Dziedzic czarodziejów. Tom II Kroniki dziedziców - Cinda Williams Chima

-
Proszę czekać

PROLOG

Ich celem był zniszczony dwupiętrowy budynek w jed­nej z tych londyńskich dzielnic, gdzie domy nie zyskują, a wręcz tracą na wartości. Ulice w sąsiedztwie były opu­stoszałe, chodnik brudny. Na poczerniałych od sadzy ce­głach połyskiwały magiczne osłony, piękne niczym kruche szkło. Tak mogłaby wyglądać rzeźba lodowa albo zamek wróżek, w którego wnętrzu czai się zło.

Ten jeden raz Smok pozostał online na tyle długo, że udało się go zlokalizować. Może uważał, że wczesne go­dziny przed świtaniem są bezpieczne.

Sześciu czarodziejów wtargnęło przez frontowe drzwi niczym wicher. Osłaniali się tarczami, wiedząc, że Smok, zaskoczony, zaatakuje. Wystarczyła im niecała minuta, by stwierdzić, że w pomieszczeniu nikogo nie ma.

D'Orsay wszedł za nimi. Mieszkanie było małe i za­niedbane. Meble wyglądały na zbieraninę gratów groma­dzonych tu przez dziesiątki lat. Oryginalna barwa dywa­nu zniknęła pod grubymi warstwami wdeptanego brudu. D'Orsay przeszedł przez pokój i kuchnię do sypialni na tyłach. Zobaczył splątane kable, klawiaturę i monitor, lecz po laptopie pozostał tylko prostokątny kształt odciśnięty pośród kurzu na biurku.

Bezpośrednio z sypialni biegły schody na dach. To miej­sce wybrano właśnie z tego powodu, a nie ze względów estetycznych. Czarodzieje weszli na stopnie, ale znaleźli tam tylko kilka kotów. D'Orsay obrzucił wzrokiem uli­ce wokół budynku. Nigdzie nie dostrzegł żadnego ruchu.

Coś musiało go przestraszyć. Może zdradziło ich uży­cie magii. W jakiś sposób musiał wyczuć, że śledzą jego obecność w internecie, że błądzą po tych wszystkich śle­pych zaułkach i skrzynkach pocztowych, które podsuwał im dla zmyłki.

Albo ktoś go ostrzegł. Sieć szpiegów Smoka obrosła już w legendy, jego pomocnicy wykazywali się zadziwiającą lojalnością. D'Orsay od miesięcy poszukiwał jakiejś ska­zy na tej tkaninie, choćby jednej nici, której pociągnięcie sprawiłoby, że wszystko się rozpadnie.

Jednej nici. Kogoś, kogo mógłby umieścić w lochach w Kruczym Jarze i torturować, póki nie wyjawi sekre­tów Smoka.

A tu nic. Gorzej jeszcze, możliwe, że własna organizacja D'Orsaya utrzymuje kontakty z siecią buntowników.

Świeżo wybrana Rada Czarodziejów starała się załago­dzić trwający od wieków krwawy spór między Domami Czarodziejów Czerwonej i Białej Róży, żeby opanować niedawną rebelię gildii służebnych. Zakończenie tego nie byłoby łatwe nawet w najbardziej sprzyjających warunkach, ale stawało się niemal niemożliwe, gdy Smok rozniecał płomienie zadawnionych pretensji, rozsiewał plotki i roz­syłał przez internet tajne informacje.

Było to szczególnie trudne do zaakceptowania dla ko­goś takiego jak D'Orsay, który miał niemało do ukrycia.

Czarodzieje mordowali się wzajemnie w ciemnych zauł­kach Londynu, w zamkach Szkocji i pośród migoczących świateł w nocnych klubach Hongkongu. Magiczne arte­fakty znikały z sejfów, skrytek i piwnic. Tradycyjnie ulegli guślarze, wróżbici i zaklinacze porzucali służbę u czaro­dziejów. A w tym wszystkim miał udział Smok.

Od czasu turnieju w Kruczym Jarze już trzeci raz uda­ło im się podejść do niego tak blisko. Sześć tygodni temu namierzyli Smoka w slumsach San Paulo. Wtedy wpadli w magiczną sieć straszliwych pułapek, które zdziesiątko­wały drużynę skrytobójców D'Orsaya, pozostawiając Radę z pustymi rękoma. Trzech czarodziejów zginęło, a odna­lezienie Smoka nie przybliżyło się ani o krok.

D'Orsay natychmiast rozpoznawał jego dzieła - ele­gancką prostotę zaklęć i stosowanych metod. Wszystko to było tak charakterystyczne, jakby Smok składał własno­ręczny podpis.

Niedawno wyzwolił tuzin guślarzy z twierdzy w Wa­lii. Było to szczególnie denerwujące, gdyż uderzało w plan samego D'Orsaya. Ten miał nadzieję, że odpowiednio na­ciskani, guślarze ponownie odkryją niektóre zapomniane już sekrety magicznej broni z przeszłości.

W mieszkaniu nie znaleźli żadnych zdjęć, żadnych przed­miotów osobistych, z których można by cokolwiek wy­wnioskować o osobie lokatora.

D'Orsay był rozczarowany, choć nie zaskoczony. I tak sądził, że zna tożsamość Smoka. Zresztą, nie chodziło o to, czy ma rację. Tak czy inaczej, nie był to szczur, którego da­łoby się schwytać w zwyczajną pułapkę. D'Orsay nie uwa­żał się za skrytobójcę, tylko stratega, i cała ta operacja nie bardzo mu odpowiadała. Można by ją nazwać działaniem nieautoryzowanym, poza kompetencjami Rady. Jego obec­ność tutaj wynikała z potęgi wroga i potrzeby dyskrecji.

Dlaczego czarodziej angażuje się w walkę słabszych gil­dii magicznych? Co może mieć do wygrania?

Dwadzieścia minut później Białowłosa wróciła do kuch­ni z segregatorem.

- Znalazłam to za regałem. Prawdopodobnie nie wie­dział, że tam jest.

D'Orsay przekartkował segregator: listy i kopie maili do i od kancelarii prawniczej w Londynie, dotyczące opieki nad małoletnim. Była też korespondencja z prywatną szkołą w Szkocji w sprawie zakwaterowania, czesnego i związa­nych z tym ustaleń finansowych. Wszystko to pochodziło sprzed co najmniej dwóch lat.

Uczeń nazywał się Joseph McCauley. D'Orsay zmarszczył czoło. Nazwisko nie przypominało nikogo ze znanych ani podejrzewanych wspólników Smoka. Nie kojarzyło się też z żadnym z rodów Wajdlotów, choć by to stwierdzić, trzeba by przejrzeć bazę danych. Od wieków dane genealogiczne pozwalały Domom Czarodziejów znajdować wojowników, gdy ich potrzebowali, i ścigać tych, którzy nie zdawali sobie sprawy z własnej mocy. Komputery tylko usprawniły te procedury.

Co może łączyć tego chłopaka ze Smokiem? Rozsądek mówił, że nic, ale intuicja podpowiadała D'Orsayowi co innego. Jak inaczej wytłumaczyć obecność tak osobistych materiałów w samym sercu obozu wroga? I dlaczego kancelaria prawnicza zajmuje się taką rutynową korespondencją? Chyba że chodzi o utrzymanie w tajemnicy związku, który mógłby narazić kogoś na niebezpieczeństwo. D'Orsay się uśmiechnął. To byłoby zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.

Ta sprawa zasługiwała na uwagę. Teraz już wszyscy wra­cali do kuchni. D'Orsay dopił cydr i podał segregator Biało­włosej.

- Nora, znajdź mi tego chłopaka. Skontaktuj się z tą szkołą i dowiedz się, czy on tam jeszcze jest. Może uda ci się dowiedzieć w tej kancelarii, kto ich zatrudnił. - Przez chwilę się namyślał, pocierając podbródek. - Sprawdź też w rejestrach Urzędu Stanu Cywilnego. Szukaj aktu uro­dzenia, świadectwa chrztu, wszystkiego, co możliwe. Jeśli nie znajdziesz nic w rejestrach brytyjskich, spróbuj w za­granicznych. Sprawdź, czy jest w jakiejkolwiek bazie da­nych Wajdlotów. Ale dyskretnie.

Opuścili budynek pół godziny po tym, jak się tu zjawili, pozostawiając kilka pułapek na mało prawdopodobny wy­padek, gdyby Smok wrócił. Może przynajmniej na jakiś czas uda się go sprowadzić do podziemia. Każda zwłoka działała na ich korzyść. Zanim Smok się pozbiera, może już być dla niego za późno.

Możliwe, że do tej pory będą już mieli w rękach kolej­ną kartę.

ROZDZIAŁ 1 Toronto

Sierpniowe upały dawały o sobie znać nawet późną nocą. Nad jeziorem Ontario przetoczył się grzmot zwiastujący silną ulewę. Wchodząc do klubu nieco po drugiej, Seph miał wrażenie, że zanurza się w miejską dżunglę. Czuł woń i ciepło setek poruszających się ciał i mrużył oczy podrażnione unoszącym się w powietrzu dymem.

Zwykle przychodził na imprezy tak późno.

Uśmiechnął się i skinął głową w kierunku bramkarza. Mężczyzna miał za zadanie nie wpuszczać nieletnich, ale odpowiedział uśmiechem i machnął ręką. Wejście do lokalu nigdy nie było dla Sepha problemem.

Z głośników pod sufitem płynęła muzyka. Tłum kłębił się na parkiecie, zraszając potem rozgrzanych ciał zniszczo­ne deski podłogi. Po twarzach tancerzy przemykały czarne plamki, które bez ograniczeń szalały po całej sali. W rogu kwitła pokątna sprzedaż alkoholu. Stali bywalcy byli już w komplecie.

