Dziedzic kłamstwa - Maria Magdalena Syryńska

Kup ebooka

44.99 zł
37.58 zł (34,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Kiedy zasy­piała, w uszach dźwię­czały jej pie­śni dobie­ga­jące z jadalni.

A kiedy ją obu­dzono, usły­szała krzyki.

Nie mogła się prze­bić myślami przez tę kako­fo­nię dźwię­ków. Wszy­scy krzy­czeli - gwar­dzi­ści, służba, a nawet poko­jówka wsu­wa­jąca buty na jej stopy. Wszy­scy, bez wyjątku.

- Musi panienka biec do schronu, przed drzwiami stoi eskorta! - zako­men­de­ro­wała kobieta drżą­cym gło­sem, zarzu­ca­jąc płaszcz na jej ramiona.

Velvi­cia rozej­rzała się roz­ko­ja­rzona. Na­dal nie rozu­miała, co się dzieje.

- Bar­ba­rzyńcy? - zapy­tała nie­przy­tom­nie, pod­czas gdy poko­jówka cią­gnęła ją w stronę wyj­ścia.

Dziew­czyna była pewna, że na­dal śni. Nogi odma­wiały jej posłu­szeń­stwa, naj­chęt­niej usia­dłaby w kącie i prze­cze­kała burzę.

- Nie, panienko. Reedial.

Na ostat­nie słowo Velvi­cia natych­miast ożyła. Popa­trzyła dookoła z prze­ra­że­niem i dopiero wtedy poczuła przy­pływ adre­na­liny. Wyszarp­nęła się poko­jówce.

- Gdzie jest War­ren?

Wie­działa, że poszedł z żoną do ogrodu. Poko­jówka rów­nież była tego świa­doma, a jej spoj­rze­nie suge­ro­wało, że nie wró­cił.

- Straże już tam są.

Ogród był naj­słab­szym punk­tem w całym zamku. Pociem­niało jej przed oczami. W tej samej chwili ktoś wszedł do pokoju, a ona w ostat­nich prze­bły­skach świa­do­mo­ści poczuła, jak bie­rze ją na ręce.

Zemdlała, mimo­cho­dem wyobra­ża­jąc sobie, że to Edward ją nie­sie.

Znów z nim była.

Znów trzy­mała go za rękę.

- Nie powi­nie­neś wczo­raj wyje­chać? - wyszep­tała, czu­jąc jego cie­pły oddech na policzku.

Przy­szedł do niej nie­spo­dzie­wa­nie, kiedy jesz­cze sie­działa na ławce przy nie­wiel­kim sta­wie i roz­pa­mię­ty­wała ich ostat­nie spo­tka­nie. Była pewna, że nie zoba­czy go przez naj­bliż­szych parę tygo­dni.

- Mówi­łem ci, że mam jesz­cze parę spraw do zała­twie­nia - odparł z uśmie­chem.

A tak rzadko się uśmie­chał. Serce dziew­czyny biło moc­niej za każ­dym razem, kiedy widziała, że udało jej się go w jakiś spo­sób roz­po­go­dzić.

Poło­żyła mu jedną dłoń na ramie­niu, a drugą wsu­nęła w jego ciemne włosy. Uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej i pochy­lił, skła­da­jąc na jej ustach czuły poca­łu­nek. W jego ramio­nach czuła się bez­pieczna. Bez względu na to, co mówili o nim inni, ona pra­gnęła tylko jego obec­no­ści. Bez względu na wszystko chciała być tylko z nim, bo wie­działa, że się nią zaopie­kuje.

- Nie sądzisz, że razem wspa­niale rzą­dzi­li­by­śmy pań­stwem? - zapy­tał, odsu­nąw­szy się od niej.

Wpa­try­wał się w nią sre­brzy­stymi oczami, jed­nak tym razem to spoj­rze­nie nie było w sta­nie odwró­cić jej uwagi od ponu­rej rze­czy­wi­sto­ści.

- Wiesz, że to nie­moż­liwe, Edwar­dzie.

- Ja tak nie uwa­żam - nachy­lił się, jakby chciał ją znów poca­ło­wać, ale nad­sta­wiła jedy­nie poli­czek.

Cały się spiął.

- Edwar­dzie...

- Velly... - zwró­cił się do niej zdrob­nie­niem. - A gdyby to jed­nak było moż­liwe? - przy­kuc­nął przed nią. - Gdy­bym zna­lazł spo­sób, żeby...

- Edwar­dzie, nie ma żad­nego spo­sobu. Żad­nego - wstała, czu­jąc gulę rosnącą w gar­dle. Tak bar­dzo pra­gnęła z nim być. Nie mogła znieść myśli, że ni­gdy nie będzie to moż­liwe. - Powi­nie­neś już iść.

- Jesz­cze cię zasko­czę, Vel.

Uśmiech­nęła się do niego smutno przez ramię.

- Dobrze, Edwar­dzie. Dobrze.

Po czym ode­szła, zosta­wia­jąc go przy sadzawce. Nie zasta­na­wiała się, jak wła­ści­wie się tam zna­lazł.

Wtem gwał­tow­nie się ock­nęła. Nie mogła nabrać powie­trza, bo ogromny cię­żar przy­gnia­tał jej pierś. Była jesz­cze bar­dziej zdez­o­rien­to­wana niż wtedy, gdy obu­dziła ją poko­jówka. Nie byli przy­zwy­cza­jeni do takich ata­ków.

Spró­bo­wała poru­szyć rękoma, jed­nak coś sku­tecz­nie jej to unie­moż­li­wiało. Pomy­ślała, że ją zwią­zali, chciała krzy­czeć, ale jedno spoj­rze­nie wystar­czyło, by zoba­czyła, że spo­czywa na niej ciało. Ręce męż­czy­zny wciąż znaj­do­wały się pod jej ple­cami i nogami. To on ją niósł.

Na jej szyję zaczęła spły­wać cie­pła, lepka ciecz. Krew.

Ostat­kiem sił powstrzy­mała odruch wymiotny. Nie stra­ciła rozumu do reszty. Teraz, kiedy w pobliżu nie było eskorty, musiała wal­czyć o życie sama.

Wie­działa, że nie zdoła zepchnąć z sie­bie cięż­kiego ciała, więc pozo­sta­wało jej leżeć w bez­ru­chu.

Wie­działa też, że ten, kto zabił tego bie­daka, musi być w pobliżu.

Uspo­ko­iła oddech i sku­piła się na dźwię­kach oto­cze­nia. Tłu­czone szkło, zgrzyt metalu, krzyki i... kroki. Cicha roz­mowa.

Ktoś się zbli­żał.

Velvi­cia zamru­gała jesz­cze parę razy, a potem utkwiła pusty wzrok w ścia­nie obok. Roz­chy­liła usta.

Zabójcy byli bli­sko.

- Nie­sa­mo­wite - szep­nął ktoś z wyraź­nym reedial­skim akcen­tem.

Poczuła, jak jej serce znowu zaczyna bić moc­niej. Miała wielką nadzieję, że coś jej się wyda­wało. Tak bar­dzo nie chciała, by zama­chowcy oka­zali się zor­ga­ni­zo­waną reedial­ską grupą. A jed­nak. Edward ją zdra­dził.

- Mia­łeś rację, Tor­mun. Oto i nasza kró­lewna - zaśmiał się gar­dłowo, sztur­cha­jąc ją butem. Kiedy napięła ramię, była pewna, że ją to zdra­dziło, jed­nak oni nic nie zauwa­żyli. - Jesteś pewien, że nie żyje?

- Jest tak samo mar­twa jak jej mamuśka. Popatrz na szyję, druga strzała ją roz­pła­tała.

Mamuśka? Kró­lowa? Jej mama?

- Idziemy, nie ma co tra­cić czasu. No już, chodź, to jesz­cze nie koniec naszej roboty.

Mama?

Poczuła, jak ogar­nia ją prze­raź­liwe zimno, a jej dło­nie i nogi zaczy­nają mro­wić.

