Przekroczyłem próg kawiarni i od razu zająłem pojedynczy wolny stolik stojący pod oknem. Wywinąłem rękawy błękitnej koszuli i czekałem cierpliwie, aż ktoś mnie obsłuży.
Między stolikami lawirowała młoda kobieta. Dzierżyła w rękach pustą tacę, bystrym spojrzeniem omiatając przy tym salę. Zatrzymałem na niej wzrok na dłużej, niż powinienem. Była inna, wyróżniała się. Swoje ciemne włosy upięła na czubku głowy w niesforny kok, z którego kilka kosmyków wymsknęło się i opadło na jej twarz.
Miała lekko zadarty nosek i pełne usta, które sprawiły, że zaschło mi w gardle. Była drobna, lecz służbowy uniform nie zdołał ukryć jej kobiecych krągłości. Podeszła do mojego stolika. Kiedy podniosła na mnie wzrok, jej ciemne oczy rozszerzyły się nieznacznie.
Odchrząknęła.
- Co podać?
Miała ciepły głos, w którym słyszałem dziwny akcent. Zmarszczyłem brwi, próbując odgadnąć, skąd pochodził.
- Kawę - odparłem niskim tonem. Widziałem, jak z trudem przełyka ślinę. - Espresso, bez cukru.
Skinęła szybko głową. Zapisała zamówienie, obróciła się na pięcie i odmaszerowała. Zerknąłem w kierunku jej krągłych bioder i zakląłem w myślach. Czekałem, aż wróci do mnie z kawą, ale zamówienie podała mi inna kelnerka. Obserwowałem ją, jak obsługuje pozostałych gości. Z jakiegoś powodu nie wróciła już do mojego stolika, a ja nie mogłem zrozumieć dlaczego.
Spodobałem się jej, to na pewno. Oczy dziewczyny mi to zdradziły. Dlaczego nie wróciła? Mógłbym ją wtedy zagadać i spędzilibyśmy razem miły wieczór. Z jakiegoś powodu jednak przyszło mi obejść się smakiem.