W drodze przez salę kilka razy zatrzymywali go różni ludzie, którzy mieli do niego jakieś interesy.

Seph z przyjaciółmi zawsze gromadzili się po prawej stronie sceny. Carson, Maia, Drew, Harper i Cecile byli już na miejscu; Seph wiedział, że są tu od początku. Otoczyli go z tą radością i entuzjazmem, które zwykle towarzyszą zmysłowym doznaniom. Jego kumple byli od niego starsi, lecz zabawa zwykle zaczynała się dopiero w jego obecności.

Natychmiast wszyscy zaczęli mówić naraz. O jakiejś dziewczynie.

- Moment... powoli... - Uniósł ręce i uśmiechnął się. - Jeszcze raz.

Harper obrzucił wszystkich gniewnym spojrzeniem, aż potulnie zamilkli.

- Nazywa się Alicia. Właśnie sprowadziła się do Toronto i jest naprawdę super.

- Przypomina mi ciebie - dodała Cecile. - To znaczy... no... jest w niej coś takiego... - nie dokończyła. - Mówi­liśmy jej o tobie i powiedziała, że może potem wpadnie... wiesz... poznać cię.

Maia była jedyną osobą w tym towarzystwie, na której cała ta historia zdawała się nie robić wrażenia.

- Według mnie ona w ogóle nie jest do ciebie podobna.

Maia była Azjatką, częścią wieloetnicznego tygla, ja­kim jest Toronto. Jej sztywne włosy i dziwaczne pikowa­ne ubrania przywodziły na myśl postaci z anime. Do tego potrafiła przeklinać w trzech chińskich dialektach.

Seph powiedział jej do ucha, tak by przekrzyczeć mu­zykę:

- To znaczy, że ci się nie podoba?

- Nie wiem. Jakoś... Nie ufam jej. - Podniosła głowę i przyglądała się jego twarzy, jakby szukała podpowiedzi. Po chwili zanurzyła dłoń w obszytej koralikami torbie, którą miała na ramieniu. - Zrobiłam coś dla ciebie.

Ważył podarunek w dłoni. Ludzie zawsze mu coś dawali.

- Z jakiej to okazji? Nie musiałaś...

- Na urodziny. Otwórz.

- Moje urodziny były dwa miesiące temu. - Uśmiech­nął się do niej i rozerwał papier. - Zobaczył złoty celtycki krzyż na łańcuszku. Jego centrum stanowiły płaskie płat­ki róży, wykute w typowym dla Mai delikatnym stylu. - Nie możesz mi tego dać. Robiłaś to pewnie mnóstwo czasu.

- To była tylko praca na plastykę. - Odebrała od niego wisiorek, stanęła na palcach i zapięła mu łańcuszek na szyi, poświęcając na to nieco więcej czasu, niż było konieczne. - Myślałam, że ci się spodoba.

- Podoba mi się, jest piękny, ale... - szukał odpowiednich słów. Nie chciał powiedzieć czegoś, co zniszczyłoby to, co mieli. - To znaczy... jesteś superprzyjaciółką i nie chciałbym.

- Po prostu to weź, dobrze? Jako... przyjaciel. Bez żad­nych zobowiązań.

Nie mógł odmówić.

- Hm, dziękuję. Jest wspaniały. - Objął ją delikatnie. Nie otoczył ramionami, lecz ugiął lekko łokcie, by zachować dystans. Ona jednak przytuliła się do niego, wsunęła pal­ce w jego loki, docisnęła twarz do koszuli, jakby sprawiało jej przyjemność wdychanie jego zapachu. Seph poklepał ją po plecach, kojąc swoim dotykiem. Użył tchnienia mocy, ale bardzo ostrożnie.

- Idzie! - zawołał Carson podekscytowany. - To Alicia!

Seph podniósł głowę i ujrzał dziewczynę przeciskają­cą się w ich stronę między tancerzami. Była niska, lecz na swój sposób okazała, niczym egzotyczny tropikalny kwiat. Miała na sobie obcisłe czarne spodnie i koronkową bluzkę, która zsuwała się jej z ramion. Niebiesko-czarne loki, w których widniały fioletowe kosmyki, luźno zwią­zała kwiecistą chustką. Na ramieniu niosła szmacianą tor­bę. Oczy miała żółte jak u kota.

- To ty musisz być tym słynnym Sephem McCauleyem. - Otaksowała go spojrzeniem w taki sposób, jakby doznała spodziewanego rozczarowania, i wyciągnęła ku niemu dłoń zdobioną licznymi pierścionkami. - Jestem Alicia.

Poczuł, jakby włożył rękę do gniazdka elektrycznego. Przez chwilę stali nieruchomo, a między nimi przepływał prąd. Potem oboje opuścili dłonie, odsunęli się i wpatry­wali w siebie nawzajem. Ludzie zawsze reagowali na jego dotyk. Teraz wiedział, co czuli.

Ona otrząsnęła się pierwsza.

- No, no - powiedziała, przyglądając mu się z nowym zainteresowaniem i przesuwając językiem po umalowa­nych ustach. - Masz moc, tak?

- Nie narzekam - odparł Seph, rozmasowując palce i sta­rając się tłumić w sobie nadzieję. Moc. Ona też ma moc. - Ty... jesteś. Możesz powtórzyć, skąd jesteś?

- Stąd i stamtąd. Dopiero co byłam w Stanach, ale mu­siałam wyjechać.

Złapał przynętę.

- Dlaczego.?

- Znudziło mi się. - Spojrzała na niego, mrużąc oczy. - A tak w ogóle to ile masz lat?

- Osiemnaście - odruchowo dodał sobie dwa lata. - Słu­chaj, czy mogę... postawić ci drinka? - Kiepsko. To nie było błyskotliwe. - Może pójdziemy gdzieś pogadać?

- No... - Alicia rozejrzała się po jego przyjaciołach, którzy otaczali ich ciasnym kręgiem. Maia skrzywiła się, odgarnęła grzywkę z czoła i przerzuciła wzrok z Sepha na Alicię.

- Ty - Alicia wskazała na Carsona - bądź tak miły i przynieś nam coś do picia. Dla mnie absolut z limonką. - Spojrzała pytająco na Sepha.

- Ja nie... - zaczął, unosząc ręce.

- I sodę dla Sepha, który "nie" - dodała, kręcąc głową.

- Zaraz do was wrócę. - Seph chwycił Alicię za łokieć, spodziewając się kolejnego ukłucia mocy, i skierował ją w stronę stolika pod ścianą. Maia i inni pozostali przy sce­nie. - Za kogo się uważasz, że tak dyrygujesz moimi przy­jaciółmi?

- A ty tego nie robisz? - Roześmiała się cicho. - Powi­nieneś. Za kogo t y się uważasz?

Seph wybrał stolik w rogu między głośnikami, na tyle da­leko od hałasu, że dało się rozmawiać. Carson przyniósł im napoje i odszedł, mrugnąwszy do Sepha porozumiewawczo.

- No to dlaczego się z nimi zadajesz? - zapytała Alicia, sięgając przez stół, by przesunąć palcem po krawędzi szklanki Sepha.

- Z kim?

- Z twoimi kumplami. Nonwajdlotami. To chyba nudne... to znaczy, nie być przewodnikiem stada i w ogóle.

- Nonwajdloci? - zaryzykował pytanie. - Chyba nie...

- Nieobdarzeni mocą. Dla czarodzieja mają jeszcze mniejsze znaczenie niż gildie służebne.

Seph usiadł. Oni wszyscy mieli jakieś talenty, ale nikt z nich nie był czarodziejem. Nie należeli nawet do innych magicznych gildii: guślarzy, wróżbitów czy rzadko spo­tykanych zaklinaczy i wojowników.

Czarodzieje różnili się od innych gildii magicznych, bo potrzebowali zaklęć, słów, którymi kształtowali magię. Tyle powiedziała mu jego przybrana matka Genevieve.

- Próbowałem nawiązać jakiś kontakt - powiedział. - Trudno jest znaleźć innych... jak my. - No właśnie, wresz­cie przeszło mu to przez usta. - To znaczy, chciałbym się więcej nauczyć, przejść jakieś... szkolenie... - To brzmia­ło, jakby już jakieś przeszedł.

Alicia uniosła brew.

- Szkoleniem zajmują się Domy. Z kim jesteś związany?

- Związany?

- Twój Dom Czarodziejów?

Spoglądał na nią zdezorientowany, potem zajął się pod­wijaniem rękawów i starannym rozprostowywaniem za­gięć. Miał wrażenie, że zrobiło się bardzo gorąco.

Alicia nachyliła się ku niemu i ściszyła głos.

- Słuchaj, rozumiem, że w obecnych czasach trzeba być ostrożnym. Nikt już nie wie, jakie są reguły. - Odrzuciła do tyłu czuprynę. - Byłam w Kruczym Jarze.

- Gdzie?

- W Kruczym Jarze. Na tym turnieju, gdzie zmieniono zasady. To znaczy, kiedyś chodziłam z Jackiem Swiftem. Ciągle myślę, że gdybym go nie rzuciła, nie doszłoby do tego wszystkiego.

Czekała na jego reakcję, ale on tylko wpatrywał się w nią osłupiały, poszukując odpowiedzi, która nie zdradziłaby jego ignorancji. Czuł się niedouczony, a nie był do tego przyzwyczajony i nie podobało mu się to.