- Mama nie żyje - szep­nęła nie­mal bez­dź­więcz­nie.

Było tak gło­śno, że jej słowa mogły wyda­wać się tylko lek­kim powie­wem wia­tru.

On ją zabił. On zabił jej mamę.

Wszystko prze­stało się dla niej liczyć. Mimo braku sił zaparła się i zepchnęła z sie­bie ciało gwar­dzi­sty. Zawyła żało­śnie. Na­dal nie potra­fiła poukła­dać w gło­wie tych wszyst­kich wyda­rzeń. Wie­działa tylko, że jej rodzina nie żyje. Bo jeżeli zła­pali Char­ma­ine w schro­nie, a ją tutaj, to brat w ogro­dzie zgi­nął jako pierw­szy.

Wstała, bru­dząc się krwią straż­nika. Wszyst­kie dźwięki zlały się w jeden jęk, jakby cały pałac pła­kał. Chciała to zakoń­czyć. Uła­twić im zada­nie. Chciała zna­leźć Edwarda i pozwo­lić, by zabito ją na jego oczach.

Oczach, które wpa­try­wały się w nią z takim uwiel­bie­niem. Oczach, które nie­raz widziały zabójcę jej matki.

On ich nasłał.

"Jesz­cze cię zasko­czę, Vel".

Ruszyła przed sie­bie, poty­ka­jąc się o ciała.

Dekolt jej sukni był zalany szkar­ła­tem.

Minęła jeden zakręt, a zaraz potem drugi. Brnęła przez to rumo­wi­sko, jakby na końcu znaj­do­wał się jej cel. Coś za oknem pło­nęło. Wtedy też zoba­czyła przed sobą jakiś cień. Uśmiech­nęła się.

Naj­pierw jej brat z żoną, potem matka, a teraz rów­nież ona. W duchu pogra­tu­lo­wała Edwar­dowi. Tak łatwo pozbył się całej rodziny kró­lew­skiej.

- Zaraz do was dołą­czę - szep­nęła, patrząc w oczy śmierci.

Rozdział 1

1

Drzewa ugi­nały się pod wpły­wem wia­tru, jakby biły pokłony sile natury. May­beth zadarła wysoko brodę, pró­bu­jąc objąć wzro­kiem zam­kowe wieże. Góro­wały nad resztą budowli, prze­wyż­szały naj­wyż­sze pnie i sta­no­wiły prze­strogę dla bar­ba­rzyń­ców. Opokę dla wędrow­ców. Koniec dla zdraj­ców. Mury w swej pro­sto­cie kryły wiele zna­czeń.

Chmury prze­ci­nały blade niebo niby pta­sie pióra. Dziew­czyna wsparła się o brzeg altany i jesz­cze raz obrzu­ciła wzro­kiem to, co miała odzie­dzi­czyć.

Z wnę­trza dobie­gały śpiewy przed posił­kiem dla służby, ale ona sły­szała krzyki. Nie­raz sta­rała się odpę­dzić od sie­bie te upiorne wizje, jed­nak one przy­cho­dziły znie­nacka i wbi­jały szpony zwąt­pie­nia w jej serce. Były nie­mal tak rze­czy­wi­ste jak wyda­rze­nia tam­tej pamięt­nej nocy. Nocy, pod­czas któ­rej zgi­nęły Char­ma­ine i Velvi­cia, jej babka i ciotka. Matka i sio­stra jej ojca. On wraz z żoną ledwo uszli z życiem. Mieli wię­cej szczę­ścia niż ich rodzina. Ale one nie były jedy­nymi ofia­rami. May­beth sły­szała krzyki wszyst­kich tych, któ­rzy oddali życie w imię dobra ogółu i któ­rzy stra­cili je przy­pad­kiem. Bo tym wła­śnie była rzeź sprzed dwu­dzie­stu lat. Przy­pad­kiem, zwy­kłym nie­po­ro­zu­mie­niem.

Teraz śpie­wano pie­śni chwa­lebne, wtedy jed­nak w całym Array roz­brzmie­wały pie­śni żałobne.

"A kiedy łzy zmyje deszcz lub krew bez wytchnie­nia, nie sta­nie­cie się dla nas kwia­tami zapo­mnie­nia", jak mówił ostatni wers jed­nej z nich.

Ci ludzie bez wąt­pie­nia nie staną się kwia­tami zapo­mnie­nia. Nikt już nie pod­lewa ich łzami, ale nasiona trzyma scho­wane głę­boko w duszy.

May­beth przy­szła na świat dzie­więć mie­sięcy po tej tra­ge­dii, tak jakby była zro­dzona z nie­szczę­ścia, bólu i cier­pie­nia. Dla­tego posta­no­wiła ni­gdy nie zapo­mnieć o tam­tych wyda­rze­niach i ludziach, któ­rzy zgi­nęli. Ni­gdy nie wyprzeć z pamięci, jak dziel­nie bro­nili zamku, mimo że kró­lowa i jej córka zgi­nęły.

A któż był temu winien?

With­mo­ore'owie.

Ci, któ­rzy tam­tej nocy wywo­łali krzyki w trak­cie pie­śni.

Ci, któ­rzy teraz nie­mal zażą­dali jej obec­no­ści na balu u boku ich następcy.

Otu­liła się szczel­niej krwi­sto­czer­wo­nym płasz­czem, łopo­czą­cym na wie­trze, i obe­szła altanę. Tam odchy­liła jedną belkę i wyjęła spod niej łuk, koł­czan i nie­wielką tar­czę. Pośród drzew nie­wiele osób mogło ją doj­rzeć.

Czuła fru­stra­cję i nie­spra­wie­dli­wość. Dwa infan­tylne uczu­cia roz­dzie­rały jej serce na pół. Nie potra­fiła sobie wyobra­zić sie­bie u boku tego czło­wieka. Nawet nie chciała.

Zawie­siła tar­czę nie­zbyt daleko i wró­ciła do altany sta­no­wią­cej dodat­kowe schro­nie­nie przed nie­po­żą­da­nymi spoj­rze­niami. Nacią­gnęła strzałę na cię­ciwę i oddała strzał, ale ta nawet nie zbli­żyła się do celu. Wylą­do­wała parę metrów obok. Dziew­czyna się­gnęła po drugą i znowu nic z tego nie wyszło, ale się nie pod­da­wała. Nie ćwi­czyła łucz­nic­twa, ni­gdy jej do tego nie cią­gnęło, jed­nak w takich sytu­acjach poma­gało jej roz­ła­do­wać emo­cje. Za czwar­tym razem udało jej się tra­fić pra­wie w śro­dek tar­czy. Strzały latały jedna za drugą, a każda nio­sła ze sobą frag­ment jej fru­stra­cji.

Usły­szała ciche kroki, ale nie prze­rwała ćwi­czeń. Wie­działa, kto się zbliża.

Nicole sta­nęła za nią w odle­gło­ści ramie­nia.

- Musisz się pod­szko­lić w skra­da­niu - rze­kła May­beth, odwra­ca­jąc się twa­rzą do kobiety.

Ta liczyła trzy­dzie­ści sie­dem lat, a dzie­więt­na­ście z nich spę­dziła u jej boku. Była jej przy­ja­ciółką i matką. Powier­niczką i pomoc­nicą. Nikt w całym kró­le­stwie nie nada­wał się lepiej do peł­nie­nia tej roli.

Nicole wzru­szyła ramio­nami.

- Stwier­dzi­łam, że potrze­buje panienka roz­mowy.

- I słusz­nie - wes­tchnęła.

Ode­szła, by zebrać poroz­rzu­cane strzały.

- Henry pytał o panienkę.

Przy­sta­nęła w poło­wie kroku i poki­wała powoli głową. Nicole chuch­nęła w ręce i je roz­tarła, a następ­nie wsu­nęła do kie­szeni.

- Racja, obie­ca­łam mu spa­cer.

- Ma aku­rat wolne.