Sięgnął po szklankę. Woda przepłynęła przez gardło i eksplodowała gdzieś w piersiach. Zabrakło mu tchu, za­kręciło się w głowie. Co się z nim dzieje? Musi zachować przytomność umysłu.

Uśmiechnął się i spojrzał jej w oczy. W przeszłości to zawsze działało.

- Miałem nadzieję, że będziemy mogli coś razem zdzia­łać. No wiesz... współpracować. - Zwykle wystarczyło mu poprosić.

Alicia patrzyła na jego twarz jak na książkę w niezna­nym jej języku. Wyciągnęła rękę i przesunęła kciukiem po podbródku Sepha, jak gdyby zafascynowana jego kształ­tem. Wreszcie przechyliła jego głowę do światła i zacze­sała mu włosy do tyłu. Jej dotyk wywoływał drobniutkie eksplozje na skórze.

- Wiesz, że twoje oczy zmieniają kolor? Są zielone, brą­zowe albo niebieskie.

- Już mi to mówiono. - Czuł się niepewnie pod jej ba­dawczym spojrzeniem.

Wydawało się, że podjęła decyzję.

- Dobrze. Powiem ci, w którym Domu jestem. Co mi tam, tak trudno jest spotkać kogoś ciekawego, a myślę, że ty... no wiesz... jesteś wart uwagi. - Podciągnęła bluzkę, obnażając kuszący pas ciała i przekłuty pępek. Nad paskiem spodni widniał tatuaż z białą różą.

- W porządku. - Zsunęła ubranie z powrotem, jakby wszystko już zostało wyjaśnione. - Teraz ty. - Spoglądała na niego wyczekująco. - Czerwona czy Biała Róża?

- Nie wiem, o czym mówisz - przyznał Seph. Czuł się, jakby grał w "szczerość". Wsunął dłoń za kołnierzyk, by go odsunąć od rozgrzanej skóry.

Alicia wyglądała na poirytowaną.

- Zaufaj mi. Nie ma znaczenia, w którym jesteś Domu. Politykę zostawiam Radzie Czarodziejów. Ja jestem kup­cem. Sprzedaję to, co ludzie chcą kupować. Muszę mieć do czynienia ze wszystkimi.

- Słuchaj, nie mogę ci powiedzieć czegoś, czego sam nie wiem. - Opróżnił szklankę i odstawił ją na stół. - Wiem, że jestem czarodziejem. Wiem, że mam moc, ale nie wiem, jak jej używać. Wiem, że istnieją inni tacy jak ja, ale ci, których udało mi się spotkać, wiedzą nie więcej ode mnie. - Chwycił ją za rękę i docisnął do blatu. - Mówiłem już. Potrzebuję szkolenia. Mam pytania. - Wiedział, że wyjawia jej zbyt dużo, że to zły pomysł informować obdarzoną mocą obcą osobę o tym, jak bardzo jest zdesperowany.

Alicia, zażenowana, próbowała wyrwać dłoń z jego uścisku.

- A twoja rodzina? Wajdlotksięga? To ci powinno pomóc na początku.

Seph z trudem przełknął ślinę. Czuł się, jakby głowa miała mu eksplodować.

- Nie mam rodziny. Tyle wiem. Nie mam Wajdlotksięgi, cokolwiek to jest. Przybrana matka powiedziała mi co nieco, ale już nie żyje. A rzeczy wymykają mi się spod kontroli. Jeśli jesteś kupcem, to znajdź mi nauczyciela. Znajdź mi Wajdlotksięgę, jeżeli to potrzebne. Mam dużo pieniędzy. Zapłacę, ile zechcesz.

Alicia spojrzała na niego i roześmiała się.

- Nie wierzę! Jesteś jakby magicznym prawiczkiem. Szkoda, że się nie widzisz! Taki poważny. - Pogłaskała go po twarzy. - Uroczy jesteś, wiesz. Masz twarz niczym bóg. Zły bóg. I taki... potężny - szepnęła.

Seph czuł dreszcze i pieczenie na skórze. Od obojczy­ka przesuwało się w górę coś w rodzaju gorączki. Usta mu zdrętwiały, język stał się ciężki i gruby. Nie był w stanie nic powiedzieć. Pod skórą buzowało coś złego, poszukując ujścia. Chłopak czuł się zbyt duży dla swojego ciała, jak­by mógł oderwać od siebie kręgosłup i pozostawić go na podłodze niczym wąż starą skórę.

- Co... co się dzieje? - wymruczał. W uszach dźwię­czała mu muzyka, światła zdawały się bardzo natarczywe w tym zacisznym kącie. Zasłonił sobie twarz dłonią.

Alicia poklepała go po ręce.

- Wierz mi, to naprawdę odlotowy towar. Nieporów­nywalny z niczym.

Ścisnął mocniej jej dłoń, próbując z siebie wydobyć moc.

- Co mi zrobiłaś? To jakiś urok czy... czy...

Dziewczyna pogrzebała w swojej torebce i wydoby­ła opalizującą szklaną buteleczkę z kryształową zatyczką.

- Uspokój się. To czarodziejski płomień. Na ulicy na­zywany "dopalaczem umysłu". Guślarze robią go na sprze­daż. Nazwijmy to moją specjalną ofertą promocyjną.

Resztki jego świadomości ogarnęła panika.

- Naćpałaś mnie?

- To dopalacz dla obdarzonych mocą. Zdziera wszel­kie bariery i pozwala mocy swobodnie płynąć. Spodoba ci się. Potem zwyczajne życie będzie się wydawało bez­barwne.

Seph kręcił głową.

- Nie. Nie rozumiesz. Nie umiem kontrolować swojej mocy, nawet gdy jestem trzeźwy. Przydarzają mi się róż­ne rzeczy.

Uśmiechnęła się, widząc jego przerażenie.

- Nie martw się, za jakąś godzinę ci przejdzie. No, po­każę ci jeszcze coś. - Pochyliła się i pocałowała go w usta. Natychmiast odskoczyła, przykładając palce do swoich warg. - Hej!

Jego usta nie były już zdrętwiałe, lecz płonęły żywym ogniem. Skóra też płonęła. Muzyka była nie do zniesie­nia. Smród spoconych ciał przyprawiał go o mdłości. Nie mógł zebrać myśli.

Alicia próbowała cofnąć rękę.

- Palisz mnie! Puść!

Zmniejszył uścisk i dziewczyna się odsunęła. Zniknę­ła mu z widoku. Widział jednak wszystkich w sali, słyszał setki rozmów naraz, jakby wyostrzyły mu się zmysły.

Musiał się stąd wydostać. Ruszył ku drzwiom. Przeci­skał się przez tłum, tak wyginając ciało, by nikogo nie do­tknąć. Pozostawiał po sobie zwęglone ślady. Przypadkiem dotknął jakiegoś stolika i ten stanął w płomieniach. Z ko­niuszków palców Sepha wystrzeliwały iskry, od których zapaliły się kotary przy scenie i maty na ścianach tłumią­ce dźwięk. Wszystko wokół, co było palne, płonęło, ulat­niało się z dymem i zamieniało w popiół. Płomienie lizały ściany, topiony metal spływał z sufitu. Muzyka wciąż gra­ła i czarne plamki tańczyły, tyle że teraz alarm przeciwpo­żarowy wył, jakby zwiastował koniec świata.

- Uciekajcie! - krzyknął Seph. Jego głos, dziwnie wzmocniony, zabrzmiał donośnie w całej sali. Zaskoczo­ne twarze zwróciły się w jego stronę: jasne plamy pośród piekielnej czerwieni, wśród której stał, rozsiewając iskry niczym petarda. Jego bawełniane ubrania się dymiły. Przez moment wszyscy wpatrywali się w niego z przerażeniem, by wreszcie rzucić się do wyjścia, wrzeszcząc i popychając się wzajemnie. Każdy chciał jak najszybciej się wydostać.

Przy wejściu zebrał się tłum i niczym wystraszona be­stia próbował przepychać się przez wąski tunel, gdy na głowy osypywały się żarzące iskry. Zbyt wiele osób na­pierało jednocześnie, przez co nikt nie mógł się przesu­nąć. Kogo tłum nie zmiażdżył, tego czekała śmierć w pło­mieniach.

Seph z rozpostartymi rękoma rzucił się na ścianę dysko­teki. Popychała go jedynie dzika moc i determinacja, by nie mieć na sumieniu kolejnego nieszczęścia. Z koniusz­ków jego palców wystrzeliły z hukiem płomienie, które przebiły zniszczone drewno, tak że powstał osmolony ot­wór pachnący jak ognisko w zimie i wyglądający niczym brama piekieł. Przez moment wpatrywał się w niego zdu­miony, po czym krzyknął:

- Tędy! Chodźcie!

Tłum ruszył ku nowemu wyjściu. Napierające zewsząd ciała uniosły Sepha.

W końcu znalazł się na ulicy. Burza, która cały dzień wisiała w powietrzu, rozpętała się wreszcie i na rozgrzane­go czarodzieja spadł ulewny deszcz. Z ciała chłopca pod­niosły się kłęby pary. W ciągu kilku sekund przemókł do suchej nitki. Ci, którzy jeszcze nie oddalili się z miejsca katastrofy, tłoczyli się po drugiej stronie ulicy i obserwo­wali go z przerażeniem. Gdzieś w pobliżu zawyła syrena.

Gdzie są Carson, Maia i inni? Strzepnąwszy wodę z rzęs, szukał wzrokiem znajomych twarzy, ale nigdzie nie widział przyjaciół. Ani Alicii, która uruchomiła tę lawinę zdarzeń.

Rzucił się z powrotem w kierunku wejścia, pod prąd napierającego tłumu.