- Wiem. Wiem, Nicole - schy­liła się, by odnieść ostat­nią strzałę. Ostat­nio Henry nie­czę­sto miał wolny czas. Ich spo­tka­nia ogra­ni­czały się do wspól­nych narad i posił­ków. - Ale chyba nie o tym chcia­łaś pomó­wić?

- Nie, ale wola­łam wspo­mnieć. Zapo­mnia­łaś o waszym spo­tka­niu?

- Po czę­ści tak, bo wizyta księ­cia mnie roz­pro­szyła, ale... potrze­bo­wa­łam też chwili samot­no­ści.

Kiedy pozbie­rała strzały, przy­cup­nęła na scho­dach od altany. Nicole zro­biła to samo. Dopiero kiedy słu­żąca usia­dła obok niej, a kró­lewna poczuła bijące od niej cie­pło, zro­zu­miała, jak zimno jest na dwo­rze.

- Czy powo­dem two­jego roz­ko­ja­rze­nia jest dele­ga­cja z Reedial?

May­beth nie musiała się odzy­wać. Coś bły­snęło w jej zie­lo­nych tęczów­kach i jej opie­kunka już wie­działa.

- Cóż tym razem? - zapy­tała, popra­wia­jąc biały cze­pek na gło­wie. W prze­ci­wień­stwie do ogni­stego stroju dziew­czyny jej ubra­nia ide­al­nie kom­po­no­wały się z zimo­wym kra­jo­bra­zem.

- Bal - powie­działa May­beth, patrząc pro­sto przed sie­bie.

- Bal?

- Bal.

- Nie widzę nic złego w balu. Z jakiej oka­zji With­mo­ore'owie wypra­wiają przy­ję­cie?

- Nie With­mo­ore'owie, a Tarin­de­lo­wie. Uro­dził im się syn i roze­słali zapro­sze­nia po wszyst­kich trzech kró­le­stwach.

Nicole otwo­rzyła oczy ze zdu­mie­nia. Nie musiała nic mówić. Tak, to będzie wiel­kie wyda­rze­nie, które bez wąt­pie­nia zapi­sze się na kar­tach histo­rii.

- A Ale­xan­der Wil­liam With­mo­ore chce mnie tam widzieć jako swoją part­nerkę - dodała dziew­czyna po chwili mil­cze­nia i lekko wbiła paznok­cie w spód dłoni.

Gdy usły­szała obok sie­bie cichy śmiech, zgro­miła roz­mów­czy­nię spoj­rze­niem.

- Kró­lew­nie nie przy­stoi patrzeć na pod­wład­nych takim wzro­kiem - rzu­ciła Nicole.

- Nie rozu­miem, cóż cię tak roz­ba­wiło.

- Wygląda panienka, jakby szła na egze­ku­cję. A to tylko bal.

- Nicole, moi przod­ko­wie wła­śnie w takich oko­licz­no­ściach stra­cili życie. Sta­ram się uni­kać rów­nie nie­pew­nych sytu­acji.

Po tych sło­wach kobieta natych­miast spo­waż­niała. W jej oczach zalśniło coś nie­wy­po­wie­dzia­nego, jed­nak szybko się pozbie­rała. May­beth zga­niła się w myślach za tak nie­ostrożne słowa. Prze­cież nie tylko ona ucier­piała. Ucier­piały tysiące nie­win­nych osób. Nicole stra­ciła uko­cha­nego i brata. W ciągu jed­nej nocy.

- Prze­pra­szam - wyszep­tała.

- Nie prze­pra­szaj, rozu­miem. Domy­ślam się, co możesz czuć. Tym bar­dziej powin­naś jed­nak zadbać o to, by zała­go­dzić wszel­kie spory z prze­szło­ści.

Teraz to May­beth się uśmiech­nęła.

- Mój ojciec powie­dział, że będzie to dla mnie spraw­dzian.

- Masz bar­dzo mądrego ojca, May­beth. Zga­dzam się z nim, ale pamię­taj - dotknęła deli­kat­nie miej­sca pod jej lewym oboj­czy­kiem - że w tym wszyst­kim musisz też spraw­dzić sie­bie. Żadne czyny przy­szłej kró­lo­wej nie są jed­no­stronne.

Rozdział 2

2

Nicole ode­szła i zosta­wiła ją samą w alta­nie. Cały sad stwo­rzono na pla­nie koła. Pośrodku znaj­do­wała się kaplica, gdzie gro­ma­dzili się wierni, nawet ci pra­cu­jący w pocie czoła w kró­lew­skich sadach.

W uszach dźwię­czały jej słowa ojca i słu­żą­cej. Brzmiały ina­czej, lecz sens spro­wa­dzał się do jed­nego krót­kiego zda­nia. Była przy­szłą kró­lową, którą nie mogły zawład­nąć uczu­cia. I jakby na dowód tej iro­nii do jej uszu dobiegł nagle cie­pły, niski głos.

- Dotąd widzia­łem tylko jed­nego tak zna­ko­mi­tego strzelca.

Spoj­rzała w stronę męż­czy­zny opie­ra­ją­cego się swo­bod­nie o balu­stradę altany. Brą­zowa kami­zelka cia­sno opi­nała jego tors, jed­nak mimo tak lek­kiego stroju zda­wał się nie przej­mo­wać mro­zem. Nie sądziła, by to Nicole go tu wezwała.

Wes­tchnęła.

- Sir, od kiedy moje pry­watne miej­sce duma­nia stało się cen­trum wsze­la­kich roz­mów?

Henry przy­gryzł wargę.

- Od kiedy są tematy do prze­dys­ku­to­wa­nia - odparł, sta­ra­jąc się, aby nie brzmiało to jak oskar­że­nie.

- A od jak dawna mnie obser­wu­jesz? - zapy­tała i wstała ze schod­ków, by zmie­nić miej­sce i zasiąść w środku, na podusz­kach.

- Odkąd tylko tu przy­szłaś - stwier­dził, pod­cho­dząc do niej. - Wyobraź sobie, że twój czer­wony płaszcz jest dosko­nale widoczny z tam­tej wieży - uniósł palec, żeby ją wska­zać, po czym usiadł obok dziew­czyny.

Bli­żej, niż mógłby to zro­bić na zamku, lecz wciąż w odle­gło­ści zgod­nej z ety­kietą.

Pokrę­ciła głową.

- Nawet mi o tym nie mów.

Wychy­lił się i spoj­rzał jej w oczy.

- Wej­dziesz tam kie­dyś, zoba­czysz. Z moją pomocą.

- A jak zejdę?

- Zniosę cię - uśmiech­nął się zawa­diacko.

Nie odpo­wie­działa uśmie­chem, odwza­jem­niła jedy­nie spoj­rze­nie, napa­wa­jąc się tą chwilą intym­no­ści. Rzadko mieli czas na pry­watne roz­mowy, któ­rych oboje pra­gnęli. Nie zasta­na­wiali się nad przy­czyną uczuć, które ich zwią­zały, nie myśleli o ich roz­wią­za­niu. W takich momen­tach po pro­stu cie­szyli się swoją obec­no­ścią, nie bacząc na przy­szłość.

Jed­nak pesy­mi­styczny głos z tyłu głowy pod­po­wia­dał May­beth, że kie­dyś będzie musiała go zosta­wić na rzecz innego męż­czy­zny. Meza­lians. To jedno słowo skry­wało wiele nie­wy­po­wie­dzia­nych uczuć, zła­ma­nych obiet­nic i serc.

Spoj­rzała jesz­cze raz na wieżę, wyobra­ża­jąc sobie, jak na niej stoi. Szybko jed­nak porzu­ciła tę myśl - lęk wyso­ko­ści był zbyt obez­wład­nia­jący.

Henry odgar­nął pasmo ciem­nych wło­sów z twa­rzy dziew­czyny. Zaru­mie­niła się. Nie z zawsty­dze­nia, a z prze­ra­że­nia, że ktoś mógłby ich nakryć. Jakby w odpo­wie­dzi poki­wał głową. Jego oczy wyra­żały tęsk­notę.

Prze­łknął ślinę.

- Wiesz, chcia­łem ci pomóc opa­no­wać te... eks­cen­tryczne nazwi­ska poprzed­nich wład­ców sąsia­du­ją­cych kra­jów, ale ojciec powie­dział, że masz dzi­siaj odwo­łane lek­cje - powie­dział nagle, by wytłu­ma­czyć swoją obec­ność. - A potem zorien­to­wa­łem się, że Ale­xan­der po spo­tka­niu został nieco dłu­żej, niż powi­nien. Pomy­śla­łem, że cho­dzi o cie­bie, więc przy­sze­dłem.

- Ale naj­pierw szu­ka­łeś mnie na wieży? - spy­tała, pra­gnąć roz­ła­do­wać napię­cie, które zapa­no­wało za sprawą wspo­mnie­nia rodu z Reedial. Zaci­snął szczękę, a jego uśmiech pobladł i wie­działa, że musi przejść do rze­czy. Wtedy jed­nak dostrze­gła zatro­ska­nie na jego twa­rzy. - Henry, nie, to nie to.

Wypu­ścił wstrzy­my­wane powie­trze.

- Myśla­łem, że już nad­szedł ten dzień. Zbyt długo nam się szczę­ściło.

Wycią­gnęła dłoń i dotknęła jego nad­garstka.

- Spo­koj­nie, cho­dzi o bal. Nie o mał­żeń­stwo.

- Zapro­sił cię?

- Tak.

- Czemu aku­rat cie­bie? - znów cały się spiął.

- Na znak soju­szu.

- To może być wstęp.

- Prę­dzej pod­stęp.

Henry pokrę­cił głową, a May­beth opo­wie­działa mu o wszyst­kim naj­kró­cej, jak potra­fiła. Dokła­dała wszel­kich sta­rań, by go zapew­nić, że nic jej nie łączy z reedial­skim księ­ciem i ni­gdy nie będzie. Była znu­żona cią­głym mówie­niem i myśle­niem o tym samym. Gdyby cho­ciaż to było coś przy­jem­nego. Zorien­to­wała się też, że gdy dzieje się coś złego, wszy­scy chcą o tym słu­chać, kiedy zaś przy­da­rzy się coś dobrego, nagle wokoło nie ma żywej duszy, z którą można się tym podzie­lić.

Henry oczy­wi­ście nie przy­szedł tutaj, by wysłu­chać złych wie­ści. Wie­działa, że gdyby miała powód do rado­ści, on podzie­lałby jej entu­zjazm. Zawsze był wobec niej lojalny. Nie jako doradca, ale ktoś bli­ski. Nazwa­nie go przy­ja­cie­lem wyra­ża­łoby za mało, ale słowo "uko­chany"... wybie­gało poza stan­dardy. Nie mogła tego zro­bić. Nie mogła wypo­wie­dzieć na głos prawdy, którą musia­łaby prze­kształ­cić w kłam­stwo, bo jej serce by tego nie znio­sło.

Henry zmniej­szył dystans mię­dzy nimi.

- O czym myślisz?

Unio­sła powoli głowę, jakby ta chwila była niczym ptak na gałęzi obok. Pło­chliwa i ulotna.

- O pod­da­nych.

- Zawsze mówisz, że myślisz o pod­da­nych. - Jego twarz roz­ja­śnił uśmiech.

Nie był gorzki ani iro­niczny. Był po pro­stu szczery.

- Bo tak jest - odpo­wie­działa.

- Na pewno myślisz o czymś jesz­cze.

Zasta­no­wiła się przez moment.

- O wio­śnie. O jutrzej­szych lek­cjach. O koro­na­cji. O mojej babci. I o Nicole - wymie­niła, mając nadzieję, że taka odpo­wiedź mu wystar­czy, ale nie wyglą­dał na zado­wo­lo­nego.

Pod­parł się łok­ciem o niską ściankę altanki.

- Nie wspo­mnia­łaś o mnie ani o Ale­xan­drze - powie­dział cicho, jed­nak tym razem jego ton miał spo­kojną barwę. May­beth otwo­rzyła usta, by coś powie­dzieć, ale Henry ją ubiegł. - May, prze­cież cię znam. Jeżeli o czymś nie mówisz, to zna­czy, że czu­jesz się winna. A nie powin­naś.

Wstał, sły­sząc dźwięk dzwo­nów, który echo naśla­do­wało jesz­cze długo po tym, jak prze­stały bić. Ona rów­nież wstała, przez co zna­leźli się bar­dzo bli­sko sie­bie. Patrzyła na niego, zadzie­ra­jąc brodę. Tak samo przed dwoma kwa­dran­sami przy­glą­dała się murom zam­ko­wym. Miał policzki zaró­żo­wione od mrozu, które zda­wały się odbi­jać kolor jej płasz­cza. Szare oczy błysz­czały, gdy się w nią wpa­try­wał. Chciała unieść dłoń i pogła­dzić go po twa­rzy, po deli­kat­nym zaro­ście, ale wie­działa, że drzewa, które dotąd były schro­nie­niem, rów­nież mają oczy. Przy­chylne, ale chciwe. Mogły nie zwra­cać uwagi na krót­kie tre­ningi, ale ktoś z gabi­netu z pew­no­ścią wie­działby, co zro­bić z infor­ma­cją, że kró­lew­ska córka roman­suje z synem doradcy.

A mimo to miała ochotę zmniej­szyć dystans. Henry jed­nak pierw­szy pod­jął decy­zję i schy­lił się, by uca­ło­wać jej dłoń. O ile ten gest był cie­plej­szy niż poca­łu­nek Ale­xan­dra.

Męż­czy­zna nie odsu­wał się od niej jesz­cze przez sekundę, ponow­nie muska­jąc ustami jej palce.

- Do zoba­cze­nia, Wasza Wyso­kość.

- Do zoba­cze­nia, Hen­ryku - odrze­kła bez tchu.

Rozdział 3

3

Dźwięk kaj­dan wle­czo­nych po ziemi odbija się echem po wiel­kiej kom­na­cie, a te z każ­dym ruchem wbi­jają się coraz głę­biej w kostki. Wokół nich nie ma już ciała - skóra się starła, pozo­sta­wia­jąc po sobie jedy­nie krwawe ślady.

Więź­nio­wie mają lniane worki na gło­wach. Nic nie widzą, mogą jedy­nie sły­szeć, jak u ich stóp koły­sze się ciężki łań­cuch.

- Na kolana przed kró­lową! - komen­de­ruje jeden z gwar­dzi­stów, ale oni nawet nie drgną.

Wtem nie­sły­chana siła popy­cha ich do przodu. Upa­dają z hukiem na kamienną posadzkę. Ktoś szar­pie ich za ręce, sta­wia do pionu i zrywa worki. Dopiero wtedy mogą na sie­bie spoj­rzeć. Ale­xan­der błą­dzi wzro­kiem po twa­rzy tego chło­paka. Bli­zny, krew... dużo krwi... dużo blizn... jego twarz jest zma­sa­kro­wana. A jed­nak spod tej poszar­pa­nej maski wyziera para sre­brzy­stych oczu.

Ale­xan­der roz­po­znaje w więź­niu swo­jego brata. Ryczy prze­raź­li­wie, niczym zwie­rzę, chcąc wyrwać się opraw­com, jed­nak żela­zne kaj­dany krę­pują jego ruchy.

- Stul pysk! - uci­sza go gwar­dzi­sta i ude­rza z całej siły w szczękę.

Szkar­łat pry­ska na nie­ska­zi­tel­nie białe kafelki.

- Czego od nas chce­cie? - pyta z tru­dem Ale­xan­der.

Z jego ust sączy się strużka krwi. Rany zadane przez te wszyst­kie tygo­dnie bolą teraz jesz­cze bar­dziej.

W kom­na­cie roz­lega się prze­raź­liwy śmiech kró­lo­wej.

- Naprawdę nie wie­cie? Och, wy naprawdę nie wie­cie. Cóż, po tym, co się stało, nie chcemy was oby­dwu. Z tego pokoju żywy wyj­dzie tylko jeden. I będzie to...