- Maia! - Maia była drobna i łatwo było ją stratować. W końcu przecisnął się z powrotem do środka, lecz tam napotkał tylko ścianę ognia i dymu. - Drew!

Obszedł cały magazyn, poszukując możliwości wejścia, lecz bezskutecznie. Jak to wszystko mogło się spalić w tak krótkim czasie? Dach runął, wzniecając snop iskier. Ogień był tak silny, że Seph musiał wrócić na drugą stronę ulicy.

Przywarł plecami do muru, osunął się na ziemię i oto­czył kolana rękami. Chwycił za krzyżyk od Mai i czując, jak złoto mięknie pod jego rozgrzanymi palcami, odchylił gło­wę, by rzęsisty deszcz ochłodził mu twarz. Żałował, że te krople nie mogą zmyć z niego świadomości tego, co zrobił.

Spotkanie odbyło się w siedzibie kancelarii Sloan, Houghton i Smythe w Toronto. Kiedy Seph przyszedł, skierowano go do niewielkiego, bogato wyposażonego gabinetu z biblioteczkami z orzechowego drewna i grubym dywanem. Denis Houghton, prawny opiekun Sepha, przybył na tę okazję aż z Londynu. Prawdopodobnie zależało mu na tym, by utrzymać Sepha jak najdalej od londyńskiej siedziby kancelarii.

Seph widział swojego opiekuna zaledwie dwa czy trzy razy. Prawnik był wysoki, ze szpakowatymi włosami i upo­dobaniem do drogich zegarków i kunsztownych sygnetów. Szyte na miarę garnitury nie były w stanie zamaskować jego coraz większego brzucha.

Seph mimowolnie pomyślał o tym, ile garniturów i sygnetów prawnika pochodziło z pieniędzy na jego opiekę. Jego przybrana matka Genevieve LeClerk zmarła trzy lata temu. Dopiero wtedy dowiedział się, że ma prawnego opiekuna, bardzo duży fundusz powierniczy i tłum prawników, którzy muszą dbać o jego interesy.

Genevieve skrywała wiele tajemnic. Kiedy uczyła go ro­bić omlet, kłaść tapety czy wybierać wino dla gości w pen­sjonacie, wyciągał z niej strzępki wiedzy o magii z takim trudem, jakby wydobywał ostrygi z muszli.

Jak każda guślarka, nie ufała czarodziejom i bała się ich bezwzględności. Pochodziła z Francji, gdzie długo służyła czarodziejowi. Jej nadgarstki były pokryte bliznami w miej­scach, gdzie nosiła kajdany. Kochała Sepha i była mu bardzo oddana, lecz zdawała się liczyć na to, że jego czarodziejska moc zniknie albo przynajmniej nie zostanie zauważona. Moc natomiast wypuszczała długie pędy, które pięły się po płotach i wyrastały niespodziewanie między kamieniami.

"Palce Sepha łaskoczą" - mówili koledzy w przedszko­lu. W tamtym okresie nauczyciele go uwielbiali. Wszy­scy ulegali urokowi chłopca z ciemnymi lokami, zmienną barwą oczu i słodkim uśmiechem. Klasowa świnka mor­ska wchodziła pod jego ławkę i nikomu nie pozwalała się do siebie zbliżyć. Staw w parku zamarzał w środku lipca, gdy Seph miał ochotę pojeździć na łyżwach. Najbardziej lubił dużą przerwę. Czasami trwała cały dzień. Wystarczy­ło tylko ładnie poprosić. Aż Genevieve się o tym dowie­działa i zainterweniowała.

W miarę jak dorastał, jego moc nabierała siły, stawała się coraz niebezpieczniejsza i trudniejsza do kontrolowania. Po śmierci Genevieve było jeszcze gorzej. Seph był kukułczątkiem podrzuconym w gnieździe wróbla i nie dało się tego ignorować.

Houghton podniósł się zza olbrzymiego mahoniowe­go biurka i gestem zaprosił swego podopiecznego do sto­łu przy oknie. Zanosiło się więc na spotkanie w wąskim gronie.

Seph usiadł w skórzanym fotelu, a Houghton na wprost niego. Prawnik przez chwilę przyglądał się chłopcu z kwaś­ną miną. Zdjął okulary, wyczyścił je i ponownie założył. Westchnął przeciągle.

- A więc możemy zaczynać?

- Ja tak - odparł Seph, patrząc śmiało na prawnika, by go sprowokować do zadania następnego pytania. Nie chciał rozmawiać o tym, co się stało w klubie. Bał się, że straci nad sobą panowanie.

Houghton się nie poddawał.

- Niedobrze - powiedział. - Naprawdę. No, ale w koń­cu w takich klubach zawsze coś może się zdarzyć. Schodzi się tam najróżniejszy element.

- Racja - krótkie odpowiedzi były najbezpieczniejsze.

- Tyle się słyszy o narkotykach, alkoholu i tak dalej. - Houghton urwał i pytająco uniósł brew, ale Seph spojrzał za okno i zmusił się do spokojnych, głębokich oddechów.

- Racja - przyznał Houghton, rozczarowany. - No, w każdym razie udało nam się odsunąć te absurdalne zarzuty.

- To dobrze.

- Mówię poważnie. Strzelanie płomieniami z palców jak jakaś postać z komiksu? Brednie. Ale ludzie wpadają w histerię.

- Tak.

- Oczywiście, uniwersytet też nie jest bez winy. Wszy­scy studenci kursów letnich mają być w akademikach przed dziesiątą wieczorem, tak głosi ich broszura. A ty, szesna­stolatek, błąkałeś się po ulicach o czwartej nad ranem.

W końcu Seph musiał coś powiedzieć.

- Nie błąkałem się po ulicach. Byłem na dyskotece. Wie­le razy chodziłem na takie imprezy i nigdy nic się...

- No to ich wina jest podwójna. Wiedzieli, a przynaj­mniej powinni wiedzieć, że.

Seph pochylił się ku rozmówcy.

- Wie pan przecież, że chodzę do klubów. To pan płaci rachunki.

Houghton głośno odchrząknął. Seph wcale by się nie zdziwił, gdyby jego opiekun zatkał sobie uszy.

- No dobrze. Masz, co chciałeś. Chyba musimy się zgo­dzić, że twój pomysł na spędzenie lata na uniwersytecie w Toronto to... katastrofa.

- Problem nie jest w Toronto - odparł Seph. - Toron­to jest super. Ja.

- Nie. - Houghton nerwowo obracał w palcach przy­cisk do papieru. Na jego czole lśniły krople potu. - Nie tym razem. Policja wymogła na mnie zapewnienie, że jak najszybciej opuścisz miasto.

Seph poczuł wielki ciężar.

- Mówił pan, że zarzuty oddalono.

- Jest wielu świadków, którzy łączą twoją osobę z po­żarem.

Seph mocno ścisnął podłokietniki fotela.

- Ach tak. A pan co o tym sądzi?

Houghton przetarł czoło śnieżnobiałą chusteczką.

- A co mam sądzić? Masz chyba skłonność do... wybu­chów. Ten incydent w Szwajcarii, eksplozje na dachu ka­plicy i... no... zniszczenie dzwonnicy.

- Wszedłem tam z przyjaciółką. Nie poszedłem tam po to, żeby zniszczyć dzwonnicę. - Marie chciała zobaczyć gwiaz­dy. Wybuchy fajerwerków zaczęły się, gdy się pocałowali.

- A ten chłopak w St. Andrew's? Ten Henri Armand. Zaatakowały go kruki, tak?

Seph wzruszył ramionami. Nie miał ani krztyny współ­czucia dla Henriego. To był starszy uczeń z internatu w Marsylii. Krążyły pogłoski, że pochodzi z rodziny prze­stępców. Dobrze się bił, co nie było częste w prywatnych szkołach.

Armand uważał Marie za swoją własność, tak jak kiczo­watą złotą biżuterię i włoski sportowy samochód. Kie­dy usłyszał o incydencie na dzwonnicy, zaskoczył Sepha w ciemnym zaułku i pobił mocno w taki sposób, żeby nie pozostawić śladów.

Wtedy nadleciały kruki.

- Te ptaki porozrywały mu ubranie na strzępy - ciąg­nął Houghton.

Armand był tak przerażony, że aż się zmoczył. Potem kilka olbrzymich czarnych kruków usiadło Sephowi na ramionach i lśniącymi czarnymi oczkami przyglądało się nagiemu Armandowi. Seph bał się tych stworzeń tak samo jak jego napastnik.

No, może nie aż tak.

Spojrzał na Houghtona i uniósł brew. Zwykle pomagało odwołanie się do logiki.

- Chce pan powiedzieć, że nasłałem na niego stado kruków?

Prawnik uśmiechnął się słabo.

- Mówię, że w ciągu ostatnich trzech lat wyrzucono cię z czterech szkół. Zaczyna nam już brakować możliwości.

- Ale idę na Uniwersytet w Toronto. Już postanowione.

- To już nie jest możliwe.

- A St. Michael?

- Nie.

Seph czuł, do czego to zmierza. Musiał zostać w Toron­to. Musiał odszukać tę dziewczynę, Alicię, i uzyskać kil­ka odpowiedzi. Była jedynym, czego mógł się uchwycić.

Posunął się do błagania.

- Proszę. Niech mi pan pozwoli tu zostać. Musi być ja­kieś miejsce, gdzie mnie przyjmą. Obiecuję, że nie wpaku­ję się w kłopoty. - Wyciągnął rękę do Houghtona. Gdyby mógł go dotknąć. Prawnik uniósł dłonie i odsunął się od Sepha, jakby się go bał.