Jej palec wzbija się w powie­trze i zaczyna krą­żyć mię­dzy Ale­xan­drem a jego bra­tem.

Cel staje się jasny.

Odbę­dzie się egze­ku­cja. Ktoś zgi­nie. On albo jego brat... jego brat... on prze­cież nic nie zro­bił...

- Weź­cie mnie! - wrzesz­czy ku ucie­sze kró­lo­wej. - To o mnie wam cho­dzi!

- Masz rację. Jego już nie potrze­bu­jemy. - Na jej ustach poja­wia się prze­bie­gły uśmiech, a palec zatrzy­muje się na Ale­xan­drze.

Dopiero wtedy dociera do niego, kogo doty­czy wybór.

- Nie!

Gwar­dzi­ści pod­ry­wają z ziemi jego brata i wycią­gają go z sali, a on nawet się nie sza­mo­cze. Posyła ostat­nie spoj­rze­nie i uśmie­cha się jakby na pocie­sze­nie. Ale­xan­der wypro­wa­dza cios łok­ciem w brzuch napast­nika, jed­nak ten i dwóch innych przy­ci­skają go do słupa, nie­mal miaż­dżąc żebra. Chce stra­cić przy­tom­ność, ale mu na to nie pozwa­lają. Prze­krę­cają jego głowę tak, by widział, jak wloką Con­rada po pod­ło­dze spla­mio­nej krwią.

- Och, ty naiwny... Chyba nie do końca zro­zu­mia­łeś zasady... Może... może powtó­rzymy roz­grywkę?

Powtó­rzymy? Co mają powtó­rzyć...?

- Prze­cież masz jesz­cze kilku braci, prawda?

I do kom­naty wpro­wa­dzają kolej­nego.

Ale­xan­der zbu­dził się, zlany potem. Nie krzyk­nął. On prze­cież ni­gdy nie krzy­czy, nawet z bólu.

W sypialni było jesz­cze ciemno, kiedy kosz­mar wyrwał go ze snu. Z początku po omacku szu­kał świecy, jed­nak szybko się pod­dał. Nie chciał jej zapa­lać. Nie chciał, by w lustrach, niczym zjawa, odbi­jała się jego syl­wetka. Zerwał się z łóżka i pobiegł do łazienki, gdzie wylał na sie­bie kubeł wody. Opadł bez­wład­nie na sto­łek, trąc się ręką po twa­rzy.

- Dla­czego? - wymam­ro­tał cicho.

Nie wie­dział, czemu ten sen cią­gle go prze­śla­duje. Pierw­szy raz poja­wił się, gdy Ale­xan­der był małym chłop­cem. Kie­dyś śniło mu się, że jego brat - a miał wtedy tylko jed­nego - spada z drzewa i ginie. Następ­nie spa­dał rów­nież on, ale wtedy poja­wiali się rodzice i wpa­dał w ich obję­cia.

Śniło mu się to wiele razy, ale ni­gdy nikomu o tym nie opo­wie­dział. Trzy­mał kosz­mary głę­boko na dnie serca, skryte niczym naj­cen­niej­szy skarb. Zasta­na­wiał się, czy nie jest to jakaś prze­po­wied­nia, ale, cho­lera, żył na tym świe­cie dwa­dzie­ścia trzy lata i ni­gdy się nie speł­niła.

A jed­nak się bał. Bał się o naj­star­szego brata - Con­rada - bo to prze­cież on mu się śnił. Wiele lat zajęło, nim książę go ziden­ty­fi­ko­wał, ale dzi­siaj był pra­wie pewien. Z cza­sem postać we śnie stała się wyraź­niej­sza, ale gdy był dziec­kiem, nawet się nad tym nie zasta­na­wiał. Po pro­stu budził się w mokrym łóżku i musiał wołać słu­żącą, by zmie­niła mu pościel.

Cho­ciaż... ten chło­pak, męż­czy­zna, nie przy­po­mi­nał tak bar­dzo Con­rada. Naj­bar­dziej był podobny do samego Ale­xan­dra, dum­nego i nie­ustra­szo­nego. Szczę­śli­wego, że znów udało mu się oszu­kać los. Miał żyć, a umarł. Cudowna intryga, nie­praw­daż?

Nie chciał myśleć o tym, że śni sam o sobie, bo odczy­ty­wał to jako zapo­wiedź wyboru ścieżki życio­wej. Znacz­nie łatwiej, a zara­zem trud­niej było myśleć, że to Con­rad. Może umysł usil­nie chciał zmie­nić sens snu?

Książę wyszedł nago na bal­kon, nie zwra­ca­jąc uwagi na gwar­dzi­stów krą­żą­cych po murach. Mimo że w Array przed kil­koma dniami było chłodno, u nich wręcz się ocie­pliło.

Zaci­snął dło­nie na porę­czy i trwał tak przez chwilę, pozwa­la­jąc, by lekki wiatr owie­wał jego ciało i zabie­rał ze sobą resztki kosz­maru. Kiedy się uspo­koił, wró­cił do kom­naty i znów się poło­żył. Z jedną ręką pod głową zasnął i prze­spał tak aż do rana.

Zbu­dził go podmuch tuż nad nim. Otwo­rzył oczy i zoba­czył, że to Reglevn - jego słu­żący - nakrywa go kocem. W kominku już trza­skał ogień.

Potarł oczy.

- Która godzina? - zapy­tał nie­wy­raź­nie.

- Dzie­siąta, pani­czu. Pozwoli panicz, że poza­my­kam okna, bo całą noc prze­spał panicz w tej zim­nicy.

Nie odpo­wie­dział, co słu­żący ode­brał jako pozwo­le­nie. Odkrył się i prze­cią­gnął, po czym zaczął ner­wowo prze­cha­dzać się obok kominka.

- Co mam dzi­siaj do zro­bie­nia?

- W połu­dnie ćwi­cze­nia tak­tyczne z nowo ufor­mo­wa­nym plu­to­nem, a o czwar­tej spo­tka­nie z amba­sa­do­rem - oznaj­mił chło­pak, wycią­ga­jąc z szafy ubra­nie. Ale­xan­der zoba­czył bry­czesy, co ozna­cza­łoby, że czeka go jazda konna. - Przyj­dzie też doradca, ponie­waż trzeba napi­sać ofi­cjalne zapro­sze­nie dla panny Aver­ni­res.

Zapo­mniał o tym. Teo­re­tycz­nie już wie­dział, że May­beth z nim poje­dzie, więc jego umysł wyparł tę infor­ma­cję, nie widząc sensu w zada­wa­niu pyta­nia, na które znał odpo­wiedź. Jed­nak for­mal­no­ści trzeba było zała­twiać bar­dzo skru­pu­lat­nie.

- Zechce się panicz... ubrać? - spy­tał nie­śmiało Reglevn.

- Póź­niej - stwier­dził Ale­xan­der i szyb­kim kro­kiem wszedł do łazienki.

Tam umył się i wysu­szył. Nim wyszedł, popra­wił jesz­cze włosy, podej­rze­wa­jąc, że nie będzie miał na to czasu przed śnia­da­niem.

I rze­czy­wi­ście nie miał, bo nawet nie skoń­czył się ubie­rać, a Reglevn już dys­kret­nie pogo­nił go na posi­łek. W ostat­niej chwili pod­rzu­cił swemu panu nie­bie­skawy frak.

Na kory­ta­rzu Ale­xan­der wszedł pro­sto na Con­rada, a przed oczami znów sta­nął mu tam­ten kosz­mar.

- Coś tak pobladł? - brat pokle­pał go na powi­ta­nie z lekko drwią­cym uśmie­chem. - Boisz się naszej dzi­siej­szej potyczki?

Ale­xan­der się otrzą­snął i zrów­nał z nim krok.

- Podobno mamy mieć zaję­cia łączone z żoł­nie­rzami.

- To prawda, ale dzi­siaj wypada nasza kolej na poje­dy­nek. Zapo­mnia­łeś?

Tak. O tym też zapo­mniał. W zeszłym tygo­dniu poje­dyn­ko­wał się z Doria­nem, co ozna­czało, że dzi­siaj przy­szła kolej na Con­rada. Nie chciał się jed­nak przy­znać, że jest roz­ko­ja­rzony, bo ostat­nio i tak już naśmie­wali się z niego z tego powodu.

- Oczy­wi­ście, że nie, ale myśla­łem, że to prze­łożą. A po ostat­nim razie to ty powi­nie­neś się bać - przy­po­mniał.

- Prze­cież nie dosta­łem zbroi w swoim roz­mia­rze - oznaj­mił Con­rad twardo.

With­mo­ore'owie nie lubili prze­gry­wać. Teraz to Ale­xan­der pokle­pał go po ple­cach.

- Więc tym razem się pospiesz.

Zarzu­cił frak i zbiegł po scho­dach, zosta­wia­jąc Con­rada. Czy chciał z nim wal­czyć po dzi­siej­szym śnie? Nie. Nie mógł jed­nak pozwo­lić, by na jego życie miały wpływ jakieś ułudy.

Prze­cież w kosz­ma­rze to nie on doko­ny­wał wyboru, tylko kró­lowa. Brat był bez­pieczny, przy­naj­mniej na tere­nie zamku. Co ta mara senna z nim zro­biła? Ni­gdy nie bał się o żadne ze swo­jego rodzeń­stwa. Nie obcho­dzili go, tak samo jak on nie obcho­dził ich. Dopiero sny mu o nich przy­po­mi­nały.

Rozdział 4

4

Odpro­wa­dził wzro­kiem nie­na­ganną syl­wetkę Cle­men­tiny de Rimair, sta­ra­jąc się utrzy­mać na twa­rzy szel­mow­ski uśmiech, w razie gdyby posta­no­wiła się jesz­cze na chwilę odwró­cić. Kiedy dziew­czyna wsia­dła z gra­cją do karocy, popa­trzyła na niego z nie­skry­wa­nym - i praw­do­po­dob­nie nie­szcze­rym - roz­ma­rze­niem. Skło­nił się nisko po raz ostatni i wolno odda­lił do pałacu, nie myśląc o ostat­nich męczą­cych godzi­nach. Takie wła­śnie były - męczące. Mimo uczu­cia, jakim ją darzył, cza­sami jej obec­ność go przy­tła­czała. Tym bar­dziej, jeżeli prze­bieg ich spo­tka­nia był ści­śle zapla­no­wany i nie było w nim mowy o chwili... pry­wat­no­ści. Oczy­wi­ście, mimo roz­draż­nie­nia inte­re­so­wał się nią. Każ­dej nocy, którą spę­dzała u niego w zamku.

Zresztą tak jak wie­loma innymi kobie­tami. Nie­kiedy były to słu­żące, innym razem młode nie­za­mężne hra­biny.

Zamknął drzwi bocz­nego wyj­ścia, ode­tchnął głę­boko i rozej­rzał się dokoła po nie­ska­zi­tel­nie bia­łych ścia­nach, przy­ozdo­bio­nych jedy­nie nie­licz­nymi orna­men­tami. Potarł pal­cami nasadę nosa i stał tak, dopóki nie prze­stał sły­szeć tętentu koń­skich kopyt. Następ­nie popra­wił man­kiety i roz­po­czął wędrówkę kory­ta­rzami, które tak dobrze znał, pod­świa­do­mie chcąc opóź­nić powrót do rze­czy­wi­sto­ści. Skrę­cił w przej­ście wio­dące do salonu, gdzie bra­cia spę­dzali więk­szość desz­czo­wych dni, takich jak ten. Mimo to miał jesz­cze parę minut i posta­no­wił poświę­cić je na kon­tem­plo­wa­nie oto­cze­nia, na które skła­dali się mię­dzy innymi prze­stra­szeni słu­żący, sta­ra­jący się wymi­nąć księ­cia. Mimo­wol­nie się uśmiech­nął, wie­dząc, że ten gest wywoła pewne poru­sze­nie - zawsze bowiem, gdy ktoś uśmie­chał się bez wyraź­nego powodu, ludzie zasta­na­wiali się, co wywo­łało jego roz­ba­wie­nie. Nie­któ­rzy brali to bar­dzo per­so­nal­nie, kar­cąc się w myślach za coś, czego nie zro­bili. Ale­xan­der był tego świa­dom mniej wię­cej tak samo jak tego, że za cztery mie­siące nastąpi jego koro­na­cja, a jego bra­cia znie­na­wi­dzą go jesz­cze bar­dziej.

Gdy dotarł do prze­szklo­nych drzwi salonu, minął się z Doria­nem, który aku­rat wycho­dził. Wymie­nili jedy­nie ski­nie­nia gło­wami i oby­dwaj poszli w swoją stronę.

Książę zapu­kał lekko w ramę drzwi, co zda­wało się zby­teczne, gdyż władca z pew­no­ścią zdą­żył go już zauwa­żyć. Ukło­nił się nisko przed ojcem i zajął wska­zane miej­sce. W salo­nie pano­wała cisza. Pomimo obec­no­ści kilku braci dało się sły­szeć jedy­nie skwier­cze­nie drewna pło­ną­cego w kominku.

- Doprawdy dosko­nale to roze­gra­łeś, Ale­xan­drze - powie­dział ojciec, cedząc każde słowo i świ­dru­jąc naj­star­szego syna spoj­rze­niem.

Książę nauczył się je wytrzy­my­wać, jed­nak na­dal wywo­ły­wało w nim pewną odrazę.

- Ści­śle trzy­ma­łem się two­ich rad, ojcze - rzekł i nachy­lił się w jego stronę - ale nie jestem do końca prze­ko­nany, czy gra jest warta świeczki.

Edward With­mo­ore mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką, orien­tu­jąc się zara­zem, że salon nagle opu­sto­szał.

- Oczy­wi­ście, że jest. Jaki inny ród byłby w sta­nie zapew­nić nam jesz­cze więk­sze popar­cie? - Mimo że pyta­nie miało cha­rak­ter reto­ryczny i książę z pry­wat­nych pobu­dek chciał się z nim zgo­dzić, poku­sił się o zasu­ge­ro­wa­nie innego rodu, który miał takie same jak władcy Reedial wpływy u pod­da­nych.

Nie tylko u tych z ich księ­stwa.

- Osza­la­łeś - skwi­to­wał Edward, mie­rząc go wzro­kiem.

Pokrę­cił głową i się zaśmiał. Jego śmiech był tak prze­ra­ża­jący, że Ale­xan­der aż odchy­lił się na krze­śle.

- Mówię zupeł­nie poważ­nie, ojcze. - Sta­rał się zacho­wać spo­kojny ton. Wie­dział, że jego ojciec jest uparty i rzadko słu­cha kogoś innego niż naj­bar­dziej zaufani doradcy. Nawet syna, który miał go nie­ba­wem zastą­pić. - Taka oka­zja szybko się nie powtó­rzy, weź to, pro­szę, pod uwagę.

Władca poki­wał w zamy­śle­niu głową, ale się nie ode­zwał. Mil­cze­nie spo­wiło pokój jak gęsta mgła. Ale­xan­der upa­trzył sobie punkt nad głową ojca, w który się upar­cie wpa­try­wał, zasta­na­wia­jąc się, co jesz­cze dodać. Czy powie­dział coś nie tak? Wyra­ził się nie­ja­sno? Miał wra­że­nie, że ojciec nim mani­pu­luje, ale za nic nie potra­fił zro­zu­mieć, jak to robił. I w jakim celu.

- Więc chcesz oże­nić się z córką Aver­ni­re­sów - ode­zwał się w końcu, a Ale­xan­der spio­ru­no­wał go spoj­rze­niem sre­brzy­stych oczu i zaci­snął rękę w pięść tak mocno, że aż zbie­lały mu knyk­cie.

- Opacz­nie mnie zro­zu­mia­łeś, ojcze - odparł pospiesz­nie.