- Nie... Nic nie wskórasz. Nie tym razem. Mamy zwią­zane ręce. Policja jasno wyraziła swoje stanowisko.

- Może ja z nimi porozmawiam.

- Lepiej to zostaw. Dzięki Bogu przestali się tobą inte­resować. Czas, żebyś się nauczył, że nie możesz się wymi­gać z każdej sytuacji.

- Już się nauczyłem.

- Poza tym, wszystko już jest zorganizowane.

- Co?

- Twoja nowa szkoła.

- Gdzie?

- W Maine.

- W Maine?

- Na zdjęciach wygląda wspaniale. Nad samym ocea­nem. - Houghton rzucił Sephowi w twarz kolorową bro­szurę. - Szczęśliwym trafem znalazłem to w skrzynce za­raz po tym zdarzeniu w klubie.

Seph nie był zadowolony.

- Nienawidzę oceanu.

- Może go polubisz.

Na okładce była żaglówka. Seph przejrzał tekst i po­kręcił głową.

- Dla chłopców? Houghton wzruszył ramionami.

- Jak się nie ma, co się lubi... Może brak obecności mło­dych dam pomoże ci się... skupić.

- Nawet pan nie zapytał, czego j a chcę. - Seph szurał czubkiem buta po ręcznie tkanym dywanie.

- Już ci mówiłem, że w tej sytuacji nie mamy wielu moż­liwości.

- Jest tam chociaż jakieś miasto w tym Maine?

- Tak. Chyba tak. Nazywa się Portland, zdaje się... A może to w New Hampshire? No... nieważne - urwał te rozważania. - Musisz wyjechać natychmiast. Semestr już się zaczął.

Seph z rezygnacją wsunął broszurę do kieszeni. W zwy­kłej sytuacji jeszcze by dyskutował, ale teraz nagle poczuł, że chyba zasłużył na ten wyjazd do Maine. Albo w inne miejsce, gdzie jest niewielu ludzi.

Prawnik spojrzał na zegarek, zadowolony, że chłopak nie chce dłużej walczyć.

- No więc dobrze. Masz jakieś pytania?

- Tak. Kim byli moi rodzice? Houghton westchnął.

- Nie wracajmy do tego. Widziałeś dokumenty. Foto­grafie. Nie wiem, co jeszcze...

- Wiem, że nie są prawdziwe. Sprawdziłem w interne­cie. To wszystko jest sfabrykowane.

Houghton wstał. Obejrzał swoje mankiety, rozprosto­wał kant spodni i zwiększył odległość między sobą a swo­im klientem.

- Wiem, że te trzy lata były dla ciebie trudne. Ciężko jest stracić rodziców w tak młodym wieku. I możliwe, że śmierć twojej przybranej matki wzmogła poczucie osamot­nienia, porzucenia.

Seph podniósł się i mężczyzna zrobił pospieszny krok w tył.

- Jest pan prawnikiem. Nikt pana nie prosi o udawanie psychiatry. - W dłoniach i całych rękach czuł moc. Starał się opanować ten gniew. Nie szkodzi, powtarzał sobie, nie warto.

- Teraz jeszcze to... zdarzenie w klubie. Co za tragedia. Ta młoda dziewczyna. Jak miała na imię?

- Maia.

- Znałeś ją?

- Tak. - Seph wrócił do zdawkowych odpowiedzi.

- Lepiej tego nie rozgłaszaj. To by mogło jeszcze po­gmatwać sprawy. - Houghton po krótkim wahaniu poło­żył Sephowi dłoń na ramieniu. Pachniał drogim tytoniem, wełną i płynem po goleniu. Seph miał ochotę się odsunąć, lecz się powstrzymał.

- Może właśnie tego potrzebujesz, Josephie. Pojechać do Maine. Skupić się na nauce. Na jakiś czas oderwać się od tego wszystkiego. - Głos opiekuna był łagodny. - Uda­ło ci się uniknąć wpisu w policyjnych rejestrach. Masz dobre stopnie. Może uda ci się z dobrymi wynikami skończyć naukę w Szkolnej Przystani. Wtedy zaczniemy rozmawiać o studiach. Może nawet będziesz mógł wró­cić do Toronto.

Jeszcze dwa lata, pomyślał Seph. Jeszcze tylko dwa lata i przejmę swój fundusz. A wtedy zwolnię kancelarię Sloan, Houghton i Smythe. Jeszcze dwa lata, a będę miał czas i pieniądze, żeby się dowiedzieć, kim naprawdę jestem.

Dwa lata brzmiały jak wieczność.

ROZDZIAŁ 2 Szkolna Przystań

Seph zbliżył twarz do chłodnej szyby okna samolotu i obserwował postrzępioną linię brzegową Nowej Anglii. Z tej wysokości Atlantyk wyglądał jak spokojne jezioro, szarozielonkawe ze spienionymi brzegami tam, gdzie fale rozbijały się o skały.

Muzyka w słuchawkach nie wystarczała, by uspokoić jego rozbiegane myśli.

Wsunął dłoń pod bluzę i wydobył na wpół stopiony krzyż, który dostał od Mai. Gdy zamykał oczy, wciąż czuł jej delikatny uścisk.

Nie uważał siebie na szczególnie atrakcyjnego. To, co wiedział o sztuce, wystarczało, by stwierdzić, że nie speł­nia klasycznych norm piękna. Jego twarz wyglądała, jak­by do niej nie dorósł: koścista, pełna ostrych kątów. Wło­sy tworzyły burzę niesfornych loków, jeśli nie użył żelu, by je opanować. Urósł tak niedawno, że wciąż czuł się niepewnie, jakby był źle zmontowany. Jednak dziewczę­ta stale szukały pretekstów, by go dotknąć, pobawić się jego włosami. Maia zawsze mówiła o jego oczach: o tym, jak w świetle zmieniają barwę z brązowych na zielone albo złote.

Teraz ona nie żyje. Przez niego.

Spojrzał na swoje dłonie. Dłonie mordercy, chociaż wy­glądały na normalne ciało i kości. Był... odchyleniem od normy. Czy to tylko brak wiedzy, czy jakaś skaza?

Przyłożył pięść do piersi i wyobraził sobie, że czuje wewnątrz ciężar. " Tu as un cristal sous ton coeur" - powiedziała Genevieve. Masz kryształ pod sercem. Źródło mocy, które jest inne w każdej gildii.

U guślarzy, zaklinaczy, wojowników i wróżbitów ko­rzystanie z mocy następowało w sposób mniej lub bar­dziej naturalny.

Czarodzieje natomiast potrzebowali szkolenia, aby uży­wać mocy i umiejętnie ją kontrolować. Genevieve powie­działa mu o tym, gdy zaczęły mu się przydarzać magiczne incydenty. Żeby nie myślał, że jest opętany, co sugerowali jezuici, kiedy był małym dzieckiem.

Nie powiedziała mu jednak prawdy o rodzicach. I dla­tego czuł się zdradzony.

Potrzebował nauczyciela. Skoro nie mógł się nauczyć panować nad swoją mocą, to chyba lepiej byłoby wcale jej nie mieć. Czy ten kamień można usunąć jak chory wore­czek żółciowy?

Dobrze przynajmniej, że ta sprawa pożaru w klubie nie spadła na barki Genevieve. Ona poszłaby do kościoła za­palić świeczkę i modlić się za Sepha. Powiedziałaby mu, że w oczach Boga jest bez skazy, choć nie wiadomo, skąd niby miałaby to wiedzieć.

Z szumu silnika wywnioskował, że zaczęli schodzenie do lądowania. W samolocie było szesnaście miejsc, które poza Sephem zajmowało tylko sześcioro pasażerów - z wy­glądu myśliwych i turystów. Seph lubił podróżować taki­mi małymi samolotami. Może kupi sobie samolot, skoro już jest w wieku odpowiednim do rozpoczęcia nauki pi­lotażu. Uśmiechnął się do tej myśli - był to jego pierwszy uśmiech tego dnia - i zdjął słuchawki.

Samolot wykonał zwrot i zaczął kołować. Ląd szybko się przybliżał, aż opadli na trawiaste lądowisko. Kiedy ma­szyna się zatrzymała, Seph już był na nogach i wyjmował torbę z szafki nad głową.

Zamknął oczy i skoncentrował się, jak uczyła go Genevieve. Poradzisz sobie. Już to robiłeś. Jesteś dobry w kontaktach z ludźmi. Tyle że ta nowa szkoła była bardzo mała - około stu uczniów, zgodnie z tym, co pisali w broszurze. W małych szkołach Seph nie radził sobie najlepiej. Wywoływał zbyt duże fale, by przetrwać w małym stawie.

Musiał znaleźć jakiś sposób, by dać sobie radę. Jeszcze dwa lata i będzie mógł wrócić do miasta i zniknąć.

Na lotnisku stała jedna podniszczona metalowa buda. Parking porastała trawa.

Przy ogrodzeniu otaczającym pas startowy czekał męż­czyzna. Był wysoki - wyższy od Sepha o co najmniej kil­ka centymetrów - i całkiem łysy. Trudno było stwierdzić, czy to prawdziwa łysina, czy po prostu ogolona głowa. Po­mimo chłodu miał na sobie białą koszulkę polo z krótkim rękawem, podkreślającą mięśnie jego ramion. Wyglądał na mniej więcej pięćdziesiąt lat, ale Seph wiedział, że z łysy­mi w tym względzie nigdy nie wiadomo.

Seph poczekał na swój bagaż, wyjął torbę z wózka i prze­wiesił przez ramię. Gdy podszedł do bramy, łysy mężczy­zna zrobił krok w jego stronę.