- W takim razie czemu tak się zde­ner­wo­wa­łeś? - Król zro­bił taki gest, jakby chciał zaj­rzeć w głąb duszy pod­opiecz­nego. Książę wypu­ścił powie­trze, bo zro­zu­miał, że dał się ponieść emo­cjom. - Ale­xan­drze - kon­ty­nu­ował Edward, przy­kry­wa­jąc dłoń syna swoją. Ten gest tak zdzi­wił i zanie­po­koił następcę tronu, że nie wie­dział, jak zare­ago­wać. - Jeste­śmy rodziną. Powiedz mi, co się dzieje. Urze­kła cię ta dziew­czyna?

- Nie, ale może byłoby to dobrym roz­wią­za­niem... połą­czy­li­by­śmy dwa mocar­stwa, na któ­rych czele sta­li­by­śmy my - pod­kre­ślił ostat­nie słowo.

Sta­rał się wybrnąć z nie­zręcz­nej sytu­acji, bo poczuł ogar­nia­jący go wstyd. Cokol­wiek powie­dział, miał na myśli jedy­nie dobro kraju, nic wię­cej.

Reedial jest naj­waż­niej­sze.

Opa­no­wał się i nie cof­nął ręki, rozu­mie­jąc, że to w jakiś spo­sób sil­nie oddzia­łuje na prze­bieg roz­mowy. Ten gest wyko­nał jed­nak władca, który roz­siadł się wygod­niej w fotelu i prze­rwał kon­takt fizyczny. Zamknął oczy, co było zna­kiem, że chce zostać sam. Książę jed­nak nie miał zamiaru wycho­dzić, bo nie­które dys­ku­sje lepiej prze­pro­wa­dzać na gorąco. Dla­tego jedy­nie wstał i prze­szedł na koniec salonu, gdzie sku­pił się na tyka­niu wiel­kiego zegara.

Odmie­rzał czas.

Czas, który został nam wszyst­kim poli­czony.

Z każdą sekundą było go coraz mniej, cho­ciaż nie­któ­rzy uwa­żali ina­czej.

Ale­xan­der pod­niósł głowę i pomy­ślał, że pewni ludzie powinni oddać swój czas innym.

- Nie zyskamy wtedy należ­nego sza­cunku - ode­zwał się w końcu ojciec.

- Ale zyskamy tereny - książę miał przy­go­to­waną odpo­wiedź.

- Tereny i tak będą nasze, ale mnie cho­dzi o sza­cu­nek i wdzięcz­ność do władcy. W tym przy­padku do cie­bie, Ale­xan­drze.

- Nie możesz ocze­ki­wać, że ktoś będzie mi wdzięczny za to, że oże­ni­łem się z panną May­beth - książę uśmiech­nął się pobłaż­li­wie, choć był to wymu­szony gest.

Ojciec znów zaśmiał się dra­pież­nie i tak gło­śno, że brzmiało to jak śmiech sza­leńca. Następ­nie wstał i odszedł, mówiąc synowi, że wkrótce wta­jem­ni­czy go w plan. Ale­xan­der czuł nara­sta­jące napię­cie i nie mógł się ruszyć. Ode­tchnął głę­boko. Ogar­nął go wstyd. Wsty­dził się swo­jego pocho­dze­nia, wsty­dził się ojca, któ­rego naj­wy­raź­niej nie­mało bawiły dziwne gry, w które wcią­gał innych.

Ruszył w stronę wyj­ścia, po dro­dze popy­cha­jąc ławę tak mocno, że się zachwiała i omal nie prze­wró­ciła. Prze­szklone drzwi trza­snęły, aż zatrzę­sły się futryny.

Skie­ro­wał kroki w stronę nie­wiel­kiego ogrodu skry­tego pod kopułą. Gdy jed­nak chciał nie­po­strze­że­nie znik­nąć za zakrę­tem, ujrzał przed sobą wyso­kiego posłańca, nio­są­cego z zaafe­ro­waną miną list. Ten, orien­tu­jąc się, że ma przed sobą następcę tronu, skło­nił się nisko, na co Ale­xan­der odpo­wie­dział lodo­wa­tym spoj­rze­niem i ski­nie­niem głowy.

- Wasza ksią­żęca mość, zobli­go­wano mnie do dostar­cze­nia listu od kró­lew­skiej rodziny z Array. Czy wasza ksią­żęca mość życzy sobie, bym go odczy­tał przy należ­nych oso­bach? - zapy­tał posła­niec ofi­cjal­nym tonem.

Z jego oczu wyzie­rał strach.

Ale­xan­der przez chwilę się zasta­na­wiał, po czym pokrę­cił głową i ode­brał zala­ko­wany list. Przez chwilę roz­pa­try­wał odczy­ta­nie go przy ojcu, matce i bra­ciach, osta­tecz­nie jed­nak stwier­dził, że nic się nie sta­nie, jeżeli zapo­zna się z nim na osob­no­ści.

Poszedł pro­sto do swo­jej kom­naty, po dro­dze sta­ra­jąc się upo­rać z bru­natną pie­czę­cią. Kiedy w końcu pękła, scho­wał zwój za pazu­chę, bo w kory­ta­rzu poja­wił się wła­śnie jego brat. Ale­xan­der spoj­rzał na niego prze­lot­nie. Miał ochotę się do niego ode­zwać. Powie­dzieć cokol­wiek. Ale w ich rodzi­nie mil­cze­nie było złotą tar­czą, mowa zaś żela­znym mie­czem, któ­rego cza­sem bał się uży­wać.

Ostroż­nie uchy­lił drzwi do kom­naty. Wszedł do środka i sta­rał się przy­zwy­czaić oczy do pół­mroku spo­wo­do­wa­nego zachmu­rzo­nym nie­bem. Poło­żył list na para­pe­cie, wró­cił się, aby zasu­nąć zasuwę, roz­piął guziki mary­narki i polu­zo­wał koszulę.

Nagle opu­ściła go cie­ka­wość doty­cząca tre­ści listu. Zostało tylko nie­wy­raźne poczu­cie obo­wiązku. Przy­siadł na para­pe­cie i roz­wi­nął zwój. To była odpo­wiedź na jego zapro­sze­nie.

Wie­dział, że May­beth się zgo­dzi. Wie­dział też, że nie zrobi tego tylko ze względu na niego. Gdy jed­nak prze­czy­tał "Z wielką chę­cią będę Ci towa­rzy­szyć pod­czas balu, sir", poczuł w sobie coś, czego do tej pory ni­gdy nie doświad­czył. Z jakie­goś bli­żej nie­zna­nego powodu ucie­szył się w duchu na wizję balu. Wyobra­ził sobie May­beth w dłu­giej dopa­so­wa­nej sukni, wiru­jącą w sali balo­wej, i sam sie­bie skar­cił za to, że nie może się tego docze­kać. Szybko odpę­dził te myśli i czy­tał dalej. May­beth była prze­cież tylko kolejną piękną kobietą. Nikim, kto mógłby go zain­te­re­so­wać na dłu­żej.

Z każ­dym kolej­nym zda­niem czuł się coraz bar­dziej zain­try­go­wany. Najbar­dziej jed­nak zdzi­wił go ostatni wers, dopi­sany jakby od nie­chce­nia: "Odpo­wia­da­jąc na Twoje dru­gie pyta­nie: jak najbar­dziej się z Tobą zga­dzam".

Zmarsz­czył brwi i ponow­nie odczy­tał w sku­pie­niu te słowa, tym razem na głos. Nikt nie miał prawa go usły­szeć, o tej porze służba gro­ma­dziła się na obiad, więc nie było naj­mniej­szego ryzyka, że ktoś jest pod drzwiami.

Czy zadał jej jakieś pyta­nie w ostat­nim liście? Był prze­ko­nany, że wysłał jedy­nie ofi­cjalne zapro­sze­nie. Nikt prze­cież nie odwa­żyłby się dopi­sać cze­go­kol­wiek do jego wia­do­mo­ści, a on sam z pew­no­ścią by na to nie pozwo­lił. Musiało więc cho­dzić o coś, co powie­dział pod­czas ostat­niego spo­tka­nia. Ale roz­ma­wiali nie­zwy­kle krótko. Raczej nie zapo­mniałby, gdyby o coś ją zapy­tał.