- Musisz być Josephem McCauleyem - powiedział z bry­tyjskim akcentem. - Ja jestem doktor Gregory Leicester, dyrektor Szkolnej Przystani.

Z bliska oczy dyrektora miały niezwykłą szarą barwę, jak bliźniacze metalowe kulki. Brak włosów i to, że jego wargi nie różniły się kolorem od reszty twarzy, sprawiały, że przypominał robota.

Zadowolony, że dyrektor nie wyciągnął do niego ręki, Seph uśmiechnął się i powiedział:

- Miło mi pana poznać.

Grono pedagogiczne musi być niewielkie, pomyślał, sko­ro sam dyrektor przybywa odebrać mnie z lotniska.

- To wszystko, co masz? - zapytał Leicester, ruchem głowy wskazując na bagaż chłopca.

- Tak. Wysłałem trochę książek pocztą. I komputer. - Seph zwykł podróżować bez bagażu, co przy tak częstych przeprowadzkach miało niemałe znaczenie.

Doktor Leicester skierował się w stronę białego vana z napisem "Szkolna Przystań" i złotą żaglówką namalo­waną na drzwiach. Poza tym na parkingu stało pięć samo­chodów. Van był otwarty. Dyrektor odebrał torby od Se­pha i wrzucił je na tylne siedzenie. Gestem zaprosił chłopca do wnętrza, a sam usiadł za kierownicą.

- Do szkoły jest prawie godzina jazdy - oznajmił. - Bę­dziemy mieli okazję się poznać.

Wyjechali z parkingu i skręcili na dwupasmową drogę. Według mapy na południe od lotniska było niewielkie mia­steczko. Oni jednak jechali na północ i od najbliższej miej­scowości, będącej celem podróży, dzieliło ich ponad sto kilometrów.

Po co budować prywatną szkołę na takim odludziu? Gdyby to była leśniczówka albo więzienie, to co innego.

- Przyjechałeś bezpośrednio z St. Andrews czy spędziłeś trochę czasu w domu? - zapytał doktor Leicester, nie odrywając oczu od drogi.

- Przyleciałem z Toronto. Byłem tam na letnim obo­zie - odparł Seph. Czuł dziwny ból głowy, jakby na czo­le zaciskała mu się metalowa obręcz, a przy tym szumiało mu w uszach. To mogły być skutki lotu, choć zazwyczaj dobrze znosił podróż samolotem.

Minęli dwie stacje benzynowe, grupkę zabudowań i wreszcie wjechali w gęsty sosnowo-jodłowy las. Seph opuścił szybę, licząc na to, że świeże powietrze go orzeźwi, i poczuł przyjemną woń drzew iglastych.

- A więc masz za sobą długi dzień - doktor Leicester wyrwał go z zadumy. - Mam nadzieję, że się przespałeś w samolocie.

- Tak. Trochę.

- Skąd pochodzisz?

- Urodziłem się w Stanach, ale wychowałem w To­ronto.

- Rodzice nadal tam mieszkają?

- Moi rodzice nie żyją. - Seph wpatrywał się w drogę przed sobą.

- Aha. Cóż. Korespondowaliśmy z twoim opiekunem, panem Houghtonem. To znaczy, że masz krewnych w Anglii?

- Pan Houghton to tylko prawnik. Mój przedstawiciel. Niewiele wiem o swojej rodzinie.

Właściwie nic, dodał w myślach.

To, co mu mówiono o rodzicach, było niejasne, bezbarwne, jak niewyraźna linia, zaledwie zarys historii, bez tego wszystkiego, co czyni ją żywą. Matka była stewardesą i mieszkała w okolicach Toronto, a ojciec pracował w branży informatycznej. Zginęli w pożarze domu w Kalifornii, gdy Seph miał roczek. Genevieve LeClerc była jego nianią i wzięła go na wychowanie. Słyszał tę historię od małego.

Ostatnio dowiedział się, że to wszystko kłamstwa.

- Myślę, że ci się tu spodoba - powiedział Leicester. - Wiem, że kilka razy zmieniałeś szkołę. Często zdolni ucz­niowie pakują się w kłopoty, gdy nikt nie umie zaspokoić ich potrzeb. Tutaj rzadko tracimy uczniów. A ci z lepszymi wynikami mogą nawet liczyć na specjalny tryb nauczania. Wierzymy w indywidualne podejście do każdego ucznia.

- Rozumiem. To brzmi rozsądnie - stwierdził Seph.

Nie mógł się skupić. Był stworzeniem miejskim i te siel­skie widoki wyraźnie go rozpraszały. Przez pół godziny nie widział niczego poza drzewami po obu stronach drogi.

- Bardzo tu... odludnie.

- Można przejechać wiele kilometrów i nie napotkać żadnego domu - oznajmił Leicester takim tonem, jakby to była wielka zaleta.

Wiele bocznych dróg było drogami gruntowymi o na­zwach plaż, do których prowadziły. Za długim pasem drzew pojawił się zjazd w bok, oznaczony drogowskazem głoszącym: "Szkolna Przystań. Posiadłość prywatna".

W obie strony aż po horyzont ciągnął się wysoki ka­mienny mur. Zapewne żeby teren nie zarósł drzewami. Seph potarł oczy. Mur wydawał mu się rozmazany, jakby spowity mgłą.

Może to początek migreny.

Skręcili w prawo i przez wysoką bramę z kutego żelaza wjechali na drogę gruntową.

Drzewa przy tej drodze rosły tak blisko, że wystarczy­ło wyciągnąć rękę, by ich dotknąć. Ich liściaste korony sty­kały się w górze, przepuszczając tylko słabe smugi światła, które łagodnym blaskiem oświetlały ziemię. Powietrze było ciężkie, nasycone zapachem dawno zwiędłych roślin, będą­cych już w stanie rozkładu. Wkrótce drzewa się przerzedziły i zrobiło się jaśniej. Prześwitująca zza drzew woda i powie­wy świeżego powietrza świadczyły o tym, że dotarli do celu.

Zatrzymali się przed dużym drewniano-kamiennym bu­dynkiem, oddzielonym od wody szeroką promenadą z de­sek. Długi dok ciągnął się do przystani, gdzie było przycu­mowanych kilka łódek ze zwiniętymi i przymocowanymi do masztów żaglami.

- Tutaj jest centrum administracyjne - wyjaśnił doktor Leicester. - Stołówka, sala gimnastyczna, biblioteka, świetlice i inne udogodnienia. - Przejechał jeszcze kilkadziesiąt metrów i zatrzymał się przed następnym budynkiem. - A to jest Gareth Hall. Tu się odbywa większość lekcji, z wyjątkiem wf-u, plastyki i muzyki. Semestr trwa już od kilku tygodni, więc czeka cię sporo pracy.

Zajęcia plastyczne i muzyczne odbywały się w oddzielnym budynku. Trudno byłoby ten teren nazwać kampusem, bo brakowało tu otwartych przestrzeni. Każdy budynek stał na oddzielnej polanie, ze wszystkich stron otoczony lasem,jakby natura chciała je od siebie odizolować. Wysokie, proste pnie drzew ciągnęły się daleko w głąb i rozmazywały w mroku.

Wszystkie budynki były do siebie podobne, jak gdyby cała szkoła w jednej chwili wyłoniła się spod ziemi. Było to coś zupełnie innego niż kompleks szkolny w St. Andrew's, gdzie uczniowie przebywali pośród starych kamiennych sal, dzwonnic i trawników, a z każdej strony rozciągał się widok na góry. A kampus w Toronto... Seph wolał nie wspominać tego miasta.

- Chyba często tu spotykacie dzikie zwierzęta - zauwa­żył, bo doktor Leicester wyraźnie oczekiwał jakiejś reakcji. Co za zadupie, pomyślał przy tym.

- Wszystkiego po trochu: łosie, wilki, jelenie. Szopy i niedźwiedzie trochę dają się nam we znaki. - Leicester roześmiał się, jakby z przymusem. Trudno było wyobra­zić sobie tego człowieka wydającego dobroczynny obiad lub witającego się z rodzicami.

Zatrzymali się przed całkiem skromnym dwupiętrowym budynkiem z kamienia, szkła i drewna, podobnym do po­zostałych, lecz nieco mniejszym.

- To twój internat. - Dyrektor podał mu klucz. - Miesz­kasz w pokoju 302. Pomóc ci z bagażami?

- Nie, dziękuję. Dam sobie radę. - Seph wysiadł z sa­mochodu i zabrał torby z tylnego siedzenia.

- Poproszę kogoś z uczniów, żeby przed poniedziałkiem oprowadził cię po terenie. Jeśli jesteś głodny, chyba znaj­dziesz coś do jedzenia w stołówce w budynku administra­cyjnym.

Seph nie był głodny. Gorzej było z bólem głowy. Czuł się, jakby ktoś bił go po czaszce.

- O czwartej trzydzieści jest pływanie - oświadczył Leicester. - Przebierz się w strój i idź po znakach do zatoczki. Będziesz miał okazję poznać innych chłopców. - Nie dał mu nawet możliwości sprzeciwu. Samochód natychmiast odjechał, rozbryzgując żwir spod kół.

Seph się rozejrzał. W koronach drzew tańczyły promie­nie słońca, gdzieniegdzie jakiś prześwit między gałęziami pozwalał słońcu dotrzeć do ziemi. Poza tymi miejscami podszycie lasu było spowite chłodnym zielonym mrokiem. Wiatr szeleścił liśćmi i poruszał gałęzie. Skądś wyskoczyła wiewiórka. Mimo ciepłej bluzy Seph czuł chłód na całym ciele. Może tu, w Maine, przy takiej pogodzie się pływa, ale tam, skąd pochodził, na pewno nie.

Skądkolwiek pochodził.

Zarzucił torbę na ramię, ominął windę i wszedł na drugie piętro. Jego pokój był nieco na uboczu - za rogiem na końcu korytarza. Leicester nie wspominał o współlokatorach i Seph wcale nie był zdziwiony, że ma pokój tylko dla siebie. Uczniowie drogich szkół byli przyzwyczajeni do dużych przestrzeni.

Z każdej szkoły, do której wcześniej chodził, zapamiętał po jednym widoku: obszerna sala w Dunham's Field w Szkocji, widok z dzwonnicy w St. Andrews w Szwajcarii, Montreal oświetlony o zmierzchu w środku zimy, chociaż słońce zdawało się zachodzić już w połowie dnia.

W pokoju był gazowy kominek i wyjście na niewiel­ką werandę z widokiem na las. Wyposażenie obejmowało jednoosobowe łóżko z masywnym dębowym wezgłowiem i grubą poduszką w jodełkę, szafkę nocną, biurko i regał, dwa fotele dla gości, chodniki na podłodze i płytki cera­miczne w łazience.

Ściany były puste - czysta powierzchnia do zapełnienia. Ale Seph od jakiegoś czasu nie starał się nadawać swoim po­kojom osobistego charakteru. Nie było sensu. Nauczył się nosić poczucie własnej tożsamości przy sobie.

Na małym stoliku leżał koszyk z owocami, obok stało kilka butelek wody, a przy nich karteczka kremowej barwy z motywem żaglówki i napisem: "Witaj, Josephie".

Jego książki już tu dotarły i czekały w pudłach przed re­gałem. Komputer leżał na biurku. Nie było jednak telefonu ani żadnego portu sprzętowego. Wyjął komórkę i spojrzał na wyświetlacz. Brak zasięgu. Zaklął pod nosem i włożył telefon z powrotem do kieszeni.

Starannie rozpakowywał torbę. Odłożył na bok szczoteczkę i pastę do zębów wraz z resztą kosmetyków i zażył dwa ibuprofeny. Znalazł dwa gniazdka elektryczne, umieścił mp3 w stacji dokującej i podłączył głośniki. Miał najlepszy z możliwych system odtwarzania dźwięku. Zwiększył głośność muzyki, licząc na to, że przyciągnie do siebie go­ści. Przeliczył się jednak.

Jego ubrania zajęły zaledwie trzy szuflady z sześciu. Przeniósł książki z pudełek na półki; z lubością przesu­wał palcami po angielskich i francuskich tytułach. Może nie powinien wozić ze sobą tylu książek. Ile z nich prze­czytał więcej niż raz? Nauczył się minimalizować potrze­by, jak przenoszony z miejsca na miejsce biznesmen, który stara się upchnąć swoje życie do jednej walizki.

Koło czwartej ból głowy nieco zelżał.

Najbardziej na świecie Seph pragnął zamknąć drzwi i rzucić się na łóżko. Miał jednak w zwyczaju nie odkła­dać na później oficjalnych powitań.

W żadnym z sąsiednich pokoi nikt nie odpowiadał, aż wreszcie zapukał do drzwi na przeciwległym końcu kory­tarza. Otworzył mu czarnoskóry chłopak o wysportowanej sylwetce, ubrany jedynie w kąpielówki. Na jego szyi wisiał srebrny amulet na łańcuszku - stylizowana Ręka Fatimy.

Ochrona przed diabelskim okiem.

Seph uśmiechnął się i wyciągnął rękę.

- Jestem Seph McCauley. Właśnie się wprowadziłem do pokoju w głębi korytarza.

"Dobre stosunki z kolegami", pisano zawsze na jego świadectwach obok wzmianki o dobrych wynikach w nauce.

- Trevor Hill - odparł chłopak, ściskając dłoń Sepha. Szybko ją puścił jak poparzony. - Oj, kopnęło mnie.

Seph wzruszył ramionami bez poczucia winy. Jak czę­sto to słyszał?

- Słyszałem, że miał przyjechać jakiś nowy - głos Trevora brzmiał jak sunąca powoli rzeka, był ciepły i niósł ze sobą południowy akcent. - Wejdziesz?

Trevor przeciągnął się, żeby Seph mógł wejść. Jego po­kój był kopią pokoju Sepha, lecz wydawał się mniejszy, bo było w nim dodatkowe wyposażenie: mała lodówka, tele­wizor, plakaty sportowców. W porównaniu z tym pokój Sepha wydawał się spartański.

- Ale tu miło - zauważył Seph. - Zrobiłeś to wszystko w ciągu trzech tygodni?

- Nie, zajmuję ten pokój od dwóch lat. - Trevor ner­wowo spojrzał na zegarek. - Chyba mamy jeszcze trochę czasu. Możesz zdjąć te rzeczy z krzesła i usiąść.

Seph usiadł na krześle przy biurku.

- Jesteś w ostatniej klasie? - zapytał, próbując rozluźnić atmosferę. Wiedział, że może to zrobić, gdy dotknie ręki rozmówcy, ale nie chciał tego próbować z kimś dopiero poznanym.

- W drugiej - odparł Trevor. - Jestem z Atlanty. Z okolic Buckhead. Nie miałem ochoty przyjeżdżać tak daleko na północ. Każdej jesieni niemal zamarzam na kość. - Wziął z łóżka grubą bluzę i włożył przez głowę.

- Ja też jestem w drugiej - oznajmił Seph.

W końcu Trevor zadał to nieuniknione pytanie:

- Skąd jesteś?

- Z Toronto, ale ostatnio byłem w szkole w Szwajcarii. Więc jestem przyzwyczajony do zimna.

- Szwajcaria? - Trevor nie wyglądał już na zdenerwo­wanego, raczej był pod wrażeniem. - I czemu wyjechałeś?

- Nie układało mi się. - Seph znacząco wywrócił oczyma. Trevor kiwnął głową, jakby go to nie zdziwiło.

- Ta szkoła to pomysł moich rodziców. - Machnął nie­dbale ręką.

- Moi rodzice nie żyją. Mam opiekuna. Prawnika. On to zorganizował - odparł Seph i pomyślał, że powinien sobie sprawić T-shirt z napisem: "Sierota z Toronto". To by mu zaoszczędziło czas w podobnych sytuacjach. - No więc, jak tu jest? Jak sobie radzicie z belframi? - ciągnął. Miał oczywiście świadomość, że rady Trevora w jego przypadku mogą być nieskuteczne.

Trevor pochylił się do przodu i oparł dłonie na kolanach.

- Ja też miałem kłopoty, zanim się tu zjawiłem. Musisz tylko przestrzegać zasad, a będzie dobrze. Tutaj się specja­lizują w chłopakach, którzy w innych miejscach sprawiali problemy.

- Ach tak? - No to świetnie, pomyślał Seph. Wylądowa­łem w jakimś poprawczaku dla wyższych sfer. Ale Trevor wyglądał na całkiem normalnego, a był tu już dwa lata. - Czy wywalają tych, którzy się w coś wplączą?

- Stąd nikogo się nie wyrzuca - oświadczył Trevor. - Zresztą, sam zobaczysz. Ich metody są bardzo... jak oni tu mówią... efektywne.

Coś w sposobie, w jaki wymówił słowo "efektywne", zabrzmiało niemal złowieszczo. Seph zapragnął zmienić temat. Zwrócił uwagę na laptop Trevora.

- Przywiozłem swój komputer, ale nie widzę w poko­ju żadnych portów sieciowych. Jest kabel czy mam zapła­cić za podłączenie?

- Nie mamy samodzielnego dostępu do internetu. Seph wpatrywał się w niego ze zdumieniem.

- Jak to? Czemu? Przecież to żaden problem. Mogliby użyć sieci bezprzewodowej, jeśli nie chcą ciągnąć kabli.

Trevor kręcił głową.

- Nie o to chodzi. Ja mówię, że nam nie wolno. Są kom­putery w bibliotece. Możesz tam szukać, czego chcesz, ale oni blokują niektóre strony.

- To jakieś szaleństwo. Nie mogą tego robić. Mam przy­jaciół w sieci. - Seph nie przypominał sobie, aby w broszu­rze była o tym mowa.

Trevor wzruszył ramionami i znowu spojrzał na zegarek.

- No, pora pływania. Lepiej idź się przebrać, jeśli nie chcesz się spóźnić.

Seph potarł bolące skronie.

- Chyba zrezygnuję. Mam za sobą ciężki dzień. Oczy Trevora rozszerzyły się ze zdumienia.

- Doktor Leicester cię zwolnił?

- Niezupełnie.

- No to lepiej się przygotuj. - Trevor wstał. Wyglądało na to, że wizyta dobiegła końca, więc Seph także się podniósł.

- No dobrze... zbiorę się.

- Mogę poczekać, jeśli się pospieszysz. Widocznie jednak za mało się spieszył, bo kilka minut później usłyszał głos Trevora przed drzwiami:

- Ja już idę! Zobaczymy się na dole.

Seph włożył kąpielówki, a na wierzch dżinsy i blu­zę. Zbiegł szybko po schodach i ruszył ścieżką przez las w kierunku nabrzeża. Nie widział żadnych uczniów, wi­docznie wszyscy już byli nad zatoką. Kierunkowskaz skie­rował go w prawo, na wydeptaną ścieżkę wzdłuż brzegu.

Zimny dreszcz na plecach uświadomił mu, że jest śle­dzony. Dwukrotnie się obracał i przyglądał ścieżce za sobą, aż wreszcie dał spokój i szedł dalej. W końcu ścieżka skrę­ciła w las.

- Hej!

Obrócił się. Tym razem ujrzał korpulentnego chłopca o rumianej cerze, w okularach z metalowymi oprawkami. Był w luźnych dżinsach i sportowej bluzie. Spoglądał nie­pewnie, wyglądał na zdenerwowanego.

- Hej - odpowiedział Seph. - Też się spóźniłeś na pły­wanie?

- Nie, ja... Ja nie... - Chłopiec zaczął kaszleć, z tru­dem łapiąc powietrze. Pogrzebał w kieszeni i wyjął in­halator. Zrobił długi wdech i odsunął urządzenie od ust. Następnie z wyraźną determinacją wyciągnął rękę do no­wego kolegi.

- Seph McCauley - przedstawił się Seph. Pomyślał przy tym, że gdy ma się astmę, chyba jest się zwolnionym z pły­wania. Gdy chwycił rękę chłopca, drgnął, rozpoznawszy ukłucie mocy.

- Hej, czy ty...?

- Słuchaj. M... muszę z tobą pogadać. - Chłopak rozej­rzał się na obie strony i rękawem otarł pot z czoła.

- Naprawdę chętnie bym pogadał, ale muszę iść pły­wać - odpowiedział Seph, zdumiony, że spotkał dwoje czarodziejów w ciągu zaledwie kilku tygodni. - Może spotkamy się później, przy kolacji?

- Nie. Ja... nie m... mogę. To nie...

- Dzień dobry, panowie!

Seph uniósł głowę i zobaczył przystojnego młodego mężczyznę w sportowej tweedowej marynarce ze skórza­nymi łatami na łokciach, niosącego skórzaną teczkę.

- Dź...dzień dobry, Aar... p-panie Hanlon. - Nowo poznany chłopak zamarł w bezruchu, jakby za chwilę miał się zmoczyć. Albo dostać kolejnego napadu astmy.

- Josephie, czy nie powinieneś teraz pływać? - zapytał pan Hanlon z uśmiechem.

- Właśnie tam idę.

- To dobrze. Pospiesz się. Doktor Leicester nie lubi spóźnialskich. - Położył dłoń na ramieniu chłopca w oku­larach i popchnął go ścieżką w przeciwną stronę.

- Jak się nazywasz?! - krzyknął za nim Seph, ale tam­ten tylko się zgarbił i nawet nie zwolnił kroku.

Chciał mi coś powiedzieć, pomyślał Seph. Nie wiem, na ile mi się to przyda, ale spróbuję go znaleźć przy kolacji.

W końcu ścieżka wyprowadziła go z lasu w miejscu, gdzie ocean wdzierał się w linię brzegową, tworząc osło­niętą zatoczkę z kamienistą plażą, niewidoczną z budyn­ków szkolnych.

W wodzie było około sześćdziesięciu chłopców. Ich gło­wy oblepione mokrymi włosami wyraźnie odróżniały się na tle szarej powierzchni. Kilku rozbierało się jeszcze na brzegu. Wszyscy wyglądali na bardzo zmarzniętych. Seph dojrzał Trevora jakieś dziesięć metrów od brzegu.

Doktor Leicester stał na brzegu w grubej bluzie, dżin­sach i polarze. Gdy zobaczył Sepha, zagwizdał przeraźli­wie, by przyciągnąć uwagę wszystkich.

- Chłopcy, poznajcie Josepha McCauleya. To jego pierwszy dzień w naszej szkole i właśnie spóźnił się na pływanie.

Reakcja na te słowa była zaskakująca. Wszyscy odwrócili wzrok lub opuścili głowy, jakby bali się posądzenia o ja­kikolwiek związek z jego wykroczeniem. Niektórzy po chwili odważyli się na niego spojrzeć, gdy już uznali, że Leicester tego nie zauważy.

Seph uśmiechnął się i uniósł dłonie w przepraszającym geście.

- Przepraszam. Chyba czegoś nie zrozumiałem. Czeka­łem na was w spa.

W wodzie rozległy się śmiechy, które szybko ucichły pod karcącym spojrzeniem Leicestera. Dyrektor wyraźnie nie był wrażliwy na legendarny urok Sepha.

Seph zostawił ubranie w pewnym oddaleniu od brzegu i pokuśtykał po kamieniach do wody. Miał nadzieję, że bę­dzie ona cieplejsza od powietrza, ale spotkało go rozczaro­wanie. Jakby wchodził w roztopiony śnieg. Natychmiast stracił czucie w stopach. Zanurzył się po kolana, potem po pas, z trudem łapiąc powietrze.

Woda była ciemna i nieprzyjemna, a dno pełne śliskich, niewidocznych kamieni, tak że nawet w tej spokojnej za­toczce można było się przewrócić pod naporem fal. Nagle coś poruszyło się pod jego lewą stopą i Seph runął na plecy do niespodziewanie głębokiej wody. Jego głowa znalazła się pod powierzchnią, zachłysnął się i wynurzył niczym wieloryb, który rozbryzguje fontannę kropel.

Miał tego dość. Kilka szybkich ruchów i już znalazł się z powrotem na płyciźnie. Trzęsąc się z zimna i szczęka­jąc zębami, wyszedł na brzeg. Był już prawie przy swoich ubraniach, gdy ktoś złapał go za ramię.

To był Trevor, pokryty gęsią skórką, z wargami zbie­lałymi z zimna. Woda skapywała z jego ciemnej skóry na kamienie.

- Seph, wracaj do wody - powiedział, nie patrząc mu w oczy. - No chodź. - Położył mokrą dłoń na ramieniu kolegi, jakby chciał dodać mu odwagi.

Seph patrzył na niego zdumiony. Spojrzał ponad ra­mieniem Trevora na Leicestera, który obserwował tę sce­nę z obojętnym wyrazem twarzy. No dobrze, pomyślał, jeśli mam tu zostać jeszcze dwa lata, lepiej nie wdawać się w spory już pierwszego dnia. Zacisnął zęby, wrócił po włas­nych śladach i wszedł do wody, nie oglądając się nawet, by sprawdzić, czy Trevor idzie za nim.

Tym razem woda wydawała się znośniejsza. Może się przyzwyczaił. Wróciło czucie w kończynach i Seph prze­stał się trząść. Szedł przed siebie trochę pewniej, aż woda sięgnęła mu obojczyka. Choć słońce było niemal całkowi­cie zasłonięte drzewami, czuł niemal ciepło.

Rozejrzał się. Pozostali chłopcy stali nieruchomo, wpa­trując się w wodę z niedowierzaniem. Minęła kolejna mi­nuta i powierzchnia oceanu zaczęła parować. Teraz było tak przyjemnie, jakby zanurzyli się w ciepłych wodach Karaibów.

Nie. To się nie dzieje naprawdę. Leicester, pochłonięty na brzegu rozmową z jednym z uczniów, nawet nie zauwa­żył, że coś jest nie w porządku. Seph zbliżył się do grup­ki chłopców stojących blisko brzegu i tak się wśród nich ustawił, że jego głowa była tylko jedną z wielu nad szarą taflą wody. Spokojnie, nakazał sam sobie. Zamknął oczy i próbował rozluźnić mięśnie, oczyścić umysł.

Jak długo wytrzyma? Już znalazł się w kłopotach, a to dopiero pierwszy dzień.

Dopadły go wspomnienia z innych szkół. Śmiercionoś­ne kruki w St. Andrews. Wilki, których wystraszyły się zakonnice w Filadelfii.

Teraz woda była już niemal tak ciepła jak w spa. Wszyst­kie rozmowy zamilkły. Pływacy spoglądali na parę zbiera­jącą się nad powierzchnią, unoszącą się wokół nich niczym poranna mgła na górskim jeziorze. Nikt nie odezwał się na­wet słowem, ani do kolegów, ani do Leicestera.

W końcu uczeń, który rozmawiał z dyrektorem, odsunął się od niego i wszedł do wody. Zachwiał się i z okrzykiem zdumienia przysiadł na kamieniach. Gregory Leicester obrócił się i spojrzał uważnie na kąpiących się i otaczające ich kłęby pary. Po chwili zaczął przyglądać się po kolei ich twarzom, aż zatrzymał spojrzenie na Sephie.

Choć bardzo by chciał, Seph nie mógł odwrócić wzro­ku. Dyrektor stał i obserwował go w taki sposób, w jaki naukowcy obserwują preparaty na szkiełku mikroskopu. Żadnych pytań, niedowierzania, żadnego zdziwienia czy zakłopotania, jedynie to intensywne, badawcze spojrzenie, jak gdyby zaglądał Sephowi w głąb duszy, dobrze wiedząc, co tam tkwi. Wreszcie oblicze Leicestera rozjaśnił szero­ki uśmiech.

Seph z drżeniem zrobił krok do tyłu.

Dyrektor objął wzrokiem całą grupę.

- Panowie, chyba jednak jest trochę za chłodno na pły­wanie. Macie wolny czas do kolacji.

Przez chwilę nikt się nie ruszał. Potem nagle zaczął się exodus - wszyscy sunęli w milczeniu jak stado lemingów zmierzających ku zagładzie. Seph wyszedł z wody w od­ległym miejscu, by nie zwrócić na siebie uwagi Leicestera. Wciągnął bluzę i dżinsy na mokre ciało, złapał buty, nie chcąc tracić czasu na ich wkładanie. Zarzucił sobie ręcznik na ramiona i ruszył za pozostałymi w stronę lasu.

- Josephie.

Znieruchomiał w pół kroku i czekał. Czuł na karku wzrok dyrektora.

- Po kolacji przyjdź do mojego gabinetu. Chyba już pora pomówić o naszej szkole.

Seph skinął głową i wszedł między drzewa.