Odtwo­rzył w pamięci całe spo­tka­nie. Pamię­tał, że była bar­dzo spięta, cho­ciaż sta­rała się tego nie oka­zy­wać. Powie­dział jej coś o podróży, którą odbył, a ona zaśmiała się zbyt wylew­nie. Jej wzrok wyra­żał nie­chęć, ale Ale­xan­der spo­ty­kał się z nią dość czę­sto i już do tego przy­wykł. Ojciec mówił mu, aby nie zacho­wy­wał się nazbyt szar­mancko, jed­nak książę go nie posłu­chał. Chciał ją spraw­dzić.

May­beth nie reago­wała jak inne kobiety. Ni­gdy jesz­cze nie spoj­rzała na niego tym wygłod­nia­łym wzro­kiem, któ­rym one stale go obda­rzały.

Nagle przy­po­mniał sobie pewną uwagę, któ­rej żało­wał od momentu, kiedy tylko wyszła z jego ust. Uwagę, która do tej pory pozo­stała bez odpo­wie­dzi. Zapy­tał ją, czy nie sądzi, że razem ide­al­nie rzą­dzi­liby pań­stwem. Zazwy­czaj dziew­częta pusz­czały to pyta­nie mimo uszu, rumie­niąc się i uśmie­cha­jąc. Ona jed­nak zare­ago­wała tak gwał­tow­nie, że aż onie­miał. Wyglą­dała na prze­ra­żoną wizją współ­dzie­le­nia z nim tronu.

Na szczę­ście prze­rwała im wtedy słu­żąca, która weszła z tacą i potknęła się o wła­sne nogi. Książę zasło­nił wtedy kró­lewnę i pod­trzy­mał tacę, żeby nie wylała się zawar­tość sto­ją­cych na niej kufli. May­beth wyko­rzy­stała ten moment i znik­nęła pod pre­tek­stem koniecz­no­ści roz­mó­wie­nia się ze słu­żącą. Po chwili Ale­xan­der zro­zu­miał, że nie ma już co na nią cze­kać.

Co jed­nak miał suge­ro­wać ten dopi­sek na końcu listu? Ewi­dent­nie nie zna­lazł się tam przy­pad­kiem. W świe­cie rzą­dzo­nym przez trzy sąsia­du­jące ze sobą mocar­stwa jedy­nym przy­pad­kiem mogła być nie­chciana ciąża. A i na to były prze­cież spo­soby.

Co kró­lewna mogła mieć na myśli? I co naj­waż­niej­sze - czy to były jej słowa, czy kazał je napi­sać jeden z dorad­ców, któ­remu przed­sta­wiła prze­bieg ich krót­kiej wymiany zdań? Czy teraz książę stał się pion­kiem rów­nież w jej grze? Co chciała przez to osią­gnąć? Jak miał z tego wybrnąć?

Prze­ło­żył obie nogi na obszerny para­pet i oparł się o ścianę. Może nie była to postawa godna dzie­dzica With­mo­ore'ów, ale kiedy był sam, nie­wiele go to obcho­dziło. Zresztą rzadko kiedy coś go obcho­dziło. Zwi­nął list w rulon, rzu­cił z pre­cy­zją na sto­lik nie­opo­dal i wró­cił myślami do kró­lewny.

Może coś do niego poczuła? Mało praw­do­po­dobne jed­nak, że pisa­łaby o tym tak zawile.

Może chciała go tylko uwieść, by posiąść wła­dzę? Trudno mu było w to uwie­rzyć, bo May­beth nie wyda­wała się zdolna do mani­pu­la­cji, ale jej zagad­kowe zacho­wa­nie go zanie­po­ko­iło.

Prze­cież uda­wa­nie kogoś innego nie jest trudne. On sam robił to na co dzień. Przy­kle­jał do twa­rzy maskę, którą coraz trud­niej było mu zdjąć... zupeł­nie jakby w niego wra­stała.

Rozdział 5

5

- Broda wyżej, made­mo­iselle. I... prawy łokieć do tyłu. O, tak. Tak jest ide­al­nie, Wasza Wyso­kość.

Malarz szyb­kimi ruchami węgla uwiecz­niał na płót­nie May­beth sie­dzącą na krze­śle. Ona sama spra­wiała wra­że­nie spo­koj­nej i łagod­nej, jed­nak w tym bez­ru­chu była jakaś gwał­tow­ność, emo­cjo­nal­ność. Zamy­ślone oczy utkwione w gobe­li­nie wyra­żały coś, czego nawet Henry nie potra­fił dociec. Coś spo­wi­tego mro­kiem...

Kiedy wszy­scy wyszli z salonu, on, skryty w cie­niu, oparł się o fra­mugę i obser­wo­wał dziew­czynę. Tylko raz na niego spoj­rzała, ale malarz zaraz napo­mniał ją, aby się nie ruszała i nie uśmie­chała.

On zaś mógł się uśmie­chać do woli, ale sta­rał się tego nie robić. Po pro­stu stał jak zahip­no­ty­zo­wany i spo­glą­dał raz na ręce mala­rza, raz na May­beth. Miała na sobie suk­nię, o któ­rej arty­sta mówił, że jest w kolo­rze kości sło­nio­wej.

Dla Henry'ego była po pro­stu biała.

Sym­bo­li­zu­jąca czy­stość i nie­win­ność.

Zasta­na­wiał się, czy gdyby żyli w innym świe­cie, kró­lewna zało­ży­łaby taką na ich ślub.

Roz­draż­niony tą myślą, ode­pchnął się od ściany, ski­nął głową do dziew­czyny i po cichu opu­ścił salę. Znał wszyst­kie mniej uży­wane przej­ścia i teraz wybrał jedno z nich. Odsu­nął kotarę i zna­lazł się w sta­rej biblio­tece, po czym skrę­cił w lewo, do drzwi pro­wa­dzą­cych na schody.

We wcze­snym dzie­ciń­stwie nie miał dostępu do tych wszyst­kich miejsc, jego kom­nata znaj­do­wała się w innym skrzy­dle. Więk­szość czasu spę­dzał w ogro­dach albo w mie­ście, aby mieć stycz­ność ze świa­tem zewnętrz­nym. Dla­tego kiedy zaczął pobie­rać nauki, był prze­szczę­śliwy, bo w końcu mógł eks­plo­ro­wać pozo­stałe czę­ści pałacu. Odna­lazł wszyst­kie ukryte pomiesz­cze­nia, z któ­rych obser­wo­wał straż­ni­ków patro­lu­ją­cych mury zam­kowe.

Jako chło­piec chciał wstą­pić do woj­ska, ale potem odkrył, że służba nie polega jedy­nie na eks­cy­tu­ją­cych wal­kach, jeź­dzie kon­nej i wpra­wia­niu się we wła­da­niu mie­czem.

Z zamy­śle­nia wyrwał go ojciec, który nagle poja­wił się tuż przy nim.

- Ojcze, czy mógł­bym zaj­rzeć do two­jego pokoju? Chciał­bym coś spraw­dzić w słow­niku - zapy­tał Henry.

Męż­czy­zna pokle­pał go po ple­cach.

- A ja myśla­łem, że mój syn będzie jeź­dził na polo­wa­nia. Jak ja cię wycho­wa­łem? - rzu­cił z ser­decz­nym uśmie­chem.

Henry ski­nął mu głową w podzię­ko­wa­niu. Wie­dział, że ojciec się zga­dza.

Jego kom­naty były połą­czone z kory­ta­rzy­kiem pro­wa­dzą­cym do sypialni rodzi­ców nie­wiel­kimi drzwiami, które trzy­mali zamknięte na klucz, by zacho­wać pry­wat­ność. Umó­wili się, że bez powia­do­mie­nia nie będą z nich korzy­stać, dla­tego naj­pierw zapy­tał ojca o pozwo­le­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki